Sunday,13 May 2012,17:31
Kategoria: Kościół Sunday, 13 May 2012, 17:31
Dzisiaj, gdy piszę te słowa, mija 95. rocznica pierwszego objawienia Maryi w Fatimie. Rocznica przechodzi bez większego rozgłosu, niektóre katolickie portale (o świeckich nawet nie wspominam) nawet nie wspominają o tym. A szkoda, bo to bardzo ważna rocznica. Albo raczej ważne wydarzenie, które warto nieustannie przypominać.
Mówiąc o świeckich portalach, parę dni temu powtarzały one wszystkie słowa ojca Rydzyka, które miały paść w Toruniu, gdzie Ojciec Dyrektor miał nazwać "idiotką" kobietę, która nawoływała do modlitwy, zamiast demonstracji na rzecz TV Trwam. Nie wiem, czy te przekazy są prawdziwe, ale wiem, że tak myśli wiele osób. Tak, jak Ojciec Dyrektor: Że najważniejsze, to "coś robić", wyjść na ulice, protestować. Przedwczoraj na moim forum także jeden z gości stwierdził, że "modlitwy już były i nic nie dały, teraz czas działać". Cóż, pozwolę się z tym nie zgodzić.
Nie zgodzę się z tym głównie dlatego, że nie wierzę, że "modlitwy już były". Po prostu nie wierzę, że wszyscy ci, co głośno o tym mówią, rzeczywiście z takim samym zapałem się modlili. Nie wierzę także, że manifestacje zmienią cokolwiek. A modlitwy - jak najbardziej.
Wystarczy wspomnieć Bitwę pod Lepanto, czy w czasach nam bliższych wymodlone ustąpienie reżimy Marcosa na Filipinach, albo zmianę rządów na Węgrzech. To są owoce modlitwy. Konkretnie Modlitwy Różańcowej. Ale tam miliony ludzi się modliły, a nie mówiły o tym, że trzeba (albo nie trzeba) się modlić.
Przypomnijmy zatem o co nas prosiła Maryja w Fatimie? Dziś Dzień Matki w USA. A Ona jest naszą Matką, tak, jak jest matką Hiacynty, Łucji i Franciszka. Jak te dzieci, które Ją widziały, które z Nią rozmawiały, odpowiedziały na Jej wezwanie? O co Ona je prosiła?
Zacytuję tu, nie pierwszy już raz na moim blogu, kilka fragmentów wspomnień siostry Łucji o Hiacyncie i Franciszku Marto. Cytaty za książką "Siostra Łucja mówi o Fatimie", wydanie trzecie 1989, Vice-Postulcao, P-2496 Fatima, imprimatur biskup Albert Leirii:
"Kiedyśmy tego dnia przyszli na pastwisko, Hiacynta usiadła na kamieniu zamyślona.
– „Hiacynta, chodź się bawić!”
– „Dzisiaj nie chce mi się bawić”.
– „Dlaczego nie chce ci się bawić?”
– „Dlatego, że się zastanawiam. Ta Pani powiedziała nam, abyśmy odmawiali różaniec i ponosili ofiary o nawrócenie grzeszników. [...] A ofiary, jak mamy je ponieść?”
Franciszek wynalazł od razu sposób złożenia dobrej ofiary.
– „Damy nasz posiłek owcom i złożymy ofiary z jedzenia”.
W parę minut potem cały nasz posiłek został rozdzielony pomiędzy naszą trzodę. I tak spędziliśmy ten dzień na czczo niczym najsurowszy kartuz.
Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były tam dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita , które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała:
– „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”.
I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Żołędzie były jeszcze niedojrzałe. Mimo to uważałam, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo oliwne, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść gorzkie żołędzie dębowe, aby ponieść ofiary. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy.
Dla Hiacynty była to jedna z jej normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Któregoś dnia powiedziałam jej:
– „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”.
– „Jem właśnie dlatego, że jest gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”.
To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze.
Kiedy je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku. W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców.
Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko, a byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofiarę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ w pobliżu był staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc sądziła, że byłoby dobrze, abyśmy w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową.
Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków i Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na wyschniętej ziemi wszystko się spali.
Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ofiarowaliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników, ale gdy minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję, poszłam więc zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił.
– „Nie chcę” – odpowiedział.
– „Dlaczego?”
– „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”.
– „Hiacynta, napij się ty!”
– „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
W rezultacie wylałam wszystką wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się jej napić i odniosłam dzbanek właścicielce. Upał stawał się coraz silniejszy. Koniki polne i świerszcze łączyły swe śpiewy z rechotaniem żab w pobliskim stawie. Hiacynta osłabiona głodem i pragnieniem powiedziała do mnie ze swą zwykłą prostotą:
– „Powiedz świerszczom i żabom, żeby się uspokoiły, tak mnie boli głowa!”
Potem zapytał się Franciszek:
– „Nie chcesz ofiarować tego bólu za grzeszników?”
Biedne dziecko ścisnęło głowę rączkami i odpowiedziało:
– „Tak, chcę. Niech śpiewają i rechoczą”.
Kiedyśmy po pewnym czasie zostali aresztowani, najbardziej cierpiała Hiacynta wskutek nieobecności rodziców. Ze łzami spływającymi po policzkach mówiła:
– „Ani twoi, ani moi rodzice nie przyszli nas odwiedzić. Nie dbają więcej o nas”.
– „Nie płacz – powiedział jej Franciszek. – Ofiarujemy to Jezusowi za grzeszników”.
I podniósłszy oczy i rączki do nieba, począł mówić modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości ku Tobie i za nawrócenie grzeszników”.
A Hiacynta dodała:
– „Również i za Ojca Świętego i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Kiedy po rozdzieleniu znowu umieścili nas we wspólnej celi więziennej, mówiła, że wkrótce po nas przyjdą i zaczną nas smażyć. Hiacynta zbliżyła się do okna, które wychodziło na targowisko z bydłem. Sądziłam początkowo, że chciała rozerwać się widokiem, ale wkrótce przekonałam się, że płakała. Przyprowadziłam ją do siebie i zapytałam, dlaczego płacze.
– „Dlatego, że umrzemy nie zobaczywszy ani naszych tatusiów, ani naszych mam” – odpowiedziała i ze łzami spływającymi jej po policzkach dodała: – Chciałabym przynajmniej zobaczyć moją mamę!”
– „A więc nie chcesz złożyć tej ofiary za nawrócenie grzeszników?”
– „Chcę, chcę!”
Ze łzami w oczach, wzniosła ręce i oczy do nieba i odmówiła modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników, za Ojca Świętego, i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Postanowiliśmy zatem odmówić nasz różaniec. Hiacynta zdjęła medalik, który miała na szyi, poprosiła jednego z więźniów, aby go powiesił na gwoździu na ścianie. Uklękliśmy przed tym medalikiem i zaczęliśmy się modlić.
Więźniowie modlili się wspólnie z nami, jeżeli w ogóle umieli się modlić; w każdym razie klęczeli. Po skończeniu różańca Hiacynta powróciła do okna i płakała.
– „Hiacynto, nie chcesz złożyć tej ofiary Panu Jezusowi?”–
zapytałam ją.
– „Chcę, ale myślę o mojej mamie i płaczę mimo woli”.
Ponieważ Najświętsza Panna powiedziała nam, abyśmy składali również nasze modlitwy i umartwienia za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi, postanowiliśmy, że każdy z nas wybierze inną intencję. Jeden za grzeszników, drugi za Ojca Świętego, a trzeci jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Jak tylko zrobiliśmy to postanowienie, zapytałam Hiacyntę, jaką intencję chciałaby sobie wybrać?
– „Ja ofiaruję na wszystkie intencje, bo wszystkie mi się podobają”.
Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia
mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów:
– „Słuchajcie! To boli! moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”.
Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za
mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco:
– „Nie! Chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła. Czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas:
– „Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!”
Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę."
Może wystarczy tych cytatów. Pomyślmy o tych malutkich przecież dzieciach. To nie było symboliczne odmówienie sobie loda, czy cukierka przez rozpieszczane dziecko. Te dzieci już i tak miały trudne życie, pracując od najmłodszych lat, pasąc owce i pomagając rodzicom w gospodarstwie. A ofiary, które dobrowolnie na siebie przyjęły są wręcz niesamowite. Trudno uwierzyć, a jednak... Ale jeżeli to właśnie było tym, czego oczekiwała od nich Błogosławiona Dziewica Maryja, to jaką my z tego powinniśmy wyciągnąć lekcję? Jeżeli te małe dzieci mogły tak wiele dać, to czy dwa dni o chlebie i wodzie to jest naprawdę taka wielka ofiara? Czy godzina modlitwy to aż tak dużo?
Jest tylko jedna skuteczna droga, by odmienić świat. Droga modlitwy i wyrzeczeń, postów i ofiar. Nie ma innej drogi. Manifestacje, zadymy, protesty - to ślepa uliczka, prowadząca donikąd. Tylko, że nam to tak trudno jest zrozumieć.
Wszyscy pamiętamy Piłata, który zapytał kogo ma uwolnić: Jezusa, czy Barabasza. Biblia nie mówi nam jednoznacznie kim Barabasz był, ale wielu egzegetów i historyków twierdzi, że był on rewolucjonistą, samozwańczym mesjaszem, który był oskarżony o rozniecanie zamieszek. Pamiętajmy, że Żydzi właśnie w tamtych czasach oczekiwali mesjasza. Znamy imiona kilku z nich, a z pewnością było ich więcej, lecz nie wszyscy przeszli do historii. Barabasz prawdopodobnie był jednym z nich. Dlatego chyba tak łatwo było faryzeuszom przekonać tłum, by go zwolnił. Tłum bowiem chciał działania, walki, następcy Machabeuszy, następcy wielkiego wojownika Dawida, który z niczego zbudował potęgę Izraela. A Jezus? Jezus mówił o nawróceniu, o modlitwie, o odmianie serca.
95 lat temu Maryja przyszła do nas z ważnym orędziem. Wybrała trójkę malutkich dzieci, biednych pastuszków, na końcu świata, w zapadłej wiosce, by im to orędzie przekazać. I dzieci te, w prostocie swego serca, przyjęły je. Pokazały nam swoim przykładem czego Ona od nas oczekuje. A my? A my czekamy na Barabasza.
Lepanto, Filipiny, Węgry pokazują, że modlitwą można wygrać wszystko. A my, z uporem godnym lepszej sprawy upieramy się, że skuteczniejsze będą obelgi pod adresem przeciwników, demonstracje, akcje i zadymy. O wielka ludzka naiwności! Ale choćbym miał być ostatnim, który to będzie głosił, będę to powtarzał do znudzenia: Tylko modlitwą i postem można wyrzucić niektóre złe duchy. I dopóki tego wszyscy nie zrozumiemy, będziemy zawsze stali na straconej pozycji. Bo w obelgach i zadymach nigdy nie prześcigniemy naszych adwersarzy.
Przed tygodniem usłyszeliśmy w Kościele takie słowa Pana Jezusa:
Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwał/ w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - o ile nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. (J 15, 1-7)
Beze Mnie nic nie możecie uczynić. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni.
Amen.
www.wspolnotamarto.com
Komentarzy: 53
Monday,16 April 2012,04:24
Kategoria: Kościół Monday, 16 April 2012, 04:24
Kilka razy pisałem o Hołowni, że podoba mi się jego podejście do wiary, do ewangelizacji, ale mam pewne problemy z jego ortodoksją. Jednak nigdy nie potrafiłem tego do końca sprecyzować. Może to wynikało z faktu, że TV Religia, której jest on szefem nie zawsze jest ortodoksyjna? Ale i to wiem jedynie z drugiej ręki, nie oglądam telewizji. Mam natomiast jedną książkę Hołowni, "Tabletki z Krzyżykiem", której jeszcze do końca nie przeczytałem. Podzielę się jednak kilkoma uwagami na jej temat, które mi się do tej pory nasunęły.
Pisząc o królu Dawidzie i proroku Natanie Hołownia używa takiego sformułowania:
"Ale wtedy nie wytrzymuje sam Pan Bóg. Posyła do Dawida proroka Natana, który wie, co ma mówic, ale wie też, że skoro Uriasz zginął, on może być następny, Roztrzęsiony i skulony, opowiada więc królowi poruszającą bajkę o bogaczu i biedaku." (s. 24)
Może to nie jest jeszcze problem z ortodoksją, ale też nie ma ta interpretacja wiele wspólnego z biblijną prawdą. Nie bardzo wiem na jakiej podstawie autor twierdzi, że prorok był "roztrzęsiony i skulony"? Tekst biblijny nam mówi tylko to:
Pan posłał do Dawida proroka Natana. Ten przybył do niego i powiedział: W pewnym mieście było dwóch ludzi, jeden był bogaczem, a drugi biedakiem. (2 Sm 12,1)
Ja tu nie widzę "roztrzęsionego i skulonego" proroka. Ja widzę odważnego męża, który bez strachu poucza potężnego króla.
Kawałek dalej Hołownia pisze:
Pismo maluje scenę, jaką ona - królewska córka - urządziła Dawidowi, gdy ten wygłupiał się,
śpiewając i tańcząc przed Arką Przymierza. (s. 25)
Z tym mam już większy problem. Głównie dlatego, że wielu egzegetów porównuje tę scenę do sceny z Ewangelii Łukasza, gdzie czytamy, że nienarodzony św. Jan Chrzciciel "poruszył się w łonie" swej matki, świętej Elżbiety.
Tysiąclatka użyła sformułowania "poruszyło się dzieciątko", ale inne tłumaczenia używają takich określeń, jak "skoczyło niemowlątko" (Biblia Gdańska), czy "podskoczyło dziecko" (Biblia św. Pawła). Egzegeci podkreślają często, że słowo to oznacza dokładnie to samo, co robił król Dawid przed Arką Przymierza.
Król Dawid nie wygłupiał się przed Arką, choć tak to odebrała jego żona Mikal. I za to ukarał ją Pan.
Dawid wtedy tańczył z całym zapałem w obecności Pana, a ubrany był w lniany efod. Dawid wraz z całym domem izraelskim prowadził Arkę Pańską, wśród radosnych okrzyków i grania na rogach. Kiedy Arka Pańska przybyła do Miasta Dawidowego, Mikal, córka Saula, wyglądała przez okno i ujrzała króla Dawida, jak podskakiwał i tańczył przed Panem: wtedy wzgardziła nim w sercu. [...]
Wrócił Dawid, aby wnieść błogosławieństwo do swego domu. Wyszła ku niemu Mikal, córka Saula, i powiedziała: O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny. Dawid odpowiedział Mikal: Przed Panem, który wybrał mnie zamiast ojca twego i całej twej rodziny i ustanowił mnie wodzem ludu Pańskiego, Izraela, przed Panem będę tańczył. I upokorzyłbym się jeszcze bardziej. Choćbym miał się poniżyć w twoich oczach, to u niewolnic, o których mówisz, sławę bym jeszcze zyskał.
Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6, 14-16, 20-23)
Hołownia:
"Dawid jest teraz w niebie wraz z Mikal, Batszebą, Uriaszem, Paltielem. Musiał im spojrzeć w oczy. O jego grzechu wie każdy, kto dotknął kart Biblii. Tak właśnie wyglądał sąd i kara Dawida.
Spojrzenie Uriasza wystarczyło mu chyba za czyściec."
Skąd Hołownia wie, że te osoby są w niebie? Dlaczego twierdzi on, że "tak właśnie wyglądał sąd i kara Dawida"? I na jakiej podstawie twierdzi on, że czyściec ma coś wspólnego ze spojrzeniem nam w oczy tych, których skrzywdziliśmy? To już nie jest nonszalancja, to już zakrawa o herezję.
Zaraz obok, w ramce, na stronie 27, czytamy między innymi:
"Fontanny krwi, dzięki Bogu
Czytelnik jednego z niemieckich dzienników przysłał do redakcji list, w którym zapytał: "Dlaczego ciągle mówi się o zbrodniach faszystów, a nic nie mówi się na temat zbrodni opisanych w Starym Testamencie? [...] Klaus Stefan Krieger, autor książki Przemoc w Bibiii, również jest przerażony wszystkimi opisami krwawych rzezi, od jakich aż roi się na kartach Starego Testamentu. Apeluje jednak, by- po pierwsze - nie czytać Pisma jak historycznego reportażu, po drugie - zauwaźyć, że mimo iż jest natchnione, a zatem przekazuje nam jakąś zasadniczą prawdę o świecie, było pisane przez ludzi, którzv widząc latające w powietrzu głowy swoich wrogów, oraz naręcza zdartych napletków, chętnie dorabiali do tego boską ideologię - przekonani, zc skoro krwawa jatka udała się tak nadzwyczajnie. musi to być znak niezwykłej Bożej interwencji. Cudownie widać to na przykładzie psalmisty, którv opisując dziesiątą plagę egipską, zachwyca się Bogiem: ,,On Egipcjanom pobił pierworodnych, bo Jego łaska na wieki". ]aka łaska?! Wszak Księga Mądrości mówi wyraźnie, ze Bóg nie chce śmierci człowieka, dlaczego więc wybił niewinnych Egipcjan? Otóż możliwe, że wcale nie wybił. Wśród biblistów trwa teraz gorąca dyskusja, czy tej akurat historii nie dopisano łatwo do listy plag dla większego efektu i - w zamyśle autorów -- większej chrvały Bożej (w źródłach egipskich nie ma mowy o podobnym kataklizmie). Czy to znaczy, że Biblia - Słowo Boże - kłamie? Skąd, powtórzmy: mówi prawdę. Nie zawsze o wydarzeniach historycznych, czasem o tych, którzy je opisywali (na podstawie: Roberto Beretta, Elisabetta Broli, Jedenaście przykazań. Półprawdy i niedomówienia na temat Biblii; Klaus Stefan Kriegęr, Przemoc w Biblii)."
Prawdę mówiąc wystarczy tych przykładów. To tylko parę stron. Nonszalancja w interpretacji Słowa Bożego, cytowanie autorów, którzy głoszą rzeczy wprost sprzeczne z nauką Kościoła i sprzeczne z dokumentami SV2. Mnie to wystarczy. Prawdę mówiąc cała książka Hołowni chyba powędruje na półkę nie przeczytana do końca, bo po co mam się denerwować?
Cejrowski i Hołownia. Może jeszcze Gowin. Polscy katolicy. Jeden wysyła wszystkich do diabła, gdy tylko nie myślą tak, jak on, drugi twierdzi, że w Biblia to niby Słowo Boże i mówi prawdę, ale ta prawda to nie jest Prawda, tylko coś zupełnie innego, trzeci forsuje ustawę dopuszczającą In Vitro, bo jest "mniejszym złem"... Do tego całe rzesze wojujących katolików, utożsamiających się z jakimiś politycznymi partiami, wykorzystującymi każdą okazję do politycznych manewrów i schizmatycy widzący w każdym biskupie masona, a zdecydowana większość społeczeństwa polskiego odchodzi coraz dalej w neopoganizm. Redukując swoje "chrześcijaństwo" do kupna laptopa na Pierwszą Komunię. Maj już za rogiem.
Ale jak ci ludzie mają zobaczyć czym jest prawdziwe chrześcijaństwo? Gdzie to mają zobaczyć? Kto ich ma tego nauczyć?
Zetknąłem się niedawno z ciekawym filmem. Nakręcili go ewangelicy. Protestanci. Film doskonale zrobiony, profesjonalnie, choć niewielkim nakładem kosztów. Nie jest to wielka, hollywoodzka produkcja za setki milionów dolarów. Jest to jednak film, który ogląda się z zapartym tchem. Film, w którym spotykamy Jezusa. Naprawdę. Film, który zmienił życie wielu ludzi.
Zamieściłem go także na swoim kanale na YouTube. Oto niektóre komentarze:
Film wspaniały, nie wiem co powiedzieć, nigdy nie oglądałem lepszego!
Ciekawie ukazana kwestia słabości Wiary w dzisiejszym społeczeństwie - Hiobie można napisać, że film jest odpowiedzią na czasy w jakich żyjemy.
Na początku nie przypuszczałem że tak się za angażuje w oglądniecie tego filmu .Dzięki wielki za niego i Wesołych Świąt a film naprawdę daje do myślenia .
Film nisko budżetowy ale nie o to tu chodzi raczej o przesłanie.Dla mnie dobry film wciągnął mnie. Dzieki Hiob
Przepiękny film. Pod koniec miałem już ciary na plecach. :D
Świetny film! Właśnie skończyłem oglądać. Dziękuję w moim imieniu i tym, którym się on podoba, dziękuję, że nam go wskazałeś.
Film można zobaczyć TUTAJ.
Nie można by tak? Prosto i wiernie Ewangelii? Bo przecież ja wiem, że pan Cejrowski i pan Hołownia i pan Gowin i ksiądz Natanek i ojciec Rydzyk i PiS robią wiele dobrego. Ja nie mam problemu z tym dobrem, które oni tworzą. Ja mam problem z tą łyżką dziegciu, która psuje smak beczki miodu. Z tą muchą, by się już trzymać Biblii, co psuje naczynie wonnego olejku. Tym bardziej, że czasem mam wrażenie, że w beczce jest już więcej dziegciu niż miodu, a w naczyniu z olejkiem zostały prawie same muchy.
Komentarzy: 133
Wednesday,29 February 2012,22:27
Kategoria: Kościół Wednesday, 29 February 2012, 22:27
Pisząc o papieżu warto pamiętać, że mamy tu dwa różne zagadnienia. Pierwsze, to przodownictwo, prymat Piotra. Drugim zagadnieniem jest sukcesja urzędu. Wykazanie, że rola Piotra nie zakończyła się w momencie Jego śmierci.
Protestanci zwykle przyznają, że Piotr był niekwestionowanym przywódcą spośród Dwunastu, ale negują fakt, że jego następcy mieli podobną rolę. Z samej Biblii można też wykazać, że jego rola nie zakończyła się w momencie jego śmierci. Pan Jezus ustanowił bowiem urząd. Oddajmy głos Pismu Świętemu.
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. (Mt 16,18)
Tu warto od razu zauważyć, że wielu wrogich Kościołowi protestantów zauważa tu, że w tym zdaniu użyte są dwa różne słowa: Petros i petra i że pan Jezus nie powiedział, że to na "Piotrze" zbuduje swój Kościół, ale na "skale" którą jest On sam. Jak odpowiedzieć na taki zarzut?
Przede wszystkim należy zauważyć, że słowo "petra" jest rodzaju żeńskiego. Trudno więc, by pan Jezus nazwał Szymona "Petriną". Wiemy też, z samej Biblii, że Jezus i apostołowie rozmawiali po aramejsku, nie po grecku. A po aramejsku mamy tylko jedno słowo, "kefa". Pan Jezus zatem nazwał Szymona Kefasem, nie Petrosem:
I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr. (J 1,42)
Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. (1 Kor 1,12)
... i że ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu... (1 Kor 15,5)
i uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawicę na znak wspólnoty, byśmy szli do pogan, oni zaś do obrzezanych (Ga 2,9)
Ponadto cały kontekst wypowiedzi Pana Jezusa w Mt 16 wskazuje na to, że to właśnie na Piotrze Jezus będzie budował Kościół.
Wróćmy do cytatów potwierdzających szczególną rolę Piotra:
Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci. (Łk 22,31-32)
Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. (J 21,17)
W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. (Łk 24,33-34)
W Dziejach Apostolskich widzimy przewodnią rolę Piotra na każdym kroku. Jest zawsze wymieniany pierwszy, pierwszy zabiera głos, albo swym głosem kończy dyskusję, jest sprawcą pierwszego cudu, przyjmuje do Kościoła pierwszych konwertytów i pierwszych pogan, karze tych, którzy oszukali Kościół i ekskomunikuje heretyka, Szymona Magnusa:
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił: (Dz 1, 13-15)
Wtedy stanął Piotr razem z Jedenastoma i przemówił do nich donośnym głosem: Mężowie Judejczycy i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, przyjmijcie do wiadomości i posłuchajcie uważnie mych słów. (Dz 2,14)
Nawróćcie się - powiedział do nich Piotr - i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. [...] Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz. (Dz 2, 38, 41)
Nie mam srebra ani złota - powiedział Piotr - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. (Dz 3, 6-7)
Powiedz mi - zapytał ją Piotr - czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle - odpowiedziała. A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała. Gdy młodzieńcy weszli, znaleźli ją martwą. Wynieśli ją więc i pochowali obok męża. (Dz 5, 8-10)
Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą - odpowiedział mu Piotr - gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga. Odwróć się więc od swego grzechu i proś Pana, a może ci odpuści twój zamiar. (Dz 8,20-22)
Kiedy Piotr jeszcze mówił o tym, Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy słuchali nauki. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy przybyli z Piotrem, że dar Ducha Świętego wylany został także na pogan. Słyszeli bowiem, że mówią językami i wielbią Boga. (Dz 10, 44-46)
Po długiej wymianie zdań przemówił do nich Piotr: Wiecie, bracia, że Bóg już dawno wybrał mnie spośród was, aby z moich ust poganie usłyszeli słowa Ewangelii i uwierzyli.[...] Umilkli wszyscy... (Dz 15:7, 12a)
Warto się na moment zatrzymać przy tym wersecie. To pierwszy sobór, czy synod Kościoła. Była długa dyskusja, ale zakończyła się wypowiedzią Piotra. Jego deklaracja, dotycząca zagadnień dogmatycznych, została po prostu przyjęta. Jedynie Jakub, który był biskupem Jerozolimy, dodał kilka praktycznych uwag, dotyczących wprowadzenia w życie tego, co dogmatycznie ustalił Piotr.
Gdy apostołowie są wymieniani w Ewangeliach, zawsze, bez wyjątku, pierwszy jest Piotr, a ostatni Judasz:
A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. (Mt 10,2-4)
Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał. (Mk 3,16-19)
Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. (Łk 6, 13-16)
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. (Dz 1,13)
A co z sukcesją apostolską? Skąd wiemy, że to, co dotyczyło Piotra i apostołów miało dotyczyć całego Kościoła przez wieki?
Gdy Judasz się zabił, dla apostołów było oczywiste, że skoro jego "stanowisko", jego urząd został pusty, trzeba wybrać kogoś, by go obsadzić:
Napisano bowiem w Księdze Psalmów: Niech opustoszeje dom jego i niech nikt w nim nie mieszka! A urząd jego niech inny obejmie! Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania. (Dz 1, 20-22)
Pan Jezus jest nazywany "Synem Dawida" i Królem, więc zobaczmy jak to było na Jego dworze, wśród jego potomków. Prorok Izajasz został posłany do Szebny, zarządcy na dworze Dawida, (a precyzyjniej jednego z jego potomków), by mu oznajmić, że nie będzie już więcej pełnił swych obowiązków. Odbierze mu więc jego pan klucze i przekaże je następcy, Eliakimowi, który będzie nazywany "ojcem". Dlatego my też nazywamy papieża, namiestnika Chrystusa, syna Dawida, Ojcem Świętym.
Tak mówi Pan, Bóg Zastępów: Idź, wejdź do tego ministra, do Szebny, zarządcy pałacu, który sobie wykuwa grobowiec wysoko i w skale drąży dla siebie komnatę: Co ty tu posiadasz i kogo ty masz tutaj, żeś sobie tu wyciosał grobowiec? Oto Pan zrzuci cię, człowiecze, z wielkim rozmachem i uchwyci cię jednym chwytem, i tocząc cię zwinie w kłębek jak piłkę, rzucając po ziemi przestronnej. Tam umrzesz i tam pójdą pojazdy, z których się chlubiłeś, o ty, zakało domu twego pana! Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. (Iz 22, 15-22)
Nic zatem dziwnego, że Jezus daje Piotrowi klucze, symbol urzędu przechodzącego na następców. Wyraźne nawiązanie do Iz 22:
I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16,19)
Klucze, które dopiero na końcu czasów powrócą do naszego Pana, Jezusa Chrystusa:
Kiedym Go ujrzał, do stóp Jego upadłem jak martwy, a On położył na mnie prawą rękę, mówiąc: Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani. (Ap 1, 17-18)
Komentarzy: 17
Wednesday,29 February 2012,16:44
Kategoria: Kościół Wednesday, 29 February 2012, 16:44
Czy Jezus zostawił nam Kościół, czy to wymysł "ciemnych wieków Średniowiecza", pragnących władzy ludzi, lub cesarza Konstantyna? Czy Kościół to jest konkretna instytucja, czy tylko wspólnota wszystkich chrześcijan, wszystkich ochrzczonych, lub po prostu wierzących w Jezusa? Co na ten temat mówi Biblia?
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. (Mt 16,18)
Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 18, 17-18)
Powyższy werset jest bardzo ważny, bo jednoznacznie wskazuje na to, że Pan Jezus miał na myśli bardzo konkretną instytucję, mającą autorytet i prawo nie tylko upominania i karania chrześcijan, ale stanowienia praw i interpretacji problemów w sposób nieomylny, bo uznawany w Niebie. A tam przecież nie ma żadnego kłamstwa, ani błędów.
Podobnie ten werset, gdzie św. Paweł wręcz mimochodem wspomina Kościół jako coś oczywistego:
Gdybym zaś się opóźniał, [piszę], byś wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy. (1 Tym 3,15)
Także te wersety pokazują, że Pan Jezus ustanowił konkretny Kościół uczący i sprawujący posługę wobec wiernych:
Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. (Mt 28, 18-20)
I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! (Mk 16,15)
Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10,16)
Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze (J 14,16)
A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. (J 14, 26)
Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. (J 16,13)
A więc nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga - zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus. W Nim zespalana cała budowla rośnie na świętą w Panu świątynię, w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha. (Ef 2, 19-22)
I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi, celem budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa. (Ef 4, 11-13)
Sukcesja apostolska biskupów Kościoła, zakładanie nowych, lokalnych kościołów i ustanawianie biskupów:
Napisano bowiem w Księdze Psalmów: Niech opustoszeje dom jego i niech nikt w nim nie mieszka! A urząd jego niech inny obejmie! Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania. (Dz 1, 20-22)
Kiedy w każdym Kościele wśród modlitw i postów ustanowili im starszych, polecili ich Panu, w którego uwierzyli. (Dz 14,23)
Kiedy przechodzili przez miasta, nakazywali im przestrzegać postanowień powziętych w Jerozolimie przez Apostołów i starszych. Tak więc utwierdzały się Kościoły w wierze i z dnia na dzień rosły w liczbę. (Dz 16, 4-5)
Uważajcie na samych siebie i na całe stado, nad którym Duch Święty ustanowił was biskupami, abyście kierowali Kościołem Boga, który On nabył własną krwią. (Dz 20,28)
Nie zaniedbuj w sobie charyzmatu, który został ci dany za sprawą proroctwa i przez nałożenie rąk kolegium prezbiterów. (1 Tm 4,14)
Na nikogo rąk pospiesznie nie wkładaj ani nie bierz udziału w grzechach cudzych. (1 Tm 5,22)
co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, przekaż zasługującym na wiarę ludziom, którzy też będą zdolni nauczać i innych. (2 Tm 2,2)
W tym celu zostawiłem cię na Krecie, byś zaległe sprawy należycie załatwił i ustanowił w każdym mieście prezbiterów. (Tt 1,5a)
A to wersety uczące o woli Boga, by Kościół był jeden, by chrześcijanie tworzyli jedną Wspólnotę:
Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. (J 10,16)
Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. (J 17, 20-23)
A przeto upominam was, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście byli zgodni, i by nie było wśród was rozłamów; byście byli jednego ducha i jednej myśli. Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? (1 Kor 1, 10-13)
Każdy w Kościele ma inną rolę, mimo, że jest to Jeden Kościół:
I tak ustanowił Bóg w Kościele najprzód apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, a następnie tych, co mają dar czynienia cudów, wspierania pomocą, rządzenia oraz przemawiania rozmaitymi językami. (1 Kor 12,28)
Jak bowiem w jednym ciele mamy wiele członków, a nie wszystkie członki spełniają tę samą czynność - podobnie wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami. (Rz 12, 4-5)
Kościół też od początku miał nie tylko za cel głoszenie Dobrej Nowiny, ale także materialną pomoc dla swych członków. Wynika to jednoznacznie z nauki Pana Jezusa i apostołów, a Biblia nam pokazuje, że Kościół od początku prowadził taką działalność:
Weselcie się nadzieją. W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie - wytrwali. Zaradzajcie potrzebom świętych. Przestrzegajcie gościnności. (Rz 12, 12-13)
Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. (Mt 25, 37-40)
Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała - to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. (Jk 2, 15-17)
Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły - powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa. Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. (Dz 6, 1-6)
To tylko niektóre, wybrane wersety. Jest ich znacznie więcej. Polecam też inny tekst, gdzie pisałem o tym czym, albo raczej Kim jest Kościół: LINK
Przypomnę również, że to jest kolejny wpis z całego cyklu wpisów zatytułowanych "A gdzie "TO" jest w Biblii?" Na stronie www.jaskiernia.org jest spis treści i tam, w dziale "Apologetyka" są linki do wszystkich wpisów z tego cyklu. Zapraszam.
Komentarzy: 56
Saturday,25 February 2012,04:44
Kategoria: Kościół Saturday, 25 February 2012, 04:44
Na spotkaniu w Krakowie w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, jakaś pani uprzedziła wszystkich przybyłych, że ja jestem dość podejrzanym osobnikiem, bo na swoim forum cytuję protestancką Biblię. Uprzedzam więc z góry, że tu też będę to robił, a na dodatek skrytykuję tłumaczenie Biblii katolickiej, mającej "Nihil obstat" i "Imprimatur". Zostaliście uprzedzeni!
Podczas mojego pobytu w Ojczyźnie kupiłem nowe tłumaczenie Pisma Świętego, "Biblię św. Pawła". A skoro kupiłem, to zacząłem czytać "od deski do deski" i doszedłem właśnie dziś do fragmentu opisującego Potop i incydent z Noem i Chamem.
Pisałem już kiedyś o tym, ale dziś napiszę jeszcze raz, kładąc nacisk nie tyle na samo znaczenie tego wydarzenia, co na tłumaczenie go w poszczególnych polskich wersjach Pisma Świętego. Chodzi o Księgę Rodzaju, 9, 22-25.
Tysiąclatka, najbardziej znane nam wszystkim tłumaczenie, używane w czasie liturgii, tak to oddaje:
Cham, ojciec Kanaana, ujrzawszy nagość swego ojca, powiedział o tym dwu swym braciom, którzy byli poza namiotem. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz i trzymając go na ramionach weszli tyłem do namiotu i przykryli nagość swego ojca; twarzy zaś swych nie odwracali, aby nie widzieć nagości swego ojca. Kiedy Noe obudził się po odurzeniu winem i dowiedział się, co uczynił mu jego młodszy syn, rzekł: Niech będzie przeklęty Kanaan! Niech będzie najniższym sługą swych braci!
Biblia Gdańska, protestancka:
A ujrzawszy Cham, ojciec Chanaanów, nagość ojca swego, oznajmił to dwom braciom swoim na dworze. Tedy wziąwszy Sem i Jafet szatę, a włożywszy ją oba na ramiona swe, szli wspak, i zakryli nagość ojca swego; a oblicza ich odwrócone były, że nagości ojca swego nie widzieli. A ocuciwszy się Noe z wina swego, gdy się dowiedział, co mu uczynił syn jego młodszy, rzekł: Przeklęty Chanaan, sługą sług braci swojej będzie.
Inne protestanckie tłumaczenie, Biblia Warszawska:
A Cham, ojciec Kanaana, zobaczył nagość ojca swego i opowiedział o tym poza namiotem obu swoim braciom. Wtedy Sem i Jafet wzięli szatę, nałożyli ją sobie na ramiona i podeszli tyłem, i przykryli nagość ojca swego, a ponieważ oblicza ich były odwrócone, nie widzieli nagości ojca swego. A gdy Noe obudził się po upiciu się winem i dowiedział się, co mu uczynił jego najmłodszy syn, Rzekł: Niech będzie przeklęty Kanaan, niech będzie najniższym sługą braci swoich!
I na koniec jeszcze dwa katolickie tłumaczenia. Biblia Poznańska:
Cham, ojciec Kanaana, zobaczył nagość ojca i opowiedział o tym obu braciom na dworze. Wtedy sem i Jafet wzięli płaszcz, założyli go sobie na plecy i wszedłszy tyłem okryli nagość swego ojca; twarze mieli przy tym odwrócone, tak, że nie widzieli nagości ojca, Kiedy Noe obudził się po winie i dowiedział się, jak z nim postąpił jego młodszy syn, rzekł: -Przeklęty niech będzie Kanaan! Niech będzie najniższym sługą swoich braci!
I wreszcie tłumaczenie, które mnie sprowokowało do napisania tego tekstu. Biblia św. Pawła:
Cham, ojciec Kanaana, zobaczył nagiego ojca i powiedział o tym dwóm swoim braciom, którzy byli na zewnątrz. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz, położyli go sobie na ramionach, weszli tyłem i przykryli nagiego ojca. Twarze mieli odwrócone, tak że nie widzieli nagiego ojca. Gdy Noe wytrzeźwiał i dowiedział się, co mu zrobił jego młodszy syn, rzekł: "Niech będzie przeklęty Kanaan i niech będzie sługa swoich braci".
Tłumacz zawsze musi wybierać między wiernością oryginałowi, a pięknem języka, na który tłumaczy. Nie da się bowiem wszystkiego przetłumaczyć dosłownie, bo powychodziłyby kompletne bzdury. Języki mają inne składnie, inne zasady gramatyczne, są też pełne idiomów, a do tego wiele słów ma trochę inne "zabarwienie", inne znaczenie. To jest fakt nie podlegający dyskusji.
Gdy się tłumaczy literaturę piękną i się kładzie nacisk raczej na oddanie piękna utworu, niż bezwzględną wierność oryginałowi, nic złego się nie dzieje. Szczególnie przy tłumaczeniu poezji. Czasami wręcz wychodzi to tłumaczeniu na dobre. Słyszałem, że np. polskie tłumaczenie Przygód dobrego wojaka Szwejka, autorstwa Pawła Hulki-Laskowskiego z 1931 roku, jest lepsze, niż czeski oryginał. Słyszałem też podobną opinię o Misiu Puchatku. Ale opinie są jak gusty. Każdy ma swoją własną i zawsze się znajdzie ktoś, kto ma zupełnie przeciwną do naszej.
