
Monday,14 November 2011,16:51
Kategoria: Polityka Monday, 14 November 2011, 16:51
Historia kołem się toczy, choć nigdy się nie powtarza. Tragedia zamienia się w farsę i to jest też tragedia. Prawdziwa tragedia dzisiejszych czasów.
Mówiąc o dzisiejszych czasach, poniżej cytat z dzisiejszych czytań w Kościele Katolickim:
Wyszedł korzeń wszelkiego grzechu - Antioch Epifanes, syn króla Antiocha. Przebywał on w Rzymie jako zakładnik, zaczął panować w sto trzydziestym siódmym roku panowania greckiego. W tym to czasie wystąpili spośród Izraela synowie wiarołomni, którzy podburzyli wielu ludzi, mówiąc: Pójdźmy zawrzeć przymierze z narodami, które mieszkają wokoło nas. Wiele złego bowiem spotkało nas od tego czasu, kiedyśmy się od nich oddalili. Słowa te w ich mniemaniu uchodziły za dobre. Niektórzy zaś spomiędzy ludu zapalili się do tej sprawy i udali się do króla, a on dał im władzę, żeby wprowadzili pogańskie obyczaje. W Jerozolimie więc wybudowali gimnazjum według pogańskich zwyczajów. Pozbyli się też znaku obrzezania i odpadli od świętego przymierza. Sprzęgli się też z poganami i zaprzedali się im, aby robić to, co złe. Król wydał dekret dla całego państwa: Wszyscy mają być jednym narodem i niech każdy zarzuci swoje obyczaje. Wszystkie narody przyjęły ten rozkaz królewski, a nawet wielu Izraelitom spodobał się ten kult przez niego nakazany. Składali więc ofiary bożkom i znieważali szabat. W dniu piętnastym miesiąca Kislew sto czterdziestego piątego roku na ołtarzu całopalenia wybudowano "ohydę spustoszenia", a w okolicznych miastach judzkich pobudowano także ołtarze - ofiary kadzielne składano nawet przed drzwiami domów i na ulicach. Księgi Prawa, które znaleziono, darto w strzępy i palono ogniem. Wyrok królewski pozbawiał życia tego, u kogo gdziekolwiek znalazła się Księga Przymierza albo jeżeli ktoś postępował zgodnie z nakazami Prawa. Wielu jednak spomiędzy Izraelitów postanowiło sobie i mocno trzymało się swego postanowienia, że nie będą jeść nieczystych pokarmów. Woleli raczej umrzeć, aniżeli skalać się pokarmem i zbezcześcić święte przymierze. Oddali też swoje życie. Wielki gniew Boży strasznie zaciążył nad Izraelem. (1 Mch 1,10-15.41-43.54-57.62-64)
Co tu można dodać? Chyba tylko to, że wtedy było "wielu" takich, co "postanowiło sobie i mocno trzymało się swego postanowienia, że nie będą jeść nieczystych pokarmów. Woleli raczej umrzeć, aniżeli skalać się pokarmem i zbezcześcić święte przymierze. Oddali też swoje życie". A dzisiaj? A dzisiaj co jest, każdy widzi.
Monday,10 October 2011,03:10
Kategoria: Polityka Monday, 10 October 2011, 03:10
No i co z tymi wszystkimi, którzy uważali, że trzeba koniecznie angażować się w polityczne rozwiązywanie problemów Polski, by uzyskać jak najlepsze wyniki wyborów? Gdzie są owoce waszej działalności? Czy teraz już nie jest dla wszystkich jasne, że jedyną drogą jest odmiana serc naszych rodaków? Jak to jest możliwe, że w Dniu Papieskim 10% ludzi glosuje na polityka, który zajmuje się głównie obrażaniem papieża i Kościoła?
Jarosław Kaczyński powiedział: "Jestem głęboko przekonany, że przyjdzie taki dzień, kiedy nam się uda, że będziemy mieli w Warszawie Budapeszt". I oczywiście pan Kaczyński może mieć rację, ale pod jednym warunkiem. Warunkiem tym jest nawrócenie naszych serc.
Jest coś fundamentalnie złego z rodakami Jana Pawła Wielkiego, gdy na każdych trzech głosujących na PiS przypada jeden głosujący na Palikota, a ponad połowa społeczeństwa, które rzekomo jest w 90% katolickie, ma nauczanie Kościoła w ... "głębokim poważaniu". Nam nie trzeba PiSu, ani Nowej Prawicy, nam trzeba krucjaty rożańcowej, modlitw i postów w intencji nawrócenia Polaków.
Wednesday,28 September 2011,00:14
Kategoria: Polityka Wednesday, 28 September 2011, 00:14
Niedawno pisałem tutaj o konieczności wyboru takich kandydatów w najbliższych wyborach, którzy będą zawsze tworzyli prawa prorodzinne i broniące życia. Jednak czasem jest nam trudno zdobyć taką informację. Nieraz nie wiemy jak dany kandydat głosował do tej pory i nie wiemy gdzie się dowiedzieć. Dlatego z radością chciałbym poinformować, że jest organizacja, ktora zrobi to za nas. Jest to Fundacja Pro - Prawo do Życia.
Na stronie tej fundacji znajdujemy Certyfikat Kandydata Przyjaznego Życiu i Rodzinie, a na dole tamtej strony jest link do Listy posłów przyjaznych Życiu i Rodzinie. Oczywiście nie jestem w stanie sprawdzić jak dobra jest ta lista, ale wydaje się, że jeżeli znajduje się na niej jakiś kandydat z naszego okręgu, nasz wybór będzie prosty.
Dzisiaj rozpoczyna się akcja 40 Dni dla życia. Także tutaj, na Frondzie. Poza naszymi modlitwami, poza postem w tej intencji możemy podjąć zobowiązanie, że będziemy głosować tylko na prorodzinnych kandydatów, którzy zawsze będą bronić poczętego życia. Zawsze. I gdy to zrobimy, nie będzie już takich sytuacji, że "niemal się udało" przegłosować ustawę broniącą życia. Bo przecież ustawa ta nie przeszła także "dzięki" PiS-owi. Zatem nie głosujmy "na partię". Głosujmy na tych kandydatów, którzy będą w praktyce bronić tego, co dla każdego z nas jest najważniejsze.
Monday,09 May 2011,06:52
Kategoria: Polityka Monday, 09 May 2011, 06:52
Każdy katolik powinien bezwarunkowo głosować zgodnie z moralnym nauczaniem Kościoła Katolickiego. Pamiętając, że sporo politycznych decyzji jest wyborem między dobrymi, albo neutralnymi z moralnego punktu widzenia możliwościami, wiemy, że katolicy mają tu całkowitą wolność wyboru. Są jednak pewne zagadnienia, które nigdy nie podlegają dyskusji. Są rzeczy, które możemy jednoznacznie i w każdej sytuacji określić, jako moralnie złe. Są propozycje, na które nigdy żaden chrześcijanin nie może przystać. I właśnie o niektórych z nich chciałem kilka słów napisać.
Oczywiście nie zawsze nasz wybór jest prosty. Nie zawsze udaje się znaleźć kandydata, który zawsze postępuje według nauczania Kościoła. Często politycy, nawet ci, którzy głośno podkreślają, że są chrześcijanami, katolikami, którzy chętnie się pokazują w towarzystwie biskupów, którzy nie pogardzą żadną okazją by się pokazać w mediach uznających się za katolickie – nie głosują zgodnie z nauczaniem Kościoła. Dlatego jest bardzo ważne, by sprawdzać ich stanowisko w poniższych kwestiach. Nie tylko to, co obiecują na przyszłość, ale przede wszystkim ich dotychczasową działalność.
Każdy ma prawo do poprawy. Życzę każdemu, by się nawrócił. Powiem więcej: Modlę się codziennie o nawrócenie każdego grzesznika i jestem gotów na wiele postów i wyrzeczeń w tej intencji. Pan Jezus jednak nakazał nam rozsądek. Naiwność w polityce nie jest zaletą, a czyny mówią głośniej niż słowa. Zatem rozliczajmy polityków.
Tylko w sytuacji, gdy nasz wybór będzie „mniejszym złem” jest dopuszczalne głosowanie na polityka, który ma poglądy sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Na przykład gdy mamy do wyboru dwóch kandydatów, z których jeden ma poglądy zupełnie niemoralne, a drugi choć w kilku sprawach zgadza się z Kościołem, nie tylko możemy, ale wręcz powinniśmy glosować na tego „trochę lepszego”. Zawsze jednak należy szukać i popierać kandydatów, którzy są czymś lepszym, niż „mniejsze zło”.
Bardzo ważne jest także to, by nie głosować „na partię”, ale na poszczególne osoby. Gdy mamy „listę” - skreślać z niej tych, którzy są nie do zaakceptowania. W dzisiejszych czasach jest bardzo łatwo zdobyć i przekazać innym informacje o poszczególnych kandydatach. Media katolickie powinny konkretnie pytać kandydatów o ich stanowisko w sprawie zagadnień niepodlegających dyskusji i publikować ich stanowisko. Powinni być oni także rozliczani z dotychczasowej działalności.
Pamiętajmy też, że są pewne partie, które programowo są nie do zaakceptowania przez chrześcijanina. Partie, które mają wpisaną w swój program działalność sprzeczną z nauczaniem Kościoła. Trudno sobie wyobrazić możliwość, by katolik głosował na jakiegokolwiek przedstawiciela takiej partii. Świadome oddanie na nich głosu jest grzechem i może być to nawet grzech śmiertelny, pozbawiający nas łaski uświęcającej, a więc także zbawienia.
Musimy również wiedzieć, że dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach może być grzechem. Nawet śmiertelnym. Złemu wystarczy, gdy po prostu nic nie zrobimy. Wokół nas toczy się walka o dusze i nasza rezygnacja z jej podjęcia to zwykła dezercja, a dezerterów karze się śmiercią. W tym przypadku jest to nawet gorsza śmierć, bo śmierć duchowa.
Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas, że
2239 Obywatele mają obowiązek przyczyniać się wraz z władzami cywilnymi do dobra społeczeństwa w duchu prawdy, sprawiedliwości, solidarności i wolności. Miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości. Podporządkowanie prawowitej władzy i służba na rzecz dobra wspólnego wymagają od obywateli wypełniania ich zadań w życiu wspólnoty politycznej.
2240 Uległość wobec władzy i współodpowiedzialność za dobro wspólne wymagają z moralnego punktu widzenia płacenia podatków, korzystania z prawa wyborczego, obrony kraju.
Kongregacja Nauki Wiary w 2002 roku, gdy przewodził jej kardynał Ratzinger, wydała dokument „Nota doktrynalna o niektórych aspektach działalności i postępowania katolików w życiu politycznym”. Warto się z tą notą zapoznać. Możemy tam przeczytać między innymi:
W ciągu minionych dwóch tysięcy lat historii chrześcijanin uczestniczył w życiu tego świata na różne sposoby. Jednym z nich był udział w działalności politycznej, jak pisał jeden z kościelnych autorów pierwszych wieków, chrześcijanie «podejmują wszystkie obowiązki w życiu publicznym jako obywatele». Pośród świętych czczonych przez Kościół wielu jest mężczyzn i kobiet, którzy służyli Bogu przez ofiarny udział w działalności politycznej i sprawowaniu rządów. Należy do nich św. Tomasz Morus, ogłoszony patronem rządzących i polityków, który potrafił świadczyć o "niezbywalnej godności sumienia» nawet za cenę męczeństwa. Choć poddawany był różnym formom nacisku psychicznego, nie zgodził się na żaden kompromis, lecz dochowując «niezłomnej wierności prawowitym władzom i instytucjom», która go wyróżniała, swoim życiem i śmiercią potwierdził, ze «człowiek nie może oderwać się od Boga ani polityka od moralności". [...]
[Z] nauczania Soboru Watykańskiego II wypływa wniosek, że «świeccy nie mogą rezygnować z udziału w 'polityce', czyli w różnego rodzaju działalności gospodarczej, społecznej i prawodawczej, która w sposób organiczny służy wzrastaniu wspólnego dobra», a która obejmuje umacnianie i obronę takich dóbr, jak porządek publiczny i pokój, wolność i równość, poszanowanie życia ludzkiego i środowiska, sprawiedliwość, solidarność itd. [...]
