
Wednesday,04 July 2012,13:44
Kategoria: Ogólne Wednesday, 04 July 2012, 13:44
Już ponad miesiąc minął od mojego ostatniego wpisu na tym blogu. Cóż, czasem tak bywa, że nasze życie zaczyna toczyć się tak wartkim strumieniem, że po prostu brak czasu i trzeba dokonywać pewnych wyborów i rezygnować z niektórych rzeczy. Nic na to nie poradzę, że doba ma tylko 24 godziny.
Zacząłem nową pracę. Nie jestem już "ownerem-operatorem". Nie mam własnej firmy, nie mam własnej ciężarówki. Pracuję po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat jako kierowca na etacie. Ale nie ta zmiana jest najtrudniejsza do zaakceptowania. Najtrudniej jest mi przystosować się do faktu, że teraz muszę ręcznie rozładowywać towar. I nie jest to lekka praca. Trzy 20-tonowe naczepy tygodniowo, w każdej 2500-3000 pudeł i każde z nich trzeba podnieść i położyć na taśmociągu, na którym wyjeżdżają z naczepy. Niektóre z nich ważą ponad 25 kg. Dla Pudziana byłaby to bułka z masłem, ale mnie boli każdy mięsień. O swojej pracy piszę więcej na "Blogu Truckera".
TVN Turbo nadaje teraz kolejne odcinki programu Na Osi, prezentujące moją skromną osobę. Dziś, w sobotę, premiera szóstego z ośmiu, ale wszystkie dotychczasowe są dostępne w ich archiwach i na moim kanale na YouTube. Spowodowało to zwiększoną liczbę gości na naszym forum, www.katolik.us. W marcu mieliśmy rekordową liczbę gości, ponad 70 tysięcy wejść, a liczba wszystkich gości forum istniejącego trzy i pół roku przekroczyła właśnie milion osób.
Kończy się Wielki Post, w polskich kościołach już za parę godzin Msze Rezurekcyjne. Przed Zmartwychwstaniem jednak było Ukrzyżowanie. Zapraszam do przypomnienia sobie ostatnich Słów Pana Jezusa z Krzyża. To bardzo ważne słowa, pomyślmy o nich: Siedem Ostatnich Słów Jezusa.
Z kuchni dochodzą cudowne zapachy. Nawet nie wiecie jak wspaniale wszystko smakuje po prawdziwym poście o chlebie i wodzie. Szkoda tylko, że człowiek jest w stanie tak niewiele zjeść w jeden dzień, nawet, gdy zje o wiele za dużo.
Od wczoraj odmawiamy Nowennę do Miłosierdzia Bożego. Nawet, gdy ktoś zapomniał, zachęcam do przyłączenia się teraz. Nigdy nie jest za późno na modlitwę. Szczegóły Nowenny można znaleźć między innymi TUTAJ.
Niedawno natknąłem się na bardzo ciekawy film. Zatytułowany "The Encounter", "Spotkanie". Film jest nakręcony przez protestantów, Evangelical Christians i jest przykładem tego, jak powinno się robić ewangelizację. Dobra Nowina przekazana w piękny sposób. Pokazuje jaki jest nasz Pan, ale pokazuje w sposób przystępny, w kontekście naszych codziennych spraw.
Film uczy, że nie wystarczy co niedzielę chodzić na nabożeństwo do kościoła, nie wystarczy nawet być katechetą. Odpowiada na trudne pytania. Uczy, że musimy kochać Boga bardziej, niż swoich współmałżonków i że musimy wybaczać wszystkim naszym wrogom. Uczy, że sami nie zapracujemy sobie na zbawienie, ale też, że przyjęcia Jezusa za swego Pana i Zbawiciela musi przynosić pewne owoce. Serdecznie polecam ten film. Można go zobaczyć np. TUTAJ.
Na koniec chciałbym Wam wszystkim złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych. Niech Was wszystkich błogosławi Zmartwychwstały Pan. On zwyciężył śmierć i dał nam zbawienie. Za darmo. Trzeba tylko ten wspaniały prezent przyjąć. Co za wspaniały Bóg!
Alleluja! Radujmy się! Jezus Zmartwychwstał!
Saturday,23 April 2011,22:50
Kategoria: Ogólne Saturday, 23 April 2011, 22:50
Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie – przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę.
Ks Jan Twardowski
Piotr "hiob" Jaskiernia
Wednesday,29 December 2010,04:15
Kategoria: Ogólne Wednesday, 29 December 2010, 04:15
Swojego pierwszego bloga prowadzę już od 2003 roku, ale forum przyszło troszkę później, w roku 2007. Zakładałem je wcześniej parę razy bez większych sukcesów, aż w pewnym momencie „zaskoczyło”. Zapewne dzięki temu, że znalazło się kilka osób pomagających mi w jego prowadzeniu, za co im tu od razu serdecznie dziękuję. Początkowo miało to być miejsce dla dyskusji pod moimi wpisami na alleluja.pl, ale taką rolę w zasadzie przejęły moje nowe blogi na Frondzie i w Salonie24. Forum natomiast stało się miejscem, gdzie zamieszczam niekończący się fotoreportaż z moich podróży po USA, gdzie można podglądać obraz z kamer zainstalowanych na ciężarówce i przede wszystkim miejscem, gdzie prowadzimy nasze dyskusje na tematy związane z wiarą.
Czasami w związku z tym staję wobec problemów, które nie mają łatwych rozwiązań. Forum z założenia musi być miejscem wymiany poglądów, ale co zrobić, gdy ktoś tam przyjdzie jedynie w celu propagandowym? Jedynie po to, by szerzyć poglądy nie tylko niezgodne z nauczaniem Kościoła, ale wręcz niebezpieczne? Lekarz przede wszystkim powinien nie szkodzić. To samo musi dotyczyć nauczycieli, czy przewodników duchowych. Każdemu należy starać się pomóc, ale co zrobić, gdy ktoś nawet nie usiłuje ukryć tego, że nie ma uczciwych zamiarów?
Od czasu do czasu nasze forum odwiedzają osoby sprawiające problemy. Nie potrafią, albo raczej nie chcą skoncentrować się na temacie prowadzonej dyskusji, zaczynając tysiące nowych wątków. Jest bowiem znacznie prościej wkleić jakieś oszczerstwo, kłamstwo, plotkę, czy zarzut skopiowany z innych stron, niż podjąć dyskusję na jeden, konkretny temat.
Apologetyczne forum przyciąga przeróżne osoby. Ateistów, protestantów, katolików nie znających swej wiary, wyznawców przeróżnych religii i wierzeń i, na szczęście, także ortodoksyjnych katolików, którzy potrafią odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty i pytania. Czasami jednak trzeba się liczyć z tym, że człowiek usłyszy troszkę więcej, niż by pragnął usłyszeć. Zdarzają się przekleństwa i przeróżne epitety, a mówiąc „przekleństwa” mam na myśli dosłownie to, co to słowo oznacza. W ostatnim czasie przeklęto i mnie i nasze forum parę razy.
Jednym z takich kontrowersyjnych gości forum była Gałązka. Wyznawczyni religii którą można by scharakteryzować jako odmianę New Age, uważająca się za boginkę, bardzo często pisała w tak niejasny sposób, że trudno było w ogóle doszukać się w tym sensu. To jednak było pół biedy. Gorzej było, gdy zaczynała pisać zrozumiale, bo wtedy stawała się niebezpieczna. Zastanawialiśmy się z administratorami i moderatorami forum, czy się z nią pożegnać od razu, bo szkodzi, czy zaczekać i starać się ją przekonać, że pobłądziła. Większość skłaniała się do usunięcia jej z forum, ale to ja się sprzeciwiłem. Miałem nadzieję, że nasza dyskusja pomoże i jej i innym. Na przykład osobom, które spotykają się gdzie indziej z takimi przejawami duchowości, jakie prezentowała Gałązka, a nasze dyskusje pozwolą im zobaczyć błędy jej religii. Okazało się, że trzeba było słuchać większości.
Dopóki prowadziliśmy dialog z Gałązką w jednym temacie, wszystko było w miarę w porządku, ale problem się zaczął, gdy jej to przestało wystarczać. Jednym z ciekawszych wątków na forum są Zagadki Biblijne. Regulamin tam jest bardzo prosty. Zadajemy zagadki, na które odpowiedzią jest cytat z Biblii i osoba która ostatnia prawidłowo odpowiedziała, od razu wymyśla kolejną.
Oczywiście temat ten nie jest miejscem na propagowanie innych religii i wierzeń. Gdyby na przykład jakiś Świadek Jehowy starał się nam tam udowodnić, że Jezus nie jest równy Ojcu, nie jest tym samym, jedynym Bogiem, ale archaniołem Michałem, został by poproszony o zaprzestanie tego. Podobnie się stało z Gałązką, która zresztą już wcześniej była kilkakrotnie upominana za naruszanie różnych punktów regulaminu. I choć, przyznaję, upominając ją nie wykazałem się zbytnią dyplomacją, nazywając jej ostatni wpis „bredniami”, to jednak jej reakcja na moje słowa, delikatnie mówiąc, zaskoczyła mnie.
Jest to dość charakterystyczne, że osoby nie potrafiące znaleźć argumentów merytorycznych zaczynają ataki personalne. Tu także dowiedziałem się paru słów o sobie. Pozwolę sobie zacytować jej ostatni wpis:
Wiec posłuchaj Kmieciu: Nikt nie będzie Dzieci Boga nazywał kłamcami, moherze z radia Rydzyka. Nie pozwolę sobie też na to by taki Cham zwracał się do mnie w ten sposób. Ze względu na mojego Ojca. Ostrzegasz mnie? Poznasz potęgę Pana, choć nie wart jesteś nawet by Cię doświadczać. Będziesz siedział na gnoju w swojej beretce, bo ją Ci zostawię byś wiedział kto i dlaczego zgniótł Cię jak karalucha. A do Hioba nawet się nie porównuj. Do wieprza się porównuj choć i Jemu ubliżasz, marny wsioku. Ciebie nie podźwignę nigdy. Niech Cię Rydzyk podźwignie zwodzicielu.
Co za miła i kulturalna osoba. Nazywając mnie chamem, pisze to z dużej litery. Pełen szacunek. Należy to docenić. Co do reszty, to przypomniał mi się, cytowany niedawno w innych okolicznościach, fragment Listu św. Pawła do Galatów:
Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. (Ga 5, 19-23a)
Dlaczego piszę o tym wszystkim? Głównie dlatego, by wytłumaczyć dlaczego Gałązki już na forum nie ma i by zilustrować co nie będzie na forum tolerowane. I tu nie chodzi o to, że to mnie obrzucono epitetami. Ja się już do tego przyzwyczaiłem. Jednak na naszym forum w ogóle nie wolno nikogo nie tylko obrażać, ale nawet pouczać, czy robić jakichkolwiek uwag na temat innych gości. Możemy dyskutować do woli na różne tematy, ale nie temat innych uczestników dyskusji.
Ostatni wpis Gałązki pokazuje wyraźnie jak prawdziwe są cytowane przeze mnie słowa Świętego Pawła. Ja to widzę najwyraźniej w sobie samym. Nie w tym, że jestem cierpliwy, uprzejmy, dobry, łagodny i opanowany, tylko właśnie w tym, że taki nie jestem. Widzę to po tym, jak trudno mi czasem opanować irytację i gniew, jak mi brakuje cierpliwości i opanowania. Ale wiem też, że pewnej granicy przekroczyć mi nie wolno i że muszę pracować nad sobą. Jeżeli bowiem robię cokolwiek dobrego, to kudłaty będzie się wściekał i nic by mu nie sprawiło większej radochy, jak pokonanie mojej słabej woli.
Biblia jest mi tu pomocą i dlatego warto Ją czytać i warto przypominać sobie rady, które tam znajdujemy. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” to maksyma, która powinna każdego z nas prowadzić. Nie tak łatwo? Jasne, że trudno. Sam to wiem najlepiej. Ale przecież nie robimy tego sami. Nie powinniśmy nawet próbować. Samemu się nie uda, ale „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Z Jezusem uda się na pewno, bo ile razy upadniemy, On nam poda rękę. Z Nim nawet po wodzie można chodzić.
Gdy zaczynałem to forum nieco ponad trzy lata temu, odwiedzało je 3 – 4 tysiące osób miesięcznie. W tym miesiącu będzie ich około 34 tysięcy. Dziesięć razy więcej, niż przed trzema laty. I choć wiem, że to nie żadne rekordy, to jednak miło, że tyle osób zagląda do nas, że udało nam się stworzyć pewną społeczność, że wielu z nas spotkało się w „realu”. Myślę, że oprócz wszystkich innych zalet naszego forum jedną z rzeczy, która przyciąga do niego ludzi jest właśnie to, że takie wypowiedzi jak ta zacytowana powyżej nie są tolerowane.
Chciałbym więc na koniec podziękować wszystkim gościom za cały ten rok. Przeprosić, że już nie mogę odpowiadać osobiście w każdym temacie i nawet nie dam rady przeczytać wszystkich postów. Forum stało się w pewnym sensie ofiarą swojego sukcesu, ale to dobrze. To nie jest już moje forum, ono jest nasze. Jednak zapewniam, że jedno się nie zmieni. Możemy dyskutować ostro i bezwzględnie, ale zawsze używając argumentów. Gdy tylko zaczną się uwagi personalne, obraźliwe ataki na kogokolwiek, to osoba je robiąca wyleci, zanim się zdąży zorientować co ją wywaliło. I naprawdę nikt po niej nie będzie płakał.
A zatem jeszcze raz: Dziękuję i Szczęśliwego Nowego Roku!
