Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Matka Angelica 5

Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:52

Część Pierwsza

 

Matka Angelika nie bardzo sama wiedziała co zrobić z wewnętrznym głosem mówiącym jej o potrzebie rozpoczęcia transmisji radiowych. Wyobraziła sobie, że zbuduje studio w Rzymie, gdzie przebywający seminarzyści z całego świata będą nagrywali programy we wszystkich językach. Nabyła nawet ziemię z willą niedaleko Rzymu. Całą operację pomógł sfinansować milioner filantrop holenderski, Piet Derksen. Jednak trudności związane z uzyskaniem licencji na działalność we Włoszech i nieprzychylność niektórych osób w Watykanie nie widzących powodu dla którego miałoby powstać radio dublujące działalność Radia Watykan spowodowało, że matka Angelica zaczęła spoglądać w stronę Alabamy.


Radio musiało kosztować, a pieniędzy nie było wcale. Matka Angelika zwróciła się o pomoc do Josepha Canizaro, agenta nieruchomości z Nowego Orleanu, który zagwarantował finansowo niegdyś jej dostęp do satelity Galaxy. Teraz musiał jednak odmówić. Recesja spowodowała, że on sam miał problemy finansowe, a ziemia którą niedawno nabył okazała się dzikim wysypiskiem śmieci i koszty czyszczenia jej miały wynieść sto milionów dolarów. „Powiedz mi o co mam się modlić, żebyś mógł mnie wspomóc milionem dolarów” –odrzekła mu matka Angelika, zanim usłyszała definitywne „nie”. Po namyśle Canizaro odparł, że jak uda się mu sprzedać Crown Plaza Hotel za wystarczającą sumę pieniędzy da jej milion dolarów. „Myślałem, że ona jest stuknięta” –powiedział później Canizaro.


W międzyczasie współpraca EWTN z konferencją biskupów nie układała się zbyt dobrze. Matka Angelika odrzucała jeden program na każde trzy przez nich dostarczane. Co więcej przyczyną przez nią podawaną nie była zawartość, ale słaba jakość uniemożliwiająca nadawanie. Biskupi zaczęli nawet rozważać zmianę umowy z matką Angeliką, ale jak konferencja biskupów dostarczyła film, w którym jakiś kleryk udowadniał, że następny papież zniesie celibat i wprowadzi kapłaństwo kobiet, to miarka się przebrała. Bill Steltemeier uwolnił biskupów od kłopotu pracy nad nowym porozumieniem z EWTN i po prostu zerwał kontrakt. Współpraca z konferencją Episkopatu zakończyła się definitywnie.


Na początku 1990 roku Canizaro podał do sądu poprzednich właścicieli zakupionego przez siebie terenu, wielką firmę naftową. Sądził ich o 15 milionów dolarów. Sąd zarządził odszkodowanie w wysokości 35 milionów. Ta suma pozwoliła mu na kupno innych terenów w Nowym Orleanie nad samym wybrzeżem i zainwestowanie w te tereny zrobiło z niego bogatego człowieka. Canizaro odebrał to jako cud wymodlony mu przez matkę Angelikę i osobiście przywiózł jej obiecany czek na milion dolarów. Umożliwiło to rozpoczęcie prac nad krótkofalowym nadajnikiem, choć suma ta była zaledwie początkiem. Matka Angelica zakładała, że całkowity koszt rozgłośni wyniesie jedenaście milionów dolarów. W ostateczności okazało się, że koszty te przekroczyły 23 miliony dolarów, a z wydatkami na ziemię i willę we Włoszech blisko trzydzieści pięć. Większość tych kosztów pokrył Piet Derksen.


Gdy w jakiś czas potem jeden ze zwolnionych pracowników radia EWTN oskarżył fałszywie matkę Angelikę przed holenderskim milionerem o złe gospodarowanie pieniędzmi, zerwał on jakąkolwiek współpracę z EWTN i zakończył swą pomoc. Nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień, krzycząc tylko do telefonu i powtarzając bezpodstawne oskarżenia. Po latach, przed swą śmiercią, Derksen pojednał się ponownie z matką Angeliką, ale w momencie zerwania ich współpracy znowu nad nową rozgłośnią zgromadziły się czarne chmury. Połączono wtedy radio i telewizję w jeden organizm i to umożliwiło finansowanie kosztów pracy radia.


Radio początkowo nadawało programy w kilkudziesięciu językach, ale bardzo szybko zmieniło swój profil i charakter. Zaczęto nadawać tylko po angielsku i hiszpańsku. Głównie ścieżki audio z telewizyjnych programów EWTN, choć z czasem także zaczęło powstawaćb wiele programów wyłącznie dla radia. Matka Angelica oprócz nadawania przez krótkofalowy nadajnik wkrótce zaczęła transmisję przez Internet, a także przez satelitę. Jej sygnał jest darmowy i każdy może go retransmitować dalej. Dzięki takiej polityce zaczęło powstawać w Stanach coraz więcej naziemnych katolickich stacji radiowych, które w całości, lub częściowo retransmitują programy matki Angeliki. Gdy powstawało EWTN były zaledwie dwie katolickie stacje radiowe w USA. Dzisiaj jest ich już ponad sto dwadzieścia i niemal każdego tygodnia powstają nowe. Ostatnio udało się uruchomić silną stację radiową w San Francisco, mieście nazwanym ma cześć Świętego Franciszka, a tak ostatnio zlaicyzowanym i liberalnym, że na pewno praca radia EWTN będzie tam potrzebna i przyniesie dobre owoce.


Wiele można by jeszcze napisać o Matce Angelice. O szczególnej opiece, jakiej podlega całe jej życie. O jej mistycznych przeżyciach. O jej spotkaniach z Archaniołem Michałem, którego widziała we Włoszech, gdzie na Górze Gargano poczuła ona jak Archanioł przyłożył swój miecz do jej boku i powiedział: „Będę zawsze u twego boku i będziemy walczyć razem” i który później w Alabamie wskazał jej miejsce, gdzie miała postawić antenę swego radia. Nawiasem mówiąc fachowcy odradzali to miejsce, uważając, że nie nadaje się do tego celu. Jednak matka Angelica posłuchała archanioła Michała, nie fachowców i dzięki temu sygnał z jej radia jest doskonale słyszalny na całym świecie. A to, że miejsce zbudowania anteny nadajnika akurat wypadło w gminie Santa Clara jest oczywiście przypadkiem. Matka Angelika to przecież klaryska…


Dzisiaj radio EWTN oprócz krótkich fal, Internetu i lokalnych rozgłośni transmitowane jest także przez satelitarne radio Sirius. Ja właśnie w taki sposób słucham go w mojej ciężarówce. Jadąc mogę zawsze łapać sygnał z satelity i niezależnie od tego gdzie się znajduję, mogę przez 24 godziny słuchać ich wspaniałych programów. Z radiem EWTN współpracuje organizacja Catholic Answers z San Diego w Kalifornii, www.catholic.com , która każdego dnia ma dwugodzinny blok programów apologetycznych, tłumaczących naszą wiarę. Codziennie rano i popołudniu są godzinne audycje społeczne transmitowane z radia Ave Maria z Michigan. Radio to założył były właściciel sieci pizzerii „Dominos Pizza”, Tom Monaghan.


Tak nawiasem mówiąc Tom Monaghan to także fascynująca postać, warta osobnej biografii. Oddany do sierocińca po śmierci ojca, gdy dorósł poszedł do wojska, a później za zaoszczędzone pieniądze z żołdu kupił małą pizzerię. Rozbudował ją tak, że stała się drugą co do wielkości siecią pizzerii w USA. Sprzedał ją potem za miliard dolarów. Lektura książki CS Lewisa „Mere Christianity” ( Chrześcijaństwo po prostu) spowodowała, że przeżył głębokie nawrócenie i powrócił do religii swego dzieciństwa, katolicyzmu. Teraz buduje na Florydzie całe miasto oparte na katolickiej nauce moralności, z katolickim uniwersytetem. (Ave Maria University, www.avemaria.edu , www.avemaria.com ) Nie będzie tam żadnych pornograficznych kanałów w telewizji, apteki nie będą sprzedawały żadnych środków antykoncepcyjnych, nie mówiąc już o braku jakichkolwiek aborcyjnych młynów. Centralnym ośrodkiem miasteczka będzie wspaniała bazylika, w której zawsze będzie odprawiana liturgia Mszy Świętej zgodnie z wytycznymi Watykanu. Oczywiście wiele liberalnych organizacji już planuje oddanie go do sądu, by zmusić go do zmiany planów, ale on na to tylko odpowiada: „Niech próbują. Dostarczą mi tylko darmowej reklamy”.


A wracając do tematu, czyli do Matki Angeliki, to skoro jesteśmy przy liturgii warto wspomnieć o Mszy, jaka jest transmitowana przez EWTN. Kilkanaście lat temu konferencja biskupów miała kolejny pomysł na reformę liturgiczną w Stanach. Pewne osoby nie mogą po prostu zaakceptować tego, co nam daje nasza Matka, Kościół, ale zawsze dążą do forsowania swoich poglądów. Częściowo już im się to udało i na przykład wszędzie tam, gdzie w Biblii święty Paweł napisał „bracia”, w oficjalnym przekładzie używanym podczas liturgii w Stanach czytamy „bracia i siostry”. Gdy jednak dochodziły słuchy, że nie jest to koniec reform, matka Angelica zaczęła sama sprawdzać co mówią dokumenty Soboru Watykańskiego II na temat liturgii. Gdy się okazało, że Sobór nie tylko nie zakazał łaciny, ale wręcz nauczał, że jest to specjalny, uroczysty język liturgiczny, który należy szanować, wprowadziła ona go do transmitowanych przez siebie Mszy. Czytania w Pisma Świętego i kazania są oczywiście po angielsku, ale wszystkie stałe części Mszy są po łacinie. Gdy to pierwszy raz wprowadziła, było to sporym szokiem dla Amerykanów, ale teraz coraz częściej w różnych regionach USA spotyka się odmawianie pewnych stałych fragmentów Mszy w tym języku. Niewątpliwy wpływ EWTN.


Matka Angelica jest twierdzą ortodoksyjnego katolicyzmu w USA. Zawsze stoi na straży nauki Magisterium i nie boi się powiedzieć tego, co myśli. Czasem powoduje to pewne kłopoty, jak na przykład podczas jej konfliktu z kardynałem Mahony. Powiedziałbym nawet, że bardzo poważne kłopoty. Kardynał Mahony z Los Angeles napisał list odczytywany we wszystkich jego parafiach, z którego wynikały wątpliwości co to wiary kardynała w prawdziwą obecność Pana Jezusa w Eucharystii. Matka Angelica skrytykowała ten list i powiedziała, że gdyby ona była członkiem archidiecezji Los Angeles, jej posłuszeństwo wobec kardynała byłoby zerowe. I o ile sama krytyka listu pasterskiego kardynała znanego ze swych liberalnych poglądów było uzasadnione, to ostatnia uwaga była przekroczeniem prawa kanonicznego. Kardynał Mahony zaczął krucjatę przeciw EWTN i nawet w Rzymie szukał możliwości zemsty.


Matka Angelica przeprosiła za nawoływanie do wypowiedzenia posłuszeństwa kardynałowi, ale też dokładnie zanalizowała cały jego list pasterski. Poprzednio bowiem jej uwaga była zaledwie rzucona mimochodem, przy okazji mówienia o czymś innym. Jej analiza, bardzo ostrożna tym razem, jeszcze bardziej rozzłościła kardynała. Nie przyjął przeprosin matki Angeliki i zarówno w Rzymie, jak i u biskupa Birmingham oraz na konferencji biskupów amerykańskiego episkopatu żądał, by coś zrobiono z tą niepokorną zakonnicą. Matka Angelica jednak się nie ugięła do końca. Przy okazji okazało się, że to ona, prosta siostra zakonna ma w Watykanie większe wpływy nić potężny kardynał jednej z największych amerykańskich archidiecezji. Jednak konflikt ten spowodował, że cała organizacja EWTN została przekazana w ręce osób świeckich. Była to świadoma decyzja matki Angeliki. Obawiała się ona, że nawet, jak nie uda się liberałom przejąć EWTN za jej życia, to mogą zainstalować kogoś w jej miejsce po jej śmierci. Zrezygnowała więc ona całkowicie z prawa weta i w ten sposób zabezpieczono EWTN od zapędów liberalnych członków władz Kościoła od przejęcia kontroli nad tą rozgłośnią. Takie posunięcie na pewno było ryzykowne. Nie ma żadnej gwarancji, że kiedyś i we władzach świeckich EWTN nie znajdą się głosy liberalne. Ale jak na razie wszystkie osoby związane z EWTN są bardzo wierne Magisterium, papieżowi i nauce Kościoła, a osoby związane z konferencją episkopatu, z biskupami, nie raz pokazywały swe niepokorne oblicze.


Wystarczy wspomnieć choćby przedstawienie Drogi Krzyżowej, pantomimę, podczas papieskiej wizyty w czasie Światowego Dnia Młodzieży w Denver. Rolę Jezusa odgrywała tam młoda, piękna dziewczyna. Matka Angelica wręcz odchorowała ten spektakl. Świadkowie mówią, że płakała całą noc, a na drugi dzień w swej audycji w bardzo gorzkich słowach powiedziała co myśli o tych, którzy „nie mają nic do zaoferowania poza niszczeniem tego, co dobre i co święte w Kościele”. „”Spróbowalibyście tego z Martinem Lutrem Kingiem. Dajcie kobietę w jego roli i zobaczcie co się stanie. Spróbujcie tego z Mojżeszem, albo Mahometem. Ale nie, my jesteśmy jedynymi, których można tak obrażać i którzy niczego nie mówią”. A konferencja biskupów wydała tylko oświadczenie mówiące, że „pantomima nie jest historycznym odtworzeniem rzeczywistości, lecz sztuką i każdy, nawet dziecko, może odegrać każdą rolę”. Oczywiście oni być może nie widzieli, albo nie chcieli zobaczyć tego, co natychmiast zobaczyli i podchwycili zwolennicy idei kapłaństwa kobiet.


Siostra Maureen Fiedler, głośna zwolenniczka kapłaństwa kobiet powiedziała reporterom, że jest hipokryzją ze strony Kościoła mówienie, że kobieta nie może „In Persona Christi” odprawiać ofiary Mszy, gdy na spotkaniu z papieżem ten sam Kościół ukazuje „In Persona Christi” kobietę podczas inscenizacji Drogi Krzyżowej. „Jedyny powód, jaki Watykan daje przeciw kapłaństwu kobiet, to to, że my nie jesteśmy obrazem Jezusa. Ale jak oni sami wyobrażają Jezusa w ich drodze krzyżowej, to najwyraźniej ktoś w Watykanie musi uważać, że jednak kobieta może być obrazem, wyobrażeniem Jezusa. Własną ręką obalili swoje argumenty”. Podobnie skomentowała to codzienna gazeta z Denver. „Denver Post”. Napisali, że jest ironią losu, że kościół, który zabrania kapłaństwa kobiet, przedstawia w roli Jezusa kobietę.


Jedyną oficjalną odpowiedzią na krytykę, jakiej udzieliła matka Angelica w swym programie był telefon arcybiskupa Williama Keelera, prezydenta Konferencji Episkopatu, w którym powiedział on matce Angelice, że „przesadziła ze swoją reakcją”. Natomiast arcybiskup Rembert Weakland napisał później o komentarzu matki Angeliki: „Przez pól godziny paplała ona o wszystkich wykroczeniach po Soborze Watykańskim, jakie rzekomo mają miejsce według jej osobistego sądu, który oczywiście uważa ona za zgodny z sądem Ojca Świętego. Był to najbardziej hańbiący, niechrześcijański obraźliwy i poróżniający atak jaki kiedykolwiek słyszałem”. „Jeżeli on uważa, że granie roli Jezusa przez kobietę nie było obraźliwe, to jeśli o mnie chodzi, może on wsadzić swoją głowę do toalety”- odpowiedziała matka Angelica. (“He can put his head In the back toilet, as far as I am concerned.” Page 244). Biskupi więc najwyraźniej świadomie zgodzili się na takie wyzwanie papieżowi, albo nie widzieli w takim świętokradczym przedstawieniu naszego Pana niczego złego. I chyba nie wiadomo, co jest gorsze. A reakcja matki Angeliki była tylko dlatego taka, że dla niej to nie był atak na jakiegoś historycznego, dalekiego Jezusa. Ona zawsze odbierała każdy atak na Jezusa, czy to w zamachu na dogmat o prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii, czy na to przedstawienie Go w drodze krzyżowej jak atak na jej ukochanego ponad wszystko Oblubieńca, ukochanego małżonka. Jezus nie był dla niej abstrakcją, ale kimś bliskim, kimś naprawdę kochanym. I dlatego zawsze tak gwałtownie i tak personalnie reagowała na wszystkie, nawet najmniejsze na Niego ataki.


Matka Angelica odegrała też być może zasadniczą rolę w poprawnym tłumaczeniu Katechizmu Kościoła Katolickiego na język angielski. Oryginał tego dokumentu był napisany po francusku, a poszczególne episkopaty tłumaczyły go na swe narodowe języki. Amerykańska wersja była pełna politycznie poprawnych wyrażeń, gdzie znikały słowa typu „Men”, czy „Son”, a pojawiały się „Humanity” i „People”. Matka Angelica akurat przebywała w Rzymie, gdy kardynałowie przedstawili swe tłumaczenie Katechizmu. Gdy dowiedziała się ona o tych wszystkich zmianach językowych poprosiła o audiencję kardynała Josepha Ratzingera, odpowiedzialnego za zatwierdzenie tłumaczenia. Powiedziała mu, że ona na pewno nie będzie mogła promować tego dokumentu, jak będzie on zawierał takie sformułowania. Powiedziała, że Jezus był Synem Bożym, i mężczyzną, a nie jakimś „członkiem ludzkiego rodzaju”. Nie wiadomo oczywiście na ile jej uwagi wpłynęły na decyzję kardynała Ratzingera, zapewne i bez wizyty matki Angeliki nie zatwierdziłby takiego tłumaczenia, ale być może miała ona jakiś wpływ na to, że odrzucił on „politycznie poprawną” wersję Katechizmu. Musieliśmy przez to czekać kolejne 18 miesięcy, ale mamy teraz naprawdę dobre tłumaczenie Katechizmu w Stanach.


Matka Angelica parę tygodni po tym, jak Raymond Arroyo zakończył rozmowy z nią o jej życiu miała masywny wylew krwi do mózgu. To, że przeżyła operację graniczy z cudem. Albo tym cudem jest. Nie pierwszym w jej życiu. Jednak zdrowie jej zaczęło się pogarszać i po pewnym czasie została przykuta do łóżka na stałe. Straciła też wkrótce zdolność mówienia. Wreszcie jest tym, kim zawsze chciała być. Kontemplacyjną biedną klaryską, która za kratami w klasztorze spędza czas na modlitwach. Mieszka teraz w pięknym, nowym klasztorze, w Hanceville, Alabama, godzinę jazdy od Birmingham. Klasztorze, którego budowa kosztowała niemal 50 milionów dolarów. A przy okazji warto wspomnieć i o tej sprawie. O kontrowersji związanej z budową tego „pałacu”.


Nie trudno się domyśleć jakie listy dostawała Matka Angelica, krytykujące ten zbytek i przepych. Oczywiście krytykowali nie ci, którzy dawali cokolwiek, bo zazwyczaj takie krytyki są dziełem tych, którym trudno nawet złotówkę dać na Kościół. Jednak ponieważ wielu ludzi posyła datki na koszty związane z radiem i TV EWTN, którzy niekoniecznie chcieliby je przeznaczać na nowy klasztor, matka Angelica odpowiedziała na te zarzuty.


18 stycznia 2000. roku powiedziała o całych pudłach obrzydliwych listów, jakie otrzymała. „Niektórzy ludzie krytykują złoto, srebro, marmury. Ale wiecie, co ja myślę? Ja myślę, że sami zagubiliście się w swojej krytyce. Bo nikt z was nie krytykuje pałaców dla królów i prezydentów. Nikt nie krytykuje Białego Domu, stanowczo zbyt wielkiego dla dwóch osób, które go zamieszkują. Co mnie naprawdę martwi, to to, że jesteście usatysfakcjonowani tylko najlepszymi rzeczami gdy chodzi o was, ale dla Boga przeznaczylibyście tylko to, co najgorsze.” Następnie podnosząc rękę i pokazując pięć palców matka Angelica kontynuowała: „Ani jeden cent z waszych datków nie został przeznaczony na budowę sanktuarium i klasztoru. Ani jeden. Pięć rodzin, które zażyczyły sobie pozostać anonimowe, pokryły wszystkie koszty związane z budową klasztoru. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć - jakbyście mieli kłopot z liczeniem. Pięć osób zbudowało kościół i cały klasztor”. Niezależna komisja, która później badała finanse Matki Angeliki w pełni potwierdziła fakt, że budowa klasztoru nie kosztowała słuchaczy radia i TV ani grosza.


Jest jeszcze pewien polski, a nawet krakowski akcent w tej całej historii. Po wszystkich tych problemach matka Angelica otrzymała pewnego dnia z Watykanu przesyłkę. Spore pudło z insygniami papieskimi, ale bez żadnego wyjaśnienia. Dopiero telefon z Rzymu wyjaśnił, że w środku jest osobisty prezent od Jana Pawła II w podziękowaniu za zasługi w szerzeniu wiary na całym świecie i w oddaniu się Jezusowi w Najświętszej Eucharystii. Podczas audycji na żywo matka Angelica złamała papieskie pieczęcie i otworzyła pudło. W środku była monstrancja, jaką otrzymał papież od mieszkańców Nowej Huty, podczas swej pielgrzymki do Polski w 1999. roku.


Matka Angelica miała wcześniej kilka spotkań z papieżem. Był on doskonale poinformowany o jej działalności. Zdawał sobie sprawę z tego, że ma opozycję wśród wielu liberalnych biskupów amerykańskich i wiedział także, że ma wspaniałego obrońcę w osobie matki Angeliki. Ona broniła papieża, a on bronił jej. Podczas jednej z jej wizyt w Rzymie Jan Paweł II podszedł do niej i wziąwszy jej twarz w dłonie powiedział głośno: „Ah, Mother Angelica, the grand chief.” „Mother Angelica, the grand chief” –powtórzył śmiejąc się. (Matka Angelika, wielki wódz). Innym razem, gdy przedstawiła mu plany związane z powstającym radiem i powiedziała, że najpierw będą nadawać do Południowej Ameryki, a potem do krajów europejskich, Jan Paweł II z uśmiechem zapytał” „A potem?” –„Potem do Rosji” – „A potem?” – „Potem do Chin” –odpowiedziała Angelica. „A potem?” –śmiejąc się kontynuował papież, wiedząc, że matce Angelice zaczyna brakować terenów do których miałaby wysyłać Dobrą Nowinę. Odchodząc spojrzał jeszcze raz na tę starszą zakonnicę, wspartą o kule i wrócił do niej raz jeszcze. Jedną rękę położył na jaj welonie, a drugą robiąc znak krzyża na jej czole powiedział: „Mother Angelica, weak in body, strong in spirit. Charismatic woman, charismatic woman.”. (Matka Angelica, słaba ciałem, mocna duchem. Charyzmatyczna kobieta.)


Na tym skończę już tę nieco chaotyczną opowieść o matce Angelice. Nie da się na kilku stronach powiedzieć wszystkiego. Mam nadzieję, że biografia Raymonda Arroyo będzie kiedyś przetłumaczona na polski język, więc każdy sam będzie mógł poznać więcej szczegółów z jej zdumiewającego życia. Dodam może tylko, że trudno przecenić jej wpływ na miliony ludzi w Ameryce i na całym świecie. To, że Kościół w USA przeżywa odrodzenie, że w seminariach jest coraz więcej kandydatów do kapłaństwa, że wiedza wielu katolików zaczyna wreszcie być na jakimś poziomie, że dziesiątki mądrych i świętych kapłanów, biskupów, członków laikatu, konwertytów na katolicyzm mają możliwość, mają gdzie uczyć nas wszystkich prawdziwej wiary katolickiej to jej wielka zasługa.


