Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Siedem ostatnich słów Jezusa. Część druga.

Kategoria: Religia Wednesday, 20 April 2011, 04:11

3. Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. (J19, 26b-27a)

Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Przede wszystkim wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo „gune” właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał „kobietą”? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.

 

Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona. Czemu więc ta „kobieta”? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.

 

Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi „Niewiasto”, chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w  Kanie Galilejskiej , gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.

 

Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.

 

Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o „braciach Jezusa”, czy na ten werset:

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus. (Mt 1,24-25)

… mówi: „Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, aż porodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?” Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:

"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)

W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa „bracia” nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:

Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił… (Dz 1,13-15)

Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z „braćmi Jezusa” było ich „około stu dwudziestu osób”. Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci? I że ten fakt udało się ukryć katolikom?

 

Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Ale nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:

Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6,23)

Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie. Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.

 

W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka , drugi Arka Przymierza . Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.

 

4: Eli, Eli, lema sabachthani? to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46b)

 

Słuchając protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale „pokryci czystością Jezusa” i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.

 

Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa fikcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.

 

Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest legalna i niesprawiedliwa transakcja, nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. To prawda, że nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie, ale to także On sam, Bóg Ojciec, umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości.

 

Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27). Poza tym nawet na „chłopski rozum”, jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem? Cała ta bezsensowna teoria jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.

 

Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam „sformatowanie twardego dysku”, wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak „kupa gnoju pokryta śniegiem” (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.

 

Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczni, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.

 

Jak pisałem we wstępie do tych rozważań, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, w tym sensie Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna, Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy.

 

Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był „nie fair” w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.

 

Drugą przyczyną, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien istotny fakt. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z psalmów.

 

Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22, ukazuje im, przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali.

 

Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiada co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.

Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.

A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!

Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił; do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.

Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.

Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.

Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.

Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki, Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.

Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.

Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.

Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.

Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.

Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.

Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.

Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek! Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!

Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia: Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!

Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego. Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.

Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego. Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.

Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.

Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.

A moja dusza będzie żyła do Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił.

 

Część pierwsza rozważań

Wspólnota Marto

Komentarzy: 13


Siedem ostatnich słów Jezusa. Część pierwsza rozważań.

Kategoria: Religia Tuesday, 19 April 2011, 02:04

Siedem ostatnich słów, czy zdań, jakie powiedział nasz Pan gdy był przybity do Krzyża. Jego testament. Bo przecież choć wiedział On, że po zmartwychwstaniu będzie jeszcze przebywał z uczniami przez czterdzieści dni, to przecież to będzie już coś innego. Będzie się zjawiał mimo zamkniętych drzwi, będzie się ukrywał tak, że nie każdy od razu Go pozna, będzie w swym uwielbionym Ciele. Na krzyżu jest On zatem po raz ostatni z uczniami w swej zwykłej, ludzkiej postaci.

 

Słowa te są niezwykle ważne także dlatego, że od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera  z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany. Zatem nikt w takiej sytuacji nie mówi rzeczy nieważnych. Wszystko, co Jezus nam powiedział na Krzyżu jest niezwykle istotne.

 

Poniższe rozważania nie są niczym nowym. Co roku je zamieszczam na swych blogach. Jednak nic nie tracą one na swej aktualności i będę to kontynuował, bo co roku inne osoby zaglądają tutaj. Warto pomyśleć o tym, co nam nasz Pan przekazał i warto te słowa rozważać w naszych sercach.

 

1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)

 

Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.

 

Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary.

 

Dlatego nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.

 

Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.

 

Święty Paweł napisał:

Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12,19-21).

Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.

 

Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?

 

2: "Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju". (Łk 23,43)

 

Słowa Jezusa do „dobrego łotra”, Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, który naucza, że dobre uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.

 

Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:

Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)

Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.

 

Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi. Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od nas wymaga.

Część Druga

Felieton o wybaczaniu

Sola Fide?

www.WspolnotaMarto.com

 

Komentarzy: 19

Chleba naszego... połowa Wielkiego Postu

Kategoria: Religia Wednesday, 30 March 2011, 15:46

Ani się obejrzeliśmy, a tu już połowa Wielkiego Postu. Środa Popielcowa była trzy tygodnie temu, Wielki Czwartek za trzy tygodnie. A my możemy się zastanowić przez moment nad tym, jak nam idą nasze wielkopostne postanowienia…

 

Ja jednak nie o tym, ale o chlebie. I będzie to  subiektywne, osobiste rozważanie. Wynika ono z bardzo specyficznego trybu życia, jaki prowadzę. Zwykle w drodze, zwykle poza domem, zwykle bez dostępu do piekarni, czy nawet ogólnospożywczego sklepu. Zatem jestem skazany na to, co znajdę w swojej ciężarówce.

 

Ja jem bardzo dużo chleba. Jest on moim podstawowym pokarmem, szczególnie w Wielkim Poście. Ale i poza nim także. I gdybym mieszkał w Krakowie, miałbym życie jak w raju. Na każdym rogu ulic można kupić świeże "bajtle", czyli obwarzanki krakowskie, a dobrych piekarni pewnie też jest tam ciągle pod dostatkiem. Jednak nie mieszkam w swoim ukochanym mieście, mieszkam w swojej ciężarówce na drugim końcu świata. Tydzień temu Portland, Oregon, dziś Portland, Maine, za parę dni  San Antonio, Texas… Gdzie tu szukać tej swojej ukochanej piekarni?

 

Moja żona piecze doskonały chleb. Na zakwasie, bez żadnych dodatków chemicznych. Piecze chleb zwykły, pszenno-żytni, z dodatkiem ziaren owsa (czyli płatków owsianych) i piecze chleb Ezechiela. Ten ostatni zawiera mąkę z sześciu różnych nasion, według przepisu, jaki znajdujemy w Biblii:

Weź sobie pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu: włóż je do tego samego naczynia i przygotuj sobie z tego chleb. Będziesz go spożywał przez tyle dni, przez ile będziesz leżał na swym boku – przez trzysta dziewięćdziesiąt dni. (Księga Ezechiela 4,9)

Jak widać z tego przykładu chlebem może być także wypiek z mąki otrzymywanej z grochu i fasoli. To bardzo ważne, bo fasole zawierają białko, którego brakuje w ziarnach zbóż. Ale tu mi się pojawia pewien problem.

 

Chodzi mi o to, że zawsze kiedyś dochodzimy do granicznej wartości, za którą już otrzymujemy coś, co trudno nazwać chlebem. Oczywiście cały ten dylemat jest trochę sztuczny, bo przecież nasz post musi pochodzić z potrzeby serca i sami decydujemy o jego formie, zatem jeżeli ktoś chce, może pościć na przykład o samym grochu. Nie jest to przecież grzechem, nie jest nigdzie zakazane. Ale post o chlebie ma w sobie "coś". Jezus sam siebie nazywa "Chlebem Żywym", post o chlebie ma więc pewien eucharystyczny, chrystocentryczny wydźwięk. Gdzie jednak jest ta "granica chleba"?

Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im odpowiedział: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. (Mt 12, 1-6)

Uczniowie zrywają kłosy, spożywają ziarna zboża. Pan Jezus wskazuje nam na kontekst takiej diety, nawiązuje do chlebów pokładnych w Świątyni. zatem same ziarna są także jakąś formą chleba. Ja zresztą, gdy mi zabraknie zabranego z domu chleba wypiekanego przez moją kochaną Grażynkę zwykle jem macę, która ma na liście składników dwie pozycje: Mąka pszenna i woda. Tak, jak nasz opłatek, chleb używany w czasie Ofiary Eucharystycznej, chleb, który staje się Ciałem Pana Jezusa. Chleb i woda.

 

A co z płatkami owsianymi? Ponieważ moja dieta jest raczej monotonna, brakuje mi jakiegokolwiek urozmaicenia. I bardzo dobrze, post ma boleć, inaczej nie jest postem. Jednak człowiek szuka odrobiny odmiany. I ja ją ostatnio znalazłem. Skoro ziarna wyłuskiwane z kłosów to jakaś forma chleba, skoro jedynym składnikiem płatków owsianych są zgniecione ziarna owsa, skoro ja jestem osłem, a osły, wiadomo, głównie się owsem żywią, to owsianka na wodzie także została uznana za część mojego postu o chlebie i wodzie.

 

Naciągam? Być może. Idąc dalej takim tokiem rozumowania można by uznać, że gotowana fasola jest formą chleba. Skoro bowiem w chlebie Ezechiela mamy dodatek mąki z fasoli i grochu, to czemu nie gotowany groch? No właśnie?  A jednak nie… choć nie bardzo wiem, jak to logicznie uzasadnić. Ale groch to jest groch, a chleb to jest chleb.

 

Pewnie jakaś niekonsekwencja z mojej strony, nie wiem. Chleb Ezekiela jest chlebem, bo po pierwsze jest wypiekiem z mąki, po drugie mąka z fasoli jest tam jedynie dodatkiem do mąki zbożowej, a po trzecie sama Biblia nazywa go chlebem. Ziarna zbóż są "chlebowe", bo głównie służą do wypieku chleba, zatem spożywanie ich bez wypiekania nie jest odstępstwem od tej formy postu. Ugotowanie ich niczego nie zmienia, bo przecież te obwarzanki od których zacząłem, jak sama nazwa wskazuje, też są "obwarzane" przed pieczeniem. A przecież nikt nie neguje, że to też jakaś forma chleba. Natomiast gotowany groch, to gotowany groch i tyle.

 

Chleb jaki jest każdy widzi… Ale czasem ten chleb przybiera różne formy. Precelki twarde, krakersy,  słone paluszki, chleb tostowy, bułeczki, obwarzanki, "bagels", czyli żydowskie bajgle, trochę podobne do krakowskich obwarzanków, także wypiekane z ciasta wcześniej gotowanego we wrzątku. Ziarno zbóż, a więc i owsianka… dlaczego nie? Ale gdy wśród  składników zaczynam znajdować rodzynki, daktyle, cukier, proszek do pieczenia – to dla mnie kończy się chleb i zaczynają ciasta. Kwestia umowy zapewne, ale to jest, jak wspominałem już, subiektywne spojrzenie na chleb.

 

Życzę więc Wam, i sobie też, wytrwania w drugiej połowie Wielkiego Postu. Poszcząc nie zapominajmy też o modlitwach i materialnym wspomaganiu Kościoła i wszystkich potrzebujących. Nasza wiara jest martwa bez uczynków, uczy święty Jakub. O chlebie Ezechiela pisałem już dwukrotnie, tam też znajduje się przepis. KLIK 1 KLIK 2 A poniżej ostatni wypiek mojej żony… Już pozostały po nim jedynie wspomnienia. Zatem żegnam. Zrobię sobie owsiankę i zagryzę macą. ;-)

www.WspolnotaMarto.com

Komentarzy: 11


Śmierć druga

Kategoria: Religia Sunday, 30 January 2011, 05:13

Pewien protestant na moim forum, w temacie dotyczącym ewolucjonizmu, napisał:

„Co do pytania dlaczego ewolucjonizm i stworzenie przez Boga się bezwzględnie wykluczają jest jedna prosta odpowiedź. Nie wiem, w jaki sposób KK uzasadnia pójście na kompromis z ewolucjonizmem, jakoby Bóg miał się posługiwać ewolucją przy stworzeni, ale jeśli śmierć istniała przed Adamem i Ewą i jeśli śmierć nie była skutkiem grzechu, to cała ofiara Chrystusa traci zupełnie jakikolwiek sens i znaczenie. Jest to oczywiście odpowiedź, która nie nadaje się do prezentacji niewierzącym, ale w logice całej Biblii jest idealnie spójna. Jeśli była ewolucja to była śmierć jako zjawisko naturalne, niezawinione grzechem, a więc do niczego nie byłaby potrzebna śmierć odkupieńcza i zmartwychwstanie Chrystusa.”

Właśnie. Jak możemy odpowiedzieć na taki zarzut? Przecież Biblia nas wyraźnie uczy:

Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli… (Rz 5, 12)

Czyli wynika z tego, że przed grzechem Adama nie było śmierci, prawda? Zatem ewolucja stoi w sprzeczności z nauką Pisma?

 

Nie tak szybko. I dowód na to, że tak nie jest znajduje się w samej Biblii. Zacznijmy więc od samego początku, od Genesis.

Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz.  (Rdz 2, 15-17)

Jakie znaczenie miałyby te słowa dla Adama, gdyby nie znał on w ogóle pojęcia „śmierć”? Czym byłaby ta groźba? Adam musiał wiedzieć, co znaczy „umrzeć”, inaczej ostrzeżenie Pana Boga nie miałoby sensu.  Jednak „wiedzieć” i „w pełni rozumieć” nie zawsze znaczy to samo. Adam wiedział, czym jest śmierć fizyczna, ale nie rozumiał, że Bóg mówił o zupełnie innej śmierci.

 

Genesis:

A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. (Rdz 3, 1-6)

Czyli co? Bóg okazał się kłamcą, a wąż powiedział prawdę? Ten „ojciec kłamstwa”?  Przecież wiemy, że to niemożliwe. Wiemy, że to Bóg mówił prawdę, a szatan łgał. Zatem jak tę pozorną trudność wytłumaczyć?

 

Wytłumaczenie jest bardzo proste.  To nie o śmierci fizycznej mówił Bóg, ale o śmierci duchowej. O utracie łaski uświęcającej, tego pierwiastka boskiego życia, jaki mamy w sercu. Widać to bardzo wyraźnie w Listach Pawłowych, a szczególnie w Liście do Rzymian:

Ale nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem jak z darem łaski. Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa. I nie tak samo ma się rzecz z tym darem jak i ze [skutkiem grzechu, spowodowanym przez] jednego grzeszącego. Gdy bowiem jeden tylko grzech przynosi wyrok potępiający, to łaska przynosi usprawiedliwienie ze wszystkich grzechów. Jeżeli bowiem przez przestępstwo jednego śmierć zakrólowała z powodu jego jednego, o ileż bardziej ci, którzy otrzymują obfitość łaski i daru sprawiedliwości, królować będą w życiu z powodu Jednego – Jezusa Chrystusa. (Rz 5, 15-17)

Skoro nam łaska przyniosła usprawiedliwienie to dlaczego nadal przechodzimy przez fizyczną śmierć? Dlatego, że tu jest mowa o zupełnie innej śmierci!

Wiedząc, że Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie. (Rz 6, 9-11)

Ale nawet, gdy „umarliśmy dla grzechu” i „żyjemy dla Boga”, to przecież wszyscy umrzemy w fizycznym, naturalnym znaczeniu tego słowa.

 

Jest zatem śmierć naturalna, która była zawsze na świecie i „śmierć druga”, która weszła na świat przez grzech Adama. A Biblia wręcz używa właśnie takiego terminu. O „drugiej śmierci” mówi nam bowiem ostatnia Księga Biblii, Apokalipsa:

Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał. Oto diabeł ma niektórych spośród was wtrącić do więzienia, abyście próbie zostali poddani, a znosić będziecie ucisk przez dziesięć dni. Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów. Zwycięzcy śmierć druga na pewno nie wyrządzi szkody. (Ap 2, 10-11)

Błąd logiczny? Paradoks? Jak to „bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia? Jaka „śmierć druga”?  Zobaczmy dalej:

Błogosławiony i święty, kto ma udział w pierwszym zmartwychwstaniu: nad tymi nie ma władzy śmierć druga, lecz będą kapłanami Boga i Chrystusa i będą z Nim królować tysiąc lat. (Ap 20,6)

Z tego wersetu wynika jednoznacznie, że niektórzy zmartwychwstaną z „pierwszej”, czyli fizycznej śmierci i nie będą podlegać władzy „śmierci drugiej”. To właśnie nam dało zwycięstwo Jezusa przez Jego Śmierć i Zmartwychwstanie. Dlatego Jego ofiara była konieczna. Jednak nie każdy spożyje owoce tej ofiary, a jedynie ci, którzy są zapisani w „księdze życia”:

A diabła, który ich zwodzi, wrzucono do jeziora ognia i siarki, tam gdzie są Bestia i Fałszywy Prorok. I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków. Potem ujrzałem wielki biały tron i na nim Zasiadającego, od którego oblicza uciekła ziemia i niebo, a miejsca dla nich nie znaleziono. I ujrzałem umarłych – wielkich i małych – stojących przed tronem, a otwarto księgi. I inną księgę otwarto, która jest księgą życia. I osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów. I morze wydało zmarłych, co w nim byli, i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych, co w nich byli, i każdy został osądzony według swoich czynów. A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia. To jest śmierć druga – jezioro ognia. Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia, został wrzucony do jeziora ognia. (Ap 20, 10-15)

Nawiasem mówiąc ciekawe słowa o tym jak będziemy sądzeni… Zgadzają się doskonale z 25. rozdziałem Ewangelii Mateusza, (byłem głodny, a nie daliście mi jeść…), ale nie zgadzają się z nauką wielu zborów protestanckich uczących, że zbawieni jesteśmy tylko przez wiarę. Tu nie ma żadnego „sola fide”, tu są wyraźnie słowa, że „osądzono zmarłych według ich czynów”.  Zatem niektórych czeka „śmierć druga – jezioro ognia”, gdzie zostaną wrzuceni ci, którzy nie są zapisani w „księdze życia”.

 

I jeszcze jeden cytat z Apokalipsy:

I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe. I mówi: Napisz: Słowa te wiarygodne są i prawdziwe. I rzekł mi: Stało się. Jam Alfa i Omega, Początek i Koniec. Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia. Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelakich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga. (Ap 21, 5-8)

Przez grzech Adama przyszła na świat „śmierć druga”, ale Jezus ją zwyciężył. Każdy z nas, który Go pragnie, otrzyma życie wieczne. Tak, jak obiecał On Samarytance przy Studni Jakuba:

Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. (J 4,14)

Nie ma więc żadnej sprzeczności między nauką o ewolucji, a prawdami, jakie znajdują się w Biblii. I choć zapewne można przyjąć, że grzech miał także wpływ na fizyczny kształt wszechświata, na choroby, cierpienia i inne niedoskonałości tego, co powinno być doskonałe, to jednak nie ma żadnych podstaw ku temu, by stwierdzić, że fizyczna śmierć, „śmierć pierwsza” nie istniała przed grzechem Adama. Grzech Adama bowiem wprowadził w naszą rzeczywistość zupełnie inny rodzaj śmierci. My bowiem od początku byliśmy stworzeni do życia z Bogiem, do życia w Niebie. I tu śmierć fizyczna nie jest żadną przeszkodą, jak uczy święty Paweł:

I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym. (Rz 8, 38-39)

To "śmierć druga", czyli grzech, utrata łaski, odłącza nas na wieki od życia w jedności z Bogiem, który jest Miłością. I to jest właśnie ta cena, jaką płacimy za grzech Adama i za nasze grzechy.

Komentarzy: 52


Ksiądz profesor Chrostowski, Kościół, Żydzi i... ja.

Kategoria: Religia Tuesday, 01 March 2011, 19:18

Dostało mi się i nadal mi się dostaje za krytykę wykładu księdza profesora Chrostowskiego, jaki wygłosił przez kilkoma laty w Częstochowie. Ponieważ sprawa ta powraca dość regularnie, chciałbym do niej powrócić, w kontekście jego książki wydanej przez Frondę, pod tytułem "Kościół, Żydzi, Polska".

 

Nie będzie to jakaś szczegółowa analiza tego, co ksiądz profesor napisał. Raczej kilka przykładów, kilka fragmentów, które zwróciły moją uwagę. Nie ukrywam też, że jednym z celów tego tekstu jest zachęcenie do sięgnięcia po tę książkę i uważnego jej przeczytania. Myślę, że mogę także polecić "w ciemno" (bo jej jeszcze nie czytałem) książkę "Bóg, Biblia, Mesjasz", księdza profesora, do której nawiązuje on parokrotnie książce "Kościół, Żydzi, Polska".

 

Czy mi się wszystko podobało w książce księdza profesora? Z całą pewnością nie i pewnie jakiś przykład zamieszczę poniżej. Czy zatem mi się tam wszystko nie podobało? Tym bardziej nie. Książka jest bardzo ciekawa, czytam ją z zainteresowaniem i gorąco ją polecam. Jednak mój zachwyt nie jest bezkrytyczny i chyba zgodzicie się, że nie jest to wadą.

 

Dobór fragmentów, które chciałbym skomentować jest do pewnego stopnia przypadkowy i na pewno nie jest w żaden sposób obiektywny, czy reprezentatywny. To są moje subiektywne spostrzeżenia, fragmenty, które mnie się wydały interesujące. Książka ma ponad 550 stron, więc dokładne analizowanie jej zajęłoby stron tysiąc, a ja chciałbym się zmieścić w notce, której nie trzeba czytać kilka godzin.

 

Oddajmy więc głos księdzu profesorowi:

"Pamiętam, że podczas rozważań jedna  z dziewcząt zapytała, czy Żydzi dzisiaj postąpiliby z Jezusem tak samo, jak tamci, starożytni. Odpowiedziałem, że powinniśmy zadać sobie pytanie, czy my na pewno postąpilibyśmy inaczej" (str. 24-25)

Nie muszę chyba zaznaczać, że zgadzam się tu całkowicie i sam bym tego lepiej nie wyraził.

"(Po przybyciu do Izraela) znalazłem niewielki kram z napojami. Właściciel uważnie mi się przyglądał, po czym zapytał: "Pan to chyba z Polski?".Kiedy potwierdziłem, był zachwycony. Wyjął z lodówki nową butelkę, nie chciał zapłaty i pytał o Warszawę. zapraszał, by przychodzić codziennie na jego rachunek. Opowiadał o Warszawie i słuchał" (str.29)

Przytoczyłem ten fragment, bo jest symptomatyczny. Niektórzy mają wrażenie, że wszyscy bez wyjątku Żydzi są negatywnie nastawieni do Polski, a tymczasem tak naprawdę nie jest. Ja, choć nie spotkałem wielu Żydów, nigdy się nie spotkałem za poziomie osobistych kontaktów z żadnym negatywnym ich stosunkiem do Polski. Jednak i Chrostowski przedstawia w swej książce wiele takich sytuacji. Niektórych wręcz nazywa wielkimi przyjaciółmi Polski.

 

Bardzo ciekawą, tragiczną sytuację pewnej kobiety i jej syna opisuje ksiądz profesor:

"Spotkałem Polkę, która wyszła za mąż za Żyda. […] Wyjechali z Polski w 1968 r. Mieli syna, o którym w Polsce mówiono: "To Żyd", a w Izraelu: "To goj". Mąż zachorował na nowotwór i umarł. […] Bardzo chciała wrócić do Polski, ale pozbawiono ją polskiego paszportu. Syn dorastał i myślał o wyjeździe do Ameryki Matka powtarzała wierszyk, który ułożył:

"Mam dwie ojczyzny

i obie nie moje.

Jedna – bom był Żydem,

druga – bom jest gojem". (str. 30)

Bardzo mi się podobają te spostrzeżenia księdza profesora, z którymi się całkowicie zgadzam:

"Nikt nie czyta Biblii hebrajskiej tak jak Żydzi, nikt jej tak dobrze nie rozumie, co słychać choćby w samym sposobie czytania, nikt jej tak mocno nie przeżywa, nikt nie potrafi jej z taką pasją interpretować, objaśniać, tłumaczyć i komentować jak Żydzi"

 

"Oczywiście, spotkanie z każdą religią jest ciekawe, ale spotkanie chrześcijanina z religią żydowską ma wyjątkowy charakter, bo ta religia stanowi kontynuację wiary i pobożności biblijnego Izraela."

Bardzo dobre spostrzeżenie zawarł ksiądz profesor w tym zdaniu:

"Kiedyś usłyszałem, że położenie Żydów  w Polsce było bardzo trudne i dla nich bolesne, bo nie traktowano ich jako pełnowartościowych sąsiadów. Ripostowałem: teraz jesteście u siebie i na przykładzie koegzystencji z Arabami dajcie dobry przykład, jak powinny wyglądać relacje z sąsiadami." (str 32)

Ksiądz Chrostowski pisząc o odwiedzinach Jana Pawła II w synagodze komentuje:

"Bardziej niż nazywanie Żydów starszymi braćmi poruszało i zastanawiało mnie to, że papież nazwał ich umiłowanymi braćmi. Nigdy wcześniej nikt w Kościele tak nie mówił. Przeczuwałem, że nie tylko o emocje tutaj chodzi. Odwiedziny Jana Pawła II w synagodze wywarło olbrzymie wrażenie nie tylko na mnie."

Teraz zacytuję jedno z pytań, które zresztą prostuje ksiądz Chrostowski w swej odpowiedzi. Cytuję to pytanie, bo mi się nie podoba, zawierając oczywisty błąd:

Kiedy jednak czytamy listy św. Ignacego z Antiochii, a to są przecież same początki chrześcijaństwa, to u niego jest już bardzo ostra reakcja antyjudaistyczna. Bardzo wyraźnie apeluje od do gmin chrześcijańskich, by nie ulegały one zbytnio judaizmowi, że że nie można być chrześcijaninem, a zarazem wyznawcą judaizmu." (s.44)

Profesor Chrostowski słusznie zauważa, że

"w listach św. Ignacego […] mamy do czynienia z konfrontacją wewnątrzchrześcijańską" (s.44)

Chodzi, rzecz jasna, o to, o czym dziś często zapominamy, że chrześcijaństwo na początku było "sektą żydowską". To byli Żydzi, którzy spotkali Mesjasza. A gdy przybywało coraz więcej chrześcijan nie będących wcześniej wyznawcami judaizmu, zaczęły powstawać teologiczne pytania. Zresztą sam Nowy Testament jest pełen tekstów dotyczących tego zagadnienia. I w Listach Pawłowych i w  Dziejach Apostolskich bardzo dużo materiału jest poświęconego temu zagadnieniu. Zadający pytania powinni to wiedzieć.

 

Gdy spotykamy się z  zarzutem antysemityzmu, często problemem staje się zdefiniowanie samego terminu. To, co dla jednego już antysemityzmem jest, dla drugiego jest czymś zupełnie innym. Dość pomocnym może być rozróżnienie, jakiego wielokrotnie używał ksiądz profesor. Także w tej książce pisze on o tym i tłumaczy na czym polega, jego zdaniem, różnica:

"Trzeba wskazać na trzy zjawiska, które – co do pewnych aspektów mają wiele wspólnego – wyrastają z odmiennego podglebia i wywołują odmienne skutki: antysemityzm, antyżydowskość i antyjudaizm. W ostatnim okresie pojawiło się i utrwala nowe zjawisko, określane jako antysyjonizm i wyraźnie odróżniane od tamtych trzech." (s.48)

Można się zgodzić z takim rozróżnieniem, albo nie, ale warto pamiętać, że ksiądz profesor je stosuje.

 

Nie będę cytował definicji poszczególnych terminów, nie chciałbym tu przepisywać całej książki, ale zacytuję jeden bardzo ważny fragment. Chodzi bowiem o to, że gdy zarzucamy komuś antysemityzm, czasem odpowiada on, że jego poglądy nie mają nic wspólnego z antysemityzmem, co najwyżej są one antyżydowskie.  Zatem oddaję głos Chrostowskiemu, odpowiadającemu na pytanie o praktyczne rozróżnienie antyżydowskości i antysemityzmu:

"Podglebiem dla antysemityzmu jest rasizm, w skrajnych przypadkach posunięty do otwartej nienawiści wobec Żydów, a nawet gotowy do ludobójstwa. Podglebie antyżydowskości stanowi ignorancja, kompleksy, głupota, egoizm i podobne przesłanki. Ich skutki mogą być bardzo dotkliwe, ale istnieje przepaść między antyżydowskim kawałem opowiedzianym w gronie kolegów, a postawami ludobójczymi, które zmierzają do izolacji i likwidacji Żydów. Antysemityzm to zjawisko niesłychanie groźne i w jednoznacznej ocenie chrześcijańskiej – wielki grzech. Grzechem może być również antyżydowskość czy antyjudaizm, bo są to postawy naganne, które trzeba wypleniać, tym niemniej różnica jest duża." (s.60)

Pomijając aspekt drobnej manipulacji ze strony księdza profesora, zapewne zupełnie przypadkowej, polegającej na tym, że najpierw mówi, że antysemityzm "w skrajnych przypadkach" posuwa się do "otwartej nienawiści, a nawet jest gotowy do ludobójstwa", a potem ogólnie utożsamia go "z postawami ludobójczymi", to zgadzam się całkowicie z księdzem profesorem. Jednak dodam w takim razie, że także mniej skrajne przypadki antysemityzmu są antysemityzmem, są grzechem i są przez Kościół potępione. Myślę zresztą, że tu się z księdzem profesorem zgadzamy.

 

To dopiero pierwsze 60 stron książki, ale myślę, że wystarczy. Być może do tematu powrócę, gdyby było zainteresowanie. Chciałbym tylko na zakończenie dodać kilka słów na temat mojego wcześniejszego tekstu krytykującego wykład księdza profesora.

 

Czy po przeczytaniu jego książki inaczej bym tamten wykład ocenił? Czy moje zdanie o księdzu profesorze się zmieniło? Czy uważam go za antysemitę? Czy go kiedykolwiek za antysemitę uważałem?

 

Wiele osób bardzo lubi przylepiać innym łatki. Jakoś ich określić, bardzo jednoznacznie, gdy tymczasem większości osób jednoznacznie określić się nie da. A ja w tamtym tekście w ogóle nie zajmowałem się oceną osoby księdza profesora, ale jego wykładem.

 

To jest ważne rozgraniczenie, a którym wiele osób ma tu problem. Dotyka to także mnie osobiście. Parokrotnie zdarzyło się, że ktoś, komu się mój tekst nie podobał, zamieścił na swym blogu notkę krytykującą nie moje pisanie, ale moją osobę. Bardzo trudno wtedy polemizować z czymś takim, bo jak odpierać zarzuty, które istnieją tylko w głowie oskarżyciela i nie mają pokrycia w faktach?

 

Przyznaję, że krytykując wykład księdza profesora wiedziałem o nim znacznie mniej niż wiem teraz. Od tamtego czasu przeczytałem jego książkę, przeczytałem kilkanaście artykułów i wywiadów dostępnych w necie, posłuchałem kilkunastu wykładów. Czy zatem dziś napisałbym tamten tekst inaczej? Hmmm.. Chyba nie.

 

Oczywiście takie gdybanie to jedynie spekulacja. Może mniej by mnie tamten wykład dziś irytował, ale to też wcale nie jest pewne. Być może reakcja byłaby wręcz odwrotna. Może by mnie irytował bardziej i sam sobie zadawałbym pytanie: "Co księdza profesora dziś ugryzło?"

 

Jestem gotów do dyskusji na temat tamtego wykładu i do obrony swojego zdania. Jeżeli, rzecz jasna, będzie to dyskusja na argumenty, nie na epitety.  Warto także pamiętać, że to, że nie znałem jeszcze tak dobrze i poglądów księdza profesora, jakie wyrażał w innych miejscach i jego działalności to wcale nie jest argument "na niekompetencję" z mojej strony. Tamten wykład jest dostępny w Necie i słuchają go także osoby znacznie mniej kompetentne ode mnie. A do jakich dochodzą wniosków i jaka jest reakcja na tamten wykład każdy może się przekonać sam, gdy przeczyta komentarze internautów.

 

Powtórzę jeszcze, że z wybranych cytatów trudno obiektywnie ocenić całą książkę. Zresztą jej początek zajmuje się innym sprawami, niż późniejsze rozdziały. Być może wrócę do nich jeszcze, to prawdziwa kopalnia wiedzy. Chciałem jednak przynajmniej w taki, niedoskonały sposób pokazać co sądzę o poglądach i o osobie księdza profesora. Gdy bowiem nawet przyjmiemy moją krytykę wykładu z Częstochowy za uzasadnioną, to jest to jedynie jedna strona medalu. A skoro tak wiele osób jest zainteresowanych tym jak oceniam księdza profesora, to rzeczą uczciwą z mojej strony było podkreślenie, że wiele rzeczy, albo precyzyjniej większość rzeczy, jakie mogłem przeczytać i zobaczyć w książce i w Necie, którymi zajmuje się i o których pisze ksiądz profesor, podoba mi się i się znimi zgadzam.

 

A już całkiem na zakończenie dodam, że największą krzywdę księdzu profesorowi wyrządzają ci, którzy rzeczywiście mają poglądy antysemickie, czy antyżydowskie i którzy przedstawiają księdza profesora jako swego guru, czy też innego ideologa programowego. Słuchając wykładu z Częstochowy nie bardzo się im zresztą dziwię, ale cieszę się, że "prawdziwy ksiądz Chrostowski" jest zupełnie inną osobą, niż ta, którą sobie wyobraziłem po zobaczeniu tamtego niesławnego wykładu.

 

Czy ksiądz profesor Chrostowski jest antysemitą?

Komentarzy: 83


Michnik, Ogórek i Miłość Bliźniego, Czyli (nie bardzo) Świątecznie o Wybaczaniu.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 23:19

Tekst ten jest odpowiedzią na notkę Ogórka, którą z kolei sprowokował mój wpis na Frondzie mówiący o nawróceniu gangsterów i o roli katolickich mediów w głoszeniu Ewangelii.  Oryginalny tekst został później zmieniony przez autora, za co mu na wstępie dziękuję (piszę ten akapit na końcu, po skończeniu całego wpisu), ale moja poniższa odpowiedź powstała wcześniej.  Pozostawiam więc cytat z wcześniejszego tekstu, uznając, że nie odzwierciedla on poglądów "na zimno" Ogórka, ale zostawiam tak, bo są one dość symptomatyczne dla pewnych  osób, z którymi tu nieraz polemizuję.

 

Nie chcę by mi ktoś zarzucał tu złośliwość, czy wykorzystywanie pewnej sytuacji. Sam pierwszy przyznam, że Ogórek pokazał klasę, szybko reagując na moją krytykę w komentarzach i przyznał, że się rozpędził w ferworze dyskusji. Ja to rozumiem, bo sam robię podobnie. Gdy człowiek broni czegoś, co jest bliskie jego serca, często bardziej się kieruje sercem, niż rozumem.  Zatem przepraszając Ogórka za tą moją drobną złośliwość z góry proszę o wybaczenie i o nieodbieranie tego jako personalny atak na Jego osobę, ale raczej jako przykład pewnego sposobu myślenia, który jest cechą dość sporej grupy ludzi. Także tych obecnych tu, na Frondzie.

 

Ogórek oryginalnie napisał:

Dla mnie pojawia sie pytanie o granice, gdzie „chrzescijanska tolerancja” Hioba i kolegow przestaje by cnota, a staje sie grzechem.

No to zacznijmy…

Hiob ma duzo tolerancji wzgledem teoretycznie malych przewinien n.p.

  • To jest ok, kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc. – my winnismy mychynka kochac, bo jestesmy katolikami.

Interesujące stwierdzenie, zwłaszcza w świetle tego, że ja za swój "manifest" uważam tekst zatytułowany "Dlaczego jestem nietolerancyjny".  Interesujące także dlatego, że pan Ogórek dopuszcza się tu zwykłej manipulacji.  Tak było przynajmniej w oryginalnym tekście. Został on poprawiony z "Hiob" na "Niektórzy", zatem teraz muszę odszczekać moje pomówienie o kłamstwo, które znalazło się w komentarzu pod oryginalnym wpisem, ale skoro przeszliśmy na mówienie o jakiś "onych", to pozwólcie, że i ja coś napiszę o tych "niektórych", którym się nie podoba moja miłość do każdego człowieka. Nawet tak odrażającego jak sam Michnik.

 

Ludzie ci uważają siebie za "jedynych sprawiedliwych", a wszystkich myślących inaczej najchętniej posłaliby do diabła. Zwracają uwagę na drugorzędne szczegóły, jak to, czy ksiądz nosi sutannę, czy zimową kurtkę,  czy brat przyjmuje Pana Jezusa do ust, czy na rękę, czy ktoś pisze w odpowiednich mediach, czy też jest kolaborantem współpracującym z Gazetą Wyborczą, czy Tygodnikiem Powszechnym. Następnie na podstawie tych powierzchownych informacji układają sobie całą ideologię i wiedzą lepiej od samego ocenianego co ten ostatni myśli, co czuje, jak rozumie pewne sprawy. Jest jeszcze jedna bardzo charakterystyczna cecha tych osób. Próba poniżenia wrogów poprzez przekręcanie ich nazwisk, czy używanie obraźliwych epitetów pod ich adresem.

 

Zobaczmy, co Ogórek napisał w tym pierwszym cytowanym przeze mnie fragmencie. Pisze on, że mam, (czy raczej po poprawce, że "niektórzy mają") dużo tolerancji względem "teoretycznie małych przewinień", po czym następuje zdumiewające stwierdzenie, że "jest ok. kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc."

 

Pomijam już niedbałość wpisu, brak polskich liter i przepraszam za to. Cytuję tak, jak jest na jego blogu. Może nie ma on możliwości ich użycia. Nie to jest istotne. Istotne jest to, że w tym stwierdzeniu nie ma ani jednego słowa prawdy. To znaczy być może jacyś "niektórzy" gdzieś istnieją, nie wiem. Trudno dyskutować z wyimaginowaną abstrakcją. Jednak skoro moje imię pojawia się w notce Ogórka i na początku i w dalszej jej części, wiem, że to i tak ja będę identyfikowany z onymi "onymi". Zatem pozwólcie, że wyjaśnię:

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw polskiej rodzinie. Uważam, i pisałem o tym wielokrotnie, że atak na rodzinę, obok ataków na kapłaństwo jest najgroźniejszym z działań kudłatego.  Kudłaty jest bardzo inteligentnym stworzeniem i uderza tam, gdzie mu zwycięstwo coś da, stąd ataki na Kościół i rodzinę. I te moje poglądy są znane każdemu, kto czyta mojego bloga. Powinien je znać także Ogórek.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw miłości do Ojczyzny, jeżeli to rzeczywiście robią. Nie wiem, nie czytam Michnika, ale zakładam że jest w tym jakaś prawda. Nie jest OK, gdy się porównuje patriotyzm do faszyzmu. Nigdy tak nie twierdziłem, nigdy tak nie pisalem i nigdy tak nie myślałem.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media propagują styl życia homoseksualistów. Nigdy tak nie twierdziłem, a na temat homoseksualizmu mam całkiem sporo tekstów na moim blogu i forum. Nie są moje poglądy tajemnicą. Wystarczy wpisać słowo "homoseksualizm" w wyszukiwarkę na forum, czy w tą, która jest na moim portalu na www.polon.us i każdy  szybko znajdzie potwierdzenie moich słów.

