Dodano: Friday, 23 January 2009, 05:08
Gdy ktoś zna mój "adres" na Skype, czy w komunikatorze AIM ze zdziwieniem zauważa, że jest nim "nietolerancyjny". Odkryłem bowiem już dość dawno, że jest to jedyna postawa, jaką powinien mieć każdy chrześcijanin. Każdy logicznie myślący człowiek.
Zanim zostanę tu odsądzony od czci i wiary i zanim zostaną mi przypomniane wyprawy krzyżowe, inkwizycja i palenie czarownic, muszę coś wyjaśnić. To, że jestem nietolerancyjny, nie musi oznaczać, że gonię z obnażonym mieczem i obłędem w oczach, gotów ścinać głowy wszystkim, którzy mają odmienne poglądy od moich. Co więcej, ponieważ ja nie toleruję przemocy, to zarzut, że będąc nietolerancyjny przemoc pochwalam jest logicznie sprzeczny. Jest bez sensu. Jak cała ta tolerancja.
Myślę, że nadszedł czas na uściślenie definicji. Co ja rozumiem przez tolerancję. I czym jest wg mnie akceptacja. I konformizm. I logiczne myślenie.
Tolerancja (z języka łacińskiego tolerare - "znosić", "cierpieć"), świadoma zgoda na wyznawanie i głoszenie przez innych ludzi poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na wybór sposobu życia uważanego przez nich za właściwy, chociaż go nie aprobujemy. Tolerancja oznacza rezygnację ze stosowania przymusu wobec innych.
Cóż, od siebie muszę tu dodać tylko, że ostatnie zdanie jest nie bardzo logiczne, bo jeżeli ktoś toleruje przemoc, to dlaczego, w imię tolerancji, ma z niej rezygnować? Nie powinno się mieszać tych rzeczy, bo przemoc i tolerancja to zupełne różne zagadnienia. To prawda, że jak ktoś nie ma problemu z używaniem przemocy, to gdy do tego jest nietolerancyjny w innych dziedzinach, łatwo mu będzie pokazać swoją agresywność. Ale to nie nietolerancja jest przyczyną agresywności, nietolerancja daje mu tylko pretekst, żeby tą agresywność wykazać. I odwrotne, jeżeli ktoś toleruje przemoc, to nie zrezygnuje z jej stosowania. Przykład, który się tu narzuca, to tolerancja nazizmu w Niemczech w latach trzydziestych. Program tej partii zakładał eksterminację całych narodów i grup etnicznych i był tolerowany przez miliony Niemców. Łącznie z tolerancją obozów koncentracyjnych.
Ale wróćmy do definicji:
„Zakres tolerancji jest historycznie zmienny. Występuje w dwóch formach:
1) jako tzw. tolerancja negatywna, klasyczna, określona przez takich myślicieli, jak Wolter i J. Locke, polega na uznaniu, mimo wewnętrznego sprzeciwu, że inne poglądy, postawy i działania są też uprawnione, chociaż nie powinny być takimi, jakie są, ponieważ nie wyrażają tradycyjnych wartości: prawdy, dobra, piękna itp., do których należy dążyć. Tolerancja negatywna nie zaprzecza istnieniu prawdy w sensie klasycznym, uznaje, że możliwe jest znalezienie poglądów właściwych, które należy przyjąć, i niewłaściwych, które należy odrzucić w wymiarze osobistym i społecznym.
2) jako tzw. tolerancja pozytywna, charakterystyczna dla założeń współczesnego nurtu filozofii - postmodernizmu. Polega na dopuszczeniu wszystkich innych postaw, działań i poglądów jako równouprawnionych. Wynika to z przeświadczenia, że nie istnieje prawda obiektywna ani inna wartość, za pomocą której można by ocenić jakiekolwiek poglądy, postawy i działania. Tolerancja pozytywna wyraża się w stwierdzeniu, że "ponieważ nie istnieje prawda, nie mogę uznawać swego stanowiska za obowiązujące".
Właśnie. Mam tu poważny problem. Zwłaszcza z drugą formą tolerancji. Pierwszy rodzaj tolerancji polega, wg tej definicji, na uznaniu, mimo wewnętrznego sprzeciwu, że inne poglądy, postawy i działania są też uprawnione, chociaż nie powinny być takimi, jakie są. Ale ponieważ nie zaprzecza ona istnieniu prawdy, to nie mam z taką tolerancją zbyt wielkiego problemu. Raczej nazwałbym taką tolerancję akceptacją.