Sunday,26 December 2010,07:45
Kategoria: Ogólne Sunday, 26 December 2010, 07:45
Pan Marian Soros na swoim blogu postanowił zająć się moją osobą. Jego styl pisania jest kwiecisty, cechują go sarkazm, ironia i szyderstwo, więc wpisy ma interesujące w formie, ale gorzej u niego z treścią, a jeszcze gorzej z prawdą.
Ja także bywam, przyznaję, sarkastyczny i także zdarza mi się kpić i szydzić w swoich felietonikach, więc nie mam problemu z tymi cechami pisarstwa pana Sorosa, natomiast bardzo nie lubię uciekać się do przekłamań i fałszów w przedstawianiu stanowiska swego adwersarza I tu się różnimy z panem Sorosem.
Pan Soros zaczyna stwierdzeniem w którym półprawdy pomieszane są ze zwykłymi kłamstwami, mianowicie stwierdza, że:
Przyszło mi się zetrzeć z Piotrem Jaskiernią w dniu wigilii. Dowiedziałem się, że jestem nikim i nie zasługuję na miejsce w stajence z szyldem blogowisko Frondy.
Chodziło o komentarz, jaki zamieściłem pod jego notką. Co prawda zamieściłem go dzień przed wigilią, ale prawdą jest też, że z powodu różnicy czasu między Stanami, a Polską, ukazał się on o 2 rano z minutami. To jednak jest najmniej istotne. Ważniejsze jest to, co pan Soros napisał dalej. Po przeczytaniu jego słów powróciłem do moich komentarzy i nie znalazłem tam niczego, co by w jakikolwiek sposób sugerowało, że pan Soros jest „nikim” i że „nie zasługuje na miejsce w stajence z szyldem blokowisko Frondy”.
Najprościej oskarżyć kogoś o rzecz, której nie zrobił, nie napisał i nawet nie pomyślał. Wtedy mamy doskonały argument, bo jakże nasz adwersarz będzie się bronił? Jak ma ktoś odpowiedzieć na pytanie: „Od jak dawna pan bije swoją żonę?” gdy jej nie uderzył nigdy, a może nawet nigdy nie był żonaty? Ale dla pana Sorosa najwyraźniej nie liczą się fakty. Liczy się to, co on sobie w swojej głowie wyobraża.
Co prawda napisałem we wcześniejszym komentarzu na jego blogu, cytuję:
„Wyrazy współczucia dla autora. Jak dobry Bóg chce kogoś ukarać, odbiera mu rozum. Zdaje się, że i administratorom blogowiska na moment go odebrał.”
Ciągle nie widzę tu nigdzie stwierdzenia z mojej strony, że pan Soros jest nikim i nie widzę niczego, co by miało sugerować, że nie powinien pisać na Frondzie. Czym innym bowiem jest kwestia korzystania z gościnności Frondy, czym innym kwestia promowania pewnych wpisów. Do tego zresztą jeszcze wrócimy.
Pan Soros pisze dalej:
A rzecz wydaje mi się ważna tak w warstwie treści, jak i metody. Hiob (Piotr Jaskiernia) przemawia do mnie tonem wyższości salonu, dla którego jestem "pozbawionym rozumu paranoikiem". Ucieka się do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół: radykalizuje i przeinacza moje poglądy. Stawia je na tło dużo jaskrawsze, niż zamierzone.
Pan Soros, widzę, postanowił mnie skompromitować, zapewne dlatego, że mu brakuje merytorycznych argumentów. Pisze o „tonie wyższości salonu”, cokolwiek by to miało znaczyć i o uciekaniu się „do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół”. Bardzo zgrabnie to wyszło panu Sorosowi, tylko niewiele z tego zrozumiałem. Piękna forma, zero treści. Pan Soros także pisze, że „radykalizuję i przeinaczam jego poglądy”. Cóż, ja jedynie zacytowałem parę fragmentów notki pana Sorosa. Gdyby mi wskazał, gdzie je „radykalizowałem” i „przeinaczałem”, chętnie bym się jakoś z tego wytłumaczył. Niestety nie wiem znowu o czym pan Soros pisze.
Ścisłej mówiąc pan Soros napisał, że ja przemawiam do niego tonem wyższości salonu, dla którego jest on, pan Soros, „pozbawionym rozumu paranoikiem”. To znaczy, że… co? Że ja powiedziałem, że jest on „pozbawionym rozumu paranoikiem”, czy ten salon tak gdzieś powiedział? A jeżeli tak, to gdzie? Gdzie ja, albo gdzie salon? I co to jest ten salon?
Bo ja coś rzeczywiście wspominałem w swych komentarzach o tym, jak Bóg niektórych karze. Taka ogólna uwaga. Prawdę mówiąc skierowana do kogoś innego. Ale cóż. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Jednak absolutnie nie miałem na myśli pana Sorosa. Jakże bym śmiał. On to zupełnie niepotrzebnie wziął do siebie. On jest tak mądry, że wręcz za mądry dla takiego prostaka jak ja. I pewnie dlatego nic nie mogę zrozumieć z jego pisaniny, którą, zapewne jedynie z powodu swego nieuctwa określiłem jako niezrozumiały bełkot.
Wróćmy może jeszcze do naszej wymiany zdań z panem Sorosem po moim pierwszym, częściowo tu cytowanym wpisie. Tym o Bogu odbierającym rozum. Pan Soros pouczył mnie, że „nie jestem doskonały” (dzięki, nie wiedziałem!) i że „muszę pracować nas tym aspektem swojego ja, które odpowiada na pełną akceptację bliźnich. Nie ich poglądów, ale czynności intelektualnych, które mieszczą się w granicach normy i są twoim równe.”
Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że „czynności intelektualne” pana Sorosa są równe moim. Ja nawet nie wiem za bardzo o czym pan Soros znowu mówi. Intelektualnie to ja mu ze swoimi czynnościami nie dorastam. Ale też chciałbym zauważyć, że ja dopiero teraz zajmuję się panem Sorosem. W tamtej wymianie zdań zajmowałem się tylko tym, co on napisał. Nie wiem więc z czego wyciągnął on wniosek, że nie akceptuję jego osoby, jako mojego bliźniego.
Dalej dowiedziałem się, że mój „cywilizowany dogmatyzm to intelektualna pycha i próżność” i że „urok światowego blogera blaknie przez ten głupiutki i króciutki odcinek refleksji nad mesjanizmem laickim, który dla Ciebie (to znaczy dla mnie, hiob) nie istnieje, jest przeklęty.”
Jeżeli dla mnie coś nie istnieje, to sens w tekstach pana Sorosa. Może i istnieje jakiś „mesjanizm laicki” i jakby go ktoś mi zdefiniował tak, że mógłbym zrozumieć, mógłbym się ewentualnie do niego jakoś odnieść. Gdybym znalazł na to czas i ochotę. Ja jednak naprawdę mam problem ze zrozumieniem tego, co pan Soros pisze, na przykład z tą częścią jego komentarza:
Nie znam powodów tego stanu rzeczy, ale kiedyś będziesz musiał zdać z tego sprawę przed Bogiem, Piotrze.
Czyli, według pana Sorosa, będę musiał odpowiedzieć przed Bogiem dlaczego nie robię tego, co pan Soros robi, czyli, o ile rozumiem, dlaczego nie ostrzegam wszystkich przed tym „laickim mesjanizmem”. Zatem, konkluduję, pan Soros uważa, że każdy powinien to robić, że to jest nasz obowiązek, wynikający z jakiegoś boskiego nakazu i jak tego nie będziemy robić, odpowiemy za to przed Bogiem.
I tu już zahaczamy o poważną sprawę. Pan Soros ukazuje nam się jako ktoś z misją od Boga, który musi tu coś propagować, czy przed czymś ostrzegać, bo gdyby tego nie robił, Bóg mógłby go pokarać. On sam pisze dalej:
„Moje sumienie podpowiada mi, że jest taka ogromna biała plama, którą trzeba nazwać, aby przynieść ulgę milionom ludzi, którzy cierpią z powodu presji mesjanizmu laickiego.
Nie deformujcie mojego sumienia.”
Mnie oblał zimny pot jak to przeczytałem. Misja przyniesienia ulgi milionom ludzi? Cierpiących z powodu mesjanizmu laickiego? Brr… Ja się nie bardzo boję samego mesjanizmu, bo jak już wspominałem, nie mam pojęcia co to jest, ale zupełnie serio zaczynam się bać pana Sorosa.
A co do mojego rozliczania się z Panem Bogiem, to niech już pan Soros o to się nie martwi. Z pewnością rozliczy On i mnie, i pana Sorosa i nie chciałbym się w tym momencie, w Dniu Sądu, zamienić z nim miejscami.
Dalej pan Soros pisze:
Dobrze że Fronda nie da się prześcignąć Michnikowi w tolerancji dla internautów. Ani Michnik, ani Fronda nie biorą odpowiedzialności za ich poglądy. Ale mają zobowiązania wobec wolności wypowiedzi i dyskusji. Z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy. Ja jej poszukuję i jestem otwarty na prawe argumenty.
Znowu mam pewną trudność ze zrozumieniem tekstu. Pisze serio, czy kpi? Jakie zobowiązania ma Michnik i Fronda? I co to znaczy, że z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy? Nie jestem też pewien jak pan Soros zdefiniowałby i myślenie i prawdę. Obawiam się, że tu moglibyśmy się nie do końca zgadzać. Jednak mimo przyjmuję za dobrą monetę oświadczenie pana Sorosa, że jest otwarty na „prawe argumenty” i że prawdy szuka. Mówiąc więc o prawdzie powróćmy do notki na jego blogu. Pisze on tam o mnie:
(Hiob) Nadaje wiarygodności kulturowej wszystkim tonom swojej wypowiedzi. Cytuje Wiktora Zborowskiego i Włodzimierza Wysockiego.
? Co to jest „nadawanie wiarygodności kulturowej wszystkim tonom wypowiedzi”? Wiktora Zborowskiego nie cytowałem, zamieściłem jedynie link do piosenki, którą śpiewał i słowa tej piosenki. Słowa, które napisał Wysocki. Ale, jak już zauważyliśmy, pan Soros dość dowolnie manipuluje faktami i takie drobiazgi nie są dla niego żadną przeszkodą. Gdy podąża za swoją myślą, a fakty się z nią nie zgadzają, zawsze je można troszkę nagiąć.
Pan Soros:
Sypie anegdotami króla szos. To ma się spodobać czytelnikom, a poniekąd zastąpić logikę wywodu, której wiele brakuje. Nadto jest autorytetem i pokazuje mi moje miejsce na blogowisku Frondy. Brzydzi go nie tylko mój antysemityzm, który z góry mi przypisuje. Oburza go nawet to, że się z takimi jak ja dyskutuje i zadaje. Dziwi się, że Redakcja Frondy ośmieliła się wrzucić mój wpis w poczytnym dziale "koniecznie przeczytaj", obok jego wpisu.
Znowu cały akapit, który jest opinią pana Sorosa, nie mającą pokrycia w faktach. Co do logiki moich wywodów, mam nadzieję, że pan Soros napisze mi, gdzie jej brakuje, a nie jedynie to, że posiada ona braki. Co do stwierdzenia, że oburza mnie to, że "się z takimi jak pan Soros dyskutuje", to jedyne, co mógłbym tu zauważyć, to brak logiki w jego słowach. Na jakiej bowiem podstawie można stwierdzić w świetle tego, że właśnie sobie od jakiegoś czasu dyskutujemy? Czy tylko ja tu widzę logiczną sprzeczność?
Co do mojego zdziwienia polityką Frondy w dziedzinie promowania wpisów blogerów, to akurat nie pierwszy raz się w tej sprawie wypowiadałem. Gdy pisałem tamte słowa, nie było żadnego mojego wpisu obok wpisu pana Sorosa, więc jego argument jest bez sensu. Prawdą jest, że mój wpis pojawił się później i prawdą jest, że uważam wszystkie moje wpisy za godne polecenia. Przypuszczam, że każdy z nas, blogerów, tak uważa. Każdy z nas myśli, że pisze coś ważnego, zabawnego, miłego, ciekawego i z pewnością godnego przeczytania.
Jednak obiektywnie są wpisy dobre i złe. Obiektywnie są takie, które pomagają i takie, które szkodzą. Ani ja, ani pan Soros nie jesteśmy w stanie spojrzeć na to w do końca obiektywny sposób. Każdy z nas patrzy przez pryzmat swoich przekonań, więc nasze spojrzenia są subiektywne. Nie zmienia to w niczym faktu, że ja jestem przekonany, że blog pana Sorosa jest, z ewangelizacyjnego punktu widzenia, szkodliwy. Jest też szkodliwy z paru innych punktów widzenia, ale to na razie zostawmy na boku.
Dlatego dziwię się, że jest promowany. Ja do końca nie rozumiem chyba czym Fronda chce być. Czy jest przede wszystkim „portalem poświęconym”, czy przede wszystkim politycznym, czy przede wszystkim otwartym forum dla każdego, kto ma ochotę głosić swoje poglądy i nie zależnie od tego jak bardzo są one chore, należy je promować w imię tolerancji i wolności słowa. I ta ostatnia uwaga niekoniecznie odnosi się do bloga Sorosa, mam na myśli ogólniejsze rozważania.
Wracając jednak do blogu Sorosa i do notki zainspirowane moją osobą, możemy tam przeczytać:
Czytając Piotra mogę się poczuć jak XIX – wieczny Żyd, do tego jeszcze trędowaty. Opinia Hioba o antysemitach ma w sobie coś z oskarżania o zatruwanie chrześcijańskich studni. Oskarżenia, które z góry zakłada, że jesteś…., że zatruwasz.