W ostatnim okresie, często pod wpływem nawarstwiających się wydarzeń, pojawiają się dwuznaczne poglądy i budzące zastrzeżenia postawy, co stwarza potrzebę jasnego przedstawienia ważnych aspektów i wymiarów poruszanej tu problematyki. […]
Można się dziś zetknąć z pewnego rodzaju relatywizmem kulturowym, przejawiającym się wyraźnie w próbach teoretycznego uzasadniania i obrony pluralizmu etycznego, który sankcjonuje dekadencję rozumu oraz rozkład zasad naturalnego prawa moralnego Pod wpływem tej tendencji nierzadko niestety pojawiają się w deklaracjach publicznych tezy, ze tego rodzaju pluralizm etyczny jest warunkiem demokracji W konsekwencji dochodzi do tego, ze z jednej strony obywatele domagają się uznania całkowitej autonomii swoich wyborów moralnych, z drugiej zaś ustawodawcy uważają, ze wyrazem poszanowania tej wolności wyboru jest tworzenie praw nie liczących się z zasadami etyki naturalnej i ulegają przemijającym tendencjom kulturowym i moralnym, tak jakby wszystkie możliwe wizje życia miały taką samą wartość Jednocześnie żąda się od znacznej części obywateli, w tym także od katolików, aby w imię opacznie rozumianej tolerancji rezygnowali z uczestniczenia w życiu społecznym i politycznym swoich krajów w sposób zgodny z wizją człowieka i dobra wspólnego, którą uważają za prawdziwą i słuszną z ludzkiego punktu widzenia i którą chcieliby realizować za pomocą legalnych środków, jakie demokratyczny porządek prawny zapewnia wszystkim członkom wspólnoty politycznej Historia XX wieku jest wystarczającym dowodem na to, ze słuszność mają ci obywatele, którzy są przekonani o całkowitej błędności relatywistycznej tezy, negującej istnienie normy moralnej zakorzenionej w samej naturze istoty ludzkiej, wedle której należy oceniać każdą wizję człowieka, dobra wspólnego i państwa.
[…] Wolność polityczna nie jest i nie może być oparta na relatywistycznej tezie, że wszystkie wizje dobra człowieka są równie prawdziwe i mają taką samą wartość.
[...]Chrześcijanin winien «w zakresie porządku spraw doczesnych uznawać uprawnione różnice poglądów», ale zarazem musi też wyrażać sprzeciw wobec koncepcji pluralizmu opartej na relatywizmie moralnym, która szkodzi samej demokracji, ta bowiem potrzebuje prawdziwych i solidnych podwalin, to znaczy zasad etycznych, które ze względu na swą naturę i rolę, jaką pełnią w życiu społecznym, nie mogą być przedmiotem «negocjacji».
[...]Jan Paweł II, w duchu niezmiennego nauczania Kościoła, wielokrotnie przypominał, że na wszystkich, którzy bezpośrednio uczestniczą w ciałach ustawodawczych, spoczywa "konkretna powinność przeciwstawienia się» jakiejkolwiek ustawie stanowiącej zagrożenie dla ludzkiego życia. Obowiązuje ich — tak jak każdego katolika — zakaz uczestnictwa w kampaniach propagandowych na rzecz tego rodzaju ustaw, nikomu też nie wolno ich popierać oddając na nie głos.
[...]Gdy dochodzi do konfrontacji polityki z zasadami moralnymi, które nie mogą być uchylone, nie dopuszczają wyjątków ani żadnych kompromisów, zadanie katolików staje się szczególnie ważne i odpowiedzialne. W obliczu tych fundamentalnych i niezbywalnych nakazów etycznych wierzący muszą zdawać sobie sprawę, że w grę wchodzi sama istota ładu moralnego, od którego zależy integralne dobro ludzkiej osoby. Odnosi się to na przykład do ustaw dotyczących aborcji i eutanazji [...] W myśl tej samej zasady należy przypominać o obowiązku poszanowania i ochrony praw ludzkiego embrionu.
[…] nikomu z ludzi wierzących nie wolno powoływać się na zasadę pluralizmu i autonomii świeckich w dziedzinie polityki, aby popierać rozwiązania, które przekreślają lub podważają zasady etyczne o fundamentalnym znaczeniu dla dobra wspólnego społeczeństwa. Nie chodzi tu w istocie rzeczy o «wartości wynikające z wyznawanej wiary», ponieważ te zasady etyczne zakorzenione są w samej naturze człowieka i stanowią część naturalnego prawa moralnego.
[…] Zabierając głos w tej sprawie, Urząd Nauczycielski Kościoła nie zamierza sprawować władzy politycznej ani odbierać katolikom prawa do wolności opinii w konkretnych sprawach. Pragnie natomiast — zgodnie z właściwą sobie misją — kształtować i oświecać sumienia wiernych, tych zwłaszcza, którzy poświęcają się działalności politycznej, tak aby ich wysiłki przyczyniały się zawsze do integralnego postępu człowieka i dobra wspólnego. Przez swoje nauczanie społeczne Kościół nie chce uczestniczyć w rządzeniu poszczególnymi krajami. Niewątpliwie natomiast nakłada na wiernych świeckich moralny obowiązek wierności przekonaniom, obowiązek wpisany w ich sumienie, które jest jedno i niepodzielne.
A zatem o które to zagadnienia chodzi? Jakie pięć rzeczy nigdy nie może podlegać dyskusji i zawsze jest niemoralne? Jakich rzeczy nie może popierać polityk, byśmy mogli z czystym sumieniem na niego glosować? Oto one:
1.Aborcja
2.Eutanazja
3.Badania na embrionalnych komórkach macierzystych
4.Zapłodnienie „in vitro”
5.„Małżeństwa” homoseksualne.
Oczywiście są także inne sprawy zawsze niemoralne, jak np. klonowanie ludzi, ale w Polsce chyba nikt dziś nie proponuje praw zezwalających na taką działalność. Powyższa lista może być zresztą powiększona, lub zmodyfikowana. Ważnie jest także i to, by nie tylko informować katolików o tym, co jest zawsze i w każdej okoliczności niemoralne, ale także tłumaczyć dlaczego tak jest.
Na koniec powtórzę jeszcze raz: Nie ma w Polsce, ani nigdzie na świecie „idealnej partii”. W każdej są osoby, które mają poglądy niezgodne z nauką Kościoła. Jednak gdy my, poinformowani katolicy, zaczniemy rzeczywiście głosować według tego, czy polityk postępuje zgodnie z nauczaniem Boga i Kościoła, partie same zaczną promować kandydatów których my, katolicy, możemy bez konfliktu sumienia zaakceptować.
Sprawdzajmy zatem nie tylko programy partyjne. Te zresztą zwykle są pełne pustych obietnic, z których i tak nigdy nic nie wychodzi. Sprawdzajmy przede wszystkim konkretnych kandydatów i ich poglądy na te najważniejsze sprawy.
Pan Jezus w Kazaniu na Górze powiedział:
„Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? […] Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.”
Zatem nie rozwiązanie zagadki katastrofy smoleńskiej, nie wykorzystanie unijnych środków, nie kurs franka, inflacja i wysokość bezrobocia, nie tempo budowy autostrad i nie kwestia posyłania sześciolatków do szkoły musi tu mieć decydujące znaczenie. W tych sprawach katolicy mogą mieć różne poglądy. Jest to ich prawo. Głupota nie jest kategorią moralną. Jednak w kwestii aborcji, eutanazji, „małżeństw” homoseksualistów, finansowania przez państwo zabiegów in vitro, czy nawet zezwalania na nie i w sprawie badań z użyciem embrionalnych komórek macierzystych – żadne kompromisy, ani żadne specjalne okoliczności nie wchodzą nawet w grę.
Pomyślcie o niewolnictwie. Przecież nie tak dawno jeszcze w USA było ono nie tylko legalne, ale wielu ludzi twierdziło, że nie ma w tym nic złego. Podawali tysiące argumentów usprawiedliwiających ich poglądy. Sprawa ta tak spolaryzowała USA, że stała się ona powodem wybuchu wojny domowej. To było zaledwie 150 lat temu. A dziś nikt normalny nawet nie pomyśli, że istnieje jakakolwiek sytuacja usprawiedliwiająca zniewolenie innego człowieka. Dlaczego zatem usprawiedliwiamy możliwość zabicia niewinnej osoby w pewnych okolicznościach? Bo jest mała, bezsilna? Albo stara i schorowana? Argumenty za niewolnictwem są dużo lepsze i co z tego?
Dlaczego o tym piszę? To chyba oczywiste. Wielu naszych rodaków, uważających się za dobrych katolików, nie zgadza się z tym, że powyższe pięć punktów zawsze jest niemoralnych. Wielu z nich twierdzi, że zapłodnienie „in vitro” jest dobrem, że nie ma nic złego w tym, by dwoje kochających się ludzi było razem, nawet gdy są to osoby tej samej płci. Wielu uważa, że aborcja w pewnych szczególnych przypadkach powinna być dopuszczalna. Są tacy, co twierdzą, że eutanazja wynika z miłości bliźniego. Inni jeszcze twierdzą, że embrionalne komórki macierzyste mogą wyleczyć w przyszłości wiele chorób, więc należy prowadzić badania w tym kierunku. Wielu tak myśli, spotykam ich na swym forum niemal każdego dnia, lecz wszyscy oni są w błędzie.
W pierwszym czytaniu w ubiegłą niedzielę usłyszeliśmy te słowa:
To mówi Pan: Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela po to, byś słysząc z mych ust napomnienia przestrzegał ich w moim imieniu. Jeśli do występnego powiem: Występny musi umrzeć - a ty nic nie mówisz, by występnego sprowadzić z jego drogi - to on umrze z powodu swej przewiny, ale odpowiedzialnością za jego śmierć obarczę ciebie. Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił, on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę. (Ez 33,7-9)
To nie są słowa skierowane tylko do proroka Ezechiela. To są słowa skierowane także do nas. Gdy my będziemy milczeć, będziemy współodpowiedzialni za grzechy innych. Ich grzechy mogą spowodować utratę naszego zbawienia tylko dlatego, że ich nie upomnieliśmy.
Wszyscy tworzymy Kościół, Ciało naszego Pana. A w zdrowym ciele każdy członek musi być zdrowy. To, że tak wielu katolików nie zna moralnego nauczania Kościoła, nie zna przyczyn takiego nauczania, to także moja i Wasza wina. Nie wolno nam milczeć. Musimy o tym pisać, musimy o tym mówić i przede wszystkim musimy sami rozumieć dlaczego te rzeczy zawsze, w każdych okolicznościach są niemoralne.
Nie sprzedawajmy naszej duszy za miskę soczewicy. Nie głosujmy na nikogo dlatego, że nam obiecuje gruszki na wierzbie. Naszym Panem bowiem jest Jezus, a nasze Królestwo nie jest z tego świata. Tu jesteśmy tylko pielgrzymami. Uważajmy zatem, byśmy w tej pielgrzymce sami nie pobłądzili i nie zaprowadzili innych na manowce. Trzymajmy Maryję za rękę, wpatrujmy się w Światło Jezusa, który jest Drogą Prawdą i Życiem i prośmy Ducha Świętego o Jego dary: mądrości, rozumu i rady, a w sprawach dotyczących moralności zawsze słuchajmy Kościoła. On bowiem mylić się nie może.
Friday,20 May 2011,07:16
Kategoria: Polityka Friday, 20 May 2011, 07:16
"Kochać człowieka, nienawidzić grzech". Takie proste, a tak trudne dla niektórych chrześcijan do przełknięcia.
Napisałem parę dni temu tekst o manipulacjach Gazety Wyborczej. Tekst jak tekst, nic odkrywczego. Potwierdza tylko to, co i tak wszyscy wiemy. Jednak ukazało się pod nim kilka ciekawych komentarzy. Nie będę ich powtarzał tutaj, każdy może je sam przeczytać. Odpowiem tylko na jeden z nich. Ktoś o nicku Zajkowski napisał:
Hiobie, lubię czytać Twoje komentarze na temat wiary, ale wybacz z historii to chyba miałeś 5 w komunistycznej szkole. Takich bowiem głupot jak te, że jakoby Michnikowi zawdzięczamy wolność to mogłeś jedynie się dowiedzieć albo w wyborczej, albo od nauczyciela historii który pobierał dotacje od PZPR. To doprawdy wstyd nie znac kilku podstawowych faktów z historii Polski. Ten człowieczek nie ma nic wspólnego z walką z komunizmem czym dał wyraz wielokrotnie poprzez całe swoje zycie. Jedynie z czym walczył to z przeciwną sobie czasem stroną w we frakcji PZPR. owa walka frakcyjna pomiędzy "żydami i chamami" nie miałą i nie ma nic wspólnego z wolnoscią Polski ( która to wolnośc jest ułudą i fałszem nie zaś wolnością).
