Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Rogi na dachu

Kategoria: Rodzina Saturday, 21 April 2012, 21:55

Mieć czy nie mieć. Nie łudźmy się, to pytanie raczej dzisiaj nie pada. Zastanawiamy się raczej, jaki mieć, niż nad samą istotą i sensem posiadania telewizora. A szkoda. Bo to, co w sposób oczywisty znajduje się zwykle w honorowym miejscu każdego domu, w sposób już mniej oczywisty kształtuje nas i naszych bliskich, nasze poglądy, gusta i powoli czyni nas coraz bardziej „tolerancyjnymi”.

 

Proroctwo św. Kuźmy Etolosa z XVIII wieku mówi: „nastąpi czas, w którym do mieszkań wtargną czarci w postaci niewielkiego pudełka, a ich rogi będą sterczały na dachu”. Jeśli wierzyć wizji prawosławnego świętego – pudełka, choć przy dzisiejszej technologii trudno je tak określić, to rzecz jasna telewizory, a sterczące na dachu rogi to telewizyjna antena. I choć telewizor sam w sobie nie jest zły, to jednak patrząc na dzisiejszą ofertę programów i kanałów, trudno oprzeć się wrażeniu, iż szatan skutecznie się tam rozpanoszył.

 

Warto zatem zastanowić się nad korzyściami płynącymi z posiadania telewizora. I rozpatrzeć czy aby na pewno jest ich więcej, aniżeli skutków niekorzystnych. Telewizyjna ramówka stara się oczywiście, oprócz wszechobecnej zgnilizny, zaproponować nam parę wartościowych programów. Jednak nie jestem przekonana, czy ich znikoma ilość oraz niedogodna pora nadawania jest warta nabycia odbiornika. To już lepiej poszperać w Internecie, znaleźć rzeczy naprawdę nas interesujące, udostępnione legalnie (a nie brakuje tu wartościowych nagrań) i nie być zależnym od godziny emisji. Skacząc po kanałach w poszukiwaniu czegoś ciekawego ryzykujemy obrazami, których możemy nigdy nie zapomnieć. A jeśli oglądamy z dziećmi – możemy być pewni destrukcyjnego wpływu tych obrazów na ich psychikę.

 

O każdej porze dnia i nocy podczas przełączania telewizyjnych kanałów dopadną nas sceny przemocy, seksu, operacji odsysania tłuszczu czy programy oraz seriale mające na celu zmiękczyć nasze sumienia. Wmówić nam, że homoseksualizm jest zdrowy, seks bez ślubu dobry, a zdrada czasem konieczna. No i że mężczyzna najbardziej spełnia się pijąc piwo, a kobieta będąc sexy. Oto clou naszej ludzkiej egzystencji.

 

Można oczywiście, nie zrobić z telewizora niańki dla dzieci i nauczyć siebie oraz je mądrze z odbiornika korzystać. Wyobrażam sobie jednak, przeraźliwy trud włożony w realizację tego zadania, gdyż co druga reklama, kreskówka czy program wymaga od rodzica natychmiastowego wyłączenia sprzętu oraz wytłumaczenia rozczarowanym dzieciom powodów swojego postępowania. Opiekun musi być czujny i stale na posterunku. Bo trudno jest z czystym sumieniem obejrzeć sobie rodzinnie, nawet tak z pozoru niewinny program, jak „Jaka to melodia?”, gdzie pod pretekstem śpiewania muzycznych hitów, półnagie panie wiją się w orgiastycznych pozach. W człowieku czystym wytworzy się natychmiast naturalny opór przed patrzeniem na podobne obrazy i dziwić nie może, że będzie chciał przed nimi uchronić własne potomstwo.

 

Boję się i obawiam także telewizyjnego synkretyzmu, gdzie naraz sączą się do wszelkich zmysłów widza przeróżne treści. Te dobre i wartościowe przeplatane bywają diabelskimi sztuczkami. I tak na przykład, w „Pytaniu na śniadanie” całkiem pouczająca rozmowa z zaproszonym księdzem na temat in vitro, a w dolnym pasku horoskop na bieżący dzień dla zodiakalnej wagi. Proste obrazy – ksiądz, koloratka, koziorożec – i zanim się człowiek obejrzy, a już mu wróżby nie kolidują z pierwszym przykazaniem.

 

Jak już wspomniałam, telewizja kształtuje nasze gusta i sumienia. Widać to całkiem wyraźnie na przykładzie pokolenia naszych rodziców, ludzi urodzonych w latach 40 tych i 50tych, którzy nie zdążyli wykształcić w sobie mechanizmów obronnych na skuteczne działanie środków masowego przekazu. Ci, mimo iż wychowani w tradycji i ponadczasowych wartościach przekazywanych przez dziadków, zostali z zaskoczenia zwiedzeni przez „ewangelizatora” nowych czasów. Nie straszne im już rozwody, wspólne mieszkanie dzieci przed ślubem, antykoncepcja czy wszelkie modernistyczne nowinki. Coraz dalszy im Kościół. Sytuacja z „Tanga” Mrożka bardzo się w ostatnich czasach uaktualnia, kiedy wielu młodych ludzi, idąc w ślady Artura, próbuje przywrócić w świecie wyzwolonych rodziców stary ład:

 

(…) Tu już nie ma w ogóle żadnej tradycji ani żadnego systemu, są tylko fragmenty, proch! Bezwładne przedmioty.

 

(…) W tym domu panuje bezwład, entropia i anarchia!

 

Dzieci potrzebują jasnych i twardych zasad, reguł, które w codziennym życiu rodziny będą egzekwowane. Dla nich każde rozbicie moralne rodziców stanowi zaburzenie poczucia bezpieczeństwa, a brak wyraźnych wymagań – zachwianie poczucia bycia kochanym.

