Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Why me, Lord?

Kategoria: Modlitwa Saturday, 26 November 2011, 14:47

Czemu ja, Panie, co takiego uczyniłem,
że zasłużyłem na choćby jedną z przyjemności,
jakich doznałem w życiu.
Powiedz mi, Panie, co kiedykolwiek zrobiłem,
co było warte kochania Cię,
lub życzliwości mi okazanej.



Panie pomóż mi, Jezu, zmarnowałem życie,
więc pomóż mi Jezu. Wiem, czym jestem.
Teraz, gdy wiem, że Cię potrzebuję pomóż mi, Jezu.
Moja dusza jest w Twoich rękach.

 

 

Powiedz mi Panie, gdy myślisz,
że mógłbym Ci jakoś odpłacić
za to wszystko, co wziąłem od Ciebie.
Może Panie mógłbym pokazać komuś innemu
przez co przeszedłem
w mojej drodze z powrotem do Ciebie.



Panie pomóż mi, Jezu, zmarnowałem życie,
więc pomóż mi Jezu. Wiem, czym jestem.
Teraz, gdy wiem, że Cię potrzebuję pomóż mi, Jezu.
Moja dusza jest w Twoich rękach.


http://youtu.be/mtQOY-0sViQ

Why me Lord, what have I ever done
To deserve even one
Of the pleasures I've known
Tell me Lord, what did I ever do
That was worth loving You
Or the kindness You've shown



Lord help me Jesus, I've wasted it so
Help me Jesus I know what I am
Now that I know that I've needed You so
Help me Jesus, my soul's in your hand



Tell me Lord, if you think there's a way
I can try to repay
All I've taken from you
Maybe Lord, I can show someone else
What I've been through myself
On my way back to you



Lord help me Jesus, I've wasted it so
Help me Jesus I know what I am
Now that I know that I've needed You so
Help me Jesus, my soul's in Your hand

Komentarzy: 3


Kecharitomene. Tajemnica Pierwsza Radosna - Zwiastowanie.

Kategoria: Modlitwa Friday, 04 February 2011, 18:14

Matka Boża ukazała się  siostrze Łucji 10 grudnia 1925 r, w Pontevedra (Hiszpania), już po śmierci Franciszka i Hiacynty, z Dzieciątkiem Jezus na rękach.  Matka Boża wezwała do podjęcia wynagradzającego nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca:

Spójrz, moja córko, na moje Serce ukoronowane cierniami, które niewdzięczni ludzie bez ustanku wbijają w Nie przez swoje bluźnierstwa i brak wdzięczności. Przynajmniej ty staraj się Mnie pocieszyć. W godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawia spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

Dzisiaj, gdy piszę te słowa, jest pierwsza sobota miesiąca. Na Mszy byłem, różaniec odmówiony, spowiedź będzie za kilka godzin, tylko z tymi rozważaniami zawsze jakoś trudno… Myśl ucieka, rozproszenia nas obezwładniają i zamiast rozważać Tajemnice Różańcowe myślimy o polityce, naszej pracy, dzieciach i pogodzie. Dlatego właśnie siadłem do komputera, bo jedynie pisząc potrafię się skupić nad tym, co robię. Nie będzie to jednak piętnaście minut na temat piętnastu Tajemnic. Dziś będzie jedynie parę słów na temat pierwszej Tajemnicy Różańcowej, Zwiastowania.

 

Maryja była według tradycji Kościoła młodziutką dziewczyną mieszkającą w małym miasteczku, czy może nawet wiosce według naszych dzisiejszych standardów, w Nazaret w Palestynie. Pochodziła z królewskiego rodu Dawida i była poświęcona Bogu, Była konsekrowaną dziewicą. Wtedy jednak nie było zakonów żeńskich, dziewice takie wychodziły za mąż, z obopólną zgodą małżonków na dochowanie czystości.

 

O zwyczaju tym wiemy z co najmniej dwóch źródeł. Po pierwsze z odpowiedzi Maryi, po drugie z Listów św. Pawła. Maryja, która przecież mieszkając wśród pasterzy, w świecie gdzie hodowla zwierząt była podstawą ekonomicznego bytu, wiedziała doskonale skąd się biorą młode cielątka i jagnięta. Dla żadnego dziecka na wsi nie jest to tajemnicą. Zatem gdy zapytała Archanioła Gabriela: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" nie negowała mocy i decyzji bożej. Po prostu nie rozumiała jak to się może stać, gdy przecież ślubowała dziewictwo. "Nie znam męża" bowiem nie oznacza wcale, że nie znała ona Józefa. Byli przecież już poślubieni, choć jeszcze nie zamieszkali razem. "Znać męża" to jedynie eufemizm na określenie intymnego aktu małżeńskiego.

 

Maryja nie pytałaby o to, gdyby planowała normalne małżeństwo. Stwierdzenie Archanioła Gabriela byłoby truizmem. Oczywiste jest, że po ślubie każda młoda mężatka spodziewa się, że "pocznie i porodzi syna". Nie musi się dziwić jak to się stanie. Dzieje się tak od tysięcy lat. Maryja pytała, bo jej małżeństwo od początku miało być inne.

 

Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian, rozdział siódmy, tak ich poucza:

Daję radę jako ten, który – wskutek doznanego od Pana miłosierdzia – godzien jest, aby mu wierzono.[…] Podobnie i dziewica, jeśli wychodzi za mąż, nie grzeszy. Tacy jednak cierpieć będą udręki w ciele, a ja chciałbym ich wam oszczędzić.[…]  Jeżeli ktoś jednak uważa, że nieuczciwość popełnia wobec swej dziewicy, jako że przeszły już jej lata i jest przekonany, że tak powinien postąpić, niech czyni, co chce: nie grzeszy; niech się pobiorą. Lecz jeśli ktoś, bez jakiegokolwiek przymusu, w pełni panując nad swoją wolą, postanowił sobie mocno w sercu zachować nietkniętą swoją dziewicę, dobrze czyni. Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia.

Widzimy zatem, że zwyczaj ten był dobrze znany, apostoł pisze o tym jako o jakiejś oczywistej rzeczy. Wyjaśnia, że dobrze jest zachować swą dziewicę nietkniętą, ale jeżeli ten ciężar byłby ponad siły ich obojga, lepiej by było, by dopełnili swego małżeństwa.

 

Oczywiście Maryja otrzymała wszelkie możliwe łaski, jakie tylko człowiek może dostać. Święty Józef, choć prawnie był jej mężem i ojcem Jezusa, faktycznie był jedynie ich opiekunem. O ile, rzecz jasna,  w tym kontekście można powiedzieć "jedynie" :-) . Prawdziwym Oblubieńcem Maryi jest sam Duch Święty, który na nią zstąpił i z tego aktu począł się Jezus. Wielka Tajemnica Wiary. Bóg staje się Człowiekiem, z mocy Ducha Świętego i z przyzwolenia skromnej dziewczyny imieniem Miriam.

 

Mówiąc o imieniu… W Biblii mamy  kilka przypadków, gdy sam Bóg zmieniał imiona niektórym wybranym ludziom. Nowe imię zawsze coś oznaczało, zawsze symbolizowało coś ważnego. Abram został Abrahamem, Ojcem Wielu Narodów, Jakub stał się Izraelem i tak nazwane zostało dwanaście pokoleń, które on zrodził, Szymon został nazwany Skałą, na której Jezus zbudował swój Kościół, a Maryja… Cóż. Maryja została nazwana Kecharitomene.

 

My w modlitwie znanej nam jako "Pozdrowienie Anielskie" mówimy: "Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…" ale św. Łukasz przytacza nam troszkę inne słowa:

"W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą"

Anioł rzekł: "Bądź pozdrowiona, Kecharitomene, Pan z Tobą!" Święty Hieronim, znający znacznie lepiej grekę i łacinę niż ja kiedykolwiek poznam polski i angielski przetłumaczył to słowo jako "Gratia Plena", "Pełna Łaski". Ta "Pełna Łaski" to Jej imię, tak, jak Jej imieniem jest "Niepokalane Poczęcie". Przypomnę, że właśnie tak się przedstawiła Ona małej Bernardetce w Lourdes, a ona powtórzyła to, opowiadając o swym przeżyciu, nie mając nawet pojęcie co by to mogło oznaczać.

 

Maryja naprawdę jest Peła Łaski, bo otrzymała wszelkie łaski, jakie tylko człowiek może otrzymać. W końcu Jej Syn, który w doskonały sposób wypełnił Prawo, także to nakazujące oddawanie czci swej Matce, jest Jej Stworzycielem. Nikt z nas zatem nie jest tak doskonały jak Ona, Jego i nasza Matka. I dlatego mogła Ona, pod natchnieniem Ducha Świętego powiedzieć:

Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię -a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.

On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.

Amen.

www.WspolnotaMarto.com

Komentarzy: 21


Ja się modlę, ale za tego drania to...

Kategoria: Modlitwa Monday, 21 February 2011, 12:31

W dniu wczorajszym w Kościele obchodziliśmy VII Niedzielę Zwykłą. Gdyby to był inny dzień tygodnia, mielibyśmy Wspomnienie błogosławionych Hiacynty i Franciszka Marto z Fatimy. Nie wiem, jakie są czytania w ich Święto, ale te, które Kościół wybrał na wczorajszą Niedzielę doskonale pasują także do przesłania z Fatimy.

