Kategoria: Pro life Sunday, 25 September 2011, 13:14
W najbliższą środę, 28. września w 48 stanach USA, na terytorium Puerto Rico i w Dystrykcie Kolumbii, a także w siedmiu prowincjach Kanady, pięciu stanach Australii, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii i Argentynie rozpocznie się kolejna akcja pod nazwą "40 dni dla życia". 301 miast. Przed dwoma było ich 212, a przed czterema - 89 miast w 33 stanach USA. Ja widać więc zwolennicy legalnej aborcji na żądanie, propagatorzy "cywilizacji śmierci" wcale nie odnieśli zwycięstwa. Dalecy są od tego. Wygrali parę bitew, ale walka dopiero się rozpoczyna. Nikt tu nie wątpi, że zwycięstwo będzie nasze.
Sama akcja "40 dni dla życia" ma na celu zwiększyć wiedzę na temat czym naprawdę aborcja jest, wzbudzić zainteresowanie tym problemem, uratować wiele nienarodzonych dzieci, przynieść uzdrowienie duszy tym, którzy zabili swoje dziecko i przygotować Amerykę i inne kraje na ponowne zdelegalizowanie zabijania nienarodzonych dzieci. Akcja przynosi także doraźne skutki. W jej wyniku każdego roku zamykane są kolejne młyny aborcyjne, nierzadkie są przypadki matek odstępujących od zamiaru zabicia swego dziecka, a także wiele pracowników tych placówek rezygnuje z pracy. Przed dwoma laty na przykład była głośna sprawa pani Abby Johnson, dyrektorki kliki aborcyjnej Planned Parenthood w Teksasie, która rzuciła pracę i dołączyła do modlących się przed kliniką osób.
Akcja zaczyna się 28. września, trwa do 6. listopada i składa się z trzech elementów:
1. Modlitwa i post. Pierwsze, najważniejsze, co można uczynić, co każdy z nas może zrobić, to modlitwa. W modlitwie każdy może się przyłączyć do tej kampanii. Nie tylko w USA, ale na całym świecie. Bo to nie jest problem Ameryki, to problem ludzkości. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi i wszyscy są dziećmi Bożymi. Za wszystkich Jezus oddał swe życie na Krzyżu i za wszystkich mamy obowiązek się modlić. Ponieważ jednak Biblia nas uczy, że pewne złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem, organizatorzy tego ruchu serdecznie zachęcają do tego, by swe modlitwy wspomóc jakąś formą postu. Każdy sam w swoim sercu oceni ile może poświęcić Bogu. Nie musi to nawet być post od pokarmów, może być od telewizji, plotkowania, spędzania bezużytecznych godzin na czatach i innych stronach internetowych, post od złego języka i złego spojrzenia, post od grzechu. Ale post o chlebie i wodzie na pewno nikomu także nie zaszkodzi. ;)
2. Pokojowe czuwanie. Drugą rzeczą, jaką będziemy robić w czasie tych 40 dni, to pokojowe czuwanie przed klinikami aborcyjnymi, modląc są o ich zamknięcie i oferując gotowość pomocy wszystkim tym, którzy może nie widzą innego wyjścia, niż zabicie własnego dziecka. Modlitwa taka ma wielką moc, ratuje życie dzieciom i o ile nie jest niczym nadzwyczajnym w USA spotkanie modlących się ludzi przed klinikami zabijającymi dzieci, to w czasie tej akcji czuwanie w wielu miejscach będzie trwało niezmiennie przez całą dobę, dzień i noc, przez okres 40 dni.
Ja pierwszy raz modliłem się pod kliniką aborcyjną cztery lata temu, podczas podobnej kampanii. Zawsze chciałem to zrobić, nigdy nie było czasu. Jednak znalazłem ten czas, zabrałem także dzieci. Poszliśmy całą rodziną, a później jeszcze kilkakrotnie uczestniczyłem w takim czuwaniu. A jak bardzo takie akcje przeszkadzają właścicielom tych młynów aborcyjnych wiem choćby stąd, że gdy modliłem się tam ostatniego dnia akcji, czuwałem do północy, parę minut później zobaczyłem właścicielkę tego miejsca, która mimo okropnej pogody przyjechała swoim pięknym Mercedesem i osobiście posprzątała wszystkie znicze, plakaty i znaki, jakie zostawiliśmy po sobie. Mimo, że były one nie na jej terenie, ale na publicznym miejscu i prawdę mówiąc nie miała ona żadnego prawa do usuwania tych rzeczy.
3. Wyciągnięcie ręki do lokalnej społeczności. W czasie tych 40 dni akcji jej uczestnicy aktywnie będą starali się dotrzeć do wszystkich mieszkańców naszego miasta z wiadomością o niej. Będą petycje do podpisania i ulotki informujące. Ludzie będą chodzili od drzwi do drzwi informując o akcji, będą informacje udostępnione mediom, uczelniom, kościołom itd., itp. Także ten mój wpis można potraktować jako część akcji informacyjnej kampanii "40 dni dla życia".
Dlaczego 40 dni? W biblijnej historii Bóg niejednokrotnie używał okresów 40-dniowych by odmienić ludzi, społeczności i narody. 40 dni padał deszcz w czasach Noego, przynosząc oczyszczenie i niszcząc zło: 40 dni modlił się Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat urągał Izraelitom, odmieniając serce Dawida, który zdobył się na odwagę i go pokonał. Niniwa została uratowana przez 40 dniowy post i modlitwę na skutek ostrzeżeń Jonasza. Jezus przez 40 dniowy post na pustyni przygotował się do swej działalności, która odmieniła świat. Po zmartwychwstaniu Jezus przez 40 dni pouczał swych apostołów, którzy zostali całkowicie odmienieni.
My także możemy odmienić świat naszymi czterdziestoma dniami. Akcje takie przynoszą rezultaty. W kilku miastach doprowadziły do zamknięcia młynów aborcyjnych. Uratowały wiele ludzkich istot. Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę, że coś z tą legalizacją aborcji w czasie całych dziewięciu miesięcy ciąży jest nie tak. Gdy co trzecia ciąża kończy się zabiciem dziecka, gdy ponad 40 milionów dzieci zostało zamordowanych od legalizacji tej zbrodni, gdy zabijane są nawet dzieci zupełnie zdrowe, dzieci zupełnie zdrowych matek i to w siódmym, ósmym, czy dziewiątym miesiącu ciąży, to te „prawa kobiece” zaszły naprawdę zbyt daleko.
Oczywiście każde życie ludzkie jest tak samo wartościowe i Kościół uczy, Bóg uczy, że zabicie dziecka w dziewiątym miesiącu ciąży jest takim samym grzechem, jak zabicie go w dziewiątym dniu. Jednak aby odmienić ludzkie serca, trzeba czasem apelować do uczuć. A te inaczej spostrzegają zabicie dziecka które „wygląda jak dziecko”, niż zabicie go zaraz po jego poczęciu. Jednak z naukowego, teologicznego, filozoficznego punktu widzenia nie ma tu różnicy: Żywy organizm, mający DNA człowieka jest człowiekiem. Co więcej, kod genetyczny nowego życia w organizmie matki różni się od samego początku od jej kodu genetycznego. Nie jest to więc nigdy część jej organizmu, zawsze jest to inny człowiek.
Łatwo sobie to wyobrazimy, gdy pomyślimy o momencie w którym archanioł Gabriel zwiastował Maryi, że została matką Bożego Syna. Dziecko, które w tym momencie powstało w jej łonie było od początku Synem Bożym, nie częścią Jej organizmu, prawda? I gdyby Je ktoś wtedy zabił, zabiłby Pana Jezusa. Tak jest z każdym nowym człowiekiem. Gdyby ktoś zabił zygotę, którą ja kiedyś byłem, to ja bym się nigdy nie urodził. Byłbym po prostu zamordowany.
Gdy sobie to uświadomimy, to staje się jasne, że aborcja jest zabiciem niewinnego człowieka. Jest niewyobrażalną wręcz zbrodnią. Jednak od razy chciałem tu dodać, że żadna zbrodnia nie jest zbyt wielka, by jej Bóg nie mógł wybaczyć.
Matki decydujące się na taki krok, jeszcze raz to podkreślę, często są zaszczute, zahukane, zabłąkane w swej trudnej sytuacji, często właśni rodzice i bliscy kładą wielki nacisk na to, by przerwały ciążę i nawet w swej rozpaczy nie są w stanie dostrzec tego, czym obiektywnie jest ten czyn, na który się zdecydowały. Opamiętanie przychodzi często znacznie później i żyją one całe lata w stanie depresji, żalu za tym, co się stało, z tęsknotą za swym dzieckiem, którego nigdy nie zobaczą. Ale pomoc dla nich istnieje. W Stanach jest wiele możliwości pomocy takim matkom. Bardzo dobrą organizacją jest Rachel’s Vineyard Ministries, www.rachelsvineyard.org .
Ponieważ w Stanach są miliony matek, które miały aborcję, one to paradoksalnie są częścią tego ruchu, który powoduje odmianę serc społeczeństwa USA. One bowiem widzą w swoim życiu, że nie był to „zwykły zabieg” jak wyrwanie zęba, czy usunięcie wyrostka robaczkowego. Widzą jak głębokie rany w ich psychice zostawiła ta tragiczna decyzja i jak bardzo trudno jest potem z nią żyć.
Aborcja nie rozwiązuje żadnych problemów. Nie pomaga kobiecie i z pewnością nie pomaga nienarodzonemu dziecku. Aborcja powoduje całą masę nowych problemów zdrowotnych, tworząc rany na ciele, duszy i psychice człowieka. I o ile rany na ciele czasem są nieodwracalne, to rany w sferze psychiki leczą takie organizacje jak Rachel’s Vineyard Ministries. Częścią tej terapii jest pogodzenie się z Bogiem, przez spowiedź świętą i przeproszenie Go. On na pewno wybaczy i, jak ojciec z przepowiedni o synu marnotrawnym, wybiegnie z rozpostartym ramionami przytulić powracającą na łono rodziny córkę.
A ja na koniec chciałbym zachęcić wszystkich do przyłączenia się do tej kampanii. Tych, którzy są w Stanach do aktywnego udziału w modlitwach pod klinkami mi aborcyjnymi, tych w Polsce i innych krajach proszę o post i modlitwy w tej intencji. Zwłaszcza kapłanów i siostry zakonne, ale też wszystkich ludzi dobrej woli. Bo wspólnie możemy naprawdę zatrzymać bieg historii i odwrócić to zło, jakie się stało gdy aborcja została zalegalizowana. Jestem przekonany, że już niedługo będzie ten dzień, gdy odmieni się nie tylko prawo, ale głownie serca Amerykanów i gdy aborcja będzie czymś tak odstręczającym i oburzającym dla wszystkich, jak teraz jest choćby niewolnictwo. Serdeczne Bóg zapłać.
Czuwaliśmy także w nocy. Klika aborcyjna w Charlotte:
Biskup Peter Jugis także dołączył do tej akcji, modląc się wraz z wiernymi swej diecezji:
Większość młodych ludzi jest pro life, dlatego w końcu odniesiemy zwycięstwo.
Dziś Uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Czyli, mówiąc po ludzku, dzisiaj świętujemy moment, gdy Maryja Dziewica zaszła w ciążę. Czemu dzisiaj? W połowie okresu Wielkiego Postu, całkiem "niepokolei" w liturgicznym kalendarzu? To oczywiste przecież, ale wielu osobom otwierają się szeroko oczy ze zdumienia, gdy pierwszy raz to sobie uświadomią. Dzisiaj po prostu jest dziewięć miesięcy do Bożego Narodzenia, a normalna ciąża, jak wiadomo, trwa dziewięć miesięcy.
Trochę niedobrze, że to akurat tak wypada, bo jakoś cicho obchodzimy tę uroczystość, a przecież to właśnie teraz Bóg do nas przychodzi. To dziś, nie w Boże Narodzenie staje się jednym z nas. To dziś następuje Wcielenie, wkroczenie w materialną rzeczywistość, czasoprzestrzeń, w historyczny ciąg wydarzeń ludzkości. Emanuel, Bóg z nami zaczyna żyć wśród nas.
Wielu z nas uczestniczy w duchowej adopcji dziecka poczętego. Tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, serdecznie właśnie dziś zachęcam do tego. Choćby na dziewięć miesięcy. Choćby od dziś do Bożego Narodzenia. Można uratować w ten sposób wiele dzieci. Ja modlę się słowami, jakie dał nam Sługa Boży, arcybiskup Fulton Sheen, ale forma jest dowolna. Każdy w Necie znajdzie więcej na ten temat, jeżeli tylko będzie chciał. Zresztą wystarczy własna modlitwa – krótka prośba do Pana o uratowanie nienarodzonego dziecka, któremu grozi aborcja.
Pamiętajmy, że Jezus był Bogiem zanim Archanioł Gabriel zwiastował pannie Maryi. Był Bogiem w momencie zwiastowania. Był Bogiem minutę później, gdy jego Ciało składało się z jednej komórki, czy z czterech, czy z szesnastu. Był Bogiem dziewięć miesięcy później, gdy w Betlejem przyszedł na świat. Jest Bogiem i teraz.
Uświadomienie sobie tego pomaga nam zrozumieć, kim jest poczęte dziecko. Gdyby ktoś zabił tę żyjącą komórkę, którą ja kiedyś byłem, tę zygotę, czy embriona – to ja, właśnie ja, bardzo konkretnie ja bym się nigdy nie narodził. To zabiłby właśnie mnie. Gdyby ktoś zabił To, Co było pod sercem Maryi, zabiłby Boga. Wcale nie mniej, niż stało się to później na Krzyżu. Zamordowanie człowieka zawsze jest tym samym, niezależnie od tego, czy ma minuty życia za sobą, czy 99 lat.
Adoptujmy nienarodzone dzieci. Proszę Was o to z całego serca.
Kategoria: Pro life Thursday, 24 February 2011, 05:25
Abby Johnson wychowała się w konserwatywnej, protestanckiej rodzinie, jako baptystka. Uważała się za osobę "pro life", ale jak sama wspomina nigdy nie dyskutowano na te tematy w domu. Jako młoda kobieta zaczęła pracować w klinice "Planned Parenthood". Wcale jej się to nie kłóciło z jej poglądami. Przekonano ją, że aborcja czasem jest konieczna, ale tak naprawdę to pomagają oni kobietom, dążąc do jak najmniejszej ilości aborcji. Twierdzili, że gdyby ich nie było, to te biedne dziewczyny szukałyby pomocy w miejscach nie podlegających żadnej kontroli, co w konsekwencji byłoby dla nich znacznie szkodliwsze. Abby pracowała zatem w jednej z klinik organizacji odpowiedzialnej za zabicie milionów dzieci, ciągle uważając, że jest "pro life".