Tylko w dekalogu można odnaleźć fundament odpowiedniej hierarchii ludzkich wartości. Tam ich szukajmy. Nie w telewizorze. W przeciwnym razie, w niedalekiej przyszłości, w ślad za Arturem z „Tanga” pójdą i nasze dzieci, wypowiadając bolesne słowa:

 

Żadnego porządku, żadnej zgodności z dniem bieżącym. Żadnej skromności ani inicjatywy. Tutaj nie można oddychać, chodzić, żyć!

Komentarzy: 2


Klaps to nie bicie

Kategoria: Rodzina Sunday, 04 November 2012, 17:52

Dużo się ostatnio mówi i pisze o wychowaniu dzieci. I to jest bardzo dobrze. Niestety, pomimo publicznej debaty na ten temat, kolejne pokolenia dzieci są coraz gorzej wychowane, a rodzice mają coraz większe problemy wychowawcze. To jasny sygnał i przestroga, iż propagowane powszechnie sposoby nie zdają egzaminu, zatem należy jak najszybciej pomyśleć o ich zmianie.

 

Pragnąc uniknąć zbyt ostrego i radykalnego podejścia do wychowywania, zaczynamy przeważać szalę na drugą, szalenie destrukcyjną stronę. Postawiliśmy na matczyny tryb zajmowania się dziećmi, pozbawiony autorytetu sprawiedliwego ojca. Wystrzegamy się surowości, dyscypliny, ograniczamy kary, na rzecz absolutnej miłości, przytulania i partnerstwa. A budowanie partnerskich relacji z własnym dzieckiem stanowi szczególną patologię. Dziecko nie jest naszym partnerem na żadnej płaszczyźnie! Wskazuje na to zarówno jego psyche, jak i soma. Zrównanie dorosłego z dzieckiem prowadzi do regresu u tego pierwszego, u drugiego natomiast do utraty poczucia bezpieczeństwa. Rodzic musi pozostać rodzicem i być świadomym tego, iż to on kieruje relacją, jest przewodnikiem posiadającym pełnię, tak odrzucanej oraz szkalowanej współcześnie, władzy rodzicielskiej. A należy pamiętać przecież o tej, jakże mądrej hierarchii. Nawet my, w odniesieniu do Boga, nie jesteśmy przecież partnerami. Nie bez przyczyny zostaliśmy nazwani Jego dziećmi.

 

W dyskursie publicznym na temat wychowania uczestniczą głównie kobiety. I stanowi to jedną z przyczyn przekierowania problemu na niewłaściwe tory. Należy pamiętać, iż kobieta względem dziecka jest przede wszystkim opiekunką, potem dopiero wychowawcą. Ona dba o dziecko, karmi je, ubiera, uważa, by nie było mu ani za zimno, ani za gorąco. Oczywiście, jako ta, która przebywa z dzieckiem przez większość czasu, musi także pełnić funkcje wychowawcze. Jednakże przez wzgląd na swą wspaniałą, emocjonalną naturę, nigdy nie będzie tak skuteczna i konsekwentna, jak ojciec. To on powinien być nadrzędną i instancją wychowawczą w domu. Niestety, dzisiejszy tata, choć potrafi przewinąć dziecko i doskonale wie, do czego służy Sudocrem, nie ma pojęcia jak wychowywać własne dziecko! Dlatego wycofuje się i ogranicza swój wkład wychowawczy do niezbędnego minimum. A matka szybko przestaje być dla dziecka autorytetem. I tak oto, pozbawieni autorytetów domowych synowie i córki zaczynają ich szukać poza domem. I z reguły znajdują źle.

 

Dlatego niedobrze jest, gdy o wychowaniu debatują przede wszystkim kobiety. Mówią bowiem pięknie i przepełnione dobrymi intencjami o wychowaniu w absolutnej miłości, czułości, bez klapsów i rygoru. Ania Wyszkoni w rozmowie w DDTVN na temat akcji „Kocham, nie biję”, mówi, że podpisuje się pod wszystkimi hasłami przedsięwzięcia - „kocham, nie biję”, „kocham, nie krzyczę”, złośliwie można by dodać - „kocham, nie mówię”, „kocham, nie oddycham”... Taka postawa jest dla kobiety naturalna: chronić własne dziecko. Jednak nadmierna ochrona zawsze szkodzi dziecku. Dlatego w trudnych sytuacjach winien wkroczyć ojciec i z miłością oraz mądrością podjąć odpowiednie kroki wychowawcze. A jak trzeba, to i klapsa dać.

 

Ponieważ wbrew temu, co się coraz powszechniej sądzi, klaps nie jest złym narzędziem wychowawczym. Nie jest też biciem rozumianym, jako maltretowanie dziecka. Stosowany mądrze i z miłością stanowi skuteczną pomoc w kształtowaniu maleńkiej osobowości. Jednak, jak każde narzędzie wymaga od nas umiejętności korzystania z niego, o czym pisze Betty Chase w zbojkotowanej ostatnio książce „Mądra miłość”. Przeciwnicy owej publikacji, podkreślając z lubością, iż książka została wydana przez chrześcijańskie wydawnictwo, uznali, iż stanowi ona opis, jak znęcać się nad dzieckiem już od najmłodszych lat. Oczywiście, nic bardziej mylnego. Wskazówki zawarte w książce mają uchronić rodzica przed ryzykiem niewłaściwego zastosowania kary. Protesty oburzonych odniosły jednak skutek i książka została wycofana ze sprzedaży. A szkoda. Zwolennicy tak zwanego „lania” przedstawiają wiele rozsądnych argumentów, z którymi warto się zapoznać bezpośrednio, a nie poprzez zafałszowany przekaz medialny.

