Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Pan Grodzka i pani Hiob

Kategoria: Wiadomości Wednesday, 29 February 2012, 19:06

 

 

Ponieważ osoba, która była kiedyś Krzysztofem Bęgowskim, a teraz jest Anną Grodzką podała do sądu redaktora Terlikowskiego za nazwanie jej mężczyzną,  ja sam zaczynam się poważnie zastanawiać nad wstąpieniem na drogę sądową. Co prawda moja sytuacja jest troszkę odmienna, ale nie tak bardzo. Ja bowiem nieustannie też jestem nazywany "panem", a tak naprawdę, mogę to udowodnić,  jestem Królewną Śnieżką.

 

Jako dziecko uczęszczałem do koedukacyjnego Przedszkola Państwowego nr 80 w Krakowie. A koedukacyjne, z samej definicji oznacza, że byli tam chłopcy i były dziewczynki. Gdy więc zaplanowano tam przedstawienie bajki o Królewnie Śnieżce, było oczywiste, że do głównej roli wybrano najśliczniejszą dziewczynkę z całego przedszkola. I zgadnijcie kogo wybrano... Dla ułatwienia podam, że do przedszkola chodziłem z moją żoną Grażynką, a Królewną był ktoś mieszkający po moim dachem.

 

No brawo, odgadliście bez pudła. Królewną Śnieżką byłem ja. A tu na dowód zdjęcia:

 

  

 

Niech Was zatem nie zmylą moje dzisiejsze wąsy. Tak naprawdę to jestem Królewną, co już z górą pół wieku temu odkryły dzielne panie przedszkolanki w Państwowym Przedszkolu nr 80 na ulicy Kotlarskiej w Krakowie. I radzę się wszystkim dobrze zastanowić, zanim mnie nazwą "panem Hiobem". To może Was sporo kosztować! ;-)

 

Komentarzy: 27


Komu przeszkadza Jezus?

Kategoria: Wiadomości Monday, 27 December 2010, 18:38

W USA jest zwyczaj, że przy szkołach często umieszcza się wielki kamień, czy może głaz, taki dwu- trzy-metrowy, by dzieciaki i młodzież, zamiast malować po ścianach, na nim mogły napisać,  "juzek jezt gupi", albo "kocham efkę".  Oczywiście zwykle są to napisy fajniejsze, młodzież mamy zdolną i pełną poczucia humoru, więc i napisy bywają zabawne. Poza tym te kamole są chyba tylko w gimnazjach i liceach, a tam jest, myślę,  młodzież, która  już wyrosła z "gupiego juzka". Wyznania miłosne natomiast są, obok życzeń urodzinowych, dość częstym elementem tej grafiki.

Jadąc z naszego domu przejeżdżamy obok gimnazjum i zawsze zerkam na niego, ciekawy, co się nowego pojawiło. I stało się taką małą tradycją, że w okresie Świąt ktoś tam składa życzenia Panu Jezusowi. Albo wymaluje "HAPPY BIRTHDAY JESUS", albo jest to napis "JESUS, THE ROCK", czyli Jezus – Skała.

Ponieważ to teren szkoły publicznej, napisy te powodują nerwowość szkolnej administracji i jak tylko ktoś je zauważy, JESUS jest zamalowywany. Ale teraz przerwa świąteczna, więc zwykle JESUS przez większą część Oktawy Bożego Narodzenia "reklamuje się" na skale. A potem wygląda to tak:

W ramach globalnego ocieplenia mieliśmy w tym roku po raz pierwszy od kiedy tu jestem, czyli od 29 lat,  białe Święta. Co prawda sypnęło dopiero wieczorem 25 grudnia, ale drugi dzień Świąt wyglądał cudownie.

Charlotte nie każdej zimy ma śnieg, a jeżeli nam spadnie, to zwykle pod koniec zimy.  W 82 roku, w drugi dzień Świąt, pojechaliśmy nawet nad Atlantyk, do Myrtle Beach i kąpaliśmy się. Pogoda była "bałtycka", około 20C, woda cieplejsza niż w lipcu w Juracie i  dla zahartowanych imigrantów z Polski była to wielka frajda kąpać się w grudniu w oceanie. W tym roku by nam to nie przyszło nawet do głowy.

My tu jesteśmy na szerokości geograficznej północnej Afryki, więc i palmy rosną w moim ogrodzie.

Jednak w samym Dniu Bożego Narodzenia nic nie zapowiadało takiej zimy. Pięknie świeciło słoneczko, więc i skała przed szkołą wyglądała fajnie.

Ktokolwiek tam przypomina komu zawdzięczamy te Święta i czyje narodziny wspominamy, nie zawiódł i w tym roku.

A na drugi dzień, już w zimowej scenerii, skała wyglądała zupełnie inaczej. Już nie zamalowana nawet, ale wulgarne, ordynarne napisy.  I to musiały być zrobione jeszcze w dniu Bożego Narodzenia, bo od wieczora sypał śnieg, a te napisy są pod śniegiem.

Nie wiem, czy to było w ogóle przez kogokolwiek zauważone i czy ktoś powiadomił o tym media, czy policję. Nie to jest istotne. Dla mnie ważniejsze jest to, że wydarzenie to przypomina, na co zdecydował się nasz Bóg.

Wcielenie jest wielkim poniżeniem Boga. On sam pozbawia się swej chwały, by stać się jednym z nas. A my nie do końca to rozumiemy. Jednak dla lucyfera było to tak odrażające, że, jak uczą Ojcowie Kościoła, to się stało powodem jego buntu. Nie chciał służyć Komuś, Kto miał stać się człowiekiem.

Oburzają nas takie incydenty, ale sami poniżamy Jezusa każdego dnia. Poniżamy Go w naszych bliźnich, poniżamy niegodnie przyjmując Go w Eucharystii, poniżamy dając złe świadectwo innym. Bo przecież On jest obecny w każdym z naszych braci i jest obecny także w nas. Dla niektórych ludzi jedyne spotkanie z Jezusem, jakie im się w życiu przydarzy, to spotkanie z nami.

Ja nie mogę być odpowiedzialny za to, co zrobili jacyś wandale w Charlotte. Ale jestem odpowiedzialny za to, co sam robię.

Przepraszam Cię, Jezu!

 

Komentarzy: 31


Przepis na Dobre Święta

Kategoria: Wiadomości Friday, 24 December 2010, 05:13

Potrawy wigilijne tradycyjnie powtarza się co roku, więc i ten przepis warto przypomnieć. Przepis jest bardzo trudny, ale jak się już raz spróbuje, to potem za każdym razem wychodzi lepiej:

PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA.

Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności.

Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku – przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

W tą najpiękniejszą noc roku, gdy sam Bóg się narodził i stał się jednym z nas, życzę Wam wszystkim wiele Bożych Błogosławieństw, dużo zdrowia, radości, szczęścia, spełnienia najskrytszych marzeń i wiele miłości z okazji Świąt Bożego Narodzenia, teraz i w całym 2011 roku.

Niech nowonarodzone Dzieciątko Jezus błogosławi Was i strzeże. Niech rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech Was obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku Wam oblicze swoje i niech Was obdarzy pokojem.

Piotr Jaskiernia z rodziną

 

Komentarzy: 18


25 Grudnia. Dziś urodziny obchodzą: Jezus Nazarejczyk...

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 21 December 2010, 06:08

Dlaczego 25 grudnia? Pisałem już przed rokiem dlaczego uważam, że to nie jest zaledwie symboliczna data, ale mamy kolejny rok i mamy kolejnych gości na blogu, więc warto przypomnieć, czemu nasz Pan, gdyby posiadał paszport, miałby tam wpisane "Urodzony 25 XII". ;-)

„Sol Invictus”

Zacznijmy więc od  "standardowego tłumaczenia". W wielu miejscach możemy przeczytać, że 25 grudnia to jedynie "ochrzczone" święto  „Sol Invictus”, związane z przesileniem zimowym. Jednak, jak się wydaje, jest to spore uproszczenie i najprawdopodobniej nie ma w nim wcale prawdy.

 

„Ochrzczenie” pogańskiego święta na cześć boga Sol Invictus nastąpiło dopiero pod koniec czwartego wieku, a tymczasem data narodzin naszego Pana była znana Kościołowi wcześniej. Zatem to nie data narodzin Pana Jezusa została zdeterminowana przez święto fałszywego bożka, ale raczej święto bożka musiało zostać zamienione na obchody Bożego Narodzenia, bo akurat obchodzono je w dniu narodzin Prawdziwego Boga. Gdy chrześcijaństwo wyszło z podziemia i stało się religią państwową, Boże Narodzenie musiało wyprzeć święto fałszywego bożka z "państwowego kalendarza".

 

Nawet, gdy przyjmiemy, jak podaje Wikipedia, że święto Sol Invictus  zostało ustanowione przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana w 274 roku, to przecież chrześcijanie pozostający wtedy w ukryciu i często prześladowani, nie mieliby żadnego powodu, by uznać akurat taką datę za Boże Narodzenie. Chyba, że… Chyba, że rzeczywiście byłby to dzień narodzin Jezusa.

Nowe Narodzenie na Krzyżu.

Joseph Ratzinger w swej książce "The Spirit of the Liturgy" pisze, a ja tu sparafrazuję jego słowa, opierając się na angielskim tekście:

Zadziwiające jest to, że punktem wyjścia do ustalenia daty narodzin Jezusa jest 25 marca. O ile wiem, (pisze Ratzinger), najstarsza antyczna wzmianka o tym znajduje się w pismach Tertuliana (ur.150 – zm.207),  który przyjmuje za powszechnie uznaną tradycję, że Chrystus umarł na Krzyżu 25 marca. W Galii aż do szóstego wieku była to niezmienna data obchodzenia Ukrzyżowania. W dziele wyliczającym datę Wielkanocy, napisanym w roku 243 i pochodzącym z Afryki znajdujemy datę 25 marca jako dzień stworzenia świata i w połączeniu z nią osobliwe datowanie narodzin Jezusa. Według przekazu z Księgi Rodzaju słońce zostało stworzone czwartego dnia, czyli 28 marca. Zatem ten dzień powinien być uznany za dzień narodzin Chrystusa, Prawdziwego Słońca.  […]

 

Stare teorie (o "ochrzczeniu" pogańskich świąt) nie dadzą się dłużej utrzymać. Decydującym czynnikiem bowiem jest tu zależność między stworzeniem, a Krzyżem, stworzeniem i Poczęciem Jezusa. W świetle "Jego Godziny" daty te mają kosmiczne znaczenie. Cały początek Wszechświata był zatem zapowiedzią Chrystusa, "Pierworodnego wobec każdego stworzenia". […] Fakt, że daty Poczęcia i Narodzin od początku miały kosmologiczne znaczenie pokazuje, że Boże Narodzenie może teraz stawić czoła  kultowi Słońca  i włączyć go w teologię Święta Bożego Narodzenia.

Ratzinger przypomina potem, że Ojcowie Kościoła, Święty Hieronim i święty Augustyn pisali o tym już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i przypomina, że święto Jana Chrzciciela, który zapowiedział przyjście Jezusa, wypada dokładnie w połowie miedzy Poczęciem, a Bożym Narodzeniem. Powrócę jeszcze do tego poniżej.

Antyczne pisma

Pierwsza historyczna wzmianka o 25. grudnia, jaka dotrwała do naszych czasów, pochodzi z tak zwanego Kalendarza Filokaliańskiego, z roku 336, czy, według innych, chyba bardziej prawdopodobnych źródeł, z roku 354, gdzie czytamy przy dacie 25 grudnia: „Natus Christus in Betleem Judea”, czyli „Chrystus się narodził w Betlejem w Judei”.

 

Święty Augustyn około roku 400 AD wspomina donatystów, którzy obchodzili Boże Narodzenie 25. grudnia, ale odmawiali obchodzenia święta Objawienia Pańskiego 6. stycznia. Ponieważ ta schizmatycka, czy heretycka grupa chrześcijan pojawia się około roku 312 AD, w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana i trzymała się sztywno swych przekonań, jakie jej towarzyszyły od początku, można przyjąć, że w na samym początku czwartego wieku data 25. grudnia była dość dobrze ustalona, przynajmniej w Północnej Afryce.

Co z tym 6 Stycznia?

Powróćmy więc jeszcze do teorii pogańskiego pochodzenia daty Bożego Narodzenia. Co prawda w świetle słów kardynała Ratzingera widzimy, że zależność jest raczej odwrotna. To właśnie poganie czczą fałszywych bożków w tym czasie, bo sama natura wskazuje na ten czas, na jego niezwykłość,  ale w sumie to i tak najprawdopodobniej nie ma większego znaczenia. Możemy bowiem zostawić kosmiczną symbolikę na boku. Ja mam bowiem dużo ambitniejszy plan.  Chcę wykazać, że 25 grudnia to jest prawdziwa data nie tylko w oparciu na mistyczno-filozoficzno-symboliczne rozważania, ale także w oparciu  jak najbardziej historyczne fakty.

 

Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że pierwsza wzmianka sugerująca, jakoby daty 6 I i 25 XII były zdeterminowane przez pogańskie święto pochodzi dopiero z dwunastego wieku. Jakaś notka na marginesie komentarzy syryjskiego biblijnego komentatora Dionizosa syna Salibiego mówi, że Boże Narodzenie zostało przeniesione z 6 stycznia na 25 grudnia, by wypadło w dniu święta Sol Invictusa. Nie ma żadnych śladów wskazujących na to, że ktokolwiek wcześniej wyznawał takie teorie. Co więcej, dopiero znacznie później, w XVIII i XIX wieku, w  epoce tak zwanego "oświecenia" rozwinięto tę,  tak dziś popularną ideę.  Ale „popularna” niekoniecznie i nie zawsze znaczy „poprawna”. Zwłaszcza, gdy się wywodzi z "oświecenia".

 

Może wyda się to dziwne, ale obie daty, 25 grudnia i 6 stycznia wynikają z tego samego faktu powiązania dnia poczęcia Jezusa z dniem Jego śmierci. Ojcowie Kościoła po prostu rozumieli, i tak nauczali, że dzień poczęcia naszego Pana jest tym samym dniem, w którym oddał On za nas swoje życie, gdyż śmierć Jezusa na Krzyżu i Jego Zmartwychwstanie było Nowym Stworzeniem, powstaniem zupełnie nowej rzeczywistości. A daty 25 grudnia i 6 stycznia różnią się tylko dlatego, że data śmierci Jezusa w drugim przypadku została po prostu błędnie obliczona.

 

Około roku 200 Tertulian z Kartaginy wyliczył, że 14 Nisan, dzień śmierci Pana Jezusa według Ewangelii Św. Jana odpowiada 25. marca w słonecznym kalendarzu rzymskim. Nieco ponad sto lat później powstał traktat nieznanego autora, „On Solstices and Equinoxes”, („O przesileniach i równonocach”) napisany gdzieś w Północnej Afryce, gdzie możemy przeczytać:

A zatem nasz Pan został poczęty w dniu 25. marca, który to dzień jest dniem Jego męki i dniem Jego poczęcia. Bo dzień Jego poczęcia jest także dniem Jego cierpienia.

Święty Augustyn, pochodzący z Północnej Afryki, zapewne znał ten traktat, bo w swoim dziele „O Trójcy Świętej” napisał:

Przyjmuje się bowiem, że tak poczęcie, jak i męka miały miejsce 25 marca; podobnie jak się przyjmuje, że „nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony" (J. 19, 41) ani przedtem, ani potem, a w którym pochowano Jezusa, jest odpowiednikiem dziewiczego łona, w którym został poczęty i którego nie tknął nikt ze śmiertelnych. Tradycja podaje 25 grudnia jako datę Jego narodzenia. Otóż między tymi dwiema datami upłynęło dwieście siedemdziesiąt sześć dni, czyli sześć razy po czterdzieści sześć dni. A właśnie tyle trwała budowa świątyni i taką liczbę sześciodniowych okresów objęło doskonałe ukształtowanie się ciała Pańskiego, które — zburzone przez mękę i śmierć — po trzech dniach zmartwychwstało. Mówił On bowiem „o świątyni ciała swego" (J. 2, 21), jak tego dowodzi bardzo wyraźne i bardzo mocne świadectwo Ewangelii: „Albowiem jako był Jonasz w żywocie wielkiej ryby trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w sercu ziemi trzy dni i trzy noce" (Traktat O Trójcy Świętej, Księga Czwarta, V 9)

Na Wschodzie, w „greckim” Kościele, to 6 stycznia był datą narodzin Pana Jezusa.  Różnica  wynikała z tego, że na Wschodzie zamiast uznać dzień 14 Nisan za dzień Męki Pańskiej, uznali, że stało się to 14. dnia pierwszego wiosennego miesiąca (Artemisios) w ich lokalnym, greckim kalendarzu, którego odpowiednikiem w kalendarzu rzymskim był szósty kwietnia. A zatem narodziny Pana Jezusa wypadały im 6. stycznia. Jednak sama idea łączenia Wcielenia ze Stworzeniem Wszechświata była identyczna na zachodzie,  jak i w kościołach wschodnich.