Co więcej, w kraju, gdzie większość mieszkańców uważając się za chrześcijan nie jest katolikami i gdzie wiedza o religii katolickiej jest na żenująco niskim poziomie, a do tego jest pełna fałszów i zakłamań, wpływ radia i telewizji EWTN sięga daleko poza członków naszej religii. EWTN jest oglądane przez wielu wyznawców innych religii, którzy poznają prawdę o katolicyzmie, a także bardzo często poznając ją zaczynają swoją pielgrzymkę do zjednoczenia się w pełni z Kościołem, który założył Pan Jezus.


Matka Angelica odkryła chyba formułę, która jest bardzo prosta i bardzo skuteczna. Nie zajmuje się polityką, nie zajmuje się ziołolecznictwem, nie zajmuje się społecznymi problemami współczesnej Ameryki, nie popiera żadnej partii politycznej, ale uczy Ewangelii i miłości do swego ukochanego Oblubieńca, Jezusa Chrystusa. Czy jest to poznawanie Biblii, czy Katechizmu Kościoła Katolickiego, czy encyklik papieskich, czy też programy apologetyczne, czy pokazywanie świadectw osób, które odkryły piękno Kościoła i zostały katolikami przychodząc tu z wielu różnych wierzeń i przekonań, od wojującego ateizmu, przez sekty i religie Wschodu do chrześcijańskich wyznań protestanckich, wszystko to prowadzi do pełnego poznania naszej wspaniałej wiary.


Oczywiście nigdy nie da się do końca uniknąć pewnych politycznych i społecznych zagadnień. W końcu EWTN pełni także rolę informacyjną, a gdy biskupi wypowiadają się na tematy wojny w Iraku, nielegalnej imigracji do USA, czy nadchodzących wyborów, EWTN musi i o tym informować. Trzeba jednak słyszeć te telefony od radiosłuchaczy do studia, gdy jakiś biskup zaczyna bronić konferencji Episkopatu, która wydała kolejne oświadczenie krytykujące politykę rządu względem wojny w Iraku, czy też względem meksykańskich imigrantów. Jeden za drugim słuchacze pytają czemu biskupi nie są tacy szybcy w krytyce polityków proaborcyjnych, którzy nazywają siebie katolikami i co niedzielę przystępują do Komunii Świętej, albo dlaczego nie nauczają głośno o złu antykoncepcji, a mieszają się do polityki na której się ani nie znają, ani jej nie rozumieją. Słuchacze matki Angeliki często wiedzą lepiej od niejednego biskupa, co jest tak naprawdę ważne. W końcu wystarczy wziąć przykład od jej Oblubieńca, który przez trzy lata nauczania nic o polityce nie mówił. Mimo, że jego ziemska ojczyzna była pod okrutną, ciężką okupacją.

Poza tym słuchaczom EWTN nie trzeba mówić na kogo mają głosować. Takie uwagi zawsze zresztą przynoszą zwykle odwrotny skutek. Najpierw bowiem trzeba trafić do serc, a jak się w tych sercach rozpali miłość do Jezusa, to każdy sam wie jak i dlaczego głosować tak, a nie inaczej. I to jest chyba największa zasługa matki Angeliki. Że trafiła do serc milionów ludzi na świecie. Zbudowała największe katolickie imperium medialne na świecie, to prawda. Ale to być może mógłby zrobić każdy. Jednak rozpalić serca milionów ludzi, pokazać im prawdziwe chrześcijaństwo, bez nienawiści, bez złości, bez antysemityzmu, bez polityki, za to z radością, miłością, nadzieją, wiarą – to jest prawdziwa i niepodważalna zasługa tej niezwykłej postaci.

Ostatnie lata dały nam kilka naprawdę wybitnych świętych. Jan Paweł Wielki, Matka Teresa z Kalkuty, wcześniej Padre Pio, czy Faustyna Kowalska. Ale według mnie matka Angelica należy do tej samej grupy ludzi. A to, że nie zawsze jest „święta”, że czasem ponosi ją jej włoski temperament, że krytykuje biskupów, to tylko świadczy, moim zdaniem, na jej korzyść. Ona naprawdę kocha swego Oblubieńca, Jezusa Chrystusa, nad wszystko. Tylko to się w jej życiu liczy. I jak ktoś jej zdaniem Go krzywdzi, albo krzywdzi Jego Kościół, to bez względu na konsekwencje stanie w Jego obronie. A że nie jest wykształconą osobą, że ma włoski, gorący temperament, to czasem popełniała błędy. Nie zapominajmy jednak, że i samego Pana Jezusa w Świątyni ogarnął gniew, gdy zobaczył, jak dom swego Ojca zostaje przemieniony w targowisko.


Matka Angelica mówiła normalnym językiem, językiem prostych, zwykłych ludzi. Za to ją wszyscy kochamy. Teraz nie może już mówić, ale EWTN to ciągle jej telewizja i nadal nadawane są jej archiwalne audycje. Miliony ludzi nadal ją oglądają, a nowe programy na żywo prowadzi jezuita polskiego pochodzenia, ojciec Mitch Pacwa. Przyszłość EWTN jest raczej jasna i z pewnością przyniesie wiele dobrych owoców. A my pamiętajmy o tej ubogiej klarysce, wychowanej w rozbitym domu, cierpiącej na rozliczne schorzenia, która stworzyła największe katolickie imperium medialne na świecie i mieszka teraz w pałacu swego Oblubieńca, który sama Mu zbudowała. A wraz z nią mieszka tam kilkadziesiąt sióstr, bo nie brakuje powołań w tym dziwnym i bardzo tradycyjnym zakonie kontemplacyjnym. A to jest najlepsza gwarancja, że EWTN pozostanie ortodoksyjnym głosem Kościoła Katolickiego. Siostry „od matki Angeliki” wymodlą to u samego Boga.

 

Koniec

Komentarzy: 12


Matka Angelica 4

Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:47

Część Pierwsza

 

Na początku 1982. roku EWTN podpisał kontrakt z Wold Communications z Los Angeles dający im dostęp do satelity Westar IV. Opłata za dostęp do tego satelity była znacznie wyższa, ale też znacznie więcej odbiorców miało do niego dostęp. Potencjalnie półtora miliona widzów miało dostęp do programów oferowanych przez Westar IV. Parę miesięcy później do EWTN zadzwonił broker zajmujący się dostępem do satelitów z propozycją udostępnienia 88 godzin czasu na satelicie Satcom IIIR, należącym do RCA. Ten satelita był „numero uno” w 1982. roku. 4600 sieci kablowych przekazywało jego sygnał, potencjalnie 20 milionów domów mogło oglądać programy przez niego oferowane. Satelita był dawno wypełniony po brzegi i taka nagła oferta została odebrana jako kolejny wyraz opatrzności Bożej.


Matka Angelica podpisała umowę z Satcom IIIR, zrywając wcześniejszą umowę z Westar III. Niezważając na konsekwencje, które wkrótce miały się okazać poważne, EWTN stało się częścią najważniejszego przekaźnika w całym przemyśle telekomunikacyjnym. Opłata za tę usługę wynosiła 132 tys. dolarów miesięcznie i zapłacenie rachunków było nieustannym problemem. Bill Steltemeier nie raz i nie dwa razy pożyczał tę sumę firmie, której był prezydentem. Bez jego osobistego zaangażowania EWTN nie przetrwałoby tego trudnego okresu.



12 listopada 1982. roku matka Angelica po raz pierwszy odwiedziła Rzym. Na spotkaniu po prywatnej mszy papieskiej Jan Paweł II, ze swym znanym nam uśmiechem na twarzy, powiedział: „Słyszałem o tobie. Robisz dobrą robotę”. Matka Angelica spotkała się w Rzymie także ze swym protektorem, kardynałem Oddi, który ostrzegł ją, by nie nadawała niczego, co wyda jej się niezgodne z moralnym nauczaniem Kościoła. W Rzymie wiedzieli doskonale, że programy CTNA pełne są sióstr i księży w cywilnych ubraniach prowadzących programy pełne nacisku na społeczną naukę Kościoła, ale bardzo mało zwracające uwagę na moralne nauczanie. Więcej tam było aktywizmu niż chrześcijaństwa.


15. grudnia w Waszyngtonie miało miejsce spotkanie przedstawicieli CTNA. Podniesiono kwestię używania przez matkę Angelikę określenia, że jej program jest „katolicki”, gdy nie ma on zezwolenia, „imprimatur” biskupów. Skrytykowano ją także za działalności bez pytania o zgodę konferencji Episkopatu. Bill Steltemeier odparł, że jako papieskie zgromadzenie odpowiada ono tylko przed Rzymem i nie ma obowiązku pytać o zgodę konferencji biskupów, a Rzym wyraża zadowolenie z działalności EWTN. Poza tym EWTN jest otwarte dla każdego biskupa, który chciałby szerzyć ortodoksyjny katolicyzm, ale to właśnie zarząd CTNA powstrzymuje ich od tego, przedstawiając się jako jedyne oficjalne medium dostępne dla biskupów. Całe spotkanie nie było sukcesem dla EWTN. Stacja matki Angeliki miała jawnych wrogów w konferencji Episkopatu i wszyscy wiedzieli, że to jest tylko kwestia czasu, by starali się oni przejąć EWTN.



Problemy finansowe nękały nie tylko EWTN, ale i CTNA, które było w stanie zmarnować każdą sumę jaką Kościół przeznaczył na media. Patrząc z perspektywy czasu żal, że te działania nie były lepiej skoordynowane. Matka Angelica zrobiłaby wiele dobrego mając te sumy, jakie konferencja Episkopatu przeznaczała na CTNA. Jednak przez cały 1982 rok płacenie miesięcznego abonamentu w wysokości 132 tys. za dostęp do satelity był wielkim ciężarem. Pomagał w miarę możliwości Bill Steltemeier i pomógł także Harry John pożyczając 130 tys. dolarów ze swego osobistego majątku. Jednak w tym czasie dług EWTN wynosił już dwa miliony dolarów.


Co gorsza, Wold Communications domagało się za zerwanie kontraktu kary w wysokości miliona czterystu czterdziestu tysięcy dolarów. EWTN miało pewne prawne podstawy do zerwania kontraktu, ale zapewne nie były one tak mocne, by je uznał jakikolwiek sąd. Ich umowa miała klauzulę mówiącą, że kanał nadający 4-godzinny blok programów EWTN nie może nadawać żadnych programów „tylko dla dorosłych” w innych godzinach. Wold Communications co prawda wywiązało się z tego punktu, ale jeden z sąsiednich kanałów był okupowany przez „EROS”, nadający niemal pornograficzne programy. To stało się pretekstem zerwania umowy, ale nie obroniło to EWTN przed podaniem ich do sądu i potencjalnym widmem bankructwa.


Prawnicy obu stron uzgodnili spotkanie i matka Angelica z dugą siostrą i Billem Steltemeierem jechali taksówką na rozmowę. Nagle matka Angelica zobaczyła kościół i kazała taksówce się zatrzymać. Weszli na krótką modlitwę, a po paru minutach powiedziała ona Steltemeierowi: „Idź. My tu zostaniemy i będziemy rozmawiać z Jezusem. Wszystko będzie OK.” On nie chciał się zgodzić, argumentując, że to z nią, nie z nim chcą się zobaczyć przedstawiciele Wold Communications, ale dyskusja nie miała sensu. Matka Angelica podjęła decyzję. Później Bill wspominał, że był świadkiem cudu. „Przez trzy godziny prowadziłem negocjacje, ale oni domagali się zapłacenia pełnej kary. Nagle zmienili stanowisko, zgodzili się na zmniejszenie kary do 250 tys. dolarów i na dodatek na rozłożenie jej na 30 miesięcznych rat.” Pojechał on po spotkaniu do kościoła, gdzie matka Angelica trwała przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Opowiedział, co się stało, a ona zwróciwszy się w stronę tabernakulum odpowiedziała tylko: „Jezu, dziękuję. Wiedziałam, że to dla mnie zrobisz”.



W sierpni 1983 roku po raz pierwszy matka Angelica zaczęła prowadzić program na żywo. Ta próbna seria trwała do października tego roku i matka Angelica nie była pewna, czy ją kontynuować. Podczas ostatniego programu nadawanego na żywo zadzwonił do studia młody człowiek, mówiąc, że ma w ręce pistolet i odbierze sobie życie. Miał on wiele problemów i nie widział powodu dla którego miałby dalej żyć. Uspokajające słowa matki Angeliki spowodowały, że rzucił pistolet na ziemię, a słuchający akurat audycji ksiądz rozpoznał głos chłopca i zdążył wyłamać drzwi i odebrać mu broń przed ewentualną kolejną próbą zamachu na swe życie. Ten epizod upewnił matkę Angelikę jak ważne mogą być programy na żywo. Od tego czasu stały się one stałym fragmentem ramówki telewizji EWTN.


W tym też okresie czasu po raz pierwszy matka Angelica zwróciła się na antenie z prośbą o finansową pomoc do widzów. Długo broniła się przed taką formą szukania pieniędzy, ale wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia. Mimo, że Harry John pożyczył jej kolejne 120 tys. dolarów, rachunki przychodziły regularnie co miesiąc. Angelica mówiąc o tym, jak jej program polega na Bożej opatrzności dodała, że widzowie są częścią tej opatrzności. Od tego czasu jej słowa: „Ten program dociera do was tylko dzięki wam” i „Nie zapomnijcie o nas między rachunkiem za gaz i za prąd” stały się częstym przypomnieniem faktu, że bez pomocy widzów byłoby niemożliwe prowadzenie takiego przedsięwzięcia.



Harry John nie uzyskawszy kontroli nad programem matki Angeliki postanowił sam zbudować swoje katolickie imperium medialne. Założył organizację nazwaną „Santa Fe Communications” nadającą 24 godziny na dobę katolickie programy. Wykupił studio w Hollywood i studia w Paryżu, Nowym Jorku, San Francisco, El Paso i Steubenville. Wydawał na swą organizację dwa miliony dolarów tygodniowo. Z profesjonalnego i finansowego punktu widzenia jego organizacja przyćmiła wszystko, co matka Angelica, czy konferencja Episkopatu mogła w najśmielszych marzeniach wyprodukować. Oczywiście mając wiele czasu antenowego szukał on zawsze programów, więc zwrócił się także do matki Angeliki o jej audycje. Zgodziła się oczywiście, ale nie za darmo. Sprzedawała mu swe programy po 200 dolarów za minutę. Jedyny przykład w całej historii działalności EWTN, że programy nie były udostępniane darmowo.



W styczniu 1984. roku Harry John był winien matce Angelice tyle, ile ona była winna jemu za wcześniejsze pożyczki. Zgodzono się na obustronne darowanie długów. Jakiś czas jeszcze Santa Fe kupowała programy na żywo matki Angeliki, a pieniądze uzyskane w ten sposób przynajmniej częściowo pozwalały na finansowanie działalności EWTN. Do tego koniecznie było potrzebne nowe, większe studio. To dotychczasowe było zajęte przez program matki Angeliki, a EWTN planowało produkcję innych, nowych programów. Wyznaczono więc na zewnątrz prostokąt o wymiarach 15x22 metry i obwiązano drzewka wstążeczkami oznaczającymi granice przyszłego studia. Gdy parę dni później grupa biskupów odwiedziła EWTN zapytali matkę Angelikę o te wstążeczki na sosnowych drzewkach. „Potrzebujemy nowe studio, a nie mamy pieniędzy. Te wstążeczki mają przypominać Bogu o naszej potrzebie”. –„A nie uważasz, że Bóg wie, czego potrzebujecie?” –zapytali biskupi. –„Oczywiście, że wie, ale nie zaszkodzi Mu czasem przypomnieć”. –odpowiedziała matka Angelica.


Zaintrygowany wstążeczkami dawny przyjaciel matki Angeliki, Jack Leder, podarował pierwsze 50 tys. dolarów. W sierpniu 84. roku para starszych, skromnie wyglądających osób zapytała o te wstążeczki. Matka Angelica opowiedziała im o projekcie, a wzruszona ich ubóstwem przygotowała im kanapki na drogę, gdy wyjeżdżali z kompleksu EWTN. Staruszkowie ci, państwo Bombergers, po powrocie na Florydę zwołali zebranie zarządu filantropijnej fundacji prowadzonej przez siebie i zatwierdzili donację 150 tysięcy dolarów na ukończenie nowego studia. Rycerze Kolumba dołożyli swoje, a grant w wysokości 25 tysięcy zatwierdzony przez arcybiskupa Bostonu Bernarda Law skompletował listę pieniędzy koniecznych do ukończenia projektu nowego studia.



Nie był to jednak koniec finansowych problemów EWTN. Niezapłacone rachunki za transmisję satelitarną groziły utratą licencji, Harry John zajęty swoją superstacją nie był więcej zainteresowany pomocą matce Angelice, a do tego ona sama przechodziła wtedy bardzo trudny okres duchowych rozterek. Zmarła jej matka, która jako jedna z sióstr mieszkała z nimi w klasztorze, a do tego przechodziła ona okres „ciemności duszy”, okres w którym nie odczuwała obecności swego ukochanego Oblubieńca. Ludzie pozostający z nią w bliskim kontakcie nie odczuwali niczego innego w jej zachowaniu, ale udostępnione później jej zapiski ukazują jak trudny był to okres w jej życiu. W końcu wyglądało na to, że jedynym ratunkiem jest zwrócenie się do telewidzów. Alternatywą była utrata tego, co z takim trudem zbudowano do tej pory. Przez sześć wieczorów trwał finansowy maraton. Przybył nawet z Nashville jezuita Mitch Pacwa, który na prośbę jednego z widzów za pięć tysięcy dolarów zaśpiewał polski hymn narodowy. Ojciec Pacwa, syn polskich emigrantów, znający kilkanaście języków łącznie z hebrajskim, aramejskim, greką i arabskim, stał się później stałym członkiem ekipy radia i telewizji EWTN, zastępując matkę Angelikę w prowadzeniu programu na żywo, gdy jej zdrowie nie pozwalało na to dłużej.


Jesienią 1984. roku Santa Fe Communikation ogłosiła bankructwo. Harry John wydawszy sto milionów osobistego majątku nie miał skąd dalej dokładać. Część wyposażenia jego studia odkupiła potem EWTN płacąc drobny ułamek tego, co zapłacił niedawno Harry John. W tym samym czasie Peter Grace Fundation, która pożyczyła EWTN sporą sumę pieniędzy, domagała się zwrotu wraz z odsetkami. W sumie wynosiło to 650 tysięcy dolarów. Jednak i tym razem Bóg okazał się wierny. Wcześniej w tym samym roku żona pewnego adwokata spędziła jakiś czas w Birmingham, odwiedzając EWTN i obiecała matce Angelice, że jak tylko będzie miała jakiś problem, pomoże jej w miarę możliwości. Gdy teraz Angelica przypomniała o obietnicy, otrzymała w zamian czek na 700 tysięcy dolarów umożliwiający spłatę długu w całości.


W październiku 1986. roku wygasła umowa umożliwiająca korzystanie z dotychczasowego satelity i EWTN nie uzyskało możliwości jej przedłużenia. Jedyne alternatywne możliwości to było albo podpisanie umowy z jakimś drugorzędnym satelitą, albo z nowym satelitą Galaxy III, który co prawda także nie miał zbyt wielu odbiorców, ale przynajmniej miał potencjalne możliwości. Jednak Galaxy III nie był zainteresowany w nadawaniu parogodzinnego bloku. Warunkiem przyjęcia EWTN było zobowiązanie z ich strony, że będą produkować program 24 godziny na dobę. Niezależnie jednak od tego, na co się matka Angelica zdecyduje, musiała ona zaczynać od zera. Traciła ona dotychczasowych klientów w postaci sieci kablowej telewizji, a więc traciła także wszystkich swoich telewidzów.



Wszyscy pracownicy EWTN zebrali się i jeden po drugim wypowiedzieli się za przejściem na 24-godzinny format. Doskonale zdawali sobie sprawę, że oznacza to dla nich więcej pracy, a prawdopodobnie także opóźnienia w wypłacie. Jednak było to wyzwanie i wszyscy byli gotowi mu sprostać. Ta przeszkoda nikogo nie zniechęciła, ale dała im zastrzyk energii i chęć zmierzenia się z trudnościami. Podpisano umowę z Galaxy III, a wkrótce potem okazało się, jak sluszna to była decyzja. Satelita został wykupiony przez grupę satelitarnych stacji telewizyjnych łącznie z Nickelodeonem i C-Span i grupa ta wyposażyła siedem tysięcy odbiorców naziemnych w anteny odbierające sygnał z tego satelity. EWTN stał się członkiem elitarnej grupy nadającej przez najpopularniejszego satelitę w Ameryce. Do tego wkrótce Watykan ogłosił, że Ojciec Święty odwiedzi wkrótce Stany Zjednoczone. To jakby sam Bóg mówił matce Angelice: „Zaczynasz od początku? Dobrze, poślę ci tam swojego człowieka, który ci w tych początkach pomoże”. EWTN zaczął się przygotowywać do pełnej relacji z pobytu papieża w USA, ale stresy związane z wydarzeniami ostatnich miesięcy nie pozostały bez wpływu na zdrowie matki Angeliki. Dzień po Bożym Narodzeniu została ona odwieziona do szpitala z bólami serca.


24-godzinny program zaczął się na parę dni przed papieską wizytą w USA, we wrześniu 1987. roku. Zaczynając nadawanie programu non-stop matka Angelica powiedziała: „Tym razem nie wyłączymy nadawania aż do czasu, gdy Gabriel zatrąbi na swej trąbie. A może nawet nadamy to na żywo”. Samą wizytę wspólnie przedstawiali EWTN i telewizja biskupów, CTNA. Matka Angelica zapewniała dostęp do telewizorów, CTNA pokrywał koszty produkcji, dawał kamery i wozy transmisyjne. W studio komentowali wydarzenia matka Angelica i prezydent CTNA, ojciec Bob Bonnot.



Wizyta papieska ukazała, jak bardzo nieposłuszny jest amerykański Kościół. Już pierwszego dnia wyznaczony przez konferencję biskupów ksiądz, witający papieża w imieniu amerykańskich kapłanów, w powitalnym przemówieniu negował sens celibatu księży. Parę dni później, w Los Angeles, odbyło się spotkanie z wybranymi biskupami. Nie było zapewne przypadkiem, że konferencja biskupów wybrała samych liberałów. Oni to właśnie nadawali ton całemu amerykańskiemu episkopatowi.



Pierwszy przemówił kardynał Joseph Bernardin z Chicago przypominając, że Amerykanie kochają wolność i ”niemal instynktownie reagują w negatywny sposób, gdy ktoś im mówi, co muszą robić”. Po nim przemawiał arcybiskup San Francisco, John Quinn: „Nie możemy wypełnić naszej misji przez bezkrytyczne stosowanie rozwiązań z dawnych wieków do problemów, które nie istniały, albo które się zmieniły diametralnie przez stulecia”. Następny był arcybiskup Rembert Weakland. Nikt wtedy tego nie wiedział, ale kilka lat wcześniej arcybiskup zakończył „nieodpowiedni związek” z innym mężczyzną trwający od 1977. roku. Diecezja zapłaciła tamtemu mężczyźnie 450 tys. dolarów za milczenie, a sprawa wyszła na jaw dopiero w 2002. roku. Na spotkaniu z papieżem arcybiskup Weakland powiedział: „Wierni, z powodu swego wykształcenia, statusu społecznego i innych przyczyn nie będą dłużej akceptować nauczania Kościoła na podstawie samego Jego autorytetu. Autorytatywny styl może przynieść wynik przeciwny od zamierzonego i nauczanie Kościoła będzie w większości ignorowane”. Następnie biskup Weakland przedstawił swój punkt widzenia na ordynację kobiet, mówiąc między innymi: „kobiecość nie jest już podległa męskości, ale jest spostrzegana jako równa męskości w formułowaniu pełnego obrazu Boskości”.


Ostatni przemówił zastępca Konferencji Episkopatu, arcybiskup Daniel Pilarczyk. Mówił on o potrzebie wypełniania pustki zostawionej przez brakujące powołania przez laikat. „Zdajemy sobie sprawę, że podporządkowanie się przepisom i regulacjom, jakkolwiek ważne, nie jest w dzisiejszych czasach wystarczające”. Kardynał Francis Stafford obecny na tamtym spotkaniu komentując później wypowiedzi swych braci biskupów powiedział, że było to bezprecedensowe wyzwanie rzucone papieżowi przez amerykański Kościół. Matka Angelica niemal przepraszała na antenie za uwagi niektórych biskupów i nie pozostawiła w swych komentarzach żadnych wątpliwości, co sądzi o takich opiniach na temat roli laikatu i kobiet w Kościele.