 

Zwolennicy klapsów podkreślają nadrzędną rolę miłości w procesie wychowawczym, zaznaczając, że kara cielesna winna być odpowiedzią tylko na jawny bunt dziecka i nie może być stosowana wtedy, kiedy ono zrobi coś niechcący. Reakcja rodzica na nieposłuszeństwo dziecka musi być natychmiastowa, malec musi wiedzieć, za co dostaje klapsa. „Lanie” pod żadnym pozorem nie może być przejawem bezradności traktowanym jako ostateczność, gdy nie zadziałało grożenie, krzyczenie, karcenie czy jakiekolwiek inne środki wychowawcze. Klaps musi stanowić konkretną reakcję na dany czyn. No i musi (o zgrozo!) boleć. Tylko wtedy będzie skuteczny.

 

Ból jest nieodłączną częścią życia. Zarówno ten fizyczny, jak i psychiczny. Dlatego należy dzieci do bólu przysposabiać. W procesie wychowawczym zapomnieliśmy o cnotach, w tym o tak ważnej cnocie męstwa. Na każdy ból dziecka reagujemy natychmiast, zbijamy go lekami, maściami, interwencją medyczną. A czasem, jeśli ból fizyczny nie zagraża oczywiście zdrowiu i życiu dziecka, należy mały organizm z tym bólem zostawić i uczyć dzieci ów ból mężnie znosić. Namawiać, by ofiarowały go w jakiejś intencji. Jest to szalenie trudne dla rodzica, który tak bardzo chciałby pomóc cierpiącemu dziecku. A jednak czasem nie może. Dla jego dobra.

 

Nie kształcąc dzieci w dzielności wychowujemy kolejne pokolenia mężczyzn, którzy ze strachu przed bólem fizycznym nigdy nie będą w stanie obronić własnej rodziny przed niebezpieczeństwem oraz kolejne pokolenia kobiet, które będą coraz częściej uciekały od bólu porodowego. Bólu posiadającego przecież swój ogromny sens, który jest szczególnie istotny dla zrozumienia istoty wydania dziecka na świat. Nie bójmy się zatem bólu płynącego z natury. Nie bójmy się również tego zadawanego dziecku podczas uderzenia. Taki ból nie zagraża przecież zdrowiu, ani życiu. Stanowi natomiast ważną lekcję w odpowiedzi na nieposłuszeństwo.

 

Oczywiście klaps nie powinien nigdy stanowić podstawowego narzędzia wychowawczego. Jest jednym z wielu, choć posiada większą siłę przekazu niż pozostałe. Jednak w stabilnej, patriarchalnej rodzinie, w której rodzice nawzajem się kochają i szanują, a także kochają i szanują swoje dzieci, kary cielesne nigdy nie będą skutkować, jak chciałaby znaczna część psychologów, traumą w dorosłym życiu. Rodzina silna autorytetem taty, bezwarunkową miłością mamy, a także dobrą relacją między rodzicami, może stosować twarde metody wychowawcze bez obaw o zachwianie poczucia bezpieczeństwa i godności u swojego potomstwa. Dziecko jest silne miłością rodziców. Ale nie tyle miłością rodziców do niego, co do siebie nawzajem. W cieniu tej miłości będzie wzrastać zdrowe i bezpieczne.

 

Akcja „kocham, nie biję” pełna jest kobiet i dobrych intencji. Musimy jednak szczególnie ostrożnie traktować te „dobre intencje” właśnie, bo szatan często kusi do „dobrego”. Nie wolno nam utożsamiać klapsa z maltretowaniem dzieci, ponieważ są to dwie zupełnie odrębne sprawy. Tak jak krzyku nie można utożsamiać ze znęcaniem się psychicznym. Nie twórzmy rodzin, w których rodzice podporządkowani są dzieciom. Nie twórzmy systemu, który pozwala odebrać rodzicom dziecko za skarcenie bądź klapsa. Wychowujmy, póki nie jest za późno. Pamiętając, że źle wychowane pokolenia młodych ludzi, będą odpowiadać za nasz los na starość.

 

Wielu przeciwników kar cielesnych, twierdzi, że „klaps to też bicie”.

A „węgiel to koks”.

Że chciałoby się odpowiedzieć.

Komentarzy: 7


Szczepieni strachem

Kategoria: Rodzina Friday, 30 March 2012, 20:25

Medycyna strachu całkiem nieźle się u nas rozwinęła. Bowiem naszym państwowo-medycznym rynkiem rządzą twarde prawa, mówiące, że najlepszy klient to ten najlepiej zastraszony. A najskuteczniej straszy się zdrowiem, o czym doskonale wiedzą firmy farmaceutyczne. Bo taki przerażony, o los własny i swoich najbliższych Kowalski, kupi wszelkie medykamenta. Nieważne, czy mu je rząd za jego osobiste pieniądze zrefunduje, czy też nie.

 

Najmocniej się Kowalski boi oczywiście o swoje dzieci, szczególnie o te jeszcze nienarodzone drży dniami i nocami. Zawczasu wie, że poddać wszelkim zabiegom musi, tym szpitalnym oraz poszpitalnym. A przede wszystkim szczepić! O tak, świeżo wydrukowany kalendarz szczepień od wielu tygodni wisi już na drzwiach lodówki. Kowalski to poczciwy chłop – haracz państwu płaci, nakazom i zaleceniom biernie się podporządkowuje i w żadnym wypadku nie pyta o zasadność przeprowadzanych na nim i jego bliskich zabiegów.

 

A jest o co pytać. Wspomniany kalendarz szczepień winien budzić w czujnym rodzicu nie lada wątpliwości. Już w pierwszej dobie, nie poddawszy noworodka odpowiednim badaniom, podaje mu się dwie szczepionki, które najwcześniej winny zostać zaaplikowane dopiero w 7 tygodniu życia. Ten pośpiech ze szczepieniami przeciw gruźlicy i przeciw żółtaczce uzasadnić można jedynie wygodą personelu szpitalnego, bowiem z dobrem dziecka nie ma on nic wspólnego. Zanim niemowlę uodporni się na wirus WZW typu B, zdąży się przecież nim zarazić w szpitalu. W którym, nawet jeśli nie ma szczególnych zaleceń, musi przecież przeleżeć trzy dni. Dla dobra szpitalnego budżetu, rzecz jasna.