Znowu stwierdzenie tak enigmatyczne, że trudno się do niego ustosunkować. Opina pana Sorosa o mnie, bezpodstawna, więc i bez podania argumentów. Ale etykietka jakaś zostanie.
Soros:
Hiob przenosi w ten spór doświadczenia żony, która pracowała 30 lat u Ż(ż?)ydów. Też mam pozytywne doświadczenia z Żydami. Napotykam w życiu samych dobrych ludzi. Niewiele to jednak wnosi do dyskusji o nadreprezentacji.
Przede wszystkim nie pisałem nigdzie, że moja żona pracowała 30 lat u Żydów. Ale jak już zauważyliśmy, Soros albo nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo jest niechlujny, albo celowo kłamie. Napisałem:
Moja żona, 30 lat temu, gdy przyjechała do USA przed moim przyjazdem, pracowała jako pomoc do dzieci w żydowskiej rodzinie. Do dziś ich wspomina jak najmilej i zawsze podkreśla, że od żadnego rodaka nie otrzymała tyle serca co od tamtej rodziny.
Żona pracowała tam kilka miesięcy. Była w USA sama, w Chicago i zamieszkała w domu bogatych Amerykanów, którzy potrzebowali pomocy do swych córek w wieku szkolnym. Praca idealna dla młodej dziewczyny, która planowała zostać tam rok, czy dwa i wrócić do Polski. Jedzenie i spanie za darmo, można odkładać wszystkie pieniądze, a rodzina okazała się „rodziną”. Żona stała się starszą siostrą i przyjaciółką dziewczynek, a gdy ja wreszcie dostałem paszport i wyjechałem do Austrii prosząc o azyl polityczny, ludzie ci nie tylko zabrali ją do eleganckiego domu towarowego, by zaopatrzyć ją na drogę, ale kupili jej sami bilet na samolot do Wiednia, przypominając, że gdyby kiedykolwiek wróciła do Chicago, zawsze jest mile widzianym gościem w ich domu.
W późniejszych latach pracowała w stacji telewizyjnej NBC w Charlotte. Pewnie żydowskiej? Hmm… Nie wiem. W każdym razie jej pozwolili, a nawet zaufali, bo w nocy była jedyną osobą w stacji i "robiła co chciała". To znaczy robiła, co miała na grafiku, ale ciągle mogła zrobić co chciała. Przynajmniej raz. :-D Co ciekawe, nie mając jeszcze obywatelstwa, stacja musiała się postarać o specjalne zezwolenie dla niej, bo to było "strategicznie ważne miejsce".
Żona kontynuowała naukę na lokalnym uniwersytecie, (pan Soros z pewnością mógłby mnie uświadomić, czy nie był on nadmiernie kontrolowany przez Żydów) i po ukończeniu wydziału pielęgniarskiego poszła do pracy w szpitalu. Szpitale, wiadomo, głównie w rękach Żydów. Aż dziw, że już po roku została przełożoną zmianową na pięć oddziałów, mieszczących się w trzech różnych budynkach w największym zespole szpitali w naszym mieście. Pracuje tam do dziś, pracuje tam nawet teraz, gdy piszę te słowa. Ci Żydzi to są tacy cwani, że choć szpital zatrudnia w sumie 20 tysięcy osób, to po roku zaproponowano jej stanowisko, którego nie dostały pielęgniarki pracujące tam 30 lat. Niektóre z nich są nawet Żydówkami. Co za jawna niesprawiedliwość.
Soros:
Autor polemik z "antysemitą" sięgnął do arsenału jedynie mu dostępnego. W naukach społecznych określanego mianem mądrości potocznej, czyli nieweryfikowalnego. Innymi słowy bezużytecznego w ustaleniach obiektywnych. Hiob jest subiektywny. Wierzy w to co głosi, bo to przeżył. Ok. Ale nie musi być to prawda statystyczna.
Oczywiście istnieje prawda statystyczna. Ale istnieje też świadectwo. A ja bardziej wierzę w świadectwa, niż w niektóre statystyki, bo o ile prawdą jest, że jednymi i drugimi można manipulować, to ja wiem, że moje świadectwa są prawdziwe. Nie jestem natomiast pewien jakimi kryteriami kieruje się pan Soros gdy opowiada o tej potwornej "nadreprezentacji".
Mądrość potoczna? Podoba mi się to stwierdzenie. Ja tu cały czas chyba używam mądrości potocznej. Czy to jest synonim chłopskiego rozumu?
Pan Soros:
Podstaw logiki uczono mnie dwukrotnie. Kursów statystyki miałem trzy. Z pierwszego kursu wyniosłem wstręt do błędów indukcyjnych (rozumowań uprawdopodabniających). Kursy statystyczne przybliżyły mi sens związków statystycznych i normy statystycznej.
No, to tu mnie mój adwersarz pokonał. Ja nawet nie ukończyłem kursu dla kierowców ciężarówek. Uczyłem się zaocznie, w domu. Matura ledwo zdana, a studia? Wstyd się przyznać. Trzy razy zaczynane i kompletna sromota. Nawet pierwszy semestr nie zaliczony. Widzę, że to chyba za wysokie progi jak na takiego osła jak ja. Ja nawet nie rozumiem co pan Soros pisze. Ale się staram, więc zacytuję dalszy ciąg jego wypowiedzi:
Hiob rani się bronią, którą chce dobić mnie. Ma pewne doświadczenia z Żydami – dobre. I niedobre doświadczenia z antysemitami, których oczywiście utożsamia z każdym krytykiem dominacji żydowskiej. Swoje doświadczenia UOGÓLNIA na całą populację. Mało tego, jedne z doświadczeń przenosi na wszystkie inne, w tym sensie, że zastępuje je sobą. Jeżeli Żyd jest dobrym pracodawcą domowym, musi być niemal automatycznie uczciwym bankierem i wyzbytym żądzy władzy człowiekiem. Owemu doświadczeniu bloger nadaje sens statystyczny. Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys (Sic!).
Ale, panie Soros, gdzie ja to zrobiłem? Sam bym chciał to zobaczyć… Skoro tak robię, to nie powinienem mieć trudności ze znalezieniem tego, a za cholerę mi się nie udaje. Wracam do moich poprzednich uwag, czytam je po raz kolejny i nic. Ktoś z nas tu zatem mija się z prawdą. A może to pan Soros nie jest w stanie zrozumieć co ja piszę?
Żeby więc ułatwić panu Sorosowi zadanie, wyjaśnię powoli, krok za kroczkiem: Ja tylko podałem przykłady z mojego życia, pokazujące, że ci Żydzi, których spotkałem, nie byli „polakożercami”. Nie przenoszę tego na nic, bo ja chorobliwie nie lubię uogólnień. Nie lubię stwierdzeń, że Polacy są brudasami, Irlandczycy to pijacy, Rosjanie kradną, a Włosi klepią po … plecach turystki. Mam z uogólnianiem problem. Nie mam natomiast problemu z krytyką kogokolwiek, kogo należy skrytykować, jeżeli krytykujemy konkretną osobę. Niezależnie od tego, czy jest Polakiem, Żydem, czy Marsjaninem. Mam problem z tym, co Pan, panie Soros, robi na swoim blogu.
Nigdzie nie sugerowałem nawet tego, co pan mi insynuuje, że „Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys” To siedzi tylko w Pana głowie. Ja się nie zajmowałem „większością”. To Pan się nią zajmował. I zupełnie inne poglądy mam na temat przyczyn kryzysu, jeżeli myśli pan o aktualnym kryzysie gospodarczym, ale zostawmy to na boku. Ja nie zajmuję się bowiem w ogóle pisaniem o polityce i gospodarce.
Dalej pan Soros pisze:
Mądrość ludowa uwielbia powiastki i anegdoty – inaczej niż statystyka. Piotrek, ma ich w zanadrzu wiele, tych filosemickich z morałem.
Nie jestem dla Pana, panie Soros „Piotrkiem”. To pierwsze. Zatem bardzo bym prosił, by się Pan zwracał do mnie, lub pisał o mnie jako o „hiobie”, bo takiego nicka tu używam, albo trzymał się mojego imienia i nazwiska w takim brzmieniu, jak je mam wpisane w paszporcie. Piotrkiem to ja jestem dla moich rodziców, krewnych i przyjaciół. Z góry dziękuję.
Nie wiem też skąd Panu się wzięło te „wiele powiastek i anegdotek”. Była jedna, więcej nie mam, więc znowu, proszę, trzymajmy się faktów. Opowiastka zresztą całkowicie prawdziwa.
Dalej pan Soros wytacza grube działa:
Poziom infantylizacji targetu propagandowego jest tu głęboki. Anegdota rodem z moralizatorskich opowiastek z czasów Bieruta. Przyprawia duże wilcze kły gryzącym Żydów i lud pracujący imperialistom. Ale gorsze jest kolejne nieuczciwe porównanie – danych o nadreprezentacji Żydów do statystyki ustawianej pod antysemicką tezę.
Czy ktoś mi może to wytłumaczyć? Jakie kły? Jakie porównanie? I co to jest ta „nadreprezentacja”?
Soros:
Moje dane o nadreprezentacji pochodzą z pewnych źródeł, bo … żydowskich. Regularnie czytuję Haaretz, Jerusalem Post i aktualizowaną encyklopedię Judaica. – Zapewniam: nigdy nie wyciągałem wniosków przez zapoznaniem się ze statystykami. 70% dziennikarzy żydowskiego pochodzenia w mediach amerykańskich, 60% bankierów to dane stamtąd. "Nagromadzenie treści negatywnych o Żydach na moim blogu oprócz postawionych wyżej racji, jest uzasadnione obawami przed ich nadreprezentacją, która przyjmuje postać bezprecedensowego sprawowania władzy nad nie – żydami." – wyjaśniałem.
Regularnie to ja czytuję tylko Biblię. Czegoś takiego jak Haaretz, Jeruzalem Post i encyklopedii Judaica pewnie nie widziałem na oczy. A to, czy w mediach amerykańskich jest 70% dziennikarzy żydowskiego pochodzenia, czy jest to 7%, czy jeszcze mniej ani mnie grzeje, ani ziębi. Nie oglądam ich, bo trują, niezależnie od pochodzenia, a ja dbam o swoje zdrowie. Także psychiczne. Poza tym, nawet jak tak jest i nawet jak to jest szkodliwe, to co? Mamy do nich strzelać? Zmusić ich ustawowo do zmiany kariery? Nie bardzo rozumiem.
Soros pisze:
Nie chce mi się wierzyć, że cały dorobek wpływu społecznego można tak jednym zdaniem unicestwić. Takie zjawiska jak infantylizacja elektoratu, dostępność informacji albo efekt sondaży nie istniałby w układzie, w którym politycy nie narzucają się nam lub nie są selekcjonowani przez media.
Jeśli zło manipulacji społeczeństwami nie istnieje to właściwie nie ma się czemu przeciwstawiać. Nie ma, co ze złem walczyć. Jednak prawda, jako efekt lobbingu istnieje. Istnieje oficjalne lobby żydowskie. A zło forsowania rozwiązań wbrew przekonaniom społecznym, w które w różnym stopniu uwikłani są Żydzi jest powszechne.
Załóżmy więc, że pan Soros ma rację. Bo on częściowo ma. Ja bym jedynie nie ujmował tego w kategoriach Żydzi-goje, ale w kategoriach osoby o poglądach lewacko-liberalnych – ludzie normalni. I wtedy się zgodzę. Mamy rzeczywiście "nadreprezentację" w mediach i w całym społeczeństwie tych pierwszych i w pewnym momencie otrzymujemy „samograj”. Perpetuum mobile. Wybiera się większością głosów, więc liberalne społeczeństwo ma takich reprezentantów, jakich chcieli, i takie media, jakie im pasują, a człowiek normalny, do których zwykłem zaliczać siebie, zgrzyta z niemocy zębami.
Jednak to, co robi pan Soros jest szkodliwe, bo on sobie znalazł nie tego wroga, którego trzeba zwalczać. I do tego stosuje zupełnie nieskuteczną broń. Tymczasem rozwiązanie jest bardzo proste, skuteczne i znajduje się zupełnie gdzie indziej niż pan Soros spogląda. Wymaga też czasu. Tym rozwiązaniem jest to, o czym piszę tu od lat: Nawrócenie serc.
Soros:
Nie wiem w jakich okolicznościach Piotrek tak doskonale nauczył się technik salonu, ale następna zagrywka, z palety "nie fair play" świadczy, że uczniem był pojętnym.
Dobrze, że nie „Piotruś”. I też nie wiem, a do tego nie wiem nawet, co to są „techniki salonu”. Ale jeżeli zaczynam rozumieć co pan Soros ma na myśli, to ze zdumieniem odkrywam, że to on jest tu mistrzem, manipulując, przekręcając moje wypowiedzi i insynuując mi przekonania zupełnie mi obce.
Pisze on dalej, cytując mnie:
(hiob:) "W Necie wyczytałem, że Żydem jest Kwaśniewski, Wałęsa, Kaczyński, Komorowski, Bielecki, Balcerowicz, Mazowiecki, Korwin-Mikke, Oleksy, Suchocka… nie wiem, czy wymieniać dalej. Po prostu wszyscy. Nawet ja. Chyba tylko Jaruzelski jest gojem."
Nigdy nie twierdziłem, że Żydem jest Jan Paweł, Oleksy czy Wałęsa. Lecz w sąsiedztwie tej wyliczanki powołanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne. Jeśli o utratę wiarygodności faktów chodzi takim filosemitom jak Hiob to powiem szczerze: jest to zaplanowana manipulacja faktami.
