
Thursday,22 March 2012,16:32
Kategoria: Kościół Thursday, 22 March 2012, 16:32
Brzmi jak postulat Tadeusza Bartosia? Niestety, o dowolność celibatu coraz częściej zabiegają znani i poważani księża. Bolesnym tego przykładem w ostatnich dniach jest ks. Isakowicz-Zaleski. Duchowny, którego podziwiać należy za nieugiętą postawę wobec komunizmu, w sprawach celibatu daje się niestety zwieść liberalnym podszeptom.
Z niepokojem i żalem przeczytałam fragment wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Terlikowskiego z ks. Isakowiczem-Zaleskim, w którym duchowny przekonuje, że celibat nie powinien być warunkiem kapłaństwa w Kościele katolickim, a jedynie pozostać kwestią wyboru dla poszczególnego kapłana. Dostrzega on oczywiście ogromną wartość celibatu, jednak optuje za tym, by nie był koniecznością. Ksiądz Isakowicz-Zaleski twierdzi, że nie każdy duchowny jest w stanie wytrwać w celibacie, stąd w Kościele tyle problemów – romanse, homoseksualizm, wystąpienia kapłanów z kościoła czy spadek liczby powołań. Te zjawiska rzeczywiście mają miejsce, nie można zaprzeczyć. Jednak nasuwa się pytanie czy zaspokajanie potrzeb niedojrzałych mężczyzn naprawdę poprawi kondycję duchowieństwa?
Dojrzałość wymaga umiejętności porzucania, żegnania się z jednymi rzeczami, by móc przyjąć inne. W trakcie naszego życia nieustannie musimy się czegoś wyrzekać dla wyższego dobra, nieraz odrzucamy wygodę, stanowisko, przyjemności, poświęcamy własne pragnienia i marzenia dla innych ludzi bądź idei. To hartuje i jednocześnie czyni wolnym. Mąż przysięgając żonie wierność odrzuca wszelkie bliskie kontakty z każdą inną kobietą, a kapłan przyjmując święcenia zobowiązuje się nie podejmować życia małżeńskiego. I nie można udawać, że te decyzje nie wiążą się z pewną stratą, jednak dojrzały człowiek musi umieć stratę przeboleć, a nie starać się za wszelką cenę do niej nie dopuścić.
Jeżeli człowiek nie potrafi być sam, nie będzie z niego ani dobry małżonek, ani dobry ksiądz. Bycia samemu (nie mam tu na myśli samotności) każdy winien się nauczyć jeszcze przed obraniem powołania. Nie mamy pojęcia przed jakimi sytuacjami przyjdzie nam w życiu stanąć, niezależnie od tego czy żyjemy w małżeństwie czy w zakonie. Sakrament małżeństwa nigdy – przenigdy, nie może być potraktowany jako lek na problemy ze sobą. Nie może stanowić spełnienia naszych przyziemnych marzeń, musi być realizacją planu Bożego. Podobnie jak kapłaństwo – ma człowieka prowadzić do świętości. I jest to niejako zapowiedź, oprócz ogromnego szczęścia, którego często po ludzku nie jesteśmy w stanie pojąć, także licznych kłopotów i trosk.
Zatem ksiądz-mąż biorąc na swe barki dwa powołania i traktując oba poważnie, niósłby w pojedynkę ciężar praktycznie nie do uniesienia. Przy jednym tylko ogniu, któraś z ogromnych pieczeni z pewnością by się nie dopiekła. Być może nawet taki los spotkałby obie...
Ksiądz Isakowicz-Zaleski słusznie zaznacza w swojej wypowiedzi, iż celibat nie jest sprawą doktrynalną w Kościele katolickim i nie zna on argumentów teologicznych „dla których nieżonaty duchowny rzymskokatolicki miałby być lepszy od żonatego greckokatolickiego czy ormiańskokatolickiego...”. Ale oprócz doktryny jest jeszcze Tradycja. I to ona wypracowana i obowiązująca przez wieki ukazuje nam mądrość Kościoła sprawdzoną w praktyce. A obecność wśród duchowieństwa ludzi występnych wcale nie zaprzecza tej mądrości.
Kapłaństwo to wyjątkowe powołanie, duchowni są tymi „wybranymi” spośród nas, są namiestnikami Pana Boga. Nie każdego Pan Bóg powołuje do tej Drogi. Pismo Święte otwarcie mówi o pewnej nadrzędności w oddaniu się wyłącznej służbie Bogu nad małżeństwem. „Dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia” (1 Kor, 7,38) – żeby przytoczyć tylko jeden z wielu fragmentów. Celibat stanowi wyjątkowy dar dla człowieka stanowiąc jednocześnie o wyjątkowości kapłaństwa. Jest tym samym wspaniałym świadectwem dla wiernych. Oprócz korzyści, jak to określa ksiądz Isakowicz-Zaleski, czysto pragmatycznych, wierni doświadczając różnych rozterek w tej naszej trudnej, rozerotyzowanej rzeczywistości, czerpią siłę mogąc patrzeć na wiernych swej bezżenności księży.
W wywiadzie redaktora Terlikowskiego ks. Isakowicz-Zaleski dopuszcza się szczególnie szokującego stwierdzenia. Uważa on, iż na księży, którzy odchodzą z kapłaństwa nie należy patrzeć jak na zdrajców, tylko na ludzi, którzy nie dali rady, którym nie dano wyboru. Nie rozumiem. Przecież to oni właśnie dokonali wyboru decydując się na życie duchowne. Wiedzieli, że godzą się również na celibat i zobowiązali się do życia w nim. Idąc podobnym tokiem myślenia, męża, który zdradził żonę również nie powinniśmy nazywać zdrajcą, a złodzieja złodziejem. Rzeczywiście, jest to jakiś argument: „nie dałem rady nie ukraść”.
Nie popieram również spłycania tematu celibatu, do jakiego zdolni są najgorliwsi przeciwnicy Kościoła, a do jakiego posunął się i ksiądz Isakowicz-Zaleski, że księdza to może najlepiej od razu wykastrować. Dla nas katolików fundamentem celibatu jest przecież właśnie to, że podejmuje go mężczyzna w pełni zdolny i gotowy do posiadania żony i własnych dzieci. Właśnie to nadaje bezżenności szczególną wartość.