Sama wizyta papieska okazała się wielkim sukcesem marketingowym. W ciągu tygodnia liczba odbiorców EWTN zwiększyła się z dziesięciu do ponad dwudziestu milionów domów, a dwanaście nowych systemów telewizji kablowej dołączyło EWTN do swych ramówek. CTNA chciało powtórzyć współpracę jesienią transmitując obrady konferencji episkopatu, ale matka Angelica, widząc co się dzieje, odmówiła. Obsługa jesiennej konferencji była osobna ze strony EWTN, z ich komentarzami, a CTNA miało swój przekaz i swą własną obsługę.


CTNA był w poważnych kłopotach. Coraz więcej katolików protestowało przeciw ich programom, a połowa ze 180 diecezji nigdy nie zaczęła odbierać ich programów. W końcu zaczęto rozważać przystąpienie do VISN, Vision Interfaith Satellite Network. Miał to być w założeniu satelitarny kanał przedstawiający programy ludzi różnych wyznań, od islamu, przez judaizm, protestantyzm po katolicyzm. Dawałoby to dostęp CTNA do satelitarnej telewizji z pominięciem matki Angeliki, a być może spowodowałoby to, że usuwano by EWTN z ramówki tych systemów kablowych, które miałyby ograniczoną ilość kanałów przeznaczonych na religijne programy.


Ponieważ jednak to EWTN był dla większości katolików głosem katolickim w mediach, ojciec Bonnot nie ustawał w próbach umieszczenia programów CTNA w stacji matki Angeliki. Zadzwonił do niej w listopadzie 1987 roku z kolejną propozycją współpracy, ale matka Angelica nie mogła się zgodzić na jego warunki. Przypominając sobie tę rozmowę ojciec Bonnot wspomniał, że matka Angelica upierała się, że to ona będzie decydować ostatecznie, jakie programy zamieści w swej stacji, a jakie nie. On chciał, by przynajmniej każdy biskup miał prawo nieocenzurowanego występowania w TV, ale i na to nie zgadzała się matka Angelica. „Kim ty myślisz, że jesteś, żeby oceniać, który biskup może mówić w TV?” „Tak się zdarzyło, że to ja jestem właścicielem tej stacji telewizyjnej” –odparła. „Dobrze. Ale pamiętaj, nie będziesz tutaj zawsze”. „Prędzej wysadzę to wszystko w powietrze, niż pozwolę, żeby stacja ta wpadła w twoje ręce” –odpaliła matka Angelica, ku wielkiej radości sióstr słuchających dochodzących przez zamknięte drzwi okrzyków swej przeoryszy.



Konferencja biskupów amerykańskich pokazała, jak bardzo są oni podzieleni. Jeden z dokumentów na temat zagrożenia AIDS, napisany przez kardynała Bernardina i trzech innych biskupów, bez zgody innych biskupów dopuszczał między innymi stosowanie prezerwatyw w pewnych sytuacjach. Wkrótce większość biskupów odcięła się od tego dokumentu, uznając go za sprzeczny z nauczaniem Kościoła, ale cała sprawa pokazała, że w Kościele amerykańskim nie dzieje się zbyt dobrze. Matka Angelica zobaczyła wtedy wyraźnie rolę EWTN jako bezpiecznego portu dla przeciętnego katolika. W jej stacji telewizyjnej nie było żadnej tolerancji dla nauki niezgodnej z nauczaniem Magisterium i papieża. „Ja nie chcę być konserwatywna, ani liberalna. Ja chcę być po prostu katolikiem” –mówiła. „Jeżeli to obraża liberałów, trudno. Jak obraża ultrakonserwatystów, także trudno. Jedyne co mnie interesuje, to głosić to, czego naucza Kościół”.


W maju nastąpiło kolejne spotkanie między matką Angeliką a CTNA. Prezydentem CTNA był wtedy kardynał Edmund Szoka. Wspominał później jak twardą negocjatorską była matka Angelica. Zapowiedziała, że sama będzie cenzorem każdego programu jej przedstawionego i odrzuci wszystko, co według niej nie będzie zgodne z nauczaniem Kościoła. Biskup Robert Lynch, generalny sekretarz konferencji episkopatu przypomina sobie taką wymianę zdań między kardynałem Szoką a matką Angeliką: „Więc uważasz, że są dobrzy i źli biskupi?” –zapytał kardynał. „Tak” –odparła Angelica. „Jak mój biskup pomocniczy?” (Bardzo liberalny biskup Gumbleton z Detroit) „Tak, to bardzo dobry przykład. Takich biskupów nie chcę widzieć w mojej stacji telewizyjnej” –odpowiedziała rozpromieniona zakonnica. W końcu nie mając innego wyboru i pod wpływem argumentów kardynała Szoki przeciwnego przystąpieniu do VISN, konferencja biskupów musiała się zgodzić na twarde warunki matki Angeliki. Warunki, które zakładały wyłączność EWTN na nadawanie przedstawionych im programów. Co więcej, nawet tych odrzuconych przez cenzurę matki Angeliki CTNA nie mogło już nikomu innemu przedstawić do emisji. Szoka powiedział później: „Zrobiłem to, by ratować jej stację. Wiedziałem, że VISN może wyprzeć EWTN z wielu rynków. Ale VISN nie gwarantowało katolikom żadnego konkretnego czasu antenowego i całkiem możliwe, że byłby on ograniczony do godziny na dobę.


Być może kardynał Szoka rzeczywiście życzył EWTN jak najlepiej, ale równocześnie namawiał biskupów o zgodę na to, by programy CTNA były nadawane bez kodowania i by każdy operator sieci kablowej mógł je retransmitować tak, jak od dawna robili z EWTN. W końcu doszło do głosowania. Tajnego, tak, że każdy z biskupów nie bojąc się presji współbraci mógł szczerze opowiedzieć się za VISN, albo za EWTN. W ostatniej chwili Phillip Hannan z Nowego Orleanu przedstawił propozycję, by sporne audycje przedstawiać komisji złożonej z pięciu biskupów i jak komisja orzeknie, że są one wolne od doktrynalnych błędów, matka Angelica podporządkuje się ich opinii. Po takim zabezpieczeniu w stosunku głosów 122 do 93 biskupi zgodzili się na dwuletni układ z EWTN.



Jesienią 1988 roku matka Angelica zastanawiała się nad odejściem w stan spoczynku. Miała 65 lat, była schorowana. Jak zwykle przed każdą ważną decyzją spędziła czas przed Najświętszym Sakramentem. Ale jej Oblubieniec powiedział: „Nie”. Nakazał jej zbudować stację radiową nadającą na cały świat na krótkich falach. „Ależ ja nic nie wiem o krótkofalowych nadajnikach” -odparła matka Angelica. „Wiem”- odparł Pan. „Zaczynaj”.

 

Część Piąta.

Komentarzy: 1


Matka Angelica 3

Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:44

Część Pierwsza

 

Po wizycie w studio telewizyjnym matka Angelica miała spotkanie w parafii Saint Margaret Mary na przedmieściach Chicago. W tym samym czasie na konwencji prawników był w Chicago Bill Steltemeier, współpartner zespołu adwokackiego z Nashville, Steltemeier & Westbrook, zajmującego się głównie nieruchomościami. Był on od trzech lat diakonem katolickim i w weekendy kapelanem więziennym i zobaczywszy ogłoszenie o spotkaniu z Matką Angeliką postanowił ją odwiedzić. On sam wspomina, że nigdy nie słyszał tak przemawiającej osoby, jak ona. W kościele pełnym ludzi, tak, że większość musiała stać, matka Angelica raz tylko spojrzała w stronę prawnika. Wtedy właśnie usłyszał on wewnętrzny głos: „Aż do chwili śmierci”. Prawnik wspomina, że głos ten przeraził go śmiertelnie. Nie rozmawiał wtedy z matką Angeliką i powtarzał sobie: „Nie dam się w to wciągnąć”. Jednak przez następny miesiąc codziennie słyszał on ten głos: „Aż do chwili śmierci”. W końcu wsiadł on w auto i pojechał z Nashville do Birmingham i zapytał o przeoryszę. Matka Angelica przywitała go słowami: „Zastanawiałam się kiedy wreszcie przyjedziesz”. Bill Steltemeier złożył sporą ofiarę na klasztor i zaoferował matce Angelice swe prawnicze usługi. Został on „prawnym aniołem stróżem” misji matki Angeliki i do dzisiaj, 30 lat później, jest nim w dalszym ciągu.



Zanim jednak Bill odwiedził Birmingham, matka Angelica zaczęła się dowiadywać jak się robi telewizyjne programy. Nie myślała jeszcze wcale o własnej stacji telewizyjnej. Jej misją była ewangelizacja, ale zdawała sobie sprawę, że ręcznie roznoszone broszurki i książeczki mają bardzo ograniczony zasięg. Gdyby udało jej się nagrać to, o czym pisała, a następnie znaleźć jakąś stację telewizyjną, która by te audycje nadała, dotarłaby do znacznie większej ilości osób. Po poszukiwaniach udało jej się dotrzeć do lokalnej stacji telewizyjnej, która zgodziła się nagrać półgodzinną audycję za sumę tysiąca dolarów. Gotową taśmę przyjaciółka matki Angeliki zawiozła osobiście do protestanckiej stacji telewizyjnej Christian Brodcast Network, założonej rzez Pata Robertsona i mieszczącej się w Virginia Beach, Va. CBN docierał do trzech i pół miliona rodzin ze swymi programami i akurat ich zarząd rozglądał się za jakimś katolickim programem. Taśma matki Angeliki była odpowiedzią na ich modlitwy. Po zobaczeniu tego, co matka Angelica nagrała od razu zaproponowali jej, że codziennie otrzyma półgodzinny czas na antenie, ale musi dostarczyć im programy na pierwsze dwa miesiące. „60 epizodów? Hmm… Jak chcecie 60 epizodów, to otrzymacie 60 epizodów” –zobowiązała się Angelica, nie myśląc nawet o tym, skąd weźmie 60 tys. $ na koszty produkcji. Jednak, jak zwykle, pieniądze zawsze się znajdowały. Matka Angelica nadal podróżowała, dając swe wykłady i lekcje, a także organizacja zrzeszająca ochotników zajmujących się dystrybucją jej broszurek była w stanie zebrać pewną kwotę na pokrycie części kosztów produkcji jej programów telewizyjnych.


W październiku 1978, pół roku po tym, jak matka Angelica nagrała swą pierwszą telewizyjną audycję, przeczytała ona w jakimś katolickim czasopiśmie o planach sieci telewizyjnej CBS nadania miniserialu „Słowo” opartego o powieść Irwinga Wallace o tym samym tytule. Film, oparty o fakty zawarte w starożytnym papirusie negował boską naturę Jezusa. Papirus okazał się zresztą później fałszerstwem, jak to zwykle bywa w takich wypadkach. Gdy Matka Angelica przybyła do studia nagrać kolejne odcinki swego programu, zażądała widzenia z menadżerem stacji. Powiedziała mu, że nie mogą oni nadać tego filmu, bo jest on bluźnierczy. Ta uwaga tylko rozbawiła zarząd stacji. Odpowiedzieli matce Angelice, że nie tylko nadadzą ten film, ale że ona nic nie będzie w stanie zrobić. „Będę mogła przestać nagrywać u was swoje programy” –odrzekła. „Tak? I co zrobisz? Nigdzie indziej w Birmingham nie dasz rady ich nagrywać”. „To zbuduję sobie swoje własne studio”.


Po powrocie do klasztoru i po tym, jak matka Angelica opanowała swoje wzburzenie, siostry zastanawiały się co dalej zrobić. Jedna z nich zauważyła, że właśnie zaczęły budować garaż, więc jakby go powiększyć, to można by zamiast garażu zrobić studio telewizyjne. Plan został przyjęty i matka Angelica zawiadomiła wykonawcę budowy, że ma poszerzyć fundamenty, bo od teraz buduje studio. Budowlaniec popatrzył na nią, jakby nagle ona zaczęła do niego mówić po aramejsku. „Ależ ja się nie znam na studiach telewizyjnych” -protestował. „To nic, ja też się nie znam. Dlatego właśnie wybudujemy jedno”.



Matka Angelica nieraz wspominała, że Bóg szuka „dodów”. „Dodo” to jest taki głupek, który nie wie, że czegoś się nie da zrobić i dlatego to próbuje. Mądrzy ludzie nie próbują wielu rzeczy, bo wiedzą, że to niemożliwe do wykonania. „Dodo” jest za głupi, żeby to wiedzieć, więc nic go nie wstrzymuje od prób. „Ja jestem taki ‘dodo’” –mówiła. W momencie podjęcia decyzji o budowie własnego studia TV matka Angelica miała niemal 56 lat, była schorowaną, chodzącą o kulach prostą i niewykształconą klauzurową siostrą zakonną, nie miała pojęcia o produkcji telewizyjnej, o tym jak się buduje i zarządza stacją telewizyjną i miała na koncie na wszystkie koszty związane z utrzymaniem klasztoru 200 dolarów. Rzeczywiście, tylko „dodo” w takiej sytuacji może się porwać na takie szalone pomysły. "Unless you are willing to do the ridiculous, God will not do the miraculous.” – mówiła. “Dopóki nie zrobisz czegoś żałosnego, śmiesznego, Bóg nie zrobi nic cudownego”. Powiedzenie, które w jej życiu sprawdziło się wielokrotnie.


Wkrótce ruszyła budowa studia, a wolontariusze zebrali wystarczającą ilość funduszy na zakup przyczepy- starego wozu transmisyjnego, który zaczął służyć jako tymczasowe studio do nagrywania kolejnych odcinków audycji matki Angeliki. Ona sama nadal podróżowała, by zdobyć fundusze na budowę studia i jego wyposażenie. Samo oświetlenie kosztowało kilkanaście tysięcy dolarów, a pierwsza profesjonalna kamera Hitachi 24 000. Gdy podczas jednego ze spotkań jakiś sceptyk zapytał ją co się stanie, gdy jej misja się nie powiedzie, matka Angelica odpaliła: „Będę miała najlepiej oświetlony garaż w Birmingham”.



Pod koniec 1979 roku matka Angelica miała już całkiem pokaźną ilość taśm ze swoimi programami. Nadawane były przez protestancki kanał CBN i przez kilka komercyjnych stacji telewizyjnych. Matka Angelica wysłała listy do wszystkich biskupów amerykańskich z propozycją darmowego udostępnienia kopii jej audycji w celu dalszego rozpowszechniania. Nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Matka Angelica wiedziała, że potrzebna jest jej jakaś forma dystrybucji jej programów. Komercyjna telewizja nie wchodziła w grę, bo była zbyt kosztowna. Biskupi nie wyrażali zainteresowania, ani nie szli z chęcią pomocy. Matce Angelice przypomniała się satelitarna antena widziana przed dwoma laty w Chicago. „Co się robi, żeby wysłać program z Birmingham do satelity?” –zapytała jednego z kilku inżynierów pracujących na pół etatu w klasztorze. „Potrzebna jest antena, licencja-zezwolenie i prawnik:- odpowiedział. „A co potrzebuję najpierw?” „Zacząć trzeba od prawnika”. A więc matka Angelica kupiła czasopismo zajmujące się satelitarną telewizją i zaczęła przeglądać ogłoszenia firm prawniczych specjalizujących się w załatwianiu licencji. Oczywiście szukała włosko brzmiących nazwisk. Gdy trafiła na firmę „Pepper & Corazzini”, zadzwoniła tam i po kilkunastu próbach udało jej się dotrzeć do Roberta Corazzini.



Corrazini był fachowcem w branży. Załatwił między innymi licencję Tedowi Turnerowi, założycielowi CNN. Jednak jak matka Angelica powiedziała mu, że jest przeoryszą zakonu i chce nadawać swoje programy przez satelitę, był przekonany, że to jakiś głupi żart. Gdy jednak się przekonał, że jest ona zupełnie poważna, przyleciał do Birmingham by przedyskutować tę sprawę. Poinformował on swą nową klientkę, że taka sprawa może potrwać parę lat i że nie ma żadnej gwarancji na pozytywne załatwienie sprawy. Ilość licencji wydawanych przez FCC, Federal Communications Commision, jest ograniczona, a chętnych na ich otrzymanie wielu. Kablowa i satelitarna telewizja była wtedy nowością i wielu nowych biznesmanów próbowało zaistnieć w tej dziedzinie medialnej. Po rozmowie prawnik powrócił do Waszyngtonu prowadzić sprawę, a Bill Steltemeier założył nową cywilną spółkę „Eternal Word Television Network”. „Eternal Word” to „Odwieczne Słowo”, niewątpliwie nazwa zainspirowana bluźnierczym filmem „Słowo”, z powodu którego matka Angelica odstąpiła od współpracy z CBS i zaczęła budowę swojego studia.



W połowie maja 1980. roku Angelica była winna 380 000 dolarów za wyposażenie studia. Bill Steltemeier szukał pomocy finansowej wśród biznesmanów, matka Angelica podróżowała by zbierać donacje od zwykłych katolików, ale to wszystko nie wystarczało. Koszty, jakie się piętrzyły przed nią były olbrzymie. Postanowiła więc poszukać szczęścia u Harry’ego Johna, wnuka Fredricka Millera, założyciela browaru Miller Brewing Company.


Harry John był ekscentrykiem. Wyglądał bardziej jak bezdomny bum, niż milioner. Kilku dziennikarzy przeprowadzających z nim wywiady wręcz określiło go jako „robiącego wrażanie niedomytego”. Na spotkania przychodził ubrany w spodnie klowna na szelkach i w kolorowy beret. Cały swój udział w browarze założonym przez dziadka, 47% akcji, złożył on w filantropijnej fundacji „De Rance Fundation”, nazwanej tak na cześć Armanda-Jeana De Rance, XVII-wiecznego ascetycznego opata, założyciela zakonu trapistów. Jego majątek sięgał stu milionów dolarów, więc gdyby tylko zechciał, mógłby wspomóc matkę Angelikę. Jej wizyta odniosła jednak tylko częściowy sukces. Otrzymała czek na 220 tysięcy. Potrzebowała jednak znacznie więcej.



Trzeba było zamówić 10-metrową antenę satelitarną za sumę 350 tys. dolarów. Matka Angelica zawahała się. Stare długi nie były spłacone, a tu dochodził nowy potężny wydatek. Jednak stwierdziła, że jak się coś robi dla Boga, to po prostu trzeba to zrobić. „Strach nie jest problemem” -mówiła. „Problemem jest nie robienie niczego ze strachu”.


Bill Steltemeier otrzymał polecenie napisania kontraktu z RCA na dostawę satelity i dodatkowego wyposażenia studia. Zakup ten zwiększał zadłużenie matki Angeliki do miliona dolarów. Pierwsza kopia umowy zawierała klauzulę, że klasztor gwarantuje swoim majątkiem wywiązanie się z umowy. Klauzula ta spowodowała, że biedny prawnik musiał wysłuchać wykładu na temat tego, że to, co należy do Boga nie może być przedmiotem żadnych umów i że nie będą nigdy ryzykować majątku klasztornego dla organizacji EWTN. Powstała więc nowa umowa, ale tę odrzucono natychmiast w RCA. W końcu trafiła ona do jednego z wiceprezydentów RCA, oczywiście Włocha z pochodzenia. Zadzwonił on do matki Angeliki i zapytał: „Rzeczywiście chcesz, żebyśmy zaakceptowali taką umowę?” „Tak, chcę tego ja i chce tego Bóg” –odpowiedziała Angelica. „Podpiszę tę umowę, ale pod jednym warunkiem. Będziemy potrzebowali 600 tysięcy dolarów na pierwszą wpłatę, zanim wyposażenie będzie mogło być dostarczone do studia. W jaki sposób zdobędziesz taką sumę?” „Bóg nam dostarczy” –brzmiała odpowiedź matki Angeliki.



W międzyczasie Robert Corazzini był gotów złożyć aplikację do FCC, ale potrzebował gwarancję kredytową w wysokości 280 tys. dolarów. Matka Angelica była akurat w kaplicy, modląc się przed mszą, gdy do kościoła weszli Lloyd Skinner i John Bruno. „Oto twój list kredytowy” –usłyszała wewnętrzny głos. Skinner właśnie sprzedał swoją fabrykę makaronu Brunowi i odwiedzał Birmingham. Po mszy matka Angelica pokazała im klasztor, studio, opowiedziała o swych planach i zapytała o pomoc. Skinner podpisał jej list kredytowy, co umożliwiło staranie się o licencję na nadawanie programów.


Jednak nie był to koniec finansowych problemów. Dług jej wynosił milion dolarów i wkrótce czekały ją koszty operacyjne w wysokości półtora miliona dolarów rocznie. Matka Angelika postanowiła odwiedzić ekscentrycznego milionera, Harry’ego Johna raz jeszcze. Tym razem prosiła go o 700 tysięcy dolarów. Zgodził się pod warunkiem, że to on będzie miał kontrolę nad anteną satelitarną. Na taką propozycję matka Angelica nie mogła i nie chciała się zgodzić. Powróciła do Birmingham z niczym i z narastającym uczuciem strachu. „Bóg spodziewa się po mnie działać w wierze, nie w wiedzy. Spodziewa się, że będę działać bez pieniędzy, bez mądrości, bez talentu – tylko z wiarą. Ale czym jest wiara? To jedna noga na ziemi, druga w powietrzu, a w żołądku uczucie strachu”. Uczucie strachu miało się wkrótce zintensyfikować…

 

27. stycznia 1981. roku, zaledwie dwa miesiące po złożeniu podania o licencję na prowadzenie satelitarnej stacji telewizyjnej, FCC przysłało pozytywną odpowiedź. Do dziś nie jest pewne jak to się stało, że nadeszła ona tak szybko. Podobno w FCC pracowała jakaś osoba znająca imię matki Angeliki z ruchu charyzmatycznego w Kościele i przełożyła jej podanie na sam początek kolejki, ale nie da się tego w żaden sposób zweryfikować. Dla matki Angeliki było to po prostu kolejne potwierdzenie Bożej Opatrzności.


Licencja, zezwolenie to rzecz konieczna, ale z pewnością niewystarczająca. Trzeba było jeszcze zbudować samo studio, nadajnik, antenę, a potem podpisać umowę z jakimś operatorem satelity, który będzie odbierał sygnał i przekazywał go powrotem na ziemię. Tam operatorzy sieci kablowych będą dalej przekazywać programy do odbiorców w domach. Plan teoretycznie prosty, ale w praktyce matkę Angelikę czekały spore koszty i kolejne przeszkody, a jak do tej pory jeszcze ani jedna osoba nie widziała jej programów dostarczonych satelitarnie.


W 1981. roku powstał zarząd spółki EWTN, a Bill Steltemeier został jej prezydentem. Matka Angelica była prezesem z prawem bezwzględnego wetowania każdego ustalenia zarządu. To ciągle była „jej stacja” i ona ciągle podejmowała wszystkie najważniejsze decyzje. Członkiem zarządu został także ojciec John Hardon, który wkrótce mimowolnie stał się przyczyną sporych kłopotów i największego kryzysu w religijnym życiu matki Angeliki.



Ojciec Hardon podzielił się prywatnie z kimś w Watykanie wątpliwościami co do legalności działalności matki Angeliki polegającej na podróżowaniu po całych Stanach Zjednoczonych z odczytami i wykładami. Była ona przeoryszą kontemplacyjnego, papieskiego zakonu Klarysek i choć miała zezwolenie lokalnego biskupa na taką działalność, Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego zabroniła jej dalszych podróży, poza wizytami w jej lokalnym studio. Takie postanowienie było wielkim ciosem dla powstającego przedsięwzięcia, bo bez możliwości podróżowania kończyła się możliwość zdobywania funduszy. To charyzma, urok, dar przekonywania matki Angeliki otwierał serca i portfele ludzi. Bez jej obecności cale przedsięwzięcie było martwe w momencie urodzenia.