 

Natomiast prawdą jest, że powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy katolikami. Powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy chrześcijanami. Powinno nam zależeć na zbawieniu jego duszy tak, jak powinno nam zależeć na zbawieniu duszy naszych współmałżonków, naszych dzieci, naszego rodzeństwa i każdego człowieka. Tak, jak zależy na tym samemu Jezusowi.

 

Jest zabawne, że Ogórek wyciąga w swym tekście takie argumenty, jak np Szymborska. Pisze on, pod moim adresem, czy też adresem "pewnych ludzi", że

"To jest drobiazg (ba, wrecz to jest prawdziwy blad), gdy kto wystepuje przeciw wspanialej noblistce Szymborskiej piszacej bardzo ladne wiersza, poniewaz kiedys, ze w czasach stalinowskich stala po stronie zlego (n.p. ta medialna krytyka torturowanego biskupa Kaczmarskiego), podczas gdy inni siedzieli za tworczosc w wiezienia lub w szpitalach dla czubkow – – my winnismy ja kochac, bo jestesmy katolikami."

Nie, to nie jest drobiazg. I nigdy tak nie twierdziłem. Co więcej, mogę to łatwo udowodnić, bo o pani Szymborskiej napisałem także kilka słów. Pozwólcie zatem, że je tu zacytuję. Komentując zupełnie inny wpis, który nie ma tu żadnego znaczenia, wspomniałem też panią Szymborską i napisałem:

"… Przypomnę Ci może, że najpopularniejszym od lat polskim politykiem jest odchodzący prezydent i były minister w ostatnim komunistycznym rządzie, który nigdy nie przeprosił za współpracę z komuną. Że pani Szymborska pisała laurki wychwalające Lenina, Partię i podpisała list krakowskich literatów domagający się wykonania wyroków śmierci na księżach fałszywie oskarżonych o współpracę z wywiadem amerykańskim i także nigdy za to nie przepraszała…"

Tak więc ja wcale nie mam problemu z krytyką pani Szymborskiej, tym bardziej, że i jej poezja wcale mnie nie zachwyca. Nie zmienia to w niczym faktu, że powinniśmy ją po chrześcijańsku kochać.

 

Ogórek pisze dalej:

Te przyklady wydaja sie jasne. Nikt bowiem nie zauwaza NATYCHMIAST efektu, ktory dopiero po (wielu) latach wynika z tego, ze n.p. milosc do ojczyzny sie zmniejszyla, albo homozboki prowadza w miedzyczasie przedszkola, a ksieza polscy wzieli przyklad z niemieckich i walcza o zniesienie celibatu.

 

Na pierwszy rzut oka, wielu nie laczy pracy mychnykow i sbeckich walterow z efektem rosnacych zboczen i przemocy. Stad wiekszosc zaraz powie, naturalnie, ze musimy wybaczyc (bo nie uwazamy ich wykroczen za DUZE).

Nie rozumiem tego. Kto nie uważa tych wykroczeń za duże?  Na czym tu polega zarzut pod adresem mojej osoby? Nie rozumiem dlaczego Ogórek utożsamia cały czas miłość bliźniego z akceptacją jego poglądów, z przyzwoleniem na zło, z głoszeniem identycznych idei.  Nie rozumiem w jaki sposób obrażając ludzi, którzy takie idee rzeczywiście promują, w jaki sposób przekręcanie ich nazwisk i traktowanie ich z góry ma cokolwiek zmienić. W jaki sposób ICH przekona do Jezusa.

 

Następnie Ogórek  podaje mi jakieś przykłady mające pokazać, że to on ma rację, a ja się mylę:

No to w takim razie rzucmy okiem na kolejny poziom.

  • Gdy ktos cie uderzy, Hiobie, w twarz – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos ci zabierze twoja ciezarowke – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Patrzmy dalej

  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) (- nie chce tu podawac przykladu zgwalcenia)- patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Kiedy wrog znowu wtargnal do Polski i zabija na prawo i lewo – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Naprawde tak zareagujesz, jak napisalem, przy tych ostatnich trzech przykladach?

Oczywiście znowu Ogórek wie lepiej niż ja sam, co bym wtedy zrobił. Ale to i tak nie ma znaczenia, bo znowu mówimy o zupełnie różnych rzeczach. Nigdy i nigdzie nie twierdziłem, że nie należy bronić swej rodziny, czy swej Ojczyzny. Powtarzam jedynie, że nigdy nie wolno nikogo nienawidzić.

 

Obrona konieczna nie tylko nie musi, ale nie może się łączyć z nienawiścią. Gdy chodzi o nas samych, możemy biernie poddać się złu, nastawiając drugi policzek. Gdy jednak chodzi o obronę bliskich, czy Ojczyzny, wyboru już nie ma. Zaczyna się obowiązek. Nauka i Kościoła i Biblii (bo przecież to jest ta sama nauka) jest tu jednoznaczna. Tylko co to ma wspólnego z tym, co ja chcę przekazać? Czy obrona dziecka, albo Ojczyzny musi się wiązać z nienawiścią do najeźdźcy?

 

Za trzy dni świętujemy narodziny Pana Jezusa. Narodził się, by po 33 latach oddać za nas swoje życie na Krzyżu.  Zaraz następnego dnia w kościelnym kalendarzu liturgicznym mamy święto pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Pierwszy, który oddał życie za wiarę w Jezusa. Przypomnę ich słowa:

Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. (Łk 23, 33-34)

 

Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: Panie Jezu, przyjmij ducha mego! A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: Panie, nie poczytaj im tego grzechu. Po tych słowach skonał. (Dz 7, 59-60)

Jakoś nie przypominam sobie, by oprawcy Jezusa przepraszali go, przybijając do Krzyża. Jakoś nie ma zapisów w Biblii, by Żydzi kamienujący Szczepana prosili go o przebaczenie. Ale Biblia nas uczy, że tak Jezus, jak i Jego uczeń, Szczepan, kochali do końca tych, którzy w swej nienawiści posunęli się aż do okrutnego pozbawienia ich życia.

 

Ogórek pyta:

Gdzie jest granica, Hiobie? Przy efekcie NATYCHMIASTOWYM w porownaniu z efektem PELZAJACYM i POZNIEJSZYM? Czy to znaczy, ze granica jest nasza mozliwosc rozrozniania pomiedzy dobrem a zlem?

A przeciez w wielu wizjach Swietych pojawia sie informacja, ze NAJMNIEJSZY grzech kaleczy i rani Jezusa.

To ostatnie stwierdzenie powinien on raczej skierować do siebie. Jedyne co bym dodał, że tu nie mówimy wcale o małym grzechu. Nienawiść, jakiej się dopuszczamy, jest działaniem wspomagającym tylko kudłatego. Nienawidząc stajemy się jego sługusami i narzędziem w jego kosmatych łapach. Nie wyrządzamy Panu Bogu przysługi, gdy nienawidzimy, bo nienawiścią nie da się zwyciężyć zła. Zatem nienawiść może być ciężkim grzechem. Nawet, gdy jest to nienawiść do człowieka złego, do grzesznika.

Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. […] Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (Łk 6, 32, 35-36)

Gdzie jest granica, Ogórku? Granica jest bardzo wyraźnie zaznaczona. Jest nią człowiek. Nienawidzimy grzechy, kochamy człowieka. To nie jest slogan, banał, truizm, to jest prawda. Kochamy każdego człowieka. Przypomnę, że wyszliśmy od nieodpowiedniego, według niektórych osób, stroju kapłana, a w międzyczasie wspominaliśmy filmy w TVP o nawróconych gangsterach.  Filmy te doskonale ilustrują to, co chcę powiedzieć. Nikt tam nie gloryfikuje zbrodni, jakich ci ludzie się dopuszczali. Pokazują one jednak jaka jest siła miłości.

 

Ogórek pisze dalej:

Dlaczego Jezus przegonil batem kupcow w swiatyni? Przeciez w porownaniu z morderca, ktoremu na krzyzu obiecal niebo, ich przewinienia to peanuts?

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Dla mnie także jest to jasne.  Jezus jest Bogiem i widzi ludzkie dusze. Ja nie. A w świetle cytowanych przed momentem fragmentów, gdy Jezus krzyżowany i kamienowany Szczepan, pod natchnieniem Ducha Świętego, z miłości do oprawców prosili Ojca o wybaczenie, egzegeza Ogórka nie trzyma się kupy.

 

Jest oczywiste bowiem, że tylko temu, kto zrozumie i uzna swoje grzechy i kto poprosi Jezusa o wybaczenie, On może je wybaczyć. Bóg nie wybacza nikomu "na siłę", wbrew jego woli, ani na prośbę mamy, żony, czy sąsiada. To jednak jest problem dotyczący "bilateralnych stosunków" między zainteresowanym, a Jezusem. To jest sprawa między Bogiem, a Michnikiem, między Bogiem a Ogórkiem, czy Bogiem, a mną.  Natomiast nie jest naszą sprawą  oceniać stan duszy Michnika, Ogórka, czy kupców w Świątyni. My się za nich możemy modlić, możemy za nich ofiarować jakieś wyrzeczenia, ale nie możemy wiedzieć co im w sercu gra. Możemy jedynie kochać i mieć nadzieję.

 

Jedna z rzeczy, którą tak trudno niektórym zrozumieć jest fakt, że my nie wybaczamy innym dla nich samych, my to robimy dla siebie. Nie ma bowiem żadnego znaczenia dla stanu duszy Michnika, czy ja mu wybaczę, czy nie. Może moje modlitwy za niego sprawią, że Bóg, który powinien go ukarać, nagle machnie ręką i stanie się pobłażliwy, bo ktoś się za niego modlił. Mam nadzieję, że miłosierny Bóg da mu łaskę nawrócenia, ale z pewnością ja nie mogę sprawić swą miłością do niego, ani też nienawiścią ni tego, że on uzyska zbawienie, ni tego, że go Bóg potępi. Mogę jedynie potępić  samego siebie.

 

Święty Jan w Pierwszym Liście nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości.

Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. (J 2,9)

 

Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy. (1 J 2, 10-11)

 

Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego.  (1 J 3, 15)

Padł mi przed momentem laptop. Zagotował, wyłączył się, z trudem udało mi się uratować to, co tu tak mozolnie wypisuję. Po ponownym włączeniu zobaczyłem dwie rzeczy. Jedna, to życzliwe pożegnanie Ogórka, wraz z życzeniami. Zaraz odlatuje gdzieś, wraca po świętach. Być może nie będzie mógł odpowiedzieć na tę notkę przez tydzień, czy dwa.  Drugą rzeczą było to, że zmienił swój wpis. Nie jest on już skierowany przeciw mnie.  Na moim blogu napisał on:

Drogi Hiobie, niestety jestem zaraz w samolocie i do internetu wroce dopiero w nowym roku, zatem nie pogadamy zbyt intensywnie.

Tobie i wszytkim frondowiczomy skladam zyczenia Wspanialych Swiat Narodzin Pana, ktorego wszyscy uwielbiamy, kochamy i za ktorym wszyscy podazamy.

Wszystkie drogi prowadza do Niego.

Chwalmy Pana, bo jest on Dobry!

A pod notką, którą tu komentuję, wpisał pod moim adresem:

Jeszcze zdaze – zmieniam wpis, ktory sie w trakcie pisania kilka razy zmienil – wycofuje twoje imie z powyzszego akapitu, bo to istotnie nie jest prawda.

To dotyczyło tej mojej rzekomej "tolerancji", od której zaczęliśmy. Zatem i moje argumenty stają się bezpodstawne, przynajmniej w zakresie oceny wpisu Ogórka. Ja więc przez ostatnią godzinę z mozołem poprawiam te wpisy, by choć trochę sensu się w nich zachowało. I choć nie zawsze mi się to udało, to przecież pewne bardziej uniwersalne przesłanie w nich pozostało.

 

Czas chyba kończyć. To już ostatni cytat z notki Ogórka:

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Kiedy grzesznik uwaza swoje grzechy za cnoty (vide mychnyk i inne urbany) i sprowadza innych na sciezke zlego to winien zostac potraktowany batem jak to uczynil Pan w Swiatyni.

Albo alternatywnie jak zaleca sw. Pawel, aby „wyrzucic ich ze spolecznosci”.

W tym drugim wypadku, przygladanie sie bezczynnie tej bezboznej aktywnosci, czyni z nas WSPOLWINNEGO. Potem kiedys moze sie zdarzyc, ze uslyszymy „Ktos mnie bil po twarzy, a ty stales obok i mnie nie broniles”.

Natomiast "nawybaczales sie dowoli".

W zasadzie racja, gdy się zastanawiamy nad tym, komu wybaczy Bóg. Każdy musi uznać, że jest chory, by Lekarz mu mógł pomóc. Każdy musi prosić o przebaczenie, uznać się za grzesznika, by uzyskać odpuszczenie grzechów. Gdy ktoś uważa, że jest doskonały, że nie obraził niczym Boga, jak  Bóg ma mu wybaczyć? Sam siebie potępił, a Bóg tylko uszanuje ten wybór. My jednak tu mówimy o czymś zupełnie innym. O naszym wybaczeniu pod adresem braci, a to musi być bezwarunkowe. Dlaczego? Bo wynika z miłości:

A miłość cierpliwa jest, jest wielce łaskawa.

Miłość nie zna zazdrości – nic jej poklask, sława.

I obcą jest jej pycha, bezwstydu nie znosi,

Nie chce swego i gniewem złym się nie unosi.

Wszystko złe zapomina, ni się nie weseli

Wraz z niesprawiedliwością – z prawdą radość dzieli.

Ona trwa niewzruszenie. Złe zrządzenia losu,

Każdą boleść przyjmuje bez słów skargi głosu.

Nadzieję ma we wszystkim i wszem wiarę daje.

Wiecznie jest – trwa niezłomna – Miłość nie ustaje.

Ja dostałem takie przykazanie, że mam kochać bliźniego jak siebie samego. Nie oceniać jego duszy.  Krytykować czyny? Jak najbardziej! Nie tylko wolno, ale trzeba. Jest to nasz obowiązek. Ale robić to z miłością i do końca walczyć o jego duszę.

 

Napomnienie ma sens, gdy prowadzi do nawrócenia. To musi być naszym nadrzędnym celem. Nie osiągniemy jednak tego celu obrażając i odpychając braci. Nie walczymy o argumenty, nie walczymy o zwycięstwo w debacie, ale o człowieka. W przeciwnym przypadku wpychamy ich  tylko w łapy złego. I jest oczywiste, że ja nigdy nie będę miał szansy na rozmowę z Michnikiem w cztery oczy. Nie będę miał możliwości opowiedzieć Mu o miłości Jezusa, ale wiem, że "nadając na niego", starając się go poniżyć na pewno mu w żaden sposób nie pomogę.

Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12, 17-21)

Dla mnie jedną z najbardziej odrażających postaci biblijnych jest starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym. Być może dlatego, że to ja nim byłem tyle lat i wiele mi jeszcze z niego zostało. Ale staram się go zwalczyć w sobie, bo to naprawdę nieprzyjemny charakter. Myślę, że każdy z nas powinien się krytycznie przypatrzyć, czy i w nim go przypadkiem nie ma.

 

I to tyle rozważań, których w ogóle miało nie być. Myślę, że to już naprawdę ostatni wpis przed Świętami. Zatem wszystkim Wam składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Niech nowo narodzona Dziecina błogosławi Was, albo raczej nas wszystkich i udzieli nam wszelkich łask. Byśmy się stali dobrym narzędziem w Jego rękach i pomagali wszystkim ludziom spotkanym na naszej drodze w ich pielgrzymce do Królestwa Niebieskiego. Im i sobie nawzajem. Z miłością, nie czując do nikogo nienawiści. To bowiem naprawdę służy tylko złemu.

 

Wesołych Świąt!

 

Komentarzy: 61


O byłych gangsterach, mocy Bożej, Zacheuszu i Radiu Maryja.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 07:23

Maciej Łaba zamieścił na swoim blogu notkę o dokumentalnym serialu TVP "Byłem Gangsterem".  Ponieważ jest on także dostępny na youtube, mogłem sobie zobaczyć pierwsze pięć odcinków. W międzyczasie prowadziłem jakąś dyskusję pod inną notką na blogowisku, która zeszła na temat roli Radia Maryja. Oglądając te filmy i dyskutując o katolickim radiu w Polsce naszły mnie pewne refleksje, nasunęły się pewne pytania, którymi chciałem się podzielić.

 

Co jest tak naprawdę ważne? Co jest ważne z punktu widzenia Pana Boga? Dlaczego w tych reportażach nie ma ani jednego przypadku nawróconego katolika? Dlaczego one opowiadają tylko o ewangelikach, protestantach?

 

Oczywiście jestem przekonany, że wśród nawróconych bandytów są także katolicy. Jestem pewien, że wśród chrześcijan ewangelizujących w więzieniach są też katoliccy księża i osoby świeckie także.  Ale reportaż ich nam nie pokazuje. Dlaczego?

 

Być może cały cykl jest w jakiś sposób sponsorowany przez wspólnoty protestanckie, dlatego pokazują tylko protestantów. Może scenarzysta jest ewangelikiem. Nie wiem. Nie istotne. Istotne jest co innego. Mianowicie: Gdzie my jesteśmy?

 

Czy rozwiązanie zagadki katastrofy smoleńskiej, czy wybory samorządowe, czy zwycięstwo PiSu w najbliższych wyborach jest ważniejsze od nawrócenia jednego człowieka? Kto tu robi "bożą robotę"? O co chodzi w chrześcijaństwie? Jaka jest jego istota? Czy zwycięstwo w wyborach? Czy kontrolowanie rządzącej partii?

 

Od kilku dni jestem w domu, trochę piszę na swoim blogu, trochę komentuję inne notki, czytając komentarze pod nimi i czasem wręcz włos zdumienie ogarnia czlowieka. Skąd tyle jadu, tyle nienawiści, tyle prób dokuczenia innym ludziom, sprawienia im bólu, poniżenia ich, oplucia jak tu, na katolickim portalu? Jakie świadectwo dajemy naszym życiem? Ile tak naprawdę robimy, by dotrzec z Ewangelią do tych, którzy się zagubili?

 

Jedni idą do recydywistów, do bandytów i gangsterów odsiadujących wieloletnie wyroki i z miłości do nich i miłości do Jezusa głoszą im Dobrą Nowinę, inni spędzają godziny na krytyce księdza, który miał czelność w swym awatarze zamieścić zdjęcie w kurtce narciarskiej. Jedni docierają do państwowej telewizji i sprawiają, że ta kręci wspaniały reportaż o tym, co ewangelicy robią dla Królestwa, inni obrzucają braci chrześcijan błotem za to, że nie posłali do diabła Michnika, czy arcybiskupa, który w jego gazecie miał czelność pisać.

 

Może to ja jestem nienormalny, nie wiem, ale wydaje mi się, że niektórzy naprawdę nie mają zielonego pojęcia czym chrześcijaństwo jest, jaka powinna być nasza rola w życiu społeczeństwa, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Niektórym się wydaje, że najważniejszą rzeczą w życiu  chrześcijanina jest kontrolowanie polityków, pilnowanie jakiś komisji sejmowych, rozliczanie ministrów z ich niespełnionych obietnic, czy ja wiem co jeszcze?

 

Ale Jezus niczego nie mówił o polityce. Nie krytykował sytuacji w Jego ziemskiej ojczyźnie. Podkreślał, że prawdziwą Ojczyzną jest Królestwo Niebieskie. A Królestwo Niebieskie "podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją."

 

Sprzedał wszystko co miał i kupił ją.  A my? Czy my nie robimy wszystkiego dokładnie na odwrót? Pokładając nadzieję w politykach i w najbliższych wyborach? Dlaczego tyle się zajmujemy Unią Europejską, Platformą, taką, czy inną decyzją polityków? Powiecie, że to ważne? Pewnie tak… ale czy ważniejsze od jednego, nawróconego człowieka? Ile dla porównania zrobiliśmy, by doprowadzić kogoś do Jezusa? By mu pokazać, że to On, Jezus, nie PiS, nie JKM, nie UE i nie jakakolwiek inna partia, osoba, czy organizacja może zmienić jego życie.

 

Jezus odnajduje grzeszników. Kolaborantów z reżimem. Jak celnik Zacheusz. Tajny Współpracownik. Albo raczej całkiem jawny. Nie odmawia pomocy żołnierzom okupanta. Setnikowi uzdrawia sługę. Patrzy z miłością na znienawidzonych przez Żydów Samarytan. I osiąga skutek. To, czego pouczaniem, traktowaniem z góry, poniżaniem i izolowaniem się nie mogli osiągnąć faryzeusze, Jezus osiągną miłością. "A do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."

 

I piszę to w czasie teraźniejszym. On działa także dziś. Każdego dnia odmienia życie ludzi. Nie muszą to być gangsterzy, zbawienie tak samo jest nieosiągalne dla bandyty, jak i dla człowieka obojętnego. To ludzi letnich Jezus wypluje ze swych ust. Bądźmy więc zimni, albo gorący. I to naprawdę nie chodzi o gorące zaangażowanie się w politykę.

 

Wczorajszy wpis z czata na moim forum:

Hiobie, na wszelki wypadek jakbyśmy się nie słyszeli do świąt, bo różnie to bywa w tym czasie, tak więc życzę ci Wesołych, pogodnych, rodzinnych, ciepłych i wypoczętych świąt Bożego Narodzenia, jako iż z Częstochowy jestem, i udam się na pewno chociażby na zwiedzenie szopki, to możesz liczyć na mnie że tam przy obrazie przenajświętszym pomodlę się za ciebie, zresztą to samo mi mówi mój tata, który wszedł sobie po książkę. Tak więc przyjacielu nas zza oceanu, myślimy i pamiętamy. Wesołych Świąt.  Pamiętamy o tobie i powiem ci szczerze że odmieniłeś moje życie, nie jest tak ciężko jak sobie człowiek przypomni sobie o tobie.

Nic nie wiem o tym bracie, który to napisał, poza tym, że jest kierowcą i jeździ na Wschód. Powrócił właśnie z Jekaterynburga i zajrzał do mnie. Dowiedziałem się, że jakoś mu pomogłem w jego życiu, ale najzabawniejsze jest to, że ani nie wiem jak, ani kiedy. A nie wiem z pewnością dlatego, że to nie my odmieniamy życie, ale Bóg. My możemy tylko dawać świadectwo swoim życiem. Jednak uważajmy jakie dajemy świadectwo.

 

Historie pięciu bandytów, którzy ze łzami w oczach opowiadają teraz o Jezusie są niesamowitym świadectwem. Ale niektóre komentarze na blogowisku Frondy także są niesamowitym świadectwem. Jedne i drugie potrafią zmienić świat i zmienić innego człowieka. Bo właśnie tak się zmienia świat. Jeden człowiek po drugim. Uważajmy zatem na to JAK tych ludzi zmieniamy.

 

Za dwa dni zasiądziemy do wigilijnych stołów. Połamiemy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia. Będziemy się cieszyć z narodzin Dzieciątka. Nie zapominajmy jednak po co to Dzieciątko przyszło na Świat. Czego nas Jezus nauczał. Weźmy Biblię do ręki, przeczytajmy. Bo choć nam się wydaje, że my to wszystko wiemy, to zapewniam każdego z Was, że ta lektura Was zaskoczy. Odkryjecie tam słowa,  których nigdy nie słyszeliście, albo których nie pamiętacie.

 

Wszystkie te historie opowiedziane w programach telewizyjnych mają jedną wspólną cechę. Życie tych ludzi, tych bandytów się zmieniło, bo spotkali na swej drodze człowieka, który spojrzał na nich z miłością, który się za nich modlił, który im podsunął Słowo Boże. Ci ludzie byli już "tam". Należeli do kudłatego. Beznadziejne przypadki. Potępieni przez siebie samych i przez innych ludzi. Jedynie Bóg nie stracił nadziei i jedynie jacyś bracia okazali im miłość.

 

I wiem, dla niektórych są to tylko heretycy, odszczepieńcy, "kociorze", nawiedzeni fundamentaliści…. Tylko, że okazali się oni lepszymi chrześcijanami od wielu z nas. Bo nie wystarczy się zapisać do właściwej organizacji. Nie wystarczy mówić "Panie, Panie!" Nie na tym polega chrześcijaństwo. Trzeba tak żyć, tak postępować, by przez nasze świadectwo inni ludzie zbliżali się do Boga. Inaczej okaże się, że mimo tego, że Jezus nie schodził nam z ust, cale życie służyliśmy złemu.

Komentarzy: 27


Zły Bóg? Czy Biblia nas tak uczy?

Kategoria: Religia Friday, 12 February 2010, 07:32

Pod notką Marka2200 "Zły Bóg? Propozycja eksperymentu myślowego" wywiązała się niezwykle interesująca dyskusja. W jej trakcie ktoś o nicku Khoer napisał pod moim adresem:

Hiobie,

Wydaje mi się, że albo nie czytałeś Biblii w całości, albo jesteś wyznawcą jakiego wyjątkowo perwersyjnego systemu wartości. Uważasz, że „nie ma innego wyjścia” i trzeba kamienować nieposłuszne dzieci (Pwt 21: 18-21), jak Bóg nakazuje? Że „daje to ludzkości szansę” i że jest to „jedyna droga wyplenienia zła”? Mąż nie ma wyjścia i musi odciąć rękę żonie, jeśli ta chwyci go za genitalia podczas bójki z innym mężczyzną (Pwt 25: 11-12)? Jeśli plemię się skarży, że się Bóg zabija zbyt wielu spośród nich, to Twoim zdaniem najwłaściwsze jest ukaranie ich za to wybiciem kolejnych 14 700 spośród nich (Lb 17: 6-14)? Moralne jest wybicie całego plemienia, łącznie z kobietami, dziećmi, wołami, owcami, wielbłądami i osłami za to, co ich przodkowie zrobili jakieś 400 lat wcześniej (1 Sm 15: 1-9)? Albo posłanie niedźwiedzi, żeby rozszarpały na strzępy 42 dzieci za to, że nazwały proroka „łyskiem” (2 Krl 2: 23-24)?

I można by tak to ciągnąć przez kilkaset komentarzy…

Nie wiem, czy można by tak, czy nie, ale wiem, że te zarzuty są warte tego, by się nad nimi zastanowić. Choćby dlatego, że nie jeden Khoer tak uważa. I choć z jednej strony kusi, by parafrazując Marka Twaina powiedzieć: Mnie nie niepokoją te wersety w Biblii, których nie rozumiem. Mam wystarczająco dużo problemów z tymi, które rozumiem doskonale. Jednak czym innym jest wewnętrzny niepokój, czym innym obowiązek wyjaśnienia trudności tym, którzy się tego domagają.

 

Przyjrzyjmy się zatem tym wersetom, które Khoer nam przypomina i które rzekomo udowadniają, że Bóg jest okrutny i zły.

1. Uważasz, że „nie ma innego wyjścia” i trzeba kamienować nieposłuszne dzieci (Pwt 21: 18-21), jak Bóg nakazuje?

Zobaczmy zatem czego dotyczy ten nakaz. Przyjrzyjmy się szerszemu kontekstowi:

Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się. (Pwt 21, 18-21)

Po pierwsze musimy pamiętać, że prawo zawarte w tej Księdze zostało dane Izraelitom na pustyni, po wielu latach wędrówki. Wędrówka ta była konieczna, by oczyścić Naród Wybrany z pewnych przekonań i wierzeń, jakimi przesiąkli w czasie swego pobytu w Egipcie. Chodziło o to, by poznali i uznali jedynego, prawdziwego Boga. I po latach tego wychowywania następuje incydent ze złotym cielcem, pokazujący, że to jest naród krnąbrny i uparty, wcale nie gotowy do tego, by uznać prawdziwego Boga. Naród, który raczej woli oddawać cześć bożkom, niż wielbić swego Wybawcę.

 

W takiej sytuacji otrzymuje on prawo, które jest dość drastyczne, choć ciągle nie okrutne. Cytowany przepis wyraźnie mówi: "Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny…" Więc chodzi tu o prawdziwą rebelię. Nie o to, że ktoś nie posprzątał namiotu, tu kontekst jest znacznie poważniejszy.

 

Bóg dla dobra swego ukochanego narodu musi czasem być twardy. To nie znaczy, że jest zły i okrutny, tak samo, jak ojciec nie jest okrutny, gdy klapsem karci małe dziecko, które wsadza śrubokręt do kontaktu. Gdy maluch ma roczek, nie ma mu co tłumaczyć co to jest prąd. I tak nie zrozumie. Ale klaps, choć bolesny, może mu uratować życie. Przepis taki jaki ten miał służyć właśnie jako taki klaps. I jestem przekonany, że tu raczej cel był wychowawczy, nie "penitencjarny". Od razu bowiem lepiej się słucha mamy i taty, gdy obowiązuje takie prawo.

2. Mąż nie ma wyjścia i musi odciąć rękę żonie, jeśli ta chwyci go za genitalia podczas bójki z innym mężczyzną (Pwt 25: 11-12)?

Nakaz ten nie dotyczy przypadkowego dotknięcia genitalii. Nakaz ten dotyczy sytuacji, gdy żona, broniąc męża bijącego się z innym mężczyzną, okaleczy obcego. W Biblii posiadanie dzieci zawsze jest błogosławieństwem. Pierwszy nakaz, jaki ludzkość otrzymała od Boga, to :"iść i się rozmnażać".  Okaleczenie tego typu jest więc w oczach Boga rzeczą niezwykle złą, zatem i prawo jest tu twarde.

 

Samo prawo brzmi tak:

Jeśli się bić będą mężczyźni, mężczyzna i jego brat, i zbliży się żona jednego z nich i – chcąc wyrwać męża z rąk bijącego – wyciągnie rękę i chwyci go za części wstydliwe, odetniesz jej rękę, nie będzie twe oko miało litości. (Pwt 25, 11-12)

Zatem z pewnością nie chodzi tu o przypadkowy kontakt ręki z genitaliami. Prawo to mówi o sytuacji, gdy kobieta chwyta obcego mężczyznę w celu wyrwania męża z jego rąk. Nie jest to więc nic delikatnego, ale brutalny atak na najczulsze miejsce, który może skończyć się tragicznie. Na przykład trwałym kalectwem.

3. Jeśli plemię się skarży, że się Bóg zabija zbyt wielu spośród nich, to Twoim zdaniem najwłaściwsze jest ukaranie ich za to wybiciem kolejnych 14 700 spośród nich  (Lb 17: 6-14)?

Moje zdanie nie ma tu większego znaczenia. Raczej ważne jest, by dobrze zinterpretować to, czego nas uczy Biblia. A przesłanie to jest raczej proste.

 

Przede wszystkim musimy wiedzieć, że to chodziło o bunt. Bunt Koracha, Datana i Abirama wraz z dwustu piećdziesięcioma innymi, przeciw Mojżeszowi i Aaronowi. Bóg ukarał najpierw buntowników, nikogo więcej. Dopiero, gdy społeczność zaczęła rewoltę, gdy zaczęto oskarżać Mojżesza, okazało się konieczne ugaszenie tej ruchawki.

 

Nie wiem, czy liczba 14 700 jest prawdziwa, czy to tylko symbol. 14 700 to siedem razy siedem razy trzy razy sto.  Siedem oznacza nie tylko pełnię, ale także zawieranie przymierza. Trzy to liczba Trójcy. Całkiem możliwe zatem, że tu mamy do czynienia z symbolem, nie z faktyczną liczbą zabitych. Ale nawet, gdy jest to faktyczna liczba ofiar, to i tak działanie Boga jest nie tylko usprawiedliwione (bo jakże miałbym Go oceniać), ale wynikające z miłości.

 

Narody dla Boga są jak dzieci.  Kocha je i o nie dba, troszcząc się o ich potrzeby i wychowując. Gdy są chore, leczy. Czasem poprzez bolesną operację. Gdy nas toczy rak, nie ma bowiem innego wyjścia. Trzeba go usunąć.  Mógłby ktoś powiedzieć, że przecież wśród tych 14 700 którzy zginęli z pewnością były także niewinne osoby. Być może. Nie neguję tego. Tylko, że śmierć indywidualnej osoby, z boskiego punktu widzenia, nie jest taką tragedią, jak my to spostrzegamy.

 

Tragedia gwałtownej, przedwczesnej śmierci polega na tym, że przerywamy życie kogoś, kto miał jakąś misję, jakiś cel do spełnienia. W pewien sposób interweniujemy w boży plan, uniemożliwiając go. Ale gdy to Bóg działa, trudno mówić o przerwaniu bożego planu. To jest boży plan. I nikt niewinny nie poniesie straty. Jak jest niewinny, czeka go nagroda.  W końcu wszyscy wierzymy, że śmierć niczego nie kończy. To jest narodzenie się do życia. Życia z Bogiem, lub egzystencji w piekle, ale to tak naprawdę właśnie w momencie śmierci wszystko się zaczyna.

 

I żeby nie było niejasności, ja nie twierdzę wcale, że nasze doczesne życie nie jest ważne. Jest co najmniej tak ważne, jak ważne było nasze życie w łonie naszych matek.  I tak, jak nie tylko nierozsądne, ale wręcz okrutne byłoby skracanie tego okresu, tak okrutne jest skracanie naszej egzystencji na Ziemi. Okrutne, gdy sami to robimy. Trudno jednak nazwać działanie Boga okrutnym. On jest dawcą życia i panem życia, a gdy odbiera to, co jest Jego, daje niewinnym coś bez porównania lepszego.

4. Moralne jest wybicie całego plemienia, łącznie z kobietami, dziećmi, wołami, owcami, wielbłądami i osłami za to, co ich przodkowie zrobili jakieś 400 lat wcześniej (1 Sm 15: 1-9)?

Przede wszystkim nie czterysta, ale dwieście. Wyjście z Egiptu miało miejsce mniej-więcej w latach 1250-1230, król Saul rządził w latach 1040-1010. Po drugie tu mamy coś więcej, niż zemstę, czy też sąd za to, co miało miejsce przed wiekami. Biblia nas uczy, że Saul:

"Zwalczył Amalekitów, wyzwalając Izraela z mocy tych, którzy go nękali." (1 Sm 14, 48b)

Najwyraźniej nie zwalczył do końca, skoro Bóg nakazał ich wyniszczyć. Jednak tu chodziło nie tylko o historyczną sprawiedliwość, ale i o przetrwanie na teraz.

 

Analizując takie wersety jest nam (przynajmniej mnie) bardzo trudno w pełni ocenić sytuację. Historia w Biblii jest opisywana inaczej, niż zrobiłby to dzisiejszy historyk. Ważne jest to, co mówi Bóg. Jego wola. Dla Izraelitan nie było istotne to, co dziś nam się wydaje najważniejsze. Dlatego, nie mając tych faktów, nie możemy ocenić do końca tamtej sytuacji. Konsekwentnie wydaje nam się czasem niesprawiedliwa. Możemy zatem jedynie zaufać i zawierzyć, że to było najlepsze wyjście. Albo możemy nie ufać i nie wierzyć, twierdząc, że Bóg jest niesprawiedliwy i okrutny.

 

Ja z pewnością nie udowodnię tu niczego. Nie mam takich ambicji. Chcę jedynie wykazać, że z punktu widzenia Boga, dla wypełnienia się Jego planu, czasem były konieczne drastyczne kroki. Największym dobrem w historii ludzkości było Wcielenie. Bóg musiał się narodzić w czasie, w ludzkiej postaci, z Niewiasty, by stając się jednym z nas, a nie przestając być Bogiem, móc nas odkupić, ofiarując Ojcu samego siebie. A do tego było konieczne, by Naród Wybrany przetrwał. Gdy jednak, jak to już zauważyłem wcześniej, zginęła jakaś nie winna osoba w czasie walk o przetrwanie tego narodu, czekało na nią szczęście i życie wieczne. I dar ten był możliwy tylko dlatego, że go nam wszystkim dał nasz Pan.

 

Zatem jaką mamy tu alternatywę? Czy lepszą rzeczą byłoby, by jakiś naród pokonał i zniszczył Izrael? By Jezus nigdy się nie narodził? Czy to byłoby dowodem na bożą miłość? Żylibyśmy tu, na ziemi, te nasze pięćdziesiąt, czy sto lat, a potem wszyscy kończylibyśmy w piekle? Bo nie oszukujmy się, wszyscy na piekło zasługujemy. Czy może raczej lepiej było, że Jezus pokonał śmierć i dał nam życie wieczne? Także tym Amalekitom, którzy byli prawymi ludźmi.

5. Albo posłanie niedźwiedzi, żeby rozszarpały na strzępy 42 dzieci za to, że nazwały proroka „łyskiem” (2 Krl 2: 23-24)?

Tu mamy inną sytuację, ale te same pryncypia.  Chodzi o uznanie autorytety proroka, którego działalność jest niezbędna, by plany boże mogły się wypełnić. Grzechem dzieci nie było to, że przezywały Elizeusza, ale to, że negowały plan boży.

 

Być może żadne z tych dzieci nie utraciło wiecznego życia. Być może wszystkie są zbawione. Nie wiem. Biblia nam nic o tym nie mówi. Ale całkiem możliwe jest, że takie działanie ze strony Boga było konieczne, by Elizeusz został uznany za proroka. To z globalnego punktu widzenia. Natomiast jeśli chodzi o "małą sprawiedliwość", o losy tych dzieci, to z pewnością już Bóg się o nie zatroszczył i ocenił je miłosiernie i sprawiedliwie.

 

To tyle moich uwag. Wiem, że jedynie dotknąłem tu problemu trudnych wersetów. Wiem, że moje tłumaczenie nie przekona wszystkich. Chciałem jedynie wykazać inny punkt widzenia, inne spojrzenie na pewne rzeczy. Inaczej bowiem pewne sprawy się mają, gdy chodzi o szerszy plan zbawienia, który dla Boga musiał być nadrzędny. Nie dlatego, że On jedne narody kocha, a inne nienawidzi, ale dla tego, że to jest jedyna nadzieja dla wszystkich narodów. Szczególnie tych, które są niemoralne, które wyznają fałszywe religie. Bowiem o ile można by mieć nadzieję, że narody prawe z samych swych uczynków pokażą wiarę w prawdziwego Boga, to dla tych, którzy prawych uczynków nie robili, jedyną nadzieją pozostaje Boże Miłosierdzie. A to przyszło do nas właśnie przez Jezusa. Przez Jego Krzyż: Śmierć i Zmartwychwstanie.