 

Dla nas, żyjących w XXI wieku, łączenie poczęcia Jezusa i Jego śmierci wydaje się czymś nienaturalnym, sztucznym, ale dla antycznych i średniowiecznych chrześcijan było to całkiem naturalne. Widzimy to choćby w sztuce, na przykład w malarstwie Meister Bertrama, który pokazuje nam moment Zwiastowania i w tle Dzieciątko z krzyżem w rączce. Przypomnienie, że poczęcie staje się już obietnicą zbawienia przez śmierć Pana Jezusa.

 

 

Także żydowska tradycja nas uczy, że stworzenie i zbawienie powinno wypaść tego samego dnia. Możemy o tym przeczytać w Talmudzie. Na przykład „Babiloński Talmud” zachował dyskusję między dwoma rabinami z początku drugiego wieku, którzy zgadzają się co do samej idei, ale nie co do daty. Rabin Eliezer mówi: „W miesiącu Nisan świat został stworzony, w Nisan patriarchowie się urodzili, […] i w Nisan będą zbawieni, gdy nadejdzie odpowiedni czas.” Rabin Joshua, z którym rabin Eliezer dyskutował, zgadzał się z samą ideą, ale uważał, że był (i będzie) to następny miesiąc, Tishri.

 

Nie jest więc wcale dziwne, że i Kościół wierzył, że Zwiastowanie, a zatem i Wcielenie miało miejsce w tym samym dniu, co Śmierć Pana Jezusa. Nie jest to oczywiście żaden bezwzględny dowód na prawdziwość daty 25 grudnia, ale  przynajmniej pośrednio potwierdza, że w tej dacie jest coś znacznie więcej, niż zaledwie ochrzczenie pogańskiego święta.

Zachariasz.

Zachariasz, według tego, co nam podaje św. Łukasz w swej Ewangelii, rozdział 1, wersety 5 i 8, był kapłanem „z oddziału Abiasza”. Kapłani służyli w Świątyni według kolejności ustalonej losowo, i „oddział Abiasza” był ósmy w kolejności, jak nam to mówi 1 Księga Kronik, 24, 1-10. Członkowie każdego „oddziału” służyli przez tydzień w Świątyni.

 

Amerykańska Katolicka Encyklopedia z 1917 roku podaje, że dwadzieścia cztery oddziały kapłanów służyły po kolei w Świątyni. Zachariasz, jak wspominaliśmy przed momentem, był w ósmym oddziale.  Świątynia została zniszczona w dniu 9 Ab 70, gdy według rabinistycznej tradycji służył pierwszy oddział kapłanów. Wychodząc z tego punktu i cofając się do tyłu możemy ustalić, że oddział Abiasza służył między 2-9 października. Zatem Elżbieta mogła zajść w ciążę na początku października, a więc gdy Archanioł Gabriel mówił do Maryi:

A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. (Łk 1, 36)

… mógł to być 25 marzec.

 

Powyższe datowanie ma jedną wadę. Polega na tradycji, co do której nie mamy stuprocentowej pewności. Jest to mocna poszlaka, ale jeszcze nie dowód. Jednak i dowód się wkrótce znalazł. Odnaleziono go wśród zwojów w Qumran. Dokument tam odkryty podaje nam bardzo konkretną datę, kiedy wypadała ta służba dla Zachariasza. Był to, według dziś obowiązującego kalendarza, tydzień między 23, a 30 września.

 

Zatem termin ten nie zgadza się zaledwie o tydzień z tym, co wyliczyliśmy wychodząc od daty zburzenia Świątyni. Jednak gdy sobie uświadomimy ogrom działań wojennych w roku 70, to możemy uznać, że walki te trwały co najmniej tydzień i zburzenie Świątyni nie było jakimś konkretnym, jednostkowym momentem, ale musiało być wydarzeniem trwającym w czasie. A  przy takim założeniu mamy doskonałą zgodność dat.

 

Święta Elżbieta mogła zajść w ciążę na przełomie września i października, a zatem 25 marca następnego roku była w już w szóstym miesiącu ciąży. Czyli Ewangelia świętego Łukasza, wraz z dokumentem znalezionym w Qumran potwierdza nam, że data narodzin Pana Jezusa, 25. grudnia, to coś znacznie więcej, niż zaledwie symbolicznie wyznaczony dzień. Dokument ten potwierdza także, że jest bardzo prawdopodobne, że święty Jan rzeczywiście urodził się 24. czerwca.

Nocna straż

Mamy także jeszcze jedną przesłankę za grudniową datą narodzin Pana Jezusa. Święty Łukasz podaje nam bowiem taką informację:

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. (Łk 2,8)

Wielu egzegetów i historyków przypomina tu, że straż nocną pasterze trzymali tylko w czasie, gdy się rodziły młode jagnięta. Trzeba je było bowiem czyścić i pilnować, strzec przed zmarznięciem i otaczać opieką. A ponieważ owce parzą się zawsze po przesileniu letnim i ich ciąża trwa pięć miesięcy, więc właśnie w okresie grudnia rodzą się młode owieczki i wtedy pasterze „trzymają nocną straż” nad swymi trzodami. Nie jest to niepodważalny dowód, ale jest to kolejna wskazówka, kolejna poszlaka wskazująca na 25. grudnia.

 

Oczywiście dla naszej wiary nie ma to żadnego znaczenia. Narodziny Pana Jezusa obchodzimy w sposób symboliczny. Niczego by to nie zmieniło, gdyby w rzeczywistości narodził się On w jakimkolwiek innym czasie. Ale ja, choć nie jestem zwolennikiem żadnych "spiskowych teorii dziejów", to jakoś nie mogę uwierzyć w to, że jest to jedynie symboliczna data. Jeżeli bowiem i filozoficzne rozważania i teologiczne przemyślenia i badanie starych dokumentów i nawet poznawanie zwyczajów lokalnych hodowców owiec wskazuje na to samo, to dlaczego po prostu nie przyjąć tego za prawdę?

 

Pewnie, że można powiedzieć, że uznajemy okres, gdy zaczyna przybywać dnia za czas narodzin naszego Pana, bo ma to wspaniałą symbolikę, ale czy nie wspanialszą symbolikę ma fakt, że dnia zaczyna przybywać wtedy, gdy narodził się nasz Pan? Kto bowiem był "na początku"?  Son, czy sun? Syn, czy słońce?

 

Ja wierzę, że data 25 grudnia jest czymś więcej, niż „ochrzczonym” pogańskim świętem. Jestem przekonany, że jest to także faktyczna data urodzin naszego Pana. A zatem… Happy birthday, Jesus!

 

PS. Powyższy tekst jest zmienioną wersją rozważań sprzed roku. Trochę poprawiłem, trochę uzupełniłem, ale wnioski i data pozostały takie same. ;-) Wesołych Świąt!

Komentarzy: 21


A gdzie "TO" jest w Biblii? Spowiedź

Kategoria: Wiadomości Monday, 20 December 2010, 03:22

Wracam do tego cyklu, bo po pierwsze kończy się Adwent, więc dobrze by było przypomnieć sobie o pojednaniu się z Bogiem i bliskimi, a po drugie temat "wyskoczył" na moim forum. Zatem… czy Biblia naucza gdziekolwiek, że ludzie powinni się spowiadać kapłanowi? Czy nie wystarczy się wyspowiadać bezpośrednio Bogu? Czy to wymysł średniowiecznego kleru, który chciał kontrolować wiernych poznając ich tajemnice, czy raczej praktyka wywodząca się jeszcze ze Starego Testamentu? Zobaczmy, co nam o spowiedzi mówi Biblia:

Jeżeli więc kto popełni jedno z tych przestępstw, to niech wyzna, że przez to zgrzeszył. Wtedy przyniesie jako ofiarę zadośćuczynienia dla Pana za swój grzech – samicę spośród małego bydła, owcę lub kozę, na ofiarę przebłagalną. A kapłan dokona przebłagania za jego grzech. […]  W ten sposób kapłan dokona przebłagania za grzech, który tamten popełnił, i będzie mu odpuszczony.  (Kpł 5, 5-6, 10b)

 

Przemówił znów Pan do Mojżesza tymi słowami: Powiedz Izraelitom: jeżeli mężczyzna lub kobieta dopuszcza się jakiego grzechu wobec ludzi, popełniając przestępstwo przeciw Panu, to osoba ta zaciągnie winę. Mają wyznać grzech popełniony i oddać dobro nieprawnie zabrane z dodaniem piątej części temu, wobec kogo zawinili. (Lb 5, 5-7)

 

Nie zazna szczęścia, kto błędy swe ukrywa; kto je wyznaje, porzuca – ten miłosierdzia dostąpi. (Prz 28, 13)

 

Nie wstydź się wyznać swych grzechów i nie zmagaj się z prądem rzeki! (Syr 4,26)

 

I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom. (Mt 9, 2-8)

 

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. (Mk 1, 4-5)

 

Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20, 22-23)

 

Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. (Jk 5,16)

 

Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. (1J 1, 9)

 

Jeśli ktoś spostrzeże, że brat popełnia grzech, który nie sprowadza śmierci, niech się modli, a przywróci mu życie, mam na myśli tych, których grzech nie sprowadza śmierci. Istnieje taki grzech, który sprowadza śmierć. W takim wypadku nie polecam, aby się modlono. Każde bezprawie jest grzechem, są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci. ( 1J 5, 16-17)

 

Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił na posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem.  (2 Kor 5, 18-20)

 

Przychodziło też wielu wierzących, wyznając i ujawniając swoje uczynki. (Dz. 19,18)

Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach należy dodać, że nie każdy tu cytowany werset naucza wprost o potrzebie spowiedzi kapłanowi, choć niektóre z nich, jak np. ten z Ewangelii św. Jana, nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do potrzeby ustnej spowiedzi kapłanom. Cytaty ze Starego Testamentu potwierdzają, że jest to stara, odwieczna praktyka. Natura ludzka się nie zmieniła, a Bóg, który nas zna wie, że bez ustnej spowiedzi szybko sami siebie zaczniemy oszukiwać.

 

Cytat z Mateusza mówi o odpuszczeniu grzechów przez Jezusa, ale Duch Święty natchną autora, by użył liczby mnogiej mówiąc, że "tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom". Także warto zwrócić uwagę na cytat z Listu do Koryntian, bo jest on często pomijany w apologetycznych dyskusjach na temat spowiedzi. A św. Paweł tam mówi ważne słowa, mianowice, że "w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień."  Oczywiście napominać można czyjeś przewinienia, a te trzeba najpierw poznać. Nie przez plotki i donosy. Kontekst mówi o "posłudze pojednania", która jest zadaniem apostoła.

 

Są też dokumenty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, Didache z pierwszego wieku, ( XIV. 1. W dniu Pana, w niedzielę, gromadźcie się razem, by łamać chleb i składać dziękczynienie, a wyznawajcie ponadto wasze grzechy, aby ofiara wasza była czysta), św. Ireneusz  w roku 180, Orygenes i św. Cyprian w trzecim wieku i wiele innych pokazujących, że sakramentalna spowiedź była częścią naszej wiary od samego początku. To jednak już nie należy do naszego cyklu, który ma jedynie być narzędziem i pomocą dla tych, którzy za pomocą Biblii muszą uzasadnić naukę Kościoła Katolickiego.

 

Więcej notek z cyklu "A gdzie TO jest w Biblii" można znaleźć idąc do spisu treści mojego bloga, czyli do www.jaskiernia.org

Komentarzy: 20


Wielka Nierządnica w Babilonie - Purpura i szkarłat

Kategoria: Wiadomości Saturday, 13 November 2010, 02:25

Druga część naszych rozważań na temat Apokalipsy i jej rzekomego antykatolickiego przesłania.

3. Odziana w purpurę i szkarłat.

Jeden z zarzutów, czy „dowodów” na to, że Wielka Nierządnica Babilonu to Kościół Katolicki brzmi tak: Nierządnica jest ubrana w purpurę…

A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat, cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły, miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu. (Ap 17,4)

… a księża, biskupi i kardynałowie też, więc wniosek jest oczywisty: Autor Apokalipsy miał na myśli katolicki kler.

 

Oczywiście taki zarzut jest absurdalny z wielu względów. Przede wszystkim w czasach, gdy święty Jan opisywał swą wizję żaden ksiądz nie chodził w purpurze i szkarłacie. Zatem słowa te przede wszystkim muszą dotyczyć kogoś innego.  Oczywiście później się to zmieniło, ale gdy rozumiemy znaczenie tych kolorów szat liturgicznych staje się oczywiste, że zbieżność jest tu zupełnie przypadkowa.

 

Normalnym kolorem szat liturgicznych kleru jest kolor biały. Wszyscy księża, zawsze, od prostego wikarego po papieża, na każdej Mszy są ubrani na biało. Gdyby zatem Jan chciał symbolicznie wskazać na kler katolicki, znacznie rozsądniejsze i czytelniejsze byłoby wspomnienie białych szat.

 

Czerwony kolor szat liturgicznych symbolizuje krew męczenników, którzy oddali za swą wiarę życie, purpura to kolor królewski, wskazujący na fakt, że biskupi są namiestnikami Króla, Jezusa Chrystusa.  Poza tym nie można mieszać metafor. Gdy uznamy, że Nierządnica symbolizuje miasto, to nie bierzmy kolorów szat dosłownie, nie uznawajmy ich za konkretne stroje kapłanów. Trzeba być konsekwentnym.

 

Gdy zatem uznamy, że purpura i szkarłat są kolorami Nierządnicy – skorumpowanego i rozwiązłego Miasta, niezależnie, czy będzie to Jerozolima, czy pogański Rzym, to w tym kontekście widzimy, że kolorem Nowego Jeruzalem jest właśnie kolor „czysty”, biały, bo szaty Nowego Jeruzalem zostały obmyte Krwią Baranka. Sam fakt, że święty Jan używa sformułowania „Nowe Jeruzalem” świadczy, że to jest przeciwieństwo „Starej”, czy też współczesnej Janowi Jerozolimy. To chrześcijanie stworzą Nowe Jeruzalem.

 

Zupełnie nieistotne, czy ta nowa stolica duchowa będzie w Jerozolimie, Rzymie, Watykanie, Avignonie czy gdziekolwiek indziej. Nie chodzi tu o geograficzną lokalizację, ale o duchowe znaczenie. Tak samo, jak nie jest istotne w tym kontekście, że kapłani ubierają na swe białe stroje inne liturgiczne szaty w kolorach czerwonym, czy purpurowym. To jedynie wskazuje na fakt, że chrześcijaństwo nie jest nową religią, która powstała „z niczego” dwa tysiące lat temu. Kościół Katolicki jest wypełnieniem i kontynuacją judaizmu. Ofiara Jezusa jest wypełnieniem archetypu, jakim były ofiary zwierząt w Świątyni Jerozolimskiej. A kolor szat liturgicznych  jest kontynuacją tradycji nakazanej przez samego Boga:

Te szaty sporządzisz dla twego brata, Aarona, i dla jego synów, aby Mi służyli jako kapłani. A użyją na to złotych nici, fioletowej i czerwonej purpury i karmazynu oraz kręconego bisioru. Efod wykonają ze złotych nici i fioletowej i czerwonej purpury, karmazynu oraz kręconego bisioru, jako dzieło biegłych tkaczy. (Wj 28, 4b-6)

Wracając zaś do koncepcji „Starego” i Nowego Jeruzalem” bardzo ciekawie, choć jakby mimochodem, wspomina to święty Paweł w Liście do Galatów:

Powiedzcie mi wy, którzy chcecie żyć pod Prawem, czy Prawa tego nie rozumiecie?  Przecież napisane jest, że Abraham miał dwóch synów, jednego z niewolnicy, a drugiego z wolnej. Lecz ten z niewolnicy urodził się tylko według ciała, ten zaś z wolnej – na skutek obietnicy.

