Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Chesterton o ikonoklazmie

Kategoria: Kościół Tuesday, 04 December 2012, 12:53

„(…) Jest mi bardzo trudno traktować poważnie niektóre z twierdzeń protestantów. Co może sobie pomyśleć ktoś z zewnątrz o ciągłym oskarżaniu katolickich tradycji o to, że są sprzeczne z Biblią? Udowadnia się to za pomocą całej masy postawionych na głowie argumentów, których sensu nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Zwykły rozsądny sceptyk lub poganin stojący na ulicy (w wyjątkowej roli człowieka z ulicy) widzi przechodzącą obok procesję. Idą w niej kapłani jakiejś dziwnej religii, niosąc obiekt kultu pod baldachimem. Niektórzy mają ozdobne nakrycia głowy i niosą symboliczne laski, inni niosą święte pisma i zwoje, inni święte obrazy i zapalone świece, jeszcze inni święte relikwie w szkatułkach lub skrzynkach i tak dalej. Potrafiłbym zrozumieć naszego obserwatora, gdyby powiedział: „To wszystko jest hokus-pokus”. Potrafiłbym go nawet zrozumieć, gdyby zirytowany zakłócił procesję, rzucił obrazami o ziemię, podarł pisma i obrócił się przeciw kapłanom oraz wszystkiemu, co wiąże się z ich religią. Mógłbym zrozumieć, gdyby powiedział: „Wasze pastorały to bzdura, wasze świece to bzdura, wasze figury, pisma i relikwie i cała reszta to bzdura”. Cóż jednak mogłoby go skłonić, by nagle spośród tego wszystkiego wybrał właśnie księgę (która zawsze należała do rzeczonej grupy i była częścią ich, jak to określił, hokus-pokus); dlaczego ów przeciętny człowiek miałby uważać, że ta akurat księga nie jest bzdurą, ale jedną jedyną prawdą, która potępi wszystko pozostałe? Dlaczego cześć oddawana podczas procesji księdze miałaby nie być zabobonem, tak jak cześć oddawana obrazom? Czemu nie uznać, że zgodnie z zasadami tej wiary tak samo sensowne będzie zachowanie figur jak i ksiąg? Powiedzieć kapłanom: „Wasze figury kłócą się z waszymi pismami, więc będziemy czcić tylko część waszych świętych przedmiotów, a resztę zniszczymy” nie ma sensu z żadnego punktu widzenia, zwłaszcza przeciętnego człowieka". ("Kościół katolicki i konwersja", str. 39-41)

Komentarzy: 50


Biblia, a Kościół

Kategoria: Kościół Thursday, 04 October 2012, 18:30

Znany konwertyta Roman Brandstaetter napisał znamienne słowa:


„Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców. Więcej niż mnie. Nigdy się z nią nie rozstaniesz. A gdy zestarzejesz się, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi.” 


W jego książce „Krąg biblijny” jest też „Lament nieczytanej Biblii”. Autor nadaje Biblii cechy ludzkie. Biblia skarży się na jej właściciela, który ją kupił, cały czas miał ją bardzo blisko siebie, bo na półce, ale nigdy nie sięgnął po nią. Był tak blisko, a jednak ta bliskość Biblii nie stała się dla niego źródłem pociechy i nie przyniosła mu żadnego pożytku.


W „Hymnie do Biblii” nazywał ją swoją „ojczyzną”, „stolicą Pana”, „Matką ukrzyżowanego Mesjasza”, prosił ją o modlitwę... Pod koniec jednak utworu pisze o niej, że będzie trwać do Dnia Ostatecznego, a potem …wróci za góry Moabu:

 

„Która trwać będziesz do końca czasów,
Aż w Dniu Ostatecznym,
Wyznaczonym i utwierdzonym,
Wrócisz za góry Moabu
I za wydmy pustynne,
Tam gdzie przebywałaś przed Stworzeniem,
Gdy nic jeszcze nie było stworzone,
Do miejsca bez miejsca,
Do czasu bez czasu…”

 

Tak, Pismo św., chociaż zawiera Objawienie Boże w sposób bardziej intensywny niż jakakolwiek inna rzeczywistość, w Dniu Ostatecznym stanie się niepotrzebne. Podobnie zresztą jak Eucharystia: Chociaż w Komunii św. Pan jest obecny Ciałem i Krwią, duszą i ciałem, człowieczeństwem i bóstwem, to jednak ten rodzaj obecności stanie się niepotrzebny, kiedy zbawieni zobaczą Go takim, jakim jest – twarzą w twarz. Tak samo świątynia jest czymś ważnym, ale w niebie nie będzie już potrzebna; to Pan będzie świątynią dla zbawionych.

 

A Kościół? Pod względem trwałości przewyższa Biblię i sakramenty, które łącznie z Najświętszym Sakramentem w niebie staną się niepotrzebne. Kościół – Oblubienica Pana będzie trwać na wieki. Nie przyjdzie taki czas, że się zestarzeje czy stanie się niepotrzebna. Przeciwnie – właśnie w Dniu Ostatecznym zajaśnieje w całym swoim blasku i przepychu. Pan stawi ją przed sobą bez zmarszczki czy jakiejkolwiek zmazy (por. Ef 5:25-27).

 

Apokalipsa – oznacza „odsłonięcie”. Chodzi o odsłonięcie welonu przez panią młodą w dniu zaślubin z oblubieńcem. Odnosi się do Kościoła, który w obrazie doskonałej piękności Nowego Jeruzalem zstępuje od Boga na Gody Baranka:

 

„Weselmy się i radujmy, i dajmy Mu chwałę, bo nadeszły Gody Baranka, a Jego Małżonka się przystroiła, i dano jej oblec bisior lśniący i czysty» - bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych”. (Ap 19:7-8 BT).

 

Gody Baranka – to Eucharystia, w której wierni łączą się ze swoim Oblubieńcem tak ściśle, że stają się jednym ciałem. Teraz przez przyjmowanie Pana obecnego w znakach chleba i wina, które w niebie staną się niepotrzebne, bo tam nie będziemy potrzebować żadnych znaków.

 

Pan Jezus identyfikuje się ze swoją Oblubienicą, tak ściśle, że staje się z nią jednym ciałem. Ta jedność została zapowiedziana już w Raju: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2:24 BT). Te słowa odnoszą się do zjednoczenia małżeńskiego mężczyzny i kobiety, ale zgodnie z interpretację Apostoła Narodów, te słowa znajdują doskonałe wypełnienie w zjednoczeniu Chrystusa ze swoją Oblubienicą – Kościołem.

 

W Liście do Efezjan mowa o tym, że kobieta i mężczyzna stają się jednym ciałem. Paweł nakazuje mężczyznom kochać swoje żony, jak swoje własne ciało. Gdzie indziej napisał to właśnie o Kościele, że jest …Ciałem Chrystusa (por. Kol 1:24).


Tak, jak rodzina ludzka jest tylko obrazem czy cieniem Trójcy Świętej, tak samo zjednoczenie mężczyzny i kobiety w małżeństwie jest tylko obrazem zjednoczenia Chrystusa ze swoim Kościołem:


„Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła.” (Ef 5:25-32 BT)

 

Przyjdzie czas, że Biblia przeminie, ale nigdy nie przeminie czas Kościoła. Bo jest Oblubienicą nieśmiertelnego Oblubieńca, z którym została połączona w nierozerwalnej i wiecznej jedności.

Komentarzy: 16


Moje ostatnie odkrycie

Kategoria: Kościół Tuesday, 04 September 2012, 17:44

Komentarzy: 2


'Miłość potężna jak śmierć'

Kategoria: Kościół Saturday, 04 August 2012, 14:54

Słowa zamieszczone w tytule pochodzą z Pieśni nad Pieśniami - biblijnej Księgi przypisywanej Salomonowi: „...jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański”. (8:6 BT). Te słowa zajmowały mnie i zajmują do dzisiaj. Jakie jest ich znaczenie? Co to znaczy, że „miłość jest potężna jak śmierć“? Na pewno na wiele sposobów można tłumaczyć to zdanie. Ale sądzę, że najgłębszy sens te słowa znajdują w kontekście zmartwychwstania Chrystusa. Pomocą w odkryciu tego sensu były dla mnie dzieła obecnego Ojca św. Benedykta XVI napisane w czasie, kiedy jeszcze był kardynałem.


Człowiek jest istotą wyjątkową. Więcej: jest istotą paradoksalną: z jednej strony jest ograniczony na wiele sposobów, w tym także jest ograniczony czasem życia na ziemi, a z drugiej strony każdy z nas nosi w sobie nieskończone pragnienia, w tym także pragnienie nieśmiertelności. I dlatego życie człowieka jest skierowane ku przyszłości.


Kard. Józef Ratzinger w jednej ze swoich książek opisał pewne wydarzenie. Jednej z rozgłośni radiowej udało się doskonale upozorować katastrofę końca świata. Przekaz okazał się tak wiarygodny, że wielu słuchaczy popełniło samobójstwo.  Ci ludzie odebrali sobie życie, ...aby nie musieć umierać. Targnęli się na swoje własne życie, ponieważ nie widzieli przed sobą żadnej przyszłości. Człowiek pozbawiony nadziei dalszego życia nie może egzystować. Bo jest w nim pragnienie życia i to życia, które się nie kończy.


To pragnienie wyraziło się w podwójny sposób w historii  narodów. Najpierw jest to dalsze życie w swoich dzieciach i dalszych potomkach. Jednak  dość szybko człowiek odkrywa, że życie w dzieciach i wnukach nie jest jego własnym życiem. Wtedy ucieka do pomysłu sławy, które uczyniłaby go rzeczywiście nieśmiertelnym. Ale i ta próba kończy się tak samo, jak pierwsza. W sławie nie żyje on sam, ale raczej echo jego istnienia. Życie w potomkach czy też sława u potomnych to jakieś formy życia w innych. A człowiek nie tyle chce żyć w innych, ile pragnie żyć swoim życiem. I jest coś złego w tym, kiedy człowiek żyje raczej życiem innych, niż swoim. Dzieje się tak na przykład, kiedy ktoś utożsamia się z życiem postaci seriali  telewizyjnych czy tzw. „gwiazd” kina czy piosenki.


Rzeczywistą odpowiedzią na tęsknotę obecną w sercu człowieka jest dopiero zmartwychwstanie Chrystusa. W Nim miłość i życie stają się silniejsze od śmierci. Bowiem życie Chrystusa i potęga Jego miłości pokonują śmierć. „O śmierci, gdzie jest twój oścień?” - pyta Apostoł. Wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa, także my otrzymaliśmy możliwość przezwyciężenia naszej śmiertelności; została nam dana możliwość wiecznego życia w Nim i z Nim. W Chrystusie? A więc nie w nas samych? Tak, możemy żyć wiecznie z Chrystusem i w Chrystusie, ale to nie jest równoznaczne z rozpłynięciem się w jakieś bezosobowości. Wręcz przeciwnie. Pełnia życia w Bogu i w Chrystusie oznacza zarazem zachowanie swojej własnej tożsamości, czyli życia w sobie samym. Bo Bóg jest Miłością, a miłość nie pragnie zawładnąć kochanym, ale oddać mu siebie i uczynić szczęśliwym. Bóg udzielając się kochanemu - ocala i  zachowuje; On jest Miłością silniejszą od śmierci.

Komentarzy: 5


'Oto Matka twoja...'

Kategoria: Kościół Thursday, 22 March 2012, 10:30

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: «Pragnę».  (J 19:25-28 BT)

 

Ewangelia według św. Jana jest szczególną Ewangelią. Może ją czytać i rozumieć człowiek bez wykształcenia teologicznego, a z drugiej strony jest ona niewyczerpana nawet dla naukowców i mistyków. Jest w tym pewien paradoks, że im kto dłużej studiuje i medytuje na tym natchnionym tekstem, tym bardziej odkrywa, że ma to czynienia z głębinami, do których dna nie jest w stanie dotrzeć. I nie inaczej jest z tym tekstem umieszczonym na wstępie: z jednej strony jest on wymowny sam w sobie dla każdego człowieka dobrej woli bez specjalnego przygotowania biblijnego – w tych słowach Pan daje umiłowanemu uczniowi swoją Matkę za matkę; z drugiej strony, żeby odkryć pełną wymowę tych słów Pana z krzyża, trzeba odczytać je w kontekście całej Ewangelii Janowej, a nawet całego Pisma św. A jest to ważne, ponieważ te słowa są testamentem duchowym zostawionym przez Pana swoim uczniom.

 

Zanim zaczniemy zastanawiać się nad znaczeniem słów Pana, zwróćmy uwagę na fakt, że Pan daje swoją Matkę „umiłowanemu uczniowi”, a dosłownie: „uczniowi, którego miłował” – nie ma wymienionego imienia. To może prowadzić do wniosku, że z „uczniem, którego Pan miłuje” może utożsamiać się każdy uczeń Pana, ponieważ każdy uczeń Pana jest kochany przez Niego i nie ma takiego ucznia Pana, który nie byłby przez Niego kochany.

 

Cofnijmy się do początku Ewangelii według św. Jana:

 

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. (J 1:1 BT)


Pierwsze zdanie czwartej Ewangelii zawiera aluzję do pierwszego zdania w Księdze Rodzaju: Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. Ale nie tylko pierwsze zdanie. Uważny czytelnik może odnaleźć w pierwszym rozdziale Ewangelii Janowej ukryte nawiązanie do pierwszego opisu stworzenia świata, a mówiąc dokładnie do struktury tego opisu opartego na siedmiu dniach. Bibliści mówią nam, że pierwszy opis jest hymnem, które strukturę tworzą upływające dni stwarzania. Niczym refren powtarza się w nim wyrażenie: I tak upłynął wieczór i poranek – dzieńpierwszy, …drugi, itd. I coś podobnego do pierwszego opisu stworzenia znajdujemy na początku czwartej Ewangelii.


„Na początku” u Jana nawiązuje do „Na początku…” w Księdze Rodzaju. Jest to dzień pierwszy, który w Ewangelii Janowej przybiera historyczne kształty w dniu objawienia się Słowa, tzn. w dniu, w którym Jan Chrzciciel wobec przedstawicieli religijnych przywódców z Jerozolimy składa pierwsze świadectwo o Jezusie:


Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: ‘Kto ty jesteś?’,  on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». (J 1:19-20 BT)

 

Dzień drugi: Nazajutrz zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: ‘Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata’. (J 1:29 BT)

 

Dzień trzeci: Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: ‘Oto Baranek Boży’. (J 1:35-36 BT)

 

Dzień czwarty: Nazajutrz Jezus postanowił udać się do Galilei. I spotkał Filipa. Jezus powiedział do niego: ‘Pójdź za Mną!’. (J 1:43 BT)

 

Dzień siódmy: Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. (J 2:1-2 BT)

 

Dzień siódmy w Księdze Rodzaju to dzień odpoczynku Pana Boga po zakończeniu dzieła stworzenia. Dzień siódmy w Ewangelii według św. Jana to wesele w Kanie Galilejskiej, gdzie jest obecna Matka Pana i gdzie także zaproszono Jezusa i Jego uczniów. Jest to wesele, ale Ewangelista nie podaje imion pana młodego i pani młodej. Jedyne osoby, które możemy zidentyfikować po imieniu to w kolejności występowania: Matka Jezusa czyli Maryja, i Jezus. Czyżby więc mamy do czynienia z symboliczną zapowiedzią zaślubin Pana Jezusa z Kościołem, który tu jest reprezentowany przez Jego Matkę? W mojej opinii – tak. Na potwierdzenie można przytoczyć fakt, że Jezus w Ewangeliach nazywa siebie „Oblubieńcem”, zaś Jan Chrzciciel mówi o sobie, że jest „przyjacielem Oblubieńca”. Ale jeśli tak, to czy nie jest czymś dziwnym, że Oblubienicę Chrystusa – Kościół – reprezentuje tu Jego Matka? Być może, ale taka interpretacja staje się do przyjęcia, jeśli weźmiemy pod uwagę słowa proroka Izajasza 62:5, które w dosłownym tłumaczeniu Biblii Gdańskiej brzmią: Albowiem jako młodzieniec pannę pojmuje, tak cię sobie pojmą synowie twoi; a jako się oblubieniec weseli z oblubienicy, tak się weselić będzie z ciebie Bóg twój.  


Pamiętamy, że uczta weselna w przepowiadaniu Pana była obrazem zbawienia. Jeśli tak, to uczta weselna w Kanie Galilejskiej, w której bierze udział Jezus i Maryja, oraz uczniowie Pana, jest zapowiedzią uczty zbawionych. Możemy zatem podsumować to, co powiedzieliśmy dotychczas, że pierwszy opis nowego stworzenia kończy się ucztą, która tutaj jest symbolem i zapowiedzią uczty i odpoczynku zbawionych w niebie.


A ponieważ aż dwukrotnie w rozdziale pierwszym Ewangelii Janowej Pan został nazwany „Barankiem Bożym”, w uczcie weselnej w Kanie Galilejskiej możemy widzieć także aluzję i zapowiedź „Godów Baranka” – nie tylko uczty zbawionych w niebie, ale także Mszy św. jako wypełnienia żydowskiej Paschy. Wszystkim nam znane są słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. Temu tematowi Jan poświęca bardzo wiele miejsca w Apokalipsie. W ostatniej Księdze Nowego Testamentu najczęściej używanym tytułem Pana jest właśnie „Baranek”, a o „Godach Barankach” jest mowa na wielu miejscach. To właśnie stało się tematem książki Scotta Hahna: „Uczta Baranka: Msza św. jako niebo na ziemi”. Wiele niezrozumiałych opisów i obrazów w Apokalipsie nabiera znaczenia, jeśli odniesiemy je do Mszy św.


Po tej krótkiej dygresji idźmy dalej rozwijając nasz temat. Dla chrześcijan jest oczywiste, że zbawienie dokonało się na Krzyżu. Patrząc na krzyż i wiszącego na nim Chrystusa, nie trudno odkryć odniesienia do Starego Testamentu. To sam św. Paweł zauważa w Liście do Galatów, że wiszący na drzewie był uważany za przeklętego przez Pana Boga (por. Ga 3:13). W Księdze Powtórzonego Prawa mamy zapis wielu przekleństw, które odnosiły się do narodu jako całości, jeśli okaże się nieposłuszny wobec Boga i Bożego Prawa. Jest też jedno, które odnosiło się do pojedynczego człowieka winnego zbrodni:


Jeśli ktoś popełni zbrodnię podlegającą karze śmierci, zostanie stracony i powiesisz go na drzewie -  trup nie będzie wisiał na drzewie przez noc, lecz tegoż dnia musisz go pogrzebać. Bo wiszący jest przeklęty przez Boga. (21:22-23 BT)


O konieczności swojego wywyższenia na krzyżu, oczywiście dla naszego zbawienia, mówi sam Pan:


A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (J 3:14-16 BT)

 

Przekleństwo, o którym pisze Apostoł Narodów, jest w pierwszym rzędzie przekleństwem wypowiedzianym przez Boga jako skutek nieposłuszeństwa Adama, który przekroczył Boży zakaz i popełnił grzech pierworodny:


Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: ‘Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia’. (Rdz 3:17 BT).


Dalej Pan Bóg powiedział też do niego:


Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. (3:18). Także i to przekleństwo przyjął na siebie Pan, gdy pozwolił ukoronować się koroną z cierni, aby odpokutować za Adamową pychę pragnienia „stania się jak Bóg”.

 

 W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (3:18-19 BT). I Pan Jezus przyjął to przekleństwo na siebie, gdy w Ogrojcu pocił się krwawym potem i kiedy krew biczowania i krzyżowania pokryła całe Jego ciało.

 

I właśnie umierając, Ten, który był powieszony na drzewie, ukoronowany cierniową koroną, pokryty krwawym potem, daje kochanemu uczniowi swoją Matkę za matkę. Czyż i tu nie ma aluzji do opisu stworzenia? Wydaje się, że tak. Księga Rodzaju zawiera dwa opisy stworzenia. Pierwszy kończy się odpoczynkiem Boga; drugi daniem mężczyźnie kobiety. Sądzę, że zamiarem Jana było ukazanie w słowach: „Oto Matka twoja” aluzji do drugiego opisu stworzenia. Odpowiednikiem stworzenia w Starym Testamencie jest nowe stworzenie, czyli dokonanie się zbawienia, w Nowym Testamencie. Tak, jak w Księdze Rodzaju stworzenie zostało zakończone daniem Adamowi Ewy, jako pomocy odpowiedniej dla niego w trosce o stworzenie, tak w Ewangelii według św. Jana nowe stworzenie zostało ukończone daniem ludzkości, którą tu reprezentuje Jan, Nowej Ewy – Maryi, jako pomocy odpowiedniej i skutecznej w osiągnięciu zbawienia. Po oddaniu swojej Matki umiłowanemu uczniowi, autor dodaje, że "Jezus był świadom, że wszystko się dokonało".

 

‘Oto Matka twoja’. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19:27 BT) Niech odpowiedź Jana stanie się również naszą odpowiedzią: weźmy Matkę Pana do naszych domów, spraw, do naszego życia; weźmy Ją jako duchową Matkę i powierzmy Jej troskę o siebie na naszej drodze podążania za Jej Synem.

Komentarzy: 12


Chesterton o katolickich dogmatach

Kategoria: Kościół Thursday, 02 February 2012, 11:09

Zwiedzałem kiedyś rzymskie fundamenty starożytnego brytyjskiego miasta, pod kierunkiem profesora, który powiedział coś, co wydaje mi się niezłą satyrą na wielu innych profesorów. Być może profesor sam znał się na żartach, chociaż zachował kamienną powagę, i być może zdawał sobie sprawę, że jego żart podważa dużą część tego, co nazywa się religioznawstwem porównawczym. Zwróciłem jego uwagę na rzeźbioną podobiznę słońca w tradycyjnej koronie promieni, wyróżniającą się tym, że twarz na tarczy nie była tak chłopięca jak twarz Apolla, lecz brodata niczym oblicze Neptuna czy Jupitera. „Tak” – powiedział profesor z dyskretną precyzją – „ta rzeźba uznawana jest za przedstawienie miejscowego boga Sula. Największe autorytety utożsamiają Sula z Minerwą, jednak to przedstawienie przytacza się na dowód, że identyfikacja nie jest całkowita”.


