
Sunday,18 December 2011,11:52
Kategoria: Polityka Sunday, 18 December 2011, 11:52
Socjalizm jest naszym celem. Tfu! Przepraszam, oczywiście był za komuny, ale to dawno i nieprawda było na całe szczęście. Dziś mamy państwo opiekuńcze i „zły” kapitalizm, co do którego bardzo musimy uważać, żeby „plusy nie przesłoniły nam minusów”. Państwo tymczasem kradnie pieniądze bogatym (tudzież bogatszym), a daje biednym. Taki nam się trafił Robin Hood z odrzutu – niesympatyczny i niekoniecznie przystojny. Poza tym Robin Hood otwarcie mówił, że żeby dać musi kraść. Nam państwo tylko daje.
Zresztą my to bardzo polubiliśmy, te socjale, zakazy i nakazy i wtrącanie się miłościwie nam panujących we wszelakie sfery naszego życia. Bo Polak, jak już wielokrotnie wspominałam, głupi jest i nie wie na co wydać pieniądze, nigdy by nikomu sam z siebie nie pomógł, nie wie, czego powinno się uczyć jego dziecko, jakie leki zażywać, oraz że narkotyki poważnie szkodzą zdrowiu i życiu. Nie! Wszystko to musi regulować państwo. Mocą ustawy.
Na dzień dobry płaci Polak horrendalny podatek (40%), co z akcyzą i vatem daje w rezultacie blisko 80%. A tak ograbionego poniża się dodatkowo stanem instytucji państwowych, na które ww Polak uczciwie płaci. Jest zatem, jak na podatnika przystało, traktowany gorzej niż śmieć u lekarza czy w urzędzie. I, choćby nie chciał, wszędzie usłyszy tę muzykę dla ucha, nasze polskie „jem przecież”. A wszystkiemu patronuje książę liberalizmu, jaśnie wolnorynkowy premier Donald Tusk.
No bo kryzys. Pasa zacisnąć trzeba. Tylko my już nie bardzo mamy z czego, zatem proponuję zredukować liczbę posłów o 2/3 i o tyleż samo liczbę urzędników. Tak, tych urzędników, którzy wyrokują, czy ja sobie mogę ściąć drzewo we własnym ogródku i tych posłów, którzy ustalają, że tamci mają wyrokować. To wszystko za nasze pieniądze. Drogi Panie Donaldu Tusku, państwo jest nie od tego! Państwo nie ma utrudniać życia obywatelowi, ale zapewniać ład i porządek, a przede wszystkim bezpieczeństwo. A przy okazji, jak tam nasza armia? Romuald Szeremetiew, były minister obrony, twierdzi na przykład, że:
Stan polskiej armii jest znacznie gorszy niż w 1939 roku. Nasz przemysł zbrojeniowy leży, wojska są fatalnie wyposażone, sprzęt jest przestarzały, morale upada. Gdyby nasza armia broniła się teraz dłużej niż dwa dni, uznałbym to za sukces.
Armii nie ma, a socjalizm sobie kwitnie, że ho, ho! I nawet za komuny tak chyba nie triumfował, bo wtedy człowiek widział, że to dobre być nie może. W najnowszym filmie Waldemara Krzystka „80 milionów” główny bohater Sobczak – kapitan SB – w rozmowie z księdzem wyznaje z dumą, że jest „psem”. Ale gotów się obrazić za próbę nazwania go ideowcem, socjalistą. Nawet on, zanurzony w system po uszy, nie wierzył w socjalizm. My wiemy, że źle być „psem”. Trzeba nam się tylko jeszcze przekonać, że źle być też socjalistą. Jedno i drugie etycznie niedopuszczalne.
A tak na marginesie polecam dzieło Krzystka chociażby z dwóch powodów: po pierwsze, jak zauważył ktoś z komentujących na Filmwebie, jest to polski film i nie ma w nim Karolaka. A po drugie, to już moje spostrzeżenie, jest to film o PRL-u i nie ma w nim Wałęsy.