Podam przykład. Gdy zobaczę młodego człowieka z kolczykiem w języku, burzy się we mnie poczucie piękna. Przeszkadza mi to. Nie wiem, jak rozmawiać z takim osobnikiem. Ale zachowuję te uwagi dla siebie. Chyba, że tym człowiekiem byłoby moje dziecko. Jestem w stanie zaaprobować ten kolczyk, zaakceptować taką formę ekspresji, ponieważ ona tylko się kłóci z moim poczuciem piękna, nie ma nic wspólnego z wartościami obiektywnymi, a odwieczną Prawdą. I ja walczyłem ze swoimi rodzicami o to, jakie długie mogę mieć włosy i jakie szerokie nogawki u spodni. I do dzisiaj mam dziurę w uchu po kolczyku, który nosiłem przez krotki czas. Więc nie jestem tu bez winy, jeżeli można by mówi c w ogóle o jakiejś winie. Wiec jeżeli chodzi o tolerancje negatywną, to w porządku. Możecie mnie nawet nazywać tolerancyjnym, choć bardzo tego nie lubię.
Poważniejszy problem jest z tolerancją pozytywną. Zwłaszcza z tym stwierdzeniem: „…nie istnieje prawda obiektywna ani inna wartość, za pomocą której można by ocenić jakiekolwiek poglądy, postawy i działania. Tolerancja pozytywna wyraża się w stwierdzeniu, że "ponieważ nie istnieje prawda, nie mogę uznawać swego stanowiska za obowiązujące”.
To okropne, taka tolerancja. Taka postawa nie tylko, że nie jest dobra, ale , moim zdaniem, jest grzeszna, jest niedopuszczalna. Jako chrześcijanin, jako katolik, wiem, powinienem wiedzieć, ze istnieje obiektywna prawda, i powinienem według tej prawdy żyć i starać się ją pokazać innym. Chodzi przecież o życie wieczne, o nasze zbawienie.
W całej Biblii nie ma ani raz użytego słowa „tolerancja”. Pan Jezus z pewnością nie był tolerancyjny. Pouczał wszystkich, nakierowywał na właściwą drogę, tłumaczył. Powiecie mi, że przecież nie potępił cudzołożnej kobiety? To prawda. Ale nie powiedział jej: Rób, co chcesz. Powiedział: „ Idź, a od tej chwili już nie grzesz.”
Brak tolerancji nie jest oznaką braku miłości. Wprost przeciwnie. To właśnie miłość bliźniego nie pozwala nam być tolerancyjna. Całe życie w stosunkach z najbliższymi wykazujemy ten brak tolerancji. Nie tolerujemy tego, że nasze dzieci sikają w pieluchy i uczymy je używać nocnika. Nie tolerujemy, że nie potrafią czytać i pisać i sami im najpierw pomagamy, a gdy osiągną odpowiedni wiek, „zmuszamy”, żeby chodziły do szkoły. Nie tolerujemy wagarów, ani nieodrobionych zadań. Nie tolerujemy jedynek i dwój w szkole.
Czego nie tolerujemy u współmałżonków, nie będę pisał może, moja żona jest wierną czytelniczką moich tekstów. Ale zauważmy, że dopóki istnieje miłość w małżeństwie, nie tolerujemy jakiejkolwiek niewierności, jesteśmy mniej lub bardziej zazdrośni, przeszkadza nam wiele rzeczy. Gdy ktoś ma nieszczęście osiągnąć taki etap rozkładu małżeństwa, że każde robi co chce, to nagle, zwłaszcza, gdy pozostało małżonkom trochę kultury osobistej, wszystko staje się nieważne, wszyscy stają się tolerancyjni. Sam niedawno miałem wątpliwe szczęście rozmawiać z facetem, który przyjechał do Stanów zostawiając w Polsce żonę i ona zasugerowała mu niedwuznacznie, że nie będzie miała problemu z tolerowaniem tego, że znajdzie sobie on jakąś inną towarzyszkę życia. Ta jej nagła tolerancja wynika zapewne z tego, że ona już takiego towarzysza znalazła. I zapewniam was, że nie jest on wcale zachwycony tą jej nagłą tolerancją. Wprost przeciwnie, jest on na granicy załamania psychicznego.
Myślę, że przyszedł czas na następną definicję:
Konformizm (z łaciny conformo – nadaję kształt), zachowanie lub postawa polegająca na przyjęciu i podporządkowaniu się wartościom, zasadom, poglądom i normom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej. Konformizm utożsamiany jest na ogół z nadmiernym, bezkrytycznym przyjmowaniem i stosowaniem się do owych norm, zbyt intensywnym identyfikowaniem swoich celów z celami grupy, mechaniczną akceptacją wszelkich zasad i wartości, biernej uległości, bezmyślnej aprobacie reguł głoszonych przez innych.
Postawa konformizmu w tej interpretacji wynika z obawy przed formułowaniem jakichkolwiek własnych poglądów, propozycji rozwiązań czy też prezentowania wzorów zachowań.