Pismo Święte nie jest przede wszystkim literaturą piękną (choć zawiera wiele pięknych poematów), ale natchnionym Słowem Bożym. Musimy jednak pamiętać, że to jedynie oryginał Biblii nim jest. I choć oryginałów już mamy, to mamy tak wiele ich odpisów i kopii, że z całą pewnością możemy stwierdzić, że poza nielicznymi spornymi wersetami, są one wierne oryginałowi. Ale to dotyczy Biblii hebrajskiej i greckiej.
Troszkę się sprawa komplikuje, gdy dochodzimy do tłumaczeń. Żadne z nich bowiem nie jest idealne. I choć każdy tłumacz, czy zespół tłumaczy, stara się jak najwierniej oddać treść i sens oryginału, to jednak każdy z nich, zwykle nieświadomie, popełnia pewne błędy. Zazwyczaj wynikają one właśnie z tego, że każdy pragnie, by wynik tłumaczenia brzmiał ładnie, był poprawny gramatycznie i dawał się łatwo czytać.
Wszystkie powyższe cytaty, poza Biblią św. Pawła, mówią, że Cham zobaczył "nagość swego ojca". Ostatni cytat mówi o "nagim ojcu". Przyznacie, że to ostatnie tłumaczenie jest zgrabniejsze, brzmi "bardziej po polsku". Jedyny problem, jaki z nim jest, to to, że jest ono... niepoprawne. Co zabawniejsze, wykażę to na podstawie tłumaczeń innych fragmentów tej samej Biblii św. Pawła.
Słowo o które chodzi to ‘er·waṯ, עֶרְוַ֣ת i oznacza ono właśnie "nagość". Jednak w Biblii jest ono zazwyczaj eufemizmem oznaczającym współżycie seksualne. Widać to już z samego cytowanego powyżej fragmentu. Czemu bowiem Noe miałby przekląć swego wnuka? Za co? Za to, że jego tata, Cham, zobaczył Noego bez ubrania?
Możemy przyjąć bez większego błędu, że ci mężczyźni widzieli się nago przy wielu okazjach. W tamtych czasach nie było łazienek z zamykanymi na klucz drzwiami, ludzie nie miewali oddzielnych sypialni. Kobiety i mężczyźni zazwyczaj przebywali w osobnych grupach, ale wewnątrz grupy nie była znana "prywatność" w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Jak był czas mycia, kąpieli, to kąpali się wszyscy i nikomu by nie przyszło do głowy robić z tego jakiś ceregieli.
No i to przeklęcie Kanaana. Dlaczego? Przecież to Cham "zobaczył nagiego ojca", nie Kanaan. Za co on ma być przeklęty? Tym bardziej, że Kanaan, według takich egzegetów Pisma Świętego jak Scott Hahn, wcale się jeszcze wtedy nie narodził. Nie narodził się, ale się już począł, bo grzech Chama nie polegał na podglądaniu gołego taty, ale na próbie przejęcia władzy nad rodziną. Na rodzinnym zamachu stanu. Na przespaniu się ze swą matką.
W późniejszych czasach wielokrotnie mamy przykłady podobnych prób przejęcia władzy. Tak postąpił Abner, zbliżając się do Rispy, nałożnicy króla Saula, tak postąpił Absalom w czasie próby przejęcia władzy swego ojca, Dawida:
Achitofel odpowiedział Absalomowi: Wejdź do nałożnic swojego ojca, które pozostawił, by pilnowały domu. Gdy posłyszy cały Izrael, że zostałeś znienawidzony przez ojca, umocnią się wtedy ręce wszystkich twoich zwolenników. Rozpięto więc Absalomowi namiot na tarasie. Absalom wszedł do nałożnic swego ojca na oczach całego Izraela. (2 Sm 16, 21-22)
...tak też planował przejąć władzę Adoniasz, namawiając Batszebę, by wymogła zgodę Salomona na poślubienie przez niego Szunemitki Abiszag, ostatniej nałożnicy króla Dawida. Nawiasem mówiąc Salomon, przejrzawszy jego plany, kazał go za to zgładzić. (1 Krl 2)
Wróćmy do Noego, Chama i Kanaana. Cham dlatego chciał braciom "pokazać nagość swego ojca", by udowodnić im, że teraz on jest wodzem, głową rodziny, gdyż ma "królewski harem", śpi z kobietą, która jest żoną króla. I z tego niemoralnego związku właśnie narodził się Kanaan. Co więcej, historycy nas uczą, że później Kanaanejczycy praktykowali takie związki będące częścią ich religii i to była jedna z przyczyn dla których potomkowie Sema, Izraelici, po wyjściu z niewoli egipskiej, mieli z rozkazu Boga Jahwe ich pozabijać i zamieszkać ich ziemię. Ziemia ta bowiem prawnie należała się pierworodnemu potomkowi Noego, Semowi, a moralne zło religii Kanaanejczyków należało usunąć z oblicza ziemi.
Czy to, co napisałem można wykazać z Biblii? Oczywiście! Wystarczy zobaczyć gdzie jeszcze występuje to słowo "nagość". Znajdujemy je w Biblii 54 razy. W większości przypadków w Księdze Kapłańskiej. Księga ta zawiera wiele praw, zarówno dla kapłanów, jak i dla całego Izraela. Możemy tam przeczytać np to:
1. Dalej Pan powiedział do Mojżesza:
2. Mów do Izraelitów i powiedz im: Ja jestem Pan, Bóg wasz!
3. Tego, co czynią w ziemi egipskiej, w której mieszkaliście, nie czyńcie. Tego, co czynią w ziemi Kanaan, do której was wprowadzę, nie czyńcie. Nie będziecie postępować według ich obyczajów.
4. Będziecie wypełniać moje wyroki, będziecie przestrzegać moich ustaw, aby według nich postępować. Ja jestem Pan, Bóg wasz!
5. Będziecie przestrzegać moich ustaw i moich wyroków. Człowiek, który je wypełnia, żyje dzięki nim. Ja jestem Pan!
6. Nikt z was nie będzie się zbliżał do ciała swojego krewnego, aby odsłonić jego nagość. Ja jestem Pan!
7. Nie będziesz odsłaniać nagości swojego ojca lub nagości swojej matki. Jest ona twoją matką - nie będziesz odsłaniać jej nagości.
8. Nie będziesz odsłaniać nagości swojej macochy, bo to jest nagość twojego ojca.
9. Nie będziesz odsłaniać nagości swojej siostry, córki twojego ojca lub córki twojej matki, bez względu na to, czy urodziła się w domu, czy na zewnątrz.
10. Nie będziesz odsłaniać nagości córki twojego syna lub córki twojej córki, bo są one twoją nagością.
11. Nie będziesz odsłaniać nagości córki żony twojego ojca, bo jest ona dzieckiem twojego ojca, jest twoją siostrą.
12. Nie będziesz odsłaniać nagości siostry swojego ojca, bo ona jest krewną twojego ojca.
13. Nie będziesz odsłaniać nagości siostry swojej matki, bo jest ona krewną twojej matki.
14. Nie będziesz odsłaniać nagości brata swojego ojca: nie będziesz się zbliżał do jego żony, bo jest ona twoją ciotką.
15. Nie będziesz odsłaniać nagości swojej synowej, bo jest ona żoną twojego syna, nie będziesz odsłaniać jej nagości.
16. Nie będziesz odsłaniać nagości swojej bratowej, jest to nagość twojego brata.
17. Nie będziesz odsłaniać nagości kobiety i jej córki. Nie będziesz brał córki jej syna ani córki jej córki, aby odsłonić jej nagość, bo są one jej ciałem. Byłaby to rozpusta!
18. Nie będziesz brał kobiety razem z jej siostrą, aby odsłonić jej nogość za życia tamtej, byłoby to sposobnością do niezgody.
19. Nie będziesz się zbliżał do kobiety, aby odsłonić jej nagość, podczas jej nieczystości miesięcznej.
20. Nie będziesz obcował cieleśnie z żoną twojego bliźniego, wylewając nasienie; przez to stałbyś się nieczystym.
21. Nie będziesz dawał dziecka swojego, aby było przeprowadzone przez ogień dla Molocha, nie będziesz w ten sposób bezcześcił imienia Boga swojego. Ja jestem Pan!
22. Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!
23. Nie będziesz obcował cieleśnie z żadnym zwierzęciem; przez to stałbyś się nieczystym. Także i kobieta nie będzie stawać przed zwierzęciem, aby się z nim złączyć. To jest sromota!
24. Tymi wszystkimi rzeczami nie plugawcie się, bo tymi wszystkimi rzeczami plugawiły się narody, które wypędzam przed wami. (Kpł 18:1-24)
Jest oczywiste, że te wszystkie prawa dotyczące "osłaniania nagości" to nie są przepisy na temat skromnego ubierania się. To są przepisy mówiące o tym, jakie związki Bóg uważa za niemoralne. Sam kontekst na to wskazuje.
Tysiąclatka, z której pochodzi powyższy cytat, konsekwentnie tłumaczy słowo ‘er·waṯ, jako "nagość". Zobaczmy jak to przetłumaczono w Biblii św. Pawła. Zacytuję parę wersetów, powiedzmy 9-14:

9. Nie wolno ci współżyć ze swoją siostrą, która jest córką twojego ojca, lub córką twojej matki, urodzoną w domu lub poza nim. Nie wolno ci odsłonić jej nagości.
10. Nie wolno ci współżyć z córką twojego syna lub z córką twojej córki, bo przecież jest ona twoją krewną.
11.Nie wolno ci współżyć z córką żony twojego ojca, gdyż ona jest dzieckiem twojego ojca i twoją siostrą; nie wolno ci odsłonić jej nagości.
12. Nie wolno ci współżyć z siostrą twego ojca, bo ona jest krewną twojego ojca.
13. Nie wolno ci współżyć z siostrą twojej matki, bo ona jest krewną twojej matki.
14. Nie wolno ci współżyć z żoną twojego stryja. To jest twoja ciotka i nie wolno ci z nią współżyć.
Słowo przetłumaczone przez redaktorów Biblii św. Pawła jako "współżycie" w Księdze Kapłańskiej i jako "nagi" w Księdze Rodzaju to jest to samo słowo. I choć czasem rzeczywiście jest taka sytuacja, że w zależności od kontekstu trzeba to samo słowo tłumaczyć inaczej (takim drastycznym przykładem może być np. angielskie słowo "pride", które oznacza i dumę i pychę i tylko kontekst nam może wskazać prawidłową drogę tłumaczenia), to jednak, moim zdaniem, tłumacze "Biblii św. Pawła" poszli za daleko.
Z jednej strony ich wersja tłumaczenia Księgi Kapłańskiej pomaga lepiej zrozumieć intencje natchnionego autora tekstu (choć samo tłumaczenie stało się tu raczej parafrazą oryginalnego tekstu), ale z drugiej - ukryli oni całkowicie sens sceny w rodzinie Noego po potopie. Bowiem tylko wtedy, gdy mamy konsekwentne, identyczne tłumaczenie tych samych zwrotów i wyrazów, jesteśmy w stanie odczytać ich sens i znaczenie. Gdy ta "nagość ojca" zawsze jest tak samo tłumaczona, możemy odnaleźć to, co nam natchniony autor przekazuje. Jednak gdy w jednym miejscu czytamy, że ktoś zobaczył gołego ojca, a winnym, że nie wolno współżyć seksualnie z matką, to trudno te wersety powiązać ze sobą.
Sama Biblia św. Pawła w 7. wersecie 18 rozdziału Księgi Kapłańskiej mówi:
"Nie odsłonisz nagości swojego ojca, współżyjąc ze swoją matką. To jest twoja matka, nie wolno ci z nią współżyć."
Jak jednak mamy się domyślić z lektury tej Biblii, że w scenie z Księgi Rodzaju mamy do czynienia z "odkryciem nagości ojca", gdy tam czytamy po prostu, że Cham zobaczył gołego Noego? I dlaczego w tym jednym, zacytowanym powyżej wersecie, wersecie, słowo ‘er·waṯ, dwukrotnie przetłumaczono jako "współżycie", a raz jako "nagość"?
Piękno języka jest ważne, ale Biblia powinna być tłumaczeniem, nie parafrazą. W pewnym momencie zaczyna się bowiem tracić to, co najważniejsze. Słyszałem w Polsce dobre opinie o tej wersji Biblii, zapewne wynikające z tego, że się ją dobrze, łatwo czyta. I choć zbyt mało jeszcze sam przeczytałem, by sobie wyrobić końcową opinię, to na razie, niestety, mam spore wątpliwości co do rzetelności tego tłumaczenia.
PS. "Traduttore, traditore" po włosku oznacza: "Tłumacz - zdrajca".
Komentarzy: 27
Tuesday,21 February 2012,12:43
Kategoria: Kościół Tuesday, 21 February 2012, 12:43
Niektórzy z Was przeczytali w ostatnim Gościu Niedzielnym o moim poście. Przytoczę tu wymianę zdań z komentarzy na moim blogu na Frondzie:
"Marek2200 napisał:
@Hiob
Czytałem wywiad z Tobą w Gościu Niedzielnym. Powiedz mi: jak możliwe jest "wyrobic" 40 dni o chlebie i wodzie? Nie wyobrażam sobie tego. No chyba, że Pani Hiobowa potrafi wypiec rozmaite pyszne chleby, które rekompensują Ci brak innych rzeczy :)
hiob napisał:
Marek2200, ja myślę, że to może być jakaś specjalna łaska, którą mi dał Bóg. Ja w praktyce żyję cały czas o chlebie i wodzie. Różnica między Wielkim Postem a innymi okresami jest tylko taka, że w Wielkim Poście także w niedziele jem tylko chleb i wodę.
Pyszne chleby Pani Hiobowej na pewno pomagają, ale Grażynka pracuje, nie zawsze ma czas na pieczenie i bywa, że całymi tygodniami w trasie jem tylko jakieś suche precle, czy macę. Ale w Krakowie były na każdym rogu obwarzanki, więc było jak w raju. ;-)
Marek2200 napisał:
@Hiob
Czyli generalnie cały rok w ciągu tygodnia pościsz o chlebie i wodzie a tylko w niedziele jesz i pijesz inne rzeczy? Pierwszy raz słyszę "takie cuda" :)
hiob napisał:
Marek2200, generalnie tak to wygląda. Ale ponieważ uważam, że wokół nas toczy się wojna o dusze, a post jest doskonałą bronią w walce z kudłatym, postanowiłem wyciągnąć potężne działa. Poza tym pamiętaj, że to był dość długi proces. Zaczął się od urodzin mojej córki, 22 lata temu, gdy postanowiłem pościć w piątki. A potem były środy i piątki, potem... I jakoś tak wyszło.
Marek2200 napisał:
Tak jakoś samo wyszło :) Nigdy nie słyszałem żeby osoba świecka tak się umartwiała.
Tough man! ;)
Jorgen napisał:
Niesamowite ! Non stop o chlebie i wodzie. Dla przeciętnego śmiertelnika nie-do-wyobrażenia.
Mało tego. Nosi to przecież (z punktu widzenia medycyny) znamiona...cudu !
Bo niby skąd niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu pracującego (ciężko) mężczyzny życiodajne witaminy, sole mineralne i tp. mikroelementy.
Bez soków, owoców, etc. Bez dostatecznej ilości białka !
Niesamowite ! Piszę to ze szczerym podziwem.
hiob napisał:
Marek2200, Jorgen, to jest raczej kwestia decyzji, a samo jej wykonanie wcale nie jest trudne. Zwłaszcza, gdy Bóg daje łaski.
Pomyśl np. o celibacie księży, czy nawet osób samotnych, nieżonatych, wdowców. Niektórym lowelasom wydaje się to niemożliwe, bo ich organy zdeterminowały ich sposób myślenia. Jest to dla nich coś niezrozumiałego. Tymczasem tysiące, miliony mężczyzn żyje w czystości i ani im nic nie odpada, ani nie myślą o tym za wiele. Stało się to częścią ich życia i jest czymś naturalnym.
Myślę, że podobnie jest z moim postem. Po prostu pogodziłem się z tym, że to ofiarowałem Bogu i wcale nie dzieje mi się żadna krzywda. Czasem wręcz się zastanawiam, czy taka ofiara ma jakąś wartość przez to, że tak niewiele mnie kosztuje.
Nie sądzę też, by nawet z medycznego punktu widzenia było to coś nadzwyczajnego. Każdy osioł żyje o owsie i trawie i ma się całkiem dobrze. Nie wiem, czy wspominałem, ale biorę dwie witaminy, D i B12, bo to jedyne, czego mi brakuje, według badań, jakie niedawno zrobiliśmy, poza tym jestem zdrowy jak koń. I nawet całkiem dobrze wyglądam, przytyłem w ostatnich miesiącach.
Podziw należy się jedynie Panu Bogu. Owoców średnio jem pewnie więcej teraz, niż zanim zacząłem pościć, bo w te niedziele, gdy jem, jem głównie owoce. :D
Poza tym nie przesadzajmy z tą ciężką pracą. Tym bardziej, że od dwóch miesięcy jestem na bezterminowym urlopie. Ale, mam nadzieję, wkrótce zacznę nową pracę i być może będzie ona wymagała fizycznej aktywności, co bardzo by mi się przydało.
Jeszcze jedno: Ja naprawdę nie uważam, że tylko osoby konsekrowane są powołane do świętości, do życia modlitwą, do głoszenia Dobrej Nowiny i do postów i wyrzeczeń także. To musi być w jakimś stopniu rola każdego z nas. Powstała bowiem jakaś dwoistość teraz: Księża i osoby żyjące w zakonach żyją wiarą, a laikat prowadzi zupełnie inne życie. I zamiast zbliżać się do Boga, ten zeświecczony laikat pociąga niektórych kapłanów, nawet biskupów, w stronę "świata". Tymczasem dawniej tak nie było i uważam, że dobrze by się stało, gdyby wróciło to, co było dawniej. Ja jednak nie mogę odmienić nikogo poza sobą samym, więc zacząłem od siebie.
A zdecydowałem się o tym powiedzieć, bo mam nadzieję, że ten przykład zainspiruje innych do jakiegoś głębszego przeżycia Wielkiego Postu."
Tyle cytatów, a ja dodam jeszcze parę słów. Przede wszystkim muszę przypomnieć, że podczas liturgii Środy Popielcowej usłyszymy w Kościele takie słowa:
Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Zawsze miałem pewne opory przed mówieniem o swoim poście. Wynikają one właśnie z tego fragmentu Kazania na Górze. Jednak, wydaje mi się, tu nie tyle chodzi o to, by zupełnie ukrywać fakt, że się pości, ale raczej o to, by nie rozbić z siebie cierpiętnika. By nie rozpowiadać na lewo i prawo o tym, jacy to jesteśmy wspaniali i święci i jak się poświęcamy dla Królestwa.
Tym bardziej, że dziś nikomu się nie zaimponuje ani postem, ani innymi umartwieniami. Dziś taka postawa zwykle spotyka się albo z politowaniem, wyśmianiem, albo w najlepszym przypadku z niezrozumieniem i wzruszeniem ramion. Tymczasem, zauważmy, Pan Jezus nie mówi: "Jeśli pościcie...", ale "kiedy pościcie...". A to znaczy, że On zakłada, że każdy pości, prawda?
Najstarszy znany nam pozabiblijny dokument chrześcijański, który powstał za życia apostołów i być może był przez nich napisany, Didache, uczy:
Przed chrztem powinni pościć i chrzczony, i udzielający chrztu, a także inni, jeśli mogą. Temu zaś, kto ma być chrzczony, przykaż, by pościł przez dzień lub dwa dni przedtem.
Błogosławcie tych, którzy was przeklinają i módlcie się za waszych nieprzyjaciół, pośćcie za wszystkich prześladowców.
Nie zachowujcie postu w tym samym czasie, co obłudnicy. Oni bowiem poszczą w poniedziałek i czwartek, wy natomiast pośćcie w środę i piątek.
Widać więc, że ta praktyka postu była obecna w Kościele od samego początku, a zwyczaj postów w środę i piątek przetrwał jeszcze do czasów moich dziadków. Dopiero gdzieś w połowie XX wieku go zaprzestano. I choć dziś Kościół nam ich nie nakazuje pod karą grzechu, w USA nawet w piątki, z wyjątkiem okresy Wielkiego Postu, nie ma nakazu powstrzymywania się od jedzenia mięsa, to przecież to, co było zawsze dobre nie przestało dobrem być.
My w końcu powinniśmy wydorośleć. Powinniśmy zacząć robić pewne rzeczy dla Boga nie dlatego, że nam tak Kościół nakazuje, ale dlatego, że nam tak karze nasze serce. Przecież gdy wychowujemy nasze dzieci, uczymy je, że trzeba się przywitać z gośćmi, że trzeba złożyć życzenia babci i rodzicom w dniu ich imienin, że trzeba myć zęby, składać swoje ubrania i ścielić łóżko. Ale gdy nasze dzieci mają lat dwadzieścia kilka, czy więcej, spodziewamy się, że zaczną to robić same, nawet, gdy im o tym nie będziemy przypominać.
Nas Kościół uczył czegoś dwa tysiące lat. Teraz nas zaczął traktować jak osoby dorosłe, a my często korzystamy z tej wolności tak, że po prostu nie robimy nic. A nawet, gdy robimy coś, to jest tego naprawdę tak niewiele, że aż wstyd.
Post polegający na wstrzymaniu się od spożywania mięsa, to naprawdę nie jest żadne wyrzeczenie. W dzisiejszych czasach nie ma żadnego problemu z nabyciem doskonałych, smacznych ryb. W polskiej kuchni, gdzie mamy dziesiątki wspaniałych bezmięsnych dań, ten piątkowy "postny" obiad jest często najsmaczniejszym posiłkiem w tygodniu. Ja widzę, jak moje dzieci lubią piątkowe obiady, bo często preferują naleśniki, pierogi, placki ziemniaczane, kopytka, nad zwykłe mięsne dania.
Post jednak powinien boleć. Post powinien być wyrzeczeniem. To jest właśnie cała istota postu. W innym przypadku post mija się z celem. Nie chodzi tu bowiem o to, by po prostu zjeść coś innego, ale o to, by coś wartościowego podarować Bogu. By Mu złożyć pewną ofiarę.
Wiele lat temu napisałem tekst "Dlaczego pościmy". Poniżej zamieszczę do niego link. Zachęcam do jego przeczytania. Przypomnę też inny fragment Kazania na Górze:
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5, 13-16)
To też jest jakaś wskazówka dla mnie. Powód, dla którego zdecydowałem się opowiedzieć Marcinowi Jakimowiczowi z Gościa Niedzielnego o swoim poście. Bo przecież nie chodzi o to, by pokazywać posępną twarz. Jestem jak najdalszy od tego. Ale dziś chyba nadszedł czas dawania świadectwa. Pokazania, że można żyć Ewangelią. Że Bóg może być dla nas kimś najważniejszym i że jesteśmy dla Niego gotowi na wiele. I choć z pewnością post o chlebie i wodzie przez całe życie nie jest dla każdego, to każdy mógłby to zrobić choćby dwa razy w tygodniu, w środy i piątki. Choćby jeden dzień. Głęboko wierzę, że w ten sposób, modlitwą i postem, moglibyśmy odmienić cały świat.
Dlaczego pościmy? O chlebie i wodzie
Komentarzy: 48
Monday,23 January 2012,14:51
Kategoria: Kościół Monday, 23 January 2012, 14:51
Jestem dość aktywny w Internecie. Poza blogiem, który publikuję w paru miejscach mam także forum i swój dość popularny kanał na YouTube. Nic dziwnego, że spotykam się na co dzień ze słowami krytyki.
Nikt z nas nie lubi być krytykowany, zwłaszcza, gdy jest ona niesprawiedliwa, czy bezsensowna. Choć i krytyka, która ma podstawy rani nasze ego. Na moim kanale jest na przykład film z mojego wypadku samochodowego. Oj, dostaje mi się za ten film, dostaje. Każdego dnia. Za to, że jadę niebezpiecznie po publicznej drodze (i to jest krytyka jak najbardziej słuszna), za to, że nie mam wystarczających umiejętności (ditto), ale też nie brakuje wpisów zupełnie idiotycznych, obraźliwych, czy też "pouczanek".
Nie od dziś wiadomo, że obecność w Necie, pełnym anonimowych "bohaterów" nie jest dla ludzi o delikatnej skórze. I ja się nie przejmuję zbytnio, gdy wzbudzam agresję i złość u innych. Nie przeszkadza mi, gdy ktoś poświęca swój czas, by wyprodukować kilka filmów na mój temat, krytykujących wszystko: Od tego jak jeżdżę ciężarówką i kiedy zmieniam w niej olej, poprzez mój wygląd, aż po fakt, że się publicznie modlę i do tego fałszuję, śpiewając Panience na Dobranoc. To są rzeczy normalne. Ale bywają i takie, które naprawdę bolą.
Jacek Fedorowicz produkował kiedyś parodię Dziennika Telewizyjnego, gdzie pod prawdziwy obraz nagrany z telewizora podkładał inny dźwięk, wkładając swoje słowa w usta polityków i dziennikarzy. Był to bardzo skuteczny sposób walki z propagandą w czasach, gdy nie było wolnego słowa w żadnych polskich mediach. Gdy cenzorzy zatwierdzali każdą linijkę tekstu wypowiedzianego w TV, te produkcje Fedorowicza były jak powiew świeżego powietrza. Nagle można było usłyszeć znanych polityków i prezenterów TV mówiących prawdę! Nawet samooskarżających się. Zdumiewające!
Pan Fedorowicz kontynuował to później "oficjalnie", w wolnych mediach, ale ze zrozumiałych przyczyn nie miało to wtedy już takiego wydźwięku, jak w czasach przed stanem wojennym. Krytyka polityków staniała, powstały niezależne kanały informacyjne, alternatywna prasa. Politycy musieli się zacząć liczyć z tym, że będą kontrolowani. Gdy jednak pan jacek zaczął swoje pierwsze programy, ich wpływ na tych widzów, którzy mieli okazję je zobaczyć, był zdumiewający. Nigdy już tak samo nie odbierało się danego prezentera, czy polityka. Król był nagi.
Wspominam o tym, bo podobna rzecz właśnie spotkała mnie. Ktoś zmontował trailer do fikcyjnego thrillera i opublikował go w Necie, w którym wykorzystuje sceny z kinowych filmów i z moich filmów na YouTube, także z tych z wypadku i na dodatek wkłada w moje usta nie tylko ordynarne przekleństwa, ale też bluźnierstwa. A to naprawdę boli.
Oczywiście film ten szybko zgłosiłem i YT go usunęło. Ale nie był to pierwszy taki przypadek, pewnie nie ostatni. I zawsze mija trochę czasu, zanim mnie ktoś zawiadomi o powstaniu czegoś takiego, więc niektórzy zdążą zobaczyć. Cóż, takie są dziś czasy i niewiele na to poradzę. Przynajmniej nikt nas nie rzuca na pożarcie lwom, więc i tak powinniśmy być wdzięczni Bogu za to, że żyjemy dzisiaj, a nie 2000 lat temu. Jednak sam fakt, że się komuś chce takie rzeczy robić udowadnia, że wokół nas toczy się wojna. Wojna o dusze. A na wojnie czasem się odnosi rany i każdy, kto staje do walki musi się z tym liczyć.
Jest jeszcze jedna strona tej całej historii. Bardzo budująca. Poświadcza ona mianowicie, że to, co robię, jest skuteczne, bo przeszkadza kudłatemu. Te bluźnierstwa wsadzone w moje usta są tu najlepszym dowodem. Czyli muszę coś robić dobrze. Nie ma bowiem nic gorszego, niż takie życie chrześcijanina, które nie wzbudza żadnych fal. My musimy płynąć pod prąd, musimy zmieniać świat. Tylko martwe ryby płynął z prądem. Nie wolno nam być tak tolerancyjnymi i tak uważającymi na to, by nie zranić niczyich uczuć, by stać się zaledwie tłem, zlewającym się z otaczającą nas rzeczywistością. My musimy być z tej rzeczywistości sterczeć jak wyrzuty sumienia, musimy ją uwierać jak ziarenko piasku w bucie.
Mój blog na Frondzie, www.hiob.us
Komentarzy: 8
Tuesday,17 January 2012,18:41
Kategoria: Kościół Tuesday, 17 January 2012, 18:41
18 stycznia zaczyna się kolejny Tydzień Modlitw i Jedność Chrześcijan. I jak co roku powraca pytanie: Jaki jest jego cel? To znaczy teoretycznie wszyscy wiemy jaki, ale jak to wygląda w praktyce?
Z lektury Biblii jednoznacznie wynika, że Kościół powinien być jeden. Że Bóg pragnie, by nie było żadnego rozdarcia, rozbicia między chrześcijanami. Wystarczy przytoczyć choćby te fragmenty Ewangelii i Listów Pawłowych:
Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. ( J 17, 20-23)
Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. Czyż Chrystus jest podzielony? Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? (1 Kor 12-13)
Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój. Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich.(Ef 4, 3-6)
Jak jednak te corocznie powtarzające się Tygodnie Modlitw zbliżają nas do jedności? "Po owocach ich poznacie". Zatem jakie są te owoce?
Wspólna Deklaracja o Usprawiedliwieniu była takim konkretem, ale też nie spowodowała jakiś masowych powrotów Luteran do jedności z Kościołem. Pewnie nie spowodowała żadnych powrotów, poza sporadycznymi, jednostkowymi przypadkami. Trochę większym sukcesem może się poszczycić Konstytucja Apostolska "Anglicanorum coetibus", dotycząca utworzenia ordynariatów personalnych dla członków Wspólnoty Anglikańskiej pragnących przystąpić do pełnej i widzialnej jedności z Kościołem Katolickim. Rozmowy z Lefebrystami też wydają się prowadzić donikąd, a ostatni komunikat Stałej Rady Konferencji Episkopatu Polski, choć jest potrzebnym sygnałem dla wiernych, raczej utwierdza rozłam spowodowany przez działalność księdza Natanka, niż przybliża moment jego powrotu do pełnej jedności z Kościołem.
To są jednak jakieś konkrety. Być może jeszcze nie nadszedł czas, by wydały one owoce. Są to jednak, moim zdaniem, kroki we właściwym kierunku. Ja jednak obawiam się, że dla wielu chrześcijan zaangażowanych w ruch ekumeniczny, być może nawet dla większości, celem nie jest odnalezienie za wszelką cenę prawdy i poddanie się tej prawdzie, ale jakieś pozyskanie stanu wzajemnej tolerancji i szanowania się i swych poglądów.
Nie mam nic przeciwko wzajemnemu szacunkowi, ale z tolerancją zawsze miałem problemy. Moim zdaniem Pan Jezus w ogóle nie był tolerancyjny. Prawdziwe chrześcijaństwo nie polega na tym, byśmy wszyscy się chwycili za ręce i razem zaśpiewali "Kumbaya". Nie chodzi też o to, byśmy się chwycili za łby. Chodzi po prostu o odszukanie prawdy i o pełne i bezwarunkowe zjednoczenie się w tej prawdzie. Albo, mówiąc precyzyjniej, w tej Prawdzie, bo Prawdą jest Jezus.
Czy zatem mamy zaprzestać naszych wysiłków dlatego, że są tak mało owocne? "Żadną miarą!" Jeżeli już to powinniśmy te wysiłki zwielokrotnić. Jednak nie mogą one iść w kierunku kompromisów, czy rozwadniania naszych poglądów, naszej nauki, naszej doktryny. Nie chodzi o jedność za wszelką cenę, ale o jedność w Prawdzie. I jedność taka jest możliwa, ale tylko dzięki łasce, jaką nam Duch Święty może udzielić. Nie traćmy więc nadziei i róbmy swoje, modląc się o osiągniecie tego celu, a resztę zostawmy Bogu.
Przetłumaczyłem kiedyś wykład Petera Kreefta na temat prawdziwego ekumenizmu. Serdecznie go polecam. Peter Kreeft, filozof, apologeta, teolog, znawca literatury, wykładowca w Boston College, wydawany także w Polsce, sam został katolikiem na skutek tego, że jako młody człowiek, student, odnalazł Prawdę. Zdecydował się na ten krok dawno, pół wieku temu, gdy nikt jeszcze nie słyszał o ruchu ekumenicznym i gdy "przechodzenie na katolicyzm" było w Stanach czymś niezrozumiałym. Dzisiaj nikogo to już nie dziwi, ale wtedy, może poza przypadkami małżeństw mieszanych, było to coś niesłychanego. Wykład Kreefta jest TUTAJ. Zapraszam.
Komentarzy: 6
Sunday,01 January 2012,03:52
Kategoria: Kościół Sunday, 01 January 2012, 03:52
Pierwszy stycznia to nie tylko Nowy Rok i Światowy Dzień Pokoju, ale przede wszystkim święto Maryi, Świętej Bożej Rodzicielki. Czyli Matki Boga. Dziś w Kościele usłyszeliśmy znowu to piękne błogosławieństwo, jeden z moich ulubionych wersetów:
Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. (Lb 6,24-26)
Błogosławieństwo rzeczywiście piękne, ale co z tą Matką Boga? Jak to Matka Boga? Jak Maryja, która jest tylko człowiekiem może być matką Kogoś, kto istnieje od zawsze? Kto nie ma początku? Często takie zarzuty stawiane są nam, katolikom. „Przesadzacie z tym uwielbianiem Maryi, nadając jej jakieś niezrozumiałe i wręcz bluźniercze tytuły”. Ale negowanie tego, że Maryja jest Matką Boga jest negowaniem tego, że Jezus jest Bogiem. Ten tytuł ma bowiem bardzo niewiele wspólnego z Maryją, za to bardzo dużo z tym, kim naprawdę jest Jezus.
Sam tytuł („Theotókos”) został Jej nadany na soborze powszechnym w Efezie w roku 431. Nestroriusz, patriarcha Konstantynopola i Cyryl, patriarcha Aleksandrii, nie tylko inaczej interpretowali słowa, że „Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem”, ale także walczyli ze sobą o to, kto ma być przywódcą Kościoła na Wschodzie. Zwalczali się także w sferze politycznej, walcząc o wpływy w tamtym rejonie świata. Pogląd Nestoriusza został potępiony i herezja ta znana jest dzisiaj jako „nestorianizm”. Nestorianizm to doktryna głosząca, że Jezus Chrystus składa się z dwóch odrębnych bytów: ludzkiego i boskiego. Według Nestoriusza więc Maryja urodziła „Jezusa-człowieka”, ale nie Boga. Cyryl nauczał, że Jezus jest jedną Osobą, Boską, ale mającą dwie natury: Boską i ludzką. Nie da się więc „dzielić” Jezusa na Boga i na człowieka. On jest cały czas, niepodzielnie, jednym i drugim. Zatem Maryja rodząc Go musiała urodzić Boga.
Pamiętam raz, jak przysłuchiwałem się debacie między Timem Staples i jakimś wrogo nastawionym do Kościoła Katolickiego fundamentalistą. Tim, sam były Zielonoświątkowiec, były pastor, aktywnie w swoim czasie zwalczający Kościół Katolicki, a teraz wielki obrońca Kościoła Katolickiego, zadał pytanie swemu adwersarzowi: „Czy Jezus był Bogiem zanim anioł Gabriel zwiastował Maryi, że pocznie i porodzi Syna?” „Tak, oczywiście”, odpowiedział jego rozmówca. „A czy Jezus był nadal Bogiem w minutę po Zwiastowaniu?” „Tak”. „A później… pięć miesięcy później, czy dziewięć, na moment przed Bożym Narodzeniem… Czy Jezus był ciągle Bogiem?” „Taaak… myślę, że tak…na pewno tak” z rozmysłem odpowiedział protestant, czując, że pakuje się w jakąś pułapkę. „A czy Jezus był Bogiem minutę po tym jak go urodziła Maryja?” „Tak”. To czy nie jest prawdą, że Maryja urodziła Boga, a więc jest Matką Boga?” „Nie!” –brzmiała natychmiastowa odpowiedź. Tak to bywa, jak nasze uprzedzenia są ważniejsze od logicznego myślenia.
Nikt w Kościele nie twierdzi, że boskość Jezusa jest w jakikolwiek sposób darem Maryi. Ale też nikt nie twierdzi, że, powiedzmy, moja mama dała mi duszę. Moja mama dała mi ciało, a duszę dostałem od Boga. Ale ja nie nazywam mojej mamy „Mamą mojego ciała”. Moja mama jest moją mamą. Urodziła mnie. I niezależnie skąd otrzymałem duszę, ciągle jest ona (mama, nie dusza) mamą całej mojej osoby. Bo ja nie jestem ciałem, w którym telepie się dusza, ( która zresztą zazwyczaj siedzi na ramieniu). Nie jestem też duszą uwięzioną w ciele. Jestem urodzonym przez kobietę człowiekiem.
Dogmat o Maryi, matce Boga właśnie o tym mówi. Że Jezus jest Jeden. Ma dwie natury, Boską i ludzką, ale jest Jedną Osobą. Jest Synem Bożym, drugą Osobą Trójcy Świętej i nie ma jakiegoś innego Jezusa, który byłby tylko człowiekiem, nie będąc Bogiem. A więc dogmat o tym, że Maryja jest Matką Boga jest nie tyle dogmatem Maryjnym, ile chrystologicznym, nauczającym nas o Jezusie. To, że Ona jest Matką Boga jest tylko zwykłą konsekwencją faktu, że Jezus rzeczywiście tym Bogiem jest. Zawsze i niepodzielnie.
Drugiego stycznia usłyszymy czytanie z 1. Listu św. Jana:
Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca. Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku, to i wy będziecie trwać w Synu i w Ojcu. A obietnicą tą, daną przez Niego samego, jest życie wieczne. (1 J 2, 22-25)
A w Ewangelii z tego dnia św. Jan, umiłowany uczeń Jezusa przytacza słowa św. Jana Chrzciciela:
Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. (J 1,26-27)
Słowa człowieka, który został nazwany przez Jezusa „Największym spośród narodzonych z niewiast” (por. Mat 11,11). Jeżeli więc ten największy spośród narodzonych w naturalny sposób nie jest godzien nawet odwiązać rzemyka w sandałach Jezusa, to kim On jest?
