Dodano: Sunday, 02 September 2012, 23:43
– Nie wiem, czy potrafiłabym poradzić sobie, gdybym była na ich miejscu? Bardzo im współczuję! – skomentowałam sytuację, którą obserwowałam od paru minut.
– Mówi pani o tej parze z dziewczyną na wózku inwalidzkim?– zapytał mój sąsiad z ławki stojącej na przystanku autobusowym. On także przyglądał się rodzicom w średnim wieku, którzy próbowali wciągnąć do samochodu wózek z chorą córką. Jakiś młody człowiek podszedł do nich ofiarując swą pomoc, ale odmówili dość niegrzecznie. Młodzieniec odszedł zaskoczony niemiłą reakcją na swój bezinteresowny, ludzki gest .
– Tak, współczuję im. To są naprawdę wspaniali ludzie. Jestem ich niedaleką sąsiadką, wiem co mówię, więc im tym bardziej współczuję.
– A ja nie! No, może temu ojcu tak, bo to równy chłop, ale jej – nie!
– Co pan, to nieszczęście mieć kalekie dziecko. Może gdyby chociaż było zdrowe psychicznie, to byłby mniejszy problem, ale przy takim upośledzeniu ...Co ta kobieta musi wycierpieć! Patrzy co dnia bezradnie na mękę swojego dziecka, wiedząc, że nic nie można zmienić. Przecież to jest straszne! Nie oddała dziewczynki do zakładu, jak to inni robią i, po ludzku mówiąc, nikt im tego nie ma za złe. Sama się nim opiekuje, jednocześnie prowadząc dom i pracując zawodowo.
– Nie przekona mnie pani do zmiany zdania Ona na to zasłużyła. Gdyby pani znała ją tak dobrze jak ja, przestałaby jej współczuć. Żal mi tego dzieciaka, ono nie jest niczemu winne.
– Nie rozumiem. Jak to, zasłużyła?
– No tak. Sama sobie winna. Nieraz słyszałem, jak strasznie traktuje cudze dzieci, jak je wyzywa, ale to jeszcze nic. Nie rzuca się przekleństw na bezbronne dziecko, a ona to kiedyś zrobiła.
– Przeklina cudze dzieci? W tej sytuacji trudno się dziwić. Jest rozgoryczona, że spotkał ją taki los, dlatego pewnie denerwuje ją widok zdrowych.
– Teraz tak, ale przeklęła cudze wtedy, gdy jeszcze nie miała własnego.
– Nie rozumiem! Ona jest chyba nauczycielką. Jeśli nienawidzi dzieci, to dlaczego wybrała taki zawód?
– To nie miało nic wspólnego z pracą. Nerwowa zawsze była, znam ją od lat, razem od początku pracowaliśmy w tej samej szkole, więc nieraz widziałem ją w akcji. Tamta sprawa dotyczyła jej życia osobistego.
– Może to tylko plotki?
– Byłem tam i słyszałem na własne uszy, to nie plotka. Minęło prawie dwadzieścia lat, a ja nie mogę o tym zapomnieć. To było na jej ślubie w Gdańsku.
– Jak to w Gdańsku? Przecież ich ślub był tutaj osiemnaście czy dziewiętnaście lat temu, a nie w Gdańsku.
– Powiedziałem „ jej”, nie ich. To pani nie wie, że ona miała wcześniej męża! Nazywała się przecież Myszkowska, a nie Krypa.
– No tak, Myszkowska, ale sądziłam, że tak brzmiało jej panieńskie nazwisko. Więc jej panieńskie nazwisko to Krypa?
– Tak, Halina Krypa, a nie Halina Myszkowska. Nazwisko Myszkowska nosiła po pierwszym mężu.
– To pani Halina była wdową, wychodząc po raz drugi za mąż?
– Nie, bo jej mąż żyje, więc nie mogła być wdową.
– To w jaki sposób załatwiła sobie ślub w kościele? Nie ma przecież kościelnych rozwodów!
– Nie ma. Ja też tego nie rozumiem, ale widocznie jakoś to załatwiła, bo chodzą do komunii. Ten pierwszy ślub był w Gdańsku, wszystkich nas zaskoczył, bo to tak nagle. W czerwcu pojechała na wczasy nad morze i pod koniec lipca – ślub. Byłem w delegacji z zakładu pracy. Początkowo myśleliśmy, że to pomyłka, albo jakiś żart, więc nie kupiliśmy prezentu, lecz zebraliśmy pieniądze i wypisaliśmy kartę. Tak wygodniej, bo składkowe pieniądze zawsze można oddać, gdyby ślub okazał się żartem, a prezent – nie. No więc pojechałem z Stachem i Jurkiem, a w Gdańsku miała dołączyć Zuza z mężem, którzy spędzali tam swój miesiąc miodowy. Właściwie to nie byliśmy pewni, czy tamta para na ślubie Haliny to dobry pomysł, bo tuż przed końcem roku doszło do okropnej awantury między tymi najlepszymi koleżankami. Pobiły się wtedy, rzuciły się na siebie z pazurami.