Oczywiście dla matki Angeliki to była tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Ponieważ była przekonana, że to, co robi jest wolą Bożą, po prostu wyżaliła się przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i szukała drogi wyjścia z kryzysu. Jedyną drogę, jaką zaproponowano matce Angelice, to trzyletnie opuszczenie klasztoru, tymczasowy powrót do świeckiego życia, ale na to nie mogła się ona zgodzić. Jej powołanie, jej rola „oblubienicy Jezusa” była ważniejsza od możliwości podróżowania i taki krok byłby dla niej zdradą swego Oblubieńca. Cel nigdy nie uświęca środków i takie rozwiązanie nie wchodziło w ogóle w grę.



A kryzys trwał i właśnie nadeszło wyposażenie satelitarne zamówione w RCA. Dwie ciężarówki z anteną i innym sprzętem zajechały do klasztoru, ale kierowca nie mógł zezwolić na rozładunek, dopóki nie otrzyma potwierdzenia o wpłacie sześciuset tysięcy dolarów na konto RCA. Matka Angelica nie miała pieniędzy. Nie miała żadnych ukrytych asów w rękawie. Wydawało się, że to już koniec jej szalonego przedsięwzięcia. Poszła więc do kaplicy Adoracji i zaczęła się modlić: „Zawaliłam, Panie.” Z ludzkiego punktu widzenia osiągnęła ślepy zaułek. Wyszła z kaplicy, by odesłać ciężarówki powrotem, gdy jedna z sióstr zawołała ją do pilnego telefonu. Dzwonił ze swego jachtu płynącego gdzieś na Bahamach milioner, który twierdził, że dzięki broszurkom pisanym i drukowanym przez matkę Angelikę jego syn będący w poważnych kłopotach z prawem nawrócił się i zaczął prowadzić dobre życie. Milioner ten chciał ofiarować matce Angelice mały datek, w wysokości 600 tysięcy dolarów. „Czy może pan przysłać te pieniądze teraz?” –to była jedyna odpowiedź matki Angeliki. Okazało się, że raz jeszcze Bóg wynagrodził jej zawierzenie i wiarę małego dziecka.



W maju 81. roku kardynał Silvio Oddi, przewodniczący Kongregacji ds. Duchowieństwa przybył do Nowego Jorku, by prowadzić trzydniową konferencję katechetyczną. Ponieważ matka Angelica miała zakaz podróżowania, wysłała na tę konferencję Billa Steltemeiera. Miał on przekonać kardynała do przyjazdu do Birmingham, do pobłogosławienia powstającego przedsięwzięcia i do ewentualnego przekonania kogo trzeba w Rzymie, by zniósł zakaz podróżowania dla matki Angeliki. Kardynał początkowo odmówił, bo następnego dnia powracał do Rzymu, ale Steltemeier wynajął prywatny samolot i zdążył przywieźć kardynała na parę godzin do Alabamy. Kardynał Oddi był zachwycony tym, co robi matka Angelica. Pobłogosławił przedsięwzięcie i obiecał, że po powrocie do Watykanu załatwi zgodę na jej podróże. Matka Angelica i EWTN zyskali ważnego przyjaciela w Watykanie. 10. czerwca nadeszła trzyletnia zgoda z Watykanu na dalsze podróże i prowadzenie działalności matki Angeliki poza murami monastyru.



15. sierpnia 1981. roku matka Angelica, w obecności sióstr i lokalnego biskupa włączyła przekaźnik i stacja telewizyjna EWTN zaczęła wysyłać sygnał do drugorzędnego satelity Westar III, przekazującego dalej sygnał do małej grupy operatorów lokalnych sieci kablowych w kilkunastu niewielkich miastach. Cały program trwał cztery godziny dziennie i poza audycjami prowadzonymi przez Matkę Angelikę nadawał stare filmy, nie tylko religijne. Można było zobaczyć wtedy w EWTN nawet Lassie i Bill Cosby Show. Dwa miesiące po premierze jej sygnał docierał do zaledwie sześciu sieci kablowych, mając potencjalną możliwość dotarcia do 300 tysięcy domów. To ciągle był początek drogi. A przecież matka Angelica miała już niemal 60 lat.



W końcu i biskupi zaczęli dostrzegać potrzebę ewangelizacji przez telewizję. Albo raczej należałoby powiedzieć pewne osoby związane z Episkopatem. Z budżetem początkowym w wysokości 4 i pół miliona dolarów powstał CTNA, Catholic Telecommunications Network of America. Jednak zamiast pójść taką drogą, jaką wybrała matka Angelica i wysyłać swój sygnał bezpośrednio do każdego, kto był skłonny go odbierać, CTNA wysyłało zakodowany sygnał do diecezji, które zainwestowały w anteny odbiorcze i diecezje mogły, po opłaceniu abonamentu, dalej transmitować program. Gdyby tylko miały dostęp do jakiejś stacji telewizyjnej. Cały ten system był niezbyt sensowny i od początku skazany na porażkę. Stanowił jednak zagrożenie dla matki Angeliki, bo w momencie, gdy okazało się, że programy CTNA nie trafiają do odbiorców naturalną rzeczą było zazdrosne spoglądanie na to, co zbudowała matka Angelika. Tym bardziej, że Episkopat miał fundusze, których tak brakowało matce Angelice. Niestety miał on też wielu biskupów będących w bardziej lub mniej skrywanej opozycji do nauczania Magisterium Kościoła. Liberalne skrzydło w amerykańskim Kościele, niezadowolone z „konserwatyzmu” papieża Jana Pawła II widziało w CTNA narzędzie mogące przedstawiać ich „postępowe” poglądy na ordynację kobiet, zmiany w nauczaniu na temat antykoncepcji, czy legalizacji homoseksualnych związków małżeńskich. Ponieważ jednak CTNA była firmowana przez Episkopat, a EWTN była prywatną stacją zwykłej zakonnicy z Alabamy, zachodziła obawa, że sieci kablowe wybiorą tylko jeden katolicki program w swej ofercie. I nie będzie to ortodoksyjna EWTN…


Jesienią 1981. roku matka Angelica została wezwana do Waszyngtonu na rozmowę z biskupami odpowiedzialnymi za media. Pytano ją dlaczego promuje taki właśnie typ religijności, ograniczony, ich zdaniem. CTNA promuje (ich zdaniem) pełny, szeroki obraz katolicyzmu. Zapytano też matkę Angelikę o budżet. „Ja nie mam budżetu” –odparła. Odpowiedzią był wybuch śmiechu. „Jak to? Musisz mieć budżet w tym biznesie. Nie można prowadzić stacji telewizyjnej bez budżetu!” –powiedział biskup Gelineau, przewodniczący Konferencji Episkopatu. „To jaki powinnam mieć budżet, skoro w ubiegłym roku zostało nam po wydatkach 300 tysięcy dolarów?” –„Myślę, że około 600 tysięcy” odparł po namyśle biskup. „To jest dokładnie to, co mam na myśli. My działamy w oparciu o Boże przeznaczenie. Datki w ubiegłym roku przyniosły nam dwa miliony. Jakbyśmy mieli budżet, stracilibyśmy milion czterysta tysięcy dolarów” –odpowiedziała Angelica. Nikt jej nigdy nie przekonał, że jest jej potrzebny jakikolwiek budżet. A samo spotkanie zakończyło się niczym. Biskupi życzyli jej powodzenia, choć niektórzy niezbyt szczerze. Wymieniono niewiążące obietnice współpracy i spotkanie się zakończyło. Jednak nikt już nie miał wątpliwości, że EWTN jest zauważone przez konferencję biskupów, którzy nie bardzo mogli przełknąć fakt, że nie mają żadnej kontroli nad potężnym medialnym narzędziem prowadzonym przez przeoryszę zakonu podlegającego bezpośrednio Rzymowi.

 

Część Czwarta

Komentarzy: 2


Matka Angelica 2

Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:40

Część Pierwsza

 

Matka Angelica odnalazła w klasztorze dom, którego nigdy tak naprawdę nie miała. Bardzo szybko okazało się, że ma wiele talentów i zdolności. Na długo przed Soborem Watykańskim II instynktownie szukała innego podejścia do trochę militarnego reżimu wśród sióstr zakonnych. Dla Angeliki wszystko było bardzo personalne. Ona naprawdę kochała z całego serca Jezusa i chciała wszystkim przekazać tę miłość. Szybko stała się duchową opiekunką sióstr w nowicjacie, pocieszając je w chwilach zwątpienia i zapewniając o miłości Jezusa do nich.


Inną nieocenioną zaletą matki Angeliki była znajomość ludzi w sąsiedztwie i umiejętność rozmawiania z „normalnymi ludźmi”. Gdy w klasztorze trzeba było coś zbudować, naprawić, Angelica wiedziała do kogo zadzwonić i jak przekonać „chłopców z sąsiedztwa” by społecznie ofiarowali swój czas dla klasztoru. Potrafiła ona także czytać plany i egzekwować ich wykonanie. Zaleta, która bardzo się jej przydała w przyszłości.


Pewnego dnia matka Angelica froterując podłogę zaplątała się w kabel od froterki, przewróciła na śliskiej podłodze i uszkodziła sobie kręgosłup. Przez parę lat cierpiała z tego powodu, aż doszło do tego, że nie dało się dłużej unikać interwencji chirurga. Operacja była poważna i matka Angelica została uprzedzona, że ma 50% szans na to, że już nigdy nie będzie chodzić. Modląc się przed operacją obiecała ona swemu ukochanemu Jezusowi, że jak będzie mogła chodzić po operacji, to na południu Stanów Zjednoczonych zbuduje nowy klasztor, gdzie będzie się modliła w intencji prześladowanych Murzynów.


Operacja nie była sukcesem. Według siostry będącej instrumentariuszką towarzyszącą chirurgowi, w trakcie operacji lekarz zrobił błędne cięcie skalpelem i wiedział, że Angelica nie będzie więcej chodzić. Wyszedł nie kończąc operacji, rzucając ze złością skalpel na podłogę. Trzeba było szybko szukać innego lekarza i jakiś inny lekarz, zresztą Muzułmanin, akurat będący w szpitalu dokończył operacji. Kilka porcji krwi było potrzebnych do transfuzji i według Matki Angeliki, były na nich następujące nazwiska dawców: Luntz, Goldberg i Cohen. Zawsze wspominała ona żartobliwie, spotykając się z Żydowską widownią: „Od tego czasu nigdy już nie byłam tą samą osobą”


Według wszelkich znaków Matka Angelica powinna być sparaliżowana, ale po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu odzyskała częściową władzę w nogach. Musiała ubierać gorset ortopedyczny i chodzić o kulach, ale chodziła sama. Nie raz powtarzała ona później pół żartem: „Jak się modlicie o coś, zawsze bądźcie bardzo precyzyjni. Ja prosiłem Jezusa, żebym mogła chodzić, a nie żebym była całkiem zdrowa. Zostałam więc wysłuchana, dostałam dokładnie to, o co prosiłam”.

Matka Angelica zaczęła więc starania o to, by założyć nowy klasztor gdzieś na południu USA. Nie było to wcale proste, bo zgromadzenie w którym się znajdowała nie było zbyt liczne, ona sama była zbyt młoda, by stać się przełożoną nowego zakonu, nie było funduszy, ani zgody biskupa, do tego inna zakonnica z zakonu w którym przebywała Angelica, dużo starsza, także chciała założyć w innym miejscu nowe zgromadzenie. Parę lat zajęło przekonywanie biskupa i szukanie drogi by niemożliwe stało się możliwe. Matka przełożona wysłała równocześnie dwa listy do dwu biskupów pytając o możliwość założenia zakonów na ich terenie. Jeden do Alabamy, drugi do Minnesoty, gdzie ta druga zakonnica chciała zacząć nowe zgromadzenie. Który biskup odpowiedziałby wcześniej, tam byłoby nowe zgromadzenie. Pierwsza była odpowiedź z Alabamy, więc plan Angeliki był wdrażany w życie.


Problemem było znalezienie funduszy. Ale tutaj znowu matka Angelica okazała się pomocna. Najpierw chciała zbierać dżdżownice i sprzedawać je rybakom, ale matka przełożona absolutnie się sprzeciwiła. Kolejnym pomysłem było składanie przynęt i haczyków wędkarskich. Siostry kupowały gotowe półprodukty i składały z nich spławiki i inne akcesoria wędkarskie. Siostry nazwały swój biznes „Przynęty Świętego Piotra”, a wśród produktów były między innymi „Muszka świętego Michała”, czy „Mały Jonasz”. Zakonnice produkujące przynęty na ryby stały się małą sensacją i wiadomości o nich zamieściła prasa w wielu miastach, od Maiami do Chicago, robiąc im darmową reklamę. Nawet „Sports Ilustrated”, największe sportowe czasopismo w USA w 1961. roku przyznało matce Angelice (która nigdy w życiu nie złowiła żadnej ryby) specjalną plakietkę w uznaniu jej zasług dla sportu wędkarskiego.


Nadszedł w końcu dzień, gdy Matka Angelica z jedną siostrą wyjechały do Birmingham w Alabamie. Zamieszkały początkowo gościnnie w innym zakonie i szukały miejsca na budowę swojego monastyru. Zajęło im to ładnych kilka miesięcy, ale w końcu znalazły 6-hektarowy pagórkowaty teren na przedmieściach Birmingham, mający nawet jakiś domek z dwoma sypialniami, gdzie do czasu wybudowania własnego klasztoru mogłyby zakonnice zamieszkać. Cena za ten teren wynosiła 14 tysięcy dolarów. Dokładnie tyle, ile zarobiły siostry sprzedając przynęty świętego Piotra. Co prawda w momencie, w którym trzeba było podpisać kontrakt siostry nie miały jeszcze zgody na budowę, ale matka Angelica zaryzykowała, z dziecięcą ufnością oddając się przeznaczeniu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A zezwolenie nadeszło wkrótce po podpisaniu umowy.

Dwie zakonnice mogły więc zamieszkać w starym domu i wkrótce dojechały do nich kolejne z Ohio. Teraz tylko trzeba było jakoś zorganizować kolejne fundusze na budowę. Matka Angelica od razu zwróciła się w stronę małej społeczności katolików o pomoc. Byli to głównie imigranci z Włoch, Niemiec i Irlandii, ale by la to bardzo niewielka społeczność.. Zaledwie 2% mieszkańców Birmingham to byli katolicy. Na szczęście matka Angelica potrafiła przekonać wszystkich i wkrótce otrzymała pomoc także od protestantów i od żydowskiej społeczności Birmingham. Zapewne jej opowieść o tym, że od operacji także w jej żyłach płynie semicka krew pozwalała przełamywać lody i powodowała życzliwość Żydów do jej projektu.


W Birmingham matka Angelica spotkała ojca Roberta DeGrandis, znanego i w Polsce charyzmatycznego kapłana. Był on wtedy proboszczem jednej z parafii w Birmingham, zamieszkałej głównie przez Murzynów. Odwiedzał on często plac budowy klasztoru, namawiając matkę Angelikę na „chrzest Ducha Świętego”. Ona nie chciała się zgodzić, słusznie twierdząc, że podczas sakramentu bierzmowania otrzymała Ducha Świętego, ale ojciec DeGrandis nie ustępował. Gdy Birmingham odwiedziła w 1971. roku Barbara Schlemon, mająca dar uzdrawiania, chciała ona zobaczyć się z matką Angeliką. W zakonie przebywała już wtedy jako jedna z sióstr mama Angeliki. („Zostałam swoją własną babką” –żartowała, gdyż jej mama zwracała się do niej „matko”, jako do przeoryszy zakonu). Mama Angeliki była schorowana, więc Angelica zgodziła się, by Schlemon i ojciec DeGrandis pomodlili się nad nią i nad jej mamą.


Nic się nie stało tego dnia, ale tydzień później, gdy matka Angelica czytała Ewangelię Świętego Jana, zaczęła mówić językami. Była przerażona, bo jakiś czas nie mogła powiedzieć nic po angielsku. Z jej ust wydobywał się jakiś obcy, niezrozumiały dla niej język. Doświadczenie to spowodowało, że zmienił się zupełnie jej stosunek do Biblii. Zaczęła ona dużo poświęcać studiom biblijnym i zaczęła dużo lepiej rozumieć biblijne przesłanie. Nie zapominajmy, że matka Angelica była prostą, niewykształconą kobietą. Jednak jej rozumienie Biblii jest bardzo głębokie. Od tamtego czasu zaczęła ona spotykać się z różnymi grupami ludzi i dawać wykłady na temat Biblii. Nie tylko dla katolików, ale także wiele kościołów protestanckich zaczęło ją zapraszać, by dzieliła się z nimi swą mądrością.


Opłaty, jakie otrzymywała za swe wykłady były głównym źródłem utrzymania klasztoru. Jednak rosnące koszty budowy powodowały, że nie wystarczało to wcale. Przez pewien okres czasu siostry produkowały orzeszki ziemne na sprzedaż, ale i to nie trwało zbyt długo, gdyż nieuczciwy dostawca starał się je oszukiwać na cenie półproduktów. Jednak zawsze w jakiś sposób udawało się im płacić rachunki. A jak naprawdę nie było już grosza, robotnicy budujący klasztor dobrowolnie kontynuowali pracę wiedząc, że jest to teraz ich dar dla ukochanej matki Angeliki.

Na początku lat 70. matka Angelica zaczęła nagrywać 10-minutowe wykłady na kasety, które później były nadawane w lokalnym radiu. Można je także było nabyć u sióstr. Zaczęła również pisać swe pierwsze broszurki. Jednak te działania raczej kosztowały, niż przynosiły zyski. Książeczki nie były sprzedawane, ale rozdawane gdzie się tylko dało. W klasztorze nawet na ogrodnika nie było funduszy, więc trawą zajęły się kozy i owce, które dodatkowo zasilały stół zakonnic. Ich duchowym ojcem był Święty Franciszek, ale do zwierząt podchodziły one dużo bardziej pragmatycznie, niż ten wielki święty.


Mówiąc o książkach matki Angeliki warto wspomnieć, że zazwyczaj pisała je ona w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. Nigdy nie planowała wcześniej, co napisze. Opowiadała ona potem: „To było jak sensacyjna powieść. Sama nigdy nie wiedziałam, co będzie następne. Pisałam, co powstawało w mojej głowie, a jak myśl się kończyła, kończyła się i książka”. Nie były to jakieś mistyczne przeżycia, ale raczej inspiracja, natchnienie. Do końca już matka Angelica polegała właśnie na takim przewodnictwie Ducha Świętego. Nigdy nie przygotowywała się do swych audycji telewizyjnych, czy do wystąpień. Zawsze uważała, że Duch Święty podpowie jej, o czym ma rozmawiać.

W 1975. roku matka Angelica napisała książeczkę o Eucharystii. Drukarnia, która drukowała jej broszurki odmówiła tym razem wykonania usługi. Tłumaczyli się zmianą właściciela, choć siostry były przekonane, że to zawartość broszurki nie została zaakceptowana przez wewnętrzną cenzurę właściciela drukarni. Nie był on katolikiem i miał inne poglądy na to, czym, a raczej Kim jest Eucharystia. Matka Angelica jednak, jak zawsze w swoim życiu, nie tylko nie przejęła się zbytnio, ale po prostu zakupiła własne wyposażenie drukarni. Za „jedyne” 14 tysięcy dolarów. Zapytana przez towarzyszącą jej siostrę skąd weźmie pieniądze, odpowiedziała: „Z banku”. Wszystkie banki jednak odmówiły jej kredytu. Prywatne kontakty pozwoliły na zgromadzenie czterech tysięcy, ale to ciągle było mało. Jednak matka Angelica ciągle była optymistką. „Praca dla Jego Królestwa to mój problem, pieniądze to Jego problem. Ja się zajmę moim problemem, a On, jestem przekonana, rozwiąże to, co jest Jego problemem”. Zawsze ufała ona swemu Oblubieńcowi jak małe dziecko swym rodzicom. 16. października 1975 w recepcji klasztoru był częsty wolontariusz, Albert Moore. Matka zapytała go, czy nie pożyczyłby jej 10 tys. dolarów. „Oczywiście, pożyczę”. „Nie robisz sobie żartów?” „Nie, a Ty?” „Ja żartowałam, ale jak Ty mówisz serio, to bardzo by te pieniądze się przydały…”. I tak matka Angelica zdobyła fundusze na własną drukarnię.

Mówiąc o wierze małego dziecka… gdy wyposażenie drukarni dotarło do klasztoru, wściekły kierowca zapytał, czy ktoś zmierzył drzwi, zanim zamówił te maszyny? One przecież nie zmieszczą się tam wcale. „Pomódlmy się w takim razie” –odpowiedziała matka Angelica. „Kobieto, nawet Wszechmocny Bóg nie spowoduje, że coś większego zmieści się w czymś mniejszym”. „Spróbujcie”- to była jedyna odpowiedź Angeliki. Czterech mężczyzn wzięło największy element wyposażenia i próbując, przekrzywiając i pasując urządzenie przeszli przez drzwi z zapasem paru centymetrów z każdej strony.

Wkrótce po tym pierwszym zakupie powstała nowa drukarnia i sieć wolontariuszy w całym kraju rozprowadzała mini-książeczki produkowane w tej drukarni. Drukowano ich po 25 tysięcy dziennie. Materiały drukarskie, papier, farby były darem, tak samo jak darem była praca wolontariuszy rozprowadzających gotowe broszurki. Nad drukarnią wisiał ręcznie namalowany plakat: „Drukarnia Pana. Co prawda nie wiemy, co robimy, ale jesteśmy w tym coraz lepsze.”

Matka Angelica kontynuowała swe wykłady i lekcje, głównie dla charyzmatycznych grup chrześcijan. Odczuwała wielką potrzebę ewangelizowania. „Dajcie mi takich katolików jak Świadkowie Jehowy, a zmienię świat” -mówiła. „Każda osoba powinna być misjonarzem. Powinniśmy być tak podekscytowani naszą wiarą, że powinniśmy chcieć się nią dzielić z każdym”. „Książeczki i broszurki są jak ziarnka gorczycy. Każda gospodyni domowa, każdy biznesman może być misjonarzem. Zostaw broszurkę gdziekolwiek jesteś. Zasiałeś ziarno, a Duch Święty zrobi resztę”. Podczas jednego ze spotkań w Clearwater na Florydzie ośmiuset wolontariuszy zgłosiło się, by rozprowadzić 13 tysięcy książeczek, jakie matka Angelica przywiozła ze sobą.


Kontakty z charyzmatycznymi ruchami chrześcijańskimi upewniły jednak matkę Angelikę, że nie jest to zupełnie taka droga, jaką ona by chciała iść. Przede wszystkim sama nękana ciągłymi chorobami uważała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Leczenie ludzi z chorób jest ważne, ale nie może być celem samym w sobie. Dużo ważniejsze jest zdrowie duszy, niż ciała. Tymczasem z tego, co zaobserwowała wynikało, że w ruchu tym często same dary Ducha Świętego wydają się ważniejsze od Tego, od którego pochodzą. A przecież jak nie prowadzą one do Boga, to jaki jest z nich pożytek?

W 1978. roku matka Angelica odwiedziła Chicago i była gościem stacji telewizyjnej, kanał 38, prowadzonej przez baptystów. Gdy zapytała, w jaki sposób nagranie w studio dostaje się do telewizorów, pokazano jej antenę satelitarną. Matka Angelica zapytała o koszty. „950 tysięcy dolarów” –padła odpowiedź. „Tylko tyle? Ja muszę mieć kiedyś coś takiego. Tak niewiele trzeba, żeby dotrzeć do milionów ludzi. Bez drukarni i tysięcy wolontariuszy.” –westchnęła matka Angelica.

 

Część Trzecia

Komentarzy: 2


Matka Angelica 1

Kategoria: Historia Monday, 14 May 2012, 22:37

(Ta biografia była już tutaj, ale gdzieś się zagubiła, a do tego minęło już kilka lat o jej publikacji, więc postanowiłem ją zamieścić ponownie. Głównie dlatego, że pokazuje ona moc modlitwy)

 

Pisałem już parokrotnie o amerykańskiej rozgłośni radiowej i stacji telewizyjnej EWTN. To największe na świecie katolickie medialne imperium zostało stworzone 25 lat temu przez niemal 60-letnią zakonnicę, klauzurową klaryskę, matkę Angelikę. Jak to się stało, że jej się powiodło to, czego nie byli w stanie dokonać inni? Kilku milionerów i synod biskupów amerykańskich Kościoła Katolickiego wielokrotnie próbowali, niezależnie od siebie, zbudować katolickie radio w USA. Jedyne, co osiągnęli, to zmarnowanie milionów dolarów. Matka Angelica bez grosza przy duszy, bez komisji, ekspertyz, zespołów doradców, ale za to z wiarą, że robi to, czego Jezus od niej wymaga dokonała rzeczy graniczącej z cudem. Albo raczej to Bóg dokonał cudu, wysłuchując modlitw sióstr i niemożliwe stało się faktem.