Możesz sobie kochać tego tam z szechterów - prosze bardzo, ale nie wciskaj ludziom głupot o jego walce dla Polski - wielu może być bardzo okłamanych przez ciebie, bo ci poprotu uwierzą.
Moja odpowiedź:
Drogi Zajkowski, współczesnej historii Polski nie uczyłem się w komunistycznej szkole, ale ja ją przeżywałem własnym życiem. Oczywiście nie zmienię Twoich poglądów na pewne sprawy, ale nie zmienia to w niczym faktu, że to co napisałem w poprzednim komentarzu jest obiektywną prawdą. Niezależnie bowiem od tego jak niedoskonała i kulawa jest dzisiejsza demokracja, jest faktem nie podlegającym żadnej dyskusji, że jest ona systemem lepszym i sprawiedliwszym od reżimu komunistycznego, który upadł także dzięki Michnikowi.
Nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia to, jakie Michnik ma poglądy, jaką wyznaje wiarę, jaka nim kierowała motywacja i jaką ma wizję Polski. To dzięki takim ludziom jak on dziś możemy pisać swobodnie na blogach, odsunąć w najbliższych wyborach każdego polityka, który nam nie pasuje i sami tworzyć inną, lepszą Polskę. Nikt nas za to nie wsadza do więzień i nie zszyła na Sybir.
Oczywiście nie twierdzę, że to tylko jego, czy nawet głównie jego zasługa. Niemniej jednak nie można nie uznać faktu, że to jest także jego zasługa.
I riposta Zajkowskiego:
Cóż bardzo mi przykro, bo w ten sposób myślą miliony Polaków, czytając tę jego gazetę. Moim zdaniem nie powinieneś pisać, że to co napisałeś jest obiektywna prawdą - bo tak to może stwierdzić jedynie Bóg który zna serca wszystkich ludzi także owego człowieka którego kochasz. Ja zaś jako człowiek który mieszkam w Polsce myślę dłużej niż ty oraz mam dostęp do źródeł i ludzi którzy naprawdę znają zasługi tego pana - mogę stwierdzić wyraźnie że nie tylko że jesteś w błędzie, ale jeszcze siejesz zamęt we umysłach wielu ludzi. bardzo mi przykro - bo Boga i Polskę kocham bardzo mocno.
jeszcze jedno na przykładzie powyższym - czyli kłamstw w wyborczej nie przyszło ci do głowy że może i przed 89 rokiem podobnie rozgrywano nas jak teraz? nie przyszło ci do głowy że człowiek który sieje tyle kłamstwa wraz ze swoim środowiskiem mógł żyć w kłamstwie i przed 89 ?
właściwie to już szkoda moich słów więcej.
Pozwolę sobie więc jeszcze raz powtórzyć to, co już nie raz na swym blogu pisałem. Najlepiej w puntach. Tak, żeby każdy, kto tylko będzie chciał, mógł mnie zrozumieć.
Po pierwsze: To, że GW kłamie, czy to, że poglądy Michnika są takie jakie są, nie ma nic wspólnego z faktem, że także jemu zawdzięczamy fakt upadku komuny. Argumenty, czy spekulacje, że to wszystko było ułożone z góry na wiele lat przed 1989 rokiem są, moim zdaniem, żenujące. Przypomnę, że nie mówię tu w ogóle o sytuacji w Polsce z roku 1989. Mówię tu o czasach do stanu wojennego.
Wyjeżdżając na stałe z Polski w roku 81 utrwaliłem sobie w pamięci pewien obraz, który nigdy nie ulegnie zatarciu, czy zniekształceniu. Gdy widzimy jakieś dziecko, po czym znika nam ono na jakiś czas, to przy ponownym spotkaniu zdumiewa nas jak ono wyrosło i wydoroślało. Ale rodzice widzący je każdego dnia nie dostrzegają tego w tak oczywisty i klarowny sposób. Dlatego śmiem twierdzić, że obraz Polski sprzed stanu wojennego jest w mej pamięci znacznie bardziej klarowny niż tych, którzy w Polsce byli przez całe lata osiemdziesiąte.
Po drugie przykłady takich krajów jak Białoruś, czy Kuba pokazują, że komuna wcale upaść nie musiała. Nikt nie oddaje władzy dobrowolnie. To, że system w którym ja się urodziłem i wyrosłem padł, to jest czyjaś zasługa. Zasługa Ducha Świętego i papieża i Reagana, ale także ludzi, którzy byli gotowi na utratę wolności, którzy nie bali się prześladowań walcząc o swoją Wizję Polski. I nie ma tu znaczenia jakie mieli oni poglądy. To dzięki wszystkim tym ludziom, którzy dziś tworzą elity polityczne Polski, ludziom takim jak Michnik, Tusk, Komorowski, Kaczyński, Borusewicz, Wałęsa, Buzek i wielu, wielu innych mamy dziś możliwość głosowania i wybierania swych przedstawicieli do władz.
I błagam: Nie mówicie mi, że to nie jest żadna demokracja. Zgodzę się, że to nie jest idealny system. Żaden system nie jest idealny poza Królestwem Bożym. System amerykański też nie jest idealny. Też się tu zdarza, że kandydat, który uzyskał mniej głosów zdobył więcej elektorów i został prezydentem. Nikt jednak tego nie nazywa "niedemokratycznym systemem", bo przepisy są jasne i znane wszystkim przed wyborami. Każdy więc ma równe szanse na wykorzystanie tego systemu na swoją korzyść.
Po trzecie nie wolno nam się obrażać na system tylko dlatego, że działa on nie po naszej myśli. Jest przecież oczywiste, że gdy już się okazało, że komuna straciła zęby i nie ugryzie, to zaczęła się walka o władze. Wszyscy niemal dawni opozycjoniści chcieli wprowadzić swój ideał rządów w Polsce. Rzecz zupełnie naturalna. I niezależnie od tego, czy ktoś poszedł "w politykę", czy jego narzędziem są media, każdy promuje swoje idee. Jednak nikt ich teraz nie narzuca na siłę. Jasne, że w celu przekonania społeczeństwa wiele informacji i faktów upiększa się, przekręca, manipuluje się nimi itp. Tak robią wszyscy politycy na całym świecie. Podobnie media biorą też w tym aktywny udział. Te, których właściciele sympatyzują z danym politykiem, czy jakąś partią - przemilczają potknięcia ich ulubieńców, wyciągając słabe strony i pomyłki obozu przeciwnego i vice versa.
Mamy więc w Polsce to, co nam się zawsze marzyło, choć nie przewidzieliśmy, że te spełnione marzenia będą takie gorzkie. Nie dość, że wielu opozycjonistów, wielu z tych, którzy byli dla postronnych i biernych kibiców jakim byłem ja bohaterami - okazało się szkodnikami, to na dodatek to najmądrzejsze, najwspanialsze społeczeństwo na świecie, te miliony mądrych i odważnych rodaków okazały się oportunistami, bezideowcami i do tego sklerotykami zapominającymi z kim i o co walczyli. Pomińmy tu nawet Platformę. Ale przecież komuniści także odzyskali władzę na jakiś czas. Wybrani przez tych, którzy kilkanaście lat wcześniej tak entuzjastycznie zapisywali się do Solidarności. Za co? Za kawałek wyborczej kiełbasy, której oczywiście nigdy nawet nie powąchali? Bo przecież kiełbasa wyborcza nigdy się nie materializuje. No chyba, że obiecuje ją polityk takiej klasy jak Ronald Reagan.
Czyli nic nowego pod słońcem i mamy to, co już od dawna mają demokracje zachodnie. Obawiam się też, że się to szybko nie zmieni. Dlaczego? Dlatego, że tak wielu ludzi myśli, że wystarczy wygrać najbliższe wybory. Jakie jednak znaczenie ma to, czy u władzy jest PO, PiS, czy jeszcze inna partia? Co by się tak naprawdę zmieniło, gdyby PiS zdobył bezwzględną większość? Przecież byli już u władzy i co? I pstro. Nie zrobili prawie nic.
Księga Jonasza:
Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie co następuje: Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory - - niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą [popełnia] swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy? Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej.
Da się? Nie wiem. Chyba się da, skoro się dało w Niniwie. Chyba się da, skoro się dało na Węgrzech. Ale ilu z nas jest gotowych na serio włączyć się w krucjatę modlitewną? Ilu z nas jest gotowych do prawdziwych wyrzeczeń dla Ojczyzny i w intencji nawrócenia grzeszników? Przecież znacznie korzystniejsze jest wygranie dla Boga naszych politycznych wrogów, niż pokonanie ich w wyborach. I to jest do zrobienia, ale trzeba rzeczywiście spróbować. Nie oglądając się na innych. Musi to zrobić każdy z nas. Wygranie dla Boga politycznych wrogów, ale też wygranie dla Boga politycznych sprzymierzeńców. Bo przecież nawet wśród tych, których popierają niektóre katolickie media z ortodoksją wcale tak różowo nie jest.
Nie chciałbym, by każdy z moich tekstów stawał się kryptoreklamą Wspólnoty Marto, ale to naprawdę jest droga do osiągnięcia sukcesu. Jedyna droga. To znaczy niekoniecznie Wspólnota, nie chodzi tu o nią. Jednak chodzi tu o to, byśmy te wszystkie złe duchy powyrzucali modlitwą i postem. Bo innego sposobu nie ma. Ani rzucanie w nie kamieniami, ani obrażanie ich, ani szyderstwa, ani sarkazm, ani kpina nie odniosą żadnego skutku. To są pozorne działania, które co najwyżej mogą nam poprawić humor, ale czy to o to chodzi? Czy celem naszym jest nasze lepsze samopoczucie, czy też raczej chodzi o skuteczny sposób na to, by ich, politycznych i ideologicznych przeciwników wygrać dla Królestwa Bożego i dla Polski?
Modlitwa Wspólnoty:
Przyjmij naszą ofiarę za wszystkich grzeszników. Daj im łaskę nawrócenia. Spraw, byśmy pokochali każdego człowieka tak, jak Ty kochasz. Pozwól nam zobaczyć w każdym grzeszniku Twoje ukochane dziecko, syna marnotrawnego i dopomóc mu w odnalezieniu drogi do Twego Domu.
[...] Przyjmij, Panie, tę ofiarę za naszą Ojczyznę. Udziel daru prawdziwej mądrości wszystkim naszym rodakom. Polecamy Ci szczególnie tych, którzy są odpowiedzialni za losy naszego kraju.
Przed tygodniem minęła rocznica pierwszego objawienia w Fatimie. Nie napisałem wtedy nic na ten temat, ale może dobrze. Nie chodzi tu bowiem o jakieś rocznicowe laurki, ale chodzi raczej o codzienne życie tym orędziem, jakie nam Maryja przekazała. A co powiedziała ona wtedy? Zapytała Ona dzieci:
Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośbę o nawrócenie grzeszników?
W sierpniu Maryja powiedziała:
Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, nie mają bowiem nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
Mamy zatem pewną receptę na zwycięstwo w tej walce. Trzeba ją tylko zastosować. I nie ma się co oglądać na innych. Nikt z nas nie jest odpowiedzialny za decyzje braci. Ale każy z nas będzie rozliczony ze swojegi życia. Bóg bowiem nie wymaga od nas sukcesów, ale wierności. Dlatego ja będę robił swoje wierząc, że będzie nas wkrótce wielu. I wtedy naprawdę odmienimy losy świata. Bracia Węgrzy pokazali nam, że to możliwe. Ale to, co tam się stało, było wynikiem krucjaty modlitewnej. Miliony ludzi modliło się za swą ojczyznę. A my? Czy my też potrafimy to zrobić? Czy potrafimy modlić się za naszych politycznych wrogów? Modlić się za nich tak, jak ojciec modli się za dziecko? Jak siostra za brata? Jak dzieci za rodziców? Szczerze i żarliwie?
Jeżeli tego nie robimy, to komu tak naprawdę służymy swych zachowaniem? Kto zyskuje na tym, że odtrącimy, odepchniemy, obrazimy i zwymyślamy tych, którzy myślą inaczej niż my? Chyba nie trudno znaleźć na to odpowiedź.
Tuesday,17 May 2011,23:55
Kategoria: Polityka Tuesday, 17 May 2011, 23:55
Gazeta Wyborcza kłamie! Zatem co nowego? Ano nic, tylko, że tym razem sprawa dotyczy pewnej sprawy, o której pisaliśmy na forum, więc niejako zobaczyłem tę manipulację z pierwszej ręki i postanowiłem o tym napisać.