Oto potężne niedopowiedzenie, co się zwie. Współczesny świat jest bardziej szalony niż wszelkie satyry na jego temat; dawno temu pan Belloc kazał akademikowi w burlesce twierdzić, że zgodnie z najnowszymi badaniami popiersie Ariadny przedstawia Sylena, ale prawdziwe pojawienie się Minerwy w roli kobiety z brodą z pokazu pana Barnuma przebija nawet ten żart. Natomiast oba są bardzo podobne do utożsamień, jakie dokonują „największe autorytety” religioznawstwa porównawczego, dlatego gdy dogmaty katolickie identyfikowane są z najróżniejszymi szalonymi mitami, nie śmieję się, nie przeklinam i nie tracę manier; ograniczam się jedynie do uprzejmego stwierdzenia, że identyfikacja ta nie jest całkowita. (G. K. Chesterton, „Wiekuisty człowiek”, str. 123-124)

Komentarzy: 16


Ojcowie Kościoła komentują Biblię - Mk 3,31-35

Kategoria: Kościół Sunday, 29 January 2012, 10:57

PRAWDZIWI KREWNI JEZUSA

31 Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. 32 Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie». 33 Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są braćmi?» 34 I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. 35 Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką». (Mk 3,31-35 Biblia Tysiąclecia)

 

SYNTEZA

Maryja była błogosławiona, bardziej dzięki wierze w Chrystusa, niż poprzez to, że zrodziła Jego ciało. Była błogosławiona, dlatego że zachowywała słowo Boże, a nie tylko dlatego, że Go urodziła. Bliskość Maryi wobec Jezusa jako naturalnej matki, na niewiele by się przydała do zbawienia, gdyby nie poczęła Chrystusa w swoim sercu. W tym fragmencie chodzi o to, by postrzegać pokrewieństwo ziemskie w relacji do pokrewieństwa niebieskiego (Augustyn). Do rodziny Pana należą wszyscy ci, którzy pełnią wolę Ojca (Klemens Rzymski).

 

3,32 Przyszli Jego Matka i bracia

UPORZĄDKOWANIE RELACJI DO RODZINY. [Pan] powiedział, że do Jego rodziny należy tylko ten, kto czyni wolę Jego Ojca (por. Mt 12,47-50; Mk 3,32-35; Łk 8,20-21). Oczywiście w swej łasce zaliczył do nich samą Maryję, bowiem i ona czyniła wolę Ojca. W ten sposób najlepszy i Boski Nauczyciel w porównaniu z niebieskim pokrewieństwem odrzucił matczyne imię, które przywołano Mu jako osobiste i własne […]. Nie bądź więc niewdzięczny, odpłać twojej matce wdzięcznością, odpłać tym, co duchowe za to, co cielesne; tym, co wieczne za to, co doczesne. AUGUSTYN, LIST 243,9-10

 

3,34 Oto moja Matka i moi bracia

PRZYNALEŻNOŚĆ DO RODZINY. Oddajmy Mu więc chwałę nie tylko ustami, ale i sercem, aby nas przyjął jako synów. Powiedział Pan przecież: „Braćmi są ci, co czynią wolę Ojca mego” (Mt 12,50; Mk 3,35; Łk 8,21). Tak więc, bracia moi, czyńmy wolę Ojca, który nas powołał do życia i pójdźmy raczej za cnotą. KLEMENS RZYMSKI, 2 LIST DO KORYNTIAN 9-10

 

3,35 Kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką

CZY MARYJA BYŁA BLIŻEJ NIEGO JAKO MATKA CZY JAKO WIERZĄCA? Czego innego naucza nas, jeśli nie przedkładania naszych duchowych korzeni nad cielesne pokrewieństwo? Naucza też, że ludzie nie są szczęśliwi, jeśli ze świętymi i sprawiedliwymi łączy ich [tylko] pokrewieństwo ciała, lecz jeśli wiąże ich wierność i naśladowanie ich nauki i obyczajów. Maryja zatem była szczęśliwsza, przyjmując wiarę w Chrystusa, niż poczynając Chrystusa w ciele. A gdy pewna kobieta powiedziała: „Błogosławione łono, które Cię nosiło”, On odpowiedział: „Owszem, ale błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11,27-28). Wreszcie, cóż pomogło to pokrewieństwo braciom Chrystusa, to jest krewnym według ciała, którzy nie uwierzyli w Niego? (por. J 7,4). Również Maryi nie pomogłoby matczyne pokrewieństwo, jeśli nie nosiłaby Chrystusa bardziej w sercu niż w łonie (por. Mt 3,8-10; Łk 11,27-28; Rz 9,1-8). AUGUSTYN, O ŚWIĘTYM DZIWICTWIE 3 (*)

----------------

(*) OJCOWIE KOŚCIOŁA KOMENTUJĄ BIBLIĘ, EWANGELIA WEDŁUG ŚW. MARKA, str. 39-40, wydawnictwo APOSTOLICUM

Ten tom jest pierwszym z planowanej serii: http://www.apostolicum.pl/shop/okk/wykaz.html

Komentarzy: 10


Nawrócenie ...na protestantyzm?

Kategoria: Kościół Wednesday, 25 January 2012, 16:04

Było to prawie trzy lata temu. Na kalwinistycznym forum, jeden z moderatorów, sam kalwinista, zadał mi pytanie odnośnie stanowiska Kościoła wobec katolików przechodzących na protestantyzm. Czy opuszczający Kościół automatycznie podpadają pod jego klątwę? Co Kościół naucza, jeśli chodzi o możliwość ich zbawienia? Odpowiedziałem, że Kościół naucza o sumieniu. Ostateczną instancją jest sumienie zainteresowanego. Wszystko zależy od motywów danego człowieka, czyli czy w swoim sercu uważa on/ona, że to, co czyni jest dobre i słuszne.

 

 

kalwinista napisał: (...) to samo tyczy się np. również i mnie gdyż w duszy uważam, że to co piszę i rozgłaszam jest dobre i słuszne.


Na takie pytanie, trzeba odpowiedzieć twierdząco. Dobrze czynisz, jeśli działasz zgodnie z Twoim sumieniem. Jeśli w głębi serca spostrzegasz coś jako dobro – dobrze czynisz idąc za tym. To może dotyczyć wystąpienia z Kościoła katolickiego, wyznawania innej wiary, rozpowszechniania nauki przeciwnej do tego, co uczy Kościół, itd. W Ewangelii według św. Jana czytamy: J 9:22 Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Taki los spotykał każdego, kto idąc za głosem sumienia, uznał Jezusa za Mesjasza. Wielu stawało i staje przed dylematem. Albo iść za głosem sumienia tracąc przyjaciół, albo nic nie zmieniać i utracić spokój sumienia. Idący za głosem sumienia zyskuje spokój, ale często traci przyjaciół, rodzina się go wyrzeka, musi zrezygnować z kariery zawodowej. To właściwie nie zmieniło się w środowisku żydowskim przez całą historię aż do naszych czasów. Jeśli nawet nie chodzi o formalną klątwę synagogi, to często rodzina i przyjaciele nie akceptują nawrócenia na chrześcijaństwo. U muzułmanów jest jeszcze gorzej. Za nawrócenie na chrześcijaństwo grozi konwertycie śmierć z ręki najbliższych członków rodziny.



Nie można powiedzieć, że jest to całkiem łatwe w obrębie samego chrześcijaństwa, przy nawróceniach z protestantyzmu na katolicyzm i odwrotnie. W niektórych środowiskach jest to związanie z utratą dawnych przyjaciół.

 

 

kalwinista napisał: Niestety podstawy, które podałeś nie są wystarczające wg. mnie do wyciągnięcia wniosków, które wyciągnąłeś albo musisz przyznać, że dosłownie każdy Protestant odrzucając waszą "tradycję" jest de facto usprawiedliwiony z tych rzuconych anathem, gdyż na pewno każdy jest przekonany, że jest to dobre i słuszne.

 

Mam nadzieję, że nie sfałszuję nauki Kościoła katolickiego w tej sprawie, upraszczając ją w ten sposób: Człowiek ma obowiązek podążania za swoim sumieniem, nawet jeśli ono jest błędne. Z drugiej strony ma on obowiązek kształtowania swego sumienia, czyli dążenia do prawdy - badania, czy jego pragnienia są z Boga, czy podążanie za nimi jest dobre. Jeśli więc Ty jako protestant, w swoim sumieniu jesteś przekonany, że Kościół katolicki nie jest prawdziwym Kościołem Chrystusa i opuszczenie go jest dla Ciebie tym, czego oczekuje Pan Bóg, czynisz słusznie opuszczając Kościół, nawet jeśli obiektywnie jest to złe.


Powiesz, że Twoim motywem była miłość do Pana, naturalne dążenie do prawdy i że kiedy odkryłeś ją tam, gdzie jesteś, nie mogłeś postąpić inaczej. Tak pewnie powiedzą inni, albo przynajmniej mogą tak powiedzieć. Czy tak jednak jest istotnie? Powiesz, któż może wiedzieć lepiej o moich motywach niż ja sam? O, tak masz rację. Do pewnego stopnia. Bowiem człowiek to istota skomplikowana, a psychologia zna takie mechanizmy jak racjonalizowanie, wypieranie, unikanie informacji powodujących dysonans, itp. Tak naprawdę, myślę, człowiek nie jest najlepszym sędzią w swoich własnych sprawach, które dotyczą go bardzo osobiście, a przynajmniej nie zawsze jest takim sędzią.


Napisałeś: „na pewno każdy jest przekonany, że jest to dobre i słuszne”. Czy na pewno każdy? Skąd możesz to wiedzieć z taką pewnością? Myślę, że tak do końca nie możesz być tego pewny nawet w stosunku do siebie. Jak sądzisz, czy Szaweł prześladujący Kościół nie był przekonany, że czyni „słusznie i dobrze”? Gdybyś mu zadać takie pytanie, to jestem pewny, że odpowiedziałby, że czynił to z gorliwości o chwałę Bożą. On sam napisze o tym później: Ga 1:13-14 Słyszeliście przecież o moim postępowaniu ongiś, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków. Po swoim nawróceniu, jako Apostoł Paweł, głosił Ewangelię, którą wcześniej usiłował zniszczyć. Czy działał ze swoim sumieniem? Jestem pewny, jakiej odpowiedzi udzielisz na to pytanie.


Gdyby więc zapytać Szawła przed nawróceniem i Pawła po nawróceniu o to, czy działa z godnie ze swoim sumieniem; czy uważa, że to co czyni, jest słuszne i sprawiedliwe, myślę, że z całym przekonaniem powiedziałby, „tak oczywiście”. „Działam słusznie” – odpowiedziałby Szaweł mordujący chrześcijan; „działam słusznie” – odpowiedziałby Paweł głoszący Chrystusa. Taka sama odpowiedź w obu przypadkach, mimo iż skrajnie różne jego postępowanie. Dlatego myślę, że potrzeba innego kryterium, niż tylko opinii samego zainteresowanego, która zawsze jest subiektywna. Albo może inaczej, potrzebujemy czegoś zewnętrznego, co byłoby takim obiektywnym wyznacznikiem.



Takie zewnętrze kryterium potrzebne jest, aby ustalić obiektywny wykład Pisma św., jak to starałem się uzasadnić w wątku o „sola Scriptura”. To zewnętrzny autorytet ustalił kanon Pisma św., a nie kryteria wewnętrzne. Analogicznie, również potrzebujemy takiego kryterium, aby ustalić szlachetność motywów nawrócenia od Kościoła katolickiego do jakiegoś innego wyznania protestanckiego (to obowiązuje również w odwrotną stronę). I myślę, że takim kryterium, z którym obaj możemy się zgodzić jest wspomniana wcześniej osoba św. Pawła Apostoła. Prześladowca Kościoła stał się później jego Apostołem. Czy to nienawiść była powodem jego nawrócenia? Nie, odwrotnie, miłość do Chrystusa i pragnienie głoszenia Dobrej o Nim Nowiny. Czuł wręcz przynaglanie: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.” Czy czuł nienawiść do swego narodu? Nie. Dokładnie odwrotnie: Rz 9:3 Wolałbym bowiem sam być pod klątwą odłączony od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Paweł mówi coś niesamowitego. Nie uważa judaizmu za religię słuszną. Opuścił judaizm. Ze strony Żydów doznał wielu prześladowań. A jednak pisze, że "wolałby być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa, dla zbawienia swoich braci", którzy należeli do religii, którą opuścił.


Praktycznie nie zetknąłem się z protestantami w Polsce. Po raz pierwszy stało się to w czasie mojego pobytu w Niemczech. Mieszkałem tam przez 5 lat. W tym czasie poznałem małżeństwa mieszane, z których jeden z małżonków był katolikiem, drugi protestantem. W jedną niedzielę szli oboje razem z dziećmi na Mszę św. do kościoła katolickiego, a za tydzień do zboru na nabożeństwo protestanckie. Kiedy byli na Mszy św. oboje przyjmowali Komunię św., bo przecież „Bóg jest jeden czyli ten sam u katolików, co i u protestantów”; kiedy byli na nabożeństwie protestanckim, uczestniczyli tak samo przyjmując pamiątkę wieczerzy Pańskiej (nie wiem, czy dobrze się wyrażam, mam nadzieję, że mnie rozumiesz). Nie jestem wrogiem ekumenizmu. Sam uczestniczyłem kilka razy na nabożeństwach, gdzie modlili się razem protestanci i katolicy. Było to coś dobrego. Jednak jestem wrogiem „radosnego ekumenizmu”, kiedy obydwie strony nie dostrzegają różnic doktrynalnych. Kiedy nie dostrzega się różnic, to znak, że nie uważa się tych różnic za coś ważnego, a w konsekwencji jest to znakiem obojętności w wierze. Nie mogę na przykład zgodzić się na protestanckie rozumienie Eucharystii, czyli realność Ciała i Krwi Pańskiej, dlatego nie uznaję czegoś takiego, jak „ekumeniczne Msze św.” (gdzie wszyscy, katolicy i protestanci przyjmują Komunię św.) A niestety, o takich słyszałem. Protestanci niemieccy są w większości urodzeni jako tacy, protestanci z pokolenia na pokolenie, i to od czasów Lutra. O ile na początku, protestanci i katolicy niemieccy wyrzynali się nawzajem, to teraz przechodzą w inną skrajność, nie dostrzegając różnic czy nie uważając ich za istotne. Oczywiście nie wszyscy, ale spora część po jednej i po drugiej stronie, chyba jednak bardziej daje się to zauważyć po stronie katolickiej.


Kiedy kilka miesięcy temu zetknąłem się z forami polskich protestantów, było to dla mnie zjawisko nowe i zarazem szokujące. Po pierwsze, to byli pierwsi, z którymi miałem kontakt (nie mówiąc o zaprzyjaźnionym małżeństwie polskich baptystów, które poznałem rok temu). Po drugie, nowością była dla mnie Wasza antykatolickość. A przecież większość z Was to byli katolicy. A teraz myślę, że właśnie dlatego, że byliście katolikami, odchodząc od katolicyzmu, staliście się antykatolikami. Nie mówię tego o wszystkich, ale niestety, o większości, przynajmniej tej aktywnej większości. I nie jest to tylko moje subiektywne odczucie. Czytając świadectwo Scotta Hahna, który nawrócił się z kalwinizmu na katolicyzm, natknąłem się na coś podobne świadectwo. Pisze on, że największy antykatolicyzm spotkał u kalwinistów (czy protestantów w ogóle), którzy byli wcześniej katolikami.


Dla mnie osobiście, taka postawa jest zaprzeczeniem tego, że ktoś kierował się głosem sumienia. Sądzę bowiem, że jeżeli ktoś idzie za głosem sumienia to doświadcza głębokiego pokojem. Jeżeli zaś ktoś zieje nienawiścią, to tym samu zadaje kłam temu, co choćby z największym zapałem twierdził, że „kieruje się miłością do Chrystusa i idzie za wołaniem Ducha Świętego, który odczuwa w głębi swego serca”. Gdyby tak było, to powinien też cieszyć jego owocami: Ga 5:22-23 Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, 23 łagodność, opanowanie.



Pewnie wszyscy protestanci piszący na tym forum i odwiedzający je tylko, gdyby zostali zapytani: „Czy uważasz i jesteś dogłębnie przekonany, że Twój wybór jest dobry i słuszny?”, odpowiedzieliby: „Tak, oczywiście”. Ale jednak, niestety, kiedy czyta się wpisy na tym forum można dojść do wniosków przeciwnych. Powiedz, zresztą sam, czy wpis porównujący papieża do Hitlera świadczy o miłości do niego, albo czy świadczy o tym, że uważa katolików za swoich braci? Jest to jeden z wpisów, który ostatnio czytałem na ShoutBoxie. A niestety, nie jest to wyjątek, o czym nie muszę Cię przekonywać. Dlatego myślę, że każdy znajdzie odpowiedź, czy jego postępowanie jest zgodne z tym, co w sumieniu rozpoznaje jako „dobre, sprawiedliwe i słuszne”, zadając sobie pytanie o własne podobieństwo do Apostoła Narodów, który „wolałby być pod klątwą i odłączonym do Chrystusa dla zbawienia swoim braci”.



Podsumowując, odpowiedź na pytanie o jakość Twoich własnych motywów znajdziesz porównując się do św. Pawła: Jeśli masz takie pragnienia jak on (Rz 9, 3); jeśli cieszysz się owocami Ducha Świętego (Ga 5, 22-23), nie mam wątpliwości odnośnie motywów Twojego nawrócenia. Jeśli jednak jest inaczej, to znaczy, że Twoje motywy nie były takie, jak u św. Pawła. Ale odpowiedź na pytanie, jak to jest w Twoim przypadku, zostawiam Tobie.

Komentarzy: 26


Z dedykacją dla byłych katolików, dziś anty-katolików

Kategoria: Kościół Saturday, 21 January 2012, 11:46

„Książka ta opiera się na twierdzeniu, że choć najlepszym sędzią chrześcijaństwa jest chrześcijanin, drugim sędzią może być ktoś w rodzaju konfucjanisty. Natomiast najgorszym sędzią jest człowiek, który dziś najchętniej zabiera się do sądzenia – niedouczony chrześcijanin zmieniający się stopniowo w gniewnego agnostyka; wplątany w koniec sporu, którego początku nie rozumiał; porażony czymś w rodzaju dziedzicznego znudzenia, choć sam nie wie, czym się znudził; zawczasu zmęczony słuchaniem czegoś, czego nigdy nie słyszał. Człowiek ten nie sądzi chrześcijaństwa ze spokojem, jak zrobiłby to konfucjanista; nie sądzi go również tak, jak sam osądziłby konfucjanizm. Nie umie wysiłkiem wyobraźni przenieść Kościoła katolickiego o tysiące mil, pod obce niebiosa poranka, i ocenić go równie bezstronnie, jak oceniłby chińską pagodę. Podobno św. Ksawery, któremu niemal udało się wznieść kościół jako wieżę górującą nad wszystkimi pagodami, odniósł porażkę po części dlatego, że jego następcy byli oskarżani przez braci misjonarzy o przedstawienie Dwunastu Apostołów w szatach i z atrybutami Chińczyków. Lepiej byłoby jednak widzieć w Apostołach Chińczyków i sądzić ich sprawiedliwie jako Chińczyków, niż widzieć w nich jedynie nieme idole zasługujące na rozbicie przez ikonoklastów, czy raczej odpustowe tarcze, do których cwaniacy celują z nienabitych wiatrówek. Lepiej byłoby zapatrywać się na całą rzecz jak na jakiś odległy azjatycki kult; widzieć w mitrach biskupów wysokie nakrycia głowy tajemniczych bonzów, w pastorałach – wężowe laski noszony w jakiejś azjatyckiej procesji, modlitewnik uznać za równie niezwykły jak młynek modlitewny, a Krzyż – za skrzywiony na równi ze swastyką (w 1925 r., kiedy Chesterton pisał te słowa, swastyka nie miała jeszcze tak jednoznacznej konotacji). Wtedy przynajmniej nie tracilibyśmy panowania nad sobą jak niektórzy sceptyczni krytycy, którzy nierzadko tracą swój rozum. Antyklerykalizm stał się dla nich atmosferą – atmosferą negacji wrogości, z której nie mogą się wyzwolić. W porównaniu z ich postawą lepsze byłoby potraktowanie całej rzeczy jako pochodzącej z innego kontynentu lub z innej planety. Bardziej godne filozofa byłoby obojętne przyglądanie się bonzom niż nieustanne i bezcelowe czepianie się biskupów. Lepiej byłoby przejść obok kościoła tak, jakby była to pagoda, niż nieporuszenie tkwić w kruchcie, nie mając sił ani na to, by wejść i pomóc, ani na to, by wyjść i zapomnieć”. (G. K. Chesterton, „Wiekuisty człowiek”, str. 10-12)

Komentarzy: 6


Bogurodzica

Kategoria: Kościół Monday, 01 October 2012, 10:06

Rozpoczęliśmy Nowy Rok 2012. Co nam przyniesie? Wszyscy zadajemy sobie to pytanie. Nadzieje i oczekiwanie łączą się z obawami i strachem. Poruszani tymi sprzecznymi pytaniami i uczuciami patrzymy na rozpoczęty Nowy Rok. Kościół poświęcając pierwszy dzień Nowego Roku Maryi - świętej Bożej Rodzicielce, pragnie, abyśmy ten nowy czas zaczęli z Matką Pana i naszą.

 

Boże macierzyństwo jest wielkim darem, największym z wszystkich, jakie otrzymała Maryja. Większy od Jej Niepokalanego Poczęcia. Maryja w cudowny sposób została zachowana od grzechu pierworodnego, aby stać się godnym mieszkaniem dla Boga. Bóg uczynił Maryję Niepokalaną, i w ten sposób uświęcił Ją i przygotował do Bożego macierzyństwa. Boże macierzyństwo jest to dar większy od wszystkich darów i łask, jakie jakiekolwiek stworzenie otrzymało od Boga.