Klinika w której pracowała, nie miała aborcjonisty na pełnym etacie. Lekarz przychodził dwa dni w miesiącu, ale w czasie każdej takiej wizyty zabijał 30 do 40 dzieci. Abby wspomina, że szef tej kliniki nieustannie przypominał im, że się borykają z finansowymi problemami i że należy tak organizować wszystko, by tych zabiegów było jak najwięcej. Klinika bowiem zarabiała średnio 350 dolarów na każdym zabitym dziecku.
Abby w końcu doszła do stanowiska dyrektora tej kliniki. To określenie może dla nas być trochę mylące, bo mówimy tu o małej przychodni, zatrudniającej parę osób. Zatem pani dyrektor musiała się zajmować wszystkim i pewnego dnia musiała asystować lekarzowi podczas aborcji wykonywanej przy asyście ultrasonografu. Zobaczyła, jak dziecko, mające 13 tygodni, stara się uciec przed narzędziem mającym pozbawić je życia. Zobaczyła też, jak po przegranej walce dziecko zostaje wessane do rurki urządzenia, które pozbawiło je życia.
To był początek końca jej kariery w Planned Parenthood. Na przeszkoleniach uczono ich, że płód do 28. tygodnia nie ma wykształconych zakończeń nerwowych i nie odczuwa bólu i ona nie tylko w to wierzyła, ale tłumaczyła to setkom kobiet, które się tam zgłaszały. Tymczasem podczas asystowania lekarzowi zobaczyła na własne oczy, że jest to nieprawda. Nie potrafiła sobie z tym poradzić i nie tylko wkrótce zrezygnowała z pracy, ale stała się działaczką Pro Life.
Ja jednak nie piszę tu notki biograficznej Abby Johnson. Napisała ona książkę o swych doświadczeniach, zatytułowaną "unPlanned". Być może zostanie ona przetłumaczona kiedyś na polski. Z pewnością warto. Ja ten wstęp napisałem jednak tylko po to, by podzielić się z Wami czymś, co usłyszałem od niej w audycji radiowej Catholic Answers. A to, co usłyszałem mnie naprawdę zdumiało i przeraziło.
Abby kontynuując swą opowieść mówi, że kobiety chcące usunąć ciążę pytały "czy to na pewno nie będzie bolało mojego dziecka?" Prowadzący audycję redaktor zapytał, czy nie jest prawdą, że Planned Parenthood nakazywał im unikać takich sformułowań jak "dziecko" i nakazywał używanie neologizmów takich jak "płód", "embrion", "tkanka" itp. Ona odpowiedziała, że tak było do niedawna, ale teraz już tak nie jest, głównie dlatego, że kobiety przychodzące do kliniki zawsze nazywały swe dziecko dzieckiem.
Powiedziała ona, że nigdy, ani raz nie spotkała kobiety, by nie mówiła o nienarodzonym dziecku jakie nosiła pod sercem inaczej, niż "baby". Pracownicy kliniki mieli obowiązek nazywania go "płodem", albo "tkanką", albo "P.O.C.", "Product of conception", produkt zapłodnienia itp. Jednak gdzieś pod koniec 2008 roku zmieniono te zalecenia i zaczęto nazywać dziecko dzieckiem, ale przedstawiać aborcję jako "right parenting decision", czyli dobrą, prawą rodzicielską decyzję.
Trudno znaleźć bardziej wykrętny argument. Byłoby to wręcz śmieszne, gdyby nie było tak tragiczne. Prawidłowa rodzicielska decyzja polegająca na zabiciu dziecka? By rodzić nawet się rodzicem nie stał? Ale tak to właśnie przedstawiano: Że decydują się na aborcję, bo troszczą się o siebie, o swe dziecko, o swe przyszłe dzieci i przyszłą rodzinę. Zatem podejmują przemyślaną rodzicielską decyzję wybierając aborcję.
Mnie te słowa przeraziły. Tyle razy słyszałem na przykład opinię, że jak się rozpowszechni ultrasonografy najnowszej generacji i matki zobaczą jak wygląda ich nienarodzone dziecko, to ilość aborcji drastycznie spadnie. Że gdy zobaczą jak wygląda ten "produkt zapłodnienia", gdy zobaczą, że to jest po prostu mały człowiek, dziecko, to nawet im nie przyjdzie do głowy, by je zabić. Tymczasem okazuje się, że to wcale nieprawda.
Dziwi nas dzisiaj jak to było możliwe, że całkiem niedawno ludzie inteligentni, dobrzy, prawdziwi chrześcijanie uważali, że jeden człowiek może posiadać innego człowieka tylko dlatego, że ten drugi ma inny kolor skóry. Spośród założycieli Stanów Zjednoczonych, "Ojców Ameryki" tylko jeden, John Adams, nigdy nie posiadał niewolników. Oczywiście nie oni wymyślili niewolnictwo, które na kontynencie amerykańskim istniało dwieście lat przed powstaniem Stanów Zjednoczonych. Jerzy Waszyngton, pozbyło się swoich niewolników… ale dopiero po śmierci swojej i swej żony. Po prostu w swym testamencie dał im wolność w dniu śmierci żony, która go przeżyła.
Dziś jednak jest nie tylko nielegalne posiadanie niewolników, ale jest to nie do pomyślenia. Każdy, kto by argumentował inaczej, byłby uznany za chorego psychopatę, którego należy leczyć. Jednak… Czym jest zło odebrania wolności człowiekowi w porównaniu do zła odebrania mu życia?
W czasie ostatnich paru dni kilkakrotnie słyszałem argument, że ja nic nie rozumiem, bo nie wiem jak jest w Polsce i jak jest ludziom ciężko. Było to co prawda powiedziane w kontekście dyskusji na temat rodzin wielodzietnych, nie w kontekście aborcji, ale nie ma to znaczenia. Chodzi jedynie o przypomnienie, że podobny, ekonomiczny argument często wysuwają osoby broniące prawa kobiety do zabicia dziecka.
Jednak dużo łatwiej byłoby argumentować w taki sposób za niewolnictwem. Właściciel niewolników musiał się troszczyć o nich niezależnie od tego, czy miał pracę, czy nie, czy byli zdrowi, czy chorzy. Pewnie, że w praktyce różnie z tym bywało, ale nikt nie wyrzucał za bramę niewolnika w okresie, gdy nie było pracy, a w rodzącym się kapitalizmie takie praktyki w odniesieniu do robotników były nagminne. Z ekonomicznego punktu widzenia sytuacja niewolnika była na pewno lepsza, niż sytuacja wolnego człowieka, który był bez pracy i umierał z głodu.
Jednak godność człowieka, wartość jego życia nie wynika z zawartości portfela. Wynika ona z samego faktu, że jest on człowiekiem. Dlatego jeden człowiek nie może posiadać innego jak jakiejś rzeczy, czy zwierzęcia. I wydawało mi się, że jak sobie uświadomimy, jak przekonamy innych, że nienarodzone dziecko to też człowiek, a nie żadna "tkanka", to sprawa jest wygrana.Koniec dyskusji.
To, co powiedziała Abby pokazało, że wcale tak nie jest. Matki zabijające dzieci wiedzą, że zabijają dziecko. Troszczą się nawet o nie, by je to nie bolało. I ciągle nie widzą niczego niemoralnego w tym, że pozbawiają je życia.
Z pewnością wielką winę ponosi tu prawo. My tak jesteśmy zaprogramowani: Co jest legalne, jest moralne, a co nie – nie. Zabicie dziecka w USA jest legalne przez dziewięć miesięcy, a więc nie ma nic niemoralnego w zabiciu dziecka, nawet już częściowo urodzonego. Byle główka jeszcze nie ujrzała światła dziennego. Zdążyć zabić, zanim całkiem się urodzi i będziemy OK. Legalni i moralnie czyści jak łza.
Co innego np. wysłanie na YouTube filmu nagranego w pomieszczeniu, w którym idzie radio i nadaje jakąś muzykę. To jest już takie przestępstwo, że z pewnością będziemy potępieni. Ileż paragrafów i regulaminów zabrania tego! To zło po tysiąckroć gorsze niż zabicie dziecka. Nie "płodu", nie "tkanki", ale dziecka. Mamusie, które by nie ściągnęły nielegalnego oprogramowania na komputer, bo to przecież jest kradzież zabijają swe dzieci, z troską pytając, czy je to nie będzie bolało. Jakie one uczciwe i kochające!
Nasz świat naprawdę stanął na głowie. Jednak przykład Abby Johnson pokazuje, że to się może zmienić. Że każdy może zrozumieć, dojrzeć prawdę. Ja naprawdę wierzę głęboko, że wkrótce wszyscy zobaczą czym jest aborcja. Dlatego też w modlitwie naszej Wspólnoty Marto znajdują się też takie słowa:
Spraw, Panie, dawco życia, by wszyscy szanowali prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Otwórz oczy i serca tych, którzy uważają, że mają prawo decydować o losie innych ludzi, by zrozumieli czym naprawdę jest odebranie życia niewinnej osobie. Daj im dar wiary i miłości bliźniego.
Zapraszam do naszej Wspólnoty. Do przyłączenia się do nas. To naprawdę jest jedyna droga. Nie Wspólnota, ona nie jest ważna. Wspólnota ma tylko zgromadzić ludzi, których łączy ten sam cel. Jedyną drogą jest to, co nam powiedziała Maryja w Fatimie. To, czego nas uczy Kościół od dwóch tysięcy lat. Niektóre złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem.
Mówiąc o poście… Zbliża się Wielki Post. Zróbmy coś w tym okresie dla Królestwa. Wokół nas toczy się wojna o dusze. My naprawdę możemy ją wygrać. Ale naszą bronią jest właśnie modlitwa, post i jałmużna. Wysyłając innych ludzi do diabła walczymy po stronie przeciwnika.
Nasz wróg, nasz przeciwnik, szatan, jest radykalny. Nie przebiera w środkach, nie ustaje, wymyśla coraz nowe sposoby by nas przechytrzyć i pokonać. I wystarczy mu, że nic nie robimy. Jemu tylko o to chodzi. Zatem zróbmy coś. coś, z czym on sobie nie potrafi poradzić. Pokonać go możemy tylko drogą miłości. Miłości do każdego człowieka.
A co z Abby? Pracując w Planned Parenthood Musiała opuścić kościół baptystów. Została też usunięta z innego, niezależnego zboru. Dopiero kościół episkopalny, anglikański ją przyjął z otwartymi ramionami. Do czasu. Gdy stało się powszechnie wiadome, że została działaczką pro life, anglikanie dali jej do zrozumienia, że nie jest osobą mile widzianą w ich wspólnocie. Aktualnie uczestniczy ona w procesie przygotowującym ją do przyjęcia do Kościoła Katolickiego.
Kategoria: Pro life Sunday, 16 January 2011, 13:20
Protokół zebrania Sztabu Kryzysowego Najwyższej Rady Fatherlandii w sprawie kryzysu budżetowego roku 2011:
Prezydent Sławobroń Czamber:
Drodzy przyjaciele, jestem niezmiernie rad, że udało się nam tutaj w sposób cywilizowany zgromadzić członków rządu i opozycji na wspólnych obradach sztabu antykryzysowego. Pozostawiliśmy na boku nasze różnice ideologiczne, poglądy polityczne, zapatrywania moralne i religijne przekonania, by wspólnie stawić czołu największemu wyzwaniu ostatniego okresu, jakim jest potężny kryzys budżetowy naszego państwa. Proszę pana premiera Fanga McDonalda o przedstawienie zagadnienia i propozycje wyjść z kryzysu.
Premier Fang McDonald:
Jest oczywiste, że czynnikiem rozkładającym nasz budżet jest lawinowo rosnący koszt leczenia naszego chorego społeczeństwa. Wymknął się on spod kontroli, spowodowany dwoma czynnikami. Pierwszym z nich są choroby spowodowane paleniem papierosów.
Prezydent:
Jakie są zatem propozycje rozwiązania problemu? Proszę członków rady o zabieranie głosu:
Towarzysz Napierniczak z SocLewDemu:
Wyjątkowo zgadzam się z panem premierem. Uważam, że należy absolutnie i bezwzględnie zakazać palenia w jakiejkolwiek formie. To nam rozwiąże problem.
Pan O'Duck z PrawISrpawy:
Zgadzając się z panem premierem muszę z całym szacunkiem stwierdzić, że pan Napierniczak jest w najlepszym przypadku nawiedzonym idealistą, albo raczej skretyniałym ignorantem, czego dał dowód przynależąc do wiadomej formacji ideologicznej. Jest rzeczą oczywistą, że totalna abstynencja jest nierealna. Nawet prezydent pewnego zaprzyjaźnionego z nami kraju został przyłapany ze stażystką i cygarem w swym owalnym gabinecie. Nam są potrzebne rozwiązania praktyczne. Dlatego musimy wszędzie propagować fifki z filtrami do papierosów, które, jak to wykazują niezależne badania medyczne, zmniejszają zachorowanie o całe 80%
Mister Catburn z FatherlandNow:
Nigdy nie sądziłem, że mi to przejdzie przez gardło, ale popieram O'Ducka. Ludzie i tak będą palić, więc bez sensu jest namawiać do abstynencji. Trzeba propagować bezpieczne papierosy. Należy wszędzie postawić automaty z fifkami do papierosów, rozdawać je dziatwie szkolonej. Pielęgniarki w szkołach muszą uczyć młodzież jak korzystać z fifek, jak je używać, by były bezpieczne i skuteczne. Musimy fifki dołączać do zasiłków dla bezrobotnych, promować już w przedszkolach, bo choć dzieci tam jeszcze nie palą, to przecież już należy kształtować ich przyszłe nawyki i preferencje.