Wydarzenia te mają jeszcze sens alegoryczny: niewiasty te wyobrażają dwa przymierza; jedno, zawarte pod górą Synaj, rodzi ku niewoli, a wyobraża je Hagar: Synaj jest to góra w Arabii, a odpowiednikiem jej jest obecne Jeruzalem. Ono bowiem wraz ze swoimi dziećmi trwa w niewoli. Natomiast górne Jeruzalem cieszy się wolnością i ono jest naszą matką. (Ga 4, 21-26)

Mamy tu porównanie Starego i Nowego Przymierza, Izmaela i Izaaka, Synaju i Syjonu, obecnego (czyli współczesnego Pawłowi) Jeruzalem i „górnego Jeruzalem”, będącego naszą matką.  Święty Paweł ciekawie miesza tu symbole, bo przecież Izaak, symbol prawdziwego przymierza, przeciwieństwo Izmaela, staje się „obecnym Jeruzalem” w czasach apostoła Pawła, które apostoł krytykuje i potępia, a rolę pozytywną przejmuje „górne Jeruzalem”, czyli Nowe Przymierze.

 

Wolność, jaką nam daje Chrystus jest przeciwieństwem niewoli Prawa. Żydzi współcześni Pawłowi, z ciała synowie Przymierza, stali się niewolnikami, jak niewolnikami są synowie Hagar. To Chrystus daje nam prawdziwa wolność od przekleństwa Prawa, którego o własnych siłach żaden człowiek nie jest w stanie wypełnić. To jednak jest już zupełnie innym zagadnieniem i zbyt daleko odchodzimy od tematu. (CDN)

Komentarzy: 21


Kenneth J Howell

Kategoria: Wiadomości Wednesday, 21 July 2010, 07:04

Dr Kenneth Howell stał się ostatnio osobą popularną, choć pewnie nie jest z tego zbyt zadowolony. Przyczyną jego popularności stał się bowiem fakt, że został wyrzucony z uczelni za wykładanie ortodoksyjnej nauki Kościoła Katolickiego. Jest to w pewnym stopniu zdumiewające, bo on tam wykładał właśnie przedmiot "Introduction to Catholicism", Wprowadzenie do Katolicyzmu. Czyli został wyrzucony za to, że był dobrym profesorem. I tak w ogóle to uczelnia powinna mieć raczej pretensje do Pana Jezusa, że nauczał takich politycznie niepoprawnych rzeczy, jak na przykład to, że małżeństwo to związek między kobietą i mężczyzną.

 

Ale kim jest Kenneth Howell? Jest on mi doskonale znany i to od lat. Co prawda nie miałem okazji poznać go osobiście, ale w mojej podręcznej apologetycznej audiotele, czyli na twardym dysku mojego laptopa mam ponad dwadzieścia godzin wykładów Howella i różnych audycji radiowych z jego udziałem. Czytałem także kilkadziesiąt artykułów jego autorstwa w doskonałym, apologetycznym czasopiśmie „This Rock”. Polecam i samo czasopismo i autora, wszystkie archiwalne numery „This Rock”  są dostępne za darmo w elektronicznej wersji.

 

Kim zatem jest Kenneth Howell? Pierwsze 44 lata swego życia był protestantem, prezbiterianinem. Kościół prezbiteriański w USA to jest kościół zwykle wyznający teologię taką, jakiej nauczał Kalwin.  Osiemnaście z tych 44 lat Howell spędził jako pastor. Jednak od początku nie dawało mu spokoju to, że na każdym niemal rogu w miasteczku, gdzie zaczął swą służbę, znajduje się inny kościół, należący do innej denominacji. A przecież Jezus powiedział: „zbuduję swój Kościół” używając liczby pojedynczej.

 

Howell wspomina, że w 1978 roku, jako młody pastor, powiedział na kazaniu, że Jezus modlił się o jedność chrześcijan i gdyby kiedykolwiek Kościół Katolicki zaczął ponownie nauczać czego uczy Biblia, wszyscy protestanci musieliby do Niego powrócić. Jednak był on przekonany, że katolicyzm odszedł daleko od nauczania apostolskiego i ma bardzo niewiele wspólnego z Kościołem, który założył Jezus.

 

Później Howell obronił pracę doktorską i zaczął wykładać w seminarium duchownym. Zaczął także studiować dzieła Ojców Kościoła. Ku swemu zdumieniu odkrył, że nauczali oni tego samego, czego dziś naucza Kościół Katolicki. Szczególnie święty Ignacy z Antiochii zrobił na nim wielkie wrażenie, a konkretnie jego List do Smyrneńczyków 7,1:

"Powstrzymują się od Eucharystii i modlitwy, gdyż nie wierzą, że Eucharystia jest Ciałem Pana naszego, Ciałem, które cierpiało za nasze grzechy i które Ojciec w swej dobroci wskrzesił. Tak więc ci, co odmawiają daru Boga, umierają wśród swoich dysput. Lepiej byłoby dla nich, żeby mieli miłość, bo w ten sposób i oni mogliby zmartwychwstać"

W jego kościele „Wieczerzę Pańską” obchodzono cztery razy w roku i on sam wierzył, że to jest jedynie symboliczny rytuał, bez głębszego znaczenia. Był przekonany, że Kościół Katolicki wymyślił doktrynę o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii w średniowieczu. Tymczasem już na przełomie pierwszego i drugiego wieku święty Ignacy, który znał osobiście świętego Jana pisze jako coś oczywistego, że Eucharystia jest Ciałem Jezusa Chrystusa.

 

Dalsze studia, szczególnie szóstego rozdziału Ewangelii świętego Jana upewniały go coraz bardziej, że to Kościół Katolicki naucza prawdy o Eucharystii, ale wcale go to nie ucieszyło. Jako pastor i profesor teologii w seminarium miał komfortowe życie, a gdyby został katolikiem, straciłby to wszystko, nie wiedząc co dalej mógłby robić.

 

Howell na tym etapie swej pielgrzymki zrobił, jak sam to określa, bardzo niebezpieczną rzecz. Wsiadł w autobus, pojechał do centrum miasta i poszedł na Mszę do katolickiego kościoła. Dlaczego było to niebezpieczne? „Bo podczas Mszy mamy do czynienia z nadprzyrodzoną  Mocą” –odpowiada.  To doświadczenie, to uczestnictwo we Mszy  zmieniło go na zawsze.

 

Nawiasem mówiąc inny konwertyta na katolicyzm, Steve Ray, o którym już kiedyś pisałem, także miał bardzo podobne odczucia. Dla niego i jego żony jednorazowa obecność na Mszy rozwiała wszystkie wątpliwości, jakie miał w  związku ze swoją drogą do Prawdy. Scott Hahn także przez wiele dni „zakradał się” na codzienną Mszę, gdy sam był jeszcze pastorem, zauroczony jej pięknem, symboliką i pewnie tą „nadprzyrodzoną Mocą”, o której mówi Howell.

 

Nasz bohater zaczął więc studiować wszystko o Mszy. Był zachwycony tym, jak bardzo biblijne są modlitwy eucharystyczne i w ogóle jak bardzo Msza jest nasycona Biblią. Była to dla niego niespodzianka, bo spotykał „byłych katolików”, którzy mówili, że opuścili Kościół, gdyż nigdy tam nie słyszeli Biblii. Po tym, co on sam zobaczył i zbadał, miał ochotę się ich spytać, czy mają jakiś problem ze słuchem.

 

Kenneth zaczął się obawiać co się stanie z jego życiem, bo coraz bardziej przekonywał się, że Kościół Katolicki to rzeczywiście ten sam Kościół, jaki założył Jezus, że naucza tego samego, czego nauczali Apostołowie i wręcz zakochał się w tym Kościele. Niczego tak nie pragnął, jak zostania katolikiem, a z drugiej strony obawiał się tego kroku. „Obawiał się” to zresztą zbyt słabe słowo. Był przerażony. Znalazł jednak, jak mu się wtedy wydawało, doskonałe rozwiązanie. Postanowił zostać anglikaninem.

 

W Jackson, Missisipi, gdzie wtedy mieszkał, katedra kościoła anglikańskiego i katedra katolicka są odległe zaledwie o jedną przecznicę, więc Howell zaczął uczęszczać na przemian, na nabożeństwa u anglikanów i do kościoła katolickiego. Po upewnieniu się, że jako anglikanin nadal bez przeszkód mógłby uczyć w seminarium kościoła prezbiteriańskiego myślał, że znalazł doskonałe rozwiązanie. Kościół mający sakramenty i liturgię bardzo podobną do katolickiej, ale nie przeszkadzający mu w pozostaniu wykładowcą. Wilk syty i owca cała.

 

Plan był doskonały w oczach Howella, ale nie w oczach Boga. Gdy modlił się on pewnego dnia, usłyszał wewnętrznie pytanie Boga: „Czy twoja pielgrzymka ma cię doprowadzić do piękna, czy prawdy?” Liturgia bowiem w anglikańskiej katedrze była nawet piękniejsza, niż w kościele katolickim, ale czegoś tam brakowało. Pozostawało pytanie: Czy eucharystia u anglikanów to jest Ciało i Krew Pana Jezusa, czy tylko wygląda, jak Eucharystia w Kościele Katolickim?

 

Jezus powiedział: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”. Gdyby Jezus był obecny tak samo kościele anglikańskim, Howell mógłby zakończyć swą pielgrzymkę. Ale jeżeli eucharystia u anglikanów jest tylko symboliczna, to jego poszukiwanie prawdy musiało być kontynuowane.

 

Howell, po przejściu na anglikanizm, mógł zacząć służyć jako anglikański ksiądz w katedrze, z zarobkami znacznie przewyższającymi pensję prezbiteriańskiego pastora i mógł dalej uczyć. Materialnie powodziłoby się mu znacznie lepiej, ale sumienie nie pozwoliło mu na ten krok. Pokusa była wielka, ale przypomniał sobie słowa Jezusa: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.” Zaczął więc regularnie uczestniczyć we Mszy w katolickim kościele.

 

Ciągle jednak było wiele rzeczy, z którymi miał on problem. Których nie rozumiał. Na przykład doktryna o „transsubstancji”. Wierzył on w prawdziwą obecność Jezusa w Eucharystii, ale nie wierzył, że chleb i wino stają się rzeczywiście Ciałem i Krwią Pana Jezusa. Uważał, że to także coś wymyślonego w średniowieczu. Pomyślał, że uwierzy w to jedynie, gdy znajdzie potwierdzenie w pismach Ojców Kościoła, że tak wierzono w Kościele od początku.

 

Czytając jakiś czas później dzieła Cyryla Jerozolimskiego, (to czwarty wiek),  znalazł tam takie słowa: "Nie patrz na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jak Pan zapewnił. Choćby ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa" (Św. Cyryl Jerozolimski: Katecheza mistagogiczna 4). Kenneth Howell znalazł swoje potwierdzenie.

 

Zatem przeszkody intelektualne minęły, ale to wcale nie oznaczało jeszcze, że był on gotowy na ten ostateczny krok. To trochę jest tak, jak z nami, którzy intelektualnie wiemy, że powinniśmy iść do spowiedzi, ale zawsze nas coś powstrzymuje. (Przykład podaję za świadectwem Howella, mnie tam nic nie powstrzymuje. Jak wiem, że powinienem się wyspowiadać, nic mnie nie może zatrzymać.) Jednak pewnego dnia i to się zmieniło.

 

Podczas Mszy Świętej, w której już niemal od roku uczestniczył, gdy się modlimy słowami „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami”, uświadomił sobie, że nie chce stracić tego wszystkiego, czego dorobił się w swym życiu. Uświadomił sobie, że rzeczywiście potrzebuje miłosierdzia bożego. A przy słowach „obdarz nas spokojem” prosił, by Jezus rzeczywiście dał mu pokój. By uciszył jego strachy i wątpliwości. A gdy kapłan podniósł Hostię i powiedział: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”, odczuł niezmierną radość, niezwykłe szczęście w swym sercu. Zresztą w naszej angielskiej liturgii słyszymy słowo „happy” tam, gdzie na Mszy polskojęzycznej jest „błogosławieni”. „Szczęśliwi ci, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. On wtedy rzeczywiście to szczęście odczuł.

 

To uczucie szczęścia rozwiało jego obawy, jednak ciągle zajęło mu niemal cztery lata, by sfinalizować swoją pielgrzymkę do Kościoła Katolickiego. W pełni stał się jego członkiem w 1996 roku. Częściowo opóźnienie wynikało z tego, że jego żona, choć życzliwie nastawiona do jego decyzji,  sama pozostała luteranką.

 

Co do samego incydentu z utratą pracy, warto zaznaczyć, że był on wykładowcą na państwowej (czy raczej precyzyjniej „stanowej”) uczelni, ale nie był na ich etacie. Był on pracownikiem „St. John's Catholic Newman Center”, założonym i finansowanym przez diecezję w Peorii.  To Kościół wybierał i zatrudniał nauczycieli, a choć władze uniwersytetu posiadały jakąś kontrolę nad tym, kto naucza na tym wydziale, to jednak głównie zależało to od władz kościelnych.

 

Co więcej, dr. Kenneth Howell posiadał „mandatum”, potwierdzenie biskupa ortodoksyjności swego nauczania. Coś, co jest dziś coraz rzadsze nawet wśród teologów na katolickich uczelniach.

 

Ja się nie martwię o pana Howella. On sobie poradzi. Ze swą wiedzą, ze swym intelektem, znajdzie pracę bez problemów. Obawiam się jednak, że całe to zamieszanie spowoduje, że Uniwersytet Illinois w Peorii zakończy tą symbiozę z Newman Center. Już teraz słychać pełno głosów, że jest to naruszenie „konstytucyjnego prawa rozdziału państwa i Kościoła” (którego zresztą wcale w amerykańskiej konstytucji nie ma) i że trzeba zakończyć ten eksperyment.

 

Jest to o tyle smutne, że Uniwersytet Illinois w Peorii był znany z ortodoksyjnego nauczania tego, czym jest katolicyzm. Był znacznie bardziej ortodoksyjny, niż zdecydowana większość tak zwanych „katolickich uczelni”.  Obawiam się, że to przejdzie do historii, bo gdy to Uniwersytet, nie Newman Center, będzie decydować o tym kogo przyjmą do pracy i co mu będzie wolno powiedzieć, to z ortodoksji pozostaną jedynie wspomnienia.

 

Jedyną optymistyczną rzeczą, jaką w tym całym zamieszaniu widzę, to to, że ktoś inny „otrzyma” doktora Howella. I jeszcze to, że całe to zamieszanie spowodowało w Stanach sporo dyskusji, z której zawsze może wyniknąć wiele dobrego. Bo teraz wiele osób znowu zastanawia się dlaczego Kościół uczy tego, czego uczy i choć w dyskusjach tych jest wiele głupawych i złośliwych wpisów, to także jest tam wiele mądrych i pouczających wyjaśnień świadomych swej wiary katolików.

Komentarzy: 14


Kronika pielgrzymki. Tempus fugit

Kategoria: Wiadomości Friday, 07 May 2010, 01:30

Wydaje się, jakbym dopiero przed paroma dniami przyleciał do Polski, a tymczasem to już niemal pięć tygodni. Za kilka godzin odlot do Charlotte, z przesiadką w Chicago. Time flies when you're having fun.

 

Cały ten okres mojego pobytu w Polsce był chyba najbardziej ekscytującym okresem w moim dotychczasowym życiu.  Bo choć wiele rzeczy się w nim już wydarzyło, to nigdy jeszcze nie było tak, jak w ostatnich tygodniach.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Przede wszystkim te zaproszenia do audycji radiowych. O dwóch z nich, w Radiu Maryja i Radiu Plus już wspominałem wcześniej, dwie kolejne miały miejsce w minionym tygodniu. W poniedziałek byłem gościem Radia Niepokalanów, w czwartek, po krótkim powrocie do Krakowa, gdzie świętowałem we wtorek swoje imieniny, ponownie odwiedziłem gościnne progi Radia Plus Warszawa.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Gospodynią audycji w Niepokalanowie była przeurocza Kasia Bodych, w Radiu Plus gościł mnie Paweł Wdówik. Paweł zaprosił mnie także do domu, gdzie poznałem jego uroczą żonę, trójkę synów i przemiłą siostrzenicę. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że Paweł wkrótce zostanie ojcem czwartego dziecka. Deo gratias!