Kim jednak jest ta matka Angelica? Jest to tak zdumiewająca postać, że postanowiłem szerzej o niej napisać. Wszystkie fakty podane poniżej będą pochodziły z książki Raymonda Arroyo pod tytułem „Mother Angelica. The Remarkable Story of a Nun, Her Nerve, and a Network of Miracles”.



Matka Angelika urodziła się 20. kwietnia 1923, roku w Canton, Ohio. Niewielkie, przemysłowe miasto godzinę drogi od Cleveland, zamieszkałe głównie przez imigrantów szukających pracy za oceanem. Jej prawdziwe nazwisko to Rita Rizzo. Region miasta, gdzie mieszkała jako dziecko, to prawdziwe slumsy, getto włoskich imigrantów, rządzone przez „Czarną Rękę”, organizację kryminalną mającą swe korzenie na Sycylii.



Matka Angelica pamięta taki epizod ze swego dzieciństwa ilustrujący warunki, w jakich się wychowywała. Jej wujek miał bar, „saloon”, który był bardzo popularnym miejscem wśród miejscowej ludności. Matka mającej może z pięć lat Rity zostawiła ją tam pod opieką krewnych. Wuj, żeby nie przeszkadzała w barze, dał jej kufel piwa i kilka precli i kazał jej iść na dwór. Rita pamięta, że akurat przechodziła tamtędy orkiestra Armii Zbawienia i jak zobaczyli kilkuletnie dziecko siedzące na krawężniku, z kuflem piwa w ręce i to w czasach prohibicji, zatrzymali się i zaczęli się modlić o jej zbawienie.


Rita nie była oczekiwanym, kochanym dzieckiem. Ojciec jak tylko się dowiedział, że jej matka jest ona w ciąży opuścił ich, a kilka lat później jej rodzice się rozwiedli. Rita Rizzo była jedynym dzieckiem rozwiedzionych rodziców w katolickiej szkole w Canton i siostry uczące w tej szkole dyskryminowały ją za to. Gdy na przykład z okazji Świąt dzieci otrzymywały drobne prezenty, Rita jako jedyna dostawała stare, używane i zniszczone zabawki. Nienawidziła swe nauczycielki za to z całego serca.



Matka Rity musiała sama zarobić na utrzymanie siebie i córki, choć nie było to łatwe w latach wielkiej depresji. Pracowała jako praczka, ale to Rita musiała jej pomagać, rozwożąc sama pranie klientom do domu. Rita już w wieku jedenastu lat sama prowadziła samochód, zastępując matkę nękaną ciągłymi depresjami.



Mała Rita pamięta z dzieciństwa jeszcze jeden epizod, który wart jest opowiedzenia. Wracała od dentysty i przebiegając do autobusu przez szeroką ulicę zobaczyła nagle kątem oka światła pędzącej na nią ciężarówki. Zamarła z przerażenia i zamknęła oczy. Nagle poczuła, jak jakieś ręce chwyciły ją pod pachami i przeniosły na bezpieczne miejsce, koło zaparkowanych samochodów. Następnego dnia kierowca autobusu opowiadał jej matce: „To był prawdziwy cud. Nigdy nie widziałem nikogo, kto tak wysoko potrafi podskoczyć”.



W grudniu 1940. roku Rita zaczęła odczuwać bardzo intensywne bóle brzucha. „Największy dar, jaki Bóg mi kiedykolwiek dał” – mówiła później Matka Angelica. Przez lata lekarze nie mogli znaleźć przyczyny tego bólu i uważali go za nerwicę. Rita nie mogła jeść, nękały ją biegunki i intensywny ból nie opuszczał jej całymi dniami. Musiała ubierać specjalny gorset, gdyż inaczej nie była nawet w stanie chodzić. Była na surowej diecie, bo zjedzenie jakiejkolwiek ciężej strawnej potrawy musiała odchorować.



Przyjaciółka mamy, która pracowała jako sprzątaczka w domach zamożniejszych mieszkańców Canton namówiła ją, żeby zabrała Ritę do Rhody Wise. Rhoda, protestantka, sama cierpiąca przez lata na wiele schorzeń, podczas jednego ze swych licznych szpitalnych pobytów została przekonana przez odwiedzającą ją zakonnicę, by zaczęła się modlić Modlitwą Różańcową i by zmówiła Nowennę do świętej Tereski od Dzieciątka Jezus w intencji swego uzdrowienia. Początkowo nie miała zamiaru słuchać katolickiej zakonnicy, ale bezustanny ból spowodował, że zmieniła zdanie.



Rhoda Wise została wyleczona ze swej choroby. W konsekwencji przeszła na katolicyzm. Była wizjonerką, twierdziła, że miała widzenie Jezusa i świętej Tereski. Otrzymała także dar widzialnych stygmatów. Była odwiedzana w swym domu przez wielu chorych i wielu odzyskało zdrowie po wizycie u mistyczki i stygmatyczki. Nawet świecka prasa z ówczesnych lat podaje wiele świadectw ludzi twierdzących, że w cudowny sposób odzyskali zdrowie podczas wizyty u Rhody Wise.


Rita Rizzo nie bardzo wierzyła w to, że mogłaby odzyskać w cudowny sposób zdrowie, ale poszła, bo jej matka nalegała na to. Rita nie miała zbyt głębokiej wiary w tym czasie. Prawdę mówiąc można by powiedzieć, że nie miała żadnej wiary. Jednak widząc, że taka wizyta sprawi radość matce, która sama miała ciągłe problemy ze swą psychiką, zrobiła to dla niej. Sama wizyta była raczej mało przekonywująca i nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Mistyczka nakazała Ricie usiąść na krześle, na którym „siedział Jezus” podczas widzenia. Rozmawiały pół godziny, Rhoda Wise nakazała jej modlić się, odmówić nowennę do Świętej Tereski i był to koniec wizyty.


Po powrocie do domu rzeczywiście Rita z całą rodziną codziennie odmawiała nowennę. Dziewiątego dnia, po skończonej modlitwie odczuła ona taki ból, jak gdyby jej ktoś wyrywał żołądek. Ból jednak zaraz ustał i poczuła ona, że jest całkowicie uzdrowiona. Poleciała do babci do kuchni i zażądała, by babcia jej usmażyła kotleta. „Ależ ty nie możesz jadać kotletów”. „Mogę, babciu, popatrz” –powiedziała Rita, pokazując brzuch, który do niedawna zniekształcony i zaczerwieniony prezentował się zupełnie zdrowo. Aby udowodnić zdumionej rodzinie, że uzdrowienie było prawdziwe, Rita nawet poprosiła 10-letnią kuzynkę Joannę, żeby ta skakała po jej brzuchu. Joanna do dziś pamięta: „Jej brzuch był jak skała, twardy i zupełnie zdrowy”.



Po cudownym uzdrowieniu Rita zmieniła się całkowicie. „Wiedziałem, że jest Bóg i wiedziałam, że mnie kocha i że interesuje się mną. Nigdy wcześniej tego nie wiedziałam. Wszystko, czego teraz pragnęłam, to oddać się całkowicie Jezusowi”. Zaczęła czytać religijne książki, zaczęła regularnie praktykować katolickie zwyczaje, jak modlitwa Drogi Krzyżowej i po kilkunastu miesiącach, piętnastego sierpnia 1944. roku, wstąpiła do franciszkańskiego monasteru Świętego Pawła Nieustającej Adoracji w Cleveland, Ohio.


Część Druga

Komentarzy: 8


Dlaczego papież pocałował Koran?

Kategoria: Historia Tuesday, 01 February 2011, 09:08

Można by też zapytać: Dlaczego przypominam sprawę bez znaczenia, sprzed wielu lat, o której dawno wszyscy powinni zapomnieć? I mieliby rację, gdyby nie to, że sprawa ta jest wciąż na nowo, i moim skromnym zdaniem bez sensu, odgrzebywana. Pewnie z związku z tym, że coraz częściej mówi się o 1 maja jako o terminie ogłoszenia papieża błogosławionym, sprawa ta znowu powróci w szerszym zakresie. Ostatnio na moim forum ktoś ją przypomniał, zatem musiałem się ustosunkować do tego zarzutu. Poniżej jest moja odpowiedź, jaką tam zamieściłem:

 

Ktoś o nicku Saileh pyta:

Zastanawia mnie, skąd bierze się w Tobie przekonanie o autentyczności tego zdjęcia?

Widziałem już zdjęcie młodego Benedykta XVI z wyciągniętą ręką, oczywiście kojarzącą się ze znanym hitlerowskim gestem (rozwiązanie zagadki – księżą na Mszach Prymicyjnych błogosławią duże grupy osób, wyciągając przed siebie obie ręce. Wystarczyło przerobić zdjęcie młodego księdza Ratzingera, tak, aby druga ręka była opuszczona i z błogosławieństwa zrobił się hitlerowski gest).

To prawda, że manipulacji w Necie nie brakuje. Jest wiele tego tupu zakłamań, są też prawdziwe zdjęcia, ale przedstawione w fałszywym kontekście. Wystarczy np. umieścić zdjęcie z innego okresu historycznego i wszystko zaczyna wyglądać inaczej.

 

Na przykład zapominamy czasem, że Hitler doszedł do władzy w demokratycznych wyborach. Partia nazistowska nie była od początku tym, czym się stała po latach. Jasne, że ta chora ideologia była w niej niejako "zaprogramowana" od początku, ale tę prawdą jest, że nikt w 33 roku nie przypuszczał nawet tego, co się będzie działo w 43.

 

Powyższe uwagi nie zmieniają jednak w niczym faktu, że zdjęcie, z tego co wiem, jest autentyczne.

Pozostają jeszcze dwa pytania:

1.Czy papież trzyma w ręku koran?

2.Czy mi się tylko zdaje, że ta książka została do tego zdjęcia doczepiona? Spójrz na prawą rękę – jak można utrzymać Koran w ten sposób?

Kilkakrotnie słyszałem odpowiedź na podobne pytania w radiu EWTN, a konkretnie w audycjach Catholic Answers, udzielaną przez Jimmi Akina. On poświęcił trochę czasu na dotarcie do źródła tego incydentu i przyznał, że jest to autentyczne zdjęcie. Napisał o tym nawet na swoim blogu.

 

Sparafrazuję tu jego wypowiedź:

"Sądząc po samej fotografii nie można mieć pewności co tam się wydarzyło. Księga jest zdobiona i może być czymś innym niż Koran. Sądząc z samego wyglądu może być Ewangelią.

Jednak  były patriarcha Kościoła Chaldejskiego, Raphael Bidawid, był tam obecny i w wywiadzie prasowym powiedział:

"14 maja zostałem przyjęty przez Papieża, wraz delegacją składającą się szyickiego imama meczetu Khadum i sunnickiego prezydenta rady administracyjnej Irackiego Islamskiego Banku. Był także przedstawiciel Irackiego Ministerstwa Religijnego. Przypomniałem nasze zaproszenie dla Papieża, bo taka wizyta byłaby łaską z Nieba. Umocniła by chrześcijaństwo i udowodniła w głównie muzułmańskim kraju, że Papież kocha całą ludzkość.

Pod koniec audiencji Papież skłonił się przed świętą księgą Muzułmanów, Koranem, przedstawioną mu przez delegację i pocałował go na znak szacunku. Zdjęcie tego gestu było pokazywane wielokrotnie w irackiej TV, demonstrując że Papież nie tylko wie o cierpieniu narodu Irackiego, ale także, że darzy szacunkiem Islam." (Źródło)

Jakie zatem możemy rozumieć to wydarzenie? Jest kilka możliwości:

1. Agencja prasowa mylnie podała słowa patriarchy.

2. Patriarcha Bidawid mylnie ocenił co się wydarzyło. Nie był to Koran, ale coś innego.

3. Jan Paweł II pocałował Koran, ale nie wiedział, czym ta księga była.

albo

4. Jan Paweł II pocałował Koran wiedząc, co robi.

Chciałbym wierzyć, (pisze Akin), że zaszła tu sytuacja (1), (2), albo (3), ale nie mam dowodu na to, że którykolwiek z tych przypadków jest prawdziwy.

Z tych trzech najbardziej prawdopodobny jest trzeci, bo JP II nie znał arabskiego i być może nie wiedział co to za księgę mu sprezentowano.

Ludzie wsuwają w ręce papieża na audiencjach różnego rodzaju książki i jeżeli papież był pod wrażeniem, że pocałowanie księgi mającej coś wspólnego z iracką kulturą będzie znakiem szacunku pod adresem tego, który ją podarował, mógł to zrobić odruchowo, nawet nie rozumiejąc natury tej księgi.

O ile to możliwe, to, myślę, (pisze Akin), jest bardziej prawdopodobne, że tłumacz wytłumaczył naturę tego prezentu. Ciągle jest możliwe, że Papież ją pocałował raczej jako wyraz bliskowschodniej grzeczności, niż z szacunku dla samej księgi. […]

Jednak mógł on wiedzieć doskonale, że to jest Koran i pocałować go mimo wszystko, nie jako zwyczajowy gest przy otrzymywaniu prezentów, ale z jakiegoś innego powodu.

Jaki to mógłby być powód?

Z pewnością nie dlatego, że wierzył od w Islam, albo, że wierzył, że Islam jest równy chrześcijaństwu. […] Gdyby w to wierzył, nie zatwierdziłby publikacji Dominus Iesus, uczącej, że zbawienie można osiągnąć tylko przez Jezusa Chrystusa i Kościół.

Co zatem mógł myśleć Papież?

Możemy tylko spekulować, ale narzucają się dwie rzeczy:

1. Koran zawiera pewne elementy prawdy (obok pewnych elementów fałszu) i mógł on chcieć uhonorować prawdę, którą on zawiera.

2. Ukazanie szacunku w taki sposób mogło stać się wyrazem poparcia dla pokoju na świecie i międzyreligijnego współistnienia.

Z tych dwóch muszę uznać, że to drugie byłoby bliższe myśleniu Jana Pawła II, choć i to pierwsze mogło być obecne.

Jan Paweł II był człowiekiem niezwykle troszczącym się o pokój na świecie i międzyreligijne współistnienie. Jako młody człowiek przeżył grozę Drugiej Wojny Światowej, która zostawiła trwały ślad na nim i jego pokoleniu i ich spojrzeniu na wojnę i pokój.  […]

Nawet gdyby taka była motywacja Papieża, ciągle popełnił on, moim zdaniem (cały czas parafrazuję opinię Jimmiego Akina) błąd.

Koran mimo, że zawiera elementy prawdy, zawiera także jadowite ataki na Bóstwo Chrystusa i na chrześcijańską naukę i to sprawia, że w żadnym przypadku nie jest rzeczą odpowiednią dla Wikariusza Chrystusowego jego pocałowanie.

Jan Paweł II mógł zdawać sobie sprawę z powagi fałszywych elementów Koranu, ale mógł nie myśleć o nich i mógł zrobić ten gest pod wpływem chwili, bez chłodnego wyrachowania i zastanowienia się nad nim.

Na szczęście nieomylność papieska nie obejmuje takich sytuacji. Papież nawet w najmniejszy  sposób nie próbował tym gestem niczego dogmatycznie zdefiniować. Zatem niezależnie od tego jak dobra była motywacja papieża i jak bardzo błędne działanie, nie ma to nic wspólnego z nauczaniem Kościoła o nieomylności papieskiej.

Byłby to jedynie błąd, jaki popełniają wszyscy ludzie, nawet namiestnicy Chrystusa."

 

To tyle i w sumie niewiele mogę dodać od siebie, poza paroma uwagami.  Przede wszystkim Papież spowiadał się co tydzień. Ale by sakrament był ważny, potrzebne są grzechy. Zatem on sam zdawał sobie sprawę, że jest grzesznikiem.

 

Po drugie wydaje mi się wręcz obrzydliwe, że niektórzy ludzie z całej papieskiej działalności trwającej przez ponad ćwierć wieku wyciągają jeden, czy dwa incydenty i przedstawiają je tak,  jakby Jan Paweł Wielki nie zrobił przez te lata nic, poza pocałowaniem Koranu i postawieniem posążka Buddy na Tabernakulum.

 

Nawiasem mówiąc ten drugi incydent, także bardzo często pokazywany przez wrogów Kościoła, który miał miejsce w Asyżu, nie ma nic wspólnego z papieżem. W czasie modlitw o pokój, modlitw, dodajmy, wcale nie "wspólnych", bo każda grupa ludzi modliła się osobno, w innym pomieszczeniu, buddyści postawili posążek Buddy na pustym tabernakulum, nie wiedząc co to jest. Gdy im zwrócono uwagę na niestosowność takiego gestu, przeprosili i zdjęli posążek. Jednak wielu jest przekonanych, że to w kościele, na Tabernakulum zawierającym Jezusa, papież postawił posąg Buddy i modlił się przed nim wraz z buddystami.

 

Zatem nie bójmy się prawdy. Nawet, gdy czasem jest ona niewygodna. Człowiek czasem popełnia błędy, nawet taki człowiek, jak JPII. I nie oceniam go tutaj, bo nie wiem ani co On myślał, ani co tam naprawdę się wydarzyło, ale nawet, gdy wiedział, że to Koran i pocałował go z jakiegoś powodu podanego wyżej i nawet, gdy w oczach Boga było to grzeszne, to znaczy to tylko tyle, że i On, JPII, jak każdy z nas, nie był ideałem i czasem popełniał błędy.

 

A mnie się przypomina pewien incydent z mojego życia, gdy byłem małym chłopcem. Witając się z rodziną na wsi "z rozpędu" pocałowałem w rękę wujka, ku uciesze rodziny. Śmiali się ze mnie kilka dni. I choć zawsze na powitanie całowałem w rękę dziadka i oczywiście wszystkie panie, niezależnie od wieku, to było czymś zupełnie innym pocałowanie całkiem młodego jeszcze wujka. Jednak czasem zrobi się jakiś gest, a za moment jest już za późno i nie da się go odwrócić.

 

Konsekwencją mojej pomyłki były śmichy-chichy rodziny, zwłaszcza kuzynów i kuzynek. Konsekwencje czynu papieża są poważniejsze, "dzięki" jego wrogom, których wcale nie brakuje. Ale nie zmienia to w niczym faktu, że jest to mały incydent, bez znaczenia, i znacznie większy problem niż papież mają ci, którzy to powtarzają, wałkują i oczerniają kogoś, komu nie są godni zawiązać sznurówek w butach.

 

I jeszcze mały fragment z dyskusji jaka się wywiązała na forum:

konik napisał: … wydaje mi sie , ze w stosunku do omawianego tematu drodzy forumowicze przyjeliscie zbyt legalistyczne podejscie. sadze , ze papiez cala swoja postawa w tym gescie zanurzyl sie jakby w postawie Chrystusa, poprzez okazanie szacunku pewnej idei lub pewnej osobie, nie dlatego, ze idea lub osoba zasluzyla sobie ( czy tez zapracowala ) na ten szacunek i w nagrode zostala nim obdarowana.

Moja odpowiedź:  Masz rację, w tym sensie, że jest to jedna z możliwych interpretacji. Jednak wiemy w praktyce, że wielu nie uznaje takiej interpretacji. Wiele osób, także katolików, oceniło czyn papieża negatywnie, a nawet jako zachowanie grzeszne.

 

Tylko Bóg może ocenić, czy to rzeczywiście był błąd i czy był to grzech. My możemy mieć swoje opinie i ja osobiście w znacznej mierze zgadzam się z Tobą. Mamy tu jednak pewne rozejście się "serca" i "rozumu". Nie wiem, czy świadome, czy papież poddał się głosowi serca nie zważając na głos rozsądku – po prostu nie wiem. Jakby jednak na to nie patrzyć, to w najgorszym wypadku była to błędna decyzja wynikająca z dobrych intencji i nie mająca nic wspólnego z nauczaniem Kościoła. Dużo większy problem mają ci, którzy poświęcają całe lata na rozdmuchiwanie tego incydentu w celu szkalowania Kościoła. To oni będą mieli ciężką sprawę na Sądzie Ostatecznym, bo taką miarą jaką mierzą innych i im będzie wymierzone.

 

(Cała dyskusja na moim forum, gdyby kogoś zaciekawiła, znajduje się TUTAJ)

Komentarzy: 58


Moja pielgrzymka z Papieżem do Krakowa

Kategoria: Historia Wednesday, 10 November 2010, 06:35

Wczoraj był Dzień Papieski, za kilka dni rocznica wyboru kardynała Wojtyły na Papieża, a mnie zebrało na wspomnienia. Sprowokował mnie wpis Polanina. Nie jest to jednak polemika z jego notką. W zasadzie się z nim zgadzam. Chciałbym tylko dać tutaj pewne świadectwo.

 

Gdy Jan Paweł II był pierwszy raz w Krakowie w 1979 roku, nie chciało mi się ruszyć z domu, by iść na Błonia się z Nim spotkać. Miałem wtedy 22 lata, a człowiek w tym wieku często ma problemy z logicznym myśleniem. Nie chcę tu nikogo obrażać, jest wiele wyjątków od tej zasady, ale ja do nich nie należałem. Skoro wszyscy byli na Błoniach zobaczyć Papieża, to dla mnie był to najlepszy powód, by tam nie iść.

 

Kilka lat później, w 1987 roku, gdy już mieszkałem w USA, Papież był w Columbii, w Południowej Carolinie. To zaledwie dwie godziny jazdy samochodem od Charlotte, gdzie ciągle mieszkam. A w Południowej Karolinie jest bardzo niewielu katolików. Z pewnością byłoby możliwe osobiste spotkanie z Papieżem. Byłoby, ale nie było, bo ja ciągle nie byłem zainteresowany takim spotkaniem.

 

Moje nawrócenie zaczęło się w 1990 roku, od narodzin chorego dziecka.  Głód Boga, głód Słowa Bożego stał się częścią mojego życia i tak jest do dzisiaj. Jestem przekonany, że jest to także wynik modlitw Jana Pawła Wielkiego, jak go tu wszyscy nazywają, za swych rodaków. To przecież był "mój biskup" i nawet, gdy ja się specjalnie Nim nie przejmowałem, wiem, że On się takimi jak ja przejmował każdego dnia.

 

Pojechałem do Rzymu w 2000 roku.Wtedy jednak już było bardzo trudno dostać się na audiencję z Papieżem. Ale nie dla audiencji tam pojechałem, chciałem Go po prostu zobaczyć. Choć z daleka, choć przez chwilę. I tak właśnie było. Zobaczyłem Go na Mszy na Placu św. Piotra, potem przejeżdżającego kilka metrów obok w zamkniętym papamobile. Niedosyt, ale i radość.

 

Dwa lata później Papież po raz kolejny odwiedza Polskę. Już było wiadomo, że to może być ostatnia pielgrzymka. Stan zdrowia Papieża znacznie się pogarszał, opuszczały Go siły. Wiedziałem, że muszę i ja polecieć do Krakowa, zobaczyć Go jeszcze raz. Za to, że mi się nie chciało przejść z domu na Błonia przed dwudziestu paru laty, godzinny spacerek, musiałem teraz przylecieć z innego kontynentu. Nie, nikt mi nie kazał, ale ja i tak musiałem.

 

Oprócz pożegnania z Papieżem poleciałem w intencji katolickiego radia w USA. Mieliśmy już oczywiście doskonałe radio EWTN matki Angeliki, ale nie było zbyt wielu rozgłośni, które by to radio transmitowały. Można go było słuchać przez Internet, albo krótkie fale, lecz opcje te miały wiele wad. Krótkie fale albo są, albo ich nie ma. Jakość  takiego radia jest bardzo różna i nie wszędzie da się złapać sygnał. Z Internetem w 2002 roku, w ciężarówce, było jeszcze gorzej. Drogo i skąpo, szczególnie na słabo zaludnionych, zachodnich terenach USA. Ale mieliśmy już satelitarne radio, tylko, że jego właściciele nie chcieli się zgodzić na transmisję katolickiego radia. Stąd moja intencja pielgrzymki do Krakowa.