Jezus to nie jest syn Boży w takim samym znaczeniu jak ja i Ty. W takim znaczeniu, o jakim mówi czytanie w Kościele w dniu 3 stycznia. Nawiasem mówiąc kolejny z moich ulubionych wersetów:
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1)
Nasze synostwo, choć rzeczywiste, zostało nam dane przez adopcję. My przez wiarę, w Jezusie, staliśmy się dziećmi Bożymi, a Jezus jest Nim z samej swojej natury. Uczy nas o tym św. Paweł:
Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi - w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. (Ga 3,26-27)
… i mówi nam o tym sam Pan Jezus:
Ja i Ojciec jedno jesteśmy. (J 10,30)
Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? (J 14,9)
Już w czwartym wieku, na Soborze w Konstatntynopolu, zatwierdzony został tekst Credo, naszego wyznania wiary, tak mówiącego o Jezusie:
[Wierzę] w jednego Pana Jezusa Chrystusa,
Syna Bożego Jednorodzonego,
który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami,
Bóg z Boga,
Światłość ze Światłości,
Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego.
Zrodzony a nie stworzony,
współistotny Ojcu,
a przez Niego wszystko się stało.
"Zrodzony" nie oznacza tu tego, że był czas, kiedy nie było Syna, który dopiero został "zrodzony" w późniejszym czasie. Bo skoro "przed wszystkimi wiekami", skoro "przez Niego wszystko się stało", skoro Jezus jest "współistotny Ojcu", to znaczy, że przez całą wieczność Ojciec i Syn istnieli.
"Zrodzony a nie stworzony" oznacza jedynie, że Ojciec i Syn mają tę samą naturę. Jak ja i mój syn. Fizycznie wcale nie jesteśmy do siebie za bardzo podobni. Gdybym był utalentowanym rzeźbiarzem, potrafiłbym wyrzeźbić posąg wyglądający identycznie jak ja. Ale posąg ten byłby "stworzony" i choć byłby podobny do mnie jak dwie krople wody, miałby zupełnie inną naturę. Mój syn ma moją naturę, jest czlowiekiem, bo jest "zrodzony, a nie stworzony". Tak samo Syn, Jezus, jest Osbą Boską, bo jst "zrodzony, a nie stworzony".
A skoro Jezus i Ojciec są Jednym, skoro każdy, kto widział Jezusa widział także Ojca, skoro Jezus jest "genitum non factum, consubstantialem Patri", to jasne jest, że Jezus jest Prawdziwym Bogiem. Nic więc dziwnego, że Kościół nadał Jego Matce tytuł, który potwierdza tylko niezaprzeczalny fakt: Maryja urodziła Boga, który stał się człowiekiem, abyśmy my wszyscy mogli stać się dziećmi Bożymi.
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. […]
Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1-5,10-14)
Komentarzy: 16
Monday,26 December 2011,03:55
Kategoria: Kościół Monday, 26 December 2011, 03:55
The Twelve Days of Christmas to bardzo popularna piosenka świąteczna w anglosaskich krajach. Znana jest także we Francji (i najprawdopodobniej właśnie z Francji pochodzi) i zapewne znana jest już także w Polsce. Pewnie głównie dzięki Shrekowi, który ją chyba śpiewał w jednym ze swych filmów. Nie każdy jednak wie, że jest to ukryty katechizm Kościoła Katolickiego.
Piosenka ta przyszła z Francji do protestanckiej Anglii w czasach, gdy Kościół Katolicki był tam nielegalny. Posiadanie jakichkolwiek katolickich materiałów, jakichkolwiek pism związanych z papiestwem było przestępstwem według obowiązującego prawa, więc przy pomocy tej piosenki można było "przemycić" mały Katechizm.
Dzisiaj także może ona służyć nie tylko jako mały Katechizm. Tym bardziej, że w protestanckiej Ameryce wszyscy śpiewają o dwunastu dniach Bożego Narodzenia, ale nikt już nie obchodzi tak tego Święta. Na naszej ulicy śmieci zabierane są we wtorki, więc pewnie jutro choinki będą już wystawione na trawniki. Lampki przed domami też pogasną, albo w najlepszym przypadku dotrwają do Nowego Roku. Nasz dom jest jedyny, który ma choinkę, szopkę i lampki przed domem przez 12 dni Bożego Narodzenia, do Święta Trzech Króli. Do święta, którego nie ma w kalendarzach liturgicznych wspólnot ewangelickich. Ale skoro się nie ma kalendarza liturgicznego, to gdzie jakieś święta umieszczać?
Oto słowa tej piosenki:
On the twelfth day of Christmas, my true love gave to me...
12 Drummers Drumming
11 Pipers Piping
10 Lords-a-Leaping
9 Ladies Dancing
8 Maids-a-Milking
7 Swans-a-Swimming
6 Geese-a-Laying
5 Golden Rings
4 Calling Birds
3 French Hens
2 Turtle Doves
And a Partridge in a Pear Tree.
Nie jest istotne co oznaczają dosłownie po polsku, natomiast ukryte, symboliczne znaczenie było takie:
True love to miłość Boga do nas,
Partridge in a Pear Tree (przepiórka na gruszy) to Jezus przybity do Krzyża.
2 Turtle Doves to Stary i Nowy Testament,
3 French Hens to trzy cnoty boskie (wiara, nadzieja, miłość), albo wg. innej interpretacji, trzy dary Mędrców złożone Jezusowi i Maryi,
4 Calling Birds to czterech Ewangelistów, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan.
5 Golden Rings to Pentateuch, Pięcioksiąg, pięć pierwszych Ksiąg Starego Testamentu,
6 Geese-a-Laying to sześć dni stworzenia,
7 Swans-a-Swimming to siedem darów Ducha Świętego (dar mądrości, rozumu, umiejętności, rady, męstwa, bojaźni Bożej. - Iz 11:2-3)
8 Maids-a-Milking to osiem Błogosławieństw ((Mt 5, 3-11)
9 Ladies Dancing to dziewięć owoców Ducha Świętego ( "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" - Gal 5, 22-23)
10 Lords-a-Leaping to Dziesięć Przykazań,
11 Pipers Piping to jedenastu wiernych Apostołów i
12 Drummers Drumming to dwanaście artykułów wiary w Składzie Apostolskim.
A to linki do piosenki. Pierwsza wersja w wykonaniu genialnego chóru Straight No Chaser. 10 facetów śpiewających a capella. Nie całkiem wykonanie wierne oryginałowi, ale co to szkodzi. Naprawdę warto posłuchać. ;-)
http://www.youtube.com/watch?v=2Fe11OlMiz8
... a to równie nieortodoksyjna wersja Shreka:
http://www.youtube.com/watch?v=-UhcmUU0QpY
Komentarzy: 0
Wednesday,21 December 2011,04:53
Kategoria: Kościół Wednesday, 21 December 2011, 04:53
Inspiracją do tego wpisu był doskonały tekst księdza Mieczysława Piotrowskiego TChr z czasopisma Miłujcie się, przedrukowany przez Frondę. Przeczytałem tam, że "aż 32 proc. Polek i Polaków wierzy w reinkarnację. I jest to najwyższy odsetek na kontynencie!"
Nie chcę powtarzać tego, co każdy może wyczytać w tamtym tekście. Artykuł księdza Piotrowskiego doskonale obnaża niebezpieczeństwa tej wiary. Pokazuje zagrożenia dla naszej duszy, związane z tą ideologią. Ja chciałbym tu jedynie zająć się nielogicznością wiary w reinkarnację. Dla mnie bowiem jest to totalnie bezsensowna idea.
Przede wszystkim mam problem z liczbami. Ja nie jestem politykiem, mnie cyferki muszą się zgadzać. Tymczasem wśród europejskich wyznawców tej wiary trudno spotkać takich, co wierzą, że kiedyś byli, albo że w kolejnym wcieleniu będą jakimiś zwierzętami. Oni zawsze w poprzednich wcieleniach byli ludźmi, i to najczęściej ludźmi znaczącymi.
Jednak... jeżeli każdy człowiek miał ileś poprzednich wcieleń, to nam brakuje ludzi. Nauka nam mówi, że wszyscy pochodzimy od jednej matki. Zatem... skąd się wzięły dusze jej dzieci? Kiedyś ludzkość całej Ziemi liczyła kilka milionów. Dzisiaj kilka miliardów. Zatem skąd się biorą te "nowe dusze"?
I jeżeli karma determinuje w naszym życiu to, czy jesteśmy zdrowi i bogaci, czy też chorzy, biedni i nieszczęśliwi, to kto, albo co determinuje jakie będzie życie tych nowych osób, które w jakiś sposób "zaistniały" nie mając poprzedniego wcielenia?
Powiecie, że problem ten znika, gdy przyjmiemy, że nasze dusze mogą powrócić do życia w zwierzętach? Nie prawda. Nie tylko problem nie znika, ale staje się jeszcze poważniejszy. Zwierzęta bowiem nie mają wolnej woli, zatem nie mogą postępować "moralnie". Zwierzęta zawsze postępują instynktownie. Tygrys rozszarpujący antylopę nie zrobił nic złego, tak, jak pies, który zagryzł kota. Złem może być jedynie postępowanie właściciela psa, który go poszczuł, samo zwierze zawsze robi to, co mu zew krwi nakazuje.
Zatem w jaki sposób karma zwierząt może być dobra, albo zła? I nie mówię tu o obroku dla konia. Czy też może to my, ludzie, oceniamy, że krową to się zostaje w nagrodę, a szczurem za karę? I co dalej? I jak się "odwali szczurzą zmianę", to automatycznie w następnym wcieleniu stajemy się krową? Przecież to się nie trzyma kupy.
Jednak i tak nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, ponieważ nie pamiętamy ani naszych poprzednich wcieleń, ani nie będziemy pamiętać w przyszłości naszego, aktualnie przeżywanego życia. Tak, tak, wiem, Shirley MacLaine podobno pamięta. I na co dzień rozmawia nie tylko ze swoimi poprzednimi wcieleniami, ale także ze swoimi przyjaciółmi z innych planet. Lecz ja nie mówię o ludziach, którzy się powinni leczyć u psychiatry, ale o sobie i o Tobie, drogi czytelniku. Ani ja, ani Ty nie pamiętamy żadnego poprzedniego wcielenia, prawda? Zatem... nawet, gdyby ono było, nie miałoby to dla nas żadnego znaczenia.
W praktyce wyznawca wiary w reinkarnację niczym się nie różni od ateisty. Dla jednego i dla drugiego koniec ziemskiego życia oznacza nicość. Ich pamięć, jestestwo, samoświadomość istnienia znika. To, czy się nasza dusza odradza w innym ciele, czy też nie istnieje w ogóle, z praktycznego punktu widzenia nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Dla umierającego wyznawcy New Age, czy hindusa, czy buddysty, czy też ateisty, śmierć oznacza koniec i pustkę.
Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Prawda jest taka, że nasza dusza powstaje, stworzona przez Boga, w momencie naszego poczęcia. Powstaje z niczego, ale nigdy nie przestaje istnieć i istnieje wraz z pamięcią i ze świadomością tego, kim jesteśmy. W Liście do Hebrajczyków czytamy, że "postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd". Raz to znaczy raz. A jak sąd, to musimy mieć pamięć tego, za co nas Sędzia będzie sądził.
Święty Jan Chrzciciel nie był Eliaszem po reinkarnacji. Sam to potwierdził:
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! (J 1, 19-21)
Zatem gdy Jezus mówi, że
Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. (Mt 11, 13-14)
... to nie mówi, że św. Jan jest zmartwychwstałym Eliaszem, ale, że to św. Jan jest tym, kogo zapowiadał Malachiasz, mówiąc, że przyjdzie taki prorok jak Eliasz:
Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. (Ml 4,5)
A skąd wiemy, że to nie sam Eliasz? Bo nam to wyjaśnia św. Mateusz:
Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu. (Mt 17, 10-13)
Eliasz został zabrany do Nieba i nie powraca tu w niekończącym się cyklu kolejnych reinkarnacji. Spotkanie z nim będzie możliwe dopiero wtedy, gdy i my będziemy w Niebie. Chyba, że Bóg da nam łaskę mistycznego przeżycia, podobnego do tego, jakiego świadkami byli wybrani apostołowie:
Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. (Mt 17, 1-3)
To jednak nie ma nic wspólnego z reinkarnacją.
Nie było też reinkarnacją Wcielenie Pana Jezusa. W momencie Poczęcia Jezus otrzymał ludzką duszę, ale to nie było nowe wcielenie istniejącej duszy. I po Jego śmierci Jego dusza nie powędrowała do innej osoby. Pan Jezus, prawdziwy i jedyny Bóg, JEST. JEST w momencie stworzenia świata, JEST w momencie wcielenia, JEST w dniu swych narodzin w Betlejem i JEST w dniu Sądu Ostatecznego. JEST poza czasem i ponad czasem. Ale na osi upływu czasu stał się On w pewnym momencie historii Świata człowiekiem. Otrzymał ciało i duszę jak każdy z nas. Nigdy jednak nie przestał być Bogiem, ani nigdy nie utracił świadomości, że JEST Bogiem. A dziś, będąc w Niebie, nadal pozostaje tym samym prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Ze swą ludzką duszą, która nigdzie nie powędrowała.
Nie wiem jak 32% Polaków może pogodzić swą wiarę w reinkarnację z faktem, że, przynajmniej nominalnie, w większości są katolikami. Nie wiem, ale się domyślam. Jest to możliwe tylko dlatego, że dzisiaj myślenie sprawia zbyt wielki wysiłek. Ludzie powtarzają brednie po innych, nie zastanawiając się nad tym, czy to ma jakikolwiek sens, czy nie. Ważne, żeby to było "trendy" i "cool", żeby było "nowoczesne", a nie takie zacofane, jak "zwykłe chrześcijaństwo".
A że jest to bez sensu? Że naraża nas na utratę zbawienia? Że prowadzi do takiego życia, które konsekwentnie pozbawia nas łaski uświęcającej i prowadzi do potępienia? No przecież właśnie dlatego wierzymy w reinkarnację, żeby się takich przesądów jak sąd i piekło nie bać! Jakie potępienie, jak po śmierci żadnego sądu nie ma? Hulaj dusza, a jak coś zawalimy, to co najwyżej następny "wehikuł" naszej duszy pomęczy się troszkę. To już nie mój problem, tylko jego i mojej duszy z amnezją, która nie będzie pamiętać, że ja to ja.
Wszystko się sprowadza do tego, co zrobili Ewa i Adam w rajskim ogrodzie:
Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. (Rdz 3, 4-6)
My wszyscy chcemy być jak Bóg. Nie chcemy, by On nam mówił, co jest dobrem, a co złem. My sami chcemy o tym decydować. Ale ta perspektywa Sądu Ostatecznego nam strasznie bruździ, więc lepiej pomieszać nasze chrześcijaństwo z New Age, dodać trochę buddyzmu, troszkę hinduizmu, jakąś medytację, jakieś wierzenia w cykl reinkarnacji kończący się rozpłynięciem się w niebycie nirwany i już można wszystko: Hulaj dusza, piekła nie ma. A że to sprzeczne z nauką Kościoła? "Ja wierzę w Boga, ale nie wierzę w Kościół". Yeah, right. W boga, którym jest mój własny brzuch.
Skoro jesteśmy przy 3 rozdziale Księgi Rodzaju, warto wspomnieć, że jest on nazywany protoewangelią, bo Bóg tu zapowiada to, co miało się stać tysiące lat później:
Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)
I tak doszliśmy do dzisiejszego dnia. Potomek Niewiasty narodził się w Betlejem i trzydzieści trzy lata później zmiażdżył głowę wężowi. Dał nam życie wieczne. Dał nam łaskę, umożliwiającą wieczne życie i okazał nam miłosierdzie. Zatem zamiast mydlenia sobie oczu bredniami o reinkarnacji może warto oddać pokłon Temu, na którego przyjście w Adwencie tak niecierpliwie czekamy? Może warto się zastanowić nad bezsensem reinkarnacji i przyjąć całym sercem to, co jest Prawdą?
Warto to zrobić, bo Prawda zawsze jest najpiękniejsza.
Komentarzy: 56
Monday,19 December 2011,17:46
Kategoria: Kościół Monday, 19 December 2011, 17:46
Dlaczego 25 grudnia? Pisałem już przed rokiem dlaczego uważam, że to nie jest zaledwie symboliczna data, ale mamy kolejny rok i mamy kolejnych gości na blogu, więc warto przypomnieć, czemu nasz Pan, gdyby posiadał paszport, miałby tam wpisane "Urodzony 25 XII". ;-)
„Sol Invictus”
Zacznijmy więc od "standardowego tłumaczenia". W wielu miejscach możemy przeczytać, że 25 grudnia to jedynie "ochrzczone" święto „Sol Invictus”, związane z przesileniem zimowym. Jednak, jak się wydaje, jest to spore uproszczenie i najprawdopodobniej nie ma w nim wcale prawdy.
„Ochrzczenie” pogańskiego święta na cześć boga Sol Invictus nastąpiło dopiero pod koniec czwartego wieku, a tymczasem data narodzin naszego Pana była znana Kościołowi wcześniej. Zatem to nie data narodzin Pana Jezusa została zdeterminowana przez święto fałszywego bożka, ale raczej święto bożka musiało zostać zamienione na obchody Bożego Narodzenia, bo akurat obchodzono je w dniu narodzin Prawdziwego Boga. Gdy chrześcijaństwo wyszło z podziemia i stało się religią państwową, Boże Narodzenie musiało wyprzeć święto fałszywego bożka z "państwowego kalendarza".
Nawet, gdy przyjmiemy, jak podaje Wikipedia, że święto Sol Invictus zostało ustanowione przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana w 274 roku, to przecież chrześcijanie pozostający wtedy w ukryciu i często prześladowani, nie mieliby żadnego powodu, by uznać akurat taką datę za Boże Narodzenie. Chyba, że… Chyba, że rzeczywiście byłby to dzień narodzin Jezusa.
Nowe Narodzenie na Krzyżu.
Joseph Ratzinger w swej książce "The Spirit of the Liturgy" pisze, a ja tu sparafrazuję jego słowa, opierając się na angielskim tekście:
Zadziwiające jest to, że punktem wyjścia do ustalenia daty narodzin Jezusa jest 25 marca. O ile wiem, (pisze Ratzinger), najstarsza antyczna wzmianka o tym znajduje się w pismach Tertuliana (ur.150 – zm.207), który przyjmuje za powszechnie uznaną tradycję, że Chrystus umarł na Krzyżu 25 marca. W Galii aż do szóstego wieku była to niezmienna data obchodzenia Ukrzyżowania. W dziele wyliczającym datę Wielkanocy, napisanym w roku 243 i pochodzącym z Afryki znajdujemy datę 25 marca jako dzień stworzenia świata i w połączeniu z nią osobliwe datowanie narodzin Jezusa. Według przekazu z Księgi Rodzaju słońce zostało stworzone czwartego dnia, czyli 28 marca. Zatem ten dzień powinien być uznany za dzień narodzin Chrystusa, Prawdziwego Słońca. […]
Stare teorie (o "ochrzczeniu" pogańskich świąt) nie dadzą się dłużej utrzymać. Decydującym czynnikiem bowiem jest tu zależność między stworzeniem, a Krzyżem, stworzeniem i Poczęciem Jezusa. W świetle "Jego Godziny" daty te mają kosmiczne znaczenie. Cały początek Wszechświata był zatem zapowiedzią Chrystusa, "Pierworodnego wobec każdego stworzenia". […] Fakt, że daty Poczęcia i Narodzin od początku miały kosmologiczne znaczenie pokazuje, że Boże Narodzenie może teraz stawić czoła kultowi Słońca i włączyć go w teologię Święta Bożego Narodzenia.
Ratzinger przypomina potem, że Ojcowie Kościoła, Święty Hieronim i święty Augustyn pisali o tym już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i przypomina, że święto Jana Chrzciciela, który zapowiedział przyjście Jezusa, wypada dokładnie w połowie miedzy Poczęciem, a Bożym Narodzeniem. Powrócę jeszcze do tego poniżej.
Antyczne pisma.
Pierwsza historyczna wzmianka o 25. grudnia, jaka dotrwała do naszych czasów, pochodzi z tak zwanego Kalendarza Filokaliańskiego, z roku 336, czy, według innych, chyba bardziej prawdopodobnych źródeł, z roku 354, gdzie czytamy przy dacie 25 grudnia: „Natus Christus in Betleem Judea”, czyli „Chrystus się narodził w Betlejem w Judei”.
Święty Augustyn około roku 400 AD wspomina donatystów, którzy obchodzili Boże Narodzenie 25. grudnia, ale odmawiali obchodzenia święta Objawienia Pańskiego 6. stycznia. Ponieważ ta schizmatycka, czy heretycka grupa chrześcijan pojawia się około roku 312 AD, w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana i trzymała się sztywno swych przekonań, jakie jej towarzyszyły od początku, można przyjąć, że w na samym początku czwartego wieku data 25. grudnia była dość dobrze ustalona, przynajmniej w Północnej Afryce.
Co z tym 6 Stycznia?
Powróćmy więc jeszcze do teorii pogańskiego pochodzenia daty Bożego Narodzenia. Co prawda w świetle słów kardynała Ratzingera widzimy, że zależność jest raczej odwrotna. To właśnie poganie czczą fałszywych bożków w tym czasie, bo sama natura wskazuje na ten czas, na jego niezwykłość, ale w sumie to i tak najprawdopodobniej nie ma większego znaczenia. Możemy bowiem zostawić kosmiczną symbolikę na boku. Ja mam bowiem dużo ambitniejszy plan. Chcę wykazać, że 25 grudnia to jest prawdziwa data nie tylko w oparciu na mistyczno-filozoficzno-symboliczne rozważania, ale także w oparciu jak najbardziej historyczne fakty.
Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że pierwsza wzmianka sugerująca, jakoby daty 6 I i 25 XII były zdeterminowane przez pogańskie święto pochodzi dopiero z dwunastego wieku. Jakaś notka na marginesie komentarzy syryjskiego biblijnego komentatora Dionizosa syna Salibiego mówi, że Boże Narodzenie zostało przeniesione z 6 stycznia na 25 grudnia, by wypadło w dniu święta Sol Invictusa. Nie ma żadnych śladów wskazujących na to, że ktokolwiek wcześniej wyznawał takie teorie. Co więcej, dopiero znacznie później, w XVIII i XIX wieku, w epoce tak zwanego "oświecenia" rozwinięto tę, tak dziś popularną ideę. Ale „popularna” niekoniecznie i nie zawsze znaczy „poprawna”. Zwłaszcza, gdy się wywodzi z "oświecenia".
Może wyda się to dziwne, ale obie daty, 25 grudnia i 6 stycznia wynikają z tego samego faktu powiązania dnia poczęcia Jezusa z dniem Jego śmierci. Ojcowie Kościoła po prostu rozumieli, i tak nauczali, że dzień poczęcia naszego Pana jest tym samym dniem, w którym oddał On za nas swoje życie, gdyż śmierć Jezusa na Krzyżu i Jego Zmartwychwstanie było Nowym Stworzeniem, powstaniem zupełnie nowej rzeczywistości. A daty 25 grudnia i 6 stycznia różnią się tylko dlatego, że data śmierci Jezusa w drugim przypadku została po prostu błędnie obliczona.
Około roku 200 Tertulian z Kartaginy wyliczył, że 14 Nisan, dzień śmierci Pana Jezusa według Ewangelii Św. Jana odpowiada 25. marca w słonecznym kalendarzu rzymskim. Nieco ponad sto lat później powstał traktat nieznanego autora, „On Solstices and Equinoxes”, („O przesileniach i równonocach”) napisany gdzieś w Północnej Afryce, gdzie możemy przeczytać:
A zatem nasz Pan został poczęty w dniu 25. marca, który to dzień jest dniem Jego męki i dniem Jego poczęcia. Bo dzień Jego poczęcia jest także dniem Jego cierpienia.
Święty Augustyn, pochodzący z Północnej Afryki, zapewne znał ten traktat, bo w swoim dziele „O Trójcy Świętej” napisał:
Przyjmuje się bowiem, że tak poczęcie, jak i męka miały miejsce 25 marca; podobnie jak się przyjmuje, że „nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony" (J. 19, 41) ani przedtem, ani potem, a w którym pochowano Jezusa, jest odpowiednikiem dziewiczego łona, w którym został poczęty i którego nie tknął nikt ze śmiertelnych. Tradycja podaje 25 grudnia jako datę Jego narodzenia. Otóż między tymi dwiema datami upłynęło dwieście siedemdziesiąt sześć dni, czyli sześć razy po czterdzieści sześć dni. A właśnie tyle trwała budowa świątyni i taką liczbę sześciodniowych okresów objęło doskonałe ukształtowanie się ciała Pańskiego, które — zburzone przez mękę i śmierć — po trzech dniach zmartwychwstało. Mówił On bowiem „o świątyni ciała swego" (J. 2, 21), jak tego dowodzi bardzo wyraźne i bardzo mocne świadectwo Ewangelii: „Albowiem jako był Jonasz w żywocie wielkiej ryby trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w sercu ziemi trzy dni i trzy noce" (Traktat O Trójcy Świętej, Księga Czwarta, V 9)
Na Wschodzie, w „greckim” Kościele, to 6 stycznia był datą narodzin Pana Jezusa. Różnica wynikała z tego, że na Wschodzie zamiast uznać dzień 14 Nisan za dzień Męki Pańskiej, uznali, że stało się to 14. dnia pierwszego wiosennego miesiąca (Artemisios) w ich lokalnym, greckim kalendarzu, którego odpowiednikiem w kalendarzu rzymskim był szósty kwietnia. A zatem narodziny Pana Jezusa wypadały im 6. stycznia. Jednak sama idea łączenia Wcielenia ze Stworzeniem Wszechświata była identyczna na zachodzie, jak i w kościołach wschodnich.
Dla nas, żyjących w XXI wieku, łączenie poczęcia Jezusa i Jego śmierci wydaje się czymś nienaturalnym, sztucznym, ale dla antycznych i średniowiecznych chrześcijan było to całkiem naturalne. Widzimy to choćby w sztuce, na przykład w malarstwie Meister Bertrama, który pokazuje nam moment Zwiastowania i w tle Dzieciątko z krzyżem w rączce. Przypomnienie, że poczęcie staje się już obietnicą zbawienia przez śmierć Pana Jezusa.

Także żydowska tradycja nas uczy, że stworzenie i zbawienie powinno wypaść tego samego dnia. Możemy o tym przeczytać w Talmudzie. Na przykład „Babiloński Talmud” zachował dyskusję między dwoma rabinami z początku drugiego wieku, którzy zgadzają się co do samej idei, ale nie co do daty. Rabin Eliezer mówi: „W miesiącu Nisan świat został stworzony, w Nisan patriarchowie się urodzili, […] i w Nisan będą zbawieni, gdy nadejdzie odpowiedni czas.” Rabin Joshua, z którym rabin Eliezer dyskutował, zgadzał się z samą ideą, ale uważał, że był (i będzie) to następny miesiąc, Tishri.
Nie jest więc wcale dziwne, że i Kościół wierzył, że Zwiastowanie, a zatem i Wcielenie miało miejsce w tym samym dniu, co Śmierć Pana Jezusa. Nie jest to oczywiście żaden bezwzględny dowód na prawdziwość daty 25 grudnia, ale przynajmniej pośrednio potwierdza, że w tej dacie jest coś znacznie więcej, niż zaledwie ochrzczenie pogańskiego święta.
Zachariasz.
Zachariasz, według tego, co nam podaje św. Łukasz w swej Ewangelii, rozdział 1, wersety 5 i 8, był kapłanem „z oddziału Abiasza”. Kapłani służyli w Świątyni według kolejności ustalonej losowo, i „oddział Abiasza” był ósmy w kolejności, jak nam to mówi 1 Księga Kronik, 24, 1-10. Członkowie każdego „oddziału” służyli przez tydzień w Świątyni.
Amerykańska Katolicka Encyklopedia z 1917 roku podaje, że dwadzieścia cztery oddziały kapłanów służyły po kolei w Świątyni. Zachariasz, jak wspominaliśmy przed momentem, był w ósmym oddziale. Świątynia została zniszczona w dniu 9 Ab 70, gdy według rabinistycznej tradycji służył pierwszy oddział kapłanów. Wychodząc z tego punktu i cofając się do tyłu możemy ustalić, że oddział Abiasza służył między 2-9 października. Zatem Elżbieta mogła zajść w ciążę na początku października, a więc gdy Archanioł Gabriel mówił do Maryi:
A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. (Łk 1, 36)
… mógł to być 25 marzec.
Powyższe datowanie ma jedną wadę. Polega na tradycji, co do której nie mamy stuprocentowej pewności. Jest to mocna poszlaka, ale jeszcze nie dowód. Jednak i dowód się wkrótce znalazł. Odnaleziono go wśród zwojów w Qumran. Dokument tam odkryty podaje nam bardzo konkretną datę, kiedy wypadała ta służba dla Zachariasza. Był to, według dziś obowiązującego kalendarza, tydzień między 23, a 30 września.
Zatem termin ten nie zgadza się zaledwie o tydzień z tym, co wyliczyliśmy wychodząc od daty zburzenia Świątyni. Jednak gdy sobie uświadomimy ogrom działań wojennych w roku 70, to możemy uznać, że walki te trwały co najmniej tydzień i zburzenie Świątyni nie było jakimś konkretnym, jednostkowym momentem, ale musiało być wydarzeniem trwającym w czasie. A przy takim założeniu mamy doskonałą zgodność dat.
Święta Elżbieta mogła zajść w ciążę na przełomie września i października, a zatem 25 marca następnego roku była w już w szóstym miesiącu ciąży. Czyli Ewangelia świętego Łukasza, wraz z dokumentem znalezionym w Qumran potwierdza nam, że data narodzin Pana Jezusa, 25. grudnia, to coś znacznie więcej, niż zaledwie symbolicznie wyznaczony dzień. Dokument ten potwierdza także, że jest bardzo prawdopodobne, że święty Jan rzeczywiście urodził się 24. czerwca.
Nocna straż
Mamy także jeszcze jedną przesłankę za grudniową datą narodzin Pana Jezusa. Święty Łukasz podaje nam bowiem taką informację:
W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. (Łk 2,8)
Wielu egzegetów i historyków przypomina tu, że straż nocną pasterze trzymali tylko w czasie, gdy się rodziły młode jagnięta. Trzeba je było bowiem czyścić i pilnować, strzec przed zmarznięciem i otaczać opieką. A ponieważ owce parzą się zawsze po przesileniu letnim i ich ciąża trwa pięć miesięcy, więc właśnie w okresie grudnia rodzą się młode owieczki i wtedy pasterze „trzymają nocną straż” nad swymi trzodami. Nie jest to niepodważalny dowód, ale jest to kolejna wskazówka, kolejna poszlaka wskazująca na 25. grudnia.
Oczywiście dla naszej wiary nie ma to żadnego znaczenia. Narodziny Pana Jezusa obchodzimy w sposób symboliczny. Niczego by to nie zmieniło, gdyby w rzeczywistości narodził się On w jakimkolwiek innym czasie. Ale ja, choć nie jestem zwolennikiem żadnych "spiskowych teorii dziejów", to jakoś nie mogę uwierzyć w to, że jest to jedynie symboliczna data. Jeżeli bowiem i filozoficzne rozważania i teologiczne przemyślenia i badanie starych dokumentów i nawet poznawanie zwyczajów lokalnych hodowców owiec wskazuje na to samo, to dlaczego po prostu nie przyjąć tego za prawdę?
Pewnie, że można powiedzieć, że uznajemy okres, gdy zaczyna przybywać dnia za czas narodzin naszego Pana, bo ma to wspaniałą symbolikę, ale czy nie wspanialszą symbolikę ma fakt, że dnia zaczyna przybywać wtedy, gdy narodził się nasz Pan? Kto bowiem był "na początku"? Son, czy sun? Syn, czy słońce?
Ja wierzę, że data 25 grudnia jest czymś więcej, niż „ochrzczonym” pogańskim świętem. Jestem przekonany, że jest to także faktyczna data urodzin naszego Pana. A zatem… Happy birthday, Jesus!
Komentarzy: 13
Thursday,24 November 2011,17:05
Kategoria: Kościół Thursday, 24 November 2011, 17:05
Pisałem kilka dni temu o Święcie Dziękczynienia, cytując czytania, jakie w USA mamy w tym dniu na Mszy Świętej. Ale w Kościele Powszechnym dzisiaj jest zwykły dzień i są zupełnie inne czytania. Ze Starego Testamentu "przerabiamy" teraz Księgę Daniela i dzisiejszy fragment mówi o kolejnym, niezwykłym wydarzeniu z życia tego proroka.
Jak zapewne pamiętacie, Daniel, arystokrata żydowski, został uprowadzony do niewoli w Babilonii. Tam miał być przyuczony do służby na dworze króla Nabuchodonozora. Dwukrotnie wytłumaczył znaczenie snów królowi. Oskarżony o to, że nie chce oddawać czci złotemu posągowi, został wrzucony w ogień wraz ze swymi towarzyszami, ale Bóg uchronił ich od niechybnej śmierci. Dzięki temu sam król przekonał się, że Bóg Daniela jest Bogiem Prawdziwym:
Dlatego wydaję rozkaz, by bez względu na przynależność narodową, rodową czy język, każdy, kto by wypowiedział bluźnierstwo przeciw Bogu Szadraka, Meszaka i Abed-Nega, został rozerwany w kawałki, a dom jego żeby stał się rumowiskiem. Bo nie ma innego Boga, który by mógł zapewnić ratunek, jak Ten. Król Nabuchodonozor do wszystkich narodów, pokoleń, języków, mieszkających po całej ziemi: Obyście zaznali wielkiego pokoju! Spodobało mi się oznajmić znaki i cuda, jakie Najwyższy Bóg dla mnie uczynił. Jak wielkie są Jego znaki, jak potężne Jego cuda! Jego królestwo jest wiecznym królestwem, a panowanie Jego przez wszystkie pokolenia. (Dn 3,96, 98-100)
Całkiem nieźle, jak na zachowanie tego, który nas zniewolił. Może to jakaś wskazówka dla nas, malej wiary, jak należy ewangelizować Europę?
Następca Nabuchodonozora, Baltazar, zobaczył tajemnicze słowa napisane na ścianie, które wyjaśnił mu Daniel. Sprawdziły się one tej samej nocy, gdy Babilon uległ Medom i Persom i królem został Dariusz:
Dariusz zaś, Med, liczący sześćdziesiąt dwa lata, otrzymał królestwo. Spodobało się ustanowić Dariuszowi nad państwem stu dwudziestu satrapów, którzy mieli przebywać w całym królestwie, nad nimi zaś trzech zwierzchników - jednym z nich był Daniel - którym satrapowie składali sprawozdania, by nie obciążać króla. Daniel zaś przewyższał zwierzchników i satrapów, posiadał bowiem niezwykłego ducha. Król zamierzał ustanowić go nad całym królestwem. (Dn 6, 1-4)
To oczywiście wzbudziło zazdrość innych i uknuli pewien plan. Namówili króla, by wydał dekret, że każdy, kto w najbliższych 30 dniach będzie się modlił do innych bogów niż on sam, będzie wrzucony do jaskini lwów. Król dekret wydał, a wtedy oskarżono Daniela o złamanie tego prawa. Daniel oczywiście konsekwentnie modlił się jedynie do Boga Prawdziwego, Boga Jahwe.
Król się bardzo zmartwił, ale prawo musiał wypełnić. Jednak uwierzył on, że ten Bóg Daniela ciągle go może uratować. I tu dochodzimy do dzisiejszych czytań:
Mężowie podbiegli gromadnie i znaleźli Daniela modlącego się i wzywającego Boga. Udali się więc i powiedzieli do króla w sprawie zakazu królewskiego: Czy nie kazałeś, królu, ogłosić dekretu, że ktokolwiek prosiłby w ciągu trzydziestu dni o coś jakiegokolwiek boga lub człowieka poza tobą, ma być wrzucony do jaskini lwów? W odpowiedzi król rzekł: Sprawę rozstrzygnięto według nienaruszalnego prawa Medów i Persów. Na to odpowiedzieli zwracając się do króla: Daniel, ten mąż spośród uprowadzonych z Judy, nie liczy się z tobą, królu, ani z zakazem wydanym przez ciebie. Trzy razy dziennie odmawia swoje modlitwy. Gdy król usłyszał te słowa, ogarnął go smutek, postanowił uratować Daniela i aż do zachodu słońca usiłował znaleźć sposób, by go ocalić. Lecz ludzie ci pospieszyli gromadnie do króla, mówiąc: Wiedz, królu, że zgodnie z prawem Medów i Persów żaden zakaz ani dekret wydany przez króla nie może być odwołany. Wtedy król wydał rozkaz, by sprowadzono Daniela i wrzucono do jaskini lwów. Król zwrócił się do Daniela i rzekł: Twój Bóg, któremu tak wytrwale służysz, uratuje cię. Przyniesiono kamień i zatoczono na otwór jaskini lwów. Król zapieczętował go swoją pieczęcią i pieczęcią swych możnowładców, aby nic nie uległo zmianie w sprawie Daniela. Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzać do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego. Król wstał o świcie i udał się spiesznie do jaskini lwów. Gdy był blisko jaskini, wołał do Daniela głosem pełnym bólu: Danielu, sługo żyjącego Boga, czy Bóg, któremu służysz tak wytrwale, mógł cię wybawić od lwów? Wtedy Daniel odpowiedział królowi: Królu, żyj wiecznie! Mój Bóg posłał swego anioła i on zamknął paszczę lwom; nie wyrządziły mi one krzywdy, ponieważ On uznał mnie za niewinnego; a także wobec ciebie nie uczyniłem nic złego. Uradował się z tego król i rozkazał wydobyć Daniela z jaskini lwów; nie znaleziono na nim żadnej rany, bo zaufał swemu Bogu. (Dn 6, 12-24)
Ja chciałbym zwrócić uwagę na ten fragment: "Następnie król odszedł do swego pałacu i pościł przez noc, nie kazał wprowadzać do siebie nałożnic, a sen odszedł od niego." Zbliża się Adwent, okres, który historycznie był okresem obchodzonym bardzo podobnie do czasu Wielkiego Postu. Dziś pozostał nam jedynie kolor szat liturgicznych, a atmosferę Adwentu nakręcają nam sklepy i reklamy telewizyjne, puszczając w kółko amerykańskie świąteczne melodie. Jakby okres Bożego Narodzenia zaczynał się teraz. Jedynie Kościoły Wschodnie nie zatraciły tego postnego znaczenia okresu Adwentu. I warto by pamiętać o tym, że teraz jest czas czekania. A król Dariusz pokazuje nam, jak wiele można wybłagać u Boga modlitwą i postem.