Nigdy nie twierdziłem, że pan Soros twierdził, że Oleksy, czy Wałęsa, czy Jan Paweł (kto to jest Jan Paweł?) są Żydami. Ja tylko chciałem pokazać z jaką paranoją mamy do czynienia. Setki stron w Necie z nazwiskami tych, którzy nie są "prawdziwymi Polakami". I jeżeli ktoś tu manipuluje faktami, to z pewnością nie jestem to ja. Ja jedynie mogę podać źródło, z którego wyczytałem te bzdury. Stron w Necie, które informują, że te osoby są Żydami, jest wiele. Jedna z nich np. TUTAJ.
Brednie? Ja to sam wiem najlepiej, bo na tamtej liście figuruję jako „Aksman”. No, może nie ja osobiście, tylko Jerzy Jaskiernia, ale jeżeli mój brat stryjeczny nosi takie "prawdziwe" nazwisko, to muszę je mieć i ja. Tak to zwykle wśród stryjecznych braci bywa. I dziwi się pan, że uważam to za paranoję? A może i pan jest przekonany, że coś w tym musi być?
Pisze pan, że "w sąsiedztwie tej wyliczanki powoływanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne". A może ono jest niewiarygodne? Co więcej, może to jest bez znaczenia? Dlaczego mamy śledzić pochodzenie innych ludzi i oceniać ich po ich etnicznych korzeniach? Dla mnie jest to obrzydliwe. Co dalej? Nakażemy im przyszywać gwiazdę Dawida?
W komentarzach pod starą notką zacytowałem Sorosa:
(Soros:) "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."
I odpowiedziałem:
-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.
Soros komentuje mój komentarz:
Rozumiem, że Hiob sugeruje mi uciekanie się do warunkowana przeprosin. A zło jest złem i wymaga napiętnowania niezależnie od tego czy druga strona odwzajemnia nam się. Jest to oczywiste również dla mnie, krytyka Żydów, czy, jak chce Piotr, antysemity.
Nie, ja nie sugeruję niczego. Ja po prostu wykazuję jedynie bezsens „logiki” Sorosa. Dla mnie jest to w ogóle nie istniejący problem. Ja się nie budzę z myślą o Żydach, nie zasypiam z myślą o Żydach i zwykle przez całe tygodnie w ogóle nie myślę o Żydach. A jeżeli już, to myślę o nich w kontekście studiów biblijnych.
Zgadzam się, że zło trzeba piętnować, ale dla mnie wcale to nie jest synonimem zaglądania każdemu do spodni. Zatem jeżeli ktoś popełnił zło, czy zbrodnię, trzeba go ukarać, wsadzić do więzienia, a gdy to już postać historyczna, dać w podręcznikach świadectwo prawdzie, niezależnie od tego, czy jest on Polakiem, Rosjaninem, Niemcem, czy Żydem. Natomiast nie rozumiem jaki sens i cel ma spędzanie swego życia na poszukiwaniu, demaskowaniu Żydów, których, najwyraźniej, mamy wszędzie w nadmiarze.
Soros:
Jeżeli Żydzi by nas mordowali mamy prawo się bronić, ale nie mścić. Jeżeli Żydzi wymagają od nas odpowiedzialności za Jedwabne, mamy prawo oczekiwać od nich przeprosin za ostrzeliwanie polskich wiosek w ramach ogólnej zasady wzajemności, choć wcale nie oznacza to zwolnienia się z odpowiedzialności za zło popełnione przez nas. Zasada wzajemności nie może być zaniechana z takiego powodu, że w konkretnej sytuacji ważne jest tylko oczekiwanie jednej strony. Hiob albo chciałby jej zaniechać – jak rozumiem. Albo ją na tyle osłabić, że przestałaby obowiązywać. Lub też w najlepszym razie uważa ją za wtórną wobec przeprosin.
Znowu pan Soros wie lepiej niż ja co ja myślę. I znowu insynuuje mi coś, o czym ani nie myślałem, ani w ogóle mnie to nigdy nie zajmowało. Nigdy nic nie pisałem o żadnych „ramach ogólnej zasady wzajemności”. Uważam, jak mnie tego nauczyli choćby polscy biskupi przepraszając Niemców, że przepraszać trzeba za siebie, a wybaczać innym niezależnie od tego, czy oni o to proszą, czy nie. Nienawiść rani i zatruwa tylko tych, którzy nienawidzą. Nie ma natomiast żadnej mocy nad tym, który kocha nawet swego wroga.
Soros:
Nie warunkuję przeprosin zasadą wzajemności. W zwykłych okolicznościach. Polacy przepraszali dziesiątki i setki razy nie usłyszawszy oficjalnych przeprosin pod swoim adresem. Ale uważam, że przy tak złej woli drugiej strony kontynuowanie oficjalnych i państwowych rytuałów obciążających jednego partnera dialogu staje się demoralizujące.
Czyli znowu: Nie warunkuję, ale stawiam warunek. Czyli jestem za, a nawet przeciw. Napiszę tak, by polemika była niemożliwa, bo przecież uważam, że musimy się kierować zasadą wzajemności, ale nie zawsze, tylko tam, gdzie to jest konieczne, a gdzie jest konieczne, ja wam wszystkim podpowiem. Logika pana Sorosa po trzech kursach. .
To tyle moich uwag do samej notki pana Sorosa, ale oprócz niej są także komentarze. Bardzo dużo komentarzy. Zobaczmy niektóre z nich.
Ethelred napisał:
Myślę, że to starcie między Panami wynika bardziej z wzajemnego niezrozumienia, niejasności wypowiedzi i podejrzeń o złą wolę niż z nieuczciwej argumentacji swoich poglądów czy uciekania od prawdy. Mam nadzieję, że wszystko zakończy się pokojowo – wszystkiego dobrego w te Święta! :-)
Dziękuję. I ja mam taką nadzieję, choć nie jestem zbytnim optymistą. Uwagę Ethelreda Soros skomentował tak:
Hiob reprezentuje najgorszy z możliwych wariantów poprawności politycznej. Posiłkowany teologią dialogu judeo-chrześcijańskiego. To nurt, który wypacza katolicki punkt widzenia i zaciera różnice wewnątrz chrześcijańskie. Dla niego kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta. To fanatycy.
Nie wiem kto tutaj jest fanatykiem i nie wiem na jakiej podstawie Soros tak twierdzi o mnie. Jedno jest pewne: Stara się on tu wykazać jak najwięcej złej woli. Bardzo chciałbym usłyszeć choć jeden argument na moje rzekome posiłkowanie się „teologią dialogu Judeo-chrześcijańskiego”. Nie wiem też, co Soros chce zasugerować, pisząc, że dla mnie „kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta.” Pan Soros po prostu kreśli jakiś wizerunek mojej osoby, który sobie w swej głowie ułożył, a następnie określa mnie fanatykiem. Pewnie ten wizerunek jest fanatyczny, nie wiem. Nie potrafię czytać myśli pana Sorosa. Szkoda jednak, że nie ma on nic wspólnego z moją osobą.
Następnie Soros dodaje:
Vide dyskusja z księdzem Chrostowskim.
Moja krytyka wykładu księdza profesora jest, mam wrażenie, bardzo dobrze uzasadniona. Księdza profesora cenię, czytałem inne jego artykuły, słuchałem jego wykładów i tym bardziej zdziwił mnie tamten wykład. A ponieważ zawsze się staram oceniać merytorycznie, to skrytykowałem to i tylko to, co mi się wykładzie Chrostowskiego nie podobało. Jeżeli pan Soros nie zgadza się z tą krytyką, zapraszam do merytorycznej dyskusji. Konkretnie. Bo jak na razie to widzę tutaj kierowane pod moim adresem jedynie kolejne inwektywy, a konkretów nie ma wcale. Bo i skąd by się miały wziąć?
Pan Soros:
czym w takim razie są przeprosiny za Jedwabne, jak nie odpowiedzialnością zbiorową, o ile nie narodową?
Odpowiedzialność może jest potrzebna, bo ja nie uchylam się za Jedwabne.
Ale wzajemna i nie zradykalizowana o żądanie śmierci – nie karna, ale moralna odpowiedzialność.
Mylimy poziomy odpowiedzialności i rozmaici intryganci łowią ryby w mętnej wodzie.
Tak zrobił Hiob – utożsamił odpowiedzialność moralną (mordowali nas, niech przeproszą) z karną (zbijają nas, my zabijamy ich).
W moralnej odpowiedzialności rzeczą przyjętą jest wzięcie odpowiedzialności za jednostkę. W karnej nie. Choć Izraelczycy i z karnej korzystają.
Przepraszam, ale gdzie ja znowu tak zrobiłem? Co mi tu znowu pan Soros insynuuje? Przypomnę ten fragment:
Cytuję Sorosa: "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."
I odpowiedziałem:
-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.
Zatem porównuję tu jabłka do jabłek, pomarańcze do pomarańczy. Jeżeli, według Sorosa, wolno nam obciążać jakąkolwiek odpowiedzialnością Żydów dlatego, że oni obciążają całe narody, to dlaczego nie wolno nam mordować Niemców i Rosjan? Bo co? Bo za to by nas zamknęli w więzieniach? Na jakiej podstawie mam się zgodzić z jego tezą? Gdzie to jest przyjęte w moralnej odpowiedzialności branie tej odpowiedzialności za jednostkę?
GłosRozsądku napisał: „Wspaniały wpis, a judeokatolicyzm to zatrute ziarno, wykwit chorych umysłów opętanych ludzi. Powinien być pan dumny ze swoich poglądów, dziś bycie antysemitą nobilituje” i pozostawię to bez komentarza. Tym bardziej, że nie wiem co to jest „judeokatolicyzm”.
Dalej GłosRozsądku pisze: „Klarcie, Hioby itp. powinni stulić .. buzie, bo inaczej występują tu jako piąta kolumna skłócająca Polaków. Nie wiem czy robią to ze zwykłej glupoty, występując jako użyteczni idioci w rękach bandytów, których nikt i nic nie zmieni, nawet Bóg, czy ktoś im zleca pisanie takich bredni obcych poglądom Polaków.” To także pozostawię bez komentarza. GłosRozsądku sam się wystarczająco kompromituje.
Soros:
Nie ma problemu żydowskiego. Żydzi chcieliby żeby był problem żydowski, bo wtedy mogliby walczyć z antysemityzmem, a nie z wysuwanymi pod ich adresem zarzutami.
Jest problem nadreprezentacji, alko współczesnym genderem mówiąc parytetów etnicznych lub przewagi jednych nacji nad drugimi, czyli
NIESPRAWIEDLIWOŚĆ
Niektórym się myli sprawiedliwość z równością. Jak będzie po równo, to będzie sprawiedliwie. Ale w takim razie, jeżeli przyjmiemy, że pan Soros ma rację, to co? Wszędzie po równo? W parlamencie po 50%, panie i panowie. Nic, że nie ma ochoty taka jedna z drugą, siłą brać. W szkołach teatralnych – połowa z talentem, połowa bez. Nie możemy mieć nareprezentacji utalentowanych aktorów. Do zarządów – połowa po studiach, połowa bez. Czemu mnie dyskryminuję i muszę zarabiać na chleb jeżdżąc ciężarówką? Czy ja jestem głupszy… Ups, przepraszam, a co tu ma mądrość do rzeczy. Ma być po równo. I każdemu dać po dwa tysiące brutto. Bo niektórzy mają naderpezentację pieniędzy w portfelach, a inni mają tam pustki. Ma być sprawiedliwie, niech będzie sprawiedliwie.
Soros:
Moim zdaniem w pewnych granicach parytety są konieczne. Wszystko zależy od okoliczności i parytetowanej grupy.
Jeśli chodzi o parytety płciowe, to są one narzucane wg. Klucza b. pokręconej ideologii genderu, która nie uwzględnia różnic płciowych.
Parytety etniczne są bezdyksusyjne, bo nie ma dowodów na to, że rodzimy się zróżnicowani intelektualnie.
Problem jest naprawdę złożony. Bo finanse i komunikacja społeczna są ściśle związane z transparentnością. Jak sobie wyobrażasz relację z konfliktu palestyńsko-izraelskiego skoro w mediach zasiadają Żydzi. Gdybym był Polakiem też moje serce brałoby stronę Polaków.
Aha, to teraz rozumiem. Po równo tylko według pochodzenia. Ale jak to pan Soros będzie sprawdzał czystość etniczną? Według jakich kryteriów? Czy ja jestem, czy nie jestem Żydem? Badania DNA? Sprawdzanie kształtu nosa? Zaglądanie do spodni? Pan Soros pisze dużo o amerykańskich bankach, ale problem z USA jest taki, że tu akurat wszystkim strzyka to, czy ktoś jest, czy nie jest Żydem. To chyba tylko w Polsce jest możliwe powiedzenie komuś „ty żydzie”, czy napisanie o kimś, że jest Żydem, by go w jakiś sposób obrazić, lub obrzydzić społeczeństwu. Tutaj żaden numer z nadreprezentacją by nie przeszedł.
Banki są prywatne, więc niby jak mielibyśmy kontrolować reprezentacje narodów w nich pracujących? A tym bardziej kontrolować ich właścicieli? Upaństwowić i oddać Polakom? A media… Także prywatne. Więc co? Zakazać pisać? Zakazać wydawać? Panie Soros, jakieś praktyczne uwagi? Bo na razie mi się to wszystko widzi co pan pisze o "nadreprezentacji" jako wielki stek bzdur.