Komentarzy: 60


Wielka Nierządnica w Babilonie - Złoty Puchar, Krew i Rządy

Kategoria: Religia Tuesday, 16 November 2010, 18:23

Inne symbole, jakie nam opisuje święty Jan w swej wizji, a używane przez wrogo nastawionych do Kościoła fundamentalistów chrześcijańskich i członków sekt do wykazania, jakoby rzekomo to Kościół Katolicki był Wielką Nierządnicą, Bestią i Babilonem, to wielkie bogactwo, złoty puchar, rozlana krew świętych i rządy ponad królestwami.  Oczywiście odparcie tych zarzutów jest niezwykle proste. Jest to bowiem taki sam mechanizm, jak w przypadku purpury, siedmiu wzgórz i Babilonu. Każdy symbol możemy przypisać komu chcemy, ale tu raczej chodzi o to, co nam chciał przekazać natchniony autor Objawienia, a nie o narzucanie naszych widzimisię, niemal dwa tysiące lat po wizji, której doświadczył święty Jan.

Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat, cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły, miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu. (Ap 17,4)

Bogactwo Kościoła.

Niewiasta zdobna w złoto, perły, ma złoty puchar, więc jest obrzydliwie wręcz bogata. A kto jest tak dziś bogaty? Kościół Katolicki, prawda?

 

Nieprawda. Według dzisiejszych standardów Kościół Katolicki jest raczej ubogą instytucją i to niezależnie jak na to będziemy spoglądać. Jest oczywiste, że gdyby zsumować wszystkie dobra Kościoła na całym świecie, to wyszłaby jakaś piękna, okrągła sumka. Ale takie podejście nie ma żadnego sensu, bo nie ma czegoś takiego jak jedna finansowa instytucja kościelna obejmująca cały świat.

 

Budżet Watykanu jest mniej-więcej wielkości budżetu sporej amerykańskiej diecezji, np. chicagowskiej. Papież nie zarządza finansami Chicago. Jest on biskupem Rzymu, a Chicago ma swojego biskupa. Jasne, że w sprawach doktrynalnych Biskup Rzymu ma decydujący głos, ale nie w sprawach finansowych. Te są, i zawsze były, lokalną sprawą lokalnych społeczności.

 

Na świecie jest miliard katolików. Pewnie z milion parafii. Każda ma jakiś majątek: Budynki, ziemię, oszczędności (i długi też). Jednak gdy tak będziemy rozumieli "majątek Kościoła", to równie dobrze możemy powiedzieć, że niezwykle dobra zgromadzili właściciele sklepów, czy stacji benzynowych, czy hoteli, czy kin, czy czegokolwiek. Gdy bowiem dodamy wartość wszystkich hoteli na świecie, gdy podliczymy ich zysk, to okaże się, że finansowo Kościół staje się niezwykle ubogą instytucją.

 

Szczególnie  w samych Stanach Zjednoczonych, gdzie nie tylko katolicy są mniejszością wyznaniową, ale do tego mają węża w kieszeni i bardzo ciężko im okazywać hojność pod adresem swego Kościoła, zarzut ten jest absurdalny. Ewangelików i protestantów jest trzy razy więcej i każdy z nich rzuca na tacę co najmniej dwa razy więcej pieniędzy. Zatem jeżeli miałby być to argument posiadający jakąkolwiek wagę, byłby to argument przeciw tym, którzy go powtarzają.

Złoty puchar

To, rzecz jasna, kielich używany w czasie liturgii Mszy Świętej. Jednak tekst Objawienia nie daje nam żadnych podstaw, by tak sądzić. Słowo ποτήριον, potērion oznacza po prostu zwykły kubek, nie specjalne naczynie liturgiczne. Możemy je znaleźć np. w tych wersetach:

Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I /gdy wrócą/ z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych /zwyczajów/, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. (Mk 7, 3-4)

 

Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. (Mt 10, 42)

Przykładów jest więcej, słowo to występuje coś ze 30 razy w NT i zawsze oznacza zwykły kubek. Zatem ten złoty i bogaty, w kontekście purpury szat niewiasty na bestii oznacza bogactwo świeckiej potęgi bestii i nie ma żadnego odniesienia do naczyń liturgicznych Kościoła.

Rozlana krew świętych

Szósty werset 17. rozdziału Apokalipsy mówi:

I ujrzałem Niewiastę pijaną krwią świętych i krwią świadków Jezusa, a widząc ją zdumiałem się wielce.

Argument jest taki, że to Kościół nam dał Inkwizycję, spalił na stosie miliony prawdziwych chrześcijan i z katolicyzmu wyrosły tak krwawe ideologie jak nazizm. Argument absurdalny, jak wszystkie poprzednie. Dokładne odwrócenie kota ogonem. Święty Jan bowiem mówi tu przede wszystkim o prześladowaniach pierwszych chrześcijan przez pogański Rzym.

 

Nazizm jeżeli miał jakikolwiek związek z chrześcijaństwem, to co najwyżej mógłby być jego zaprzeczeniem. Zdecydowana większość krwawych ofiar w historii ludzkości to ofiary ideologii materialistycznych. Wandejczycy mogliby więcej niż ja napisać o krwi na rękach oświeconych humanistów francuskich, którzy w imię tegoż humanizmu okazali się bardziej bezwzględni niż ktokolwiek w historii od czasów Nerona i Kaliguli, a Stalin, choć sam był potworem, był tylko ich nieudolnym uczniem.

 

O Inkwizycji pisałem już i nie będę tego powtarzał, wspomnę jedynie, że Król Henryk Ósmy, wielki bohater fundamentalistów i ewangelików,  sam pozbawił życia więcej chrześcijan, niż cała Inkwizycja przez wieki swego działania. Jego córka, Maria Tudor, czyli Królowa Maria I, przeszła do historii jako "Krwawa Mary", ale przydomek taki znacznie bardziej się jemu, Henrykowi Ósmemu, należy:

Wszyscy znają przydomek "Krwawa Mary", jaki otrzymała córka Henryka Ósmego, królowa Maria Tudor. Otrzymała go, bo za jej władzy, zgładzono trzystu protestantów, w pewnym sensie za wiarę. Jednak nie jest już tak powszechnie wiadomo, że za rządów jej tatusia zamordowano 150 tysięcy katolików, gdy nie chcieli się podporządkować jego rebelii. (Cytat z TEJ NOTKI)

Zatem znowu mamy przykład, że to nieznajomość historii i narzucanie swoich poglądów interpretacji natchnionego tekstu powoduje, że ktoś wyciąga zupełnie absurdalne i fałszywe wnioski.

Rządy ponad królestwami

A Niewiasta, którą widziałeś, jest to Wielkie Miasto, mające władzę królewską nad królami ziemi. (Ap 17, 18)

Kościół Katolicki rządzi światem, prawda? Teorie spiskowe wiecznie żywe i wszystkie mają jedną cechę wspólną: Nie mają żadnego sensu.

 

Co to jest "wielkie miasto" mówiłem w poprzednich wpisach. W czasach, gdy Jan miał swą wizję, Kościół był w podziemiu, ukrywał się przed prześladowaniami. Władza nad królami ziemi? Absurd. W dzisiejszych czasach także władzy tej nie ma, a gdy jakiś biskup skrytykuje posła, zaraz się rozlega taki krzyk oburzenia, że słychać go nawet za oceanem. I nawet, gdy przyznamy, że był czas w historii, gdy Kościół, albo precyzyjniej ludzie związani z Kościołem posiadali jakąś władzę, to nigdy nie była to władza absolutna i zawsze było to wbrew temu, co kościół nauczał.

 

Święty Jan nam mówi dokładnie co ma na myśli:

Tu trzeba zrozumienia, o mający mądrość! Siedem głów to jest siedem gór tam, gdzie siedzi na nich Niewiasta. I siedmiu jest królów: pięciu upadło, jeden istnieje, inny jeszcze nie przyszedł, a kiedy przyjdzie, ma na krótko pozostać. A Bestia, która była i nie ma jej, i ona jest ósmym, a jest spośród siedmiu i zdąża na zagładę. A dziesięć rogów, które widziałeś, to dziesięciu jest królów, którzy władzy królewskiej jeszcze nie objęli, lecz wezmą władzę jakby królowie na jedną godzinę wraz z Bestią. Ci mają jeden zamysł, a potęgę i władzę swą dają oni Bestii. Ci będą walczyć z Barankiem, a Baranek ich zwycięży, bo Panem jest panów i Królem królów – a także ci, co z Nim są: powołani, wybrani i wierni. (Ap 17, 9-14)

Każdy komentarz do Apokalipsy podaje nam o jakich to królów chodzi. Oczywiście są pewne różnice w interpretacji, ale fakt, że Jan wspomina o pięciu byłych królach, jednym mu współczesnym i jednym, który ma nadejść dość poważnie nam zawęża możliwą interpretację. Navarre Bible podaje nam, że chodzi tu o Kaligulę (37-41), Klaudiusza (41-54), Nerona (54-68), Wespazjana (69-78), Tytusa (79-81), Domicjana, który był cesarzem w czasie Objawienia św. Jana i Nerwę (96-98).  Dziesięciu królów to namiestnicy prowincji rzymskich, jakich ustanawiali cesarze w podbitych krajach.

 

Baranek, który ich zwyciężył, to oczywiście sam Jezus. Warto tu wspomnieć stare proroctwo Daniela, albo raczej sen króla Nabuchodonozora, który wyjawił i wyjaśnił Daniel:

Ty, królu, patrzyłeś: Oto posąg bardzo wielki, o nadzwyczajnym blasku stał przed tobą, a widok jego był straszny. Głowa tego posągu była z czystego złota, pierś jego i ramiona ze srebra, brzuch i biodra z miedzi, golenie z żelaza, stopy zaś jego częściowo z żelaza, częściowo z gliny. Patrzyłeś, a oto odłączył się kamień, mimo że nie dotknęła go ręka ludzka, i ugodził posąg w jego stopy z żelaza i gliny, i połamał je. Wtedy natychmiast uległy skruszeniu żelazo i glina, miedź, srebro i złoto – i stały się jak plewy na klepisku w lecie; uniósł je wiatr, tak że nawet ślad nie pozostał po nich. Kamień zaś, który uderzył posąg, rozrósł się w wielką górę i napełnił całą ziemię. Taki jest sen, a jego znaczenie przedstawimy królowi. Ty, królu, królu królów, któremu Bóg Nieba oddał panowanie, siłę, moc i chwałę,38. w którego ręce oddał w całym zamieszkałym świecie ludzi, zwierzęta polne i ptaki powietrzne i którego uczynił władcą nad nimi wszystkimi – ty jesteś głową ze złota. Po tobie jednak powstanie inne królestwo, mniejsze niż twoje, i nastąpi trzecie królestwo miedziane, które będzie panowało nad całą ziemią. Czwarte zaś królestwo będzie trwałe jak żelazo. Tak jak żelazo wszystko kruszy i rozrywa, skruszy ono i zetrze wszystko razem. To, że widziałeś stopy i palce częściowo z gliny, częściowo zaś z żelaza, oznacza, że królestwo ulegnie podziałowi; będzie miało coś z trwałości żelaza. To zaś, że widziałeś żelazo zmieszane z mulistą gliną, a palce u nóg częściowo z żelaza, częściowo zaś z gliny oznacza, że królestwo będzie częściowo trwałe, częściowo zaś kruche. To, że widziałeś żelazo zmieszane z mulistą gliną oznacza, że zmieszają się oni przez ludzkie nasienie, ale nie będą się odznaczać spoistością, podobnie jak żelazo nie da pomieszać się z gliną. W czasach tych królów Bóg Nieba wzbudzi królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden inny naród. Zetrze i zniweczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze, jak to widziałeś, gdy kamień oderwał się od góry, mimo że nie dotknęła go ludzka ręka, i starł żelazo, miedź, glinę, srebro i złoto. Wielki Bóg wyjawił królowi, co nastąpi później; prawdziwy jest sen, a wyjaśnienie jego pewne. (Dn 2, 31-45)

Królestwa o których mówi Daniel to, w zależności od interpretatora, Asyria, Media, Persja i Grecja, albo Babilon, Persja, Grecja i Rzym, albo jeszcze inne kombinacje ówczesnych potęg, jednak dla wszystkich jest jasne jedno: Ostatnie królestwo, niezależnie, czy uznamy, że to Rzym, czy Grecja (której Rzym jest kontynuacją) rozpadnie się zwyciężone przez Baranka. Przez samego Boga. I powstanie Królestwo wieczne, niezwyciężone:

W czasach tych królów Bóg Nieba wzbudzi królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden inny naród. Zetrze i zniweczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze, jak to widziałeś, gdy kamień oderwał się od góry, mimo że nie dotknęła go ludzka ręka, i starł żelazo, miedź, glinę, srebro i złoto.

Kościół Katolicki nie jest nierządnicą, ale Oblubienicą. Jest Królestwem, prawda. Królestwem, którego "władza nie przejdzie na żaden naród" i które będzie "trwało na zawsze".  Narody będą ginęły, przemijały i nikt nie obiecywał, że Europa chrześcijańska przetrwa. Ostatnio, 17 października i 13 listopada, dwukrotnie w czasie czytań liturgicznych na Mszy słyszałem to mrożące krew w żyłach pytanie:

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,8)

Jednak Kościół przetrwa z całą pewnością, bo nie może zaginąć Królestwo Boże. Przetrwa, bo Słowo Boże musi się wypełnić. Sen Nabuchodonozora jest prawdziwy, a wyjaśnienie jego pewne. Wyjaśnieniem tym jest Kościół Katolicki, niezależnie od tego jak bardzo słowa proroctwa będą przekręcać wrodzy Kościołowi ludzie. Na koniec jedynie przypomnę im ostrzeżenie, które nam przekazał nasz pierwszy papież, apostoł Piotr:

To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia. Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem Świętym mówili /od Boga/ święci ludzie. (2 P 1, 20-21)

Duch Święty kieruje Kościołem, nie każdym z nas. I choć każdy z nas otrzymuje pewne dary Ducha Świętego, to nikt z nas indywidualnie nie ma daru nieomylności w interpretowaniu Pisma Świętego. A dowodem na to jest istnienie 40 tysięcy denominacji, głoszących często sprzeczne ze sobą ewangelie i twierdzących, że taka interpretacja wynika bezpośrednio z Biblii.

 

Ja nigdy nie staram się być oryginalny. Im mniej w moich tekstach jest moich wymądrzań, tym lepiej dla samych tekstów, dla mnie i dla czytających. Mam nadzieję, że przedstawiam tu tylko naukę Kościoła, a gdy spekuluję na jakiś temat, zawsze staram się to wyraźnie zaznaczyć i logicznie uzasadnić. Tylko trzymając się nauki Kościoła mogę mieć pewność, że nie pobłądzę, bo z pewnością nie jestem bardziej inteligentny i przebiegły od złego. On może każdego człowieka z łatwością przekabacić i przerobić na swoją modłę. Jednak gdy trzymamy za jedną rękę Maryję, a w drugiej Katechizm i wpatrujemy się w Jezusa obecnego w Eucharystii to jakże mamy pobłądzić? Kudłaty jest wtedy bezsilny.

 

 

 

Komentarzy: 19


Wielka Nierządnica w Babilonie

Kategoria: Religia Saturday, 11 December 2010, 04:09

Co oznaczają słowa Apokalipsy mówiące o Nierządnicy? O Mieście na Siedmiu Wzgórzach? Czy to zapowiedź upadku Kościoła, jak chcieliby to widzieć Świadkowie Jehowy i niektórzy fundamentaliści chrześcijańscy? Ktoś zapytał mnie o to na moim forum, a tu początek mojej odpowiedzi:

 

Zawsze pierwsza, podstawowa interpretacja Biblii musi być robiona "oczami współczesnych". Święty Jan pisał przede wszystkim do ludzi w pierwszym wieku. Interpretowanie jego słów jako dotyczących rzekomo Kościoła Katolickiego to jest jakaś paranoja. Święty Jan jest jednym z założycieli Kościoła Katolickiego. To nikt inny, ale właśnie jego uczeń, święty Ignacy, po raz pierwszy, zaledwie kilkanaście lat po napisaniu Apokalipsy nazwał Kościół "katolikos", "powszechny", od czego nazwa Kościół Katolicki powstała.

 

Oczywiście księgi apokaliptyczne mają swoje wypełnienie w każdym wieku, w każdym czasie. Słowo Boże odnosi się także do nas dzisiaj i jest równie aktualne dziś, jak 1900 lat temu. Jednak nic, poza uprzedzeniami i nienawiścią skierowaną do Kościoła nie usprawiedliwia takiej interpretacji, jaką sugerują niektórzy wrogowie Kościoła.

 

Są dwa oczywiste wytłumaczenia o jakie miasto chodzi w Apokalipsie. Jan uprzedza przed skorumpowaną Jerozolimą i Rzymem, ale Rzymem z jego czasów, siedzibą cesarstwa, gdzie cesarz kazał sobie oddawać cześć boską. Kościół Katolicki staje się wypełnieniem proroctwa, zwyciężając bestię. Zobaczmy bliżej te wszystkie symbole i znaki:

 

1. Siedem Wzgórz

 

W Ap 17,9 czytamy:

Tu trzeba zrozumienia, o mający mądrość! Siedem głów to jest siedem gór tam, gdzie siedzi na nich Niewiasta.

I oczywiście argument jest taki, ze Rzym to miasto na siedmiu wzgórzach, więc Niewiasta symbolizuje Kościół Katolicki.

 

Greckie słowo, jakie tu mamy, to "horos". W Nowym testamencie słowo to występuje 65 razy i zazwyczaj jest tłumaczone jako "góra", "góry", a "góra" zwykle jest symbolem królestwa. Zatem wcale nie jest powiedziane, że należy ten werset rozumieć dosłownie. Bardziej prawdopodobne jest to, że chodzi o Niewiastę rządzącą siedmioma królestwami. Albo raczej mającą pełnię władzy doczesnej, bo przecież i sama siódemka jest zwykle, zwłaszcza w literaturze apokaliptycznej, liczbą symboliczną.

 

Nawet gdy przyjmiemy, że chodzi tu o wzgórza i że ma być ich dosłownie siedem, to mamy wiele innych miast zbudowanych na siedmiu wzgórzach. Jerozolima choćby. To też jest miasto na siedmiu wzgórzach. Poza tym Wzgórze Watykańskie NIE jest jednym z siedmiu wzgórz Rzymu. Jest ono na zachodnim brzegu Tybru, gdy starożytny Rzym był zbudowany na siedmiu wzgórzach na wschodnim brzegu tej rzeki.

 

2.  Babilon

 

Co to imię reprezentuje? Apokalipsa 17, 4-5:

A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat, cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły, miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu. A na jej czole wypisane imię – tajemnica: "Wielki Babilon. Macierz nierządnic i obrzydliwości ziemi".

Sformułowanie "Babulon a megala", "Wielki Babilon" występuje w Apokalipsie pięć razy. Pewne światło na odgadnięcie tej zagadki rzuca fakt, że Babilon jest także nazwany "wielkim miastem" i to aż siedem razy: 16,19; 17,18; 18,10; 18,16; 18,18; 18,19 i 18,21. Ale my wiemy, co to jest "wielkie miasto". Wyjaśnia to jednoznacznie werset 11,8:

A zwłoki ich /leżeć/ będą na placu wielkiego miasta, które duchowo zwie się: Sodoma i Egipt, gdzie także ukrzyżowano ich Pana.

To Jerozolima jest nazywana w Starym Testamencie symbolicznie "Sodomą". Na przykład w Iz 1,10 i Ez 16, 46-56. Ponadto nasz Pan został ukrzyżowany w Jerozolimie, nie w Rzymie. Święty Jan kieruje więc swe słowa przeciw skorumpowanej Jerozolimie, nie przeciw Kościołowi, choć jest to także przestroga i dla nas. Także dla Kościoła.

 

Prawdą jest, że wielu Ojców Kościoła nazywało także Rzym "Babilonem". Sam Święty Piotr pisząc z Rzymu, w obawie przed ujawnieniem swego miejsca pobytu pisze, że jest w Babilonie (por. 1 P 5,13) Jednak Apokalipsa najwyraźniej wskazuje na Jerozolimę, a Rzym Ojców Kościoła to Rzym pogańskiej stolicy Cesarstwa, gdzie chrześcijanie przelewali męczeńską krew, nie Rzym, który wyrósł z tego zasiewu. (CDN)

Komentarzy: 8


Nie będzie mógł wziąć jej powtórnie za żonę.

Kategoria: Religia Thursday, 11 March 2010, 03:03

Pisałem już wielokrotnie o Świętej Rodzinie, o Maryi i Józefie, o tym dlaczego Kościół uczy, że jest Ona Dziewicą i że święty Józef, choć był jej mężem, zawsze szanował to, że to Duch Święty był Oblubieńcem Maryi i nigdy się do Niej nie zbliżał. Nie będę tu powtarzał swych argumentów, każdy może je znaleźć w moich starych notkach. Na końcu tego tekstu podam do nich linki. Dziś jednak chciałbym napisać o pewnym "prawnym" aspekcie dla którego Święty Józef pozostał "jedynie" opiekunem Maryi i Dzieciątka.

 

Biblia nas uczy, że był on "człowiekiem sprawiedliwym", co oznacza kogoś przestrzegającego Prawa. Zobaczmy zatem, co mówiło Prawo na ten temat.

 

Przede wszystkim musimy pamiętać, że Józef i Maryja, choć nie zamieszkali jeszcze razem,  byli sobie poślubieni.  Gdy  czytamy, że "Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego", to było to po zaślubinach, nie zaręczynach. Zatem, według prawa, sprawiedliwy Żyd powinien ją wydać na ukamienowanie. Dlaczego tego nie zrobił, wyjaśniałem na przykład TUTAJ, dziś napiszę dlaczego ze względu na samo Prawo nie mógł on się zbliżyć do Maryi.

 

W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy:

Jeśli mężczyzna poślubi kobietę i zostanie jej mężem, lecz nie będzie jej darzył życzliwością, gdyż znalazł u niej coś odrażającego, napisze jej list rozwodowy, wręczy go jej, potem odeśle ją od siebie. Jeśli ona wyszedłszy z jego domu, pójdzie i zostanie żoną innego, a ten drugi też ją znienawidzi, wręczy jej list rozwodowy i usunie ją z domu, albo jeśli ten drugi mąż, który ją poślubił, umrze, nie będzie mógł pierwszy jej mąż, który ją odesłał, wziąć jej powtórnie za żonę jako splugawionej. To bowiem budzi odrazę u Pana, a ty nie możesz dopuścić do takiej nieprawości w kraju, który ci daje w posiadanie Pan, Bóg twój.  (Pwt 24, 1-4)

Oczywiście ani Józef nie znalazł nic odrażającego w Maryi, ani nie dał jej listu rozwodowego, ani Maryja nie została splugawiona, jednak prawo to mówi o czymś innym. Mówi nam, że mąż, który raz rozstał się ze swą żoną, nie może ponownie jej przyjąć pod swój dach jako swojej żony. Jako nałożnicy.

 

Z prawem jest zwykle tak, że trzeba prawnika, by je odpowiednio zinterpretował. Z tym prawem jest podobnie. Sami Żydzi nie wiedzieli dokładnie jak rozumieć słowa "coś odrażającego" i każdy z rabinów inaczej je interpretował. Według jednych niemal nic nie usprawiedliwiało rozwodu, według innych przypalona zupa była wystarczająco odrażająca. Zatem zapytali o to Jezusa: "Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?"  Jednak zanim Jezus dał "definitywną odpowiedź", Stary Testament ukazuje nam trochę światła na jego tradycyjną interpretację wśród Izraelitan.

 

Pierwszy przykład, który pozornie zaprzecza mojej myśli, to przykład proroka Ozeasza. Prorok ten, jak być może pamiętacie, miał poślubić nierządnicę imieniem Gomer. Zrobił to i choć ona nie pozostawała mu wierna, on ją przyjmował ponownie, jako żonę i kochankę. Zatem zaprzeczenie prawa? Nie zupełnie. Bóg nakazał tak postępować Ozeaszowi właśnie dlatego, że postępowanie takie łamało Prawo.

 

Gomer była jak Izrael, Ozeasz jak Bóg. Gomer  była niewierna Ozeaszowi, i według Prawa powinna zostać ukamienowana. Gdyby jednak  Ozeasz ją przyjął pod swój dach, powinien trzymać się od niej z daleka. Bóg jednak jest przede wszystkim Miłością. I wbrew temu co wielu twierdzi, Stary Testament jest pełen przykładów ukazujących nam Miłosiernego Boga. Nie ma bowiem "Okrutnego Boga Starego Testamentu" i "Miłosiernego Boga Nowego Testamentu". Bóg jest dokładnie taki sam. Zatem Ozeasz przebaczał Gomer wielokrotnie, tak, jak Bóg przebaczał Izraelowi i jak przebacza nam. Jak przebacza Kościołowi, który choć grzeszy często poprzez swych członków, na zawsze pozostanie Oblubienicą Pańską, której On nigdy nie przestanie kochać.

 

Gdyby nie Prawo nakazujące kamienować niewierną żonę, gdyby nie prawo zabraniające ponownego przygarnięcia do łoża żony, która raz opuściła już męża, przykład proroka byłby bez sensu. Jego nauka byłaby niezrozumiała, nielogiczna. To łamanie Prawa, czy może raczej postawienie się ponad Prawem przez proroka uczy nas czegoś. Uczy nas, że sam Bóg w swym Miłosierdziu stoi ponad Prawem. Że przede wszystkim nas kocha, a Prawo stosuje w stosunku do tych, którzy sami odrzucą Jego Miłosierdzie.

 

Mamy oczywiście także w Biblii przykład kogoś, kto Prawu podlega i tam możemy zobaczyć jak jego przestrzeganie wyglądało  w praktyce. Mam na myśli króla Dawida. Gdy Absalom, jego syn, zbuntował się przeciw niemu i dokonał zamachu stanu, okazał swą władzę przez wykazanie, że jest panem haremu swego ojca. Kto bowiem był panem haremu, był faktycznym władcą w państwie. Król Dawid, idąc na wojnę, pozostawił dziesięć swych nałożnic w pałacu, by go pilnowały. Doradca Absaloma…:

Achitofel odpowiedział Absalomowi: Wejdź do nałożnic swojego ojca, które pozostawił, by pilnowały domu. Gdy posłyszy cały Izrael, że zostałeś znienawidzony przez ojca, umocnią się wtedy ręce wszystkich twoich zwolenników. Rozpięto więc Absalomowi namiot na tarasie. Absalom wszedł do nałożnic swego ojca na oczach całego Izraela. (2 Sm 16, 21-22)

Zamach stanu nie był długotrwały, Absalom postradał życie i Dawid odzyskał władzę. Był on człowiekiem niezwykle wrażliwym. Poeta, muzyk, człowiek niezwykłej wiary. Szczerze opłakiwał śmierć swego zbuntowanego syna. Nie dziwi zatem i ten fakt, że przyjął swe nałożnice na powrót do pałacu, tym bardziej, że zapewne nie dobrowolnie oddać się musiały zbuntowanemu Absalomowi. A jednak, mimo to, czytamy, że:

Dawid przybył do domu w Jerozolimie. Dziesięć swych nałożnic, które zostawił celem pilnowania pałacu, kazał niezwłocznie przeprowadzić do domu będącego pod strażą. Tam otoczył je opieką, lecz więcej się do nich nie zbliżał. Żyły tak oddzielone aż do dnia swej śmierci – jakby wdowy za życia. (2 Sm 20, 3)

Gdy  kto twierdzi, że postawa Józefa jako żyjącego w czystości opiekuna Maryi jest zupełnie niezrozumiała, ten przykład może pomóc mu zrozumieć taką postawę. Pokazuje on bowiem, że  nawet z samego nakazu Prawa Józef, choć mógł zaopiekować się Kobietą mu zaślubioną, nie mógł być jej mężem w takim znaczeniu, jak to normalnie rozumiemy. Że podobnie jak jego przodek, król Dawid w stosunku do swych żon, nie zbliżał się do Niej, a Ona "żyła jakby wdowa za życia".

 

Tym bardziej jest to prawdopodobne, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą, tego typu małżeństwo było znane w tamtych czasach. Wiemy to choćby z samej Biblii. Konsekrowane dziewice to nie  "wynalazek Kościoła". Przecież już sam święty Paweł pisze nam o nich:

Jeżeli ktoś jednak uważa, że nieuczciwość popełnia wobec swej dziewicy, jako że przeszły już jej lata i jest przekonany, że tak powinien postąpić, niech czyni, co chce: nie grzeszy; niech się pobiorą. Lecz jeśli ktoś, bez jakiegokolwiek przymusu, w pełni panując nad swoją wolą, postanowił sobie mocno w sercu zachować nietkniętą swoją dziewicę, dobrze czyni. Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia. (1 Kor 7, 36-38)

Zatem byli wówczas ludzie, którzy opiekowali się "swoimi dziewicami". Skoro Paweł zdecydował się takich rad udzielać listownie, to możemy z tego wywnioskować, że przynajmniej w Koryncie była to raczej dość powszechna praktyka. Paweł nie tłumaczy bowiem na czym to polega, zakładając, że każdy wie o co chodzi. Wyjaśnia jedynie, że lepiej poślubić swą dziewicę, czyli skonsumować małżeństwo, niż cierpieć udręki w ciele. Jednak gdy ktoś potrafi panować nad swą wolą, lepiej zrobi zachowując nietkniętą swą dziewicę.

 

Na koniec wrócę na moment do odpowiedzi Maryi na słowa Archanioła Gabriela. Przypomnijmy sobie tę rozmowę:

Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. […]  Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? (Łk 1, 30-31, 34)

Gdyby Maryja planowała normalne małżeństwo, jej pytanie nie miałoby żadnego sensu. Każda dziewczyna, zwłaszcza żyjąca na wsi, wśród zwierząt domowych  wie "jak to się stanie". Każda zwykła dziewczyna w Palestynie dwa tysiące lat temu pragnęła mieć gromadkę dzieci, bo dziecko zawsze było błogosławieństwem, a bezpłodność przekleństwem. Zatem normalną jej reakcją powinna być myśl: "Wiem, Aniele. Wkrótce zamieszkam u męża i urodzę mu gromadkę dzieci". To "jakże się to stanie" jest zdumieniem spowodowanym faktem, że przecież przysięgała czystość.

 

Tylko gdy przyjmiemy, że Maryja była konsekrowaną dziewicą, jedną z tych, o których pisze Święty Paweł, tylko gdy przyjmiemy, że Święty Józef od początku wziął Ją jedynie pod opiekę, jej odpowiedź Aniołowi ma sens.  I  niezależnie od tego jak spojrzymy na te wydarzenia, czy z logicznego, czy z prawnego punktu widzenia, czy po prostu oczami wiary, nauka Kościoła na ten temat jest i spójna i piękna. Zapewne dlatego, że jest prawdziwa.

 

Bracia Jezusa

Święty Józef – prawy Żyd i patron rodziny

Tamar, Rachab, Rut i Batszeba

Arka Przymierza

Komentarzy: 24


Czy wierzę w teorie naukowe?

Kategoria: Religia Friday, 15 October 2010, 03:51

Ostatnio na Frondzie powrócił temat darwinizmu, ewolucji i kreacjonizmu, a także wiary. Wiary w Boga i wiary w nieistnienie Boga. Przypomniano, że teoria ewolucji to "tylko teoria" i że tak naprawdę to było przecież zupełnie inaczej.  Ale czy rzeczywiście? I jeżeli tak, to jak? Czy Darwin miał rację? Albo raczej należałoby zapytać, czy dzisiejsza teoria ewolucji ma cokolwiek wspólnego z teorią Darwina?

 

Jest oczywiste, że teoria w nauce to coś znacznie więcej niż hipoteza. Na przykład teoria względności Einsteina to nie jest jakaś propozycja, jedna z wielu, ale coś, co jest faktem. Prawo, które coś rzeczywistego wyjaśnia, określa, opisuje. W tym sensie słowo "teoria", które w potocznym języku jest synonimem "hipotezy" jest nieco mylące. W nauce nikt nie myli tych pojęć.

 

Teoria ewolucji, wraz z genetyką, są wręcz podstawą całej współczesnej biologii. Nie można jej  traktować jako "hipotezy" i szczególnie  nie powinno się tego robić "z religijnego punktu widzenia". Przez takie podejście wielu ludzi, zwłaszcza młodych ludzi, albo traci wiarę, albo jej nigdy nie znajdzie w swym sercu, słusznie uważając tak twierdzących chrześcijan za nawiedzonych maniaków. Powstaje u nich bowiem korelacja "chrześcijanin – wróg nauki", a w konsekwencji nie mogąc odrzucić faktów, jakie im daje nauka, odrzucają tak rozumiane chrześcijaństwo.

 

Bóg stworzył świat poznawalny. Tak uczy Kościół i to stało się podstawą rozwoju wielu nauk, które nie mogłyby powstać w innych cywilizacjach i innych kręgach kulturowych. Dla muzułmanina twierdzenie, że można by poznać zamysł Boży jest bluźnierstwem. Idea, że Bóg mógłby działać logicznie, jest świętokradcza. Bóg Koranu jest Panem nad niewolnikami i robi co tylko sobie zapragnie.

 

Bóg chrześcijan, Bóg prawdziwy, jest Bogiem prawa i logiki. Świat który stworzył jest poznawalny. Od początku do końca. Zresztą tylko to nam umożliwia istnienie cudów, bo cud może zaistnieć tylko w świecie uporządkowanym, rządzonym opisywalnymi prawami. Gdyby świat był chaosem, nie byłoby mowy o żadnych cudach, bo chaos to jest jeden wielki cud. W chaosie wszystko się dzieje nielogicznie i bez sensu.

 

Nie twierdzę tu bynajmniej, że nauka już potrafi nam dać na wszystko odpowiedzi. Nadal mamy, wracając do ewolucji, bardzo poważne problemy do wyjaśnienia. Skąd się wzięła na samym początku materia. Jak zaczęło się pierwsze życie. Jak następowała przemiana gatunków. Jak powstał pierwszy organizm mający samoświadomość, wolną wolę, potrafiący kochać i nienawidzić. Te, i inne pytania są ważnymi i rzeczywistymi problemami, na które nauka nie potrafi nam dziś odpowiedzieć w sposób zadowalający.

 

Oczywiście nauka ma tu pewne hipotezy, mniej, lub bardziej racjonalne i prawdopodobne. Jednak nie tylko nie są to jeszcze udokumentowane fakty, ale nawet nie są to jeszcze nawet "robocze teorie". Mimo to nie możemy w takim momencie krzyknąć: Aha! Mamy dowód na istnienie Boga! Bóg tu zadziałał, podjął się bezpośredniej interwencji i …  voilà! Mamy pantofelka.  Takie podejście wręcz ubliża Bogu, traktując Go jak partacza, który stwarza sobie świat, świat rozwijający się w sposób naturalny i poznawalny, aż dochodzi do zakrętu ewolucji, do trudnego momentu z którym sobie nie radzi i opuszcza bezradnie ręce.  Co więc  robi ten bezradny Bóg niektórych kreacjonistów?  Niczym  jakiś magik wyciągający królika z kapelusza, stwarza żywą komórkę, nowy gatunek zwierząt, czy lepi człowieka z gliny.

 

Mówiąc o lepieniu…  Jest taki dowcip, który już pewnie kiedyś opowiadałem, ale powtórzę, bo śmieszny.

Pewien naukowiec wyszedł przed swój Bardzo Ważny i Prestiżowy Instytut i krzykną w górę. "Boże! Udało nam się w warunkach laboratoryjnych wyprodukować człowieka. Już nam nie są potrzebne bajeczki o Twoim istnieniu! Nauka już wszystko wyjaśniła!"

Nagle rozsuwają się chmurki, wygląda zza nich Bóg i mówi: "O! To bardzo interesujące, dobry człowieku. Pokażcie mi to, chętnie zobaczę."  Naukowiec siada na ziemi i zaczyna zgarniać proch, a tu nagle Bóg mu przerywa: "Zaraz, zaraz… Używajcie sobie swojego prochu…"

Dowcip pouczający, bo uczy nas czegoś ważnego. Teorie naukowe i hipotezy bazują zawsze na czymś, tak jak ten naukowiec "bazował na prochu Pana Boga". I mówiąc o prochu, jedna z bardziej interesujących hipotez, czy też modeli, jak to się zdaje się w fizyce nazywa, zakłada, że materia mogła powstać "z niczego". Naukowcy potrafią opisać taki model początków Wszechświata. I gdy pierwszy raz o tym przeczytałem, trochę mi "zmiękła rura", bo argument "początku" zawsze był bardzo mocnym potwierdzeniem faktu, że Bóg musi istnieć. Tymczasem według tej hipotezy pozornie wcale to nie jest konieczne.

 

Nie jest? A może jednak… Ten model może być prawdziwy jedynie wtedy, gdy naukowcy przyjmą, że istniały pewne obiektywne, fizyczne prawa. Można by napisać "wcześniej", ale na samym początku trudno w ogóle mówić o "wcześniej", bo i sam czas jeszcze wtedy nie istnieje. Pomińmy jednak tu problem czasu, ważne by zrozumieć, że ten model nie tylko nie udowadnia, że Boga nie ma, ale w przepiękny sposób uczy nas czegoś wspaniałego o naszym Bogu.

 

Ewangelia świętego Jana zaczyna się takimi słowami:

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (J 1,1-3)

Biblia nie jest Księgą, z której powinniśmy się uczyć prawd naukowych, choć jest Księgą, która nie zawiera żadnego kłamstwa. Biblia jest nieomylna nie tylko w dziedzinie wiary i moralności, jest nieomylna w każdej dziedzinie. Jednak musimy pamiętać, jak nam to przypomina "Dei Verbum", że

"Ponieważ zaś Bóg w Piśmie św. przemawiał przez ludzi, na sposób ludzki, komentator Pisma św. chcąc poznać, co On zamierzał nam oznajmić, powinien uważnie badać, co hagiografowie w rzeczywistości chcieli wyrazić i co Bogu spodobało się ich słowami ujawnić."