Towarzysz Olejarski z SocLewDemu:
Pan O'Duck sam wykazał się tutaj ptasim móżdżkiem, a pan Catburn to pięknie potwierdza. Nie pierwszy raz. To, co panowie propagują jest stekiem bzdur, bo każdy, nawet najgłupszy kretyn wie, że uczenie dzieci jak się stosuje fifki do papierosów, stawianie automatów w szkołach i rozdawanie ich przez szkolne pielęgniarki spowoduje jedynie zachętę do palenia, a to w konsekwencji wzrost zachorowań i kosztów leczenia. Abstynencja może nie jest najprostszym rozwiązaniem, ale gdy się ma raka nie wystarczy przylepić plaster. Potrzebna jest długotrwała kuracja, która w konsekwencji z pewnością da nam wyleczenie. Tym bardziej, że jak wszyscy wiemy najczęściej do przypadkowego palenia papierosów dochodzi na imprezach, zwykle suto zakrapianych alkoholem, a tam mało kto pamięta o stosowaniu zabezpieczających fifek.
Prezydent Sławobroń Czamber:
Dziękuję panom za szczere podzielenie się swymi opiniami. Po rozpatrzeniu wszystkich argumentów podjąłem decyzję: Fatherland od dziś będzie promował całkowitą abstynencję od papierosów, zakaz palenia w miejscach publicznych i jestem przekonany, że wkrótce papierosy będą jedynie reliktem przeszłości. Panie premierze, wspominał pan o dwóch czynnikach?
Premier Fang McDonald:
Tak, panie prezydencie. Drugim jest lawinowo rosnąca ilość przypadków zachorowań na AIDS. Musimy także opanować tę epidemię, inaczej nie załatamy dziury budżetowej.
Prezydent:
Jakie są zatem propozycje rozwiązania problemu? Proszę członków rady o zabieranie głosu:
Pan O'Duck z PrawISrpawy:
Wyjątkowo zgadzam się z panem premierem. Uważam, że należy absolutnie i bezwzględnie zakazać rozwiązłości seksualnej w jakiejkolwiek formie. To nam rozwiąże problem.
Towarzysz Napierniczak z SocLewDemu:
Zgadzając się z panem premierem muszę z całym szacunkiem stwierdzić, że pan O'Duck jest w najlepszym przypadku nawiedzonym idealistą, albo raczej skretyniałym ignorantem, czego dał dowód przynależąc do wiadomej formacji ideologicznej. Jest rzeczą oczywistą, że totalna abstynencja jest nierealna. Nawet prezydent pewnego zaprzyjaźnionego z nami kraju został przyłapany ze stażystką i … cygarem w swym owalnym gabinecie. Nam są potrzebne rozwiązania praktyczne. Dlatego musimy wszędzie propagować prezerwatywy, które, jak to wykazują niezależne badania medyczne, zmniejszają zachorowanie o całe 80%
Mister Catburn z FatherlandNow:
Nigdy nie sądziłem, że mi to przejdzie przez gardło, ale popieram Napierniczaka. Ludzie i tak będą praktykować pewne zachowania, więc bez sensu jest namawiać do abstynencji. Trzeba propagować bezpieczny seks. Należy wszędzie postawić automaty z prezerwatywami, rozdawać je dziatwie szkolonej. Pielęgniarki w szkołach muszą uczyć młodzież jak korzystać z kondomów, jak je używać, by były bezpieczne i skuteczne. Musimy je dołączać do zasiłków dla bezrobotnych, promować już w przedszkolach, bo choć dzieci tam jeszcze nie praktykują takich zachowań, to przecież już należy kształtować ich przyszłe nawyki i preferencje.
Pan O'Duck:
Pan Napierniczak sam wykazał się tutaj ptasim móżdżkiem, a pan Catburn to pięknie potwierdza. Nie pierwszy raz. To, co panowie propagują jest stekiem bzdur, bo każdy, nawet najgłupszy kretyn wie, że uczenie dzieci jak się stosuje prezerwatywy, stawianie automatów w szkołach i rozdawanie ich przez szkolne pielęgniarki spowoduje jedynie zachętę do rekreacyjnego uprawiania seksu, a to w konsekwencji wzrost zachorowań i kosztów leczenia. Abstynencja może nie jest najprostszym rozwiązaniem, ale gdy się ma raka nie wystarczy przylepić plaster. Potrzebna jest długotrwała kuracja, która w konsekwencji z pewnością da nam wyleczenie. Tym bardziej, że jak wszyscy wiemy najczęściej do przypadkowego seksu dochodzi na imprezach, zwykle suto zakrapianych alkoholem, a tam mało kto pamięta o stosowaniu zabezpieczających prezerwatyw.
Prezydent Sławobroń Czamber:
Dziękuję panom za szczere podzielenie się swymi opiniami. Po rozpatrzeniu wszystkich argumentów podjąłem decyzję: Fatherland od dziś będzie promował kondomy, będziemy je rozdawać, uczyć jak się je stosuje, zaczynając w przedszkolach, a kończąc w Domach Spokojnej Starości.
Ciszę się, że udało nam się wzbić poza nasze podziały ideologiczne i wyzbyć się hipokryzji. Mogliśmy obiektywnie i w sposób naukowy rozpatrzyć wszystkie "za" i "przeciw" gnębiących nas problemów i jestem przekonany, że wprowadzone dziś w życie rozwiązania szybko pozwolą opanować nasz kryzys i wyjść na prostą. Dziękuję panom.
Kategoria: Pro life Friday, 17 December 2010, 19:08
Skoro okazało się już, że ja nie tyle jestem apologetą, co raczej krytykiem filmowym, to z rozpędu zamieszczę parę uwag o innym filmie, który, słyszalem, wszedł właśnie na ekrany wybranych kin w Polsce. W Stanach oglądaliśmy go trzy lata temu i wtedy napisalem o nim kilka słów. Dziś zatem, bez większych poprawek, przypomnę tamte przemyślenia:
"Dużo wszyscy narzekamy, że nasz świat schodzi na psy. Wizerunek naszej rzeczywistości, jaki odbieramy z programów telewizyjnych, seriali, filmów, wiadomości agencyjnych i opowiadań znajomych raczej nie nastręcza optymistycznie. Czasem mamy wrażenie, że cała kultura chrześcijańska to już wymarła, odległa przeszłość.
Gdy masz wielki rodak, Karol Wojtyła, papież Jan Paweł Wielki odszedł do domu Pana, wszyscy byliśmy świadkami czegoś niesamowitego. Okazało się nagle, że on nawet po śmierci był w stanie zjednoczyć nas wszystkich. Albo raczej należałoby powiedzieć, że bardziej nawet po śmierci, niż za życia. I to nie tylko katolików, nie tylko chrześcijan, ale zjednoczył wszystkich ludzi. Jednak taka sytuacja nie trwała długo. Była ona zbudowana raczej na uczuciach, niż na wewnętrznych przekonaniach i woli, więc jak uczucia żalu za tym wielkim Polakiem osłabły, przepadła także ta jedność. Wróciliśmy do naszej neopogańskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której nasze postawy wobec życia są tak negatywnie kreowane przez popkulturę. Kreowane, nie odzwierciedlane, bo życie nigdy nie jest aż takie złe, jak je obrazują filmy. Jednak te filmy powodują powolne głupienie odbiorców, otępienie i wzrost obojętności na zło, czy na niemoralne zachowania.
Ilekroć powracam do Sienkiewicza, Trylogii, Krzyżaków, czy nawet noweli i „W pustyni i w puszczy” zawsze najbardziej zdumiewa mnie jak bardzo są jego książki przepełnione Bogiem. Ale to nie wynika wcale z tego, że był on kimś szczególnie religijnym. To samo można zauważyć i w innych powieściach z tamtego czasu. Po prostu wiara była nieodłączną, integralną częścią życia ludzi. Teraz, obawiam się, już tak nie jest. A przynajmniej nie widać tego w większości książek i filmów. Jednak zamiast narzekać, że jest tak, jak jest, można zacząć robić coś pozytywnego. Można zacząć kreować inny obraz rzeczywistości. W końcu ludzi głęboko wierzących, ludzi, dla których Bóg ciągle jest Kimś najważniejszym w życiu, nie brakuje. Jest nas miliony. I na tych milionach można także zarobić sporo pieniędzy. Udowodnił to chociażby Mel Gibbson kręcąc film o Męce Pana Jezusa.
Wczoraj byłem w kinie. Z powodów, jakie podałem wyżej, nie chodzę często do kina. W ostatnich latach widziałem dosłownie kilka filmów. Pasję, Opowieści z Narnii, Egzorcyzmy Emilii Rose, Władcę Pierścieni. Może jeszcze jeden, czy dwa. Wczoraj jednak zobaczyłem film współczesny. O życiu normalnych Nowojorczyków. Z gatunku, który można by określić „romantyczną komedią”, choć może „komedia” nie będzie tu odpowiednim słowem. Film ma parę zabawnych scen, ale nie jest to film mający nas rozśmieszać. Raczej wzruszać. I to robi doskonale. Oglądając ten film nie raz ryczałem jak bóbr.
Film ten jest bowiem przede wszystkim historią miłosną. Ale miłość w tym filmie bardziej przypomina „agape” niż „eros”. Co prawda film jest także o tym, co zrobić, gdy nagle okazuje się, że jesteśmy w ciąży, a w ciążę nie zachodzi się przez „agape”, ale film nie jest o seksie. Film mogą oglądać nawet dzieci. Film jest o rodzinie, o przyjaźni, o miłości braterskiej i o świętości życia poczętego. Nie chcę tu opowiadać filmu, bo mam nadzieję, że będzie on dostępny w Polsce. Nie chcę zepsuć nikomu przyjemności oglądania. Mam bowiem nadzieję, że każdy kto będzie mógł, zobaczy ten film. Naprawdę warto.
Warto dlatego, że jest to po prostu dobry film. Dobrze nakręcony, dobrze wyreżyserowany, z dobrymi aktorami. Jest zabawny i wzruszający. I jest tak bardzo katolicki. Nie w sensie mówienia kazań. Nikt tam nawet nie wspomina Boga, wiary. Ale w sensie codziennego życia w czymś, co nazwałbym „kulturą katolicką”. Bohaterowie filmu są pochodzenia latynoamerykańskiego. Są więc katolikami. I to widać w tym filmie kilka razy. Nie przez przypadek, jest to założone przez producentów filmu. Na szyi głównego bohatera można dostrzec szkaplerz. Gdy siedzi w poczekalni kliniki aborcyjnej, odmawia trzymany w rękach różaniec. W domu jego rodziców na ścianie widać obraz Matki Bożej z Guadalupe. Przed posiłkiem odmawiają modlitwę. To przecież niewiele, może ktoś powiedzieć, ale z drugiej strony tak dużo.
To tak, jak w powieściach Sienkiewicza. Przecież jego książki nie są religijne, ale jego bohaterowie cię modlą, śpiewają godzinki, spowiadają się, chodzą do kościoła. To była część ich życia. W filmie „Bella” także widzimy tylko momentami takie rzeczy, ale są one jak powiew świeżego powietrza. Film ten bowiem pokazuje dom, rodzinę, która jest… jak mój dom, jak moja rodzina. Pokazuje coś zupełnie innego niż taką „rzeczywistość”, jaka istnieje w serialach telewizyjnych.
Niedawno przeczytałem w felietonie pana Kucharczaka w Gościu Niedzielnym, że od czasu legalizacji aborcji w Wielkiej Brytanii zabito tam siedem milionów dzieci. W Stanach zabito ich ponad 40 milionów. To są niewyobrażalne ilości. Może przez to, że jest ich tak wiele, zupełnie zobojętnieliśmy na ich wymowę. I to jest także powód, dla którego każdy powinien zobaczyć ten film. Film ma tytuł „Bella”. Ciepły, mądry, wzruszający i bardzo dobry film. O rodzinie, o miłości, o przyjaźni, czyli o tym, co w życiu najważniejsze. Film, który każdy człowiek powinien zobaczyć. Zwłaszcza młody człowiek. Zwłaszcza młoda dziewczyna. Serdecznie go polecam."
Kategoria: Pro life Friday, 24 September 2010, 05:08
Zresztą, co za różnica. Wygląda na to, że ktoś w TV Trwam zagląda na mojego bloga… I bardzo dobrze. A skąd to przypuszczenie? Cóż. Wczoraj jeden z moich przyjaciół napisał na naszym czacie na forum: "Hiob, TV Trwam cały dzień w wiadomościach czyta twojego bloga…"
Myślałem, że rzeczywiście trafiła mi się jakaś darmowa reklama, ale to nie było to. TV Trwam jedynie zawiadamiała o rozpoczęciu akcji "40 Dni dla Życia" o której pisałem przed paru dniami. I wygląda na to, że jako swego komentarza wykorzystali po prostu moją notkę.
Oczywiście istnieje także możliwość, że to zupełny przypadek, że akurat użyto tam takich, a nie innych sformułowań. Kto wie… Są ludzie, którzy wierzą w przypadki. Ja nie. Tak czy inaczej dobrze się stało, że o tej akcji poinformowano i dobrze się stało, że użyto dobrego komentarza. ;-) Dało mi to okazję o ponownym wspomnieniu o tej akcji, bo przecież może ona przynieść owoce jedynie wtedy, gdy i Ty się do niej w jakiś sposób przyłączysz.
Poniżej jest videoclip z TV Trwam, który wrzuciłem na youtube i tekst z mojego bloga… Porównajcie sami. A potem, proszę, pomódlcie się w intencji sukcesu tej akcji. Z góry dziękuję.
Za dwa dni, o północy z wtorku na środę, zaczyna się w kolejna kampania "40 dni dla życia". Jest to już akcja o zasięgu światowym, biorą w niej oficjalnie udział osoby ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Danii, Anglii i Irlandii Północnej. A ja piszę o tej akcji dlatego, że mam nadzieję, że nieoficjalnie przyłączy się do niej wiele innych osób na całym świecie.
Celem akcji, która trwa już od 2007 roku jest zdelegalizowanie aborcji na całym świecie. W czasie poprzednich sześciu kampanii (początkowo miały one miejsce tylko jesienią, teraz są także w okresie Wielkiego Postu) zmobilizowano ponad 350 tysięcy osób w 307 miastach w każdym z amerykańskich stanów, w sześciu kanadyjskich prowincjach, trzech australijskich stanach, w Północnej Irlandii i Danii. Ponad 11 500 parafii wzięło w niej udział i 1811 nienarodzonych dzieci zostało uratowanych przed zabójstwem. I to tylko tych, o których wiadomo organizatorom. Ile kobiet postanowiło urodzić nie informując nikogo związanego z tą akcją – wie tylko Bóg. Dodatkowo 35 osób pracujących w klinikach aborcyjnych wypowiedziało pracę, pięć takich placówek zamknęło swoje podwoje bezpośrednio po akcji.