Jeżeli natomiast chodzi o konflikt izraelsko-arabski, to akurat amerykańscy Żydzi mają tu najmniej wspólnego z tym wszystkim. Na politykę proizraelską największy wpływ w Stanach ma lobby fundamentalistów chrześcijańskich. Ewangelicy, których jest tu 80 milionów i którzy potrafią się bardzo szybko i bardzo dobrze zorganizować. Żydzi? Z nimi nie liczy się nikt. Są tak zlaicyzowani i tak mało się interesują polityką, a do tego są nieliczni i tak naprawdę mają jakikolwiek wpływ na politykę jedynie w NY i na Florydzie. Mówię teraz o wyborcach, nie o poszczególnych osobach.
Co więcej, jak pokazały ostatnie wybory prezydenckie, oni i tak zawsze będą głosować na demokratów. Niezależnie od tego, jakie on głosi poglądy. Nawet, gdy kandydat nazywa się Barack Hussein Obama, gdy jego ojciec jest muzułmaninem, a jego propalestyńskie sympatie z lat młodości są powszechnie nznane. I tak w ostatnich wyborach 78% amerykańskich Żydów na niego głosowało. Co innego ewangelicy. Oni wierzą, a przynajmniej wielu z nich, że dopóki nie odbuduje się Świątyni w Jerozolimie, to Pan Jezus nie będzie mógł powrócić na ziemię. Zatem dla nich jest to kwestia wypełnienia się Pism. Oczywiście mylą się, niczego nie rozumiejąc, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie oni kontrolują politykę bliskowschodnią USA.
Soros:
Czy fakt, że Żydów jest w mediach 70% wynika z ich zdolności. Tak jakby nie było równie zdolnych Azjatów albo Greków. Raczej nie. To celowa polityka właścicielska, po części zrozumiała. Gdybym był Polakiem i miał gazetę to chętniej bym zatrudniał Polaków. Tak myślę. Tylko od pewnego momentu ta sytuacja staje się niebezpieczna.
A może: „Gdybym był Polakiem, założyłbym gazetę”? Najprościej ukryć swoje nieudactwo oskarżając innych, najlepiej Żydów, o to, że nie pozwalają, przeszkadzają, rzucają kłody pod nogi. Ale świat można zmienić. Zależy to tylko od nas.
Niedawno przeczytałem gdzieś zabawny żart. Ktoś pyta starego rabina: „Jak to się dzieje, że w waszym narodzie sami tacy sprytni, zdolni, mądrzy, a w innych narodach to różnie bywa?” –„To proste! –odpowiedział rabin. –Jak nam się rodzi głupsze dziecko, to je chrzcimy.”
Żydzi nie są nadludźmi i nie rządzą światem. Niezależnie od tego, co pan Soros sobie ubzdurał. I im dłużej i im więcej będzie przekonywał innych o swojej paranoi, tym więcej zrobi szkody. Przekonywać trzeba raczej do tego, by każde dziecko brało los w swoje ręce i zmieniało świat. Jak wspomniany wyżej Obama, który „po ludzku” nie miał szans. Rozbita rodzina, mulat, a zatem odrzucany i przez Murzynów i przez białych, do tego wcale nie takie pewne, czy nawet urodzony w USA, co powinno zamknąć mu drogę do Białego Domu. Tak jednak się nie stało.
Inny Murzyn, bardzo ciekawa postać, Clarence Thomas. Murzyn z Georgii, który mieszkał jako małe dziecko w domu, czy raczej szopie z klepiskiem zamiast podłogi, nie umiejący nawet mówić poprawnie po angielsku, bo tam Murzyni mówili w „Gullah”, kreolskim dialektem charakterystycznym dla tej ubogiej grupy ludności. Gdy miał dwa lata, ojciec opuścił ich rodzinę, a mimo to, wspomagany przez dziadków, po latach ukończył Yale University i został sędzią Sądu Najwyższego USA. I jakoś Żydzi mu nie przeszkadzali. Żydzi nie przeszkadzali, ale pomogli mu katolicy, bo sędzia Thomas jest katolikiem.
I mówiąc o katolikach, nadreprezentacji i Sądzie Najwyższym, to i o tym słów kilka. Bo przecież i tu Żydzi mają nadreprezentację. Stanowiąc zaledwie 1,5% populacji (choć według kryteriów Sorosa pewnie więcej, bo by mu się statystyki nie zgadzały) zajmuję trzy z dziewięciu miejsca w Sądzie, czyli 33%. Ale katolicy są tu lepsi, bo mają tych miejsc sześć, czyli wszystkie pozostałe, mimo, że tylko jedna czwarta społeczeństwa amerykańskiego to katolicy. Wiem, wiem, procentowo "lepsi" nie są, ale też nie mam pojęcia na ilu wycenia pan Soros Żydów w Ameryce. On czyta źródła, z pewnością to wie.
Więc co mamy zrobić z tymi katolikami i Żydami w Sądzie? Wywalić ich? Poszukać jakiś protestantów, którzy są większością amerykańskiego społeczeństwa i odstąpić im co najmniej pięć miejsc? W końcu przez wiele lat to tylko oni byli tam sędziami. Przez pierwsze 180 lat mieli niemal monopol. Sporadycznie, dwukrotnie, w 1836 i 1898 wybrano pojedynczych katolików, ale poza nimi do 20 wieku wszyscy byli WASP-ami, oczywiście płci męskiej.
Pierwszy Żyd to rok 1916, pierwszy Murzyn to 1967, pierwsza kobieta to 1981 rok. W całej historii Sądu było 35 członków kościoła episkopalnego (anglikańskiego), 19 prezbiterian, dziesięciu unitarian, pięciu metodystów, i trzech baptystów, a dziś żadnego? Co na to episkopalianie, którzy zresztą śmieją się z tego, że banki są w żydowskich rękach. To oni mają amerykańskie banki.
Jawna niesprawiedliwość. Trzeba wywalić co najmniej dwóch Żydów i z czterech katolików i przyjąć sześciu protestantów, będzie tak, że się spodoba panu Sorosowi. Tylko… Tylko, że tak naprawdę w dzisiejszym Sądzie jest tylko czterech sprawiedliwych. Tylko czterech, którzy walczą o życie nienarodzonych dzieci. Wszyscy katolicy. Więc ja to ich byśmy wywalili, to nie ma już nadziej dla USA. Więc może czasem nadreprezentacja nie jest taka zła?
Ja jednak nie piszę o aborcji, ja piszę o głupocie tych, którzy pod każdym kamieniem widzą Żyda. A przykład Sądu Najwyższego podałem jako przykład tego, że wszystko się zmienia. I gdy będziemy mieć najlepszych sędziów, najlepszych prawników, najlepszych lekarzy, najlepszych bankierów i najlepszych wydawców i dziennikarzy, piszących w najlepszych i naszych gazetach, to wtedy my będziemy mieć i nadreprezentację i rząd dusz i zwycięstwa we wszystkich wyborach. Ale to możemy zdobyć tylko pracą od podstaw, a nie bredzeniem o Żydach, którzy są wszędzie, rządzą światem i nie pozwalają nam na nic. Poza, rzecz jasna, pisaniem o tym na blogach.
Thursday,21 October 2010,05:48
Kategoria: Ogólne Thursday, 21 October 2010, 05:48
Po moich ostatnich notkach na temat ewolucji i czasu wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja na temat problemu istnienia naszej wolnej woli i faktu, że Bóg wszystko wie. Dla niektórych osób obie te rzeczy są niemożliwe do pogodzenia, inni przyjmują je na wiarę, ale nikt z nas tak naprawdę nie potrafi tego do końca ani zrozumieć, ani tym bardziej wytłumaczyć. Pozostanie to na zawsze tajemnicą wiary.
Nie mam tu zatem ambicji wyjaśnienia tej sprawy. zapraszam wszystkich do prześledzenia komentarzy pod moim ostatnim wpisem i na blog Niebieskiego. To na pewno ciekawsza lektura od moich przynudzań, bo też Niebieski to facet znacznie mądrzejszy niż ja. Szczególnie w tym kontekście polecam jego tekst o Judaszu . Ja natomiast chciałbym jedynie powrócić na moment do czytań z ostatniej niedzieli.
Pierwsze czytanie było z 17. rozdziału Księgi Wyjścia:
Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku. Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza.
Zwykle z pierwszym czytaniem koresponduje Ewangelia. Tak było i tym razem. Ewangelia według św. Łukasza, rozdział 18:
Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę.
W ostatnią niedzielę i drugie czytanie, z Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza mówi nam coś podobnego:
Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.
Co te fragmenty mają ze sobą wspólnego? Oczywiście to, że pokazują nam, że nasze decyzje, to co robimy, na co się sami decydujemy ma realny wpływ na losy świata, na losy innych ludzi i na naszą przyszłość. Na nasze zbawienie i na zbawienie naszych braci.
Od tego, czy Mojżesz miał wzniesione w modlitwie ręce zależało, czy Izraelici odnosili zwycięstwo w bitwie. Ile razy ręce mu opadały ze zmęczenia, szala zwycięstwa chyliła się na stronę wroga. Ta modlitwa mojżesza miała autentyczny, realny wpływ na bieg wydarzeń. W przypowieści opowiedzianej przez Jezusa uczy nas On, że Bóg wysłuchuje tych, którzy uporczywie błagają Go o obronę. Święty Paweł poucza młodego biskupa, Tymoteusza, by "głosił naukę, nastawał w porę i nie w porę, wykazywał błędy, pouczał i podnosił na duchu". Po co? Oczywiście po to, by wychowywać swoje owieczki. By mieć wpływ na ich życie. By ich doprowadzić do zbawienia.
Jaki sens miałyby te wersety, gdyby Bóg wszystko już wcześniej zdeterminował? Albo gdyby wcześniej widział naszą przyszłość? Czy przyszłość by się mogła zmienić, jak to było na filmach o "Powrocie do przyszłości"? Czy coś nasze modlitwy wymazują, co dopiero będzie? Nonsens. Zatem czy te wydarzenia z naszego życia zaskakują Boga? Czy on nie wie, co zrobimy? Jeszcze większy nonsens. Dla Niego nie ma "zrobimy". Dla Niego wszystko, nawet koniec świata jest TERAZ.
Nam bardzo trudno uciec od faktu, że jesteśmy ze swej natury stworzeniami żyjącymi w czterowymiarowej czasoprzestrzeni. Tak naprawdę nie potrafimy sobie wyobrazić innej rzeczywistości. Musimy po prostu uwierzyć, że fakt, że Bóg stwarzając świat materialny potrafił go stworzyć wolnym i równocześnie zna on każdy moment istnienia tego świata. Zna, nie widzi co będzie. Dla Boga nie ma bowiem żadnego "będzie".
W jednej z książek Michała Hellera przeczytałem coś, co mnie zdumiało i zachwyciło. Mam nadzieję, że nie przekręcam sensu, opowiadam z pamięci. Z bardzo zawodnej pamięci. Heller napisał, że modele matematyczne opisujące nasz Wszechświat wychodzą z pewnej "osobliwości początkowej" i kończą się "osobliwością końcową". To nasz Wielki Wybuch na początku i koniec świata (w sensie fizycznym, nie teologicznym), gdzie wszystko się zapadnie w wielką czarną dziurę. Oczywiście upraszczam i trywializuję, ale to nie jest istotne. Chodzi jedynie o zarysowanie, pobieżne przedstawienie tego faktu.
Dla nas, obserwatorów "ze środka" jest to logiczne. Nawet, gdy nie rozumiemy do końca definicji słowa "osobliwość" w fizyce, sama koncepcja jest do zaakceptowania. Jednak Heller napisał coś zdumiewającego. Mianowicie napisał, że gdyby się "spojrzało" na taki model Wszechświata "z zewnątrz" to ta początkowa osobliwość jest osobliwością końcową. Nie jest czymś podobnym, nie jest czymś zbliżonym, ale jest jedno i to samo!
Nie proście mnie, bym Wam to szerzej wytłumaczył. Ja tego nie rozumiem ani szerzej, ani w ogóle. Jednak na tyle na ile potrafiłem to zrozumieć to widzę, że znowu matematyka potwierdza to, czego nas uczy wiara. Potwierdza, że coś, co widziane z punktu widzenia osoby żyjącej w czasie, widziane przez kogoś "spoza układu" zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Tylko, że "poza układem" jest tylko jedna Osoba. No, może nie jedna. Może trzy. Ale to już inne zagadnienie… ;-)
Pisząc niedawno o innym odkryciu kosmologów, mianowicie o tym, że wystarczyły jedynie pewne prawa, a reszta mogła się potoczyć w sposób naturalny, przypomniałem początek Ewangelii św. Jana. "Na początku było Słowo". Idea, czy model o którym pisał Heller przypomina inne słowa o Jezusie zapisane przez św. Jana. Tym razem w Apokalipsie:
Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec. (Ap 22,13)
Czasem się zastanawiam, czy nie należałoby w takim razie przyznać pośmiertnie świętemu Janowi Nobla z fizyki… Na pewno zasługuje na niego bardziej, niż wielu innych uhonorowanych przez komitet tej nagrody.
Powróćmy jednak do naszych rozważań. Jeżeli fizycy, kosmologowie, matematycy nieustannie trafiają na sytuacje, w których nasz zwykły język okazuje się narzędziem tak niedoskonałym, że muszą oni albo tworzyć nowe słowa, albo nadawać istniejącym słowom nowe znaczenia, jeżeli ciągle odkrywają rzeczywistość tak odmienną od obserwowanej przez nas, "zwykłych śmiertelników", to dlaczego tak trudno nam uwierzyć, że Bóg jest ze swej natury zupełnie od nas inny? Sama nauka nam uczy, że są wokół nas sprawy o których się filozofom nie śniło. Dlaczego więc te trudności?