Przypominamy sobie, że Lud Wybrany cztery tysiące lat czekał na przyjście Mesjasza, co symbolizują cztery tygodnie Adwentu i przypominamy sobie, że i my teraz czekamy na powtórne przyjście Pana Jezusa, w chwale i mocy. Na przyjście Króla Wszechświata i Sprawiedliwego Sędziego. Na świętowanie przyjdzie czas, mamy na to 40 dni, od Bożego Narodzenia do Ofiarowania Pańskiego. Teraz jest czas postu.
A ci, którzy spiskowali, ponieśli zasłużoną karę. Król nakazał ich wrzucić do jaskini lwów, które wcale nie były łagodnymi kociakami. Połamały im kości, zanim dolecieli na dno jaskini. Dariusz nakazał także w swym królestwie czcić Boga Daniela"
Na rozkaz króla przyprowadzono mężów, którzy oskarżyli Daniela, i wrzucono do jaskini lwów ich samych, ich dzieci i żony. Nim jeszcze wpadli na dno jaskini, pochwyciły ich lwy i zmiażdżyły ich kości. Król Dariusz napisał do wszystkich narodów, ludów i języków, zamieszkałych po całej ziemi: Wasz pokój niech będzie wielki! Wydaję niniejszym dekret, by na całym obszarze mojego królestwa odczuwano lęk i drżenie przed Bogiem Daniela. Bo On jest Bogiem żyjącym i trwa na wieki. On ratuje i uwalnia, dokonuje znaków i cudów na niebie i na ziemi. On uratował Daniela z mocy lwów. (Dn 6, 25-28)
Gdy sobie przypominam, jak nasz Papież, błogosławiony Jan Paweł Wielki, powtarzał, że Polska jest częścią Europy i że powinna do niej należeć, nie mogę się pozbyć wrażenia, że musiał on myśleć o nas jak o takich "Danielach w Babilonie". My powinniśmy stać się świadkami Ewangelii. My możemy odmienić Europę. Skoro Daniel mógł odmienić serce Nabuchodonozora i Dariusza, to dlaczego nie my? Chyba tylko dlatego, że my nie mamy takich serc jak Daniel. Dlatego, że nasza wiara jest słaba. dlatego, że zarzuciliśmy odwieczne praktyki postów, dlatego, że nawet z modlitwą mamy problemy. Brakuje nam na nią czasu, gdy tymczasem powinno to być dla nas najważniejsze.
Zbliża się okres Adwentu, przemyślmy to sobie wszystko. Zachęcam jednak, także siebie, by przemyśleć to w stosunku do własnej osoby. Bo my jesteśmy doskonali w poprawianiu innych. Mamy sto pomysłów na to, jak zmienić naszych współmałżonków, naszego biskupa, polityków, dziennikarzy, rodaków, przyjaciół i wrogów. Myślę, że nadszedł czas, by przemyśleć, jak zmienić samego siebie.
Komentarzy: 13
Sunday,20 November 2011,02:24
Kategoria: Kościół Sunday, 20 November 2011, 02:24
Czy wszystko, co przychodzi z Ameryki jest złe? Wiele ostatnio się mówiło o Halloween i to najczęściej negatywnie. Tymczasem mamy tu także jedno bardzo pozytywne święto, zupełnie świeckie, które zostało uchwalone przez kongres USA, ale jest już zaadaptowane przez Kościół Katolicki i ma swoje własne czytania. Na dodatek doskonale wpisuje się liturgiczny kalendarz. I choć nie jest ono zbyt popularne w Polsce, to może warto, by to święto jednak jakoś szerzej rozpropagować?
Kończy się rok liturgiczny. Ostatnia niedziela roku to Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata, wypadająca zawsze w niedzielę między 19, a 26 listopada. Święto Dziękczynienia zawsze obchodzimy w czwartek między 22, a 28 listopada, zatem Święto Dziękczynienia jest albo tuż przed, albo zaraz po tej Uroczystości. Jest to zatem doskonała okazja, by kończąc ten rok podziękować Mu, Królowi Wszechświata, za wszystkie łaski, które otrzymaliśmy od Niego.
Skąd jednak się to święto wzięło? Pewien Indianin imieniem Squanto został porwany na początku XVII wieku przez Anglików i sprzedany w niewolę. W Anglii nauczył się języka i po latach powrócił do Ameryki jako tłumacz i przewodnik w jednej z handlowych wypraw Anglików do Nowej Ziemi. Uzyskawszy podczas niej wolność osiadł u wybrzeży Nowej Anglii w swej rodzinnej wiosce. Gdy ponownie zobaczył nadpływający okręt, witał bez strachu przybyłych Anglików. Niestety tylko po to, żeby ponownie stać się ich niewolnikiem. Wykupiony w Hiszpanii przez zakonników powrócił drugi raz do Ameryki, już jako chrześcijanin. Do „Boga białego człowieka” przekonało go działanie właśnie tych zakonników, przywracających wolność i godność niewolnikom przywożonym z zamorskich krajów.
Squanto po powrocie do ojczyzny nie zastał jednak już swych krewnych. Wszyscy mieszkańcy wioski zmarli na skutek jakiejś epidemii. Niedaleko jej jednak była pierwsza osada pielgrzymów europejskich, purytan, przybyłych na statku „Mayflower”, którzy schronili się w Nowym Świecie przed religijnymi prześladowaniami ze strony kościoła anglikańskiego. Squanto zamieszkał pośród nich, ucząc ich uprawy kukurydzy i ziemniaków, polowania i przetrwania mroźnych zim północno-wschodniego wybrzeża. Zmarł on wśród nich w listopadzie 1622. roku, prosząc o modlitwę, aby „znaleźć się u Boga białego człowieka w niebie”.
Święto dziękczynienia było obchodzone lokalnie „od zawsze”, a gdy powstało niezależne państwo amerykańskie już w pierwszym roku jego istnienia Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent i jeden z ojców Stanów Zjednoczonych, napisał taką proklamację:
"[…]Kongres postanowił wyznaczyć dzień 29. Czerwca jako Święto Dziękczynienia i wysławiania Boga za dobro i łaskę, wiele szczególnych przypadków miłosierdzia doświadczanego przez wielu z nas, abyśmy pilnie oddali Mu dzięki, a On wziął nas za swój naród wysławiający Go i oddający Mu cześć. Kongres rekomenduje więc poszczególnym ministrom, starszym i wszystkim ludziom mu podlegającym: Uroczyście i poważnie błagajmy, przekonani przez Boże miłosierdzie, byśmy wszyscy, cały naród, ofiarowali Bogu w podzięce nasze ciała i dusze w ofierze, przez Jezusa Chrystusa”.
Prezydent Lincoln ustanowił w drugiej połowie XIX. wieku coroczne święto, którego aktualnie obowiązującą datę ustalił w 1941 roku prezydent Roosevelt. Motywacją jego była poprawa gospodarki państwa, nie jakieś religijne względy. Chodziło o ustanowienie okresu zakupów świątecznych. Do dziś piątek po Święcie Dziękczynienia jest dniem, w którym sklepy uzyskują największe obroty w roku i w handlu zaczyna się niezwykle ważny z ekonomicznego punktu widzenia okres przedświątecznych zakupów.
Zostawmy jednak zakupy ekonomistom i specom od marketingu i wróćmy do teologicznego aspektu tego święta. Pamiętajmy, że samo słowo „dziękczynienie” po grecku to nic innego, tylko „eucharystia”. Nazywanie ofiary Mszy Świętej „Eucharystią” wzięło się właśnie z tego, że zawsze, gdy Jezus sprawował ofiarę „łamania chleba”, składał najpierw dziękczynienie. Widzimy to między innymi w tym fragmencie Pisma:
Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie rzekł: Weźcie go i podzielcie między siebie; albowiem powiadam wam: odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu, aż przyjdzie królestwo Boże. Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę! (Łk 22:17-19)
Tak się przyzwyczailiśmy do tej ofiary, że nawet się nie zastanawiamy nad nią. Pomyślmy jednak przez moment. Bóg, ten Nieogarnięty, po trzykroć Święty, Nieskończony Bóg stal się jednym z nas, zwykłym stworzeniem, nie po to, żeby nami rządzić, nie po to, żeby opływać w bogactwa, ale po to, żeby obdarty ze wszystkiego umrzeć śmiercią niewolnika za nie swoje winy. Pojawił się wśród nas, aby zapłacić nie swój dług, abyśmy my mogli żyć z Nim w wieczności. Co za wspaniały dar, co za wspaniały Bóg. Nic dziwnego, że nazywamy ofiarę Mszy Świętej Eucharystią.
Tak więc dzięki Indianinowi imieniem Squanto, hiszpańskim zakonnikom wykupującym wolność niewolnikom przywożonym przez Anglików z Nowego Świata i prezydentom Waszyngtonowi, Lincolnowi i Rooseveltowi, mamy teraz wspaniale święto, klamrę łączącą stary i nowy rok liturgiczny, dzień dziękczynienia Bogu za wszystkie błogosławieństwa i dary, które od niego bez przerwy i w obfitości otrzymujemy. Szczególnie za dar Jego Syna. Nie nazywajmy więc tego dnia „Świętem Indyka”. Indykowi nie zawdzięczamy nic. Wszystkie podziękowania należą się Bogu.
Czytania w amerykańskim Kościele w dniu Święta Dziękczynienia:
A teraz błogosławcie Boga całego stworzenia, który wszędzie czyni wielkie rzeczy, który od łona matczynego wywyższa dni nasze, który z nami postępuje według swego miłosierdzia. Niech nam da radość serca, niech nastanie za dni naszych pokój w Izraelu - po wieczne czasy, aby miłosierdzie Jego trwało wiernie z nami i by nas wybawił za dni naszych. (Syr 50, 22-24)
Każdego dnia będę Cię błogosławił i na wieki wysławiał Twe imię.
Wielki jest Pan i godzien wielkiej chwały, a wielkość Jego niezgłębiona.
Pokolenie pokoleniu głosi Twoje dzieła i zwiastuje Twoje potężne czyny.
Głoszą wspaniałą chwałę Twego majestatu i rozpowiadają Twe cuda.
I mówią o potędze Twoich dzieł straszliwych, i opowiadają Twą wielkość.
Przekazują pamięć o Twej wielkiej dobroci i radują się Twą sprawiedliwością.
Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich i Jego miłosierdzie ogarnia wszystkie Jego dzieła.
Niechaj Cię wielbią, Panie, wszystkie dzieła Twoje i święci Twoi niech Cię błogosławią!
Niech mówią o chwale Twojego królestwa i niech głoszą Twoją potęgę. (Ps 145 2-11)
Łaska wam i pokój od Boga Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa! Bogu mojemu dziękuję wciąż za was, za łaskę daną wam w Chrystusie Jezusie. W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, gdy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa. On też będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa Wierny jest Bóg, który powołał nas do wspólnoty z Synem swoim Jezusem Chrystusem, Panem naszym. (1 Kor 1, 3-9)
Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17, 11-19)
Komentarzy: 11
Thursday,27 October 2011,02:14
Kategoria: Kościół Thursday, 27 October 2011, 02:14
W ostatnich wyborach partia, z której programu najbardziej znany jest jej antyklerykalizm i która hołubi wydawców antyklerykalnych wydawnictw zdobyła 10% głosów społeczeństwa, które jeszcze tak niedawno nie wstydziło się publicznie całować swych kapłanów po rękach.

W USA i w wielu innych krajach trawa ciągle akcja "40 dni dla życia", o czym na Frondzie konsekwentnie przypomina nam Moni i chwała jej za to. Nawiasem mówiąc gdy byłem w Charlotte przed wyjazdem w trasę poszedłem się pomodlić przed kliniką aborcyjną i spotkałem tak tylko jedną osobę: "bikerkę", kobietę, która przyjechała na swoim "cruiserze", ciężkim motocyklu i samotnie modliła się w intencji zakończenia aborcji. Czasem tak łatwo nam oceniać innych po zewnętrznych atrybutach, a tymczasem nigdy nie wiemy, co w człowieku siedzi... Napis na chodniku zapewne zrobiony przez dzieci, bo często na takie modlitewne czuwanie przychodzą całe rodziny.

W naszej Wspólnocie Marto staramy się odpowiadać na wezwanie Maryi z Fatimy, ofiarując posty, cierpienia i modlitwy w intencjach wymienionych w naszej Modlitwie. Modlimy się tam także za kapłanów.
Wszystkie te rzeczy są w pewien sposób powiązane. Antyklerykalizm partii Palikota trafił na podatny grunt. Na moim forum dość regularnie zjawiają się osoby obrażające księży, Kościół, czy błogosławionego Jana Pawła. Ale ten antyklerykalizm przynajmniej częściowo wynika z tego, że nie każdy ksiądz jest świętym Franciszkiem. I nie chciałbym, by to było odebrane jako krytyka księży, którzy w znakomitej większości są wspaniałymi ludźmi. Ale są tylko ludźmi, a każdy człowiek może się stać lepszy. Może w swym duchowym rozwoju czynić ciągłe postępy.
To także dotyczy każdego z nas. Nie tylko księży. Bez Krzyża nie Zmartwychwstania. Jedyna droga do zwycięstwa, to droga przez Golgotę. Nie ma innej, na skróty, nie łudźmy się. To jest wyzwanie dla każdego z nas. Dla kapłanów przede wszystkim, ale i dla mnie i dla Ciebie także. Wszyscy musimy naśladować Jezusa, inaczej będziemy, całkiem słusznie, postrzegani jako hipokryci. Bo Jezus nie politykował, nie nawoływał do rewolucji, ale ofiarował Siebie za wszystkich ludzi. Także za tych, szczególnie za tych, którzy pluli Mu w twarz.
To tyle wstępu, który ma być jedynie zachętą do przeczytania fragmentu książki O. Gabriela od św. Marii Magdaleny, "Żyć Bogiem". Cytuję za stroną www.Mateusz.pl, która zamieściła ten fragment jako komentarz do wtorkowych czytań w Kościele.
"KAŻDEGO DNIA UMIERAM
O Jezu, obym każdego dnia potrafił umierać, aby braciom wyjednać życie (1 Kor 15, 31; 2 Kor 4, 12)
Jak Jezus przez mękę zbawił świat i wszedł do chwały swojej, tak apostołowie „umartwiają w sobie uczynki ciała i oddają się całkowicie na służbę ludzi i w ten sposób mogą postępować w świętości... i stawać się człowiekiem doskonałym” (DK 12). Ta zasada, którą Sobór Watykański II stawia jako główny punkt dla świętości kapłańskiej, stosuje się do wszystkich apostołów. Powinni oni czuć się tym bardziej zobowiązani do ciągłej praktyki umartwienia, im bardziej ich misja skłania ich do zastępowania Chrystusa i do działania „w osobie Chrystusa”. Dlatego kapłanów „zachęca się, by naśladowali to, co sprawują: niech sprawując tajemnicę śmierci Pańskiej, starają się przez umartwienie uwolnić swe członki od wad i pożądliwości” (tamże 13), Podobnie wszyscy wierni — a jeszcze więcej wszyscy apostołowie świeccy lub zakonni — jeśli mają uczestniczyć w sprawowaniu Eucharystii, zachęcani są do złączenia się z ofiarą Boskiej Żertwy przez ofiarowanie siebie samych „jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu” (KK 10, 11; KL 48). Nie można być apostołem Tego, kto nieustannie składa siebie w ofierze za zbawienie ludzi, nie mając cząstki w Jego ofierze. Nie można głosić Chrystusa ukrzyżowanego bez zaparcia się siebie i naśladowania Go przez niesienie na każdy dzień własnego krzyża (Łk 9, 23).
Pierwsza praktyka umartwienia wypływa zawsze z potrzeby ukrzyżowania „ciała swojego z jego namiętnościami i pożądaniami” (Ga 5, 24), zadania śmierci „dawnemu człowiekowi” z jego nieuporządkowanymi dążnościami nieustannie odradzającymi się, aby „przyoblec się” całkowicie „w Pana Jezusa Chrystusa” i Jego cnoty (Rz 6, 6; 13, 14). Działalność apostolska, przeżywana ze szczerym pragnieniem szukania tylko chwały Bożej i dobra braci, nastręcza do tego nieustannych okazji: wyrzekać się własnych widoków, przystosowywać się do mentalności drugich, ustępować lub być wytrwałym zależnie od okoliczności, znosić upokorzenia lub krytyki i ciągle zapominać o sobie samych, by służyć innym.
O Chryste, uwielbiam Cię głębiej, niż kiedykolwiek czyniłem to rozważając Twoje życie. Nie zrozumiałem bowiem nigdy miłości tak, jak w czasie Twojej męki, podczas której miłość kazała Ci wyrzec się wszystkiego dla nas, nawet wyglądu człowieka. O Chryste, przez Twoją krew wylaną, przez Matkę Twoją, udziel mi odwagi, abym przeżywał z Tobą Twoją mękę...
Chryste, o Chryste, życie moje, nie chcę innej drogi, jak Ciebie, Twojego krzyża, Twoich cierpień, Twojej Kalwarii. Pragnę rozszerzenia Twojego królestwa, odczuwam odrazę przed tym wszystkim, co mię odciąga od Twojej chwały. Uczyń ze mną, co chcesz, lecz nie uważaj mnie za niegodnego Twojego krzyża, nie odmawiaj mi swojej pomocy, daj mi cały Twój pokój i Twoją radość...
Spraw, abym był gotów oddać moje życie. Naucz mnie przynosić i ofiarować we Mszy całe moje życie i moją śmierć. Naucz mnie ofiarować ją woli Ojca i służbie moich braci. I w jedynej ofierze ofiarować szczególnie... moją codzienną śmierć... Naucz mnie nadawać życiu i śmierci mojej znaczenie odkupicielskie: przebłagania i wynagrodzenia za grzechy, postawę posłuszeństwa synowskiego, miłości braterskiej (P. Lyonnet).
Spraw, o Panie, abym Cię naśladował w ofierze i w cierpieniu. Naśladować Cię w ciągu trzech lat pracowitej posługi i oddać się pracy, gorliwości, trudom apostolskim... nie, nic nie znaczyłoby, gdybym nie naśladował Cię w Twojej męce. Dajesz mi zrozumieć, że wszystkie trudy i prace pozostają bezskuteczne, jeśli nie nabiorą wartości z ducha męki, z cierpienia. Pragnę oddać się na cierpienia jak Ty, o Chryste. Spraw, abym wydał samego siebie na odkupienie za ludzi... naśladując Ciebie, który stałeś się Hostią wynagradzającą za rodzaj ludzki... Naucz mnie odmawiać sobie tego wszystkiego, co w jakiś sposób może obrócić się na moją radość i pociechę, i żyć życiem ciągłej męki z Tobą, w Tobie, dla Ciebie, na odkupienie dusz (G. Canovai)."
O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy Żyć Bogiem, t. III, str. 376
Komentarzy: 17
Monday,19 September 2011,02:13
Kategoria: Kościół Monday, 19 September 2011, 02:13
Mam wrażenie, że w ostatnich tygodniach nasilają się ataki złego na Kościół i na naszą wiarę. Kontrowersje związane z zatrudnieniem w publicznej TV Nergala, czy bulwersująca okładka ostatniego Newsweeka to tylko parę przykładów. I do tego można odnieść wrażenie, że my nie robimy nic. Albo, precyzyjniej, nasz działania są zupełnie nieskuteczne.
Jednak co można zrobić w takiej sytuacji? Co powinniśmy robić? Gdy protestujemy, spotykamy się z krytyką nie tylko naszych wrogów, ale także wielu katolików. Czy też ludzi uznających się za takich. Gdy ignorujemy te ataki na Kościół, na Biblię, na Boga, pokornie nastawiając drugi policzek, oddajemy tylko walkowerem pole walki i kudłaty zdobywa coraz to nowe przysiółki. Co więcej, przytępiamy, wypaczamy nasze sumienia i teraz wydarzenia, które oburzałyby wszystkich naszych rodaków zaledwie pokolenie, czy dwa temu, dziś u większości z nas nie powodują nawet zmarszczenia brwi.
Problemem jest oczywiście nasza letniość wiary. Problemem są te kremówki papieskie i laptopy na pierwszą komunię i króliczki znoszące jajka wielkanocne i palmy mające pięć metrów i przerośnięte krasnale w czerwonych kubraczkach, rodem z reklamy Coca Coli, udające Świętego Mikołaja. Problemem jest to, że tak naprawdę to nie kochamy ani Boga, ani naszych braci, a chrześcijaństwo zredukowaliśmy do jakiś symboli bez znaczenia. Problemem jest to, że nie znamy nauki Kościoła, a gdy ją nam ktoś przekazuje, odrzucamy ją często, sami sobie wybierając to, w co chcemy wierzyć.
Gdy mnie ktoś pyta dlaczego niby miałoby go oburzać zatrudnienie Nergala w TV, odpowiadam: "A czy nie oburzałoby Cię, gdyby ktoś promował osobę, która publicznie obraża twoją matkę? Twoją córkę? Czy nie miałbyś jakiś problemów z faktem, że telewizja, która głównie jest finansowana z twoich pieniędzy przeznacza je na tworzenie etatu dla osoby, która pluje ci w twarz i szarga wszystkie twoje świętości?" Czy to, że niektórym z nas nie przeszkadza Nergal w publicznej TV nie dowodzi tego, że nas naprawdę nie obraziło to, że podarł on Biblię? Że tak naprawdę to jest nam wszystko jedno?
Najwyraźniej my nie traktujemy Pana Boga tak personalnie, tak osobiście, jak traktujemy nasze matki. Gdyby ktoś powiedziałby coś obraźliwego na ich temat, krew sama by się w nas zagotowała. Ale gdy ktoś potargał Biblię? Hmm... Musimy być wyrozumiali, przecież znowu nic takiego się nie stało... Nie traktujemy Go także z takim szacunkiem i uwielbieniem, z takim oddaniem, jak to robią wyznawcy islamu. dla nich nie tylko jest nie do pomyślenia, by puścić płazem jakikolwiek atak, czy choćby jego pozór, na Allacha, ale także nie przepuściliby nikomu, kto obraziłby proroka Mahometa, czy świętą księgę Koranu.
Pomijam tu ich motywację, nie o tym jest mój wpis. Nie namawiam też w żaden sposób do przemocy. Chrześcijaństwo jest religią miłości, a miłość musi być wolna. Każda przemoc jest tej miłości zaprzeczeniem. Ale przecież nie znaczy to, że ma nam być wszystko jedno. Nie znaczy to, że nie moglibyśmy, że nie powinniśmy skutecznie się bronić. Choćby w formie skutecznego bojkotu. Bo żaden program w TV nie przetrwa bez publiczności, a jak bardzo to jest ważne także dla publicznej TV wie każdy, kto ogląda np. Wiadomości. Bardzo często chwalą się tam ile milionów ludzi ich oglądało.
Przytaczałem już parokrotnie słowa Pana Jezusa do mieszkańców Laodycei. Czyli do nas. To my staliśmy się dziś Laodyceą. Pan Jezus mówi:
Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! (Ap 3, 14-19)
Co jednak możemy zrobić? Co mogą zrobić ci z nas, którzy nie chcą być letni w swej wierze? Zwracanie uwagi, protesty, awantury, bojkoty prowadzone przez grupki "ekstremów" - nie przynoszą żadnego skutku. Przynajmniej takie można odnieść wrażenia. A więc co? Czyżbyśmy mieli stwierdzić, że zrobiliśmy już wszystko i teraz to nam już została chyba tylko modlitwa i czekanie na cud?
No nie wiem. Przede wszystkim nie jestem przekonany co do tego, że zrobiliśmy już wszystko. Jeszcze większy problem mam ze stwierdzeniem, że modlitwa to coś, co nam zostaje wtedy, gdy już wszystkie inne sposoby zostaną wypróbowane. Raczej skłaniałbym się do tego, co powiedział kiedyś św. Ignacy Loyola: "Pracuj, jakby wszystko zależało od ciebie i ufaj, jakby wszystko zależało od Boga". A zaufanie musi się wiązać z modlitwą. Musi być owocem modlitwy, konsekwencją tego, że o coś Boga będziemy prosić. Potem dopiero możemy ufać, że On nas wysłucha. Zatem modlitwa to nie jest coś, co nam zostaje na końcu. Modlitwa to coś, od czego wszystko musimy zaczynać. Także naszą pracę, także nasze protesty, także nasze dyskusje.
Mieliśmy bardzo ciekawe czytania w Kościele we wczorajszą niedzielę. Pierwsze z nich było z Księgi Proroka Izajasza:
Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, i do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi. (Iz 55,6-9)
"Myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" - mówi Bóg. My jednak ciągle uważamy, że Bóg jednak powinien raczej wybrać tę drogę, którą my Mu podpowiadamy. Niecierpliwimy się, zaczynamy wątpić, uważamy, że Bóg stracił już kontrolę. Że sobie chyba zaspał i nie widzi, co się wokół nas dzieje. Może zatem róbmy to, co do nas należy i ufajmy? Może to jeszcze nie czas żniw. Może owoce jeszcze niedojrzały.
Znalazłem gdzieś w Necie słowa Maryi, jakie przez siostrę Łucję przekazała ona papieskiemu wysłannikowi. Nie jestem ich w stanie obiektywnie zweryfikować, ale też nie ma żadnych podstaw, by im nie wierzyć. Siostra Łucja powiedziała:
„Ojcze, Matka Najświętsza jest bardzo zmartwiona, rozżalona, że tak bardzo zlekceważono jej orędzie z maja 1917 roku. Ani dobrzy ani źli ludzie nie liczą się z Nią. Dobrzy idą dalej swoją drogą nie przejmując się i nie wypełniając Niebieskich Nakazów, źli idą szeroką drogą zatracenia, nie dbając o kary, które im grożą."
Z jednej strony my, dobrzy ludzie, którzy często nie robimy nic. I to wystarcza złemu. On jest bardzo pracowitym stworzeniem, nie musimy mu pomagać. Wystarczy, że mu nie przeszkadzamy, on sobie z resztą poradzi. Z drugiej są osoby takie, jak Nergal. Wprost mówiące o tym, że służą kudłatemu. Otwarcie walczące z Kościołem i Bogiem. Ale przecież to nie oni są naszymi wrogami. Nic zatem dziwnego, że Maryja martwi się o jednych i o drugich.
Musimy się obudzić z letargu. Musimy wszyscy coś zrobić. Każdy z nas. Pewne złe duchy można pokonać tylko modlitwą i postem. Rzucanie w nie kamieniami nie jest zbyt skuteczną bronią. Post, modlitwa, pokora, umartwienia - są. Kudłaty nie wie jak z taką bronią walczyć. A walczyć musimy. Zwłaszcza o takich ludzi jak Nergal. Także o tych, którzy dali mu pracę w TV i wszystkich tych, którzy to popierają. Naprawdę się za nich modlić. Szczerze. Jak o własne dzieci. Im więcej ludzi wygramy dla Pana, tym mniejszą armię będzie miał zły. Nie zapominajmy, że Bóg nie kocha ich mniej, niż któregokolwiek z nas. On jak ojciec z przypowieści o marnotrawnym synu każdego dnia wyczekuje ich powrotu. Nie bądźmy jak ten skarcony przez ojca starszy brat.
Wczorajsza Ewangelia przypomniała nam przypowieść o robotnikach w winnicy:
Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. (Mt 20,1-16a)
Jawna niesprawiedliwość, prawda? Ci, co godzinę pracowali dostali taką samą zapłatę, jak ci, co pracowali dwanaście godzin? W chłodzie poranka i spiekocie dnia? "Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi" - powiedział Pan Izajaszowi. Więc może nie powinniśmy się domagać tak głośno sprawiedliwości, bo sprawiedliwość Boga może i nas dotknąć. Błagajmy Go o miłosierdzie, bo jaką miarą my mierzymy, taką i On nam wymierzy. I miłosierdziem zdziałamy znacznie więcej. Nawrócony Nergal byłby wspaniałą postacią w publicznej TV.
Co zatem? Odpowiedź jest bardzo prosta. Każdy z nas musi robić swoje. Powróćmy do Fatimy, przypomnijmy sobie o co Maryja nas prosiła. Jej orędzie jest dziś bardziej aktualne, niż było kiedykolwiek w historii. Nie tylko aktualne, ale wręcz jest ono dziś ostatnim wołaniem, ostatnią naszą nadzieją. Czy też precyzyjniej: Nasza na nie odpowiedź, nasze działanie jest tą ostatnią nadzieją.
Bo choć Bóg mógłby zrobić wszystko bez nas, to przecież nigdy tak nie robił. On nie jest jedynie naszym Panem, On jest przede wszystkim naszym Ojcem. Nie chce nas do niczego zmuszać, daje nam wybór. Do końca. Traktuje nas jak dorosłe, mądre dzieci i nie ogranicza nigdy naszej woli. Ale w zamian także oczekuje od nas czegoś. Skoro On nas traktuje jak dorosłych, zachowujmy się jak dorośli. Czyli odpowiedzialnie. A gdy nie wiemy skąd wziąć taki przykład, popatrzmy na Franciszka i Hiacyntę z Fatimy. One nas mogą nauczyć dorosłego i odpowiedzialnego podejścia do życia.
W czasach starożytnych, w dawnych królestwach, nawet następca trony był traktowany jak niewolnik. Oddawany pod nadzór nauczycieli, opiekunów, musiał ich we wszystkim słuchać i być im posłusznym. Dopiero gdy doszedł do odpowiedniego wieku, zaczynał funkcjonować jako królewski syn. I my, przed przyjściem Jezusa, przed Zesłaniem Ducha Świętego byliśmy niewolnikami Prawa i nie rozumieliśmy wszystkiego. Nie znaliśmy Planu Bożego. Dopiero teraz, w Kościele, staliśmy się prawdziwymi Dziećmi Bożymi. Zacznijmy zatem się zachowywać jak na Dzieci Boże przystało, bo jak pisze św. Jan w swym Pierwszym Liście, "rzeczywiście nimi jesteśmy". Nie dlatego, że nam to ktoś nakazuje, ale z miłości do Ojca, z miłości do braci i dlatego, że już wiemy, czego On od nas oczekuje.
Wspólnota Marto. To jedna z dróg, która może pomóc, by iść za wołaniem naszej Królowej Matki. Na pewno nie jedyna droga, bo dróg do Królestwa jest wiele. Ale jest to pewna propozycja. Zapraszam do zapoznania się z tą naszą wspólnotą. Razem jest raźniej, bo możemy się wspierać radą i modlitwą. I mówiąc o modlitwie, przypominam, że we wspólnocie staramy się nie tylko zadośćuczynić Bogu i Maryi za wszystkie bluźnierstwa, jakich ludzie się przeciw Nim dopuszczają, ale modlimy się o nawrócenie wszystkich grzeszników. Przyłączcie się, razem będzie raźniej.
____________
I to już koniec felietonu, ale będzie jeszcze PS. Piszę te słowa w Louisville, Kentucky, w mojej ciężarówce, oczekując na rozładunek. Byłem wczoraj w kościele św. Marcina i chciałbym jeszcze napisać o nim kilka słów. Chciałbym to zrobić dlatego, że my mamy często dość negatywne skojarzenia, gdy myślimy o kościołach w Zachodniej Europie i w Ameryce. I chociaż te wyobrażenia nie zawsze są bezpodstawne, to przecież prawda jest taka, że tu, w USA, mamy wielu wspaniałych biskupów, tysiące cudownych księży i wiele wspaniałych parafii. Parafia św. Marcina w Louisville także do nich należy.
Założona, sądząc po napisie na przykościelnej szkole, przez niemieckich imigrantów, dziś służy wszystkim Amerykanom. Tradycyjna budowla, o architekturze w której widać romańskie i gotyckie elementy, ale to, choć ważne, nie jest tu najważniejsze. Istotne jest to, że w tym kościele jest tak dużo tradycyjnych katolickich elementów. Są witraże, są statuy świętych, są relikwie, obrazy, piękna Droga Krzyżowa i do tego nieustająca Adoracja Najświętszego Sakramentu. Pod bocznymi ołtarzami,w szklanych trumnach spoczywają męczennicy z czasów prześladowań Kościoła w pierwszych wiekach, jest tam też relikwiarz Świętej Faustyny, na tle obrazu z polskim napisem "Jezu ufam Tobie". A sama liturgia także była niebiańska, i nawet kazanie było mądre... Nie dziwi więc nikogo, że i Msza w Nadzwyczajnym Rycie także jest odprawiana właśnie w tamtej parafii.
A ponieważ jedno zdjęcie jest warte tysiąc słów, a ja tych słów powiedziałem już tu o wiele za dużo, to po prostu zapraszam do obejrzenia fotek. Są to miniaturki, które otworzą się po kliknięciu na nie, jeżeli ktoś chciałby się przyjrzeć szczegółom. Pierwsze fotki to plebania, w której pewnie też są jakieś administracyjne pomieszczenia i szkoła. Pozostałe fotki z samej świątyni, a na końcu widać kaplicę adoracyjną, która ma nawet kamerę internetową i można ją odwiedzić także wirtualnie.

Komentarzy: 23
Friday,19 August 2011,15:22
Kategoria: Kościół Friday, 19 August 2011, 15:22
Dwudziestego drugiego sierpnia obchodzimy w Kościele Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

Ale co to znaczy? Nie jest to powiem uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski które obchodzimy 3 maja i które jest naszym lokalnym, polskim świętem. W najbliższy poniedziałek mamy święto powszechne, obchodzone w kalendarzu liturgicznym Kościoła Katolickiego na całym świecie.
Dlaczego jednak Maryja została Królową? Czy Kościół przypadkiem się tu nie zagalopował? Tak przynajmniej uważa wielu naszych braci – protestantów, którzy mają bardzo często problemy z Maryją. Uważając się za „biblijnych chrześcijan” nie bardzo są w stanie wypełnić swym życiem biblijne proroctwo, które sama Maryja przepowiedziała:
Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię. (Łk 1, 48b-49)
… i mimo tego, że święta Elżbieta, napełniona Duchem Świętym tak Ją nazwała:
Duch Święty napełnił Elżbietę. 42 Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. (Łk 1, 41b-42)
No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale gdzie tu jest tytuł królewski? To, że jest Ona błogosławiona nie koniecznie musi znaczyć, że jest królową, prawda? Prawda. I nie dlatego Ją tak nazywamy. Maryja jest Królową dlatego, że Jej Syn jest Królem.
Bóg stał się człowiekiem w pewnym konkretnym czasie i w konkretnym miejscu. Mógł to uczynić kiedy chciał i gdzie chciał, ale wybrał właśnie to, co wybrał. Naród Izraelski i antyczną (z naszej perspektywy) cywilizację. I On sam używa pewnych obrazów w swej nauce i pewnych symboli, które się odnoszą właśnie do tamtej cywilizacji. On przemawiał przede wszystkim do Żydów i to takim językiem, jaki przede wszystkim dla nich był zrozumiały. A my, żyjąc dwa tysiące lat później, musimy tamte uwarunkowania poznać, by zrozumieć wszystko to, czego On nauczał.
Dlatego ważne jest, by wiedzieć kim była królowa-matka. Nie jest to bowiem jakiś późny wymysł, stworzony by wynieść Maryję ponad innych ludzi. Nie jest to także to samo, co mamy we współczesnym "Zjednoczonym Królestwie". Jerozolima to nie Londyn, a Syn Dawida nie ma nic wspólnego z Windsorami. Królowa-matka w czasach biblijnych, w czasach Jezusa, była od wieków usankcjonowaną instytucją, znaną każdemu Izraelicie. W języku hebrajskim istniało nawet specjalne słowo na oznaczenie tego urzędu, czy stanowiska, mianowicie „gebirah”.
Oczywiście mamy niezliczone przykłady w historycznej literaturze antycznej o królowych-matkach różnych narodów i królestw, ale ja tu przytoczę tylko parę biblijnych przykładów z historycznych Ksiąg Królewskich. Wcześniej jednak inny przykład, może nie całkiem jeszcze już ugruntowanej instytucji „gebirah”, ale na pewno zapowiedź, archetyp Królowej-Matki.
I mówił Bóg do Abrahama: «Żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci i z niej syna, i będę jej nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami». (Rdz 17, 15-16)
Bóg zapowiadając Abrahamowi, że stanie się przodkiem królewskiego rodu zmienia równocześnie imię jego żony na „Sara”, co oznacza „księżniczkę”. Nie całkiem jeszcze „królowa”, bo Izaak, jej syn, nie całkiem jeszcze był królem, ale już zapowiedź tego, co będzie. A co będzie? Będzie Salomon, syn Dawida i jego królowa-matka i będzie inny Syn Dawida… ale do tego wrócimy za chwilkę.