Zatem… Alleluja i do przodu! Razem naprawdę możemy zmienić ten świat i uratować miliony dzieci.
Kategoria: Pro life Sunday, 19 September 2010, 16:54
Za dwa dni, o północy z wtorku na środę, zaczyna się w kolejna kampania "40 dni dla życia". Jest to już akcja o zasięgu światowym, biorą w niej oficjalnie udział osoby ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Danii, Anglii i Irlandii Północnej. A ja piszę o tej akcji dlatego, że mam nadzieję, że nieoficjalnie przyłączy się do niej wiele innych osób na całym świecie.
Celem akcji, która trwa już od 2007 roku jest zdelegalizowanie aborcji na całym świecie. W czasie poprzednich sześciu kampanii (początkowo miały one miejsce tylko jesienią, teraz są także w okresie Wielkiego Postu) zmobilizowano ponad 350 tysięcy osób w 307 miastach w każdym z amerykańskich stanów, w sześciu kanadyjskich prowincjach, trzech australijskich stanach, w Północnej Irlandii i Danii. Ponad 11 500 parafii wzięło w niej udział i 1811 nienarodzonych dzieci zostało uratowanych przed zabójstwem. I to tylko tych, o których wiadomo organizatorom. Ile kobiet postanowiło urodzić nie informując nikogo związanego z tą akcją – wie tylko Bóg.
Dodatkowo 35 osób pracujących w klinikach aborcyjnych wypowiedziało pracę, pięć takich placówek zamknęło swoje podwoje bezpośrednio po akcji, ponad 850 artykułów napisali o niej dziennikarze w lokalnych gazetach, nagrali audycji radiowych i programów telewizyjnych… I pewnie te statystyki nie uwzględniają artykułów na Frondzie, czy moich felietoników. Akcja ta dała nam coś jeszcze. Dała nam nadzieję, że aborcja, jak wcześniej niewolnictwo, zniknie z cywilizowanego świata i stanie się czymś niewyobrażalnym.
W Polsce, Bogu dzięki, nie ma młynów aborcyjnych. Nie ma "klinik", które zajmują się tylko mordowaniem niewinnych ludzkich istot. Ale jeżeli nie zaczniemy czegoś robić teraz, to może się zmienić. Kudłaty jest niezwykle pracowitym stworzeniem i jedyne czego od nas oczekuje, to tego, byśmy nie robili nic. Każdy z nas może połączyć się duchowo z tymi, którzy aktywnie uczestniczą w akcji, modląc się przed placówkami aborcyjnymi i poszcząc w tej intencji. Post i modlitwa są dostępne dla każdego, niezależnie od miejsca pobytu.
Jak bardzo te akcje przeszkadzają osobom związanym z przemysłem aborcyjnym przekonałem się naocznie sam, trzy lata temu, w 2007 roku. W ostatni dzień akcji, w niedzielę wieczór nikt się poza mną nie pojawił. Ja akurat wyruszałem w trasę, więc po południu podjechałem ciężarówką pod klinikę i postanowiłem, modląc się, zostać tam do północy. Zapaliłem znicze, ustawiłem tablice z napisami, ułożyłem kwiaty. O północy był koniec naszej akcji, a ja w pierwszym momencie chciałem zabrać sobie na pamiątkę jakąś tabliczkę z napisem informującym o niej, ale później pomyślałem, że jednak je zostawię. Zostawię też płonące świece. Akcja formalnie się skończyła, ale przecież rano ludzie zaczną jechać tamtędy do pracy, zaczną przychodzić pracownicy do okolicznych magazynów, czy pacjentki do kliniki. Niech więc zostanie jak jest.
Okazało się jednak, że o zakończeniu kampanii nie zapomniała właścicielka kliniki. Przynajmniej myślę, że to była właścicielka, albo może lekarka tam pracująca. Gdy bowiem po północy poszedłem do ciężarówki i zabierałem się do dalszej podróży, zobaczyłem jak na parking przed kliniką (gdzie nam nie wolno było nawet wchodzić), zajechał piękny, nowy Mercedes klasy S i wyszła z niego elegancka kobieta. Szybko zgasiła znicze, zabrała kwiaty i tabliczki, posprzątała cały teren przed kliniką, powyrzucała wszystko do śmietnika, obeszła budynek dookoła, sprawdzając, czy wszystko jest w należytym porządku i odjechała do domu. Zrobiła to w nocy zapewne dlatego, że spodziewała się, że już nikogo nie będzie i że jej nikt nie oskarży o ingerowanie w legalny protest odbywający się na neutralnym gruncie. My bowiem nie przebywaliśmy na terenie prywatnym, ale na trawniku leżącym między kliniką a ulicą, należącym do miasta, a więc będącym miejscem publicznym.
Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, jak ważne jest prowadzenie takich akcji. Jeżeli ona doskonale pamiętała termin zakończenia protestu, jeżeli chciało się jej w zimną, niedzielną noc przyjeżdżać pod klinikę tylko po to, żeby upewnić się, że nie ma po tej kampanii żadnych śladów, to znaczy, że nasza działalność jej przeszkadzała, powodowała zmniejszony ruch w interesie, może prowokowała pytania, czyli inaczej mówiąc, była skuteczna. Zmniejszony biznes, mniejsze obroty w takiej przychodni to przecież nic innego, niż uratowane ludzkie istoty. A więc z pewnością warto było to robić.
Poniżej kilka zdjęć. Pierwsze właśnie z roku 2007. Mój ostatni wieczór w czasie mojej pierwszej akcji. Kolejne fotki to "Łańcuch życia" jesienią 2008 roku. Akcja nie związana bezpośrednio z tamtą, choć z nią połączona. Jednej niedzieli w czasie "40 dni" ludzie dobrej woli tworzą łańcuch życia, stając wzdłuż ulic miast, w pobliżu ruchliwych skrzyżowań, modląc się i informując. Na zdjęciach ostatnich nasz biskup, Peter Jugis, którego spotkałem także jesienią 2008 roku pod kliniką aborcyjną, gdzie modliłem się wraz z innymi osobami. Biskup Peter po prostu przyjechał swoim starym, podniszczonym Buickiem, przyłączył się do naszych modlitw, potem zamienił parę słów z każdym z nas i odjechał do swoich obowiązków. Bez eskorty, dziennikarzy, PR-owców. On tego nie zrobił dla prasy, on to robi z potrzeby serca.
A ja po prostu chciałem zachęcić każdego z Was, by się do nas przyłączył. Nikt z nas nie zrobi wszystkiego, ale każdy może zrobić choć trochę. Może modlitwa, może jakieś wyrzeczenia w tych 40 dniach. Może post o chlebie i wodzie? I różaniec każdego dnia? Uratowane dzieci podziękują Wam, gdy się wszyscy spotkamy w niebie.
Kategoria: Pro life Monday, 08 February 2010, 00:30
Po mojej notce napisanej z okazji rocznicy ogłoszenia encykliki Papieża Pawła VI „Humanae Vitae” czytelnicy napisali kilka komentarzy, na które chciałbym teraz odpowiedzieć. W Salonie24 „Niepozorny” napisał:
”Dość trudno mówić o jakiejś konkretnej istocie ludzkiej w pierwszych dniach – np. dlatego, że zarodek może się dzielić na dwoje (i jeśli tak pozostanie – powstaną bliźnięta), a następnie znowu łączyć w jedno. Nie wydaje mi się, żeby to się dało jakoś sensownie rozwiązać z punktu widzenia etyki katolickiej.”
Następnie cytuje on fragment pewnego opracowania krążącego w sieci, tłumaczącego jak to wygląda z medycznego, naukowego punktu widzenia. Nie jestem lekarzem, nie jestem biologiem i trudno mi ocenić, czy jest to prawda. Jednak niezależnie od tego czy tak jest, czy nie, nie ma to w praktyce żadnego znaczenia. Oto moja odpowiedź, także zamieszczona na blogu w Salonie24:
Niepozorny, Piszesz:
"Dość trudno mówić o jakiejś konkretnej istocie ludzkiej w pierwszych dniach – np. dlatego, że zarodek może się dzielić na dwoje (i jeśli tak pozostanie – powstaną bliźnięta), a następnie znowu łączyć w jedno. Nie wydaje mi się, żeby to się dało jakoś sensownie rozwiązać z punktu widzenia etyki katolickiej."
-Mylisz się, nie tylko nie trudno, ale jest to bardzo proste. Przede wszystkim to właśnie nauka nam mówi, że jak jakiś żywy organizm na DNA jakiegoś gatunku, to jest osobnikiem należącym do tego gatunku. Proste, prawda?
Po drugie prawo cywilne wszystkich krajów, broniące ginących gatunków zwierząt, karze tak samo za zniszczenie jajka chronionych ptaków, czy żółwi, jak za zabicie dorosłego osobnika. Dlaczego? Chyba jasne…
Po trzecie, gdyby ktoś zabił zygotę, którą byłeś Ty, to Ty byś się nigdy nie narodził. Bardzo konkretny Ty. Bo Ty byłeś bardzo konkretną zygotą.
Po czwarte nie są istotne te wszystkie dywagacje z "uczonego" tekstu, który tu mi wkleiłeś. Dlaczego? Dlatego, że zawsze nami musi kierować zasada, że gdy nie wiemy, to nam nie wolno.
Gdy jestem na polowaniu i obok w krzakach się coś rusza, a ja nie jestem pewien, czy to dzik, czy mój przyjaciel, to NIE WOLNO mi strzelić tylko dlatego, że mam ochotę i nie mam pewności.
Gdy jadę swoją ciężarówką i na drodze leży coś czarnego, w kształcie podobnym do człowieka, ale przykryte tak, że nie jestem pewien, to NIE WOLNO mi tego przejechać tylko dlatego, że nie jestem pewien.
Zakład Pascala odnosi się do wiary, ale można go również odnieść do naszego tematu. Bo i tu mamy tylko dwie możliwości:
1. Wydaje nam się, że zygota jest człowiekiem, albo
2 Wydaje nam się, że zygota nie jest człowiekiem.
…i możemy ją zabić, albo nie.
Gdy jej nie zabijamy, to niezależnie od naszych poglądów nie robimy nic niemoralnego. Gdy ją zabijamy, myśląc, że jest człowiekiem, popełniamy morderstwo. Ale co się dzieje, gdy ją zabijamy, myśląc, że nie jest człowiekiem?
Tu także mamy dwie możliwości. Albo się mylimy, a wtedy jesteśmy winni nieumyślnego spowodowania śmierci człowieka, albo wydawało nam się dobrze. Wtedy i tylko wtedy mielibyśmy prawo do zniszczenia zygoty, ale MUSIELIBYŚMY MIEĆ PEWNOŚĆ. Tymczasem NIKT nie ma takiej pewności.
Dlatego nawet w takiej sytuacji zabicie zygoty jest tak samo niemoralne jak strzelenie do ruszających się zarośli, czy przejechanie leżącej sylwetki na szosie. Nie ma takiej sytuacji, gdy zabicie zygoty ludzkiej jest moralnie usprawiedliwione.
Oczywiście nie był to koniec dyskusji, Niepozorny, cytując fragmenty mojej repliki odpisał:
"Hiob: Przede wszystkim po pierwsze to właśnie nauka nam mówi, że jak jakiś żywy organizm na DNA jakiegoś gatunku, to jest osobnikiem należącym do tego gatunku. Proste, prawda?"
-Właśnie nie w tym przypadku. Zauważ, że całe "uczone dywagacje" mają swoją pożywkę w trudnościach zastosowania tego podziału tutaj. Bo identyczne DNA ma każda z tych komórek – ale nie ma dobrego sposobu, by ustalić czy należą one do jednego, dwóch czy więcej osobników. Inaczej: nie wiadomo, czy dana komórka stanie się zalążkiem innego bliźniaka, czy własnych organów.
-Super, zgadzam się. Nie wiadomo. Wiadomo jednak dwie rzeczy: Wiemy, że stanie się dorosłym człowiekiem i wiemy, że się rozwija i ma ludzkie DNA. Wiemy też, że gdy ją zabijemy, to zabiliśmy życie człowieka. Jedyne, czego nie wiemy, to to, czy zabijając, zabijemy jednego człowieka, czy (w przypadku wczesnego stadium rozwoju bliźniaków) dwie osoby. Zatem co nam niby daje prawo zabijać? I co tu ma do rzeczy fakt, że bliźniaki mają identyczne DNA? Nie chodzi o to, jakie ono jest, ale czy jest to DNA należące do gatunku Homo Sapiens.
Niepozorny:
"Hiob: Po drugie prawo cywilne wszystkich krajów, broniące ginących gatunków zwierząt, karze tak samo za zniszczenie jajka chronionych ptaków, czy żółwi, jak za zabicie dorosłego osobnika. Dlaczego? Chyba jasne?"
-Obowiązujące prawo nie ma nic do rzeczy – w przeciwnym wypadku prawem amerykańskim można by uzasadniać, że aborcja powinna być dopuszczalna. Zresztą – nie wiem co to ma wspólnego z dyskusją. Jajek tych ptaków chroni się, bo ich zniszczenie przybliża wyginięcie gatunku prawie tak jak zabicie dorosłego. I tyle. Nie widzę analogii.
-W pewnym sensie racja, prawo cywilne nie może determinować pojęcia "moralność". Jednak tu chodzi o coś innego. Tu chodzi o uznanie faktu, potwierdzanego przez naukę, że zniszczenie jajka powoduje taki sam skutek, jak zabicie dorosłego osobnika. Prawo to potwierdza prosty fakt, że jak zniszczymy jajka ginącego gatunku zwierząt, spowodujemy wyginięcie tego gatunku. Zatem niszcząc jajka, zabijamy rozwijające się życie osobnika tego gatunku. Jest więc zupełnie nielogiczne upieranie się, że nienarodzony człowiek nie jest człowiekiem. Nie ma to żadnych podstaw, poza ideologicznymi. I jest to ideologia bardziej chora, niż nazizm i komunizm razem wzięte.