A gruźlica? Noworodek najbliższy rok życia spędzi zapewne głównie z matką w domu, wychodząc czasem na spacery i jeżdżąc od czasu do czasu do jednych i drugich dziadków. O pandemii gruźlicy dawno już w naszym kraju nie słyszano. Ale rozumiem, że ryzyko warte każdej szczepionki.

 

I tak do trzeciego roku życia, a przy bardziej zalęknionych rodzicach pewnie i wcześniej, suma wkłuć w dziecko wynosi dwadzieścia jeden. I trzeba tu zaznaczyć, że z każdym wkłuciem zaaplikowano małemu organizmowi oprócz wirusa, cały szereg toksycznych substancji, takich jak aluminium czy rtęć. Coraz głośniej mówi się także o wykorzystywaniu przy produkcji szczepionek komórek abortowanych dzieci. W świetle tych informacji przyjmowanie niektórych szczepionek staje się po prostu nieetyczne!

 

W kalendarzu szczepień obecne są przede wszystkim szczepionki na choroby zakaźne, lecz nie – śmiertelne czy trwale upośledzające organizm dziecka – ale takie jak: różyczka, odra oraz świnka. Wszyscy doskonale wiemy, iż przebycie tych chorób najlepiej na nie uodparnia. I że najlepiej przejść je właśnie w dzieciństwie. Tym bardziej dziwi fakt, iż zostały włączone w szczepienia obowiązkowe. Nasuwa się zatem pytanie, kto steruje kalendarzem szczepień? Kto nam wciska ten kit? Kto robi biznes na nieuzasadnionym podtruwaniu naszych dzieci?

 

A widmo powikłań poszczepiennych zdaje się być coraz bardziej realne. Niektórzy lekarze i specjaliści otwarcie łączą autyzm, ADHD czy nawet zgony niemowląt z przyjętymi szczepieniami.

 

Teoretycznie człowiek może zostać przymuszony do szczepienia tylko wtedy, kiedy jest zakaźnie chory i stanowi realne zagrożenie dla innych ludzi. Trudno mówić o takim zagrożeniu w przypadku większości niemowląt. A jednak teoria pozostaje teorią, a w praktyce sanepid bardzo dba, by rodzicie dopełnili wszelkich obowiązkowych szczepień swoich dzieci. Przypomina, zastrasza, a w ostateczności odpowiednią karę nałoży. Nawet do pięćdziesięciu tysięcy. I jeszcze zadba o czarny pijar, że rodzice pasożytują, że wyrodni, że patologia w najczystszej postaci!

 

Tak więc pożegnajmy się z myślą, że mamy jakąkolwiek wolność w naszym pięknym kraju. To znaczy mamy ją do momentu, póki podejmujemy decyzje korzystne dla państwa. Jednak za każde nieposłuszeństwo przyjdzie nam słono zapłacić. Jeśli nie dosłownie, to nasze morale z pewnością w tych potyczkach ucierpią. Jednak im więcej „niepokornych” Kowalskich, tym większa szansa na sukces. Nie dajmy z siebie zrobić bezmyślnych podatników. Pytajmy, dociekajmy, protestujmy. Tu w grę w chodzi to, co najcenniejsze. Zdrowie i życie nasze oraz naszych najbliższych.

Komentarzy: 19


Dlaczego kobieta powinna rodzić dzieci?

Kategoria: Rodzina Saturday, 02 June 2012, 20:34

Ponieważ do tego została stworzona. Żeby być matką. Została powołana do rodzenia dzieci, opiekowania się nimi i kochania ich miłością bezwarunkową. I każda kobieta za tym tęskni, choć czasem lęki, zranienia czy inne przykre doświadczenia odwodzą ją od owych tęsknot. Jeśli kobieta nie chce mieć dzieci, to znaczy, że coś jest nie tak i trzeba to naprawić. A nie, że jest to stan normalny i pożądany.

Z gloryfikacją bezdzietności mamy ostatnio do czynienia w mediach, gdzie pani Maria Czubaszek trąbi na lewo i prawo, że brak potomstwa to najlepsze, co ją w życiu spotkało i chełpi się z zabicia dwojga swoich nienarodzonych dzieci. Czy dla nich również było to najlepszym w życiu, niestety nie mamy okazji już spytać. To porażające, że ktoś, kto uśmierca własne nienarodzone dziecko nie jest dziś w Polsce przestępcą, tylko celebrytą. I to celebrytą ideowcem, który twierdzi, że wyraża poglądy większości kobiet w naszym kraju, które nie mają odwagi powiedzieć tego głośno.

Zdaje się, że kobiety rzeczywiście nie mają odwagi, ale nie tyle wypierać się swojej natury, co po prostu rodzić dzieci. Bo zostały skutecznie nastraszone, że ciąża to najgorsze, co je może w życiu spotkać, że ich ciało temu nie podoła, że wypadną włosy, paznokcie, zęby, skóra zwiotczeje, wszystko będzie boleć, a poród okaże się istną masakrą, pozostawiającą ciało świeżo upieczonej matki w strzępach. Pani profesor Środa twierdzi dodatkowo, że „ciąża wycieńcza, zniekształca i czyni własne ciało obcym”. I rzeczywiście bywa, że kobieta doświadcza w tym okresie ogromnych problemów zdrowotnych i dyskomfortów fizycznych. Jednak zwykle czas błogosławiony jest dla kobiety stanem jak najbardziej normalnym, podczas którego doświadcza ona zarówno radości, jak i pewnych niedogodności. Warto również wspomnieć o interesujących badaniach naukowców ze Stanford University, którzy udowadniają, że nie tylko poczęte dzieci czerpią z organizmu matki, ale jest to relacja wzajemna. Stwierdzono leczącą obecność komórek macierzystych dziecka w uszkodzonych narządach matki (np. w wątrobie, sercu czy mózgu), co oznacza, że bycie w ciąży jest nie tylko naturalne, ale i zdrowe!