Wszyscy żyjący w małżeństwie wiedzą doskonale, jak piękna jest to droga, ale zarazem jak wymagająca. Pochłania mnóstwo pracy, energii i czasu. Od momentu przystąpienia do sakramentu małżeństwo staje się najważniejsze w życiu człowieka. Nie praca, nie kariera, nie dzieci, a małżeństwo właśnie. A co w przypadku księdza-męża? Co powinien najpierw ratować, gdy kryzys dosięga jedno i drugie jego powołanie? Co jest ważniejsze?
Zarówno Tomasz Terlikowski, jak i ksiądz Isakowicz-Zaleski inspiracje dla katolickich księży-mężów czerpią nie tylko z kościoła wschodniego, ale i z protestantyzmu. I znowuż nie rozumiem, dlaczego? Czegóż mamy szukać u błądzących? Ich drzewo nie wydaje dobrych owoców, to Kościół katolicki proponuje najlepsze rozwiązanie i to inni powinni czerpać z niego. Jeśli podążymy za protestantami, to co po żenności księży będzie następne? Kapłanki-mężatki?
A swoją drogą, na pytanie czy Kościół będzie kiedyś święcić kobiety, wspaniale odpowiedział niegdyś ojciec Wojciech Giertych: „Powołanie kobiety jest tak piękne, że szkoda byłoby je klerykalizować”.
Wednesday,14 March 2012,18:21
Kategoria: Kościół Wednesday, 14 March 2012, 18:21
Że sobie tak pozwolę. Bowiem ostatnio ci na boso nie są tam mile widziani i jeszcze się ich od rozumu i wiary odsądza. To ja w butach, w ubraniu i w ogóle w pełnym rynsztunku.
W ostatnim numerze pani (o zgrozo!) naczelna tygodnika, Aleksandra Karasińska popełniła zawodowe harakiri tekstem o Wojciechu Cejrowskim. Ja oszczędzę tej pani wytykania szkolnych niemal błędów, braku elementarnej wiedzy na temat buddyzmu oraz wyrzekania się merytorycznej dyskusji na rzecz nic nie wnoszącego argumentum ad hominum: „z absolutną nonszalancją do wiary i uczuć innych odnosi się ktoś, kto nader chętnie podkreśla swój żarliwy katolicyzm i oburza się na krytykę swej religii i swego Kościoła” (o Cejrowskim). Szanowna Pani, a tak na marginesie, na rzetelną krytykę nikt się nie oburza, ale ta w obiegu publicznym praktycznie nie funkcjonuje – została wyparta na rzecz obraźliwego i wulgarnego atakowania Kościoła katolickiego.
Pan Cejrowski żadnego buddysty w swoim programie nie obraził, wbrew temu, co posługując się ewidentną manipulacją, próbuje nam wmówić na początku swojego wywodu redaktor Karasińska. Podróżnik skrytykował nie turystów będących wyznawcami buddyzmu, a naszych rodaków katolików, którzy bezmyślnie klękają przed bożkami. I nie powiedział, że to „głupi ludzie”, a „głupie ludzie”, co zmienia znacząco wydźwięk wypowiedzi. I choć jest to forma deprecjonująca, sprowadza ona się raczej do swoistej pobłażliwości dla ignorancji innych, aniżeli do obrazy drugiego człowieka.
Aleksandra Karasińska wysuwa także tezę, że „najbardziej widocznymi twarzami polskiego katolicyzmu” są dziś ojciec Rydzyk, Jan Pospieszalski czy ultrakonserwatywny Cejrowski. Bogu dzięki! Bo już się bałam, że polski katolicyzm ma w mediach twarz pana księdza Sowy i Szymona Hołowni.
Podobnoż na Cejrowskiego oburzyła się straszliwie część z nas, polskich katolików. Że obraża innowierców, nie szanuje, wywyższa się i temu podobne straszliwości. TVP przejęła się tym nawet w „Pytaniu na śniadanie” zapraszając gości, którzy nie za bardzo potrafili wyjaśnić dlaczego Wojciech Cejrowski nie ma racji, ale to nie przeszkadzało im być absolutnie pewnym, że prowadzący programu „Boso” z pewnością tej racji nie ma. Wojciech Jagielski apelował nawet, żeby wszyscy urażeni sympatycy buddyzmu nie mieli Wojtkowi Cejrowskiemu za złe, bo biedak po prostu nie wiedział, o czym mówi.
A WC nie dość, że doskonale wiedział o czym mówi, to jeszcze powiedział słusznie. Buddyzm jest religią bez Boga, jest ideologią, która na miejscu Boga stawia człowieka. I my w imię źle pojętego ekumenizmu nie możemy się bratać z buddystami (zresztą podobnie jak z wyznawcami jakichkolwiek innych religii), my ich musimy nawracać. To jest nasz obowiązek. My nie mamy dialogować z innowiercami, przyjmować, że wszystkie religie są równe. Nie są. Nasza prowadzi do Zbawienia i to stwierdzenie jest faktem, a nie, jak chciałaby Karasińska, owocem pychy. Bowiem mądry katolik wie, że to nie jest jego zasługa, że od urodzenia został wprowadzony na właściwą Drogę. On wie, że dostał wiele i że będzie z tego rozliczony. A stąd bliżej raczej do pokory, aniżeli do pychy.
Cieszy jednak fakt, iż nawet redaktor naczelna Newsweeka uważa, że Kościół katolicki w Polsce to wielka i ważna instytucja. Z tym jednym pragnę się gorąco zgodzić! I już dalej w ten Newsweekowy świat nie brnę, bo w butach czy bez boję się, że ugrzęznę.
Monday,02 April 2012,18:42
Kategoria: Kościół Monday, 02 April 2012, 18:42
Mam problem z żywotem. Nie tyle swoim, co Briana, o którym pisał ostatnio na Frondzie Łukasz Adamski. Pisał również, że i „prawdziwy” katol musi nabrać zdrowego dystansu do własnej osoby oraz umieć śmiać się z samego siebie. To wszystko prawda. Jednak film Monthy Python'a pt. „Żywot Briana” nie wydaje mi się być dobrą lekcją poczucia humoru dla katolika. Ani dla kogokolwiek.
Pan Adamski pisze słusznie, iż „Żywot...” stanowi satyrę nie tylko na chrześcijan, ale również na Żydów, muzułmanów czy ustroje polityczne. Jednak wystarczy przypomnieć pierwotny tytuł filmu - „Jezus Chrystus: żądza chwały”, by nie mieć wątpliwości, że intencją twórców od początku było wyszydzenie chrześcijaństwa, a przede wszystkim samego Jezusa, Jego życia, nauczania oraz zbawczej śmierci na krzyżu.