Niepozorny:
"Hiob: Po trzecie, gdyby ktoś zabił zygotę, którą byłeś Ty, to Ty byś się nigdy nie narodził. Bardzo konkretny Ty. Bo Ty byłeś bardzo konkretną zygotą."
-No właśnie wklejony fragment tę pewność podważa. Nie ma czegoś takiego jak "bardzo konkretna zygota" – wszystko tam jest rozmyte, komórki mogą się dzielić, znów łączyć, nie wiadomo ile osób koniec końców powstanie.
-Wcale nie. Nic tam nie jest rozmyte. To, że komórki te, w początkowym stadium rozwoju są zaledwie połączone jakimś śluzem i otoczone cienką błoną, nie zmienia faktu, że to byłem ja we wczesnym okresie rozwoju. Nic nie zmieni fakty, że gdyby je ktoś zniszczył, zabił, to ja bym się nie urodził. Bardzo konkretny "JA". A to, że potencjalnie mógłbym mieć brata bliźniaka, nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Ja nie dyskutuję o abstrakcyjnych teoriach, ale o bardzo konkretnym problemie mordowania bardzo konkretnych niewinnych dzieci.
Niepozorny:
Akurat argument z tzw. "prawa łowieckiego" jest dość mocny, ale to od niego należałoby wyjść. Tyle że ten argument też dość łatwo skrytykować – po pierwsze koszty dla matki są większe niż dla myśliwego, któremu ucieknie zwierzyna. Po drugie, ta zasada nie jest zawsze stosowana również przez obrońców życia poczętego – np. dorosła świnia wykazuje duży większy *aktualny* stopień rozwoju niż płód (choć oczywiście potencjalny – mniejszy), co nie przeszkadza nam jej zabić na mięso,. Proszę, żebyś się tym porównaniem nie zniesmaczał – po prostu dlaczego mamy być ostrożni ze względu na potencjalny pułap rozwoju, a nie na poziom aktualny? W takim wyborze tkwi jakieś ryzyko, które jednak podejmujesz.
-Nie bardzo rozumiem co tu jest tak łatwo skrytykować. O jakich "większych kosztach dla matki, niż dla myśliwego, któremu ucieknie zwierzyna" mówisz? Jak w ogóle można tu mówić o kosztach? Zaczniemy przeliczać dzieci na Mercedesy? Bo podobno tyle kosztuje dziecko. Teza zresztą zupełnie bezsensowna, jak to wykazał ktoś na blogu "wielodzietni.org", a zacytowała Bogna Białecka na Frondzie. Po drugie nie rozumiem, co ma wartość świni do rzeczy? Ja nie mówię o materialnej wartości człowieka. Wartość życia ludzkiego wynika z czegoś zupełnie innego. Każdy człowiek, niezależnie, czy jest to noblista, prezydent, artysta, naukowiec, sportowiec, starzec, kaleka, nienarodzone dziecko, czy w ogóle ktokolwiek jest tak samo wartościowy w oczach Boga.
"Dlaczego mamy być ostrożni ze względu na potencjalny pułap rozwoju, a nie na poziom aktualny? W takim wyborze tkwi jakieś ryzyko, które jednak podejmujesz." Całkiem nie rozumiem Twojego toku rozumowania. Jakie ryzyko? Że człowieka nie można przerobić na golonkę? Byłem parę tygodni temu w niemieckim obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Oglądałem między innymi stosy włosów, które "miały wartość" dla Niemców. Można było z nich robić materace. Taka jest tylko wartość człowieka dla Ciebie? Zatem, rozumiem, starcy także powinni być "utylizowani", bo są bezwartościowi? Nic, tylko nas obciążają, wymagają leczenia, biorą renty, a nie pracują?
Człowiek to nie jest świnia, choć niektórzy ludzie są bestiami.
Niepozorny pisze dalej, odpowiadając komuś innemu w naszej dyskusji:
No właśnie KK musi wynaleźć jakiś świecki język komunikacji, bo w przeciwnym wypadku jego głos nie będzie brany pod uwagę. Dawniej była to filozofia tomistyczna, później fenomenologia czy personalizm (stąd np. popularność Tischnera, niestety osamotnionego). Nie wiem jak odbierane jest to co piszę, ale ja w dużej mierze "czuję" nauczanie kościelne, tylko staram się wymusić zajęcie jasnego i dobrze uargumentowanego stanowiska. Choć oczywiście czasem podnoszę obiektywne moim zdaniem trudności, bo intuicji Kościoła z oczywistych powodów nie uważam za nieomylne. W sprawach bioetyki trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Przesuwanie lub usuwanie granicy jest zawsze niebezpieczne. Z drugiej strony, taki arbitralny podział jak ten funkcjonujący w religiach też jest krzywdzący dla dużej grupy istot – np. zwierząt pozbawionych w zasadzie wszelkich praw.
Świecki język komunikacji? A co to jest? Kościół mówi bardzo prostym i bardzo zrozumiałym językiem. Katechizm KK, a zwłaszcza Kompendium Katechizmu są napisane językiem zrozumiałym dla dziesięcioletniego dziecka. Kierowca ciężarówki z ledwo zdaną maturą jest w stanie zrozumieć wszystkie dokumenty kościelne.
Co to znaczy "czuję nauczanie kościelne, tylko staram się wymusić zajęcie jasnego i dobrze uargumentowanego stanowiska"? Ja odnoszę wrażenie, że Niepozorny czuje jedynie swoje poglądy, które nie całkiem się pokrywają z jasnym stanowiskiem Kościoła, a wymuszenie miałoby polegać na zmianie stanowiska Kościoła. Tymczasem Kościół nie może czegoś takiego zrobić, bo nie ma takiej mocy. Nauka o godności ludzkiego życia nie jest wymyślona przez Kościół. Pochodzi ona z Bożego Objawienia.
To, że Niepozorny "intuicji Kościoła z oczywistych powodów nie uważa za nieomylne" także nie ma żadnego znaczenia. To znaczy nie ma dla obiektywnej rzeczywistości, choć z pewnością ma to znaczenie dla Niepozornego. Kościół naucza nieomylnie w dziedzinie wiary i moralności i wynika to jednoznacznie z obietnicy Jezusa danej Kościołowi. Każdy może to odrzucić, bo każdy ma wolną wolę. Jednak musimy pamiętać, że na końcu wszystko się sprowadzi do tego, że albo my powiemy Bogu: "Bądź wola Twoja", albo On nam powie to samo.
To jest ciągle ten sam grzech, grzech Adama i Ewy:
Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (Rdz 3, 4-5)
I my, jak to widać na przykładzie Niepozornego, jak głupi, wierzymy obietnicy szatana, sami decydując co jest dobrem, a co złem i ciesząc się, że nie umieramy, nie widzimy, że jesteśmy chodzącymi trupami. Zombie.
I jeszcze jedno. Co prawa zwierząt mają do rzeczy w tym kontekście? Jestem ostatnim, który by pragnął złego traktowania zwierząt, ale ochrona ludzkiego życia, a sprawa praw zwierząt to są zupełnie odmienne sprawy. Bóg zakazał mordowania niewinnych osób i nakazał zabijanie zwierząt. Człowiek ma prawo zabijać zwierzęta i je spożywać. Izraelici mieli wręcz nakaz zabijania zwierząt. Natomiast żaden człowiek nie ma prawa zabijania życia niewinnego człowieka.
Avenarius napisał:
"Humanae Vitae" zawiera w sprawie antykoncepcji stanowisko, które moim zdaniem trzeszczy pod naciskiem zdrowego rozsądku. Zresztą, jest pewien charakterystyczny objaw poczucia niedostatku argumentacji – mnożenie argumentów wydumanych, na zasadzie "…a poza tym…" "Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM zakazuje jej Biblia" (Nie zakazuje w żadnym miejscu. Przeciw antykoncepcji nie mają nic Ci, którzy poza tym są biblijnymi fundamentalistami)
Owszem, zakazuje i to wyraźnie. Prawdę mówiąc to stwierdzenie Avenariusa sprowokowało mnie, bym napisał kolejną notkę z cyklu "A gdzie TO jest w Biblii?" Zatem zapraszam, "Antykoncepcja" Tam są cytaty, a najważniejszy z nich, najdobitniej zabraniający stosowania antykoncepcji zacytuję i tutaj:
Wtedy Juda rzekł do Onana: Idź do żony twego brata i dopełnij z nią obowiązku szwagra, a tak sprawisz, że twój brat będzie miał potomstwo. Onan wiedząc, że potomstwo nie będzie jego, ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu. Złe było w oczach Pana to, co on czynił, i dlatego także zesłał na niego śmierć. (Rdz 38, 8-10)
Avenarius:
"Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM promuje kulturę nieodpowiedzialnego konsumpcjonizmu w seksie" (zależność jest odwrotna – konsumpcjoniści stosują antykoncepcję, a nie ona ich stwarza)
Oczywiście, że zależności są w obie strony, jednak nie zapominajmy, że encyklika powstała w czasach, gdy takie podejście, taka postawa "nieodpowiedzialnego konsumpcjonizmu w seksie" w praktyce nie istniała. To właśnie pigułka spowodowała "rewolucję seksualną" na świecie. To dostępność taniego i relatywnie skutecznego środka antykoncepcyjnego spowodowała zmianę całej naszej cywilizacji, naszych zachowań, naszych praktyk, wierzeń i przekonań.
Avenarius:
Te powszechnie pojawiające się "dodatki" mają moim zdaniem dopchnąć argumentację do 100%, bo ich pozbawiona wydaje się być samym autorom jakaś krzywa, choć tego przed sobą nie przyznają.
Nie mogę odpowiadać za innych, ale mogę zapytać: Gdzie ja "dopycham argumentację do 100%" jakimiś "dodatkami"? Wydaje mi się, że moja argumentacja jest bardzo konkretna i logiczna.
Avenarius:
Początkowa niechęć Kościołów do antykoncepcji wiązała się z tym, że usuwała ona zasadniczy straszak przed rozpustą – niechcianą ciążę. Nie można już było straszyć dziewczyny wizją "brzucha", który przyniesie jej publiczny wstyd.
Argument bez sensu, wynikający z całkowitego niezrozumienia nauki Kościoła i w ogóle Jego misji. Prawa moralne nie są po to, by nam zepsuć zabawę, ale by nas uchronić przed cierpieniem. Każdy, kto uciekając w rozwiązłe życie poszukiwał szczęścia wie, o czym mówię. Nikt i nigdy tam szczęścia nie znalazł. Chyba, że ktoś za szczęście uważa chwilowe zapomnienie. Ale to da mu także alkohol, czy narkotyki.
Avenarius:
Czy w przypadkowym seksie nie ma innych, ważniejszych zagrożeń niż tylko ciąża? To charakterystyczne, że wielu walczących przeciw antykoncepcji stwarza wrażenie, jakby im brakowało "czegoś do postraszenia" ludzi. Dlatego mnożą nieprawdopodobne informacje: a to o tej antykoncepcyjnej nerwicy, a to nonsensy o dziurach w kondomach itp.
Nie wiem, co robi "wielu walczących przeciw antykoncepcji", ale wiem, że Kościół od samego początku, od zawsze, także w encyklice Humanae Vitae uczy, że jest wiele ważniejszych zagrożeń. Powiedział bym nawet, że ciąża akurat nie jest tu żadnym zagrożeniem. Może to jest "straszak", ale nie z punktu widzenia nauki Kościoła. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś chce tę ciążę usunąć, zabić dziecko.
Avenarius:
Przyznaję, że stworzenie NAPRAWDĘ pozytywnej wizji dobra, które się chroni zachowując normy w życiu seksualnym jest diablo trudne, bo jest to właśnie dziedzina, w której spontaniczność jest warunkiem sine qua non radości. Jak ocalić ową spontaniczność dbając jednocześnie o uczynienie seksu czymś ludzkim – to zadanie nie byle jakie. Zakazy dawać łatwiej.
Z pewnością nie jest to łatwe, ale też jest to coś o czym zarówno Kościół, jak i indywidualni apologeci i teolodzy wielokrotnie pisali. Wystarczy wspomnieć środowy cykl katechez Jana Pawła Wielkiego znany dziś jako "Teologia Ciała", wystarczy wspomnieć to, co robi pani Wanda Półtawska, wystarczy przypomnieć doskonałych apologetów amerykańskich, Jasona i Crystalinę Evert, którzy przemawiają do setek tysięcy nastolatków w katolickich, chrześcijańskich i publicznych szkołach w USA i na całym świecie. Jest to naprawdę unikalna para apologetów. Crystalina była "normalną dziewczyną" w liceum, sypiając z wieloma chłopakami, Jason zachował dziewictwo dla swej przyszłej żony. Ich przykładowe wykłady, czy konferencje można znaleźć na tej stronie: KLIK Nagrali oni także parę cykli audycji dla amerykańskiego katolickiego radia EWTN i chętnie pomogę je odnaleźć w archiwum, gdyby ktoś był zainteresowany.
Nie jest zatem prawdą, że Kościół tylko zakazuje i niczego nie tłumaczy. Jest akurat dokładnie odwrotnie, wystarczy tylko poszukać.