Problem tkwi w tym, że współczesna kobieta nie jest wychowywana do dzielności, a przy tym do dzietności. A żeby być matką, trzeba być kobietą dzielną. Dziś unikamy bólu za wszelką cenę, a ponad wszystko cenimy sobie wygodę. Boimy się utracić nasz bezpieczny stan na rzecz dziecka. Boimy się przemiany ciała, o którego nienaganny stan zabiegamy przecież latami. Wystrzegamy się poświęceń. Nie zostałyśmy wychowane do odzierania się z egoizmu, ale do jego pielęgnacji. Dawniej kobieta urodziła ośmioro dzieci i nie uznawała tego za jakiś szczególny wyczyn, dziś urodzi jedno i chełpi się, jaka to ona matka Polka. A do matki Polki to jej brakuje jeszcze tak przynajmniej pięciorga.

Kobieta powinna rodzić dzieci. To dla niej zaszczyt, najwspanialszy dar od Boga, włączający ją w akt stworzenia. Kobiece zdrowe serce przepełnia ogromna radość i wdzięczność za to, że może uczestniczyć w takim cudzie. I należy w tym  miejscu pochylić się również przed kobietami, które wyrzekły się macierzyństwa, ponieważ Bóg powołał je do czegoś innego. Które zrezygnowały z pięknej roli matki i żony (bo bycie żoną winno skutkować byciem matką!), które przepłakały i przebolały tę ogromną stratę i zdecydowały się służyć Bogu w inny, świecki lub zakonny sposób. Ale one także matkują, służą innym. O byciu matką nie świadczy przecież wyłącznie biologia, co ukazuje nam wspaniały przykład Matki Teresy.

Dzisiejsza rozbita kobieta zwykle nie chce rodzić, bądź odkłada tę decyzję „na później”. I trudno się temu dziwić, a już z pewnością nie wolno tego potępiać. Trzeba się pochylić i pomóc jej odkryć prawdziwe tęsknoty, które tak mocno zagłuszone zostały przez różnego rodzaju lęki. A jest się czego bać. Wypaczony obraz seksualności, kryzys męskości oraz upadek moralny kolejnych pokoleń wytwarza w kobiecie naturalny syndrom asekuracyjny. Jednak zamiast chronić się przed dewiacjami, szukać dobrego oraz mądrego kandydata na męża i ojca, asekuruje się ona zwykle przed własnym dzieckiem. A jego akurat, wcale nie trzeba się bać!

Rozejrzyjcie się dookoła. Każda kobieta, wbrew temu, co twierdzi profesor Środa, ma instynkt macierzyński. Tylko różnie go realizuje. Jeśli z całej siły zaprze się przed posiadaniem własnego potomstwa, to przekieruje swoje tęsknoty na inny teren. Na partnera, na psy, koty, ratowanie przewożonych w tragicznych warunkach koni. I to też dobrze. Wszelkie stworzenie od Pana Boga pochodzi. Jednak trzeba znaleźć w życiu właściwe proporcje i na pierwszym miejscu (po Bogu i mężu) postawić dzieci.

I tego właśnie pragnę drogim Paniom na zakończenie życzyć: „Niech Wam Bóg w dzieciach błogosławi!”. A nie w kotkach. Ani pieskach.

Komentarzy: 28


Co ślub, to rozwód

Kategoria: Rodzina Sunday, 12 June 2011, 17:58

Niedawno, w jednym z wywiadów Natasza Urbańska mówiąc o pierwszym małżeństwie swojego męża, Janusza Józefowicza, wyznała, iż nie ma wyrzutów, że stała się przyczyną rozpadu tamtego związku. Stwierdziła ponadto, że „nikt nikomu nie może dać gwarancji, że będzie z nim do śmierci”. A jednak blisko dwa lata temu, sama stojąc na ślubnym kobiercu, przysięgła, że nie opuści Janusza, aż do śmierci. Po cywilnemu, bo po cywilnemu, ale przysięgła. Tylko po co, skoro już wiedziała, że gwarancji dać nie może?

 

Niesłychane doprawdy te nasze obiecanki – cacanki. I nie ważne, że w majestacie prawa, ba, nieważne nawet, że przed Bogiem składane i przy świadkach. Zakładamy, że raczej się uda, ale może się przecież samo z siebie nie udać, okazać, że niezgodność charakterów, że mąż pijak, sadysta, zboczeniec, leń i egoista. Że się miłość skończyła i tak będzie zresztą najlepiej dla dzieci, polubownie, bez kłótni, bez stresu. I się dziecko uczy, że gorsza kłótnia niż rozwód.

 

A Kościół głupi nie jest i jak każe przysięgać miłość do końca życia, to nie znaczy, że się pomylił, tylko że ludzie się mylą w rozumieniu miłości. Bardziej niż do ślubu przygotowują się do kupna mieszkania. O tak, wtedy sprawdzają wszelkie za i przeciw, oglądają po kilkanaście razy, sprawdzają najdrobniejsze rzeczy. I dobrze, ale mieszkanie zawsze można jeszcze sprzedać. Natomiast rozwieść się już nie wolno.

 

Raz obrany współmałżonek jest już żoną/mężem na zawsze. I nieważne czy będziemy w naszych ludzkich staraniach dążyć do zaprzeczeń, rozwodów, unieważnień (bo i tu wzrasta liczba nadużyć). Przed Bogiem i tak trzeba się nam będzie tłumaczyć z tego, czy wypełniliśmy daną Mu obietnicę.