Nie bez powodu „dzieło” brytyjskiej grupy określone jako obrazoburcze, spotkało się z licznymi protestami ze strony Kościoła Katolickiego. Oburzyło również wielu katolików. Jednak dziś, gdy Msza się desakralizuje, a o Bogu z „ambony” coraz częściej mówi się używając języka kolokwialnego, z pewnością łatwiej nam przełknąć gorzką pigułkę w postaci temu podobnych filmów czy sztuk teatralnych. Profanum w „sztuce” nie dziwi nas już, ani nie oburza. I warto czasem przejść się na Mszę trydencką i zawstydzić, widząc jak kapłan skłania się za każdym razem, gdy wymawia słowa „Jezus Chrystus”. Bowiem doświadczywszy takiego sacrum, takiego uniżenia oraz szacunku zdecydowanie trudniej ubawić się nad „Żywotem Briana”.
Jeszcze mniej jest do śmiechu, gdy uświadomimy sobie, iż film Pythonów godzi w jedną z najważniejszych Prawd naszej wiary, mianowicie – w ukrzyżowanie. W mękę i śmierć Najwyższego Boga. Z tragicznej śmierci i cierpienia bliskiej nam osoby nigdy nie zrobilibyśmy sobie przedmiotu kpin, natomiast ofiara Chrystusa, choć w rzeczywistości nieskończenie dotkliwsza, już nie stanowi dla nas takiej bariery. Świadectwo największej Miłości przekłuliśmy w opowieść, swoistą legendę. Czyli dokładnie tak samo, jak twórcy „Żywota...”.
Pozostaje jeszcze kwestia zgorszenia. To, co sobie każdy ogląda we własnym domu i z czego się śmieje, to oczywiście jego prywatna sprawa. Ale zawsze warto sobie zadać pytanie: czy nie gorszę tymi obrazami żony/męża? Czy nie gorszę moich dzieci? A jeśli polecam jakieś dzieło publicznie, to czy nie zgorszy ono innych? Osobiście, z czystym sumieniem mogłabym polecić jako warte obejrzenia, może 10% filmów, jakie widziałam w życiu. I z pewnością nie znalazłby się wśród nich „Żywot Briana”. Pozostałe zawierają treści i sceny, na które niechętnie narażałabym kogokolwiek. Zresztą to ciekawe, że oceniając twórczość filmową, bierzemy zwykle pod uwagę wyłącznie fakt, czy coś nam się podobało, czy nie. Kryteria moralne w ogóle nie wchodzą w grę. A szkoda. Film może być przecież nośnikiem zarówno dobrych wzorców, jak i złych. Nośnikiem mającym ogromną siłę oddziaływania.
Nie śmiać się z „Żywotu Briana”, to nie znaczy nie mieć poczucia humoru. A zgadzam się z Łukaszem Adamskim, że poczucie humoru winien mieć i katolik. Przecież Bóg też je ma. Nie wiem wprawdzie czy śmiałby się, jak stwierdził ktoś z komentujących, z filmu Monthy Pythona, ale jestem pewna, że nie szydziłby z naszego cierpienia.
Monday,12 September 2011,17:30
Kategoria: Kościół Monday, 12 September 2011, 17:30
Jako że leży „Wyborcza”, jak już onegdaj wspominałam, w różnych miejscach publicznych do pobrania za darmo, zatem się czasem nawet my z mężem skusimy na to „cudo”. I czytamy wówczas w domu „dla beki”. Choć waść Bek niezbyt zdaje się być zachwycony, bo on w lewackich tekstach zdecydowanie nie gustuje i czytać mu się winno wyłącznie prawicową publicystykę (http://pl-pl.facebook.com/pages/Czytam-prawicow%C4%85-publicystyk%C4%99-dla-beki/179554838728051).
Zresztą nam również nie jest wtedy specjalnie do beki, tylko raczej „smutno i duszno, i ciemno”. We wczorajszym na przykład, „Dużym Formacie” - mrożący krew w żyłach reportaż o konwertytach, katolikach po przejściach, którym jeden, zły, powszechny i bezduszny Kościół Katolicki przeraźliwie uprzykrzył życie, a przypadki księży bez serca można mnożyć w nieskończoność i jeszcze tę nieskończoność należy podnieść do potęgi! A to ksiądz nie chciał udzielić pogrzebu zmarłemu przy porodzie noworodkowi, a to w konfesjonale zgromił za cudzołóstwo maltretowaną przez męża kobiecinę, a z ambony słychać tylko same zakazy oraz nakazy i jeszcze piekłem straszą niewinnego człowieka (choć z tym piekłem to nie wiem, cierpię raczej na syndrom Moryca).
I cóż ma zrobić porządny katolik? Do kościoła lgnie, rękę raz po raz wyciąga, wielkodusznie przebacza, ale zabetonowana katolicka twierdza nic. A tu obok, za rogiem, radosny protestancki zbór tętni sobie życiem, ludzie się lubią, znają, sami interpretują Biblię i we własnym sumieniu mogą sobie rozstrzygać co jest grzechem, a co nie. Wolni są w końcu.
Justyna, 31-letnia konwertytka wyznaje: Konwertowałam, gdy miałam 21 lat (…). Poczułam się jak w domu – dobrze. Że nie muszę nic nikomu udowadniać. Tu łaska zbawienia jest dana za darmo. Nie musisz odklepać iluś modlitw, zachowywać nie wiadomo jakich postów.
Wszyscy konwertyci przyznają zgodnie, że w nowym kościele są bardzo szczęśliwi, że została im dana niewiarygodna wolność. Anna 34-letnia redaktorka mówi: [w parafii ewangelicko-reformowanej] Nikt nie potępił nas za to, że mieszkamy razem. Ani za in vitro. (…) U nas seks bez ślubu może być w porządku. To rzeczywiście cudowne! Ciekawam, czy własne dzieci również wychowują bez zakazów i nakazów w imię szeroko pojętej wolności. A że dziecko sumienie ma nieukształtowane? A dorosły to skąd wiemy, że ma? A decydować sobie może.
Z tym samolubnym interpretowaniem Pisma Świętego, to również ciekawa sprawa. To przy byle Żeromskim człowiek musi stertę opracowań przeczytać, żeby maturę zdać, ale stokroć trudniejsze Słowo Boże rozumie od razu, bez przygotowania, nagła iluminacja, ba, geniusz nagle odkryty latami tłumiony! Toż to prawdziwe cuda w tym protestantyzmie.