Inaczej mówiąc jeżeli natchniony autor mówiąc o siedmiu dniach stworzenia mówi nam o przymierzu Boga z człowiekiem, a nie daje nam wykładu z historii, to nie wolno nam traktować tego jak wykładu z historii. Niemniej jednak okazuje się, że czasem Pismo Święte,  choć w sposób ukryty i nie od początku jasny i oczywisty, przekazuje nam pewne prawdy, do których naukowcy dochodzą dopiero po wiekach.

 

Dlatego bardzo mnie cieszy, że jest już model powstania Wszechświata, który zakłada, że wystarczyło, by na początku były tylko pewne prawa. Pewna myśl. Pewne "Słowo". Taki model Wszechświata jest, moim zdaniem, piękny, a co piękne to zwykle prawdziwe. Na początku było Słowo i wszystko przez Nie się stało. Kto by przypuszczał, że naukowcy dojdą do tego, co święty Jan wiedział już niemal dwa tysiące lat temu. Bo ja nie wierzę, że Bóg interweniował w trudnych momentach. Wierzę, że On tylko wypowiedział jedno Słowo i to wystarczyło. Co zresztą nie zmienia w niczym faktu, że każdy mój kolejny oddech jest możliwy tylko dzięki temu Słowu, ale to zupełnie inne zagadnienie…

 

Im więcej nauka poznaje naszą rzeczywistość, tym bardziej jest zdumiona jak bardzo skomplikowane są nawet najprostsze ekosystemy, organizmy, nawet poszczególne komórki. Gdy Darwin wymyślił swoją teorię, wszystko wydawało się takie proste. Z zupy aminokwasowej, w którą, powiedzmy, wali piorun, powstaje bardzo prosta komórka, która na skutek mutacji, promieniowania kosmicznego itp. zamienia się w coś innego, niewiele bardziej skomplikowanego i… mija parę miliardów lat i jesteśmy my. Po mieczu i po kądzieli prawnukowie pantofelka.  Teraz jednak okazuje się, że nic tu nie jest takie proste.

 

Ta najprymitywniejsza komóreczka, ten pierwotniak jest tak skomplikowanym organizmem, że "to się w pale nie mieści, jak mawiał dzielnicowy, który przynosił mi cielęcinę", że zacytuję klasyka polskiego kabaretu.  Potężna fabryka, ze swymi liniami produkcyjnymi, poddostawcami, zasilaniem, oczyszczalnią ścieków, sprzedawcami, księgowością i pracownikami jest mniej skomplikowanym organizmem od naszego prapradziadka, czyli najprymitywniejszego pantofelka. Darwin tego nie wiedział, ale my to już dziś wiemy.

 

I co? I czy to znaczy, że Bóg musiał tu interweniować? "Żadną miarą", że zacytuję z kolei świętego Pawła. Nie musiał, bo nasz Bóg jest mądrzejszy nie tylko od naukowców, ale nawet od amerykańskich fundamentalistów chrześcijańskich. I dla Boga stworzenie takiego świata, w którym ewolucja mogła nastąpić jest łatwiejsze, niż dla mnie napisanie tego tekściku. Jednak to, że nasz świat jest tak bardzo skomplikowany pokazuje, że nic tu nie powstało przypadkowo.

 

Przypadki określa nam rachunek prawdopodobieństwa. I niektórzy używają "argumentu", że gdyby się posadziło odpowiednio dużo małp przy maszynach do pisania i kazało się im stukać przypadkowo w klawisze, to jest tylko kwestią czasu, by któraś z nich napisała przypadkiem "Ulissesa", czy innego "Hamleta". To jednak jest demagogia, bo  jest to po prostu nieprawda. To znaczy jest w tym odrobina prawdy, ale mamy za mało małp i za mało maszyn do pisania i świat istnieje zbyt krotko, by to mogło się stać.

 

Wszechświat ze swymi 13,7 miliardami lat jest za młody, by wszystko mogło przypadkowo powstać. Za młody i za mały. I wcale nie jest powiedziane, że małpy chciałyby walić w klawisze. Poza tym nic nie musiało się stać. Leibnizowskie pytanie "czemu jest raczej coś niż nic" nic nie straciło ze swej aktualności.  Nie musiało, a jednak się stało.

 

Ludzie tacy jak Dawkins robią błąd polegający na założeniu, że Boga być nie może i brną w nieprawdopodobieństwo, bo wyszli z błędnego wcześniejszego założenia. Niektórzy kreacjoniści robią inny błąd. Stawiają alternatywę, że albo ewolucja jest faktem, albo Bóg stworzył świat. A ponieważ wierzą w Boga, odrzucają ewolucję. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Bóg jest, a ewolucja nam to potwierdza w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Potwierdza nie "mimo trudności", ale właśnie dzięki tym trudnościom na jakie naukowcy coraz częściej natrafiają. Gdyby bowiem ewolucja była tak prosta, jak przypuszczał Darwin, można by rzeczywiście uwierzyć, że Boga nie ma. Ponieważ jednak rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż to  przypuszczali naukowcy w dziewiętnastym wieku, mówienie o przypadkowości staje się co najwyżej religią. Dogmatem wiary pseudonaukowców, dla których ich ideologia jest ważniejsza od faktów.

 

Wspominałem wcześniej rachunek prawdopodobieństwa. Z powodu tego rachunku nie gram w lotto. Po prostu statystycznie mam większe szanse na to, że nie dożyję do dnia losowania, niż na wygranie tych wszystkich milionów. I dalej, konsekwentnie, skoro wierzę, że do soboty jakoś dociągnę, to i na los nie wydaję dolara. Inaczej okazałbym się hipokrytą. ;-)

 

Oczywiście czasem ktoś wygrywa. Zdarza się. Tak samo, jak zdarza się, że ktoś nie dożyje do soboty. Gdyby jednak ten sam ktoś wygrał ponownie za tydzień, to moglibyśmy przypuszczać, że albo niesamowity szczęściarz, (co jest już naprawdę niesamowicie mało prawdopodobne), albo losowanie było ustawione. Gdy zaś wygrałby w kolejnym tygodniu, i następnym i przez następne kilka tygodni, to jest raczej pewne, że zainteresowała by się nim prokuratura. To bowiem nie mogło być przypadkiem.

 

Życie na ziemi, całe istnienie naszego Wszechświata nie może być przypadkiem. Rzeczy piękne i tak skomplikowane nie powstają przypadkowo. Jednak to nauka, nie religia, może nam to piękno wyjaśnić i pokazać. Gdyby mi się udało ustawić moją ciężarówkę na czubku  bardzo mocnej i sporej, lecz bardzo ostrej igły, to nikt by nie mógł powiedzieć, że 40-tonowe Volvo utrzymuje balans przypadkowo. Każdy by wiedział, że ktoś za tym stoi. Ale to tylko nauka potrafiłaby wytłumaczyć jak to jest możliwe, że się wszystkie siły równoważą i że ciężarówka utrzymuje się w równowadze.  I fakt, że dałoby się to naukowo to wytłumaczyć w niczym by nie przeczył innemu oczywistemu faktowi, że jakiś (oczywiście bardzo inteligentny ;-))  człowiek stoi za tym pomysłem.

 

Rozpisałem się i w sumie nic nowego nie napisałem. Jednak to jest dla mnie ważne, bo widzę jak wiele osób wierzy w  alternatywę "ewolucja albo Bóg". Widzę też jak niebezpieczne jest takie rozumowanie. Niebezpieczne dla ewangelizacji, dla apologetyki. Zostawmy naukę naukowcom. Niech się męczą nad trudnościami. Zadawajmy im trudne pytania. Nie pozwólmy im na ideologiczne brednie. Pilnujmy, by nie naginali faktów do swych hipotez. Jednak to oni muszą nam dać odpowiedzi na naukowe pytania.

 

I nie bójmy się prawdy. Jeżeli Bóg jest, jeżeli istnieje, to jaka prawda Go obali? Co takiego może odkryć nauka, co "udowodni, że Boga nie ma"? Nauka bada to, co stworzył Bóg. Teoria ewolucji także jest narzędziem, które to umożliwia. Nie bójmy się jej. Mam nadzieję, że któregoś dnia znikną wszystkie trudności związane z tą teorią. I choć wierzę głęboko, że dożyję do soboty, a może nawet pociągnę jeszcze z ćwierć wieku, obawiam się, że pod koniec mojego życia będziemy mieli więcej nowych pytań, niż znajdziemy odpowiedzi na stare. Ale to dobrze. To jest piękno nauki. Te rozszerzające się horyzonty. One tylko pokazują, jak wspaniały jest nasz Bóg i jak wspaniały jest stworzony przez Niego świat.

Komentarzy: 74


Ile może Bóg?

Kategoria: Religia Saturday, 10 July 2010, 17:32

Czy Bóg wszystko może? Co oznacza "wszechmoc Boga"?  Pod jednym z moich ostatnich wpisów o piekle ktoś o nicku "mosiu c.d." napisał:

Hiobie, chodzi o możliwości Boga, czy są czy ich nie ma. Jak jest wszechmocny to musi mieć możliwości nawrócić wszystkich.

 

Bóg podobno stworzył człowieka , z wolną wolą – ewidentne działanie w paradoksie omnipotencji (stworzył kamień – wolną wolę – którego nie może podnieść). Skoro się na to zdecydował to widzę takie możliwości:

1. jest głupcem, który pozbawił się wszechmocy

2. jest zły i wcale nie zależy mu na zbawieniu

3. wie, że eksperyment się powiedzie i wszystko będzie wszystkim.

 

Stawiam, na 3. Nie wiem to czy Bóg jest poza logiką, czy też jest podobnie jak my logiczny i dopiero zamierza być ponad logiczny na końcu, ale nie przekonują mnie logiczne argumenty, że się nie da.

No właśnie. Jak to zatem jest z tą wszechmocą Boga? Spróbujmy się nad tym zastanowić.

 

Nie mogę się zgodzić z tym, że mamy jedynie takie możliwości, jakie Mosiu przedstawił. Jest jeszcze czwarta możliwość i to ta jest prawdziwa. Mianowicie taka, że  Bóg tak nas ukochał, że dał nam  wybór i do końca go szanuje.

 

Wszechmoc Boga nie oznacza wcale, że jest On dyktatorem, tyranem, który robi co Mu się tylko zachce. Co więcej, Bóg nie może zaprzeczyć swej własnej naturze. Bóg jest bytem prostym, zupełnie nieskomplikowanym i u Niego zawsze tak znaczy tak, a nie znaczy nie. Jeżeli zatem naturą Boga jest miłość, nie może On zrobić niczego, co byłoby zaprzeczeniem Miłości. Jeżeli Bóg jest Prawdą, to nie ma w nim kłamstwa.

 

Czy Bóg ma możliwości nawrócić wszystkich? Nie tylko ma, ale z tych możliwości skorzystał. Każdy człowiek otrzymał tyle łask, że wystarczą mu na osiągnięcie zbawienia. Jednak nie znaczy to, że każdy człowiek z tych łask skorzysta, bo Bóg dał każdemu z nas także możliwość wyboru.

 

Czy to jest pozbawienie się wszechmocy przez Boga? Czy to oznacza, że Bóg jest zły i Mu nie zależy na naszym zbawieniu? Czy wie, że eksperyment się powiedzie? Spróbujmy przyjrzeć się tym punktom.

 

Czy Bóg jest "głupcem, który pozbawił się wszechmocy"? To zależy, jak zdefiniujemy głupotę. Jeżeli dla kogoś  "szczytem mądrości" jest absolutna władza jaką posiada najgorszy tyran, który robi co chce, a głownie gnębi i tępi swych przeciwników, to rzeczywiście: Bóg jest głupcem. Co prawda nie pozbawiał się niczego, ale raczej nigdy takiej mocy nie posiadał. Byłaby ona bowiem sprzeczna z Jego naturą.

 

Muzułmanie tak rozumieją naturę Boga. Nie szukają w niej żadnej wewnętrznej logiki. Dla nich wręcz jest to bluźniercze. Oni mają z Bogiem relację sługa – pan, niewolnik – właściciel. Nie jest rolą niewolnika oceniać swego pana. Ma milczeć i robić co mu nakazano. Jednak Bóg Prawdziwy, Bóg objawiony patriarchom, prorokom i apostołom ukazuje nam się jako kochający Ojciec, nie jako tyran i dyktator. Jezus nam przypomina:

Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. (J 15, 15)

My zwykle przykładamy naszą miarkę do Boga i oceniamy Go według tego, co my byśmy zrobili. Dlatego nie rozumiemy czym jest prawdziwa miłość, pozbawiona nienawiści, pychy, czy chęci dominowania nad innymi. Gdybyśmy my byli wszechmocni, zaraz byśmy ustawili parę osób w naszym kręgu znajomych i w najbliższej rodzinie. Bóg jednak taki nie jest.

 

Bóg mógłby stworzyć świat pełen "yesmanów" potakujących Mu przez całą wieczność. To nie jest takie trudne. Żeby zrobić coś takiego nie trzeba być nawet Bogiem. Ja mogę zrobić sobie zabawkę, nakręcaną na kluczyk, która mi będzie biła pokłony od rana do wieczora. Tylko po co? Skoro taka zabawka nawet mojego chorego i pełnego pychy ego nie satysfakcjonuje, dlaczego miałbym przypuszczać, że Bóg doskonały i Bóg będący Miłością miałby pragnąć otoczenia się takimi bzdurnymi gadgetami?

 

Miłość wymaga wolności i Bóg pragnie, byśmy Go kochali tak, jak On nas kocha: Z własnej, wolnej i nieprzymuszonej woli. To rezygnacja z tego ze strony Boga, gdyby to było możliwe, byłaby głupotą i ograniczeniem swej mocy.

 

Zatem czy Bóg jest zły i Mu nie zależy na zbawieniu wszystkich? Na to odpowiedź znajdzie każdy, kto rozważał choćby raz Mękę Pańską. Kto widział "Pasję" Gibsona. Kto medytował klęcząc przed Krucyfiksem.

 

Czy Bóg "wie, że eksperyment się powiedzie"? I tak i nie. Przede wszystkim nie można w ogóle tak stawiać pytania. Bóg niczego nie wie co się stanie, bo Bóg nie ma przyszłości. Wszechmocny, biedny Bóg nie potrafi bowiem ani przenosić się z miejsca na miejsce, ani przebywać w czasie. Wehikuł czasu byłby zupełnie bezużytecznym wynalazkiem dla Boga. Dlaczego? To bardzo proste. Pozwólcie, że wyjaśnię.

 

Aby przenieść się z jednego miejsca na drugie musimy najpierw być w jednym miejscu, a nie być w drugim, a potem być w drugim, a nie być już w pierwszym. Jak jednak miałby Bóg to zrobić, skoro On jest wszędzie? Skoro to cały Wszechświat "zawiera się w Nim"? Podobnie jest z czasem, który jest takim samym atrybutem naszej materialnej rzeczywistości jak przestrzeń. Czas także "zawiera się w Bogu". On jest teraz w każdym czasie, nie widzi przyszłości i nie spogląda w przeszłość. Dla Niego wszystko jest jednym "TERAZ".

 

Zatem Boga nic nie zaskakuje. Ani ostatnie wybory, ani moje decyzje, ani klęski żywiołowe, ani działanie szatana. Cała historia wszechświata, tego widzialnego i tego niewidzialnego jest znana Bogu w sposób doskonały i ponadczasowy. Chciałoby się powiedzieć "od zawsze", gdyby i to stwierdzenie nie zawierało fałszu. Bo u Boga nie ma "od". U Boga jest tylko "TERAZ".

 

Plan Boga jest doskonały. To wiem z całą pewnością, choć nie rozumiem ani ułamka promila tego planu. Bóg nie żąda ode mnie zrozumienia, ale zaufania. Nie wiem jak pogodzę to, że w Niebie będę szczęśliwy w niewyobrażalny wręcz sposób z faktem, że nie spotkam tam osób, które kocham i które są mi bliskie, jeżeli taka sytuacja zaistnieje. Nie wiem jak rozumieć to, co wielu teologów nam mówi, że piekło także jest wynikiem Bożego Miłosierdzia.  Wiem natomiast, że z pewnością plan Boży jest lepszy od moich najbardziej błyskotliwych pomysłów i idei.

 

Nie pozostaje mi nic innego niż ufność Bogu. Wierzę w to, co przekazuje nam Biblia, wierzę w to, czego uczy nas Kościół i wierzę w to, co nam opowiedzieli mistycy, których Kościół uznał za wartych zaufania. A logika wcale się nie kłóci z tm, w co wierzę. "Mosiu" napisał:

Nie wiem to czy Bóg jest poza logiką, czy też jest podobnie jak my logiczny i dopiero zamierza być ponad logiczny na końcu, ale nie przekonują mnie logiczne argumenty, że się nie da.

Problem z tym stwierdzeniem polega na tym, że Bóg nie jest wcale "podobnie jak my logiczny", bo my bez przerwy popełniamy błędy w naszym rozumowaniu. Ja jestem przekonany, że moja logika jest pewna i niepodważalna jak skała, ale nieustannie spotykam osoby, których ani ona nie przekonywuje do niczego, ani też się z nią nie zgadzają. Ich "logika" (piszę to w cudzysłowie nie bez pewnej dozy sarkazmu) jest zupełnie inna. Bóg zatem z pewnością nie jest "poza logiką", ale nam się to zdarza cały czas.

 

Bóg wszystko może. Jest wszechmocny. Może jednak jedynie wszystko to, co jest zgodne z Jego naturą, bo nikt, nawet Bóg, nie może dokonać czegoś, co jest niemożliwe. Co jest sprzeczne z wewnętrzną logiką, co jest absurdem. Sama Biblia nas uczy, że  "niemożliwe jest, by skłamał Bóg" (Hbr 6, 18), oraz że niemożliwe jest, by Chrystusa uznać za sprawcę grzechu ( Ga 2, 17). Nie może skłamać Ten, który jest Prawdą (J 14,6) i nawet Bóg nie może zaprzeć się samego siebie:

Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego. (2 Tm 2, 13)

Komentarzy: 67


Do diabła z tym piekłem! 4

Kategoria: Religia Saturday, 10 July 2010, 04:11

Myślę, że już wszyscy mają dość tego tematu, więc postaram się zakończyć ten mini cykl dzisiaj. Przypomnę, że został on sprowokowany notkami pana Marka Błaszkowskiego na Frondzie i w Salonie. Linki do nich podam na końcu mojego postu.

 

Pan Błaszkowski parokrotnie powoływał się na teologa Wacława Hryniewicza. Muszę przyznać, że choć nazwisko to słyszałem wcześniej, nigdy bliżej się tej postaci nie przyglądałem. Zrobiłem to teraz i widzę, że nie straciłem wiele.

 

Jeden z moich przyjaciół, ortodoksyjnych katolików, którego nazwisko pominę, gdyż jest powszechnie znanym dziennikarzem, a nie pytałem go o zgodę na ujawnienie jego tożsamości, powiedział mi przed paru dniami: "Studiowałem na KUL za jego czasów i już wtedy mnie wkurzał". Wskazał mi też fragment książki "Uwierzcie w koniec świata", gdzie ojciec Badeni tak posumował Hryniewicza:

"-Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.

-Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma – nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada – i publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce się nawrócić, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. On bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju.. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć." (str. 40)

Pan Tomasz Terlikowski napisał we Frondzie przed paru laty, że

… zasadzie prymatu własnej nieomylności nad nauczaniem Kościoła pozostaje Hryniewicz wierny w niemal wszystkich swoich tekstach i wypowiedziach publicznych. (T. Terlikowski, Syllabus błędów Hryniewicza, „Fronda” nr 49/2008, s. 185)

Ksiądz Dariusz Kowalczyk napisał:

Ks. Hryniewicz zdaje się podzielać pogląd, że żadna ze wspólnot wyznaniowych (w tym również Kościół katolicki) nie powinna rościć sobie prawa do wyłącznego nazywania się Kościołem Chrystusowym. Lubelski teolog uważa, że nam wszystkim brak pełnej katolickości. Podział sprawia, że również Kościół rzymski nie może być w pełni katolicki. Co więcej, Hryniewicz postuluje konieczność wzajemnego uznania, że w każdym Kościele jest obecny i urzeczywistnia się w konkretnej postaci prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa, mimo wszelkich ludzkich niedostatków i ułomności. A w innym miejscu stwierdza: Niech się Kościoły wzajemnie uznają, niech zachowają swoją specyfikę, odmienność tradycji, ale niech tworzą wielki krąg Kościoła Chrystusowego we wzajemnym uznaniu kościelności. Jakkolwiek pociągająca może się wydawać owa wizja, to jednak nie sposób nie zauważyć, że między poszczególnymi wyznaniami chrześcijańskimi istnieje nie tylko wzbogacająca wszystkich owa odmienność tradycji, ale również wiele głębokich różnic i sprzeczności w głoszeniu Ewangelii. Idea tworzenia prawdziwego Kościoła ponad podziałami nie jest nowa. Owocowała ona często tworzeniem kolejnych, marginalnych wspólnot chrześcijańskich, a nie jakimkolwiek zjednoczeniem. Ponadto, jeśli Kościół Chrystusowy jest wszędzie, to właściwie jest nigdzie, albo jest to Kościół dość schizofreniczny. Kiedy Adamiak i Majewski pytają Hryniewicza, czy wyobraża sobie wspólną Eucharystię katolików i protestantów przy istotnych różnicach np. w kwestii nauczania na temat związków homoseksualnych, to teolog ucieka w tyleż lukrowane, ile niejednoznaczne stwierdzenia: Trzeba mieć więcej wyrozumiałości dla ludzi, pogodniejsze spojrzenie na wiele spraw. Sam Bóg ma zmiłowanie dla wszystkich.

Mnie to wystarczy. Pełny tekst księdza Kowalczyka można znaleźć TUTAJ. I jeżeli dla kogoś ksiądz Hryniewicz jest autorytetem, to jego sprawa. Dla mnie tacy teologowie są co najwyżej narzędziem w ręku szatana. Mówiąc to wcale nie neguję faktu, że ma on olbrzymią wiedzę. Nie neguję także faktu, że z pewnością w wielu rzeczach ma rację i na wiele ma nowe spojrzenie. Tak samo, jak nie neguję faktu, że kudłaty jest lepszym teologiem ode mnie, od księdza Hryniewicza, a nawet od samego papieża. Bo jeżeli za "teologa" uznamy kogoś, kto ma wiedzę o Bogu, to żaden z żyjących ludzi nie ma ani drobnego ułamka takiej wiedzy, jaką ma ten upadły seraf.  Tylko wiedza jeszcze nikogo nie zbawiła, a do tego żadne stworzenie, łącznie z szatanem nie posiądzie nigdy pełnej wiedzy. Jednak w Księdze Koheleta czytamy:

Nieżywa mucha zepsuje naczynie wonnego olejku. Bardziej niż mądrość, niż sława zaważy trochę głupoty. (Koh 10,11)

A tu ta mucha, czy też odrobina głupoty dotyczy sprawy niezwykle ważnej i wonny olejek nagle zaczyna wydawać bardzo nieprzyjemną woń. Przypomina raczej swąd spalenizny, niż róże.

 

Pozostawmy zatem księdza Hryniewicza na boku, o którym pan Błaszkowski pisze, że "jest wybitnym teologiem, świetnie rozumiejącym takie zjawisko jak WSCHODNI SPOSÓB OBRAZOWANIA sprzed dwóch tysiącleci. Jest chlubą polskiej teologii". Jak widać dla jednych jest chlubą, inni za niego się wstydzą. My jednak zobaczmy jakie inne jeszcze argumenty przedstawił pan Błaszkowski. Pisze on dalej:

W Modlitwie Arcykapłańskiej Jezus wprost prosi Ojca o ZBAWIENIE WSZYSTKICH. Czyżby i tu "maczał palce Kudłaty"?

Już pisałem o tym i powtórzę jeszcze raz: Jezus nikogo nie przeznacza do potępienia. Każdy człowiek otrzymuje wystarczającą ilość łask, by osiągnąć zbawienie. Tak samo, jak każdy anioł mógł pozostać w stanie łaski. Zgadzamy się jednak chyba wszyscy, łącznie z panem Błaszkowskim i księdzem Hryniewiczem, że część aniołów na wieki odeszła od miłosiernego Boga. Podjęli taki wybór i Bóg ten wybór uszanował. Bóg kocha tak samo nas, ludzi, jak i wszystkie chóry anielskie. I tak samo szanuje nasze, jak i ich wybory.  Prośba Jezusa nie oznacza zatem zapowiedzi, że Bóg zbawi nas wszystkich bez naszej wiedzy i zgody.

 

Poza tym… poza tym gdzie w tej modlitwie On o to prosi? Jezus prosi:

Ojcze, nadeszła godzina! Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. (J 17, 1b-2)

Czyli prośba dotyczy tych, których "Ojciec dał Synowi". To nie są jeszcze wszyscy ludzie. Dalej w tej modlitwie słyszymy:

Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. (J 17, 8-9)

Ta modlitwa jest zatem prośbą za tymi, którzy przyjęli słowa Jezusa. On nawet tutaj nie prosi "za światem", ale za tymi, którzy poznali, że Jezus przyszedł od Ojca.

 

Dalej Jezus tak się modli:

Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. (J 17, 14-17)

Co to znaczy "świat ich znienawidził"? Drzewa? Góry? Nienawidzić mogą tylko stworzenia racjonalne, myślące i wolne, a w świecie jedynymi takimi stworzeniami są ludzie. Zatem to za chrześcijan modli się tu Jezus, by ich uchronić przed nienawiścią innych ludzi. Innych, którzy odrzucili Jezusa i nie uznali w Nim Syna Bożego. Nie widzę niczego w tej modlitwie, co by sugerowało "zbawienie wszystkich".

 

Dalej Jezus modli się takimi słowami:

Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. (J 17, 20-23)

Ponownie widać, że prosi On za tymi, którzy uwierzyli. Prosi także o łaskę jedności tych, którzy wierzą, aby i "świat" mógł uwierzyć i poznać, że to Ojciec posłał Syna. Oczywiście problem polega na tym, że modlitwa Jezusa nie odbiera nam wolnej woli. Ani my, chrześcijanie, nie stanowimy monolitu, ani się ku temu na razie nie zanosi, (a jak ekumenizm będzie rozumiany tak, jak to rozumie ksiądz Hryniewicz, to może i lepiej), więc i spekulacje, że "świat" uwierzy nie mają żadnych podstaw. Z pewnością ta modlitwa Jezusa nam ich nie daje.

 

Pan Błaszkowski pisze dalej:

"Nadzieja powszechnego zbawienia jest dobrze ugruntowana w Biblii. Oczywiście jest to tylko nadzieja, a rzeczywistość może wyglądać tak, że całe rzesze zostaną potępione."

Albo mamy zupełnie inne Biblie, albo zupełnie inaczej rozumiemy ten sam tekst. W jednym z poprzednich wpisów cytowałem kilkanaście wersetów uczących jednoznacznie, że piekło rzeczywiście istnieje i że trafia tam wiele osób. Nie znam natomiast żadnego wersetu, mimo, że Biblię regularni czytam od wielu lat, który by dawał nadzieję powszechnego zbawienia.  Pan Błaszkowski:

Nie rozumiem natomiast dlaczego aż tylu chrześcijan chce, aby to potępienie było połączone z WIECZNYMI MĘCZARNIAMI. Nawet Papież opisuje piekło jako "życie nierzeczywiste". Bez wrzącej smoły i polewania wrzątkiem. Rozumiem, że doznajemy od bliźnich krzywd, czasem bardzo ciężkich, ale zawziętość posunięta aż do żądania w rewanżu wiecznych męczarni to gruba przesada. Tym bardziej, że te męczarnie mają nikłe potwierdzenie w badaniach teologicznych.

To, że ktoś twierdzi, że istnieje choroba nowotworowa wcale nie oznacza, że chce, by ludzie na nią chorowali. To, że ja twierdzę, że Biblia i Kościół uczy jednoznacznie i wyraźnie, że istnieje piekło, nie oznacza wcale, że chcę, by tam ktokolwiek trafił. Każdy, kto czyta regularnie mojego bloga wie, że wielokrotnie pisałem o tym, że każdy z nas powinien rozbić wszystko co może, by pomóc w zbawieniu innych. Uważam, że jest tragedią, że zapomnieliśmy o postach, o modlitwie, że w polityce szukamy rozwiązań wtedy, gdy jedynie Bóg nam może te rozwiązania dać.

 

Pan Marek Błaszkowski czasem przypomina małe dziecko, które zamknie oczy i myśli, że go nikt nie widzi. Gdy zaczniemy powtarzać, że piekła nie ma, ono nie przestanie z tego powodu istnieć. I nikomu nie wyrządzimy łaski, nikomu nie pomożemy, negując pewne fakty. Tak jak nie pomożemy choremu, twierdząc, że nieprawdą jest, że od raka się umiera.

 

Wiele z powyższych uwag było już podanych w komentarzach pod poprzednimi notkami.  Nie jestem tu oryginalny i nie mam takich ambicji. Tak samo, jak nie jest oryginalny ani ksiądz Hryniewicz, ani pan Błaszkowski. Orygenes, święty Grzegorz z Nyssy, czy dzisiaj Hans Urs von Balthasar także flirtowali z tą ideą. I każdy z nich, łącznie z panem Błaszkowskim, jest niewątpliwie lepiej ode mnie wykształcony, inteligentniejszy i posiadający większą wiedzę. Ale z drugiej strony znalazłyby się dziesiątki przykładów ludzi równie wykształconych, inteligentnych i mądrych, dla których idea pustego piekła jest absurdalna.

 

Ja nie piszę w imieniu Kościoła, choć zawsze staram się być bardzo ortodoksyjny w przekazywaniu nauki Kościoła. Mogę się jednak mylić. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że nie mogę się zgodzić z poglądem głoszącym, że piekło jest, lub będzie puste i że wszyscy ludzie będą zbawieni. Ja ze swej strony zrobię wszystko, by tak się stało. Mam nadzieję, że żadna osoba przeze mnie nie utraci zbawienia, a wielu w jakiś sposób w osiągnięciu zbawienia pomogę, jednak głoszenie, że piekła nie ma na pewno w tym nie pomoże.

 

Bo to jest w końcu sedno całej tej kontrowersji. Można by wręcz zapytać: "Komu to służy i kto za tym stoi". I choć jasne jest, że Bogu nie chodzi o to, byśmy Go "pokochali ze strachu przed piekłem", to jest równie jasne i to, że tylko kudłatemu może zależeć na tym, byśmy przestali wierzyć w realne zagrożenie, jakim piekło jest. Świat bez Boga i świat bez piekła jest tak samo okrutny. Jeden i drugi nie ma sensu. I jeden i drugi jest nieprawdziwy. Bóg jest naprawdę i naprawdę stworzył moralną rzeczywistość. A moralna rzeczywistość wymaga, by były możliwe moralne wybory, które powodują prawdziwe konsekwencje.

 

Miłosierdzie Boże to nie jest atrybut, który powoduje, że my tracimy możliwość wyboru, wolną wolę i stajemy się marionetkami w rękach Boga. Miłosierdzie jest nadzieją dla grzeszników, którymi wszyscy jesteśmy. Bóg Miłosierny wybacza każdemu, kto Go o to poprosi, żałując za swe grzechy, choć tak naprawdę każdy z nas zasługuje na potępienie. Jednak Bóg nie pragnie zemsty. Udowodnił to na Krzyżu, który nie tylko pokazał nam czym jest Miłość Boga, ale też czym jest Jego Sprawiedliwość.

 

To tyle, co ja mam do powiedzenia na ten temat. Wiem, że nie wyczerpałem tematu, ale jest to temat na książkę, nie na felieton. Nie przekonałem też zapewne pana Błaszkowskiego, choć nie tracę nadziei, że spojrzy on na to zagadnienie z innego punktu widzenia. Że rozpatrzy argumenty każdej ze stron, że zastanowi się kto najbardziej korzysta na głoszeniu tezy o pustym piekle. Jako prawnik nie powinien mieć z tym najmniejszego problemu.

 

A ja chciałbym na koniec podziękować mu za sprowokowanie mnie do napisania tych kilku notek, bo temat piekła w dzisiejszych czasach jest niemodny. Nie słyszy się o nim na kazaniach, nie wypada wspominać o nim w towarzystwie, a jeżeli już, to co najwyżej w kontekście miłosiernego Boga, który przecież nie będzie takim okrutnikiem, by wysyłać nas na wieczne męki. Szatan odniósł sukces, osiągnął swój cel. Dlatego, uważam, trzeba powracać do tradycyjnego nauczania Kościoła, tym bardziej, że przecież i aktualny Katechizm, ten posoborowy, bardzo wyraźnie uczy, że piekło istnieje. Co więcej, nigdzie, nawet w najmniejszym stopniu nie sugeruje on, że piekło mogłoby być puste.

 

Nie dajmy się więc zwieźć teologom, którzy de facto uczą indyferentyzmu. Nie dajmy się zwieźć temu, któremu najbardziej zależy, byśmy uwierzyli w jego bezsilność. Piekło jest realne i każdy z nas, odrzucając Boga tam się znajdzie. A odrzucenie Boga nie musi być i zwykle nie jest uroczystą deklaracją. Zazwyczaj są to wybory, jakich dokonujemy każdego dnia. W pracy, w prowadzeniu biznesów, w składaniu oświadczenia podatkowego, w życiu rodzinnym, w decyzji o wielkości naszej rodziny, przy urnie wyborczej, w doborze przyjaciół i w tym, jak spędzamy wolny czas. Te decyzje każdego dnia przybliżają nas do Boga, lub od Niego oddalają. Wielu z nas wierząc, że piekła nie ma jest w nim już teraz. I jeżeli się nie nawrócimy, moment śmierci tylko ten wybór potwierdzi i ukaże nam bez żadnych osłonek. Wtedy jednak już będzie zbyt późno.

 

A gdzie "TO" jest w Biblii? Piekło Do diabła z tym piekłem! 1 Do diabła z tym piekłem! 2 Do diabła z tym piekłem! 3

Notki pana Błaszkowskiego:  Kto się będzie smażył w piekle? Miłość ze strachu przed piekłem?

 

PS. Po skończeniu tej notki sprawdziwłem pocztę i komentarze pod blogiem w Salonie24.  Znalazłem tam komentarz pana Marka.  Bardzo osobisty. Chciałbym zatem powrócić tu do tych kilku jego uwag. Pan Marek pisze między innymi:

Wszczynając ten temat chciałem tylko wskazać na Jezusa, jako jedyne źródło mojej nadziei, jako jedyny sens mojego życia.

Nietylko dlatego, że jestem słaby, że czynię czego nie chcę, że zawodzę tych, których kocham, a daję sobą manipulować ludziom złym i przewrotnym, że wreszcie nie umiem nawet kochać samego siebie. […]

Jeśli Jezus nie zbawi wszystkich, to nie ma nadziei, bo JA JESTEM OSTATNI W KOLEJCE. Dla mnie zbawienie dostępne jest tylko wtedy, jeśli obejmie WSZYSTKICH. A co z tymi, których wciąż zawodzę? Stoją obok mnie,na szarym końcu, przez miłość.

Drogi panie Marku! Kandydatów do tego ostatniego miejsca jest wielu. Zaczynając od świętego Pawła:

W końcu, już po wszystkich, [Jezus] ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi.9. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. (1 Kor 15, 8-9)

Jednak nadzieja nasza, Pana, moja, czy świętego Pawła nie musi polegać na zbawieniu wszystkich. Z Pana słów wynika jasno, że dla Pana Jezus jest tą nadzieją. Jedna kropla Jego krwi wystarczy, by nas wszystkich zbawić. Jednak ani Pan, ani ja, ani święty Paweł nie odrzucamy tej nadziei. Nie wypieramy się Jezusa. W Nim i tylko w Nim pokładamy naszą nadzieję.

 

Ani ja, ani Kościół nie neguje faktu, że każdy, który błaga o Boże Miłosierdzie, nie zawiedzie się. I choć żaden z nas nie zasługuje na taki dar i choć nikt z nas nie zapracował sobie na niego, otrzymamy go, bo Bóg nas kocha. Tu, myślę, zgadzamy się w zupełności. Są jednak ludzie, którzy nie chcą tego miłosierdzia. Albo uważają, że go nie potrzebują, albo wręcz są w stanie rebelii i buntu wobec Boga, albo z jakiegokolwiek innego powodu wybierają wieczność bez Boga.

 

I na koniec jeszcze jedna, myślę, że bardzo istotna uwaga. Tylko Bóg może sprawiedliwie ocenić nasze serca. Wielu bowiem z nas, ocenianych z zewnątrz jako "świętoszki" jest grobami pobielanymi. Chodzącymi zombie. Z kolei wielu z tych, których świat ocenia bardzo negatywnie, odnajdzie w sobie tę iskierkę nadziei, by błagać o przebaczenie. często nawet w ostatniej sekundzie życia. Bo nasze sumienia, nasze zachowanie jest zdeterminowane bardzo wieloma czynnikami.

 

Pan, jako prawnik, wie, że wina często jest uzależniona od warunków, w jakich ktoś żyje. Czasem działamy w silnym afekcie, czasem motywy są szlachetne, gdy czyn obiektywnie jest zły. Zabicie kogoś, kto się nad nami znęca od lat, fizycznie, psychicznie, czy seksualnie ma inny wymiar moralny i }podpada pod inny paragraf" niż zabicie kogoś z niskich, materialnych pobudek.  Ale w systemie prawnym takie rozróżnienia zawsze są niedoskonałe, bo sędziowie są niedoskonali. Bóg jednak jest doskonałym sędzią i zna nas lepiej niż my sami.

 

Dziękuję za te pańskie słowa. Mam nadzieję, że w naszej dyskusji nie posunąłem się w swym sarkazmie zbyt daleko. Tak trudno pamiętać zawsze o słowach mojego patrona, świętego Piotra, który powiedział:

Lecz Chrystusa Pana poświęcajcie w sercach waszych, zawsze gotowi do obrony przed każdym, domagającym się od was wytłumaczenia się z nadziei waszej. Lecz czyńcie to z łagodnością i szacunkiem. Miejcie sumienie czyste, aby ci, którzy zniesławiają dobre chrześcijańskie życie wasze, zostali zawstydzeni, że was spotwarzali. ( 1 P 3, 15-16, BW)

Z tą łagodnością i szacunkiem zawsze bywa najtrudniej i w zapale dyskusji walczymy o argumenty, zapominając często o człowieku. Zatem przepraszam za wszystkie moje złośliwości i uszczypliwe uwagi i mam nadzieję, że pozostaniemy przyjaciółmi. Pozdrawiam serdecznie, z Panem Bogiem.