Dlaczego zawsze staramy się Boga mierzyć naszą miarą, kształtować Go według naszych, ludzkich wyobrażeń, a potem się Nim rozczarowujemy, dziwimy, że postępuje tak, a nie inaczej? Bo co? Bo my byśmy to zrobili lepiej? Ha!Ha!Ha! Dobre. Jak to ktoś słusznie zauważył brakuje powołań kapłańskich, ale nie brakuje powołań papieskich. Tym bardziej jest to prawdziwe, gdy chodzi o "powołania boskie". Każdy z nas, przynajmniej czasami, myśli, że byłby lepszym bogiem od Pana Boga. Ja także. Każdy oprócz tym kilku naprawdę pokornych. Nic dziwnego, że Kościół uczy, że pycha jest źródłem każdego grzechu.
Bóg nie jest taki jak my, choć dobrze by było, byśmy my stawali się coraz bardziej tacy jak On. Bóg nie może nic zrobić sprzecznego ze swą naturą, ale może wszystko zrobić, co jest z Jego naturą zgodne. Tylko my czasem zapominamy, że Jego natura jest inna od naszej i dlatego tak trudno czasem nam te rzeczy zrozumieć i te pozorne sprzeczności pogodzić ze sobą.
PS. Na koniec kilka uwag tylko pośrednio związanych z powyższymi przemyśleniami.
1. Jakieś trzy tygodnie temu pisałem o akcji 40 dni modlitw i postu za życiem. Niedzielne czytania przypominają nam o potrzebie wytrwałej modlitwy. Jeszcze 10 dni akcji zostało. Ile osób o niej jeszcze pamięta? Czy wspomożecie modlitwą? Postem?
2. Cytując fragmenty Biblii z niedzielnych czytań pominąłem kilka zdań. Nie dotyczyły one naszych rozważań. Jednak powrócę do nich teraz. W Liście do Tymoteusza święty Paweł pisze także:
Wszelkie Pismo od Boga natchnione jest i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu.
Ten werset jest często cytowany przez protestantów wyznających doktrynę "Sola Scriptura" jako dowód na to, że wystarczy Biblia i żaden inny autorytet, Kościół, papież, czy magisterium nie są potrzebne. Jednak gdy spojrzymy na ten werset w szerszym kontekście widzimy, jak błędna to interpretacja. Święty Paweł bowiem poprzedza tamte słowa tymi:
Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci zawierzono, bo wiesz, od kogo się nauczyłeś. Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie.
"W tym, czego się nauczyłeś od lat niemowlęcych". Gdyby więc przyjąć ich interpretację, że to, co Tymoteusz zna z Pism jest w zupełności wystarczające, to wykluczałaby ona w całości Nowy Testament. Łącznie z tym listem, który właśnie zacytowałem. Jeżeli zatem "Sola Scriptura Christians" uznają Ewangelie i Listy Pawłowe za natchnione Słowo Boże, to nie mogą tak tego wersetu interpretować. Poza tym "pożyteczne" wcale nie znaczy "wystarczające". Woda jest pożyteczna, ale ile przeżyjemy o samej wodzie? Dlatego polecam do tej wody kromeczkę suchego chleba. ;-)
3. Pominąłem także ostatnie zdanie z niedzielnej Ewangelii. Brzmi ono tak:
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
Myślę, że to jest klucz do naszych rozważań. Do tego wszystko się sprowadza. Możemy i powinniśmy szukać prawdy naszym rozumem, ale gdyby nam się udało "rozgryźć Pana Boga", to znaczyłoby to jedno: Nie był to wcale Bóg, ale jakiś bożek naszych wyobrażeń. Nasz intelekt może nam potwierdzić, że nie ma sprzeczności między wiarą a nauką, że logika nie przeczy istnieniu Boga, że to ateizm jest irracjonalną religią, ale nie żądajmy od naszego rozumu, by nam dał odpowiedzi na wszystkie wątpliwości i pytania w procesie poznawania Boga. On bowiem musi się wymknąć naszym wyobrażeniom jeżeli rzeczywiście jest Bogiem.
I już naprawdę na koniec zabawna rozmowa z autorem książki "Dawkins Urojony". Autor w zabawny sposób, trochę w stylu C S Lewisa z "Listów starego diabła", odwracając niejako rzeczywistość, obnaża słabość "argumentów" Dawkinsa na "nieistnienie Boga". W jaki sposób? Po prostu dosłownie powtarza te argumenty. Tylko, że zamiast "udowodnić, że Bóg nie istnieje" udowadnia, że nie istnieje… Dawkins. Przyjemnej zabawy. :-D
Thursday,16 September 2010,09:15
Kategoria: Ogólne Thursday, 16 September 2010, 09:15
Jest po północy i właśnie skończyłem dyskusję na czacie z grupą przypadkowo spotkanych osób. Zazwyczaj bywam na czatach chrześcijańskich, ale w nocy zwykle one pustoszeją i czasem zajrzę na „cywilne”. Tylko, że i tam dość często zaczynam mówić o Bogu. Albo zacytują Biblię. Albo moja wiara się jakoś inaczej „wymknie”. Wtedy bardzo często zaczyna się ciekawa dyskusja, nie o Bogu, ale o mnie. Że narzucam, że jestem zacofany, że to nie jest czat religijny, że ojciec dyrektor ma Maybacha, że mamy XXI wiek i żebym sobie dał spokój. Jest to o tyle ciekawe, że gdy ktokolwiek inny ma swoją opinię na jakikolwiek inny temat, nikogo to nie razi, nie oburza i nie dziwi. Może z wyjątkiem polityki, ale i to działa inaczej. Ludzie albo unikają tematów politycznych, albo się wykłócają zawzięcie, ale nikt tych dyskutujących nie uważa za nawiedzonych, czy nienormalnych. Natomiast jak się zacznie mówić o wierze, na takie opinie jest się od razu narażonym.
Jest to o tyle ciekawe, że jest to stosunkowo nowe zjawisko. Jak poczytamy jakąkolwiek książkę, której akcja dzieje się w XIX wieku, lub wcześniej, Bóg istnieje tam w codziennym życiu ludzi. Czy to będzie Nad Niemnem, Chłopi, Trylogia, Krzyżacy, klasyka literatury rosyjskiej, nawet Dumas… trudno znaleźć cokolwiek, w czym by nie zauważano Boga. Nie zawsze jest to podręcznik do nauki katechizmu, choć często, jak np. u Sienkiewicza, wiele spostrzeżeń jest zadziwiająco głębokich teologicznie. Ale nikogo nie dziwi, ze „normalni” ludzie rozmawiają o Bogu, że Bóg jest częścią ich codziennego, zwykłego życia. Jest w tej codzienności, w ich świadomości zawsze obecny.
Teraz jest zupełnie inaczej. Bóg zszedł do podziemia. Jest w pewnym sensie nawet gorzej niż w Rzymie z czasów Jezusa. Wtedy może rzeczywistość była gorsza od dzisiejszej, dalsza od nauki chrześcijańskiej, ale nikt nie negował tego, ze Bóg, lub jacyś bogowie istnieją. Nie każdy był chrześcijaninem, ale każdy wierzył w jakieś „sacrum”. Dzisiejszemu człowiekowi Bóg już nie jest potrzebny i jak o Nim słyszy, zaczyna się złościć i denerwować.
Nasze czasy nawet trudno nazwać „neopogańskimi”, bo poganie tez wierzyli w bogów. I gdy słyszeli o prawdziwym Bogu, słuchali z zainteresowaniem. Dzisiejszy człowiek, wbrew logice, założył, ze Boga nie ma, ale kto dziś logicznie myśli? Dziś człowiek sam stał się sobie bogiem, powtarzając grzech prarodziców z Raju. Sam decyduje, co jest dobre, a co złe. Nie widząc zupełnie, że odrzucając Boga i Jego autorytet, powoduje, że samo pojęcie dobra i zła nie ma żadnego sensu. Bo jeżeli to ludzie decydują, to co stoi na przeszkodzie, żeby jakaś grupa uznała, ze mordowanie innej grupy etnicznej jest dobrem? Kto ma decydować, ze to niemoralne? Sąd w Norymberdze sądził na podstawie prawa naturalnego. Ale teraz, pół wieku później, istnienie tego prawa wszyscy zdają się negować, bo jak nie ma Boga, to skąd to prawo?
Jeżeli Wszechświat powstał przypadkiem, to i żadne moralne prawo nie może istnieć. Żadne, oprócz ludzkiego. A co człowiek napisał, może zmienić. Wiec jak jakaś społeczność uzna, że niewygodną mniejszość można zlikwidować, to kto im zabroni? Gdy uznamy, że dziecko nienarodzone nie jest osobą, to kto nam zabroni zabić je nawet na minuty przed narodzeniem? Albo minuty po narodzeniu? Przecież słyszeliśmy niedawno o protestach „feminazistek” w Meksyku przeciw skazaniu kobiet za zamordowanie już narodzonych, zdrowych dzieci. Skoro nie ma obiektywnej, boskiej moralności, a tylko jest ludzkie prawo, to przecież one mają rację. Wszystko zależy od tego, co rządy i parlamenty uznają za legalne.
Ja mam nadzieję, że najgorsze już za nami. Nie przestanę mówić o Bogu, nie dlatego, że się zmuszam, ale dlatego, że Go kocham. A o tym, co kochamy, zawsze chętnie mówimy. Tylko, że tą miłość On sam mi zaszczepił. A więc zapewne nie tylko mnie. Myślę, że takich ludzi jest więcej. Na tym czacie gdzie rozmawiałem jedna osoba broniła mnie jak lwica, parę było umiarkowanie życzliwych… myślę, że Bóg powraca.
Tym bardziej, że najnowsze zdobycze nauki zaczynają potwierdzać fakt Jego istnienia. Naukowcy już dość dokładnie potrafią określić wiek wszechświata i nawet zobaczyć jego początek. Powoduje to jednak nieuchronne pytanie: Skąd ta pramateria, która wybuchła? I prawdopodobieństwo… przyjąć, że wszechświat powstał przypadkowo z tego prawybuchu można tylko wtedy, gdy założy się, że nie ma Boga. Tak, jak przyjąć, że Mona Lisa powstała przypadkowo można tylko wtedy, jak przyjmiemy, że nie istnieli nigdy malarze. Tylko, że takie założenie wydaje się nam tak absurdalne, że nawet mu trzech sekund nie poświęcimy. Patrząc na ten obraz widzimy wyraźnie, że to nie przypadkowe rozlanie się farb, ale czyjś talent i praca spowodowały końcowe dzieło.
Cóż… świat jest troszkę bardziej skomplikowany, niż nawet największy obraz. Czy się przyjrzymy jednej komórce, czy mrowisku, czy motylowi, czy układowi słonecznemu, czemukolwiek… każda z tych rzeczy zadziwia swą strukturą, ładem, stopniem skomplikowania. I z uporem godnym lepszej sprawy wielu powtarza, że system ten powstał przypadkiem.
Powiedzmy, że ktoś wygrał w totka milion. Mógł to być przypadek. Co tydzień się zdarza. Jakby wygrał drugi raz, to już troszkę się sprawa komplikuje. Zapewne parę osób zaczęłoby podejrzewać, ze jakaś machlojka się wydarzyła. Ale jakby wygrywał co tydzień przez, powiedzmy, 20 lat… 1000 razy pod rząd… to wtedy każdy by wiedział, ze to oszustwo, a nie przypadek. Takich przypadków nie ma. Tymczasem prawdopodobieństwo czegoś takiego jest miliardy razy większe, niż prawdopodobieństwo przypadkowego powstania naszej rzeczywistości.
Nasz wszechświat powstał na skutek całego łańcucha kolejnych wydarzeń. W tym łańcuchu są miliony ogniw, i prawdopodobieństw tego, ze którekolwiek z tych ogniw zaistniało przypadkowo jest równe praktycznie zeru. Mamy wiec ciąg nieprawdopodobnych wydarzeń, ciąg nieprawdopodobnie długi. I żeby był jasne zaznaczę, że ja wcale nie neguję faktu, że nasz wszechświat powstał w sposób naturalny, "naukowy", poznawalny. Że wszystko nauka może zbadać i wykazać w jaki sposób się to stało. Mimo, że dziś ma ona olbrzymie trudności z wykazaniem pewnych mechanizmów i zdarzeń, jak np. powstanie pierwszej żywej komórki, czy przemiana gatunków, wierzę, że i to nam kiedyś wyjaśni w sposób satysfakcjonujący. Jednak im bardziej poznajemy ten skomplikowany Świat tym bardziej oczywiste jest, że tu nie było żadnego przypadku. Trzeba rzeczywiście wielkiej, nieracjonalnej, sprzecznej z logiką "wiary w ateizm", by odrzucić wiarę w Boga.
Nawet teorie pokazujące, że materia mogła powstać "z niczego", co rzekomo udowadnia raz na zawsze, że żaden Bóg nie jest potrzebny by świat zaistniał, nie tylko nie udowadniają nieistnienia Boga, ale i one potwierdzają, że Bóg naprawdę jest. Teorie te bowiem zakładają, że istniały jakieś prawa i prawa te umożliwiły zaistnienie, powstanie materii. Nie są jednak w stanie wytłumaczyć skąd niby te prawa się wzięły. Były "od zawsze"? Brawo! Ja też tak myślę. O ile można mówić o "od zawsze" w rzeczywistości, w której nie istnieje czas. Ale czy to nie święty Jan nas uczy, że "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła." Bóg nie musiał stwarzać "babrając się w materii". Wystarczyło, że pomyślał…
Nauka przeczy istnieniu Boga? Chyba coraz bardziej Jego istnienie potwierdza. I zawsze jeszcze pozostaje słynna pytanie Leibniza "Dlaczego raczej istnieje coś, niż nic" I na to pytanie nauka nigdy nam nie da odpowiedzi. Na to odpowiedź nam da tylko Bóg.