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Czwartkowa audycja nie była o mnie, ale o roli Internetu w procesie ewangelizacji i o zagrożeniach, jakie dla rodzin niesie ta forma przekazu. Oprócz mnie i Pawła Wdówika uczestniczył w niej także Janusz Rydlakowski, informatyk i administrator mojego Forum. I mówiąc o Forum, wszystkie cztery audycje z moim udziałem są tam zarchiwizowane i każdy ich może ponownie posłuchać, lub ściągnąć je do swego ipoda, czy komórki. Wystarczy kliknąć TUTAJ.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Oprócz audycji radiowych spotkała mnie inna, zdumiewająca rzecz. Kilkakrotnie ludzie rozpoznali mnie na ulicy. Parokrotnie zdarzyło się to na lednickich polach, kilka osób rozpoznało mnie na Zlocie Trakerskim w Krakowie, parę poznało mnie tak po prostu na ulicy. Oczywiście nie jest trudno mnie rozpoznać, bo jestem, powiedzmy, "urodziwy inaczej". Jednak nawet, gdy ktoś ma ekscentryczny do pewnego stopnia wygląd, to ciągle nie powoduje to jego "rozpoznawalności". Co najwyżej – zauważenie. A to, że mnie ten tuzin osób rozpoznał, świadczy jedynie o tym, że to, co robię na blogach i Forum dociera do relatywnie sporej grupy osób.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Czym innym bowiem są wszystkie programy naliczające statystyki, czym innym rzeczywista obecność na stronach. Można bowiem gdzieś wejść i w sekundzie wyjść, a można się zagościć, stać się częścią społeczności, pomieszkać trochę. To, że te osoby mnie poznały i podeszły do mnie, by mi to powiedzieć, by podziękować, poprosić o wspólną fotkę – świadczy o tym, że ten blog i nasze forum są czymś więcej, niż przelotnym, bezosobowym portalem. Świadczą o tym, że nam naprawdę udało się stworzyć jakąś malutką wspólnotę, czy też wirtualną rodzinę.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Mówiąc o rodzinie, to oprócz przypadkowych spotkań były także mniej przypadkowe. Poznałem wiele osób znanych mi dotychczas tylko z Internetu. Moich administratorów i kilku stałych i aktywnych członków Forum. Niektórzy przyjechali z bardzo daleka, by się z nami spotkać w Krakowie. Z Warszawy, z Trójmiasta, z Niemiec i nawet z Anglii.  Dziękuję wam, wszyscy jesteście cudowni!

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

I to wcale nie wszystko, ale o innych sprawach nie będę na razie pisał. Na wszystko jest właściwy czas. Niektóre rzeczy muszą dopiero dojrzeć. Będzie o nich, gdy się zmaterializują. To jednak, co opisałem w tych  dwunastu odcinkach "Kroniki pielgrzymki", wystarczy z nawiązką, by ten miesiąc zasłużył sobie na tytuł najbardziej zdumiewającego okresu czasu w moim dotychczasowym życiu.

 

Powrót do domu tuż tuż. Proszę o modlitwę o szczęśliwą i bezpieczną podróż i zapraszam za parę dni na kolejną podróż, tym razem już po USA. W mojej gościnnej ciężarówce. No i do zobaczenia ponownie w Polsce. Mam nadzieję, że tym razem będzie to szybciej, niż po czterech latach.

 

Kronika pielgrzymki. Dzień Zero.

Komentarzy: 12


Kronika pielgrzymki. Minęło dziesięć dni.

Kategoria: Wiadomości Monday, 28 June 2010, 14:03

Minęło kolejne dziesięć dni mojej pielgrzymki. Każdy z nich wypełniony wydarzeniami i zajęciami. Nie napisałem o tym do tej pory, ale to nie dlatego, że nie było o czym, ale dlatego, że trudno mi znaleźć choć chwilę czasu. Teraz jednak jadę do Niepokalanowa i mam w pociągu czas, by to naprawić.

 

W poprzedni weekend pojechałem z rodziną do Krynicy Zdrój. Przy okazji natrafiliśmy na zlot starych samochodów. W zasadzie żadnych rewelacji tam nie było, to taki lokalny rajd staruszków, głównie z Polski i Słowacji, ale na widok jednego z tych aut zabiło mi mocniej serce, bo miałem kiedyś identyczny samochód.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Ja już jestem taki stary, że Skoda Octavia, czy 1000 MB, które dziś uchodzą za historyczne samochody,  pamiętam jako szczyt marzeń  moich rodziców, czy wujków. Dla rodziców to były zresztą dość abstrakcyjne marzenia, bo ani nas nie było stać na zakup auta, ani też rodzice specjalnie go nie pragnęli.  Dopiero, gdy sam byłem na tyle dorosły, że w wakacje mogłem pracować, zarobiłem sobie sam na samochód. Ale ponieważ za wakacyjną pracę w Polsce zarobić można było naprawdę niewiele, to i mój samochód był dość ułomny.

Image Hosted by PicturePush

W 1975 roku kupiłem Mercedesa 170V z 1936 roku. Nie był na chodzie, musieliśmy go, z pomocą kolegów, przepchać do domu, ale po paru miesiącach pracy zaczął się poruszać o własnych siłach. Przynajmniej od czasu do czasu. To już wtedy był staruszek, miał niemal 40 lat, tym bardziej mnie ucieszył podobny pojazd, pięknie odrestaurowany, ciut młodszy, bo z 1938 roku, ale przecież mający dziś już ponad siedemdziesiąt lat.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

W Krynicy odwiedził mnie jeden z moich formowych przyjaciół, polski kierowca, Sławek, mający na forum nicka „Draywer”, wraz ze swym kolegą, Robertem i jego siostrą, Renatą.

Image Hosted by PicturePush

Przywieźli mi wspaniały prezent, pięknie wykonane herby Krakowa i godła Polski, do nalepienia na moją ciężarówkę. Te stare miały już cztery lata, wyblakły i zaczęły się strzępić, więc musiałem je usunąć. Cieszę się, że teraz będę miał nowe, o żywych kolorach i z daleka będę mógł na amerykańskich autostradach  z dumą prezentować swoje korzenie, swoją Ojczyznę.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Krynicę opuściłem wcześnie, gdyż w niedzielę postanowiliśmy odwiedzić z Victorią Częstochowę. Tym razem nie byłem na Jasnej Górze, ale w katedrze. Było tam ostatnie przed wakacyjną przerwą spotkanie Wspólnoty Przymierza Rodzin „Mamre” i Msza Święta, po której modliliśmy się o uwolnienie od złych mocy i o pomoc Ducha Świętego w naszym życiu.

 

Każdy, kto wątpi w to, że kudłaty to realna postać i w to, że rzeczywiście są wśród nas osoby będące pod jego silnym wpływem, powinien choć raz zobaczyć jak się tam uwidacznia obecność złego. Modlitwa ma niezwykłą moc, moc, której zły nie może się oprzeć. Nie chcę opisywać szczegółowo tego, co tam zobaczyłem, ale powiem tylko to, że Victoria, która jest bardzo wrażliwą dziewczyną, nie mogła kilka nocy spać.

 

Szatan to nie jest literacka przenośnia. To jest realny i bardzo groźny wróg, nieustannie dążący do zniszczenia nas i wyrwania z rąk Dobrego Pasterza. Nie dajmy mu tego robić. Możemy go pokonać, modlitwą i postem. Módlmy się za nasze rodziny, dzieci, naszych kapłanów i ofiarujmy za nich nasze cierpienia, wyrzeczenia, posty. To działa. Jednak gdy nie będziemy robić nic, oddamy mu zwycięstwo walkowerem.

 

Kolejne dni minęły na rodzinnych spotkaniach. Odwiedził mnie Marcin „NoHumanek”, jeden z administratorów mojego forum, który sam jeden na początku zajmował się techniczną stroną forum, tworząc go od podstaw. To był jego pierwszy pobyt w Krakowie, więc troszkę pozwiedzaliśmy,. Odwiedzając między innymi Wawel. Poszedłem oddać ostatni hołd Prezydentowi Kaczyńskiemu, a później poszliśmy na Rynek i pierwszy raz w życiu wydrapałem się na wieżę Kościoła Mariackiego.

 

W Krakowie przebywał także nasz frondowy przyjaciel i pielgrzym, Ewagriusz. Pobyt ten został wymuszony chorobą, trudno więc się cieszyć z tego powodu, a jednak trudno mi się oprzeć uczuciu radości, że mogłem go poznać i spędzić z nim parę godzin na interesującej rozmowie.

Image Hosted by PicturePush

Tacy ludzie jak Ewagriusz przypominają mi, jak niewielką posiadam wiedzę, jak wiele muszę się jeszcze uczyć, jak bardzo jestem człowiekiem ułomnym i małym. Nie dlatego, że on się wywyższa, czy wymądrza. Ewagriusz jest niezwykle skromnym, ujmującym i delikatnym człowiekiem. Jednak rozmawiając z nim natychmiast staje się oczywiste, że to on jest doktorem nauk, a ja nie. Moja wiedza jednak jest bardzo ograniczona i wybiórcza. Ale to jego strata, a mój zysk, bo ta nasza krótka rozmowa na pewno była dla mnie znacznie bardziej interesującym i pouczającym doświadczeniem, niż dla niego.

 

Ewagriuszu, dziękuję i życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia.

 

W czwartek  siostrzeniec żony, lekarz medycyny, chirurg w szpitalu w Jerez w Hiszpanii, autor ponad pięćdziesięciu publikacji naukowych i współautor podręczników dla studentów medyzyny, Andrzej Komorowski,  bronił swej pracy doktorskiej. Teraz nasz mały Andrzejek nie tylko jest doktorem, ale jest „doktorem doktorem”. :-D Gratulacje!

 

 

Niedziela to dzień odwiedzin u państwa Kucharczaków. Nie bardzo wiem jak to się stało, że mnie tren zaszczyt spotkał. Pewnie znowu się jakoś sam wprosiłem, ale nawet, gdy jest to prawda, to ani nie żałuję, ani nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Cudowna rodzina, wspaniali ludzie, serdeczni, mili i jestem szczęśliwy i dumny, że mogę Franka i Asię Kucharczaków nazywać swoimi przyjaciółmi.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Państwo Kucharczakowie pracują w Gościu Niedzielnym. Teksty Franka czytuję od dawna i od dawna jestem nimi zachwycony. Nie wiedziałem jednak, że Asia jest tak wspaniałą artystką, malarką. Wiele straciłem.

Image Hosted by PicturePush

Jej obrazy są naprawdę cudowne, a jej „artystyczne oko” widać choćby na tej fotografii poniżej, której nie potrafił zepsuć nawet kiepski model. Nawiasem mówiąc tłem tego obrazu jest jej obraz, nieudolnie skopiowany przeze mnie powyżej, „Zwiastowanie”.

Image Hosted by PicturePush

Po powrocie do Krakowa przeszedłem jeszcze przez Rynek, gdzie, jak to zwykle bywa w lecie, była jakaś impreza, koncert. Tym razem jednak nie był to zwykły koncert rockowy,  lecz koncert chrześcijańskiej grupy „Trzecia Godzina Dnia” Koncert był częścią imprezy zorganizowanej przez Braci Mniejszych Kapucynów Prowincji Krakowskiej, która miała na celu zebranie funduszy na misje w Afryce.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Według programu, jaki był zamieszczony w Necie i na plakatach, wczesnym popołudniem miała być licytacja obrazów i masek afrykańskich. Nie wiem, czy wtedy była, ale wiem, że była po 22. Nie udało mi się nabyć licytowanego obrazu, ale maska jest moja i będzie nas teraz straszyć, ale także będzie nam przypominać o obowiązku wspomagania misjonarzy modlitwą i nie tylko.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

To tyle wspomnień z ostatnich dni. Minąłem Warszawę Zachodnią, czas pakować swoje zabawki, zaraz wysiadam. Wieczorem Niepokalanów mojego ukochanego świętego,  Maksymiliana.  Audycja w radiu i znowu możliwość podzielenia się tym, co nasz wspaniały Bóg robi z naszym życiem. Jeżeli tylko Mu pozwolimy.

Komentarzy: 17


A gdzie "TO" jest w Biblii? Picie napojów alkoholowych.

Kategoria: Wiadomości Monday, 21 June 2010, 22:28

Czy Biblia zabrania picia alkoholu? Wielu fundamentalistów chrześcijańskich tak uczy. Jednak nauka Biblii jest tu jednoznaczna. Nie tylko picie alkoholu nie jest zakazane, ale wręcz polecane, a nawet nakazywane w niektórych sytuacjach.

 

Ja sam, choć jestem abstynentem, nie piję nie dlatego, że uważam alkohol za coś absolutnie złego. Wprost przeciwnie: Ofiarowałem Bogu ten post, bo uważam alkohol za coś dobrego. Lampka wina do obiadu, likier, czy nalewka do kawy i ciastka na spotkaniu z przyjaciółmi, butelka chłodnego piwa w upalny dzień, czy kieliszek czegoś mocniejszego na zabawie z przyjaciółmi nie są złą rzeczą. Oczywiście, jeżeli jest to kieliszek, nie butelka i oczywiście tylko wtedy, gdy sami nie siadamy za kierownicą auta, a do domu odwiezie nas taksówka, lub niepijący przyjaciel.

 

Biblia  bardzo wyraźnie rozróżnia picie alkoholu w umiarze od pijaństwa.  Wyraźnie  uczy, że nadużywanie alkoholu jest grzechem i to grzechem ciężkim. Pisze o tym wprost Święty Paweł. Zatem, jak to jest bardzo często i w innych dziedzinach życia, rzeczy dobre, rzeczy, ktore dal nam Bóg, w nadmiarze i w przesadzie są trucizną dla ciała i dla duszy.

Kupisz tam za srebro wszystko, czego pragnie twoja dusza: większe i mniejsze bydło, wino, sycerę, wszystko, czego życzy sobie twoja dusza, i spożyjesz tam w obliczu Pana, Boga swego. Będziesz się cieszył ty i twoja rodzina. (Pwt 14, 26)

 

Każesz rosnąć trawie dla bydła i roślinom, by człowiekowi służyły, aby z roli dobywał chleb i wino, co rozwesela serce ludzkie, by rozpogadzać twarze oliwą, by serce ludzkie chleb krzepił. (Ps 104, 14-15)

 

Nie dla królów, Lemuelu, nie dla królów picie wina ani dla władców pożądanie sycery, by pijąc, praw nie zapomnieli, nie zaniedbali prawa ubogich. Daj sycerę skazańcom, a wino zgorzkniałym na duchu: niech piją, niech nędzy zapomną, na trud już niepomni. (Prz 31, 4-7)

 

Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu sycery. (Iz 5, 22)

 

Zadowolenie serca i radość duszy daje wino pite w swoim czasie i z umiarkowaniem. Udręczeniem dla duszy jest zaś wino pite w nadmiernej ilości, wśród podniecenia i zwady. (Syr 31, 28-29)

 

Wino i muzyka rozweselają serce, ale wyżej od tych obu rzeczy [stoi] umiłowanie mądrości. (Syr 40,20)

 

A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. (J 2, 3-10)

 

A nie upijajcie się winem, bo to jest [przyczyną] rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem (Ef 5, 18)

 

Siebie samego zachowaj czystym! Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości! (1 Tm 5, 23)

(Tu oczywiście chodzi o  problem ze skażeniem wody amebą itp. Fermentacja zapobiegała psuciu się soku, a wino było w tamtym klimacie, i ciągle jest, bezpieczniejszym napojem niż źródlana, nieprzegotowana woda.)

Po raz wtóry nie powstanie ucisk… Cóż – knujecie zło przeciw Panu? On sprawi zagładę. Bo jak ciernie razem splecione i jak pijacy winem upojeni, jak wyschłe rżysko będą wyniszczeni. (Na 1,9-10)

 

Ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. (1 Kor 6,10)

Komentarzy: 6


Kronika pielgrzymki. Trakerskie Spotkania w Krakowie

Kategoria: Wiadomości Monday, 14 June 2010, 11:16

Po audycji w Radiu Plus powróciłem z Warszawy do Krakowa wraz ze swymi przyjaciółmi z naszego forum. Wcześniej jeszcze udało się nam odwiedzić grób  błogosławionego ojca Jerzego i zwiedziłem także muzeum mu poświęcone. W piątek wieczór dotarliśmy do Krakowa i rozlokowaliśmy się w starym domu należącym do kogoś z mojej rodziny. Mebli już tam nie ma, ale jest prąd, bieżąca woda i dach nad głową, więc było wspaniale.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

W sobotę zaczęła się dwudniowa, coroczna impreza pod nazwą "Trakerskie Spotkania w Krakowie". Konkursy dla młodych i nie całkiem młodych kierowców, występy zespołów country, konwój ciężarówkami przez miasto, niezliczone stoiska z piwem, częściami samochodowymi, piwem, kiełbaskami, piwem, lodami, piwem, zabawkami, piwem, balonikami, piwem, watą cukrową plus wiele innych. Aha, nie wiem, czy wspominałem. Były jeszcze stoiska z piwem.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Mnie cały czas nasuwało się porównanie z Lednicą, bo przecież zaledwie tydzień wcześniej byłem na innej "masowej imprezie". Różnica kolosalna. W Lednicy blisko sto tysięcy osób, głownie rozbawiona, roztańczona młodzież, wspaniała atmosfera, żadnych incydentów, czy problemów. W Krakowie dużo mniej osób, a problemy się mnożyły. Kilka punktów programu odwołanych, kilka awantur, ja nieomal zostałem pobity, a wszystko to z jednego bardzo prozaicznego powodu – wszechobecne budki z piwem.