Mieszkam w USA od niemal trzydziestu lat. Moi wirtualni pasażerowie w większości są w Polsce. wielu z nich to młodzi chłopcy, marzący o pracy w USA. Nic dziwnego więc, że temat pracy w USA, wiz, zielonej karty itp. powraca na forum dość często. Niedawno jeden z moich gości napisał:
O tutaj ciekawy artykuł, który może was zaciekawić (do tematu wyjazdu do USA, Zielonej Karty i obywatelstwa USA)
Po czym podał link do tekstu w Gazecie Wyborczej. Kliknąłem na niego i zobaczyłem jakie to rewelacje ma nam do zaoferowania ten organ. Od razu uderzył mnie tytuł: "Polacy giną w Afganistanie i Iraku za obywatelstwo USA!" Dalej zwykłe bzdury, jakaś propaganda mijająca się z prawdą. Odpisałem na forum:
"...dotyczy to osób już posiadających zieloną kartę, czyli prawo pobytu w USA. Więc wymowa artykułu jest bezsensowna i kłamliwa. Nie chodzi tu o jakieś kuszenie Polaków by otrzymali obywatelstwo, ale zwyczajny program rekrutacyjny armii USA prowadzony wśród osób, które mieszkają w USA, mają tam prawo pobytu i prawo do pracy."
To jednak nie koniec historii. Okazuje się bowiem, że to nie była zwykła pomyłka autora, ale celowa manipulacja i przekłamanie. Tekst ten bowiem powstał w wyniku rozmowy telefonicznej z naszym rodakiem, panem Rafałem Stachowskim, mieszkającym od lat w USA, który jest dowódcą Kompanii Rekrutacyjnej w US Army i autorem bardzo dobrego i popularnego bloga. A na czym ta manipulacja polegała najlepiej wytłumaczy sam oszukany i dlatego pozwolę sobie tu oddać mu głos. Bez jego zgody i wiedzy, ale myślę, że mi to wybaczy.
O tym jak Gazeta Wyborcza kłamie.
Jakiś czas temu dostalem emaila od pana Marcina Górki, z prośbą o udzielenie wywiadu do artykułu który pisze. Zgodziłem się bez chwili namysłu, zawsze miałem słabość do Rodaków... Poza tym do dzisiaj, moje doświadczenia z dziennikarzami z Polski były wspaniałe, więc naprawdę ucieszyłem się, mając okazję pogadać trochę w ojczystym języku. Do pana Marcina zadzwoniłem płacąc za połączenie z własnej kieszeni. Przegadaliśmy z godzinę – bardzo fajnie mi się z nim rozmawiało.
Dzisiaj rano żona dzwoni do mnie że podobno w “Przeglądzie Prasy” w ITVN, jakiś artykuł w Gazecie Wyborczej wywołał spore wzburzenie prowadzących. Wchodzę na maila, a tutaj mam ze dwadzieścia przesłanych linków o d najróżniejszych znajomych, wszystkie do owego nieszczęsnego artykułu. Baa, nawet na Niezależnym Forum o Wojsku zawrzało na temat mojej skromnej osoby.
Artykuł pana Marcina przeczytałem z zapartym tchem. Chciałbym dodać że słowo artykuł jest w tym przypadku słowem zbyt szumnym na określenie tego steku bzdur który wylądował na łamach poważanej, jak dotąd uważałem, gazety. Przyznam się że poczułem się trochę zdradzony przez gościa, który pod pretekstem przyjacielskiego wywiadu wyłudził odemnie informację, która potrzebna mu była do wysłania w świat kolejnej kaczki dziennikarskiej. I żeby chociaż nasz dziennikarzyna użył informacji którą mu w dobrej wierze podałem. Nie, prawda się nie sprzedaje, więc aby odnieść większy “sukces”, gość przeinaczył każdą moją wypowiedź, tutaj dodał jakieś kłamstwo od siebie, tutaj sobie coś zmyślił, tutaj coś odjął, tutaj dodał, a efekt? Wypaczony obraz mojej ukochanej Armii, który spowodował że pół mojej dawnej ojczyzny zawrzało.
A więc, przeanalizujmy bzdury którymi nasz “dziennikarz” zbombardował polskie społeczeństwo:
W ramach kampanii "Go to army" amerykańscy rekruterzy werbują obcokrajowców posiadających zielone karty, głównie Latynosów i Polaków. Dają im błyskawicznie amerykańskie obywatelstwo. Potem - na wojnę. Już 20 Polaków zginęło w Iraku i Afganistanie.
W ramach kampanii “Go to Army”. Hehehehe. No popatrz, jestem w wojsku już osiemnaście lat, a o takiej kampanii reklamowej, jak żyję nie słyszałem. Sam osobiście w 1993 roku zaciągnąłem się bo chciałem być “Be all that you can be” (Żyj Pełnią Życia). Potem, jakoś w roku 2003 Armia wymyśliła kampanię reklamową “Army of One” – slogan ten nie utrzymał się zbyt długo, bo przyznam się że był naprawdę idiotyczny. Slogan ten był tak idiotyczny że nawet nie wiem jak go przetłumaczyć na polski. Slogan “Army Strong” (Wojskowa Siła) został wylansowany w 2006 roku, i utrzymuje się do dziś – za to za kilka miesięcy, Armia wypuszcza nową kampanię reklamową “Symbol of Strenght” (Symbol Siły). A owe nieszczęsne, wyssane z palca “Go to army?” To wyrażenie nawet nie ma sensu, bo albo może być “Go Army” albo “Go to the Army”. Jak można brać poważnie artykuł który zaczyna się od kłamstwa już w pierwszym zdaniu?
Prawda jest taka że armia amerykańska rzeczywiście ma specjalną misję rekrutacji obcokrajowców – głównie ludzi władającymi płynnie językami wschodu – tego bliskiego jak również dalekiego. A werbujemy obcokrajowców nie po to aby mieć świeże mięso armiatnie, jak insynuuje nasz początkujący dziennikarzyna, a ze względu na ich specjalny talent, czyli języki obce. Bo jak wiadomo, znajomość języków obcych, nie jest najmocniejszą stroną amerykańskich obywateli.
Chciałbym też dodać, że cała przewodnia myśl artykułu to bzdura! Że niby rząd Stanów Zjednoczonych rozdaje obywatelstwa w zamian za służbę w Armii. Nie. Stany Zjednoczone nie mają legii cudzoziemskiej. Nie można sobie wyrobić obywatelstwa przez służbę. Do wojska obecnie mogą tylko pójść ludzie którzy mają zielone karty, a więc tacy którzy to obywatelstwo wcześniej czy później i tak dostaną, bez względu na to czy będą służyli w wojsku czy nie.
Faktem natomiast jest, że każdy kto posiada zieloną kartę może wstąpić w szeregi US Army – a to dlatego bo Armia nie dyskryminuje nikogo, bez względu na pochodzenie, wyznanie, czy też kolor skóry. Następnym faktem jest to, że latynosi w Armii nie odzwierciedlają etnicznego przekroju społeczeństwa amerykańskiego – jest ich za mało. O Polakach nawet nie wspomnę – większość Polaków woli przez całe życie harować na budowie czy też pucować amerykanom toalety, zamiast użyć Armii aby osiągnąć coś w tym kraju, zaczynając od edukacji. Plutony latynowskie? Bzdura. Skończyliśmy z segregacją rasową jeszcze 1951 roku. Każdy kto ma choć trochę oleju w głowie o tym wie.
Dorota Pietrek z podszczecińskich Polic przechowuje w domu gwiaździsty sztandar, odznakę Purpurowe Serce i zaświadczenie o przyznaniu synowi amerykańskiego obywatelstwa. Polski strzelec z 1. Dywizji Piechoty Morskiej zginął w czerwcu 2008 r. w prowincji Farah w Afganistanie. Przyjechał do Ameryki w 2005 r., miał 21 lat, wylosował zieloną kartę. Wstąpił do marines, gdy z kampanii reklamowej "Go to army" dowiedział się, że w ten sposób zyska obywatelstwo. W kwietniu 2008 r. odleciał do Afganistanu.
Wstąpił do marines, gdy z kampanii reklamowej "Go to army" dowiedział się, że w ten sposób zyska obywatelstwo. A ile przekłamań możemy naliczyć w tym jednym zdaniu które wyszło spod pióra pana Marcina Górki? A więc, jeżeli pan Pietrek w roku 2005 dostał zieloną kartę, to znaczy że w roku 2008 pozostało mu zaledwie dwa lata aby dostać obywatelstwo amerykańskie, a miał je gwarantowane. Zielona karta daje imigrantowi dokładnie takie same prawa co obywatelstwo, z wyjątkiem prawa głosowania, a więc należy wykluczyć że pan Pietrek poszedł do Marines tylko i wyłącznie aby dostać obywatelstwo, co insynuuje pan Górka. Jaki człowiek o zdrowych zmysłach podpisałby trzy letni kontrakt aby dostać obywatelstwo na które musiałby zaczekać tylko dwa lata? Nie. Pan Pietrek poszedł do Marines bo chciał być żołnierzem piechoty morskiej – a jest to pobudka jakiej pan Górka nigdy nie zrozumie, ponieważ zupełnie obce są mu takie słowa jak “Duma”, czy “Honor”. Aha, rówież niedorzeczne jest stwierdzenie że gość poszedł do Marines po zobaczeniu reklamy Army – to są dwie zupełnie różne części amerykańskich sił zbrojnych. A tak nawiasem mówiąc, kampania reklamowa Marines to “For Us All” (Za nas wszystkich)
- Ilu obywateli RP zaciągnęło się do US Army? - pytamy Elizabeth Robbins ze służb prasowych Pentagonu.
- Nikt nie prowadzi takiej statystyki - odpowiada.
I tutaj należna jest mała dygresja. Jeżeli sama rzeczniczka Pentagonu objawiła że NIKT nie prowadzi statystyki ilu obywateli RP zaciągnęło się do US Army, to skąd u pana Górki takie dokładne dane że niby dwudziestu Polaków zginęło, i że kolejne pięciuset służy w Amerykańskich mundurach? Według artykułu wynika jasno, że ode mnie:
Pochodzący z warszawskiej Pragi Rafał Stachowski, rekruter, który werbuje do armii rodaków, mówi, że w wojskach USA służy ok. 500 "naszych". Zginęło już 20 z nich.
Bardzo mi miło że pan Górka ceni informację pochodząca z moich ust wyżej niż od pani rzeczniczki Elizabeth Robbins, ale w tym miejscu chciałbym przytoczyć resztę rozmowy jaka odbyła się między mną a panem Górką, owego mroźnego marcowego poranka (tak, tak, napisanie tych wypocin dla Gazety Wyborczej zajęło panu Górce aż siedem tygodni).
- A ilu Polaków służy w Armii Amerykańskiej? – dopytuje pan Górka.
- Ciężko powiedzieć. Pani Paulina Glińska z Polski Zbrojnej zadała mi kiedyś takie samo pytanie, ale niestety nie byłem w stanie znaleźć na nie odpowiedzi. Po prostu takich statystyk się nie prowadzi. – odpowiadam wymijająco.
- No gdyby miał pan zgadywać? – nie daje za wygraną pan Górka.
- Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym że okolo pięciuset. Wie pan, Polacy nie garną się do wojska – do tej pory mają w głowach wypaczony obraz wojska z czasów Ludowego Wojska Polskiego. – dodaję.
Skąd mi przyszła do głowy liczba pięćset? Ponieważ facet koniecznie chciał abym mu podał jakąś cyfrę, pomimo faktu że parę razy mu powiedziałem że taka statystyka nie istnieje, zrobiłem szybko rachunek sumienia, i spróbowałem z grubsza ustalić ilu gości z polskimi naszywkami spotkałem na wojskowej stołówce, i ilu z nich potrafiło jeszcze powiedzieć “Mam czę w dupe”, “Day mee bushi” lub “Doopa Jash”, pomnożyłem ten numer przez liczbę naszych dywizji, i zaokrągliłem do najbliższej setki. I tak oto numer, który sam, przyznaję się ze wstydem, wyssałem sobie z palca, zbulwersował dzisiaj pół Polski. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko że wyraźnie powiedziałem panu Górce że “zgaduję że około pięciuset”.
Tzw. rekruterzy (żołnierze kompanii rekrutacyjnej) amerykańskiej armii werbują w USA ochotników obcokrajowców posiadających zielone karty, głównie Latynosów i Polaków.
