Dodano: Thursday, 02 February 2012, 22:01
Zapraszam do odwiedzenia portalu www.imf.pl i zapoznania się z innymi, ciekawymi tekstami :-) m.in. korespondecja z USA, ecotravel, komentarze dnia :)
Znam kilka rodzin, które nijak pasują do pesymistycznych wizji brukowców: rozbity związek, znowu rozwód, wypalone małżeństwo, itd. Co ciekawe, te znajome rodziny są szczęśliwe, nawet posiadając dzieci. Tak, tak, dobrze widzicie: dzieci. Jedna z nich ma siedmioro i bynajmniej nie z powodu braku pieniędzy na zabezpieczenia. Co bardziej interesujące i kompletnie niepasujące do wizji z kolorowych szmatławców, to każde z siedmiorga dzieci było chciane i nieprzypadkowe. Znam też małżeństwo z długim stażem, które ma trójkę planowanych dzieci – obecnie nie zamierzają znowu powracać do pieluszek, otwarcie deklarują, że antykoncepcja nigdy nie znalazła miejsca w ich małżeństwie, a mimo to nie wyglądają na wypaloną, beznamiętną i nudną parę.
Jak oni to robią? Sposób jest jeden.
Mrówka vs słoń
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tzw. kalendarzykiem. Byłam bardzo zaciekawiona: jak to możliwe, że po wprowadzeniu jednej danej, nagle przed moimi oczami pokazuje się konkretna data, kiedy jestem płodna!? Niebywałe! Takich kalendarzykowych cudów mamy na pęczki w Internecie, a że ja byłam młoda i głupia, to w te cuda wierzyłam. Dziś moja świadomość jest nieco większa, co generalnie bardzo mnie cieszy, bo daje możliwość wolnego wyboru. Oczywiście kalendarzyk jest reliktem czasów komunistycznych, kiedy medycyna nie była na najwyższym poziomie, antykoncepcji nie można było sobie załatwić za 50zł, a jednak ludzie chcieli jakoś panować nad tą najbardziej intymną sferą własnej egzystencji, czyli płodnością. Ów kalendarzyk nie ma nic wspólnego z naturalnymi metodami planowania rodziny. Mylenie tych dwóch pojęć, jest jak mylenie mrówki ze słoniem – to znaczna różnica, ale żeby ją zobaczyć trzeba się i jednemu i drugiemu nieco przyjrzeć. Ponieważ to pierwsze (kalendarzyk) nie ma żadnego naukowego pokrycia, dlatego nie będę marnować swojego i Waszego cennego czasu, i jakoś specjalnie się nad tym rozwodzić. Jedno jest pewne: wynik, który uzyskamy dzieląc przez dwa długość swojego cyklu, nie mówi nam, że właśnie w tym dniu jesteśmy płodne, a jak radzą co poniektóre „mądrzejsze” poradniki Internetowe, dla bezpieczeństwa plus minus 4 dni w tą i w drugą stronę gwarantują Ci bezpieczny seks. Bzdura. A teraz przejdźmy do tego co może nam w życiu pomóc.
Plan czyli troska
Najpierw obalę jeden z głównych mitów, który krąży szczególnie wśród bogobojnych osób: naturalne metody planowania rodziny nie są antykoncepcją i nie można podpinać ich pod tzw. myślenie antykoncepcyjne.
Według WHO antykoncepcją można nazwać jedynie taką metodę, która nie wymaga powstrzymywania się od współżycia w dni płodne, mało tego, obecnie każda antykoncepcja jest chemicznym i/lub hormonalnym ingerowaniem w organizm kobiety. W naturalnych metodach planowania rodziny, jeżeli małżeństwo w danym momencie nie chce mieć dziecka, to w te określone dni powstrzymuje się od współżycia, ale nie zaburza gospodarki hormonalnej żony.
Małżonkowie mają prawo zadecydować, że w tym konkretnym czasie nie będą starali się o dziecko z różnych ważnych dla nich powodów, np.: choroba jednego z nich, zła sytuacja finansowa, itp. Planowanie ma to do siebie, że nie na wszystko, a także nie zawsze muszę się z czymś godzić i to przyjmować, co nie oznacza, że odrzucam dar płodności i się na niego zamykam. Oznacza jedynie tyle, że podejmuję decyzję: w tym czasie nie mogę mieć dziecka, ale w ogóle bardzo tego dziecka pragnę, a jeśli zdarzy się, że je poczniemy to zostanie przyjęte w miłości. Rozsądne planowanie, czyli podjęte razem ze współmałżonkiem po głębszych przemyśleniach, jest oznaką dojrzałości. Lekkomyślne byłoby nie podejmowanie się żadnych planów, tylko pójście na żywioł. Dobro małżonków i dobro dziecka, tego jeszcze niepoczętego, jest niezwykle ważne, dlatego jeśli małżonkowie mówią: wstrzymajmy się przez parę miesięcy od starania się o poczęcie, bo musimy najpierw wydźwignąć się z problemów finansowych i uspokoić – jest tak naprawdę troską o dziecko i pragnieniem, by już te pierwsze dni życia w łonie matki były przesycone spokojem.
Plusy i minusy
Jest wiele zarzutów wobec NPR, najczęstszy to ten, że jakieś tam osoby „stosowały” tę metodę, a jednak poczęły dziecko. Oczywiście nie wystarczy „stosować” NPR, trzeba jeszcze „sumiennie” podejść do obserwacji. Szansa na poczęcie u zdrowej kobiety, która współżyje w dni płodne, wynosi 20% – to naprawdę niewiele, więc trzeba się po prostu nie trzymać reguł NPR, żeby zajść w ciążę.
Jeżeli do swojego organizmu podchodzę z uwagą, to współpraca z nim może owocować jedynie sukcesem.