Image Hosted by PicturePush

Oczywiście było też wiele wspaniałych, a nawet wzruszających akcentów Zlotu. Poznałem przemiłą panią,  która specjalnie się tam zjawiła, by mnie spotkać i porozmawiać chwilkę ze mną, gdyż usłyszała mnie w Radiu Maryja.

Image Hosted by PicturePush

Poznałem kilkanaście wspaniałych osób z for truckerskich, z naszego forum i z for "konkurencyjnych", cudowne osoby, pasjonaci, miłośnicy wielkich pojazdów.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Był nawet sam Pan Prezydent i łaskawie pozwolił się ze mną sfotografować.

Image Hosted by PicturePush

Poznałem osoby rozkochane w muzyce country i w całej subkulturze "country and western".  Nie chciałbym, by ktoś odniósł wrażenie, że każdy człowiek na Zlocie wypił o kilka piw za dużo i zaczynał rozrabiać. Zdecydowana większość uczestników Zlotu zachowywała się kulturalnie i w sposób odpowiedzialny. Na zdjęciu poniżej kolejni moi przyjaciele z forum.

Image Hosted by PicturePush

Po Lednicy myślałem, że może spróbuję jakiejś ewangelizacji na Zlocie. Cóż, nie bardzo cokolwiek z tego wyszło. Jednak ziarno musi mieć przygotowaną glebę, by na nią paść. Są osoby, dla których Bóg nie jest nawet w zakresie ich radaru zainteresowań, a jakakolwiek, nawet najmniejsza uwaga na temat wiary, czy moralności powoduje komentarze typu:

"A, ty to jesteś **********  **** z Radia Maryja. *** wam wszystkim w ****."

Ta wiązanka, autentyczna zresztą, była sprowokowana krucyfiksem na mojej szyi i moją niewinną uwagą, by pan ten w miarę możliwości nie przeklinał.

 

Nie miałem więc za bardzo możliwości rozmowy bezpośredniej o wierze, ale miałem możliwość przywitać się z uczestnikami Zlotu ze sceny, z mikrofonem w ręku i przy okazji mogłem podać adres swojej strony. Inna sprawa, że pewnie nikt specjalnie tego nie słuchał, ale parę osób podeszło później prosząc o powtórzenie adresu strony.

Kto wie, może w ten sposób uda się do kogoś dotrzeć. Wpadnie na forum pooglądać fotki ze Zlotu, może zostanie, może poczyta inne teksty. Nie ma takiej gleby, której by się nie udało uzdatnić. A zresztą – nawracanie to nie jest moja sprawa. Ja pracuję w dziale sprzedaży, od nawracania jest Zarząd. Inaczej mówiąc ja mam być wierny Bogu. Tyle. To, czy mam sukcesy, czy nie – nie jest moją sprawą. Nawraca Bóg, Jego łaska. A my mamy tylko siać, siać, siać. ;-)

 

Fotek mam dużo więcej, piękne ciężarówki i piękne dziewczyny za ich kierownicami. Gdy znajdę więcej czasu, zamieszczę je na moim forum, a tu dodam do nich linka. Na razie jednak musi wystarczyć to, co jest. Moja pielgrzymka trwa, jutro wyjazd do Katowic. Wkrótce napiszę dlaczego tam pojechałem.

Komentarzy: 8


Kronika pielgrzymki. Radio Plus - Śladami Maksymiliana.

Kategoria: Wiadomości Saturday, 06 November 2010, 09:30

Minęły kolejne dni mojej pielgrzymki. Zawsze podczas pobytu w Polsce staram się odwiedzić niemiecki obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Głównie ze względu na świętego Maksymiliana Kolbe, który, tak to odczuwam,  jest jednym z moich przyjaciół w Niebie.

 

Święty Maksymilian rozumiał, jak ważną rolę w procesie ewangelizacji mogą mieć media. Zakładał drukarnie, stworzył katolickie radio. Gdy walczyliśmy o to, by w USA było powszechnie dostępne katolickie radio EWTN matki Angeliki w satelitarnej sieci, właśnie jego prosiłem o wstawiennictwo. Wierzę, że on nam to wymodlił.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Święty Maksymilian nie ma swego grobu. Głodzony przez dwa tygodnie, po ofercie dobrowolnego oddania życia za brata, został dobity zastrzykiem fenolu, a jego ciało spalono w krematorium. Tak więc cały obóz jest, w pewnym sensie, miejscem spoczynku doczesnych zwłok Maksymiliana i zawsze tam powracam, by się modlić o jego wstawiennictwo, dziękować mu za wyproszone mi łaski i by pamiętać wszystkich tych, którzy oddali tam swe życie.

 

W tym roku byłem z grupą angielskojęzycznych turystów z całego świata. Pojechaliśmy z Victorią, która, choć dobrze mówi po Polsku, na pewno lepiej zna język angielski. Była już tam kiedyś, ale jest to lekcja historii, którą warto powtórzyć.

 

Naszym przewodnikiem był młody mężczyzna, doskonale mówiący po angielsku, mimo, że uczył się go w szkole i później samodzielnie, na kursach, właśnie w Oświęcimiu. Ważniejsze jednak było to co mówił, a nie jak. Był on daleki od wszelkiej politycznej poprawności i prezentował prawdę o tamtych czasach w sposób obiektywny i niezakłamany. Z przyjemnością słuchałem jego wyjaśnień, o ile można mówić o "przyjemności" w poznawaniu tych tragicznych wydarzeń naszej historii.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Po powrocie do Krakowa poszedlem do mojej nowej parafii na Mszę i Nabożeństwo Czerwcowe, z procesją uliczkami wokół kościoła. Nowa parafia, bo zbudowana już po moim wyjeździe do USA. Był tam dawniej plac warzywny, targowisko, a my należeliśmy do parafii św. Mikołaja na Kopernika, dość odległej od naszego miejsca zamieszkania.

 

Sam kościół św. Mikołaja jest słynny z tego, że tam właśnie ożenił się sam "krwawy Felek", towarzysz Dzierżyński. Dzięki temu drobne uszkodzenia dachu świątyni spowodowane działaniami wojennymi zostały szybko naprawione przez radzieckich sołdatów, gdyż proboszcz zadzwonił do radzieckich władz wojskowych i wytłumaczył im, że nie może taki kościół, kościół samego Dzierżyńskiego, stać z przeciekającym dachem. Nasza nowa parafia Miłosierdzia Bożego, na Osiedlu Oficerskim, nie ma żadnych tego typu anegdotycznych wydarzeń związanych z jej istnieniem, ale ma wspaniałego proboszcza i jest doskonałym przykładem tego, że Kościół wcale nie umarł. Kościół może być tęskniący życiem, pełen wiernych, podtrzymujący wszystkie tradycje i trzymający się wiernie depozytu wiary, jaki otrzymał od apostołów. Nigdy tam nie zawitał towarzysz Dzierżyński, ale za to Jezus zawsze jest tam obecny.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Po procesji poszedłem na pobliski cmentarz, pomodlić się nad grobem mojego taty, który zmarł cztery lata temu. Okazało się, że zabłądziłem i nie mogłem odnaleźć grobu tatusia, ale przypadkowo zaszedłem do grobu Rózi Celakówny. Widocznie tak Bóg chciał. Jest ona bardzo bliska mojemu sercu, bo była pielęgniarką na Kopernika, w szpitalu, gdzie jakiś czas leżała moja  żona, zanim się pobraliśmy. Moja żona została także pielęgniarką i nawet mają one podobne rysy twarzy. Przede wszystkim jest mi bliska dzięki swemu życiu, które jest niesamowitym świadectwem, ideałem, którego ja chyba nigdy nie osiągnę i dzięki przesłaniu, które nam zostawiła.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Następnego dnia, czyli w środę, pojechałem do Warszawy, gdzie spotkałem przyjaciół z mojego forum, a wraz z nimi odwiedziliśmy Niepokalanów. Nigdy tam jeszcze nie byłem. Ta pierwsza wizyta sprowadziła się tylko do pobieżnego obejrzenia kompleksu zbudowanego przez ojca Maksymiliana. Zostaliśmy na Mszy w tamtejszej bazylice, przeszliśmy w procesji eucharystycznej dookoła świątyni i powróciliśmy do Warszawy. Do Niepokalanowa, mam nadzieję, powrócę jeszcze przed powrotem do Stanów i może nawet będę miał możliwość skorzystać z gościny radia, które założył święty Maksymilian.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Mówiąc o radiu… Kolejnego dnia, w czwartek, byłem gościem innej rozgłośni radiowej, radia Plus Warszawa. Paweł Wdówik, prowadzący cotygodniową audycję "Bądź Zimny, Bądź Gorący" zaprosił mnie do udziału w jego programie. Słyszał o mnie, gdyż dość często dzwonię do jego programu ze Stanów, słuchając go przez Internet. Już po zaproszeniu okazało się, że Pawła nie będzie w Warszawie. Musiał polecieć do… Stanów Zjednoczonych, odebrać psa-przewodnika.

 

Paweł Wdówik jest osobą niewidomą, a prowadzi bardzo aktywne życie. Pracuje na uniwersytecie, prowadzi swą radiową audycję i dobry pies przewodnik jest dla niego wielką pomocą. Nie wystarczy jednak takiego psa w jakiś sposób zdobyć. ważny jest trening już z konkretną osobą i stąd konieczność wyjazdu Pawła do szkoły, skąd będzie pochodził jego nowy przyjaciel.

 

Audycję w zastępstwie poprowadził Paweł Krzemiński, dobrze znany każdemu stałemu słuchaczowi Radia Józef i Radia Plus Warszawa. Nie mnie oceniać jak się audycja potoczyła. Jak to podsumował Paweł, "potoczyła się tak, jak tego chciał Duch Święty". Bo przecież nie było tam żadnego scenariusza, kolejne pytania wynikały z poprzednich wypowiedzi, a i słuchacze mieli jakiś wpływ na kształt audycji.  Każdy może jej posłuchać, gdy za parę dni będzie w archiwach Radia Plus Warszawa, czyli TUTAJ. Data mojej audycji to 10 czerwca. Zapraszam.

 

Do Radia Plus powrócę tuż przed powrotem do USA. Tym razem będzie to program o roli Internetu w procesie ewangelizacji. Nie będę jedynym gościem, gdyż nie ja jeden prowadzę moje forum. Bez pomocy innych osób, poświęcających tej sprawie swój cenny czas, sam bym przecież nic nie zrobił.

 

Audycja była wieczorem, a wcześniej, w czasie dnia, poszedłem na zwiedzanie warszawskiej Starówki. Byłem w stolicy kilkakrotnie, ale nigdy nie byłem na Starym Mieście. I, prawdę mówiąc, Warszawa zaskoczyła mnie w  bardzo pozytywny sposób. Starówka jest urocza i choć wiem, że to rekonstrukcja, to w niczym to nie przeszkadza. Troszkę tylko brakowało mi tam tego, czego w Krakowie mamy aż za dużo. Jakiejś "pełni życia", jaka jest widoczna na krakowskim Rynku Głównym. Warszawska Starówka bardziej przypomina muzeum, krakowska – centrum wielkiego miasta.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

To oczywiście jest tylko moje subiektywne odczucie i może być mylące. Ja zaledwie przeszedłem paroma uliczkami po warszawskim Starym Mieście. I wiem, że życie tam się toczy. Pod Zamkiem była kolumna czarnych, rządowych BMW, więc pewnie tam się dzieje więcej, niż w zaściankowym Krakowie, ale na samym rynku w Warszawie  jest jak u Pana Boga za piecem. Jeżeli, rzecz jasna, za piecem u Pana Boga można także spotkać szkolne wycieczki i turystów z calego świata.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Zamówiłem sobie golonkę, która parokrotnie przerosła możliwości mojego żołądka. Była wspaniała, ale porcja dla rodziny, nie dla jednej osoby.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Po takim "skromniutkim" śniadanku wszedłem na godzinkę do kościoła Jezuitów, gdzie jest całodzienna adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, by zmówić swe codzienne modlitwy i wyprosić łaski przed czekającą na mnie audycją radiową, a o piętnastej byłem na Mszy w kościele Świętej Anny na Krakowskim Przedmieściu, gdzie przy jednym z bocznych ołtarzy czekał na mnie Święty Maksymilian. A raczej wizerunek, obraz z tym świętym.

Image Hosted by PicturePush

Tak więc przez ostatnie parę dni Maksymilian towarzyszył mi wszędzie, gdzie się zjawiałem, albo może to ja podążałem jego śladami. Jakby na to nie patrzeć, ucieszyłem się, widząc jego obraz u świętej Anny. Wieczorem był udział w programie radiowym, a dziś, w piątek, powrót do Krakowa.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

W Krakowie w ten weekend odbędą się coroczne, siedemnaste już, Trakerskie Spotkania. Ja także planuję spędzić tam dwa dni, poznając kierowców, z których wielu jest stałymi gośćmi mojego forum. To jest także ewangelizacja, nawet, gdy tam nie będziemy wiele mówić o Bogu. Ale świadectwo można dać także całą swoją postawą, zachowaniem, a poprzez przyjaźnie, zawarte znajomości sami wypracowujemy sobie taką sytuację, gdzie o Bogu rzeczywiście będzie można w przyszłości porozmawiać.  Oczywiście o tym także napiszę, zatem zapraszam po weekendzie na dalszy ciąg mojej Kroniki Pielgrzyma.

Komentarzy: 8


Kronika pielgrzymki. Boże Ciało.

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 06 April 2010, 00:31

Czwartek. Boże Ciało. Wstałem o świcie i poszedłem na Wawel. To tylko pół godzinki z domu mojej mamy. Byłem w Katedrze o 8:30, podszedłem blisko głównego ołtarza. Katedra na Wawelu wygląda trochę jak świątynia w świątyni. Na wprost głównego ołtarza były zaproszone osoby, ja byłem "w zewnętrznym dziedzińcu", czy też w nawie bocznej, która jakby otacza środkową część Świątyni.

 

Parę zdjęć, na których widać Kompanię Honorową Wojska Polskiego w drodze na uroczystość, kilka fotek z Wawelu i wnętrza Katedry. Wisła, dość niewielka rzeczka na wysokości Krakowa, dziś wygląda jak Missisipi. Kardynał Dziwisz przeszedł tuż obok mnie, ale zaskoczony zdjęcie zrobiłem zbyt późno i to ruszone. Jednak zrobiłem ponownie inne, podczas przyjmowania przez wiernych Jezusa w czasie Mszy.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Po Mszy procesja. Pogoda była piękna, słoneczna. Ostatni, czwarty ołtarz przed Bazyliką Mariacką na Rynku. Gdy śpiewano Ewangelię, akurat słychać było hejnał. Było samo południe. Procesja zakończyła się Mszą na Rynku, dla tych, którzy nie zdążyli do Katedry, lub chcieli drugi raz uczestniczyć w nabożeństwie.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Po południu wróciłem na Rynek. Wieczorem spotkanie z rodziną i dwoma księżmi, którzy przylecieli z Hiszpanii na uroczystości beatyfikacyjne księdza Jerzego Popiełuszki. Jeden z nich jest polskim misjonarzem, który kiedyś pracował w Gwatemali, drugi to Gwatemalczyk, jego były ministrant, dziś proboszcz parafii w Maladze w Hiszpanii. Parafii mającej 20 tysięcy dusz.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

Dziś także zapowiada się interesujący dzień. Rano, rzecz jasna, Msza, potem pociąg do Torunia przez Warszawę. Wieczorem, o 21:40 audycja w Radiu Maryja z moim udziałem. Zapraszam i proszę o modlitewne wsparcie.  Natomiast w sobotę powinienem się znaleźć w Lednicy. O tym jednak napiszę później.

Komentarzy: 19


Kronika pielgrzymki. Nareszcie w Krakowie.

Kategoria: Wiadomości Saturday, 06 February 2010, 23:50

Wreszcie dotarłem. Co za cudowne uczucie oddychać polskim, krakowskim powietrzem. Choć to może nie całkiem to powietrze, którym oddychałem 30 lat temu, przed moim wyjazdem, to przecież nikt nie płacze za Skawiną i Hutą Lenina. Zanieczyszczeń mniej, ale atmosfera ta sama.