 

A jednak, pomimo takiego wyróżnienia, życie zewnętrzne Maryi wydaje się bardzo zwykłe, może nawet szare, podobnie jak życie milionów innych ludzi wypełnione radościami i cierpieniem. Przejdźmy teraz pokrótce Jej życie kierując się światłem rzucanym przez Ewangelię.

 

Natchniona przez Ducha Świętego Maryja złożyła Bogu ślub dziewictwa. Nie znajdziemy tego wyrażone w sposób wyraźny w biblijnym tekście, jednak taki jednak wniosek możemy wyciągnąć analizując scenę Zwiastowania, a zwłaszcza Jej pytanie: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" A przecież Maryja była już zaręczona z Józefem. Wkrótce mieli zamieszkać razem. Maryja wiedziała, że w małżeństwie przychodzą na świat dzieci. Jej pytanie nie ma sensu, jeśli wykluczymy ślub dziewictwa.

 

Nie była to praktyka powszechna w Izraelu. Raczej odwrotnie. Dziewictwo nie było wartością pozytywną w świadomości Izraelitów. Bezdzietność była uważana przez nich za znak Bożego przekleństwa i hańbę w oczach ludzi. Trzeba dodać, że w tym czasie w narodzie izraelskim obecne było bardzo żywe oczekiwanie Mesjasza. Każde dziecko płci męskiej było potencjalnym Mesjaszem, a jego matka matką Mesjasza.

 

Maryja o tym wiedziała. Wiedziała też, że sama z siebie nie miała nic, co mogłaby ofiarować Bogu, którego kochała ponad wszystko. Ślub dziewictwa, który Maryja złożyła Bogu, był ofiarowaniem Mu jedynej szansy, która miała. Była to szansa zostania matką. Jej ślub dziewictwa jest pochwałą małżeństwa i macierzyństwa. Bo Panu Bogu możemy składać ofiarę tylko z tego, co jest dobre. Dziewictwo nie jest wielkie samo z siebie. Ma znaczenie tylko wtedy, gdy podejmowane jest dla królestwa niebieskiego. Wielkie jest małżeństwo, ojcostwo i macierzyństwo. Maryja czując, że sama z siebie nie ma nic, co mogłaby złożyć Panu Bogu, ofiaruje Mu swoje pragnienie macierzyństwa i szansę zostania matką, w tym także matką Mesjasza.

 

Bogu podoba się ta ofiara i przyjmuje ją. Zwiastowanie jest potwierdzeniem Jej ślubu dziewictwa i odpowiedzią na Jej pragnienie macierzyństwa. Bóg zachowując dziewictwo Maryi czyni Ją matką. Dla Boga nie ma bowiem nic niemożliwego. Połączenie dziewictwa i macierzyństwa dla ludzi jest  niemożliwe, ale nie dla Boga! Jakże wiele kobiet w przeszłości i dzisiaj pragnie również połączyć dziewictwo i macierzyństwo, ale w sposób dokładnie odwrotny, niż miało to miejsce u Matki Pana.

 

Ale wróćmy do Niepokalanej i do Zwiastowania.  Jej dziecko będzie Mesjaszem, królem, który zasiądzie na tronie Dawida. Więcej, będzie prawdziwym Synem Bożym. Na hojność Maryi Bóg odpowiada jeszcze większą hojnością. Zwiastowanie jest dla Maryi wielką radością.

 

Podobnie narodzenie Jezusa. Ale wtedy też pojawiło się pierwsze cierpienie. Maryja przekonuje się, że naród izraelski, chociaż można by sądzić, że jest w nim obecne żywe pragnienie i oczekiwanie przyjścia Mesjasza, to tak naprawdę, kiedy przychodzi spotyka zamknięte drzwi i serca tych, do których przyszedł. Dla Jej Dziecka nie było miejsca w żadnej gospodzie betlejemskiej. 

 

Czterdziestego dnia Maryja w świątyni przedstawia Bogu swego Syna. Wtedy Symeon przepowiada Jej, ze Jej Syn będzie znakiem, któremu sprzeciwiać się będą, a Jej duszę przeniknie miecz boleści. Ta przepowiednia zacznie się bardzo szybko wypełniać, bo już wkrótce Herod godzi na życie Dziecięcia. Ginie około dwudziestu dzieci betlejemskich. Święta Rodzina musi uciekać do Egiptu. Maryja dzieli los tułaczy i ludzi bez Ojczyzny. Ale przepowiednia Symeona znajdzie swoje pełne wypełnienie wiele lat później, na Golgocie.

 

Kolejna boleść to poszukiwanie dwunastoletniego Jezusa. Jego znalezienie na trzeci dzień było wielką radością dla Maryi. Nie rozumie odpowiedzi Jezusa: ,,Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Te słowa i wydarzenia są dla Bogurodzicy przedmiotem rozważań. Maryja powoli zaczyna rozumieć, że Jej Syn jest nie tylko dla Niej, ale także dla innych. Maryja jest Matką Pana, ale przede wszystkim jest Jego uczennicą Uczy się oddawać swego Syna Bogu i ludziom.

 

Tak dzieje się, kiedy Jezus dorośnie i zacznie działalność publiczną. Jest dla wszystkich: dla dzieci, dla grzeszników, dla celników, nierządnic; wydaje się, ze dla Niej jakby nie miał czasu. Ewangelista Marek opisuje sytuację, kiedy Pan Jezus nauczał w domu, a Maryja chciała się z Nim zobaczyć. Na Jej prośbę odpowiedział wskazując na słuchające Go tłumy: ,,Oto moja matka i moi bracia". To oddawanie Syna ma swój punkt kulminacyjny na Golgocie. Z wysokości krzyża Jezus wskazując na Jana, zwraca się do Niej: ,,Niewiasto, oto syn Twój". Wtedy tez Maryja staje się naszą Matką. I dzisiaj, u początku nowego roku kalendarzowego Maryja jest Tą, która daje nam swojego Syna. Daje nam Jezusa, abyśmy stali się Jego braćmi i dziećmi Bożymi. Maryja daje nam Jezusa, abyśmy z Nim i w Jego imię rozpoczęli ten Nowy Rok.

 

W tym dniach składamy sobie życzenia. Ponieważ życie Jezusa i Maryi nie było wolne od cierpień, dodajmy niezasłużonych, dlatego jest czymś złudnym oczekiwanie, że nasze życie będzie go pozbawione. Dobrze to zrozumiał anonimowy autor życzeń bożonarodzeniowych i noworocznych pochodzący z Irlandii. Niech jego słowa wyrażą moje życzenie dla Czytelników tego bloga:

 

Nie życzę Ci, aby nad Tobą nie przeszła żadna chmura cierpienia; nie tego, aby Twoje życie było usłane różami; nie tego, byś nigdy nie wylał łez żalu; nie tego, byś nigdy nie odczuł bólu… Nie, nie tego Ci życzę.

Ponieważ łzy oczyszczają serce, cierpienie uszlachetnia duszę, ból i bieda przybliżają nas do ukochanej Matki Dziecięcia z Betlejem i zapewniają pociechę Jej uśmiechu.

Moim życzeniem dla Ciebie jest to: abyś w swoim sercu zachował jaśniejące wspomnienie każdego dobrego dnia Twojego życia; abyś był dzielny w godzinie próby, gdy będzie położony krzyż na Twoje ramiona; kiedy góra, na którą musisz wejść, wyda Ci się przeogromna, a światło nadziei bardzo dalekie.

Aby każdy dar Ducha, którym Cię Bóg obdarzył, rósł wraz z latami i niech Ci służy do tego, abyś serca tych, których kochasz, napełniał radością.

Abyś w każdej chwili swojego życia miał przyjaciela, który będzie wart Twojej przyjaźni i któremu z zaufaniem będziesz mógł podać rękę.

Życzę Ci, aby w każdej godzinie radości i cierpienia był z Tobą przynoszący radość uśmiech Bożej Dzieciny.

Do tych życzeń chcę dodać życzenie, aby Dzieciątko Jezus uczyło Cię z ufnością wołać do Boga „Abba, Ojcze”.

Komentarzy: 26


A Słowo ciałem się stało...

Kategoria: Kościół Sunday, 25 December 2011, 20:41

Myślę, że wszyscy lubimy obchodzić urodziny. Chociaż pewnie z reguły nasza radość jest większa, kiedy kończymy 18-ty rok życia, niż gdy są to na przykład 40-te, 50-te, czy dalsze urodziny. Bo o ile te pierwsze są wyglądane z niecierpliwością, te następne już mniej, bo uświadamiają nam nasze przemijanie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest w nas pragnienie, aby uczcić urodziny kochanej osoby. Zapraszamy gości, przygotowujemy coś niecodziennego, aby uczcić jubilata. Dzisiaj wspominamy szczególne urodziny, bo Jubilat jest szczególny. To sam nasz Pan Jezus Chrystus, Boży Syn, a nasz Zbawiciel, którego przyjście na świat świętujemy w sposób tak uroczysty. Odwieczny stał się jednym z nas; Słowo Boga stało się ciałem i zamieszkało między nami. Ten, który nie podlega żadnym ograniczeniom przyjął ludzkie ciało, a wraz z nim ograniczenia czasu i przestrzeni. To już ponad dwa tysiące lat temu według naszej ziemskiej rachuby czasu. Dla uczczenia tego faktu klękamy w czasie Credo na słowa mówiące o Jego wcieleniu.

 

Mamy dość mocne przesłanki, że 25 grudnia jest historyczną datą urodzin Pana. Pisał o tym Hiob. A jeśli nawet Pan Jezus urodził się w innym dniu, nie zmienia to faktu, że Boże Narodzenie jest wydarzeniem historycznym, czyli takim, które miało miejsce w historii. Zatem celebrujemy historyczne wydarzenie. Podkreślają to Ewangelie według św. Mateusza i św. Łukasza. Fragmenty tej ostatniej są używane w czasie Mszy św. o północy, tzw. Pasterki, i Mszy św. o świcie. W Ewangelii według św. Łukasza mamy do czynienia z opisem historycznego wydarzenia. Czytamy tam o spisie ludności, o cesarzu, o trudnościach w znalezieniu schronienia w mieście Betlejem, o pasterzach, itd.

 

Natomiast Prolog Ewangelii według św. Jana odczytywany podczas Mszy św. w ciągu dnia jest całkiem inny. Nie ma tam nic o rzeczach wspomnianych przeze mnie powyżej, które zostały opisane przez Łukasza. Może tylko znajdziemy aluzję do tego, że Maryja z Józefem w Betlejem nie znaleźli miejsca na przenocowanie.

 

O ile Łukasz pisze relację historycznych wydarzeń, Jan to przede wszystkim teolog. Nie znaczy to, że w Ewangelii według św. Łukasza nie ma refleksji teologicznej, czy też, że Ewangelia według św. Jana jest a-historyczna. Nie, raczej chodzi tu o różne priorytety i cele, które przyświecały Ewangelistom przy pisaniu Ewangelii. W tych różnych podejściach nie ma sprzeczności, ale uzupełnianie się.

 

Zacznijmy od św. Łukasza.

 

Zarówno w Ewangelii użytej w czasie Mszy św. o północy, jak i w tej o świcie wymieniona jest nazwa miasta, gdzie urodził się Pan Jezus. Jak wiadomo, “Betlejem", w hebrajskim “beth lehem”, oznacza “Dom Chleba”.  W znaku chleba możemy dostrzec coś w rodzaju klamry spinającej całe życie Pana. Urodził się w Betlejem, czyli „Domu Chleba”, a pod koniec życia sam stał się Chlebem dla wielu. W ostatni wieczór przed swoją męką i śmiercią wziął chleb i podał swoim uczniom mówiąc: „Bierzcie i jedzcie. To jest Ciało Moje”. W elemencie chleba widzimy coś, co łączy początek i koniec ziemskiego życia naszego Zbawiciela

 

Ale nie jest to jedyny element. Także wskazanie na żłóbek obecne zarówno w Ewangelii Pasterki, jak i w Mszy św. o świcie. Pan Jezus po urodzeniu został położony w żłóbku. Tak odnaleźli Go pasterze. Żłóbek to miejscu, gdzie owieczki znajdowały paszę. Możemy to wyjaśnić alegorycznie na dwa sposoby:  

- żłóbek, miejsce gdzie pasterze karmili swoje baranki, jest aluzją, że Ten, który został w nim położony, sam stał się Barankiem Bożym gładzącym grzechy świata; słowa, które słyszymy w czasie Mszy św. I druga interpretacja, która podoba mi się bardziej:

- Ten, który po swoim urodzeniu został złożony w żłobie, przed swoją śmiercią stał się pokarmem dla swoich owieczek. Zatem w znaku żłobu możemy dostrzec drugi element łączący początek ziemskiego życia Pana Jezusa z jego końcem.

 

Teraz Ewangelia według św. Jana.


W tej Ewangelii możemy odnaleźć inny element łączący początek i koniec publicznej działalności Pana. Pierwszym znakiem był cud przemiany wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej. Ostatnim znakiem był Jego cud przemiany wina w swoją Krew.

 

Zauważmy, że te znaki: chleb i wino zostały użyte przez Pana w czasie Ostatniej Wieczerzy, są również używane podczas Mszy św. W czasie każdej Mszy św. Pan Jezus staje się obecny na ołtarzu – poeta powiedziałby, że na eucharystycznym Ołtarzu Pan się rodzi. Z kolei rozdzielenie postaci chleba i wina symbolizuje Jego śmierć tak, jak oddzielenie krwi od ciała oznacza śmierć. W końcu, na ołtarzu Pan Jezus zmartwychwstaje. I dokładnnie takie, to znaczy zmartwychwstałe Ciało Pana Jezusa przyjmujemy w Komunii św. I wtedy nasze Ciało staje się Betlejem – Domem Chleba, bo przychodzi do niego Chleb żywy. I właśnie o takie Boże Narodzenie chodzi Panu Bogu.

 

W Prologu odczytanym w czasie Mszy św. w dzień słyszymy m.in. takie słowa:

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (J 1:14 BT). Słowa budzące zdziwienie. Grota czy stajenka, miejsce, gdzie trzyma się zwierzęta, żłób, pasterze, pogardzani i uważani za nieczystych. Takie są okoliczności, w których Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Gdzie zatem ta chwała? O jakiej chwale mówi Ewangelista? O chwale, którą Jednorodzony Syn otrzymuje … od ludzi? Nie, od Ojca.

 

Coś podobnego powtarza się, gdy w Ewangelii według św. Jana mowa o ukrzyżowaniu Pana. Wywyższenie na krzyżu u Jana jest także wywyższeniem w chwale. Jak to wytłumaczyć? Wydaje się, że najlepszym wytłumaczeniem jest takie: że wtedy, kiedy Pan ukrywa swą chwałą i po ludzku patrząc, wydaje się, że doznaje poniżenia, jak to miało miejsce w Jego narodzeniu czy krzyżowej śmierci, właśnie wtedy doznaje chwały od Ojca.

 

Także w Eucharystii Pan otoczony jest chwałą. Właśnie przez to, że ją ukrywa. Bo ukrywa nie tylko swoje bóstwo, ale także i człowieczeństwo. I narażony jest na profanację i świętokradztwo przez niegodne przyjęcie. A jednak, kiedy wierzymy, że pod postaciami chleba i wina On rzeczywiście rodzi się na ołtarzu i z wiarą i czystym sercem przyjmujemy Jego ciało zmartwychwstałe, to nie tylko, że Boże Narodzenie powtarza się w nas, ale także otrzymujemy zadatek udziału w Bożej chwale.

 

Podsumowując

 

Na Boże Narodzenie dekorujemy kościół, nasze domy. I ten zewnętrzny wystrój ma na celupomóc nam przeżyć atmosferę Bożego Narodzenia; ma na celu niejako przenieść do Betlejem za czasów Cezara Augusta. I dobrze jest, że tak się dzieje. Taki przykład dał nam św. Franciszek organizując w Greccio pierwszą żywą szopkę prawie osiemset lat temu.

 

I chociaż w zewnętrznym przejawie żywa szopka jest bardziej podobna do tego, jak wyobrażamy sobie grotę w Betlejem, to jednak bardziej prawdziwe, bo istotne jest Boże Narodzenie, które dokonuje się w Eucharystii, w czasie każdej Mszy św., niezależnie od tego, czy jest sprawowana w sposób tak uroczysty, jak dzisiaj czy tzw. cicha Msza św. odprawiana przez kapłana bez udziału ludu w prywatnej kaplicy klasztornej. Dlaczego? Bo w czasie każdej Mszy św. przychodzi Pan w sposób sakramentalny, tzn. niewidoczny, ale rzeczywisty; przychodzi na ołtarz po to, aby mógł zamieszkać w nas. On narodził się w Betlejem, a w czasie Mszy św. staje się obecny na ołtarzu po to, aby Boże Narodzenie mogło powtórzyć się w nas.

 

„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”. Kiedy uczestniczymy w Eucharystii i przyjmujemy Komunię św., wtedy te słowa zyskują nowe znaczenie: Odwieczne Słowo staje się ciałem i zamieszkuje nie tylko między nami, ale w nas, i przez wiarę już teraz oglądamy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy”.

Komentarzy: 4


Biskup Sheen wyjaśnia Niepokalane Poczęcie NMP

Kategoria: Kościół Monday, 12 December 2011, 12:24

Załóżmy, że istniałeś wcześniej niż twoja matka, na sposób artysty, którego istnienie poprzedza jego obrazy. Następnie załóżmy, że posiadasz nieskończoną moc, aby uczynić twoją matkę taką, jaką sobie życzysz, tak jak wielki artysta jak Rafael posiada moc do zrealizowania swoich artystycznych wizji. Załóżmy więc, że posiadasz tę podwójną moc, jaką matkę stworzyłbyś dla siebie? Czy stworzyłbyś dla siebie taką matkę, która przyniosłaby ci wstyd jej niekobiecym postępowaniem czy takim, które sprzeciwia się godności macierzyństwa? Czy uczyniłbyś ją ze zmazą samolubstwa, które uczyniłoby ją odpychającą nie tylko dla ciebie samego, ale także dla twoich rówieśników? Czy dałbyś jej takie, czy w zewnętrznym czy wewnętrznym wymiarze, cechy, których wstydziłbyś się potem? Czy raczej uczyniłbyś ją najpiękniejszą z kobiet świata, i to zarówno, jeśli chodzi o zewnętrzne piękno, jak i też w wymiarze piękna duszy, taką, która promieniowałaby każdą cnotą, każdym przejawem życzliwości i współczucia i miłosierdzia; taką, która czystością życia, wielkością rozumu i serca byłaby inspiracją nie tylko dla ciebie, ale w równym stopniu także dla i dla wszystkich innych, tak, aby każdy patrząc na nią widział w niej uosobienie tego, co najlepsze w macierzyństwie?

 

Teraz zaś, jeśli ty, który jesteś niedoskonałą istotą, i dlatego nie posiadasz najbardziej precyzyjnej koncepcji piękna, pragniesz dla siebie najpiękniejszej i najbardziej godnej miłości z wszystkich matek, czy nie sądzisz, że nasz Błogosławiony Pan, który nie tylko istniał przed swoją Matką, ale także miał nieskończoną moc, aby uczynić Ją taką, jaką chciał, czy On na mocy swojej nieskończonej wiedzy o tym, co prawdziwie piękne, uczyniłby Ją mniej czystą i godną miłości niż ty uczyniłbyś swoją własną matkę? Jeśli ty, który brzydzisz się samolubstwem, uczyniłbyś ją bez zmazy tej przywary; ty, który czujesz wstręt do wszelkiej brzydoty, uczyniłbyś ją całą piękną, czy nie sądzisz, że tym bardziej Boży Syn, który nienawidzi grzechu, uczyniłby swoją Matkę bez najmniejszej skazy grzechem, i Ten, którzy brzydzi się moralną szpetotą, uczyniłby Ją niepokalanie piękną?

 

Za: http://www.columbia.edu/cu/augustine/a/mary.html#graceful

Komentarzy: 8


Jeśli cię kto uderzy w policzek...

Kategoria: Kościół Friday, 21 October 2011, 16:00

Zostałem wywołany do tablicy prośbą Rudzi. Jej prośba jest powtórzeniem podobnego pytania wyrażonego swego czasu przez Roberta Pucka: „Nastawić policzek czy uderzyć?”. Zacząłem wtedy pisać odpowiedź, ale pozostała ona w fazie projektu. Teraz widzę potrzebę dokończenia tego tekstu. Zacznę od Ewangelii według św. Mateusza 5:38-42:


„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie."

 

Najpierw trzy  uwagi ogólne:


1. Pierwszą powtarzam za św. Augustynem: Prawo „Oko za oko i ząb za ząb” zostało wprowadzone w celu stłumienia płomieni wzajemnej nienawiści, ponieważ jak stwierdza Święty: Który ze znieważonych będzie zadowolony z oddania takiej samej zniewagi obrażającemu? Zatem to prawo zostało wprowadzone w celu postawienia granic odwetu, co oznacza że nie może być traktowane jako prawo, które go nakazuje. Tak też komentuje David Stern („Jewish New Testament Commentary”) w notce do tego fragmentu Ewangelii mówiąc, że prawo odwetu zostało dano dla obrony niewinnych i dla ograniczenia odpłaty w przypadku przewinień.



2. Słowa Pana Jezusa nie oznaczają tolerancji zła pojawiającego się we wspólnotach, jak i też nie odnoszą się do rozwiązywania konfliktów między społecznościami czy międzynarodowych, ponieważ Ewangelia odnosi się do jednostek, a te konkretne słowa Pana są poleceniem rezygnacji z prywatnego odwetu.



3. Słów Pana Jezusa nie można rozumieć jako zakazu obrony własnej w sytuacji ataku czy próby przemocy fizycznej, ponieważ On nie mówi o sytuacji, w której mamy do czynienia z przemocą, ale o sytuacji, w której doznajemy zniewagi.