Odsłon: 238 Komentarzy: 1
Wednesday,14 December 2011,21:11
Kategoria: Polityka Wednesday, 14 December 2011, 21:11
Bo, rzecz jasna komuny już nie ma. Cenzury też już nie ma. Żyjemy sobie w suwerennej Polsce, gdzie trwa postęp i demokracja, wolność słowa oraz całe zastępy wszelakich swobód, a obywatel stanowi najwyższe dobro. I nawet można sobie w to wierzyć, jak ktoś lubi. Bo władza w Polsce to rzeczywiście służba, tylko jej się pomyliło i zamiast polskiemu obywatelowi służy sobie w najlepsze naszym zagranicznym „przyjaciołom”. Taki awans ze sługi na sługusa.
Zatem, gdzie dziś stoi ZOMO? Nie wiadomo. Ale gdzieś sobie najwyraźniej stoi i zdaje się, że ma ciepło i wygodnie. A wraz z ZOMO stoją oficerowie SB i pozostałe doborowe towarzystwo, co w niejednej zbrodni maczało palce. Ukarani? Bynajmniej. Przecież nasze niezawisłe sąda nie mają dowoda. A jak już mają, to to są żadne dowoda, tylko śmiecie. Tak w każdym razie mogliśmy się dowiedzieć podczas ostatniej emisji programu Jana Pospieszalskiego pt.„Bliżej”, gdzie pokazano fragmenty najnowszego filmu Grzegorza Brauna „Towarzysz generał idzie na wojnę”. I tam taki Braun przedstawia dokumenty, które mówią, że jeden z głównych doradców „Solidarności”, Bronisław Geremek, w 1981 roku zdradził związek. Na szczęście, już następnego dnia po emisji programu na portalu gazeta.pl pojawia się sprostowanie, gdzie dowiadujemy się, że to nie są żadne „szokujące” materiały, tylko śmieci. Tezę tę potwierdza sam Lech Wałęsa, bohater innego filmu Grzegorza Brauna pt. „TW Bolek”. Tam też coś krzyczał o śmieciach, tylko chodziło o zgoła inne dokumenty...
W studiu programu „Bliżej” również atmosfera gorąca, zaproszony Andrzej Celiński stwierdza, że powyższe materiały mogą być szokujące wyłącznie dla idiotów i radzi udać się Braunowi do lekarza. Niestety Braun nie zdołał odpowiedzieć na te rzeczowe argumenta, bowiem ni z gruchy, ni z pietruchy poleciały napisy końcowe i nawet sam Pospieszalski pożegnać się z widzem nie zdążył. A prowadzący wychowany jest i zawsze sygnał z „góry” dostaje, że „już czas”. Tym razem nie dostał, bo go wcześniej Frau Cenzura zdjęła z wizji, żeby Grzegorz Braun czegoś znowu nie chlapnął o reżimowej telewizji i prof. Geremku.
Bo cenzura czujna jest i całkiem nieźle się jeszcze w naszym kraju trzyma, choć oczywiście nieco zmieniona od czasów PRL-u. Dziś już nikogo nie rażą „paramilitarne gołębie”, nie trzeba ich „wydłubywać” z tekstów piosenek, wokaliści mogą sobie śpiewać, o czym tylko zapragną, co we współczesnej polskiej piosence i tak zwykle kończy się na pewnej części ciała panny Maryni. Tak więc manipuluje się odbiorcą subtelniej, żeby nie potrafił czarnego odróżnić od białego, wszystko w białych rękawiczkach, to się obywatel nie zorientuje, że się go robi w trąbę. Już od przedszkola.
Za komuny wiedział przeciętny Polak, co jest dobre a co złe. Zbrodniczy system sam się demaskował głupotą i absurdem. Dziś absurd trudniej wyłapać, bo leży pięknie zapakowany na złotej tacy, a w sklepach nie brakuje papieru toaletowego. Widz ma pełny żołądek, więc łatwiej mu wmówić, że system mamy świetny. Tu się coś przytnie, tu się coś wytnie, przeoczy, nie opublikuje, a wszelkie próby odtajnienia ciemnej przeszłości zgładzi już w zarodku. Dlatego byłe SB śpi spokojnie, a my nadal nie wiemy, gdzie dziś stoi ZOMO. I dlaczego nie za kratkami.
