Dodano: Sunday, 02 September 2012, 15:53

Mama i tata: w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek, sobotę i w niedzielę! Takie zestawienie może wzbudzać kilka odczuć. Pierwsze: coś tu nie gra, ktoś trochę przegiął, trochę wyidealizował ten rodzinny model. Może „mama i tata” co drugi dzień, ale codziennie..? Nie. Co za dużo, to nie zdrowo. Wiedzą to już dzieci z przedszkola. A można też spokojnie, z ironicznym westchnieniem stwierdzić: idylla!
To może inna opcja, bardzo dziś modna i choć wciąż wyciskająca grube setki z portfela, to nadal popularna wśród postępowych rodziców, czyli tzw. weekendowi rodzice. Tacy to dopiero mogą! W weekendy przecież nie idzie się do pracy, grają najfajniejsze filmy w kinach i na drogach w miarę pusto, bo połowa tej planety siedzi w swoich norkach, a połowa wyjeżdża poza miasto w ramach szukania powietrza bez spalin.
A można też propagować modę na „wieczorowych rodziców” – generalnie dziecko musi mieć sporo szczęścia albo sporo wytrwałości w utrzymywaniu powiek na zapałkach, żeby ich zobaczyć. Tacy zjawiają się po całym dniu pracy, brunchach spożywanych na mieście w biznesowym towarzystwie i zwykle nie mają już sił na rodzinne rozmowy z dzieciakami.
Ale, żeby nie było tak ponuro, bo akurat ostatnie trzy przykłady nieprzykładnych rodziców moglibyśmy znaleźć od razu na swoim podwórku, ja opowiem wam dzisiaj o pewnej niekonwencjonalnej rodzince, która skradła moje serce. To model rodziny (1+1+n)x7 – nie martwcie się, więcej matematyki nie będzie!
Pamiętam pierwszy obiad, na który mnie zaproszono. Nie był to jakiś wyjątkowy dzień, zwykły czwartek jakich wiele. Najmłodsze dzieciaki snuły się między nogami, co chwilę przynosząc rodzicom jakąś szkolną nowinkę, a że były w tym samym wieku i chodziły do tej samej klasy, to nowinki były dokładnie takie same, a rodzice, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, za pierwszym i za drugim razem byli tak samo zasłuchani oraz ciekawi końca opowieści, jakby jej wcześniej nie słyszeli! Obiad schowany jeszcze w garnkach czekał na trzecie, najstarsze dziecko, które miało lekki poślizg w powrocie ze szkoły. Prawdę powiedziawszy moglibyśmy zacząć – pomijając fakt, ze wcześniej niewiele jadłam, a po domu roznosił się zapach pomidorowej i drugiego dania, na które miałam wielką ochotę, ale tej rodzinie wyjątkowo się nie spieszyło. Zegar nie wyznaczał tu rytmu rodzinnego popołudnia. Ważniejsze były pogaduchy i wspólny obiad spożyty w komplecie, bez brakujących osób. To była druga rzecz, która mnie pozytywnie zaskoczyła. Moją uwagę przykuło coś jeszcze. Kolorowa lodówka.
Wisiały na niej artystycznie poprzylepiane i ozdobione zdjęcia całej familii. Przy każdym z nich znajdował się bliżej nieokreślony opis danej osoby. Tata – superbohater, mama – żona superbohatera, Krysia – mały agent 1, Zosia – mały agent2, Jacek – agent do zadań specjalnych. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie: a co to – kosmici? Nie, nie kosmici, przecież napisali, że agenci. Dopiero przy herbacie zostałam oświecona, co oznaczają poszczególne odznaczenia. Jak się okazało, był to sposób na wyznaczenie rodzinnej hierarchii, do której dzieci podeszły z wielkim entuzjazmem i zapałem, a przy okazji łatwo przyswajały sobie nowe zasady. Ale pozwólcie, że powrócę jeszcze na moment do stołu. Obiad nie zaczął się od zawodów: kto pierwszy, ten ma więcej frytek, ale od znaku krzyża i krótkiej modlitwy. Każdy powiedział jedną rzecz, za którą w tym dniu chciał podziękować Bogu. To było bardzo zbliżające. Nawet ja, nie należąca do tej rodziny, poczułam się jakby ten obiad nie był jedynie konsumpcją, ale rzeczywistym, przemiłym spotkaniem przy stole. Tam każdy czuł się chciany i dało się odczuć, że na każdego tam czekano. Było głośno, a biały obrus już po 3 minutach zamienił się w płótno, na którym w plastyczny sposób najmłodsi mogli wyrazić siebie. Kolejnym fajnym miejscem był salon, czyli miejsce dla gości, dla rodziny – nie było w nim czarnego, gadającego pudła. Tak, mam na myśli telewizor. Ten znajdował się w innym pokoju, przeznaczonym wyłącznie do oglądania filmów i bajek. Pokój był przyciemniony i znajdowała się w nim wygodna, duża sofa. Telewizor z pewnością nie był głównym lokatorem tego domu. Sytuacja w tej rodzinie jest dosyć wygodna, bo żona zajmuje się domem i dziećmi, a mąż zarabia na ich utrzymanie. Stać ich na godne życie. Oprócz rozplanowania obowiązków dotyczących pracy i domu, bardzo mądrze poukładali sobie priorytety. Na pierwszym miejscu postawili siebie, czyli małżonków. Mówią, że choć są 15 lat po ślubie, to nadal wychodzą na randki, nadal cieszą się sobą nawzajem. Potem są dzieci, którym poświęcają mnóstwo czasu i energii. Przyznali, że nie są dobrzy w teorii, nie potrafią mądrze uzasadnić niektórych swoich decyzji, ale wychowują poprzez obecność, rozmowę, własny przykład. Są świadomi, że popełnili po drodze kilka dużych błędów, których starają się nie powtarzać.
Najbardziej uderzył fakt, że cała ta ferajna nie była sobą zmęczona. Obowiązkami – owszem, pracą – jasne, niepowodzeniami – a jakże, ale nie sobą. Rodzice, którzy mianowani zostali na superbohaterów, muszą budzić w dzieciach podziw, szacunek i zaufanie. Bycie superbohaterem dla swoich pociech, to również ogromne zadanie, tak na prawdę na całe życie, by zawsze to dziecko wiedziało, w czyich ramionach odnajdzie swoją wartość i bezpieczeństwo.
www.imf.pl
Opinii wyrażanych przez użytkowników portalu Fronda.pl nie należy utożsamiać z poglądami redakcji.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wyrażać komentarze.