Kategoria: Pro life Friday, 08 January 2010, 23:39
Podczas dyskusji pod notką napisaną z okazji 42. rocznicy ogłoszenia encykliki Humanae Vitae ktoś o pseudonimie avenarius napisał:
"Humanae Vitae" zawiera w sprawie antykoncepcji stanowisko, które moim zdaniem trzeszczy pod naciskiem zdrowego rozsądku. Zresztą, jest pewien charakterystyczny objaw poczucia niedostatku argumentacji – mnożenie argumentów wydumanych, na zasadzie "…a poza tym…" "Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM zakazuje jej Biblia" (Nie zakazuje w żadnym miejscu. Przeciw antykoncepcji nie mają nic Ci, którzy poza tym są biblijnymi fundamentalistami)
Zatem… Jak to jest? Czy Biblia zakazuje gdziekolwiek jakiś form seksu, które nie prowadzą do prokreacji? Owszem, mamy jeden bardzo mocny tekst, opisujący dzieje Onana i mamy wiele przykładów pokazujących, że posiadanie dzieci zawsze jest błogosławieństwem, a ich brak to przekleństwo. A oto kilka przykładów:
Wtedy Juda rzekł do Onana: Idź do żony twego brata i dopełnij z nią obowiązku szwagra, a tak sprawisz, że twój brat będzie miał potomstwo. Onan wiedząc, że potomstwo nie będzie jego, ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu. Złe było w oczach Pana to, co on czynił, i dlatego także zesłał na niego śmierć. (Rdz 38, 8-10)
Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (Rdz 1,28)
Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. (Rdz 9,11)
I mówił Bóg do Abrahama: żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci i z niej syna, i będę jej nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami. (Rdz 17, 15-16)
Oto synowie są darem Pana, a owoc łona nagrodą. Jak strzały w ręku wojownika, tak synowie za młodu zrodzeni. Szczęśliwy mąż, który napełnił nimi swój kołczan. Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie. (Ps 127, 3-5)
Szczęśliwy każdy, kto boi się Pana, który chodzi Jego drogami! Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał, będziesz szczęśliwy i dobrze ci będzie. Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu. Synowie twoi jak sadzonki oliwki dokoła twojego stołu. Oto takie błogosławieństwo dla męża, który boi się Pana. Niechaj cię Pan błogosławi z Syjonu, oglądaj pomyślność Jeruzalem przez całe swe życie. Oglądaj dzieci twoich synów. Pokój nad Izraelem! (Psalm 128)
Przykłady można by mnożyć. Jest ich znacznie więcej. Ale jest też jeden werset mówiący, że lepiej byłoby nie mieć dzieci:
Nie pragnij wielkiej liczby dzieci, jeśliby miały być przewrotne, ani nie chwal się synami bezbożnymi! I chociażby byli liczni, nie chełp się nimi, jeśli bojaźni Pańskiej nie mają. (Syr 17, 1-2)
Co on zatem oznacza? Wiemy, że Biblia nie może sobie nigdzie zaprzeczać, więc z pewnością nie jest tu mowa o tym, że dobrze jest mieć mało dzieci. Kluczem do zrozumienia tego wersetu są ostatnie słowa: "… jeśli bojaźni Pańskiej nie mają".
Syrach nie krytykuje tu posiadania dzieci, ale rodziców, którzy nie wychowują dzieci w duchu bojaźni bożej. On zakłada, że każdy wie, że posiadanie sporej gromadki dzieci jest błogosławieństwem i tylko w tym kontekście można zrozumieć jego ostrzeżenie. Mówi on: "Nie chlub się, że Ci Bóg błogosławi, gdy nie wychowujesz tych dzieci tak, by Boga wielbiły, by Go kochały i się Go bały. Jeżeli nie przekażesz dzieciom wiary, nic ci z tego błogosławieństwa nie przyjdzie. Możesz zatracić swioję duszę i dusze twoich dzieci". Zresztą wystarczy przeczytać kolejne dwa wersety, by mieć pewność, że i Syrach naucza, że ludzie, ludne miasta, zawsze są błogosławieństwem:
Nie licz na ich życie ani nie zwracaj uwagi na wielką ich liczbę! Więcej bowiem może znaczyć jeden niż tysiąc i lepiej umrzeć bezdzietnym, niż mieć dzieci bezbożne. Przez jednego mądrego miasto się zaludnia, a pokolenie żyjących bez Prawa zmarnieje. (Syr 17, 3-4)
Zatem, jak widzimy, ciągle mówi on o tym, że bogobojny i mądry jeden człowiek "zaludni miasto", a całe pokolenie "żyjących bez Prawa zmarnieje".
Czterdzieści dwa lata temu, 25 VII 1968 roku, Papież Paweł VI ogłosił najsłynniejszą chyba i najbardziej kontrowersyjną encyklikę w historii Kościoła Katolickiego. Encyklikę, która wzbudziła olbrzymi zawód, rozczarowanie i wręcz bunt wśród nie tylko wielu wiernych, ale także niektórych księży i biskupów.
Na przykład 27. września 1968 roku episkopat kanadyjski wydał oświadczenie, znane jako "Winnipeg Statement", gdzie możemy przeczytać między innymi:
17. Faktem jest, że pewna liczba katolików, wprawdzie będąca podmiotem nauczania encykliki, uznaje za ekstremalnie trudne, lub wręcz niemożliwe przyjęcie tej nauki […] Ponieważ nie negują oni żadnego punktu objawionej i katolickiej wiary ani też nie odtrącają nauczycielskiego autorytetu Kościoła, nie powinni być uważani, ani też sami nie powinni się uważać za wyłączonych ze wspólnoty wiernych.
25. W sytuacji jaką opisaliśmy wcześniej w tym oświadczenie (paragraf 17), spowiednik lub kierownik duchowy musi wykazać pełne sympatii zrozumienie i szacunek dla szczerej dobrej wiary tych, którzy nie osiągną sukcesu w wysiłkach zmierzających do akceptacji niektórych punktów encykliki.
26. […]W zgodzie z przyjętymi zasadami teologii moralnej, jeśli osoby te szczerze, ale bez powodzenia próbowały postępować zgodnie z podanym[w encyklice] dyrektywami, mogą być pewne, że każdy, kto wybiera takie postępowanie, które jemu się wydaje prawidłowe, postępuje w zgodzie z dobrym sumieniem.
Oczywiście prawdą jest, że nam nie wolno postępować niezgodnie z naszym sumieniem. KKK mówi o tym wyraźnie, cytują dokument SV2, Dignitatis humanae:
1782 Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. „Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej".
Jednak samo sumienie nie jest jakimś najwyższym dobrem. Jest instrumentem, który wymaga regulacji. Jak waga, jak termometr. Gdy nie jest odpowiednio wyskalowane, pokazuje nam bzdury. Pokazuje zafałszowaną rzeczywistość. Jeszcze raz KKK:
1783 Sumienie powinno być uformowane, a sąd moralny oświecony. Sumienie dobrze uformowane jest prawe i prawdziwe. Formułuje ono swoje sądy, kierując się rozumem, zgodnie z prawdziwym dobrem chcianym przez mądrość Stwórcy. Wychowanie sumienia jest nieodzowne w życiu każdego człowieka, który jest poddawany negatywnym wpływom, a przez grzech – kuszony do wybrania raczej własnego zdania i odrzucenia nauczania pewnego.
1789 Oto niektóre zasady, które stosują się do wszystkich przypadków:- nigdy nie jest dopuszczalne czynienie zła, by wynikło z niego dobro;
Antykoncepcja zawsze jest złem. Jest czymś wewnętrznie, z samej istoty złym. Uczy tego wyraźnie Biblia i uczy tego "od zawsze" Kościół. Dlatego oświadczenie biskupów kanadyjskich było poważnym błędem, odstępstwem od nauki Kościoła i wręcz buntem przeciwko nauczaniu Papieża.
Piszę szczegółowo o tym oświadczeniu, bo przez to, że było to oficjalne stanowisko całej krajowej konferencji biskupów, jest to taki najbardziej wyrazisty przykład buntu. Ale ten bunt był obecny niemal wszędzie. Wielu biskupów w wielu krajach sprzeciwiało się encyklice Pawła VI. Nie wspominając już o milionach wiernych, którzy tylko czekali na tego typu oświadczenia tych, którzy powinni być naszymi przewodnikami. Niestety, w Kanadzie okazali się oni ślepymi przewodnikami ślepych.
Ale miało być o samej encyklice, nie o reakcjach na nią. Encyklika natomiast wybroniła się sama, a Papież Paweł VI okazał się prawdziwym prorokiem, choć lepiej by dla nas było, by się mylił. Wszystko to, co Paweł VI przewidywał, przed czym ostrzegał stało się faktem, który każdy z nas może zobaczyć na własne oczy.
W Wielkiej Brytanii dokonuje się 500 aborcji dziennie.
Co piąta ciąża kończy się zabiciem dziecka przez aborcję – tak wynika z najnowszych danych na temat zabijania dzieci nienarodzonych na wyspach. – To szokujące i przerażające – krótko komentuje parlamentarzysta lord lord David Alton i wzywa do narodowej debaty w tej sprawie.
Oficjalne dane mówią, że od zalegalizowania w Wielkiej Brytanii aborcji w 1967 r., zabitych zostało 6,1 mln nienarodzonych dzieci. Z tego zaledwie 0,4 proc. aborcji dokonano ze względu na zdrowie i życie matki. A to właśnie te „argumenty” były najczęściej podnoszone przez aborcyjne lobby, które dążyło do liberalizacji prawa w tej kwestii.
Obecnie większość aborcji dokonywanych jest na życzenie. A lord Alton wskazuje przy tym, że Brytyjki dokonują dziś wielokrotnych aborcji, a nawet zdarzają się aborcje dzieci poczętych metodą in-vitro. -Skala tego zjawiska jest szokująca. Ponadto mamy do czynienia z paradoksem. Aborcja sięga bardzo dużych rozmiarów w kraju, w którym pary wydają fortuny, by począć dziecko metodą in-vitro, gdzie adoptuje się dzieci z zagranicy, ponieważ brakuje dzieci do adopcji w samej Brytanii – ocenia pochodzący z Liverpoolu polityk.
Jest to znamienne, bo do 1931 roku wszystkie kościoły, wszystkie denominacje chrześcijańskie zawsze, w każdej sytuacji, uważały antykoncepcję za poważne zło moralne. To właśnie w 31 roku kościół anglikański pierwszy dopuścił stosowanie antykoncepcji w wyjątkowych sytuacjach i po bardzo niewielu latach wszystkie inne odłamy chrześcijaństwa, poza Kościołem Katolickim, podążyły za Anglikanami. Przed encykliką Humanae Vitae bardzo wiele osób miało nadzieję, że i KK zmieni swe nauczanie. Oczywiście okazało się to niemożliwe, bo nauczanie to nie pochodzi od ludzi, lecz od Boga. Nikt, nawet papież, nie ma takiej mocy i uprawnień, by je zmienić.
W USA jest podobnie jak w Anglii, prawie co piąta ciąża kończy się aborcją. Wśród czarnych Amerykanów niemal 40% dzieci nienarodzonych jest zabijanych. Co więcej, niemal połowa kobiet, które miały aborcję twierdzi, że stosowały jakieś środki antykoncepcyjne. A przynajmniej im się tak wydawało…
"Planned Parenthood", organizacja odpowiedzialna za największą ilość morderstw nienarodzonych dzieci na świecie, nagrodziła, czytam na Frondzie, panią Nancy Pelosi, przewodniczącą Izby Reprezentantów USA, nagrodą "Bojowniczki o Zdrowie Kobiet". Oczywiście za to, że ta pani przewodnicząca, podkreślająca na każdym kroku, że jest katoliczką, dba w sposób niezwykle efektywny o takie organizacje jak "Planned Parenthood" i pilnuje, by przemysł aborcyjny nie miał żadnych przeszkód w swym procesie mordowania niewinnych dzieci. A w rewanżu mordercy ci zasilają panią Pelosi i jej partię olbrzymimi sumami pieniędzy. Bo zawsze, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi właśnie o pieniądze.
Czemu zatem uważam Papieża Pawła VI za proroka? Co takiego napisał on przed 42 laty, w czasach, gdy rozwody się niemal nigdy nie zdarzały, a niewierność małżeńska była czymś rzadkim i tak niezwykle wstydliwym i starannie ukrywanym, że gdy wyszła na jaw, stawała się skandalem? Zacytuję jeden paragraf z jego Encykliki Humanae Vitae, podkreślenia moje:
17. Uczciwi ludzie mogą nabrać jeszcze mocniejszego przekonania o tym, jak bardzo uzasadniona jest nauka, którą Kościół w tej dziedzinie głosi, jeśli zwrócą uwagę na następstwa, do jakich prowadzi przyjęcie środków i metod sztucznego ograniczania urodzeń. Niech uprzytomnią sobie przede wszystkim, jak bardzo tego rodzaju postępowanie otwiera szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej, jak i ogólnemu upadkowi obyczajów. Nie trzeba też długiego doświadczenia, by zdać sobie sprawę ze słabości ludzkiej i zrozumieć, że ludzi – zwłaszcza młodych, tak bardzo podatnych na wpływy namiętności – potrzeba raczej pobudzać do zachowania prawa moralnego, a przeto wprost niegodziwością jest ułatwiać im samo naruszanie tego prawa. Należy również obawiać się i tego, że mężczyźni, przyzwyczaiwszy się do stosowania praktyk antykoncepcyjnych, zatracą szacunek dla kobiet i lekceważąc ich psychofizyczną równowagę, sprowadzą je do roli narzędzia, służącego zaspokajaniu swojej egoistycznej żądzy, a w konsekwencji przestaną je uważać za godne szacunku i miłości towarzyszki życia.
Trzeba wreszcie pilnie rozważyć i to, jak bardzo niebezpieczne możliwości przyznałoby się w ten sposób kierownikom państw, nie troszczącym się o prawa moralne. Któż mógłby wtedy obwinić władzę państwową o stosowanie w skali całego społeczeństwa takich rozwiązań, które przyznano by małżonkom jako godziwe w rozwiązywaniu problemów występujących w poszczególnych rodzinach? Któż zabroniłby rządcom państw propagować metody antykoncepcyjne, jeśli uznaliby je za skuteczniejsze, co więcej, nawet nakazywać ich stosowanie członkom społeczeństwa, ilekroć uważaliby to za konieczne? W ten sposób doszłoby do tego, że ludzie pragnący uniknąć trudności związanych z przestrzeganiem prawa Bożego w życiu indywidualnym, rodzinnym czy społecznym pozwoliłoby władzy państwowej ingerować w najbardziej osobiste i intymne sprawy małżonków.