Po tych uwagach ogólnych przejdźmy do rozważań bardziej szczegółowych. W biblijnym cytacie podkreśliłem werset 39 mówiący o nastawianiu policzka. Czytając różne komentarze biblijne dowiedziałem się ciekawych rzeczy, których wcześniej nie byłem świadomy. Według komentarzy uderzenie otwartą ręką było traktowane jako zniewaga zadana godności osobistej uderzonej osoby. Nie chodziło tu o zamach na życie ani nawet o akt przemocy, przed którym należało się bronić, ale o obrazę. Echo tego słyszymy w słowie „policzek”, którego jednym ze znaczeń jest „zniewaga”.



Co oznacza „nastawienie drugiego policzka”? Jest naturalną ludzką reakcją, że zranieni unikamy dalszych zranień. Nie chodzi tu tylko o zranienia fizyczne, ale także o urażenie naszej dumy. Jeśli ktoś zrani nas, w sensie, że zrani nasze poczucie godności, obrazi nasze uczucia religijne, jest czymś naturalnym, że unikamy dalszych zranień. Nastawienie policzka jest zachowaniem odwrotnym, jest odsłonięciem się, pozostanie dostępnym dla tego, który już nasz zranił. I Pan Jezus nakazuje swoim uczniom takie zachowanie. Czy oznacza ono przebaczenie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw zastanowić się nad pytaniem: „Co oznacza przebaczyć?”



Myślę, że wchodzą na to trzy elementy:


1. Po pierwsze: przebaczyć nie oznacza zapomnieć; przebaczyć nie oznacza też nie mieć nieprzyjemnych doznań na wspomnienie zranienia czy na widok tego, kto nas zranił.

 
2. Po drugie: przebaczyć drugiemu oznacza danie mu drugiej czy kolejnej szansy; oznacza rezygnację z wypominanie drugiemu starych zniewag. Czasem bycie obrażonym jest przyjemnym odczuciem. Mam na myśli to, że daje obrażonemu pewne uczucie przewagi nad obrażającym: on wtedy tak się zachował; wcale nie jest taki święty, za jakiego uważają go inni, itp., a ja mam prawo być obrażonym, bo on wtedy zrobił czy powiedział to i to, i dlatego jestem zwolniony z wszelkiego wysiłku czy starania się o pojednanie. Wybaczenie to rezygnacja z tego rodzaju „przewagi” nad tym, który nas zranił. To nie tylko rezygnacja z wracania do zranień w rozmowie z nim, ale także świadomy wybór, aby we własnych myślach nie wracać do nich ani nie osądzać tego drugiego; to rezygnacja z poczucia „wyższości”, jaki daje status obrażonego.


3. Po trzecie: konsekwencją przebaczenia jest… otwarcie się na kolejne zranienie. W swej istocie, nastawienie policzka nie jest niczym innym, jak właśnie otworzeniem się na kolejny cios i kolejne zranienie. Jeśli nie wybaczamy jakieś osobie, która nas zraniła, nie dajemy jej możliwości ponownego zranienia. Dlatego nauka Pana Jezusa o wybaczaniu jest tak samo trudna jak Jego nauka o nastawianiu drugiego policzka.


Skoro tak, skoro nastawienie policzka jest istotnym elementem przebaczenia – jest otworzeniem się na kolejne zranienie – to czy jest tym samym, co przebaczenie? Niekoniecznie. Wydaje się, że z punktu widzenia tego, który przebacza czy nastawia policzek, nie ma różnicy, czy chodzi o jedno czy o drugie. Zarówno przebaczający jak i nastawiający drugi policzek kieruje się postawą otwartości na drugiego człowieka. Jest to postawa miłości, a jednym z elementów miłości jest zaufanie, które jest niczym innym, jak otworzeniem się na zranienie. Nikt nie ma takiej możliwości zranienia nas, jak właśnie osoba, którą kochamy i ufamy. Jednak taka otwartość z jednej strony nie wystarczy.

Aby zaistniał uścisk dłoni, nie wystarczy wyciągnięta dłoń – potrzeba jeszcze, aby wyciągnięta dłoń została przyjęta. Wtedy następuje spotkanie dłoni zwane uściskiem. Podobnie do zaistnienia przebaczenia nie wystarczy, aby zostało zaofiarowane – potrzeba, aby zostało przyjęte. Dlatego, o ile nie ma różnicy pomiędzy wybaczeniem a nastawieniem policzka patrząc na to z punku widzenia ofiarującego przebaczenie czy drugi policzek, istnieje ona, jeśli chodzi o tego, które znieważa nas, niezależnie czy czyni to przez uderzenie otwartą ręką w twarz czy w jakikolwiek inny sposób. Przyjmujący przebaczenie nie zrani nas po raz drugi, albo przynajmniej będzie miał mocne i szczere postanowienie uniknięcia tego. Natomiast, jeśli uderzy powtórnie w nastawiony policzek, oznacza to, że nie przyjął zaofiarowanej mu okazji. W takim przypadku nastawienie policzka nie stało się przebaczeniem z jego własnej winy.

Myślę, że lepszego wyjaśnienia tego, co chcę powiedzieć, celowe będzie pokazanie to na przykładzie. Sądzę, że różnica pomiędzy przebaczeniem, a nastawieniem policzka jest podobna do różnicy pomiędzy odpuszczeniem grzechów ofiarowanym przez Pana Jezusa grzesznej kobiecie, o czym czytamy u Łk 7:36-50, a wydarzeniem opisanym przez Jana w rozdziale ósmym jego Ewangelii. O ile do pierwszej kobiety Pan powiedział: „Twoje grzechy są odpuszczone” (Łk 7:48 BT), druga usłyszała słowa: „Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?” A ona odrzekła: „Nikt, Panie!” Rzekł do niej Jezus: „I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” (J 8:10-11 BT). Pan dał obu kobietom szansę: pierwsza ją przyjęła, dlatego słyszymy Jego słowa o przebaczeniu; druga otrzymała szansę – Pan jej nie potępił i polecił nie grzeszyć więcej, ale czy ona skorzystała z tej szansy, czyli czy ta szansa została wykorzystana i jej grzechy zostały przebaczone, pozostanie tajemnicą. Maria Valtorta sugeruje odpowiedź negatywną, jednak jej pisma nie zostały uznane przez Stolicę Apostolską, przynajmniej jak do tej pory, dlatego nie możemy traktować ich treści jako odpowiedzi autorytatywnej na nasze pytanie, ale na pewno nie postąpimy źle wykorzystać tę sugestię jako skierowaną dla nas osobiście przestrogę, aby nie nadużywać Bożego miłosierdzia.

Dlatego, ponieważ przebaczenie zaofiarowane przez przebaczającego musi być przyjęte przez tego, który popełnił zniewagę, aby nastąpiło wybaczenie grzechów, Pan umierając na krzyżu nie mówi do oprawców: „Przebaczam wam”, ale woła do Ojca: „Przebacz im, bo nie wiedzą co czynią” (Łk 23:34). Pan modli się za tych, którzy Go prześladowali. Którzy z oprawców skorzystali z modlitwy Pana? Ci, którzy uznali swój grzech i poprosili Pana Boga o jego przebaczenie. Podobny przykład daje nam pierwszy męczennik, św. Szczepan, który umierając modlił się za swoich prześladowców tymi samymi słowami.

Nastawienie policzka czy modlitwa za prześladujących chociaż samo w sobie nie jest (jeszcze) przebaczeniem, oznacza gotowość do przebaczenia, o ile spotka się z postawą otwartości na przyjęcie tego zaofiarowanego przebaczenia. Taka postawa jest naśladowaniem postawy Pana Boga. On kocha nas bezwarunkowo i jest gotowy do przebaczenia każdego grzechu. Z wyjątkiem jednego. Z wyjątkiem grzechowi przeciw Duchowi Świętemu. Na czym polega ten grzech? Ojciec św. Jan Paweł Wielki w encyklice „Dominum et Vivificantem” definiuje grzech przeciwko Duchowi Świętemu jako odmowę przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego. Z tego możemy wyciągnąć wniosek, że każdy grzech może być wybaczony z wyjątkiem grzechu, którego przebaczenia nie chcemy. Pan Bóg jest gotowy do wybaczenia każdego grzechu, ale nie zawsze grzesznicy są na tyle pokorni, aby uznać, że nie ma w nich niczego, co by zasługiwało na Bożą miłość; że wszystko dobre, co w nich jest, jest Bożym darem darmo danym, a każdy z nas jest tylko żebrakiem przed Bożym majestatem, otchłanią nędzy, którą tylko nieskończona otchłań Bożego miłosierdzia jest w stanie wypełnić. Pan Bóg kocha zawsze, ale nie zawsze człowiek chce przyjąć Bożą miłość; Pan Bóg jest miłosierny, ale nie zawsze spotyka się z ludzką gotowością przyjęcia Bożego miłosierdzia; Pan Bóg jest zawsze gotowy przebaczyć grzech, każdy grzech, ale nie zawsze człowiek chce się upokorzyć, żeby poprosić o jego wybaczenie.

Podsumowując, nastawienie policzka oznacza gotowość do przebaczenia, ale czy samo nastawienie policzka, które jest także zaofiarowanym przebaczeniem, przemieni się w przebaczenie, zależy od raniącego, znieważającego, grzesznika, któremu przebaczenie zostało zaofiarowane. Pan Jezus wymaga od nas, abyśmy naśladowali Bożą gotowość do przebaczenia i ofiarowali je zawsze i wszystkim bez wyjątku, siedem, a nawet siedemdziesiąt siedem razy w ciągu dnia.

Myślę, że świetnym komentarzem do słów Pana Jezusa są słowa zapisane przez św. Franciszka z Asyżu, który w liście do nieznanego nam z imienia ministra napisał:

„I po tym chcę poznać, czy miłujesz Pana i mnie, sługę Jego i twego: jeżeli będziesz tak postępował, aby nie było takiego brata na świecie, który, gdyby zgrzeszył najciężej, a potem stanął przed tobą, żeby odszedł bez twego miłosierdzia, jeśli szukał miłosierdzia. A gdyby nie szukał miłosierdzia, to ty go zapytaj, czy nie pragnie przebaczenia. I choćby tysiąc razy potem zgrzeszył na twoich oczach, kochaj go bardziej niż mnie, abyś go pociągnął do Pana; i zawsze bądź miłosierny dla takich.”

Św. Franciszek wzywa ministra do „okazania miłosierdzia” wobec tego, kto go szuka. A co z tymi, którzy nie szukają miłosierdzia, nie proszą o przebaczenie, nie przepraszają? A zamiast tego ranią nas i to nie raz, ale wiele razy na dzień? Czy i oni zasługują na przebaczenie? Święty z Asyżu poleca zapytać grzesznego brata, czy nie szuka miłosierdzia. Co mówi Pan Jezus o takiej sytuacji? Wydaje się, że można tu zastosować fragment Jego nauki, gdzie mówi o miłości nieprzyjaciół. Jeśli przyjaciele i członkowie rodziny stają się nieprzyjaciółmi prześladującymi nas, to w takiej sytuacji trzeba usunąć się spod ich zasięgu (por. Mt 10:23), jednocześnie ofiarując na nich modlitwę (Mt 5:44).

Przy tej okazji polecam dwa teksty na ten temat, które pojawiły się na Frondzie. Ich autorkami są panie podpisujące się: "Przyjazna" i "Radosna". Są one tym bardziej cenne i godne polecenia, ponieważ są nie tyle teoretycznymi rozważaniami, ile świadectwem z życia ich autorek mającymi do czynienia z trudnymi sytuacjami.

Niektórzy uważają, że jakkolwiek Pan Jezus nakazał nastawianie drugiego policzka, jednak sam nie zastosował się do tej nauki, z czego można wyciągnąć wniosek, że „Kiedy trzeba nastawić policzek, to trzeba to uczynić, a kiedy uderzyć, to uderzyć”. Myślę, że chociaż to cytowane zdanie pochodzi od znanego kaznodziei, którego darzę szczerym szacunkiem, to jednak myślę, że w tym miejscu wykazuje on niezrozumienie nauki i przykładu Boskiego Zbawiciela.

Chodzi tu oczywiście o sytuację opisaną przez św. Jana:
„Gdy to powiedział, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: „Tak odpowiadasz arcykapłanowi?” Odrzekł mu Jezus: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?” (J 18:22-23 BT).

Myślę, że nie możemy zrozumieć słów Pana bez uwzględnienia kontekstu, w jakim zostały wypowiedziane. Musimy pamiętać, że Pan wypowiadając te słowa był związany. Nie musiał nastawiać policzka, bo już był wystawiony nie tylko na uderzenie w policzek, ale na wszelkie zniewagi i tortury. Pan został uderzony w policzek za słowa wypowiedziane do arcykapłana:
„Ja przemawiałem jawnie przed światem. Uczyłem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie uczyłem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Oto oni wiedzą, co powiedziałem” (J 18:20-21 BT). Słowa, które Pan adresuje do sługi, który Go uderzył (cytowane powyżej, w. 23), zostały wypowiedziane w podobnym duchu, jak te, za które dopiero co został uderzony. Dlatego były narażeniem się na kolejne uderzenie, a co za tym idzie, nastawieniem policzka. Dlatego ma rację św. Augustyn, że słowa o nastawieniu drugiego policzka obowiązują w sercu, i właśnie w ten sposób zostały wypełnione przez Pana. Pan nie tylko wypełnił swoją własną naukę, ale także słowa proroctwa:

„Pan Bóg otworzył Mi ucho, a Ja się nie oparłem ani się cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym Mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg Mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam” (Iz 50:5-7 BT).

Komentarzy: 27


Chrzest. Czym jest?

Kategoria: Kościół Friday, 19 August 2011, 17:06

W ostatnich dniach czytelnicy Frondy byli świadkami, o ile nie uczestniczyli czynnie w burzliwej dyskusji na temat chrztu. Jedni (katolicy) uważają, że chrzest jest nie tylko potrzebny, ale konieczny do zbawienia; inni (np. OwenFan) uważają, że potrzebna jest tylko wiara, a chrzest ma znaczenie raczej symboliczne. Z odpowiedzią na to pytanie jest ściśle związana odpowiedź na pytanie zawarte w tytule: Czym jest chrzest: rzeczywistym duchowym odrodzeniem czyli narodzeniem na nowo, czy też tylko pewnym rytuałem, wprawdzie nakazanym przez Chrystusa, ale nie mającym głębszego znaczenia.

 

Zamiarem, który mi przyświecał przy pisaniu tego tekstu, było nie tyle dodanie nowych argumentów, które zostały pominięte przez dyskutantów (chociaż takie też będą); jest to raczej próba uporządkowania i uzgodnienia wypowiedzi Pisma św. na ten temat i danie odpowiedzi na pytania:

1. Czy chrzest jest potrzebny do zbawienia?

2. Czym jest chrzest: symbolem czy powtórnym narodzeniem?

 

I. Czy chrzest jest potrzebny do zbawienia?

 

Pan Jezus mówi: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16:16 BT). Ta wypowiedź mówi o tym, że nie tylko wiara, ale i przyjęcie chrztu, są konieczne do osiągnięcia zbawienia.

 

Zaprzeczając temu, OwenFan przytacza inne fragmenty Pisma św. mówiące o tym, że wiara bez chrztu jest wystarczająca do zbawienia:

 

1. „Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego” (J 3:18 BT).

 

2. „A wyprowadziwszy ich na zewnątrz rzekł: «Panowie, co mam czynić, aby się zbawić?» «Uwierz w Pana Jezusa - odpowiedzieli mu - a zbawisz siebie i swój dom»” (Dz 16:30-31 BT).

 

3. Przykład współukrzyżowanego z Panem łotra.

 

Czyżby więc Biblia zawierała wewnętrzne sprzeczności? Niekoniecznie. Można na to odpowiedzieć, że natchnieni Autorzy używali skrótów myślowych i odwoływali się, czy zakładali posiadanie pewnej fundamentalnej wiedzy u czytelnika, dlatego nie powtarzali wszędzie, że do zbawienia konieczna jest zarówno wiara, jak i chrzest. Poza tym w kontekstach tych przytoczonych przez kalwinistę cytatów jest także mowa o chrzcie:

 

Ad. 1) "Jezus odpowiedział: 'Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego'" (J 3:5 BT). W „narodzeniu z wody i z Ducha” trzeba widzieć obraz chrztu św. Była to powszechna i zgodna interpretacja Ojców Kościoła, ale o tym będzie więcej w dalszej części tego artykułu.

 

Ad. 2) W następnym wierszu czytamy o przyjęciu chrztu:  "Tej samej godziny w nocy wziął ich z sobą, obmył rany i natychmiast przyjął chrzest wraz z całym swym domem" (Dz 16:33 BT).  

 

Myślę, że te i inne cytaty świadczą o tym, że przyjęcie chrztu jest naturalną konsekwencją wiary w Pana: przyjęcie wiary prowadził do przyjmowania chrztu lub prośby o ten sakrament. Potwierdzają to biblijne wypowiedzi:

 

„Lecz kiedy uwierzyli Filipowi, który nauczał o królestwie Bożym oraz o imieniu Jezusa Chrystusa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety przyjmowali chrzest” (Dz 8:12 BT).

 

„A Filip wychodząc z tego tekstu Pisma opowiedział mu Dobrą Nowinę o Jezusie. W czasie podróży przybyli nad jakąś wodę: «Oto woda - powiedział dworzanin - cóż przeszkadza, abym został ochrzczony?»” (Dz 8:35-36 BT).

 

W tym ostatnim fragmencie nawet nie ma wyraźnie napisane o uwierzeniu dworzanina w Pana; jest to coś, co jest IMPLIKOWANE. Pokazuje to, że sama prośba o chrzest była oznaką tejże wiary. Podobny jest przekaz kolejnego fragmentów z Dziejów Apostolskich:

 

”Przysłuchiwała się nam też pewna ‘bojąca się Boga’ kobieta z miasta Tiatyry imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swym domem, poprosiła nas: «Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu - powiedziała - to przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim!». I wymogła to na nas” (Dz 16:14-15 BT).

 

Wniosek: Dla Autorów Nowego Testamentu przyjęcie chrztu było znakiem wiary.

 

Ad. 3) A co z dobrym łotrem? Pan Jezus obiecał mu, że będzie z Nim w raju, a przecież nie ma tam nawet wzmianki o chrzcie ani nawet pragnieniu tego sakramentu. Jak na to odpowiedzieć? Pan Bóg jest wszechmocny i nie jest związany sakramentami. Może działać poza nimi. Zatem może zbawić także nieochrzczonych. Co więcej, ma moc zbawić także niewierzących. Skąd o tym wiemy? Mówi o tym słowo Boże. Hiob podał fragment Listu św. Pawła Apostoła do Rzymian:

 

„Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. [Okaże się to] w dniu, w którym Bóg sądzić będzie przez Jezusa Chrystusa ukryte czyny ludzkie według mojej Ewangelii” (Rz 2:13-16).

 

Tu mowa o tych, którzy „nie mają Prawa”, czyli o poganach, którzy dostępują zbawienia, jeśli postępują zgodnie z tym, co „Prawo nakazuje”. W tym miejscu nie możemy widzieć niczego innego, jak ludzkiego sumienia, czyli Bożego głosu przemawiającego w sercu człowieka. Zatem ci, którzy nie poznali Boga, ale w szczerości serca szukali Go, i co najważniejsze, żyli zgodnie z osądem prawego sumienia, dostępują zbawienia.

 

Na potwierdzenie przytoczę jeszcze jeden biblijny fragment:

 

„Właśnie o to trudzimy się i walczymy, ponieważ złożyliśmy nadzieję w Bogu żywym, który jest Zbawcą wszystkich ludzi, zwłaszcza wierzących” (1 Tm 4:10 BT).

 

Spróbujmy dokonać syntezy tego, co powiedzieliśmy do tej pory. Z jednej strony mamy w Piśmie św. słowa mówiące o konieczności i wiary i chrztu do zbawienia, a z drugiej znajdziemy tam takie, które mówią, że chrzest nie jest konieczny, i co więcej, że nawet sama wiara w Pana Boga czy w Chrystusa nie jest konieczna do zbawienia. Jak to pogodzić?

 

Wydaje się czymś słusznym przyjąć, że zwyczajnym sposobem, jaki Pan Bóg (Pan Jezus) przewidział dla nas jest wiara w Niego, której konsekwencją jest także przyjęcie chrztu. Jest to zwyczajny sposób. Jeśli jednak ktoś uwierzy w Niego, a nie ma możliwości przyjęcia chrztu, wystarczy samo pragnienie jego przyjęcia. To pragnienie jest o tyle możliwe, o ile ktoś wie o znaczeniu chrztu i o jego skutkach. Oczywiście, jeśli ktoś nie wie o tym, nie może go pragnąć, tak jak nie może uwierzyć w Pana Boga (Pana Jezusa) ktoś, kto o Nim nie słyszał, albo słyszał nieprawdę. Jeśli więc ktoś nie miał możliwości poznania prawdy o Bogu (o Panu Jezusie), będzie zbawiony, o ile w swoim życiu kierował się sumieniem.

 

W tym miejscu, myślę, że jest koniecznym dodanie uzupełnienia. Tak, z jednej strony jest prawdziwe, że mogą być zbawieni ci, którzy nie wierzyli w Pana Boga (Pana Jezusa), ale z drugiej strony, nie było, nie ma i nie będzie ani jednego zbawionego, który byłby zbawiony bez Pana Jezusa. „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie” (J 14:6). Dotyczy to wszystkich zbawionych żyjących od początku do końca świata: zostali lub będą zbawieni dzięki Krwi Pana Jezusa.

 

II. Czym jest chrzest?

 

Przejdźmy do drugiej części tego artykułu. Zastanówmy się teraz nad pytaniem: Czym jest chrzest? Symbolem tylko czy może czymś więcej? Co mówi o tym Biblia?

 

- Chrzest jest nakazem Pańskim:

 

„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28:19 BT).

 

Skoro chrzest jest nakazem Pańskim, wydaje się co najmniej dziwną interpretacja, że chrzest jest tylko symbolem czy zewnętrznym znakiem, któremu nie odpowiada żadna wewnętrzna rzeczywistość. Czy Pan nakazywałby coś, co i tak nie ma znaczenia dla zbawienia? Trudno się z tym zgodzić. Ale nie przesądzając sprawy, poszukajmy innych stwierdzeń biblijnych na interesujący nas temat.