 

Lot był spokojny, bez żadnych wydarzeń, które byłyby godne odnotowania. Chmurki za oknami i pola pod nimi bardzo malownicze, turbulencje w normie, a i pogoda lepsza, niż zapowiadali. Kraków przywitał nas  piękną pogodą. Pochmurną, ale suchą.

 

Jadąc z siostrzenicą zatłoczonymi ulicami Krakowa przejechałem obok Wawelu, gdzie dziś o dziewiątej  planuję być na Mszy, a potem wziąć udział w procesji na Rynek. Natomiast wczoraj, czyli w środę,   (zakładam, że tekst ten większość osób przeczyta w czwartek, w Boże Ciało), poszedłem po południu do Kaplicy Adoracyjnej w Bazylice Serca Jezusowego na ulicy Kopernika.

 

Czerwiec to miesiąc  specjalnego kultu Serca Jezusowego. Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, czyli popularny "kościół Jezuitów" to chyba najodpowiedniejsze miejsce, gdzie mnie Duch Święty mógł wczoraj zaprowadzić. Idąc tam nawet nie pamiętałem o "Nabożeństwie Czerwcowym", które, poza polonijnymi parafiami, jest zupełnie nieznane w USA. Ale "Jezuici" to mój kościół z czasów liceum, tam chodziłem na religię przed maturą i tam jest najbliższa kaplica adoracyjna mieszkania mojej mamy. Dlatego tam skierowałem swoje kroki.

 

Po różańcu i Nabożeństwie była Msza, już "czwartkowa". Mam nadzieję, że Bóg mi da łaskę być na Mszy każdego dnia mojej pielgrzymki. Zobaczymy. Na razie początek bardzo udany, choć zmęczenie, spowodowane podróżą i łażeniem po Krakowie już daje znać o sobie. W domu, gdy piszę te słowa, już wszyscy śpią, a wstać trzeba o siódmej, więc to na dziś koniec. Poniżej parę fotek: Chmurki, Wawel i Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa: Kaplica adoracyjna i wnętrze świątyni.  A ja jeszcze zapraszam też do przeczytania TEGO tekstu o Prawdziwym Cudzie Eucharystycznym.

Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush Image Hosted by PicturePush

 

Kronika Pielgrzymki 1

Komentarzy: 19


Kronika pielgrzymki. Dzień zero

Kategoria: Wiadomości Wednesday, 06 January 2010, 00:50

A więc to już dziś. Długo oczekiwana podróż do Polski. Pielgrzymka. Nie byłem tam ponad cztery lata, a ostatnie wizyty były szybkie, krótkie, spowodowane bolesnymi wydarzeniami związanymi najpierw z chorobą, a potem pogrzebem mojego ukochanego ojca.

 

Teraz będzie inaczej. Prawdziwe wakacje. Spotkanie z przyjaciółmi, rodziną. Tym razem pozwiedzam trochę, pojadę, jak Bóg da, w miejsca, w których jeszcze nigdy nie byłem, a które zawsze chciałem zobaczyć. Jak na przykład Toruń, czy Niepokalanów.

 

Mówiąc o Toruniu, to muszę się pochwalić, że zostałem zaproszony do Radia Maryja do udziału w audycji  w najbliższy piątek. Początek o 21:40. Zapraszam wszystkich do jej posłuchania, równocześnie prosząc o modlitwę, by Duch Święty tak pokierował naszą rozmową w rozgłośni, by się w niej wypełniła wola boża. By stała się ona pomocna dla tych, którzy szukają Boga i żebym ja nie okazał się kompletnym osłem (którym przecież de facto jestem).

 

Tak to zwykle bywa, że po piątku jest sobota, a w najbliższą sobotę w Lednicy Ogólnopolskie Spotkania Młodzieży. Skoro więc będę tam niemalże na miejscu, a do tego jestem ciągle młody duchem, to nic dziwnego, że i tam się wybieram. Może tylko zamiast udawać nastolatka (siwiejące  wąsy trochę mnie zdradzają), będę ewangelizatorem. Nie bardzo wiem co to oznacza, ale wyobrażam sobie to tak, że po prostu będę służył radą, doświadczeniem, podzielę się swoim świadectwem z tymi, którzy zechcą mi poświęcić trochę czasu.

 

A może odwrotnie, może to oni mnie czegoś nauczą. Może moja rola będzie polegała na wysłuchaniu kogoś? Kto wie? Jedno jest pewne. Bóg wie. Więc niech się stanie Jego wola.

 

Po piątku sobota, a przed piątkiem czwartek. A najbliższy czwartek to Boże Ciało i tradycyjna procesja z Wawelu na Rynek. Co za wspaniały początek mojego pielgrzymowania. Wawel zawsze odwiedzałem będąc w Krakowie, bo zawsze chciałem się pomodlić przed trumną św. Stanisława. To mój patron "od bierzmowania" i od kiedy usłyszałem, że wszyscy polscy królowie przed wyprawami wojennymi modlili się tam, prosząc świętego o wymodlenie łask, robię to samo. Ja przecież też jestem na wyprawie wojennej. Nie walczę co prawda z żadnymi ludźmi, ale moja walka wcale przez to nie jest mniej realna.

 

Święty Paweł pisze:

Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Jak to jest napisane: Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.(Rz 8, 35-39)

Ci aniołowie, te Zwierzchności i Moce, które nie zdołają nas odłączyć od miłości Chrystusowej, to złe duchy, upadli aniołowie, nad którymi odnosimy zwycięstwo. A zwycięstwa odnosi się w walce. Ta walka toczy się cały czas wokół nas i my w niej aktywnie uczestniczymy. Albo przynajmniej powinniśmy. Uczestniczymy modląc się, poszcząc, robiąc dobre uczynki. Albo nie poszcząc, nie modląc się, nie robiąc dobrych uczynków.  W zależności po czyjej stronie walczymy. Złemu wystarczy, gdy nie robimy nic.

 

Aha, ja już zupełnie odszedłem od tematu, a tym miała być zapowiedź tego, co będzie na moim blogu w ciągu najbliższych kilku tygodni. Kronika mojej pielgrzymki. Będą, mam nadzieję, zdjęcia, będą moje wrażenia i będą plany.

 

Na razie plany takie, bym wszystko spakował i niczego nie zapomniał. I bym się nie spóźnił na samolot. Wylot dopiero po południu do Chicago, dalej LOT-em do Krakowa. To już będzie środa nad ranem polskiego czasu. I wczesnym popołudniem lądowanie w Balicach. A w czwartek Wawel i możliwość oddania hołdu tragicznie zmarłemu Prezydentowi. Przede wszystkim jednak oddanie czci Królowi Królów i Panowi Panów. Ale o tym z pewnością jeszcze napiszę.

Komentarzy: 11


Michnik i chrześcijanie. What Would Jesus Do?

Kategoria: Wiadomości Sunday, 25 April 2010, 05:07

Z pewną obawą zabieram się do pisania tego tekstu. Wynika ona z kilku co najmniej powodów. Przede wszystkim obawiam się, że tekst poniższy nie będzie przez niektórych zrozumiały. Nie dlatego, że mam zamiar pisać w sposób niejasny, zakamuflowany i zawiły. Myślę, że ja się wyrażam raczej przejrzyście i prosto. Jednak niektóre osoby nie widzą tego, co jest w tekście, ale widzą tylko to, co chcą w nim zobaczyć.

 

Druga moja obawa wynika z faktu, że noszę się z zamiarem napisania tych rozmyślań od dziesięciu dni. A mnie nie wychodzą „przemyślane teksty”. Mnie najlepiej wychodzi, gdy piszę pod wpływem impulsu. Gdy mam czas na przemyślenia, wszystko zaczyna się rozmywać,  tracić ostrze. Zaczyna być mdłe.

 

Jednak nie mogłem napisać tego dziesięć dni temu. Nie mogłem, bo „po pierwsze nie mamy armat”, czyli fizycznie było to niemożliwe. Każdego dnia pracuję, od świtu do zmroku, a napisanie tego, co chcę napisać wymaga kilku co najmniej godzin spokoju. Poza tym, choć sprawa ta dotyczy pośrednio tragicznych wydarzeń, jakich byliśmy niedawno świadkami, nie chciałem robić więcej szumu w okresie żałoby narodowej. To, co chcę napisać, jest tak samo ważne i prawdziwe dzisiaj, jak było tydzień temu. A tydzień temu były sprawy stokrotnie ważniejsze od moich przemyśleń.

 

Trzecia moja obawa wynika z faktu, że to, co chcę powiedzieć, nie zmieści się w jednym akapicie. Nie potrafię tego napisać w trzech zdaniach. A długich tekstów nikt nie chce czytać. Jednak to nie będzie dla mnie przeszkodą. Ja muszę być uczciwy w stosunku do siebie, a jeszcze bardziej w stosunku do Boga. A to, czy ktoś inny to przeczyta, czy zostawi, bo tekst wyda się mu zbyt rozwlekły, to jest już tylko jego, czyli Twoja, czytelniku, sprawa. Ja co najwyżej mogę ten tekst rozbić na części.

 

Tyle tytułem wstępu, a teraz wyjaśnię o co chodzi. Otóż po katastrofie rządowego samolotu i tragicznej śmierci pana prezydenta Kaczyńskiego, Fronda zamieściła tekst, w którym można przeczytać:

 

Michnik: Muszę zrobić rachunek sumienia po śmierci Leszka

 

- To, co się stało jest czymś tragicznym i dramatycznym, czymś, nad czym wszyscy powinniśmy się zastanowić – mówi redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” i dodaje, że sam ma zamiar przemyśleć wszystko, co napisał o zmarłym Prezydencie.

 

- Chciałbym, aby mój głos był wiarygodny – zaznacza na wstępie naczelny „Gazety Wyborczej”. W wypowiedzi wideo, zamieszczonej na portalu „Gazety”, przyznaje, że będzie musiał przemyśleć podejście jakie prezentował przez lata w stosunku do Lecha Kaczyńskiego.

 

- Prezydent Lech Kaczyński był zawsze ostro krytykowany, również przeze mnie. I będę musiał sam sobie zrobić rachunek sumienia czy w moich krytykach nie bywałem niesprawiedliwy czy brutalny – mówi. – Sprawdzę wszystko, co napisałem na temat Leszka Kaczyńskiego – deklaruje.

 

O zmarłym prezydencie mówi „to był wielki polski patriota i wszystko, co robił – niezależnie jak to inni oceniali, niezależnie jak ja to oceniałem – robił to dla dobra Polski, tak jak on je pojmował”. – To był człowiek rozumny, prawy, uczciwy, bardzo życzliwy ludziom – dodaje.

 

Naczelny „Wyborczej” nie ukrywa, że z powodu tego, że byli „po dwóch stronach politycznej barykady”, z sentymentem wspomina czasy wspólnej działalności w opozycji demokratycznej w PRL. – Znałem go w pewnym okresie swojego życia bardzo blisko – mówi Michnik.

 

Przypomina 30-letnią znajomość z Lechem Kaczyńskim i opowiada o tym, jak przed 1989 rokiem spotykali się czasami w Sopocie na spacerach. – Z tego okresu wspominam Leszka najczulej i najlepiej – mówi. Dziś – jak mówi – „boli go serce”, że nigdy więcej nie pójdą razem na spacer i nie porozmawiają „o tym, co lepszego można zrobić dla Polski”.

 

Pełna wypowiedź Michnika jest podlinkowana w cytacie powyżej, a tu wybrane fragmenty tej wypowiedzi, jakie udało mi się znaleźć na youtube:

Zostawiając na razie samą wypowiedź Michnika, chciałbym się ustosunkować do niektórych komentarzy, jakie zamieścili internauci pod tą informacją. Zakładam, że większość z nich uważa się za chrześcijan, za katolików. Być może się mylę. Ale jeżeli są to chrześcijanie, to ich komentarze są wręcz przerażające:

 

"Pan Michnik właśnie stracił dobrą okazję by siedzieć cicho."

 

"Życzę Adamowi M., żeby takie "refleksje" naszły go w stosunku do innych prawych ludzi, których systematycznie niszczy, a którzy, na szczęście, ciągle żyją. Ma czas! Czekamy."

 

"Jakże mnie denerwuje ta obłuda. Nagle ci, którzy tych ludzi opluwali (i to nawet parę dni temu) teraz to ich najlepsi przyjaciele."

 

"Spieprzaj dziadu!"

 

"Tym razem chce grać na naszych uczuciach.  Czy damy się na to nabrać?"

 

"Tak panie Michnik: nie po pana przyszli nad ranem."

 

"I po co zamieszczać takie informacje? Są tacy, z którymi się nie rozmawia i którym nie podaje się ręki."

 

"TO NIE RACHUNEK SUMIENIA.

TO ZIMNA KALKULACJA"

 

Może wystarczy. Każdy może sam sobie przeczytać wszystkie komentarze. Oczywiście te powyżej są wybrane przeze mnie, czasem niekompletne, bez kontekstu. Dlatego nie piszę kto był ich autorem, bo nie to jest tu istotne. Dla mnie istotne jest coś zupełnie innego.

 

Nie znam pana Michnika. Nie czytam Wyborczej, ani żadnej polskiej gazety. Czasem, sporadycznie, jakiś tekst w elektronicznych wydaniach, więc zdaję sobie sprawę z poglądów i profilu poszczególnych gazet, ale nie jest tego tyle, bym mógł się wypowiadać autorytatywnie tak, czy inaczej. Jednak wiem jedno: Także za pana Michnika Jezus umarł na Krzyżu.

 

Michnik nie jest naszym wrogiem. Michnik jest ofiarą. Jest pacjentem, wymagającym leczenia. Jest synem marnotrawnym, który jeszcze nie wie, że musi wrócić do domu. Problem polega na tym, że on naprawdę nie ma jeszcze motywacji. A my, zamiast mu pomóc tę motywację odnaleźć, robimy wszystko, by się od domu trzymał jak najdalej.

 

Bóg nas kocha do szaleństwa. Bóg zrobi wszystko, wykorzysta każdy pretekst, by nas do siebie przywołać. W moim życiu była to choroba córeczki. W życiu mojego przyjaciela był to wypadek, który, w konsekwencji, po latach ciężkiej choroby, spowodował jego śmierć. On jednak nazwał ten samochód, który go potrącił "błogosławionym, bo był narzędziem w rękach Pana".  Czasem są to tak drastyczne środki, bo inne po prostu nie skutkują.

 

Ojciec Corapi, najbardziej znany współczesny kaznodzieja amerykański, często powtarza, w moim swobodnym tłumaczeniu: „Bóg czasem musi nas rąbnąć kijem baseballowym między oczy, tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę”. Dla Michnika ta katastrofa, ta śmierć dawnego przyjaciela była, być może, takim wstrząsem.

 

Może to była jego jedyna szansa na rzeczywiste nawrócenie? Kto wie? Może to naprawdę wstrząsnęło Michnikiem do głębi duszy? Nie wiem.  Ja nie potrafię czytać w ludzkich sercach. Wiem jednak to, że prawdziwy chrześcijanin nie może, nie wolno mu, zachowywać się tak, jak starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym.

 

Abstrahując od tego, czy słowa Michnika były szczere, czy nie, my musimy je brać za dobrą monetę. Musimy na tę iskierkę żalu chuchać i dmuchać, by się rozpaliła w ogień miłości. Wylewanie na nią wiadra pomyj na pewno nie pomoże. Musimy dać innym szansę, jeżeli chcemy, by Bóg dal szansę nam. Bo my przecież wcale lepsi nie jesteśmy.

 

Jaki bowiem skutek te komentarze przyniosły? Co zmieniły? To, że niektórzy ludzie ze środowiska „Frondy”, (że tak powiem w uproszczeniu), nienawidzą GW i jej naczelnego, wiem od dawna. Wiedzą to także inni.  Co zatem im dało w tym momencie powtórzenie tego, co jest od dawna wiadome? Ulżyło im? Mają frajdę? Satysfakcję? Dokopali Michnikowi? Zdemaskowali go?

 

A jeżeli Lech Kaczyński jest w Niebie i jeżeli nas widzi, jeżeli za nami tam oręduje, to co? Jak on to ocenia? Cieszą go te komentarze, czy raczej  boli go, że nie pomagamy jego dawnemu przyjacielowi? Co on by zrobił na naszym miejscu? Zwłaszcza, gdy on już z pewnością wie, co by zrobił Jezus?