Ale czemu mówiłem o aborcji, gdy Papież pisał o antykoncepcji? Pomieszałem pojęcia? Nie, i każdy, kto czytał inną encyklikę, Evangelium Vitae Jana Pawła Wielkiego wie o tym. Zatem na koniec, już bez komentarza, fragment tej Encykliki. Tu także uwypuklenia tekstu pochodzą ode mnie:
13. […] Twierdzi się często, że antykoncepcja, jeśli jest bezpieczna i dostępna dla wszystkich, stanowi najskuteczniejszy środek przeciw aborcji. Zarzuca się też Kościołowi katolickiemu, że w rzeczywistości sprzyja rozpowszechnieniu się przerywania ciąży, ponieważ uparcie obstaje przy swojej nauce o moralnej niegodziwości antykoncepcji. Taka argumentacja okazuje się w rzeczywistości zwodnicza. Być może wielu ludzi rzeczywiście stosuje środki antykoncepcyjne po to, aby nie narażać się później na pokusę aborcji. Jednakże antywartości wszczepione w „mentalność antykoncepcyjną” która jest czymś zupełnie odmiennym od odpowiedzialnego ojcostwa i macierzyństwa, przeżywanego w poszanowaniu pełnej prawdy aktu małżeńskiego — sprawiają, że ta właśnie pokusa staje się jeszcze silniejsza, jeżeli dojdzie do poczęcia „nie chcianego” życia. W istocie, kultura proaborcyjna jest najbardziej rozpowszechniona właśnie w środowiskach, które odrzucają nauczanie Kościoła o antykoncepcji. Z pewnością antykoncepcja i przerywanie ciąży, z moralnego punktu widzenia, to dwa zasadniczo różne rodzaje zła: jedno jest sprzeczne z pełną prawdą aktu płciowego jako właściwego wyrazu miłości małżeńskiej, drugie niszczy życie ludzkiej istoty; pierwsze sprzeciwia się cnocie czystości małżeńskiej, drugie zaś jest sprzeczne z cnotą sprawiedliwości i bezpośrednio łamie Boże przykazanie „nie zabijaj”.
Mimo tej odmiennej natury i ciężaru moralnego pozostają one bardzo często w ścisłym związku, niczym owoce jednej rośliny. To prawda, że nie brak przypadków, w których człowiek ucieka się do antykoncepcji lub nawet do aborcji pod wpływem licznych trudności egzystencjalnych, które jednak nikogo nie zwalniają z obowiązku pełnego zachowywania prawa Bożego. W bardzo wielu przypadkach korzenie tych praktyk tkwią w hedonistycznej i nieodpowiedzialnej postawie wobec życia płciowego i oparte są na egoistycznej koncepcji wolności, która widzi w prokreacji przeszkodę dla pełnego rozwoju osobowości człowieka. Życie, które może się począć ze współżycia mężczyzny i kobiety, staje się zatem wrogiem, którego trzeba bezwzględnie unikać, zaś przerwanie ciąży jest jedyną możliwością w przypadku niepowodzenia antykoncepcji.
Niestety, ścisła więź łącząca na płaszczyźnie mentalności praktykę antykoncepcji z przerywaniem ciąży staje się coraz bardziej oczywista, czego wysoce niepokojącym dowodem jest produkcja środków chemicznych, wkładek wewnątrzmacicznych oraz szczepionek, które są równie łatwo dostępne jak środki antykoncepcyjne, ale w rzeczywistości doprowadzają do przerwania ciąży w najwcześniejszych stadiach rozwoju życia nowej istoty ludzkiej.
Podczas moich dyskusji z braćmi chrześcijanami często wyskakuje pytanie: "A gdzie to jest napisane w Biblii?" I chociaż my, katolicy, nie uznajemy Biblii za jedyny autorytet, to przecież zgadzamy się z innymi chrześcijanami, że jest to natchnione Słowo Boże. Zatem dobrze jest czasem rzeczywiście umieć wskazać gdzie w Biblii można znaleźć potwierdzenie nauki Kościoła. To właśnie stało się inspiracją dla mnie, by napisać cykl notek na ten temat.
Cytaty są z Biblii Tysiąclecia, chyba, że jest zaznaczone inaczej. Niektóre tłumaczenia Tysiąclatki nie oddają dobrze tego, co natchniony autor nam chciał przekazać, dlatego czasem będę korzystał z innych tłumaczeń.
Aborcja.
Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo. (Pwt 30, 19)
Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię. (Jr 1,5)
Tak mówi Pan, który cię uczynił i ukształtował w łonie matki, który cię wspomaga: Nie bój się, mój sługo, Jakubie, i Jeszurunie, którego wybrałem! (Iz 44,2, BW)
Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Twórca twój jeszcze w łonie matki: Jam jest Pan, uczyniłem wszystko, Sam rozpiąłem niebiosa, rozpostarłem ziemię; a któż był ze Mną? (Iz 44,24)
Wyspy, posłuchajcie Mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. (Iz 49, 1)
Teraz zaś mówi Pan, który mnie stworzył swoim sługą od poczęcia, aby nawrócić do niego Jakuba i zebrać dla niego Izraela, gdyż jestem uczczony w oczach Pana, a mój Bóg stał się moją mocą.(Iz 49, 5, BW)
A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie.(Łk 1, 43-44)
(Święta Elżbieta nazywa Maryję "matką", gdy Jezus ciągle przebywa w Jej łonie, a Jan Chrzciciel, choć ciągle jest jeszcze "płodem" z tej radości, że Matka jego Pana go odwiedziła, fika koziołki.)
Oprócz wersetów Biblii warto przypomnieć dokument z pierwszego wieku, którego autorami są być może sami apostołowie. Przynajmniej tak głosi tradycja przez małe "k". Chodzi oczywiście o "Didache". Możemy tam przeczytać:
II. 1. A oto dalsze zalecenia nauki: 2. Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie uwodź młodych chłopców, nie uprawiaj rozpusty, nie kradnij, nie zajmuj się magią ani czarami, nie zabijaj dzieci przez poronienie ani nie przyprawiaj ich o śmierć już po urodzeniu, nie pożądaj własności twego bliźniego.
Kategoria: Pro life Thursday, 25 March 2010, 06:21
Dzisiaj w Kościele Powszechnym uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Ale mimo, że jest ona od wieków przypominana w pierwszej radosnej tajemnicy Różańcowej, to, wydaje mi się, jest to w świadomości przeciętnego katolika święto trochę niedoceniane.
Przede wszystkim dlaczego dzisiaj? Dlaczego 25 marca? To proste. 25 marca wypada dokładnie dziewięć miesięcy przed 25 grudnia, a 25 grudnia obchodzimy Boże Narodzenie. Jest zatem oczywiste, że skoro uznaliśmy, że Jezus narodził się 25 grudnia, to archanioł Gabriel musiał złożyć swą wizytę Maryi dziewięć miesięcy wcześniej.
Oczywiście zarówno 25 grudnia, jak i konsekwentnie 25 marca to są daty umowne, symboliczne, choć wcale nie oznacza to, że muszą być nieprawdziwe. Pisząc przed trzema miesiącami o dniu Bożego Narodzenia argumentowałem, że Pan Jezus naprawdę urodził się pod koniec grudnia. Jednak choć jest to bardzo prawdopodobne, stuprocentowego dowodu mieć nie mogę. Nie ma to też większego znaczenia, bo wymowa tych dat jest piękna niezależnie od tego, czy są one prawdziwe, czy też właśnie zaledwie symboliczne.
Koniec grudnia to jest okres, gdy zaczyna po raz pierwszy od pół roku przybywać dnia. Jezus jest Światłością Świata, nic więc dziwnego, że właśnie wtedy obchodzimy Jego narodziny. Pod koniec marca z kolei po raz pierwszy od pół roku mamy widoczne słońce przez większą część doby. Światłość pokonała moce ciemności. Pokonała, bo Światłość stała się człowiekiem, co właśnie dziś świętujemy i zwyciężyła siły ciemności, co świętować będziemy za dziesięć dni, w Niedzielę Wielkanocną.
Maryja,jak każdy z nas, jest Dzieckiem Bożym. Jest Córką Niebieskiego Ojca. Ale w przeciwieństwie do każdego z nas jest także Oblubienicą Ducha Świętego i Matką Syna. Zatem jej relacja do Trójcy Świętej jest unikalna. Żaden człowiek w całej historii ludzkości nie został tak wywyższony, tak uhonorowany, czy też obdarzony takimi błogosławieństwami. To jest niezwykle zaszczytna rola. Rola, której wymowę trudno wręcz ogarnąć naszym rozumem.
Rola Maryi jako Oblubienicy Boga nie jest do tego wcale symboliczna. Jest jak najbardziej realna. Jej związek z Duchem Świętym jest tak realny, że zaowocował poczęciem prawdziwego Człowieka. Bo przecież choć Jezus jest Synem Bożym od zawsze i nie było nigdy takiego momentu, by nie był On Drugą Osobą Trójcy Świętej, to jednak Człowiekiem stał się dopiero wtedy, gdy Ona rzekła "tak", a Duch Święty na nią zstąpił.
Z tego faktu wynika kilka konsekwencji. Przede wszystkim pokazuje on nam, że dogmat o Dziewictwie Maryi jest nie tylko prawdziwy, ale konieczny. Skoro bowiem Maryja jest realnie i rzeczywiście Oblubienicą Ducha Świętego, to Święty Józef, aczkolwiek legalnie jest to Jej małżonek, to faktycznie może on być "tylko" Jej opiekunem, a związek ich musi być związkiem platonicznym,
Po drugie na przykładzie Wcielenia Pana Jezusa widzimy wyraźnie, czym jest aborcja. I to nie tylko aborcja dziecka, które wygląda już jak dziecko, ale także dziecka, które jest dopiero zygotą, czy embrionem. Dziecka we wczesnym okresie życia.
Jezus jest Bogiem. Trudno wręcz powiedzieć "był", bo On zawsze JEST. Mamy tu problem niedoskonałości, braku precyzji języka. Jak On sam powiedział: "Zanim Abraham stał się, Ja jestem." (J 8:58) Przerwanie ciąży Maryi nawet w godzinę po tym, jak Duch Święty na Nią zstąpił, byłoby zabiciem samego Boga, byłoby zamordowaniem Jezusa.
Dlatego właśnie Kościół sprzeciwia się wszelkim medycznym zabiegom w wyniku których tworzy się i zabija ludzkie życie. Niezależnie bowiem od tego, czy ten etap naszego rozwoju nazwiemy zarodkiem, zygotą, embrionem, płodem, czy jak kto jeszcze chce, w niczym nie zmienia to faktu, że zabicie takiego życia jest zabiciem unikalnej i bardzo konkretnej osoby. Inaczej mówiąc, gdyby ktoś zabił zygotę, którą ja byłem pól wieku temu, to właśnie ja nigdy bym się nie urodził. To właśnie mnie by zabito. To ja nie miałbym nigdy szans na przeżycie tych pięćdziesięciu lat. Moi rodzice być może mieliby innego syna, ale byłby to mój brat, nie ja. Ja byłbym martwych człowiekiem, bez szans na przeżycie tylu wspaniałych lat.
Wiem, że są ludzie argumentujący, że zygota nie jest jeszcze człowiekiem. Cóż, każdy może negować oczywiste fakty. Bóg chcąc pokarać ludzi odbiera im rozum. Jednak nic nie jest w stanie tego zmienić, że Jezus był Bogiem na tysiąc lat przed Wcieleniem, i na sekundę przed tym momentem. Był Nim w momencie, gdy Duch Święty zstąpił na Maryję i był Nim, już posiadając ludzką naturę, jako Bóg Wcielony, minutę po Zwiastowaniu. Naturę tę ma Syn Boży do dzisiaj i na zawsze już pozostanie On Osobą Boską mającą dwie natury: Boga i Człowieka.
Ja, choć nie istniałem przed moim poczęciem, to jednak zaistniałem właśnie na dziewięć miesięcy przed moimi urodzinami. Nie zjawiłem się nie wiadomo gdzie i kiedy, nie znalazła mnie mama w kapuście i nie przyniósł mnie bocian. To, skąd się biorą dzieci wiedzą dziś nawet … dzieci. Wiedzą, bo to nauka, nie Kościół, nam mówi kiedy.
A gdyby nawet przyjąć argumentację tych nawiedzonych ideologów, negujących podstawowe wręcz fakty naukowe, którzy w zupełnie sztuczny sposób starają się odłączyć "osobę" od "organizmu" i przyznając, że płód jest organizmem posiadającym co prawda DNA gatunku homo sapiens, ale nie jest jeszcze osobą ludzką, to i tak pozostaje pytanie: Czy mają oni pewność? I jeżeli twierdzą, że tak, to na jakiej podstawie? A jeżeli nie mają tej pewności (bo też wcale jej mieć nie mogą), to dlaczego dopuszczają możliwość zabijania kogoś, kto może być osobą ludzką?
Gdy jesteśmy na polowaniu i obok poruszą się zarośla, nikt nie może tak po prostu wypalić w nie z dwururki, bo być może to, co tam hałasuje to nie jest człowiek. Gdy jedziemy samochodem, a na drodze leży coś pod płaszczem, jakieś wystające nogi, czy buty, to przecież nie możemy tak po prostu przejechać po tym tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni, czy to jest człowiek. Gdy nie mamy pewności, zakładamy, że to jednak może być człowiek i dopóki z całą pewnością nie wiemy inaczej, nie wolno nam postępować inaczej.
Dlaczego zatem w przypadku dzieci nienarodzonych jest inaczej? Dlaczego tu zabijamy nie wiedząc, czy przypadkiem nie jest to ludzka osoba? Bo jest mała i nic nam nie zrobi? Bo jest w naszym brzuchu? Bo jest to legalne? A jak nie jest legalne u nas, to takie się stanie po przejechaniu kilkuset kilometrów? I kto tu jest zacofanym moherem, nie potrafiącym logicznie myśleć, a kto światłym, rozumnym i cywilizowanym człowiekiem?
Dzisiejsze święto coraz bardziej staje się dniem, w którym pamiętamy o nienarodzonych dzieciach. I widać coraz wyraźniej, że nadchodzi szybkimi krokami dzień, gdy wszyscy sobie w końcu uświadomią potworność wszelkich zabiegów zabijających nienarodzonych. Od aborcji, przez klonowanie, zabiegi in vitro, aż po badania na płodowych komórkach macierzystych. Takie akcje, jak "40 Days for Life", która właśnie się kończy w Niedzielę Palmową, czy marsze i wiece, będą coraz popularniejsze i nie ustaną, dopóki wszyscy nie dostrzegą potworności aborcji.
Coraz więcej młodych ludzi spostrzega siebie samych jako "abortion survivors". Może nie w takim sensie, jakGianna Jessen, ale na pewno w takim sensie, jak spostrzegali się Żydzi, którzy przeżyli wojnę. Procentowo bowiem mamy dziś na świecie właśnie taki sam holokaust i coraz więcej młodych ludzi, zwłaszcza w USA, w Europie Zachodniej, czy Rosji, uważa się za szczęściarzy, którzy przeżyli.