 

I już widzę, jak w Drogim Czytelniku burzy się krew, jak w swym polskim zamiłowaniu sprowadzania wszystkiego do patologii buntuje się, że jak to, a co z żonami alkoholików, którzy katują swoje żony, maltretują dzieci i przepijają całą wypłatę?! Oczywiście, takie sytuacje również mają miejsce, ale mąż, choćby najgorszy nadal pozostaje mężem. I trzeba się czasem odseparować, schronić, jednak rozwieść nie wolno. Bóg daje w sakramencie wszelkie potrzebne łaski, koniecznym jest zatem zawierzenie Mu właśnie w tych najtrudniejszych momentach. I są niezwykłe żony i niezwykli mężowie, którzy do końca walczą o swoje małżeństwo i swojego współmałżonka, modlitwą, postem, ofiarą.

 

Łatwo powiedzieć. Ale trzeba powiedzieć. Bowiem w źle pojętej empatii, tak zwanymi „dobrymi radami” możemy wyrządzić bliźnim wiele złego. Sprawy należy przedstawiać zgodnie z wolą Bożą, tylko wtedy są postawione dobrze. Przedstawione zgodnie z wolą ludzką, mogą chwilowo ukoić ból, narażając tym samym cierpiącego na wieczne potępienie.

 

Bywa też tak, że cierpiący pokutuje za swoje winy. Bo nie zrobił wszystkiego, co trzeba przed wstąpieniem w związek małżeński, a nawet oparł swoją relację na grzechu. Nie podjął trudu poznania, nie zdobył się na wyrzeczenia, omijał trudności. Za to cudzołożył. A seks przedślubny to najczęstsza przyczyna problemów poślubnych, ponieważ utrudnia on poznanie i rozeznanie. Brak rzetelnego przygotowania do ślubu skutkuje coraz większą liczbą rozwodów. Czy dojdziemy do momentu, w którym każdy ślub będzie kończył się rozwodem?

 

Rozwód jest zawsze złem. Porażką, za którą pokutuje cała rodzina. Nie ma „dobrych” rozwodów, które byłyby mniejszym złem dla dzieci. Po stokroć lepiej jest, gdy dziecko jest świadkiem kłótni, po której jednak rodzice dążą do pojednania, niż kłótni, po której następuje rozwód. Lub rozwodu bez kłótni.

 

Nie jest błędem obiecywać sobie miłość do końca życia, ale błędem jest postrzeganie miłości jako uczucia. To ostatnie jest zmienne i zależne od wielu czynników, takich jak okoliczności czy nawet hormony. Utożsamianie miłości z uczuciami skutkuje myśleniem, że „nikt nikomu nie może dać gwarancji, że będzie z nim do śmierci”. Miłość natomiast, to akt woli, to decyzja. Obiecać miłość, znaczy postanowić, że się będzie kochać bez względu na wszystko. Tak dopomóż Bóg.

Komentarzy: 16


Spódnica czyni kobietę

Kategoria: Rodzina Friday, 25 November 2011, 18:04

No proszę. Kilka dni mnie nie było w kraju, a tu się okazuje, że moje „kobiety w spódnicach” są dość powszechnie znane i lubiane. Z czegom bardzo rada.

 

Dziękuję wszystkim za obszerne komentarze oraz angaż w sprawę, niektórzy logowali się na Frondzie, tylko po to, by dołożyć cegiełkę, inni zakładali własne blogi, by dać upust emocjom, a jeszcze inni nawet maile osobiste do mnie wystosowali. Moja sława dotarła nawet na Salon24 za sprawą niejakiej p. A. Zarzeczańskiej. Zobowiązanam.

 

I różne smaczki znalazłam. Żem dziwoląg katolicki, że bardziej papieska niż papież, że historii nie znam, jednostek czasu i odległości nie rozróżniam, ludzi dzielę, ośmieszam środowiska katolickie, kobiety poniżam, że nawet sam Jezus nie był tak ortodoksyjny i, że chyba sama mam problemy z własną seksualnością.

 

Wśród oburzonych głównie panie. Zasypano mnie wszelkim argumentum, a ja dalej nie rozumiem, czemu tak trudno kobietom te spodnie odrzucić. Argument z wygodą uważam za wyjątkowo nietrafiony, bo ileż my kobiety robimy rzeczy niewygodnych! Makijaże, fryzury, depilacje, a i ubrania nasze częstokroć, choć nie są spódnicami, wyglądają niekoniecznie na najwygodniejsze na świecie. I ja rozumiem, że są sytuacje awaryjne – na narty również zakładam spodnie. Ale nie jeżdżę na nartach 24h na dobę 365 dni w roku!

 

Dotarło do mnie jeszcze wielkomyślne hasło, iż nie szata zdobi człowieka. No jednak zdobi. A człowiek szatę – to relacja wzajemna. To, kim jesteśmy wyrażamy przez nasze ciało, nie inaczej. I jak nam naprawdę zależy, to potrafimy zadbać o strój z ogromną pieczołowitością. Na przykład na randkę, na imprezę, wizytę u teściów. A już na spotkanie z Bogiem – niekoniecznie. A codziennie, przed wyjściem z domu, kobieta powinna spojrzeć w lustro i spytać siebie, „czy tak ubrana poszłabym na spotkanie z Jezusem?” Bo codziennie się z nim spotyka.

A jeśli nie szata zdobi człowieka, to proszę bardzo, niech ksiądz odprawia Mszę w dresie, a my przychodźmy do kościoła w poplamionych t-shirtach. A na randkę każdy w dziurawym swetrze! Obowiązkowo!

 

Pisano również, że najważniejsze jest to co w sercu, że można nosić spódnice, a być skończoną grzesznicą. No owszem, można. Ale można je nosić i jednocześnie również w postępowaniu zbliżać się do Boga. Rozumiem – niespodzianka – ale to naprawdę może iść i często jednak idzie w parze!