Na razie parę przykładów z Ksiąg Królewskich, opisujących dzieje narodu Izraelskiego:
[…] Jeroboam, syn Nebata Efratejczyka ze Seredy – matka jego nazywała się Serua, a była wdową – niegdyś sługa Salomona, zbuntował się przeciw królowi. (1 Krl 11, 26)
Przypomnę, że Jeroboam został królem Izraela po rozpadzie Królestwa Salomona na Izrael i Judę. Powyższy werset jeszcze nie nazywa go królem, bo to dopiero zapowiedź tego, co się stanie, ale już wspomina imię jego matki. A poniżej następca Jerobama, Asa. Biblia nie tylko podaje nam imię jego matki, ale też nas uczy, że miała ona godność „królowej-matki”. Asa był prawym królem, pozbawił więc swą matkę urzędu gebiry za jej grzechy bałwochwalstwa:
Asa, król Judy, objął władzę w dwudziestym roku [panowania] Jeroboama, króla Izraela, i królował w Jerozolimie w ciągu czterdziestu jeden lat. Jego matce było na imię Maaka, córka Abiszaloma. Asa czynił to, co jest słuszne w oczach Pana, tak jak jego przodek Dawid, gdyż kazał wysiedlić z kraju uprawiających nierząd sakralny i usunął wszelkie bożki, które zrobili jego przodkowie. A nawet swą matkę Maakę pozbawił godności królowej-matki za to, że sporządziła bożka ku czci Aszery. (1 Krl 15, 9-13)
Kolejne przykłady, gdzie Biblia wspomina imię matki króla:
W dwunastym roku [panowania] Jorama, syna Achaba, króla Izraela – Ochozjasz, syn Jorama, został królem Judy. W chwili objęcia władzy Ochozjasz miał dwadzieścia dwa lata i królował jeden rok w Jerozolimie. Jego matka miała na imię Atalia, wnuczka Omriego, króla izraelskiego. (2 Krl 8, 25-26)
… albo urząd królowej-matki:
Następnie [Jehu] wstał i wyruszył do Samarii. Kiedy Jehu był w drodze, w Szałasach Pasterskich, napotkał braci Ochozjasza, króla judzkiego, i zapytał: «Kim wy jesteście?» Odpowiedzieli: «Jesteśmy braćmi Ochozjasza i przyszliśmy pozdrowić synów króla i synów królowej matki». Wtedy rozkazał: «Pochwyćcie ich żywych!» Pochwycono więc ich żywych i zamordowano ich nad cysterną Szałasów, czterdziestu dwóch ludzi; nie oszczędził z nich ani jednego. (2 Krl 10, 12- 14)
… albo daje nam przykład, że po śmierci króla to właśnie królowa-matka czasem przejmowała rządy w królestwie:
Kiedy Atalia, matka Ochozjasza, dowiedziała się, że syn jej umarł, zabrała się do wytępienia całego potomstwa królewskiego. Lecz Joszeba, córka króla Jorama, siostra Ochozjasza, zabrała Joasza, syna Ochozjasza – wyniósłszy go potajemnie spośród mordowanych synów królewskich – i przed wzrokiem Atalii skryła go wraz z jego mamką w pokoju sypialnym, tak iż nie został zabity. Przebywał więc z nią sześć lat ukryty w świątyni Pańskiej, podczas gdy Atalia rządziła w kraju. (2 Krl 11, 1-3)
Nie tylko w Izraelu był ten zwyczaj. Każde antyczne królestwo miało swą królową-matkę. Na przykład widzimy to w tym fragmencie Drugiej Księgi Królewskiej:
Nabuchodonozor, król babiloński, stanął pod miastem, podczas gdy słudzy jego oblegali je. Wtedy Jojakin, król judzki, wyszedł ku królowi babilońskiemu wraz ze swoją matką, swymi sługami, książętami i dworzanami. (2 Krl 24, 11-12)
Widać tam, że królowa-matka nawet ruszała na wojny ze swym synem i z całym wojskiem. Była ona bowiem bardzo ważną osobą w królestwie. Ponieważ królowie mieli wiele żon, a matkę tylko jedną, to było naturalne, że to matka była królową. Była też jakąś gwarantką ciągłości dynastii, bo to z nią, nie z dziesiątkami, czy setkami żon łączyły króla więzy krwi.
Arka Przymierza w Starym Testamencie jest archetypem Maryi. Pisałem o tym w poprzedniej notce. Na Arce był tron, ale zawsze pusty. Arka była miejscem spotkania z Bogiem. Zawierała mannę, cudowny Chleb Boży, laskę Aarona, symbol kapłaństwa i Prawo, tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. A „shakina-glory”, chwała Pana zstępowała na Arkę, gdy Izraelici spoczywali na pustyni. Pan Jezus, Ten, który jest Chwałą Pana, prawdziwym Chlebem, prawdziwym Kapłanem i Prawem, przyszedł do nas przez Maryję. Ona była Jego „tabernakulum” przez dziewięć miesięcy. Zatem ten tron na Arce był Jej tronem, bo to Ona była Królową Matką Izraela. Nie mogła zasiąść na tym tronie, bo Maryja, będąc człowiekiem, żyła w czasie. Nie narodziła się jeszcze. Ale z boskiej perspektywy czas nie istnieje. Bóg jest Bogiem "Ja Jestem". Dla Boga ten tron dla Maryi był jak najbardziej na czasie.
Ale ile było w tym stanowisku królowej matki zwykłej kurtuazji, a ile ona miała władzy? Atalia faktycznie przez sześć lat rządziła w Izraelu, ale to było po śmierci jej syna. Ile władzy miała królowa gdy jej syn pozostawał przy władzy? I na to znajdujemy odpowiedź w Biblii. A ponieważ już o tym pisałem, najprościej będzie jak sam siebie zacytuję:
„Jezus jest wielokrotnie nazywany w Biblii Synem Dawida. Prawdziwym jednak synem króla Dawida był Salomon. Przyjrzyjmy się może zwyczajom panującym na ich dworze, gdyż ich królestwo jest archetypem Królestwa Bożego. My, mieszkańcy państwa demokratycznego, republiki, na początku trzeciego tysiąclecia, często nie bardzo wiemy jak wyglądało królestwo 3 tysiące lat temu. Zajrzyjmy wiec do Biblii, do 1. Księgi Królewskiej.
Król Dawid był już starcem, podupadłym na zdrowiu i marzł w nocy. Słudzy znaleźli mu więc młodą, piękną dziewicę, Szunemitkę Abiszag żeby z nim spała i ogrzewała go w nocy. Tymczasem Adoniasz, syn Haggity, jeden z najstarszych synów Dawida praktycznie przejął władzę w państwie. Prorok Natan zapytał wiec Batszebę, matkę Salomona, czy król o tym wie i polecił jej iść i zapytać. Dawid przysiągł jej, że Salomon zostanie następcą tronu. Batszeba udała się do niego, uklękła, oddala mu pokłon i przedstawiła, wraz z Natanem, jak się sprawy w państwie mają. Jak sprawy się dalej potoczyły, wiemy, bo to właśnie jej syn, Salomon został królem. Adoniasz jednak nie zrezygnował tak łatwo.
Udajmy się wiec na dwór króla Salomona. Zarówno Dawid jak i Salomon mieli wiele żon, Salomon miał ich 700, nie licząc nałożnic, „żon drugorzędnych”, jak to ładnie Tysiąclatka tłumaczy, których miał trzysta. Wiele z nich było wynikiem sojuszy zawieranych z innymi państwami, królestwo Izraela było w tym okresie dość poważnym mocarstwem, był to okres największej jego świetności. Adoniasz udał się wiec do Batszeby i przedstawił jej swoją prośbę. Upewnił ją, ze ma dobre zamiary i ze prosi tylko o to, żeby mu król Salomon zezwolił na poślubienie Szunemitki Abiszag. Nie wiem, jak piękną była ta Szunemitka,(moja Biblia jest bez obrazków ;-) ), ale jak piękna by nie była, Adoniaszowi chodziło o cos zupełnie innego. Mimo, że Abiszag była tylko osobą, która miała ogrzewać króla Dawida, dla przeciętnego poddanego była ona ostatnią żoną królewską. Adoniasz wiedział, ze gdyby ją poślubił, nabrałby w pewnym sensie praw do tronu. Mając za żonę ostatnia żonę króla, sam stawał się głównym pretendentem do korony. Batszeba tego nie zauważyła, ale mądrość Salomona przewyższała mądrość wszystkich ludzi i on od razu przejrzał plan Adoniasza.
Przyjrzyjmy się jednak, jak sama wizyta Batszeby u króla Salomona wyglądała. Jakże inaczej, niż u króla Dawida. Gdy Batszeba udała się do Dawida, uklękła i oddala mu pokłon. Gdy udała się do syna Dawida, do Salomona, to on wstał na jej powitanie i oddal jej pokłon. Dlaczego taka nagła zmiana? Bo ona była teraz Krolową-Matką. Na dworze Izraelskim i także na innych dworach wschodu w tamtych czasach nigdy żona króla nie miała tytułu królowej, choćby z tego względu, ze nie wiadomo która z nich miałaby ten zaszczytny tytuł nosić. Zawsze matka króla była królową. Czytamy dalej, ze postawiono tron dla niej po prawej stronie króla. Wszyscy wiedzieli, ze prośba królowej matki jest rozkazem dla króla. Adoniasz powiedział: „Powiedz królowi Salomonowi, bo on niczego ci nie odmówi”, sam Salomon znalazł się w kłopocie, gdyż nie mógł odmówić Królowej- Matce, nie mógł też spełnić jej prośby. Powziął wiec „salomonową decyzję”, kazał zabić Adoniasza i w ten sposób rozwiązał ten problem.”
Jak więc sami widzimy, „Syn Dawida” niczego nie może odmówić Królowej-Matce. Swojej Matce. Oczywiście Jej wola, wola Maryi, jest dokładnie taka, jak wola Jej Syna, więc Jezus, w przeciwieństwie do Salomona, nie ma problemów z takimi prośbami, jakie zanosiła Batszeba. Nie o to tu zresztą chodzi. Chodzi raczej o wykazanie, że zbliżające się święto jest bardzo biblijne i uczy nas ono, że Maryja, matka Jezusa, nie jest jakąś „malowaną świętą”, która została wzięta do nieba przed wiekami i jest tam teraz na zasłużonej emeryturze. Maryja jest prawdziwą Królową, której Syn dał wiele łask umożliwiających jej aktywną i skuteczną walkę z szatanem i pomoc nam na naszej drodze do zbawienia. Tak jak na początku zapowiada to protoewangelia w Księdze Rodzaju, jak opisuje to Apokalipsa na zakończenie Świętej Księgi, Biblii i jak uczy nas tego Kościół.
Komentarzy: 10
Monday,15 August 2011,17:37
Kategoria: Kościół Monday, 15 August 2011, 17:37
W wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, w czytaniu z z Księgi Kronik słyszymy, że „Lewici nieśli Arkę Bożą na drążkach na swoich ramionach, jak przykazał Mojżesz zgodnie ze słowem Pana.” Także świąteczne czytanie z Apokalipsy mówi o Arce Przymierza, jaka ukazała się Janowi podczas widzenia na wyspie Patmos. Słowa te przypomniały mi o czymś, z czym chciałbym się z Wami podzielić.
Maryja jest często nazywana „Arką Przymierza”. Dzieje się tak dlatego, że jest Ona, tzn. Maryja, doskonałym spełnieniem archetypu tego mebla, znanego nam ze Starego Testamentu. Ta skrzynia drewniana, bogato zdobiona, zawierała w sobie, wg. Listu do Hebrajczyków, trzy rzeczy: „naczynie złote z manną, laska Aarona, która zakwitła, i tablice Przymierza”(Hbr 9,4b).
Manna, chleb, który Izraelici jedli na pustyni, podczas wyjścia z Egiptu, to archetyp Chleba Żywego. Jezus nam to sam powiedział:
„Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata.”(J 6,49-51)
Laska Aarona to symbol władzy kapłańskiej. List do Hebrajczyków nam mówi, kto jest prawdziwym Kapłanem na wieki:
„Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego…” (Hbr 4,14a)
Tablice Przymierza to, rzecz Jasna, kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami, czyli ze Słowem Bożym. Ale żywym Słowem Bożym jest sam Jezus:
„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.” (J 1,14)
Nie odkryłem tu, rzecz jasna, Ameryki. Ten wybór świątecznych czytań był świadomy. Już Ojcowie Kościoła zauważyli tą zależność. Chciałem jednak zwrócić uwagę na pewne konsekwencje tego faktu. Na znaczenie tego w naszym codziennym życiu, albo raczej naszym zrozumieniu pewnych prawd naszej wiary.
Pierwszy cytat, jaki zamieściłem, mówi, że Lewici nieśli Arkę na drążkach. Nie robili tego dlatego, że tak było wygodniej, ale dlatego, że za dotknięcie Arki Bóg karał śmiercią. Arka, nie tylko przez swoją zawartość, ale przede wszystkim przez obecność Ducha Świętego, który na Nią zstępował, była święta. Człowiek taki nie jest. Nie jesteśmy niepokalani. Dlatego to zetknięcie „sanctum” z „profanum” zawsze ma dramatyczne skutki. Albo „sanctum” jest sprofanowane, albo, gdy Święte jest Nieograniczone i Pełne i Doskonałe w swej świętości, to „profanum” nie przeżywa tego bliskiego spotkania.
Izraelici doskonale to rozumieli i Biblia jest pełna przykładów. Jest taka scena w Biblii doskonale nam to ilustrująca. Gdy podczas zawiłych losów Izraela Arka Przymierza dostała się w ręce wrogów, po jakimś czasie wracała do prawowitych właścicieli. Oddana, nawiasem mówiąc dobrowolnie, właśnie dlatego, że nawet ci, co do niej tylko zaglądali, przepłacili to życiem. Wracała Ona nie niesiona na drążkach przez Lewitów, ale wsadzona na wóz, ciągnięty przez woły. Szarpnęły one w pewnym momencie i Uzza podtrzymał Arkę, aby nie spadła na ziemię. Przepłacił to życiem. Możemy o tym przeczytać w 2 Sm 6,6-7 i 1 Kr 13,9-10.
Nam się często wydaje, że wystarczy robić to, co nam się wydaje dobre i słuszne, jest takie i w oczach Boga. Często jednak popełniamy wtedy taki grzech, jaki popełnili nasi prarodzice, Adam i Ewa. Ich grzech nie polegał na zjedzeniu jakiegoś owocu. Oczywiście, zgrzeszyli także nieposłuszeństwem wobec wyraźnego zakazu Boga, ale prawdziwy ich grzech, to fakt, że sami chcieli decydować, co jest dobre, a co złe.
W naszej współczesnej rzeczywistości spotykamy się z tym na co dzień. Wśród naszych braci i sióstr uważających się za dobrych chrześcijan argumentujących katolików, ale argumentujących do upadłego, że środki antykoncepcyjne są dobre, bo…, że klonowanie jest rzeczą pożyteczną, bo…, że zapłodnienie in vitro jest wspaniałą zdobyczą dla bezpłodnych kobiet, bo…Uzasadnić można niemalże wszystko i ja sam mógłbym podać kilka argumentów w obronie Uzzy. Ale Bóg wyraźnie powiedział, że Arki dotykać nie wolno:
„Przy zwijaniu obozu, gdy Aaron i synowie jego skończą okrywać przedmioty święte i wszystkie przynależne do nich sprzęty, wtedy przystąpią Kehatyci, aby je ponieść. Nie wolno im jednak przedmiotów świętych dotykać; w przeciwnym razie umrą. Taką to służbę mają do spełnienia Kehatyci w Namiocie Spotkania.” (Lb 4,15)
Bóg wymaga od nas posłuszeństwa. Nie dlatego, że jest tyranem, ale dlatego, że jest kochającym Ojcem i wie lepiej od nas, co jest dla nas pożyteczne.
Maryja przez to, że zawierała w sobie Słowo, Prawdziwego Kapłana i Chleb Żywy i dlatego, że i na nią zstąpił Duch Święty (Łk1,35) musiała być czysta, święta i wolna od profanacji. Całe swoje życie. I fakt, że wszyscy jesteśmy dziećmi Ewy i w grzechu się rodzimy nic tu nie zmienia. Jeżeli Wszechmogący Bóg może drewnianą skrzynię, nawet jak jest ona pozłocona, uczynić świętą, na pewno może uczynić Świętą i Niepokalaną Kobietę, która jest nie tylko Jego córką, dzieckiem, jak każdy z nas, ale także Oblubienicą i Matką Jego jedynego Syna. Z tego faktu wynika automatycznie dogmat o Niepokalanym Poczęciu i o wiecznym dziewictwie Maryi.
A co z takimi wersetami, jak te o „braciach Jezusa” i ten mówiący, że Józef nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna? Czy one nie mówią wyraźnie, że Maryja później miała „normalne” małżeństwo z Józefem?
Nie, nie mówią. Z wielu względów. Po pierwsze Bóg jest wierny. Jeżeli jest On oblubieńcem Maryi, jest nim aż do śmierci. A ponieważ jest On nieśmiertelny, jest nim nadal. Po drugie słowo „brat” ma inne znaczenie w językach używanych na wschodzie, niż w polskim czy angielskim. Oznacza on i kuzyna i współplemieńca i dalszego krewnego. Wiemy np., że Lot był siostrzeńcem Abrahama a Biblia nazywa go jego bratem. Zresztą nawet w naszym języku, gdy mówimy o „braterstwie” rozumiemy to szerzej, niż związek między braćmi-dziećmi jednej matki. Poza tym wiemy na pewno, że przynajmniej niektórzy z „braci” Jezusa są synami innej kobiety. Wyjaśnia to na przykład Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 500:
„Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie.”
A co z tym wersetem: „lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.”? (Mt 1,25) To zdanie nic nam nie mówi o tym, co Maryja robiła po narodzinach Jezusa. Ważne było wg św. Mateusza, żeby podkreślić fakt Jej dziewictwa w momencie narodzin Jezusa, nic on tu nie mówił o dalszych latach jej małżeństwa. Sformułowanie takie wcale nie musi sugeruje niczego, co miałoby się stać później, jak widać to na innym przykładzie z Biblii.
Pamiętacie powrót Arki do Izraela, o którym wcześniej pisałem? Król Dawid, który tę Arkę odzyskał, tak się cieszył, że fikał z radości przed Arką koziołki. Słowo użyte przez natchnionego autora jest tym samym, nawiasem mówiąc, jakiego użył św. Łukasz, mówiąc o Janie Chrzcicielu, który „podskoczył” w łonie świętej Elżbiety, gdy ją odwiedziła Maryja, ta prawdziwa Arka Przymierza. Podskakującego króla widziała jego żona, Mikal i wzgardziła nim. Wydawało jej się, że nie przystoi wielkiemu królowi robić z siebie publicznie pajaca. Ale Bóg był zapewne innego zdania, Jemu publiczne okazywanie naszej miłości i radości i procesje nie przeszkadzają. Przeszkadzają Mu natomiast ci, którzy się tego wstydzą i tych, którzy Boga wielbią. Ukarał więc Mikal. Nie mogła mieć ona dzieci, co zawsze było przekleństwem. Ale Biblia używa ciekawych słów: „Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.” (2 Sm 6,23). Tym, którzy uważają, że takie sformułowanie sugeruje, że coś się później musiało wydarzyć, chciałbym tylko przypomnieć, że i po śmierci Mikal nie miała żadnych dzieci.
Innym ważkim argumentem jest właśnie ten przykład z Arką Przymierza i Uzzą. Skoro Maryja jest prawdziwą Arką Przymierza, to już z tego faktu wynika, że pozostała Ona Czysta. Święty Józef doskonale wiedział, na jakie małżeństwo się decyduje i komu będzie opiekunem. Gdy Maryja zapytała: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” to nie znaczyło, że nie wiedziała, skąd się biorą dzieci. Dziewczyna mieszkająca w malutkim miasteczku, właściwie wiosce, wśród pasterzy i zwierząt, 2 tysiące lat temu, musiała widzieć naturalny porządek rzeczy. Jej zdziwienie wynikało z innego faktu. Z tego, że ona już ofiarowała swe dziewictwo Bogu i Józef o tym wiedział.
Także ten werset to nam potwierdza: „Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.” (Mt 1,19). Gdyby Święty Józef myślał, że Maryja nie była mu wierna, nie oddalałby jej potajemnie. Jeżeli był on człowiekiem sprawiedliwym, a mówi nam to Biblia, to wypełniłby prawo. Postępowanie przeciw Prawu jest grzechem, a nie uczynkiem sprawiedliwym. Święty Józef dowiedziawszy się, że Maryja poczęła dziecko uwierzył i musiał się poczuć niegodnym bycia ojczymem Wcielonego Boga i dlatego chciał Maryję odesłać do rodziny. Dopiero jak anioł Pański w widzeniu powiedział mu, żeby się nie bał, oddalił od siebie tę myśl.
Pisałem też wcześniej, że Biblia używa tego samego słowa na określenie podskakującego z radości króla Dawida i Jana Chrzciciela. Warto porównać te dwie sceny: Jedna to powracająca Arka Przymierza do Izraelita, a druga to ta prawdziwa Arka Przymierza, ta z wizji umiłowanego ucznia Jezusa, świętego Jana, którą opisał w Apokalipsie, rozdziały 11i 12, Maryja przychodząca do domu Najwyższego Kapłana, Zachariasza i jego żony Elżbiety.
Porównując rozdział 6. drugiej Księgi Samuela i rozdział 1. Ewangelii Łukasza natrafiamy na więcej słów identycznych , lub bardzo podobnych. Czasem tracimy je w tłumaczeniu, ale ci egzegeci, którzy badają Pismo w oryginalnych językach zauważają te podobieństwa. Jak to, że Dawid wstał i poszedł do Judy (w.2) i Maryja wstała i udała się do pewnego miasta w pokoleniu Judy. (w.39); Dawid się dziwił, jak Arka Pana może przyjść do niego (w. 9) i Elżbieta się dziwiła, że Matka jej Pana ją odwiedziła (w.43); Arka trafiła do domu Obed-Edoma (w.10) i Maryja weszła do domu Zachariasza (w.40); Dawid sprowadził Arkę „z wielką radością” (w.12) i Maryi duch radował się w Bogu (w.47); Dawid prowadził Arkę wśród radosnych okrzyków (w.15) i Elżbieta krzyknęła, gdy Duch Święty ją napełnił na widok Maryi (w.42). I ten tańczący król Dawid w wersecie 16. w 2.Księdze Samuela i Jan Chrzciciel w wersecie 41. Ewangelii Łukasza. I jeszcze jedno podobieństwo: Arka Przymierza pozostawała w domu Obed-Edoma trzy miesiące (w11) i Maryja pozostawała w domu Elżbiety trzy miesiące (w56).
Wróćmy jeszcze na chwilkę do Apokalipsy Świętego Jana. Czasami spotykam się z zarzutem, że to, o czym mówi Jan pod koniec 11 rozdziału, ta wizja Arki, a początek 12, Niewiasta w koronie z dwunastu gwiazd, to dwie różne rzeczy i Kościół nieprawidłowo łączy te wersety w jeden ciąg. Jednak prawda jest taka, że to kościół ma rację. Jest ku temu kilka przyczyn i nie wszystkie tu uwzględnię, ale na parę chciałem zwrócić uwagę.
Przede wszystkim podział na rozdziały i numerowanie wersetów jest znacznie późniejszy, niż sama Biblia. Podział na rozdziały nie pochodzi od Jana. On pisał o Niewieście tuż po tym, jak napisał o wizji Arki, więc wydaje się naturalną rzeczą, że to tę Arkę opisuje dalej. Po drugie nie możemy zapominać czym była Arka Przymierza dla Żydów dwa tysiące lat temu. Był to najświętszy obiekt w ich całej historii. W świątyni przechowywana była w najświętszym miejscu, do którego tylko Najwyższy Kapłan miał dostęp raz w roku. Miejsce to było tak święte, że kapłanowi przywiązywano sznurek do nogi, aby w razie nagłej śmierci móc go wyciągnąć stamtąd, nie narażając się samemu na śmierć. A nagła śmierć groziła kapłanowi, gdyby w grzechach wstąpił do tego miejsca. Jednak w czasach Jezusa tej Arki już nie było. Najświętsze miejsce w świątyni nie zawierało jej od kilkuset lat. Była ona ukryta w górach, ale już nikt nie pamiętał gdzie. Gdy więc Jan napisał, że ją zobaczył w swej wizji, każdy Żyd wstrzymał oddech, pełen napięcia i niedowierzania, czekając na dalsze słowa Jana. Ale dalsze słowa nie były o skrzyni, ale o Niewieście. Nie dlatego, że Jan zlekceważył wizję Arki i przeszedł do czegoś innego. On opisując Niewiastę, która porodziła Syna, opisuje Arkę.
W niebie jedyną rzeczą uczynioną ręką ludzką są Rany Pana Jezusa. Nie ma tam mebli przytarganych z ziemi, ani żadnych naszych innych „skarbów”. Nawet takich jak ta drewniana Arka Przymierza. Jedyną Arką Przymierza, jaka tam jest, jest Królowa Niebieska, Niewiasta obleczona w wieniec z dwunastu gwiazd, Matka naszego Boga i Zbawiciela, Maryja.
Nie każdy dogmat, którego nas uczy Kościół, musi być wyraźnie określony w Biblii. To nie Kościół wyrasta z Biblii, ale Biblia jest dzieckiem Kościoła. Ale czasem warto zobaczyć, że i te dogmaty, które nie są wyraźnie w Biblii napisane, są w niej ukryte w sposób typologiczny. W końcu dogmat to nic innego, niż, jak mówi kardynał Ratzinger, nieomylna interpretacja Pisma Świętego.
Wszyscy chrześcijanie zgadzają się, że dogmat o Trójcy Świętej jest prawdziwy. Gdy ktoś go neguje, automatycznie przestaje być chrześcijaninem, mimo, że Biblia słów „Trójca Święta” nigdy nie używa. Byłoby wspaniale, gdybyśmy wszyscy zjednoczyli się wokół innych dogmatów, takich jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowstąpienie. Nie dlatego, że uczy ich Kościół Katolicki, ale dlatego, że są prawdziwe. I wszyscy możemy wiele skorzystać z tradycji Kościoła, z nauki Ojców Kościoła i wielowiekowej pracy teologów i egzegetów nad depozytem Wiary zostawionym nam przez Jezusa. Nie ma potrzeby po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa odcinać się od jego korzeni i odkrywać na nowo prawd znanych od dawna. Tym bardziej, że jak od tych korzeni się odetniemy, łatwo popełnić błędy, lub nie zauważyć pewnych prawd przekazanych nam w tym depozycie wiary.
Komentarzy: 107
Saturday,13 August 2011,06:25
Kategoria: Kościół Saturday, 13 August 2011, 06:25
Na Facebooku ktoś zaprasza do modlitw i postu w intencji ojca Corapi.
Pisałem o tym kapłanie parokrotnie, więc nie będę tu nic dodawał. Proszę tylko każdego, by się do nas przyłączył. Wyrwijmy go kudłatemu, bo naprawdę szkoda tak wspaniałego kapłana.
Oczywiście "koszula bliższa ciału", a ksiądz Natanek bliższy nam, Polakom, niż ojciec Corapi. Zatem przy okazji prośba, by i o księdzu Natanku nie zapominać. Modlitwą i postem każdego złego ducha się pokona. Jednak prośba o modlitwy i post za ojca Corapi jest na "teraz", na najbliższą niedzielę, więc dlatego głównie o nim dzisiaj piszę.
Ojciec Corapi był bardzo maryjny. Zawsze to podkreślał w swych kazaniach i wykładach. Często mówił o modlitwie różańcowej, cytując Padre Pio, który nazywał swój różaniec "bronią przecie złemu". Może więc Matka Pana Jezusa, w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia wymodli mu łaskę opamiętania się i powrotu do tego, co przyrzekł przed dwudziestu laty.
Ja się przyłączę. Chleb i woda. W tę niedzielę za ojca Corapi, a mam nadzieję, że podobna akcja powstanie też w intencji księdza Natanka. Nie dajmy sobie odbierać najlepszych kałanów. Na pokorę kudłaty nie ma sposobu, a poniżenie siebie samego dla Królestwa, dla Jezusa, poprzez dobrowolne odebranie sobie przyjemności związanych z jedzeniem jest doskonałym sposobem wyrażenia tej pokory. Zatem zapraszam.
Fast for Father Corapi
Komentarzy: 14
Monday,08 August 2011,00:47
Kategoria: Kościół Monday, 08 August 2011, 00:47
Właśnie wróciłem z polskiego kościoła w Lowell, Ma i choć planowałem dziś pisać o regule Wspólnoty Marto, to czytania usłyszane podczas Mszy sprowokowały mnie do tego, by i na ich temat napisać kilka słów. Przyczyną był fragment z Listu do Rzymian, najbardziej zdumiewające słowa, jakie wypowiedział jakikolwiek człowiek w całym Piśmie Świętym.
Eliasz
Zacznijmy jednak od czytania ze Starego Testamentu i od Ewangelii. W Pierwszej Księdze Królewskiej czytamy:
Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. (1 Krl 19,9a.11-13)
Bóg zazwyczaj przychodzi do nas "w szmerze łagodnego powiewu". Ale by taki cichutki szmer usłyszeć musimy się wyciszyć. Musimy się skupić. Musimy wyłączyć telewizor, radio, laptopa, zgasić światło i po prostu się wsłuchać w Jego głos. Musimy odwiedzić Go w Kaplicy Eucharystycznej, uklęknąć przez Tabernakulum i pozwolić mu szeptać. Eliasz był "wojującym prorokiem", a do tego miał poczucie humoru. Lubił pokazać w teatralny sposób chwalę Boga i Jego Moc. Pamiętacie zapewne konfrontację z prorokami Baala, gdy 450 z nich wołało swego boga, by przyjął składaną mu ofiarę, a Baal milczał jak grób. Eliasz wołał:
Kiedy zaś nastało południe, Eliasz szydził z nich, mówiąc: Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może zamyślony albo jest zajęty, albo udaje się w drogę. Może on śpi, więc niech się obudzi! (1 Krl 18,27)
A potem, czekając, by prawdziwy Bóg zesłał sam ogień i spalił ofiarę na ołtarzu...
Potem ułożył drwa i porąbawszy młodego cielca, położył go na tych drwach i rozkazał: Napełnijcie cztery dzbany wodą i wylejcie do rowu oraz na drwa! I tak zrobili. Potem polecił: Wykonajcie to drugi raz! Oni zaś to wykonali. I znów nakazał: Wykonajcie trzeci raz! Oni zaś wykonali to po raz trzeci, aż woda oblała ołtarz dokoła i napełniła też rów. Następnie w porze składania ofiary z pokarmów prorok Eliasz wystąpił i rzekł: O Panie, Boże Abrahama, Izaaka oraz Izraela! Niech dziś będzie wiadomo, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu, a ja Twój sługa na Twój rozkaz to wszystko uczyniłem. Wysłuchaj mnie, o Panie! Wysłuchaj, aby ten lud zrozumiał, że Ty, o Panie, jesteś Bogiem i Ty nawróciłeś ich serce. A wówczas spadł ogień od Pana i strawił żertwę i drwa oraz kamienie i muł, jako też pochłonął wodę z rowu. Cały lud to ujrzał i upadł na twarz, a potem rzekł: Naprawdę Jahwe jest Bogiem! Naprawdę Pan jest Bogiem! Eliasz zaś im rozkazał: Chwytajcie proroków Baala! Niech nikt z nich nie ujdzie! Zaraz więc ich schwytali. Eliasz zaś sprowadził ich do potoku Kiszon i tam ich wytracił. (1 Krl 18,33-40)
Niesamowita wiara Eliasza. I nie zawiódł się na niej prorok. Ale być może dlatego Bóg kilka wersetów dalej ukazuje się mu w cichym powiewie wiatru, by go stonować, uspokoić. Bo nasza religia nie jest religią walki, ale religią miłości.
I jeszcze jedno. Bóg nie ukazał się Eliaszowi w ciszy. Okazał się w szemraniu wiatru. Nie chodzi o to, by nasza religia stawała się krzykiem, walką, wciskaniem jej na siłę, przemocą, przez zastraszenie i pod groźbą. ale też nie chodzi o to, by milczeć. Trzeba z miłością, łagodnością, cierpliwie tłumaczyć, ewangelizować, dawać przykład czynem i słowem.
Źle jest zastraszać i narzucać innym swe przekonania, ale gorzej jeszcze jest te przekonania zachowywać tylko dla siebie. W Ziemi Świętej płynie rzeka Jordan i wpływa do dwóch zbiorników wodnych: Jeziora Genezaret i Morza Martwego. Jedyna różnica między nimi to to, że z Genezaret woda wypływa dalej, a z Morza Martwego nie wypływa nic. I Jezioro Genezaret jest pełne życia, a Morze Martwe jest... martwe.
I mówiąc o jeziorze, wsiądźmy na moment do łodzi Piotra:
Piotr
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,22-33)
Jezus mówi Piotrowi, że jego wiara jest słaba. Często przyjmujemy to stwierdzenie za dobrą monetę, nie zastanawiając się nad nim wiele. Czasem się dziwimy, że tak małą, słabą wiarę miał Piotr. Gdybyśmy my tam byli, to ho! ho! Pokazalibyśmy jak jest NASZA WIARA! Ale czy na pewno?
W łodzi było dwunastu przerażonych apostołów. Myśleli, że zobaczyli ducha. Burza na jeziorze wielkim jak morze, nie widać brzegów, łódź jak łupinka i jakaś zjawa idzie po falach. I tylko jeden z nich uwierzył, że to rzeczywiście Pan. Uwierzył nie intelektualnie, ale praktycznie. Odważył się przełożyć nogi za burtę i zrobić krok w nieznane. Zaczął iść po tych wzburzonych falach. Mała wiara? Boże, kiedy ja będę miał taką małą wiarę?
Piotr odwrócił wzrok od Pana, spojrzał na przewalające się bałwany, na wichurę i na moment zwątpił. Na moment stracił wiarę. Na moment, bo zaraz zaczął wzywać boskiej pomocy. Stracił wiarę, ale pozostała mu nadzieja i nie zawiodła go. Jezus podał mu pomocną dłoń.
Pan skarcił Piotra, że jego wiara jest słaba, bo gdyby była naprawdę mocna, nie wątpiłby nigdy. A my? My wątpimy cały czas. Na ile jesteśmy w stanie zaufać Bogu? Na przykład w dzisiejszej politycznej sytuacji? W sprawie kolejnego rozłamu w Kościele? Czy wierzymy, że Bóg może więcej, niż my, niż jakaś partia polityczna, jakiś inny człowiek? Ile czasu poświęcamy na modlitwę, ile ofiarujemy postów i wyrzeczeń w tej sprawie?
Ja wiem, że wszystko jest ważne. "Módlmy się tak, jakby wszystko zależało od Boga i róbmy tak, jakby wszystko zależało od nas". Ale gdyby można było zrobić tylko jedno, modlitwa nie tylko byłaby ważniejsza, ale byłaby też skuteczniejsza. Bóg może wszystko zrobić sam, gdy zechce, my sami nie zrobimy nic.
Popatrzmy na przykład Węgier. Tam zaczęli od modlitwy, od krucjaty różańcowej. Potem przyszło też działanie polityczne, które wynikło z tej wielkiej łaski, jaką bracia Węgrzy otrzymali. Członkowie narodu, który wydal kilku wspaniałych świętych, z pewnością orędujących za nimi w Niebie, ale narodu, który kilkanaście lat temu każdy z nas nazwałby totalnie zlaicyzowanym. I co? Jaka dla nas nauczka? Żadna, bo my wiemy lepiej. My sobie to zrobimy inaczej. My nie będziemy tracić czasu na modlitwy, bo wybory za parę miesięcy.
Cóż, życzę powodzenia.
I to tyle o wierze i nadziei. Następny fragment będzie już raczej o miłości. Ale o prawdziwej, żywej wierze napisałem kiedyś inny felieton, który chciałbym jeszcze tu przypomnieć: KLIK A jeżeli ktoś jest ciekawy jak wyglądała taka łódź na której apostołowie płynęli, zapraszam do zobaczenia tego WIDEO. I pamiętajmy: Ta łódź Piotra płynąca pod wiatr, po burzliwych falach, to Kościół. Pan Jezus nigdy nas nie zostawi i nawet, gdy wszyscy tę wiarę i nadzieję potracimy, On przyjdzie i uciszy burzę.
Paweł
W Liście do Rzymian święty Paweł pisze zdumiewające słowa, których większość z nas w ogóle nie dostrzega:
Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 9,1-5)
"Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami." Nieraz pytałem tych, którzy wszelkie nadzieje dla Polski pokładają w zwycięstwie PiSu, czy partii Marka Jurka w najbliższych wyborach: Gdzie i kiedy Pan Jezus mówi cokolwiek o politycznej sytuacji swej ziemskiej ojczyzny? Gdzie i kiedy naucza, że należy popierać taką, czy inną polityczną frakcję? A przecież sytuacja Palestyny w czasach Jezusa była po stokroć gorsza nić jest dziś sytuacja Polski.
Czy Pan Jezus nie był patriotą? Czy nie czuł się Żydem? Czy nie kochał swej ziemskiej ojczyzny? Oczywiście, że był Żydem całym swym sercem i najbardziej ze wszystkich kochał swych braci "według ciała". Sam nie raz o tym mówi:
Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. (Mt 23, 36)
Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! (Łk 23,28)
Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom.(Mt 15, 24-26)
Przykłady można mnożyć, ale nie o to chodzi. chodzi o to raczej, że Pan Jezus, prawdziwy Pomazaniec - Mesjasz, Syn Dawida, prawdziwy Król Żydowski wiedział, że to, co jest Jego braciom potrzebne to nie silne państwo, ale silna wiara. Nie odnowa polityczna, ale moralna, bo ich i Jego prawdziwe Królestwo nie pochodzi z tego świata. A gdy będą mieli tę wiarę, to nie ma już wtedy większego znaczenia polityczna sytuacja kraju.
Święty Paweł był bardzo dumny zarówno ze swego pochodzenia, jak i z faktu, że jest Rzymianinem. Parafrazując można by powiedzieć, że to był "prawdziwy Polak i Europejczyk". I jakoś mu to w niczym nie przeszkadzało. Nie znaczy to wcale, że pochwalał bezkrytycznie Rzym. Wręcz przeciwnie, nie szczędził nikomu słów krytyki, jeżeli na nie zasługiwali. Do tego stopnia, że zapłacił za to najwyższą cenę. Mimo to nigdy nie nawoływał do buntu przeciw władzy, o której mówił, że "nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle."
Paweł nie czynił nic złego, a jednak ten miecz władzy obciął mu głowę. To jednak, w oczach Pawła, nie było wielką tragedią. Bóg z każdego zła wyciągnie dobro, a krew męczenników stała się zasiewem, nawiozła pole, z którego wyrósł potężny i wspaniały Kościół. Paweł żyjąc jeszcze mial poważny dylemat, tak mało rozumiany przez dzisiejszych ludzi:
Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. (Flp 1, 21-24)
Lubię te słowa świętego Pawła. Pokazują one, że nie jestem nienormalny. Ja też się nie mogę doczekać. I nie ma to nic wspólnego z samobójczymi myślami. Jak Bóg chce, bym żył sto lat - wytrzymam. Jest powód dla którego Bóg dał mi duszę, przed stworzeniem świata On wiedział, że będzie kiedyś taki Piotruś, co od małego zakocha się w samochodach i spędzi życie na nawijaniu kilometrów szos na koła swej ciężarówki. I dobry Bóg wymyślił dla mnie plan.