 

Wczoraj oficjalnie wystartowała nasza Wspólnota Marto, choć w tym przypadku "oficjalnie" nie jest być może najlepszym słowem. Nie jesteśmy żadną "oficjalną wspólnotą", jesteśmy po prostu ludźmi, którzy odpowiedzieli na prośbę Błogosławionej Dziewicy Maryi. Po prostu pragniemy żyć tak, jak nauczał Jezus.

 

W pierwszym czytaniu na wczorajszej Mszy usłyszeliśmy Słowa Pana:

Pan powiedział do Mojżesza: Mów do całej społeczności synów Izraela i powiedz im: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan. (Kpł 19,1-2.17-18)

Izraelici przyjęli te Słowa rzeczywiście do siebie. Tylko do siebie. Uznali, nie całkiem zgodnie z wolą Boga, że dotyczą one tylko potomków Jakuba, a nie wszystkich ludzi. Izrael, choć jest najstarszym dzieckiem Boga, wybranym wśród narodów, nie jest jedynym Jego dzieckiem. Wszystkie narody są boże. Izraelici, jak starszy brat, mieli innych uczyć o Bogu, nie izolować się. Izolacja dopiero stała się koniecznością, gdy okazało się, że to inne narody odmieniają ich i prowadzą do utraty ich wiary i czczenia fałszywych bożków. Nie ustrzegł się tego nawet Salomon:

Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym i wskutek tego serce jego nie pozostało tak szczere wobec Pana, Boga jego, jak serce jego ojca, Dawida. Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów. Salomon dopuścił się więc tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa Panu, jak Dawid, jego ojciec. Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów. Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom. (1 Krl 11, 4-8)

Prawo miało rolę wychowawczą, nie zbawczą. Nadal ją ma. Prawdę mówiąc moją następną notkę poświęcę właśnie temu. Święty Paweł w Liście do Galatów tak pisze:

Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, /który miał prowadzić/ ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie.  (Ga 3,23-26)

A sam Pan Jezus właśnie w Kazaniu na Górze wyjaśnia jak należy rozumieć nakaz umiłowania swych wrogów. Ten fragment Ewangelii św. Mateusza był właśnie Dobrą Nowiną czytaną wczoraj w Kościele Powszechnym:

Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5, 43-49)

Bóg przez Mojżesza mówi nam: "Bądźcie świętymi, bo Ja jestem Święty".  Jezus w Kazaniu na Górze mówi: "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski." I nakazuje nam coś bardzo trudnego. coś, co się wręcz kłóci z poczuciem naszej ludzkiej sprawiedliwości: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują".

 

Pan Jezus nie dodaje, że mamy się za nich modlić gdy nas przeproszą, czy gdy się nawrócą. Mówi, że mamy się modlić za prześladowców. Jak On sam będzie się modlił za tych, którzy Go będą przybijali do Krzyża. Bo przecież nasi prześladowcy to też są dzieci naszego Boga. I to niezależnie od tego jaką wyznają religię, czy w ogóle wierzą i jakie mają poglądy polityczne.

 

Jezus nie oddał życia tylko za Żydów, ani tylko za chrześcijan. Oddał swe życie za każdego człowieka. Jego ofiara jest wystarczająca, by każdy z nas i każdy z naszych prześladowców uzyskał zbawienie. Jednak by to uzyskać, trzeba uwierzyć i się nawrócić. A tę łaskę tylko my możemy im wymodlić.

 

Oczywiście problemem jest to, że my często wcale im tego wymadlać nie chcemy. Nam często wcale nie zależy, żeby "ten drań się nawrócił", zwłaszcza w ostatniej chwili swego życia. Bo co to za sprawiedliwość? Całe życie kradł, deptał po innych, ranił, niszczył, żył jak nabab naszym kosztem, krzywdził innych, także małe dzieci… i co? I w ostatniej minucie życia się nawróci i będzie w tym samym niebie co ja? Który całe życie staram się być dobry? Tyle się poświęcam? Przestrzegam przykazań?  Jak on skończy tak jak ja, to Bóg wcale nie jest sprawiedliwy!

 

Ja mam nadzieję, że Bóg nie zawsze jest… To znaczy wiem, że jest, ale wiem, że Jego sprawiedliwość nie jest taka, jak moja. I wiem, że Miłosierdzie nie zaprzecza sprawiedliwości, ale jest jej nieodłącznym elementem. Cała moja nadzieja, że tak jest… Bo gdyby Bóg tak naprawdę chciał być sprawiedliwy bez miłosierdzia, to ja mógłbym skończyć tylko tam, gdzie nie tylko nie chciałbym być, ale nawet nie chciałbym tego zobaczyć.

 

W tym samym Kazaniu na Górze Jezus mówi nam:

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6, 14-15)

Te słowa to komentarz Pana Jezusa do modlitwy "Ojcze nasz", którą odmawiamy każdego dnia. Tylko czy zastanawiamy się nad tym, co mówimy, czy tylko "odklepujemy" słowa, których nas nauczyła mama przed laty?

 

W przepięknej przypowieści o ojcu, marnotrawnym synu i  bracie przestrzegającym prawa Jezus przestrzega i potępia Izraela, którego ten brat reprezentuje. A przecież nasi najwięksi wrogowie i prześladowcy to też są dzieci tego samego Boga. I nie powinniśmy się oburzać, gdy wracają do domu roztrwoniwszy wszystko, co im Ojciec dał. Powinniśmy się zawsze szczerze z tego radować.  A gdy nie wracają, mamy obowiązek się za nich modlić, bo Ojciec każdego dnia wypatruje za nimi mając nadzieję, że któregoś dnia wrócą do domu.  Obowiązek wynikający nie z prawa, ale z miłości. Albo precyzyjniej "z prawa miłości".

 

To, jak naprawdę spostrzegamy innych, to czy potrafimy szczerze pokochać naszych prześladowców jest jakąś ilustracją naszej duszy. Pokazuje ile jest warta nasza wiara. I nie chodzi tu o prześladowców  w dosłownym sensie. To nie musi być ktoś, kto nam w szkole kradnie kanapki i nabija guzy. Tu chodzi także o politycznych przeciwników i wrogów i o dziennikarzy opluwających nasze najświętsze ideały. Tu chodzi o ludzi promujących cywilizację śmierci, o tych, którzy niszczą rodziny i propagują niemoralność i tych, co nienawidząc nas oskarżają nas o mowę nienawiści. To właśnie ich musimy pokochać i za nich się modlić. Szczerze, tak, jakbyśmy się modlili za nasze ukochane dzieci.

www.WspolnotaMarto.com

Komentarzy: 21


Modlitwa Wspólnoty Marto

Kategoria: Modlitwa Monday, 14 February 2011, 00:45

Ojcze przedwieczny Boże! Ofiaruję Ci wyrzeczenia, posty i cierpienia wszystkich członków naszej Wspólnoty jako zadośćuczynienie za wszystkie zniewagi i bluźnierstwa jakich ludzie dopuścili się względem Ciebie. Wybacz nam, że zraniliśmy Ciebie, Najświętsze Serce Twego Syna i Niepokalane Serce Maryi, Jego Matki.

 

Przyjmij naszą ofiarę za wszystkich grzeszników. Daj im łaskę nawrócenia. Spraw, byśmy pokochali każdego człowieka tak, jak Ty kochasz. Pozwól nam zobaczyć w każdym grzeszniku Twoje ukochane dziecko, syna marnotrawnego i dopomóc mu w odnalezieniu drogi do Twego Domu.

 

Przyjmij naszą ofiarę za cały Kościół Powszechny, za Papieża, wszystkich biskupów i kapłanów, a szczególnie mojego biskupa N i księży w mojej parafii. Udziel im wszelkich łask i spraw, by wytrwali w świętości i wierności Kościołowi, a tym, którzy upadają daj siłę, by powstali.

 

Przyjmij tę ofiarę za wszystkie rodziny, by stały się one mocne i święte. Uchroń wszystkich naszych bliskich od grzechów i od odstępstwa od wiary. Przyjmij, Panie, tę ofiarę za naszą Ojczyznę. Udziel daru prawdziwej mądrości wszystkim naszym rodakom. Polecamy Ci szczególnie tych, którzy są odpowiedzialni za losy naszego kraju.

 

Spraw, Panie, dawco życia, by wszyscy szanowali prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Otwórz oczy i serca tych, którzy uważają, że mają prawo decydować o losie innych ludzi, by zrozumieli czym naprawdę jest odebranie życia niewinnej osobie. Daj im dar wiary i miłości bliźniego.

 

Panie, daj nam łaskę wytrwania w naszych postanowieniach i prowadź nas swą mocną ręką. Oddajemy Ci całe nasze życie i nas samych. Użyj nas według Twojej woli. Wysłuchaj naszych próśb przez wstawiennictwo Maryi, Matki Twojego Syna. Daj nam wiarę i siłę ducha taką, jaką mieli Franciszek i Hiacynta Marto. Zezwól im na wyproszenie nam tych łask i pozwól im, by zaopiekowali się nami i nauczyli nas jak ich naśladować. Prosimy Cię o to, Ojcze, przez Twojego Syna, Jezusa Chrystusa, w jedności z Duchem Świętym. Amen.