 

No i, że każę kobietom jakieś wory pokutne nosić i włosienice. Bzdura. To współczesne trendy ośmieszają kobietę i czynią z niej błazna. Proponują albo workowate swetry odbierające wdzięk oraz buty Emu wyglądające jak ortopedyczne, albo tkaniny zbyt obcisłe, w których większość kobiet wygląda po prostu fatalnie, bo odsłaniają mankamenty figury. A ja nie mówię o workach do kolan, tylko o spódnicach i sukienkach. A te naprawdę potrafią uczynić kobietę piękną i elegancką.

 

Poprawiono mnie, iż to nie emancypacja kazała kobietom założyć spodnie, lecz wojna, bo były wówczas matki i żony zmuszone wykonywać męskie zajęcia i zmiana stroju okazała się konieczna. Rzeczywiście, to również jedna z przyczyn. Ale mam dobrą wiadomość! Wojna już się skończyła! Zatem drogie Panie, możecie całkiem swobodnie powrócić do noszenia spódnic i sukienek.

 

Jest jeszcze jedna ważna kwestia, jeśli chodzi o damski i męski ubiór. Bóg stworzył nas różnorodnie, dzieląc na mężczyzn i kobiety, byśmy mogli się wzajem uzupełniać. I diabeł nienawidzi tych różnic. On zrobi wszystko, by nas ujednolicić, zatrzeć istniejącą różnorodność, nie tylko pod względem charakterologicznym, ale i pod względem wyglądu. Dlatego współczesna chrześcijanka winna wręcz manifestować swą kobiecość, również poprzez strój. Babochłop to triumf szatana.

 

Argument, że ośmieszam środowiska katolickie uważam za niegodny katolika. Będą się z nas śmiali, nawet Jezusa wyszydzali, a co dopiero nas, maluczkich. I co z tego? Że ich zniechęcam? Otóż kolejna nowina – oni już są zniechęceni. My nie mamy się nikomu przypodobać. Nie mamy dopasowywać się do innych, tylko do Boga. Kościół potrzebuje ludzi twardych, którzy nie boją się reakcji gawiedzi. A jak się gawiedź śmieje, to na zdrowie! Choć chciałoby się powiedzieć, „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”...

 

Na koniec także wyjaśnienie do tytułu, by uprzedzić owych już czyhających, dzielnych zawodników, gotowych każde moje pojedyncze zdanie sprowadzić do absurdu. Tytuł, zaznaczam, nieco przewrotny. Oczywiście, z mężczyzny spódnica nie uczyni kobiety. Z babochłopa też nie. Mężczyzna pozostanie mężczyzną, a kobiecie oraz jej ubiorowi musi towarzyszyć postawa serca. A sercu światłe oczy.

O co się gorliwie módlmy.

Komentarzy: 28


Dlaczego kobieta powinna chodzić w spódnicy?

Kategoria: Rodzina Friday, 18 November 2011, 16:46

Albo sukience. Wszystko jedno, normalny mężczyzna i tak nie widzi różnicy. A dlaczego powinna? Bo lepiej wygląda.

 

Uparły się baby na te spodnie i wszystkie, jak jeden – nomen omen – mąż, chodzą w męskich uniformach. Do pracy, na przyjęcia, na zakupy, do fryzjera, a nawet i na wesela. Stały się spodnie nieodłącznym elementem damskiej garderoby, nikogo już nie dziwią ani nie szokują. Nikt już nie pamięta, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu ojciec Pio wyganiał kobiety w spodniach z konfesjonału, a we Francji, w 1799 roku kobieta przed założeniem spodni musiała dostać zgodę policji i posiadać medyczne uzasadnienie. Na zdjęciach mojego męża z podstawówki (a przecież różnica wieku między nami, to nie lata świetlne) wszystkie dziewczynki są w spódniczkach. Na moich – każda ma już spodnie.

 

Kobiece spodnie długo uważane były za strój niemoralny, a i dziś nad ich moralnością trzeba się głęboko zastanowić. Upowszechnienie noszenia spodni przez kobiety związane było z emancypacją. Pycha wypchnęła kobiety z domu, kazała im założyć spodnie i zrównać się z mężczyznami na arenie zawodowej. Jednak na tym polu zawsze już będą przegrane, bowiem nie są ani tak mądre, ani tak mocne, jak mężczyźni. Zatem, skoro kobieta nie może być jak mężczyzna, to zrobi wszystko, żeby chociaż tak wyglądać. I czasem, niestety, jej się udaje.

 

Krój kobiecych spodni jest zawsze niestosowny: zbyt szerokie upodabniają kobietę do mężczyzny, a zbyt obcisłe nader eksponują jej kształty. Choć dziś przylegające jeansy to prawdopodobnie jedna z bardziej „porządnych” części kobiecej garderoby. Zalały nas mody z pewnością „niemiłe Bogu”, pełne sugestywnych i wyzywających ubrań. I chwała mężczyznom, którzy w porę potrafią odwrócić wzrok.

 

Bo spódnica spódnicy nierówna. Aktualne trendy czynią z kobiet, a właściwie już z dziewczyn, babochłopy albo prostytutki. Widać to na ulicach i widać to (o zgrozo!) w szkołach. W sieciówkach trudno dostać spodnicę do kolan, wszystkie sięgają ledwo za pupę. I ci, którzy to kreują, wiedzą dobrze, co robią. Zdemoralizowana ubiorem dziewczyna stanie się potem klientką koncernów antykoncepcyjnych czy klinik aborcyjnych. Maszyna ruszyła, a że mamy kryzys ojcostwa, nie było nikogo, kto by córce w porę powiedział: „w takim stroju nigdzie nie pójdziesz!”