Osoby tolerancyjne są, niejako z definicji, konformistami. Gdy sobie to uświadomimy, od razu koncepcja tolerancji przestanie nam się tak podobać. Nawet, jak uważają, że tak nie jest, w praktyce nie ma wielkiej różnicy między konformistą a osobą tolerancyjną. Przykładem mogą być tu politycy pokroju Joe Bidena, czy Nancy Pelosi. Są oni tak tolerancyjni, że zapomnieli jakie mają poglądy. jeżeli je kiedykolwiek mieli. Przypominają sobie o tym, że są katolikami tylko wtedy, gdy potrzebują katolickich głosów, albo gdy mają ochotę skrytykować jakiegoś biskupa, który ośmiela się przypominać to, czego Kościół Katolicki uczy. Biskupi, ich zdaniem, powinni być znacznie bardziej tolerancyjni w kwestiach aborcji, eutanazji, "małżeństw" homoseksualnych, czy klonowania ludzkich zygot w celach naukowych.
Ja mam problem z tolerancją z kilku powodów. Jednym z nich jest nielogiczność tej koncepcji. Tolerowanie aborcji jest równocześnie nietolerowaniem prawa do życia nienarodzonego dziecka. Nie można byś zawsze tolerancyjnym, bo nie można równocześnie tolerować rzeczy przeciwstawnych sobie. Pani marszałek kongresu Pelosi mówi, że prywatnie jest katoliczką, ale jako polityk musi byś przedstawicielem wszystkich wyborców. Także tych, którzy uważają, że każda kobieta powinna mieć prawo zabić swoje własne dziecko.
Ja nie mogę takiego poglądu tolerować. Trudno. Dla mnie jest to oznaka zupełnego braku jakichkolwiek zasad, braku moralnego kręgosłupa. Nie można być prywatnie kim innym, niż się jest „służbowo”. Albo ktoś jest katolikiem zawsze, albo nigdy. Albo się w coś wierzy, albo nie. Albo się w Kogoś wierzy, albo nie. Pani Pelosi udowodniła wielokrotnie, w co wierzy. Głosowała przeciw prawom najsłabszych, przeciw nienarodzonym dzieciom zawsze i konsekwentnie. Łącznie z głosem sprzeciwiającym się zdelegalizowaniu barbarzyńskiego prawa zezwalającego na zabicie dziecka w czasie porodu. I ma do tego jeszcze czelność publicznie przystępować do Komunii Świętej, powodując skandal w Kościele. I pouczać biskupów, co im wolno, a czego nie w dziedzinie nauki w sprawach wiary i moralności. Cóż, jak już wspominałem, zdaniem pani Pelosi biskupi powinni być bardziej tolerancyjni.
Moim natomiast zdaniem nie powinni. Moim zdaniem istnieje obiektywna Prawda. Tak obiektywna, że aż uosobowiona w postaci naszego Zbawiciela. Jezus powiedział przecież: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem.” Nikt mnie nie przekona, że tolerancja pomyślana tak, jak ją widzą liberalni politycy jest zaletą. Wszyscy się zgadzamy, nawet najbardziej tolerancyjne osoby, że tolerancja ma swoje granice. Wystarczy zobaczyć ich reakcje na widok chuligana rysującego gwoździem ich samochód, albo malującego farbą w aerozolu na ścianie ich domu jakieś głupie slogany. A przecież jest różnica między porysowanym samochodem a zabitym niewinnym dzieckiem. Więc jeżeli możemy nietolerować chuligańskich wybryków, to czemu mamy tolerować zabijanie niemowląt? Czemu mamy tolerować te 4 tysiące dzieci zamordowanych każdego dnia w pełnym majestacie prawa w samych Stanach Zjednoczonych?
Patrząc na ten przykład warto by się zastanowić, gdzie powinny być granice tolerancji. Prawo karne jest nietolerancyjne. Zabrania nam mordować, nakazuje płacić podatki pod groźbą kary więzienia, nawet nakazuje nam posyłać dzieci do szkoły. No, w Polsce przynajmniej, tu możemy je uczyć w domu, ale nakazuje nam je uczyć. Dlaczego nie możemy tolerować morderstw, rebelii podatkowej i nieuctwa naszych milusińskich? Kto ma określać, gdzie się musi kończyć tolerancja? Partie liberalne (w amerykańskim znaczeniu tego słowa, będącego synonimem partii lewicowych) w wielu dziedzinach przesuwają tą granicę bardzo daleko. Ale ci, którzy najgłośniej krzyczą o tolerancji, socjaliści i komuniści, najbardziej ograniczaliby nasze życie przepisami i wprowadziliby najwyższe podatki, aby nie tolerować tego, że sami będziemy decydować, na co wydawać nasze pieniądze. Oni wiedzą lepiej. Więc? Gdzie tu logika?