G K Chesterton powiedział prawie sto lat temu, ze człowiek odrzucając wiarę w Boga, nie zaczyna w nic nie wierzyć, ale zaczyna wierzyć we wszystko. Waldemar Łysiał w książce „Stulecie Kłamców” poświęca cały rozdział naukowcom, niektórzy z nich są Noblistami, którzy doszli do tego, że teoria powstania Świata bez Boga nie ma żadnego sensu. Nie sensu teologicznego, ale matematycznego. Gdyby zastosować takie kryteria do tej teorii, jak się stosuje do innych nauk, to wniosek jest jeden. Świat nie mógł powstać. Część naukowców mówi jednak: Ale ponieważ powstał, to metody badawcze są złe. Coraz więcej jednak przyznaje, że metody są dobre, wskazują one jednak wyraźnie na to, że za powstaniem Wszechświata stoi jakaś Inteligencja.
Zacząłem od czata, a doszedłem do dowodów na istnienie Boga. Czasem tak bywa. Na koniec powiem jeszcze tylko to, że, mimo że nie dziwi mnie taka reakcja na wspomnienie Boga na czacie, to głęboko wierzę, że jest ona coraz rzadsza. Wydaje mi się, że młodzi teraz są bardziej uduchowieni i wierzący, niż w czasach, jak ja byłem młody. I to nie tylko jest sprawa władzy, czy demokracji. „Za komuny” pod jednym względem było nawet łatwiej wierzyć, bo młodzi są z natury buntownikami, a Kościół był w opozycji. Ale wiara dzisiejszej młodzieży jest inna, głębsza. Nie jest ona buntem, nie jest manifestem ideologicznym, ale pochodzi z potrzeby serca. I nie są to tylko młodzi, bo nawet i trochę starszym udaje się czasem przeżyć głębokie nawrócenie.
Wednesday,16 June 2010,01:30
Kategoria: Ogólne Wednesday, 16 June 2010, 01:30
Parę lat temu przypadkiem przeczytałem felieton Franka Kucharczaka, "Tabliczka Sumienia". Nie pamiętam już na jaki temat, ale pamiętam, że pomyślałem sobie: "Ten facet myśli tak, jak ja". Ponieważ czytałem to w wersji elektronicznej Gościa Niedzielnego, sprawdziłem felieton sprzed tygodnia. To samo wrażenie. Cofnąłem się do poprzedniego, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden, aż przeczytałem wszystkie. Przeczytałem i zdumiałem, bo pod każdym z nich mógłbym się podpisać. Postanowiłem więc wysłać mu maila i podzielić się moim zachwytem.
Taki był początek mojej znajomości z panem Frankiem Kucharczakiem. Do wczoraj znałem jego głos tylko przez telefon, teraz mogę powiedzieć, że znam go osobiście. Znam i niezwykle cenię.
Franek Kucharczak zaprosił mnie do odwiedzin redakcji Gościa Niedzielnego i Małego Gościa, za co mu tutaj serdecznie dziękuję. Oba czasopisma lubię, oba czytuję w elektronicznej wersji, a gdy mam możliwość, kupuję także papierowe wydanie.
Udało mi się spotkać wiele ciekawych osób i porozmawiać z nimi. Poznałem Marcina Jakimowicza i Jacka Dziedzinę, Piotrka Sochę i naczelną Małego Gościa, panią Gabrielę Szulik. Poznałem także brata Franka Kucharczaka, Przemka, a także osoby prowadzące portal Wiara.pl, znane mi od lat ze wspólnych rozmów na forach i czatach, Jo_tkę i Saxona, czyli Joasię Kociszewską i księdza Adama Sekścińskiego.
Przepraszam, że nie wymieniłem wszystkich przedstawionych mi osób. Przepraszam, że piszę o nich w tak poufały sposób. Nie jestem z nimi na "ty", więc pewnie wypadałoby zwrócić większą uwagę na formę, ale widząc i odczuwając atmosferę, jaka panuje w tej redakcji mam wrażenie, że nikt się tam na mnie nie obrazi. Tym bardziej, że cala ekipa redakcyjna to osoby młode. Ciałem i duchem. Przynajmniej można je tak określić patrząc z perspektywy takiego "starca" jak ja. :-D
Udało mi się też zamienić kilka słów z redaktorem naczelnym Gościa, księdzem Markiem Gancarczykiem. Albo raczej udało mi się go zagadać, bo ja paplałem jak najęty, a ksiądz Marek, pewnie przez grzeczność, nie chciał mi przerywać. Podziękowałem mu za wszystko, co on, osobiście, i jako naczelny Gościa robi. Obiecałem modlitwę i Was wszystkich tutaj także o nią serdecznie proszę.
Gość Niedzielny, Mały Gość i portal Wiara.pl robią wiele dobrego, a zatem można być pewnym, że zły będzie się starał to dzieło zniszczyć. Wiem, że mu się nie uda, bo wiem, że dla pracujących tam osób chrześcijaństwo to nie jest jakaś abstrakcyjna teoria, ale coś autentycznego, przeżywanego własnym życiem. Zatem kudłaty nie ma na Gościa "haka". Ale nie znaczy to, że nie będzie próbował. Wspomóżmy cała redakcję, a przede wszystkim samego księdza Marka naszą codzienną modlitwą. Z pewnością jej potrzebują. Jak każdy z nas.
Tuesday,06 July 2010,19:27
Kategoria: Ogólne Tuesday, 06 July 2010, 19:27
Piątek. wyjazd do Torunia. Pociągiem, z przesiadką w Warszawie. Już nie te czasy, gdy szalałem pierwszą klasą w InterCity. Albo pociągi są droższe, niż …naście lat temu, albo ja na starość się robię sknerą/rozważnym mędrcem (niepotrzebne skreślić). Jednak gdy jeden pociąg kosztuje 40 złotych, a drugi, taki sam – 111, tylko dlatego, że teoretycznie jedzie 20 minut krócej, to dla mnie wybór jest oczywisty.
I te napisy w wagonach… Wszędzie w Polsce wszystko jest w dwóch językach: Po polsku i po angielsku. Prawie jak Ameryka, gdzie wszystko jest teraz po angielsku i hiszpańsku. Ma to sporo sensu, w obu przypadkach 95% ludzi, którzy się tam znajdą, zrozumie. Sieroty po PKP mają jednak inną logikę. Za komuny było w czterech językach, teraz, w nowiutkich wagonach dalej jest w tych samych czterech językach: Polski, rosyjski, francuski i niemiecki. Co z tego, że cały świat mówi dziś po angielsku, koleje nie lubią Anglików, bo to chuligani i niszczą po meczach wagony, więc niech się za karę uczą rosyjskiego.
Z dworca w Toruniu autobus linii 11 ma przystanek kilkadziesiąt metrów od siedziby radia.
Po chwili gościnnie wita mnie pani recepcjonistka i proponuje herbatę, posiłek i pokój, bym się mógł odświeżyć.
Po szybkim prysznicu mogłem odwiedzić kaplicę, pomodlić się i miałem też okazję zajrzeć do studia, a konkretnie do tej jego części, gdzie technicy czuwają nad jakością nagrań.
Później powróciłem do kaplicy, na Mszę, odprawioną przez ojca Piotra Andrukiewicza. Muszę tu szczerze powiedzieć, że byłem bardzo podbudowany i homilią i samą liturgią.
Oczywiście nie mnie kogokolwiek oceniać, zawsze się boję, że się staję czasami "agentem policji liturgicznej", ale czasem trudno tego uniknąć. W Stanach chodzę na Mszę w rożnych parafiach i w różnych diecezjach. I to, co widuję czasem nie jest dokładnie tym, co nam daje nasza Matka – Kościół. Są kapłani, którym się wydaje, że liturgia należy do nich, nie do Kościoła, więc mogą sobie dowolnie zmieniać słowa liturgii, a homilia nie jest rozważaniem na temat czytań, ale okazją do przyjacielskiej pogawędki na dowolne tematy.
U ojca Piotra jednak było inaczej. Liturgia nie tylko uroczysta, wiele części Mszy pięknie odśpiewane, ale także wiele stałych części Mszy po łacinie i to "z głowy", co świadczy o tym, że jest to tam raczej normą. Wiem, że to, co piszę, jest pewnie oczywiste dla stałych słuchaczy Radia Maryja, ale ja do nich nie należę, a przynajmniej nie należałem do tej pory. Jednak dla takich homilii, jak ta, którą usłyszałem w piątek, warto częściej włączać to radio. A po Mszy – adoracja Najświętszego Sakramentu.
Nieuchronnie zbliżał się termin naszej audycji. Ojciec Piotr Andrukiewicz porozmawiał ze mną chwilkę, choć to chyba bardziej ja paplałem, nie bardzo go dopuszczając do głosu. Tak więc, gdy w końcu audycja się zaczęła, do końca nie miałem pojęcia, jaki ona przybierze kształt. Wolałbym chyba format wywiadu, pytań i odpowiedzi, ale bardziej się z tego zrobił mój monolog. Błogosławieni cisi…
Nie macie pojęcia, jaki takie doświadczenie ma wpływ na przewód trawienny i nerwowy człowieka. Może za którymś razem rutyna pozwala pokonać tremę, ale dla mnie był to radiowy debiut. Co więcej, my wcale nie siedzieliśmy obok siebie. Tam nie ma armii etatowych ludzi obsługujących taką audycję. Ja byłem w studio sam, ojciec Piotr odbierał telefony, puszczał muzykę, sterował pulpitem kontrolnym i prowadził audycję. Wszystko to jednak "zza szybki", a ja i jego i telefony słuchaczy słyszałem z głośników. A ponieważ po 30 latach jazdy ciężarówkami nie mam już takiego słuchu jak dawniej, dodatkowym stresem było to, że nie usłyszę pytań słuchaczy.
I choć, moim zdaniem, nic nie szło tak, jak sobie zaplanowałem, to ojciec Piotr nie okazywał niezadowolenia, a nawet zaproponował mi wyjazd z Radiem Maryja na pielgrzymkę na Jasną Górę, bym tam dał swoje świadectwo. I trochę żal, że inne zobowiązania nie pozwolą mi z tego zaproszenia skorzystać. Po audycji jeszcze wspólna modlitwa na antenie, pamiątkowe zdjęcie z ojcem Piotrem i czas na spanie.
Zasnąłem pewnie koło pierwszej, a o piątej pobudka, bo trzeba ruszać w dalszą drogę. Nasza pielgrzymka nigdy nie ma końca, a na mojej drodze kolejnym etapem była Lednica. O tym jednak napiszę już w osobnej notce.
PS. Fotki, po kliknięciu, powiększą się. Bezpośredni, łatwy do zapamiętania link do tego bloga, to www.hiob.us, albo www.jaskiernia.com do siostrzanego bloga w Salonie24, gdzie są notki z wszystkich dni mojej pielgrzymki.
Sama audycja z moim udziałem jest dostępna w archiwach Radia Maryja, czyli TUTAJ, a także ktoś ją udostępnił na WRZUCIE. Zapraszam na blogi i do przesłuchania samej audycji.
Wednesday,26 May 2010,19:04
Kategoria: Ogólne Wednesday, 26 May 2010, 19:04
Za tydzień wyląduję w Krakowie. Jak Bóg da, zostanę tam pięć tygodni. Będzie to najdłuższy pobyt w Polsce od czasu przeprowadzki do Stanów. Ponadto nie byłem w Polsce od czterech lat. Nic dziwnego, że jestem cały podekscytowany i nie mogę się doczekać.
Dla mnie każdy wyjazd do Polski jest przede wszystkim pielgrzymką. Tegoroczny będzie nią może nawet bardziej, niż jakikolwiek inny, z wyjątkiem 2002 roku, gdy przybyłem tylko po to, by towarzyszyć Janowi Pawłowi podczas jego ostatnich odwiedzin w Polsce.
Powód, dla którego latam tak rzadko do Polski jest dość prozaiczny. Brak pieniędzy. Taki wyjazd kosztuje, rachunki przychodzą regularnie i po powrocie miesiącami trzeba spłacać długi. Nic więc dziwnego, że teraz, w przeddzień wyjazdu, billboardy reklamujące loterie wyglądały wyjątkowo zachęcająco.
W ostatnią sobotę kumulacja w loterii Power Ball wynosiła 170 milionów dolarów. I choć ja nigdy nic jeszcze nie wygrałem, to raz na parę lat skuszę się na jeden los za dolara. Jak będzie wolą Bożą, bym wygrał, to jeden wystarczy. Jak w tym starym dowcipie, gdy Bóg odpowiedział modlącemu się o wielką wygraną: "Daj mi szansę, kup chociaż los".
Dałem Bogu szansę, ale widocznie Bóg miał inne plany wobec mnie. Na pięć cyfr plus dodatkowa – trafiłem zero. Nic. Ani jednej. Ale… Ale najwidoczniej tylko dlatego, że tak naprawdę to Bóg chciał to jakoś inaczej… By było wiadomo, że to Jego wola, nie ślepy los. Nie przypadek, ale On sam.
W niedzielę jechałem z Florydy do Nowego Jorku z dwudziestoma tonami arbuzów. Rano zajechałem na parking pod kościołem w miasteczku Galena w stanie Maryland. Po Mszy zostałem może z piętnaście minut w kościele, modląc się, więc gdy wyszedłem na parking, był on już zupełnie pusty. Stała tylko moja ciężarówka i jakiś samochód, w którym ktoś czekał na mnie. Zupełnie nieznajomy mi, starszy mężczyzna przywołał mnie i wręczył mi kupon na wtorkowe losowanie w innej loterii, Mega Millions.