Zatem gratulacje dla szczęśliwej przyszłej Matki. I choć od początku wiedziała Ona, że Jej radość będzie zawsze pozostawała w cieniu Krzyża, który stanie się kresem ziemskiej wędrówki Jej Syna, to nigdy nie przestała być szczęśliwą. Prawdziwe szczęście bowiem nie jest głupią radochą, czy płytkim uczuciem wesołości. W tym sensie, choć z bolącym sercem i łzami w oczach, Maryja właśnie pod Krzyżem była najszczęśliwsza. Tam bowiem na własne oczy zobaczyła, jak wielką miłością, miłością "do końca" umiłował nas Jej Syn.
W dziesięciu najbliższych dniach Kościół przypomina nam te cudowne Tajemnice, od Zwiastowania, poprzez Śmierć i Zmartwychwstanie, aż po Wniebowstąpienie. Po czterdziestu dniach postu nastąpi czterdzieści dni radości, zakończonych wstąpieniem Jezusa do Nieba. Tak, jak Jezus najpierw zstąpił z domu Ojca, by za sprawą Ducha Świętego i dzięki "fiat" Maryi przyjść do nas i stać się jednym z nas, tak wkrótce powróci tam, by nam przygotować miejsce tam, gdzie jest "mieszkań wiele". A zatem… niech się zaczyna to coroczne, choć równocześnie odwieczne i ponadczasowe misterium.
Kategoria: Pro life Thursday, 25 February 2010, 20:31
North Carolina Department of Public Instruction (NCDPI) to agencja rządowa zajmująca się programem nauczania w szkołach publicznych w Północnej Karolinie. W czasie opracowywania zmian tych programów dla gimnazjalnego przedmiotu "social studies" (coś, co za "moich czasów" nazywało się w PRL-u "propedeutyka nauki o społeczeństwie"), wyszła propozycja, by decyzję Sądu Najwyższego USA w sprawie Roe vs. Wade, legalizującą aborcję, zacząć przedstawiać jako decyzję kończącą opresję kobiet przez rząd Stanów Zjednoczonych.
Dzieci uczyłyby się, że tak, jak czarnoskórzy mieszkańcy nie mieli prawa głosować, uczyć się w tych samych szkołach, czy nawet korzystać z tych samych toalet, że tak, jak kobiety nie mogły brać udziały w czynnym i biernym życiu politycznym, tak samo nie miały prawa do aborcji. zatem prawo to miało być przedstawione jako tak podstawowe, jak np. prawo do udziału w wyborach i że dopiero Sąd Najwyższy w 1973. roku zakończył tę "jawną niesprawiedliwość".
Nasi biskupi, biskup Raleigh, Michael F. Burbidge i biskup Charlotte, Peter J. Jugis zorganizowali akcję informacyjno-protestacyjną na temat tych propozycji, w wyniku której do organizacji rządowej wpłynęło 1800 maili protestujących przeciwko propozycjom zmian programu. Na skutek tego odzewu wyborców, propozycję wycofano. (Artykuł w diecezjalnej gazecie, strona 4)
Biskupi Furbidge i Jugis napisali list, dziękując wszystkim za pomoc w usunięciu tej propozycji, która, gdyby została wcielona w życie, spowodowałaby, że wiele dzieci zaczęłoby spostrzegać opozycję wobec tej niesprawiedliwej decyzji Sądu Najwyższego jako coś moralnie złego, równego poparciu dla rasizmu.
A mnie "serce roście patrząc na te czasy". Mając takich biskupów, jak nasz Peter Jugis, młodych, ortodoksyjnych, nie bojących się dawać nam przykład, przewodzących nam, jestem optymistą co do przyszłości Kościoła. Jestem przekonany, że aborcja wkrótce zacznie być spostrzegana nie przez pryzmat rzekomych praw kobiet do zabijania swego płodu, ale przez pryzmat prawa każdego dziecka do życia. I wszyscy zrozumieją, że prawdziwymi oprawcami nie są ci, którzy zabraniają zabijać niewinne dzieci, ale ci, którzy się tego okropnego czynu dopuszczają.
Przykład ten pokazuje także, że zawsze warto walczyć, nawet, gdy jest nas niewielu. Katolicy są tu, w samym sercu "Bible Belt" nieliczną mniejszością, stanowiącą niewiele ponad 4% z niemal 10 milionów rezydentów tego stanu. W moim mieście, Charlotte, jest 800 kościołów, ale tylko 2% z nich, to kościoły katolickie. Fakt, że niektóre nasze parafie trudno nazwać małymi, nasza ma 8 tysięcy rodzin, ale w metropolii liczącej kilka milionów mieszkańców, to ciągle jest marginalna grupa. Co więcej, katolicy mają swój własny system szkół i wielu z nas nie posyła naszych dzieci do szkół publicznych.
Mimo to akcja biskupów odniosła sukces. Myślę, że głównie dlatego, że poza paroma ideologami, którzy chcieli przeforsować swe chore pomysły do programu nauczania, tak naprawdę niewiele ludzi nawet w departamencie szkolnictwa wierzyło w te bzdury. Gdy więc ich skrzynki pocztowe zostały zalane protestami od rodziców, szybko ukręcili sprawie łeb. Jednak gdyby nie zaradzono temu złu w zarodku, to kto wie co by się stało. Może za kilkanaście lat rzeczywiście wszyscy byliby przekonani, że aborcja jest jakimś podstawowym prawem, a jej zakaz dowodem na represjonowanie kobiet przez niesprawiedliwy rząd. Dzięki naszym biskupom, którzy na czas dostrzegli niebezpieczeństwo, udalo się temu zapobiec.
I na koniec jeszcze parę słów na temat mojego biskupa, Petera Jugisa. Poznałem go gdy był jeszcze młodym księdzem, zaraz po seminarium. Prawdę mówiąc, młody to on jest nadal, to mój rocznik, 1957. :-D Gdy kilkanaście lat temu w parafii św. Johna Neumanna brakowało księdza, księża "katedralni" tymczasowo odprawiali tam Msze i kiedyś ksiądz Peter właśnie tam poświęcił moją nową ciężarówkę. Od tego czasu mnie pamięta, gdy się czasem gdzieś spotykamy.
On sam urodził się w Charlotte, ukończył tu studia, na UNCC, gdzie studiuje także moja córeczka, następnie kształcił się w Rzymie (w Rzymie też uzyskał święcenia kapłańskie z rąk Jana Pawła Wielkiego) i jest doktorem prawa kanonicznego. Biskupem został mianowany także przez JP Wielkiego w roku 2003.
A ja ostatni raz osobiście spotkałem go przypadkowo, pewnie coś z rok temu, pod kliniką aborcyjną w Charlotte. Była właśnie jedna z akcji "40 dni modlitw dla życia" i stałem z innymi na chodniku, z różańcem w ręku, gdy nagle zajechał mocno podniszczony już Buick z naszym biskupem za kierownicą i on sam także zjawił się, by się pomodlić w intencji zakończenia aborcji w Stanach. Bez mediów, bez rozgłosu i bez eskorty. Z potrzeby serca. Porozmawiał z nami, pobłogosławił mi w intencji sukcesu udostępnienia Biblii audio w Internecie i po spędzeniu na modlitwie godziny pod kliniką, odjechał do swoich obowiązków.
Takiego mamy biskupa i taki właśnie jest Kościół Katolicki. Tylko, że takich biskupów, w małych diecezjach, na końcu świata, nikt nie dostrzega. Ale to oni tworzą większość w Kościele, oni są tą prawdziwą tkanką Kościoła. Oni mają wpływ na to, co w Kościele się dzieje. Nikt nie zna ich nazwisk, nikt o nich nie pisze, nikt z nimi nie przeprowadza wywiadów. Nie są kandydatami do kardynalskich kapeluszy, nie będą brani pod uwagę w następnym konklawe, ale to są nasi apostołowie. Nasi duchowi ojcowie i cieszę się niezmiernie, że właśnie biskup Peter Jugis jest moim pasterzem. Bogu niech będą za to dzięki.
Kategoria: Pro life Wednesday, 17 February 2010, 02:49
Wielki Post podobno trwa 40 dni. Nie wiem. Co prawda chodziłem do klasy Mat-Fiz i na maturze zdawałem matematykę jako wybrany przedmiot, ale nigdy się nie mogę tych czterdziestu dni doliczyć.
Podobno nie liczy się niedziel i Triduum Paschalnego, ale to ciągle nie chce wyjść zbyt dobrze. W lutym mamy, bez niedziel, 10 dni Postu, a w marcu 27. to daje nam 37 dni. Zatem lepiej by było dodać Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę, które wypadają w tym roku w pierwsze trzy dni kwietnia. Wtedy mamy dokładnie 40, od Środy Popielcowej do Wielkiej Soboty włącznie, minus wszystkie niedziele.
Niedziele są symbolem Zmartwychwstania, "małymi Wielkanocami". Nic dziwnego, że po rosyjsku dzień ten nazywa się воскресенье. Воскресение to oczywiście Zmartwychwstanie, a różnica jednej literki między tymi wyrazami nie zmienia w niczym faktu, że to na cześć Zmartwychwstałego Jezusa Dzień Pański tak został tam nazwany.
Swoją drogą zawsze mnie zdumiewało, czemu Wielki Językoznawca, Иосиф Виссарионович Джугашвили, znany nam jako Stalin, a potem jego następcy (czy przed nim jego Wielki Poprzednik) przeoczyli ten drobiazg? Zmieniali nazwy miast, zmieniali bieg rzek, a w niedzielę czcili, przynajmniej w nazwie dnia, Zmartwychwstanie Pańskie? Jak tak było można nie dopilnować?
Mówiąc o języku rosyjskim i o "czterdziestce", to zawsze mnie zastanawiał ten сорок. Wszystkie liczby były jak u nas, po ludzku… десять, двадцать, тридцать… a tu nagle sorok. A potem znowu normalnie: пятьдесят, шестьдесят, семьдесят …jak przykazał dobry Bóg.
Kiedyś usłyszałem w radiu, lub gdzieś przeczytałem, że "czterdzieści" w niektórych semickich językach znaczy "dużo". Stąd ten "Ali Baba i czterdziestu rozbójników". Nikt tak naprawdę ich nie liczył, ale było ich mnóstwo… Znaczy: czterdzieści.
W Biblii mamy wiele przykładów czterdziestodniowych okresów. Czterdzieści to dla Izraelitów "pokolenie", czy też generacja. Tyle lat wędrowali po pustyni, bo pokolenie pamiętające życie niewolnika, życie w Egipcie nie nadawało się do życia w wolności. Zresztą widać to wyraźnie w dzisiejszej Polsce. Dopiero połowa czasu minęła od upadku komuny i niewolnicy nadal trzymają się mocno, tęskniąc za pełnymi żołądkami, jakie mieli w "Egipcie" i stwarzając "neoEgipt".
Ale ja nie o polityce, ale o czterdziestce. Czterdzieści dni padał deszcz w czasie potopu, Mojżesz modlił się i pościł na Górze Synaj przez czterdzieści dni zanim otrzymał Kamienne Tablice, i zrobił to powtórnie, gdy je rozbił. Czterdzieści dni urągał Goliat Izraelitom, aż się doigrał, zgładzony przez Dawida. A Dawid potem był czterdzieści lat królem, tak, jak jego syn, Salomon. Czterdzieści dni szedł Eliasz mocą jednego posiłku, jaki otrzymał od anioła, by spotkać Pana na Górze Horeb i usłyszeć Go w "szmerze łagodnego powiewu". Prorok Ezechiel przez czterdzieści dni leżał na boku pokutując za grzechy Judy i czterdzieści dni pościli mieszkańcy Niniwy, nawróciwszy się po nawoływaniu Jonasza. A nasz Pan także pościł czterdzieści dni na pustyni, a po Zmartwychwstaniu pozostał z uczniami także czterdzieści dni.
To tylko kilka przykładów, znalazłoby się więcej. Nie wiem, czy mają te liczby tylko symboliczne znaczenie, czy są po prostu przypadkowe. Jednak ja nie wierzę w przypadki, zwłaszcza w Biblii.
Gdy piszę te słowa, w Polsce już po karnawale. Dochodzi trzecia w nocy, zaczął się Wielki Post. U mnie, tu, gdzie teraz jestem, w Salt Lake City, dopiero dochodzi 19. "Fat Tuesday", "Mardi Gras", ostatni dzień karnawału. Jutro zaczyna się kolejne 40 dni.
Pisałem jesienią o akcji "40 dni dla życia". "40 Days for Life". Akcji polegającej na 40-dniowych modlitwach i poście w intencji nienarodzonych dzieci. W intencji zakończenia skandalu, jakim była legalizacja mordowania nienarodzonych, niewinnych ludzkich istot w pełnym majestacie prawa. Nie będę powtarzał tu wszystkiego, każdy może przeczytać tamtą notkę. Wystarczy kliknąć TUTAJ. Ja tylko chciałbym prosić, by każdy, kto ma zamiar ofiarować coś Bogu w czasie tego Wielkiego Postu, pamiętał o nienarodzonych dzieciach. By także w tej intencji ofiarować swe posty i by za nimi prosiić w swych modlitwach.
Głęboko wierzę, że niedługo przyjdzie czas, gdy każdy z nas zobaczy, jak niemoralna, jak potworna jest aborcja. Nie tak dawno spora część, może nawet w pewnych okresach większość ludzi w Ameryce uważała, że człowiek ma prawo posiadać innego człowieka, jeżeli tylko ma on inny kolor skóry. Całkiem niedawno większość uważała, że ludzie ci nie mają prawa glosować, ani korzystać z tych samych toalet, co biali. Dziś – nie mieści się w głowie jak można było być takim ślepcem. Teraz ci sami ludzie, albo ich dzieci i wnuki, wybrali Murzyna na prezydenta. Zdumiewające.
Głęboko wierzę, że nasze dzieci i wnuki nie będą się mogły nadziwić, jak my mogliśmy być tacy ślepi, mordując w pełnym majestacie prawa ich braci i siostry. Ale by to się stało, musimy i my coś zrobić. Ofiarujmy zatem Bogu nasze drobne wyrzeczenia wielkopostne, by dał nam wszystkim łaskę zobaczenia prawdy i by aborcja stała się takim samym wstydliwym reliktem historii, jakim teraz jest niewolnictwo i rasizm.