 

Komentarzy: 8


Do diabła z tym piekłem! 3

Kategoria: Religia Thursday, 10 June 2010, 03:28

Po uzasadnieniu dlaczego piekło jest rzeczywiste i realne, po przypomnieniu co sam Jezus w Ewangeliach, oraz święci i mistycy uczą nas o nim, czas ustosunkować się do niektórych zarzutów osób, którym nie podobało się to, co napisałem i co dla mnie jest tak oczywiste. Zacznę od uwag pana Marka Błaszkowskiego, bo on był przyczyną dla której w ogóle zająłem się "Problemem piekła".

 

Komentując jedną z moich wcześniejszych notek pan Marek napisał:

"1.Zwracałem uwagę, że narracja biblijna idzie równolegle dwutorowo. Z jednej strony mamy szereg zapewnień Boga (także w Osobie Jezusa) o pragnieniu Zbawienia WSZYSTKICH. Cytowałem kilka stosownych fragmentów. Jeśli Pan sobie życzy, przygotuję ich więcej."

2.Równolegle z zapewnienieniami o Bożym pragnieniu zbawienia wszystkich występują liczne ostrzeżenia o "strasznym Dniu Sądu Pańskiego" i zagładzie bezbożnych.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem całkowicie. Jednak "pragnienie zbawienia wszystkich", a "zbawienie wszystkich" to są zupełnie różne rzeczy. Nie ma więc, moim zdaniem, żadnej "dwutorowości" w Biblii, w sensie sprzecznych idei, sprzecznych przesłań. Jezus nie jest schizofrenikiem, nie straszy nas piekłem, by za moment nam sugerować, że wszyscy będą zbawieni. Wersety Biblii nie są nigdy sprzeczne, ani też nie jest tak, że jedne są ważniejsze od innych. Wszystkie są Słowem Bożym i musimy je rozumieć w ich wzajemnych relacjach. One się uzupełniają, a nie wykluczają.

 

Ofiara Jezusa jest wystarczająca dla każdego człowieka. Celem tej Ofiary było umożliwienie zbawienia każdemu człowiekowi. Nie jesteśmy kalwinistami, którzy uważają, że Bóg przeznaczył niektórych do wiecznego potępienia. Takie rozumienie chrześcijaństwa rzeczywiście nie jest do pogodzenia z naszą wiedzą o Bogu, który jest Miłością. Jednak nie możemy zapominać, że prawdziwa miłość zawsze jest wolna.

 

Gdy młody chłopak pokocha jakąś dziewczynę, stara się zdobyć jej serce. Kupuje kwiaty, czekoladki, "bajeruje", ubiera czystą koszulę i nawet myje uszy i zęby. Robi wszystko co mu przychodzi do głowy, by tylko sprawić, że ona zacznie spoglądać na niego przychylnym okiem. Ale gdy nie osiągnie sukcesu, to gdy kocha naprawdę, zaczyna pisać żałosne i najprawdopodobniej bardzo kiczowate wiersze, traci apetyt, sen i zdrowy rozsądek,  opowiada wszystkim jaki to on jest nieszczęśliwy, czy wręcz, niczym młody, cierpiący Werter, być może nawet usiłuje się zabić.  Nie pochwalając takiej egzaltacji jesteśmy w stanie zrozumieć to zachowanie. Jesteśmy gotowi współczuć z nieszczęśliwie zakochanym.

 

Załóżmy jednak, że ten nieszczęśliwie zakochany człowiek zamiast starać się o względy ukochanej osoby porwie ją, uwięzi i przemocą uczyni z niej niewolnicę-kochankę, gwałcąc jej wolność i wybór wbrew  jej woli. Co wtedy? Zgodzimy się chyba wszyscy, że taki czyn udowadnia z pełną jaskrawością, że on jej wcale nie kochał. Kochał tylko siebie, a w stosunku do dziewczyny odczuwał jedynie żądze.

 

Jednak gdy spojrzymy na naszą rzeczywistość bez piekła, gdy założymy, że Bóg stworzył Świat, w którym wszyscy kończymy w Niebie, to Świat taki znacznie bardziej przypomina ten drugi scenariusz. Bóg okazuje się potworem, który najpierw straszy nas piekłem, sugeruje, że musimy spełnić wiele bardzo trudnych warunków, by osiągnąć zbawienie,  poprzez prywatne objawienia daje nam osobiście i poprzez swą Matkę wizje ukazujące dusze potępionych ludzi w piekle, a potem nam mówi: "A kuku, piekła nie ma, musicie wszyscy być ze mną szczęśliwi w Raju".

 

Dla mnie jest to tak nielogiczna idea, głupia wręcz, że naprawdę uważam, że trzeba mieć co najmniej habilitację z teologii by uwierzyć w taki scenariusz. I nazwać to na dodatek wynikiem Bożego Miłosierdzia.  Gdzie tu jest Miłosierdzie Boże? Ja go naprawdę nie potrafię dostrzec.

 

Bóg stworzył wiele istot które nigdy nie pójdą do piekła. Niezależnie od tego co zrobią, piekło im nie grozi. Jedna z takich istot merda koło mnie ogonem. Ma na imię Misiek, jest miniaturowym, przemiłym pudelkiem i od czternastu lat  każdego dnia wielbi Boga całym swoim maleńkim jestestwem. Robi to, bo nie ma wyjścia. Bo jest zwierzęciem, które nie potrafi podejmować moralnych wyborów. Nie można więc o nim powiedzieć, że zrobił coś złego, czy dobrego. Robi tylko to, co mu instynkt zgodny z jego naturą nakazuje.

 

Zwolennicy naszej rzeczywistości bez piekła redukują nas do poziomu zwierząt, a Boga do okrutnika, który dał nam jedynie  iluzję jakiś wyborów, postraszył, nakazał spełniać całą masę rzeczy które nie mają żadnego znaczenia, by w końcu i tak wszystkich umieścić w tym samym miejscu. Czy tego chcą, czy nie. Ale po co? Dlaczego?  czy Boga, ich zdaniem, bawi takie naigrawanie się ze swych stworzeń? Czy jesteśmy igraszką, zabawką w rękach Boga, ku Jego rozrywce? Czy raczej Bóg kocha nas prawdziwie, dając nam wolność wyboru do końca? Także możliwość odrzucenia Go, ze wszelkimi konsekwencjami takiej decyzji.

 

Bóg rzeczywiście pragnie zbawienia każdego człowieka. Każdemu też daje wystarczająco wiele łask, by on  to zbawienie osiągnął. Co więcej, Bóg dał nam Kościół, który sprawia, że to wcale nie jest trudne. Poprzez sakramenty i poprzez naukę Kościoła, która nie zawiera żadnych błędów, osiągnięcie zbawienia jest łatwiejsze niż ukończenie wydziału prawa na przeciętnym uniwersytecie. Wystarczy tę  naukę poznać i według niej postępować. Problem polega jednak na tym, że my często wiemy lepiej…

 

Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas:

633. […] Jezus nie zstąpił do piekieł,by wyzwolić potępionych, ani żeby zniszczyć piekło potępionych, ale by wyzwolić sprawiedliwych, którzy Go poprzedzili.

 

1033. […] Umrzeć w grzechu śmiertelnym, nie żałując za niego i nie przyjmując miłosiernej miłości Boga, oznacza pozostać z wolnego wyboru na zawsze oddzielonym od Niego. Ten stan ostatecznego samowykluczenia z jedności z Bogiem i świętymi określa się słowem „piekło".

 

1035 Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, „ogień wieczny". Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.

Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego:

213. Jak pogodzić istnienie piekła z nieskończoną dobrocią Boga? Bóg, który chce „wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9), stworzywszy jednakże człowieka jako istotę wolną i odpowiedzialną, respektuje jego wybory. Dlatego to sam człowiek, w pełnej wolności, wyłącza się dobrowolnie ze wspólnoty z Bogiem, jeśli aż do momentu własnej śmierci trwa w grzechu śmiertelnym, odrzucając miłosierną miłość Boga.

Pan Błaszkowski:

3) Biblia nie opisuje natomist piekła jako miejsca wieczystego znęcania się na grzesznikami (w przeciwieństwie do barwnych opisów polewania wrzątkiem, które zawiera Koran). Biblia mówi o ZAGŁADZIE bezbożnych,a nie o znęcaniu się. Stwierdzenie o mękach wieczystych występuje bodajże dwa razy. Raz w cytacie, który Pan przywołał, a drugi raz w cytacie dotyczącym wyłącznie szatana i jego aniołów.

Pozwolę sobie niezgodzić się z taką opinią. W poprzednich notkach podawałem już przykłady wersetów ukazujących nam piekło jako miejsce, które będzie trwało wiecznie. Przypomnę je poniżej. Zgadzam się natomiast, że nie jest to miejsce "znęcania się" nad kimkolwiek. Ani Kościół, ani Biblia ani ja nie twierdziliśmy nigdy i nigdzie, że Bóg "znęca się" nad kimkolwiek, czy to w piekle, czy też w innym miejscu. Jedynie gdybyśmy przyjęli, że piekła rzeczywiście nie ma, albo, że jest puste, albo, że za jakiś czas przestanie istnieć, to moglibyśmy uznać, że Bóg się nad nami znęca, okrutnie się z nas naigrywając i kpiąc sobie z nas.

Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3, 12)

 

Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. (Mt 18, 8)

 

Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. (Mk 9, 43)

 

Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! […] Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 41, 45-46)

 

Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne. (Ga 6, 7-8)

Poza tym… jakie znaczenie ma to, czy Biblia wspomina o czymś raz, czy sto razy? Każde słowo Jezusa jest Słowem Bożym i On naprawdę nie musi niczego powtarzać w nieskończoność. Możemy Mu zaufać nawet wtedy, gdy powie coś jeden, jedyny raz.

(CDN)

Komentarzy: 5


Do diabła z tym piekłem! 2

Kategoria: Religia Saturday, 10 April 2010, 02:49

Clinton umarł i stanął u bram Nieba. Wyszedł święty Piotr i pyta go dlaczego sądzi on, że powinien uniknąć kary piekła. -Cóż, -odpowiada nasz były prezydent, a z wykształcenia prawnik. -Co prawda miałem w ustach zapalonego skręta z marihuaną, ale nie można tego nazwać paleniem marihuany, bo się nie zaciągałem. Miałem przygodę z pewną stażystką, ale nie można tego nazwać cudzołóstwem, bo nasze zabawy nie były tym, co można by zdefiniować jako stosunek seksualny. Poza tym byłem oskarżany o krzywoprzysięstwo, ale nie można tego nazwać mówieniem fałszywego świadectwa, gdyż z prawnego punktu widzenia nie skłamałem wcale. Nie widzę zatem powodu, bym był posłany do piekła.

Święty Piotr pomyślał, skonsultował się z Sędzią, zajrzał do Księgi Życia i ogłosił wyrok:

-Panie prezydencie, poślemy pana do bardzo gorącego miejsca, ale nie nazwiemy tego ogniem. Będzie to miejsce cierpienia, płaczu i zgrzytania zębami, ale nie nazwiemy tego piekłem. Spędzi pan tam bardzo długi okres czasu, tak długi, że nigdy się nie kończący, ale nie nazwiemy tego wiecznością."

 

Nasze poglądy na wiele spraw kształtują inni ludzie. Rodzice, nauczyciele, przyjaciele. Zapewne jest to także prawdziwe w naszym rozumieniu chrześcijaństwa, nauki Kościoła Katolickiego. Teolodzy nie zawsze się ze sobą zgadzają i nie musi to być złą rzeczą. Jednak gdy ich teorie zaczynają przeczyć wyraźnemu przekazowi Biblii, to zaczyna się problem.

 

Nawet najwybitniejsi z teologów nie są nieomylni. Błędy popełniali i św. Augustyn i święty Tomasz Akwinata. Nikt z ludzi nie jest nieomylny. Nieomylny jest tylko Kościół. Nie zmienia to w niczym faktu, że każdy z nas ma jakiś ulubionych teologów i jakieś ulubione teorie.

 

Faktem jest, że wśród teologów toczy się aktualnie debata, w której niektórzy, nawet "wybitni" (cokolwiek by to nie oznaczało) stwierdzają: "OK, może rzeczywiście piekło istnieje, ale… nikt tam nie MUSI być… Czyż nie mamy nadziei, że w końcu WSZYSCY będziemy zbawieni?" Ale ja nie mam odwagi mieć takiej nadziei. Dlaczego? Bo nie ma niczego w Słowie Bożym, co prowadziłoby nas do takiego wniosku.

 

Gdybyśmy uznali to za prawdopodobną hipotezę, to te słowa Jezusa o Judaszu nie miałyby żadnego sensu:

Biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. (Mt 26, 24b)

Jeżeli nie ma piekła, lub piekło będzie puste, to Judasza czeka wieczne i niewyobrażalne wprost  szczęście, a słowa Jezusa są … czy ja wiem? Kłamstwem? Kpiną z nas? Niesmacznym żartem?  Ale nie sądzę, by tak było. Sądzę, że słowa Jezusa są Prawdą i choć Kościół nigdy nie ogłosił, że Judasz, lub ktokolwiek inny został potępiony, to jednak nie zmienia to w niczym faktu, że słowa zawsze coś znaczą, a słowa Jezusa znaczą szczególnie dużo.

 

Jezus ustanowił Kościół, by głosił On Dobrą Nowinę. Nie jest zadaniem Kościoła ogłaszanie listy potępionych. Nie Kościół sądzi ludzi, Sędzią jest tylko Bóg. Zatem z ciszy Kościoła na temat miejsca przebywania Judasza, czy innych, nie wolno nam wyciągać wniosku, że piekło jest puste. Natomiast ze słów Jezusa, który jest Sędzią i który osądził także Judasza możemy wyciągnąć pewne wnioski i wnioski te wcale nie sugerują jakoby piekło było puste, lub by w ogóle nie istniało.

 

Przypatrzmy się innym wersetom Biblii. Posłuchajmy, czego tak naprawdę Jezus naucza. Czego naucza Jezus, nie "wybitni teologowie":

Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3, 12)

 

Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. (Mt 5, 20)

 

A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego. (Mt 5, 22)

 

Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. (Mt 5, 29)

 

Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6, 15)

 

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. (Mt 7, 13)

 

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. (Mt 7, 15-19)

 

Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! (Mt 7, 22, 23)

 

Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10, 22)

 

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 34-39)

 

Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi lżej będzie w dzień sądu niż wam. A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Aż do Otchłani zejdziesz. Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które się w tobie dokonały, zostałaby aż do dnia dzisiejszego. Toteż powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie. (Mt 11, 21-24)

 

Dlatego powiadam wam: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym. (Mt 12, 31-32)

 

Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście? Przecież z obfitości serca usta mówią. Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy, zły człowiek ze złego skarbca wydobywa złe rzeczy. A powiadam wam: Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony. (Mt 12, 34-37)

 

Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon.[…]  I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni. Tak będzie i z tym przewrotnym plemieniem. (Mt 12, 41-42, 45b)

 

On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 13, 37-42)

 

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 13, 47-50)

 

Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle? (Mt 23, 33)

 

Lecz jeśli taki zły sługa powie sobie w duszy: Mój pan się ociąga, i zacznie bić swoje współsługi, i będzie jadł i pił z pijakami, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna. Każe go ćwiartować i z obłudnikami wyznaczy mu miejsce. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 24, 48-51)

 

Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 45-46)

To tylko przykłady z jednej Ewangelii.  Przykładów można by przytoczyć znacznie więcej. Od pozostałych Ewangelii, przez Listy Pawłowe po Apokalipsę. Biblia jednoznacznie uczy o istnieniu piekła które nigdy nie przestanie istnieć.

 

Takie słowa, jak "ogień nieugaszony", "kara piekła ognistego", "Ojciec wasz nie przebaczy wam", "wielu jest takich, którzy idą drogą prowadzącą do zguby", "Będzie wycięte i w ogień wrzucone", "kto chce znaleźć swe życie straci je", "Aż do otchłani zejdziesz", "nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym", "na podstawie słów twoich będziesz potępiony", "wrzucą ich w piec rozpalony", czy "pójdą ci na mękę wieczną" coś znaczą. Nie trzeba być prawnikiem,  by to zrozumieć.

 

A może po prostu nie można być prawnikiem? Może trzeba stać się jak dziecko, by zrozumieć takie, wydawałoby się, oczywiste prawdy? Bo z prawnikami bywa różnie. Najlepszym przykładem tego jest nasz były prezydent. W sądzie czasem wiele zależy od tego, jaka jest definicja słowa "jest". Ale u Boga nie pomoże nam żaden prawny kruczek. Nauka Biblii jest tu niezwykle klarowna. I choć są w Niej wersety trudne do zrozumienia, to tutaj można by powtórzyć za Markiem Twainem: "To nie te rzeczy w Biblii których nie rozumiem wprawiają mnie w zakłopotanie, lecz te, które rozumiem doskonale".

Komentarzy: 13


Do diabła z tym piekłem! 1

Kategoria: Religia Wednesday, 10 March 2010, 21:35

Moja ostatnia notka o piekle, sprowokowana tekstem pana Marka Błaszkowskiego, była częścią cyklu w którym moją ambicją jest przybliżenie, czy też przypomnienie „katolickich wersetów” w Biblii. Jednak sam temat wywołał tak burzliwą dyskusję na Frondzie i w Salonie24, że dobrze byłoby napisać coś więcej na ten temat.

 

Ja wierzę w istnienie piekła, wierzę, że jest ono wieczne i uważam, że jest tam wiele dusz. Nie dlatego, że tak bym chciał. Wręcz przeciwnie. Wiele bym dał za to, by tak nie było. Uważam tak, bo jestem przekonany że to jest prawda.

 

Wierzę w istnienie piekła bo nauczał o nim sam Pan Jezus, apostołowie, a po nich biskupi i cały Kościół przez wszystkie wieki. Ale wierzę także dlatego, że jest to bardzo logiczna nauka, jeżeli tylko się naprawdę rozumie czym ono jest.  Gdy to zrozumiemy, staje się oczywiste dlaczego nie jest to sprzeczne z naszą wiedzą o Bogu, który jest Miłością.

 

Piekło jest rezultatem istnienia trzech rzeczy: Boga, nas i kudłatego.  Jest rezultatem istnienia nie tylko Bożej Sprawiedliwości, Mocy i Mądrości ale także, a może nawet przede wszystkim, jak uczył święty Tomasz, Bożego Miłosierdzia.

 

Jeżeli odrzucimy Bożą Miłość, to co nam zostaje? Bóg jest Miłością, więc odrzucając miłość tak naprawdę odrzucamy samego Boga. Kim jednak jest nasz Bóg? List do Hebrajczyków uczy:  „Bóg nasz bowiem jest ogniem pochłaniającym” (Hbr 12,29)

 

Ogień może grzać i może parzyć. Może dawać życie i może je zabierać. Gdy sami staniemy się miłością, zjednoczymy się z Ogniem Miłości Bożej. Gdy tę Miłość odrzucimy, będzie ona nas potwornie parzyć. Także w piekle, bo przed Bożą Miłością nie ma ucieczki.

 

To tu, na ziemi, sami już żyjemy w niebie, albo w piekle. To tu dokonujemy swych wyborów. I tu znajdujemy odpowiedź na wszystko, ukrytą w znakach, ukrytą, lecz widoczną dla tych, którzy mają oczy. My sami, w zależności od okoliczności, w różny sposób odczuwamy te same gesty. Gdy nas ukochana osoba przytula i całuje, a my czujemy w stosunku do niej to samo uczucie miłości, to gesty jej powodują, że jesteśmy „w siódmym niebie”. Jednak gdy jesteśmy na nią źli, obrażeni, gdy nas czymś poirytowała i wkurzyła, jej karesy są nam obrzydliwe i wstrętne. Pomnóżmy to przez nieskończoność i otrzymamy ekstazę Nieba, albo  piekielne męki.

 

To my sami wybieramy piekło. Jeżeli to zrobimy, my sami będziemy je nienawidzić, będziemy nienawidzić siebie za ten wybór, nienawidzić szatana i inne osoby z nami się tam znajdujące, ale jeszcze bardziej będziemy nienawidzić Boga. Tak, jak nienawidzimy to uczucie, którego doświadczamy, gdy nas ukochana, lecz chwilowo znienawidzona osoba chce przytulić, równocześnie nienawidząc  jeszcze bardziej ideę pogodzenia się z nią w tym akurat momencie.

 

Jak to kiedyś napisał CS Lewis, piekło jest zamknięte od środka. Męki piekielne nie są czymś, co Bóg narzuca komukolwiek. Męki piekielne to coś, co jest w nas. To odrzucenie Boga jest tym bólem. Tak, jak w kłótni małżeńskiej bólem jest to, że odrzuciliśmy miłość kochającej nas osoby. Lecz w małżeństwie chmury w końcu się rozwieją i pogodne dni powrócą. Po śmierci już takiej szansy nie mamy. W momencie śmierci, w dniu sądu, ziemski czas przestaje płynąć.  Nasz wybór staje się zdeterminowany na całą wieczność.

 

Dzieci, gdy zostaną przyłapane na jakimś wykroczeniu, mówią, że im przykro, ale czasem jest im przykro nie dlatego, że sprawili rodzicom ból, ale dlatego, że zostały przyłapane. Czasem bywają wręcz sarkastyczne. „Przepraszam, że zjadłam tę czekoladę. Już nigdy nie wezmę czekolady do ust” odpowiada córeczka z przekąsem i tym znaczącym spojrzeniem w stronę tyrana taty, który się czepia o niewinną tabliczkę mlecznej z orzechami piętnaście minut przed obiadem.

 

Znowu pomnóżmy to o nieskończoność i będziemy mieli „potępione dusze”. Potępione przez nie same.  I jasne, że nie o czekoladę tu chodzi. Jednak grzesznik, który się nie nawrócił, jest jak takie dziecko. Obraziwszy Boga, gdy w dniu Sądu zostaje mu to objawione, obrażony mówi” „Fine!”  Na złość mamie odmrożę sobie uszy. Na złość Bogu odejdę w wieczyste męki.

 

Pan Błaszkowski, mówiąc w skrócie, starał się przedstawić pogląd, czy spekulację teologiczną mówiącą, że piekło w ostateczności będzie puste. By nie być posądzonym o przekłamanie jego stanowiska zapraszam na jego blog, do tekstów „Kto się będzie smażył w piekle” i Miłość ze strachu przed piekłem? Ja tu jedynie postaram się odpowiedzieć na niektóre stwierdzenia pana Błaszkowskiego, zawarte w jego notkach i w komentarzach pod moim ostatnim postem.

 

Zanim jednak nawiążę do jego słów, chciałbym najpierw powrócić do Biblii. W mojej poprzedniej notce starałem się jedynie przedstawić te wersety, które mówią o „ogniu piekielnym”. Wersety, które pokazują piekło jako miejsce mąk, cierpień. Jednak nie są to jedyne wersety wspominające to miejsce. Co dziwniejsze dla wielu osób, to właśnie sam Jezus wspomina często o piekle. Miłosierny Jezus mówi o piekle więcej razy, niż cała Biblia, wszystkie Księgi, cały ten „okrutny” Stary Testament razem wzięty. Zanim jednak powrócę do Biblii, przypomnę co mistycy i wizjonerzy nam przekazali o piekle. Wspomnę tylko świętą Faustynę i dzieci z Fatimy.

 

Święta Faustyna, ta „sekretarka Miłosierdzia Bożego”, mistyczka, której „Dzienniczek” został skrupulatnie zbadany czy nie zawiera czegoś niezgodnego z nauką Kościoła, wspomina wielokrotnie o piekle. Oto jeden z przykładów:

W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie idąc tą drogą tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca, nie spostrzegają się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach. (Dz 153)

Być może najbardziej wymowny jest ten opis wizji, jakiej udzielił jej w swym miłosierdziu Bóg:

Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność; widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka jest ustawiczne, towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są męki zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny, i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie jako tam jest. Ja, Siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego, musieli mi być posłuszni. To com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżeli bym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem. (Dz 741)

Siostra Faustyna także nam przypomniała, czy raczej przekazała słowa Jezusa, który nam to przypomina, że to my sami wybieramy piekło:

Często towarzyszę duszom konającym i wypraszam im ufność w miłosierdzie Boże i błagam Boga o wielkość łaski Bożej, która zawsze zwycięża. Miłosierdzie Boże dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby było wszystko stracone, lecz nie tak jest; dusza oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej, zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga [przebaczenie] i win i kar, a na zewnątrz nie daje nam żadnego znaku, ani żalu, ani skruchy, ponieważ już na zewnętrzne rzeczy oni nie reagują. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale o zgrozo – są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło, udaremnią wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą i nawet same wysiłki Boże… (Dz 1698)

Pierwsza Tajemnica Fatimska to, przypomnę, wizja piekła:

„Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze jakby były przezroczystymi czartami lub brunatnymi żarzącymi się węgielkami w ludzkiej postaci. Unosiły się w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu. Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można by ogłupieć i umrzeć ze strachu. Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych, nieznanych zwierząt. Lecz i one były przejrzyste i czarne. Ten widok trwał tylko chwilę. Dzięki niech będą Matce Najświętszej, która nas przedtem uspokoiła obietnicą, że nas zabierze do nieba. Bo gdyby tak nie było, sądzę, że bylibyśmy umarli z lęku i przerażenia”

 

Powie ktoś, że te wyobrażenia to jedynie symbol tego, czym piekło jest. I z pewnością trzeba się z taką opinią zgodzić. Jednak symbol zawsze coś symbolizuje. To coś jest pewną rzeczywistością, a rzeczywistość ta nie jest wcale łagodniejsza, łatwiejsza niż wizja, jaką zobaczyła Faustyna, albo dzieci w Fatimie.

 

Oni sami przyznają, że ich opis nie jest doskonały, bo z pewnością żaden żyjący nie może w pełni zobaczyć okropności piekła. Bóg ukazując im je musiał je jakoś zobrazować, tak, jak Bóg posyłając anioła do ludzi musi go pokazać jako człowieka, albo przynajmniej jako jakąś widzialną, materialną postać. Inaczej po prostu anioł nie byłby w stanie wypełnić swej misji, bo przecież jako duch nie byłby w ogóle widzialny.

 

Zatem powtórzę jeszcze raz: Nie upieram się wcale, że ogień piekielny to coś identycznego do ognia, jaki znamy z ziemi, będącego wynikiem gwałtownego utleniania się jakiś związków węgla. Zapewne nie ma nic z ziemskim ogniem wspólnego. Ogień jest tu symbolem, ale symbolem czegoś, co w rzeczywistości jest nieporównanie gorsze od najgorszego poparzenia, czy nawet spłonięcia żywcem.

 

Podczas objawień w Fatimie, 19. sierpnia Maryja powiedziała dzieciom:

„Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.”

Co te słowa mogłyby oznaczać, gdyby  było ono puste? Czy Bóg posyła nam swą Matkę, by bełkotała bez sensu i znaczenia? Czy może raczej powinniśmy uwierzyć w to, co Ona nam chce przekazać?

 

Oczywiście bardzo mądrzy teologowie, mający doktoraty i habilitacje i tytuły profesorskie zaraz tu zanegują oczywiste prawdy. Powiedzą, zresztą nie bez słuszności, że to tylko prywatne objawienia i że nikt w nie nie musi wierzyć. Zgodzę się z tym. Nikt nie musi. Ale każdy musi wierzyć w Słowo Boże, w Objawienie zawarte w Biblii. Zatem ciąg dalszy tych „piekielnych rozważań” będzie powrotem do Biblii. Zrobię to jednak w kolejnej notce, bo ta i bez tego jest wystraczająco długa.

 

Komentarzy: 6


A gdzie "TO" jest w Biblii? Piekło

Kategoria: Religia Sunday, 10 January 2010, 07:57

Pan Marek Błaszkowski na swym blogu napisał niedawno: "Biblia nie zawiera opisu piekła. Śmierć jest przedstawiana jako stan niebytu, otchłań, Szeol, w którym nie ma myśli, ani pamięci."

 

Cóż, pan Błaszkowski ma dość dziwne poglądy na wiele rzeczy i to jest jego sprawa. Jednak wiara istnienie piekła nie jest opcją w wierzeniach chrześcijan. Jest to dogmat wiary i Biblia naucza tego w sposób jednoznaczny:

Teraz powstanę – mówi Pan – teraz się podniosę, teraz stanę wysoko. Poczniecie siano, zrodzicie słomę, me tchnienie jak ogień was pożre. Staną się ludy wypalonym wapnem, jak ścięte ciernie w ogniu spłoną. Słuchajcie, najdalsi, co uczyniłem, poznajcie, najbliżsi, mą siłę! Grzesznicy na Syjonie się zlękli, bezbożnych chwyciło drżenie: Kto z nas wytrzyma przy trawiącym ogniu? Kto z nas wytrwa wobec wieczystych płomieni?  (Iz 33, 10-14)

Wbrew temu co się powszechnie uważa, to Nowy Testament i sam Jezus w sposób wyraźny i jednoznaczny uczą o istnieniu piekła. I to piekła "z płonącym ogniem", nie jakiegoś stanu niebytu, bez naszej świadomości. Wyraźniej nawet, niż było to oznajmione w Starym Testamencie. Najpierw zapowiada to "ostatni z proroków, Jan Chrzciciel:

On tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Łk 3, 16-17)

Potwierdza to sam Jezus:

Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! […]  I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 41 i 46)

Jedyne wersety mówiące o "śnie" po śmierci pochodzą z zamierzchłych czasów, gdy wiedza o sprawach przyszłych była mglista i niejasna. Mówią one zatem o tym, co się dzieje ze zmarłym z naszej perspektywy, z perspektywy ludzi żyjących na ziemi. Dla nas oni rzeczywiście śpią, nieświadomi tego, co się wokół nich dzieje. Nie znaczy to wcale, że z ich punktu widzenia wygląda to tak samo. Nie zapominajmy, że jeszcze w czasach Jezusa tak znaczna frakcja Judaizmu, jaką tworzyli Saduceusze, negowała istnienie jakiegokolwiek życia po śmierci. To dopiero w Jezusie otrzymaliśmy pełnię objawienia i dlatego to Jego słowa musimy uznać za ważniejsze. Uczy On nas bowiem pełnej prawdy.

 

W komentarzach pod swym tekstem pan Błaszkowski pisze: "proponuję przeczytanie np. 11 rozdziału Listu do Rzymian. I zapoznanie się z teologią Wacława Hryniewicza". Pan Hryniewicz mnie nie bardzo interesuje, największym problemem są właśnie tacy teolodzy od siedmiu boleści. Ale rozdział 11 Listu do Rzymian znam bardzo dobrze i nie widzę tam nic, co przeczyłoby istnieniu piekła.  By zrozumieć świętego Pawła należy zrozumieć co on ma na myśli mówiąc o "Izraelu". Święty Paweł   bowiem, celowo, rozróżnia znaczenie słów "Juda", Żydzi, a Izrael. Izraelem są zaginione pokolenia, Samarytanie, ja i Ty. My wszyscy mamy teraz szansę na zbawienie. Takie jest znaczenie rozdziałów 9-11 Listu do Rzymian. Wersety te nie mówią nic na temat istnienia, czy nie istnienia piekła. Albo raczej wręcz potwierdzają pośrednio że piekło istnieje, bo gdyby go nie było, to o zbaiweniu od czego pisałby  Paweł?

 

Zostawmy jednak Rzymian na boku, to temat na osobne rozważania, ale zostańmy przy Pawle. On bowiem także wyraźnie naucza, że piekło istnieje:

Bo przecież jest rzeczą słuszną u Boga odpłacić uciskiem tym, którzy was uciskają, a wam, uciśnionym, dać ulgę wraz z nami, gdy z nieba objawi się Pan Jezus z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzając karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa. Jako karę poniosą oni wieczną zagładę [z dala] od oblicza Pańskiego i od potężnego majestatu Jego (2 Tes 1, 6-9)

Zatem Biblia wyraźnie uczy o ogniu piekielnym. To nie jest "niebyt", nie jest "sen". Po śmierci czeka nas jedna z dwóch rzeczy: Niebo lub piekło i doskonale będziemy sobie zdawać sprawę gdzie się znajdziemy. Mam nadzieję, że ta prawda dotrze i do pana Błaszkowskiego, bo bardzo bym chciał go osobiście poznać, a ja się nie wybieram w to miejsce, w które on nie wierzy… ;-)

 

Na koniec jeszcze tylko może jedna uwaga. Ogień piekielny należy oczywiście rozumieć w sposób w pewnym sensie symboliczny. W pewnym, bo cierpienie nie jest tu wcale symboliczne. Męki piekielne są niewyobrażalnie większe i bardziej bolesne niż sobie może to pan Błaszkowski, czy ktokolwiek inny wyobrazić. Symbolizm ognia polega jedynie na tym, że ma on nam to tylko zilustrować.

 

Nie wiem jaka jest fizyczna definicja ognia. Jest to jakiś proces gwałtownego utleniania się związków węglowych, w czasie którego wydziela się olbrzymia ilość energii cieplnej. Pewnie definicja ta jest daleka od ścisłości, ale nie to jest istotne. Ważne jest to, że w piekle takie procesy nie zachodzą. Jednak dla człowieka poparzenie, palenie żywcem, to jedne z najbardziej bolesnych zjawisk, jakich on kiedykolwiek doświadczył. stąd taka, nie inna ilustracja piekła. Obawiam się jednak, że prawda o piekielnych mękach znacznie przerasta to, co człowiek odczuwa podczas poparzenia, tak samo, jak szczęście, jakiego doświadczymy w niebie znacznie przewyższa jakikolwiek moment największej ekstazy, jaki udało się nam przeżyć na tym świecie. I tylko od nas zależy co wybierzemy.

 

Negowanie istnienia piekła jest starym chwytem kudłatego. Gdy mu się uda nas przekonać, że piekła nie ma, albo, że nie jest wieczne, albo nie takie straszne, albo nie będziemy świadomi, że tam jesteśmy – to już nas ma. To po co mamy iść stromą drogą do ciasnej bramy, jak szeroka droga jest tak wygodna? Jakie znaczenie ma to ostrzeżenia Pana Jezusa?

Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. (MT 7, 13-15)

Strzeżcie się fałszywych proroków.

 

Komentarzy: 72


A gdzie "TO" jest w Biblii? Grzech pierworodny

Kategoria: Religia Monday, 27 September 2010, 06:44

Powracam do mojego cyklu, bo wczoraj właśnie o to mnie ktoś zapytał:  Gdzie Biblia uczy nas o grzechu pierworodnym? Zatem poniżej kilka  wersetów potwierdzających naukę Kościoła o grzechu pierworodnym.

 

On sam podał  werset:

"Od łona matki występni zeszli na bezdroża, od urodzenia zbłądzili głosiciele kłamstwa" (Ps 58, 4)

…ale to nie jest jeden z tych, które zwykle są przypominane w apologetycznych dyskusjach. Sam zresztą przyznał, że w swojej rozmowie z protestantem po prostu różnili się w interpretacji tego wersetu. Jeżeli już mielibyśmy poszukać potwierdzenia w Psalmach, znacznie lepszy wydaje się ten wers:

Oto zrodzony jestem w przewinieniu i w grzechu poczęła mnie matka. (Ps 51, 7)

Jeszcze wyraźniej uczy o tym święty Paweł w Liście do Rzymian:

Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…[…] Jeżeli bowiem przez przestępstwo jednego śmierć zakrólowała z powodu jego jednego, o ileż bardziej ci, którzy otrzymują obfitość łaski i daru sprawiedliwości, królować będą w życiu z powodu Jednego – Jezusa Chrystusa. A zatem, jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi.(Rz 5, 12, 17-19)

Podobnie w Pierwszy Liście do Koryntian:

Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15, 21-22)

… i w Liscie do efezjan, gdzie św. Paweł pisze, że "z natury zasługujemy na gniew":

I wy byliście umarłymi na skutek waszych występków i grzechów, w których żyliście niegdyś według doczesnego sposobu tego świata, według sposobu Władcy mocarstwa powietrza, to jest ducha, który działa teraz w synach buntu. Pośród nich także my wszyscy niegdyś postępowaliśmy według żądz naszego ciała, spełniając zachcianki ciała i myśli zdrożnych. I byliśmy potomstwem z natury zasługującym na gniew, jak i wszyscy inni. (Ef 2, 2-3)

To tyle wyjaśnienia co grzech powoduje. Księga Rodzaju nam opisuje jak ten grzech się narodził:

A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz. (Rdz 2, 16-17)

 

Rzekł Bóg: Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść? Mężczyzna odpowiedział: Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: Dlaczego to uczyniłaś? Niewiasta odpowiedziała: Wąż mnie zwiódł i zjadłam. Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. Do niewiasty powiedział: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą. Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (Rdz 3, 11-19)

Oczywiście na koniec warto wspomnieć, że grzechem Adama nie było zjedzenie owocu, ale nieposłuszeństwo. Albo raczej chęć "poznania dobra i zła", czyli decydowania samemu, co jest dobrem, a co złem. Nasi prarodzice zapragnęli być "jak Bóg" i sami decydować co jest dobrem, a co złem. Czyż bowiem nie tym skusił ich wąż?

Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (Rdz 3, 55)

Zatem zanim zaczniemy zgłaszać pretensję do naszych praprzodków, spójrzmy w lustro. Czyż nie  robimy tego my sami? I to każdego dnia? Wybielając w naszych oczach zło które  popełniamy, decydując które doktryny Kościoła uznać za nieważne, albo wręcz błędne? Im więcej się świat zmienia, tym bardziej pozostaje taki sam. A kudłaty jak zwiódł Ewę, tak samo zwodzi i nas. Nihil novi sub sole.

 

PS. By znaleźć pozostałe notki z tego cyklu, wystarczy kliknąć na "spis treści" obok, w notce biograficznej, albo otworzyć stronę jaskiernia.org i zobaczyć dział "Apologetyka".