Nasze ciało mówi nam bardzo wiele rzeczy, należy jedynie umieć się z nim dogadać i słuchać go uważnie. Kiedy na termometrze wybije mi 37˚C, to dla mnie sygnał, że coś zaatakowało mój organizm, a ten się broni. Kiedy z nosa mi cieknie i zaczynam odczuwać dziwne drapanie w gardle, to prawdopodobnie zaczyna się we mnie panoszyć jakiś wirus. I dokładnie tak samo jest w naszej kobiecej płodności: wystarczy obserwować codziennie dwie zmienne: temperaturę (codziennie rano, zawsze po minimum trzech godzinach snu) i śluz (przy codziennej toalecie, najlepiej pod wieczór). Te dwa wskaźniki powiedzą nam, w jakiej fazie płodności obecnie się znajdujemy, kiedy będziemy zbliżać się do owulacji, a od którego dnia wchodzimy w czas niepłodny. Powiedzą nawet (szybciej niż tekst ciążowy) czy jesteśmy już szczęśliwymi rodzicami. Wbrew pozorom nie jest to skomplikowane, wymaga jednak stałości, sumienności i zawzięcia się w sobie – i to chyba jedyne minusy tej metody. Z lenistwem nie idzie ona w parze. Dlatego każdego leniucha, który chciałby nauczyć się swojego ciała i w zgodzie z nim planować swoje i innych życie, zachęcam do podjęcia się nowego postanowienia. W końcu zaczął się Nowy Rok, a każda okazja do zmiany na lepsze jest dobra. Uprzedzę sceptyków przed głównym zarzutem: nie jest prawdą, że przez alkohol, bądź chorobę cała obserwacja idzie na marne. Znając swoje ciało, wiem, że np. jeśli przed snem wypiję dwie lampki wina, to rano będę miała temperaturę wyższą o parę kresek, poza tym śluz zawsze jest płodny albo niepłodny, więc to również bardzo czytelny znak, należy jedynie nauczyć się odróżniać jeden od drugiego. Kolejnym plusem NPR jest rodzący się szacunek do swojego ciała (w przypadku kobiet) i szacunek do kobiety (w przypadku mężczyzn). Potrzeba naprawdę dużej dojrzałości, by nie traktować siebie/kobiety, jak zimne piwo z lodówki, po które sobie sięgnę w każdej chwili, kiedy tylko mam na to ochotę. Takie nastawienie prędzej czy później wyjaławia związek – nie radzę sprawdzać na sobie. Fakt, że mój cykl dzieli się na fazę płodną i niepłodną daje mi jeszcze jedno do zrozumienia, mianowicie, że czasem warto na ukochaną osobę po prostu poczekać. W dobie telefonów, komputerów i świetnie rozwiniętej komunikacji miejskiej, trudno jest się nie śpieszyć, trudno jest zwolnić tempo, co po kilku latach takiego ciągłego biegu i stresów może objawić się jakąś chorobą, a w związku taki pośpiech i nieumiejętność czekania może doprowadzić nie tylko do „choroby”, ale czasem też do „śmierci”. Miłość fizyczna nie realizuje się wyłącznie poprzez współżycie, ale również poprzez setki innych gestów miłości, jak: uśmiech, przytulenie, wspierająca rozmowa, relaksacyjny masaż, itd. Seks jest wyjątkowy i zarezerwowany dla małżeństw, ale jeżeli w tej naszej codzienności zabraknie miejsca na ciepłe gesty, to będzie można emocjonalnie zamarznąć. I właśnie to miejsce, ten czas wzajemnego oczekiwania, kiedy wstrzymujemy się od poczęcia, pokazuje nam NPR, czyli czas płodny. Na pewno w swoich związkach doświadczyliście kilku dni, kiedy na długie randki nie było czasu z nadmiaru obowiązków, a czekanie na weekend wydawało się wiecznością. Ile wówczas wydaliśmy pieniędzy na czułe smsy, ile czasu poświęciliśmy na wzdychania. Każde krótkie spotkanie było okazją do okazania sobie serdeczności i miłości, nic wtedy bardziej nie cieszyło, niż półgodzinny spacer czy wypita razem w pośpiechu kawa. Podobnie rzecz ma się z czasem płodnym, kiedy nie planujemy dzieci. Te parę dni w miesiącu wstrzemięźliwości seksualnej można naprawdę efektywnie wykorzystać dla zbudowania wzajemnej relacji. A jak wiadomo tęsknota wzmaga uczucia. Jak to mówi znana reklama: „satysfakcja – gwarantowana!”
Poza tymi wszystkimi pragmatycznymi motywacjami, uważam, że niezwykle dobrze jest znać na tyle swój organizm, by nie traktować go jak worek narządów i kości, który pomieści w sobie każdą ilość farmaceutyków, ale jak „partnera”, z którym można współpracować i żyć w zgodzie.
Mniej niż tona
W przeciwieństwie do słonia, informacji o NPR nie liczy się w tonach, dlatego zachęcam do poszukania na ten temat bardziej szczegółowych informacji (znajdziecie je m.in. na stronie www.npr.pl). Wiedza nie kosztuje, no, może trochę wysiłku i czasu, ale w sprawach tak fundamentalnych jak zdrowie, rodzina, związek – warto czasem poszperać w różnych źródłach; może wybrać się na kurs lub do poradni rodzinnej i przekonać się, że NPR to nie dewocyjny wymysł średniowiecza, ale droga do życia w zgodzie z samym sobą. Powodzenia!
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.

Friday, 02 March 2012, 00:07
Friday, 02 March 2012, 12:09
Friday, 02 March 2012, 17:53
Friday, 02 March 2012, 20:25
Monday, 02 April 2012, 09:22