Odsłon: 164 Komentarzy: 3
Monday,12 September 2011,17:30
Kategoria: Kościół Monday, 12 September 2011, 17:30
Jako że leży „Wyborcza”, jak już onegdaj wspominałam, w różnych miejscach publicznych do pobrania za darmo, zatem się czasem nawet my z mężem skusimy na to „cudo”. I czytamy wówczas w domu „dla beki”. Choć waść Bek niezbyt zdaje się być zachwycony, bo on w lewackich tekstach zdecydowanie nie gustuje i czytać mu się winno wyłącznie prawicową publicystykę (http://pl-pl.facebook.com/pages/Czytam-prawicow%C4%85-publicystyk%C4%99-dla-beki/179554838728051).
Zresztą nam również nie jest wtedy specjalnie do beki, tylko raczej „smutno i duszno, i ciemno”. We wczorajszym na przykład, „Dużym Formacie” - mrożący krew w żyłach reportaż o konwertytach, katolikach po przejściach, którym jeden, zły, powszechny i bezduszny Kościół Katolicki przeraźliwie uprzykrzył życie, a przypadki księży bez serca można mnożyć w nieskończoność i jeszcze tę nieskończoność należy podnieść do potęgi! A to ksiądz nie chciał udzielić pogrzebu zmarłemu przy porodzie noworodkowi, a to w konfesjonale zgromił za cudzołóstwo maltretowaną przez męża kobiecinę, a z ambony słychać tylko same zakazy oraz nakazy i jeszcze piekłem straszą niewinnego człowieka (choć z tym piekłem to nie wiem, cierpię raczej na syndrom Moryca).
I cóż ma zrobić porządny katolik? Do kościoła lgnie, rękę raz po raz wyciąga, wielkodusznie przebacza, ale zabetonowana katolicka twierdza nic. A tu obok, za rogiem, radosny protestancki zbór tętni sobie życiem, ludzie się lubią, znają, sami interpretują Biblię i we własnym sumieniu mogą sobie rozstrzygać co jest grzechem, a co nie. Wolni są w końcu.
Justyna, 31-letnia konwertytka wyznaje: Konwertowałam, gdy miałam 21 lat (…). Poczułam się jak w domu – dobrze. Że nie muszę nic nikomu udowadniać. Tu łaska zbawienia jest dana za darmo. Nie musisz odklepać iluś modlitw, zachowywać nie wiadomo jakich postów.
Wszyscy konwertyci przyznają zgodnie, że w nowym kościele są bardzo szczęśliwi, że została im dana niewiarygodna wolność. Anna 34-letnia redaktorka mówi: [w parafii ewangelicko-reformowanej] Nikt nie potępił nas za to, że mieszkamy razem. Ani za in vitro. (…) U nas seks bez ślubu może być w porządku. To rzeczywiście cudowne! Ciekawam, czy własne dzieci również wychowują bez zakazów i nakazów w imię szeroko pojętej wolności. A że dziecko sumienie ma nieukształtowane? A dorosły to skąd wiemy, że ma? A decydować sobie może.
Z tym samolubnym interpretowaniem Pisma Świętego, to również ciekawa sprawa. To przy byle Żeromskim człowiek musi stertę opracowań przeczytać, żeby maturę zdać, ale stokroć trudniejsze Słowo Boże rozumie od razu, bez przygotowania, nagła iluminacja, ba, geniusz nagle odkryty latami tłumiony! Toż to prawdziwe cuda w tym protestantyzmie.
Kiedy tak patrzę na owych szczęśliwych konwertytów, uwierzyć nie mogę, jak dalece można zajść w swojej wizji szczęśliwości. I jak daleko odejść w tej wizji od Boga. Wszyscy trochę ulegamy temu patrzeniu, bo tęsknimy za szczęściem. To zrozumiała tęsknota, która mówi nam, że jesteśmy stworzeni dla wiecznej radości w Królestwie Bożym. Ale żeby tam się znaleźć, musimy tu na ziemi do tego Królestwa dorosnąć. I to musi też boleć. Nie może być naszym celem szczęście w wymiarze ludzkim, bo ono z natury jest nietrwałe, a czasem nawet zgubne. Szczęście jest zawsze tam, gdzie jest Bóg, zatem im bardziej się do Niego zbliżamy, tym szczęśliwsi jesteśmy. Nawet jeśli owo zbliżanie naznaczone jest cierpieniem. Św. Tereska od Dzieciątka Jezus radowała się każdą trudnością, jaka ją w życiu spotkała.