 

Królowo Różańca Świętego, módl się za nami.

 

Hiacynto i Franciszku Marto, módlcie się za nami.

Komentarzy: 9


Rozważania o Eucharystii. Tajemnica Wiary.

Kategoria: Modlitwa Monday, 11 January 2010, 16:21

Podczas mojego pobytu w Polsce kupiłem, jak zwykle, wiele książek. Lubię czytać, a zwłaszcza słuchać, bo na słuchanie mam więcej czasu, więc gdy jest taka możliwość, kupuję książki audio. Często jednak wybór jest mój dość przypadkowy, bo albo ja sam za mało wiem, by inteligentnie coś wybrać i wybieram książki po okładce, albo nie ma z czego wybierać i np. gdy jest tylko parę pozycji audio, biorę jak leci.

 

Nie wiem czemu zdecydowałem się na kupno książek księdza Tadeusza Dajczera. Nic o nim nie wiedziałem, a informacja na okładce niewiele pomagała. Nie znałem nawet lektorki, Haliny Łabonarskiej, więc i to nie było zachętą. Może zdjęcie kapłana z Hostią w rękach mnie zachęciło? Nie wiem. Książka ma podtytuł "Rozważania o Eucharystii", więc to raczej naturalne, że i Eucharystia trafiła na okładkę. Może ktoś mi doradził? Podsunął tę pozycję? Nie pamiętam już. Jednak dziękuję Bogu, że się na nie zdecydowałem.

 

Nie wspomnę tu innych książek, które kupiłem i których chyba nigdy nie przesłucham. Nie wspomnę tych, które przesłuchałem do końca i choć mnie zachwyciły, nie sprowokowały do napisania o nich. Albo wspomnę przelotem… Na przykład Opowieści z Narni CS Lewisa. Klasyka literatury chrześcijańskiej, znana wielu z Was, ale w genialnej interpretacji Zelnika i Agnieszki Greinert książka ta nabrała dodatkowego smaku i barw. Poza tym, wstyd się przyznać, nigdy wcześniej nie czytałem wszystkich siedmiu części. Zacząłem czytać "Narnię" w oryginale, ale gdzieś w połowie, po Księciu Kaspianie, inne rzeczy mnie zaabsorbowały i nigdy do Narnii nie powróciłem. Dopiero teraz…

 

Jednak Narnia, jak już zaznaczyłem wyżej, nie sprowokowała mnie do napisania notki na blogu. Sprowokował mnie do tego ksiądz Dajczer i jego "Rozważania o Eucharystii". Co więcej, przesłuchałem dopiero pierwszą część, "Tajemnica Wiary". Dwie pozostałe części ciągle oczekują. Ja jednak nie chcę czekać i muszę się z Wami podzielić swą opinią.

 

Nie będzie to jednak recenzja. Nie będzie to ocena niczego, ani nikogo. Nie mam zamiaru wdawać się w żadne dyskusje na temat samej osoby autora książki, ani Ruchu Rodzin Nazaretańskich, jaki założył, czy kontrowersji związanych z tym ruchem. Ksiądz Tadeusz Dajczer odszedł już do Domu Ojca i zdał sprawozdanie ze swego życia. A ja myślę, że został przywitany słowami "wejdź, sługo dobry i wierny".

 

Piszę o wszystkim, tylko nie o tym, co chciałem napisać, ale to dlatego, że w sumie nie wiem, co napisać. Książka księdza Dajczera bowiem jest modlitwą. Jest czymś, co powoduje, że człowiek się zmienia. Jest czymś, czego się nie powinno słuchać jadąc, ze względu na bezpieczeństwo na drodze, dlatego, że trudno obserwować drogę, gdy nie można powstrzymać łez.

 

To nie jest książka dla każdego. Przynajmniej tak myślę. Albo raczej powinienem napisać, że nie każdy tak ją odbierze jak ja. Może dla jednych będzie nudna, bez sensu… Nie wiem. Może się mylę. Ci, którzy tak by ją odebrali, pewnie nawet by po nią nie sięgnęli, choćby dlatego, że autorem jest kapłan, a na okładce jest Jezus. Mnie ta książka zafascynowała.

 

Zafascynowała mnie głownie dlatego, że prześwietliła niejako moją duszę. Ja tu, w pewnych kręgach, na moich blogach i forum, wśród pewnych osób jestem takim trochę pół mistykiem, pół świętym. Trochę nawiedzonym, z aureolką na głowie, która mi co prawda czasem przygasa i się rozpływa, zwłaszcza, gdy nieopatrznie zacznę pisać o Halloween, Michniku, czy polityce, ale jak się trzymam tematów biblijnych, to jakoś ujdę za świętego. Może nawet oblecę jako przykład dla innych. I choć zawsze głośno powtarzam, że jestem osłem, to przecież wiadomo, że to takie krygowanie się z mojej strony. W końcu tylu wielbicieli nie może się do końca mylić, prawda?

 

Zawsze ta pycha siedzi na dnie serca. Przynajmniej mojego serca.

 

Rozważania księdza Tadeusza Dajczera zburzyły tą moją "skromną" samoocenę całkowicie. Samoocenę, która, dodajmy, zazwyczaj jest zupełnie niewidoczna dla naszych oczu. Bo przecież chyba każdy z nas, (a przynajmniej jest to prawda w stosunku do mojej osoby) ma cały czas skłonności do wybielania się w swoich oczach. Ja naprawdę nie mogłem powstrzymać łez, słuchając tej książki. I wiem jedno: Będę do niej wracał. Tak, jak się wraca do modlitwy, choć książka ta nie jest modlitwą w takim sensie, w jakim zwykle rozumiemy sens tego słowa.

 

Nie wiem, czy zachęciłem kogokolwiek, nie o to mi chodzi. Albo może chodzi mi o to, ale nie chcę tu pisać pochwalnych peanów na cześć tej książeczki. Raczej chcę dać pewne świadectwo. Uważam, że książkę tę powinien poznać każdy kapłan. Szczególnie oni. To jest książka napisana przez księdza dla księży. Ale też każdy z nas. Po to, by poznać lepiej samego siebie i by poznać lepiej naszego wspaniałego Boga.

 

Nie wiem jak to się stało, że nie słyszałem wcześniej o tym mądrym kapłanie. O wielu rzeczach i o wielu osobach nie słyszałem nigdy. Bardzo się jednak cieszę, że w końcu nasze drogi się spotkały. Jest to bowiem jedna z tych niewielu książek, które nie tyle powiększą moją wiedzę, co raczej odmienią moją duszę. Przynajmniej mam taką nadzieję.

 

I na koniec słówko na temat lektorki, Haliny Łabonarskiej. Aktorka znana mi przynajmniej z filmu "Vinci", ale nie skojarzyłem tego, dopóki google mi nie przypomniały. Jej ciepły, głęboki, spokojny głos bardzo pomaga w odbiorze książki. Mam wiele książek audio i niektórych z nich nie mogę strawić tylko ze względu na irytujący sposób czytania lektora. Tu jednak nie ma takiego problemu. Wręcz przeciwnie, głos pani Haliny bardzo w tym odbiorze pomaga.

 

Ksiądz Tadeusz Dajczer. "Rozważania o Eucharystii – Tajemnica Wiary". Czyta Halina Łabonarska.

Wydawnictwo Warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych, www.floscarmeli.poznan.pl

Wydawnictwo FIDEI, www.fidei.pl

Komentarzy: 9


Notka ktorej nie było.

Kategoria: Modlitwa Wednesday, 22 September 2010, 04:52

Napisałem w maju notkę o różańcu tylko po to, by zauważyć, że ksiądz Kefas mnie uprzedził. Zatem moja powędrowała do Salonu24 i na moje forum, a na Frondzie nie było jej nigdy. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i teraz jest doskonała okazja, by ją i tu zamieścić.

 

Dziś, prawdę mówiąc za godzinę od momentu w którym piszę te słowa, zaczyna się akcja "40 dni dla życia". Akcja ta trwa do końca października, a październik to Miesiąc Różańca Świętego.  Cóż więc stoi na przeszkodzie, byś i Ty spróbował/spróbowała  tej wspaniałej, biblijnej modlitwy? Czy może być piękniejsza modlitwa niż rozważanie życia, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana, patrząc oczami Jego Matki?

 

A zatem…

 

 

"Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was"(1 Tes 5, 16-18)

 

Komentarzy: 4


Starszy brat, Fatima, Narnia i plaga zaimków.

Kategoria: Modlitwa Thursday, 09 December 2010, 21:19

Dzisiaj w Kościele znowu słyszeliśmy przypowieść o synu marnotrawnym. Pisałem już o tym, ale było to pół roku temu, więc myślę, że mogę znowu napisać na ten temat parę słów.

 

Wszyscy wiemy, że ta przypowieść jest o synu, który przepuścił swój majątek i postanowił powrócić do domu ojca i o przebaczającym, kochającym ojcu, który z radością czeka na powracającego syna. Ale dla mnie ta przypowieść przede wszystkim jest o starszym synu. A nawet jak nie „przede wszystkim”, to na pewno także o nim. Tymczasem my często w ogóle nie zauważamy tego aspektu i często go pomijamy.