Tam były "tylko" 64 miliony, ale co tam. Wezmę i to. Tym bardziej, że tu wyraźnie było widać działanie Ducha Świętego. Akurat był dzień Pięćdziesiątnicy, obcy facet czeka na mnie kwadrans, by mi powiedzieć parę miłych słów i daje mi los… To przecież nie może być przypadek. Prawda?
Nawet, gdyby nie była to główna wygrana, to za piątkę bez dodatkowej jest ćwierć miliona dolarów, za czwórkę z dodatkową dziesięć tysięcy… Przynajmniej za bilety by się zwróciło i zostało trochę na prezenty dla najbliższych. Bóg jest dobry i na pewno da nam tyle, ile nam potrzeba. Jakby na to nie patrzeć, wyraźny znak.
Piszę te słowa w środę rano. Przypominam sobie tamte dni. Jadąc już z Nowego Jorku do domu, do Charlotte, słuchałem nagrań, jakie mam w swoim laptopie w trucku. W pewnym momencie zatrzymałem odtwarzacz, by odmówić różaniec. Modląc się rozmyślałem o woli Bożej i o nadchodzącej pielgrzymce i o dziwnym wydarzeniu po Mszy w Galenie.
Po różańcu włączyłem moje "radyjko" i przypadkowo kolejną piosenką, jaką mi komputer, los, czy sam Bóg wybrał, była "Barka" w wykonaniu Krawczyka. Słuchając słów uśmiechnąłem się. Bóg ma poczucie humoru. A dziś, po sprawdzeniu numerów, jakie były na ofiarowanym mi kuponie widzę, że moje najczarniejsze przewidywania potwierdziły się całkowicie. I tradycji stało się zadość… Zero trafionych liczb.
Jestem ubogim człowiekiem,
Moim skarbem są ręce gotowe
Do pracy z Tobą
I czyste serce.
O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię.
Swoją barkę pozostawiam na brzegu,
Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów.
Thursday,29 April 2010,08:09
Kategoria: Ogólne Thursday, 29 April 2010, 08:09
Jacek Fedorowicz jeszcze w 1981 roku powiedział, że ilekroć oglądał transmisje z konferencji prasowych rzecznika rządu PRL, Urbana i słyszał jego odpowiedzi, to dochodził do wniosku, że nie zrozumiał pytania. (Tym, którzy nie zrozumieli powyższego stwierdzenia - mogę wyjaśnić osobiście, gdy do mnie napiszą, piotrjaskiernia@wp.pl ) Ja mam wrażenie, że niektórzy z moich czytelników z kolei nie rozumieją zupełnie tego, co ja tutaj z mozołem, kosztem potrzebnego wypoczynku, wypisuję.
Oczywiście nie porównuję się tutaj do "Goebbelsa stanu wojennego", choć po moich ostatnich dwóch notkach niektórzy zaczęli mnie uważać za co najmniej równego mu szkodnika. Dlatego, pozwólcie, wyjaśnię jeszcze raz dla "inteligentnych inaczej", w punktach i w bardzo prostych słowach to, co chciałem powiedzieć w moich dwóch ostatnich felietonikach.
1. W notce zatytułowanej "Michnik i chrześcijanie. What would Jesus Do?" sam Michnik był zaledwie pretekstem do krytyki postawy osób, uważających się za katolików, za chrześcijan, które zamiast dążyć do tego, by wyrwać złemu jak najwięcej owieczek, same swą nienawiścią przyczyniają się do wspomagania kudłatego. Michnik oczywiście był tam zaledwie pretekstem, katalizatorem. Albo precyzyjniej nie tyle sam Michnik, co jego oświadczenie, zapowiedź, że po katastrofie pod Smoleńskiem i śmierci pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będzie musiał zrobić rachunek sumienia.
Zamiast tego pretekstu mogłem użyć jakiegokolwiek innego. Albo pani sędziny skazującej księdza Gancarczyka i "Gościa Niedzielnego", albo pani Alicji Tysiąc, sądzącej się na lewo i prawo (a zwłaszcza na lewo), albo w ogóle kogokolwiek, kto nie jest "jednym z nas", a o kim Fronda zamieszcza jakąkolwiek notatkę. Bo tu nawet nie chodzi o to, że Adam Michnik okazał coś w rodzaju skruchy, czy też jej zapowiedzi. To tylko uwypukliło problem, jakim jest brak naszej bezwarunkowej miłości do każdego człowieka.
2. W notce zatytułowanej "Adam Michnik. Patriota czy zdrajca?" nie robiłem jakiejś analizy, oceny, czy syntezy jego działalności, czy też poglądów. Nie starałem się też odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule, które było pytaniem retorycznym. Pytaniem być może mylącym w tym kontekście. Był to w jakimś sensie tani chwyt mający na celu zachęcenie do przeczytania reszty notki. Na to się zgadzam i za to przepraszam. Jednak sama notka, jak to wynika jednoznacznie z pierwszych paragrafów tekstu jest po prostu odpowiedzią na zadane mi pytanie. Pytanie brzmiące tak: "A co takiego dobrego [Michnik] zrobił dla Polski? Konkretnie?"
Ponieważ moja odpowiedź została zrozumiana zupełnie opacznie i wielu ją uznało za gloryfikację nie tylko całokształtu działalności Michnika, ale także za aprobację jego poglądów, jego ideologii, jestem zmuszony wyjaśnić tutaj raz jeszcze co w tamtej notce chciałem przekazać. I żeby znowu "inteligentni inaczej" nie mieli problemu ze zrozumieniem tego, co piszę, pozwólcie, że znowu będzie w punktach:
a) Odpowiadając na powyższe pytanie (to z akapitu z numerkiem 1 ) napisałem, że Adam Michnik swą działalnością w okresie PRZED rokiem 1989 przyczynił się do upadku realnego socjalizmu, do upadku PRL-u, co umożliwiło zmiany ustrojowe w Polsce, dzięki czemu mamy teraz demokratyczne formy rządów. A to, wyjaśniam, jest "good thing" ;-)
b) Uważam, że poglądy Adama Michnika, które zresztą nie zmieniły się wcale, albo zmieniły się bardzo niewiele od czasów jego młodości, są niezwykle niebezpieczne, szkodliwe i u osób wrażliwych mogą powodować odruchy wymiotne. U mnie z pewnością takie odruchy powodują. Michnik jest sierotą po Oświeceniu i Rewolucji Francuskiej i usiłuje wprowadzić utopię polegającą na stworzeniu "nowego, wspaniałego świata" bez Boga, gdzie największym autorytetem miały by być "elity intelektualistów" wiedzące lepiej od ciemnych i zacofanych prostaczków, takich jak ja, co jest dobrem, a co nim nie jest.
c) Wyjaśniając to chciałbym równocześnie powtórzyć (choć z dotychczasowych słów chyba wynika to jednoznacznie), że to nie Adam Michnik jest moim wrogiem, ale jest nim kudłaty. Zły. Upadły anioł. Szatan.
Adam Michnik jest moim bratem, za którego modlę się każdego dnia. Rozumiem, że parę innych osób – czytelników mojego bloga także go swą modlitwą ogarnęło. Nie pragnę jego upadku, lecz nawrócenia. Ma on spory wpływ na kształtowanie opinii i poglądów wielu ludzi w Polsce, zatem uważam, że byłoby wspaniale, gdyby zaczął myśleć tak, jak ja. Jednak jeszcze bardziej niż na kształtowaniu opinii, zależy mi na jego zbawieniu. Po prostu po ludzku, po bratersku martwię się o niego.
Jak zwykł mawiać ojciec Corapi w swych homiliach: "Nawróćcie się, bo koniec jest bliski! I nie mówię o końcu świata, nic na ten temat nie wiem. Mówię o waszym końcu i o swoim, bo zostało nam niewiele lat". Życzę panu Michnikowi wiele lat życia, ale fakt pozostaje faktem: Panie Adamie – koniec jest bliski. Nawet, gdy nastąpi za pięćdziesiąt lat.
Na zakończenie chciałbym niektórym z moich czytelników zadedykować pewną piosenkę Jacka Kaczmarskiego z roku 1980. Z czasów, gdzie było bardzo trudno powstrzymać się od nienawiści. Gdzie emocje często brały górę nad rozwagą. Jednak nasz naród, w tamtym bardzo trudnym okresie zdał egzamin. Poza naprawdę sporadycznymi przypadkami potrafił kierować się przykazaniem miłości. Potrafił odróżnić zło od jego ofiar.
Niedawno przypomniał mi ktoś słowa księdza Jerzego Popiełuszki, który na pytanie o prześladujących go SB-ków odpowiedział: "Ja nie walczę z ofiarami zła, tylko ze złem". Jak święty Szczepan, który do końca modlił się za swych oprawców. Nawet w momencie gdy pozbawiali go życia.
Niestety niektóre osoby, sądząc po komentarzach do mojej ostatniej notki, osoby, które darzę wielkim szacunkiem i które, myślałem, mają poglądy na wiele spraw bardzo do moich zbliżone, nie mogły ze mną zgodzić. Mam nadzieję, że to tylko dlatego, że mnie po prostu nie zrozumiały. Zresztą nasza dyskusja, początkowo niezwykle gorąca, stała się znacznie bardziej stonowana, w miarę gdy emocje stygły i dochodziły do głosu argumenty. Pod koniec wręcz zapanował Wersal. Co nie zmienia w niczym faktu, że i takie listy otrzymałem jak ten cytowany poniżej.
Ukryję imię nadawcy tego maila, cytowanego w całości i bez cenzury, by damy tej, dość aktywnej na Frondzie, nie kompromitować do końca:
Hiobie, twoja pycha siegnela zenitu. Zastanow sie w koncu nad soba, nawet Twoj nick i zdjecie mowia same za siebie, a raczej za Ciebie. Wkladasz w kij w mrowisko i liczysz z satysfakcja mrowki, ktore go oblazly. Jak smiesz z wysokosci swojego tronu / a raczej siedzenia w tracku/ wypisywac tak permanentne bzdury o Michniku i draznic spolecznosc chrzescijanska na Frondzie, ktora i tak juz jest podzielona, do czego w niemalym stopniu sie przyczyniles. Spojrz na siebie krytycznie, uderz sie w piersi i przestan bruzdzic. Nie masz do tego prawa!!!! Dawno odwrociles sie od Ojczyzny i jej problemow, wiec zamilknij lub zajmij sie Obama i jego dworem. Twoje wpisy religijne tez przepelnione sa pycha jak Ty sam – oceniam, tak, bo nie jestem "swieta' i mam do tego prawo, takie sa odczucia wielu frondowiczow. Masz za duzo czasu i dlatego wymyslasz androny, ktore do niczego nie prowadza. Zamiast po chrzescijansku integrowac – dzielisz!!!! Przestan sluchac "kudlateg', ktory inspiruje Twoje wpisy i nie podpieraj sie Panem Bogiem. Pan Jezus dal nam przyklad, jak postepowac z kupczacymi w swiatyni, a ty kupczysz swoimi wpisami i liczysz komentarze na swoim blogu. Pycha, pycha , pycha i jeszcze raz pycha. Gdybys mial chociaz odrobine pokory, to bys sie dawno wycofal, bo robisz wiecej zlego niz dobrego swoimi wykalkulowanymi wpisami. SHAME ON YOU !!!!!!
Spojrzałem więc na siebie krytycznie i wyjaśniłem wszystko raz jeszcze. Nie chciałbym już nas dzielić i myślę, że teraz moje zdanie na temat pana Michnika i jego poglądów nie tylko jest jasne, ale możliwe do zaakceptowania także przez tych, którzy bardzo ostro atakowali to, co napisałem w poprzedniej notce. A zatem już naprawdę na koniec zapowiadana piosenka Jacka Kaczmarskiego:
PS. I jeszcze jedno. Skoro zgadzamy się, że mamy problem, to potrzebne jest rozwiązanie. I ja wiem, jakie rozwiązanie jest skuteczne. Pisałem o tym niejeden raz. Nie jest nim likwidacja GW, zakaz publikacji przez Adama Michnika, czy Jerzego Urbana. Jak nie będzie ich, będą inni. Są oni wyznawcami pewnej religii, pewnej ideologii, która będzie się miała bardzo dobrze także bez nich. Oni są symptomami choroby, jej skutkami, nie źródłem.
Chorobę można zwalczyć tylko poprzez nasze nawrócenie. Poprzez wybranie drogi świętości. Poprzez modlitwę, posty, życie sakramentalne, w stanie łaski bożej i zgodnie z moralną nauką Kościoła. W Stanach mamy aż zbyt wielu "Michników", "Urbanów" i "Tusków". Przy amerykańskim mediach TVN i GW mogły by ujść za bastiony konserwatyzmu, a przy Obamie Tusk za świętego. I jedyną grupą społeczną w USA, która a sposób zdecydowany nie poparła Obamy i Partii Demokratycznej w ostatnich wyborach byli jedyni chrześcijanie, którzy na serio, jako całość, podchodzą do swej wiary. Mówię tu o "Evangelical Christians".
Dopóki katolicy nie staną się tacy jak "Evangelical Christians", nie doktrynalnie, w tej dziedzinie protestanci popełniają całą masę błędów, ale w swej gorliwości i w podchodzeniu serio do wiary, to Michniki, Urbany i Tuski będą miały rząd dusz w Polsce. Ale to nie od nich, Michników, zależy, czy im się uda, ale od nas. Od każdego z nas. Bo naprawdę jest to niezwykle proste: Wystarczy się nawrócić. Dziś. Jutro. Pojutrze. I każdego następnego dnia. Do końca naszej ziemskiej pielgrzymki.
Be a saint. What else is there? God loves you.
1
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