Dziś na fronda.pl opublikowany został tekst Łukasza Adamskiego odnośnie celibatu, gdzie autor wskazuje na potrzebę uporządkowania tej materii w Kościele Katolickim. O ile mi wiadomo, ta kwestia jest już od dawna uporządkowana i żadna poszczególna patologia tego nie zmienia. W tekście Ł. A. uderzyło mnie jednak coś innego: Hipokryzja i fatalnie pojęta korporacyjna solidarność jest sprzeczna z chrześcijańskimi wartościami i przyczynia się do tego, że młodzi ludzie uciekają od Kościoła, a w Ameryce Łacińskiej czy Afryce to zielonoświątkowcy, ewangelicy czy amerykańskie mega kościoły przyciągają do siebie więcej nowych wiernych niż Kościół katolicki. To nie hipokryzja ani korporacyjna solidarność przekonuje młodych do dezercji z KK. Protestantyzm kusi łatwą drogą. A Kościół Katolicki jest wciąż, dzięki Bogu, wymagający i trudny. I my nie mamy się zmiękczać, czy nawet znosić celibatu, żeby na siłę przyciągać do siebie wiernych. Jak powiedział kiedyś ks. Pawlukiewicz „lepiej, żeby w kościele nie było wiernych, ale był Chrystus, aniżeli odwrotnie”.
I kiedy tak patrzę na wszystkich "uszczęśliwionych" tanimi bibelotami, myślę sobie i modlę się: "nie szczęść mi Boże! A jak trzeba, to mi nawet nie szczędź".
Odsłon: 1411 Komentarzy: 14
Sunday,12 June 2011,17:58
Kategoria: Rodzina Sunday, 12 June 2011, 17:58
Niedawno, w jednym z wywiadów Natasza Urbańska mówiąc o pierwszym małżeństwie swojego męża, Janusza Józefowicza, wyznała, iż nie ma wyrzutów, że stała się przyczyną rozpadu tamtego związku. Stwierdziła ponadto, że „nikt nikomu nie może dać gwarancji, że będzie z nim do śmierci”. A jednak blisko dwa lata temu, sama stojąc na ślubnym kobiercu, przysięgła, że nie opuści Janusza, aż do śmierci. Po cywilnemu, bo po cywilnemu, ale przysięgła. Tylko po co, skoro już wiedziała, że gwarancji dać nie może?
Niesłychane doprawdy te nasze obiecanki – cacanki. I nie ważne, że w majestacie prawa, ba, nieważne nawet, że przed Bogiem składane i przy świadkach. Zakładamy, że raczej się uda, ale może się przecież samo z siebie nie udać, okazać, że niezgodność charakterów, że mąż pijak, sadysta, zboczeniec, leń i egoista. Że się miłość skończyła i tak będzie zresztą najlepiej dla dzieci, polubownie, bez kłótni, bez stresu. I się dziecko uczy, że gorsza kłótnia niż rozwód.
A Kościół głupi nie jest i jak każe przysięgać miłość do końca życia, to nie znaczy, że się pomylił, tylko że ludzie się mylą w rozumieniu miłości. Bardziej niż do ślubu przygotowują się do kupna mieszkania. O tak, wtedy sprawdzają wszelkie za i przeciw, oglądają po kilkanaście razy, sprawdzają najdrobniejsze rzeczy. I dobrze, ale mieszkanie zawsze można jeszcze sprzedać. Natomiast rozwieść się już nie wolno.