 

- Chrzest gładzi grzechy:

 

„Dlaczego teraz zwlekasz? Ochrzcij się i obmyj z twoich grzechów, wzywając Jego imienia!” (Dz 22:16 BT).

 

Nicejsko-konstantynopolitańskie Wyznanie wiary: „Wyznaję jeden Chrzest na odpuszczenie grzechów” uznawany przez (chyba) wszystkie odłamy chrześcijańskie.

 

- …i otwiera na Ducha Świętego:

 

„’Nawróćcie się’ - powiedział do nich Piotr – ‘i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego’” (Dz 2:38 BT).

 

- Chrzest zbawia:

 

„W nim poszedł ogłosić zbawienie nawet duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym, gdy za dni Noego cierpliwość Boża oczekiwała, a budowana była arka, w której niewielu, to jest osiem dusz, zostało uratowanych przez wodę. Teraz również zgodnie z tym wzorem ratuje was ona we chrzcie nie przez obmycie brudu cielesnego, ale przez zwróconą do Boga prośbę o dobre sumienie, dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa” (1 P 3:19-21 BT).

 

 

- Chrzest jest nowym narodzeniem (odrodzeniem duchowym):

 

a) „W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem” (J 3:3-6 BT).

 

W książce „Ancient Christian Commentary on Scripture. New Testament”, wydanej przez protestanckie wydawnictwo „InterVarsity Press” będącej kompilacją tekstów Ojców Kościoła w komentarzu do J 3:5 są przytoczone fragmenty pism św. Hieronima, św. Justyna, Tertuliana, św. Bazylego Wielkiego, św. Ambrożego, którzy odnoszą ten werset do sakramentu Chrztu św.

 

Na tej angielskojęzycznej stronie są przytoczone teksty Ojców Kościoła, którzy w chrzcie widzieli duchowe odrodzenie.

 

b) Św. Paweł Apostoł widział chrzest św. jako uczestnictwo w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa:

 

„Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca” (Rz 6:3-4 BT).

 

c) W Piśmie św. jest użyte dwa razy słowa „regeneracja”.

„Gdy zaś ukazała się dobroć i miłość Zbawiciela, naszego Boga, do ludzi, nie ze względu na sprawiedliwe uczynki, jakie spełniliśmy, lecz z miłosierdzia swego zbawił nas przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy, usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3:4-7 BT).

 

W wersecie 5-tym w oryginale jest słowo παλιγγενεσία. Według protestanckiego „Tayer’s Greek Lexicon”: παλιγγενεσία - nowe narodzenie, odnowa, stworzenie na nowo, w Wulgacie i u św. Augustyna regeneratio; dlatego „moralne odnowa, regeneracja, powstanie nowego życia poświęconego Bogu, radykalna zmiana myślenia na lepsze” (dokonująca się w chrzcie (pokreślenie: PK) (por. odnośniki pod hasłem βάπτισμα, 3)): Tt 3:5 [1].

 

To słowo występuje tylko dwa razy w Nowym Testamencie. Tym drugim miejscem jest Ewangelia według św. Mateusza 19:28: „Jezus zaś rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela” (Mt 19:28 BT).

 

Autorzy biblijni na określenie procesu, który zachodzi w czasie chrztu św., używają tego samego słowa, które stosują do przemiany dokonującej się przy zmartwychwstaniu: „regeneracja”.

 

d) Taką interpretację potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego:

 

1265 Chrzest nie tylko oczyszcza ze wszystkich grzechów, lecz także czyni neofitę "nowym stworzeniem" (2 Kor 5:17), przybranym synem Bożym (por.: Ga 4:5-7), który stał się "uczestnikiem Boskiej natury" (2 P 1:4), członkiem Chrystusa (por.: 1 Kor 6:15; 12:27), a z Nim "współdziedzicem" (Rz 8:17), świątynią Ducha Świętego (por.: 1 Kor 6:19).

 

e) Ponieważ dla niektórych słowa Marcina Lutra mają większe znaczenie, niż KKK, dlatego kończę ten tekst cytatem z jego pism:

 

„Chrzest oznacza błogosławione umieranie grzechowi i zmartwychwstanie w łasce Bożej, w czasie którego stary topi się człowiek, poczęty i narodzony w grzechu, a na jego miejscu nowy człowiek narodzony w łasce, wychodzi i powstaje. Tak św. Paweł w Tt 3:5, nazywa chrzest „obmyciem regeneracji”, ponieważ w tym obmyciu ochrzczony rodzi się na nowo i staje się nowy. Jak Chrystus mówi u J 3:5: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (łaski), nie może wejść do królestwa Bożego”. Bo jak dziecko jest wyciągnięte z łona swojej matki i rodzi się, i przez to cielesne narodzenie jest grzesznym człowiekiem i potomstwem zasługującym na gniew (Ef 2:3), tak ten, który jest wyciągnięty z chrztu rodzi się duchowo. Przez to duchowe narodzenie jest dzieckiem łaski i osobą usprawiedliwioną. Dlatego grzechy są zatopione w chrzcie, a miejsce grzechu powstaje sprawiedliwość.

 

Chrzest był zapowiedziany od dawna w potopie za czasów Noego, kiedy cały świat został zatopiony z wyjątkiem Noego z jego trzema synami i ich żonami – osiem dusz, które zostały ocalone w arce. Zatopienie ludzi starego świata symbolizuje zatopienie grzechów w chrzcie św., a owych ośmioro zachowanych w arce wraz ze zwierzętami wszelkiego rodzaju oznacza – jak św. Piotr wyjaśnia w swoim Drugim Liście – że przez chrzest człowiek dostępuje zbawienia. Teraz chrzest jest o wiele większym potopem niż ten za czasów Noego. Bo ten potop zatopił topił ludzi przez okres nie dłuższy niż rok, a chrzest topi różnego rodzaju ludzi w całym świecie, od narodzin Chrystusa aż do dnia sądu. Co więcej, podczas gdy tamten był potopem gniewu, ten jest potopem łaski, jak o tym jest powiedziane w Psalmie 29:10: „Bóg uczyni wiecznym nowy potop” (Biblia Tysiąclecia: „Pan zasiadł na tronie nad potopem i Pan zasiada jako Król na wieki.”). Bo bez wątpienia o wiele więcej ludzi zostało ochrzczonych niż zatopionych w wodach potopu.

 

Z tego wynika w sposób pewny, że kiedy ktoś zostaje ochrzczony, jest prawdziwie czysty, bez grzechu i bez żadnej winy. Jednakże, są tacy, którzy nie rozumieją tego właściwie. Myślą oni, że grzech już nie jest obecny, dlatego zaniedbują walkę ze swoją grzeszną naturą, co czynią nawet niektórzy, którzy chodzili do spowiedzi. Dlatego, jak to powiedziałem wcześniej, powinno się właściwie rozumieć i wiedzieć, że nasze ciało, jak długo żyje tutaj, jest z natury złe i grzeszne. (Marcin Luter, Święty i błogosławiony sakrament Chrztu”, Dzieła Lutra, tom 35)

 

_______________________

[1] παλιγγενεσα (T WH παλιγγενεσία (cf. Tdf. Proleg., p. 77 bottom)), παλιγγενεσίας, ἡ (πάλιν and γένεσις), properly, new birth, reproduction, renewal, recreation (see Halm on Cicero, pro Sest. sec. 140), Vulgate and Augustine regeneratio; hence, "moral renovation, regeneration, the production of a new life consecrated to God, a radical change of mind for the better" (effected in baptism (cf. references under the word βάπτισμα, 3)): Titus 3:5 

Komentarzy: 53


Moja najpiękniejsza "przygoda" duszpasterska

Kategoria: Kościół Thursday, 08 September 2011, 17:11

„Święci żyją świętymi…”

 

*****

 

Spotkanie, o którym chcę opowiedzieć, wydarzyło się siedem lat temu. W tym dniu stałem się częścią historii życia Sary Ashran. Nasze drogi zeszły się nie bez zrządzenia Bożej Opatrzności w czasie Mszy św. we wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein) 9 sierpnia 2004 roku, dokładnie 7 lat temu. W tym czasie pracowałem w Eggenfelden. Jest to stare, bo sięgające dwunastego wieku miasteczko w Dolnej Bawarii, oddalone zaledwie 22 km od Marktl am Inn, gdzie przyszedł na świat Józef Ratzinger, obecny Ojciec św. Benedykt XVI. Eggenfelden obecnie liczy około 13 tysięcy mieszkańców. Przez wieki pozostawało na uboczu wielkich wydarzeń historycznych. Być może młodszym czytelnikom stało się znane przez postać Daniela Kübelböck, który swoje dzieciństwo spędził właśnie w tym miasteczku.

 

Przez rok pracowałem jako kapelan szpitala w miejscowym szpitalu. Mieszkałem w tamtejszym klasztorze jako jedyny polski franciszkanin w pięcioosobowej obsadzie. Ponieważ w dni powszednie była tylko jedna Msza św., odprawialiśmy ją razem w przyklasztornej świątyni o godz. 8:00 rano. Wspomnianego dnia przypadło mi przewodniczenie koncelebry. We wstępie wspomniałem o postaci św. Teresy Benedykty od Krzyża. Urodzona we Wrocławiu, żydowskiego pochodzenia, obywatelka Niemiec, łączyła w sobie miłość dla swojego narodu z patriotyzmem w stosunku do ziemskiej ojczyzny, gdzie przyszło jej żyć. Jednak motywem przewodnim w jej życiu było umiłowanie prawdy. Szukając prawdy, odnalazła Prawdę – Jezusa, Brata według krwi i Mesjasza oczekiwanego przez Żydów. Edith Stein rozumiała posłannictwo swego życia podobnie do biblijnej Estery, która narażała swe życie wstawiając się do króla za swoim narodem. Św. Teresa oddała Bogu swe życie jako ofiarę zarówno za lud wybrany Starego Przymierza, jej braci i siostry co do ciała, jak i za Niemców, naród, którego była obywatelką, a który prześladował ją i jej rodaków.

 

Po Mszy św. podeszła do mnie uczestnicząca w niej kobieta i poprosiła o chwilę rozmowy. Droga jej życia niosła w sobie podobieństwo do Patronki dnia. Urodziła się w Niemczech i miała żydowskie pochodzenie. Jej rodzice zginęli z rąk Niemców prawdopodobnie w Auschwitz. Ona cudem uniknęła śmierci. Kiedy hitlerowcy przyszli do ich domu, zabrali rodziców i rodzeństwo, dziewczynka zamarła ze strachu niczym głaz – nie poruszyła się ani nie wydała żadnego głosu. I to ją ocaliło. Ci, którzy przyszli zabrać jej rodzinę, nie zauważyli jej obecności w mieszkaniu. Zabrali rodziców i rodzeństwo, ona została sama. Miała wtedy zaledwie kilka lat.

 

Podobnie jak Edith Stein nawróciła się na chrześcijaństwo, i co ciekawe, podobny był także sposób, w jaki to się stało. O ile jednak Edith Stein szukała prawdy, Sarah Ashran szukała miłości. Edith Stein odwiedziła przyjaciół i w ich bibliotece znalazła pisma św. Teresy. Czytała je całą noc. Kiedy nad ranem odłożyła książkę, powiedziała: „Znalazłam prawdę”. Podobnie Sarah znalazła w hotelowym pokoju na Florydzie Biblię, Nowy Testament, i czytała tę Księgę całą noc. Rano wiedziała, że jest Ktoś, kto ją kocha. Parafrazując powiedzenie Edyty Stein, można by powiedzieć, że Sarah znalazła Miłość. Św. Teresa od Jezusa przez jej pisma pomogła Edycie Stein odnaleźć prawdę. Edith Stein z kolei przez swoje życie pomogła Sarze Ashran okryć miłość Pana Jezusa i znaleźć odpowiedź na wiele pytań, które nosiła przez całe jej dorosłe życie.

 

W tym samym dniu (mam na myśli 9 sierpnia 2004 r.) przyjęła Sakrament Pojednania oraz Sakrament Namaszczenia Chorych. Na drugi dzień przyjęła Komunię św., która dla niej była także …pierwszą Komunią św. Ponieważ historia jej życia była jedyna w swoim rodzaju, poprosiłem ją, żeby spisała ją jako świadectwo dla innych. Na drugi dzień przyniosła cztery kartki zapisane pismem odręcznym (niżej przytaczam polskie tłumaczenie). Przyniosła także notatnik w okładce koloru umbry, w którym zapisywała swoje myśli z czasów, kiedy studiowała w Monachium. Ponieważ wiedziała, że już nigdy nie wróci do Niemiec, chciała, aby został w tym kraju. Ponieważ dwa lata później wyjechałem z Niemiec, zabrałem z sobą kopertę z jej wspomnieniami i notatnik.

 

Oto trzy przykładowe wpisy z tego zeszyty: Teraz, Ojcze, jesteśmy zakochani! Kochamy się wzajemnie i to jest cudowne. Świadomość tej miłości wprowadza nas w jakiś stan oszołomienia z powodu radości i zadziwienia. Dziękujemy Ci, że dane nam było spotkać się i poznać. Każdego dnia możemy doświadczyć czystego cudu miłości, która dla innych wciąż jeszcze pozostaje niezauważona.

 

Chcielibyśmy byś bezkompromisowi, jak Ty, Jezu, ale pomóż nam także, abyśmy kochali jak Ty.

 

Krytyka i trudy z powodu prawdy – tak!

 

Traktuję te zapiski jak relikwie, podobnie jak wspomnienie spotkania z Sarą. Przez lata milczałem o tym, jakby bojąc się, że dzieląc się tym wspomnieniem z innymi, w jakiś sposób przyczynię się do pomniejszenia tego, co samo w sobie jest bardzo cenne i trudne do wyrażenia. Dopiero rok temu umieściłem tę historię na forum Hioba w dziale „Świadectwa”, a dzisiaj dzielę się nią z czytelnikami Frondy. Oto świadectwo Sary Ashran:

 

Nazywam się Sarah Ashran. Jestem córką żydowskich rodziców, którzy zostali zamordowani w Auschwitz w 1944 roku. Ocalałam niejako przez cud i razem z żydowskimi krewnymi udało się mi uciec do Ameryki. Pierwsze lata szkolne spędziłam w przytułku dla dzieci, bez Ojczyzny, bez miłości, samotna, chociaż nie cierpiałam głodu ani zimna. Kiedy skończyłam 14 lat moi krewni mieli inne plany dla mnie i zostałam posłana z powrotem do Niemiec, gdzie mieszkałam w internacie. Coraz bardziej czułam się samotna, odizolowana od innych, niekochana. Moja nienawiść do niemieckich kolegów, którzy przecież wszyscy mieli rodziców, również przybierała na sile. Dlaczego musiałam żyć w kraju, w którym część ludzi była winna śmierci moich rodziców? Poczucie bezsensu powiększało się aż do odczuwania rozpaczy. Miałam tylko jedno życzenie – umrzeć!

Ale razem z tym pragnieniem śmierci przyszło też pytanie: Dlaczego żyję? Czy mogę jeszcze nadać mojemu życiu sens? Tymczasem dalej prowadziłam samotne życie. W wieku 17 lat zdałam maturę i wróciłam do USA. Tutaj studiowałam filozofię, muzykę i medycynę. Po pierwszych egzaminach wyjechaliśmy z całym rocznikiem na Florydę. W hotelowym pokoju znalazłam Biblię – Nowy Testament! Czytałam i czytałam – całą noc. Dogłębnie dotknięta przez miłość Jezusa, którą odczuwałam w sobie, postanowiłam zawierzyć Mu siebie. Oto teraz pojawił się w moim życiu Ktoś, komu mogłam oddać moją nędzę, samotność, rozpacz, wraz z nienawiścią, która była większa niż wszystko inne. Po powrocie z Florydy postanowiłam pojechać z powrotem do Niemiec. Myślałam sobie, że tylko tam, gdzie zrodziła się moja nienawiść, mogę ją także pokonać. Pojechałam do Monachium i kontynuowałam studia i moją pracę w klinice. Jednocześnie udało mi się – zostało mi to dane  – spotkać katolickiego kapłana, który z wielką cierpliwością i dobrocią towarzyszył mi na drodze poszukiwania Bożej miłości. Powoli przezwyciężałam moją nienawiść i otrzymałam dar, że mogłam przebaczyć.

Moje pragnienie spotkania Jezusa było tak wielkie, że w 1965 r. poprosiłam o sakrament Chrztu i dwa lata później, 12. września 1967 r. zostałam ochrzczona.

Podczas studiów spotkałam człowieka, lekarza, jak ja, który troszczył się o mnie w delikatny, a jednocześnie pełen uczucia sposób. Był to muzułmanin z Pakistanu. Po raz pierwszy w moim życiu zaznałam ciepła i akceptacji ze strony drugiego człowieka. Ze względów politycznych konieczna była szybka decyzja. Po krótkim zastanowieniu, 18. września 1967 r. wyjechałam do Pakistanu – tylko jeden dzień przed planowaną pierwszą Komunią św. Cztery tygodnie później zawarliśmy zgodnie z muzułmańskim prawem związek małżeński. Realizując nasze zamierzenia, aby pomagać ubogim, rozbiliśmy namioty na skraju pustyni i zaczęliśmy naszą lekarską praktykę. Ja, Sara, jako pediatra, mój mąż, chirurg i internista. Przez kolejne lata zostaliśmy obdarowani dziewięciorgiem dzieci. Ponieważ kobieta w Pakistanie nie ma żadnych praw, nie mogłam wychowywać ich w wierze chrześcijańskiej. Tylko po porodzie, używając wody moich łez radości znaczyłam znakiem krzyża czoła moich dzieci, i oddawałam je Bogu w darze.

Podczas mojego około 35-letniego pobytu w Pakistanie, ilekroć musiałam iść do meczetu, tyle razy towarzyszyło mi uczucie, że wyrzekłam się mojej chrześcijańskiej wiary, a może nawet, że dopuściłam się zdrady Jezusa. Ale w rzeczywistości, zawsze czyniłam wszystko z miłości dla Chrystusa. Bolesnym doświadczeniem było dla mnie, kiedy widziałam umierające dzieci, i nie byłam w stanie im pomóc. Zdarzyło się czasem, że nadzieja opuszczała mnie całkowicie. Wtedy, szłam na pustynię i modliłam się, ale wybacz mi Boże, bywało, że krzyczałam na Ciebie i sprzeczałam się z Tobą. Ale mimo wszystko, modlitwa była skuteczną pomocą i źródłem pociechy. Szczególnie niektóre Psalmy:

- „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże” (42: 2);

- „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (22:2);

- „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć?” (27:1);

- „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody” (63:2);

- „Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę, mój Boże, Tobie ufam: niech nie doznam zawodu!” (25:1-2).

 

Jakiś rok temu zaczęłam odczuwać nieznośne bóle. Pojechaliśmy do stolicy. Badania generalne i diagnoza: złośliwy, nieuleczalny rak, przerzuty w całym ciele. Mój mąż nie chciał, czy też nie mógł w to uwierzyć. Zadecydował, że pojedziemy do Monachium, aby tam jeszcze raz sprawdzić wyniki. Jednak diagnoza została potwierdzona. Spełniając moje życzenie, zaplanowaliśmy w drodze powrotnej odwiedzić Salzburg. W drodze z Monachium do Salzburga poczułam się nagle bardzo źle, dlatego zatrzymaliśmy się w Eggenfelden. W pobliżu hotelu odkryłam katolicki kościół przy franciszkańskim klasztorze.

Nazajutrz poszłam na Mszę o godz. 8:00 rano. W czasie liturgii wspominana była święta – o ile dobrze pamiętam – Edyta Stein – która, jak moi rodzice, została zamordowana w Auschwitz w 1942 r. Dogłębnie przeżyłam tę Mszę św. Po jej zakończeniu poprosiłam kapłana, który ją odprawiał o rozmowę. W Sakramencie pojednania usłyszałam zapewnienie o Bożym przebaczeniu. Przyjęłam także sakrament Namaszczenia chorych, na drugi dzień mogłam przyjąć po raz pierwszy Komunię św. Wiem, że zostało mi parę tygodni, może parę miesięcy życia. Kiedy, po skończeniu ziemskiego życia, jak mam nadzieję, spotkam się z Panem, powiem Mu również o tym kapłanie…

 

Bogu niech będą dzięki za to, że było mi dane być świadkiem życia Sary i częścią jej drogi do Boga!

 

Sarah zatrzymała się w Eggenfelden, a jej mąż wyjechał w tym czasie, aby załatwić jakieś sprawy i wrócił na trzeci dzień. Wychodząc do kościoła, Sara za każdym razem zostawiała w hotelu burkę, tradycyjny strój kobiet muzułmańskich, a ubierała pożyczone od właścicieli hotelu zwyczajne ubranie. Kiedy na trzeci dzień wychodziła z hotelowego pokoju, aby przenieść mi zapis jej świadectwa i pożegnać się ze mną przed wyjazdem do Pakistanu, w drzwiach spotkała męża zdziwionego do granic jej ubraniem. „Pozwól mi teraz wyjść” – odezwała się do niego – „wyjaśnię ci, jak wrócę”.

 

Żegnając się ze mną, Sara powiedziała, że po powrocie do Pakistanu, wraz mężem zaproszą swoje dzieci i rodzinę, aby spotkać się z nimi po raz ostatni. To będą ostatni ludzie, których spotka, bo po pożegnaniu z dziećmi zostaną już tylko sami z mężem, a ona nie wyjdzie z namiotu aż do śmierci. Wychodząc z rozmównicy powiedziała: „Szalom”. To było nasze ostatnie spotkanie i ostatnia rozmowa. Od tego czasu nie otrzymałem od niej żadnego listu, ani w ogóle jakiejkolwiek informacji od niej, czy o niej. Jeśli lekarze mieli rację, Sara odeszła z tego świata najpóźniej kilka miesięcy po wyjeździe z Niemiec.