Komentarzy: 26


Łazarz

Kategoria: Religia Saturday, 25 September 2010, 05:08

Często słyszę opinię, że ktoś uwierzyłby w Boga, gdyby zobaczył cud. Nie przeczytał o cudzie, czy usłyszał o nim, ale gdyby to jemu Bóg, o ile Bóg istnieje, dał tę łaskę i coś cudownego z jego życiem zrobił. Oczywiście są też tacy, jak np. Richard Dawkins, którzy po prostu zakładają, że żadne cuda się nie mogą zdarzyć i  jeżeli marmurowa statua Maryi Panny zacznie do nas machać ręką, to nie jest to żaden cud, ale znaczy to, że tak się "ułożyły atomy" w marmurze. Oczywisty nonsens, bo wiemy, a uczy nas tego nauka,  że marmurowe rzeźby samoczynnie nie machają rękami. Ale jak ktoś "religijnie" podchodzi do swych przekonań, to uwierzy w każdą bzdurę.

 

Prawda bowiem jest taka, że cuda wcale nie przekonują niektórych ludzi. Przekonują tych, którzy są na nie gotowi. Którzy są otwarci i którzy szczerze poszukują prawdy. Są  ludzie, którzy po prostu wierzą i ci nie potrzebują żadnego cudownego potwierdzenia swej wiary i są ludzie, których żaden cud nie przekona. Bo przecież cudów nie brakuje, także w dzisiejszym świecie. I to cudów bardzo dobrze udokumentowanych. A mimo to są ludzie gotowi uwierzyć we wszystko, od tajnego światowego rządu, poprzez UFO, po najbzdurniejsze teorie spiskowe, a nie są w stanie uwierzyć w to, że Bóg ciągle sprawia cuda w naszym otoczeniu.

 

Pan Jezus nauczał często poprzez przypowieści. Jest ich około trzydziestu trzech w synoptycznych Ewangeliach. "Około", bo czasem trudno zaszufladkować niektóre opowieści Jezusa. Jednak większość biblistów i teologów zgadza się, że opowieść o bogaczu i Łazarzu należy do tego gatunku literackiego. Przypowieść ta będzie naszą Dobrą Nowiną czytaną we wszystkich kościołach w najbliższą niedzielę. I o niej chciałbym napisać parę słów.

 

Wszyscy znamy tę przypowieść. Umierają bogacz i żebrak. Żebrak dostaje się do miejsca, gdzie jest szczęśliwy, a bogacz cierpi, pokutując za swe grzechy. Nie jest do końca jasne co to są za miejsca i nie jest to aż tak ważne, bo nie o tym jest ta przypowieść. Tak, jak wspominałem niedawno pisząc o przypowieści o nieuczciwym zarządcy, nie powinniśmy zwracać zbyt wielkiej uwagi na treść przypowieści, która jest w pewnym sensie tylko pretekstem do przekazania nam pewnej nauki. Celem przypowieści jest jej puenta, konkluzja, która nas uczy pewnej prawdy.

 

Jednak warto może choć dwa słowa wspomnieć o samej treści. Konkretnie o prośbie bogacza, by Abraham posłał Łazarza do jego domu, aby on uprzedził jego braci. Niektórzy wyciągają z tego wniosek, że bogacz nie mógł być w piekle, bo człowiek w piekle nie troszczy się o swych bliskich. Wręcz przeciwnie, wszystkim życzy jak najgorzej. Zatem miejsce mąk bogacza musiało być czyśćcem. Ja jednak nie jestem do końca pewien, czy można akurat tej przypowieści używać argumentując za czyśćcem. Dlatego, że ona nie o tym mówi. Są znacznie lepsze przykłady nauki o czyśćcu w Biblii.

 

Zobaczmy zatem jak wyglądała wymiana zdań między bogaczem, a Abrahamem:

Proszę cię więc, ojcze [Abrahamie], poślij [Łazarza] do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16, 27-31)

Co jest niezwykle ciekawe tutaj, to fakt, że w tej przypowieści występuje ktoś nazwany z imienia. I nie mówię tu o Abrahamie. On bowiem, jako ojciec narodu, patriarcha, jest symbolem, czy może raczej namiestnikiem samego Boga, mędrcem przekazującym jakąś naukę. Mówię tu o Łazarzu. Postaci mizernej i znikomej.  Łazarz -  "mister Nobody".

 

W przypowieściach nigdy nie występują osoby nazwane imiennie. Zawsze jest to "pewien człowiek", "pewien gospodarz", "pewien wierzyciel", "pewien kapłan", "lewita", "kupiec",  "robotnik" itd, itp. I tylko w tej przypowieści  jest obok "pewnego bogatego człowieka" – "żebrak imieniem Łazarz".

 

Oczywiście to nie jest przypadek. W Biblii nic się przypadkiem nie dzieje. A rozwiązaniem tej zagadki jest właśnie sam "historyczny Łazarz", brat Marii i Marty, przyjaciel Jezusa. Abraham mówi, że ci, którzy "Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą." Święty Jan nam właśnie taką sytuację opisuje.

[Jezus]  zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił. Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród. Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród. Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili Go zabić. (J 11, 43-53)

Było dokładnie tak, jak powiedział Abraham. Choć powstał ktoś z umarłych, faryzeusze nie uwierzyli.

 

Święty Jan napisał swą Ewangelię najpóźniej. Jest ona czymś w rodzaju komentarza do Ewangelii synoptycznych. Pomija często to, o czym pisali już Mateusz, Marek i Łukasz, a czasem coś rozszerza, wyjaśnia, zakładając, że czytelnik zna pozostałe Ewangelie. Oczywiście nie znaczy to, że święty Jan "nagina prawdę", by coś wykazać. Każde słowo w Piśmie Świętym jest Słowem Bożym.

 

Święty Łukasz napisał swą przypowieść zanim św. Jan opowiedział nam o przywróceniu do życia Łazarza. Jednak Łukasz musiał znać ten epizod, bo nawet, jeżeli nie był wtedy obecny wśród apostołów, wydarzenia takie, w czasach przed telewizją i Internetem znane były szeroko i wszyscy je sobie powtarzali. Łukasz znał i Jan znał, ale my – nie, bo to przecież było dwa tysiące lat temu. Zapewne dlatego Duch Święty natchnął Łukasza, by nazwał żebraka imieniem, a Jana, by nam opisał incydent z uzdrowieniem brata Marii i Marty.

 

Dzięki temu my, dwa tysiące lat później, widzimy jak prawdziwe są słowa Ewangelii. Są między nami tacy, którzy wierzą i żadne cuda nie są nam potrzebne. Są tacy, którzy poszukują. Dla nich znaki i cuda mogą być pomocne. Ale dla nas też, bo przecież każdy człowiek ma czasem "kryzys wiary" i zakradają się w nasze serca wątpliwości. Są także wśród nas i tacy jak bracia bogacza, jak Richard Dawkins, którzy wątpliwości żadnych nie miewają. Oni wiedzą, że Boga nie ma i jeżeli fakty temu przeczą, to tym gorzej dla faktów. Jeżeli ktoś bez źrenic w oczach widzi – to albo łże, albo ma źrenice, albo cokolwiek, byle nie cud. Jeżeli Mojżesz przeszedł przez Morze Czerwone, to to nie było morze, ale jakieś na wpół obeschłe mokradła. A że w tych "mokradłach" utonęła cała armia faraona, to już się pominie, bo by nam nasze "naukowe tłumaczenie" się troszkę popsuło. Bo nie jest prawdą, że ludzie "niewierzący" nie wierzą w nic. Oni uwierzą w każdy najbardziej bzdurny i nieprawdopodobny nonsens, jeżeli tylko potwierdza w ich umysłach, że Boga nie ma.

 

Biblia jest niezwykłą Księgą. Stanowi przepiękną całość, czasem uzupełniając się w przedziwny sposób. Przypowieść o bogaczu i żebraku i opis uzdrowienia przyjaciela przez Jezusa pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednak imię Łazarza wiąże je w cudowny sposób ilustrując na konkretnym przykładzie z życia Jezusa mądrość, jaka zawarta jest w Jego przypowieściach.

Komentarzy: 12


Cała armia wniebowziętych? Kto by przypuszczał...

Kategoria: Religia Wednesday, 08 September 2010, 07:23

Po napisaniu notki na temat biblijnych wersetów potwierdzających w dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, na mych blogach wywiązała się dyskusja, która zmusiła mnie do dalszego poszukiwania i rozpatrywania biblijnych tekstów. Między innymi zwróciłem uwagę na ten fragment Ewangelii świętego Mateusza:

Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu. (Mt 27, 52-53)

Nie mamy żadnego historycznego zapisu, który by nam mówił, że zmarli oni ponownie i ponownie byli pochowani. Nie jest jasne, czy „Miasto Święte” to ziemskie, czy „Niebieskie Jeruzalem”.  Nie jestem w stanie stwierdzić, czy istnieją jakieś zapisy historyczne, poza samą Ewangelią świętego Mateusza, mówiące o tym wydarzeniu.

 

Na portalu organizacji Catholic Answers przeczytałem:

“jest zanotowane przez kronikarzy młodego Kościoła, że zostali oni wniebowzięci do Nieba, lub przynajmniej do miejsca tymczasowego stanu spoczynku i szczęśliwości często zwanego “rajem”, gdzie prawi ludzie z czasów starotestamentowych czekali na zmartwychwstanie Jezusa.”

Nie do końca zgadza się z tą opinią komentarz w „The Navarre Bible”, gdzie czytamy, że różni teolodzy i Ojcowie Kościoła dają nam trzy możliwe interpretacje tego trudnego tekstu. Pierwsza możliwość taka, że nie było to rzeczywiste zmartwychwstanie, ale mistyczne „objawienie” się tych zmarłych żyjącym ludziom, druga, że zmartwychwstali oni tak, jak Łazarz, po czym później zmarli i trzecia, że zmartwychwstali i zostali zabrani do nieba.

 

Pierwsza możliwość nie zupełnie jest zgodna z tekstem, który używa słowa „ἠγέρθησαν, ēgerthēsan”, po łacinie "surrexerunt",  co oznacza "powstać", "obudzić się", nie "objawić". Trzecia, według tego komentarza, jest trudna do pogodzenia z jasną nauką Biblii, że to Jezus był pierwszym, który powstał z martwych. Do tej trudności jeszcze powrócę. Najbardziej prawdopodobna zatem, zdaniem The Navarre Bible, jest druga możliwość. Święty Augustyn, święty Hieronim i święty Tomasz, według tego komentarza, skłaniali się właśnie do takiego wytłumaczenia tych zdarzeń. Dlatego właśnie, że najlepiej da się ją zgodzić z samym tekstem i nie powoduje ona trudności teologicznych, jakie daje nam trzecia możliwość.

 

Przeczytałem co mówi święty Tomasz i choć z pewnością skłania się on do drugiej wersji, nie twierdzi tego z całym przekonaniem. Raczej wyraża swą opinię, niż cokolwiek innego. Zresztą, zobaczcie sami:

"2. Mówiąc o cudach, które się wydarzyły w czasie męki Chrystusa, Ewangelia wspomina, że “groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy posnęli, powstało”. Chrystus więc nie był pierwszym, który zmartwychwstał.

 

Ad 2. Co do osób, które zmartwychwstały z Chrystusem, mamy dwa tłumaczenia. Są autorzy, którzy twierdzą, że one nie po to powróciły do życia, żeby znowu umrzeć. Gdyby tak było, to wskrzeszenie byłoby źródłem dodatkowej męki. Tak należy rozumieć słowa Hieronima, że “nie zmartwychwstały one przed Zmartwychwstaniem Pana”. Toteż i ewangelista mówi, “wyszedłszy z grobów po Jego Zmartwychwstaniu weszli do miasta świętego i ukazali się wielu”.

 

Lecz Augustyn czyniąc wzmiankę o tym tłumaczeniu mówi: “Wiem, iż niektórzy pisarze sądzili, że już śmierć Chrystusa Pana przyniosła sprawiedliwym takie zmartwychwstanie, jakie nam obiecano przy końcu świata. Ale gdyby oni nie posnęli powtórnie złożywszy swe ciało w grobie, to należałoby zapytać, w jaki sposób mamy rozumieć słowa, że Chrystus jest pierworodnym spośród umarłych”, jeżeli tyle osób zmartwychwstało przed Nim. Ewentualna odpowiedź, że fakt, który nastąpił później, został podany w relacji, jest antydatowany, bo trzęsienie ziemi i otwarcie się grobów miało miejsce, kiedy Chrystus zawisł na krzyżu, a ciała sprawiedliwych nie powstały wtedy, lecz później, po Zmartwychwstaniu Chrystusa, nie rozwiązuje to jednak następującej trudności. Piotr wskazując na zachowany jeszcze grób Dawida, mówi, że przepowiednia o ciele zachowanym od skażenia dotyczy Chrystusa, a nie Dawida. Nie przekonałby nikogo, gdyby w grobie nie było zwłok Dawida; grób mógłby pozostać i w tym wypadku, gdyby Dawid zmartwychwstał od razu po śmierci w ciele zachowanym od skażenia. Z drugiej strony wydaje się nie do przyjęcia przypuszczenie, że Dawida, Chrystusowego przodka, mogło ominąć wskrzeszenie do wiecznego życia, gdyby stało się ono udziałem sprawiedliwych. Poza tym przyjęcie tej wykładni podważyłoby twierdzenie Apostoła, że Bóg nie chciał, aby oni bez nas osiągnęli doskonałość. A stałoby się to, gdyby już w czasie swego wskrzeszenia otrzymali niezniszczalność, której obiecano nam udzielić po osiągnięciu kresu.”

 

Tak oto Augustyn, jak się zdaje, uważa, że wskrzeszeni mieli umrzeć ponownie. Zagadnienia tego dotyczy przypuszczalnie odnośny komentarz Hieronima, że “jak Łazarz zmartwychwstał, podobnie zmartwychwstało wiele ciał świętych, dla uwydatnienia Zmartwychwstania Pana”. Lecz na innym miejscu Hieronim poddaje to w wątpliwość. Augustyn przytacza jednak, jak się zdaje, o wiele mocniejsze racje niż Hieronim. (Summa Theologiae, III, q. 53, a. 3)

Ignatius Bible Study z komentarzami Scotta Hahna i Curtisa Mitcha nie widzi takich problemów. Komentatorzy ci przyjmują za oczywiste, że było to zmartwychwstanie połączone z wniebowzięciem, zwracając tylko uwagę na słówko „after”, „po”,  jakie mamy w 23. wersecie:

I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu.

Zatem to Jezus pierwszy zmartwychwstał, oni, jak wyraźnie podaje nam biblijny tekst, powstali z grobów po zmartwychwstaniu Jezusa.

 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tekst mój pozostawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Jednak wydaje mi się, że pisząc o Wniebowzięciu Maryi trzeba było także zając się tym zagadkowym epizodem opisanym przez Świętego Mateusza, który często jest przez nas zupełnie przeoczany i który daje nam możliwość interpretacji wskazującą na fakt, że być może wniebowzięcie nie jest aż tak niecodziennym zjawiskiem, jak moglibyśmy przypuszczać. Niecodziennym i niezwykłym faktem było Zmartwychwstanie Jezusa, a w tym kontekście patrząc na to, co się wówczas działo w Palestynie, wydaje się całkiem możliwe, że Zmartwychwstanie przyniosło starotestamentowym świętym natychmiastowy dostęp do Nieba, z ciałem i duszą.

 

Jak ja zatem pogodzę tę teorię z Ap 6,9? Przypomnę, mówi on:

A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli. (Ap 6,9)

Maryja w Ap 12 opisana jest "w ciele", ma stopy, wieniec na głowie, ale ci męczennicy – są tylko duszami. Jak to pogodzić?

 

Nie wiem. Być może są to męczennicy zabici za wiarę już jako chrześcijanie, po zmartwychwstaniu Jezusa. Być może nie wszyscy święci zmarli przed Chrystusem zmartwychwstali. Może tylko wybrani. Nie potrafię na to jednoznacznie odpowiedzieć i tak to zostawię.  Skoro nawet święty Tomasz ma tu pewne wątpliwości, to kimże ja jestem, by myśleć, że to zrozumiałem?

Komentarzy: 21


A gdzie "TO" jest w Biblii? Wniebowzięcie

Kategoria: Religia Sunday, 08 August 2010, 05:21

Trudne zadanie, ponieważ rzeczywiście nigdzie w Biblii nie jest napisane, że Maryja została wzięta, wraz ze swym ciałem, do nieba. Oczywiście my to wiemy, bo nam to przekazała Tradycja Kościoła, ale ten cykl notek ma bardzo konkretne założenie: Pokazać, gdzie Biblia nas czegoś uczy, albo przynajmniej nam potwierdza naukę przekazaną w formie Tradycji.

 

Skoro więc nie ma wersetu mówiącego wprost, że Jezus zabrał swą Matkę z ciałem i duszą do Nieba, zobaczmy te wersety, które nam to pośrednio insynuują i które pokazują, że wniebowzięcie wcale nie jest aż tak unikalnym wydarzeniem, jak niektórym by się mogło wydawać.

 

Zacznę od końca, czyli od pokazania, że miały miejsce podobne precedensy w czasach starotestamentowych. Wiemy z całą pewnością, że co najmniej dwie osoby zostały zabrane do Nieba z ciałem i duszą, Henoch i Eliasz:

Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg. (Rdz 5,24)

 

Henoch podobał się Panu i został przeniesiony jako przykład nawrócenia dla pokoleń. (Syr 45, 16)

 

Nie było drugiego spośród stworzonych na ziemi jak Henoch, on bowiem z ziemi został uniesiony. (Syr 50, 14)

 

Przez wiarę Henoch został przeniesiony, aby nie oglądał śmierci. I nie znaleziono go, ponieważ Bóg go zabrał. Przed zabraniem bowiem otrzymał świadectwo, iż podobał się Bogu. (Hbr 11, 55)

 

Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto zjawił się wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. (2 Krl 2, 11)

 

Eliasz w nagrodę za swoją wielką gorliwość o Prawo został zabrany do nieba. (1 Mch 2, 58)

 

Jakże wsławiony jesteś, Eliaszu, przez swoje cuda i któż się może pochwalić, że tobie jest równy? […]  Ty, który zostałeś wzięty w skłębionym płomieniu, na wozie, o koniach ognistych. O tobie napisano, żeś zachowany na czasy stosowne, by uśmierzyć gniew przed pomstą, by zwrócić serce ojca do syna, i pokolenia Jakuba odnowić. (Syr 49, 4, 9-10)

Zatem jeżeli Bóg mógł tych dwóch pobożnych mężów zachować od śmierci i zabrać prosto do Nieba, czyż nie jest logiczne, że tym bardziej zrobiłby to dla Tej, którą wybrał na Matkę Swego Syna? Dla Tej, która nie splamiła swej duszy żadnym grzechem?

 

Święty Jan w czasie swego objawienia na wyspie Patmos relacjonuje nam interesującą wizję:

Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. (Ap 12,1)

Z kontekstu wiemy z całą pewnością, że tu chodzi o Maryję, bo jest to ta, która "porodziła syna – mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną."  Wszyscy się zgadzają, że chodzi tu o Jezusa.  A sam opis Maryi jest bardzo "cielesny". Jest "obleczona w słońce", ma "księżyc pod stopami" i koronę z gwiazd na głowie.  To nie jest to samo, co zobaczył św. Jan na przykład w tym momencie:

A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli. (Ap 6, 9)

Tutaj widzi on dusze męczenników. Jednak przy wizji Maryi widzi Niewiastę, mającą stopy i wieniec na głowie. Całkiem inny opis, mocno potwierdzający to, czego nas uczy Tradycja i Kościół.

 

 

Komentarzy: 20


Exodus 2. Mojżesz

Kategoria: Religia Monday, 26 July 2010, 20:08

Exodus 1

Drugi rozdział Księgi Wyjścia to opowieść o Mojżeszu. Jak pamiętamy, w Egipcie obowiązywało prawo nakazujące wrzucanie do Nilu nowonarodzonych Hebrajczyków płci męskiej. Matka Mojżesza, po trzech miesiącach ukrywania swego synka, podporządkowała się temu prawu, ale nie do końca. Wypełniła literę prawa, ale z pewnością nie poszła za jego duchem. Faraon bowiem miał za cel zgładzenie chłopców, a ona zrobiła wszystko, by go jednak uratować.

 

Prawo nakazywało wrzucić do wody, ale przecież nie zabraniało, by dziecko było w koszyku. Zatem matka, której na imię było  Jokebed, skonstruowała skrzyneczkę, uszczelniła ją smołą i w takiej arce, wybrawszy odpowiedni moment, spuściła swego syneczka na wodę.

 

Odpowiednim momentem był ten, w którym córka faraona kąpała się w rzece. Wtedy Jokebed ostrożnie umieściła koszyczek ze swym synkiem w wodzie i wysłała Miriam, swą starszą córkę, by szła brzegiem pilnując swego braciszka. Gdy faraonówna zobaczyła dziecko i zabrała je z wody,  siostra chłopca zaproponowała jej, że znajdzie jej mamkę, by wykarmiła dla niej dzieciaka. Oczywiście mamką była Jokebel, która została zabrana do pałacu królewskiego i mogła z synkiem spędzić kolejne parę lat. A sam chłopiec  został zaadaptowany przez córkę faraona i, jak nam to mówi święty Łukasz w Dziejach Apostolskich 7,22: "wykształcono go we wszystkich naukach egipskich."

 

Jest wielką ironią losu (albo raczej dowodem na to, że Bóg ma poczucie humoru), że matka Mojżesza otrzymywała od faraona zapłatę za wykarmienie swego synka, którego według prawa powinna zamordować, a który stał się przywódcą narodu wykorzystywanego do niewolniczej pracy na rzecz faraona, umożliwiając mu ucieczkę i rozpoczęcie życia na wolności.

 

Samo imię "Mojżesz", po hebrajsku   מֹשֶׁה , Mo·sheh, ma bardzo ciekawą etymologię. Jest ono pochodzenia egipskiego i oznacza  "syn", jak można wydedukować z takich imion jak Tut-mosis = syn boga Tut, czy Ra-mses, syn boga Ra. W hebrajskim słowo to brzmi podobnie do czasownika "meshitichu", oznaczającego "wyciągnęłam go". Stąd czytamy: "Dała mu imię Mojżesz mówiąc: Bo wydobyłam go z wody." Jednak lepszym tłumaczeniem jest "ten, który wyciąga (lub zbawia, ratuje) z wody", co odnalazło swe wypełnienie, gdy Mojżesz przez Morze Czerwone wyprowadził Izrael na pustynię. Jest to także zapowiedź faktu, że prawdziwy Syn, "nowy Mojżesz", uratuje także kiedyś nas wszystkich.

 

Jeszcze ciekawszym słowem jest  תֵּ֣בַת , tevat, "koszyk", czy "skrzynka", jak to różnie jest tłumaczone, w której umieszczony został chłopiec. Co więcej ten koszyk pokryty jest smołą, by był niezatapialny.  Już mieliśmy wcześniej jedną taką pokrytą smołą, pływającą skrzynię w Biblii:

Gdy Bóg widział, iż ziemia jest skażona, że wszyscy ludzie postępują na ziemi niegodziwie, rzekł do Noego: Postanowiłem położyć kres istnieniu wszystkich ludzi, bo ziemia jest pełna wykroczeń przeciw mnie; zatem zniszczę ich wraz z ziemią. Ty zaś zbuduj sobie arkę z drzewa żywicznego, uczyń w arce przegrody i powlecz ją smołą wewnątrz i zewnątrz. (Rdz 6, 12-14)

Słowo "arka" to jest to samo słowo, תֵּבַ֣ת, tevat.   To oczywiście nie jest przypadek, ale znak, symbol. Coś, co ma nam wskazać fakt, że tak, jak Noe, uratowawszy się w arce, zaczął nowy etap w historii ludzkości, tak Mojżesz  zaczyna nowy, istotny rozdział historii ludzkości.  Tak, jak Bóg zawarł przymierze z Noem,  tak zawrze je z Mojżeszem. W tym sensie Mojżesz jest ojcem nowej rodziny, wybranej przez Boga by Mu służyć i by Go objawić wszystkim narodom.

 

Nic więcej nie wiemy o dzieciństwie Mojżesza. Następny epizod z jego życia, jaki nam opisuje Biblia, to już lata dojrzałe. Mojżesz opuszcza dwór faraona, by zobaczyć, jak żyją jego rodacy i widząc jak Egipcjanin bije Hebrajczyka i myśląc, że poza nimi nikt tego nie obserwuje, zabija Egipcjanina. Najwyraźniej wychowanie w królewskim pałacu nie pozbawiło go poczucia więzi ze swoim narodem. Dalej dowiadujemy się, że następnego dnia Mojżesz jest świadkiem bójki dwóch Hebrajczyków i starając się rozdzielić i pogodzić swych braci dowiaduje się, że słowo o tym, że zamordował Egipcjanina rozeszło się już, a zatem musi on ratować się ucieczką.

 

Ucieka do kraju Madian, gdzie przy źródle spotyka siedem córek kapłana, które przyszły napoić stada swego ojca. Wybawia je od nieprzychylnych im pasterzy i zamieszkuje u ich ojca. Poślubia jedną z córek, Seforę i zamieszkuje tam przez następne 40 lat.

 

Madianici byli spokrewnieni z Izraelitami, bo to także byli potomkowie Abrahama. A fakt, że Mojżesz zamieszkał u kapłana, który miał siedem córek, ma z pewnością symboliczne znaczenie. Słowo "siedem",  שֶׁ֣בַע , sheva, znaczy także "zawierać" przymierze. Zatem natchniony autor naszą uwagę uwagę na fakt, że ten epizod w życiu Mojżesza także ma religijne, duchowe znaczenie. Bóg wkrótce zawarł przymierze z Mojżeszem, ale o tym będzie w następnym odcinku naszych rozważań.

 

Komentarzy: 5


Exodus-Księga Imion. 1. Izraelici w Egipcie

Kategoria: Religia Tuesday, 20 July 2010, 09:01

Exodus, czyli Księga Wyjścia, albo raczej Księga Imion, jak jest nazywana po hebrajsku, od pierwszych słów zapisanych w tej Księdze, (zwyczaj zachowany do dziś w Kościele w tytułowaniu Encyklik, które zawsze nazywane są od ich pierwszych słów), jest dla Narodu Wybranego chyba najważniejszą Księgą Starego Testamentu. Przynajmniej w pewnym sensie, bo przecież trudno robić ranking Słów Bożych. Każde z nich jest niezmiernie ważne.

 

Księga ta mówi nam o czymś niezwykle istotnym. O czymś, czego nam nie wolno zapominać. To było tak ważne dla Izraelitów, że gdy co roku obchodzono Paschę, uważano, że każdy z nich sam, osobiście uczestniczył w exodusie. W wyjściu z Egiptu. Nie wspominali tego,  jak my wspominamy nasze dawne dzieje, ale przeżywali to tak, jakby sami tego doświadczali. I ważne jest, byśmy i my podtrzymywali tę tradycję, bo przecież my także, każdej niedzieli, na Mszy Świętej, obchodzimy nasz exodus.  Dlatego postanowiłem trochę przybliżyć wszystkim tę wspaniałą historię.

 

Pierwsze zdanie Księgi Wyjścia brzmi tak:

"Oto imiona synów Izraela, którzy razem z Jakubem przybyli do Egiptu. Każdy zaś przyszedł ze swoją rodziną"

To zdanie nawiązuje do Genesis, Księgi Rodzaju, gdzie czytamy o tym, jak Józef został sprzedany przez swych braci w niewolę egipską, by poprzez interpretację snu faraona, zostać wyniesionym na wyżyny politycznej kariery. Staje się człowiekiem numer dwa w całym państwie, zaraz po faraonie. Sen oczywiście dotyczył siedmiu urodzajnych lat, po których nastąpiło siedem lat klęski.  W wyniku tej suszy bracia Józefa, wraz ze starym ojcem Jakubem, osiedlają się w najżyźniejszym regionie Egiptu, w kraju Goszen.

 

Wszystkich potomków Jakuba było siedemdziesięciu. To jest bardzo ważna liczba, mająca także symboliczne znaczenie. Z 10 rozdziału Księgi Rodzaju wiemy, że to tylu potomków, ilu miał Noe. Co więcej, czytamy tam na zakończenie:

Oto szczepy synów Noego według ich pokrewieństwa i według narodów. Od nich to wywodzą się ludy na ziemi po potopie. (Rdz 10, 32)

Zatem Izraelici wierzyli, że na świecie jest siedemdziesiąt narodów, pochodzących od potomków Noego. Zatem ta liczba siedemdziesięciu potomków Jakuba-Izraela jest jakby symbolem nowego ładu, nowej rzeczywistości i zapowiedzią tego, do czego powołał Bóg swój Naród Wybrany. Izrael miał być narodem kapłańskim, uczącym wszystkie narody tego, co im Bóg Jahwe objawił. Miał być pierworodnym synem wśród narodów, co sugeruje, że inne narody mają być młodszymi dziećmi Boga i także muszą Go, za pośrednictwem starszego brata, Izraela, poznać. Urzeczywistniło się to najpełniej w królestwie Dawida, gdy jego syn, Salomon, mający 700 żon, (niewątpliwie wynik sojuszy politycznych z innymi narodami i znowu symboliczna liczba 10  razy 70), naucza wszystkie narody, jak to czytamy na przykład w 1 Krl 1-9, w historii z Królową Saby.

 

Siódmy werset Księgi Wyjścia mówi nam:

Synowie Izraela rozradzali się, pomnażali, potężnieli i umacniali się coraz bardziej, tak że cały kraj się nimi napełnił.

To jest ponowne nawiązanie do Księgi Rodzaju, do samego jej początku, rozdział 1 werset 28:

Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.

Mamy więc tu przypomnienie błogosławieństwa, jakiego Bóg udzielił Adamowi i Ewie i które wypełnia się w potomkach Jakuba. Ale nie tylko to, także wypełnienie obietnicy, jakiej Bóg udzielił Abrahamowi:

Będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu. (Rdz 22, 17-18)

Jednak już w kolejnym wersecie mamy problem. Czytamy tam, że "rządy w Egipcie objął nowy król, który nie znał Józefa." To wcale nie znaczy, że nigdy o nim nie słyszał. Słyszał o nim aż zbyt wiele. Sformułowanie "znać kogoś", po hebrajsku יָדַ֖ע, yada, ma tu raczej znaczenie przymierza, a nawet czegoś więcej. Najlepiej to widać w Rdz 4,1, gdzie czytamy:

Potem Adam poznał Ewę, żonę swoję, która poczęła i porodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam męża od Pana. (BG)

Adam "poznał swoją żonę". To samo słowo, yada. Poznanie jej doprowadziło do narodzenia się syna. Jednak nowy faraon, z innej dynastii, nie uważał już Jakuba za zbawiciela Egiptu, a jego potomków, bardzo licznych i bogatych, uważał za zagrożenie dla Egipcjan i zapewne dla swojej władzy także. W takim sensie go "nie znał", a nie w sensie nieznajomości historii swojego kraju. To tak, jak we współczesnym świecie jedno państwo nie uznaje ambasadora innego kraju, powiedzmy po jakimś zamachu stanu. Nie znaczy to, że nie wiedzą, co się tam wydarzyło, lecz nie uznają nowej władzy za prawowitą, a zatem ich ignorują, czy też bojkotują, albo wręcz aktywnie zwalczają.

 

Stąd już tylko krok do tego, co się wydarzyło dalej. Bowiem gdy ktoś nie jest z nami, jest przeciwko nam. W kolejnych wersetach czytamy:

I rzekł [faraon] do swego ludu: Oto lud synów Izraela jest liczniejszy i potężniejszy od nas.10. Roztropnie przeciw niemu wystąpmy, ażeby się przestał rozmnażać. W wypadku bowiem wojny mógłby się połączyć z naszymi wrogami w walce przeciw nam, aby wyjść z tego kraju. (Wj 1, 9-10)

Słowo "wyjść", עָלָה, alah, ma znaczenie "wyjść w górę", unieść się. Obawy faraona sprawdziły się w trzecim rozdziale, gdy Bóg obiecuje Mojżeszowi, że "alah", wyprowadzi, wyniesie Izraelitów z Egiptu. To także będzie ważny motyw, przewijający się przez całą Księgę Wyjścia.

 

Pierwszym pomysłem faraona mającym na celu zniszczenie Hebrajczyków była ciężka, wyniszczająca fizyczna praca. Jednak nie wiele to dało, gdyś czytamy, że "im bardziej go  uciskano, tym bardziej się rozmnażał i rozrastał, co jeszcze potęgowało wstręt do Izraelitów". Znowu lekcja hebrajskiego. Słowo "pracować", עָבַד, abad, jest także często tłumaczone jako "służyć". Wrócimy jeszcze do niego w dalszej części naszego opowiadania.

 

Plan faraona nie wypalił, więc postanowił on przejść do bardziej drastycznych sposobów. Ogłosił, że położne wzywane do rodzących hebrajskich kobiet mają zabijać chłopców, a jedynie dziewczynki pozostawiać przy życiu. Oczywiście dziewczynki te po latach musiałyby szukać mężów wśród Egipcjan i wtedy automatycznie ich majątki przeszłyby w egipskie ręce.

 

Ten plan także się nie udał, bo położne bardziej się bały Boga, niż faraona. Biblia podaje nam imiona tych położnych: "jedna nazywała się Szifra, a druga Pua", ale nigdzie nie podaje nam imienia faraona. To jest znamienne, bo nie nazwanie kogoś po imieniu jest obrazą. Jest uznaniem go za kogoś bez znaczenia, nieważnego, czy wręcz jest ukaraniem go.  Mojżesz, który tradycyjnie jest uznawany za autora Pięcioksięgu, z pewnością znał imię faraona, z którym przecież wielokrotnie rozmawiał. Jednak to imiona położnych, osób trzeciorzędnych w naszym opowiadaniu przeszły do historii, a faraon pozostał anonimowy.  Do dziś, nie mając pewności, uczeni spierają się o którego konkretnie egipskiego króla tam chodzi.

 

Położne tłumaczyły się, że nie mogły zabijać chłopców w czasie porodu, bo Izraelitki są zdrowe i szybko rodzą, więc gdy one docierały do ich domostw, chłopcy już się urodzili. Zatem faraon obmyślił poprawkę do swego planu. Zarządził mianowicie, by już narodzonych chłopców wrzucać do Nilu. I to doprowadza nas do końca pierwszego rozdziału Księgi Wyjścia, a mnie do końca mojej notki. Ale ciąg dalszy nastąpi, bo nasza historia dopiero się zaczyna.

Exodus 2

Komentarzy: 25


"Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu". Msza

Kategoria: Religia Saturday, 07 August 2010, 12:14

Część trzecia i ostatnia odpowiedzi na tekst Marcina Kuryłki "Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu". Część pierwsza polemiki jest TUTAJ, tutaj CZĘŚĆ DRUGA, ja zaczynam od cytatu:

 

 

Więc teraz mówimy o Mszy Świętej. W obrzędach Mszy należy szczególnie wyróżnić obok liturgii Słowa, liturgię ofiary. Są to te wszystkie czynności, mające na celu doprowadzić do procesu przeistoczenia tzn. przeistoczenie darów ofiarnych czyli chleba i wina w to co KK nazywa ciałem i krwią Chrystusa. Godny zauważenia jest ceremoniał mszalny który jest niezwykle okazały. Sprawia wrażenie jakiegoś dramatu, czegoś tajemniczego, mistycznego, misteryjnego, niezrozumiałego. Wywiera bardzo silne wrażenie na przebywających ludzi w Kościele. Od chwili pojawienia się księdza – kapłana, wierni poddawani są niepokojącemu urokowi tych sakramentalnych czynności i różnych obmywań, przeżegnań, różnych ukłonów, pokłonów, klęknięć. Wywołuje to niesamowitą powagę i nastrój, dramatyczną akcję rozgrywającą się na ich oczach. I za tym wszystkim niestety ludzie nie widzą mistyfikacji, są przekonani o autentyzmie obrzędu. W rytuale mszalnym nie pominięto niczego co by mogło absorbować wzrok, uczucia i wolę. Światła, blask witraży, tajemnicze ruchy i bogate szaty kapłanów, dym kadzidła, odgłos dzwonków, śpiew, podniosła muzyka. Wszystko to współtworzy taki specyficzny czar, zniewalający nawet trzeźwo myślącego obserwatora.

 


Jeżeli ktokolwiek tu tworzy jakieś niezrozumiałe obrzędy i niezwykły nastrój, to jest to autor powyższych słów.  To on stwarza tu jakąś atmosferę niesamowitości i wręcz grozy. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Jeżeli już, to jest wprost przeciwnie i Msza Święta wygląda zbyt zwyczajnie, zbyt mało uroczyście.  Tymczasem sama Biblia, pokazując nam liturgię Mszy która odprawia się w Niebie, pokazuje nam niezwykłe rzeczy. Każdy, kto przeczytał Apokalipsę, która przecież jest „oknem do Nieba” i która nam ukazuje Niebiańską Liturgię, wie o czym mówię.

 

 

Skąd obrzędy mszalne otoczone tym niebywałym przepychem i niebywałą aurą wywodzą swój byt?

Może pochodzą z ustanowienia apostolskiego? Nie, na pewno nie. Nie ma o czymś takim mowy w Biblii, w Nowym Testamencie. Nigdzie nie jest napisane w Nowym Testamencie, w Dziejach Apostolskich, że apostoł Paweł odprawiał Mszę Świętą ubrany w stroje liturgiczne, niosący „monstrancję”, klękający przy ołtarzu, nie ma o czymś takim mowy.