I nie chodzi o to, że ja mam tu jakiś specjalny plan od Boga. Nie, nie uważam się za żadnego wybrańca Boga. Nie w specjalnym sensie tego słowa. Jestem dokładnie takim samym wybrańcem jak Ty, drogi czytelniku. Każdy z nas bowiem jest kimś specjalnym w oczach Boga, niezależnie od tego, czy jesteśmy zwykłymi robotnikami, domowymi gospodyniami, uczniami, osobami świeckimi, księżmi, prezydentami państw, przywódcami partii politycznych, czy w ogóle kimkolwiek.
Rozumiem słowa św. Pawła z Listu do Filipian, ale nie rozumiem tych z Listu do Rzymian. Albo mówiąc precyzyjniej rozumiem, ale szczerze mówiąc już pod tymi bym się nie podpisał. Przypomnę. Święty Paweł Mówi:
Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami.
Zdumiewające. Święty Paweł, człowiek, ktory był mistykiem, który oglądał Pana Jezusa twarzą w twarz, który miał wizję Nieba, który powiedział nam, że "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" - jest gotów poświęcić to wszystko dla dobra swych braci. Dla zbawienia swych rodaków.
Co innego oddać swe życia za brata. Teoretycznie - dlaczego nie. Przecież nasza wiara nam mówi, że nasza dusza jest nieśmiertelna. Czytając na przykład Listy św. Ignacego z Antiochii widzimy, z jak wielką radością szedł on na śmierć. Podobne świadectwo daje nam wielu świętych, zarówno w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jak i w czasach współczesnych. Przykładem choćby święty Maksymilian Maria Kolbe, czy Edith Stein - Święta Teresa Benedykta od Krzyża. Ta ostatnia z radością ofiarowała swe życie za swych braci i siostry "krwi", za Żydów.
Święty Paweł jednak w swej miłości do braci posuwa się dalej. Trudno mi to oceniać "teologicznie". Brak mi wiedzy, a serce się buntuje. Ale przecież św. Paweł sam wyraźnie zaznacza we wstępie do tych słów: "Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię". Być może należy te słowa odczytywać jako hiperbolę, przenośnię, jak słowa Jezusa o ucięciu sobie ręki i wyłupaniu oka. Ale kontekst chyba na to nie wskazuje. Mam wrażenie, że św. Paweł byłby rzeczywiście gotów pójść na wieczne zatracenie, jeżeli to uratowałoby tylko jego rodaków.
To jest prawdziwa miłość. To jest zdumiewająca miłość do swych braci. A my? A my wszyscy, którzy uważamy się za polskich patriotów? Ile my jesteśmy w stanie dla nich i dla naszej Ojczyzny zrobić? Czy kolejna "zadyma", demonstracja, złośliwy komentarz w Internecie, oplucie kogoś, zmieszanie z błotem to jedyne na co nas stać? Czy naprawdę myślimy, że głosując na "jedyną słuszną partię" rozwiążemy jakikolwiek problem? I skąd wziąć tę jedyną słuszną partię, skoro i tu nie ma wcale żadnej jedności wśród naszych rodaków? Nawet tych, którzy uważają się za dobrych katolików?
Pod moją ostatnią notką na Frondzie, o ojcu Corapi i księdzu Natanku, wywiązała się dość ciekawa dyskusja. Zapytałem zwolenników księdza Natanka o coś:
"Zgadzam się z księdzem Natankiem, że modlitwą i postem można pokonać złego. Najlepiej modlitwą różańcową i postem o chlebie i wodzie. Zgadzam się, że nam jest potrzebna krucjata różańcowa, jak na Węgrzech. Ale pytam zwolenników Natanka: Ilu z Was na to tak na serio odpowiedziało? Ilu z Was pości o chlebie i wodzie? Ilu z Was codziennie odmawia różaniec za Ojczyznę, za kapłanów, za Kościół?
Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21:28-32)"
Możemy czekać, aż nas ktoś "porwie" do krucjaty różańcowej, możemy to zrobić sami. Moją propozycją jest nasza Wspólnota Marto. Zaledwie trzy tuziny osób się do nas przyłączyło, a marzyłyby się miliony... Oczywiście wiem, że wielu modli się za rodaków i za naszą Ojczyznę i żadnej wspólnoty do tego nie potrzebują, albo należą do innych wspólnot i zgromadzeń. Każdy idzie do Nieba swoją drogą i trudno innym cokolwiek narzucać. Ale przecież wiemy wszyscy, że nie do tych osób kieruję moje słowa.
Bo choć w żaden sposób nie jestem tego w stanie sprawdzić, to przecież w głębi serca wiem, że dla wielu zaangażowanych i gorących katolików post, ofiary, wyrzeczenia i w jakimś stopniu nawet modlitwy to bzdura i strata czau. Wiem, że wielu z nich naprawdę uważa, że poprzez publicystykę, poprzez wyrażanie swych uczuć w komentarzach na blogach, poprzez manifestacje i namowy polityczne cokolwiek zmienią. Wiem, że uważają to za najważniejsze w dzisiejszych czasach. I wiem także, że całkowicie się mylą.
I nie chodzi mi tu wcale, by w komentarzach ktokolwiek cokolwiek deklarował. Chodzi mi o to, by każdy z nas po prostu i cichutko coś zaczął. Może jeden różaniec dziennie za Ojczyznę. Może post w piątek o chlebie i wodzie za Kościół. Może ofiarowanie filiżanki kawy jutrzejszego ranka. Może ofiarowanie Bogu naszej kolejnej migreny. Małe rzeczy ofiarowane Bogu z wielką miłością potrafią zmienić świat. Natomiast nienawiść do kogokolwiek, nie wykluczając ludzi o odmiennych od naszych poglądach politycznych, nie wykluczając masonów, członków Platformy, a nawet nie wykluczając, o zgrozo! Michnika - służy tylko kudłatemu.
www.hiob.us
www.jaskiernia.org
www.WspolnotaMarto.com
Komentarzy: 33
Tuesday,08 March 2011,18:24
Kategoria: Kościół Tuesday, 08 March 2011, 18:24
Minął już ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu na temat ojca Corapi. Był on w pewnym sensie moim idolem. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd w Hollywood, właściciel domu przy plaży w Malibu, 18-metrowego jachtu i samochodu Ferrari - poprzez uzależnienie od narkotyków wszystko traci, zostaje bezdomnym bumem i mieszka na ulicy. Tam go odnajduje list od matki, z obrazkiem Matki Bożej i z modlitwą "Zdrowaś Maryjo". Matka go prosi, by raz dziennie ją odmówił... Corapi wspominał, że musiał ją czytać, mimo dwunastu lat edukacji w katolickich szkołach i wychowania w katolickim domu nie pamiętał już słów tej modlitwy.
John Corapi wrócił do domu, do matki, pogodził się z Bogiem, postanowił zostać księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez Jana Pawła II, otrzymał gruntowne wykształcenie. Pięć dyplomów wyższych uczelni, łącznie ze słynnym Navarre University, założonym przez świętego Josemarię Escrivę, gdzie otrzymał też tytuł doktora teologii.
Ojciec Corapi jest bardzo znany w USA. Znany ze swej bezkompromisowości w nauczaniu prawdy. Jego wykłady zawsze były jak powiew świeżego powietrza. A uczył wiele, nagrywając między innymi cykl pięćdziesięciu godzinnych wykładów omawiających punkt po punkcie Katechizm Kościoła Katolickiego.
Minęło 20 lat od czasu, gdy John Corapi został księdzem. Oskarżony, jego zdaniem fałszywie, o niemoralne zachowanie w stosunku do dorosłych pracownic jego biura i o nadużywanie alkoholu i narkotyków, ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Uzasadniał to tym, że w obecnej sytuacji nie ma szans na uczciwy proces i że pozostając księdzem ma związane ręce próbując bronić swego dobrego imienia.
Pisząc mój poprzedni tekst o ojcu Corapi miałem spore wątpliwości co do tego, gdzie leży prawda. I choć dzisiaj nadal nie mam pewności, bo tę zna tylko sam Corapi i Bóg, to jednak znamy dziś pewne dodatkowe fakty, ukazujące ojca Corapi w nie najlepszym świetle. Stowarzyszenie, którego był członkiem, wydało oświadczenie, gdzie możemy przeczytać:
"O. John A. Corapi złożył rezygnację z członkostwa w Society of Our Lady of the Most Holy Trinity (SOLT) w czerwcu. [...] Mimo, że SOLT zazwyczaj nie komentuje publicznie spraw personalnych, to jednak zdaje sobie sprawę, że o. Corapi przez swą działalność inspirował tysiące wiernych katolików, spośród których wielu nadal go wspiera. SOLT także uznaje, że o. Corapi teraz wprowadza w błąd te osoby, poprzez fałszywe deklaracje i oceny faktów. To tym katolikom SOLT pragnie wyjaśnić zaistniałą sytuację.
Kobieta, dobrze znana ojcu Corapi, przysłała do SOLT podpisany list opisujący szczegółowo zarzuty przeciw Corapiemu dotyczące jego seksualną aktywność z dorosłymi kobietami, nadużywanie alkoholu i narkotyków, niewłaściwe praktyki sakramentalne, naruszenie obietnicy ubóstwa i inne wykroczenia.
Po otrzymaniu tych zarzutów SOLT powołał trzyosobowy zespół składający się z księdza- znawcy prawa kanonicznego, psychiatry i prawnika, w celu dotarcia do prawdy. Dwoje członków zespołu było członkami zgromadzeń religijnych, jeden był świeckim katolikiem. Dwoje było mężczyznami, jedna kobietą. Wszyscy mieli duże doświadczenie w eklezjalnych sprawach związanych z dyscyplinarnymi procesami księży.
Gdy SOLT ustanowił ten zespół, ojciec Corapi podal do sądu swą oskarżycielkę, twierdząc, że złamała kontrakt, który zawiera punkt nakazujący jej milczenie w sprawie ojca Corapi. Zaoferował jej także 100 000 dolarów, jeżeli podporządkuje się temu kontraktowi.
Powołany zespół przypuszcza, że ojciec Corapi podpisał podobne kontrakty z innymi kluczowymi świadkami w tej sprawie, którzy odmówili odpowiedzi na przesłane im kwestionariusze.
[...]
Zespół SOLTu zdobył informacje poprzez emaile ojca Corapi, zeznania świadków i publicznie dostępne źródła, z których wynika, że w czasie jego publicznej działalności:
Pozostawał on w niemoralnym związku ("sexual relations") z kobietą znaną mu, kiedy się poznali, jako prostytutka; wielokrotnie nadużywal alkoholu i narkotyków; ostatnio aktywnie wymieniał niemoralne SMS-y ("sexting") z jedną, lub kilkoma kobietami w Montanie; posiada on nieruchomości na swoje nazwisko warte ponad milion dolarów, liczne luksusowe pojazdy, motocykle i quada, rampę dla łodzi, kilka motorówek, co jest poważnym naruszeniem obietnicy ubóstwa składanej przez członków SOLT.
SOLT nakazał ojcu Corapi powrót do siedziby Stowarzyszenia, zamieszkanie w niej i wycofanie się z procesu sądowego przeciw swej oskarżycielce. SOLT podtrzymuje zakaz głoszenia kazań i wykładów poprzez ojca Corapi i oświadcza, że ojciec Corapi nie nadaje się do funkcjonowania jako kapłan (SOLT does not consider Fr. John Corapi as fit for ministry)."
Cały tekst oświadczenia można znaleźć TUTAJ.
Oczywiście ojciec Corapi, czy też teraz "mister Corapi" odrzuca te oskarżenia, przynajmniej niektóre, twierdząc, że nie są one prawdziwe. Jednak fakty o jego materialnym statusie są faktami. Także to, że został on złapany przez policję jadąc po pijanemu samochodem także jest faktem. Najsmutniejsze jednak jest to, że okazał się on hipokrytą, który co innego głosił, a co innego praktykował.
Na stronie Johna Corapiego można zobaczyć jego video, gdzie się broni przeciw zarzutom i mówi o swych dalszych planach. W skórzanej kurtce z napisem "Harley Davidson", z uczernioną brodą (która na starszych filmach jest już mocno posiwiała) widzimy zupełnie inny image tego człowieka. Człowieka, który 20 lat temu składał na ręce Jana Pawła Wielkiego przysięgę posłuszenstwa wobec przełożonych, a potem, wstępując do SOLT obietnicę życia w ubóstwie.
O księdzu Natanku nie będę wiele pisał, bo każdy zna jego sytuację i każdy ma swoją opinię na jego temat. I choć są między tymi kapłanami zasadnicze rozbieżności, to przecież widać także bardzo wiele podobieństw.
Przede wszystkim obaj ci mężczyźni pokazują nam wielką miłość do Boga. Obaj są doskonale wykształceni. Obaj mają wielki wpływ na współczesny Kościół i na szeregowych katolików. Obaj dostrzegają poważne problemy w tym Kościele. Obaj potępiają tumiwisizm, liberalizm, indyferentyzm, brak zaangażowania, także wśród niektórych biskupów. Obaj pragną powrotu "sacrum", poważnego traktowania Boga i naszej wiary.
Jednak obaj ulegli pokusom złego. Nie potępiam ich za to, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo musieli być kuszeni. Oni byli wielkim zagrożeniem dla kudłatego, więc zły z wielką werwą i przebiegłością postanowił to, co w nich dobre obrócić przeciw Kościołowi.
Obaj okazują nieposłuszeństwo przełożonym. Ojciec Corapi pozostał bardzo ortodoksyjny w swym nauczaniu, ale okazał się hipokrytą w swym prywatnym życiu. Nie stosuje się sam do tego, czego tak wspaniale naucza. Przez to stracił nie tylko twarz, ale stracił też swych słuchaczy. EWTN, katolicka rozgłośnia radiowa, która każdego dnia nadawała godzinny wykład ojca Corapiego, z oczywistych względów zaprzestała to robić. Ojciec Corapi co prawda ma teraz swą własną stronkę w Necie i planuje uruchomić internetowe radio, ale to już nie będzie to samo.
Ksiądz Natanek nie opuścił kapłaństwa, ale de facto spowodował kolejną schizmę. Ogłasza z ambony "prawdy", jakie otrzymuje od wizjonerki, która twierdzi, że Jezus do niej przemawia, ale które są pełne bredni i herezji, ogłasza nowe święta w Kościele (czy może raczej w swej nowej sekcie), oczernia i obmawia żyjących i zmarłych kardynałów Kościoła, publikuje swe rewelacje gdzie tylko się da, siejąc zamęt wśród katolików. A najsmutniejsze jest to, że między tymi badziewiami głosi on wiele rzeczy, które są dobre i które są nam dziś bardzo potrzebne. Rzeczy, które powinniśmy słyszeć na każdym kazaniu w naszych parafiach i katedrach, a których nie słyszymy nigdy.
Jednak ani jeden, ani drugi ksiądz nie ma już zębów. Nie ma moralnego prawa do nauczania w Kościele. Nie ma, bo się temu Kościołowi sprzeniewierzył. Czyli znowu zwycięstwo odniósł szatan. Ale to z pewnością nie jest ostatnie słowo w tej sprawie.
Bóg nie pozwoli sobie z siebie kpić. I z każdego zła wyprowadzi on jeszcze większe dobro. Tak, jak z reformacji Lutra w XVI wieku przyszło oczyszczenie Kościoła, jak odpowiedzią na reformację był wspaniały Sobór Trydencki, tak zapewne i z tego kryzysu wyniknie jakieś dobro. Smutne jest jednak to, że czasem taki kryzys musi zaistnieć, byśmy na serio zauważyli problemy, jakie są wokół nas. Bo pomijając już inne aspekty, jak problem pychy, czy inne psychologiczne uwarunkowania rządzące takimi osobami jak Luter, czy Natanek, to przecież jest oczywiste, że ich motywacja wynikała także z tego, że spostrzegali wokół siebie wiele zła. Także z tego, że było dla nich oczywiste, że coś należy zrobić, bo tak dalej być nie może.
Jednak droga, którą poszli Natanek i Corapi nie jest dobrą drogą. Nie prowadzi do niczego, poza rozbiciem, skłóceniem i podziałami. A z tego cieszy się tylko zły. Przykładem powinien być św. Franciszek, nie Luter. Kościół w swej historii miał wielu reformatorów i wielu "deformatorów", a to, co ich odróżniało, to posłuszeństwo wobec Kościoła.
Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (Mt 23, 2-3)
Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)
Komentarzy: 59
Saturday,25 June 2011,17:23
Kategoria: Kościół Saturday, 25 June 2011, 17:23
Pisałem dwukrotnie już na mym blogu o ojcu Corapim. Najpierw było to świadectwo, czy też może biografia tego niezwykłego człowieka. Później, jakieś trzy miesiące temu, napisałem ze smutkiem o oskarżeniu go o niemoralne zachowanie w stosunku do jakiejś dorosłej kobiety i o nadużywanie alkoholu i zażywanie narkotyków. Ojciec John został odsunięty od wszelkich działań związanych z jego kapłaństwem, nie mógł publicznie głosić kazań, ani sprawować sakramentów i czekał na wnioski ze śledztwa, jakie Kościół miał przeprowadzić.
Kilka dni temu ojciec John ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Był to prawdziwy szok dla wielu z nas. Ja, gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, zresztą od pana Franka Kucharczaka, nie mogłem w to uwierzyć. Jednak nie trudno było to potwierdzić, przeglądając amerykańskie, katolickie portale.
W moich poprzednich notkach o ojcu Corapim napisałem między innymi:
„Ojciec Corapi jest dziś chyba najbardziej znanym kaznodzieją w Stanach Zjednoczonych. Ma niesamowity dar mówienia prostym językiem prawdy. Nagrał setki wykładów, konferencji, kazań, przemów, gdzie naucza katolickiej, ortodoksyjnej wiary. Przez lata przemierzał Stany wzdłuż i wszerz, głosząc Słowo Boże we wszystkich stanach i w wielu innych krajach.”
„Niesamowita postać i niesamowity przykład Bożego Miłosierdzia w działaniu. Pokazujący nam także i to, że czasem musimy wszystko stracić i dosłownie wylądować na ulicy, by usłyszeć głos Boga. Bogactwo, pieniądze, sława – to nie jest błogosławieństwo. Bardzo często jest odwrotnie. Błogosławieni ci, o których mówił Pan Jezus w ostatnią niedzielę. Cisi, ubodzy w duchu, ci, co się smucą… Tak trudno nam to czasem zrozumieć. Dlatego tak dobrze się słucha ojca Corapi, bo on nie teoretyzuje. On to przeżył i jak on to nam powtarza, to można mu wierzyć.”
„Corapi nie jest oskarżony o nic, co byłoby karane przez prawo. Nie są w to zamieszane żadne nieletnie osoby. Nie ma to żadnego związku z homoseksualizmem, czy pedofilią. Była pracownica, osoba pełnoletnia, oskarżyła go nie u prokuratora, czy na policji, ale u kilku, czy kilkunastu biskupów, rozsyłając do nich list. Nie ma na razie żadnych podstaw, by jej wierzyć. A jednak potraktowano ojca Corapiego jakby już udowodniono mu jakieś przestępstwo, lub przynajmniej niemoralne zachowanie.”
Nie chcę tu przepisywać tego, co każdy sam może sobie przeczytać. Chodzi mi jedynie o pewne wprowadzenie do tematu. Uważałem i nadal uważam tego kapłana za osobę niezwykłą. Jego wykłady, kazania, nauki są wspaniałe, pełne miłości do Jezusa i Jego Matki, i zawsze zgodne z nauką Kościoła. To bardzo tradycyjny kapłan i mimo pięciu dyplomów wyższych uczelni i doktoratu z teologii daleki jest od wszelkich wymądrzań się. Ma wiarę jak małe dziecko i jak dziecko przyjmuje wszystko, czego naucza Kościół.
Ponieważ takie jest moje zdanie o nim, to z tym większym bólem serca przyjąłem jego decyzję porzucenia kapłaństwa. Dlatego chciałbym się tu podzielić z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. I nie będzie to ani obrona jego decyzji, ani nie będzie to oskarżenie. Nie znam wszystkich faktów, lecz jedynie te, które są dostępne w Internecie. A to zapewne jedynie niektóre. Nie znam motywacji oskarżycieli, ani sędziów ojca Corapiego i nie czytam w jego sercu. Mogę tylko wysłuchać to, co on sam mówi i przyjąć to za dobrą monetę. Jednak cala ta sytuacja jest dla mnie niezwykle bolesna.
Ojciec Corapi w dniu 17 czerwca na swej stronie napisał między innymi:
„W najbliższą niedzielę, 19 czerwca, jest Niedziela Trójcy Świętej w liturgicznym kalendarzu Kościoła i Dzień Ojca w świeckim kalendarzu. To dzień, którego nigdy nie zapomnę. To będzie dwudziesta rocznica moich święceń kapłańskich. Przez dwadzieścia lat byłem nazywany „ojcem”. […]
\"Wszystko się zmienia, tylko Bóg pozostaje niezmienny, więc muszę wam powiedzieć o zasadniczej zmianie w moim życiu. Nie będę uczestniczył więcej w publicznym życiu jako kapłan. Są pewne osoby posiadające władzę w Kościele, które pragną, bym odszedł, więc odejdę.\" […]
\"Obecne zarzuty, o których słyszeliście, pochodzą, o ile wiem, od osoby, której pomogłem w życiu więcej, niż jakiejkolwiek innej osobie. Wybaczam jej i mam nadzieję, że spotkają ją same dobre rzeczy.\" […]
\"Kocham Kościół Katolicki i akceptuję to, co doszło do mnie. Niestety procedury, jakie są przestrzegane, są ze swej natury pełne wad, ale biskupi mają najwidoczniej moc działania tak, jak im pasuje. Nie mogę tu rozciągle tłumaczyć co do mnie dotarło, ale mogę zdradzić, że najbardziej prawdopodobne jest to, że zostanę zawieszony na zawsze, aż wszyscy o mnie zapomną. Nie mogą mi udowodnić żadnej winy, bo jestem niewinny i nie mogą udowodnić mojej niewinności, bo to nielogiczne i niemożliwe. Wszystkie cywilizowane społeczeństwa to wiedzą. Ale najwyraźniej nie wiedzą tego niektórzy liderzy Kościoła Katolickiego.\"
\"Po przeanalizowaniu całej sprawy mam tylko dwa możliwe wyjścia. 1. Mogę się cicho położyć i umrzeć, albo 2. Mogę kontynuować robienie tego co robię w sposób taki, w jaki jest to dla mnie możliwe.\"
\"Ja nie zacząłem tego procesu. Biskup Corpus Christi w Teksasie nakazał to moim przełożonym, wbrew ich woli i ocenie sytuacji. Zagroził im, że wyśle naganny i paszkwilancki list do wszystkich biskupów amerykańskich, jeżeli mnie nie zawieszą. Miał do tego prawo i ja sam mu to prawo przyznaję. Biskupi nie są związani prawnymi procedurami nakazanymi przez prawo cywilne, gdy chodzi o wewnętrzne sprawy Kościoła.”
Dalej ojciec Corapi pisze, że jedynie domyśla się kto go oskarżył i jedynie domyśla się o co jest oskarżony. Nigdy mu tego nie powiedziano, zamykając wręcz możliwość obrony. Śledztwo prowadzi, według niego, osoba kompletnie niekompetentna. Nie ma żadnych zasad dotyczących dowodów, czy obowiązujących procedur w tym śledztwie. Jest on uznany za winnego, dopóki on sam nie udowodni inaczej. Nie ma żadnego prawa do zobaczenia dowodów jakie przekazuje strona oskarżająca. Oskarżyciele nie dostarczyli żadnych nazwisk świadków i Corapi nie ma prawa do zadania im żadnych pytań.
Dalej Corapi przypomina, że ani prawo kanoniczne, ani cywilne nie nakazuje takiego postępowania. Prowadzący śledztwo ignorują lub łamią zarówno normy prawa cywilnego, jak i kanonicznego, jak tylko jest im wygodnie.
Tak to wygląda ze strony ojca Corapi. Albo raczej tak to się stara on nam przedstawić. Jednak są pewne inne niepokojące fakty, o których nie wspomina on wcale. Jednak by o nich powiedzieć należy najpierw powiedzieć parę słów o wspólnocie do której należy, czy może już teraz należał ojciec Corapi.
Society of Our Lady of the Most Holy Trinity to stosunkowo nowa wspólnota, założona w 1958 roku. Strukturalnie różniła się dość znacznie od tradycyjnych zakonów, takich jak franciszkanie, czy jezuici. Poszczególne misje musiały być samowystarczalne i taka miała być misja ojca Corapi. On sam mieszkał w Montanie, daleko od swych przełożonych z Corpus Christi w Teksasie, a jego działalność finansowała założona przez niego instytucja pod nazwą „Santa Cruz Media”. Zezwolił mu na to sam założyciel zgromadzenia i choć od tamtego czasu finansowe zasady działania Wspólnoty zmieniły się, ojca Corapi nadal obowiązywało poprzednie ustalenie.
Corapi nazywa siebie samego teraz „Black sheep dog”. Trudno jednoznacznie to zinterpretować, bo mamy tu połączone dwa określenia: „Black sheep” to czarna owca, a „sheep dog” to owczarek. Określając się w ten sposób ojciec Corapi niejako uznaje się, zapewne ironicznie, za czarną owcę, pamiętając jednak, że jest pasterzem pilnującym owiec.
Ciekawe i zastanawiające jest jednak to, że ojciec Corapi nie wymyślił tego określenia ani teraz, gdy zdecydował się na odejście od kapłaństwa, ani nawet trzy miesiące temu, gdy został oskarżony. Okazuje się, że Santa Cruz Media już 8 kwietnia 2010 roku, na wiele miesięcy przed oskarżeniami, zgłosiły ten slogan do uznania go za zastrzeżony znak towarowy. Jednak zastanawiające jest to, że właśnie teraz, dziesiątego maja 2011, uzyskano potwierdzenie rejestracji tego znaku towarowego.
Ojciec Corapi pisze autobiografię, która niewątpliwie będzie fascynującą lekturą. Ma być wydana wkrótce i jej tytuł to “The Black Sheep Dog”. Jednak nie da się napisać książki w parę dni. Wygląda więc na to, że to już przed rokiem, wraz z rejestracją tego określenia ojciec Corapi zaczął pisać swe wspomnienia.
Oczywiście mając takie życie jak on dobrze jest je opisać. Dać świadectwo. Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się to być sprawą oczywistą i bardzo jednoznaczną. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd Hollywoodu, wpada w nałóg narkomanii i traci swój piękny dom w Beverly Hills, traci swoje czerwone Ferrari i zostaje bezdomnym bumem. Mieszka na ulicy. Dzięki modlitwom swej matki otrzymuje łaskę nawrócenia, staje na nogi, spowiada się pierwszy raz od kilkudziesięciu lat i zostaje księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez błogosławionego Jana Pawła II, zostaje wysłany na misję do rodzinnych Stanów Zjednoczonych. Co za wspaniała historia. Tylko teraz ten zgrzyt…
Jeszcze raz podkreślę, nie wydaję sądu w samej sprawie. Nie wiem, czy oskarżenia są prawdziwe, czy nie. Wierzę, że takie nie są, ale moje subiektywne przekonanie nie ma tu nic do rzeczy. Wiem jednak, że jest jeszcze jeden niepokojący element w całej tej sprawie.
Ojciec Corapi wspominał, że nie może się ani kontaktować ze świadkami, czy z oskarżycielką, ani nawet, że nie jest do końca pewien kim ona jest. Że jedynie może się tego domyślać. Nie wspomniał jednak tego, że pracownicy Santa Cruz Media musieli podpisywać oświadczenie, że odchodząc zachowają tajemnicę w sprawie wszystkiego, czego byli świadkami w czasie swej pracy. Za podpisanie tego oświadczenia otrzymywali pieniądze. Nie wspominał też, że podał do sądu osobę, która jest tu najprawdopodobniej tą oskarżającą, o złamanie warunków tego oświadczenia.
Oczywiście są pewne prawne i logiczne powody dla których można takiego oświadczenia wymagać. Na przykład po to, by zachować w tajemnicy informacje o klientach, by zachować anonimowość tych, którzy wspomagają organizację finansowo, by wreszcie uchronić pomysły i projekty, którymi się dana organizacja zajmuje przed skopiowaniem, czy skradzeniem ich przez inne organizacje. Trudno jednak sobie wyobrazić, by to oświadczenie było tak skomponowane, by zawierało ono aż tak szeroki zakres spraw, że zgłoszenie do władz o niemoralności pewnych zachowań w czasie pracy w danej organizacji byłoby naruszeniem tego kontraktu. A tu najwyraźniej mamy do czynienia z taką sytuacją.
Ojciec Corapi się skarży, że nie ma możliwości rozmawiania z oskarżającą go osobą, broni się też mówiąc, że inne osoby wycofały się z oskarżania go. Jednak wygląda to zupełnie inaczej, gdy spojrzymy na to przez pryzmat faktu, że to on podał do sądu tę osobę, która go oskarżyła. Inne mogą po prostu czuć się zastraszone, obawiając się także kłopotliwych i kosztownych procesów sądowych, a ta osoba, która go oskarżyła także nie bardzo może poddać się żądaniom adwokatów Corapiego, gdy równocześnie jest przez nich sądzona za złamanie kontraktu, który podpisała.
Sprawa zatem jest bardzo skomplikowana i z pewnością nie jest jednoznaczna. Bo ja rozumiem, że są w Kościele osoby, także wśród hierarchów, którym zależy na uciszeniu ortodoksyjnych głosów mających wpływ na miliony wiernych. Ojciec Corapi był takim głosem. Liberałowie w Kościele drżeli przed nim. Mieliśmy przecież podobną sytuację z radiem Matki Angeliki. Ona sama, bojąc się, że liberalni hierarchowie w amerykańskim Kościele zmuszą ją do oddania im kontroli nad jej medialnym imperium, zdecydowała się na przekazanie go w ręce świeckich osób, którym ufała bardziej, niż konferencji amerykańskich biskupów.
W pewnym sensie ojciec Corapi zdecydował się na podobny krok, ale jest tu pewna zasadnicza różnica. Matka Angelica zaufała Jezusowi, sama oddając się temu, czym było jej pierwsze powołanie. Wróciła za kratę, bo przecież jest ona klaryską, kontemplacyjną mniszką. Pozostała wierna swemu powołaniu, zostawiając sprawy światowe, zostawiając media opiece bożej i zaufanym współpracownikom.
To, na co zdecydował się ojciec Corapi, opuszczenie przez niego kapłaństwa, jest właśnie najbardziej bolesne w tej sprawie. Tego właśnie nie mogę do końca zrozumieć, ani w żaden sposób zaakceptować. Zaledwie trzy miesiące po oskarżeniu zdradza swoje powołanie, zdradza Jezusa, by zacząć nową działalność już jako osoba świecka.
W pewnym sensie lepiej jest, że tak się stało, niż gdyby miał on stać się buntownikiem wobec biskupa, pozostając aktywnym, choć odsuniętym od możliwości działania księdzem. Jest to z pewnością lepsza sytuacja niż taka, w jakiej znajduje się, powiedzmy, pewien ksiądz krakowskiej archidiecezji, który mimo zakazów i upomnień aktywnie działa, także poprzez youtube, siejąc zamęt i powodując rozłamy w Kościele.
Nie chodzi tu jednak o to, co jest większym, a co mniejszym złem. Nie chodzi o to, czy lepiej być księdzem buntownikiem, czy lepiej opuścić kapłaństwo. Lepiej być po prostu świętym, a zwierzchnikom zawsze posłusznym. Mamy w historii dziesiątki, setki przykładów fałszywych oskarżeń kapłanów, którzy w pokorze nieśli ten krzyż. Każdy z nas zna taki fakt np. w życiu Padre Pio. On jednak poddał się decyzji przełożonych bez słowa protestu, ufając, że Bóg sam doprowadzi do wyjaśnienia kontrowersji. Niektórzy święci czekali całe dziesięciolecia na wyjaśnienie i zdementowanie fałszywych oskarżeń. Ojciec Corapi nie czekał nawet trzech miesięcy.
Szkoda. Pozostaje pewien niesmak i smutek, że akurat tak się to wszystko potoczyło. Musimy jednak pamiętać także, że to, co tu opisuję to są jedyniue skutki wynikające z pewnej przyczyny. A przyczyną tą są ataki złego na Kościół, na kapłaństwo, na Jezusa.
Corapi jest tu ofiarą niezależnie od tego, czy oskarżenia pod jego adresem są prawdziwe, czy nie. On sam wielokrotnie mówił o tym jak bardzo niesprawiedliwy jest dziś proces osądzania oskarżanych księży. Mówił o tym, że księża są uznawani za winnych z samego faktu oskarżenia i to oni muszą udowodnić swą niewinność, gdy tymczasem każdy powinien być uważany za niewinnego, dopóki nie udowodni się mu winy.
Wiele tych przypadków dotyczy spraw sprzed wielu lat. Pamięć ludzka jest zawodna, świadkowie są niemożliwi do odnalezienia, motywacja oskarżeń często jest finansowa, bo Kościół wypłaca milionowe odszkodowania – zatem wiele takich przypadków to były zwykłe oszustwa i naciąganie Kościoła. Ale przy okazji wielu kapłanom złamano życie.
Kościół dawniej popełnił wiele błędów w ocenie przypadków niemoralnego zachowania się księży. Reakcje Kościoła, wynikające zresztą z tego, co podopwiadali swieccy lekarze i psychologowie, okazały się po latach błędne i zamiast skorygować problem zamiatały go pod dywan, albo przenosiły w inne miejsce. Kosztowało to nas wszystkich wiele pieniędzy i nawet więcej; Utratę wiarygodności i posądzenie o złą wolę. Teraz więc Kościół dmucha na zimne. Teraz działa on tak ostrożnie, że czasami mamy wrażenie, że wylano dziecko z kąpielą. Dziś wystaczy nawet często bezpodstawne oskarżenie, o coś, co się wydarzyło przed wielu laty, by uznać księdza za winnego. Nie dając mu nawet szans na obronę.
Nie wiem zatem, czy przypadek ojca Corapi jest kolejnym przykładem zniszczenia świętego kapłana przez fałszywe oskarżenie, czy też kolejnym przypadkiem człowieka, który uległ pokusie i powrócił do swych dawnych grzechów. Tak źle i tak niedobrze. Żałuję, że nie okazał się on taką osobowością jak wielcy święci w pokorze znoszący fałszywe oskarżenia. Nie oskarżam go jednak, bo sam pewnie też bym nie potrafił w sobie tyle pokory znaleźć. Ale zawsze boli, gdy nasze ideały spadają z piedestałów i okazują się tylko ludźmi. Grzesznymi ludźmi.
Będzie interesujące to, jak dalej potoczą się losy Johna Corapi. Ma on dziś w USA wiernych wyznawców, gotowych pójść za nim wszędzie gdzie ich ten czarny owczarek zaprowadzi. Ma też wrogów, rozżalonych słuchaczy swych wykładów, którzy uważali go za chodzącego świętego i których zaufanie zawiódł. Myślę, że najwięcej jednak jest ludzi takich jak ja. Pamiętających o nim w modlitwie, zmartwionych, ale nie wiedzących do końca co się dzieje. Czas pewnie pokaże i dojdziemy do prawdy, ale zła, które się dzieje teraz nie będzie się dało do końca naprawić.
Dlatego tak ważne wydają mi się modlitwy za naszych kapłanów i za wszystkich wierzących. Byśmy wytrwali w wierze. Zły będzie ich i nas atakował. On się nie zraża tym, że ktoś jest „bardzo święty”. Im trudniejsze wyzwanie dla kudłatego, z tym większą zaciekłością atakuje. Kusił przecież samego Jezusa. Zupełnie inaczej, niż my.
My często nie chcemy się modlić za największych grzeszników, uważając ich za naszych wrogów, godnych potępienia. Ale myśląc w taki sposób myślimy dokładnie tak, jak szatan. On właśnie tego od nas oczekuje. Tymczasem powinniśmy walczyć o każdego. Największego świętego spośród żyjących i największego grzesznika. Bo nikt nie jest bezpieczny. Święci tracą wiarę, a grzesznicy się nawracają i tylko my możemy zapobiec temu pierwszemu, a umożliwić to drugie.
Poniżej kilka linków do angielskojęzycznych materiałów na temat ojca Corapi. Ja być może za parę miesięcy napiszę jak ta sprawa dalej się rozwija. Dziś po prosto proszę o modlitwę za niego i za wszystkich kapłanów. Także za wszystkie inne osoby, świeckie, za dziennikarzy piszących w katolickich mediach i za mnie także. O dar wiary musimy się modlić, bo jest to dar, który każdy z nas może utracić.
I choć jestem daleki od stwierdzenia, że ojciec Corapi tę wiarę traci i mam nadzieję, że pozostanie on zawsze bardzo ortodoksyjnie katolicki, to przecież widać wyraźnie, że coś złego się tu dzieje. Że mogło być inaczej, lepiej. I częściową winę za to ponosimy także my, zapominający o tym, jak bardzo są im, naszym pasterzom, potrzebne nasze modlitwy.
Angielskie źródła:
Jimmy Akin o ojcu Corapi
Portal "The Black Sheep Dog"
Kanał Johna Corapi na YouTube
Opinia byłego biskupa Corpus Christi, broniąca decyzji ojca Corapi
Wpisy na moim blogu:
Notka biograficzna o ojcu Corapi na moim blogu
Notka na temat oskarżenia ojca Corapi
WspolnotaMarto
Komentarzy: 37
Wednesday,22 June 2011,02:41
Kategoria: Kościół Wednesday, 22 June 2011, 02:41
Sienkiewicz jest jednym z moich ulubionych autorów, a Trylogia i Krzyżacy należą do moich ulubionych książek. Wiem, wiem, nie powalę tym oświadczeniem na kolana żadnych intelektualistów, ale co z tego? W niczym to nie zmienia faktu, że ciągle wracam do tych powieści, a niektóre fragmenty tych arcydzieł polskiej literatury, jak np. rozmowa Hlawy z okaleczonym Jurandem powracającym ze Szczytna, czy odczytanie listu króla Kazimierza w parafii pana Andrzeja Kmicica to prawdziwe majstersztyki i za każdym razem gdy czytam te fragmenty, ryczę jak bóbr:
Ksiądz czytał dalej:
"Przez tegoż księcia postrzelon, ledwie do zdrowia przyszedłszy, do Częstochowy się udał i tam piersią własną najświętszy przybytek osłaniał, przykład wytrwania i męstwa wszystkim dając; tamże z niebezpieczeństwem zdrowia i życia największe działo burzące prochami rozsadził, przy którym hazardzie pojman, na śmierć przez okrutnych nieprzyjaciół był skazany, a przedtem żywym ogniem palony."
