„Przewodniczący Schulz jest przyjacielem Polski, może aż za bardzo (...)” (cyt. za: http://gosc.pl/doc/1067894.Tusk-Nie-przystapimy-do-euro-w-2015-r)- powiedział ostatnio pan premier Donald Tusk. Wbrew pozorom nie zamierzam tu dzielić się swoimi refleksjami na temat jego polityki. Chodzi mi o coś innego, a mianowicie o fakt, iż po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją, gdy publiczna wypowiedź ważnej osoby publicznej jest wypowiedzią wewnętrznie sprzeczną i pozbawioną sensu.
Przyjrzyjmy się zatem temu króciutkiemu fragmentowi wypowiedzi:
Czy można być „przyjacielem za bardzo”? Co to w ogóle znaczy? No właśnie, problem polega na tym, iż nic to nie znaczy, jako że na gruncie języka polskiego jest to sformułowanie nielogiczne a słowa te nie mają żadnego sensu. Trudno zaś posądzać pana premiera o świadome tworzenie neologizmów.
Ponadto pojawić się musi tutaj też inna refleksja: Czy godzi się nadal nazywać przyjacielem kogoś kto publicznie opowiada o naszych wewnętrznych sprawach, czy wręcz sekretach? Oczywiście nie! Gdyby któryś z moich przyjaciół rozpowiadał postronnym o tym co poufnie jest mu wiadome o moim domu i rodzinie, to nie tylko skończyłoby się to rękoczynem z mojej strony, ale też zakończyłoby na dobre naszą przyjaźń.
Jak więc widzimy, mamy po raz kolejny do czynienia z sytuacją, gdy polityk, dziennikarz, albo inna osoba publiczna (a również niepubliczna) mówi zwyczajnie od rzeczy.
Ludzie mówią, co im ślina na język przyniesie, bez ładu i składu, byle jak i o byle czym, dziwiąc się potem i nieraz gorączkując, gdy ktoś im to wypomni lub zwróci uwagę. Dotyczy to nie tylko mediów, nie tylko polityków, ale niestety również np. księży, których homilie także czasami bywają pokazem nie tyle niezdarności oratorskiej, co raczej nasycenia przemowy nielogicznymi i nierzeczowymi potworkami językowymi.
I należy tu odróżnić pewną chropowatość lub niezdarność językową (jak to było np. w wypadku św. Jana Marii Vianneya, św. ojca Pio lub też Wincentego Witosa), od bezmyślności i nielogiczności, która wyłania się z podobnych wypowiedzi. Bo tu nie o kompetencje retoryczne chodzi, a o sztukę mówienia tego co pomyśli głowa, czyli także o szczerość wypowiedzi, o przejrzystość i rozumność tego co jest tworzywem naszej mowy.
Odwołując się do słów naszego wieszcza, które przywołałem w tytule, wypada tutaj zapytać: Cóż ostatecznie może wymyślić głowa kogoś takiego, kto opowiada podobne głupstwa i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy? Czy nie jest może tak, że jest to umysł równie miałki i pełen sprzeczności jak te słowa które tworzy?
Przyzwalając na tego typu niechlujność lub co gorsza przyłączając się do niej, nie tylko zabijamy nasz język, nie tylko dajemy pozwolenie na opowiadanie najrozmaitszych bzdur, ale też dajemy zielone światło głupcom i ludziom, których wartość jest dokładnie tak miałka jak ich słowa, a gdy jeszcze my sami postępujemy podobnie, pogłębiamy ów zamęt językowy i logiczny oraz czynimy krzywdę samym sobie, przyczyniając się do regresu własnego umysłu.
Tuesday, 31 January 2012, 20:41
Tuesday, 31 January 2012, 21:03
Tuesday, 31 January 2012, 21:18
Monday, 02 January 2012, 00:37
Monday, 02 January 2012, 19:24
Monday, 02 January 2012, 19:54
Monday, 02 January 2012, 20:06