 


Wprost przeciwnie. Apokalipsa jest pełna tego typu wyobrażeń. Także Stary Testament uczy nas, w jakie szaty powinni być ubrani kapłani. Jezus ukrzyżowany ma na sobie tkaną tunikę, strój kapłański. To nie jest przypadek i nie przypadkowo nam tę wiadomość przekazuje Biblia

 

 

Owszem jest mowa o Wieczerzy Pańskiej, jest mowa o prostym łamaniu chleba. My będziemy o tym za chwileczkę mówić, kiedy będziemy rozważać kwestię właśnie sensu, samego sensu Wieczerzy Pańskiej i samego sensu Mszy w odniesieniu do Biblijnej Wieczerzy Pańskiej, której my nie negujemy i nie krytykujemy. Ona jest absolutnie Biblijnym ustanowieniem. W odpowiedzi na pytanie skąd wziął się tak przepyszny i tak okazały ceremoniał mszalny pomaga nam ksiądz Granat, który w swojej dogmatyce na stornie 313 w tomie VII piszę następujące słowa: „Natura ludzka jest tak utworzona, że bez zewnętrznych środków pomocniczych, nie może się wznieść do rozważania rzeczy Boskich, dlatego Święta Matka Kościół, ustanowił pewne obrzędy, by mianowicie niektóre części we Mszy Świętej były tak wymawiane przyciszonym głosem, a inne podwyższonym. Kościół zaprowadził również na mocy tradycji ceremonie jak tajemnicze błogosławieństwa, płonące światła, okadzania, szaty i inne tym podobne, by uprzytomnić wzniosłość tak wielkiej ofiary i za pomocą tych widzialnych znaków religijności i pobożności pobudzać umysły wiernych do rozważania najwznioślejszych rzeczy które znajdują się w tej ofierze. Wiadomo więc skąd się wywodzi ceremonia mszalna, jakimi pobudkami kierowany się przy jej tworzeniu. Natomiast żeby ten ceremoniał nie budził żadnych zastrzeżeń wśród wiernych i żadnego oporu Sobór Trydencki pośpieszył z pomocą i pod groźbą klątwy powiedział: „Jeśliby ktoś powiedział, że ceremonie, szaty i znaki zewnętrzne w który KK używa w czasie sprawowania Mszy są raczej podmiotami do pobożności, a nie oznakami, niech będzie wyklęty. Jeśliby ktoś powiedział że należy potępić obrzędy KK w których przyciszonym głosem wymawia się część kanonu i Słowa konsekracyjne, albo że Msze powinno się odprawiać tylko w języku ludowym lub że z winem w kielichu nie trzeba mieszać wody, jakoby to było przeciwne ustanowieniu Chrystusa, niech będzie wyklęty”


Ceremoniał mszalny jest tak okazały, jest tak skonstruowany, żeby sprawiać atmosferę tajemniczości i misterium tak żeby wierni byli mocno jakby przytłoczeni powagą tego obrzędu, nie zastanawiali się nad treścią i sensem tego. Dlaczego cały czas podważam ten ceremoniał? Tylko dlatego że zauważam że w Słowie Bożym, zupełnie inaczej wyglądało spotkanie Kościoła w trakcie którego następowało łamanie chleba. Nigdzie nie ma mowy o tych wszystkich zewnętrznych rzeczach, które w tej chwili praktykuje KK. Łamanie chleba wyglądało zupełnie inaczej. Jeżeli ktoś poszukuje świadectwa i potrzebuje dowodu na to niech przeczyta Dzieje Apostolskie, tam jest o tym mowa.

 


Nie bardzo rozumiem na czym polega ten zarzut. Czy autorowi przeszkadza to, że staramy się jak najbardziej uroczyście obchodzić pamiątkę Wieczerzy Pańskiej? Czy mu przeszkadza, że chcemy oddać naszemu Panu cześć w sposób jak najbardziej godny? A jeżeli chodzi o postanowienia Kościoła, to przypomnę, że sama Biblia wyraźnie nas naucza:

 

 

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,16)

 

 

I w innym miejscu:

 

 

Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 18,18)

 

 

Wracamy do poddawanego analizie tekstu:

 

 

Więc mamy z jednej strony niezwykle okazałą ceremonię Mszy Świętej w KK, natomiast przypatrzmy się teraz Ostatniej Wieczerzy w której brał udział Jezus Chrystus wraz ze swymi uczniami. Zobaczmy jaka tutaj atmosfera panowała. Czy to był przepych, czy to było to samo co w tej chwili jest w KK robione, czy to był może prostszy obrzęd, czy to wyglądało zupełnie inaczej. Otwórzmy Mat. 26:26-30

26. A gdy oni jedli, wziął Jezus chleb i pobłogosławił, łamał i dawał uczniom, i rzekł: Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje.

27. Potem wziął kielich i podziękował, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy;

28. Albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów.

29. Ale powiadam wam: Nie będę pił odtąd z tego owocu winorośli aż do owego dnia, gdy go będę pił z wami na nowo w Królestwie Ojca mego.

30. A gdy odśpiewali hymn, wyszli ku Górze Oliwnej.

 

Jak widzimy jest uderzająca różnica między Ostatnią Wieczerzą w której brał udział Chrystus, a Katolickimi mszami.

 


Nie wiem, na jakiej podstawie autor przypuszcza, że Ostatnia Wieczerza była tak skromną uroczystością. Biblia bowiem wcale nam nie opisuje dokładnie tego, co się tam działo. Mamy jednak takie opisy z pozabiblijnych przekazów. Zacytuję tu fragment Homilii Arcybiskupa Poznańskiego, z Mszy Wieczerzy Pańskiej, z 20 marca 2008:

 

 

Tam właśnie, we Wieczerniku, Pan Jezus, razem z apostołami, przeżywał swoją ostatnią Paschę na ziemi. Jak przebiegała ta Pascha, będąca jednocześnie pierwowzorem dla wszystkich Eucharystii odprawianych na świecie?

 

 

1. PASCHA ŻYDOW

 


Nazwa tego największego ze świat żydowskich pochodzi od hebrajskiego słowa pesach, które oznacza przejście, ominięcie. Tej nocy, kiedy anioł Boży przechodził przez Egipt powodując śmierć wszystkich pierworodnych, ominął domy Izraelitów oznaczone na odrzwiach krwią zabitego baranka. To jest ofiara Paschy na cześć Pana, który w Egipcie ominął domy Izraelitów. Poraził Egipcjan, a domy nasze ocalił (Wj 12, 27). W następstwie tego wydarzenia, naród Izraela został wypuszczony z niewoli i wyszedł z ziemi egipskiej. Od tamtej pory Pascha upamiętnia ocalenie pierworodnych Izraela od śmierci w Egipcie a Pascha stała się początkiem narodowej historii Żydów. Święto Paschy jest dla Żydów najważniejszym świętem, uważanym jednocześnie za najważniejsze wydarzenie w historii żydowskiej.

 

 

Powiedzcie całemu zgromadzeniu Izraela tak: Dziesiątego dnia tego miesiąca niech się każdy postara o baranka dla rodziny, o baranka dla domu. Jeśliby zaś rodzina była za mała do spożycia baranka, to niech się postara o niego razem ze swym sąsiadem, który mieszka najbliżej jego domu, aby była odpowiednia liczba osób. Liczyć je zaś będziecie dla spożycia baranka według tego, co każdy może spożyć.

 


Baranek będzie bez skazy, samiec, jednoroczny; wziąć możecie jagnię albo koźlę. Będziecie go strzec aż do czternastego dnia tego miesiąca, a wtedy zabije go całe zgromadzenie Izraela o zmierzchu. I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. I tej samej nocy spożyją mięso pieczone w ogniu, spożyją je z chlebem niekwaszonym i gorzkimi ziołami. Nie będziecie spożywać z niego nic surowego ani ugotowanego w wodzie, lecz upieczone na ogniu, z głową, nogami i wnętrznościami. Nie może nic pozostać z niego na dzień następny. Cokolwiek zostanie z niego na następny dzień, w ogniu spalicie.

 


Tak zaś spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku. Spożywać będziecie pośpiesznie, gdyż jest to Pascha na cześć Pana. Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej od człowieka aż do bydła i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu – Ja, Pan. Krew będzie wam służyła do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską. Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Pana. Po wszystkie pokolenia – na zawsze w tym dniu świętować będziecie (Wj 12, 3-14).

 

 

Jezus i jego uczniowie – trzeba to sobie wyraźnie uświadomić – w zgodzie z przeżywanym akurat żydowskim świętem Paschy, musieli najpierw postarać się o baranka, następnie złożyć go na ofiarę w świątyni jerozolimskiej, a potem uczestniczyć w zwyczajnej wieczerzy paschalnej, zwanej dzisiaj sederem paschalnym. Jezus spędzał to święto w podobny sposób, w jaki spędzali je wszyscy współcześni mu Żydzi. Stąd na samym początku apostołowie nie pytają Jezusa: gdzie chcesz spożyć Ostatnią Wieczerzę, gdzie chcesz odprawić Eucharystię, ale pytają: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia?" (Mt 26, 17; por. Mk 14, 12).

 

 

Porządek świętowania Paschy zmienił się zasadniczo w I wieku po Chr., kiedy świątynia jerozolimska została zniszczona przez Rzymian. Chociaż pierwsza część Paschy, świątynna, uległa znacznemu przekształceniu (nie można już było składać w niej ofiar), to jednak jej druga część, kolacja, nie uległa co do istoty zmianie.

 

 

OFIARA

 


Jezus żył jednak w czasach, w których jedna i druga część Paschy były aktualne. Kiedy więc należało przygotować Paschę, Jezus posłał do miasta Piotra i Jana, aby znaleźli izbę na wieczerzę paschalną; według przepisów bowiem baranka należało spożyć w obrębie murów Świętego Miasta.

 

 

W czasach Jezusowych zabijano baranka czternastego dnia miesiąca Nizan, w godzinach popołudniowych: między godziną trzecią a piątą, o zmierzchu. Pielgrzymi i mieszkańcy Jerozolimy przyprowadzali baranki do świątyni. Wszyscy wchodzili na dziedziniec, a kiedy dziedziniec się zapełnił ludźmi, zamykano bramy i rozpoczynano składanie ofiar. Każdy Izraelita zabijał własną ofiarę, podczas gdy kapłani, ustawieni w dwa rzędy, zbierali krew do złotych naczyń, które – przechodząc z rąk do rąk – docierały do ostatniego kapłana, który wylewał ją u stopni ołtarza.

 

 

W czasie składania ofiary z baranka paschalnego lewici śpiewali hallel (Ps 113-118). W śpiewie lewitów uczestniczyli ojcowie rodzin, wtórując swoim alleluja po każdej strofie psalmu. Kiedy pierwsza grupa zakończyła już ceremonię ofiary, otwierano bramy dziedzińca. Każdy wracał z zabitym barankiem, aby go upiec w obrębie murów Jerozolimy i zasiąść do sederu, czyli do posiłku paschalnego.

 

 

UCZTA

 


Baranek był pieczony na rożnie, z użyciem drzewa granatowca, tak aby żadna z jego kości nie została złamana. Mięso opiekało się ze wszystkich stron na otwartym ogniu. Spożywano go w domu, w kręgu rodzinnym. Mimo iż rytuał tej wieczerzy uległ wielu zmianom, na skutek różnic w obrębie samego judaizmu, to jednak zasadnicze części wieczerzy paschalnej pozostały niezmienne. Cały posiłek jest spożywany w czterech etapach, z każdym etapem wiąże się wypicie kielicha wina, która to czynność stanowi jakby pomost między poszczególnymi etapami obrzędu. Czerwone wino ma przypominać krew obrzezania i krew baranka paschalnego. Ceremonia pesachowa, seder, zaczyna się od odmówienia przez ojca rodziny błogosławieństwa nad winem (Kidusz), po którym wszyscy stół okalający wtórują Amen i każdy wychyla swój kielich. Picie kielichów przy odpowiednich modlitwach powtarza się czterokrotnie podczas całej wieczerzy, stąd inna nazwa tej ceremonii brzmi arba koses, to znaczy cztery kielichy.

 

 

a. wieczerza

 


Na stole żydowskiej rodziny powinien się znajdować talerz sederowy. Każda potrawa – a jest ich dzisiaj sześć – ma swoje obowiązkowe miejsce na półmisku. Półmisek umieszczony jest nad trzema przykrytymi macami (taki sam talerz można postawić przed każdym chłopcem, który ukończył 13 lat). Trzy kawałki macy symbolizują strukturę społeczności żydowskiej: kapłanów, lewitów i Izraelitów (ponieważ maca zastępuje chleb przez całe święta, często jada się ją posmarowaną masłem z solą lub z miodem, albo z charosetem). Maca nie może być pokruszona, połamana ani pieczona. Na początku sederu głowa rodziny łamie jedną z trzech mac na dwie nierówne części i chowa ku uciesze dzieci większy kawałek pod poduszkę fotela lub kanapy, którą dzieci później szukają. Jest to afikoman (czyli deser; (greckie: po uczcie). Spożywa się go jako ostatni kawałek jedzenia po kolacji.

 

 

Na półmisku z prawej strony kładzie się zero'a, czyli kawałek na wpół upieczonego mięsa, który ma przypominać naprędce – przed wyjściem z kraju – pieczonego baranka z Egiptu. W zastępstwie mięsa baranka można użyć szyjkę, skrzydełko lub udko kury czy indyczki, ponieważ niektórzy Żydzi uważają, że baraninę będzie można jeść ponownie podczas sederu paschalnego dopiero wtedy, kiedy zostanie odbudowana świątynia jerozolimska.

 

 

Po lewej stronie półmiska kładzie się jajko (bejca) ugotowane na twardo. Po obraniu sieka się je i miesza z soloną wodą (albo moczy kawałek w słonej wodzie) i zjada przed rybą. Symbolizuje ono życie.

 

 

Pośrodku półmiska stawia się gorzkie zioła (marror), umyte i osuszone. Jest to tarty chrzan zawinięty w liście sałaty. Kładzie się je między dwa kawałki macy i zjada. Mają one przypominać gorycz niewolnictwa.

 

 

Na środku półmiska umieszcza się ugotowane warzywa (karpas): pieruszkę, korzeń selera albo rzodkiewki z łodyżką i listkami. Nać warzyw ma przypominać wielkie rzesze Żydów w Egipcie obciążonych trudną pracą. Pietruszka zaś i cykoria symbolizują nadzieję. Po odmówieniu modlitwy (kiduszu) głowa domu kraje warzywa na kawałki, macza w solonej wodzie i podaje każdemu do jedzenia.

 

 

W lewym dolnym rogu półmiska kładzie się charoset, czyli masę sporządzoną z tłuczonych orzechów i migdałów, jabłek zmieszanych z winem, z dodatkiem miodu i utartej macy. Z masą podaje się rozmaite owoce: jabłka, migdały, cynamon, morele, rodzynki, daktyle oraz figi. Utarta orzechowa masa ma przypominać glinę, z jakiej Żydzi sporządzali cegły w niewoli egipskiej (por. ks. Kazimierz Juszko, Żydowskie źródła liturgii Kościoła).

 

 

Kiedy już cała rodzina zasiadła do stołu, ojciec błogosławił chleb i wino, używając słów podobnych do tych, które wypowiadamy w trakcie Mszy św. na ofiarowanie: Błogosławiony jesteś, Panie, Boże nasz, Królu wszechświata, który stworzyłeś ten owoc ziemi. Oto chleb uciemiężenia, który nasi ojcowie spożywali w Egipcie. Ktokolwiek jest głodny, niech się przybliży i spożywa; a kto powinien sprawować Paschę, niech się przybliży i ją celebruje.

 

 

Błogosławiony jesteś, Panie, Boże nasz, królu wszechświata, który stworzyłeś ten owoc winnego krzewu. Ty nas wybrałeś wśród wszystkich narodów, wyniosłeś nas ponad inne plemiona i Twymi przykazaniami nas uświęciłeś. W miłości Twojej dałeś nam Panie, nasz Boże, te coroczne święta ku naszej radości, uroczystości i dni pogodne, takie jak to Święto Przaśników, które jest czasem naszego wyzwolenia, zgromadzeniem świętym, pamiątką naszego wyjścia z Egiptu.

 

 

b. opowiadanie

 

 

Integralną część każdego sederu paschalnego stanowi opowiadanie (haggada) o Wyjściu. Ojciec rodziny wygłasza haggadę paschalną, będącą swego rodzaju parafrazą opisu biblijnego, w której wyjaśnia dzieciom i kobietom sens uczty paschalnej. Rozpoczyna ją rytualne pytanie najmłodszego syna: czym ta noc różni się od wszystkich innych nocy? Dlaczego podczas wszystkich innych wieczorów wolno nam spożywać wszelkiego rodzaju włoszczyzny, a tego wieczoru tylko chrzan? Dlaczego tej nocy gorzkie zioła maczamy w słonej wodzie? Dlaczego podczas wszystkich innych wieczorów wolno nam jadać chleb zakwaszony i niezakwaszony, a tego wieczora tylko niezakwaszony? Dlaczego tej nocy jemy pochyleni?

 

 

Gdy się was zapytają dzieci: cóż to za święty zwyczaj? – tak im odpowiecie: «To jest ofiara Paschy na cześć Pana, który w Egipcie ominął domy Izraelitów. Poraził Egipcjan, a nasze domy ocalił»… Dzieje się tak ze względu na to, co uczynił Pan dla mnie w czasie wyjścia z Egiptu (Wj 12, 26; 13, 8). Gdy syn twój zapyta cię kiedyś: «Jakie jest znaczenie tych świadectw, praw i nakazów, które wam zlecił Pan, Bóg nasz?», odpowiesz synowi: «Byliśmy niewolnikami faraona w Egipcie i wyprowadził nas Pan z Egiptu mocną ręką» (Pwt 6, 20n).

 

 

Daczego spożywa się gorzkie zioła? Ponieważ Egipcjanie czynili życie naszych ojców w Egipcie gorzkim (por. Wj 1, 14). Aby złagodzić smak ziół, zanurza się je w charosecie. Ta potrawa sporządzana z tartych jabłek, owoców granatu, orzechów, daktyli ma przypominać jabłonie, pod którymi kobiety żydowskie w ukryciu rodziły synów (por. Pnp 8, 5). Dlaczego spożywa się przaśne mace? Ponieważ ciasto naszych ojców nie zdążyło wyrosnąć. Dlaczego pijemy oparci na łokciu? Ponieważ jesteśmy ludźmi wolnymi i naszym obowiązkiem jest wychwalać Tego, który dla ojców naszych i dla nas uczynił te cuda. Ojciec rodziny kończył opowiadanie wezwaniem do odśpiewania hallelu (Ps 113 i 114).

 

 

c. wieczerza

 

 

Następnie wychylano drugi kielich i rozpoczynała się właściwa wieczerza, która powinna skończyć się przed północą, na pamiątkę czasu wyjścia z Egiptu.

 

 

Kiedy ta część się kończyła podawano trzeci kielich wina, zwany też „kielichem błogosławieństwa". Z czasem picia tego kielicha błogosławieństwa należy wiązać – zdaniem wielu – moment ustanowienia Eucharystii.

 

 

Potem przychodziła kolej na czwarty kielich, łącznie ze śpiewem ostatnich psalmów (druga część hallelu -Ps 115 do 118 oraz 136), będący definitywnym zakończenie wieczerzy paschalnej. W tym momencie otwierano na oścież drzwi dla mającego kiedyś nadejść proroka Eliasza. Według synoptyków (Mt 26, 30; Mk 14, 26) właśnie w tym momencie Jezus opuścił wieczernik i udał się na modlitwę, na Górę Oliwną.

 

 

Na stole pozostawał piąty kielich, przygotowany dla proroka Eliasza. Jest on aluzją do przyszłego, ostatecznego wyzwolenia Izraela i całej ludzkości przez Mesjasza, którego nadejście zapowie prorok Eliasz, który to Mesjasz miałby się zjawić – według tradycji żydowskiej – podczas nocy paschalnej. Żydzi czekają na spełnienie się ostatniej obietnicy Boga: Potem wprowadzę was do ziemi, którą z ręką podniesioną przysiągłem dać Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi. Dam ją wam na własność. Zaiste, Ja jestem Pan!» (Wj 6, 8).

 

 

Patrząc na Mszę w tym kontekście, można by dojść do wniosku, że nie tylko nie jest ona bogatsza w symbole i rytuały od Wieczerzy Paschalnej, ale jest wręcz niezwykle uboga.

 

 

 

W dalszej części swego tekstu autor pisze:

 

 

Przejdziemy teraz do tego co jest kulminacyjnym momentem ceremonii mszalnej, czyli to tzw. „przeistoczenia”, czyli sakramentalnej przemiany chleba i wina w ciało i krew Chrystusa, spowodowanej słowami kapłana.

 

 

Przeczytajmy pewien fragment z „Liturgiki” napisanej przez księdza dr Dybowskiego wydanej w Poznaniu w 1958 roku, na stronie 213 są następujące obrzędy mszy. Wprawdzie może one troszkę są w tej chwili zmienione, dlatego gdyż po Soborze Watykańskim II nastąpiła reforma liturgii, natomiast sam sens i idea jest absolutnie nie zmieniona. Nie zmienił się sens i idea, ewentualnie tylko zewnętrzne rzeczy się zmieniły. Przeczytajmy co następuje: „Kapłan odczytuje z mszału tekst zawierające opowiadanie o Ostatniej Wieczerzy, jednocześnie wycierając ręce o korporał bierze do rąk Hostię. Wznosi oczy ku niebu, potem pochyla głowę, żegna Hostię znakiem krzyża i wymaga słowo konsekracyjne nad Hostią, trzymaną obiema rękami, mówiąc – To jest bowiem ciało moje. Po wymówieniu tych słów i przez wymówienie tych słów już nie ma chleba na ołtarzu. Jest tylko ciało Chrystusa, dlatego kapłan przyklęka na prawe kolano dla oddania czci Chrystusowi, podnosi Hostię, kładzie ją na korporale i jeszcze raz klęka. Kapłan odkrywa kielich z winem, bierze go do rąk i odczytuje dalszy ciąg opowiadania o Ostatniej Wieczerzy. Pochyla głowę, żegna kielich znakiem krzyża i wymawia nad nim słowa konsekracyjne – Ten jest bowiem kielich krwi mojej nowego i wiecznego przymierza. Po wymówieniu tych słów, nie ma już wina na ołtarzu jest tylko krew Chrystusa pod postacią wina, dlatego też kapłan kładzie Pana Jezusa na ołtarzu, klęka dla oddania Mu czci, podnosi Go do góry, ponad swoją głowę, by wierni mogli cześć oddać Chrystusowi”

 

 

 

Tym sposobem tajemnica Eucharystii się urzeczywistnia, czyli zjawia się pod postacią chleba i wina Eucharystyczny Chrystus, wg tego co głosi KK.

 

 

 

KK naucza że w Eucharystii zawiera się prawdziwe, rzeczywiste i substancjalne ciało i krew Jezusa Chrystusa, wraz z Jego duszą i Bóstwem. Dzieje się to na mocy przemienienia, czyli Transsubstancjacji. O tym mówi ksiądz Granat, w swojej „Dogmatyce” na stronie 198. Również Sobór Trydencki z 1570 roku dogmatyzuje pojęcie Eucharystii i mówi: „Jeśliby ktoś zaprzeczał że w sakramencie Najświętszej Eucharystii zawiera się prawdziwe, rzeczywiste i substancjalne ciało i krew, razem z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc i cały Chrystus, lecz mówił że jest w nim tylko w znaku, figurze lub mocy, niech będzie wyklęty”

 

 

 

Wniosek z całej nauki KK na temat Transsubstancjacji jest prosty – kapłan przez konsekrujące słowa wg KK na mocy władzy danej właśnie apostołom i poprzez apostołów przekazanej kapłanom, na mocy sukcesji apostolskiej, stwarza z chleba i wina ciało i krew Chrystusa. Przeistacza mocą swoich słów chleb w ciało, natomiast wino w krew. Można powiedzieć że kapłan na mocy Transsubstancjacji staje się właściwym stwórcą samego Stworzyciela. Uważa się że kapłan przy ołtarzu jest zastępcą Chrystusa.

 

 

Rzeczywiście, można tak powiedzieć. Tak uczy Kościół Katolicki. Oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami. Kapłan nie „stwarza Stwórcy”, bo jest tylko jeden Jezus, nasz Pan. W czasie Mszy nie powstaje „nowy Jezus”, czy „inny Jezus”, ale ten jedyny, prawdziwy Bóg-Człowiek staje się obecny wśród nas, pod postacią Chleba i Wina.

 

 

W tym wypadku stanowisko kapłana przewyższa Syna Bożego, gdyż stwarza Boga, a Chrystus staje się posłuszny jego sakramentalnej woli. Przeistoczenie jest to jakby nowe wcielenie Chrystusa i ustawiczne powtarzanie narodzin Syna Bożego. O tym mówi Grzegorz Wielki, mówi następującą rzecz, zacytujmy fragment tego papieża: „W chwili przemienienia otwierają się na słowo kapłana obłoki niebieskie i zstępuje Chrystus Pan otoczony orszakiem chórów anielskich, którzy towarzyszą Panu i władcy swojemu.”

 

 

Tu Marcin Kuryłek sam sobie zaprzecza. Nie muszę więc z nim polemizować, on sam mnie wyręczył. Czym innym bowiem jest to, co on pisze, że „kapłan stwarza Boga”, czym innym to, co mówi Grzegorz Wielki, że „Chrystus Pan zstępuje” z Nieba.

 

 

Święty Tomasz z Akwinu powiedział: „W chwili przemienienia zstępuje Chrystus z nieba, tak szybko jak oko które się otworzy, nagle i najodleglejsze widzi przedmioty”

 

 

Amen.

 

 

Kapłani katoliccy mają więc ogromna władzę, dlatego że przez swoje słowa mogą sprawić, że Chrystus Pan wraz z orszakiem anielskim, znajdzie się przez właśnie ich słowa w tym opłatku który trzyma w swoich rękach kapłan, a potem w kielichu wina znajdzie się krew Chrystusa, na mocy tylko tych słów. Tę sama naukę, potwierdzenie tej nauki możemy spotkać w Encyklice papieża Piusa XII, która nosi nazwę „O ciele mistycznym”. Papież Pius XII mówi: „W tej ofierze sami wierni ofiarują przez ręce kapłana Bogu Wszechmogącego niepokalanego Baranka, który obecny staje się na ołtarzu, jedynie mocą głosu tegoż kapłana, jako najmilszą ofiarę chwały i przebłagania”

 

 

Święty Augustyn mówi: „Niepojęte dostojeństwo kapłanów, w rękach ich jak w łonie niepokalanej dziewicy, sam Bóg Syn Boży, staje się wcieleniem. Zaprawdę wielka jest władza kapłana. Język jego tworzy Boga z kawałka chleba. Jest to więcej niż stworzenie świata. Błogosławiona Maryja nie jest nawet w stanie sprowadzić Boskiego Syna w postaci Hostii. Dokonuje tego kapłan chociaż jest zwykłym człowiekiem”

 

 

Nic dodać, nic ująć.

 

 

Więc władza przypisywana celebrującym mszę kapłanom, może naprawdę zastanawiać. Dlatego że mocą ich słów z chleba i wina pozostają tylko postacie, czyli te właściwości które podpadają pod zmysły jak smak, zapach, itd. Ale sama istota chleba i wina przemienia się w istotę ciała i krwi Chrystusa Pana. Po konsekracji nie ma już na ołtarzu chleba i wina, ale prawdziwe ciało i prawdziwa krew Odkupiciela. Co więcej jest to rzeczywisty żyjący Chrystus wraz z Bóstwem i człowieczeństwem, ciałem i duszą, obecny cały i niepodzielnie, pod dwom postaciami lub jedną postacią, a nawet w każdej jej cząstce osobno.

 

 

Nie tylko może zastanawiać, ale powinna. To jest coś, o czym wszyscy powinniśmy medytować, wielbiąc Boga, który dał kapłanom taką moc.

 

 

Naprawdę można się zastanowić czy aż tak olbrzymia władza została złożona w ręce człowieka, w ręce kapłana. Wydaje się to mało prawdopodobne, ale biorąc pod uwagę, że te wszystkie osobliwości Rzymskiego Katolicyzmu są błędne, należy wcale się nie dziwić że tak to zostało ogłoszone.

 

 

Czyli, rozumiem, autor podważa tu autorytet samego Jezusa i neguje Jego postanowienia. Dlaczego? Zapewne dlaczego, że wyznając inną religię pragnie, by ta, której nas nauczał Jezus, okazała się fałszywa. Wynosząc swój system wierzeń i swoją interpretację Pisma Świętego ponad to, czego nas nauczali Apostołowie i co nam przekazali Ojcowie Kościoła, stara się udowodnić, że on, dziś, na przełomie XX i XXI wieku wie lepiej, co Jezus ustanowił, niż wszyscy chrześcijanie wiedzieli ciągle i niezmiennie przez poprzednie dwa tysiące lat.

 

 

Natomiast my tak jak powiedzieliśmy na podstawie Bożego Słowa, które może przeniknąć w te mroczne Katolickie tajemnice wiary i wywieźć na światło błędy i fałsze, ono nam to uczyni. Więc Katoliccy teologowie w uzasadnieniu Eucharystii jako rzeczywistego ciała i krwi Pańskiej, a więc obecności na ołtarzu autentycznego i żyjącego Chrystusa powołują się na dowody Pisma Świętego. Wg ojców Soboru Trydenckiego pierwszy dowód Biblijny zawarty jest w słowach Chrystusa ustanawiających obrzęd Wieczerzy Pańskiej. Teolodzy Katoliccy określają go jako tzw. dowód z ustanowienia najświętszego sakramentu. Rozumowanie jest następujące – oto Jezus wypowiedział w odniesieniu do paschalnego chleba słowa: „To jest ciało moje”; a w odniesieniu do wina: „To jest krew moja”. Wypowiedź tą należy rozumieć naucza KK – w sensie literalnym, dosłownym a nie metaforycznym lub przenośnym. Gdy Chrystus Pan wypowiedział powyższe słowa chleb i wino zostało przeistoczone w rzeczywiste ciało i krew Chrystusa, wraz z Jego duszą i Bóstwem stało się zatem prawdziwym i rzeczywistym Chrystusem. Chleb był ciałem Chrystusa, a wino Jego krwią. Możemy o tym czytać w książce księdza Granata „Dogmatyka” od strony 251 do 254 gdzie ksiądz Granat pisze słowa: „Na podstawie słów ustanowienia Eucharystii zapisanych u Świętego Pawła, nauki Chrystusa Pana o Eucharystii nie można w żaden sposób zrozumieć przenośnie lecz dosłownie, tzn. w miejscach tych jest mowa o rzeczywistej obecności Chrystusa Pana pod postaciami chleba i wina”.

 

 

Oczywiście. I co tu jest niejasnego? Jak inaczej można te słowa interpretować? Jak może ktoś, kto uważa Biblię za jedyny autorytet je negować? Sam tekst nie daje nam żadnych podstaw do tego, by to zrobić. Jedynie ludzka tradycja, nauczanie wspólnoty, której autor jest członkiem, zmusza do symbolicznej interpretacji tych słów. Sama Biblia nam wręcz potwierdza to, że tam nie może być mowy o symbolicznym ich traktowaniu. Święty Paweł pisze bowiem:

 

 

Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę! Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę! Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije. (1 Kor 11, 23-29)

 

 

Ważkie, pełne treści słowa. Niegodne spożywanie tego Chleba i Wina powoduje, że człowiek staje się winny Ciała i Krwi Pańskiej. Tu nie ma miejsca na żadną dowolną interpretację. To nie jest symbol. Gdybym ja, powiedzmy, przestrzelił czyjeś zdjęcie, nie byłbym winien niczyjej śmierci. Co najwyżej byłbym winien popełnienia głupiego żartu. Zdjęcie jest symbolem, niczym więcej. Eucharystia nie jest symbolem, jest czymś realnym. Jest Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem samego Jezusa. Jest Nim. Dlatego tak ważne jest, by Jej nie przyjmować niegodnie, bo niegodne przyjęcie Jezusa powoduje to, że stajemy się „winni Jego Ciała i Krwi”.

 

 

 

Następnie autor  przypomina czym była pascha dla Żydów. Nie będę cytował tego długiego fragmentu. Każdy może go sobie przeczytać TUTAJ. Przypomnę tylko, że w moim tekście o „Czwartym Kielichu” i w cytowanej już homilii biskupa Gądeckiego jest wyjaśnienie czym teraz jest Wieczerza Paschalna i dlaczego Msza Święta jest jej wypełnieniem i kontynuacją. Marcin Kuryłek najwyraźniej nie rozumie także czym jest Kościół Powszechny, założony przez samego Jezusa. I dopóki nie zrozumie tego, będzie promował swoją sektę, zapewne będąc przekonanym w głębi serca, że robi coś dobrego.  Dlatego dobrze by było, by zamiast wyszukiwać jakieś doktryny, zwyczaje, czy praktyki, które rzekomo Kościół wymyślał w średniowieczu i innych okresach czasu, poczytał Ojców Kościoła, poczytał historię Kościoła i może na początek przeczytał, powiedzmy, TEN TEKST tłumaczący, czym jest Kościół.

 

 

Część Pierwsza polemiki.

Komentarzy: 5


"Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu". Chrzest. Tylko dorośli? Tylko przez zanurzenie?

Kategoria: Religia Saturday, 07 August 2010, 00:14

Ciąg dalszy odpowiedzi na zarzuty Marcina Kuryłka zawarte w tekście "Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu". (Początek mojej odpowiedzi znajduje się TUTAJ.) Pisze on:

KK głosi przeciwną naukę nauce Biblii i mówi o chrzcie niemowląt, który absolutnie nie znajduje swojego odzwierciedlenia w Słowie Bożym. My wiemy że chrzest Biblijny wg świadectwa zarówno Ewangelii jak i Dziejów Apostolskich, a także Listów Apostolskich był zawsze wykonywany na człowieku dorosłym, który jako wyznanie swojej wiary dawał się ochrzcić, był to znak, zewnętrzny znak tego co się dokonało w jego sercu. Był to zewnętrzny znak mający wewnętrzne znaczenie. Dlatego że on wskazywał na to, co się dokonało w sercu tego człowieka. Natomiast KK przekręca ten fakt. W tej dziedzinie mamy bardzo prostą i szybką próbkę przekręcenia Słowa Bożego za pomocą tradycji, która przerosła Słowo Boże i zostało udowodnione że jednak chrzest dzieci jest chrztem który należy praktykować, czyli chrzest niemowląt, mimo tego że przecież jest to całkowicie pozbawione sensu, tego Biblijnego sensu, dlatego że chrzest musi być poprzedzony upamiętaniem, wiarą w Pana Jezusa, wiarą w Ewangelię, wyznaniem grzechów i wtedy dopiero prośbą o chrzest. I od tego momentu można mówić o śmierci dla starego życia, a potem zmartwychwstaniu do nowego życia. Chrzest wodny jest symbolem właśnie tego.

Nie tak szybko. Znowu jest to próba narzucenia pewnej interpretacji, która ani nie jest zgodna z nauczaniem Biblii, ani z faktami, jakie znamy choćby z pism Ojców Kościoła. Oni to właśnie są świadkami tego, co się działo w Kościele w pierwszych wiekach. Oni dają świadectwo prawdzie, bo żyli w czasach bliskich Apostołom.

 

Wielu protestantów nie uznaje autorytety Ojców Kościoła. I o ile mogę to zrozumieć, znając ich negatywne nastawienie do Kościoła, to w niczym nie zmienia to faktu, że takie podejście ich po prostu kompromituje. Pisma Ojców Kościoła są bowiem historycznymi dokumentami, które nas czegoś uczą. Jeżeli chcemy należeć do Kościoła, który założył Jezus, jeżeli chcemy praktykować to, czego nauczył nas Jezus i Apostołowie, to przede wszystkim musimy to poznać i zrozumieć.

 

Pierwsze pokolenie chrześcijan nie miało w ogóle Nowego Testamentu. Wszystko było przekazywane poprzez tradycję. Poprzez ustne nauczanie. Potem, głownie tam, gdzie się rodziła herezja, powstawały listy i pisma, korygujące te herezje i błędy. Jednak gdy nic nie wzbudzało kontrowersji, nie było powodu, by o czymś pisać i coś tłumaczyć.

 

Argumentum ex silentio, argument z milczenia, często bywa bardzo mocnym argumentem. Brak wyraźnego zakazu chrztu niemowląt, w świetle wyraźnej nauki świętego Pawła, że chrzest jest „obrzezaniem Nowego Przymierza” świadczy o tym, że praktyka chrztu niemowląt była znana od początku. A pisma Ojców Kościoła to wyraźnie potwierdzają.

 

Chrześcijanie od początku widzieli w sakramencie chrztu wypełnienie obrzezania. I tak, jak przez obrzezanie człowiek stawał się członkiem Narodu Wybranego, tak samo przez chrzest staje się członkiem Nowego Jeruzalem, członkiem Ciała Jezusa, którym jest Kościół. Czytając pisma Ojców Kościoła widzimy to bardzo wyraźnie. Ale nie musimy nawet sięgać do ich świadectwa, bo sama Biblia nas tego uczy:

I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. (Kol 2,11-12)

Dziwne i niezrozumiałe byłoby dla pierwszych chrześcijan, gdyby dzieci były wykluczone z Kościoła, gdy w Starym Przymierzu od ósmego dnia stawały się one jego członkami. Nowe jest zawsze lepsze od starego i nie tylko Nowe Przymierze nie spowodowało większych wykluczeń i ograniczeń, ale zrównało w prawach wszystkich: Kobiety i mężczyzn, Żydów i pogan, niewolników i wolnych:

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. (Ga 3,28)

Zrozumiałe więc i naturalne jest, że także dzieci, niemowlęta stawały się w Nowym Przymierzu od samego początku pełnoprawnymi członkami Kościoła przez sakrament chrztu.

 

Potwierdzają to liczne dokumenty Ojców Kościoła. Poniżej kilka przykładów. Biskup Lyonu, św. Ireneusz, nawiązują do chrztu niemowląt pisał już w II wieku:

"Chrystus przyszedł przez siebie samego wszystkich zbawić, wszyscy powiadam, przez niego odradzają się Bogu: dzieci i niemowlęta, pacholęta, młodzieńcy i starsi" (Przeciw herezjom", ks.IV, 22,4).

Tertulian w swoim dziele "O chrzcie" napisanym ok. 206 roku pisze o chrzcie niemowląt. Także Orygenes:

"Kościół od apostołów przejął praktykę udzielania chrztu nawet dzieciom. Wiedzieli bowiem ci, którym powierzone były sekrety Bożych tajemnic, że we wszystkich są przyrodzone zmazy grzechowe, które powinny być zmyte przez wodę i Ducha Świętego" (Wykład Listu do Rzymian ks.V, nr4).

Święty Cyprian:

"Jeżeli największym przestępcom przedtem wiele obrażającym Boga, gdy później uwierzą, daje się przebaczenie grzechów i ani od chrztu, ani od łaski nikogo się nie powstrzymuje, o ile więcej nie należy powstrzymywać dziecka, które niedawno narodzone, nic nie zgrzeszyło, a tylko jako potomek Adama wpadło przez pierwsze narodzenie się w zarazę śmierci wiecznej. Dziecko do otrzymania przebaczenia grzechów tym łatwiej przystępuje, że jemu darowują się grzechy nie własne, ale cudze" (List 63).