 

Nikt z tych, co już odeszli do Pana nie życzy źle nikomu z tych, którzy zostali. Tego jestem pewien. Lech Kaczyński, jeżeli w ogóle myśli o Michniku, myśli na pewno o tym, jak mu pomóc i jak umożliwić jego zbawienie. Więc jeżeli jest nam bliska pamięć pana Prezydenta, to wspomóżmy go w tym dziele, albo przynajmniej  nie przeszkadzajmy.

 

Ale, może ktoś powiedzieć, to jest oczywiste, że Michnik nie był szczery. Że to, co powiedział, to było „pod publiczkę”, czego najlepszym dowodem jest sama GW. Nic się nie zmieniła, już miesza i pluje, już oczernia brata zmarłego Prezydenta, już spekuluje.

 

Dla mnie to nie jest żaden argument. Ja się nie zajmuję polityką. Ja jestem apologetą, nie politologiem i przeglądu prasy także nie prowadzę. Ale wiem jedno: Od dziesiątek lat się spowiadam, zwykle raz w miesiącu i od dziesiątek lat powtarzam te same grzechy. Jasne, że nie wszystkie. Jasne, że Bóg dał mi łaskę pokonania wielu słabości. Ale też są ciągle takie sprawy, które są ode mnie mocniejsze. Pokusy, którym ciągle ulegam.

 

Nie znaczy to wcale, że gdy się z tych upadków spowiadam, nie mam szczerego postanowienia poprawy. Ja naprawdę nie chcę więcej powtarzać tych grzechów. I Bóg za każdym razem mi je wybacza i za każdym razem mi wierzy, choć prawdopodobieństwo sukcesu z mojej strony jest bardzo bliskie zera. Nie otwiera się niebo nad konfesjonałem i Bóg nie krzyczy, kiwając sprawiedliwym palcem: "Wynoś się stąd! Zawiodłeś moje zaufanie tyle razy, nie masz prawa próbować ponowny raz! Jesteś nieszczery i chcesz mnie oszukać!"

 

Święty Piotr zapytał kiedyś naszego Pana:

 

„Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?” (Mt 18,21)

 

Oczywiście Piotr, jak to on, chciał się pochwalić jaki to on jest miłosierny. Gotowy do wielokrotnego wybaczania. Kiedyś czytałem w komentarzach do tego wersetu, że tak właśnie uczyli radykalni rabinowie: Że nawet siedmiokrotnie trzeba wybaczać i dopiero, gdy ktoś ósmy raz przekroczy jakieś prawo, kończy się miłosierdzie i zaczyna sprawiedliwość.  Piotr chciał pokazać, że jest ekstremistą miłosierdzia. Ale okazało się, że i tak celował zbyt nisko:

 

Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. (Mt 18, 22)

 

To "siedemdziesiąt siedem razy", czy też raczej, jak to poprawniej należałoby przetłumaczyć, "siedemdziesiąt razy po siedem razy", to znaczy nic innego, niż "zawsze". Za każdym razem. Ile razy nas ktoś prosi o wybaczenie, ile razy okazuje skruchę, powinniśmy wybaczać. Bez względu na wszystko.

 

Ja nie mogę innej miary przykładać do siebie, a innej do Michnika. Nie mogę, bo  Biblia uczy wyraźnie, że:

 

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6, 14-15)

 

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6:37-38)

 

I znowu, tytułem wyjaśnienia, ja wcale nie twierdzę, że chrześcijanie nie powinni oceniać czynów innych ludzi.  Powyższy fragment z Ewangelii Łukasza jest bowiem często, podobno także przez GW, cytowany, by zamknąć usta krytykom różnych niemoralnych zachowań. Jednak tutaj jest coś innego. Coś wręcz przeciwnego. Komentarze pod tekstem we Frondzie nie krytykują zachowania Michnika, ale jego intencje.

 

Zachowanie Michnika nie jest naganne. Jest wspaniałe, cudowne. Każdy to musi przyznać. Każdy, kto choć pobieżnie zna Ewangelie. Cytowani przeze mnie krytycy potępiają jedynie jego intencje, jak gdyby widzieli jego serce. A to właśnie jest przez naukę Pana Jezusa wyraźnie i jasno zabronione. I z tym mam naprawdę poważny problem.

 

Bo to oczywiście nie chodzi o Michnika. To chodzi o to, że ludzie uważający się za chrześcijan nie mają pojęcia o tym, czym chrześcijaństwo jest. Nie odczuwają potrzeby walki o każdego człowieka tak, jak Jezus walczy o każdego z nas. On bowiem, Jezus, nie kocha mnie bardziej, niż naczelnego GW. Jezus wręcz nie potrafi "bardziej", czy "mniej" kochać. On kocha każdego nieograniczoną, boską miłością. I rozliczy nas z tego, co zrobiliśmy, albo czego nie zrobiliśmy, by wyrwać złemu każdego z tych, których On ukochał jeszcze przed stworzeniem świata. Tymczasem my, chrześcijanie, wyznawcy Chrystusa, zachowujemy się często tak, jakbyśmy byli na etacie u kudłatego.

 

Adam Michnik. Patriota, czy zdrajca?

www.katolik.us

Komentarzy: 82


Siedem ostatnich słów Jezusa. "Oto Matka twoja"

Kategoria: Wiadomości Monday, 29 March 2010, 18:49

[Jezus] rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. (J19, 26b-27a)

Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Po pierwsze wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo „gune” właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał „kobietą”? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.

 

Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona.Czemu więc ta „kobieta”? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.

 

Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi „Niewiasto”, chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w Kanie Galilejskiej, gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.

 

Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.

 

Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o „braciach Jezusa”, czy na ten werset:

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.(Mt 1,24-25)

…mówi: „Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, ażporodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?” Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:

"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)

W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa „bracia” nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:

Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił…(Dz 1,13-15)

Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z „braćmi Jezusa” było ich „około stu dwudziestu osób”. Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci i  że ten "fakt" udało się ukryć katolikom?

 

Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Nic więcej.  Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:

Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.(2 Sm 6,23)

Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie.

 

Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.

 

W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka, drugi Arka Przymierza. Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.

 

"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."

"Dziś ze mną będziesz w raju"

"Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

"Pragnę"  "Wykonało się"

Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego!

Komentarzy: 5


Jona? Kto to jest ten Jona?

Kategoria: Wiadomości Monday, 03 May 2010, 16:02

Jak już wspominałem w poprzedniej notce, wszyscy wiemy, że Jezus jest nowym Adamem, nowym Mojżeszem, nowym „synem Dawida”, ale nie zawsze kojarzymy naszego Pana z „nowym Jonaszem”. Jonasz w ogóle nie jest chyba aż tak ważny w historii zbawienia, jak Adam, Noe, Abraham, Mojżesz, czy Dawid. Jakiś bliżej nieznany prorok, którego Bóg wysłał do wrogiego Izraelowi państwa, by tam głosił potrzebę nawrócenia. A jednak nasz Pan nie tylko go wspomina, ale też nazywa Szymona Piotra „synem Jony”.

 

Właśnie. Chciało by się, jak OTTO, zaśpiewać:„Jona? Kto to jest ten Jona”? To niestety jeden z wielu przykładów nieudolnego tłumaczenia, jakie znajdujemy w Tysiąclatce i chodzi tu w rzeczywistości o Jonasza. Biblia Warszawska tak tłumaczy ten fragment:

A Jezus odpowiadając, rzekł mu: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie.(Mt 16, 17 BW)

Podobnie Biblia Gdańska:

Tedy odpowiadając Jezus rzekł mu: Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jonaszowy! bo tego ciało i krew nie objawiły tobie, ale Ojciec mój, który jest w niebiesiech. (Mt 16, 17 BG)

Ale właśnie… kto to jest ten Jonasz? Dlaczego Jezus go wspomina? I czemu nazwał Szymona „synem Jonasza”, gdy z Ewangelii świętego Jana wiemy, że ojciec Szymona Piotra miał na imię Jan?

A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. (J 21, 15)

Czyżby Jezusowi się myliło? Nie sądzę. Sądzę, że nazwanie Piotra „synem Jonasza” ma znaczenie symboliczne i postaram się je tu wyjaśnić. Na samym początku Księgi Jonasza mamy taki opis:

Pan skierował do Jonasza, syna Amittaja, te słowa: Wstań, idź do Niniwy – wielkiego miasta – i upomnij ją, albowiem nieprawość jej dotarła przed moje oblicze. A Jonasz wstał, aby uciec do Tarszisz przed Panem. Zszedł do Jafy, znalazł okręt płynący do Tarszisz, uiścił należną opłatę i wsiadł na niego, by udać się nim do Tarszisz, daleko od Pana. Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i powstała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie. Przerazili się więc żeglarze i każdy wołał do swego bóstwa; rzucili w morze ładunek, który był na okręcie, by uczynić go lżejszym. Jonasz zaś zszedł w głąb wnętrza okrętu, położył się i twardo zasnął. Przystąpił więc do niego dowódca żeglarzy i rzekł mu: Dlaczego ty śpisz? Wstań, wołaj do Boga twego, może wspomni Bóg na nas i nie zginiemy. (Jon 1, 1-6)

Natomiast w Ewangelii świętego Marka mamy inny, zdumiewająco podobny opis burzy na morzu:

Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? (Mk 4, 35-40)

Jezus, jak Jonasz, śpi w najlepsze podczas potężnej burzy. Jezus, jak Jonasz, ucisza tę burzę po przebudzeniu. To podobieństwa, ale są także różnice. Jezus ucisza burzę swą mocą. Jest Bogiem, więc żywioły są mu posłuszne. Jonasz także w pewnym sensie ucisza burzę, ale nie swoją mocą, lecz przez zgodę na wyrzucenie go za burtę. W ten sposób podporządkowanie się woli bożej, choć chyba sam jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Przestaje uciekać przed Bogiem, choć na razie jeszcze nie jest gotowy do końca poddać się misji.

 

Jezus powiedział:

Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. (Mt 12, 39-42)

Dlaczego piszę o tym teraz? Jonasz, gdy przybył do Niniwy, zapowiedział, że Bóg zniszczy to miasto za czterdzieści dni:

Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie co następuje: Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory – – niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą [popełnia] swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy? Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej. (Jon 3, 4-10)

Wielki Post tradycyjnie trwa czterdzieści dni. Czas naszego nawrócenia. Nie wiemy, co Bóg szykuje naszej ojczyźnie, ale wiemy, że poprzez nawrócenie się, poprzez nasze posty i wyrzeczenia, możemy zmienić losy świata. Nie przez wybory do parlamentu, nie przez działalność na zewnątrz, ale przez wewnętrzną odmianę. Zawsze tek było i zawsze tak będzie. Bo prawdziwe zniewolenie daje tylko grzech, a prawdziwą wolność daje wolne serce. Dlatego Jonasz nawoływał do nawrócenia i dlatego Jezus przez wszystkie lata swojego nauczania ani raz nie wspomniał o politycznej sytuacji swej ziemskiej ojczyzny. Wspomniał natomiast, że Jego (a zatem i nasze) Królestwo nie jest z tego świata.

 

Jezus nazywa Szymona „synem Jonasza” i nadaje mu imię Piotr. Skała, Kefas, Rocky. To ten sam kontekst, ta sama rozmowa:

Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16, 15-19)

Na tej Skale, którą jest Piotr, syn Jonasza, powstanie Kościół. Królestwo Boże na Ziemi. A Piotr będzie jego Namiestnikiem. Protestanci zarzucają nam czasem, że my to źle interpretujemy, bo to Jezus jest Skałą. Ale my wcale tego nie negujemy. To prawda, Jezus JEST skałą. Jednak, skoro On jest skałą i jest Bogiem, to czemu nie może ustanowić Skałą Szymona? Symbolika jest tu oczywista. Tylko dzięki Jezusowi Szymon może być Skałą, bo Szymon nie swoją mocą utrzymuje Kościół, ale mocą samego Jezusa.

 

I dlatego właśnie Jezus nazwał Szymona nie tylko Skałą, ale także synem Jonasza. Jezus jest bowiem prawdziwym Jonaszem, który potrafi panować nad wichrami i może spokojnie spać w czasie największych burz. Jezus, prawdziwy Jonasz, po zejściu do szeolu na trzy dni, zmartwychwstaje, by zwyciężyć śmierć i szatana.

 

A dlaczego Jezus powiedział „trzy dni i trzy noce”? Czy to nie jest jakaś sprzeczność z nauką Kościoła, że Jezus został pochowany w piątek przed wieczorem, a o świcie w niedzielę zmartwychwstał? Gdzie tu „trzy dni i trzy noce”? To „po naszemu” zaledwie półtora dnia?

 

Po naszemu może, ale Biblia nie jest pisana „po naszemu”. Żydzi tak właśnie liczyli czas. Król wybrany pod koniec roku, po miesiącu był królem już dwa lata. Ktoś, kto ruszył w drogę przed zmrokiem, przed świtem był w drodze „dwa dni i dwie noce”. „Dzień i noc” to nie okres dwudziestu czterech godzin, ale po prostu kolejny dzień, nawet, jeżeli ten dzień się dopiero zaczął. Zatem nie ma żadnej sprzeczności między zapowiedzią Jezusa, że „Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi”, a faktem, że Jezusa złożono do grobu w piątek przed zachodem słońca, a o świcie w Niedzielę zmartwychwstał.

 

Jonasz, tak jak Adam, Mojżesz, Eliasz, Salomon i wiele innych postaci ze Starego Testamentu jest archetypem Jezusa. Zatem Jezus jest „prawdziwym Jonaszem”, a Szymon Piotr jest Jego synem. Dlatego Kościół zbudowany na Skale przetrwa każdą burzę:

Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. (Łk 6, 47-48)

PS. Kilka zdjęć z mojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w ubiegłym roku. Cezarea Filipowa, czyli dzisiejszy Banias. To tutaj miały miejsce wydarzenia opisane w 16. rozdziale Ewangelii Mateusza. Strumyk wypływający spod tej skały to jedno ze źródeł Jordanu. Bardzo ciekawie brzmi 47. rozdział Księgi Ezechiela w tym kontekście. ( Następnie zaprowadził mnie z powrotem przed wejście do świątyni, a oto wypływała woda spod progu świątyni w kierunku wschodnim, ponieważ przednia strona świątyni była skierowana ku wschodowi; a woda płynęła spod prawej strony świątyni na południe od ołtarza… )

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

 

Patrząc na Jezioro Genezareth, szczególnie o świcie, trudno uwierzyć, że czasem rzeczywiście przypomina ono wzburzony ocean. Zresztą w czasach Jezusa było ono większe, dziś w Palestynie zaczyna brakować wody i rzeka Jordan nie dopływa już nawet do Morza Martwego. Ginie gdzieś w piaskach pustyni.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

Łódź z polską flagą to tylko atrakcja dla turystów. Łódź Piotra, na której spał Jezus była znacznie mniejsza. Niedawno udało się odkryć w nadbrzeżnych mułach jedną z takich łodzi, mających około dwóch tysięcy lat. Znając poczucie humoru naszego Boga jest całkiem możliwe, że  jest to ta sama łódź, na której Jezus, jak Jonasz, spał w czasie największej burzy.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

 

 

Komentarzy: 3


Dlaczego nie jestem kalwinistą?

Kategoria: Wiadomości Sunday, 14 February 2010, 20:16

Kalwin, w uproszczeniu, wierzył, że Bóg predestynuje każdego człowieka albo do zbawienia, albo do potępienia. Człowiek nie ma żadnego wpływu na to, gdzie skończy, wybór ten został zdeterminowany przez Boga. Takie przekonanie podzielają dzisiaj niektórzy protestanci. Nie wszyscy co prawda i nawet nie wszyscy kalwiniści, prezbiterianie, ale pewna ich część – tak.

 

Poglądy takie znane są jako „hyper Calvinism” i głoszą, że nakaz Biblii, by się nawrócić i uwierzyć nie dotyczy każdego człowieka. Głoszą, że Duch Święty sam wybiera, czy raczej powołuje niektóre osoby do nawrócenia, a inne – nie, predestynując je do wiecznego potępienia.

 

Oczywiście mając całe spektrum  różnego rodzaju wierzeń, przekonań i doktryn wśród protestantów, jest bardzo trudno powiedzieć, że „protestanci wierzą w to”, albo „w tamto”. Każdy z nich, wydaje się, wierzy w co innego. Jednak jeden z naszych braci na blogowisku Frondy, OwenFan, pisał ostatnio sporo na temat predestynacji i, o ile rozumiem go dobrze, on właśnie wierzy, że niektórzy ludzie są predestynowani przez Boga do wiecznego potępienia.

 

Jedna z zasadniczych różnic między katolikami, a protestantami w rozumieniu natury Boga polega na tym, że według Kościoła Katolickiego Bóg jest przede wszystkim Ojcem, a według protestantów – sędzią. Oczywiście i my wierzymy, że jest On sędzią, a oni także wierzą w jakimś stopniu, że jest ojcem, ale chodzi mi o to, jak przede wszystkim rozumiemy Boga.