 

Pamiętamy wszyscy przypowieść o faryzeuszu, który czuł się lepszy od celnika, błagającego Boga o zmiłowanie.  Jezus wyraźnie tam uczy, że to celnik, nie faryzeusz jest usprawiedliwiony. Przypowieść o synu marnotrawnym mówi nam dokładnie to samo. Bóg jest miłosierny i cieszy się z każdego nawróconego grzesznika. Ale grzesznikiem jest każdy z nas. Tego nie widział starszy syn, uważając, że jest taki dobry, że nie potrzebuje za nic przepraszać ojca.

 

Ta przypowieść jest o naszej zawiści. My często chcemy posłać innych „do diabła”. I to dosłownie. Gdy sobie uświadomimy, że oni, grzesząc całe życie nawrócili się przed śmiercią, to zalewa nas żółć ze złości. „Po co my całe życie staraliśmy się być dobrzy, jak on cale życie grzeszył, używał sobie i kpił z Boga, a teraz ma wszystko darowane? Gdzie tu sprawiedliwość?” To jest jednak bardzo niebezpieczne rozumowanie i to co najmniej z dwóch powodów. Pozwólcie, że wytłumaczę.

 

Po pierwsze nie byłbym taki szybki w domaganiu się sprawiedliwości od innych. Dlaczego? Choćby dlatego, że każdego dnia prosimy Boga:

„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

I nie jest to modlitwa wymyślona przez nasze babcie, to są słowa samego Jezusa, z Kazania na Górze. A gdyby ktoś uważał, że błędnie interpretuję te słowa, to zacytuję komentarz samego Jezusa. On chyba wiedział, co chciał powiedzieć i tak to sam wyjaśnia:

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6,14-15)

Biblia i w innych miejscach uprzedza nas, żeby nie osądzać innych, bo takim samym sądem jak my osądzamy, osądzą i nas:

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka /tkwi/ w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7,1-5)

Mocne słowa i nie łudźmy się, że to nie do nas są one skierowane. Są one przeznaczone dla każdego z nas.

 

A co z tym, że Bóg jest „niesprawiedliwy”? Że nie jest to fair, że traktuje tak samo tych, którzy są mu wierni całe życie, jak tych, co nawrócili się w ostatniej chwili? Na to także mamy odpowiedź w Słowie Bożym, w innej przypowieści, o robotnikach pracujących w winnicy. Znamy ją wszyscy, a kończy się ona tymi słowami:

[…]A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? (Mt 20, 8-15)

Najlepiej to można zrozumieć, gdy jest się samemu ojcem. Gdyby mój syn narozrabiał, popadł w konflikt z prawem, a szczerze byłby skruszony i wiedziałbym, że z całego serca pragnie poprawy, wcale nie pragnąłbym dla niego surowego wyroku. Modliłbym się z całego serca, żeby sędzia zlitował się nad nim i darował mu karę. Tak chyba czuł by każdy ojciec i każda matka. Bóg jest Ojcem nas wszystkich. Ojcem i sędzią, ale przede wszystkim nas kocha. Gdy więc widzi, że żałujemy i pragniemy poprawy, z wielką radością daruje nam karę.

 

Jest jednak i drugi aspekt, dla którego nie powinniśmy zazdrościć tym, którzy grzeszyli całe życie. Czyjś grzech w ogóle nie powinien być przedmiotem naszej zazdrości. Jeżeli jedyną motywacją, dla której nie grzeszymy jest strach przed gniewem Boga i karą, to coś nie tak z nami. To dowód, że tak naprawdę Go nie kochamy. Takim chyba właśnie był starszy syn z dzisiejszej przypowieści.

 

Jeżeli bowiem kochamy Boga, to zawsze żałujemy, że Go zraniliśmy. Zawsze żałujemy każdego grzechu. Boli nas także to, że inni grzeszą i zazdrość, że oni sobie „używają” jest niewyobrażalna. Znowu przychodzi na myśl starszy brat marnotrawnego syna, który właśnie tak to widział:

Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. (Łk 15,30)

Słysząc jego wymówki widzimy tę zazdrość, że jego brat używał sobie i teraz uniknął kary, a w ogóle nie wdać żalu, że brat ranił ojca i radości, że się w końcu nawrócił. Jedyny żal, jaki jest w stanie wzbudzić w sobie starszy brat, to taki, że to nie on był tym, który trwonił majątek ojca.

 

To piękna przypowieść i bardzo mądra, bo pokazuje nam, jacy naprawdę jesteśmy. Każdy z nas jest trochę jednym, trochę drugim bratem. I o ile nie mamy problemu z identyfikowaniem się z synem marnotrawnym, to dobrze by było, żebyśmy ujrzeli także w sobie starszego brata. Tego zawistnego, uważającego się za lepszego i niezdolnego do radości, że inni się nawrócili i że ich przygarnął miłosierny Ojciec. A przecież:

"Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.” (1 J 4,20)

Powyższy tekst był już zamieszczony na moim forum. Zrobiłem tylko niewielkie poprawki. Komentarze do czytań, do Ewangelii mają to do siebie, że są ciągle aktualne. Ja jednak chciałbym coś do tych słów dodać. Coś, co mi nie daje od jakiegoś czasu spokoju.

 

Gdy Maryja spotkała dzieci w Fatimie, w dniu 13 lipca powiedziała im:

Ofiarujcie się za grzeszników i powtarzajcie wielokrotnie – zwłaszcza gdy będziecie czynić jakąś ofiarę – "O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, w intencji nawrócenia grzeszników oraz jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi".

Tylko… co to znaczy? Czy my się nad tymi słowami kiedyś zastanowiliśmy? Maryja nas wzywa do czegoś bardzo konkretnego. Do czynienia ofiar w intencji nawrócenia grzeszników. Namawia nas, wzywa, byśmy czynili ofiary, aby je ofiarować Bogu za … no właśnie. Za kogo? Za tych, których tak chętnie wysyłamy do diabła. Za Michników i agentów, za Urbana, TVN, PO i ktokolwiek nam leży na wątrobie i jest w naszej duszy uosobieniem diabła.

 

W czasie kolejnego spotkania, 19 sierpnia, Matka Boża znowu poleciła dzieciom praktykowanie umartwień:

Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.

To będzie także nasza wina, że "wiele dusz pójdzie do piekła". Z drugiej strony nie będzie chyba błędem twierdzenie, że gdyby każdy z nas zaczął się umartwiać w tych intencjach i ofiarował swe umartwienia Jezusowi, przez ręce Maryi, wygralibyśmy wszystkie żyjące dusze. A jeżeli wszyscy ludzie staliby się świętymi (bo przecież tylko tacy zdobywają Niebo) – to jakie by to miało konsekwencje dla naszego życia na Ziemi? Nietrudno to sobie wyobrazić.

 

W czasie dzisiejszych czytań słyszeliśmy nie tylko "Przypowieść o Synu Marnotrawnym", ale także przypowieści o zagubionej monecie i zaginionej owcy. Obie nas uczą tego samego: Wielka jest radość w Niebie z każdej nawróconej osoby. I wielki żal, wielki smutek z powodu każdej duszy utraconej na zawsze. Nie wspomagajmy kudłatego, nie bądźmy jego sługusami. Nie zachowujmy się tak, by przez nas inni odchodzili od Boga.

 

Powtarzałem to już wiele razy, powtórzę pewnie jeszcze nie raz: To nie Michniki, nie bolki, nie agenci bezpieki, nie dziennikarze TVN-u, nie Urban, nie Komorowski i nie Tusk są naszymi wrogami. Nie osądzając niczyjej duszy można powiedzieć jednak, że każdy grzesznik jest pacjentem, kimś śmiertelnie chorym, któremu my możemy dać życie. Nie przez obrzucanie go wyzwiskami, ale przez ofiarowanie za niego cierpień, wyrzeczeń.

 

Ale jak to zrobić? Można ofiarować te cierpienia, których nam nie skąpi nasze życie. Nasze choroby, boleści, te fizyczne i te ze sfery naszej psychiki. Ale to nie wszystko. Maryja najwyraźniej wymagała od dzieci z Fatimy czegoś więcej. I dzieci to zrozumiały. Czytając ich biografie widzimy, jak wiele dobrowolnych wyrzeczeń przyjmowały na siebie. Cytat za jedną ze stron internetowych:

Dzieci szukały wciąż nowych możliwości i sposobów ponoszenia ofiar za grzeszników. W czasie upałów rezygnowały z napojów. Jedzenie oddawały biednym dzieciom. Ze sznura robiły pokutne powrozy, którymi bardzo mocno oplatały ciała, aż do krwi. Wiązkami pokrzyw biczowały sobie nogi. Początkowe małe poświęcenia urosły z czasem do ponoszenia ofiar, przerastających dziecięce siły. O ponoszeniu tak wielkich ofiar nie wiedział żaden z mieszkańców wioski ani rodzice dzieci.

Do tego dochodziły modlitwy, różaniec. A my? Maryja nie przyszła do Fatimy, by zmienić życie trójki małych dzieci, ale by nas czegoś nauczyć. Albo raczej by nam coś przypomnieć. I to przesłanie jest dziś jeszcze bardziej aktualne niż wtedy.