Sw. Hipolit Rzymski napisał traktat pt.: Tradycja Apostolska". To III wiek! W dziele tym pisze też o chrzcie, wyraźnie faworyzując dzieci, którym najpierw każe udzielać "sakramentu odrodzenia" (Tradycja Apostolska", nr.21).

 

Tradycja chrztu niemowląt jest to więc coś, co przejęliśmy od apostołów, albo nawet szerzej, z judaizmu, jako wypełnienie obrzezania. I rozumiem, że niektóre wspólnoty chrześcijańskie nie zgadzają się z taką interpretacją. Mają do tego prawo. Każdy może sobie założyć dowolną sektę i praktykować w niej co chce. Ale w Kościele założonym przez Chrystusa i Apostołów będziemy praktykować to, co nam Oni przekazali.

 

Zaczynanie nowej religii w oparciu o dokument, który nigdy w swym założeniu nie miał być kompletnym instruktarzem do tego celu jest nielogiczne i pozbawione sensu. Kościół istnieje nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat i od dwóch tysięcy lat niezmiennie praktykuje pewne rzeczy tak, jak robili to Jezus i Apostołowie. To właśnie nazywamy Apostolską Tradycją. A fakt, że w Biblii nigdzie nie znajdziemy słów mówiących wprost, że należy chrzcić niemowlęta, nie ma tu nic do rzeczy.

 

Marcin Kuryłek w dalszym ciągu swej krytyki Kościoła Katolickiego pisze:

Zanurzenie pod wodę jest symbolem śmierci, tak samo jak się zanurza ciało w grobie, natomiast wynurzenie z wody człowieka dorosłego jest symbolem jego zmartwychwstania do nowego życia, które prowadzi do życia w Chrystusie, do nowego życia, do życia w świętości. Więc tutaj KK też naruszył Słowo Boże, jest to próbka właśnie naruszenia Słowa Bożego poprzez tradycję, poprzez żywą tradycję.

O ile jest trochę racji w takiej symbolice, to nie zmienia to w niczym faktu, że oczyszczanie przez wodę odbywało się w historii wybranego Ludu Bożego w bardzo różny sposób. Często wręcz „na sucho”, bo przecież i przejście przez Może Czerwone i wcześniej zbawienie Noego miały miejsce bez żadnego zanurzania się, a Biblia wyraźnie nas uczy, że obydwa te wydarzenia były archetypami sakramentu chrztu.

 

Także rytuały jakie nakazywał Stary Testament często polegały na spryskaniu wodą, lub krwią i miały charakter oczyszczający. Biblia jest pełna tego typu przykładów.

Następnie weźmie drugiego ptaka, żywego, wraz z kawałkiem drzewa cedrowego, z nitkami karmazynowymi i z hizopem i zanurzy to wszystko razem z żywym ptakiem we krwi ptaka zabitego nad wodą żywą. Potem pokropi siedem razy tego, który ma być oczyszczony z trądu i w ten sposób oczyści go. A ptaka żywego wypuści na pole. (Kpł 14, 6-7)

 

Postąpisz zaś z nimi w ten sposób, aby ich oczyścić: pokropisz ich wodą przebłagania, ogolą całe swoje ciało, wypiorą szaty, i wtedy będą czyści. (Lb 8,7)

 

Ktokolwiek dotknie się zmarłego, ciała człowieka, który umarł, a nie dokona oczyszczenia siebie, bezcześci przybytek Pana. Taki będzie wyłączony spośród Izraela, gdyż nie pokropiła go woda oczyszczenia; pozostaje przeto nieczysty, a plama jego ciąży na nim. (Lb 19,13)

Nowy Testament też podaje nam przykłady użycia słowa “baptizo” oznaczającego coś innego, niż całkowite zanurzenie się. Na przykład w Ewangelii Łukasza 11,38 czytamy:

Lecz faryzeusz, widząc to, wyraził zdziwienie, że nie obmył wpierw rąk przed posiłkiem.

Słowo „obmył” w oryginale to „baptizo”. Podobnie święty Marek uczy:

Faryzeusze bowiem, i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją [nipto], rozluźniając pięść. I /gdy wrócą/ z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją [baptizo]. (Mk 7, 3-4a)

Zatem samo słowo “baptizo” wcale nie musi oznaczać całkowitego zanurzenia, choć i takie znaczenie posiada. Dlatego Kościół dopuszcza różne formy chrztu i to od samego początku. Mamy na to wiele przykładów w pismach Ojców Kościoła. Już zresztą w ‘Didache”, dokumencie napisanym jeszcze za życia Apostołów, dokumencie, którego oni sami najprawdopodobniej byli autorami, czytamy:

Co do chrztu, to udzielajcie go w taki oto sposób: Powtórzywszy najpierw wszystko powyższe, chrzcijcie w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego w wodzie żywej. Jeśli nie masz wody żywej, chrzcij w innej, jeśli nie możesz w zimnej, chrzcij w ciepłej. Jeśli brak ci jednej, i drugiej, polej głowę trzy razy wodą w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Przed chrztem powinni pościć i chrzczony, i udzielający chrztu, a także inni, jeśli mogą. Temu zaś, kto ma być chrzczony, przykaż, by pościł przez dzień lub dwa dni przedtem.

Hipolit Rzymski w 215 roku, papież Korneliusz w 251 roku, Cyprian w 255, Tertulian w 203 – wszyscy dają świadectwo temu, że od początku inne formy chrztu niż całkowite zanurzenie, takie, jak polanie wodą, czy pokropienie, były praktykowane i uważane za równie ważne.

 

Także świadectwo sztuki sakralnej jest tu bardzo pomocne. Nawet najstarsze jej przykłady, nawet te, które pokazują kogoś stojącego w rzece, pokazują zazwyczaj polewanie wodą, a nie całkowite zanurzenie.

Część trzecia polemiki.

Komentarzy: 4


"Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu". Sakramenty

Kategoria: Religia Wednesday, 07 July 2010, 18:15

Ktoś na forum katolik.us zwrócił moją uwagę na pewien tekst pełen zarzutów wobec nauki Kościoła Katolickiego, prosząc mnie o ustosunkowanie się do niego. Osoba ta napisała:

"Chciałam Cię prosić o komentarz krytyczny publikacji pt."Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu" pana M. Kuryłka, zamieszczony w internecie. Jest to niedługi wpis, (http://nickycruz.ovh.org/msza_swieta.html)- na który bardzo często powołują się nasi bracia. Chodzi mi głównie o temat Eucharystii."

Tekst ten nie jest wcale taki krótki i porusza wiele spraw, ale postaram się odpowiedzieć po kolei na wszystkie zarzuty zawarte w tym tekście. A zatem część pierwsza mojej odpowiedzi:

Błędy doktryny rzymskiego katolicyzmu

Jak wiesz, w Kościele Katolickim Msza Święta odgrywa niezwykle doniosłą rolę, jest to rola niepoślednia, jest rola największa. Ksiądz Granat w „Dogmatyce Katolickiej” w tomie VII, na stronie 306 powiedział: „Msza Święta będąc nieustannym odtwarzaniem tajemnicy krzyża, jest szczytem i ośrodkiem kultu liturgicznego”

Papież Urban III powiedział: „Ofiara Mszy Świętej daje ludziom niebo na ziemi, stawiając pośród nich samego Stwórcę nieba i ziemi, pozwalając nawet dotykać się Go rękoma”

Natomiast Święty Bonawentura powiedział: „Ile kropel w morzu, promieni w słońcu, gwiazd na niebie, kwiatów na ziemi, tyle tajemnic zawiera w sobie ofiara Mszy Świętej”

Więc widzimy, że rola Mszy Świętej jest niedościgniona.

Amen

Z mszą łączy się realizowanie przez nią największego spośród 7 Katolickich sakramentów. Świadomie mówię „Katolickich sakramentów” gdyż wg Biblijnego dowodu, można mówić o co najwyżej dwóch obrzędach, ewentualnie można to nazwać „sakramentami”. Jest to sakrament Wieczerzy Pańskiej i Chrzcie wodnym dorosłych przez zanurzenie.

Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto albo nie zna Biblii, albo świadomie kłamie. Z powyższym stwierdzeniem wiążą się dwa problemy. Po pierwsze zakłada ono, że cała nauka Kościoła musi się zawierać w Biblii, musi tam być jasno i klarownie przedstawiona. Tymczasem sama Biblia zaprzecza takiemu podejściu. Biblia sama nakazuje nam przestrzeganie ustnej Tradycji. Jest to bardzo ważny punkt i trzeba o tym pamiętać, bo uwaga ta będzie także aktualna przy kolejnych moich odpowiedziach.

 

Po drugie nawet, gdy uznamy Biblię za jedyny autorytatywny dokument chrześcijaństwa, ciągle odnajdziemy tam wszystkie siedem sakramentów. Wystarczy jedynie mieć otwarte oczy.

 

Ponieważ tekst, który poddaję tu krytycznej analizie zauważa, że „sakrament Wieczerzy Pańskiej”, cokolwiek by to według nich oznaczało i Chrzest są nauczane w Biblii, na razie je pominę. Zajmiemy się nimi bliżej za moment, gdyż my, katolicy, zupełnie inaczej je rozumiemy, niż większość protestantów. Zobaczmy jednak co z pozostałymi pięcioma sakramentami.

 

Bierzmowanie.

 

Biblijny tekst, pokazujący, że już w apostolskich czasach ten sakrament był praktykowany, znajdziemy w Dziejach Apostolskich:

Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali /Apostołowie/ na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego. (Dz 8, 14-17)

Sakrament Pokuty:

Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20, 22-23)

Namaszczenie Chorych:

Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. (Jk 5, 14-15)

Kapłaństwo:

Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana. (Lk 22,19-20)

 

A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! (J 20, 21-22)

Małżeństwo:

Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! (Mk 10, 6-9)

 

Podobnie też i kobieta zamężna, na mocy Prawa, związana jest ze swoim mężem, jak długo on żyje. Gdy jednak mąż umrze, traci nad nią moc prawo męża. Dlatego to uchodzić będzie za cudzołożną, jeśli za życia swego męża współżyje z innym mężczyzną. Jeśli jednak umrze jej mąż, wolna jest od tego prawa, tak iż nie jest cudzołożną, współżyjąc z innym mężczyzną. (Rz 7, 2-3)

 

Tym zaś, którzy trwają w związkach małżeńskich, nakazuję nie ja, lecz Pan: Żona niech nie odchodzi od swego męża. Gdyby zaś odeszła, niech pozostanie samotną albo niech się pojedna ze swym mężem. Mąż również niech nie oddala żony. Pozostałym zaś mówię ja, nie Pan: Jeśli któryś z braci ma żonę niewierzącą i ta chce razem z nim mieszkać, niech jej nie oddala. Podobnie jeśli jakaś żona ma niewierzącego męża i ten chce razem z nią mieszkać, niech się z nim nie rozstaje. Uświęca się bowiem mąż niewierzący dzięki swej żonie, podobnie jak świętość osiągnie niewierząca żona przez brata. W przeciwnym wypadku dzieci wasze byłyby nieczyste, teraz zaś są święte. Lecz jeśliby strona niewierząca chciała odejść, niech odejdzie. Nie jest skrępowany ani brat, ani siostra w tym wypadku. Albowiem do życia w pokoju powołał nas Bóg. (1 Kor 7,10-15)

Ten fragment nauczania Pawłowego jest podstawą do nauki Kościoła, że związek małżeński między osobą ochrzczoną a nie ochrzczoną nie jest sakramentalny, a zatem możliwy do rozwiązania. Nauka Kościoła Katolickiego jest tu zatem literalnie zgodna z nauczaniem Biblii, rozróżniając między małżeństwem sakramentalnym, a więc nierozerwalnym, a małżeństwem naturalnym, które nie ma takiej mocy wiążącej. Takie małżeństwo staje się dopiero wtedy sakramentalne, gdy niewierzący małżonek uwierzy i przyjmie chrzest.

(Część druga)

Komentarzy: 5


Lecz największa jest miłość.

Kategoria: Religia Wednesday, 07 April 2010, 14:21

Bóg jest Miłością. To nie slogan, to nie truizm, to nie puste hasło, to jest stwierdzenie faktu. Miłość to natura Boga.

 

Święty Paweł w Liście do Rzymian nas uczy:

Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne – streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa. (Rz 13, 8-10)

To oczywiście rozwinięcie myśli samego Jezusa, który nauczał:

Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mt 22:37b-40)

No dobrze, ale co z miłością skierowaną do szatana? Czy mamy kudłatego kochać, czy też nienawidzić?

 

Zawsze myślałem, że zły jest jedynym stworzeniem, którego nie tylko nie powinniśmy obdarzać żadnymi ciepłymi uczuciami, ale powinniśmy go wręcz nienawidzić. Nienawidzić za to, że porywa Dobremu Pasterzowi owieczki, że namawia nas, często bardzo skutecznie, do grzechu, przez co ranimy naszego Pana.  Przez niego nasi najbliżsi, nasze dzieci, nasi krewni tracą zbawienie, więc za co mamy go kochać?

 

Dzisiaj jednak, w czasie modlitwy, zobaczyłem to zupełnie inaczej. I żeby nie było niedomówień, od razu wyjaśnię, że nie jestem w najmniejszym stopniu mistykiem. Nie słyszę głosów, nie widzę dusz czyśćcowych, nie objawiają mi się święci, a gdy mi ktoś mówi, że "usłyszał słowo", czy też, że "Bóg mu kazał…", to od razu nastawiam się do takiej osoby sceptycznie i patrzę na nią jak na nawiedzonego maniaka. Wiem, to też nie ma nic wspólnego z miłością i pewnie niektórzy rzeczywiście "otrzymują Słowo od Pana", ale ja i tak pozostanę sceptykiem.

 

Więc dzisiaj, w czasie modlitwy, mojej normalnej modlitwy, pełnej rozproszeń, błądzenia myśli i trudności w skupieniu, mimo, że było to w kościele, przez Tabernakulum, pomyślałem sobie, że nienawidząc szatana największą krzywdę wyrządzamy sobie. Nie jemu. Jemu nie zależy. On się wręcz cieszy, gdy nas ogarnia nienawiść. Nienawiść do kogokolwiek i czegokolwiek. Jemu jest zupełnie obojętne to, że jego nienawidzimy, ale z pewnością nie może zdzierżyć, gdy mu okazujemy miłość.

 

Nie chciałbym być tu źle zrozumiany i nie chciałbym głosić żadnych herezji. To, o czym mówię w żaden sposób nie przeczy powszechnie znanej zasadzie w naszym chrześcijańskim życiu, że należy kochać grzesznika, ale nienawidzić grzech. Grzech jednak to jest coś, co się robi, co się popełnia, (lub nie popełnia, jeżeli to grzech zaniedbania), a ja mówię o relacjach między osobami. I uważam, że  w takich relacjach nie ma miejsca na nienawiść.

 

Męki piekielne polegają także na tym, że i tam sięga Boża Miłość, ale jest odrzucana i dlatego "pali". My sami czasem doświadczamy namiastki podobnego uczucia, gdy się pokłócimy z ukochaną osobą i gdy jeszcze jesteśmy pełni żalu, złości i goryczy, a ona nam się rzuca na szyję i chce nam okazać swe karesy. Taka manifestacja powoduje u nas jedynie dodatkową irytację i złość. Gdy sobie wyobrazimy taką sytuację zwielokrotnioną nieskończenie wiele razy, to mamy niewyobrażalnie wielki ból i frustrację.

 

Złemu przeszkadza każde okazywanie miłości. On tego nie może ścierpieć. To go pali, irytuje, złości. Nienawiść? Dlaczego nie. To jego żywioł. Ale nie miłość.

 

Lecz jakie to ma dla nas znaczenie? Czy to nie wygląda na taką sytuację, że my będziemy się starali zamęczyć kudłatego miłością, by mu więcej dokopać? Czy nie wpadamy w sprzeczność, w logiczną pułapkę? Czy takie okazywanie miłości to nie jest inna droga, by okazać złemu naszą nienawiść?

 

Nie sądzę. Myślę, że tu nie ma niczego nielogicznego. Bo tu wcale nie chodzi o to, co my czujemy w odniesieniu do złego, ale chodzi o to, ile rzeczywiście jest w nas miłości.

 

Bóg jest Miłością. To jest Jego natura. Bóg, choć wszechmogący, nie może wszystkiego. Nie może wielu rzeczy. Na przykład  "nie może zaprzeć się samego siebie." (2 Tm 2,13) Nie może przestać kochać, bo przestałby być Bogiem. A my powinniśmy, musimy Go naśladować.

 

Gdy nienawidzimy złego, nasza nienawiść często przenosi się na tych ludzi, którzy są w jego kosmatych łapach. Bardzo trudno nam rozgraniczyć naszą nienawiść do Szatana od uczuć, jakie mamy do ludzi, którzy, w naszych oczach, są tego szatana uosobieniem. Bardzo trudno nam pokochać grzeszników, którzy są narzędziem w ręku szatana. Bardzo trudno nam zobaczyć w nich zagubione dzieci Boże. Naszych braci, którzy są bardzo ciężko chorzy, którzy umierają.

 

Nie namawiam do miłości do szatana, namawiam do miłości. Kropka. Do miłości do każdego stworzenia. Namawiam, by miłość stała się naszą drugą naturą, tak, jak jest naturą Boga. Byśmy byli wolni od jakiejkolwiek nienawiści do jakiejkolwiek osoby. Bo wszystkie osoby: ludzi i aniołów, stworzył Bóg. Stworzył i ukochał i nigdy kochać nie przestał.

 

Każdy rodzic, każda matka i każdy ojciec kocha swe dzieci. Nawet te, a może szczególnie te, które tej miłości nie odwzajemniają. Które odeszły, które się pokłóciły, z którymi się urwał kontakt. Nie jedna matka wypłakuje morze łez za synem, czy córką, błagając Boga o cud, o pogodzenie się, o nawrócenie dziecka. Błaga Boga, bo nie potrafi przestać kochać swoje dziecko. A przecież czytamy:

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. (Iz 49,15)

Upadłe anioły nie mogą się już nawrócić. One nie zmienią swych decyzji, bo okoliczności ich decyzji i ich wiedza się nie zmieniają. Nie dowiedzą się niczego nowego, nie poznają nic, bo w duchowej rzeczywistości czas, jaki znamy na Ziemi, nie istnieje. Ale przecież tym bardziej Bóg się zmienić nie może. Gdy stworzył anioły, kochał je z całego serca. Gdy część z nich się zbuntowała, Bóg pozostał taki sam. Ten sam. Niezmienny, doskonały Bóg, który jest Miłością.

 

Jeżeli naprawdę chcemy być naśladowcami Chrystusa, musimy się stać tacy jak On. Jak On na Krzyżu, modlący się za swych prześladowców. Tak wiele jest wokół nas nienawiści, a przecież to teraz, dziś, w każdym momencie naszego życia wybieramy gdzie spędzimy naszą wieczność. To teraz już jesteśmy tam, gdzie będziemy zawsze. Niebo, albo piekło jest dziś w sercu każdego z nas.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie.

Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość. (1 Kor 1-13)

Komentarzy: 17


Lanciano. Mniejszy Cud Eucharystyczny

Kategoria: Religia Saturday, 06 February 2010, 22:51

Wszyscy słyszeliśmy o Eucharystycznym Cudzie w Lanciano. Jest to chyba największy znak tego typu, jaki dał nam Bóg. Znak zdumiewający i odbierający dech w piersiach, gdy się nad nim zaczniemy zastanawiać. Znak, który powinien nawrócić każdego sceptyka. Ja jednak nie o tym dziś będę pisał. A przynajmniej nie do końca o tym.

 

Byłem w Lanciano dziesięć lat temu i naocznie widziałem ten fragment mięśnia sercowego i te kilka grudek zakrzepłej krwi, w które zamieniła się przed wiekami hostia i wino w czasie Mszy Świętej.  Napisałem „mięsień sercowy” i „krew” z małej litery i zrobiłem to celowo. Tak, jak celowo piszę „Eucharystia” przez wielkie „E” i jak zawsze piszę „Krew” przez wielkie „K”, gdy piszę o winie, które stało się Krwią Chrystusa. Dlaczego więc tutaj „krew” przez małe „k”?

 

Dlaczego  zatytułowałem swą notkę „Mniejszy Cud Eucharystyczny”, gdy równocześnie sam twierdzę, że to największy ze znaków, jakie dostaliśmy od Boga? Może zresztą nie jest największy. W czasach biblijnych były inne, równie zdumiewające. Manna na pustyni, czy cudowne rozmnożenie chleba, to przecież także eucharystyczne znaki,  które prowadzą do tego, co jest prawdziwym Cudem Eucharystycznym.

 

Problem ze znakiem z Lanciano polega na tym, że nie bardzo wiadomo, jak go traktować. Czy jest to relikwia? Czy jest to Najświętszy Sakrament? Chyba nie? A może się mylę? Kościół nas uczy, że Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie dopóty, dopóki istnieją elementy takie, jak chleb i wino. Trudno jednym zdaniem wytłumaczyć doktrynę transsubstancji, czy też transsubstancjacji (od łacińskiego  transsubstantiatio, przeistoczenie), ale w uproszczeniu mówi ona, że choć elementy użyte do konsekracji, czyli chleb i wino, utrzymują swoje dawne fizyczne właściwości, takie jak wygląd, smak itp., to po konsekracji stają się w swej istocie Ciałem i Krwią, Duszą i Bóstwem Jezusa Chrystusa. Stają się Jezusem. On nie „znajduje się w chlebie”. Tam już nie ma chleba. Jak śpiewałem będąc dzieckiem, gdy szedłem do mojej Pierwszej Komunii:

 

Jezusa ukrytego mam w Sakramencie czcić,

Wszystko oddać dla Niego, Jego miłością żyć.

On się nam daje cały, z nami zamieszkał tu,

Dla Jego Boskiej chwały życie poświęćmy Mu.

Wiarą ukorzyć trzeba zmysły i rozum swój,

Bo tu już nie ma chleba, to Bóg, to Jezus mój.

 

 

W Lanciano nie ma już czegoś, co ma wygląd chleba i wina. Co zatem jest?  Jest kawałek mięśnia sercowego mężczyzny i zakrzepła krew  o grupie krwi AB. Takiej samej, jaka jest na Całunie Turyńskim.  Tymczasem w konsekrowanej Hostii nie ma mięśnia sercowego. Nie ma dużego palca u nogi. Nie jesteśmy kanibalami, którzy spożywają zwłoki Jezusa. Tam jest prawdziwy, żywy Jezus. Cały. Jezus Bóg i Jezus Człowiek.

 

Na każdej Mszy Świętej jesteśmy świadkami największego Cudu Eucharystycznego. Te znaki, jak manna na pustyni, jak cudowne rozmnożenie chleba, jak cud w Lanciano, jak krew wylewająca się z Hostii, są właśnie tym: Znakami, które mają nas doprowadzić do tej Tajemnicy, która jest największym Cudem: Że Bóg tak nas ukochał, że nie tylko stał się człowiekiem, nie tylko oddał za nas życie, ale stał się pokarmem, kawałkiem chleba, kroplą wina, by dać nam życie wieczne. Mają nas doprowadzić do wiary w to, co nam zapowiedział sam Jezus:

„Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje. Następnie wziął kielich […] mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew…”

I to, czego doświadczamy podczas każdej Mszy, nieskończenie przewyższa to, co możemy zobaczyć w małym kościółku w Lanciano.

 

PS, W ostatnim roku zamieściłem na moim blogu co najmniej dwa teksty, które warto sobie  dziś przypomnieć:

Corpus Christi

Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba

 

 

Komentarzy: 5


Jeden Bóg. Trzy Osoby Boskie. Oto Wielka Tajemnica Wiary.

Kategoria: Religia Saturday, 29 May 2010, 18:11

Dziś obchodzimy w Kościele Uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Ale co to tak naprawdę znaczy? Jak najlepiej zilustrować dogmat mówiący, że jest Jeden Bóg, ale są Trzy Osoby Boskie? Poniższy tekst jest pewną syntezą moich przemyśleń  na ten temat. Mam nadzieję, że okażą się one interesujące.

Image Hosted by PicturePush

Napisałem kiedyś króciutki tekst, gdzie chciałem się zmierzyć z tym zagadnieniem, oto jego fragment:

"Jak zrozumieć, czym jest Trójjedyny Bóg? Jak to jest, że jest On jeden, ale w trzech różnych Osobach? Najprostsza i najprawdziwsza odpowiedź, to taka, że jest to Tajemnica Wiary. Misterium. Coś, czego nasz ludzki, ograniczony rozum nie jest w stanie do końca zrozumieć. Ale taka odpowiedź nas rzadko kiedy zadowala i szukamy dalej.

 

Małym dzieciom często tłumaczymy to na przykładzie koniczynki, że niby ma trzy listki, a jest jedną roślinką. Ale taki przykład ma wiele niedoskonałości. Zresztą każdy przykład ma swoje wady, bo nie można ukazać prawdziwie Boga posługując się stworzeniem. Ja jednak mam swoje ulubione analogie, lepiej niż koniczynka ilustrujące nam Trójcę Świętą.

 

Pierwszy przykład to rodzina. Jest to o tyle dobry przykład, że właśnie rodzina jest tym obrazem Boga, tym stworzeniem na Jego podobieństwo. Gdy w szóstym dniu Bóg stwarzał człowieka, powiedział:

 

"A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi! Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (Rdz 1,26-28)

 

Ciekawe, że po raz pierwszy Bóg w Biblii mówi o sobie używając liczy mnogiej. Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę i dał im miłość, która daje im możliwość współtworzenia, która po dziewięciu miesiącach sama owocuje w postaci nowej osoby. Bóg właśnie jest taką rodziną, tylko znacznie doskonalszą niż ta nasza ludzka. Bóg zawiera w sobie Ojca i Syna i Miłość tak realną, którą się oni darzą, że i ta miłość jest realną osobą, Duchem Świętym.

 

Inna ilustracja, która przemawia do mnie, to obraz wszechświata. Tak jak Bóg „jest wszystkim”, tak i wszechświat w sferze materialnej jest wszystkim. Nic, co jest materialne nie jest poza wszechświatem. Ale ten wszechświat składa się z trzech różnych atrybutów, składników: materii, przestrzeni i czasu. Materia nie jest przestrzenią ani czasem i całość jej składa się na coś, co nazywamy wszechświatem. Ale i cała przestrzeń, niebędąca materią też składa się na coś, co nazywamy wszechświatem. A przecież jest to ten sam wszechświat, wszechświat jest tylko jeden. Cały upływ czasu od początku istnienia wszechświata zawiera się we wszechświecie, ale czas nie jest materią ani przestrzenią. I proszę tu astrofizyków i uczniów Einsteina o nie wyjaśnianie mi tu zawiłości teorii względności. Nie o to chodzi. Z mojego punktu widzenia mamy jeden wszechświat i trzy różne składniki, z których każdy jest wszechświatem a mimo to tak bardzo się od siebie różnią. Podobnie Trójca Święta. Bóg Ojciec nie jest jedną trzecią Boga. Jest Całym, Nieograniczonym Bogiem. Podobnie Jezus i Duch Święty. A jednak każdy z Nich jest osobną Osobą. I nieważne jak doskonałe analogie będziemy umieli wymyślać, nie zrozumiemy tego do końca.

Zresztą nie tylko Wszechświat, ale każdy pojedynczy atom także ma w sobie „elementy trójcy”: I tu mamy materię, przestrzeń i siły wzajemnego oddziaływania wewnątrz każdego atomu. Trzy rożne odmienne składniki, ale każdy z nich tworzy ten sam atom. Znowu dodam, że zdaję sobie sprawę z bardzo uproszczonego  przedstawienia atomu, chodzi jednak tylko o ilustrację.

Po zamieszczeniu tych paru przemyśleń na forum "Apologetyki"ktoś podał  takie ilustracje:

Ogien który tworzy tysiące płomieni ale jest wciąz tym samym ogniem a kazdy jego płomien niej jest czescią ognia ale ogniem w pełni.

Tak samo woda która wypływa z jednego zródła tworząc tysiące rzek jezior i oceany ale wciąz pozostaje tą samą wodą. A kazda jej kropla nie jest czescią wody lecz wodą w pełni. Podobnie woda w trzech stanach skupienia.

Mnie bardzo podoba się przykład wody w trzech stanach skupienia. Podobnie inne związki chemiczne i pierwiastki, mogą mieć różne formy, a ten sam skład chemiczny. Gaz skroplony, czy zamrożony jest w swej istocie tym samym, ale przecież czymś diametralnie innym w swej formie. Inna, podobna do tej ilustracja, to różne formy węgla. Diament, sadza, czy grafit – ten sam skład chemiczny, a jakże inne formy.

Image Hosted by PicturePush

W trakcie naszej dyskusji ktoś inny wspomniał audycję w Radiu Maryja z udziałem profesora Jacyny – Onyszkiewicza, gdzie mówił on o Bogu jako Wszechwiedzy i w ten sposób zilustrował dogmat Trójcy Świętej. Przesłuchałem tą audycję parokrotnie, później nawet kupiłem sobie książeczkę jego autorstwa zatytułowaną "Monotrynitarna Tajemnica Boga" i napisałem coś na ten temat, ale tekst ten okazał się nie do końca jasny i zrozumiały dla wszystkich. Gdyby ktoś był nim zainteresowany, znajdzie go TUTAJ. Ja sam jednak poprawiłem go, najpierw wychodząc od Boga, a nie od abstrakcyjnej trochę idei Wszechwiedzy, a potem zastąpiłem Wszechwiedzę Miłością. Idea ta sama, bo Bóg jest tak samo Miłością, jak i Wszechwiedzą, ale sama próba zilustrowania Trójcy Świętej przy pomocy Miłości okazała się dużo bardziej przejrzysta i zrozumiała:

Tym razem zacznę  od Pana Boga. Tak powinno być lepiej, bo wszystko powinniśmy zaczynać od Niego. Nie będzie to więc tekst mający przejść od abstrakcyjnej koncepcji do dowodu na to, że Bóg istnieje, ale raczej wyjdziemy już od stwierdzenia, że Bóg rzeczywiście istnieje i że jest On Bogiem Wszechwiedzącym, a z tego wyciągniemy wniosek, że jest także Bogiem Trójjedynym. Bogiem w Trzech Osobach.

 

Bóg, jak wiemy wszyscy z nauki religii, z samej definicji Boga, wie wszystko. Nie ma takiej wiedzy, jaka byłaby przed Nim ukryta. Nie może być takiej wiedzy, bo gdyby było cokolwiek ukryte przed Bogiem, nie byłby On Bogiem Wszechmogącym, Wszechwiedzącym i Wszechobecnym. Byłoby to tylko jakieś nasze ubogie, kalekie i fałszywe wyobrażenie o tym, kim jest Bóg. Jednak stwierdzenie, że Bóg wie wszystko to jeszcze za mało. Musimy dodać, że wiedza, jaką Bóg posiada jest największą wiedzą, jaką tylko można by sobie wyobrazić. Że nie może być nawet teoretycznie żadnej większej wiedzy. I takie założenie pozwoli nam wykazać, że Bóg nie może być samotnikiem.

 

Judaizm wierzy także we Wszechwiedzącego Boga-Stworzyciela Nieba i Ziemi. Także Islam uczy, że taki Bóg istnieje. Jednak obie te religie odrzucają Prawdę o Trójcy Świętej. Porównajmy jednak jaką wiedzę ma Bóg w Trójcy Jedyny, a jaką ma Bóg jednoosobowy.

 

Otóż Bóg jakiego nam objawiło chrześcijaństwo ma pełniejszą wiedzę, bo Bóg Ojciec oprócz wszelkiej wiedzy podobnej do tej, jaką posiada Bóg w innych religiach, ma też wiedzę o swym Synu. Ta wiedza jest pełna, jest Wszechwiedzą, bo Syn jest także Wszechwiedzą, Wszechwiedzącym Bogiem, równym Ojcu. Skoro więc Bóg Ojciec wie wszystko o Synu, musimy dojść do jedynego logicznego wniosku, że ta wiedza jest także Wszechwiedzą, równą i identyczną z Wszechwiedzą Ojca i Syna. Wszechwiedza bowiem nie może być mniejsza, czy większa od innej Wszechwiedzy, gdyż wtedy jedna z nich nie byłaby Wszechwiedzą.

 

A ponieważ pełna wiedza wie także o swoim istnieniu, (bo wie o wszystkim), to ma ona swą osobowość, świadomość swego istnienia, a więc także jest Osobą. Czyli wiedza Ojca o Synu jest Osobą i wiedza Syna o Ojcu jest Osobą. My tę Osobę nazywamy Duchem Świętym. Konsekwentnie dochodzimy do wniosku, że wszystkie relacje między Osobami w Trójcy Świętej są wzajemnie się przenikające i sobie równe: Wiedza Ducha o Synu wyraża się w Ojcu, Ducha o Ojcu w Synu, itd., itp.

 

Ponieważ taka wiedza jest pełniejszą, piękniejszą ilustracją Wszechwiedzy, musi być też prawdziwszą. Bóg samotny, Bóg, jakiego uczy nas Judaizm i Islam jest uboższy, a więc ta ilustracja prawdziwej istoty Boga jest uproszczona i sfałszowana. Tylko ilustracja Boga w Trójcy Jedynego ukazuje nam Boga naprawdę posiadającego największą wiedzę, jaka jest tylko możliwa do wyobrażenia i tylko taka ilustracja jest logicznie spójna.

 

Mówiąc o relacjach między Osobami Boskimi w Trójcy możemy łatwo dojść do kolejnego wniosku, mianowicie takiego, że Bóg jest miłością. Są bowiem tylko trzy rodzaje relacji między osobami: Albo wrogość, albo obojętność, albo przyjaźń. Ponieważ Bóg niczego nie robi połowicznie, bo z samej swej natury wszystko robi w sposób pełny, doskonały, nieograniczony, to relacja między Osobami Trójcy musi także być relacją pełną, największą z możliwych.

 

Największa wrogość to nienawiść prowadząca do unicestwienia nienawistnej nam osoby, a więc na pewno taką relację musimy odrzucić. Nie ilustruje ona w prawdziwy sposób tego, czym jest Bóg. Bóg jest dawcą życia, samym Życiem. Unicestwianie kogokolwiek jest sprzeczne z Jego naturą. Jeśli chodzi o obojętność, to zauważamy, że jedyna idealna obojętność to relacja do osoby nam zupełnie nie znanej. Musimy więc i taką możliwość odrzucić. Osoby Boskie znają się i to znają się w sposób pełny, doskonały, a więc nie są sobie obce i obojętne. Pozostaje zatem jako jedyna możliwość relacja przyjaźni, która w swej idealnej, najpełniejszej wersji jest miłością.

 

Ale ponieważ relacje w Trójcy Świętej są Osobami, to wynika z tego, że Osoby Trójcy Świętej muszą być Miłością. A więc relacja między Ojcem i synem wyraża się w Duchu i relacja ta jest Miłością. Czyli Duch Święty jest Miłością. Podobnie relacja Ducha i Ojca wyrażona w Osobie Syna jest Miłością i tak dalej. Dochodzimy więc do jedynego logicznego wniosku, że aby Bóg posiadał wiedzę, od której nie można sobie wyobrazić większej wiedzy, musi być Trójcą Świętą i musi być Miłością. Każdy inny model, każde inne wyobrażenie Boga Wszechmogącego byłoby uboższe, mniej pełne, a więc nie przedstawiałoby prawdziwego modelu Boga.

 

Innym wnioskiem jaki się tu nieodparcie nasuwa, to ten, że Bóg jest Prawdą. Bowiem Wszechwiedza musi być Prawdą. Skoro Wszechwiedza zawiera wszelką wiedzę, to z samej definicji jest Prawdą. Prawda to bowiem rzeczywista wiedza o jakimś fakcie, zjawisku, wydarzeniu itp. Mógłby co prawda ktoś powiedzieć, że czasem posiadamy wiedzę o czymś, co nie jest prawdziwe. Na przykład ucząc się historii mogą nam być przedstawione pewne wydarzenia w sposób zakłamany i wtedy posiadamy o nich wiedzę, która nie jest prawdziwa. Jednak sytuacja taka jest możliwa tylko w takim przypadku, gdy nasza wiedza jest cząstkowa. Gdy pewne fakty są przed nami ukryte, inne zniekształcone, wykrzywione. Wszechwiedza z samej definicji musi posiadać pełną wiedzę o każdej rzeczy, więc nic nie jest przed Nią ukryte. Posiada ona także wiedzę o faktach przeinaczania historii, czy o innych kłamstwach, ale zna je właśnie jako kłamstwa, a więc sama nie jest kłamstwem.

 

Inaczej mówiąc gdy ja na przykład znam fakt, że propaganda sowiecka obciążała odpowiedzialnością za zbrodnie katyńskie Niemców, to choć takie przeinaczanie historii z ich strony jest kłamstwem, moja wiedza o tym fakcie jest prawdziwa. Wszechwiedza więc znając wszystkie prawdziwe fakty, jakie tylko istnieją, także to o wszelkich kłamstwach, sama jest Prawdą. Nic więc dziwnego, że Biblia nas uczy, że Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem, (J 14,6) i że Bóg jest Miłością (1 J 4,8 i 16).

 

Mam nadzieję, że te parę przemyśleń nie zagmatwały jeszcze bardziej tego, co chciałem ukazać. Na pewno te wywody nie są proste, jednak na swą obronę muszę dodać, że Trójca Święta na zawsze pozostanie Tajemnicą dla ograniczonego ludzkiego rozumu. Nie da się ogarnąć Nieogarnionego i wytłumaczyć Tego, co przerasta nawet potencjalną możliwość rozumienia przez najwybitniejsze umysły ludzkie. Co gorsze mnie bardzo, bardzo daleko do wybitności. Nic więc dziwnego, że ta moja próba przedstawienia Trójcy Świętej jest tak ułomna. Mam jednak nadzieję, że być może komuś pomogłem w pewnym przybliżeniu zrozumienia istoty Tajemnicy Trójcy Świętej. Na pewno pomogłem sobie.

Komentarzy: 19


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.