Kiedy tak patrzę na owych szczęśliwych konwertytów, uwierzyć nie mogę, jak dalece można zajść w swojej wizji szczęśliwości. I jak daleko odejść w tej wizji od Boga. Wszyscy trochę ulegamy temu patrzeniu, bo tęsknimy za szczęściem. To zrozumiała tęsknota, która mówi nam, że jesteśmy stworzeni dla wiecznej radości w Królestwie Bożym. Ale żeby tam się znaleźć, musimy tu na ziemi do tego Królestwa dorosnąć. I to musi też boleć. Nie może być naszym celem szczęście w wymiarze ludzkim, bo ono z natury jest nietrwałe, a czasem nawet zgubne. Szczęście jest zawsze tam, gdzie jest Bóg, zatem im bardziej się do Niego zbliżamy, tym szczęśliwsi jesteśmy. Nawet jeśli owo zbliżanie naznaczone jest cierpieniem. Św. Tereska od Dzieciątka Jezus radowała się każdą trudnością, jaka ją w życiu spotkała.
Dziś na fronda.pl opublikowany został tekst Łukasza Adamskiego odnośnie celibatu, gdzie autor wskazuje na potrzebę uporządkowania tej materii w Kościele Katolickim. O ile mi wiadomo, ta kwestia jest już od dawna uporządkowana i żadna poszczególna patologia tego nie zmienia. W tekście Ł. A. uderzyło mnie jednak coś innego: Hipokryzja i fatalnie pojęta korporacyjna solidarność jest sprzeczna z chrześcijańskimi wartościami i przyczynia się do tego, że młodzi ludzie uciekają od Kościoła, a w Ameryce Łacińskiej czy Afryce to zielonoświątkowcy, ewangelicy czy amerykańskie mega kościoły przyciągają do siebie więcej nowych wiernych niż Kościół katolicki. To nie hipokryzja ani korporacyjna solidarność przekonuje młodych do dezercji z KK. Protestantyzm kusi łatwą drogą. A Kościół Katolicki jest wciąż, dzięki Bogu, wymagający i trudny. I my nie mamy się zmiękczać, czy nawet znosić celibatu, żeby na siłę przyciągać do siebie wiernych. Jak powiedział kiedyś ks. Pawlukiewicz „lepiej, żeby w kościele nie było wiernych, ale był Chrystus, aniżeli odwrotnie”.
I kiedy tak patrzę na wszystkich "uszczęśliwionych" tanimi bibelotami, myślę sobie i modlę się: "nie szczęść mi Boże! A jak trzeba, to mi nawet nie szczędź".
Saturday,12 February 2011,17:58
Kategoria: Kościół Saturday, 12 February 2011, 17:58
Ale jak to? Ale gdzie? Przecież porządny katolik brzydzi się ortodoksją, unika jak ognia, a swoich braci w wierze napomina, by nie szli tą drogą. Jak katolicyzm, to wyłącznie w wersji light, nie żaden rygor nadmierny, bo to tylko odstrasza, zniechęca i oddala od Boga wiernych oraz niewiernych.
Ortodoksja oznacza ścisłą wierność jakiemuś dogmatowi, szczególnie religijnemu. Dziś to przede wszystkim rygorystyczne przestrzeganie wybranego kodeksu zasad i to właśnie tym wyjaśnieniem niejednokrotnie się ortodoksję przejaskrawia i wykrzywia. Twierdzi się, że człowiek ortodoksyjny nigdy nie odstąpi od pewnych reguł, nawet gdyby miało to przynieść większe dobro, a reguły okazałyby się niemądre. A to nieprawda. Jezus, najbardziej ortodoksyjny z nas wszystkich, uzdrowił w szabat. Ale przecież nigdy nie zezwolił w dzień święty (ani żaden inny) na nierząd. Uzdrawiając pragnął pokazać jedynie, że zasady muszą opierać się na mądrości. Nie naszej – Bożej.
Mamy jasne reguły – Boże. Dziesięć przykazań. Mamy Matkę – Kościół – która pomaga nam rozeznać te zasady we współczesnej rzeczywistości i której winniśmy się podporządkować. Czego, oczywiście, konsekwentnie i z uporem nie robimy. Bo przecież bez przesady, nie można popadać w fanatyzm, przecież każdy powinien sam rozstrzygnąć we własnym serduszku, co jest dobre, a co złe. Bo nawet sam papież nie zawsze wie, to znaczy wie, kiedy chodzi o karę śmierci, ale jak o prezerwatywę, to już absolutnie nie. A my też w końcu nie jesteśmy święci, no i bardziej papieskim niż papież nie przystoi, w żadnym wypadku, być.
Sęk w tym, że właśnie mamy być święci. A jak się da, to i bardziej papiescy też, choć bez obaw, to raczej nam nie grozi. A nawet jeśli, to papież w pewnością by się nie obraził. Zapomnieliśmy chyba, że walczymy o własne życie, o zbawienie. I tu nie wystarczy czynić dobro. My musimy się wyrzekać „wszystkiego, co ma choćby pozór zła”. Zaiste, toż to ortodoksja w najczystszej postaci!
Za sprawą św. Faustyny Kowalskiej upowszechniła się prawda o Bożym Miłosierdziu, co dla nas katolików ma bardzo duże znaczenie. Jednak wraz z położeniem nacisku na miłosierdzie, zaniknął obraz Boga sprawiedliwego, Tego, który „za dobro wynagradza, a za złe karze”. Kara za grzechy stała się pojęciem odległym, niemal nierealnym, a w Kościele pełno jest Jezusa dobrego, łagodnego i łaskawego. Nie wiemy, co to Boży gniew. Wierzymy, że jakoś to będzie, w końcu chodzimy do Kościoła i „jakoś tam strasznie nie grzeszymy”. Zgubiliśmy dar Bożej bojaźni. A przecież przed Bogiem drżą istoty znacznie wyższe od nas, drżą przed Nim całe zastępy aniołów!