 

Czytam teraz Opowieści z Narni CS Lewisa. Jak wszyscy pamiętamy, w Narni żyją zwierzęta mówiące ludzkim głosem. Ale także są tam "normalne", drapieżne zwierzęta, groźne dla ludzi. W "Księciu Kaspianie" jeden z takich niedźwiedzi niemal nie zabił Łucji, a jej siostra, Zuzanna, nie obroniła jej, bo obawiała się, że zabije mówiącego niedźwiedzia. Wiele lat po tym, jak Aslan, a potem dobry król Piotr z rodzeństwem opuścili Narnię, wiele zwierząt się "zezwierzęciło". Po tym incydencie Lucy mówi:

— Czy to nie byłoby straszne, gdyby pewnego dnia w naszym świecie, na Ziemi, ludzie zdziczeli w środku jak te zwierzęta tu, w Narnii, a z zewnątrz wyglądaliby nadal jak zwykli ludzie, tak że nigdy by się nie wiedziało, z kim się ma do czynienia?

Obawiam się, że to się już stało. Zaledwie pół wieku po wydaniu książki Lewisa. I choć, zdaje się, dla zwierząt w Narnii nie było już ratunku, to dla ludzi zawsze jest. I to także zależy od nas.

 

Ale "od nas" to nie znaczy nic. My o tym, że coś zależy "od nas" wiemy. Ja chciałem powiedzieć, że to zależy ode mnie i od Ciebie. Konkretnie ode mnie i konkretnie od Ciebie. Właśnie od Ciebie, od nikogo innego. Bo to tylko Ty możesz zmienić, jeżeli nie robisz tego jeszcze. I tylko ja. Tu nie ma żadnych innych. Jak śpiewał kiedyś Zwoźniak w piosence "Plaga zaimków""

Powiedzmy sobie szczerze raz na jakiś czas: przecież nie ma tu nikogo oprócz NAS!

Komentarzy: 27


A gdzie "TO" jest w Biblii? Czcze powtarzanie.

Kategoria: Modlitwa Tuesday, 13 July 2010, 06:59

W polskim tłumaczeniu tracimy trochę znaczenie tego, co Jezus powiedział w Kazaniu na Górze, ale gdy spojrzymy na grecki tekst widzimy, że nasz Pan zabrania czczego powtarzania modlitw. W polskich tłumaczeniach Mt 6,7 brzmi tak:

Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. (BT)

 

A modląc się, nie bądźcie wielomówni jak poganie; albowiem oni mniemają, że dla swej wielomówności będą wysłuchani. (BW)

 

A modląc się nie mówcie wiele jak poganie. Im się wydaje, że dzięki wielomówności zostaną wysłuchani. (BP)

Ja oczywiście nie znam greki, ale w angielskim ta wielomówność, czy gadatliwość zwykle jest tłumaczona jako "vain repetition", czyli czcze, daremne, próżne powtarzanie. Greckie słowo, jakie tam mamy, wygląda tak:

βατταλογήσητε;    battalogēsēte

i jest przetłumaczone jako

use vain, meaningless repetitions

Słowo to występuje w Biblii tylko raz, więc nie można go zobaczyć w innym kontekście, ale trudno negować to, co podaje większość słowników grecko-angielskich.

Katolickie wersje Biblii różnie tłumaczą to słowo. Na przykład New American Bible, używana w USA podczas liturgii, w taki sposób:

In praying, do not babble like the pagans, who think that they will be heard because of their many words.

Podobnie New Jerusalem Bible, najpopularniejsze, poza Stanami, angielskojęzyczne tłumaczenie Biblii:

In your prayers do not babble as the gentiles do, for they think that by using many words they will make themselves heard.

Douay-Rheims Bible, najstarsza katolicka Biblia po angielsku tak tłumaczy:

And when you are praying, speak not much, as the heathens. For they think that in their much speaking they may be heard.

Większość protestanckich wersji używa sformułowania "vain repetition". A ja nie bez powodu tyle czasu poświęcam temu wersetowi, bo jest on często używany jako argument przeciwko modlitwie różańcowej. Często antykatolicko nastawieni protestanci i fundamentaliści chrześcijańscy używają tego wersetu, by wykazać, że modlitwa różańcowa, podczas której powtarzane są w kółko te same słowa, jest zabroniona przez Biblię, a zatem niemiła Bogu.

 

Oczywiście, jak wszystkie inne zarzuty, ten także jest bezsensowny. Werset ten bowiem nie zabrania powtarzania modlitw, ale mówi, że nie mają sensu "vain repetitions". Czcze, próżne, czy bezmyślne powtarzania. Tymczasem różaniec to nie mantra. Istotą, duszą różańca jest rozważanie życia Jezusa widzianego oczami Jego Matki. Gdy ktoś odmawia różaniec jak mantrę, to nie modli się modlitwą różańcową, ale praktykuje wschodnie medytacje jedynie w formie przypominającej chrześcijańską modlitwę. A to, tu chyba zgadzamy się wszyscy, rzeczywiście nie jest Bogu miłe.

 

To wszystko, co powiedziałem wyżej, to nie jest żaden argument dla "Bible Christians". Niektórzy z nich są tak radykalni, że zawsze modlą się własnymi słowami. Nawet Modlitwy Pańskiej nie odmawiają, bo to także byłoby powtarzanie. Czy jednak mają oni rację? I jak im można wykazać, i to cytując Biblię, że się mylą?

 

To proste. W Biblii mamy przykłady modlitw polegających na powtarzaniu. Zatem jest oczywiste, że to nie w powtarzaniu problem, ale w "czczym" powtarzaniu. Gdy powtarzamy coś w sposób gorliwy, to nie tylko nic i nikt tego nie zabrania, ale taka modlitwa jest Bogu miła i do tego bywa bardzo skuteczna.

Alleluja. Chwalcie Pana, bo dobry, bo Jego łaska na wieki.

Chwalcie Boga nad bogami, bo Jego łaska na wieki.

Chwalcie Pana nad panami, bo Jego łaska na wieki.

On sam cudów wielkich dokonał, bo Jego łaska na wieki

(Psalm 136, modlitwa "bo Jego łaska na wieki" jest tu powtórzona 26 razy)

 

I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty. Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe. Powtórnie odszedł i tak się modlił: Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich, i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja! Potem przyszedł i znów zastał ich śpiących, bo oczy ich były senne. Zostawiwszy ich, odszedł znowu i modlił się po raz trzeci, powtarzając te same słowa. (Mt 26,39)

 

Cztery Zwierzęta – a każde z nich ma po sześć skrzydeł – dokoła i wewnątrz są pełne oczu, i spoczynku nie mają, mówiąc dniem i nocą: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi. A ilekroć Zwierzęta oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Zasiadającemu na tronie, żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Zasiadającym na tronie i oddaje pokłon żyjącemu na wieki wieków, i rzuca przed tronem wieńce swe, mówiąc: Godzien jesteś, Panie i Boże nasz, odebrać chwałę i cześć, i moc, boś Ty stworzył wszystko, a dzięki Twej woli istniało i zostało stworzone. (Ap 4, 8-11)

Są jeszcze dwie przypowieści, które co prawda nie mówią wprost o powtarzaniu tych samych słów w modlitwie, ale uczą nas, że wytrwała modlitwa, "naprzykrzanie się Bogu" ma wielką moc. Jest skuteczna, a zatem Bogu miła:

Dalej mówił do nich: Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. (Łk 11, 5-10)

 

W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? (Łk 18, 2-7)

Komentarzy: 7


Nowenna za papieża Benedykta XVI

Kategoria: Modlitwa Thursday, 04 November 2010, 06:26

Rycerze Kolumba proszą, byśmy się wszyscy przyłączyli do nich w modlitwie za naszego Ojca Świętego, Benedykta XVI. Za dziewięć dni minie piąta rocznica jego wyboru na następcę Świętego Piotra. W związku z nieustającymi atakami na Jego Świątobliwość wspomóżmy go naszymi modlitwami.

 

Cytat ze strony Rycerzy Kolumba:

Zapraszamy wszystkich Rycerzy do uczestnictwa w specjalnej nowennie w intencji papieża Benedykta XVI, rozpoczynającej się w Niedzielę Miłosierdzia Bożego 11 kwietnia, a kończącej się w poniedziałek 19 kwietnia w piątą rocznicę wyboru Ojca Świętego w 2005 roku.

Modlimy się za papieża, za jego pasterską misję, prosząc Boga by chronił, wzmacniał i pocieszał naszego umiłowanego Ojca Świętego w tych szczególnie trudnych momentach.

 

MODLITWA ZA PAPIEŻA BENEDYKTA XVI

 

Panie, który jesteś Źródłem wiecznegożycia i prawdy, napełnij Twego pasterza Benedykta duchem odwagi i roztropności, duchem wiedzy i miłości. Spraw, by jako następca Apostoła Piotra i Zastępca Chrystusa, wiernie rządził ludem sobie powierzonym i przemieniał Twój Kościół w sakrament jedności, miłości i pokoju dla całego świata. Amen.

 

P/ Módlmy się za naszego Papieża Benedykta.

R/ Niech Pan go strzeże, Zachowa przy życiu, Darzy błogosławieństwem na ziemi i broni go przed nieprzyjaciółmi.

P/ Niech Twoja dłoń spocznie na Twoim świętym słudze.

R/ I na Twoim synu, którego namaściłeś.