 

Kiedy myślę o niej, przypomina mi się kazanie Ojca św. Jana Pawła II Wielkiego w czasie kanonizacji św. Kingi. Powiedział on m.in.: „Święci nie przemijają. Święci żyją świętymi i pragną świętości”. Tak jak św. Teresa od Jezusa przez swoje pisma pomogła Edycie Stein odnaleźć Prawdę, tak z kolei Edyta Stein pomogła Sarze Ashran w jednym momencie znaleźć odpowiedzi na pytania dręczące ją przez długie lata życia na pustyni. Bóg jest przedziwny w swoich Świętych! Ostatecznie to On jest Prawdą, której szukała i znalazła Edyta Stein; to On jest Miłością, której szukała i znalazła Sara Ashran. Święci nie przemijają, bo Bóg, który jest życiem Świętych, nie przemija.

Komentarzy: 20


666

Kategoria: Kościół Sunday, 24 July 2011, 03:33

„Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć” (Ap 13:18 BT). 

 

*********

 

W mszalnej Liturgii słowa Kościół daje nam na dzisiejszą, 17. niedzielę w okresie zwykłym w ciągu roku do wysłuchania i rozważania m.in. czytanie wzięte z Pierwszej Księgi Królewskiej:

 

„W Gibeonie ukazał się Pan Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: Proś o to, co mam ci dać. Teraz więc, o Panie, Boże mój, Tyś ustanowił królem Twego sługę w miejsce Dawida, mego ojca, a ja jestem bardzo młody. Brak mi doświadczenia! Ponadto Twój sługa jest pośród Twego ludu, któryś wybrał, ludu mnogiego, którego nie da się zliczyć ani też spisać, z powodu jego mnóstwa. Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie” (1 Krl 3,5.7-12). 

 

Pan wysłuchał modlitwy Salomona dając mu mądrość. Jego mądrość stała się przysłowiowa. Powiedzieć o kimś, że jest mądry jak Salomon jest ogromną pochwałą. A jednak rację ma Grzegorz Wielki: „Ukoronowaniem czynu dobrego jest wytrwałość”. Salomonowi jej zabrakło. W młodości obdarzony mądrością, i to nie mądrością tego świata, ale mądrością Bożą, w starości stał się głupim. O ile Autor Pierwszej Księgi Królewskiej w rozdz. 11. mówi o tym w sposób dość łagodny, poprzez aluzje, Syrach czyni to bez ogródek: 

 

„Po nim (tzn. po Dawidzie) nastał syn rozumny, który dzięki niemu mógł mieszkać bezpiecznie. Salomon królował w czasie spokojnym, Bóg dał mu wokoło pokój, aby postawił dom Jego imieniu i przygotował przybytek na wieki. Jakże byłeś mądry w swojej młodości i napełniony rozumem, jakby rzeką! Dusza twa okryła ziemię i zasypałeś ją zagadkowymi przypowieściami. Do odległych wysp doszło twe imię, przez swój pokój byłeś umiłowany; z powodu hymnów, przysłów, przypowieści i odpowiedzi podziwiały cię kraje. W imię Pana Boga, który jest nazwany Bogiem Izraela, nazbierałeś złota jak cyny i jak ołowiu nagromadziłeś srebra. Niestety, kobietom wydałeś swe lędźwie i wyuzdaniu oddałeś władzę nad swym ciałem. Splamiłeś swą chwałę, zhańbiłeś swoje potomstwo, sprowadzając gniew na dzieci i napełniając je smutkiem z powodu twojej głupoty” (Syr 47:12-20 BT). 

 

Obecne w Ewangeliach wyrażenie „Syn Dawida” w odniesieniu do Pana Jezusa było tytułem mesjańskim, implikowało przekonanie tych, którzy je wypowiadali, że to On jest zapowiedzianym Mesjaszem. A jednak, chociaż jako „syn Dawida” Salomon był zapowiedzią Chrystusa, to w swojej starości stał się on raczej typem (wzorem, zapowiedzią) antychrysta. 

 

Na czym polegało „ogłupienie” Salomona w jego starości? Mądrość w sensie biblijnym jest bardzo praktyczna. To nie tyle inteligencja czy wykształcenie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, ale prowadzenie zbożnego życia, zachowanie Bożych przykazań, życie w łasce Bożej. Salomon w wieku dojrzałym odszedł od pierwotnej wierności Bogu Izraela. Jego grzech polegał na tym, że uległ pokusom: posiadania, władzy i doświadczenia rokoszy. Wszystkie trzy stały się sidłem dla niego. Obdarzony przez Pana Boga wielkimi darami używał je nie dla Jego chwały, ale dla siebie. Przez przymierza polityczne kraj przez niego rządzony osiągnął potęgę, której nie miał wcześniej ani nigdy po nim. W 1 Krl 10:23-25 czytamy, że Salomon przewyższył wszystkich królów ziemi w bogactwie i mądrości i że każdy z nich składał mu dorocznie swoje dary. Jest to oczywiście przesada służąca do przekazania teologicznego przesłania. Ponieważ przymierza polityczne łączyły się w tym czasie z zawieraniem małżeństw, Salomon miał 700 żon i 300 nałożnic. One skłoniły go, że palił kadzidło obcym bogom. 

 

Św. Jan pisząc Apokalipsę podaje liczbę 666. Jest to liczba Bestii, a zarazem liczba człowieka. O co tu chodzi? Jak rozumieć przesłanie tej sławetnej liczby? Człowiek został stworzony, tak samo jak zwierzęta w szóstym dniu, dlatego liczba „6” odnosi się zarówno do człowieka, jak i do zwierząt. Jednak w odróżnieniu od zwierząt, przeznaczeniem człowieka jest odpoczynek dnia siódmego – człowiek stworzony w szóstym dniu, został stworzony DLA dnia siódmego, czyli do wspólnoty z Panem Bogiem, który po zakończeniu stworzenia odpoczął w dniu szabatu. Kusiciel, anioł, który utracił miejsce w niebie, pałając zazdrością o istotę uczynioną z prochu ziemi, która teraz może zająć jego miejsce w niebie, pragnie „zamknąć” człowieka w dniu szóstym; pragnie, aby ten pozostał na poziomie „zwierzęcym”, tzn. pragnie, aby zainteresowania człowieka nie wychodziły poza posiadanie, władzę i przyjemność. Odwieczne pokusy towarzyszące człowiekowi. I zarazem odwieczna walka duchowa, która jest prowadzona nie poprzez granice państw, ale przez ludzkie serca. W sercu każdego człowieka toczy się walka między powołaniem do „dnia siódmego” (wspólnota z Panem Bogiem), a ciężarem ciągnącym w dół, z powrotem do „dnia szóstego” (pozostanie na poziomie cielesności). Z tych samych powodów, antychryst, w Księdze Apokalipsy został nazwany „Bestią”, tzn. zwierzęciem, ponieważ odrzucił Boże powołanie do wspólnoty z Nim, i pozostał na poziomie „dnia szóstego”, czyli zwierzęcym lub cielesnym. Obdarzony ogromnymi duchowymi darami (możemy tylko przeczuwać, że większymi niż Saomon), nie oddał chwały Dawcy tych darów. 

 

„Tu jest potrzebna mądrość” – pisze św. Jan. W oryginale greckim nie ma słowa „potrzebna”. Grecki tekst ma: „Tu jest mądrość”. Autor czyni aluzję do Salomona, najmądrzejszego z ludzi. Ale to nie jedyna aluzja. Bowiem natchniony Autor opisując bogactwa Salomona często wspomina „złoto” i używa liczby „6”. 

 

„Sporządził zatem król Salomon dwieście tarcz z kutego złota. Na każdą tarczę wychodziło sześćset syklów złota. Ponadto trzysta puklerzy z kutego złota. Na każdy puklerz wychodziło po trzy miny złota. Umieścił je król w "Domu Lasu Libanu". Następnie król sporządził wielki tron z kości słoniowej, który wyłożył szczerym złotem. Tron miał sześć stopni i owalny szczyt z tyłu oraz poręcze po obu stronach siedzenia, a przy poręczach stały dwa lwy. Na sześciu stopniach stało tam po obu stronach dwanaście lwów. Czegoś takiego nie uczyniono w żadnym z królestw” (1 Krl 10:16-20 BT). 

To nie wszystko. W Starym Testamencie mamy dwa razy wzmiankę o liczbie „666”: w 1 Krl 10:14 i powtórzenie tego zdania w 2 Krn 9:13. Zdanie to zawiera odniesienie do Salomona i wagi złota, które co roku dostarczano Salomonowi: „Waga złota, które co rok dostarczano Salomonowi, wynosiła sześćset sześćdziesiąt sześć talentów złota”. 

 

Postać Salomona jest przestrogą dla utalentowanych. Filozofów. Artystów. Pisarzy. Dziennikarzy. Polityków. Wszelkie dary, od tych najzwyczajniejszych aż po najbardziej duchowe, pochodzą od Boga. On dał je, abyśmy używali dla Jego chwały i pożytku własnego i bliźnich. Dobrze, jeśli używamy ich w ten sposób. Stają się one błogosławieństwem dla nas samych i dla innych. Jeśli natomiast ktoś używa Boże dary tak, jak czynił to Salomon, przeciwko ich Dawcy szukając raczej uznania dla siebie, panowania, choćby tylko w formie poczucia przewagi nad innymi, i doznań, to choćby jego dary były wielkie jak te, które otrzymał Salomon, to na końcu zostanie poczytany za głupca. 

 

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Łk 10:21 BT). 

 

Początkowo zamierzałem zakończyć w tym miejscu, ale wtedy nie powiedziałbym wszystkiego. Rozdział opisujący mądrość i bogactwo Salomona poprzedzony jest opisem ukończenia budowy i poświęcenia świątyni. W tej relacji czytamy także o tym, że Salomon składał ofiary, zanosił modlitwy oraz …błogosławił lud Izraela i wzywał go do wierności: 

 

„Potem król się odwrócił i pobłogosławił całe zgromadzenie Izraela. Potem rzekł: ‘Błogosławiony Pan, Bóg Izraela…’ (tu następuje zapis modlitwy Salomona za naród) Potem, kiedy Salomon skończył zanosić do Pana te wszystkie modły i błagania, podniósł się sprzed ołtarza Pańskiego, z miejsca, gdzie klęczał, i ręce wyciągał do nieba, i stanąwszy, błogosławił całe zgromadzenie izraelskie, wołając donośnym głosem: ‘Niech będzie błogosławiony Pan, który dał pokój swemu ludowi, Izraelowi, według tego wszystkiego, co zapowiedział; za to, że nie uchybił ani jednemu wypowiedzianemu słowu z wszelkiej obietnicy pomyślności, danej przez swego sługę Mojżesza. Niech będzie z nami Pan, nasz Bóg, jak był z naszymi przodkami! Niech nas nie opuszcza i nie odrzuca nas, ale nakłoni do siebie nasze serca, abyśmy chodzili Jego drogami, strzegąc Jego poleceń, praw i nakazów, do których zobowiązał naszych przodków. Niech te moje słowa, w których błagałem Pana o zmiłowanie, docierają do Pana, Boga naszego, czy to w dzień, czy to w nocy, aby wymierzał sprawiedliwość swemu słudze i swemu ludowi, Izraelowi, według potrzeby każdego dnia. Niech wszystkie ludy świata dowiedzą się, że jedynie Pan jest Bogiem, a innego nie ma. Niech więc serce wasze będzie szczere wobec Pana, Boga naszego, abyście postępowali według Jego praw i przestrzegali Jego nakazów, jak jest w dniu dzisiejszym’. Następnie król, a z nim cały Izrael składali ofiary przed Panem” (1 Krl 8:14-15.54-62 BT). 

 

To wszystko, co czyni Salomon, pozwala widzieć w nim króla-kapłana. Dlatego nie mogłem zakończyć wcześniej, bo postać syna Dawida to przede wszystkim przestroga dla kapłanów, którzy od Pana otrzymali więcej niż Salomon. Miesiąc temu na tym forum ukazał się tekst mojego przyjaciela: „Ojciec John Corapi opuszcza kapłaństwo”. Bardzo lubiłem słuchać konferencji tego kapłana. Jego odejście z kapłaństwa było dla mnie szokiem. Nie mogłem uwierzyć. Nigdy mi nawet nie przyszło na myśl, że byłby zdolny do tego. A jednak. Dlatego tę notkę kończę dopiero tutaj. Prośbą o modlitwę w intencji mojej i wszystkich kapłanów. Byśmy ‘zacząwszy duchem, nie skończyli ciałem’ (por. Ga 3:3). Z góry dziękuję i obiecuję wzajemność. 

 

Niech Pan Bóg błogosławi wszystkim, którzy to czytają!

Komentarzy: 34


Kto tu jest manipulatorem?

Kategoria: Kościół Friday, 22 July 2011, 16:42

Ten wpis jest odpowiedzią na tekst „Trudne wersety cz.9.  Benedykt XVI manipulatorem” Pawła Chojeckiego. Oto kluczowe cytaty z jego notki:


Oto reakcja Jezusa na krótką, ale jakże treściwą deklarację Piotra:
Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. (Mt 16:17)
Parafrazując, można by to ująć następująco: Człowieku (ludzki potomku), jesteś niesamowitym szczęściarzem! Czegoś takiego żaden śmiertelnik sam by nie wymyślił. Tę najważniejszą, drogocenną PRAWDĘ o Mnie objawił ci sam Bóg Ojciec!
Tyle kontekst. Teraz Twoja kolej, drogi Czytelniku. Zdecyduj, czy Skałą, na której zbudowany jest Kościół Jezusa Chrystusa, Skałą, na której masz budować swoje życie, jest sam Jezus Chrystus, który na Krzyżu doskonale odpokutował za wszystkie, nawet przyszłe, twoje grzechy, czy chwiejny, choć szczery i odważny człowiek? O propozycji, by tą Skałą byli przeróżni Piotrowie w niebie czy w przyszłości oraz Pan Ratzinger, nie godzi się w świetle powyższych argumentów nawet wspominać?


W postscriptum Paweł Chojecki stwierdza:


Dlaczego w tytule nazwałem J. Ratzingera manipulatorem? Po pierwsze, uważam go za człowieka solidnie wykształconego, o rozległej wiedzy - także biblijnej. Odrzucam więc możliwość, że nie jest on świadomy oczywistych i jasnych prawd Pisma. Jeśli je ignoruje i śmie siebie głosić jako Skałę, na której ludzie mają budować swoje życie, to określenie manipulator jest wręcz pieszczotliwe.

Po drugie, stosuje z wyrafinowaniem starą diabelską zasadę zwodzenia: fałsz należy ukryć wśród zbioru prawd. Wtedy trudniej go wykryć. Czytając jego przemówienie z Krakowskich Błoniów, można nawet zachwycać się pięknym ujęciem prawd o związku człowieka z Jezusem w zdecydowanej większości akapitów. Tylko jeden jest zatruty jadem fałszu. Tym bardziej jest niebezpieczny.
(Podkreślenia moje: PK).


Mocne słowa. Według autora, Ojciec św. Benedykt XVI jest nie tylko manipulatorem, ale także zwodzicielem. Uważa on, że papież nazywając Piotra „Skałą” z Mt 16:18 – i wzywając do budowania „z Piotrem i na Piotrze” – myli Piotra z Panem Jezusem, na którym jedynie można wybudować trwałą budowlę, co jest równoznaczne z tym, że stosuje „diabelską zasadę zwodzenia”. Na potwierdzenie swojej tezy przytacza przypowieść Pana wziętą z tej samej Ewangelii o dobrej i złej budowli: Mt 7:24-27. Wydaje się, że autor ma rację, bo przecież tylko na Panu Jezusie możemy budować budowlę naszego życia, jeśli chcemy, aby przetrwała burze. Czyżby zatem rzeczywiście Ojciec św. Benedykt XVI przemawiając na krakowskich Błoniach dopuścił się manipulacji? Jak na to odpowiedzieć? 


Paweł Chojecki wychodzi z zasady, że jedno określenie (tu: „skała”) może odnosić się tylko do jednej osoby (desygnatu). Mówiąc konkretnie, ponieważ na wielu miejscach Starego i Nowego Testamentu słowo „skała” służy do określenia Boga lub Chrystusa, dlatego (jego zdaniem) nie może odnosić się do Piotra. Czy aby na pewno, panie Chojecki?


Czytając Biblię można znaleźć wiele przykładów takiej „podwójności”, gdzie to samo określenie  czy porównanie odnosi się do wielu desygnatów. Dla przykładu Pan Jezus nazywa Boga Ojcem, a gdzie indziej zaś możemy znaleźć to określenie zastosowane do Józefa: „Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie»” (Łk 2:48). Czyżby to znaczyło, że Pan Jezus ma dwóch ojców? Tak, chociaż to może brzmi dziwnie. Pan Jezus ma Ojca w Boga Ojcu, równym Mu w naturze i w majestacie, który rodzi Go odwiecznie, ale także św. Józef, który był Jego ziemskim opiekunem i ojcem według prawa. Pan Jezus ma więc dwóch Ojców (czy raczej Ojca i ojca), ale za każdym razem słowo „ojciec” ma inne znaczenie.  


Tu warto się zatrzymać trochę dłużej. Sprawa jest o tyle bardziej poważna, że Pan Jezus mówi: Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” (Mt 23:9). Czy to znaczy, że jesteśmy nieposłuszni Panu zwracając się w ten sposób do naszych ziemskich ojców? „O nie” – mówią niektórzy (protestanci). – „Nazywanie ziemskich ojców ojcami jest w porządku; Pan Jezus miał na myśli zwracanie się ‘ojcze’ do innych. I tu padają przykłady nazywania "ojcem" papieża czy katolickich księży (o ile w jęz. polskim wśród katolików przyjął się zwyczaj zwracania się do zakonników „ojcze”, to w jęz. angielskim ten zwrot używany jest do wszystkich księży, nie tylko zakonnych, ale i diecezjalnych)”. Jeśli sprawy mają się tak, jak mówią (niektórzy protestanci), w takim razie, św. Paweł zdaje się o tym nie wiedzieć, lub świadomie postępuje wbrew nauczaniu Pana, bowiem Abraham nazywa „ojcem” wszystkich wierzących (por. Rz 4:16). Co więcej, o zgrozo, Apostoł Narodów nazywa tak siebie (1 Kor 1:14-15; por. Ga 4:19)! 


Tymczasem, myślę, że jest inaczej. Inne znaczenie ma słowo „Ojciec”, które wymawiamy odmawiając modlitwę Pańską, a inne ma znaczenie to słowo, które Apostoł Narodów stosuje do Abrahama czy do siebie. „Ojciec” w odniesieniu do Boga oznacza „Ojca” par excellence; oznacza Tego, który jest źródłem wszelkiego ojcostwa w niebie i na ziemi („Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię…” Ef 3:14-15, Biblia Warszawska). Każdy inny ojciec, czy to fizyczny czy to duchowy, jest ojcem o tyle, o ile jest ojcem w Nim.  


Podobnie jest ze słowem „nauczyciel”. Pan Jezus stosuje je do siebie, i mówi, że tylko On (Chrystus) jest Nauczycielem, dlatego Jego uczniowie nie powinni nazywać tak nikogo innego (Mt 23:7-8). A jednak to określenie jest zastosowane w Piśmie św. także wobec innych (np. w Dz 13:1; 1 Kor 12:28), i także (znowu) św. Paweł stosuje to określenie do siebie (1 Tm 2:7; 2 Tm 1:10-11). Czyży zatem św. Łukasz czy św. Paweł byli nieposłuszni nauczania Chrystusa, jedynego Nauczyciela? Tak, o ile ktoś rozumie, że słowo „nauczyciel” ma takie samo znaczenie wtedy, kiedy jest użyte na określenie Chrystusa, jak i wtedy, kiedy odnosi się do św. Pawła czy innych nauczycieli, o których mówi Nowy Testament; nie, jeśli przyjmiemy, że słowo nauczyciel ma inne znaczenie w odniesieniu do Pana, a inne w odniesieniu do wszystkich innych nauczycieli. Ponieważ, mam nadzieję, mój adwersarz nie uważa, że Apostołowie byli nieposłuszni Panu, sądzę, że zgodzimy się z wnioskiem analogicznym do tego powyżej: różni ludzi są o tyle nauczycielami, przede wszystkim wiary, o ile są nauczycielami w Chrystusie, jedynym Nauczycielu.  


Jeśli te przykłady nie są wystarczająco przekonywujące, dodam jeszcze dwie wypowiedzi Pana: „Ja jestem światłością świata (τὸ φῶς τοῦ κόσμου)” (J 8:12). „Wy jesteście światłem świata (τὸ φῶς τοῦ κόσμου)” (Mt 5:14). Pan Jezus używa tego samego określenia ("światło świata") zarówno do siebie, jak i do uczniów. Oczywiście, uczniowie Pana są o tyle światłem świata, o ile odbijają czy mają w sobie światło Tego, który jest źródłem światła dla świata. Te przykłady potwierdzają, że Pismo św. używa tych samych określeń w stosunku do Boga czy Chrystusa i do ludzi. Co więcej, czyni tak także nasz Pan. Niestety, pan Paweł Chojecki zdaje się o tym nie wiedzieć.  


Nie inaczej jest z określeniem „skała”. Użyte przez Pana w Mt 7:24-27 ma inne znaczenie niż w Mt 16:17-19:

„Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale.  Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.” W powyższej wypowiedzi Pana, słowo „skała” odnosi się do Niego samego lub do Jego słowa.  


Do kogo odnosi się w Mt 16:17-19? Zacytujmy te słowa w trochę większym kontekście:

„Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego». Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie»” (Mt 16:15-19).


Zdawałoby się, że przesłanie biblijnego tekstu jest oczywiste: Pan Jezus daje Szymonowi nowe imię: Piotr (Skała) i obiecuje mu, że na nim (na tej Skale) wybuduje swój Kościół. Jednak nie jest to oczywiste dla Pawła Chojeckiego. On odczytuje ten biblijny tekst jakoś tak: „Pan Jezus mówi do Piotra: ‘Ty jesteś Piotrem (skałą), ale Kościół mój wybuduję na Skale (czyli na Mnie samym). I tobie dam klucze królestwa niebieskiego’”. Przykro mi, ale taka interpretacja przypomina bardziej ekwilibrystykę, niż egzegezę biblijną.  