 

Wyleciałem z Nowego Jorku samolotem Lotu 13-go sierpnia. Akurat na ten dzień udało mi się zdobyć bilet. Było to oczywiście zwykłym przypadkiem. Jednym z kilkunastu, jakie mi się przydarzyły podczas tego pielgrzymowania. W sumie dla jednych trzynasty to Dzień Maryjny, dla innych dzień pechowy… zależy chyba od religii, którą się wyznaje. ;-)

 

Wylądowałem na Okęciu 14-go sierpnia, pierwszym ekspresem pojechałem do Krakowa. Akurat "przypadkiem" było święto Maksymiliana Kolbe, więc poszedłem jeszcze na Mszę do Franciszkanów. Była tam comiesięczna msza w intencji misjonarzy i było spotkanie z misjonarzem. Poszliśmy więc.  Było piękne kazanie o Św. Maksymilianie i o tym, jak on doceniał potrzebę misji i widział, jaką rolę w ewangelizacji mogą odgrywać środki społecznego przekazu. Amen. Święty Maksymilian z pewnością by nadawał także przez satelitę.

 

Po mszy mieliśmy spotkanie z księdzem, który właśnie wrócił z kontynentu amerykańskiego, z Boliwii i Meksyku. Potem ojciec Piotr Kyć poprosił mnie, żebym i ja powiedział parę słów o tym radiu katolickim, a raczej o jego braku. Fundamentaliści, baptyści i tzw. "Bible Christians" mają praktycznie wszędzie mocne stacje na UKF-ie, można ich słyszeć w każdym zakątku Stanów Zjednoczonych, a katolicy jakby zaspali. Gdy przyjechałem do USA w 82 roku, wszystkie katolickie stacje radiowe można było policzyć na palcach jednej ręki.

 

Dla tych, którzy nie rozumieją, co za różnica, przecież to też chrześcijanie, chciałem tylko wyjaśnić, że w ekstremalnej formie uważają oni, że Kościół Katolicki jest sektą wiodącą do potępienia, papież jest antychrystem i Apokalipsa św. Jana mówiąc o nierządnicy mówi o Kościele Katolickim. W związku z tym o papieżu i Kościele mówią tylko wtedy, jak znajdą cos skandalizującego. Także członkowie ich kościołów składają się w dużym stopniu z byłych katolików, często nie znających dobrze swojej wiary. Dlatego tak mi leżało na sercu to ogólnoamerykańskie katolickie radio. Wierzyłem, że św. Maksymilian może nam to wymodlić. Wiedziałem też, że ludzie z EWTN mieli rozmawiać z ludźmi od "satelity" pod koniec września, więc akurat ta sierpniowa pielgrzymka była bardzo na czasie.

 

15 sierpnia. Wstaliśmy chyba koło czwartej rano, żeby zdążyć na mszę do kościoła Zaśnięcia NMP w Kalwarii Zebrzydowskiej. Byłem z mamą na porannej mszy, potem wraz z "kompaniami" pomaszerowaliśmy do klasztoru, gdzie o 10:30 była "główna" msza, po której było połączenie z Castel Gandolfo i usłyszeliśmy słowa Jana Pawła II:

"…jak Pan Bóg pozwoli- już wkrótce dołączę do kalwaryjskich pątników…".

Pan Bóg pozwolił….

 

Nawiasem mówiąc pogoda była okropna. Przepiękne suknie druhen Maryi były ubłocone po pas, a podczas rozdania Komunii Św. oberwała się chmura. Albo krętacz się wściekał, albo nasz Ojciec w niebie chciał nas dobrze ochrzcić przed wizytą papieską. Nawet baliśmy się, że z powodu parasoli nie zobaczymy Ojca Świętego, który miał się z nami połączyć telebimowo-satelitarnie,  ale na kwadrans przed transmisją deszcz przestał padać.

 

Lecąc do Krakowa wiedziałem, że z pewnością znajdzie się dla mnie jakieś miejsce na Błoniach. Nie liczyłem na więcej. Jednak okazało się, że otrzymałem coś, czego na pewno spodziewać się nie mogłem. W czasie pielgrzymki w 2002 roku Papież poświęcił Bazylikę Miłosierdzia w Łagiewnikach. Oczywiście na zewnątrz Bazyliki mogło w tej uroczystości uczestniczyć wielu pątników, ja sam otrzymałem dwa zaproszenia, ale do środka zaproszenie mieli tylko wybrani. Właśnie w Kalwarii dowiedziałem się, że ktoś postanowił mi ofiarować swoją wejściówkę dla VIP-ów do samego wnętrza Bazyliki. To jednak miało nastąpić dopiero za kilka dni…

 

16. sierpnia. Zaproszenie na lotnisko oczywiście też miałem, więc pojechałem dość wcześnie. W autobusie spotkałem młodą zakonnicę, Urszulankę, która przyjechała specjalnie z Ukrainy zobaczyć Ojca Św. Zapytałem, czy będzie w Łagiewnikach, ale odrzekła, że nie, bo nie ma zaproszenia. Gdy jej zaproponowałem, że jej dam jedno, bardzo się ucieszyła, ale powiedziała, że da je siostrze przełożonej, bo ona też nie ma. Ale ja miałem dwa, poza tym specjalnym, więc problem mi się rozwiązał. Oba zbyteczne zaproszenia znalazły dobrych odbiorców.

 

Mówiąc o VIP-ach… Później, już przy siatce ogradzającej krakowskie lotnisko  znowu spotkałem tę siostrę. Szukała czegoś. Zapytałem, czy mogę pomóc, a ona odpowiedziała mi, że szuka sektora 6 P.  Ja na to, że tu nie ma sektorów, kto pierwszy, ten lepszy, ale ona pokazała mi swoje zaproszenie i rzeczywiście… Miała sektor…ale nie 6 P tylko VI P. Miała wejściówkę dla VIP-ów, na samą płytę lotniska.  Powiedziałem jej, że jest Bardzo Ważną Osobą i musi przejść do przodu, na miejsca siedzące. Szkoda, że nie widzieliście jej miny:))). Tak, ostatni będą pierwszymi….

 

Pogoda znowu się zapowiadała okropnie. Czarne chmury, pomruki burzy. Zaczęły spadać pierwsze krople deszczu i natychmiast wyrósł las parasoli. Jednak ksiądz, który był "mistrzem ceremonii" zgromił nas, że mamy małą wiarę. Kazał wszystkim pochować parasole i pomodlić się, by burza przeszła bokiem. I tak się stało. Wszyscy schowali parasole, a deszcz przestał padać. Gdy już wieczorem wróciłem do domu, mama zapytała mnie, czy nas bardzo zlało. W Krakowie było oberwanie chmury. Ale w Balicach nie. Wiara czyni cuda.

 

Jak sama ceremonia powitalna wyglądała nie będę opisywał, myślę, że widzieliście to albo osobiście, albo w telewizji. Ojca Św. widziałem dobrze przez lornetkę w oknie samolotu i jak wychodził. Na ziemi już głównie widziałem plecy dzielnych redaktorów TVP, ale czasami udało mi się dojrzeć Ojca Św. między nimi. Dziwna rzecz, ale Kwaśniewski cały czas był widoczny…Ten zawsze się umie ustawić… .

 

Wieczorem pojechałem do sióstr Urszulanek zawieźć im zaproszenia, a gdy wracałem do domu tatowym Cinquecento  "załapałem" się na jazdę w kolumnie samochodów z papamobilem. Papieski samochód i te wożące dziennikarzy parkowały  co noc na Mogilskiej, w siedzibie policji i gdy je zobaczyłem, właśnie przejeżdżały koło Poczty Głównej. Najpierw radiowóz na sygnale, potem papamobil i 2 auta dziennikarzy, znowu radiowóz, a ja wskoczyłem za nich tatowym cinquecento.  Skręciliśmy w Kopernika, do Ronda Mogilskiego i oni pojechali dalej, a ja wjechałem w Osiedle Oficerskie, gdzie mieszkają moi rodzice.

 

17. sierpnia. Znowu pobudka o czwartej . Pojechałem do Łagiewnik taksówką, bo nie byłem pewny, czy komunikacja miejska mnie dowiezie na czas. Pod Bazyliką byłem przed piątą i wszedłem do środka jako jeden z pierwszych. Dzięki temu mogłem stanąć blisko ołtarza, tuż za sektorem dla osób niepełnosprawnych.

 

Niesamowite wrażenie. Pierwszy raz, poza Mszą w Rzymie, byłem na Mszy papieskiej. Byłem świadkiem historii, nie więcej niż 20 metrów od Ojca Św., w tej cudownej Bazylice. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. Nie wiem ,czym sobie zasłużyłem na taki zaszczyt, przed przyjazdem do Polski nie byłem pewien, czy będę mógł uczestniczyć w jakichkolwiek uroczystościach poza Mszą na Błoniach. A raczej powinienem powiedzieć, że wiem, że nie zasłużyłem niczym i że było wiele osób godniejszych tego zaszczytu. Ale Bóg w swoim miłosierdziu tak pokierował moimi losami, że mogłem być naocznym świadkiem tej wspaniałej uroczystości.

 

Trochę żałuję, że nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego. Celowo jednak nie wziąłem go do Polski, bo nie chciałem być „reporterem”, ale pielgrzymem. Chciałem przeżywać całym sercem tę pielgrzymkę, a nie koncentrować się na upamiętnianiu scen, widoków i osób. Aparat fotograficzny przeszkadza w rozmodleniu i pewnie dobrze, że go nie miałem, ale pamięć ludzka jest zawodna i dlatego trochę żal, że nie mam takiej pamiątki z tego cudownego spotkania z Ojcem świętym.

 

W nocy z 17. na 18. sierpnia modliłem się z wieloma innymi pielgrzymami u Dominikanów, czyli w kościele Trójcy Świętej.  Pomodliłem się przy grobie Św. Jacka w dniu jego święta, o północy byłem w bazylice świętych Piotra i Pawła, gdzie całonocne czuwanie miał ruch Światło-Życie, i była Msza św., potem udałem się w stronę Błoń, gdyż znowu dzięki życzliwości  nieznanych mi osób i dzięki Bożemu Miłosierdziu miąłem doskonałą wejściówkę, w sektorze C1, na ławeczkach.

 

Parę minut po piątej już byłem na miejscu i wraz z rosnącym tłumem oczekiwałem Ojca Św. Sama Msza była znowu niezwykłym przeżyciem. Byłem zaraz za sektorem VIP-ów, bardzo blisko, a przez lornetkę mogłem dostrzec każdą zmarszczkę na twarzy Ojca Św. Koło mnie "przypadkiem " usiadł zakonnik, Paulin z Jasnej Góry, kierowca generała zakonu Paulinów. Oczywiście zaraz go poprosiłem o modlitwy w intencji tego amerykańskiego radia. Albo najlepiej o Mszę. Nie bardzo jak miał się ode mnie odpędzić, nie było drogi ucieczki. Po paru godzinach w końcu przekonałem go, że nie jestem wariatem i że pomysł jest wartościowy. Zapytał tylko, kiedy planuję pobyt na Jasnej Górze i czy bardziej odpowiada mi 7 rano, czy 15:30 i obiecał i modlitwę i Mszę w tej intencji.

 

19. sierpnia, poniedziałek. Dzisiaj Kalwaria. Tak mnie rozpuściły moje zaproszenia z poprzednich dni, że niemalże byłem rozczarowany, że tym razem jestem w odległym sektorze na zewnątrz. Ale cieszę się, że mogłem być tam i zobaczyć, jak się odbiera uczestnictwo w takiej formie, gdy Ojca Św. widać tylko na ekranie. Także takie współuczestniczenie z Nim jest niesamowitym, wspaniałym przeżyciem, szczególnie z powodu współpielgrzymów, od których wręcz promieniowała miłość i radość ze spotkania z Ojcem Świętym. Po Mszy w Kalwarii odśpiewaliśmy przepiękną pieśń:

 

Matko przed Twoim obrazem,

Może już ostatnim razem,

Może już Cię nie zobaczę,

Pozwól , niech się dziś wypłaczę.

 

Matko, ja się stąd nie ruszę,

Ciężki ból ściska mą duszę;

Jakże się z myślą pogodzić,

Od swej Matki już odchodzić.

 

Lecz muszę iść za mym losem,

Pożegnać Cię rzewnym głosem,

Wzniesionym przed Twym obliczem,

Matko, czy mnie puścisz z niczem?

 

Czyż mi nie dasz, o com prosił?

Chcesz, bym smutek stąd wynosił?

Matko, czyż mam w swej potrzebie

Bez pomocy iść od Ciebie?

 

Błogosław mnie, Matko droga,

W Imię Ojca, Syna, Boga!

Niechaj idę w świat daleki

Zawsze z Tobą, na wiek wieki.

 

Czyż nie piękne słowa? I jakby napisane specjalnie dla Ojca Świętego.  Albo dla mnie.

 

Po mszy chciałem szybko wrócić do Krakowa, ale nie było to takie proste, szosa była zamknięta i musiałem jechać objazdem, nawiasem mówiąc przez Sułkowice i Rudnik, miejscowości rodzinne moich teściów. W Krakowie zamieniłem cinquecento na jelcza krakowskiego MPK i znowu pojechałem na lotnisko. Gdy tam dotarłem było już późno, więc mimo, że stałem na stołeczku, gdy papież przyleciał,  widziałem tylko plecy tych, co siedzieli innym na barana. Dopiero jak Ojciec Święty był przy wejściu do samolotu i odwrócił się jeszcze, żeby nas pobłogosławić, zobaczyłem Go po raz ostatni. Trudno było powstrzymać łzy…

 

Samolot kilkakrotnie przeleciał nad nami, zanim w końcu oddalił się na dobre, ale mnie nie chciało się iść. Długo jeszcze stałem tam, przyglądając się radosnym zabawom, śpiewom i tańcom dzieciakom z  Neokatechumenatu. W końcu i ich poproszono o opuszczenie terenu i poszedłem do autobusu i wróciłem do domu. Jan Paweł II wrócił do Watykanu, ale ja miałem jeszcze parę dni…

 

20.sierpnia, wtorek. W ten dzień  zaplanowałem odwiedzić miejsce męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana. Wstałem znowu przed świtem  i pojechałem odwiedzić brata stryjecznego, Jacka Jaskiernię, który był proboszczem w parafii Malec, niedaleko Oświęcimia. Tam spędziłem wspaniały dzień, zaczynając od porannej Mszy, potem cały dzień przegadałem z Andrzejem, katechetą. On i jego urocza żona są wspaniałymi ludźmi i niejeden ośrodek wielkomiejski mógłby pozazdrościć Malcowi takich nauczycieli. Stamtąd pojechałem do obozu Auschwitz i pomodliłem się w drzwiach celi, gdzie św. Maksymilian był głodzony przez 2 tygodnie, zanim nie dobili go kaci zastrzykiem z trucizną.

 

W drodze powrotnej w Wadowicach kupiłem te wspaniałe kremówki papieskie, oczywiście po dokładnym wybadaniu, gdzie są te najlepsze, bo "podróbek" nie brakuje! To też był ostatni raz, bo teraz już nie jadam słodyczy i chyba dopiero w Niebie, już razem z Papieżem, zjem je następny raz.

 

21. sierpnia pojechaliśmy z rodzicami do Częstochowy. Musiałem przecież odwiedzić moją Królową i Mamę. I musieliśmy zdążyć na siódmą na Mszę w intencji radia satelitarnego. Po powrocie do Krakowa poszedłem jeszcze do Dominikanów i na Wawel, do Katedry, pomodlić się przy relikwiach św. biskupa Stanisława i św. królowej Jadwigi. Wieczorem jeszcze ostatnie pożegnania z rodziną i następnego ranka wyjazd. Zacząłem oczywiście od Mszy, bo po pierwsze zawsze jak mogę to idę, a poza tym akurat było święto NMP Królowej. Moja pielgrzymka zaczęła się i skończyła maryjnym dniem.

 

Po Mszy Intercity do Warszawy, a na Okęciu kaplica lotniskowa. Cichutko, w skupieniu , przed Tabernakulum, dziękowałem Panu za te wspaniałe chwile. Chciałoby się powtórzyć za papieżem: Żal odjeżdżać… .

 

Ja Cię żegnam, Matko droga,

Niech odejdzie wszelka trwoga.

Niechaj wracam do swej chatki

Jak od ukochanej Matki.

 

A co z radiem? Oczywiście jest. Satelitarne radio Sirius, kanał 160. 24 godziny na dobę, od Pacyfiku po Atlantyk i od Kanady do Meksyku można słuchać wspaniałego radia Matki Angeliki. A i naziemne stacje radiowe rozmnożyły się w niezwykły sposób. EWTN nie tylko daje za darmo swe programy, ale także służą pomocą lokalnym społecznościom w założeniu katolickiego radia. I trudno nie zauważyć niezwykle pozytywnego wpływu tych rozgłośni na Kościół Katolicki, na księży i biskupów, a także na indywidualnych wiernych. Także protestantów, którzy coraz częściej odkrywają piękno Kościoła Katolickiego i coraz więcej z nich zostaje katolikami.

Komentarzy: 11


Bolek. Człowiek ze Stopu.

Kategoria: Historia Thursday, 16 September 2010, 20:39

W Polsce szum. Krzyż usunięty, biskupi zabrali głos, wierni krytykują biskupów, prezydenta i kogo tylko się da, a do tego afera z filmem, który raz się gdzieś pojawia, to znowu znika i nie wiadomo, czy to prowokacja, czy zasłona dymna, czy sterowane działanie rządu. Zwolennicy spiskowych teorii dziejów zacierają ręce, a ja, za siedmioma morzami i siedmioma górami, siedząc w swym domku w dalekiej słoneczniej i upalnej Karolinie oglądam filmy o TW "Bolek".

 

Dla mnie Wałęsa był zawsze bohaterem. Był też  człowiekiem odpowiedzialnym za upadek komuny. Oczywiście nie on jeden. Wydarzenie to miało wielu ojców. Miało też Matkę: Matkę Bożą, Królową Polski. Z pewnością była to łaska, łaska, którą nam Maryja wymodliła. Ale zostawmy sprawy boskie na boku, wróćmy do Wałęsy.

 

Ja wyjechałem z Polski przed stanem wojennym. Wałęsa był dla mnie symbolem tego, co się wydarzyło w latach 80-89. Był bohaterem tamtych czasów i to bohaterem jednoznacznie pozytywnym. Dlatego bardzo trudno było mi zawsze pogodzić się  z informacją, że był on tajnym współpracownikiem SB. Jednak z faktami trudno dyskutować. Fakty się przyjmuje do wiadomości.

 

Dlatego też na kolejne kilka lat odsunąłem Wałęsę w kąt swojej świadomości. Z bólem serca czytałem niewybredne epitety i docinki na temat jego osoby, z bólem słuchałem jednostronnie negatywnych opinii takich osób, jak śp. pani Walentynowicz, która także była i na zawsze pozostanie moim bohaterem. Jednak ponieważ staram się sprawy polityki i bieżących wydarzeń zawsze odsuwać od siebie, koncentrując się na Królestwie Bożym, nie sprawiło mi wielkiej trudności wyrzucenie pana Wałęsy ze swej pamięci. Tym bardziej, że Wałęsa jaki jest – każdy widzi  i trochę mu jego własne życie poprzewracało w głowie. Przerosło trochę jego zdolności intelektualne.

 

Bardzo się cieszę, że zobaczyłem ten film, który rzekomo "wyciekł" z TVN-u. Cieszę się, bo przywrócił on we mnie wiarę w Wałęsę. Jest on ponownie tą osobą, za którą go zawsze uważałem. Nie malowanym bohaterem, nie zdrajcą, nie wybitnym mężem stanu, ale prostym elektrykiem, trochę cwaniaczkiem, trochę "chłopkiem-roztropkiem", trochę Dyzmą i trochę … czy ja wiem? Wyrocznią losu? Kim by nie był, powróciła moja dawna opinia o tym, że to on jest odpowiedzialny za upadek komuny i powstanie demokracji w Polsce.

 

Wiem, narażę się tym wpisem wielu osobom, ale mało mnie to obchodzi. Nie piszę tego, by ich usatysfakcjonować, ale by powiedzieć jak ja to czuję, jak to widzę. I nie jest to wcale laurka pochwalna dla Wałęsy. Jednak chciałbym dać tu pewne świadectwo. Świadectwo prawdzie. I to, co napiszę, opieram na faktach podanych w filmie TVN-u. Nie mam "prywatnych źródeł informacji". Ufam, że film ten podaje prawdę.

 

Wałęsa był rzeczywiście informatorem bezpieki w latach 70-76. Sama bezpieka go wywaliła, z powodu bezużyteczności agenta i jego samowoli. Nie mieli z niego pożytku. Prawdą jest, że wziął parę razy pieniądze i prawdą jest, że w stoczni poczuł się pewnie i zaczynał rządzić brygadzistą. Z tego okresu wyłania się człowiek raczej mały, nawet nie bardzo zastraszony, co igrający z ogniem. Taki chojrak, cwaniaczek, co się nikogo nie boi.

 

Potem przychodzą lata 78-82 i dalsze. Wałęsa wypływa w Wolnych Związkach Zawodowych na rzeczywistego przywódcę. Bezpiece wprost oświadcza, że nie będzie z nimi współpracował i nie mają nad nim żadnej kontroli, poza szantażem i próbami skłócenia go z innymi związkowcami. Obrzydliwe, ale jakże symptomatyczne fałszywki z tego okresu. Fałszywki w które tak łatwo uwierzyć, bo poparte autentycznymi dowodami współpracy z lat 70-76.

 

I potem Okrągły Stół. Wałęsa prezydentem. Ustawa lustracyjna i strach człowieka, że wszystko się wyda. Zamach stanu na rząd Olszewskiego, zacieranie śladów, kradzież dokumentów będących dowodami na współpracę z SB w latach 70. Głupie działanie przerażonego człowieka, którego losy wyniosły na najważniejszy urząd w państwie.

 

Tak spostrzegam Lecha Wałęsę. Nadal pozostanie on dla mnie bohaterem. I choć jego zachowanie uważam za głupie, rozumiem je doskonale. Mówię tu o zachowaniu gdy był prezydentem, nie to w latach 70-76. Tamte lata – cóż. Nie mnie to oceniać. Wiem jedynie to, że tylko ludzie którzy nic nie robili, mieli pewność, że będą mieli zawsze czyste ręce i puste teczki. Oczywiście było wielu niezłomnych. Było wielu męczenników za walkę o wolność i demokrację. Ale większość była "nikim", a ich działalność opozycyjna sprowadzała się do słuchania Radia Wolna Europa.

 

Okres tamten był pewną szkołą dla Wałęsy. Poznał i moc i zasady działania SB i to mu umożliwiło, w pewnym sensie to, co zrobił w latach 78-89. A zrobił naprawdę wiele. Wydarzenia tamtych lat mogłyby się nigdy nie stać faktem bez tak charyzmatycznego przywódcy. Bo tu nie chodzi o to,  czy on był mądry, czy głupi, czy przeskoczył płot, czy nie. Chodzi o to, że był wtedy konieczny człowiek, który porwie tłumy. Człowiek z charyzmą, człowiek – symbol.

 

Lata minęły, zęby wypadły, tłuszcz obrósł ciało, a strach zawsze jest złym doradcą. Wałęsa-prezydent, Wałęsa – noblista to już nie ten sam Wałęsa – bezrobotny elektryk, który pokazuje SB gest Kozakiewicza i zaczyna coś, co przerosło wtedy wszystkich. Trochę szkoda, jasne. Przecież gdyby wtedy on sam przedstawił te fakty, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale to nie zmienia faktu, że oceniając jego decyzję jako głupią, rozumiem ją doskonale.