 

Usprawiedliwienie, według protestantów, to przede wszystkim deklaracja ze strony Boga. My pozostajemy „kupą gnoju”, jak to obrazowo określił Luter, pokrytą „prawością Jezusa, jak śniegiem”, ale w swej istocie jesteśmy totalnie zdeprawowani i nie zasługujemy na zbawienie. Bóg Ojciec jednak, patrząc na nas, widzi tylko swego Syna i Jego prawość i deklaruje nas usprawiedliwionymi.

 

Ekstremalny kalwinizm idzie tak daleko, że stwierdza, że Bóg sam decyduje, kto otrzyma łaskę usprawiedliwienia, a kto jej będzie pozbawiony. Bóg, jak jakiś potworny, okrutny dyktator, stwarza sobie marionetki, bezwolnych ludzi, z którymi w okrutny sposób zabawia się, jednych wysyłając do piekła, innym dając zbawienie. Dając je także całkowicie ze swej woli i bez możliwości odrzucenia tej łaski przez człowieka.

 

Takie stanowisko prowokuje do zadnia kilku pytań. Na przykład niejasne się staje dlaczego Bóg stal się człowiekiem? Dlaczego przez trzy lata nauczał nas jak żyć i jak osiągnąć życie wieczne? Dlaczego wreszcie zapłacił za nasze grzechy tak wielką cenę? Po co Krzyż i Zmartwychwstanie? Jeżeli Bóg wszystko robi sam, sam decyduje, sam stwarza jednych do zbawienia, innych do potępienia, po co cała ta „szopka” z nauką, z Męką Pańską, ze Zmartwychwstaniem? Przecież Bóg tego nie potrzebuje do niczego…

 

O ile piękniejsza jest nauka Kościoła o Bogu – kochającym Ojcu. Piękniejsza, bo prawdziwa, a prawda zawsze jest piękna. Bóg stworzył, na swój obraz i podobieństwo, swe dzieci. Podobieństwo nie wynika z fizycznych cech, bo żaden z nas nie wygląda tak, jak Bóg. Podobieństwo polega na tym, że mamy wolną wolę i możemy podejmować decyzje, możemy kochać, możemy generować nowe życie.

 

Bóg okazał się ryzykantem, ale miłość zawsze wiąże się z ryzykiem. Nie można kogoś złapać, związać, zamknąć w piwnicy, czy szopie i kazać mu pokochać. Postępując tak najwyżej sprowokujemy uczucie nienawiści. Prawdziwa miłość musi być wolna.

 

Bóg przecież nie musiał stwarzać inteligentnych, myślących  „zwierząt”.  Jemu nie brakuje naszego wymądrzania się, on nie potrzebuje naszych dziel sztuki, muzyki, nie uczy się od naukowców. On wszystko wie lepiej, On mógłby stworzyć sobie muzykę i inne dzieła sztuki nieporównywalnie wspanialsze, niż my to potrafimy zrobić.

 

Gdyby Bogu chodziło o „potakiwaczy”, to wystarczyłby Bogu mój piesek, który każdego dnia merda ogonem na chwałę Bożą. Nie mając zresztą innego wyboru, takiego go już Bóg stworzył. Mój piesek jest więc hiperkalwinistą. Ale ja?

 

Ja nie. Ja jestem człowiekiem. Ja mogę Boga pokochać, mogę Go odrzucić. Mogę iść wąską i krętą drogą, której On naucza, mogę iść szerokim gościńcem, na który zaprasza mnie świat. Ale wybór należy do mnie.

 

Oczywiście nauka  Kalwina zawiera pewne elementy prawdy. Jak każda herezja. Prawdą jest, że wszystko jest łaską Boga. To On sam mnie powołuje, On mi daje możliwość wyboru, On mnie umacnia i On ten wybór akceptuje. Bez Niego nigdy bym sam do Nieba nie doskoczył. Nikt, żaden człowiek, sam siebie nie zbawi. Jednak nie jest prawdą, jakby niektórzy ludzie nie mieli nawet szans na zbawienie. Każdy człowiek otrzymuje wystarczająco wiele łask, by zbawienie osiągnąć.

 

Bóg nie jest tyranem, nie bawi się naszym kosztem. Bóg jest Miłością. Każdemu człowiekowi dał szansę, każdy może zbawienie osiągnąć. Dał też każdemu wolność, możliwość prawdziwego wyboru, bo prawdziwa Miłość tylko tak może.  Co więcej, przez Krzyż nauczył nas, jak potworną rzeczą jest grzech. Jak wielka jest cena, za jego odkupienie.

 

 

Bóg pokazał także, że nie ma w nim hipokryzji. Stwarzając rzeczywistość moralną, w której błędne wybory powodują cierpienie i śmierć, sam stał się człowiekiem, by tego cierpienia doświadczyć. By je niejako uświęcić, nadać mu wartość.  Byśmy my mogli nasze cierpienia Mu ofiarować, jednocząc się w Jego cierpieniu.

 

Bóg nie jest zatem ani bezwzględnym sędzią, ani tyranem, ale kochającym Ojcem. Nie przestawia nami jak gracz pionkami na szachownicy, ale wychowuje nas, uczy, a przede wszystkim kocha. Nie chce, byśmy w Jego Domu, w Niebie byli „kupą gnoju pokrytą śniegiem”, ale byśmy byli wewnętrznie odmienieni. Byśmy byli doskonali, jak On jest doskonały. A dla tych, którzy w momencie spotkania Pana nie osiągnęli jeszcze tego doskonałego stanu, choć zmarli w stanie łaski uświęcającej, Bóg przygotował czyściec. Miejsce, gdzie każdy z nas będzie mógł do tej doskonałości dojść.  I to także jest znak wielkiej bożej miłości.

Komentarzy: 18


Blog roku. Czy było warto?

Kategoria: Wiadomości Thursday, 02 September 2010, 21:37

Konkurs na Blog Roku 2009 zakończony. Przynajmniej dla mnie. Czy było warto starować? Czy odniosłem jakiś sukces? Czy to doświadczenie mnie czegokolwiek nauczyło? Coś mi pokazało? Odpowiedź na wszystkie z tych pytań brzmi: „Tak, ale…”

 

Promocja

Zaczynając swój udział w konkursie, zgłaszając do niego swego bloga, miałem bardzo konkretne założenie. Moim celem było dotarcie do kilku, czy kilkuset nowych osób, które bez tego nigdy by się o blogu nie dowiedziały. W Internecie istnieją miliardy stron. Miliony z nich są w języku polskim. Blogów zapewne są setki tysięcy. Niemal każdy teraz, od premierów po kierowców, uważa, że ma coś ważnego do powiedzenia i że inni koniecznie muszą to usłyszeć. Dlatego też większości z tych blogów nikt nie czyta, poza najbliższą rodziną. Zwłaszcza nikt nie czyta blogów kierowców, sprzątaczek, gospodyń domowych i egzaltowanych nastolatek. Nikt ich nie czyta z braku czasu, bo cały czas, jaki mieli, poświęcili na czytanie blogów polityków.

 

Dlatego też uważam, że jest sukcesem, że moje blogi odwiedza po kilkaset osób dziennie. Stronę www.polonus.alleluja.pl gdzie zaczęła się moja przygoda z pisaniem, odwiedziło przez ostatnie sześć lat ponad milion gości. Bloga w „Salonie24”, który zacząłem zaledwie parę miesięcy temu, odwiedziło już 25 tysięcy osób, a przecież piszę także na Frondzie i na swoim forum, odwiedzanym każdego miesiąca przez kilkanaście tysięcy osób. I choć prawdą jest, że tam większość gości przychodzi ze względu na tematy nie związane z wiarą, to jednak wielu z ich także i na te ważne czasem zagląda.

 

W pierwszym etapie konkursu wystartowało sześć tysięcy blogów w dziesięciu kategoriach. Sto z nich, po dziesięć z każdej kategorii, przeszło do kolejnego etapu. Wśród nich także mój, co było już olbrzymim sukcesem. Z tej setki sami czytelnicy wybierali najlepszy, ich zdaniem, blog. I tu dość długo, ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu, prowadziłem. Pary nam starczyło na połowę czasu trwania konkursu, potem zsunąłem się na trzecie miejsce, by zakończyć na piątym. Ale i tak jest to niesamowity sukces.

 

Korwin Mikke

 

Gdy prowadziłem jeszcze w konkursie, ktoś posiadający Nicka „niepozorny” zamieścił taki komentarz pod jednym z moich wpisów:

 

„Korwin-Mikke rozpoczął standardową procedurę promowania zazwyczaj kiepskich blogów swoich kolegów politycznych […] Obawiam się, że blogi z normalnie organizowanym poparciem, w tym Pański, raczej nie mają szans. A szkoda – zagłosowałem mimo że trochę się różnimy światopoglądowo, bo to co Pan robi na to zasługuje.”

 

 

Nie bardzo wiedziałem, co ma on na myśli, ale gdy po paru godzinach po tej informacji pierwszy z promowanych przez Mikkego blogów wyprzedził mnie, zacząłem się temu przyglądać. Okazało się, że pan Mikke, sam będąc zwycięzcą jednej z poprzednich edycji konkursu, ma niesamowicie popularnego bloga, którego odwiedziło już ponad trzydzieści milionów czytelników i ma swoich „pretorianów”, którzy wpatrzeni w swego wodza wykonują dokładnie wszystko, co on im nakazuje. Zatem gdy pan Mikke zaczął im zalecać, by „ci na literę od A do C” głosowali na blog numer jeden, a ci na literę od D do N na kolejny, a ci od O do Z na trzeci”, to był to konec konkursu. Pan Mikke zdeterminował kolejność pierwszych trzech blogów.

 

Nie jest to ani nieuczciwe, ani nielegalne. Na tym polegają tego typu konkursy. Na zdobywaniu poparcia i jeżeli pan Mikke postanowił się zaangażować w ten konkurs – jego sprawa. Trochę zdziwienia wywołują jedynie takie komentarze, jakie zamieścił on na swoim blogu. „Niepozorny” poinformował mnie bowiem, że Mikke w pewnym momencie napisał:

"Obiecane wskazówki co do głosowania podam po północy, gdy zadzwoni do mnie „wiewiórka” z ONETu i poda aktualne dokładne dane." A notka wcześniej: Dziś zaraz po północy będzie informacja – i (nieco zmieniona) prośba o głosowanie w finale Konkursu." Korwin otwarcie chwali się jakimiś kontaktami w Onecie pozwalającymi na planowanie strategii – oszalał on?

 

Zatem, okazało się, że w konkursie byli „równi i równiejsi”. My, zwykli uczestnicy, i pupilki pana Mikke, który głośno mówiąc o potrzebie wolnej konkurencji, przynajmniej w sferze gospodarczej, w konkursie wykorzystał wszystkie możliwości, nawet te nie do końca uczciwe, by żadnej wolnej konkurencji nie było. Korzystał z informacji dla nas niedostępnych i promował na niezwykle popularnej stronie internetowej nie swojego bloga, ale blogi swych faworytów, wypaczając zupełnie całą ideę konkursu.

 

Mnie to nauczyło jednego. Mianowicie tego jakim „mężem stanu” jest Mikke. Przypomniał mi się od razu Ronald Reagan. Prezydent kraju, który udzielił mi azylu. „Mój” pierwszy amerykański prezydent. Był on krytykowany za to, że w swej polityce promował tylko kilka rzeczy. Drobiazgi. Takie jak obalenie „mocarstwa zła”, czyli Związku Radzieckiego, obniżenie podatków, co miałby spowodować koniec recesji i powrót silnej gospodarki, zmniejszenie deficytu budżetowego i inflacji, umocnienie prestiżu i potęgi militarnej USA na świecie. Tylko tyle. I Reagan odniósł niesamowity sukces.

 

Wielkość Reagana na tym polegała, że miał wizję, umiał ją przekazać innym, potrafił dobierać sobie odpowiednich ludzi. Mikke nigdy czegoś takiego nie dokona, nawet, jeśli założymy, że ma podobne poglądy polityczne, czy gospodarcze. Nie dokona, bo jego wizja obejmuje wyciąganie informacji od „wiewiórki z Onetu” i angażowanie się w jakieś trzeciorzędne (z punktu widzenia wielkiej polityki) konkursy. I tak właśnie jest on postrzegany przez większość społeczeństwa. Kanapowa partia, kanapowy polityk. Mąż stanu? Hmm… Jaki stan, taki mąż. Mąż w stanie raczej opłakanym.

 

Przyjaciele

 

Gdy walczyłem o jak najlepszą pozycję w konkursie, zwracałem się z prośbą o głosy do wszystkich swoich przyjaciół. Napisałem kilka tekstów, nagrałem wideo. Odpowiedzi na te prośby przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Otrzymałem tyle cudownych dowodów poparcia, przyjaźni, wręcz miłości, że czasem wręcz nie mogłem powstrzymać łez wzruszenia. Dla nich samych warto było spróbować swoich sił. Poniżej kilka przykładów z komentarzy z youtube:

dobrze, że Hiob mówi o Bogu!! Niech będzie drogowskazem dla tych dzieciaków którym imponuje facet w wielkiej ciężarówce :D Ja też go bardzo polubiłem.. szczery, dobry człowiek, który kieruje się Bożą nauką. (michalborecki)

Hiob masz 31 głosów całą klasę zmobilizowałem (kamilredkan)

załatwiłem już dzisiaj 13 głosów nie damy się Hiobie jesteśmy z Tobą (Nubiraf)

Zorganizowałem kolejne 5 smsów. Musimy wygrać! (adamss 3003)

Popieram popieram popieram Hiobie nie ma innego wyjscia musisz wygrać. Ludziska mobilizacja wysyłać smsy bo blog najlepszy a i cel szczytny (RaFaL8590)

Jest Pan bardzo dobrym człowiekiem, ja sms już wysłałem, i nie wykluczam, że wyślę ich więcej. (wiaterek83)

Popieram Cię Hiobie jak tylko mogę…;) Bo jestem Ci bardzo wdzięczny za to co dla nas robisz te wszystkie filmiki na YouTube , kamera live i forum na którym jest masa ciekawych tematów. Osobiście bardzo Cię cenię za to wszystko. I jesteś wspaniałym człowiekiem który potrafi nie jednej osobie odmienić pozytywnie życie (GrooveBasse)

 

Dziękuję za wszystkie te głosy i za wszystkie SMS-y.

 

Prawdziwy zwycięzca.

Jednak mój blog został wyprzedzony nie tylko przez trzech pupilków Mikkego, ale także przez … blog jakiegoś księdza. Na początku myślałem, że mój blog jest jedynym „katolickim” blogiem w konkursie, ale okazało się, że nie. Że jest jeszcze blog „M jak młodość”, prowadzony przez młodego kapłana, który pokonał mnie jak najbardziej uczciwie. I dla mnie właśnie ten blog jest moralnym zwycięzcą konkursu na „bloga blogerów”.

 

Wyniki

Końcowa klasyfikacja wyglądała tak: Zwycięski blog otrzymał 1319 głosów, dwa kolejne, popierane przez Mikkego, odpowiednio 809 i 803 głosy. Blog młodego księdza 703 głosy, mój 626. Kolejny blog miał poniżej czterystu głosów, następne już poniżej trzystu. Niektóre, nawet spośród tych wybranych przez jurorów do dalszej rywalizacji, otrzymały zaledwie po parę sms-ów.

 

W tym kontekście nie można inaczej spostrzegać mojego udziału w konkursie, niż jako wielki sukces. Nie największy, mogło być lepiej, ale przecież lepiej zawsze może być. Ale konkurs udowodnił, że mój blog jest potrzebny, że dla wielu osób jest ważny, że wielu nie tylko słowami, ale głosowaniem to udowodniło. Uzyskać ponad sześćset głosów, nie mogąc samemu wysłać ani jednego, to niewątpliwie jest coś.

 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję Wam wszystkim. Nie wygraliśmy laptopa, by go komukolwiek przekazać. Ale uzyskaliśmy kilkaset złotych na opłacenie turnusów rehabilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych, poznaliśmy się lepiej, zachęciliśmy wiele osób, by odwiedziły mojego bloga, zatem wszyscy przyczyniliśmy się do czegoś dobrego. Mój blog przecież ma tylko jeden cel: Przybliżenie wszystkim Ewangelii, wyjaśnianie naszej wiary, głoszenie Dobrej Nowiny.

 

Bóg Zapłać!

Komentarzy: 14


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.