„Skałą” w Mt 16:18 jest Piotr. Na potwierdzenie, że nie jest to tylko wymysł egzegezy katolickiej, przytoczę trzy cytaty na ten temat zaczerpnięte z dzieł uznanych protestanckich autorów.


Pierwszy to głos prezbiterianina Marvina R. Vincent (1834-1922)  zaczerpnięty z jego dzieła „Word Studies in the New Testament”:


Na tej skale (ἐπὶ ταύτῃ τῇ πέτρᾳ). To słowo jest rodzaju żeńskiego o oznacza skałę, w odróżnieniu do kamienia lub fragmentu skały (πέτρος, powyżej). (…) To słowo nie odnosi się do Chrystusa jako skały, w odróżnieniu do Szymona, skały, ani też do wyznania Piotra, ale do samego Piotra, w sensie określonym przez wcześniejsze wyznanie, oświeconego przez „Ojca w niebie”.


Odnoszenie πέτρα do Chrystusa jest wymuszone i nienaturalne. W sposób oczywisty odnosi się to słowo do Piotra. Emfatyczne „tej” jest naturalnym odniesieniem do najbliższego odnośnika; i oprócz tego, metafora jest osłabiona, ponieważ Chrystus występuje tutaj, nie jako fundament, ale budowniczy: ”Na tej skale wybuduję”. I znowu, Chrystus jest fundamentem, „kamieniem węgielnym”, ale Autorzy Nowego Testamentu nie uważali na niestosowne odnosić do członów Chrystusowego Kościoła terminów, które odnoszą się do Niego. Dla przykładu, sam Piotr (1 P 2:4) nazywa Chrystusa żywym kamieniem, a w wierszu 5. zwraca się do Kościoła, żyjących kamieni. W Ap 21:14 fundamentem niebieskiego miasta są imiona dwunastu Apostołów, a w Ef 2:20 jest powiedziane: „(Jesteście) zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus.”


Tak samo, nie ma racji twierdzenie, że πέτρα odnosi się do wyznania Piotra. Przeczą temu zarówno zastosowana gra słów, jak i zwyczajne odczytanie tego fragmentu. Oprócz tego, nie odpowiada to rzeczywistości, jako że Kościół wybudowany jest nie na wyznaniach, ale na wyznawcach.


„Słowo πέτρα” – mówi Edersheim – “było używane w tym samym sensie przez rabinów. Według rabinów, kiedy Pan Bóg zamierzał wybudować świata, nie mógł go wznieść na pokoleniu Henocha, także nie na pokoleniu z czasów potopu, które przyniosło zniszczenie światu; ale kiedy zobaczył Abrahama, który miał przyjść później, powiedział: ‘Oto znalazłem skałę, na której można budować i założyć świat’, dlatego także Abraham jest nazwany skałą, jak jest powiedziane: „Wejrzyjcie na skałę, z której was wyciosano” (Iz 51:1). Tą paralelę  pomiędzy Abrahamem i Piotrem można przedłużyć. Niewłaściwe zrozumienie obietnicy Pana danej Piotrowi spowodowało powstanie legendy zapoczątkowanej przez późniejszych chrześcijan. Według tej legendy Piotr stoi przy wejściu do nieba, co odpowiada żydowskiej legendzie mówiącej o Abrahamie siedzącym przy wejściu do Gehenny, aby nie dopuścić do tego, żeby jakiś obrzezany wpadł w przepaść” („Życie i czasy Jezusa”).


Odniesienie do Szymona jest potwierdzone w relacji Piotra do wczesnego Kościoła, do jego żydowskiej części, której był kamieniem węgielnym. Zob.: Dz 1:15; 2:14.37; 3:12; 4:8; 5:15.29; 9:34.40; 10:25.26; Ga 1:18.[1] 


Drugi cytat pochodzi z komentarza „Commentary Critical and Explanatory on the Whole Bible” autorów Jamieson, R., Fausset, A. R., Fausset, A. R., Brown, D.:  


 I na tej skale – „Piotr” i „Skała” to jedno słowo w dialekcie używanym przez Pana – w aramejskim lub syro-chaldejskim, który był jego językiem ojczystym – wzniosła gra słów może być dostrzeżona w całej pełni tylko w językach, które mają jedno słowo zamiast dwóch. Nawet w greckim nie jest wyrażona dobitnie. W francuskim, jak Webster i Wilkonson zauważają, ta gra słów jest doskonała, Pierre – pierre. [2] 


Trzeci pochodzi z Teologicznego Słownika Nowego Testamentu:


Ponieważ Piotr, skała Kościoła, otrzymał od samego Chrystusa, gospodarza domu (Iz 22:22; Ap 3:7), klucze królestwa niebieskiego, on jest ludzkim pośrednikiem zmartwychwstania, i ma zadanie wpuszczania ludu Bożego do królestwa zmartwychwstania. To Pan Jezus dał mu władzę otworzyć wejście do przyszłego królestwa Bożego, lub zamknąć go, tak jak faryzeusze, którzy swoją działalnością zamknęli drzwi do królestwa niebios (Mt 23:13). Odtąd, co Piotr uczyni, będzie obowiązywało w niebie. Ta władza wyraża się w słowach „wiązania” i „rozwiązywania”. Najlepszą interpretacją jest ta, że Piotr ma władzę przebaczania grzechów, chociaż nie da się całkowicie wykluczyć myśli o dawaniu przykazań. (…)


c. Znaczenie logionu. Ale co Pan Jezus chce powiedzieć, kiedy mówi: “na tej skale wybuduję Mój Kościół?” Interpretacja reformatorów, że On ma na myśli wiarę Piotra, jest raczej nieprzekonywująca w świetle szerszego kontekstu tego wyrażenia. Bo nie ma tu żadnego odniesienia do wiary Piotra. Raczej paralelizm pomiędzy „ty jesteś Skałą” i „na tej skale wybuduję” pokazuje, że ta druga „skała” może być tylko tą samą, co pierwsza. W ten sposób ewidentne jest to, że Pan Jezus zwraca się do Piotra, któremu dał imię Skała. On wyznacza Piotra, impulsywnego, entuzjastycznego, ale któremu brakuje wytrwałości, aby stał się fundamentem Jego ecclesia. Do tego miejsca egzegeza rzymskokatolicka jest poprawna i wszystkie wysiłki protestantów, aby temu zaprzeczyć, muszą być odrzucone[3]. 


Pawłowi Chojeckiemu gorszy się słowami papieża Benedykta wypowiedzianymi w Krakowie: „Budować na skale to także budować na Piotrze i z Piotrem”. No, cóż, skoro Pan Jezus zechciał swój Kościół wybudować na Piotrze, to budowanie „na Piotrze i z Piotrem”, jest tak naprawdę budowaniem z Chrystusem, bo to On jest budowniczym (por. Mt 16:18), a zarazem budowaniem na Chrystusie, bo to On jest kamieniem węgielnym Kościoła zbudowanego na fundamencie apostołów i proroków (por. Ef 2:20). Konsekwentnie, kto nie buduje na Piotrze i z Piotrem, ten także nie buduje z Chrystusem, a „kto nie jest z Nim, ten jest przeciwko Niemu” (por. Mt 12:30). 


Paweł Chojecki podkreśla w swoim wpisie słabość Apostoła Piotra. Mówi, że był „najbardziej chwiejnym ze wszystkich apostołów”. Nie wiem, czy tak, nie mnie to oceniać. A jeśli tak, to może właśnie dlatego Pan wybrał Szymona na skałę swojego Kościoła, ponieważ był najsłabszy z wszystkich? 


„Kiedy Chrystus w symbolicznej chwili zakładał swoje wielkie stowarzyszenie, nie wybrał na kamień węgielny ani błyskotliwego Pawła, ani mistyka Jana, ale krętacza, snoba, tchórza - słowem, człowieka. I na tej opoce zbudował Kościół Swój, a bramy piekielne go nie przemogły. Runęły wszystkie królestwa i imperia, bo w niezmiennej wrodzonej słabości były zakładane przez silnych i wspierane przez silnych. Ale Kościół Chrystusowy, jako jedyny, został zbudowany na słabym człowieku, i dlatego nic go nie zniszczy. Każdy łańcuch jest bowiem tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo.” (G. K. Chesterton, Heretycy, str. 59)

 

Jeśli On stworzył świat z niczego, to czy nie mógł wybudować Kościoła na najsłabszym z ludzi, aby tym bardziej zajaśniała prawda o Nim? 

______________________

[1] On this rock (ἐπὶ ταύτῃ τῇ πέτρᾳ). The word is feminine, and means a rock, as distinguished from a stone or a fragment of rock (πέτρος, above). Used of a ledge of rocks or a rocky peak. In Homer (“Odyssey,” ix., 243), the rock (πέτρην) which Polyphemus places at the door of his cavern, is a mass which two-and-twenty wagons could not remove; and the rock which he hurled at the retreating ships of Ulysses, created by its fall a wave in the sea which drove the ships back toward the land (“Odyssey,” ix., 484). The word refers neither to Christ as a rock, distinguished from Simon, a stone, nor to Peter’s confession, but to Peter himself, in a sense defined by his previous confession, and as enlightened by the “Father in Heaven.”

The reference of πέτρα to Christ is forced and unnatural. The obvious reference of the word is to Peter. The emphatic this naturally refers to the nearest antecedent; and besides, the metaphor is thus weakened, since Christ appears here, not as the foundation, but as the architect: “On this rock will I build.” Again, Christ is the great foundation, the “chief corner-stone,” but the New Testament writers recognize no impropriety in applying to the members of Christ’s church certain terms which are applied to him. For instance, Peter himself (1 Pet. 2:4), calls Christ a living stone, and, in ver. 5, addresses the church as living stones. In Apoc. 21:14, the names of the twelve apostles appear in the twelve foundation-stones of the heavenly city; and in Eph. 2:20, it is said, “Ye are built upon the foundation of the apostles and prophets (i.e., laid by the apostles and prophets), Jesus Christ himself being the chief corner-stone.”

Equally untenable is the explanation which refers πέτρα, to Simon’s confession. Both the play upon the words and the natural reading of the passage are against it, and besides, it does not conform to the fact, since the church is built, not on confessions, but on confessors — living men.

“The word πέτρα,” says Edersheim, “was used in the same sense in Rabbinic language. According to the Rabbins, when God was about to build his world, he could not rear it on the generation of Enos, nor on that of the flood, who brought destruction upon the world; but when he beheld that Abraham would arise in the future, he said: ‘Behold, I have found a rock to build on it, and to found the world,’ whence, also, Abraham is called a rock, as it is said: ‘Look unto the rock whence ye are hewn.’ The parallel between Abraham and Peter might be carried even further. If, from a misunderstanding of the Lord’s promise to Peter, later Christian legend represented the apostle as sitting at the gate of heaven, Jewish legend represents Abraham as sitting at the gate of Gehenna, so as to prevent all who had the seal of circumcision from falling into its abyss” (“Life and Times of Jesus”).

The reference to Simon himself is confirmed by the actual relation of Peter to the early church, to the Jewish portion of which he was a foundation-stone. See Acts, 1:15; 2:14, 37; 3:12; 4:8; 5:15, 29; 9:34, 40; 10:25, 26; Gal. 1:18. (Vincent, M. R. (2002). Word studies in the New Testament (1:91-92). Bellingham, WA: Logos Research Systems, Inc.)

 

 

 [2] and upon this rock—As “Peter” and “Rock” are one word in the dialect familiarly spoken by our Lord—the Aramaic or Syro-Chaldaic, which was the mother tongue of the country—this exalted play upon the word can be fully seen only in languages which have one word for both. Even in the Greek it is imperfectly represented. In French, as Webster and Wilkinson remark, it is perfect, Pierre—pierre. (Jamieson, R., Fausset, A. R., Fausset, A. R., Brown, D., & Brown, D. (1997). A commentary, critical and explanatory, on the Old and New Testaments. On spine: Critical and explanatory commentary. (Mt 16:18). Oak Harbor, WA: Logos Research Systems, Inc.)

 

 

 [3] Since Peter, the rock of the Church, is thus given by Christ Himself, the master of the house (Is. 22:22; Rev. 3:7), the keys of the kingdom of heaven, he is the human mediator of the resurrection, and he has the task of admitting the people of God into the kingdom of the resurrection. Jesus Himself has given him power to open entry to the coming kingdom of God, or to close it, like the Pharisees, who with their mission close the door to the kingdom of heaven, Mt. 23:13. Hence what Peter does on earth will be valid in heaven, → III, 751, 11 ff. This power is expressed in the words “to bind” and “to loose,” → II, 60, 16 ff. The best interpretation is that Peter has the power to forgive sins, though the idea of the laying down of precepts cannot be ruled out completely. To the functions which were allotted to the disciples during the lifetime of Jesus, and which were the same as those discharged by Jesus Himself (Mt. 11:4 ff.; 10:7 f.), there is thus added the supreme office of the remission of sins which had hitherto been reserved for Christ alone but which He now transmits to Peter with a view to the constitution of the earthly people of God. Peter, of course, shares the power of binding and loosing with the other disciples (Mt. 18:18); this corresponds precisely to the situation in the apostolic band.

c. The Meaning of the Saying. But what does Jesus mean when He says: “On this rock I will build my church”? The idea of the Reformers that He is referring to the faith of Peter is quite inconceivable in view of the probably different setting of the story, → 105, 38 ff. For there is no reference here to the faith of Peter. Rather, the parallelism of “thou art Rock” and “on this rock I will build” shows that the second rock can only be the same as the first. It is thus evident that Jesus is referring to Peter, to whom He has given the name Rock. He appoints Peter, the impulsive, enthusiastic, but not persevering man in the circle, to be the foundation of His ecclesia. To this extent Roman Catholic exegesis is right and all Protestant attempts to evade this interpretation are to be rejected. (Theological dictionary of the New Testament. 1964-c1976. Vols. 5-9 edited by Gerhard Friedrich. Vol. 10 compiled by Ronald Pitkin. (G. Kittel, G. W. Bromiley & G. Friedrich, Ed.) (electronic ed.) (6:107-108). Grand Rapids, MI: Eerdmans.)

Komentarzy: 19


Myśl na Boże Ciało (2/2)

Kategoria: Kościół Wednesday, 29 June 2011, 00:56

Eucharystia - Chleb życia

 

Często na obrazach przedstawiających Boże Narodzenie, Przemiennie Pańskie, albo inne wydarzenia z życia Pana Jezusa, Jego postać jest ukazana w świetle, przy czym nie jest to światło skierowane z zewnątrz na Pana, ale jakby bijące z Jego postaci. Ciemno tło pozwala uwypuklić pierwszoplanową postać Boskiego Zbawiciela. I choć ciemne tło nie gra pierwszoplanowej roli, to jednak jest potrzebne, bo dzięki temu postać Pana jaśnieje pełnym blaskiem.

 

W Ewangelii na tegoroczną Uroczystość Bożego Ciała usłyszeliśmy słowa Pana:  "Jam jest chleb życia" (J 6:48). Żeby zrozumieć pełną wymowę tych słów, dobrze jest popatrzeć na nie w świetle, czy może lepsiej powiedzieć: na tle Starego Testamentu. O drzewie życia czytamy w Księdze Rodzaju. W środku ogrodu Eden Pan Bóg umieścił dwa drzewa: drzewo życia i drzewo poznania dobra i zła. Ponieważ pierwsi ludzie nie posłuchali Boga i zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła, zostali wygnani z Raju, przez co utracili przez to dostęp do drzewa życia. "Pan Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia" (Rdz 3:24). Przypis Biblii Tysiąclecia tłumaczy te dwa obrazy jak wyraz całkowitej niemożliwości powrotu o własnych siłach do Raju. Przez swoją własną winę człowiek utracił dostęp do drzewa życia.

 

Na tym tle lepiej rozumiemy wypowiedź Pana. Za cenę swojej śmierci na Krzyżu, o którym Ojcowie Kościoła mówią, że jest drzewem życia, Pan daje jego owoc - Eucharystię - Pokarm życia wiecznego. Nie tylko, że przywraca dostęp do drzewa życia, ale co więcej - zaprasza do jego przyjmowania: "Bierzcie i jedzcie; bierzcie i pijcie". Wskazuje także na konieczność przyjmowania Jego Ciała i Krwi: "Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. (...) Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym."  (J 6:51,53-54).

 

Musimy pamiętać o dwóch rzeczach:

1. Eucharystia jest Pokarmem życia. Potrzeba, abyśmy już mieli życie Boże w sobie, przynajmniej w jakimś początkowym wymiarze, czyli abyśmy byli w stanie łaski uświęcającej, aby przyjmować Ciało Pańskie. Bo przyjmowanie Eucharystii w stanie grzechu śmiertelnego jest spożywaniem sobie śmierci (por. 1 Kor 11:27).

2. Z drugiej strony nie możemy pozwolić sobie na nieprzyjmowanie Komunii św., bo nie ma Bożego życia w sobie ten, kto nie przyjmuje Ciała i Krwi Pańskiej. Kościół wymaga, żeby czynić to przynajmniej raz w roku. Jest to minimum. Ale jest czymś godnym polecenia, aby przyjmować Chleb życia tak często, jak tylko możliwe.

Komentarzy: 5


Cele małżeństwa

Kategoria: Kościół Tuesday, 29 March 2011, 03:10

Uff, w końcu napisałem… Jest to druga część komentarza wpisów na blogu Zbigniewa Kaliszuka. W zamierzeniu miał to być jeden wpis, ale ponieważ pierwsza część wyszła dłuższa niż planowałem na początku, uznałem za słuszne podzielić go na dwie części. Ten wpis odnosi się tylko do tekstu: „Jaki jest cel współżycia małżeńskiego?”

 

Zbigniew Kaliszuk pisze:

W naszej kulturze bardzo rozpowszechnione są dwa podejścia do seksu, które znajdują się na przeciwstawnych biegunach. Z jednej strony mamy kult fizjologii. Seks ma służyć naszej przyjemności i zaspakajaniu własnych potrzeb, ewentualnie w mniej egoistycznym wariancie także przyjemności naszego partnera. Do najważniejszych problemów w związku wynosi się kwestię dopasowania seksualnego, doskonalenia „umiejętności”, poszukiwania orgazmu.

Na przeciwległym biegunie znajduje się zaś wielu księży, którzy sprowadzają seks do funkcji reprodukcyjnej. Celem seksu ma być wyłącznie przekazywanie życia. Stąd biorą się stereotypy, że katolicki seks, to są tylko 2 minuty po ciemku i że w ogóle nawet w małżeństwie to jest coś grzesznego i wstydliwego.

 

I kto głosi takie poglądy? Wielu księży! Nie wiem, skąd Zbigniew Kaliszuk wziął taką informację. Nie spotkałem żadnego katolickiego księdza ani osobiście, ani wirtualnie, który nauczałby w ten sposób. Więcej, nie spotkałem nikogo, kto powiedziałby mi, że usłyszał od księży tak wypaczoną naukę Kościoła katolickiego. Zbigniew Kaliszuk jest pierwszym. Moim zdaniem jest to oczernianie księży. Prawdopodobnie Zbigniew Kaliszuk kieruje się dobrymi intencjami. Ma wiele cennych wpisów na swoim blogu. Co więcej, jego zaangażowanie w różne wspaniałe inicjatywy wystawia mu znakomite świadectwo. Niemniej jednak tym tekstem podważa zaufanie do księży i oddaje niedźwiedzią przysługę Kościołowi. Mój komentarz nie jest przeciw Zbigniewowi Kaliszukowi, którego darzę szacunkiem za to co robi, ale przeciw jego niesprawiedliwej, krzywdzącej wielu księży krytyce.

 

Już nie tylko pojedynczy „salonowi księża”, nie jeden o. Wiśniewski, ale WIELU księży fałszuje naukę Kościoła. Takie przesłanie wyłania się z komentowanego wpisu na blogu Zbigniewa Kaliszuka. Niestety, krytykując „salonowych księży”, Kaliszuk dopuszcza się nadużyć hołdując zasadzie: „Cel uświęca środki”; krytykując o. Wiśniewskiego, potępia to, co sam czyni gdzie indziej; „prostując” nauczanie WIELU księży o celu współżycia małżeńskiego, przestawia ich w krzywym zwierciadle.

 

Nie wiem, skąd autor czerpie przesłanki do stwierdzenie, że „wielu księży sprowadza seks do funkcji reprodukcyjnej”. Chętnie się dowiem. Jeśli podstawą dla niego jest wystąpienie ks. Marka Dziewieckiego, to muszę stwierdzić, że podobnie jak przy komentowaniu wypowiedzi ks. biskupa Tadeusza Pieronka, autor dopuszcza się nadinterpretacji. Wypowiedź ks. Dziewieckiego nie daje podstaw do takiego wniosku.

 

Ks. Marek Dziewiecki powiedział:

W odróżnieniu od aniołów, jesteśmy kimś kto jest wcielony, a więc nie jest tylko świadomością, wolnością, miłością, ale jesteśmy też cieleśni.

 

Bardzo słusznie. Dlatego naszą ludzką miłość wyrażamy w ciele i przez ciało. I to odnosi się nie tylko do małżonków, ale do wszystkich bez wyjątku. Bo i Pan Bóg zechciał wyrazić pełnię swej miłość nie inaczej, jak w Chrystusie. Patrząc na Pana Jezusa, widzimy ucieleśnioną miłość Bożą, który z miłości do nas stał się Człowiekiem, w ludzkim ciele cierpiał i zechciał dzielić nie tylko ludzkie radości i smutki, głód, pragnienie, cierpienie, ale nawet śmierć.