Kilka tekstów temu przytaczałam słowa Moryca z „Ziemi obiecanej”, kiedy mówił, że woli chodzić do kościoła katolickiego niż protestanckiego, bowiem lubi podczas kazania słuchać „delikatnego mówienia o rzeczach wyższych”, a nie „gadania o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach”. I napisałam wtedy, że na szczęście nie miał racji, bo księża przecież o tym mówią. Ale chyba jednak to nie Moryc się pomylił, ale ja. Ze świecą szukać dobrych kazań o grzechu, czyśćcu i piekle. I o ile piekła czasem jeszcze się przestraszymy, to czyściec jawi nam się jako nocna odsiadka w areszcie za niewielkie przewinienie. Ot, taka niezbyt schludna poczekalnia przed spotkaniem z Najwyższym.
A jeśli chodzi o czyściec, to jest się czego bać. Za każdy najmniejszy grzech, jeśli nie zostanie odpokutowany do końca tu na ziemi, przyjdzie nam zapłacić właśnie w owym „nocnym areszcie”. A męki tam są straszne, po stokroć większe niż nawet te najgorsze na tym „łez padole”. Dlatego tak ważne jest, byśmy jednak ze wszystkich sił swoich starali się być ortodoksyjni. Mamy dziesięć jasnych zasad, których powinniśmy przestrzegać z najwyższym rygorem. Coraz bardziej i coraz mocniej. Inaczej grozi nam więcej niż jedna nocka za kratkami.
A na zakończenie przypomnę jeszcze słowa G. K. Chestertona, autora słynnej „Ortodoksji”:
(…) Słowo „ortodoksja” nie oznacza już racji. Gorzej – w potocznym rozumieniu oznacza błąd.
Wszystko to świadczy tylko o jednym: ludzie mniej się przejmują, czy ich poglądy filozoficzne są słuszne. Bo przecież ktoś, kto wyznaje, że jest heretykiem, powinien wpierw wyznać, że stracił rozum. (…) Tematami dyskusji stają się w coraz większym stopniu sztuka, polityka, literatura. Gdy człowiek wypowiada opinię na temat komunikacji tramwajowej, ma to swoją wagę; jeśli mówi o Boticellim, zostanie to odebrane jako istotne. Nie liczy się tylko jego pogląd na temat wszechrzeczy. Wszystko jest ważne – z wyjątkiem Wszystkiego.
Saturday,26 November 2011,19:35
Kategoria: Kościół Saturday, 26 November 2011, 19:35
I dlaczego nas kobiety tak to boli? Otóż na taką wieść od razu czujemy się gorsze. A skoro czujemy się gorsze, to boli. Niepotrzebnie. Mężczyzna jest mądrzejszy, co nie znaczy lepszy czy gorszy. Jest inny i do czego innego został powołany.
Tu na ziemi mężczyzna jest panem, a kobieta jego pomocą. Władza potrzebuje szczególnej mądrości, wielkich odkrywców, konstruktorów, myślicieli, naukowców, wojowników, etc. Potrzebuje być niezależna od emocji czy huśtawek hormonalnych. Władza musi być stabilna. Wśród wielkich tego świata mało jest kobiet i to niekoniecznie dlatego, że z równouprawnieniem był/jest kłopot. To mężczyzna został powołany do wielkości. Do królowania. I jedna Skłodowska detronizacji nie czyni.
Jednak wyssałyśmy pewne niezachwiane prawdy z mlekiem matki. Że mężczyzna gorszy, że się do niczego nie nadaje, że rodziny utrzymać nie potrafi, że trzeba go stale kontrolować i absolutnie nie powierzać żadnych ważnych spraw, bo fiasko gwarantowane. I same sobie, Drogie Panie, zgotowałyśmy ten smutny żywot, w którym „prawdziwych mężczyzn już nie ma”. Świat pełen jest wycofanych i zakompleksionych chłopców, którzy samoakceptacji szukają w nałogach i rozrywkach. Mało który jest godnym kandydatem na męża i głowę rodziny. I my też temu jesteśmy winne, bo z dzikim uporem odbieramy mężczyznom władzę, w najlepszym wypadku stając się współkrólem, a w najgorszym – panowanie przejmując. I niech męski osobnik kaszki najlepiej gotuje dzieciom i podłogę zamiata, a i tak trzeba dzwonić co pięć minut, żeby sprawdzić czy już coś zawalił, czy jeszcze, o dziwo, nie.
W tej przykrej sprawie nawet Kościół rzadko służy pomocą, bo się nieszczęsny mocno sfeminizował. I mężczyźni dezerterują z Kościoła, nie widzą w nim miejsca dla siebie, pośród śpiewów o trzymającym ich za rękę Jezusie, a kazaniami o miłości i serduszku. Mężczyźni nienawidzą się trzymać za ręce. Musi być dla nich także strasznym wizerunek Jezusa kreowany przez współczesne wspólnoty: Jezusa, który jest przyjacielem i, który nas wszystkich przytula. Mężczyzna ma dzikie serce. I potrzebuje Jezusa wojownika. I jakże o niebo lepszym byłby Marsz Mężczyzn, gdyby biorąca w nim udział owa zacna armia śpiewała Chrystus wodzem, zamiast – Jezus mnie kocha.
Mądrość mężczyzny to dla świata i dla nas Pań wspaniały dar. Podczas codziennych zmagań, związanych z noszeniem, rodzeniem dzieci oraz opiekowaniem się nimi, dobrze jest móc powierzyć komuś kierownictwo. I dobrze, że jest to ktoś mądry.
Wymaga to, oczywiście, nie lada odwagi od kobiety, bo traci ona wówczas kontrolę nad wieloma sprawami. A nasza pycha lubi kontrolować. Dlatego wiele z nas drży na myśl o fragmencie Pisma Św.: „Żony bądźcie poddane mężom”. Ale od mężczyzn też Bóg wymaga: „Mężowie miłujcie żony i nie bądźcie dla nich przykrymi” (Kol 3, 18-19). Mądry mężczyzna wie bardzo dobrze, że władza jest służbą.
Mężczyzna jest mądrzejszy od kobiety. To fakt. I to fakt, który w żaden sposób kobiecie nie uwłacza. Kobieta ma szereg innych zalet, które pomagają wypełniać jej powołanie. Dlatego porównywanie mężczyzn i kobiet zawsze jest skazane na porażkę. Tak jak ich zrównywanie. Są stworzeni do czego innego. Mężczyzna jest mądry i silny. Kobieta jest piękna i dobra. I nie ma co się oszukiwać, ale żaden, nawet najbardziej wyszukany komplement dotyczący żeńskiej mądrości nie przyniesie damie tyle radości, co ten wychwalający jej piękno. I w tym właśnie ujawnia się prawdziwa tęsknota kobiecej duszy...