Ojcze nasz…. Zdrowaś Maryjo…. Chwała Ojcu…

 

RYCERZE KOLUMBA

Solidarni z Ojcem Świętym

Komentarzy: 1


Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy

Kategoria: Modlitwa Thursday, 04 November 2010, 06:04

Przez ostatnie kilka dni jechałem, trasa z Południowej Karoliny do Oregonu. A jadąc, zawsze mi przychodzą do głowy pomysły na nową notkę na blogu. Ciekawa wymiana zdań między Cejrowskim i Hołownią w  programie "Bóg w wielkim mieście",  artykuł w Wall Street Journal o tym, co Polacy myślą o Stanach Zjednoczonych, czy George Weigel w  EWTN mówiący o ostatnich atakach na papieża Benedykta… i nagle wczoraj rano wszystko to okazało się tak mało istotne, takie nieważne…

Wczoraj był ostatni dzień Nowenny do Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus powiedział siostrze Faustynie co ma zrobić w  dziewiątym dniu Nowenny:

Dziś sprowadź mi dusze oziębłe i zanurz je w przepaści miłosierdzia Mojego. Dusze te najboleśniej ranią Serce Moje.

Oczywiście nie znam serc ofiar tej ogromnej tragedii, jaka wczoraj się wydarzyła pod Smoleńskiem, ale wiem, jak niektórzy z polityków tragicznie zmarłych w tej katastrofie podchodzili do wiary. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to o ich duszach mówił Pan Jezus…

 

Myśląc o tym przypomniałem sobie inne dni Nowenny. W siódmym dniu modliliśmy się o dusze, które szczególnie czczą i wysławiają miłosierdzie Boże. Dzień wcześniej dusze ciche i pokorne. W innych dniach modliliśmy się o dusze kapłańskie i o dusze heretyków i odszczepieńców. Dusze tych, co nie znają jeszcze Jezusa i dusze pobożne i wierne. Dusze czyśćcowe i o całą ludzkość.

 

One wszystkie były w tym samolocie…

 

Tak niedawno, zaledwie dziesięć dni temu, choć wydaje się, że to bylo przed wiekami, napisałem:

 

"Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia.[…]

Wkrótce lecę do Polski. A samolot przecież jest cięższy od powietrza. Ja wiem, że lata, wszyscy tak mówią. Zresztą leciałem już nad oceanem kilkanaście razy i za każdym się udawało. Ale przecież tak naprawdę nigdy nie wiadomo.[…]

Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i  używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)

Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!"

 

Nie jestem prorokiem, ani synem proroka. Nie miałem ambicji pisania słów, które tak szybko się sprawdzą. Wiele bym dał, by się one nigdy nie sprawdziły. Jednak ta tragedia, jaka się wczoraj wydarzyła w jakiś okrutny sposób potwierdza prawdziwość moich słów.

 

Wczoraj cały dzień słuchałem Polskiego Radia. znowu było bardzo "religijne". Panowie redaktorzy nie wstydzili się mówić o Bogu, o wierze, o tym co ważne. Dokładnie tak samo, jak pięć lat temu. Śmierć zawsze nam urealnia i przybliża Boga. Ale czy to musi być właśnie tak?

 

Ile czasu minie, zanim to potworne wydarzenie stanie się znowu tylko notką w podręcznikach historii? Ile czasu minie, zanim zapomnimy to, co dziś odczuwamy? Miesiąc? Dwa? I co tu jest tak naprawdę największą tragedią?

 

Ponieważ u nas w rodzinie każdego roku ktoś leci przez ocean i zawsze ten element obawy istnieje, czasem, przypominając przed podróżą o potrzebie pogodzenia się z Bogiem w Sakramencie Pojednania, żartobliwie przypominam bliskim słowa księdza Kordeckiego z Potopu:

Zaprawdę, powiadam wam, jeśli prochy nas wyrzucą, to tylko liche ciała nasze, tylko doczesne zwłoki opadną z powrotem na ziemię, a dusze już nie wrócą…  Niebo otworzy się nad nimi i tam wejdą w wesele, w szczęśliwość, jako morze bez granic. Tam Jezus Chrystus je przyjmie i ta Matka Najświętsza, i wyjdzie przeciw nich, a one jako pszczoły złote siędą na Jej płaszczu i w światłości się zanurzą, i w oblicze Boga patrzeć będą…

To może było kiedyś zabawne, dziś nie jest. Jest jednak jakże prawdziwe. Bo śmierć fizyczna, śmierć niespodziewana zawsze jest tragedią, ale ciągle jest niczym w porównaniu do śmierci duchowej. Śmierć fizyczna wszystko kończy tutaj, dla nas, dla tych, którzy zostali wśród żywych. Ale nie dla tych, którzy odeszli. Dla nich nie jest końcem, jest początkiem. I tak będzie dla każdego z nas. Czy jesteśmy gotowi?

 

Jakże mało ważne są dziś sprzeczki i kłótnie polityków. Jakże nieistotne się wydają wobec majestatu śmierci. Dziś każda z tych ofiar tragedii stoi twarzą w twarz z Bogiem. Tylko to się liczy. I każdy z nich, niezależnie od tego, czy to stewardessa, czy prezydent Polski, zdają relację z talentów, które otrzymali.

A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył. (Łk 10,25-28)

Jezu, Boże Miłosierny! Przyjm do swego Królestwa swe dzieci, tak tragicznie zmarłe w tej niewyobrażalnej katastrofie. Zmiłuj się nad nami!

Komentarzy: 18


Siedem ostatnich słów Jezusa. 7. "Ojcze, w Twoje ręce..."

Kategoria: Modlitwa Monday, 04 January 2010, 17:39

Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha. (Łk 23,46)

Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.

 

Ja jednak myślę, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć. Trudniej szczerze wypowiedzieć je teraz. Dziś. W tym momencie. Czasem bowiem jest trudniej żyć dla Boga, niż dla Niego i z Nim umierać.

 

Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.

 

Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia.

 

Jak wiecie, jestem kierowcą. Gdy jestem w trasie, każdego dnia pokonuję tysiąc kilometrów. A w drodze, jak to w drodze.  Pijani kierowcy. Zmęczenie. Nastolatki wysyłający SMS-y i truckerzy z laptopami obok siedzenia kierowcy. Każda podróż może być ostatnia.

Wkrotce lecę do Polski. A samolot przecież jest cięższy od powietrza. Ja wiem, że lata, wszyscy tak mówią. Zresztą leciałem już nad oceanem kilkanaście razy i za każdym się udawało. Ale przecież tak naprawdę nigdy nie wiadomo.

Ale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotową, by przedwcześnie pożegnać się z życiem. Można we własnym łóżku nie obudzić się już następnego ranka. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.

Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)

Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!

 

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.

Dziś ze mną będziesz w raju

Oto syn twój. Oto Matka twoja

Boże Mój, Boże Mój, czemuś Mnie opuścił?

Pragnę! … Wykonało się.

Komentarzy: 5


Siedem ostatnich słów Jezusa. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

Kategoria: Modlitwa Tuesday, 30 March 2010, 20:41

Eli, Eli, lema sabachthani?to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46b)

Słuchając nauk protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale „pokryci czystością Jezusa” i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.

 

Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa transakcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.

 

Choć w powyższym stwierdzeniu jest pewna część prawdy, to ważne jest, by wiedzieć, że  Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest zaledwie zalegalizowana niesprawiedliwa transakcja. My nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. Nasza odmiana nie jest zaledwie prawną deklaracją. Jest, musi być czymś rzeczywistym.

 

Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27), zatem my, by osiągnąć zbawienie, musimy przejść przez rzeczywisty proces oczyszczenia. Poza tym nawet na „chłopski rozum”, jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem?

 

To prawda, że my sami nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie. Dlatego Jezus stał się jednym z nas, stał się Człowiekiem. Tylko On, będać prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem mógł usatysfakcjonować ten wymóg i z miłości do nas ofiarować nam zbawienie w formie niczym przez nas niezasłużonego daru. Ale nie znaczy to wcale, że zrobił to sam. Sam w sensie Drugiej Osoby Boskiej.

 

W pewnym sensie to także  Bóg Ojciec umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości. Bo jest tylko jeden Bóg i nie da się oddzielić Ojca od Syna. Gdzie jest jedna Osoba Trójcy Świętej, tam są one wszystkie.

 

Cała ta nauka wielu protestanckich wspólnot jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.

 

Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam „sformatowanie twardego dysku”, wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak „kupa gnoju pokryta śniegiem” (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.

 

Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczniów, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.

 

Przypomina się pewna, bardzo popularna w USA, szczególnie wśród protestantów, opowieść o śladach na piasku:

Pewna osoba miała sen: Spacerowała po plaży z Panem, a na niebie wyświetlały się sceny z jej całego życia. Gdy doszła do końca plaży, odwróciła się i zobaczyła, że w najtrudniejszych momentach na piasku pozostawały tylko pojedyncze ślady. Zapytała z pretensją w głosie Jezusa: "Panie, obiecałeś, że jeżeli pójdę za Tobą, zawsze będziesz ze mną i nigdy mnie nie opuścisz!" Jezus odpowiedział: "Ja dotrzymałem swej obietnicy. Kocham cię i zawsze jestem przy tobie. A tylko dlatego w tych trudnych chwilach życia widzisz pojedyncze ślady, bo wtedy niosłem cię na rękach."