Kolejne zdanie pana Górki, kolejne kłamstwo. Ani moi żołnierze, ani żadni inni tzw. Rekruterzy nie rekrutują obcokrajowców posiadających zielone karty, głownie Latynosów i Polaków. Moi żołnierze pomagają założyć mundur każdemu kto ma na to chęć, albowiem US Army jest armią ochotników, oraz każdemu posiada odpowiednie kwalifikacje do służby. Prawda jest taka że tylko trzech na dziesięciu aplikantów kwalifikuje się do służby. Kolejna prawda jest taka że zaciągnięcie kogoś do wojska wymaga wypełnienia tony dokumentów, a tych dokumentów jest znacznie więcej jeżeli ktoś jest obcokrajowcem na zielonej karcie. Prawdę mówiąc, to z obcokrajowcami jest więcej kłopotu niż to jest warte, bo po pierwsze większość z nich nie jest w stanie przejść egzaminu kwalifikującego do wojska ASVAB; po drugie trzeba się użerać z imigracją; po trzecie ich zielone karty mają tendencję do utraty ważności tuż przed wyjazdem na unitarkę; po czwarte przeważnie ich dyplomy ze szkoły średniej są dalej w ich ojczystym języku, i trzeba znaleźć kogoś kto by je przetłumaczył; po piąte imigranci mają słabe poczucie obowiązku, i często po podpisaniu kontraktu zmieniają zdanie – w zeszłym miesiącu dwóch różnych Ghańczyków nie stawiło się na unitarkę, bo zmienili zdanie w ostatniej chwili. Straciłem też Polaka, rodzonego tutaj, który z jakiegoś nieogarniętego logiką powodu zdecydował że zamiast studiować w Stanach, w prestiżowym uniwersytecie Rutgers za który Rezerwa Armii by mu zapłaciła, będzie studiował w Krakowie na AGH. Gość porzucił zawód Operatora Wojskowych Sieci Komputerowych, zawód który dostałby nie przerywając szkoły, zawód który otworzyłby mu wiele drzwi po studiach z informatyki.
- Do mnie zgłosił się ostatnio gość, który złamał żebro, pracując na czarno. Nie było go stać na lekarza, miał tego dość. Dzisiaj jest w armii, właśnie jedzie na wojnę.
Historia pewnego emerytowanego sierżana wojsk rakietowych w Polsce szczególnie mi przypadła do gustu, więc przytoczyłem ją panu Górce podczas naszej długiej rozmowy na mój koszt. Po przejsciu na wcześniejszą emeryturę gość imał się różnych prac, w większości związanych z budową. Bo co innego może robić w Stanach gość z minimalnym językiem, bez specjalizacji? Któregoś dnia złamał sobie żebro, gwintując rurę na budowie. Pomimo okropnego bólu facet nie poszedł do lekarza, bo go nie było na to stać, za to codziennie chodził do pracy, bo nie mógł sobie pozwolić na wzięcie chorobowego. Wojsko dało mu możliwość na edukację, godziwe życie dla rodziny, ubezpieczenie medyczne, oraz za dwadziescia lat, na emeryturę. Nigdy nie powiedziałem panu Górce że “właśnie jedzie na wojnę”. Powiedziałem mu że właśnie jedzie na unitarkę. Ale gość najwyraźniej słyszy tylko to co chce słyszeć.
No cóż, Gazeta Wyborcza dużo straciła w moich oczach. Jeżeli w jednym artykule jest tyle kłamstw, to aż się boję pomyśleć ile kłamstw jest w innym artykułach, na tematy o których nie mam zielonego pojęcia. Zastanawia mnie czy to zwykły zbieg okoliczności że i Wróżka, i Wyborcza zaczynają się na tą samą literę alfabetu. Przypuszczam że to właśnie we Wróżce pan Górka nabierał dziennikarskiego doświadczenia. Słyszałem że w drukowanej wersji “Wyborczej” jest wypisanych dużo więcej bzdur na mój temat, ale nie mam do niej dostępu.
To tyle cytatu, ale nie koniec historii, bo jest jeszcze druga część. Ale by nie przedłużać swojego wpisu, zapraszam do źródła, czyli do notki pod tytułem: "O tym, jak Gazeta Wyborcza kłamie, część II"
A ponieważ sprawa dotyczy kraju, który stał się moją drugą ojczyzną, kraju, który jest mi bardzo bliski i który naprawdę pokochałem, postanowiłem o tym tu napisać. Bo nie jest prawdą, że "Polacy giną w Afganistanie i Iraku za obywatelstwo USA". Owszem, giną tam nasi rodacy, także ci, którzy mieszkają na stałe w Stanach, ale nie "za obywatelstwo". W Iraku zginął syn mojego dobrego znajomego z Charlotte, Cliff Golla. Takie są smutne realia naszego życia. Żołnierze giną na wojnie, tak, jak policjanci i strażacy czasem giną na służbie i kierowcy też czasem nie powracają do domu z trasy. Jednak nie jest prawdą, że rząd amerykański kusi kogokolwiek obywatelstwem, czy prawem stałego pobytu, w zamian za służbę w wojsku. A to wyraźnie sugeruje ta, pożal się Boże, "informacja" w GW.
Wednesday,27 October 2010,07:27
Kategoria: Polityka Wednesday, 27 October 2010, 07:27
Nie nasiedziałem się w domu. Po podróży do Oregonu i z powrotem, dziesięć tysięcy kilometrów w dziesięć dni, myślałem, że odpocznę trochę. Nic z tego. Na drugi dzień po przyjeździe kolejny ładunek i znowu przede mną trasa do Oregonu i Waszyngtonu.
Zanim jednak ruszyłem w drogę, we wtorek rano poszedłem na Mszę. Czytania, jak zawsze, bardzo interesujące. W końcu to sam Bóg w Biblii przemawia do nas. Święty Łukasz przytacza nam ślowa samego Jezusa:
Z czym mam porównać królestwo Boże? Podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż wszystko się zakwasiło. (Łk 13, 20b-21)
Moja żona piecze w domu chleb od dwóch lat. Wtedy właśnie, za stroną chleb.info.pl zrobiła zaczyn, czy też zakwas i do dziś go używa. Trzeba go tylko czasami dokarmiać.
My się kochamy bać. Martwimy się tym, co trzeba i tym, czym nie trzeba. A tymczasem potrzeba tylko odrobina zaczynu. Być może ktoś, z kim porozmawiamy jutro, jakiś młody człowiek, za dwadzieścia lat będzie następnym prezydentem? I być może dzięki rozmowie z nami będzie pierwszym prezydentem, którego wybierzemy nie jako "mniejsze zło", ale jako prawdziwe dobro?
Czasem niektórzy oskarżają mnie o to, że nic nie rozumiem i że bez sensu przygaduję tym, którzy widzą rozwiązanie problemów na drodze politycznej. Tymczasem wcale to nie jest prawda. Zawsze podkreślałem, że uczestnictwo w życiu politycznym jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. A jeżeli ktoś może, ale nie chce głosować w wyborach, popełnia, moim zdaniem, grzech. Czasem może to być nawet grzech ciężki. Jednak gdy czytam takie bzdury, jak pewien komentarz na mój komentarz pod pewną notką na Frondzie przestaję być optymistą. Albo raczej przestałbym nim być, gdybym swą nadzieję pokładał w ludziach:
Wszystko,dosłownie wszystko zalezy,cz w pore PIS dojdzie do wladzy.Inaczej-KRWAWA OTWARCIE dyktatura i WIELE krwi i niszczenia ludzi.A co hiopek-Pis nie zmieni wszystkiego.WSZYSTKIEGO ? I juz wszystko jasne.Pamietaj .Bez PISU -NIC,lub coraz mniej.To widzisz.A wtedy Przychodzi meda i ci medzi w glowie.[…]
Polacy,wbrew hiopkom, nie wybraliby tuskow ani komorowskich bez OGROMNYCH pieniedzy finansujacych agentury ,przesylanych z Moskwy i z Berlina.(pomijam inne zrodla,ktorych nie brak.w koncu polska jest obecnie wszedzie uwazana za-do wziecia). […]
DLATEGO.JEDYNA NASZA SZANSA to ogromne zwyciestwo PISU,takie jak FIDESZu na Wegrzech.
Przebrala sie miarka ,glosujemy na jarka.
Gdy tak myślą nasi sprzynierzeńcy, po co nam wrogowie? Pominąwszy już całe to niechlujstwo wpisu, którego wręcz nie sposób zrozumieć, zdumiewa głupota, czy może naiwność jego autora. Czy on naprawdę uważa, że to jest nasza jedyna szansa?
W Stanach wybory są zawsze we wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. I nie pytajcie mnie czemu nie mogą być po prostu w pierwszy wtorek listopada. To byłoby zbyt prostackie. Taki termin wymyśliłby co najwyżej jakiś kierowca. Politycy, prawnicy zawsze muszą wymyślać coś znacznie bardziej "mądrego". Zatem najwcześniejszy termin wyborów to jest 2. listopad i tak będzie i w tym roku.
Ponieważ wybory są rzeczą ważną, nie ma jakiś szczególnych powodów, by nie ułatwić ich maksymalnie. Dlatego w USA popularną formą są wcześniejsze głosowania. Bardzo przydatne dla takich osób jak ja. W najbliższy wtorek zapewne będę na Zachodnim Wybrzeżu, zatem poszedłem głosować teraz. Nie trzeba podawać żadnych przyczyn, tłumaczyć się, pisać podań. Wystarczy się pokazać, podać swoje nazwisko i oddać głos.
Głos zatem oddany, choć jestem daleki od twierdzenia, że "Republikanie", czy rodząca się "Tea Party" są naszą jedyną nadzieją. Naszą jedyną nadzieją jest Bóg. Nic zatem dziwnego, że coroczna akcja "40 dni dla życia" akurat kończy się 1. Listopada, w przeddzień wyborów. Nie wiem, czy to było założenie jej organizatorów, czy nie, ale wiem, że nie był to przypadek.
Pewne złe duchy można wypędzić tylko modlitwą i postem. Nie PiSem, nie Jarkiem, nie Republikanami. To jest walka o dusze, nie o stołki w parlamencie. I choć ważne jest, by w tym parlamencie mieć jak najwięcej sojuszników, to dopóki nie wygramy wojny o dusze naszych rodaków, przewaga głosów partii, z którą sympatyzujemy da naprawdę bardzo niewiele.
Jasne, że każdy z nas ma obowiązek mądrze głosować. Mądrze wybierać. Gdy nie ma kandydatów idealnych, trzeba wybierać "mniejsze zło". Ale nie można na tym poprzestać. Naszym celem musi być całkowite zwycięstwo. To znaczy, że naszym celem musi być albo stworzenie zupełnie innej partii, albo odmienienie tych partii, które już się na scenie politycznej znajdują. I w systemie politycznym jaki obowiązuje zarówno w Polsce, jak i w USA można to jedynie zrobić przez oddawanie głosów na odpowiednich kandydatów. A kandydaci będą odpowiedni, gdy się za nich będziemy modlili.
Komentator, którego cytowałem pisze o ogromnych pieniądzach. Zapewne ma rację. Jednak nie jest przecież tak, że nikt o PiSie i o panu Kaczyńskim nie słyszał. Nie jest tak, że ludzie nie mają dostępu do informacji o jego poglądach i o programie jego partii. (o ile w ogóle można tu mówić o jakimkolwiek programie. Pomińmy jednak złośliwości, bo "po sprawiedliwości" u partii rządzącej jest z tym równie źle). Nie ma jednak takich pieniędzy, które by mogły sfinansować kampanię reklamową pro-aborcyjnego kandydata, aby mogła mnie ona przekonać do niego. To chyba oczywiste, prawda? A dlaczego? Bo ja po prostu nigdy nie zagłosowałbym na nikogo popierającego aborcję.
Niezależnie od tego ile mi obieca kiełbasy wyborczej, nie otrzyma mojego głosu. Chodzi tu bowiem o pewne zasady. Uważam aborcję za morderstwo i nie będę popierał polityków, którzy morderstwa promują, finansują i wmawiają mi, że jest to "prawo gwarantowane przez konstytucję". Morderstwa, dodajmy, na najniewinniejszych osobach, które są, wydawałoby się, w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Pod sercem matki.
Na tej podstawie twierdzę, że jedyną drogą jest droga odmiany serc. Droga wyrzeczeń i postów. Popatrzcie na ten chlebek na zdjęciu powyżej. Czy naprawdę tak trudno byłoby przez dwa dni w tygodniu pościć o chlebie i wodzie? To się da zrobić. Tak się robiło przez wieki. Skończyło się poszczenie, skończyło się modlenie i… skończyła się chrześcijańska cywilizacja. "Paciorek" wieczorem, najlepiej na leżąco, po kołderką i to tylko wtedy, gdyi się go nie zapomni i łosoś w piątek, jeżeli się pamięta, to jeszcze nie jest modlitwa i post.