Bo kobieta także powołana jest do wielkości, tylko inaczej. Mniej spektakularnie, w cieniu mężczyzny, w cichej pracy na co dzień. Maryja nie była kobietą światową w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Nie była też wycofaną „szarą myszką”. Potrafiła być stanowcza. Opiekowała się domem, była żoną i matką. Żadnych „wielkich” osiągnięć. Codzienność. Pewnie i monotonia. Niewiele o Niej w Biblii. A jednak to właśnie Ona stoi najwyżej w hierarchii świętych, gdzie przecież znajduje się wielu niesamowitych mężczyzn. To właśnie za wstawiennictwem Maryi można wymodlić sobie największe łaski. No to Panowie, również macie zagwozdkę. Ale niedużą, bo wielkość Matki Bożej niczego Wam nie ujmuje. W końcu „chłop potęgą jest i basta!”
Tuesday,11 October 2011,20:17
Kategoria: Kościół Tuesday, 11 October 2011, 20:17
Polska architektura sakralna karleje. Dosłownie. Kościoły zrównują się z ziemią i swym wiernym ludem. Współczesne kościelne hale targowe nie przypominają w niczym gotyckich czy barokowych świątyń. Nie są już strzelistymi, monumentalnymi budowlami, w których można dojrzeć Absolut. Są niżej, bliżej ludu, nie dając temu ludowi odczuć własnej małości.
Niestety wygląd naszych kościołów doskonale odzwierciedla kondycję naszego Kościoła. I choć bramy piekielne go nie przemogą, to dają się we znaki wściekłe działania szatana. Liturgia staje się mniej odświętna, mnożą się na potęgę ministrantki oraz nieprzeszkoleni lektorzy, a śpiewy oazowe wypierają chorał i przepiękną muzykę organową. Jakże często to kapłan zdaje się być w centrum Mszy św., a nie Jezus. A sama Msza coraz bardziej przypomina towarzyską kolację, a nie świętą Ofiarę Chrystusa.
Żeby zrozumieć istotę zmian, które w ostatnich kilkudziesięciu latach zaszły w Kościele, warto wybrać się na Mszę w klasycznym rycie rzymskim. Jest ona sprawowana po łacinie, wymaga więcej wysiłku i skupienia. Tam sacrum jest mocno odczuwalne. Nie ma tej swobody i luzu obecnych na dzisiejszych nabożeństwach. Nie ma niepotrzebnych dygresji. Ksiądz odwrócony jest tyłem do wiernych, a przodem w kierunku wschodu, do Boga. Przeistoczeniu pozwala się trwać, lud klęczy w ciszy, a nie uprawia na czas gimnastykę wstająco-klęczącą z przerwą na „znak pokoju”. Podczas Mszy trydenckiej wierny wie, że tam na ołtarzu dzieje się Tajemnica, której on nie jest w stanie ogarnąć. Ale chce tam być, pragnie choć dotknąć się płaszcza. Wie, że uczestniczy w „najpiękniejszej Mszy po tej stronie Nieba”.
Nasza architektura sakralna karleje. Wyjątkiem jest tak wyszydzany powszechnie Licheń, który zachwyca wielkością i pięknem. Cieszy również fakt, iż w Gdańsku nie powstanie Lidl w charakterze kościoła. Ale to tylko kropla w morzu, bo proces ogołacania świątyń katolickich jest już w toku. Ogołacania nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz. Kościół opustoszał, brakuje w nim obrazów, relikwi, witraży, zdobień oraz rzeźb. Wyrzekamy się cudownej sakralnej spuścizny na rzecz protestanckich zborów. Sukcesywnie protestantyzujemy również Mszę św. Dlaczego najwyższą wartość, zastępujemy czymś mniej wartościowym? Kiedy Kurowski w „Ziemi obiecanej” spytał Moryca, czy nie lubi protestantyzmu, ten odpowiedział:
Nie lubię i nigdy bym na to wyznanie nie przeszedł. Ja jestem człowiek, który kocha i potrzebuje pięknych rzeczy. Jak ja się narobię cały tydzień, to potem w szabas czy w niedzielę potrzebuję odpocząć, potrzebuję iść do ładnej sali, gdzie bym miał ładne obrazy, ładne rzeźby, ładną architekturę, ładne ceremonie i ładny kawałek koncertu. Ja bardzo lubię te ceremonie wasze, w nich jest i piękny kolor, i ładny zapach, i dzwonienie, i światła, i śpiewy. A przy tym jak ja już muszę słuchać kazania, to niech ono będzie nienudne, niech ja słucham delikatnego mówienia o wyższych rzeczach, to jest bardzo nobl i to dodaje człowiekowi humoru i ochoty do życia! A w kirche co ja mam?... Cztery gołe ściany i tak pusto, jakby cały interes miał się trochę zlikwidować. A do tego przychodzi pastor i mówi. Co pan myślisz, o czym on gada?... Gada o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach. Bądź pan zdrów. Czy ja po to idę do kościoła, żeby się zdenerwować? Ja mam nerwy, ja nie jestem cham, ja nie lubię się gnębić nudnym gadaniem. A przy tym ja lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia - cóż to za firma protestantyzm?! Papież to firma.
(W. Reymont)
W jednym Moryc nie miał racji: na szczęście dla nas, księża mówią jeszcze w kościele o piekle i o "innych nieprzyjemnych rzeczach".
Monday,11 July 2011,20:01
Kategoria: Kościół Monday, 11 July 2011, 20:01
I znowu będzie o byłym dominikaninie, Tadeuszu Bartosiu, bo mi się chłopina szczególnie mocno spodobał. Ot, wystąpił z zakonu i może sobie teraz na Kościele Katolickim mocno poużywać. A używa do woli, bo jest ulubieńcem salonowców i jego smutny, refleksyjny głos stanowi miód na duszę dla wielu postępowców.
I trzeba empatię okazać, bo się człowiek będąc w zakonie nagle i niespodziewanie dowiedział, że jest to instytucja hierarchiczna i należy się, niestety, podporządkować. Że trzeba zrezygnować z wielu rzeczy, oddać się do dyspozycji przełożonych, czystość obiecać i posłuszeństwo.