 

I to tyle co mam do powiedzenia o Wałęsie. I nie chcę wcale słyszeć o tym, że w Polsce nie ma wcale demokracji, że nic nie rozumiem, że Wałęsa z Kiszczakiem zdradzili Polskę, pod okrągłym stołem rozdając karty i dzieląc ten kawał sukna, jakim jest Polska. Dziś każdy może wybrać sobie taki rząd, taki parlament, takiego prezydenta, jakiego tylko chce. Ani Żydzi, ani masoni, ani Tajny Rząd Światowy im w tym nie przeszkodzi.  Co najwyżej przeszkodzi im to, że zamiast iść na wybory będą pisali kolejne żałosne wypowiedzi na temat Spiskowej Teorii Dziejów i niemożności zrobienia dla Polski czegokolwiek.

 

A ja, na koniec, jeszcze raz chciałbym podziękować panu Lechowi Wałęsie za to wszystko, co dla Polski zrobił. Stopy metali zwykle są mocniejsze od poszczególnych składników, z których się składają. Dlatego tworzymy stopy. I choć szkoda, że Wałęsa nie okazał się Człowiekiem z Kryształu, to może musiało tak być. Kryształ łatwo rozbić, a stopy – wiadomo. Przetrwają. I choć nieraz niektóre z ich składników same w sobie najszlachetniejsze nie są, razem tworzą związki nie do ruszenia. Może to było konieczne do tego, by dziś nie było już tego, co 25 lat temu wydawało się, że będzie trwać wiecznie.

Komentarzy: 36


Synod którego nie było

Kategoria: Historia Sunday, 29 August 2010, 04:05

W czasie dyskusji z protestantami na temat kanonu Biblii często wyskakuje argument, że synod w Jamnii (Jawne) ustalił kanon Starego Testamentu już w pierwszym wieku i Księgi, które protestanci nazywają apokryfami, a katolicy księgami deuterokanonicznymi zostały tam raz na zawsze odrzucone.  Jak więc to było z tym synodem? Kto tam się zebrał? Nad czym dyskutowali? Jaka jest prawda o synodzie w Jamnii?

 

Samo miasto znane jest pod nazwami Jamnia, Jabne, Jawne, w Septuagincie występuje jako Iabne, a w Wulgacie jako Iabniae. Jest to miasto filistyńskie nad Morzem Śródziemnym, między Gat i Aszdod, utożsamiane z Jabneel z Księgi Jozuego 15,11.   Miasto to jest także wzmiankowane w innych miejscach w Starym Testamencie. Nas jednak interesuje pewne wydarzenie, jakie miało miejsce trochę później, a konkretnie w roku 90.

 

W czasie Powstania Żydowskiego w latach 66-70 w konsekwencji którego została zniszczona Jerozolima Jamnię zajął Wespazjan, który osiedlał tam także mieszkańców innych miejscowości, uznających jego władzę. Po upadku powstania, za zgodą Wespazjana do Jamnii przeniósł się także rabbi Johanan Ben Zakkaj, wraz ze swymi uczniami, rozpoczynając proces rekonstrukcji judaizmu pozbawionego Świątyni. Czyli praktycznie proces tworzenia nowej religii.

 

Uczeni żydowscy zajmowali się tam między innymi kalendarzem liturgicznym,  obowiązkiem modlitwy, szabatem, świętami i prawem rodzinnym. Niektórzy historycy, jak np. H Graetz, F Buhl i O Eissfeldt, opierając się na interpretacji tekstu talmudycznego Jad 3,5 doszli do wniosku, że ok. 90 roku, za Eleazara Ben Azariasza został tam zamknięty żydowski kanon Biblii. Nowsze badania jednak, jak pokazują to m.in. JP Lewis i SZ Leiman, wykazują, że w Jad 3,5 jest mowa tylko o dyskusji nad Pieśnią nad Pieśniami i Księgą Koheleta. Nie ma żadnych podstaw by twierdzić, że w Jamnii zamknięto kanon żydowski Biblii, jak również nie ma podstaw by twierdzić, by tam odbył się jakikolwiek synod uczonych żydowskich.  Nawet to, że właśnie tam wykluczono chrześcijan z Synagogi – pozostaje kwestią sporną.

 

Skąd zatem się biorą takie mity? Oczywiście z nieuczciwego, lub niedbałego podawania faktów. Albo z podawania naszych wyobrażeń za fakty. Nie mam podstaw, by kogokolwiek oskarżać o celową manipulację, myślę, że chodzi tu jedynie o niedbałość i niechlujstwo,  lub po prostu o ogłoszenie zaledwie teorii. Teorii, którą inni zaczynają powtarzać jako fakt.  A potem, gdy  inni zaczynają ten "fakt" cytować, to po jakimś czasie nawet encyklopedie  zaczynają powtarzać te brednie.

 

Sprawdziłem w kilku z nich. Encyklopedia Britannica, która zwykle nie robi błędów, bezkrytycznie podaje, że w Jamnii ustalono kanon żydowskiej Biblii. Na jej usprawiedliwienie mogę chyba tylko podać, że ja mam dość stare, „papierowe” wydanie, sprzed 30 niemal lat. Może nowsze wydania są bardziej obiektywne, nie wiem. Wiem natomiast co podaje KUL-owska Katolicka Encyklopedia. To z niej pochodzi większość informacji dotychczas przeze mnie podanych. Pozytywnie mnie zaskoczyła Wikipedia, która dość ostrożnie podaje informacje o Jamnii. Angielskie wydanie Wiki podaje, że “Some scholars believe the Concil of Yavne  met there”, czyli, że "niektórzy uczeni wierzą, że… ", a w osobnym artykule zaznacza, że choć większość badaczy w XX wieku uważała, że tam ustalono kanon żydowskiej Biblii, to od lat 60. coraz więcej naukowców to neguje. Konkretnie zauważono, że żadne ze źródeł Graetza, który pierwszy wystąpił z teorią, że tam zamknięto kanon, nie podaje żadnych ksiąg, które byłyby usunięte z kanonu Biblii i poddają oni w wątpliwość całe założenie, że tam  w ogóle dyskutowano na temat kanonu Biblii.

 

Także polska Wikipedia zaznacza, że „zdarzenie znane pod nazwą Synodu w Jamnii, jest wyłącznie teorią historyczną, którą pierwszy w pełni sformułował w XIX wieku, niemiecki uczony pochodzenia żydowskiego, Heinrich Graetz (w książce: Kohelet oder der Somonische Prediger, Lipsk 1871; str. 155-156)

 

 

W  pierwszym wieku żydzi uważali chrześcijan za błądzącą sektę żydowską, coś tak, jak my uważamy Mormonów i Świadków Jehowy za pseudo-chrześcijańskie sekty. Jednak kilkadziesiąt lat po śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa to nie Żydzi, ale Grecy i Rzymianie przeważali wśród chrześcijan. Oni to właśnie posługiwali się na co dzień greckim językiem, a ich Biblią była Septuaginta, greckie tłumaczenie hebrajskiej Biblii.  Warto tu także zaznaczyć, że ta właśnie Biblia jest cytowana w Nowym Testamencie w znakomitej większości przypadków. Ponad 80% cytatów pochodzi słowo w słowo z Septuaginty, z czego można wysnuć wniosek,  że ją to właśnie ją używali Apostołowie. Nie jest bowiem przypadkiem, że Duch Święty natchną autorów Nowego Testamentu, by cytaty tam zamieszczane pochodziły z tego właśnie wydania Biblii.

 

Żydzi, którzy usiłowali rozwiązać problemy które wynikły z faktu, że Świątyni już nie ma, a wielu z ich braci poszło za Jezusem, z dużym sceptycyzmem patrzyli na wszystko, co było zhellenizowane. Nic więc dziwnego, że starali się odrzucić wszystko, co wskazywałoby na Jezusa jako oczekiwanego od wieków Mesjasza. Nic dziwnego, że gdy Księga Izajasza w siódmym rozdziale podaje, że „młoda dziewczyna pocznie i porodzi syna”, a Grecka Septuaginta, cytowana dosłownie w Mt 1, 23 podaje, że „Dziewica pocznie i porodzi Syna” to zmienili tłumaczenie greckiej Biblii, dając tam słowo oznaczające „młodą dziewczynę”. Zrobili to, bo wiedzieli, że te słowa uważane są za proroctwo, które wypełniło się w Maryi i Jezusie,

 

Oczywiście można powiedzieć, że mieli oni rację, bo przetłumaczyli lepiej. Ale przecież to nie tylko hebrajski Stary Testament, ale i greckie Ewangelie są Słowem Bożym. Zatem skoro Duch Święty natchną św. Mateusza, by użył tam słowa „dziewica”, to widocznie tak powinno być. Przecież nie ma tu sprzeczności z hebrajskimi wersetami z Izajasza. Jest tylko wyjaśnienie, sprecyzowanie tego, co proroctwo to miało oznaczać.

 

Jest ironią losu, że protestanci odrzucili te Księgi Starego Testamentu, które odrzucili Żydzi. I w sumie motywacja była w pewnym sensie podobna: Księgi te uzasadniały naukę Kościoła. Co prawda Żydzi negowali inne fragmenty tej nauki niż protestanci, ale co z tego? Wrogowie naszych wrogów stają się naszymi przyjaciółmi i dla protestantów nie było ważne, że Żydzi odrzucali bóstwo Jezusa. Ważne dla nich było to, że odrzucone Księgi uczą, że należy się modlić za zmarłych, a zatem potwierdzają naukę o czyśćcu, odrzuconą przez Lutra. Wygodnie było się im zjednoczyć z wrogami Jezusa, bo mogli na tym ogniu upiec także swoją pieczeń.

 

Co powiedziawszy należy przypomnieć, że nie ma żadnych podstaw, by uznać, że w Jamnii był jakiś synod, który ustalił ten żydowski kanon. Jeszcze bowiem w trzecim wieku toczyły się dyskusje wśród Żydów, które Księgi uznać za Biblię. Mit o synodzie w Jamnii, podany wstępnie jako hipoteza, a następnie powtórzony jako fakt przez Jimmy Swaggarta w książce „Catholicism & Christianity, przez „Dictionary of the Later New Testament and Its Developments” Martina, Davidsa i Davidsa i innych zaczął żyć swoim życiem. A dziś, choć nikt już spośród poważnych naukowców i historyków nie twierdzi, że w Jamnii zamknięto kanon żydowskiej Biblii, to legenda ta jest powtarzana i w książkach i w różnych artykułach i przede wszystkim w wielu dyskusjach internetowych na temat Biblii.

 

Mówiąc o artykułach, bardzo ciekawy tekst na ten temat napisał Steve Ray. Wychował się on jako baptysta, a dzisiaj jest katolikiem, apologetą, autorem kilku doskonałych książek, (wiem, bo je czytałem), producentem serii kapitalnych filmów „Śladami Boga” (wiem, bo oglądałem) i przewodnikiem pielgrzymek do Ziemi Świętej. Poznałem go osobiście, najpierw na jednej z konferencji, na której on był mówcą, a ja słuchaczem, a potem pojechałem z nim na pielgrzymkę do Palestyny i Jerozolimy. Steve ma małą domową biblioteczkę liczącą ponad 25 tysięcy tomów i są to książki przeczytane. Gdy więc o czymś pisze, to wie o czym. Artykuł jest o angielsku, zamieścił go przed kilku laty miesięcznik This Rock i można go znaleźć TUTAJ.

Komentarzy: 15


Mnich, który przetrzymał tyrana.

Kategoria: Historia Tuesday, 18 May 2010, 22:55

Jak to jest możliwe, że pewien tyran, który w swej walce z Kościołem posunął się do tego, do czego nie posunął się nawet Hitler, zdobywając Państwo Kościelne, wcielając je do swego państwa i aresztując papieża, jest równocześnie bohaterem wielkiego, katolickiego narodu? Bohaterem tak wielkim, że został uwieczniony w słowach hymnu narodowego, gdzie ma nam świecić przykładem?

 

"Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy"? Czyżby? Ile my tak naprawdę wiemy o Napoleonie, poza kilkoma epizodami z jego życia? Waterloo przeszło do codziennego języka jako symbol klęski. Mam nadzieję, że nie o tym nam wspomina Mazurek Dąbrowskiego. Ale jest też całkiem inna strona życia Napoleona, chyba zupełnie nie znana w Polsce. I o tym chciałem napisać słów kilka.

 

Poniższe opracowanie jest napisane na podstawie artykułu w apologetycznym miesięczniku "This Rock" wydawanym przez organizację "Catholic Answers". Autorem jest Matthew E. Bunson, historyk i teolog, autor wielu książek i artykułów na temat historii Kościoła. Opracowanie to jest szczególnie ciekawe dlatego, że jest napisane przez Amerykanina, który ocenia postać Napoleona w sposób obiektywny, stojąc z boku.

 

Jak bardzo może czyjś punkt widzenia zmieniać rzeczywistość widać doskonale, gdy porównamy np. sytuację Polski w czasach wojen napoleońskich z sytuacją Ukrainy w okresie wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Nikogo w Polsce nie dziwi to, że darzymy Napoleona sympatią i uważamy go za bohatera. Ale właśnie dokładnie tak samo widzieli Hitlera Ukraińcy. On przyszedł do nich "lać ruskich" i tylko to dla nich się liczyło. Dokładnie tak, jak dla nas, przed wiekiem, gdy przyszedł Bonaparte.

 

Po tym przydługim wstępie zapraszam do samego artykułu Matthew Bunsona. Nie jest to dosłowne tłumaczenie, ale nie jest to także mój oryginalny tekst. Nazwałbym go parafrazą artykułu z "This Rock". A gdyby ktoś chciał zapoznać się z oryginałem, zapraszam TUTAJ. Cały artykuł, jak wszystkie archiwalne numery tego doskonałego miesięcznika, jest dostępny, za darmo, online.

 

W dniu 30 listopada 1799, 34 kardynałów z całej Europy zebrało się na  konklawe, by  wybrać następcę papieża Piusa VI. Nie zebrali się jednak w Kaplicy Sykstyńskiej, ani w Watykanie, ani  nawet nigdzie w Rzymie. Mniej niż dwa lata wcześniej, w lutym 1798 r. wojska francuskie wkroczyły do Rzymu i uwięziły papieża Piusa VI. Umieścili schorowanego  Papieża w cytadeli Valence, gdzie zmarł on 29 sierpnia 1799 roku.

 

Rzym był zajęty, więc kardynałowie zgromadzili się w klasztorze benedyktyńskim San Giorgio koło Wenecji. 14 marca 1800 roku, wybrali Benedyktyna, kardynała Luigi Barnabę Chiaramonti, biskupa Imoli. Przyjął on imię Piusa VII, ale ponieważ nie było środków na koronację nowego papieża, szlachcianki Wenecji zrobiły tiarę z masy papierowej i ozdobiły ją  klejnotami z własnych pierścieni i naszyjników.

 

Nikt z tych, którzy wybrali Piusa VII nie mógł przewidzieć, jak intensywny konflikt z Napoleonem Bonaparte, otwarcie nazywanym Antychrystem i wrogiem cywilizacji,  oczekiwał w nadchodzących dziesięcioleciach Kościół i papieża. Warto pamiętać tę lekcję historii, bo wszyscy możemy się  z niej czegoś nauczyć. Na przykład tego, że Bóg zawsze daje nam najodpowiedniejszego następcę Świętego Piotra na dane czasy. I rzeczywiście, poprzez  świętość, męstwo i roztropność Piusa VII, Kościół przeżył Rewolucję Francuską i wojny napoleońskie, a niedoszły Pan Europy lamentował:  "Alexander Wielki ogłosił się synem Jowisza. Ja spotkałem księdza mocniejszego od siebie".

 

Chiaramonti urodził się w szlacheckiej rodzinie w Cesenie i wstąpił do zakonu benedyktynów w wieku 14 lat. Znany ze swojej inteligencji i dobroci, uzyskał uznanie  przyszłego papieża Piusa VI. Został wybrany opatem, a następnie, w 1782 roku, biskupem Tivoli, a trzy lata później biskupem Imoli. W lutym 1785 roku został kardynałem.

 

Od samego początku swego pontyfikatu papież Pius VII widział wyraźnie, że głównym problemem stojącym przed Kościołem jest polityka Napoleona. Papież powołał kardynała  Ercole Consalvi (1757-1824) na swego sekretarza stanu i obydwaj  rozpoczęli ostrożną politykę, który uniemożliwiałaby zniszczenie doczesnego i duchowego  autorytetu papiestwa, a także powstrzymywała  ambicje Napoleona, popychające go do  przejęcia całkowitej kontroli nad Kościołem.

 

Kardynał Consalvi w 1801 roku wynegocjował z Napoleonem konkordat, który francuski przywódca szybko naruszył, poprzez dodanie do niego artykułów, pozwalających zacieśnić jego kontrolę nad francuskim Kościołem. Wbrew radom Kurii, Pius przyjął zaproszenie od Napoleona w 1804 roku, na podróż do Paryża, aby mu wręczyć koronę cesarza – w nadziei, że w ten sposób skłoni go do ustępstw. Pius VII odprawił Mszę koronacyjną Napoleona w dniu 1 grudnia (w czasie której cesarz sam umieścił koronę na swej głowie), ale żadnych zmian w polityce wobec Kościoła nie udało mu się uzyskać.

 

Wojna wybuchła ponownie w następnym roku. Mimo, że Pius przyjął  wobec niej neutralne stanowisko, stosunki Watykanu z francuskim imperium stale się pogarszały. Zwłaszcza po tym, gdy Napoleon odniósł głośne zwycięstwa przeciwko Prusom i Rosji. Napoleon nie zadowalał się neutralnością Watykanu. On żądał poparcia.

 

Na początku 1806 roku papież napisał słowa, które zostały powtórzone przez wielu papieży do kolejnych dyktatorów:

„Żaden papież nie powinien  angażować się w wojny między państwami. […]  Jeśli nasze słowa nie odmienią  serca Waszej Wysokości, będziemy znosić prześladowania, pozostając wiernymi Ewangelii i przyjmując wszystko jako pochodzące od Boga."

W odpowiedzi, Napoleon wymusił w czerwcu 1806 roku na Piusie usunięcie Consalviego. To był dopiero początek.  Cesarz butnie oświadczył:

"Ja jestem Karolem Wielkim, mieczem Kościoła, i cesarzem całego duchowieństwa.”

Zaczęła się gra w kotka i myszkę trwająca kilka lat. Napoleon co chwilę bywał  wymanewrowany przez pokornego, starego papieża, który był niezłomny w swych działaniach, mimo zagrożenia ze strony wojsk francuskich. W końcu cierpliwość dyktatora się wyczerpała. W lutym 1808 roku zdobył on Rzym, aresztował  wielu kardynałów, uwięził także papieża w Kwirynale w Rzymie. Pius VII zerwał stosunki dyplomatyczne z Napoleonem, a w odpowiedzi dyktator zajął  Państwo Kościelne i pewnego poranka Rzymianie zobaczyli trójkolorową francuską flagę powiewającą nad pałacem San Angelo.

 

Następnego dnia papież wykonał swój ruch. W Wiecznym Mieście ukazały się tysiące ulotek z wiadomością, że papież Pius VII ekskomunikował wszystkie osoby biorące udział w aneksji Watykanu, łącznie z Napoleonem. (Choć, by dać świadectwo historycznej prawdzie, trzeba zaznaczyć, że nie był on wymieniony z nazwiska).  Słysząc, że został ekskomunikowany, Napoleon miał oświadczyć, że „ten stary ksiądz najwyraźniej postradał zmysły” i kazał aresztować papieża. Szóstego czerwca 1809 roku  francuskie wojska porwały Piusa VII i przywiodły do Savony, między Niceą, a Genuą.

 

Odtąd Pius był więźniem, odizolowany od swych doradców i pracowników. Napoleon oczywiście nie zdawał sobie w pełni sprawy, że papież nigdy nie był naprawdę sam, a z każdą  nową falą oburzenie wobec czynów cesarza popełnianych wobec Kościoła, moc tego mnicha, który stał się następcą świętego Piotra wydawała się nieustannie rosnąć.

 

Wierni Piusowi kardynałowie pozostali nieugięci wobec życzeń Napoleona, by uznać  jego rozwód z ukochaną cesarzową Józefiną, co umożliwiałoby mu poślubienie austriackiej księżniczki Marii Ludwiki.  Był to tak wielki wstyd, że w zemście Napoleon pozbawił  ich szkarłatnych szat i wszystkich praw, pozbawił ich wolności, a nawet podpisał na  nich wyrok śmierci. W ostatniej chwili wycofał się jednak z tego ostatniego. Kardynałowie mogli nosić tylko czarne sutanny i tak zdobyli zaszczytny tytuł "Czarnych Kardynałów".

 

Kiedy cesarz ogłosił cenzurę na wszelkie wiadomości na temat jego ekskomuniki i uwięzienia papieża, wierni papieżowi  katolicy potajemnie drukowali te wiadomości w Lyonie, a następnie rozprowadzali je w całej Francji. Prawda o Napoleonie stała się powszechną w całej Europie i nawet najzagorzalsi antyklerykałowie byli przerażeni tym  do jakiego stopnia Napoleon  pogrążył się w tyranii.

 

W lutym 1810 roku Napoleon oficjalnie dołączony Państwa Kościelnego do Cesarstwa Francuskiego jako wolne miasto cesarskie, a biskup Rzymu miał przyznany roczny budżet w wysokości dwóch milionów franków. To było mniej niż otrzymywali niektórzy  urzędnicy napoleońscy.  Pius tymczasem przebywał w więzieniu, wspierany tylko przez jednego towarzysza, który był mu sekretarzem i posługującym. Był poddawany ciągłej inwigilacji, a odmowa uznania aktu z lutego 1810 z pewnością nie poprawiła jego sytuacji.

 

Chcąc zadać ostateczny cios swemu więźniowi, 16 czerwca 1811 Napoleon zmusił kardynałów i biskupów z okupowanych terytoriów do gromadzenia się na synodzie  w Notre-Dame w Paryżu, w celu potępienia Piusa VII. Rzekomo zastraszeni  i bezwolni  biskupi złożyli formalną przysięgę na wierność papieżowi i wystosowali apel o jego natychmiastowe uwolnienie.  Tyran poniósł kolejną porażkę w walce ze starym, uwięzionym przez niego  zakonnikiem.

 

Do czerwca 1812 roku stan zdrowia papieża się znacznie pogorszył, tak, że zaalarmowało to  jego zwolenników, w tym cesarza Austrii. Przygotowując się inwazji na Rosję, która miała być ostatecznym krokiem na drodze do podboju całej Europy, Napoleon rozkazał przenieść papieża do Fontainebleau, niedaleko Paryża. Tam, oferując papieżowi pozory wolności, zamieniając mu więzienie na areszt domowy, Napoleon zachęcał go do wystąpień publicznych i pokazania, że jego stan zdrowia jest całkiem dobry. Jednak papież Pius wolał żyć w pałacu jako skromny mnich benedyktyński. Powrócił nawet do tonsury, (wygolonego kółka na głowie, znaku prostego, zakonnego stanu duchownego, z pozostawioną koroną włosów, symbolizującą koronę cierniową Chrystusa), zgodnie ze zwyczajami z życia zakonnego sprzed wyboru na tron papieski.

 

Po klęsce swej kampanii na wschodzie, Napoleon powrócił on do Paryża. Chciał, czy może raczej potrzebował zgody z Kościołem. Zaproponował nowy konkordat, że zażądał różnych ustępstw ze strony papiestwa i w tym celu udał się 18 stycznia 1813. roku do Fontainebleau.

 

Ich poprzednie spotkanie miało miejsce w 1804 roku. Cesarz, teraz miał  44 lata, papież 71. Jeden był głową ciągle jeszcze potężnego cesarstwa, drugi więźniem, od lat przebywającym w niewoli. Nierówne negocjacje trwały tydzień i w końcu 25 stycznia papież, nie mający innej możliwości i ulegający naciskom tyrana złożył swój podpis na dokumencie znanym nam dzisiaj jako  „Konkordat z Fontainebleau”.

 

Napoleon natychmiast  opublikował konkordat i uwolnił Czarnych Kardynałów. Pius VII po odzyskaniu sił wysłał 24 marca list, odwołując swój podpis pod tym dokumentem.  W obliczu kolejnej wojny z wojskami całej niemal Europy zjednoczonej przeciwko dyktatorowi, Napoleon zgodził się na ponowne negocjacje, które ciągnęły się bezowocnie całymi miesiącami. W ostateczności jednak Napoleon wprowadził niezmieniony konkordat w życie i zaczął obsadzać wakujące stanowiska biskupie swoimi kandydatami.