Pierwszy zakwas zrobiony dwa lata temu daje owoce w postaci wspaniałego chleba przez lata. Co więcej, zakwas ten został "posłany w świat". Kilka przyjaciółek żony także piecze teraz domowy chleb. A każdy, kto go spróbuje, zachwyca się, bo my już nie pamiętamy jak smakuje chleb bez przyspieszaczy, polepszaczy, konserwantów, drożdży z fabryki i całej tej chemii. A gdy się już zachwyci, prosi o przepis i odrobinę zakwasu.
My musimy być takim zaczynem. Nikt nie zrobi tego za nas. I nie traćmy ducha. Nie wiemy, jakie łaski czekają ludzkość. Nie wiemy kiedy nas Bóg zaleje ich strumieniami. Święty Paweł nas uczy:
Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. (Rz 5, 20b-21)
Boga nie zaskoczyły dzisiejsze czasy. On o nich wiedział przed stworzeniem Wszechświata. Zatem z pewnością ma On doskonały plan. Plan pewny i zwycięski, jednak wymagający naszej kooperacji. Bóg bowiem zawsze wymaga od nas kooperacji. Jednak, zapewniam Was, plan ten nie polega na zwycięstwie wyborczym PiSu, czy też Republikanów. Plan Boga można znaleźć w Biblii, nie w programach politycznych partii i stronnictw. I choć ważne jest, by każdy głosował i to głosował mądrze, to każdy musi sobie zdać sprawę z tego, że to jest jedynie nasz obywatelski obowiązek. Natomiast w walce z kudłatym zwycięstwa odnosi się nie przy urnach wyborczych, ale na kolanach przed Najświętszym Sakramentem.
Bo przecież jest możliwe, że kiedyś pójdziemy głosować nie na "mniejsze zło", ale na "większe dobro". Jest możliwe, że trudno będzie wybrać kandydata, bo wszyscy będą doskonali. By się to jednak stało, musi każdy z nas wreszcie zacząć serio walczyć. Taką bronią, która jest skuteczna, której nasz wróg się boi, a nie pyskówkami i obrzucaniem się epitetami na forach, blogach i "realu" też.
Sunday,15 August 2010,22:54
Kategoria: Polityka Sunday, 15 August 2010, 22:54
Długo starałem się unikać tematu krzyża przed pałacem prezydenckim, ale w końcu i na mnie przyszła kolej. Trochę musztarda po obiedzie, bo już tyle na ten temat powiedziano, że z pewnością nic nowego nie dodam. Jednak nie powstrzyma mnie to od zajęcia stanowiska, choćby dlatego, żeby inni wiedzieli co o tym myślę.
Dla mnie ta cala smutna, by nie powiedzieć tragiczna sytuacja jest odzwierciedleniem pewnej rzeczywistości, w której przyszło nam dziś żyć. Rzeczywistości, której wiele osób nie rozumie i dlatego nie może się z nią pogodzić.
Polska przez lata, żeby nie powiedzieć przez wieki, była pod panowaniem albo rządów narzuconych przez inne mocarstwa, albo w ogóle nie istniała jako państwo. Te obce rządy mniej lub bardziej skutecznie zwalczały naszą wiarę, bo wiara Polaków zawsze była przesączona patriotyzmem. Dobry katolik zawsze był prawdziwym patriotą, rozumieją, że zdrada Ojczyzny jest grzechem.
Prawdę mówiąc dzisiaj, wbrew temu, co wielu stara się udowodnić, mamy najbardziej demokratyczną formę rządów w całej dotychczasowej polskiej historii. Nigdy jeszcze nie było tak, byśmy mogli w sposób wolny, nieograniczony tworzyć partie polityczne, głosować na swoich kandydatów, pisać o nich i o ich przeciwnikach. Demokracja pełną gębą.
Gdy „za komuny” wyobrażaliśmy sobie przyszłą Polskę, wielu z nas, katolików, wyobrażało ją sobie niemalże jako państwo wyznaniowe. Państwo, gdzie uroczystości kościelne będą równocześnie uroczystościami państwowymi, gdzie prawo karne będzie zgodne z moralnym nauczaniem Kościoła, gdzie premier, trzymając się za rękę z prezydentem i Marszalkiem sejmu ogłoszą Chrystusa Królem i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
W całej tej wizji nie wzięliśmy jednego pod uwagę. Mianowicie tego, że demokracja to rządy większości, a Polska już nie jest krajem katolickim. Nominalnie może ciągle większość ludzi jest katolikami, to w końcu poprzez sakrament chrztu stajemy się członkami Kościoła, ale w naszych sercach staliśmy się w większości poganami. I głosujemy tak, jak nam te pogańskie serca podpowiadają.
Nie bardzo zresztą jest jak głosować inaczej, bo pogańskie serca mamy nie tylko my, głosujący, ale także większość kandydatów na posłów, czy na prezydenta. Cóż zatem dziwnego, że mamy to, co mamy?
Cóż zatem dziwnego, że ci, dla których wiara, dla których Bóg jest największą wartością, trwożą się i wpadają w panikę? Okazało się bowiem, że nam wcale nie chodziło o demokrację. Okazało się, że demokracja może być gorsza od komuny. Nie twierdzę, że jest, wręcz przeciwnie. Ale wielu w Polsce dziś tak myśli. Okazało się, że nam tak naprawdę wcale nie chodziło o demokrację, ale o dyktaturę, pod jednym wszakże warunkiem: Dyktatorem musi być „nasz”.
Cóż. Pozwolę się tymi opiniami nie zgodzić. Uważam, że demokracja jest najlepszym z ustrojów, jaki człowiek potrafił wymyślić. Królestwo? Jasne, królestwo jest lepsze, gdy królem jest Jezus. Ale na to musimy zaczekać. Natomiast z pozostałymi królami bywało różnie. Lepiej już zostańmy przy demokracji, bo w razie czego zawsze za parę lat można odesłać tych „geniuszy” na emeryturę.
Ale jak? Jak ich odesłać? Ten głupi motłoch, co niczego nie rozumie, znowu da się nabrać na ich okrągłe słówka, na ich nigdy nie spełniane obietnice i znowu ich wybierze! No właśnie. Pewnie tak. Ale to mi przypomina, że jest taka pewna i jedyna droga do tego, by wprowadzić trwałe zmiany.
To już było. Przyszedł raz jeden Człowiek, który mógł śmiało „wygrać wybory”. Mógł zrobić rewolucję, małe powstanie, wyzwolić swą ojczyznę z rąk okupanta, sam zasiąść na tronie i rządzić… ile? 20 lat? 50? I co potem? To co było przed Jego przyjściem?
Tymczasem On zrobił coś zupełnie niezrozumiałego. Przez trzy lata głosił bardzo trudną naukę. Poprawiał, pouczał wszystkich, którzy oczekiwali, że chwyci za broń, że ich poprowadzi do zwycięstwa nad okupantem. Pouczał, że nie tędy droga. Jego droga jest żmudna i powolna, ale za to pewna. I historia pokazała, że miał rację. Zwycięstwo przyszło za parę wieków, ale przyszło na setki lat, na tysiąclecia.
W jaki sposób chrześcijanie zwyciężyli świat? Swoim życiem. Oni żyli tak, jak uczył Jezus. Do końca, do swej męczeńskiej krwi. Bo ceną za wyznawanie chrześcijaństwa bardzo często było własne życie. To jednak było równocześnie największą cechą przyciągającą do chrześcijaństwa. Inni widzieli, że ludzie ci posiadają jakąś niezwykłą prawdę. Prawdę, za którą oddają z radością życie. I ci „inni” także tego chcieli doświadczyć. Śmierć nie była czymś wystarczająco odstręczającym dla poznania tej prawdy. Czy może raczej Prawdy.
Problem z dzisiejszym chrześcijaństwem polega na tym, że my ani nie jesteśmy gotowi umierać za wiarę, ani nawet bronić jej, gdy grozi nam jedynie ośmieszenie się. Gdyby chrześcijaństwo dziś ktoś zdelegalizował, wielu z nas byłoby bardzo trudno skazać, z braku jakichkolwiek dowodów. Znalazłyby się jakieś poszlaki, ale to mogłoby być za mało.
Znacznie łatwiej nam manifestować, pielgrzymować, domagać się i żądać niż żyć tak, jak uczył Jezus. Nie potrafimy podporządkować się władzy, nie potrafimy podporządkować się nawet władzy kościelnej. My sami decydujemy, co jest dobrem, a co złem. A przecież Jezus przede wszystkim oczekuje od nas posłuszeństwa.
Nie my mamy oceniać biskupów. Nie naszą rolą jest wyzywanie kapłanów od esbeków. Nie naszą rolą jest dyktowanie rządowi, gdzie ma krzyże ustawiać, a skąd je usuwać. Nikt dziś nikogo w Polsce nie prześladuje za wiarę. Kościół stoi na każdym kroku. W bardzo wielu z nich jest wystawiony Pan Jezus w Najświętszym sakramencie, w każdym innym jest On ukryty w Tabernakulum. A przed Tabernakulum – pustki. Ale tam nie ma mediów, nie ma kamer, nie ma manifestacji. Jest cisza i oczekujący na nas Bóg. My jednak wolimy iść pod krzyż, gdzie … gdzie co? Po co tam idziemy? Czego tak naprawdę bronimy? Utraconych złudzeń? Żalu, że przegraliśmy wybory? Żałosne.
Gdy manifestują geje, odpowiadamy im: Nikt wam nie broni robić tego, co macie ochotę robić, w zaciszu waszych domów. To sprawa waszych sumień, to sprawa między wami, a Bogiem. On będzie waszym sędzią. Jednak nie narzucajcie nam swych poglądów, nie zmuszajcie nas, byśmy my nazywali zło dobrem, byśmy akceptowali to, co robicie. Nie macie żadnych praw, by niszczyć rodzinę i nazywać to, co robicie „małżeństwem”. Nikt was nie prześladuje, więc zamknijcie za sobą drzwi sypialni.
Ale… co my robimy? I od razu wyjaśnię, że nie porównuję tu niczego i nikogo. Jednak pewna analogia istnieje. Polega ona na tym, że tak, jak środowiska gejowskie nikogo nie przekonają do swych idei poprzez agresywne manifestacje, tak samo my nikogo nie przekonamy do Jezusa, do Ewangelii poprzez takie sytuacje, jakie mają miejsce przed pałacem prezydenckim. Nie tylko nie pomożemy sprawie Jezusa, ale spowodujemy, że znowu kolejne osoby utracą wiarę.
Jest tylko jedna skuteczna droga. Droga pracy od podstaw. Droga nawrócenia. Droga tłumaczenia, kim jest Jezus, droga głoszenia Dobrej Nowiny. Droga długa. Może znowu potrzeba będzie paru wieków, by zwyciężyć. Choć przekonany jestem, że przy dzisiejszym tempie przepływu informacji zajmie to znacznie mniej czasu. Ale musimy pamiętać, że to nie tylko chodzi o informacje, lecz przede wszystkim o świadectwo. O przykład naszego życia. Post, modlitwa, życie Ewangelią. Wtedy i ewangelizacja będzie skuteczna, bo hipokrytów nikt nie słucha.
A tym, co tak opłakują poprzednie wybory i nie mogą pogodzić z przegraną, dedykuję tę, jakże aktualną, piosenkę w wykonaniu Jana Kobuszewskiego. Ku przestrodze. Bo jeżeli tylko taką widzą drogę, czekają ich kolejne rozczarowania. Ta droga bowiem prowadzi do nikąd. Tylko Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Ale do Jezusa nie idzie się poprzez manifestacje przed pałacem prezydenckim, ale poprzez nawrócenie. Poprzez takie życie, by innych do Jezusa pociągało, nie odpychało od Niego. A cały „incydent z krzyżem” miał, obawiam się, jedynie taki skutek, że setki tysięcy osób odeszło od Kościoła i wiary swych przodków.
Na koniec dodam, że zdaję sobie sprawę z tego, że z tego zła wyniknęło także wiele dobra. Jestem świadom tego faktu. Bóg z każdego zła potrafi jakieś dobro. Jednak to dobro, obawiam się, pozostanie w sferze emocjonalnej. Taka chwilowa odnowa, podniesienie na duchu, jak po dobrych rekolekcjach, jak po pielgrzymce. To dobrze, że takie coś jest, ale to stanowczo za mało, bo nasza wiara nie może się opierać jedynie na emocjach.