I wreszcie przejrzał zakonnik na oczy, nie on jeden zresztą, bo takich Bartosiów, Obirków i innych Kotlińskich jest u nas na pęczki, także płci żeńskiej. Siostry zakonne równie chętnie występują z zakonów, jak zakonnicy. I w imię Boga to robią, jak uparcie twierdzą.
Co się stało z wiernością i honorem?? Ano leży gdzieś pogrzebany. A że Ci ludzie się Boga nie boją? Ano, nie boją, bo zdaje się, że już dawno w niego nie wierzą. To nie Kościół jest winien ich odejścia, ale brak wiary właśnie. Bo jak się nie wierzy w Boga, to i obietnicę daną Mu łatwo przecież złamać.
Jednak człowiek zawsze przegrywa na swojej niewierności. Nie zyskuje wolności, ale jeszcze mocniej się zniewala. „Raz obranej drogi nigdy nie porzucajcie!”. Dotyczy to zarówno stanu kapłańskiego, jak i małżeńskiego. A powołania zawsze są w jakiś sposób niewygodne. Zawsze trochę uwierają. Trud poniesiony na rzecz małżeństwa bądź kapłaństwa będzie duży, czego obietnicę otrzymujemy już na początku drogi. Od tej pory nieustannie trzeba się będzie z czegoś ogałacać. Trzeba będzie obumierać. Pokornie. Ale Bóg obiecuje też, że wystarczy nam Jego łaski. Że będą radości. Że da nam „wody żywej”.
I chciałam się trochę wyzłośliwić, ale zrobiło mi się tak jakoś smutno na myśl o panu Bartosiu. To, że gdy rozpoczynał swoją drogę duchową był niedojrzały, sam otwarcie przyznaje. Ale dziś w jego dojrzałości niewiele się zmieniło. Swoim smutnym głosem opowiada, że jest wreszcie szczęśliwy. Bo opuścił Kościół, który mógł go uratować...
Bartoś na pytanie, czy piekło istnieje, odpowiada lakonicznie, ze nie wie. Nie wie też, czy kiedykolwiek to wiedział. Byłe siostry zakonne w swoich świadectwach wyznają, że to Bóg wskazał im nową drogę i wyprowadził z zakonu. Są tego pewne.
Ale, jak pisał ks. Twardowski „pewność niepewna”.
Zaś Muniek śpiewał:
„Ktoś prowadzi mnie za rękę, może Pan, może szatan, sam już nie wiem, kto to jest”.
Czuwajmy.
Saturday,11 June 2011,23:21
Kategoria: Kościół Saturday, 11 June 2011, 23:21
Tak przynajmniej wyliczył portal Money.pl, co nie bez pewnej zjadliwości przytacza w ostatnich „Wysokich obcasach” Agnieszka Graff. Bo „Wysokie obcasy” można, na przykład, na basenie dostać darmo, a w Kościele, jak wiadomo, za wszystko trzeba płacić. Zatem obliczył Money.pl, jak się księża bogacą na katechezach szkolnych, na uczelniach katolickich, ile ciemny lud wrzuca na tacę co niedzielę, ile Unia daje na Kościół. A do tego doliczyć trzeba śluby, pogrzeby oraz comiesięczne dochody księży. Kwoty wychodzą w milionach, nawet w miliardach, zer tam mnóstwo, a Kościół, rzecz jasna, nie płaci od tych luksusów podatków.
Właściwie muszę pani Agnieszce pogratulować tekstu. Gdyby nie to, że na wskroś ocieka jadem, byłby całkiem prawdziwy. Bo rzeczywiście, jak pisze autorka, czym są pieniądze przaznaczane na Kościół względem naszego zbawienia? Posługa kapłanów jest bezcenna i warta wszelkich majątków. Ja chciałabym, żeby ksiądz miał pieniądze i, żeby względy materialne nie ograniczały jego działań i możliwości.
Tego oczywiście ja bym chciała. Dlatego na tacę daję chętnie. Ale nie każdy musi chcieć tego samego i jest to zrozumiałe. Problem nie tkwi w tym, ile Kościół ma pieniędzy i czy słusznie. Problem tkwi w naszym przestępczym systemie podatkowym, gdzie każdy musi płacić za wszystko, nawet za te rzeczy, z których nie korzysta, i z którymi najzwyczajniej w świecie moralnie zgodzić się nie może. Jeżeli ktoś wystąpił z Kościoła, to wydaję mi się oczywistym, że podatków na tę instytucję płacić nie powinien. Ale w naszym kraju nadal szacuje się, że członków Kościoła katolickiego jest 90%. I oni ślubów chcą, pogrzebów chcą, w Święta do Kościoła chcą, ale płacić to już broń Boże! Ksiądz zęby w ścianę i to jeszcze taką obskurną, niepomalowaną...
A wystarczy trochę logiki i uczciwości przez moment. Trzeba tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, ile płacimy za wesele, a ile za ślub. Przeciętnie księdzu dajemy 1,5% całej kwoty przeznaczanej na tę uroczystość, narzekając przy tym siarczyście, że Kościół zdziera z biednych ludzi ostatnie grosze. 1,5%!!! Toż to raczej niewspółmierne do wagi sakramentu. Ale dziś dla przeciętnego katolika tańce, niestety, ważniejsze.
Pani Graff obśmiewa naszą wiarę w osobowego szatana. I szatan zadowolony, że kobita w niego nie wierzy – może sobie poużywać do woli. Więc mnożą się artykuły w GW, ku uciesze gawiedzi.
I nie rozliczam, ale głośno myślę. Że na tę kościelną tacę to się najmocniej burzą ci, którzy „złamanego grosza” by tam nie wrzucili. Bo o „wdowim” nie wspomnę.
Wednesday,11 May 2011,22:56
Kategoria: Kościół Wednesday, 11 May 2011, 22:56
Oczywiście – byłym duchownym. Oni, którzy już zdjęli z siebie jarzmo kościelnych zakazów i nakazów, uwolnili się wreszcie od ślubów czystości, tego jednego nadal ścierpieć nie mogą. Celibatu. Według byłych duchownych, to on jest przyczyną wszelkiego zła w Kościele.
W odgrzebanym przeze mnie wczoraj odcinku Lisa zebrali się ksiądz Prusak, ojciec Gużyński oraz były dominikanin – Tadeusz Bartoś. Aktualni duchowni zdecydowanie bronili celibatu, choć ks. Prusak (zawsze wierny „salonowi”) przyznał także, że w Kościele musi dojśc do pewnych przemian, które pozwolą księżom i zakonnikom na całkowitą dowolność w tej materii.