Bóg jest uczciwy. Jego Miłość jest nieograniczona. Jego cierpienie na Krzyżu było prawdziwe, pełne i niczym nie stłumione. W swej ludzkiej naturze Jezus czuł się opuszczony. Ten, który potrzebował wsparcia, nie odczuwał nic, poza bólem i samotnością. Bóg Ojciec nie dał Mu żadnej ulgi, On sam nie pomógł sobie. Zrobił tak, by nam pokazać, jak wielkim złem jest grzech i jaką cenę trzeba za jego odkupienie zapłacić. By nam pokazać, jak bardzo nas ukochał.

 

Jak pisałem poprzednio, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, czyli Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna i doskonała. Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy. Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był „nie fair” w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.

 

Drugą przyczyną, o której często zapominamy, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien Psalm. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z nich.

 

Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Albo raczej nie na tego mesjasza oczekiwali. Bowiem nie były Żydom niewiadome przepowiednie i proroctwa o cierpiącym słudze. Teraz, w Wielkim Tygodniu, czytamy o nim w Księdze Proroka Izajasza, te proroctwa były także Żydom doskonale znane. Jednak oni myśleli, że to będą dwie zupełnie inne osoby. Oczekiwany mesjasz miał być wojownikiem, poprowadzić powstanie przeciw Rzymowi, a cierpiący sługa mógł sobie zaczekać. Nikt go tak naprawdę specjalnie nie oczekiwał.

 

Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22,  przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali. Pokazuje, że to On jest Mesjaszem, który jest najpierw cierpiącym sługą, a zwycięstwo, jakie przynosi nie jest militarne, nie jest nad Rzymem, ale nad grzechem, nad Złym, nad potępieniem. Przynosi życie wieczne, nie militarne, czy polityczne sukcesy.

 

Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiadał co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:

 

"Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.

Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.

A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!

Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;

do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.

Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.

Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:

Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.

Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona;

Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.

Tobie mnie poruczono przed urodzeniem,

Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,

Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.

Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.

Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.

Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości;

jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.

Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia,

kładziesz mnie w prochu śmierci.

Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.

Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości.

A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.

Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka;

Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!

Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro,

wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!

Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:

Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba;

bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!

Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka,

ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego.

Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.

Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.

Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.

Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi;

i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.

Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.

A moja dusza będzie żyła do Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił."

"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."

"Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w  raju."

"Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja."

"Pragnę"  "Wykonało się"

"Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego!"

Komentarzy: 6


Siedem ostatnich słów Jezusa. 2.

Kategoria: Modlitwa Monday, 29 March 2010, 02:42

Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,43)

Słowa Jezusa do „dobrego łotra”, Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, że uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.

 

Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:

 

Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)

 

Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi.

 

Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.

 

Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od niego i od nas wszystkich wymaga.

 

Siedem ostatnich słów Jezusa. 1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)

3. "Oto Matka twoja"

4. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

5. "Pragnę"  6. "Wykonalo się"

6. "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego"

Komentarzy: 6


Siedem ostatnich słów Jezusa. 1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)

Kategoria: Modlitwa Sunday, 28 March 2010, 08:25

Nie będzie to całkiem siedem słów, raczej siedem tematów, zdań czy poleceń, jakie nam Jezus przekazał. Nie będą też one całkiem ostatnie, bo później jeszcze przez 40 dni Jezus przebywał wśród swych uczni i dalej przez mistyków, jak choćby w ostatnim stuleciu przez Świętą Faustynę, przekazuje nam swe słowa. Ale są to ostatnie słowa Jezusa w Jego ziemskim życiu. Po zmartwychwstaniu Jezus ukazywał się już w swej uwielbionej postaci, było to już jakby objawienie, widzenie. Przechodził przez zamknięte drzwi, zjawiał się i znikał niespodziewanie, nie miał już takich ograniczeń, jakie daje nam nasze zwykłe ciało. Dlatego to słowa z Krzyża były w pewnym sensie Jego ostatnimi słowami.

 

Słowa te są niezwykle ważne z jeszcze jednego powodu. Od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera zazwyczaj z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany.

 

Gwoździe w dłoniach, czy nadgarstkach rąk najprawdopodobniej uszkadzały nerw łączący najbardziej czułe miejsca w organizmie człowieka, opuszki palców i miejsce między palcami. Uszkodzenie tego nerwu było niezwykle bolesne samo w sobie, każda próba oddechu powodowała dodatkowy ucisk na niego, powodując zwiększony, trudny do opisania ból.

 

Dlatego właśnie słowa, które powiedział Jezus z Krzyża są tak niezwykle ważne. Ponieważ wiedział On, że będzie ukrzyżowany, wiedział też, że po zmartwychwstaniu powróci do uczniów, to z Krzyża powiedział tylko te rzeczy, które były naprawdę ważne i niezbędne do powiedzenia w tych okolicznościach. Nie zajmował się On w najważniejszym momencie nie tylko swego ludzkiego życia, ale w najważniejszym momencie całej historii ludzkości rzeczami błahymi. Tego możemy być pewni. Do tego sam fakt, że było ich siedem, liczba mająca symboliczne znaczenie pełni, doskonałości i do tego znacząca w języku hebrajskim tyle, co „przymierze” też nie jest bez znaczenia.

 

O wielu tych rzeczach już pisałem, więc czasem zamieszczę linki do wcześniejszych tekstów. O innych opowiem po raz pierwszy. (Ten tekst powstał przed paru laty) Zapraszam tu za dzień-dwa ponownie i mam nadzieję że te moje spostrzeżenia pomogą nam wszystkim w głębszym przeżywaniu tego najważniejszego okresu w Roku Liturgicznym.

 

Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23,34a)

 

Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.

 

Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia.

 

Zrozumienie tego jest dla tego ważne, że nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.

 

Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.

 

Święty Paweł napisał:

 

Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.(Rz 12,19-21).

 

Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.

 

Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?

 

A o potrzebie wybaczania pisałem przed laty w  tym felietonie. Zapraszam do przeczytania i tego tekstu.

2. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,43)

3. "Oto Matka twoja"

4. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

5. "Pragnę" 6. "Wykonało się"

7. "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego"

 

Komentarzy: 3


Świadectwa

Kategoria: Modlitwa Friday, 19 February 2010, 04:17

Jedną z moich ulubinych audycji w radiu i TV EWTN jest program "The Journey Home". Gospodarzem programu jest Marcus Grodi, były pastor i kolega Scotta Hahna z protestanckiego seminarium duchownego, a gośćmi programu są konwertyci na katolicyzm, opowiadający o swojej drodze do Kościoła.

 

O ile wiem, także TV Trwam nadawała jakiś czas te programy. Nie jestem pewien, czy robi to nadal i nie o tym chciałem pisać. Chciałem tylko zwrócić uwagę na wielką moc tego typu świadectw.

 

Każdy z nas w jakiś sposób doświadczył Boga. Każdy z nas ma coś do opowiedzenia. I te świadectwa mają olbrzymią siłę. Kilka z nich znajduje się tu, na "Frondzie" Polecam je każdemu, każdy powinien je przeczytać. A ja, na swoim forum także postanowiłem wydzielić osobny dział zatytułowany "ŚWIADECTWA", by te, z którymi się ktoś ze mną podzielił, tam zamieszczać.

 

Stąd moja prośba do każdego z Was. Jeżeli byś mógł, jeżeli byś mogła, opowiedz o swoim spotkaniu z Bogiem Opowiedz o swojej drodze do Niego. O tym jak On w Twoim życiu potężnie zadziałał. I nic nie szkodzi, jeżeli nasze przeżycia nie są tak dramatyczne, jak np. Darka, którego świadectwo jest na moim forum. Zapewne to lepiej, bo obawiam się, że ja bym nie potrafił tak, jak on. Moja wiara nie jest aż taka wielka. Jednak każde świadectwo jest potrzebne i każde umacnia braci.

 

Zatem, jeżeli się zgodzisz, opowiedz o sobie, a ja zamieszczę to świadectwo u siebie. Może być podpisane tylko pseudonimem, możesz napisać swe prawdziwe imię. Nie to jest ważne. Ważne, by Twoje przeżycia były autentyczne. Gorąco z góry za wszystkie świadectwa dziękuję.