Tu już płacz niewieści rozległ się tu i owdzie po kościele. Oleńka trzęsła się cała, jak w paroksyzmie febry.
"Ale i z tych srogich terminów mocą Królowej Anielskiej wyratowan, do nas na Śląsk się udał i w powrocie naszym do miłej ojczyzny, gdy zdradliwy nieprzyjaciel zasadzkę nam nagotował, pomieniony chorąży orszański samoczwart tylko na całą potęgę nieprzyjacielską się rzucił, osobę naszą ratując. Tam posieczon i rapierami skłuty, do pół boków we krwi własnej rycerskiej się pławiąc, z pobojowiska jako bez duszy był podniesion..."
Oleńka obie ręce przyłożyła do skroni i podniósłszy głowę, poczęła łowić w spieczone usta powietrze. Z piersi jej wychodził jęk:
- Boże! Boże! Boże!
I znów zabrzmiał głos księdza, także coraz bardziej wzruszony:
"A gdy staraniem naszym do zdrowia przyszedł i wtedy nie spoczął, ale dalsze wojny odprawował, z chwałą niezmierną stawając w każdej potrzebie, za wzór rycerstwu przez hetmanów obojga narodów podawany, aż do szczęśliwego zdobycia Warszawy, po którym do Prus pod przybranym nazwiskiem Babinicza był wyprawiony..."
Gdy to imię zabrzmiało w kościele, gwar ludzki zmienił się jakoby w szmer fali. Więc Babinicz to on?! Więc ów pogromca Szwedów, zbawca Wołmontowicz, zwycięzca w tylu bitwach to Kmicic?!... Szum wzmagał się coraz bardziej, tłumy poczęły cisnąć się ku ołtarzowi, aby go widzieć lepiej.
- Boże, błogosław mu! Boże, błogosław! - ozwały się setki głosów.
Ksiądz zwrócił się ku ławce i przeżegnał pana Andrzeja, który wsparty ciągle o stallę, do umarłego niż żywego był podobniejszy, bo dusza wyszła zeń ze szczęścia i uleciała ku niebiosom."
Wspominam powieści Sienkiewicza, bo opisują one zupełnie inną rzeczywistość, inny świat, niż ten, w którym nam przyszło żyć. I nie chodzi mi wcale o to, że dziś mamy elektryczność i samochody, Internet i telefony. Chodzi mi o to, że wtedy Bóg był obecny w życiu każdego człowieka, od rana do wieczora, a dziś wstydzimy się naszej wiary.
Ani Krzyżacy, ani Potop nie są religijnymi powieściami. Są to opisy przygód wspaniałych, mężnych rycerzy. Czasem hulaków, rozbójników, zdrajców - ale zawsze ludzi wiary. W tamtych latach było nie do pomyślenia, by można nie wierzyć w Boga. By można było wstydzić się Jezusa. Wstydem było przyznać się do niewiary.
Niedawno na Frondzie i w innych miejscach można było przeczytać o ciekawej inicjatywie breloczków z napisem "Nie wstydzę się Jezusa". Bardzo fajna inicjatywa, ale sam fakt, że coś takiego powstało świadczy, że my dzisiaj się Go wstydzimy. Dlatego potrzeba specjalnej akcji. By to przełamać. A ludzie tacy, jak np. Przemysław Babiarz, który publicznie oświadcza, że się Jezusa nie wstydzi, wyrastają wręcz na jakiś niezwykle odważnego bohaterów.
Bardzo mi pan Babiarz zaimponował swą wypowiedzią. Jest to bowiem to nie tylko zachęta do noszenia breloczków, ale prawdziwe świadectwo wiary i dowód na to, że on doskonale rozumie czym prawdziwe chrześcijaństwo jest. Jest to tym bardziej budujące, że dziś zredukowaliśmy naszą wiarę do godzinki dla Pana Boga tygodniowo, w niedzielę, pod warunkiem, że nam nic innego ważniejszego nie wypadło. I choć akurat mnie idea breloczków nie do końca przekonuje, być może dlatego, że od lat chodzę z dość dużym krucyfiksem na piersi i w podkoszulkach z katolickimi napisami, to lepsze to, niż nic. Na początek. Żal jednak, że zginęła ta rzeczywistość, jaka była jeszcze w czasach moich dziadków, rzeczywistość, gdy wstydem było nie przyznawać się do Jezusa.
Ale jak to możemy zmienić? Jedynie naszym przykładem. Nie bójmy się przeżegnać przed kościołem, nie wstydźmy się modlitwy przed posiłkiem w knajpie, czy w domu. Nie wstydźmy się zaprosić nasze dzieci i naszym współmałżonków do wspólnej modlitwy. Pokażmy innym, także naszym najbliższym, że codzienne życie i nasza wiara to nie są dwie oddzielne szufladki, ale że jest to coś, co jest ze sobą tak splątane, tak związane, że nie da się tego odseparować.
Ostatnie dni poświęciłem na zrobienie reportażu o życiu kierowcy. Reportaż zresztą jest tu zbyt wielkim słowem. Cejrowskim to ja nigdy nie będę, a i rzeczywistość, którą opisuję, nie jest tak fascynująca jak dorzecze Amazonki. Jednak nie zmienia to w niczym faktu, że mam swoich fanów, którzy oglądają wszystko co wrzucę na YouTube. Stąd pomysł zrobienia tego reportażu.
Wiem, że znakomita większość widzów moich filmików ogląda je dla ciężarówek, dla zobaczenia jak wygląda moja praca, a nie dla pogłębienia swej wiary. I moje filmy wcale nie są "religijne". Jednak staram się zawsze pokazać w nich, że jestem katolikiem. Albo raczej to jakoś samo wychodzi. Jak w powieściach Sienkiewicza. I to jest, wydaje mi się, bardzo ważne. Chodzi bowiem o to, by dać świadectwo tym młodym, i nie tylko młodym chłopakom. By pokazać, że można traktować sprawy wiary normalnie, że są to rzeczy istotne, których nie powinniśmy się wstydzić.
Przemysław Babiarz powiedział: "Wiem, że nie każdy jest mężny. Ja sam jestem raczej człowiekiem słabym i lękliwym, ale odwagi dodaje mi po pierwsze sam Chrystus, a poza tym inni ludzie, na których patrzę, którzy wobec mnie dają świadectwo i którzy mnie umacniają". I taki cel mają także moje filmiki. Umocnienia innych w wierze, dodania im odwagi, tak jak mnie umocniła wypowiedź Babiarza.
Zapraszam do zobaczenia wypowiedzi pana Przemysława Babiarza i zapraszam do rzucenia okiem na mój reportaż. Siódmy odcinek powstał w niedzielę, gdy mogłem sobie zrobić dzień przerwy i gdy odwiedziłem jakąś amerykańską parafię gdzieś w Południowej Dakocie. To najbardziej "religijny" odcinek mojego mini-serialu, ale we wszystkich można zobaczyć to, co było tak oczywiste w czasach opisywanych przez Sienkiewicza, a co trochę zaginęło ostatnimi czasy. Ale tylko od nas zależy, czy to zaginie na zawsze, czy powróci. Bo czy to będzie Babinicz, czy Babiarz, to trzeba prawdziwego twardziela, a nie baby, by się przyznać do Jezusa. I choć dziś jest to trudniejsze niż przed wiekami, to przecież nie jest to wcale niemożliwe. Pokazał to pan Przemysław i staram się to także pokazać ja sam.
Przemysław Babiarz na YouTube
Mój kanał na Youtube
Pierwszy odcinek reprtażu
Odcinek siódmy, niedziela.
Komentarzy: 15
Tuesday,06 December 2011,17:36
Kategoria: Kościół Tuesday, 06 December 2011, 17:36
Szczęść Boże!
Witam wszystkich w tym świątecznym dniu.
Przede wszystkim przepraszam, że nie odzywałem się tak długo. Ale gdy ktoś chce mnie odszukać, wie, że zawsze o 21 staramy się wspólnie modlić poprzez stronę www.truck27.com. Dużo pracy ostatnio plus moje forum i reportaż z podróży na YouTube, który także jest ważnym narzędziem ewangelizacyjnym. Dzięki takim filmom docieram do tysięcy młodych chłopców, z których wielu jest daleko od Boga.
Dziś Dzień Zesłania Ducha Świętego. Trudno nie wrócić pamięcią do historycznego wołania do Ducha Świętego przez naszego papieża, błogosławionego Jana Pawła, jakie miało miejsce w czasie Jego pierwszej pielgrzymki do Polski w 79 roku. I trochę smutno, że jakoś nie możemy się dopatrzyć owoców tego wezwania.
Nie jest to do końca prawdą, bo Polska dzisiaj jest zupełnie innym krajem, niż była 32 lata temu. Jednak w sferze duchowej, w kwestiach wiary wygląda, jakbyśmy ponieśli sromotną klęskę. Sondaże przedwyborcze pokazują, że co najmniej dwie trzecie Polaków będą głosować na partie mniej lub bardziej otwarcie antychrześcijańskie, premier buńczucznie zapowiada, że jego rząd "nie będzie klękał przed księdzem", a społeczeństwo się tym zachwyca. Po odzyskaniu wolności politycznej, po latach nauczania papieża, którego tak wszyscy kochamy - większość Polaków oddaje się w niewolę duchową bezbożnej ideologii. W imię czego? Niespełnionych i niewykonalnych obietnic?
Jednak nie o polityce tu piszę, ale o duchowym aspekcie naszej rzeczywistości. Ciągle jest nas mało. Za mało. Nie słychać jakiegoś głosu, ze strony Kościoła, który by nawoływał do modlitewnej krucjaty, do odnowy serc naszych rodaków. Wiele polityki w katolickich mediach, mało miłości, zaufania Bogu i błagania tego Boga o pomoc i ratunek. Tylko On nam może pomóc. Tylko On może odmienić rzeczywistość. Nie PiS, nie Kaczyński, nie Jurek, czy jakakolwiek polityczna partia. Albo raczej - bez zaplecza milionów gorących chrześcijan żadna partia nie dokona niczego.
Węgrzy pokazali, że się da. A my, Polacy? A my, Polacy nic. Nie wszyscy, nie chcę obrażać nikogo, ale mówię o większości mieszkańców Rzeczypospolitej. Nam dobrze w naszej letniej (nie od "lata", ale od "letniości") rzeczywistości. Kto by tam sobie zawracał głowę Bogiem i Jego przykazaniami. Głodu nie ma, wojny nie ma, ponarzekamy, że droga benzyna, ponarzekamy, że kulawa demokracja, na wybory nie pójdziemy, albo zagłosujemy na "mniejsze zło", bo wstyd przed Europą głosować na tych "nawiedzonych" i zimnym piwkiem tudzież bełkotem z telewizji zalejemy nasze umierające sumienie.
Ja jednak jestem optymistą. Bo choć mało nas w naszej Wspólnocie, to wiem, że Bóg nie żąda od nas sukcesów, lecz wierności. Zatem wytrwajmy. Dziesięciu sprawiedliwych mogło ocalić Sodomę. Módlmy się za naszych biskupów i za naszych polityków. I nie traćmy ducha, bo zwycięstwo jest nasze. Nawet, gdy czasem tego nie widzimy, gdy opadają ręce i tracimy nadzieję.
"Niech zstąpi Duch Twój! I odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi!"
hiob
PS. Powyższy tekst jest moim listem do naszejWspólnoty Marto, www.WspolnotaMarto.com
Komentarzy: 87
Tuesday,05 April 2011,06:55
Kategoria: Kościół Tuesday, 05 April 2011, 06:55
Pisałem już parokrotnie o naszej Wspólnocie Marto. Kilka razy zapytały mnie różne osoby o to, czy mamy jakiegoś kierownika duchowego. Początkowo nie mieliśmy, potem podałem, że już mamy, teraz chciałbym to ponownie skorygować. Bo niby mamy, a nie mamy. Dlaczego? Bo niby jesteśmy wspólnotą, ale nie jesteśmy. Dlaczego? Bo niby…
Bo niby co? Jak to jest z naszym katolicyzmem? Czy pewne radio jest "katolickim głosem w każdym domu", czy tylko rozgłośnią propagującą pewną polityczną opcję? A jak jest katolickim głosem, to dlaczego? Bo założona przez księdza? A co z księżmi, którzy nie głoszą tego, co naucza Kościół? Czy oni są katolickim głosem? A co z poświęconym portalem? Czy poświęcony, to już katolicki, czy niekoniecznie? I kto o tym decyduje? A tygodniki katolickie? Niedziela? Gość Niedzielny? A Tygodnik Powszechny? Powszechny to niby znaczy katolicki, ale czy także Katolicki?
Ks. Tomasz Seweryn, z którym rozmawiałem powiedział, że może być kierownikiem duchowym każdego z nas, natomiast nie może być kierownikiem duchowym naszej wspólnoty, która jeszcze formalnie nie jest katolicka. Wyjaśniam w ten sposób nieścisłość, którą podałem wcześniej. Bardzo cenię sobie opinię księdza Tomasza i rozumiem jego stanowisko. Jestem mu także wdzięczny, że wyraża zgodę na nieformalną opiekę nad nami. Ale chciałem wyjaśnić, że nie należy go utożsamiać z naszą Wspólnotą, czy uważać za formalnego jej członka, czy kierownika. Piszę o tym, bo moja poprzednia informacja mogła zasugerować, że jest inaczej.
Ks. Tomasz Seweryn jest kapłanem archidiecezji katowickiej, wieloletnim duszpasterzem, nauczycielem dyplomowanym z dwudziestoletnim stażem, wykładowcą akademickim na Uniwersytecie Papieskim im. Jana Pawła II w Krakowie, rekolekcjonistą. Autor licznych artykułów publikacji z teologii życia duchowego. Zajmuje się duchowością laikatu, medytacją, kontemplacją, prowadzi msze o uzdrowienie duszy i ciała. Aktualnie przebywa w Portland, w stanie Oregon. Jego strona internetowa: http://www.ks.seweryn.com.pl/
Jednak co to znaczy być "formalnym katolikiem"? Co znaczy, że jakaś wspólnota formalnie należy do Kościoła? Ksiądz Tomasz podesłał mi dziś bardzo ciekawy fragment tekstu opublikowanego w Watykanie. Zacytuję go tutaj:
- Kościół katolicki potrzebuje aktywnych członków, którzy prowadzą blogi, a blogerzy potrzebują Kościoła katolickiego, zwłaszcza w celu przypomnienia im o cnocie miłości koniecznej w pisaniu – powiedział uczestnikom spotkania blogerów w Watykanie Rocco Palmo, autor książki "Whispers in the Loggia".
Spotkanie, sponsorowane przez papieską radę do spraw kultury i komunikacji społecznej, odbyło się 02 maja br. Przyjęto na nim 150 wniosków – podzielonych w zależności od języka i tego, czy blog jest prowadzony przez osobę prywatną, czy instytucję – o dopuszczenie do rady. Richard Rouse, urzędnik w radzie kultury, poprosił na spotkaniu, aby zachęcać innych urzędników kościoła do prowadzenia dialogu z lokalnymi blogerami. Celem spotkania w Watykanie było uznanie roli blogów w nowoczesnej komunikacji i nawiązania dialogu między blogerami a Watykanem.
Ojciec Roderick Vonhogen, holenderski kapłan i autor publikacji "Katholiek Leven" wykazywał, że blogowanie pozwala mu być pasterzem dla ludzi, którzy go potrzebują, a dziennikarka Elizabeth Scalia przypomniała, że podczas gdy media głównego nurtu postrzegają blogi jako sposób na autopromocję, blogi katolickie są zazwyczaj źródłem "katolickiej jasności". "Kościół nas potrzebuje" – powiedziała – "Potrzebuje nas do ewangelizacji, do rozpowszechniania rzetelnych, zgodnych z prawdą informacji".
Zdaniem Scalii blogerzy również potrzebują Kościoła i jego pasterzy, którzy będą im przypominali, że miłosierdzie Boże dociera do wszystkich ludzi i że Jezus chce zjednoczyć swoje owce. Abp Claudio Celli, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu, wyraził zadowolenie z przyjazdu blogerów do Watykanu i powiedział im, że Watykan chciał rozpocząć dialog między wiarą a nowym wymiarem kultury – blogosferą.mż/catholicnews.com
Dekret o apostolstwie świeckich "APOSTOLICAM ACTUOSITATEM", dokument Drugiego Soboru Watykańskiego głosi (wszystkie podkreślenia moje):
DA 1. Święty Sobór chcąc spotęgować działalność apostolską Ludu Bożego, zwraca się z troską do wiernych świeckich, o którym szczególnym i bezwzględnie koniecznym udziale w posłannictwie Kościoła wspominał już na innych miejscach. Nigdy bowiem nie może w Kościele zabraknąć apostolstwa świeckich, które wypływa z samego ich powołania chrześcijańskiego. Jak samorzutna i jak owocna była tego rodzaju działalność w zaraniu Kościoła, pokazuje jasno samo Pismo św. (por. Dz 11,19-21; 18,26; Rz 16, 1-16; Flp 4,3). Nasze zaś czasy wymagają od ludzi świeckich nie mniejszej gorliwości; co więcej, dzisiejsze warunki żądają od nich o wiele intensywniejszego i szerzej zakrojonego apostolstwa.[…]
DA 2. […] Istnieje w Kościele różnorodność posługiwania, ale jedność posłannictwa. Apostołom i ich następcom powierzył Chrystus urząd nauczania, uświęcania i rządzenia w Jego imieniu i Jego mocą. Jednak i ludzie świeccy, stawszy się uczestnikami funkcji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej Chrystusa, mają swój udział w posłannictwie całego Ludu Bożego w Kościele i na świecie. I rzeczywiście sprawują oni apostolstwo przez swą pracę zmierzającą do szerzenia Ewangelii oraz uświęcania ludzi i do przepajania duchem ewangelicznym oraz doskonalenia porządku spraw doczesnych, tak że ich wysiłek w tej dziedzinie daje jawnie świadectwo o Chrystusie i służy zbawieniu ludzi. Ponieważ zaś właściwością stanu ludzi świeckich jest życie wśród świata i spraw doczesnych, dlatego wzywa ich Bóg, by ożywieni duchem chrześcijańskim, sprawowali niczym zaczyn swoje apostolstwo w świecie.
DA 3. Obowiązek i prawo do apostolstwa otrzymują świeccy na mocy samego zjednoczenia swojego z Chrystusem – Głową. Wszczepieni bowiem przez chrzest w Ciało Mistyczne Chrystusa, utwierdzeni mocą Ducha Świętego przez bierzmowanie, są oni przeznaczeni przez samego Pana do apostolstwa. […]
DA 9. Świeccy prowadzą różnorodną działalność apostolską tak w Kościele, jak i w świecie. W obydwu tych dziedzinach otwierają się różne pola pracy apostolskiej, spośród których pragniemy tu wymienić główniejsze. Są to: wspólnoty kościelne, rodzina, młodzież, środowisko społeczne, sprawy narodowe i międzynarodowe. […]
DA 10. Jako uczestnicy funkcji Chrystusa – Kapłana, Proroka i Króla, mają świeccy swój czynny udział w życiu i działalności Kościoła. We wspólnotach kościelnych działalność ich jest do tego stopnia konieczna, że bez niej apostolstwo samych pasterzy nie może zwykle być w pełni skuteczne. Świeccy bowiem, ożywieni duchem prawdziwie apostolskim, uzupełniają to, czego nie dostaje im braciom, i pokrzepiają ducha zarówno pasterzy, jak i reszty wiernego ludu (por. 1 Kor 16,17-18), na wzór owych mężów i niewiast, którzy wspomagali Pawła w głoszeniu Ewangelii (por. Dz 18,18-26; Rz 16,3). Oni bowiem, czerpiąc siły z czynnego udziału w życiu liturgicznym swojej wspólnoty, gorliwie uczestniczą w jej pracach apostolskich; pociągają do Kościoła ludzi, trzymających się może z dala od niego; współpracują usilnie w głoszeniu słowa Bożego zwłaszcza przez katechizację; oddając na usługi Kościoła swoją wiedzę fachową, usprawniają pracę duszpasterską, a także zarządzanie dobrami kościelnymi.[…]
DA 12. […] Niech dorośli starają się nawiązać z młodzieżą przyjacielski dialog, co pozwoli obu stronom, po przezwyciężeniu różnicy wieku, poznać się wzajemnie i podzielić się nawzajem wartościami właściwymi każdej stronie. Dorośli powinni pobudzać młodzież do apostolstwa najpierw przykładem, a przy sposobności roztropną radą i wydatną pomocą. Młodzi zaś niech żywią wobec starszych szacunek i zaufanie; a chociaż z natury skłaniają się do nowości, winni jednak otaczać należną czcią chwalebne tradycje. […]
DA 13. Apostolstwo w środowisku społecznym, a mianowicie staranie się o kształtowanie w duchu chrześcijańskim sposobu myślenia i obyczajów, praw oraz ustroju własnej społeczności, jest tak dalece zadaniem i obowiązkiem świeckich, że inni nigdy nie potrafią go należycie wypełnić. Na tym polu świeccy mogą apostołować między podobnymi sobie. Tutaj uzupełniają świadectwo życia świadectwem słowa. Tutaj w środowisku pracy czy zawodu, studiów czy miejsca zamieszkania, rozrywki czy spotkań towarzyskich mają odpowiedniejszą sposobność wspomagania braci. […]
DA 15. Świeccy mogą prowadzić działalność apostolską bądź to indywidualnie, bądź zrzeszeni w różnych wspólnotach lub stowarzyszeniach.
DA 16. Apostolstwo indywidualne, którego przeobfitym źródłem jest życie prawdziwie chrześcijańskie (por. J 4,14), stanowi początek i warunek wszelkiego apostolstwa świeckich, również zrzeszonego, i nie można go niczym zastąpić. Do tego rodzaju apostolstwa, zawsze i wszędzie owocnego, a w niektórych okolicznościach jedynie przydatnego i możliwego, są wezwani i zobowiązani wszyscy świeccy, jakiegokolwiek stanu, chociaż nie mają sposobności lub możności współpracować w stowarzyszeniach. […] W końcu niech świeccy przepajają miłością swoje życie i w miarę możności dają jej wyrazw czynach.Niech wszyscy pamiętają, że przez kult publiczny i modlitwę, pokutę i dobrowolne przyjmowanie trudów oraz utrapień, przez które upodabniają się do cierpiącego Chrystusa (2 Kor 4,10; Kol 1,24), mogą dotrzeć do wszystkich ludzi i przyczynić się do zbawienia całego świata.
DA 18. Wierni jako jednostki są powołani do prowadzenia działalności apostolskiej w różnych warunkach swego życia; powinni jednak pamiętać że człowiek z natury swojej jest istotą społeczną i że spodobało się Bogu zjednoczyć wierzących w Chrystusa w jeden Lud Boży (por. 1 P 2,5-10) i zespolić w jedno ciało (por. 1 Kor 12,12). Apostolstwo więc zespołowe odpowiada doskonale zarówno ludzkim, jak i chrześcijańskim wymogom wiernych, a zarazem ukazuje znak wspólnoty i jedności Kościoła w Chrystusie, który powiedział: "Gdzie bowiem dwaj albo trzej zgromadzeni są w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18,20).
Dlatego wierni niech sprawują swoje apostolstwo w zjednoczeniu. Niech będą apostołami zarówno w swoich społecznościach rodzinnych, jak i w parafiach i diecezjach, które same w sobie wyrażają wspólnotowy charakter apostolstwa,
oraz w wolnych zrzeszeniach, jakie postanowili wśród siebie zorganizować. Apostolstwo zespołowe posiada ogromną doniosłość i dlatego, że praca apostolska czy tow społecznościach kościelnych, czy to w różnych ośrodkach wymaga często wspólnego działania. Stowarzyszenia bowiem założone dla celów apostolstwa zespołowego niosą pomoc swym członkom i przysposabiają ich do apostolstwa, odpowiednio ustawiają ich pracę apostolską i kierują nią tak, że o wiele więcej można się po niej spodziewać owoców, niż gdyby każdy działał na własną rękę. W obecnych zaś warunkach jest rzeczą zgoła konieczną, by w zasięgu działalności ludzi świeckich, umacniało się apostolstwo w formie zespołowej i zorganizowanej; tylko bowiem przez ścisłe zespolenie sił da się w pełni osiągnąć cele dzisiejszego apostolstwa i obronić skutecznie jego owoce. Poza tym jest rzeczą szczególnie ważną, by apostolstwo docierało do zbiorowej mentalności i warunków społecznych tych, ku którym się zwraca; w przeciwnym razie nie potrafią oni często oprzeć się naciskowi czy to opinii publicznej, czy instytucji.
DA 19. Istnieje wielka różnorodność stowarzyszeń apostolskich; jedne z nich zamierzają służyć ogólnemu, apostolskiemu celowi Kościoła; inne w sposób szczególny stawiają sobie za cel głoszenie Ewangelii i uświęcenie; jeszcze inne biorą sobie za cel przepojenie porządku doczesnego duchem chrześcijańskim; inne wreszcie w specjalny sposób dają świadectwo Chrystusowi przez dzieła miłosierdzia i miłość.Spośród owych stowarzyszeń zasługują na uwagę przede wszystkim te, które akcentują i wysuwają na pierwsze miejsce u swych członków ściślejszą łączność między życiem praktycznym a wiarą.
Stowarzyszenia nie są celem dla siebie samych, ale winny służyć posłannictwu Kościoła w odniesieniu do świata; ich skuteczność apostolska zależy od ich zgodności z celami Kościoła oraz od świadectwa chrześcijańskiego i ducha ewangelicznego poszczególnych członków i całego zespołu. […]
DA 22.
Na szczególny szacunek i uznanie w Kościele zasługują ci świeccy, czy to bezżenni, czy małżonkowie, którzy na stałe lub czasowo poświęcają się służbie tych instytucji i ich dzieł, wspierając je swoim doświadczeniem zawodowym. Wielką radością napełnia Kościół fakt, że z dnia na dzień rośnie liczba świeckich oddających się pracy w stowarzyszeniach i dziełach apostolskich, czy to we własnym kraju, czy na terenie międzynarodowym, czy to szczególnie w katolickich społecznościach misyjnych i świeżo organizujących się Kościołach.
Niech pasterze Kościoła przyjmują tych świeckich chętnie i z wdzięcznością, niech dbają, by warunki ich życia odpowiadały jak najbardziej wymogom sprawiedliwości, słuszności i miłości, zwłaszcza w tym co dotyczy godziwego utrzymania ich oraz ich rodzin; niech cieszą się oni koniecznym wykształceniem, duchową pomocą i zachętą.
DA 23.
Apostolstwo świeckich, czy to indywidualne czy zbiorowe, winno być włączone wedle należytego planu w apostolstwo całego Kościoła; co więcej, łączność z tymi, których Duch Święty ustanowił, by kierowali Kościołem Bożym (por. Dz 20,28), stanowi istotny element apostolstwa chrześcijańskiego. Nie mniej konieczna jest współpraca między różnymi poczynaniami apostolskimi, a winna ją uzgadniać hierarchia. […]
DA 24.
Obowiązkiem hierarchii jest popierać apostolstwo świeckich, ustalać zasady i udzielać mu pomocy duchowych, kierować jego działalność ku wspólnemu dobru Kościoła, czuwać nad zachowaniem czystości nauki i porządku.
Apostolat świeckich dopuszcza oczywiście różne sposoby ustosunkowania się do hierarchii, zależnie od różnych form i dziedzin danego apostolstwa.
Bardzo wiele bowiem istnieje w Kościele przedsięwzięć apostolskich, które zawdzięczają powstanie swobodnej decyzji świeckich i przez nich roztropnie są kierowane. Przez tego rodzaju inicjatywy zostać może lepiej w pewnych warunkach spełnione posłannictwo Kościoła i dlatego często hierarchia je pochwala i zaleca. Żadna jednak inicjatywa nie może przybierać miana "katolickiej" bez zgody prawowitej władzy kościelnej.
DA 25.
Biskupi, proboszczowie i inni kapłani tak diecezjalni, jak i zakonni niech pamiętają, że prawo i obowiązek apostołowania są wspólne wszystkim wiernym, czy to duchownym,czy świeckim, i że w budowaniu Kościoła mają także świeccy swój własny udział. Dlatego powinni po bratersku pracować razem ze świeckimi w Kościele i dla Kościoła oraz specjalną troską otaczać świeckich przy ich pracy apostolskiej. Należy starannie dobierać kapłanów odpowiednio i dobrze przygotowanych do pomocy w różnych formach apostolstwa świeckich. Ci zaś, którzy oddają się tej posłudze na podstawie misji otrzymanej od hierarchii są jej przedstawicielami w swej działalności duszpasterskiej. Niech troszczą się o należyte ustosunkowanie się świeckich do hierarchii, zachowując zawsze wierność duchowi i nauce Kościoła. Niech zabiegają usilnie o pielęgnowanie życia duchowego i zmysłu apostolskiego w stowarzyszeniach katolickich powierzonych swej pieczy; niech w działalności apostolskiej służą im mądrą radą i popierają inicjatywy. Prowadząc ze świeckimi ciągły dialog, niech pilnie szukają nowych metod celem zapewnienia obfitszych owoców pracy apostolskiej; niech rozwijają ducha jedności zarówno w samym stowarzyszeniu, jak i między nim a innymi. […]
DA 33.
Święty Sobór wzywa więc usilnie w imię Pana wszystkich świeckich, by chętnie, wielkodusznie i skwapliwie odpowiedzieli na wołanie Chrystusa, który w tej godzinie natarczywiej ich zaprasza, i na natchnienie Ducha Świętego. […]
Przepraszam za te przydługie cytaty, ale wydają się mi one bardzo ważne. Najchętniej zamieściłbym tu cały tekst tego dokumentu i serdecznie zachęcam do zapoznania się z nim. A ja go tu zacytowałem, by się niejako "usprawiedliwić". Gdyż to, co robię, to nie jest jakaś samowola, czy rebelia, ale właśnie wyraz posłuszeństwa i odpowiedź na to, do czego nas wzywa nasza Matka – Kościół.
Tak więc choć formalnie jesteśmy wspólnotą nieformalną, to przecież jest to odpowiedź na wezwanie nie tylko Maryi z Fatimy, ale także Kościoła. Każda bowiem inicjatywa musi się jakąś zacząć. I wierzę, że kiedyś i ta formalna strona zostanie załatwiona i wtedy nasza Wspólnota będzie "katolicka". Jeżeli taka będzie wola Boża, to stanie się to z całą pewnością. A na razie po prostu róbmy swoje, prywatnie i nieformalnie, a resztę zostawmy Bogu.
Komentarzy: 7
Saturday,30 April 2011,02:57
Kategoria: Kościół Saturday, 30 April 2011, 02:57
Karol Wojtyła został biskupem w 1958 roku. Ja, wraz z rodzicami, zamieszkałem w Krakowie w tym samym roku. Miałem roczek. Urodziłem się na Śląsku, gdzie tata „odpracowywał studia”, jak to wymagało ówczesne prawo. Po wypełnieniu tego obowiązku rodzice powrócili do miasta, gdzie tatuś ukończył studia i do wyjazdu do USA w 1981 roku mieszkałem w Krakowie. Pierwsze dwa lata w Łagiewnikach, potem, od 1960 roku w „nowoczesnym bloku” na Grzegórzkach. Pełne luksusy: Ciepła i zimna woda, kaloryfery, łazienka a nawet telefon. Nasza „willa” w Łagiewnikach, niedaleko klasztoru siostry Faustyny, nie miała nawet kanalizacji, ani bieżącej wody. Nic dziwnego, że rodzice zamienili ją na "superkomfortowe mieszkanie".
Ja tego już oczywiście nie pamiętam, znam to z opowiadań rodziców. Jednak patrząc z perspektywy lat trudno nie zauważyć jak się moje losy przeplatały z losami przyszłego papieża. I nie będą to wspomnienia o wspólnych wyprawach w góry, czy spływach kajakowych. Ja w ogóle nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkał mojego biskupa. Pewnie miało to miejsce, ale po prostu nie pamiętam. A mimo to uważam, że nasze losy są ze sobą niezwykle związane.
Gdy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, wszyscy byliśmy z tego bardzo dumni. Jednak u mnie był to chyba rodzaj dumy typu: „No, to pokazaliśmy tym komuchom!” Nie bardzo się wtedy interesowałem nauką Kościoła, nie ze wszystkim się zgadzałem, nie rozumiejąc pewnych nakazów. I gdy papież pierwszy raz odwiedził Polskę, nawet mi się nie chciało pójść na krakowskie Błonia. Miałem dwadzieścia dwa lata i ważniejsze spray na głowie, niż tłoczenie się na Mszy, która trwa godzinami. Poza tym i tak wszystko widać w TV.
Dlatego też jestem przekonany, że to, co się stało później z moim życiem to jest Jego zasługa. Że On mi to wymodlił. Jestem bowiem przekonany, że nasz papież modlił się o nawrócenie swych rodaków, a w sposób szczególny o swoją własną, krakowską diecezję. Bo ja, choć zawsze byłem „w miarę dobrym katolikiem”, starałem się chodzić na Mszę w każdą niedzielę i jak nagrzeszyłem, to zawsze ze skruchą spowiadałem się z tego, to jednak to wszystko wynikało bardziej z wychowania, niż z jakiejś głębokiej potrzeby serca, czy też prawdziwej miłości do Boga.
Rok 1981. Ja już po ślubie, moja żona jest w USA. Ja – po trzykrotnym zdaniu egzaminu na studia i trzykrotnej próbie podjęcia studiów trzeci raz wyleciałem z uczelni. Albo raczej machnąłem ręką na naukę, która mi szła jak po grudzie. Kolejny pobór do wojska się skończył, ciągnęło mnie za kierownicę i brakowało motywacji do nauki. Już wtedy moja pamięć była kulawa i po prostu… zresztą nieważne. Ważne jest to, że groziło mi zupełnie serio, że zostanę żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego (o ile można je było nazwać polskim) akurat na parę miesięcy przed Stanem Wojennym. Ale co mogłem zrobić?
Jednak moje losy potoczyły się zupełnie inaczej. Trzynastego maja 81 roku, w rocznicę pierwszego objawienia w Fatimie, zamach na papieża. W czerwcu 81 pielgrzymka z krakowskimi Paulinami na Jasną Górę. Miałem jechać księżym Żukiem, wieź cięższe bagaże. Bóg chciał inaczej – Żuk się zepsuł, a ja poszedłem na nogach. Pielgrzymka w intencji powrotu do zdrowia Jana Pawła, a ja z moją małą intencją otrzymania paszportu.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale wtedy nie miałem na to po ludzku żadnych szans. Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej i żona w USA. Wprost mi powiedziano w urzędzie paszportowym: Dopóki żona nie wróci, a ty nie odsłużysz wojska, nawet się nie staraj. Ale ja chciałem do żony, a do wojska wcale mi się nie spieszyło. Bałem się wojska. Bałem się, że nie wytrzymam psychicznie. Że mogę strzelać nie w tę stronę w którą mi rozkażą.
Kolejny termin odbioru paszportu. Dla mnie wtedy dzień jak co dzień. Później dopiero skojarzyłem. To był 16 października. Rocznica wyboru papieża. Dostałem paszport, mimo, że milicjant bardzo uważnie przeglądał moją książeczkę wojskową z pieczątką: „Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej”. Nie wiem do dziś jak to się stało. W paszporcie tym, który ciągle mam, jest data wydania: 13 październik 1981. To rocznica ostatniego objawienia w Fatimie. Przypadek? Hmmm…
Minęło wiele lat, zanim przyszło moje nawrócenie. Ten tekst i tak jest o wiele za długi i nic nowego w nim nie piszę. Opisywałem już tę historię kilka razy. Jednak jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to, co się dzieje z moim życiem jest „papiesko – fatimskie”. Bo Jan Paweł był „fatimskim papieżem”.
Moja przygoda z apologetyką. Moja przygoda z internetową ewangelizacją. Forum i blog. Moje wizyty w katolickich rozgłośniach i audycje z moim udziałem. Artykuły w katolickich tygodnikach, a nawet kazania na temat mojej osoby. I wreszcie Wspólnota Marto. Ale ja… Ja jestem porażką rodziców. Ja jestem czarną owcą w rodzinie. Ja jestem tym, co się mu nie chciało uczyć, co uciekał na wagary, co zamiast studiować poszedł do pracy jako kierowca, nawet nie mówiąc o tym rodzicom.
Nie chcę by to ktoś odebrał jako jakieś przechwałki, czy użalania się z mojej strony. Z jednej strony mojej zasługi tu nie ma żadnej. Z drugiej – nie bardzo mam być z czegokolwiek dumny i żałuję, że nie skończyłem studiów. Nie raz „gdybam”, co by było, gdybym… może poszedł na polonistykę? Dziennikarstwo? Może bez sensu była ta Politechnika, czy Akademia Ekonomiczna? Ale teraz i tak już się nic nie zmieni, a pracę swą lubię i nie wiem, czy byłbym szczęśliwszy gdybym robił co innego. Ale zawsze człowiekowi trochę żal. Jednak gdybym został w Polsce, gdybym został inżynierem, to czy dzisiaj byłbym bardziej usatysfakcjonowany? Czy mógłbym docierać do setek, tysięcy chłopaków zafascynowanych Ameryką i życiem truckera? Kto wie, jakby wtedy potoczyło się moje życie.