Innym dobrem może być to, że władza zobaczy siłę opozycji. Może (choć wątpię), zacznie się z nią liczyć. Ale to "dobro" powinienem pisać w cudzysłowie, bo według mnie to żadnym dobrem nie jest. Gdy przed stanem wojennym rzecznikiem rządu został Urban, wielu okazywalo zdziwienie. Wydawalo się bowiem, że rząd powinien takiego mieć rzecznika, który będzie uważał, by nie zrazić do siebie ludzi w tamtych trudnych czasach. Jednak Jacek Fedorowicz słusznie zauważył w jednym ze swych monologów, że władzy nie chodzi o to, by nas nie zrazić, ale by nas przerazić. By nam powiedzieć: "Patrzcie, możecie sobie strajkować, możecie żądać, a my i tak wam naplujemy w twarz i nic nam nie zrobicie". I Urban pluł nam bardzo skutecznie. Pluje chyba zresztą do dziś.
Czy o to nam chodzi? Byśmy my teraz władzę przerazili? Żeby się nas bali, że zrobimy kolejną "manifę"? Czy może raczej chodzi o głębszą przemianę? O to, byśmy razem, wspólnie, z potrzeby serca stawiali krzyże? Tak, jak to było przez tysiąc lat polskiej historii?
Ja naprawdę nie wiem, czemu pierwsza próba przeniesienia krzyża do kościoła została przez wiernych zablokowana i komu i dlaczego na tym zależało. Wiem jednak, że z pewnością nie pomogło to w dziele nowej ewangelizacji, do której tak namawiał nas nasz Papież. Może pomogło kilku osobom poczuć się lepiej, może zmobilizowało kogoś do okazania swej wiary, ale ja naprawdę obawiam się, że wiara, którą te osoby okazują ma bardzo niewiele z tym, czego nas nauczał Jezus. I to, być może, jest w tej całej sytuacji najbradziej tragiczne.
Wednesday,30 June 2010,16:14
Kategoria: Polityka Wednesday, 30 June 2010, 16:14
Dzisiaj, nazajutrz po uroczystości Świętych Apostołów i Męczenników, Piotra i Pawła, w Kościele obchodzimy wspomnienie dowolne Pierwszych Męczenników Świętego Kościoła Rzymskiego. Dzisiejsze pierwsze czytanie, z proroka Amosa, brzmi tak:
Szukajcie dobra, a nie zła, abyście żyli. Wtedy Pan, Bóg Zastępów, będzie z wami, tak jak to mówicie. Miejcie w nienawiści zło, a miłujcie dobro! Wymierzajcie w bramie sprawiedliwość! Może ulituje się Pan, Bóg Zastępów, nad Resztą pokolenia Józefa. Nienawidzę, brzydzę się waszymi świętami. Nie będę miał upodobania w waszych uroczystych zebraniach. Bo kiedy składacie Mi całopalenia i wasze ofiary, nie znoszę tego, na ofiary biesiadne z tucznych wołów nie chcę patrzeć. Idź precz ode Mnie ze zgiełkiem pieśni twoich, i dźwięku twoich harf nie chcę słyszeć. Niech sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów i prawość jak potok nie wysychający wyleje! (Am 5,14-15.21-24)
Słuchając tych słów myślałem o wpisach na blogowisku Frondy. Ostatnio w przeważającej mierze dotyczą one wyborów, sytuacji politycznej, dyskusji nad kandydatami, a także dyskusji na temat wyższości liberalizmu na libertarianizmem, czy też odwrotnie.
Ja, prawdę mówiąc, gubię się w tym troszkę i nie bardzo wiem, o czym są te dyskusje. Żaden program partyjny nie naucza tego, czego naucza Kościół i każdy ma, z punktu widzenia nauki Kościoła, bardzo poważne błędy. Dlatego specjalnie się nie podniecam najbliższymi wyborami, bo po pierwsze nie mają one aż tak wielkiego znaczenia, a po drugie i tak niczego na dłuższą metę nie zmienią.
Pan Jezus przyszedł na świat w bardzo konkretnym miejscu i czasie. Mógł to zrobić kiedy indziej, a jednak w swej boskiej mądrości zdecydował, że to będzie najlepszy czas. Nie wybrał momentu, gdy panował Dawid, lub Salomon, gdy Izrael był potęgą światową, być może najpotężniejszym królestwem w ówczesnym świecie, ale przyszedł, gdy Jego ojczyzna była okupowana przez potwornego wroga. Okupant nie tylko zabrał ziemię, ale żądał oddawania sobie boskiej czci. Coś, co było nie do pomyślenia dla prawych Żydów.
Czasy tuż przed przyjściem Jezusa opisują Księgi Machabejskie. Machabeusze aktywnie walczyli z tym potwornym okupantem i udało im się na ponad sto lat uzyskać pewien rodzaj autonomii, czy ograniczonej niepodległości. Ostatni z Machabeuszy rządził do 37 roku przed Chrystusem, gdy władzę przejął Edomita, Herod, który został królem rzymskiej prowincji Judei.
Pamięć o powstaniach Machabeuszy była wciąż żywa. Ludzie oczekiwali przyjścia Mesjasza, który, w powszechnym rozumieniu, miał stać się nowym Dawidem, wielkim królem i wojownikiem i przywrócić dawną świetność Izraela.
Tamten okres w historii Judy jest pełen powstań i rewolt przeciw Rzymowi. Historycy podają nam kilkanaście imion przywódców powstańczych, których lud uważał za mesjaszy. Najprawdopodobniej Barabasz był jednym z nich, ale i o innych piszą tacy historycy jak np. Józef Flawiusz.
Tymczasem Jezus w czasie swych trzech lat, jakie spędził wśród swych rodaków na ziemi, ani raz nie nawiązuje do politycznej sytuacji. Nie wychwala stronnictwa esseńczyków ponad zelotów, ani faryzeuszy ponad saduceuszy. Mówi tylko, by kochać bliźniego, nakarmić go i przyodziać, a gdy nam zabiera suknię, oddać mu i płaszcz.
Czy Pan Jezus nie wiedział, co się wokół niego dzieje? Czy nie widział tych pogańskich świątyń, tego zepsucia i grzechu na dworze Heroda, tej hipokryzji wśród duchowych przywódców narodu? Wiedział i widział i niejednokrotnie potępiał zło moralne wokół siebie. Ciągle to nie zmienia w niczym faktu, że do polityki nie wtrącał się wcale.
Zło można pokonać tylko świętością. Tylko odmianą naszych serc. Tylko nawróceniem. Ale my nie zmienimy serca ani pana Ka, ani pana Ko. Nie zmienimy programu PiSu i nie zmienimy programu PO. Nie teraz, nie dziś, nie przed niedzielnymi wyborami i nie przed kolejnymi wyborami. Zmienić możemy tylko jedno. Nasze serca.
Przez nasze serca rozumiem moje serce. Ja mogę zmienić tylko jedną osobę. Siebie. Powiecie, że to nie będzie miało wpływu na wyniki niedzielnego glosowania? Jasne, że nie. Ale gdy Ty także zmienisz swoje serce, to wtedy sytuacja zaczyna się zmieniać. Czy zdążymy przed niedzielą? Wątpię. Nie zdążymy nawet przed kolejnymi kilkunastoma wyborami. Taki proces zajmuje dekady. Ale jest skuteczny i jest to jedyna skuteczna droga.
Pan Jezus coś zapoczątkował, co kontynuowali Jego uczniowie. Zapłacili za to bardzo wysoką cenę. Śmierć za wiarę nie była wyjątkiem, to była reguła. Jasne, że nie zawsze i nie wszędzie, były w pierwszych wiekach całe dziesięciolecia, gdzie tolerowano tę dziwną sektę wyznawców Chrystusa. Jednak były także takie okresy, gdzie za wierność Jezusowi płaciło się najwyższą cenę.
Trzy wieki zajęło chrześcijaństwu pokonanie pogańskiego Rzymu. Trzy wieki i tysiące, a pewnie nawet miliony ofiar. Krew męczenników stała się posiewem chrześcijan. "Sanguis martyrum semen christianorum". To były wielkie żniwa, które dłly nam ziarno, z którego wyrosło chrześcijaństwo na następne tysiąclecia.
I to jest nasz problem dzisiaj. Ziemia już jest wyjałowiona. Nikt nie jest gotów oddać życia za Chrystusa. Co tam życia. Nikt się nie przyznaje do Chrystusa, by się nie narazić na śmieszność, na dziwne spojrzenie, na uśmieszek politowania. Męczeństwo? Hmm. Do męczeństwa nam daleko. My się wstydzimy przeżegnać przed posiłkiem, czy wyciągnąć różaniec w publicznym miejscu.
Indyferentyzm, tolerancja, relatywizm, polityczna poprawność – to są nasze idee, nasze bożki, nasza religia. Nas, jako społeczeństwa. I dopóki tak będzie, nie ma większego znaczenia który z panów "K" będzie prezydentem. Jasne, że zawsze mamy obowiązek wybrać mniejsze zło, ale nie to jest przecież naszym celem. naszym celem jest nie mniejsze zło, ale Dobro. Dobro, którym jest Bóg.
Najdłuższa wyprawa wymaga zrobienia pierwszego kroku. Zróbmy go. Nalepianie plastra na raka nic nie zmieni. Może zakryje ranę, ale choroby nie wyleczy. Chorobę trzeba leczyć u źródła, czyli w naszych sercach. I nie przejmujmy się, że może zajmie to także trzysta lat. Bóg nie żąda od nas sukcesów, lecz wierności. Nie przejmujmy się, że nas jest tak mało, bo wcale tego nie wiemy. Nas mogą być miliony, ale jak nic nie robimy, to się nawet nawzajem nie dostrzegamy.
Powstaną inne partie, inne programy, nasze programy. Nie będziemy musieli wtedy wykręcać rąk politykom, by wykrztusili z siebie, czy są za, czy przeciw in vitro. Politycy sami nie będą mogli przestać o tym mówić. Nie podatki i służba zdrowia. Bo przecież, choć i te sprawy są istotne, nie są one najważniejsze.
Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. (Mt 6, 31-33)
Dziś wspomnienie pierwszych męczenników. Kościół współczesny rozwija się żywiołowo w Afryce i w niektórych regionach Azji, czyli tam, gdzie za wyznawanie chrześcijaństwa płaci się najwyższą cenę. Tymczasem w Europie i w mniejszym stopniu w Ameryce, gdzie nawet ludzie wstydzą się mówić o Jezusie, Kościół umiera.
Pomyślmy o tym. wszyscy. Od szeregowych "podgrzewaczy ławek", jak to się ładnie w Ameryce nazywa, po naszych kapłanów i biskupów. Bo problem dotyczy każdego z nas.
Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! (Ap 3, 15-19)
Monday,26 April 2010,03:47
Kategoria: Polityka Monday, 26 April 2010, 03:47
Komentując wypowiedź Adama Michnika, jaką zamieściła Fronda, a raczej komentarze internautów, jakie pod nią się znalazły, napisałem między innymi takie słowa:
Michnik nie jest naszym wrogiem. Kudłaty jest. Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas. Zrobił także wiele złego dla Polski, także znacznie więcej, niż każdy z nas. On nie potrzebuje obrzucania błotem i wysyłania do diabła, ale naszych modlitw.
Jeden z internautów, podpisujący się nickiem AWK, cytując te słowa: "Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas", tak to skomentował:
A tak poza tym, panie hiob, z główką w porządku?
Inny, Kornblumenblau, pyta:
a co takiego dobrego zrobił dla Polski? konkretnie?
Nie wiem czemu obaj pominęli to, że napisałem także, że "Michnik zrobił także wiele złego dla Polski, także znacznie więcej, niż każdy z nas". Może dlatego, że tu akurat się zgadzamy, więc i nie ma o czym dyskutować. Ale co z tym dobrem? Czy Michnik jest zdrajcą, czy patriotą? Czy zrobił więcej dobrego od wielu z nas, czy też nie zrobił nic? Obiecałem Kornblumenblau, że mu odpowiem, zatem oto ta odpowiedź:
Ja mam 52 lata. W czasach "Solidarności" byłem młodym człowiekiem. Studiowałem i pracowałem jako robotnik fizyczny. Znam więc z autopsji zarówno środowiska robotnicze, jak i studenckie. A ponieważ wyjechałem z Polski niecałe dwa miesiące przed stanem wojennym, to atmosfera tamtych dni wypaliła się w mojej pamięci jak fotografia. I choć z pewnością pamięć nie jest moją mocną stroną, to jednak pewne rzeczy w niej pozostają wyraźne i pozostaną takie do końca życia.