 

Każda kobieta chce być piękna. To pragnienie wraz ze stworzeniem Bóg wpisał głęboko w jej duszę. Ona w głębi serca wie, że po to została stworzona. Dlatego diabeł zaciera ręce i to piękno wynaturza, zakłamuje albo obrzydza. Są kobiety, które się od piękna odżegnują, a są i takie, które w jego imię stają się wyuzdane. Natomiast owo piękno tkwi zupełnie gdzie indziej. Tkwi w oddaniu władzy mężczyźnie, w byciu matką oraz w noszeniu skromnego stroju.

 

Wiele pań twierdzi, że w spodniach jest im wygodniej. Być może. Osobiście mam odmienne doświadczenia, chociaż spódnica rzeczywiście wymaga od kobiet nieco innego zachowania, niekiedy innej pozycji ciała, drobnych gestów, ale to tylko dodaje wdzięku. Jakaż to strata, że wokół paradują kobiety, niemal wszystkie ubrane w spodnie! Na tak smutny widok, muszę przyznać, trudno jest zakrzyknąć: „baby, do garów!” Ciśnie się raczej na usta: „babochłopy, do roboty!”

 

 

Komentarzy: 58


Baby, do pieluch!

Kategoria: Rodzina Tuesday, 11 October 2011, 10:41

No i masz babo placek. A raczej garnek. Wzburzyły się ludy szacowne i nie zawiodły. Od prawa do lewa swym wzburzeniom ujście dać raczyli, a u mnie, jak było tak jest. Nadal mi się te baby przy garach najbardziej podobają.

 

Czuję się jednak mocno urażona faktem, iż na facebooku przypisano moje zasługi pani Magdzie Żuraw i to pod jej adresem składano wyrazy szacunku i uznania. A Magda Żuraw, jakkolwiek kobieta zacna i mądra, autorką mojego tekstu nie jest, wypraszam sobie!

 

Tak oto zarzucono niewinną kobiecinę atakami ad personam, że zacofana, że w się unosi w oparach absurdu, że niedouczona i błędy podstawówkowe w literaturze wyczynia. Zasugerowano, żeby do garów lepiej wracała i zaznaczono, że chętnie by po niej, czyli mnie walcem jeździli, a nawet w mordę mi (Magdzie Żuraw?) dali. Argumenta na najwyższym światowym poziomie, okraszone, rzecz jasna wyszukaną łaciną. Aż wreszcie w przypływie błyskotliwości, ktoś zauważył słusznie, że to jednak nie p. Żuraw ów tekst popełniła. Rzeczywiście, dzień dobry, to ja Maria Helena, że się od razu przedstawię.

 

Zatem ku uciesze moich fejsbukowych fanów, przedstawię dziś continuum swojej ostatniej wypowiedzi. Otóż wykluczając ten odsetek, promil właściwie, kobiet czyniących dobre i wartościowe rzeczy poza domem (choć i one do garów z pewnością się nadają), reszcie całej, oprócz garów, polecić pragnę także i pieluchy. Są one niejako konsekwencją pozostania kobiety w domu, która i czasu, i sił ma więcej, by dzieci rodzić oraz się nimi opiekować. A rodzicielstwo to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, jaka może małżeństwo spotkać, wyłączając sam sakrament, rzecz oczywista. Podeprę się tutaj fragmentem Psalmu 128:

 

Małżonka twoja jak płodny szczep winny
we wnętrzu twojego domu.
Synowie twoi jak sadzonki oliwki
dookoła twojego stołu.
Oto takie błogosławieństwo dla męża,
który boi się Pana.

I jeszcze Psalm 127:

Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż,
który napełnił
nimi swój kołczan.
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał
z nieprzyjaciółmi w bramie.

Dziś niestety, myślenie antykoncepcyjne i aborcyjne do tego stopnia wryło się w mentalność ludzką, że nie jest ono obce nawet i katolikom. Ludzie panicznie boją się dzieci, a rodzina z trójką pociech, to już patologia! Warto tu przypomnieć, że w międzywojennej Polsce średnia (!) liczba dzieci w przeciętnej rodzinie wynosiła 8! A dziś komfort życia wyższy, wygoda większa, natomiast średnia dzieci – 1,8.

 

Ale żyjemy w czasach „postępu”. W czasach nowoczesnych, kiedy ubezpładniającymi metodami można rodzicielstwo „zaplanować”, a jeśli zawiodą – niewygodnego „gościa nie w porę” zabić. Trwa regularna wojna z noworodkiem. Straszą nas globalnym ociepleniem i przeludnieniem, „straszliwymi” konsekwencjami wielokrotnych porodów. I straszą skutecznie, choć zupełnie bezmyślnie, bo spadek liczby urodzeń godzi w gospodarkę.

 

My zastraszyć się nie damy! Nasza liczba startowa z mężem to siedem! I na razie 1:0 dla nas, bo pierworodny nasz syn/córka już czwarty miesiąc rośnie w siłę w mym brzuchu.

 

Zachęcam Was Panie (już nie baby) do dzieci (już nie do pieluch). Ja wiem, że w naszym zbrodniczym systemie niektóre pracować po prostu musicie i na dzieci nie ma już sił ani czasu. Dlatego nie Was potępiam, a system. Kobieta winna mieć możliwość nie pracować zawodowo, dbać o rozwój domu i mieć jeszcze czas (jak mówił Janusz Korwin-Mikke), by „leżeć i pachnieć”. To na nią powinno się pracować. I rozumny mężczyzna wie, że to leży i w jego interesie.

 

Napisałam ostatnio, że lubię swoje obowiązki domowe, bo mąż mnie kocha.

Spytano mnie, a co gdybym miała złego męża?

Nie bardzo rozumiem, bo męża wybrałam sobie ja. To złego miałam sobie wybrać??

Z Bożą pomocą i za wstawiennictwem św. Józefa wybrałam najlepszego.

 

 

Łączę ukłony dla p. Magdy Żuraw.

Komentarzy: 7


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.