Tadeusz Bartoś twierdzi, iż nakaz życia w czystości uniemożliwia duchownym dojrzewanie psycho-seksualne. Że dopiero związek z kobietą może do tej dojrzałości człowieka poprowadzić. Nic bardziej mylnego. Jeśli człowiek nie dojrzał na tyle, by móc panować nad swoim popędem seksualnym, nie będzie ani dobrym mężem, ani dobrym księdzem.
Były dominikanin upatruje w seksie antidotum na problemy seksualne księży, w tym na pedofilię. Otóż przykra wiadomość – seks nie leczy z problemów z seksem. To tak jakby chandra miała leczyć z depresji. Nie. Jeżeli ktoś wchodzi w małżeństwo z nieuporządkowaną sferą seksualną, to nowy stan cywilny z pewnością mu tych problemów jeszcze przysporzy.
Dość rozsądnie bronił celibatu natomiast ojciec Gużyński, mówiąc właśnie o dojrzałości, która powinna determinować zachowania człowieka. Ale trzeba powiedzieć więcej – celibat w Kościele jest konieczny! Pomaga on w pełni realizować duchownym swoje powołanie, stanowi niesłychanie cenny dar dla wiernych – ksiądz jest do dyspozycji parafian, nie jest ograniczony domowymi obowiązkami, problemami, etc. Dwa tak wielkie powołania: do małżeństwa i do kapłaństwa nie mogą iść w parze, bo zawsze któreś będzie zaniedbane.
Celibat pomaga dodatkowo wzrastać duchownym. To ogromne i godne szacunku wyrzeczenie. Uczy dyscypliny, wspomaga pracę nad sobą. Człowiek potrzebuje rygoru, który stymuluje go do działania. Wiedzą to wszyscy, którzy wyrzekli się czegoś dla wyższych celów. Wiedzą to sportowcy, wiedzą to tzw. „ludzie sukcesu”, wiedzą to księża...
Warto również zaznaczyć, że celibat nie wyklucza seksualności księży, o czym wspomniał w rozmowie ojciec Gużyński. Człowiek jest zawsze istotą seksualną, czyli cielesną. Poprzez ciało wyraża siebie, swoje uczucia, emocje, swoją postawę. Seksualność to nie tylko seks.
I jeszcze jedno. Ksiądz nie musi mieć żony i dzieci, by móc doradzać małżonkom i rodzicom. Onkolog nie musi sam chorować na raka, żeby móc leczyć innych.
Tadeusz Bartoś twierdzi, że Kościół od wieków panicznie boi się seksu, że wierni żyją w neuro-psychozie, bo są straszeni konsekwencjami swoich poczynań seksualnych, a nawet (o zgrozo!) konsekwencjami myśli nieczystych. Nie Panie Bartoś, Kościół nie boi się seksu, a my katole nie mamy żadnej psychozy. Kościół ostrzega, bo wie dobrze, że w tej materii skutki grzechu są bardzo trudne do naprawienia. A zgrzeszyć można i myślą, i uczynkiem. A my wyrzekamy się grzechu. I dzięki Bogu, że w tym rozerotyzowanym świecie jest jeszcze ksiądz, który w swym celibacie może dać świeckim przykład, że można i trzeba stawiać opór.
Tak więc, zdecydowanie: Kościołowi gratulujemy celibatu!
Wednesday,11 May 2011,11:02
Kategoria: Kościół Wednesday, 11 May 2011, 11:02
Wczoraj rano, zbulwersowana decyzją Oo. Marianów ws ks. Bonieckiego, Krystyna Janda, stwierdziła, że występuje z Kościoła Katolickiego. Tej instytucji ma serdecznie dosyć po tym, jak przełożeni zakonni księdza ograniczyli jego wystąpienia medialne do łam „Tygodnika Powszechnego”. Nie jest aktorka odosobniona w tym proteście. W obronie ks. Adama Bonieckiego stają też inni celebryci, dziennikarze, artyści, poszczególni księża, politycy oraz zwykli, szczerze nakazem przerażeni, zjadacze chleba. W Internecie można podpisać już petycję w tej sprawie...
Wśród obrońcow księdza możemy znaleźć Monikę Olejnik, Joannę Senyszyn, naczelnych katolików „Gazety Wyborczej”, naczelnego duchownego TVN-u – ks. Kazimierza Sowę, środowisko „Tygodnika Powszechnego”, oraz Szymona Hołownię – zastępcę dyrektora stacji Religia.tv, z którą współpracuje ksiądz Boniecki.
Ruch poparcia tyleż imponujący, co przerażający. Bowiem w szeregach zawarł ludzi Kościołowi nieprzychylnych, bądź przychylnych tylko na pozór. Bądź i takich, co intencji nie mają koniecznie złych, ale nazbyt mocno związali się z pewną opcją medialną.
Osobiście, bardzo mnie cieszy decyzja księży marianów. Z niesmakiem obserwowałam przychylne wypowiedzi ks. Bonieckiego o Nergalu. Z wielkim szacunkiem i pokorą muszę się z nimi nie zgodzić. Szatan nie jest angielskim dżentelmenem, który działa tylko przez zdeklarowanych satanistów, jakim według ks. Adama, Nergal z pewnością nie jest. Sam zainteresowany natomiast nie wie, czy jest. A może nawet raz satanistą jest, raz nie jest. Nieważne. Zszargał Pismo Święte i potępienie tego czynu przez Kościół winno być „oczywistą oczywistością”. Niestety nie dla wszystkich jest.
Ale ks. Boniecki to nie tylko sprawa Nergala. Ów duchowny jest również zwolennikiem liberalizacji prawa aborcyjnego, popiera legalizację związków partnerskich i przychylnie wypowiada się o metodzie in vitro. Jak widać, znacząco rozminął się z nauczaniem Kościoła Katolickiego. W tym wypadku decyzja księży marianów również powinna być oczywistością. I znowu nie jest.
Krystyna Janda powiedziała wczoraj rano: „Personel naziemny ma Pan Bóg nie najlepszy”.
I prawda, i nieprawda. Zależy, gdzie spojrzeć.
Bo jak na księży marianów, to z pewnością najlepszy.
1
Thursday, 22 March 2012
Friday, 30 March 2012
Saturday, 21 April 2012
Sunday, 04 November 2012
Wednesday, 14 March 2012