Ja pamiętam jak wtedy wszystko odczuwaliśmy. Dziś wielu "mędroli", często urodzonych już po tamtych wydarzeniach, opowiada brednie o tym, jak kilka osób spotkało się po cichu, w ciemnej uliczce, czy jakimś tajnym pokoiku i wszystko ładnie sobie zaplanowali, podzielili, ustalili, a potem reszta to już była tylko mydleniem oczu naiwniakom. Kompletny nonsens.
Nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć tego, co się wydarzyło w 1989 roku. Ani CIA, ani KGB, ani Kiszczak, ani Jaruzelski, ani Michnik, ani Watykan, ani Wałęsa. I nie wiem kto z kim, jak i co ustalał. Nie wiem, czy okrągły stół ma kanty, czy Kukliński jest większym patriotą, niż jest zdrajcą Jaruzelski, czy też jest odwrotnie, nie wiem, czy sprawę załatwił Bolek, czy Lolek, czy "Dwóch takich, co ukradli Księżyc". Albo raczej powinienem napisać, że mam swoje zdanie na ten temat, ale pozostanie ono teraz moją tajemnicą. Wiem natomiast jedno: W 1981 roku nikt nawet nie wierzył w to, że Solidarność osiągnie przynajmniej tyle, na ile władza się już zgodziła pod naciskiem strajków. Każdy z tych, podpisanych już punktów porozumienia sierpniowego, był wydzierany władzy, jak kość z pyska Rottweilera.
Jacek Fedorowicz, który, nawiasem mówiąc, często podkreślał, jaki jest dumny z tego faktu, że może "Adasia Michnika nazywać swoim przyjacielem", w czasie, gdy przestał opowiadać zabawne historyki, a zaczął po parafiach i salkach katechetycznych prowadzić poważną działalność informacyjną w drugim obiegu, zwykł mawiać, że on głęboko wierzy, że doczeka jeszcze takiego dnia, że socjalizm padnie. Że doczeka się kapitalizmu. Nie wiem na ile on sam w to wierzył, te słowa zawsze wywoływały entuzjazm słuchaczy, ale każdy uważał je za literacką hiperbolę. No chyba, że… Chyba, że za pięćdziesiąt lat… Kro wie. Za pięćdziesiąt lat wszystko może się wydarzyć. Tymczasem nie minęła dekada, i się stało.
Ale to się nie stało samo. I nie stało się małym kosztem. Ktoś nam tę wolną Polskę wywalczył. To byli robotnicy 56, studenci w 68, i stoczniowcy w 70. A potem był rok 76 i Ursus. I przy robotnikach stanęli pierwszy raz inteligenci. Pierwszy raz nie udało się władzy przeciwstawiać jednych drugim. Nagle zrodziła się solidarność.
Powstanie KOR-u to był początek końca. Nikt wtedy jeszcze tego nie wiedział, ale dziś to widać wyraźnie. I choć KOR nie miał ambicji obalania ustroju, nie planował rewolucji, ale po prostu pomagał rodzinom robotników, którzy w państwie mającym monopol na wszystko zabierali nieposłusznym chleb, pozbawiając ich pracy, to jednak jest oczywistym faktem, że właśnie z tego środowiska wyszli ci, dzięki którym dziś mamy wolną, demokratyczną Polskę.
Nie czas i miejsce tutaj na szczegóły najnowszej historii Polski. Zresztą nie mam ani takiej wiedzy, ani nie jest to odpowiednia forma, by na blogu pisać o tym wszystkim. Pozwolę sobie zatem tylko zacytować fragment notki biograficznej Adama Michnika za Wikipedią:
W 1964 rozpoczął studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Już rok później został zawieszony w prawach studenta za rozpowszechnianie wśród kolegów listu otwartego do członków PZPR autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, w którym autorzy wzywali do rozpoczęcia naprawy systemu politycznego w Polsce. Drugi raz został zawieszony w 1966 za zorganizowanie spotkania dyskusyjnego z Leszkiem Kołakowskim, który został kilka tygodni wcześniej wyrzucony z PZPR za krytykę jej władz.
W 1965 organy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zakazały druku jego tekstów. Od tego czasu pisywał teksty pod pseudonimami do "Życia Gospodarczego", "Więzi", "Literatury".
W marcu 1968 został ostatecznie relegowany z uczelni za aktywny udział w tzw. wydarzeniach marcowych, tj. protestach studentów i środowiska akademickiego, zapoczątkowanego zdjęciem przez cenzurę inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka ze sceny Teatru Narodowego. Wkrótce po usunięciu z uniwersytetu został aresztowany i skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za "wybryki chuligańskie", polegające w istocie na uczestniczeniu w wydarzeniach marcowych.
Po zwolnieniu z więzienia na mocy amnestii z 1969 otrzymał zakaz kontynuowania jakichkolwiek studiów wyższych ("wilczy bilet"). W połowie lat 70. pozwolono mu kontynuować studia, które ukończył eksternistycznie na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu; promotorem magisterium był profesor Lech Trzeciakowski, a recenzentem – profesor Jerzy Topolski.
Po zwolnieniu, najpierw pracował przez dwa lata na stanowisku spawacza w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych i Rtęciowych im. Róży Luksemburg a następnie, z rekomendacji Jacka Kuronia, został osobistym sekretarzem Antoniego Słonimskiego.
W latach 1976–1977 przebywał w Paryżu, po powrocie do Polski włączył się w działalność istniejącego już od kilku miesięcy Komitetu Obrony Robotników, jednej z najbardziej znanych organizacji opozycyjnych lat 70., stając się jednym z najbardziej aktywnych działaczy opozycji[4]. Był też jednym z pomysłodawców i założycieli Towarzystwa Kursów Naukowych.
W latach 1977–1989 był redaktorem lub współpracownikiem niezależnych pism wychodzących w tzw. drugim obiegu, tj. "Biuletyn Informacyjny", "Zapis", "Krytyka" oraz członkiem kierownictwa największej podziemnej oficyny wydawniczej: NOWa. W okresie 1980–1981 był doradcą struktur Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność" i Komisji Hutników "Solidarności"[5].
W stanie wojennym, w grudniu 1981 został najpierw internowany, a następnie po odmowie podpisania tzw. lojalki i zgody na dobrowolne opuszczenie kraju, postawiony w stan oskarżenia i osadzony w areszcie pod zarzutem "próby obalenia ustroju socjalistycznego". W areszcie przebywał bez wyroku do 1984 na skutek celowo przedłużanego przez prokuraturę procesu. W izolacji podjął wielotygodniową głodówką protestacyjną, domagając się zakończenia lub umorzenia jego sprawy i uznania go za więźnia politycznego. Ostatecznie na mocy amnestii jego sprawa została umorzona, co spowodowało jego zwolnienie.
W 1985 został ponownie aresztowany i tym razem skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za udział w próbie zorganizowania strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, zwolniono go ponownie na mocy amnestii w następnym roku.
Nie wiem, czy to wystarczy jako dowód na to, że "Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas." Może za mocnego użyłem sformułowania. Może nie każdy z nas. Nie wiem, kto mnie czytuje. Ale będę się upierał, że zrobił on więcej dobrego dla Polski, niż zdecydowana większość z nas. Z pewnością więcej, niż zrobiłem ja.
Ludzie mają różne poglądy polityczne. Mają do tego prawo. Sam ten fakt nie jest jeszcze naganny, Co więcej – ocena tego, czy czyjeś poglądy i wynikające z nich działania są pozytywne, czy nie – także nie często bywa jednoznaczna. Albo raczej: Niemal nigdy tjednoznaczna nie jest. Wystarczy wspomnieć dyskusje na Frondzie na temat takich osób, takich cudownych, wspaniałych osób, jak Jan Paweł II. A przecież nawet dla ludzi, którzy uważają się za katolików, bywa on postacią kontrowersyjną, a jego pontyfikat i całe życie bywa oceniane negatywnie.
Wspominałem wcześniej pułkownika Kuklińskiego. Dla wielu Jaruzelski jest największym bohaterem najnowszej historii. Wałęsa jest odsądzany od czci i wiary, bo miał być tajnym współpracownikiem reżimu, a jawny współpracownik reżimu – Kwaśniewski, albo raczej "sam reżim" - jest najpopularniejszym politykiem Trzeciej Rzeczpospolitej. Go figure.
Albo Napoleon. Nasz wielki bohater, przyjaciel Polski. Nawet się załapał do słów naszego Hymnu Narodowego. Jak Piłat do Credo. Człowiek pokroju Hitlera, a w walce z Kościołem nawet od Hitlera gorszy. Ale dla nas bohater, bo lał ruskich. Taki bohater dla nas, jak Hitler dla Ukraińców. Bo co? Bo wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi?
Skróty myślowe, uproszczenia. Wiem. Ale wiem także, że w życiu nic nie jest proste. Nic nie jest czarne, albo białe. Tylko raz przeżyłem taki okres, gdy tak było. Tylko raz. Okres stanu wojennego. I to przeżyłem wirtualnie, komfortowo, na zgniłym zachodzie. Pracując ciężko, ale bezpiecznie. Mnie gaz łzawiący nie szczypał w oczy i nie polewały mnie armatki wodne. Ale śledziłem każdą wiadomość, jaka do nas docierała. Myśmy tylko tym wtedy żyli.
W stanie wojennym porządni ludzie siedzieli. Byli internowani. Ludzie znani, publiczni, którzy uniknęli internowania, a nie współpracowali z reżimem, jak wspomniany wcześniej Fedorowicz, wręcz się wstydzili pokazać na ulicach. Aktorzy, piosenkarze, nie wyrażali zgody na puszczanie filmów, czy piosenek w ich wykonaniu w TV i głośno o tym mówili. Inni, jak Wajda, z PRL-owskim paszportem, na salonach Paryża płakali za państwowe pieniądze nad tragedią Ojczyzny.
A co robił Michnik? Internowany, nie podpisał lojalki, nie zgodził się na paszport w jedną stronę, więc siedział w pierdlu. Bez wyroku, bez oskarżenia, zamknięty jak pies. Bez żadnych praw. Przesiedział wiele długich lat. Za to, byśmy my dziś mogli wybierać tych, którzy mają poglądy inne niż Jaruzelski, inne niż on i inne niż ktokolwiek inny, niż ja.
Demokracja jest wielką zdobyczą. My wszyscy co prawda tak w głębi serca wolelibyśmy dyktaturę, ale pod jednym warunkiem: Że to my bylibyśmy dyktatorem. Jednak jeżeli nie mamy na to szans, to demokracja jest "second best". I to nic, że ta nasza jakaś trochę kulawa. Nic, bo zawsze może się wyleczyć. Zawsze może się poprawić. Zawsze możemy wybrać takich przedstawicieli, którzy ją naprawią. Nikt nam nie może w tym przeszkodzić. To naprawdę zależy tylko od nas.
Oczywiście problem polega na tym, że w demokratycznych wyborach wygrywa większość, a większość nie zawsze jest najmądrzejsza. Tłum daje sobą manipulować i tu dochodzimy znowu do pana Michnika, który, rozumiem, jest tu teraz głównym manipulatorem. To jest ta druga strona medalu. To, co niezbyt dobrego robi on dla Polski.
Ale też musimy sobie uświadomić, że nie robi on tego związując nam ręce. Nikt nam nie każe kupować GW, nikt nam nie każe oglądać TVN, nikt nam nie każe głosować na SLD, czy PO, czy jakąkolwiek inną partię. Co więcej, nikt nam nie każe siedzieć w domu, gdy są wybory. I gdyby wszyscy ci narzekający rzeczywistość głosowali, to rzeczywistość mogłaby być zupełnie inna.
A ja nie byłbym sobą, gdybym nie dodał na koniec, że jedyną drogą, jaka nam pozostała, to droga nawrócenia serc. Droga świętości. Droga długa, ale pewna. Może nie da nam zwycięstwa 20 czerwca, ale da nam zwycięstwo za dwadzieścia lat. Dla naszych dzieci i wnuków. Nie będzie już Michnika, nie będzie pewnie mnie, ale będzie Polska. Wolna, demokratyczna. Bez ciągnącej się czarnej kreski, współpracowników, kolaborantów, byłych komuchów i w ogóle kogokolwiek. Będą ludzie urodzeni i wychowani w wolnej Polsce. W Polsce, która jest wolna także dzięki temu, co dla Niej zrobił Adam Michnik. I za to mu tutaj dziś publicznie, z całego serca dziękuję.
____________________
1
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