 

Kontakt ze mną: piotrjaskiernia@wp.pl albo egosum@wp.pl  gg 1019688  skype "nietolerancyjny"

 

http://fronda.pl/marek_blaszkowski/blog/o_zlych_snach_moje_zycie

http://www.fronda.pl/pawel888/blog/moje_z_nim_spotkanie

http://www.fronda.pl/pawel888/blog/o_ojcostwie

http://fronda.pl/extol/blog/ku_chwale_boga_ojca

http://www.fronda.pl/fronda_pl_sorkovitz/blog/swiadectwo

Komentarzy: 4


Bądź mądrzejszy od Salomona

Kategoria: Modlitwa Tuesday, 02 November 2010, 22:09

Dzisiejsze czytanie ze Starego Testamentu:

 

Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym i wskutek tego serce jego nie pozostało tak szczere wobec Pana, Boga jego, jak serce jego ojca, Dawida. Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów. Salomon dopuścił się więc tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa Panu, jak Dawid, jego ojciec. Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów. Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom. Pan rozgniewał się więc na Salomona za to, że jego serce odwróciło się od Pana, Boga izraelskiego. Dwukrotnie mu się ukazał i zabraniał mu czcić obcych bogów, ale on nie zachował tego, co Pan mu nakazał. Wtedy Pan rzekł Salomonowi: Wobec tego, że tak postąpiłeś i nie zachowałeś mego przymierza oraz moich praw, które ci dałem, nieodwołalnie wyrwę ci królestwo i dam twojemu słudze. Choć nie uczynię tego za twego życia ze względu na twego ojca, Dawida, to wyrwę je z ręki twego syna. Jednak nie wyrwę całego królestwa. Dam twojemu synowi jedno pokolenie ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na Jeruzalem, które wybrałem. (1 Krl 11,4-13)

 

Gdy go słuchałem, myślałem o tych wszystkich dyskusjach na forum i notkach blogerów o politycznej sytuacji Polski, o Unii Europejskiej, o tym, co musimy zrobić, by zbawić Polskę, przywrócić Jej niepodległość, czy też na kogo głosować w najbliższych wyborach. Tymczasem powyższe słowa Pisma Świętego dają nam całkiem jasną i dość zaskakującą odpowiedź na nasze dzisiejsze polityczne problemy.

Przypomnę, że Naród Wybrany, niemal tysiąc lat po Abrahamie i paręset lat po Wyjściu z Egiptu, stał się światowym mocarstwem. Przez militarne podboje króla Dawida i przez sojusze mądrego Salomona Izrael pod rządami tego ostatniego był prawdopodobnie największą potęgą polityczną i gospodarczą na całym ówczesnym świecie. Możemy to wnioskować między innymi z tego faktu, że Salomon miał 700 żon i trzysta „żon drugorzędnych”. Żony Salomona to były niemal z całą pewnością gwarantki dobrowolnych sojuszy państw i księstw z całego regionu, „żony drugorzędne” zapewne zakładniczkami, córkami wodzów podbitych terenów, lenników Salomona.

Plan Boga był doskonały. Izrael nie miał się izolować od wszystkich, ale miał, poprzez mądrość swego władcy, nauczyć wszystkie narody o prawdziwym Bogu. I na początku to działało calkiem dobrze, jak ilustruje to poniższy fragment Księgi Królewskiej:

 

Również i królowa Saby, usłyszawszy rozgłos mądrości Salomona, przybyła, aby przez rozstrząsanie trudnych zagadnień osobiście się o niej przekonać. […] Następnie przyszła do Salomona i odbyła z nim rozmowę o wszystkim, co ją nurtowało. Salomon zaś udzielił jej wyjaśnień we wszystkich zagadnieniach przez nią poruszonych. Nie było zagadnienia, nieznanego królowi, którego by jej nie wyjaśnił.[…]Przemówiła do króla: Prawdziwa była wieść, którą usłyszałam w moim kraju o twoich dziełach i o twej mądrości. Jednak nie dowierzałam tym wieściom, dopóki sama nie przyjechałam i nie zobaczyłam na własne oczy, że nawet połowy mi nie powiedziano. Przewyższyłeś mądrością i powodzeniem wszelkie pogłoski, które usłyszałam. Szczęśliwe twoje żony, szczęśliwi twoi słudzy! Oni stale znajdują się przed twoim obliczem i wsłuchują się w twoją mądrość! Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg twój, za to, że ciebie upodobał sobie, aby cię osadzić na tronie Izraela; z miłości, jaką żywi Pan względem Izraela, ustanowił ciebie królem dla wykonywania prawa i sprawiedliwości. (1 Krl 10, 1-9)

 

Oczywiście znamy resztę tej historii. Salomon odszedł pod koniec życia od prawdziwej wiary, pod wpływem żon zaczął budować miejsca święte pogańskim bożkom i boginkom i w konsekwencji tego Bóg odwrócił od niego swoje życzliwe spojrzenie. Izrael po śmierci Salomona się rozpadł na dwa królestwa i wkrótce, obydwa zostały całkowicie podbite. Jedno, Królestwo Judy, z Jerozolimą, odrodziło się w pewnym stopniu, ale Królestwo Izraela, czyli dziesięć zbuntowanych pokoleń, przepadło na zawsze. Dziś pozostało po nich trochę zdegenerowanych Samarytan, a o reszcie wszelki słuch zaginął.

 

Mamy wiele przykładów w historii, gdzie to sam Bóg wygrywał bitwy i wojny. Przykładów w Biblii jest wiele, ale i poza Biblią ich nie brakuje. Bitwa pod Lepanto w 1571 roku, czy Cud nad Wisłą to tylko dwa z nich. Pokazują one, że nie jest takie istotne ile się ma żołnierzy, statków, armat, czy koni. Ważne jest, czy Bóg jest po naszej stronie. Różaniec, modlitwa – nie są czymś nieistotnym, drugorzędnym. Jest to rzecz podstawowa. Także z militarnego punktu widzenia.

 

Nikt z nas nie zna bożych planów i nikt nie wie, jak będzie wyglądał świat za kilkaset lat. Jedno jest pewne: Rozwój wypadków nie zaskoczy Boga. Dla Niego nie ma bowiem „za kilkaset lat”. On teraz jest w każdym momencie historii, a cała historia jest w Bogu, jak książka w głowie autora. To my, jak czytelnicy książki, musimy strona po stronie obracać kartki historii, Bóg, autor naszej Księgi Życia, zna jej pierwszą i ostatnią kartę.

 

Dlatego nie można stracić będąc z Bogiem. On już odniósł zwycięstwo. Ale nie wiemy, czy Polska będzie tym krajem, a Polacy tym narodem, który do końca wytrwa w wierze i który doczeka powtórnego przyjścia naszego Pana. Być może Bóg chciał użyć nas tak, jak chciał użyć Królestwo Salomona, do nauczenia o sobie innych narodów. Jednak gdy staniemy się bezużyteczni, to czeka nas taki los, jaki spotkał dziesięć pokoleń Izraela.

 

Bóg nie wymyśla nowych rzeczy, Jego plan pozostaje zawsze taki sam, bo Bóg zawsze ma dobry "plan A". Czy to będzie Izrael, z Dawidem i Salomonem, czy Rzym, nawrócony i głoszący chrześcijaństwo całemu światu, czy też Polska jako zaczyn chrześcijaństwa w UE. Bo niby dlaczego nie? Skoro uczniowie Jezusa nawrócili Rzym, to czemu my nie możemy nawrócić Unii?

 

Nie możemy, bo nie mamy takiej wiary, jak pierwsi chrześcijanie. Nie można nikogo zarazić wiarą, gdy się jest letnim chrześcijaninem. Nie jesteśmy gotowi oddać za nią życia. I brakuje nam cierpliwości. Chcielibyśmy, by najbliższe wybory wszystko odmieniły. Tymczasem krew męczenników przez wieki użyźniała glebę, na której wyrosło chrześcijaństwo. Nic się tam nie stało w tydzień.

 

Droga przez nawrócenie jest długa i ciężka. Ale jest to droga pewna, a innej po prostu nie ma. Wybory? Jakie wybory? Ile razy można głosować na „mniejsze zło”, które potem zawsze okazuje się dokładnie takim samym złem, jak to „większe”. Dopóki władza będzie celem samym w sobie, dopóty politycy będą szli na kompromisy. Byle tę władzę utrzymać. I dopóki nie odmienią się serca polityków, pozostanie tak, jak jest.

 

Jak więc te serca odmienić? Zaczynając od siebie. Następne pokolenie polityków to będą nasze dzieci i wnuki. Zatem… musimy przede wszystkim mieć dzieci i wnuki. Wychowane w silnej rodzinie. Nauczone wiary. Nauczone przez nas, rodziców i dziadków. Nauczyciele, katecheci mogą pomóc, ale oni także są naszymi dziećmi. Zatem i oni muszą się wychować w silnych, chrześcijańskich rodzinach. Niezależnie od tego, jak na to spojrzymy, nie ma po prostu innej drogi, niż przez rodzinę.

 

Możemy się miotać od wyborów do wyborów, wymyślać koalicje i programy, wieszać psy na Unii, ale co nam to da? I tak niczego to nie zmieni. Ale możemy też zacząć zmieniać świat, zaczynając od siebie. Od modlitwy, od adoracji Jezusa w Najświętszym Sakramencie, od przekazywania dzieciom zasad naszej wiary, pamiętając, że najlepiej dzieci się uczy poprzez dawanie przykładu.

 

Nie zapominajmy też o postach. Nie tych "postach na forum", ale o poszczeniu. Dziś tłusty czwartek. Wielki Post za rogiem. A ponieważ są pewne złe duchy, które „ wyrzuca się tylko modlitwą i postem”, to wyrzućmy je. Modlitwą i postem. Bo z politycznych sposobów one się tylko śmieją. Zatem… wybór zależy od nas. Od każdego z nas. Bez oglądania się na innych.

 

I jeszcze jedno. Nie wiemy, ilu z nas wystarczy, by zmienić świat. Dziesięciu mogło uratować Sodomę. Może właśnie ja, albo Ty jesteś tym dziesiątym? To wie tylko Bóg. A my, dopóki nie spróbujemy, nie dowiemy się nigdy.

 

God loves you.

Komentarzy: 22


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.