Często w Stanach słyszę opinię: „We can't legislate morality.” Nie można moralności ująć w karby ustaw. Zawsze mnie też zastanawiał bezsens tego stwierdzenia. Czy zakaz mordowania i bicia bliźnich nie jest zakazem moralnym? Nie wynika z dziesięciu przykazań? Powiecie, że to wynika z prawa naturalnego? Zapewne. Ale i to pochodzi od Boga. Gdyby nie było Boga, gdybyśmy byli przypadkową pulpą wyewoluowaną na skutek jakiegoś nieprawdopodobnego przypadku, nie byłoby i moralności. Ale wszyscy się zgadzamy, mam nadzieję przynajmniej, że są pewne obiektywnie złe czyny. Jak zabicie niewinnego człowieka bez żadnej przyczyny. Jak znęcanie się nad dziećmi czy współmałżonkami. Więc gdy zrobimy w takich przypadkach wyjątek, przyznajemy, że nie jesteśmy tolerancyjni. A przynajmniej przyznajemy, że nasza tolerancja ma granice. A więc jeżeli tak, to na jakiej podstawie ja jestem oceniany negatywnie gdy mówię, że jestem nietolerancyjny? I kto to mnie ocenia? Ten tolerancyjny, co toleruje wszystko naokoło? Wszystko oprócz mnie?
Do napisania tego tekstu sprowokował mnie wpis do księgi gości na mojej stronce. Ktoś mi napisał:
„W naszej kulturze pokutują różne mity, szerzone przez tych, co uważają, że "oni wiedzą lepiej" i "ludziom trzeba powiedzieć jak mają robić, bo są za głupi, by sami to wymyślić". Przecież nikt nie każe nikomu na siłę stać się homoseksualistą! Pozwólcie w imię tolerancji istnieć im obok nas. Ich agresywność wynika właśnie z tego, że się im utrudnia życie. Czy boicie się, że wasze dzieci zobaczą "zły przykład"? Złym przykładem jest nietolerancja i tabu jakie nakładacie na całą sferę seksu w imię religijnej poprawności.”
Bardzo lubię takie teksty. Świadczą o tym, że ludzie już całkiem zapomnieli, do czego służy rozum. Podpowiem… rozum… rozumowanie...świta coś? Pójdźmy dalej tym tokiem rozumowania. Jeżeli musimy tolerować sposób życia homoseksualistów, związek mężczyzny z mężczyzną lub kobiety z kobietą to, myśląc logicznie, czemu nie mężczyzny z dwoma kobietami? Kto mi ma powiedzieć, że małżeństwo ma być związkiem dwojga ludzi? W USA w tych stanach, (jak Massachusetts, stan naszych kochanych "katolickich" senatorów, panów K: Kerry’ego i Kennedy’ego) gdzie sądy zadecydowały, że muszą być uznane związki ludzi jednej płci, już wpłynęły wnioski muzułmanów i mormonów o uznanie wielożeństwa. Ciekawe jak sądy uzasadnią odrzucenie tych wniosków? Czy nie będą musiały nic odrzucać?
A dlaczego zatrzymać się tutaj? Czemu małżeństwo nie mogłoby być związkiem trzech panów i siedmiu pań? Albo pana, pani, kozy, barana, dwóch suczek i telewizora? Czemu wszyscy się nie połączymy w jedno wielkie małżeństwo? To by nam rozwiązało wiele problemów. Zniknąłby problem niewierności małżeńskiej, gdybyśmy się wszyscy połączyli w jedno małżeństwo. Zniknąłby problem prostytucji, bo gdy każda prostytutka byłaby moją żoną, nie byłaby chyba tak bezczelna…
Sami widzicie, że tolerancja to jest idiotyczny koncept. Nie można być tolerancyjnym bez ograniczeń. Gdzieś zaczyna się absurd. Ale jak odrzucimy Boga, jak odrzucimy fakt, że to On dał nam Prawo jak odrzucimy moralne nauczanie Kościoła, Jego autorytet, to musimy dojść do koszmaru. Całe to mówienie o tolerancji okazuje się nie warte funta kłaków.
Najsmutniejsze jest to, że nowa administracja właśnie dzięki "postępowym katolikom", postępowym i tolerancyjnym, doszła do władzy i dzięki katolikom szybko zakończy jakiekolwiek restrykcje ograniczające swobodę przeprowadzania aborcji przez całą ciążę, nie wspominając już o prawach homoseksulaistów i innych podobnych pomysłach. Trudno wyczuć w co wierzy Obama (o ile wierzy w cokolwiek), ale jego vice i szefowa kongresu są katolikami. Niestety z tych "tolerancyjnych" A ja Bogu dziękuję, że jestem nietolerancyjny i, dodam, jestem dumny z tego faktu.
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org

Friday, 23 January 2009, 16:48
Monday, 14 December 2009, 01:43
Thursday, 24 December 2009, 12:59