– Zuza i Halina? O co im poszło?
– O Andrzeja, późniejszego męża Zuzy. Andrzej był kierownikiem w pobliskim sporym zakładzie, zresztą jedynym w całym miasteczku, więc niezła partia. Dobrze zarabiał, był przystojny, do tego artysta amator. Rywalizowały o jego względy. Halina była o niego wyjątkowo zazdrosna, ale Zuza ją uprzedziła - zaszła z nim w ciążę. Mieszkały razem. Andrzej chodził raz do jednej, raz do drugiej, ale widocznie Zuza była mu przeznaczona.
– To teraz rozumiem, tym ślubem chciała swojej przyjaciółce i Andrzejowi udowodnić, że potrafi złapać męża i to nie byle jakiego – inżyniera.
– Dotarliśmy na ślub w ostatnim momencie. Kończył się turnus, zaczynał nowy, więc pociągi były przepełnione. Ściśnięci jak sardynki jechaliśmy kilkanaście godzin i niewiele brakowało, abyśmy przyjechali po ceremonii w kościele. Staszek był świadkiem, więc trzeba było zdążyć. Wesele odbyło się pod Gdańskiem – w takiej małej wiosce. Trochę byliśmy zdziwieni, bo to nie u młodej, lecz u rodziców młodego. Nawet nie wiem, czy byli rodzice Haliny, bo żniwa. Brat – tak, dojechał. On zachowywał się jakoś dziwnie, widać było, że jest przeciwny temu małżeństwu. No więc jak tylko wyszliśmy z kościoła, podeszła do nowożeńców młoda kobieta z dzieckiem. Miało może dwa lata. Taka śliczna dziewczynka z kręconymi włoskami. Kobieta też ładna, ale jakaś zmęczona, jakby zapłakana. Podeszła do męża Haliny i zapytała, jak mógł ją samą zostawić z dzieckiem. Rozpłakała się tak jakoś bardzo żałośnie. Mąż Haliny – Janusz, spojrzał na nią, na żonę i przeraził się.
– To było jego dziecko? – spytałam zdumiona.
– Tak, gdy je zobaczył, wyszeptał „ Nie wiedziałem, przysięgam, nie wiedziałem, pisałem, ale nie odpisywałaś”.
– Więc pewnie jego. Co na to Halina?
– Rzuciła się na kobietę z pięściami. Tamta nie broniła się, milczała i tylko tuląc osłaniała dziecko. Tak żałośnie, cicho płakała. Halina wrzeszczała „ Jak śmiesz, ty zdziro! To mój mąż!”. Przy gościach, przy gapiach na drodze. Chwyciła ją za włosy i szarpała. Przeklinała, a słów, jakie padały, nie słyszałem nawet w ustach największych pijusów. Niewiele brakowało, a pazurami wydrapałaby jej oczy, ale na pooranych policzkach skończyło się, bo kobietę z dzieckiem zasłonili ludzie. Najgorsze jednak słowa skierowała Halina ku dziecku tej kobiety. To były najstraszniejsze przekleństwa, jakiekolwiek słyszałem! Ja, mężczyzna, który nieraz trzepnie niecenzuralne słowa, boję się je wypowiedzieć. Co jej to małe dziewczątko zawiniło? Czy się prosiło na świat? Nie mogę dotąd zrozumieć, jak przez usta kobiety mogły przejść tak okrutne słowa? Jak można komuś, w tym wypadku niewinnemu dziecku, życzyć tak strasznych rzeczy! Ilekroć widzę jej upośledzoną córkę, tylekroć słyszę słowa tego przekleństwa, jakie rzuciła na tamte dziecko. Czy pani wie, że wszystko, co życzyła tamtej dziewczynce, spełniło się – na jej córce? To też niewinna istota, ale jej dziecko! Tamto – jest zdrowe, dorodne. Teraz to już dorosła piękna młoda kobieta.
– A więc kalectwo córki Haliny to zemsta Boga?
– Nieraz zadawałem sobie pytanie, dlaczego cierpi jej niewinna córka i nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, bo jestem przekonany, że Bóg jest miłosierny. Zrozumiałem to dopiero teraz, w tym momencie, kiedy zwróciła mi pani uwagę na poświęcenie tej matki.
– Więc dlaczego? – spytałam zaciekawiona.
(cdn)
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.

Tuesday, 02 October 2012, 04:48
Tuesday, 02 October 2012, 09:15
Tuesday, 02 October 2012, 10:13
Tuesday, 02 October 2012, 10:29
Tuesday, 02 October 2012, 10:38
Tuesday, 02 October 2012, 10:40
Tuesday, 02 October 2012, 10:41
Tuesday, 02 October 2012, 11:58
Friday, 02 November 2012, 19:45
Friday, 02 November 2012, 22:31
Friday, 02 November 2012, 22:33
Sunday, 02 December 2012, 14:10