To, co się dzieje teraz w moim życiu daje mi ogromną satysfakcję. Cieszę się, że mogę coś zrobić dla Królestwa. Cieszę się, że jestem żołnierzem Pana, że jestem osłem, który może być Mu na chwilę przydatny. I tylko to się liczy. Nie bardzo wiem jak to się stało i kiedy. Jakby moje życie kierowało mną, a nie ja nim. To nie jest coś, co planowałem, czy nawet coś co sobie mogłem wyobrazić dwadzieścia lat temu. Co prawda zupełnie świadomie oddałem całe swe życie Panu, ale nie tak sobie wyobrażałem to, co On z nim zrobi. Nie bardzo rozumiem jak to się stało, że to mi sprawia taką ogromną satysfakcję i radość. Moje życie najbardziej zaskakuje samego mnie.
I wiem, że wielu czytających ten tekst wzruszy ramionami i powie: „A cóż takiego niby jest niezwykłego w twoim życiu? Kierowca piszący bloga? To ma być to niezwykłe doświadczenie?” I będą mieli rację. Obiektywnie patrząc z pewnością nie jest to nic niezwykłego. Ale ja to widzę inaczej. Dla mnie zawsze pozostanie to subiektywne spojrzenie.
Pisać, tak jak śpiewać, każdy może. Jeden lepiej, a drugi gorzej. Jednak nie każdy może założyć forum, który regularnie odwiedza ponad tysiąc osób każdego miesiąca. W marcu było tych gości 58 tysięcy. Mojego bloga na alleluja.pl, www.polon.us, odwiedziło już od 2003 roku półtora miliona gości. Nawet więc gdy 90% z nich wyjdzie tak szybko jak weszło, to widać, że docieram do wielu osób. A ja zwykle piszę dość trudne i ważkie teksty. To nie są jednoakapitowe notki o niczym.
Za to właśnie podziękuję jutro błogosławionemu Janowi Pawłowi. Za to, że nawet, gdy ja o Nim nie pamiętałem, On nigdy o mnie nie zapomniał. O anonimowym chłopaku z jego diecezji, o którym nigdy nawet nie słyszał. Ale jestem przekonany, że się za mnie modlił. I choć nigdy nie miałem możliwości ucałowania Jego dłoni, to przecież i w Kalwarii, i na Wawelu i w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach i na krakowskim Rynku chodziliśmy po tych samych kamieniach i ścieżkach. W Bazylice byłem nawet osobiście wtedy, gdy On ją konsekrował po raz pierwszy, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny. I to był nasze najbliższe spotkanie. Tym bardziej jutrzejsza data jest dla mnie pełna znaczenia i symboliki.
Miałem napisać zupełnie inny tekst. Jak zwykle wyszło co innego. Pewnie powinienem to wywalić do kosza, ale niech zostanie. Wszyscy dziś mówią kim był Jan Paweł w ich życiu. Niech to będzie moje świadectwo. Mój papież nie od kremówek i nie od nart i kajaków, ale od nauczania czym powinno być prawdziwe chrześcijaństwo. Papież, który wymodlił mi pewne łaski i pokazał swym nauczaniem i swym przykładem jak żyć. I choć nigdy nie dorosnę Mu nawet do pięt, to zawsze będzie On dla mnie wzorem. I zawsze będę Mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Bo choć wiem, że wszelkie łaski jakie otrzymałem – otrzymałem od Boga, to wiem też jak ważne są modlitwy wstawiennicze. I jestem przekonany, że Karol Wojtyła, najpierw jako mój biskup, a potem jako nasz papież mi te łaski wymodlił.
Nasza Wspólnota Marto ma dwoje patronów: Franciszka i Hiacyntę. Małe dzieci z Fatimy, które właśnie Jan Paweł Drugi wyniósł na ołtarze. Od niedzieli będziemy mieli jeszcze jednego patrona: Błogosławionego Jana Pawła Wielkiego. Dlaczego? Myślę, że ten, kto przebrnął przez to, co napisałem powyżej, zrozumie.
Błogosławiony Janie Pawle, módl się za nami!
Komentarzy: 37
Thursday,21 April 2011,02:58
Kategoria: Kościół Thursday, 21 April 2011, 02:58
5 i 6: Potem Jezus rzekł: Pragnę. A gdy skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę oddał ducha. (J 19)
Dwa z siedmiu ostatnich słów Jezusa: „Pragnę.” I „Wykonało się.”. Czemu teraz Jezus powiedział, że pragnie? Nie odczuwał pragnienia wcześniej? Od aresztowania na Górze Oliwnej minęło już wiele godzin. A wcześniej, gdy żołnierze chcieli mu dać napój gaszący pragnienie i przynoszący ulgę w cierpieniu, Jezus odmówił. Dlaczego więc teraz? I jakie Pismo się wypełniło? Co się tu właściwie wydarzyło?
Dlaczego Jezus mówi też, że się „wykonało”? Co miał na myśli? Zbawienie wszystkich ludzi? Ale gdyby nie zmartwychwstanie, sama śmierć nie miałaby większego sensu i znaczenia. Święty Paweł przecież wyraźnie pisze:
A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (1Kor 15,14-17)
To Zmartwychwstanie było zwycięstwem nad grzechem i nad śmiercią. Co więc się wykonało? Otóż śmiem twierdzić, że to, co się wykonało, to Wieczerza Paschalna, Exodus, ofiara Baranka i pierwsza Msza Święta. Uroczystość Święta Paschy, którą obchodził Jezus z uczniami w Wieczerniku, która sama była świętem obchodzonym na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli Egipskiej i symbolizowała wyjście z niewoli grzechu. Ale naprawdę z tej niewoli nas wyzwoliła dopiero śmierć Baranka i Jego Zmartwychwstanie. Ale tu, wraz ze spożyciem Czwartego Kielicha, zakończyła się ofiara Jezusa, który jest kapłanem i ofiarą doskonałą złożoną za nasze grzechy.
Jakiego kielicha? Co to za „czwarty kielich”? "The Fourth Cup" to był wykład, który wygłosił przed laty Scott Hahn. Jego pytanie o to co się wykonało nurtowało przez lata, od czasu, gdy jeden z jego profesorów je zadał i pozostawił bez odpowiedzi. Hahn w końcu tę odpowiedź znalazł, a ja korzystając z jego nauki napisałem swoją wersję tego tekstu. Nie jest to dokładne tłumaczenie, raczej parafraza, ale nie ukrywałem nigdy, że tekst Hahna był dla mnie inspiracją. Wykład ten, po angielsku, jest dostępny między innymi tutaj: "The Fourth Cup".
Czwarty Kielich to był pierwszy tekst religijny jaki kiedykolwiek napisałem i być może jest on najważniejszy. Pisałem go nie planując nawet publikacji w necie, miałem go przeczytać na spotkaniu w naszej parafii, w grupie, gdzie studiowaliśmy Pismo Święte. "Przypadkiem" trafił do Internetu i widziały go już tysiące osób. Polecam go serdecznie, bo jest to tekst ważny. Są tam też ciekawe przemyślenia na temat tego kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza. Ja bowiem myślę, że to wcale nie był czwartek… Zapraszam: Prawdziwy Święty Graal, czyli Czwarty Kielich
Później ktoś podesłał mi link do homilii księdza arcybiskupa Stanisława Gądeckiego z Poznania, wygłoszonej w Wielki Czwartek, 20.03.2008 w Katedrze Poznańskiej. Myślę, że kazanie to bardzo dobrze uzupełnia tekst o Czwartym Kielichu: www.archpoznan.pl/content/view/670/109/
7. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. (Łk 23, 46)
Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego na ich temat musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.
Myślę jednak, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą, jeżeli nasza wiara jest prawdziwa, w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć. Umierać bowiem czasem jest łatwiej, niż żyć. Dlatego też modlitwa naszej Wspólnoty Marto zawiera także i takie słowa: "Oddajemy Ci całe nasze życie i nas samych."
Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Możemy być prawdziwi aż do bólu. Ale póki żyjemy, nieustannie kreujemy jakiś wizerunek naszej osoby. Podświadome kreowanie korzystnego image'u. Dlatego oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.
Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia. Ja każdego tygodnia przejeżdżam pięć tysięcy kilometrów. Noce. Weekendy. Pijani kierowcy. Zmęczenie. Niedawno minął mnie o centymetry samochód pędzący pod prąd autostradą. Parę dni temu na naszym forum zarejestrowała się młoda dziewczyna, córka kierowcy, której tata zmarł niespodziewanie za kierownicą samochodu przed czterema laty. Miał wtedy tyle lat ile ja mam dzisiaj…
Każda podróż może być ostatnia. Wcale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotem, by niespodziewanie zakończyć swą ziemską pielgrzymkę. Niedawne trzęsienie ziemi w Japonii, czy tornada w USA pokazały to dobitnie. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.
Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)
Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!
PS. Przypomnę także przy okazji, że w Wielki Piątek zaczynamy odmawiać Nowennę do Miłosierdzia Bożego według słów Pana Jezusa skierowanych do nas przez świętą Faustynę. Szczegóły tutaj:
Wspólnota Marto
Komentarzy: 7
Friday,25 March 2011,07:04
Kategoria: Kościół Friday, 25 March 2011, 07:04
Pisałem już na swoim blogu o ojcu Corapi. Jest on niezwykłym księdzem. Były milioner, były bezdomny. Wyświęcony przez Jana Pawła Wielkiego w Rzymie, posłany do pracy misyjnej w USA. Doktor teologii, a do tego bardzo "maryjny ksiądz". Wiele uczył o potrzebie odmawiania Różańca Świętego. Nagrał cykl 50 wykładów na temat Katechizmu Kościoła Katolickiego. Bardzo ortodoksyjny i wierny nauczaniu Kościoła kaznodzieja.
Ojciec Corapi także często mówił o wielkiej krzywdzie, jaką wyrządza się fałszywie oskarżanym księżom. Słusznie zauważył, że wystarczy dziś kogoś oskarżyć w Kościele, nie mając nawet żadnych dowodów, czy poszlak, by zniszczyć czyjeś życie. Te sprawy rozstrzygane są przez ławy przysięgłych, a opinia publiczna jest tak wrogo nastawiona do Kościoła Katolickiego, że wielu księży zostało skazanych na podstawie fałszywych oskarżeń i za wiele lat wiernej służby Kościołowi, na stare lata zostali pozbawieni możliwości służenia Kościołowi jako kapłani i utracili swoje dobre imię.
Wszyscy znamy przypadek fałszywego oskarżenia kardynała Chicago, Josepha Bernardina. Oskarżenie przyszło, gdy zmagał się on z chorobą nowotworową. Poddał się dochodzeniu, które go całkowicie oczyściło z zarzutów, a oskarżyciel przyznał, że oskarżył kłamliwie i poprosił o wybaczenie. Jednak stres związany z całą tą sytuacją z pewnością nie pomógł umiłowanemu kardynałowi chicagowskich katolików i z pewnością przyspieszył rozwój choroby, która okazała się śmiertelną.
Ale ilu prostych księży może liczyć na tak drobiazgowe śledztwo? Na takie modlitewne szturmowanie Nieba, jak w przypadku kardynała jednej z największych archidiecezji? Ilu fałszywie oskarżonych kapłanów traci po prostu wszystko na skutek tych oskarżeń?
Na stronie ojca Corapi można przeczytać jego słowa, które w dość swobodnym tłumaczeniu brzmią tak:
Prośba o modlitwę.
W Środę Popielcową dowiedziałem się, że moja była pracownica wysłała trzystronicowy list do kilku biskupów oskarżający mnie o wszystko: od narkomanii do różne seksualne ekscesy z nią i kilka innymi dorosłymi kobietami. Wygląda na to, że nie ma potrzeby, by skargę uznać za "wiarygodną", aby władze Kościoła uruchomiły procedury, które niedawno były ustanowione dla przypadków molestowania seksualnego nieletnich. Nie jestem o nic takiego oskarżony, ale procedury te najwyraźniej są stosowane w odniesieniu do wszelkiego rodzaju zarzutów.
W wyniku tych oskarżeń zostałem przeniesiony na "administracyjny urlop". Oczywiście będę współpracował w wyjaśnianiu oskarżeń, choć uważam, że ma on poważne wady i sprowadza się do traktowania kapłana jako "winnego na wszelki wypadek", a w procesie musi on udowodnić swą niewinność. Natomiast powstałe na skutek oskarżeń szkody moralne są natychmiastowe. Dotyczy to szczególnie kogoś tak dobrze znanego jak ja.
Nie jestem sam w tych poglądach, wielu adwokatów i specjalistów od Prawa Kanonicznego publicznie oświadczyło, że procedury te poważnie niszczą reputację oskarżonego, nawet, gdy potem okazuje się on niewinny.
Wszelkie oskarżenia pod moim adresem są fałszywe. Proszę Was o modlitwy za wszystkie osoby zaangażowane w tym procesie.
Nie wierzę w oskarżenia przeciw ojcu Corapiemu. Po prostu nie wierzę. Jednak niezależnie od tego, czy są one prawdziwe, czy nie, my wszyscy już przegraliśmy. Stacja radiowa EWTN, która nadawała codziennie jego godzinny wykład natychmiast usunęła jego nauczanie ze swej ramówki. Jego przełożeni odsunęli go od wszelkich publicznych funkcji związanych z jego kapłaństwem. I wiele osób myśli: "Skoro oskarżony, to pewnie coś musiało być".
Przypomnę: Ojciec Corapi nie jest oskarżony o nic, co byłoby karane przez prawo. Nie są w to zamieszane żadne nieletnie osoby. Nie ma to żadnego związku z homoseksualizmem, czy pedofilią. Była pracownica, osoba pełnoletnia, oskarżyła go nie u prokuratora, czy na policji, ale u kilku, czy kilkunastu biskupów, rozsyłając do nich list. Nie ma na razie żadnych podstaw, by jej wierzyć. A jednak potraktowano ojca Corapiego jakby już udowodniono mu jakieś przestępstwo, lub przynajmniej niemoralne zachowanie.
W czasie każdej bitwy najskuteczniejszą strategią jest zniszczenie dowództwa przeciwnika. Tych, którzy prowadzą przeciwnika do walki. Strategów. Liderów. Ojciec Corapi jest takim liderem w amerykańskim Kościele. Ukochany przez miliony, słuchany przez miliony. Mimo pięciu dyplomów wyższych uczelni, mimo doktoratu – ciągle wierzący w istnienie piekła, aniołów, diabłów, grzechu, w prawdziwą obecność Jezusa w Eucharystii, w konieczność spowiedzi świętej, w niemoralność antykoncepcji… Powiecie: A co w tym dziwnego? Czy to nie jest podstawowe nauczanie Kościoła? Jest. Ale ile razy słyszeliście o tym kazanie w Waszej parafii? A ojciec Corapi mówi o tym cały czas. I dlatego stał się celem ataku przeciwnika.
Nie wierzę w oskarżenia, ale nawet, gdyby okazały się prawdziwe, w niczym to nie zmienia tego, co chcę napisać. Ja nie mam prawa go oskarżać o nic. Zbyt wiele razy sam upadałem, by się pastwić nad upadkiem innych. I nie wiem, jakim pokusom podlegają księża. Ich szatan z pewnością kusi stokrotnie mocniej niż mnie. Wierzę, że i łaski otrzymują większe, ale na pewno nie jest im łatwo. Jednak niezależnie od tego jaka jest prawda, jest coś nieuczciwego w traktowaniu kogokolwiek jako winnego zanim nawet da się mu szansę na wypowiedzenie choć słowa na swą obronę. I o ile jeszcze można to zrozumieć w przypadku osób oskarżonych o niemoralne zachowanie w stosunku do dzieci, bo chodzi o obronę tych niewinnych istot, to przecież tu nie ma w ogóle o czymś takim mowy. Ojciec Corapi nie zagraża nikomu.
Fragment modlitwy naszej Wspólnoty Marto:
Przyjmij naszą ofiarę za cały Kościół Powszechny, za Papieża, wszystkich biskupów i kapłanów, a szczególnie mojego biskupa N i księży w mojej parafii. Udziel im wszelkich łask i spraw, by wytrwali w świętości i wierności Kościołowi, a tym, którzy upadają daj siłę, by powstali.
Oczywiście gdy pisałem tę modlitwę nie miałem nikogo konkretnego na myśli. Dzisiaj inaczej odczytuję te słowa. Nabrały dla mnie jakiegoś osobistego wymiaru, bo bardzo cenię i kocham ojca Corapi. Słuchałem go regularnie i wiele mnie nauczył. Dlatego bardzo Was proszę o modlitwę w jego intencji. Ale nie tylko w jego. Także w intencji wszystkich kapłanów. Bo wygląda na to, że są oni dzisiaj w sytuacji bez wyjścia.
Niezależnie od tego co zrobią, jak się będą zachowywali, wystarczy jedno oskarżenie by zniszczyć ich życie. A przecież bez kapłaństwa, bez naszych księży świat nie może istnieć. Oni nam dają Jezusa w Eucharystii. Oni nam dają odpuszczenie grzechów. Bez nich nie może istnieć Kościół. Nie byłoby Ofiary Mszy Świętej. Kudłaty to doskonale rozumie i dlatego tak zaciekle ich zwalcza. Brońmy naszych kapłanów. Modlitwą, postem, dobrym słowem, radą. Podziękujmy im za to, co robią. Oni oddali dla Jezusa i dla nas całe swoje życie, oddajmy im choć parę minut z naszego.
Facebook: "Módlmy się za ojca Corapi i wszystkich kapłanów".
Wspólnota Marto
Komentarzy: 12
Friday,02 December 2011,13:22
Kategoria: Kościół Friday, 02 December 2011, 13:22
Wczoraj napisałem o Wspólnocie Marto, która narodziła się w moim sercu. Idea ta została przyjęta dość przychylnie, ale wiele osób z troską zauważyło, że warunki przynależności do tej wspólnoty są wyjątkowo trudne. Ich zastrzeżenia wynikają jedynie z obawy, że nie podołają temu wyzwaniu, nie z tego, że nie zgadzają się oni z samą ideą. Ja jednak gorąco zachęcam wszystkich, nie wyłączając siebie, by jednak tę decyzję podjąć. Właśnie dlatego, że jest to niełatwe. A dla uzasadnienia tego chciałbym zacytować kilka fragmentów wspomnień siostry Łucji o Hiacyncie i Franciszku Marto. Cytaty za książką "Siostra Łucja mówi o Fatimie", wydanie trzecie 1989, Vice-Postulcao, P-2496 Fatima, imprimatur biskup Albert Leirii:
"Kiedyśmy tego dnia przyszli na pastwisko, Hiacynta usiadła na kamieniu zamyślona. – „Hiacynta, chodź się bawić!” – „Dzisiaj nie chce mi się bawić”. – „Dlaczego nie chce ci się bawić?” – „Dlatego, że się zastanawiam. Ta Pani powiedziała nam, abyśmy odmawiali różaniec i ponosili ofiary o nawrócenie grzeszników. […] A ofiary, jak mamy je ponieść?” Franciszek wynalazł od razu sposób złożenia dobrej ofiary. – „Damy nasz posiłek owcom i złożymy ofiary z jedzenia”. W parę minut potem cały nasz posiłek został rozdzielony pomiędzy naszą trzodę. I tak spędziliśmy ten dzień na czczo niczym najsurowszy kartuz.
Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były tam dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita , które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała: – „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”. I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Żołędzie były jeszcze niedojrzałe. Mimo to uważałam, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo oliwne, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść gorzkie żołędzie dębowe, aby ponieść ofiary. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy.
Dla Hiacynty była to jedna z jej normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Któregoś dnia powiedziałam jej: – „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”. – „Jem właśnie dlatego, że jest gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”.
To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze. Kiedy je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku. W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców.
Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko, a byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofiarę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ w pobliżu był staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc sądziła, że byłoby dobrze, abyśmy w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową. Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków i Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na wyschniętej ziemi wszystko się spali. Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ofiarowaliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników, ale gdy minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję, poszłam więc zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił.
– „Nie chcę” – odpowiedział.
– „Dlaczego?”
– „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”.
– „Hiacynta, napij się ty!”
– „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
W rezultacie wylałam wszystką wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się jej napić i odniosłam dzbanek właścicielce. Upał stawał się coraz silniejszy. Koniki polne i świerszcze łączyły swe śpiewy z rechotaniem żab w pobliskim stawie. Hiacynta osłabiona głodem i pragnieniem powiedziała do mnie ze swą zwykłą prostotą:
– „Powiedz świerszczom i żabom, żeby się uspokoiły, tak mnie boli głowa!” Potem zapytał się Franciszek:
– „Nie chcesz ofiarować tego bólu za grzeszników?” Biedne dziecko ścisnęło głowę rączkami i odpowiedziało:
– „Tak, chcę. Niech śpiewają i rechoczą”.
Kiedyśmy po pewnym czasie zostali aresztowani, najbardziej cierpiała Hiacynta wskutek nieobecności rodziców. Ze łzami spływającymi po policzkach mówiła:
– „Ani twoi, ani moi rodzice nie przyszli nas odwiedzić. Nie dbają więcej o nas”.
– „Nie płacz – powiedział jej Franciszek.
– Ofiarujemy to Jezusowi za grzeszników”.
I podniósłszy oczy i rączki do nieba, począł mówić modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości ku Tobie i za nawrócenie grzeszników”. A Hiacynta dodała:
– „Również i za Ojca Świętego i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Kiedy po rozdzieleniu znowu umieścili nas we wspólnej celi więziennej, mówiła, że wkrótce po nas przyjdą i zaczną nas smażyć. Hiacynta zbliżyła się do okna, które wychodziło na targowisko z bydłem. Sądziłam początkowo, że chciała rozerwać się widokiem, ale wkrótce przekonałam się, że płakała. Przyprowadziłam ją do siebie i zapytałam, dlaczego płacze.
– „Dlatego, że umrzemy nie zobaczywszy ani naszych tatusiów, ani naszych mam” – odpowiedziała i ze łzami spływającymi jej po policzkach dodała:
– Chciałabym przynajmniej zobaczyć moją mamę!”
– „A więc nie chcesz złożyć tej ofiary za nawrócenie grzeszników?”
– „Chcę, chcę!” Ze łzami w oczach, wzniosła ręce i oczy do nieba i odmówiła modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników, za Ojca Świętego, i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Postanowiliśmy zatem odmówić nasz różaniec. Hiacynta zdjęła medalik, który miała na szyi, poprosiła jednego z więźniów, aby go powiesił na gwoździu na ścianie. Uklękliśmy przed tym medalikiem i zaczęliśmy się modlić. Więźniowie modlili się wspólnie z nami, jeżeli w ogóle umieli się modlić; w każdym razie klęczeli. Po skończeniu różańca Hiacynta powróciła do okna i płakała.
– „Hiacynto, nie chcesz złożyć tej ofiary Panu Jezusowi?”
– zapytałam ją.
– „Chcę, ale myślę o mojej mamie i płaczę mimo woli”.
Ponieważ Najświętsza Panna powiedziała nam, abyśmy składali również nasze modlitwy i umartwienia za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi, postanowiliśmy, że każdy z nas wybierze inną intencję. Jeden za grzeszników, drugi za Ojca Świętego, a trzeci jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Jak tylko zrobiliśmy to postanowienie, zapytałam Hiacyntę, jaką intencję chciałaby sobie wybrać?
– „Ja ofiaruję na wszystkie intencje, bo wszystkie mi się podobają”.
Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów:
– „Słuchajcie! To boli! moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”.
Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco:
– „Nie! Chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła. Czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas: – „Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!” Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę."
Może wystarczy tych cytatów. Pomyślmy o tych malutkich przecież dzieciach. To nie było symboliczne odmówienie sobie loda, czy cukierka przez rozpieszczane dziecko. Te dzieci już i tak miały trudne życie, pracując od najmłodszych lat, pasąc owce i pomagając rodzicom w gospodarstwie. A ofiary, które dobrowolnie na siebie przyjęły są wręcz niesamowite. Trudno uwierzyć, a jednak… Ale jeżeli to właśnie było tym, czego oczekiwała od nich Błogosławiona Dziewica Maryja, to jaką my z tego powinniśmy wyciągnąć lekcję? Jeżeli te małe dzieci mogły tak wiele dać, to czy dwa dni o chlebie i wodzie to jest naprawdę taka wielka ofiara? Czy godzina modlitwy to aż tak dużo?
Na zakończenie parę fragmentów homilii, jaką wygłosił Jan Paweł II w czasie Mszy beatyfikacyjnej Hiacynty i Franciszka Marto w Fatimie w dniu 13 Maja 2000 roku:
«ŚWIATŁO, KTÓRE PŁONIE, ALE NIE PALI»
Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11,25). Tymi słowami, drodzy bracia i siostry, Jezus wielbi Ojca Niebieskiego za Jego plany. On wie, że nikt nie może przyjść do Niego, jeżeli nie pociągnie go Ojciec (por. J 6,44), dlatego wysławia Jego plan i po synowsku go przyjmuje: „Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Mt 11,36). Spodobało się Tobie otworzyć Królestwo dla maluczkich. Zgodnie z Bożym planem przybyła z Nieba na tę ziemię w poszukiwaniu prostaczków uprzywilejowanych przez Ojca „Niewiasta obleczona w słońce” (Ap 12,1), Przemawia do nich głosem i sercem matki: zaprasza ich, aby ofiarowały się jako ofiary przebłagania, zapewniając o swojej gotowości zaprowadzenia ich bezpiecznie do Boga. I oto widzą oni jak z Jej matczynych rąk wypływa światło, które przenika ich wnętrze, tak iż czują się zanurzeni w Bogu jak ktoś, kto – według ich wyjaśnień – przegląda się w lustrze.
Błogosławionego Franciszka najbardziej zadziwiał i przejmował Bóg w tym niezmiernym świetle, które przenikało wnętrze ich trojga. Lecz Jemu Bóg dał się poznać jako „bardzo smutny”…
Tak to powiedział. Pewnej nocy ojciec usłyszał go, jak szlochał, i zapytał go, dlaczego płacze; syn odpowiedział: „Pomyślałem o Jezusie, który jest tak smutny z powodu grzechów popełnianych przeciw Niemu”. Kieruje się on w życiu jedynym pragnieniem – tak sugestywnym w sposobie myślenia dzieci – ażeby „pocieszyć i przynieść radość Jezusowi”. W jego życiu dokonuje się przemiana, którą można nazwać radykalną; przemiana z pewnością nie pospolita wśród dzieci w jego wieku. Oddaje się intensywnemu życiu duchowemu, które wyraża się w wytrwałej i żarliwej modlitwie, dochodząc do prawdziwej formy mistycznego zjednoczenia z Panem. To właśnie pobudza go do stopniowego oczyszczenia ducha poprzez tyle rezygnacji z tego, co lubi, a nawet z niewinnych dziecięcych zabaw. Franciszek znosił wielkie cierpienia spowodowane chorobą, na skutek której potem umarł, nigdy się nie skarżąc. W tym maluczkim wielkie było pragnienie wynagrodzenia Bogu za obrazę ze strony grzeszników przez ofiarowanie w tym celu wysiłku, by być dobrym, własnych ofiar i modlitwy.
Także Hiacynta, siostra prawie 2 lata od niego młodsza, żyła kierując się tymi samymi uczuciami.
Orędzie Fatimy jest wezwaniem do nawrócenia, apelującym do ludzkości, aby nie była w służbie „Smoka”, którego „ogon zmiata trzecią część gwiazd nieba: rzucił je na ziemię” (Ap 12,4). Ostatecznym celem człowieka jest Niebo, jego prawdziwy dom, gdzie Ojciec niebieski w swej miłosiernej miłości oczekuje wszystkich. Bóg chce, ażeby nikt się nie zgubił; dlatego dwa tysiące lat temu zesłał na ziemię Swego Syna, aby „szukał i zbawił to, co zginęło” (Łk 19,10). On zbawił nas przez Swoją śmierć na krzyżu; niech ten Krzyż nie będzie dla nikogo daremny. Jezus umarł i zmartwychwstał, aby być „pierworodnym między wielu braćmi” (Rz 8,29). W swej macierzyńskiej trosce Najświętsza Panna przybyła tutaj, do Fatimy, prosić ludzi, żeby „nie obrażali już nigdy Boga, Naszego Pana, który tak bardzo jest obrażany”. Do mówienia skłania Ją ból matki; chodzi o los Jej dzieci. Dlatego prosi pastuszków: „Módlcie się, módlcie się wiele i składajcie ofiary za grzeszników; tyle dusz kończy w piekle, gdyż nikt za nie się nie modli i nie składa ofiar”.
Mała Hiacynta podzielała i przeżywała to zatroskanie Naszej Pani, oddając się bohatersko jako ofiara za grzeszników. Pewnego dnia, kiedy ona i Franciszek zarazili się chorobą, która przykuła ich do łóżka, odwiedziła ich w domu Najświętsza Panna, jak opowiada Hiacynta: „Odwiedziła nas Nasza Pani i powiedziała, że wkrótce przybędzie, żeby zabrać Franciszka do nieba. Zapytała mnie, czy ja chcę nawrócić jeszcze więcej grzeszników. Odpowiedziałam Jej, że tak”. Kiedy zaś zbliża się chwila odejścia Franciszka, dziewczynka poleca mu: „Pozdrów ode mnie bardzo Naszego Pana i Naszą Panią i powiedz im, że jestem gotowa znosić wszystko, czego zechcą, aby nawrócić grzeszników”. Hiacynta została tak wstrząśnięta wizją piekła, którą miała w objawieniu lipcowym, że wszystkie umartwienia i pokuty za zbawienie grzeszników wydawały się jej małą rzeczą. Hiacynta mogłaby równie dobrze zawołać za św. Pawłem: „Raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24).
Niechaj te światła jaśnieją na drodze tej olbrzymiej rzeszy pielgrzymów i tych, którzy nam towarzyszą przez radio i telewizję. Niechaj Franciszek i Hiacynta będą przyjaznym światłem, które oświeci całą Portugalię, a zwłaszcza tę diecezję Leirii-Fatimy. (…) Ostatnie słowo kieruję do dzieci: Drodzy chłopcy i dziewczęta, widzę, że tylu z was ma na sobie podobne ubiory, jakie nosili Franciszek i Hiacynta. Bardzo wam pasują! Szkoda, że dzisiejszego wieczora albo może jutro zdejmiecie te ubiory i… pastuszkowie znikną. Czy wam się nie zdaje, że nie powinni zniknąć?
Matka Boża potrzebuje was wszystkich, aby pocieszyć Jezusa, który jest smutny z powodu krzywd, które Mu się wyrządza. Ona potrzebuje waszych modlitw i ofiar za grzeszników.
Pewna kobieta, która przyjęta Hiacyntę w Lizbonie, słuchając tak pięknych i mądrych rad, których jej dziewczynka udzieliła, zapytała, od kogo tego się nauczyła. „Od Matki Bożej” – odpowiedziała. Pozwalając wielkodusznie prowadzić się tak dobrej Nauczycielce, Hiacynta i Franciszek w krótkim czasie osiągnęli szczyty doskonałości. „Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Wysławiam Cię, Ojcze, za wszystkich Twoich maluczkich, poczynając od Dziewicy Maryi, pokornej Twojej Służebnicy, aż do pastuszków Franciszka i Hiacynty.
Orędzie ich życia niechaj pozostanie zawsze żywe i rozświetla drogę ludzkości!
Komentarzy: 16
Wednesday,02 February 2011,01:11
Kategoria: Kościół Wednesday, 02 February 2011, 01:11
Prorok Jeremiasz:
Dlatego to mówi Pan Zastępów: Ponieważ nie usłuchaliście moich słów, oto poślę, by przyprowadzić wszystkie pokolenia północy – wyrocznia Pana – i Nabuchodnozora, króla Babilonu, mojego sługę. Sprowadzę ich przeciw temu krajowi, przeciw jego mieszkańcom i przeciw wszystkim narodom dokoła. Wypełnię na nich klątwę, uczynię z przedmiot grozy, pośmiewisko i wieczną ruinę. Sprawię, że ustanie wśród nich głos wesela, głos radości, głos oblubieńca i głos oblubienicy, terkot żaren i światło lampy. Cały ten kraj zostanie spustoszony i opuszczony, a narody będą służyć królowi babilońskiemu przez siedemdziesiąt lat. (Jr 25, 8-11)
Wypełnienie słów Jeremiasza, rok 586 Przed Chrystusem:
Spalili też Chaldejczycy świątynię Bożą i zburzyli mury Jerozolimy, wszystkie jej pałace spalili ogniem i wzięli się do niszczenia wszystkich kosztownych sprzętów. Ocalałą spod miecza resztę król uprowadził do Babilonu i stali się niewolnikami jego i jego synów, aż do nadejścia panowania perskiego. I tak się spełniło słowo Pańskie, wypowiedziane przez usta Jeremiasza: Dokąd kraj nie wywiąże się ze swych szabatów, będzie leżał odłogiem przez cały czas swego zniszczenia, to jest przez siedemdziesiąt lat. ( 2 Krn 36:19-21 )
70 lat później.
Powrót z wygnania, ale… nie do końca. Powrót fizyczny, ale duchowe wygnanie trwa kolejne "siedemdziesiąt tygodni lat". Rok ok. 500 Przed Chrystusem, słowa skierowane do proroka Daniela, przez archanioła Gabriela:
Gdy jeszcze mówiłem i modliłem się, wyznając grzechy swoje, swojego narodu, Izraela, i składając przed Panem, Bogiem moim, swe błagania za świętą górę mojego Boga, gdy więc jeszcze wymawiałem słowa modlitwy, mąż Gabriel, którego spostrzegłem przedtem, przybył do mnie lecąc pospiesznie około czasu wieczornej ofiary. Przybył, rozmawiał ze mną i powiedział: Danielu, wyszedłem teraz, by ci dać całkowite zrozumienie. […] Ustalono siedemdziesiąt tygodni nad twoim narodem i twoim świętym miastem, by położyć kres nieprawości, grzech obłożyć pieczęcią i odpokutować występek, a wprowadzić wieczną sprawiedliwość, przypieczętować widzenie i proroka i namaścić to, co najświętsze. (Dn 9, 20-22, 24)
70 "tygodni lat" później.
Mija siedemdziesiąt tygodni lat, dochodzimy do czasów Jezusa. Wszyscy Żydzi są podekscytowani, oczekują zapowiedzianego Pomazańca. Wierzą, że poprowadzi on naród do powstania i do przejęcia władzy nad ich okupowaną Ojczyzną. Co chwilę pojawia się jakiś samozwańczy mesjasz i pociąga za sobą tłumy do walki z Rzymianami. I w tym czasie rodzi się też Dzieciątko w rodzinie ubogiego cieśli, pochodzącego z rodu Dawida. W związku z tym faktem mamy zadziwiającą zbieżność niektórych liczb.
Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. […] Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. (Łk 1:11-12,19)
Archanioł Gabriel powraca na Ziemię po siedemdziesięciu tygodniach lat, ale… Jest niezwykle ciekawy i zdumiewający fakt, że od ponownego przyjścia Gabriela do Ofiarowania minęło dokładnie 70 tygodni. Miesiąc w kalendarzu żydowskim zawsze miał 30 dni. Od odwiedzin u Zachariasza do poczęcia Jezusa minęło 6 miesięcy, a więc dni 180, potem do narodzin Jezusa 270 i do Ofiarowania 40. Razem dokładnie 490 dni, siedemdziesiąt tygodni.
Gdy się rozważa to wszystko, te pokłady i głębie biblijnych proroctw, zdumiewa bogactwo Biblii. Jestem tu daleki od stwierdzenia, że wszystko w proroctwie Daniela rozumiem. Wręcz przeciwnie, nie rozumiem z niego niemal nic. Ale te zależności, które udało się mi odkryć są dla mnie wystarczająco zdumiewające, by mieć o czym myśleć np. podczas rozważania Czwartej Tajemnicy Radosnej Różańca.
33 dla oczyszczenia krwi.
Według Prawa Mojżeszowego matka, która urodziła chłopca, była uważana za “nieczystą” przez siedem dni. Co więcej, musiała pozostać dodatkowo przez trzydzieści trzy dni „we krwi swego oczyszczenia”.Po tym okresie miała “przynieść do Świątyni baranka dla ofiarowania go w ofierze całopalnej:
"Jeżeli kobieta zaszła w ciążę i urodziła chłopca, pozostanie przez siedem dni nieczysta, tak samo jak podczas stanu nieczystości spowodowanego przez miesięczne krwawienie. […] Potem ona pozostanie przez trzydzieści trzy dni dla oczyszczenia krwi. […] Kiedy zaś skończą się dni jej oczyszczenia po urodzeniu syna lub córki, przyniesie kapłanowi, przed wejście do Namiotu Spotkania, jednorocznego baranka na ofiarę całopalną i młodego gołębia lub synogarlicę na ofiarę przebłagalną.[…] Jeżeli zaś ona jest zbyt uboga, aby przynieść baranka, to przyniesie dwie synogarlice albo dwa młode gołębie, jednego na ofiarę całopalną i jednego na ofiarę przebłagalną. W ten sposób kapłan dokona przebłagania za nią, i będzie oczyszczona". (Kpł 12, 2b,4, 6, 8)
Ofiarując swego Syna w Świątyni, siedemdziesiąt tygodni po pierwszej wizycie Gabriela od czasów proroka Daniela, Maryja usłyszała słowa Symeona:
Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu.(Łk 2:34-35)
Żadna matka nie zapomina takich słów. Przez trzydzieści trzy lata Maryja rozważała te słowa w swym sercu. Przez trzydzieści trzy lata pozostawała „we krwi swego oczyszczenia”, aż pod Krzyżem ofiarowała Baranka, ofiarowała swego Syna Bogu Ojcu raz jeszcze, za nasze grzechy.
Ofiara ubogich
Maryja była ubogą dziewczyną. Złożyła ofiarę z dwóch gołębic, bo Jej nie było stać na ofiarowanie baranka i synogarlicy. Ale Maryja była też najbogatszą ze wszystkich ludzi. Jedyną osobą, jedynym człowiekiem, który jest nie tylko dzieckiem Bożym, ale też Oblubienicą i Matką Boga. I to nie w przenośnym sensie, Ona jest Nią rzeczywiście.
33 lata po przeminięciu dni oczyszczenia ofiarowała Ona Baranka bez skazy. Prawdziwie królewski dar.
Błogosławieni ubodzy…
Komentarzy: 19
1
2
dalej »