 

W bitwie pod Lipskiem w październiku 1813 roku Napoleon został pokonany przez koalicję Austrii, Prus, Rosji i Szwecji. Granice Francji zostały zaatakowane na początku 1814 roku. Szukając rozpaczliwie sojuszników, mogących pomóc mu zachowanie jego tronu, Napoleon, w zamian za papieskie poparcie, zaproponował przywrócenie Państwa Kościelnego i uwolnienie Piusa, ale Papież odpowiedział, że tego po prostu wymaga zwykła sprawiedliwość. By uniknąć wyzwolenia Papieża przez aliantów, w dniu 23 stycznia został on ponownie wysłany do więzienia w Savonie.  Kiedy alianci upierali się, że uwolnienie papieża musi być warunkiem jakiegokolwiek układu pokojowego, Napoleon odesłał go w końcu do Austriaków stacjonujących we Włoszech.

 

31 marca alianci weszli do Paryża. Napoleon zdradzony przez swoich najbliższych marszałków, poddał się i został zesłany na wyspę Elbę. Po powrocie w czasie legendarnych 100 dni w roku 1815, w dniu 18 czerwca został pokonany w bitwie pod Waterloo przez połączone siły Anglii i Prus. Wydalony z Europy, został wysłany na wyspę Świętej Heleny.  Człowiek będący niedawno władcą całego imperium, któremu marzyło się zdobycie całej Europu i podporządkowanie sobie Kościoła, zmarł na wygnaniu w dniu 5 maja 1821 roku.

 

W międzyczasie jego były więzień, Pius VII, ku radości wszystkich katolików w całej Europie, tryumfalnie powrócił do Rzymu w dniu 24 maja 1814. Papież wydał oświadczenie do wszystkich katolików, którzy cierpieli za panowania Napoleona:

 

„Płakaliśmy  z żalu w naszym więzieniu, najpierw z powodu Kościoła powierzonego naszej opiece, bo wiedzieliśmy  jego potrzeby, a byliśmy bezsilni w naszej chęci pomocy, a następnie z powodu osób podlegających naszej władzy, bo krzyk ich udręk docierał do nas, a nie mieliśmy możliwości przyniesienia im ukojenia. . . . Pycha szaleńca, który siebie ustanowił  równym  Najwyższemu został upokorzona.” (Encyklopedia Papiestwa 2:1188)

Pius VII cieszył się coraz większym prestiżem. Szybko przywrócił funkcjonowanie Państwa Kościelnego, a w 1814 roku ponownie powołał do życia Towarzystwo Jezusowe, dając im za zadanie odbudowę zrujnowanego Kościoła w Europie.

 

Żył on aż do 1823 roku. Prowadził  Kościół w jednym z najmroczniejszych okresów w historii. Ale przed śmiercią dokonał jeszcze jednego, niezwykłego czynu. W czasie, gdy krewni Napoleona Bonaparte byli pariasami Europy, Pius VII wystosowała zaproszenie do matki i siostry Napoleona,  by się schroniły w Państwie Kościelnym. Był to akt godny  byłego mnicha, którego Napoleon, czekając na śmierć na wyspie Świętej Heleny nazwał  "starcem pełnym tolerancji i światła".

 

 

Komentarzy: 27


Rzecz o Sykstusie V i bulli "Aeternus Ille", czyli problem z dogmatem, czy z Wikipedią?

Kategoria: Historia Tuesday, 04 May 2010, 02:57

Na moim forum ktoś mi zwrócił uwagę na fakt, że:

W Wikipedii pod hasłem Wulgata czytamy o papieżu Sykstusie V i jego nieprawidłowym przekładzie Pisma: W wydanej w roku 1590 bulli promulgacyjnej "Aeternus Ille" nakazał pod karą ekskomuniki przyjęcie swej wersji Wulgaty jako jedynej prawdziwej i autentycznej, do prywatnego i publicznego czytania, wyjaśniania i do kazań. Jako, że ten przekład był w wielu miejscach owocem jego swobodnej twórczości, po jego śmierci musiano likwidować wszystkie egzemplarze. A zatem, jak ma się to do dogmatu o nieomylności papieża? Papież oficjalnie (pod karą ekskomuniki) zobowiązuje wiernych do przestrzegania fałszywej nauki na temat wiary. Jakbyście się do tego ustosunkowali?

Jak więc to było naprawdę? Czy papież wydal bullę, która uczyła błędu? Fałszowała prawdę? Niezupełnie. W stwierdzeniu Wikipedii jest kilka raczej dość istotnych nieścisłości.  Pozwólcie zatem, że wyjaśnię szerzej:

 

W czasie pontyfikatu papieża Sykstusa V było wiele łacińskich tłumaczeń Biblii. Niektóre z nich były dość dalekie od ideału, od wierności oryginałowi. Papież Sykstus, który był w sumie bardzo pozytywną postacią, wielkim reformatorem okresu kontrreformacji, odczuwał potrzebę uporządkowania tego faktu i stworzenia jednej, oficjalnej łacińskiej wersji Biblii. Sama idea godna pochwały i dziś możemy powiedzieć, że sprawdzowna w praktyce, gdyś dziś właśnie tak jest. Jedna oficjalna "Wulgata".

 

Trzech poprzednich papieży, Pius IV, Pius V i Grzegorz XIII także usiłowali tego dokonać, ale z różnych względów nie zdołali ukończyć swego dzieła.

 

Sykstus V powołał komisję składającą się z kardynałów Allena, Bellarmine i Caraffy, którzy mieli ponownie przetłumaczyć Wulgatę. Papież nie był zadowolony z rezultatu, jaki osiągnęli i sam się zajął poprawkami. Inaczej mówiąc sam przetłumaczył całą Biblię. Jednak praca ta przekroczyła możliwości papieża. Gdy osiemnaście miesięcy później, na początku 1590 roku, przedstawił on swoją poprawioną wersję Biblii kardynałom, zobaczyli, że jest pełna błędów. Nieprawidłowo przetłumaczone zdania i całe akapity, niektóre całkiem opuszczone, inne dodane, mimo, że ich nie było w oryginale. I prawdą jest także to, że papież przedstawił projekt bulli, jaki miał zamiar prolongować wraz z ogłoszeniem nowego tłumaczenia.

 

Widząc nadchodzącą katastrofę kardynał Robert Bellermine wraz z innymi zaczęli robić co w ich mocy, by zatrzymać ogłoszenie bulli i nowej wersji Biblii. Papież zgodził się na oddalenie terminu uroczystego ogłoszenia tych dokumentów i na zrobienie poprawek. Jednak nieoficjalne egzemplarze Biblii i bulli zostały wysłane do rzymskich kardynałów.

 

Jednak Duch Święty jeszcze raz okazał się wierny swej obietnicy, że uchroni Kościół przed błędami. Ogłoszenie tego tłumaczenia i papieskiej bulli nigdy nie nastąpiło. Pełen zdrowia, energii, bardzo aktywny papież Sykstus V zmarł po krótkiej chorobie 27 sierpnia 1590. Uroczysta promulgacja bulli nigdy nie miała miejsca. Nie jest do oficjalny dokument Kościoła. Te egzemplarze Biblii, które zostały wysłane, zostały usunięte z obiegu przez samych kardynałów.

 

Na żądanie nowego papieża, Grzegorza XIV, pod kierunkiem kardynała Bellarmine, została powołana nowa komisja, by przeprowadzić poprawki do poprawki. Zanim prace ukończono, Gregory XIV zmarł, ale dzieło to dokończył Klemens VIII. Ta wersja nosi nazwę "wersji Sykstusa V", gdyż zarówno papież, jak i kardynał Bellarmine i inni zaangażowani w ten projekt chcieli uhonorować papieża Sykstusa, który rozpoczął ten proces.

 

Myślę, że to wyjaśnia cale zamieszanie i pokazuje też, że do niektórych "faktów", jakie podaje Wikipedia, a za nią inne strony w Necie, trzeba podchodzić z odrobiną sceptycyzmu. Nie zawsze, zwłaszcza, gdy chodzi o chrześcijaństwo, o Kościół, wiadomości jakie podają pokrywają się z prawdą. Szczególnie dotyczy to polskiej edycji Wikipedii, bo angielskojęzyczna nie wspomina nic o wydaniu papieskiej bulli "Aeternus Ille". I prawdę mówiąc należałoby ten błąd jakoś tam sprostować, jeżeli redaktorzy Wikipedii mają ambicję stania się źródłem obiektywnej informacji, a nie kanałem antykatolickiej propagandy.

Komentarzy: 7


Księga Jonasza

Kategoria: Historia Monday, 03 May 2010, 00:09

Wszyscy wiemy, że Jezus jest nowym Adamem, nowym Mojżeszem, nowym „synem Dawida”, ale nie zawsze kojarzymy naszego Pana z „nowym Jonaszem”. Tymczasem chyba powinniśmy. Zatem, pozwólcie, że trochę przypomnę tę postać.

Parę lat temu słuchałem w Radiu Józef audycji „Prawie wszystko o Biblii” z udziałem pani profesor Świderkówny na temat Księgi Jonasza. Napisałem  o tym i poniżej jest ten tekst, nieznacznie poprawiony:

 

"Pani profesor jest historykiem sztuki. Napisała bardzo popularne książki „Rozmowy o Biblii”, „Rozmowy o Biblii- ciąg dalszy” i parę innych. Czytałem niektóre z nich przed wielu laty i niewątpliwie miały one jakiś wpływ na moją fascynację Biblią. Jednak słuchając tej audycji, która była poświęcona księdze Jonasza, nie we wszystkim się z panią profesor zgadzałem.  Biblia bowiem zawsze jest nieomylna, ale pani profesor niekoniecznie.

 

Oczywiście mógłby ktoś powiedzieć, że ja tu jestem na z góry straconej pozycji, bo nie jestem profesorem, historykiem, czy  teologiem.  Ale tym się wcale nie przejmuję. W końcu swoją wiedzę zdobywam czytając, i to czytając autorów nie mniej wykształconych i mądrych od pani profesor. I jeżeli autorytety się nie zgadzają ze sobą, to znaczy, że niektórzy z  nich muszą się mylić.  Zresztą niedawno nie zgadzałem się z  księdzem profesorem Michałem Hellerem, którego darzę wielkim szacunkiem, którego wiedza przewyższa moją o kilka rzędów wielkości i od którego wiele się uczę, ale jeżeli chodzi o pewien konkretny pogląd, uważam, że się on myli. Nie przypuszczam także, aby zarówno pani profesor Świderkówna, jak i pan profesor Heller przejęli się tym, że się nie zgadzam z nimi. Choćby dlatego, że zapewne nigdy się o tym rozdźwięku między nami nie dowiedzą ;-) . (Przypomnę, że pisałem te słowa kilka lat temu, gdy pani profesor żyła jeszcze). Pozwólcie więc, że bez dalszej zwłoki postaram się przedstawić swoje poglądy.

 

Wszyscy znamy, lepiej lub gorzej, historię proroka Jonasza. Bóg wysyła go do wielkiego miasta Niniwy, aby ostrzegł jej mieszkańców, że gdy się nie nawrócą, zostaną ukarani. I tu jest nasza "kość niezgody" z panią profesor. Otóż twierdziła ona w audycji której słuchałem, że Niniwa jest zupełnie fikcyjnym, symbolicznym miejscem. W czasach, gdy Księga Jonasza została zredagowana, Asyria i jej stolica, Niniwa, nie istniały już, a więc autor tej księgi musiał mieć na myśli znaczenie symboliczne. Niniwa symbolizowała tylko świat pogański, w znaczeniu znacznie szerszym, niż jedno królestwo Asyrii.

 

Ja uważam, ze aczkolwiek i takie znaczenie jest oczywiste, to znaczenie pierwotne jest dużo bardziej dosłowne. Być może Księga Jonasza została napisana w VI wieku przed Chrystusem, nie wiem. Nie ja jestem historykiem sztuki. Ale Księga Rodzaju także nie została napisana 200 tysięcy lat temu, czy nawet 6 tysięcy lat temu, a mówi o postaciach historycznych. To, że wszyscy pochodzimy od Adama jest dogmatem naszej wiary. Nie jego imię, nie ono jest tu istotne, ale jego osoba. Adam nie jest symbolem, ale konkretną osobą i do tego naszym autentycznym prapradziadkiem.

 

Wydaje mi się, że Jonasz jest jak najbardziej postacią historyczną i wydarzenia opisane w tej księdze są prawdziwą historią.  Co więcej, jestem przekonany, że historia Jonasza  wydarzyła się dużo wcześniej, niż  ostateczne opracowanie redakcyjne Księgi Jonasza, jeżeli rzeczywiście nastąpiło ono dopiero w piątym wieku przed Chrystusem. Wynika to właśnie z samej jej treści: Skoro opisuje Niniwę jako Wielkie Miasto, to musi pisać o czasach, gdy miasto to istniało i było w wielkim rozkwicie. Fakt ten także tłumaczy zachowanie proroka.

 

Dlaczego Jonasz, jak tylko usłyszał polecenie Boga, natychmiast ruszył w drogę, ale w zupełnie przeciwnym kierunku? Kto może się sprzeciwiać Bogu? Bał się Asyryjczyków? Nie sądzę. Nie bardziej, niż Boga. Wiedział, że sprzeciw Bogu może przepłacić życiem i na okręcie sam poprosił, żeby go wyrzucono za burtę. Wolał zginąć, niż iść do Niniwy. Dlaczego?

 

Myślę, że dlatego, że był wielkim patriotą. On wiedział, jako prorok, ze Asyria zniszczy jego ojczyznę. Asyria dla Izraela była jak Prusy w XVIII wieku dla Polski, jak nazistowskie Niemcy w latach 30. ubiegłego wieku, jak Rosja Sowiecka. Tylko, że znacznie gorsza. To, że Bóg planował ją zniszczyć, w najmniejszym stopniu nie przejęło proroka. Gotów byłby na największe poświęcenia, aby tym Bogu pomoc. Bóg jednak planował użycia Asyrii do ukarania swego pierworodnego syna wśród narodów, Izraela. Sprawiedliwa kara nie ominęła i Asyrii, ale dopiero po tym, jak stała się narzędziem ukarania Izraela.

 

Dlatego to, gdy wreszcie Jonasz dociera do Niniwy, gdy mówi o potrzebie nawrócenia i Niniwianie się nawracają, jest taki zrozpaczony. Wręcz zły na Boga. Mówi:

 

 

Modlił się przeto do Pana i mówił: Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie. (Jon 4,2-3)

 

Uratował swych wrogów, na zagładę swej ojczyzny. Ale Bóg wie lepiej, co jest dobre dla Izraela. Czasem kochający Ojciec musi ukarać swe dzieci. Tłumaczy Jonaszowi:

 

 

Rzekł Pan: Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt? (Jon 4,10-11)

 

Niniwianie, Asyryjczycy, to także dzieci Boże. Każdy, kto się nawróci, uzyska zbawienie. To przesłanie ponadczasowe, uniwersalne Księgi Jonasza. Jonasz go nie rozumiał, bo myślał w kategoriach narodowych, zaściankowych. Myślał, że skoro Izrael jest wybranym dzieckiem Bożym, to tylko On uzyska zbawienie, a wszystkie inne narody zostaną potępione. Bóg uczy nas w tej księdze, że niczym jest wybranie, niczym przynależność do właściwej świątyni, do właściwego Kościoła, gdy nie ma w nas nawrócenia. Wiara, zbawienie, miłość to cos, co jest w naszych sercach, nie cos, do czego należymy. Czy to terytorialnie, czy narodowościowo, czy tez wyznaniowo.

 

I nie jest to wcale sprzeczne z tym, ze w czasach przed Chrystusem Judaizm był „prawdziwą religią”. Ani z tym, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Judeochrzescijaństwo jest jedyną prawdziwą religią, po ukazuje nam prawdziwego Boga. Objawia nam Go w niewykrzywiony sposób. Ale nie wystarczy być katolikiem, nie wystarczyło być Żydem przed 2000 laty, aby osiągnąć zbawienie. Św. Paweł uczy, że:

 

 

Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. (Rz 2,13-15)

 

Każdy człowiek otrzymał wystarczającą ilość łask, aby uzyskać zbawienie. Nam, w Kościele Katolickim, jest po prostu łatwiej. Dzięki sakramentom, dzięki pełni objawienia, wiemy dokładnie, jak uzyskać zbawienie, Ale tez nie zapominajmy, że:

Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,47-48)

 

No a co z tą rybą? Czy to znaczy, że i w to musimy wierzyć?  Nie. Nie musimy. Nie jest to dogmat wiary.  Ale nie znaczy to wcale, że nie możemy w nią wierzyć. Co mi się nie podobało w naukach pani profesor Świderkówny, to autorytatywne oświadczenie, że jest to z pewnością symbol.  Dla mnie nie jest to wcale takie pewne.  Jeżeli Bóg mógł z niczego stworzyć świat, to z pewnością mógł podesłać wielką rybę, żeby dostarczyła Jonasza do wybrzeży Niniwy. Nie wiem, czemu miałoby to być dla Boga trudne.

 

Tym bardziej, że są znane przypadki uratowania rozbitków z okrętów wyciągniętych z wnętrzności różnych ryb, nawet po kilku dniach pobytu w takim dziwnym wiezieniu. Fundamentaliści, którzy do wielu wersetów Biblii podchodzą dosłownie ( z wyjątkiem 6. rozdziału Ewangelii Janowej, który to rozdział jest dla nich, w jakiś niewytłumaczalny sposób, totalnie symboliczny) bardzo często publikują podobne przykłady.

 

Gdy więc jest to możliwe w naturalnym świecie, tym bardziej jest możliwe dla Boga, który nie jest ograniczony naturalnymi prawami. Ja więc pozostanę przy swojej interpretacji i będę wierzył, że Jonasz nie tylko był postacią historyczną, ale także epizod z wielką rybą wydarzył się naprawdę.

 

Na koniec jeszcze raz anegdotka z życia sługi Bożego, arcybiskupa Fultona Sheena. Opowiadałem ją już zapewne kilka razy, ale powtórzę dzisiaj, bo jest na temat:

 

 

Fulton Sheen został pewnego razu zapytany przez pewną ateistkę:

–Pan chyba nie wierzy w te bzdury, które są w Biblii? Na przykład w tę historię o Jonaszu?

–Oczywiście, że wierzę. To Słowo Boże – odpowiedział.

–Jak w takim razie jest możliwe, żeby przeżył w brzuchu ryby trzy dni?

–Nie wiem. Ale zapytam go, jak go spotkam w niebie.

–O tak? A co się stanie, jak go tam nie będzie? -Ironicznie zapytała ta pani.

–To wtedy pani go zapyta. –odrzekł arcybiskup."

 

To już cały mój stary wpis. Od tego czasu przeczytałem więcej o Jonaszu i poniżej kilka uzupełnień.

 

Jonasz. Piąty wśród "proroków mniejszych". Jego imię zwykle się tłumaczy jako "gołąb", lecz w świetle słów samego proroka, który narzeka w czwartym rozdziale, jest bardzo prawdopodobne, że imię to wywodzi się ze słowa Yanah, znaczącego "opłakiwać kogoś", "biadolić". Taką interpretację przedstawił święty Hieronim w "Komentarzach do Księgi Jonasza IV, 1".

 

Poza swą Księgą, Jonasz jest wspomniany tylko raz w Starym Testamencie, w 2 Krl 14,25:

 

To on przywrócił granice Izraela od Wejścia do Chamat aż do morza Araby – zgodnie ze słowem Pana, Boga Izraela, które wypowiedział przez sługę swego Jonasza, syna Amittaja, proroka pochodzącego z Gat-ha-Chefer.

Pewna antyczna tradycja, którą także wspomina święty Hieronim w prologu do swych komentarzy do Księgi Jonasza, a którą można znaleźć w pseudo-Epifaniuszu (De Vitis Prophetarum XVI, P.L., XLIII,407) Jonasz był zmarłym synem wdowy w Sarepcie, która nakarmiła ostatnią garścią mąki proroka Eliasza. Eliasz później  przywrócił jej syna (a zatem, według tej tradycji, Jonasza) do życia. Możemy przeczytać o tym w 17. rozdziale 1 Księgi Królewskiej. Bardzo interesujący jest fakt, że Jezus niemal zapłacił życiem, gdy wspomniał o tym incydencie Żydom. (por. Łk 4,26) Jeżeli chodzi o historyczność Księgi Jonasza, to tradycyjnie katolicy zawsze tak ją rozumieli. Że przedstawia historyczne wydarzenia. Zresztą nie tylko katolicy, Żydzi także. Z pośród znanych teologów tylko Simon i Jahn kategorycznie odrzucali historyczność Księgi Jonasza, ale ich akurat trudno nazwać ortodoksyjnymi katolikami.

 

A to kilka argumentów za historycznością wydarzeń opisanych w Księdze Jonasza. W tradycji żydowskiej w tekście Księgi Tobiasza w Septuagincie (XIV, 4) słowa Jonasza odnoszące się do zniszczenia Niniwy są zaakceptowane jako opisujące fakt. Te same słowa są także w jednym z aramejskich i jednym z hebrajskich manuskryptów. Apokryficzna Trzecia Księga Machabejska VI, 8 zamieszcza zbawienie Jonasza przez rybę jako jedno z cudownych wydarzeń Starego Testamentu, a żydowski historyk Józef Flawiusz w Starożytnościach Żydowskich IX, 2 jednoznacznie uznaje tę historię za faktycznie zaistniałą.

 

Jednak dużo większą wagę ma świadectwo Pana Jezusa. On sam, przepowiadając swą śmierć i zmartwychwstanie, mówi o "znaku Jonasza". Jeżeli więc historia Jonasza byłaby tylko jakimś wymysłem, mitem, bajką – to jaką wagę miałyby słowa naszego Pana? Że to, czego On dokona, to będzie zaledwie coś większego od mitu? Od wymyślonej historyjki? Jedynie wtedy, gdy historia Jonasza była prawdziwym cudem, prawdziwym wydarzeniem, słowa Jezusa mają wagę. Zapowiadają bowiem, że On dokona czegoś rzeczywiście wielkiego, wspanialszego, niż to, co się wydarzyło Jonaszowi.

 

Patrząc na cały kontekst wypowiedzi Jezusa widzimy, że wspomina on także o "królowej z południa" i o Salomonie:

Lecz On im odpowiedział: Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. (Mt 12, 39-42)

 

Nikt nie neguje tego, że Salomon i królowa Saby to były postaci historyczne. Widać, że sam Jezus tak samo traktuje ich historię, jak historię Jonasza. dlaczego więc mielibyśmy uznawać historię Jonasza za mit? Za bajkę?

 

Niektórzy przypominają fakt, że w Księdze Jonasza nie jest podane imię władcy Niniwy, co miałoby sugerować, że to jest zmyślona historia. Ale przecież Biblia nie podaje nam także imienia faraona w czasach Mojżesza. Czy to znaczy, że tamta historia nie ma żadnych historycznych podstaw? Bzdura. Exodus jest historycznym faktem i nikt o zdrowych zmysłach nie neguje tego faktu.

 

I jeszcze jedno. Tradycja żydowska i tradycja chrześcijańska przez wiele wieków uznawały, że autorem Księgi Jonasza był on sam i że powstała ona w ósmym wieku przed Chrystusem. Wielu współczesnych teologów i biblistów, podobnie jak pani profesor Świderkówna, uważa, że Księga ta powstała parę wieków później. Najczęściej podaje się piąty wiek przed Chrystusem.

 

Mnie osobiście jednak nie do końca przekonują te rewelacje, bo wydaje mi się, że większą wagę mają opinie ludzi żyjących kilka stuleci od tamtych wydarzeń, niż opinie ludzi badających to dwa tysiące lat później. I dopóki nie ma naprawdę mocnych argumentów za tym, by odrzucić prastarą tradycję, to nie powinniśmy tego zbyt pochopnie czynić. Dlaczego? Bo doświadczenie nas uczy, że bardzo często wiele nowinek tego typu to raczej kwestia mody, niż rzetelnej nauki i mija pokolenie, a wraz z nim mija moda na takie poglądy i okazuje się, że Ojcowie Kościoła jednak mieli rację.

 

To tyle o Księdze Jonasza, a o "nowym Jonaszu" i "synu Jonasza" postaram się napisać wkrótce.

Komentarzy: 6


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.