 

O człowieku czytamy w Biblii, że został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Co to znaczy? Myślę, że nie tylko rozum (zdolność do poznawania prawdy) i wolną wolę (zdolność do podejmowania decyzji). W odróżnieniu od aniołów i wszystkich innych istot stworzonych, człowiek jako jedyne ze stworzeń został obdarzony zdolnością współdziałania z Panem Bogiem w powoływaniu do istnienia istot przeznaczonych do życia wiecznego: nie mają tej zdolności aniołowie, które nie są istotami cielesnymi i dlatego nie mogą mieć małych aniołków; nie mają tej zdolności zwierzęta ani rośliny, bo chociaż mogą się rozmnażać, to jednak nie są powołane do życia wiecznego. Człowiek jest tu jedynym wyjątkiem, i jak się wydaje, ta jego zdolność jest częścią faktu, o którym mówi Biblia, a mianowicie, że został stworzony na obraz i podobieństwo Boże.

 

Słowa w Biblii mówiące o tym są napisane w sposób szczególny. Tłumacząc dosłownie hebrajski tekst czytamy: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyzną i niewiastą stworzył ich. (Rdz 1, 27)

 

Boże podobieństwo jest obecne w każdym człowieku, ale jak się wydaje, Jego podobieństwo bardziej niż w pojedynczym człowieku obecne jest w parze ludzkiej. Jan Paweł Wielki powiedział w czasie swej pierwszej zagranicznej podróży duszpasterskiej:

Zostało powiedziane w piękny i zarazem głęboki sposób, że Bóg w największej głębi swej tajemnicy nie jest samotnością, lecz rodziną, bo ma w sobie ojcostwo, synostwo i istotę rodziny, jaką jest miłość. (Puebla de Los Angelos, Meksyk, 28 stycznia 1979 r.)

 

Ks. Marek Dziewiecki powiedział:

Celem seksu jest więc wyrażanie miłości, tylko Tobie i na zawsze w najwyższej formie czułości.

Wielu księży kiedy rozmawia z młodymi mówi: pamiętajcie miłość ma być płodna. Najpierw ma być miłość. Małżonkowie nie ślubują sobie płodności, ślubują sobie miłość.

Kobieta jest płodna 16-18 godzin w cyklu. Mężczyzna jest płodny zawsze. A para jest płodna teoretycznie do 6 dni, bo plemnik może poczekać w narządach rodnych kobiety 4-5 dni. Co więc nam Bóg mówi przez tą rzeczywistość? Otóż Bóg mówi że istotą współżycia seksualnego jest okazywanie miłości, nie przekazywanie życia. Płodność jest czymś wyjątkowym w cyklu, to jest ¼ czy nawet 1/6 cyklu. Bóg zarządził więc, że płodność jest czymś wyjątkowym, a współżycie seksualne ma jako cel główny stałe wyrażanie miłości.

 

Myślę, że tą wypowiedź można by sparafrazować w sposób, w jaki uczynił to św. Augustyn: „Kochaj i czyń, co chcesz!” Jeśli wiesz, co jest istotą miłości, to będziesz też wiedział, jak ją wyrazić. Dlatego kochaj i czyń, co chcesz!

 

Do istoty miłości małżonków, do istoty zjednoczenia małżeńskiego należy otwarcie na życie, otwarcie na płodność. I nie istnieje miłość, która nie jest otwarta na płodność. Inaczej mówiąc, jeśli u małżonków brak otwarcia na potomstwo, to znaczy, że brak jest również miłości. A zatem kochaj i czyń, co chcesz!

 

Jeśli księża rozmawiając z parami przygotowującymi się do małżeństwa mówią im: „Wasza miłość ma być płodna”, to nie czynią nic innego jak tylko powtarzają pierwsze zapisane w Biblii pozytywnie wyrażone przykazanie Pana Boga skierowane do pierwszej pary:

Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». (Rdz 1:28)

 

Pan Bóg powtarza to przykazanie, i to aż dwukrotnie, do ocalałych po potopie Noego i jego rodziny:

„Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię.” (Rdz 9, 1; por 9, 7)

 

Jest to nie tylko przykazanie, ale też i błogosławieństwo. Dzieci były postrzegane przez Izraelitów jako oznaka Bożego błogosławieństwa. Dla przykładu:

„Oto synowie są darem Pana, a owoc łona nagrodą. Jak strzały w ręku wojownika, tak synowie za młodu zrodzeni. Szczęśliwy mąż, który napełnił nimi swój kołczan. Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie”. (Ps 127, 3-5)

 

Z kolei bezdzietność była interpretowana jako znak Bożego przekleństwa oraz grzechu małżonków. Nowy Testament nie podziela takiego punktu widzenia. Św. Łukasz pisząc o bezdzietności Zachariasza i Elżbiety, najpierw pisze:

Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. (Łk 1, 6-7)

 

Taka jest nauka Pisma św. Zrodzenie dzieci jest nakazem Bożym danym małżonkom, a dzieci są darem i błogosławieństwem Bożym. Niedobrze jest zamykać się na Boży dar i błogosławieństwo.

 

Ta nauka jest przejęta przez Kościół katolicki. Dlatego, jeśli księży rozmawiając z parami przygotowującymi się do małżeństwa mówią im: „Wasza miłość ma być płodna”, to w sposób wierny przekazują naukę Kościoła. W nauczaniu Kościoła katolickiego płodność jest istotną składową miłości małżeńskiej. Papież Paweł VI w encyklice „Humanae Vitae” pisze na samym początku:

Bardzo doniosły obowiązek przekazywania życia ludzkiego, dzięki któremu małżonkowie stają się wolnymi i odpowiedzialnymi współpracownikami Boga-Stwórcy (…).

 

Czy zatem każde współżycie seksualne małżonków musi zakończyć się poczęciem lub przynajmniej być nastawione na poczęcie? Nie jest to nauka Kościoła katolickiego. Z jednej strony małżonkowie mogą (mają prawo) współżyć w każdym czasie; z drugiej mogą (w sensie: mają prawo) za obopólną zgodą na jakiś czas zrezygnować z pożycia (por. 1 Kor 7, 5). Nie wolno im jedynie czy to przez używać środków antykoncepcyjnych czy też przez technikę (np. stosunek przerywany) zamykać się na poczęcie. W tym ostatnim przypadku ich współżycie nie byłoby okazywaniem sobie miłości. Bo kochający pragnie dawać dobro kochanemu. Najwyższym zaś dobrem jest Pan Bóg, Jego łaska uświęcająca. Stosowanie antykoncepcji nie jest okazywaniem miłości współmałżonkowi, bo jest grzechem, który pozbawia go tego, co najcenniejsze: obecności Boga w jego duszy.

 

Czy do istoty miłości małżeńskiej, a co za tym idzie pożycia małżeńskiego, należy otwarcie na płodność? Tak, jak najbardziej. Ojciec święty Pius XI w encyklice „Casti Connubi” pisze:

Kościół ten, pragnąc pośród tego rozprężenia obyczajów zachować związek małżeński czystym i od tej zakały wolnym, odzywa się prze usta Nasze głośno i obwieszcza na nowo: Ktokolwiek użyje małżeństwa w ten sposób, by umyślnie udaremnić naturalną siłę rozrodczą, łamie prawo Boże oraz prawo przyrodzone i obciąża sumienie swoim grzechem ciężkim. (nr 56)

 

Powyższe stwierdzenie odnosi się do tych, którzy czy to przez środki antykoncepcyjne czy technikę stosunku małżeńskiego (np. stosunek przerywany) powodują jego ubezpłodnienie. Jednak i tutaj nie ma stwierdzenia, że współżycie małżeńskie musi byś każdorazowo skierowane na poczęcie dziecka, bo trochę dalej w tym samym dokumencie jest napisane:

Nie można i tych małżonków pomawiać o występek przeciw porządkowi przyrodzonemu, którzy z praw swoich w naturalny i prawidłowy sposób korzystają, chociaż się już potomstwa spodziewać nie mogą dla powodów naturalnych czy to wieku, czy też innych jakichś ułomności. Małżeństwo bowiem i używanie go obejmuje jeszcze drugorzędne cele, jak wzajemną pomoc, wzajemną miłość i uśmierzanie pożądliwości. Do tych celów wolno małżonkom dążyć, jeśli tylko przestrzegają prawidłowości owego aktu i podporządkowują go celowi pierwszemu. (tamże, nr 59).

 

Ks. Dziewiecki zauważa: „Małżonkowie nie ślubują sobie płodności, ślubują sobie miłość.” Bardzo słusznie. Jednak według „Humane Vitae” (nr 9) do istoty miłości małżeńskiej wchodzi także płodność:

- Jest to przede wszystkim miłość na wskroś ludzka, a więc zarazem zmysłowa i duchowa. Toteż nie chodzi tu tylko o zwykły impuls popędu lub uczuć, ale także, a nawet przede wszystkim, o akt wolnej woli, zmierzający do tego, aby miłość ta w radościach i trudach codziennego życia nie tylko trwała, lecz jeszcze wzrastała, tak ażeby małżonkowie stawali się niejako jednym sercem i jedną duszą, i razem osiągali swą ludzką doskonałość.

- Chodzi następnie o miłość pełną, to znaczy o tę szczególną formę przyjaźni, poprzez którą małżonkowie wielkodusznie dzielą między sobą wszystko, bez niesprawiedliwych wyjątków i egoistycznych rachub. Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go tylko ze względu na to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie.

- Prócz tego miłość małżeńska jest wierna i wyłączna aż do końca życia; to znaczy jest taka, jak ją rozumieli małżonkowie w tym dniu, w którym, wolni i w pełni świadomi, wiązali się węzłem małżeńskim.

Choćby ta wierność małżeńska napotykała niekiedy na trudności, to jednak nikomu nie wolno uważać jej za niemożliwą wręcz przeciwnie, jest zawsze szlachetna i pełna zasług. Przykłady tak licznych w ciągu wieków małżonków dowodzą nie tylko tego, że wierność jest zgodna z naturą małżeństwa, lecz ponadto, że stanowi ona niejako źródło, z którego płynie głębokie i trwałe szczęście.

- Jest to wreszcie miłość płodna, która nie wyczerpuje się we wspólnocie małżonków, ale zmierza również ku swemu przedłużeniu i wzbudzeniu nowego życia. "Małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku płodzeniu i wychowywaniu potomstwa. Dzieci są też najcenniejszym darem małżeństwa i samym rodzicom przynoszą najwięcej dobra".

 

Również Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) po stwierdzeniu, że pierwszym celem małżeństwa jest "dobro małżonków", podaje w tym samym zdaniu "zrodzenie i wychowanie potomstwa". W punkcie 1601 czytamy:

"Przymierze małżeńskie, przez które mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury na dobro małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa, zostało między ochrzczonymi podniesione przez Chrystusa Pana do godności sakramentu". (KKK cytuje tu Kodeks Prawa Kanonicznego kan. 1055, § 1. Zob. także punkt 1604)

 

Posumowując naukę Biblii i Kościoła: Przekazywanie życia ludzkiego jest obowiązkiem chrześcijańskich małżonków i jednym z istotnych celów małżeństwa. Jeśli małżonkowie pozytywnie (przez świadome, zamierzone działanie) ubezpładniają jednostkowe współżycie małżeńskie, grzeszą ciężko; jeśli wykluczaliby płodność z ich związku w sposób całkowity, ich związek nie byłby małżeństwem w ogóle (por. KPK 1096), bo jednym z warunków ważności małżeństwa jest otwarcie na potomstwo.

 

„Kochaj i czyń, co chcesz”.

Komentarzy: 58


Ty jesteś Skała... Prymat św. Piotra. Sukcesja papieska

Kategoria: Kościół Friday, 02 December 2011, 16:30

Kto jest „Skałą” z Mt 16, 18?

Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego».  Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie». (Mt 16, 15-19)

 

Oto odpowiedź, jaką daje najlepszy ze słowników biblijnych opracowany przez protestantów i wydany przez zespół pod kierownictwem Gerharda Kittla:

Dosyć powszechne jest przekonanie, że to powiedzenie (chodzi tu o Mt 16, 17-19) ma charakter semicki, i to potwierdza, że nie mogło powstać w greckiej diasporze. Gra słów ma pełny sens tylko w aramejskim, który ma to samo słowo kefa dwa razy, nie πέτρος … πέτρα, jak to ma miejsce w grece. Wzmianka ojca Piotra poprzez wyrażenie Bar-Jona, wyrażenie „ciało i krew” na oznaczenie ludzi, stroficzny rytm i obraz skały jako fundamentu, dla którego istnieje dokładna analogia w literaturze rabinicznej (Abraham jako skała świata) – wszystko to świadczy o semickim charakterze logionu (powiedzenia) i konsekwentnie o jego starożytności. (“Theological Dictionary of the New Testament”, tom VI, str. 106)

 

Niektórzy protestanci uważają, że “Skałą” w Mt 16, 18 jest wiara św. Piotra. Oto, co na ten temat jest napisane w „Teologicznym Słowniku Nowego Testamentu”:

Ale co ma Pan Jezus ma myśli mówiąc: „I na tej skale wybuduję Kościół mój”? Idea reformatorów, że On ma na myśli wiarę Piotra, jest nieprzekonywująca w obliczu kontekstu tego fragmentu.  Nie ma tu odniesienia do wiary Piotra. Raczej, paralelizm pomiędzy „ty jesteś Skałą” i „na tej skale wybuduję” pokazuje, że druga skała może być tylko ta sama, co pierwsza. W ten sposób jest oczywiste, że Jezus odnosi to do Piotra, któremu dał imię „Skała”. (tamże, s. 108)

 

Przyznaje to nawet Marcin Luter, który napisał w 1530 roku, lata po tym, jak opuścił Kościół katolicki:

„Dlaczego szukając moich kluczy, wpatrujecie się w niebo? Czyż nie rozumiecie, że Jezus powiedział: ‘Dałem je Piotrowi. To są rzeczywiście klucze do nieba, ale one nie znajdują się w niebie, bo Ja zostawiłem je na ziemi.’ To mówi Jezus: ‘Piotr jest moimi ustami, jego język jest moją szkatułką zawierając klucze, jego klucze są Moimi kluczami. One są urzędem’” Luter widział nawet: „One są potęgą, przykazaniem, które dał Bóg przez Chrystusa dla całego chrześcijaństwa dla zatrzymywania i odpuszczania grzechów”.

Oczywiście Luter odrzucał sukcesję papieską, jak i apostolską w ogóle. Ale w słowach Pana Jezusa jest klucz do zrozumienia Jego słów także w odniesieniu do sukcesji. Tym kluczowym słowem jest właśnie słowo „klucze” i wyrażenie „wiązać i rozwiązywać”.

 

Co to znaczy "związywać i rozwiązywać"? Inny słownik protestancki przy haśle "wiązać" podaje:

"związywanie i rozwiązywanie" może być interpretowane jako:

a) zgodnie z żydowskim rabinicznym zwyczajem: określać, co jest zabronione, a co jest dozwolone, lub

b) zgonie z rozumieniem wczesnych Ojców Kościoła: nakładać lub usuwać ekskomunikę. (Friberg, „Analytical Lexicon of the New Testament Greek”)

 

Jeśli tak, to ten obraz nie ma sensu, jeśli założy się, że klucze były tylko na czas ziemskiego życia Piotra. Przecież także po jego śmierci jest oczywista potrzeba, aby wyjaśniać, co jest zabronione, a co dozwolone, lub też nakładać i zdejmować karę ekskomuniki. Rozumienie obrazu kluczy inaczej nie ma podstaw biblijnych ani patrystycznych.

 

Także współcześnie egzegeci protestanccy przyznają, że obraz kluczy zaczerpnięty został z Iz 22:

(…) tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca (Iz 22, 20-23).

 

Eliakim miał zastąpić Szebnę na stanowisku zarządcy pałacu królewskiego. Klucze oznaczały, że otrzymał on władzę nad pałacem. Po jego śmierci (albo stracie urzędu) klucze, a z nimi i władza przechodziły na następcę. (Oczywiście władza ta podlegała królowi, tak jak Piotr i jego następcy podlegają Jezusowi.) Aluzją do kluczy i władzy z nimi związanej jest aramejskie brzmienie imienia Piotr – Kefas. Przypomnę, że Piotrowi jako jedynemu Pan zmienił imię. (Starożytni rabini mówili, że Pan Bóg na widok Abrahama zawołał "Oto znalazłem skałę, na której wybuduję świat". To tylko tak na marginesie. Nie znajdziemy takich słów w Biblii. Ale znajdziemy słowa mówiące o zmianie imienia Abram na Abraham. Z imieniem łączyło się powołanie, misja. Zmiana imienia oznaczała zmianę tego powołania. Zmienić imię mógł tylko ten, kto miał władzę na tym, którego imię zostało zmienione. Piotr-skała podlegał Jezusowi-Skale). To nie stało się bez znaczenia. To aramejskie słowo zapisane literami hebrajskimi (כיפא) można przeczytać „kajfa” albo „kejfa” (Przypomnę, że język hebrajski i aramejski nie posiada zapisu samogłosek. O sposobie czytania i znaczeniu danego wyrazu decydował kontekst. Wyraz zapisany powyżej posiada dwa sposoby czytania i dwa możliwe znaczenia: „skała” to pierwsze, „trezor, sejf, schowek służący do przechowywania kluczy od świątyni jerozolimskiej” to druga możliwość odczytania tego słowa).

 

Pan dał klucze Piotrowi, kiedy odchodził z ziemi i uczynił go kimś w rodzaju odźwiernego. Zadaniem odźwiernego jest „otwierać i zamykać”, oraz czuwać na domem aż do chwili, kiedy Pan przyjdzie powtórnie. Ponieważ ziemskie życie jednego odźwiernego nie wystarczy, aby objąć czas pomiędzy pierwszym i drugim przyjściem, sukcesja jest czymś niezbędnym i oczywistym. Wydaje się, że mamy do tego aluzję w przypowieści mówiącej o potrzebie gotowości na przyjście Pana (Łk 12, 35-40) oraz w wyjaśnieniu jej danym Piotrowi (12, 41-48 – Pan mówi o czujności do wszystkich, ale ze szczególnym odniesieniem, jak się wydaje, właśnie do Piotra, i tu pewnie nie przypadkiem, pojawia się odniesienie do drzwi i ich otworzenia, gdy przyjdzie gospodarz domu) jak również w eschatologicznej mowie Pana zanotowanej w trzynastym rozdziale Ewangelii według św. Marka. Tu istotne stwierdzenie z tej mowy: Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. (Mk 13, 34)

 

„Odźwierny” – w oryginale: θυρωρός – (czyt.: thyroros) – „ten, kto ma kontrolę nad miejscem i pozwala do niego wejść” (Friberg, Lexicon). Pan mówi do trzech wybranych uczniów: Piotra, Jakuba i Jana, żeby czuwali i byli gotowi na Jego powtórne przyjście. Tym „człowiekiem, który udał się w podróż” może być tylko Pan Jezus, sługami byli ci wszyscy, którym powierzona została jakakolwiek funkcja w Kościele, a „odźwiernym” może być tylko ten, który otrzymał klucze, czyli Piotr i jego następcy aż do skończenia świata.

 

 

PS. Więcej na temat papiestwa (po polsku):

http://analizy.biz/marek1962/prymat.htm

Cytaty z egzegetów protestanckich (po angielsku):

http://catholicity.elcore.net/SimonIsTheRock.html

Prymat Piotra w pismach Ojców Kościoła (po angielsku):

http://www.catholic.com/library/Authority_of_the_Pope_Part_1.asp

http://www.catholic.com/library/Authority_of_the_Pope_Part_2.asp

Scott Hahn na temat papiestwa (po angielsku):

http://www.catholic-pages.com/pope/hahn.asp

 

Komentarzy: 48


Największy z ludzi

Kategoria: Kościół Sunday, 12 December 2010, 15:00

Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. (Mt 11, 8-10)

 

Słyszałem te słowa wiele razy. Ale zawsze mi umykało to, co dotarło do mnie ostatnim razem, właśnie wtedy, kiedy przygotowywałem się do niedzielnej homilii. Jan jest więcej niż prorokiem. Jest tym, który miał przygotować drogę Panu. To zestawienie jest tym bardziej uderzające, kiedy przeczytamy następny werset. Są tam słowa Pana Jezusa mówiące o niesłychanej wielkości Jana Chrzciciela: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela.

 

Co to znaczy: Największy z pośród narodzonych z kobiety? Na czym polega wyjątkowa wielkość Jana? Może na tym, że urodził się bez grzechu pierworodnego, bo przecież już w łonie matki został napełniony Duchem Świętym. Ale kontekst tej cytowanej wypowiedzi Pana zdaje się wskazywać na inne wytłumaczenie. Zdaje się, że Pan Jezus chce powiedzieć, że Jan jest wielki nie tyle przez prorockie powołanie, ile właśnie przez to, że został posłany, aby przygotować drogę Panu.

 

W Ewangelii według św. Łukasza są zapisane takie słowa Pana: Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. (Łk 10, 1) Powołanie do przygotowania drogi Panu jest udziałem nie tylko samego Jana. Także 72 było posłanych przez Pana Jezusa. Pan posyła przed sobą, aby On mógł tam przyjść. Czy Pan Jezus dotarł wszędzie, dokąd wysłał 72? Nie jest to wykluczone, ale wydaje się, że należy rozumieć te słowa w ten sposób, że On przyszedł wszędzie, gdzie oni doszli, w sensie, że był i współdziałał z nimi wszędzie tam, dokąd ich posyłał. Tam, gdzie oni dotarli, On był z nimi.

 

Nie tylko 12 Apostołów, nawet nie tylko owych 72 było posłanych przez Pana. Cały Kościół jest apostolski, czyli posłany. Przez sakrament bierzmowania otrzymaliśmy pełnię darów Ducha Świętego i zostaliśmy posłani, aby swoim życiem i słowami świadczyć o Nim, aby On mógł przyjść wszędzie tam, gdzie zamierza. Nie tylko biskupi, księża, diakoni, zakonnicy, zakonnice, ale każdy z nas na mocy sakramentów chrztu i bierzmowania został posłany. "Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana" (Jan Paweł II). Nie tylko w tym sensie, że Kościół rośnie, kiedy przyjmuje nowych członków, ale przede wszystkim i najpierw w tym sensie, że wzrasta wiara tych, którzy swoją wiarą się dzielą.

Komentarzy: 4


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.