Raz obrany współmałżonek jest już żoną/mężem na zawsze. I nieważne czy będziemy w naszych ludzkich staraniach dążyć do zaprzeczeń, rozwodów, unieważnień (bo i tu wzrasta liczba nadużyć). Przed Bogiem i tak trzeba się nam będzie tłumaczyć z tego, czy wypełniliśmy daną Mu obietnicę.
I już widzę, jak w Drogim Czytelniku burzy się krew, jak w swym polskim zamiłowaniu sprowadzania wszystkiego do patologii buntuje się, że jak to, a co z żonami alkoholików, którzy katują swoje żony, maltretują dzieci i przepijają całą wypłatę?! Oczywiście, takie sytuacje również mają miejsce, ale mąż, choćby najgorszy nadal pozostaje mężem. I trzeba się czasem odseparować, schronić, jednak rozwieść nie wolno. Bóg daje w sakramencie wszelkie potrzebne łaski, koniecznym jest zatem zawierzenie Mu właśnie w tych najtrudniejszych momentach. I są niezwykłe żony i niezwykli mężowie, którzy do końca walczą o swoje małżeństwo i swojego współmałżonka, modlitwą, postem, ofiarą.
Łatwo powiedzieć. Ale trzeba powiedzieć. Bowiem w źle pojętej empatii, tak zwanymi „dobrymi radami” możemy wyrządzić bliźnim wiele złego. Sprawy należy przedstawiać zgodnie z wolą Bożą, tylko wtedy są postawione dobrze. Przedstawione zgodnie z wolą ludzką, mogą chwilowo ukoić ból, narażając tym samym cierpiącego na wieczne potępienie.
Bywa też tak, że cierpiący pokutuje za swoje winy. Bo nie zrobił wszystkiego, co trzeba przed wstąpieniem w związek małżeński, a nawet oparł swoją relację na grzechu. Nie podjął trudu poznania, nie zdobył się na wyrzeczenia, omijał trudności. Za to cudzołożył. A seks przedślubny to najczęstsza przyczyna problemów poślubnych, ponieważ utrudnia on poznanie i rozeznanie. Brak rzetelnego przygotowania do ślubu skutkuje coraz większą liczbą rozwodów. Czy dojdziemy do momentu, w którym każdy ślub będzie kończył się rozwodem?
Rozwód jest zawsze złem. Porażką, za którą pokutuje cała rodzina. Nie ma „dobrych” rozwodów, które byłyby mniejszym złem dla dzieci. Po stokroć lepiej jest, gdy dziecko jest świadkiem kłótni, po której jednak rodzice dążą do pojednania, niż kłótni, po której następuje rozwód. Lub rozwodu bez kłótni.
Nie jest błędem obiecywać sobie miłość do końca życia, ale błędem jest postrzeganie miłości jako uczucia. To ostatnie jest zmienne i zależne od wielu czynników, takich jak okoliczności czy nawet hormony. Utożsamianie miłości z uczuciami skutkuje myśleniem, że „nikt nikomu nie może dać gwarancji, że będzie z nim do śmierci”. Miłość natomiast, to akt woli, to decyzja. Obiecać miłość, znaczy postanowić, że się będzie kochać bez względu na wszystko. Tak dopomóż Bóg.
Odsłon: 454 Komentarzy: 16
Saturday,12 February 2011,17:58
Kategoria: Kościół Saturday, 12 February 2011, 17:58
Ale jak to? Ale gdzie? Przecież porządny katolik brzydzi się ortodoksją, unika jak ognia, a swoich braci w wierze napomina, by nie szli tą drogą. Jak katolicyzm, to wyłącznie w wersji light, nie żaden rygor nadmierny, bo to tylko odstrasza, zniechęca i oddala od Boga wiernych oraz niewiernych.
Ortodoksja oznacza ścisłą wierność jakiemuś dogmatowi, szczególnie religijnemu. Dziś to przede wszystkim rygorystyczne przestrzeganie wybranego kodeksu zasad i to właśnie tym wyjaśnieniem niejednokrotnie się ortodoksję przejaskrawia i wykrzywia. Twierdzi się, że człowiek ortodoksyjny nigdy nie odstąpi od pewnych reguł, nawet gdyby miało to przynieść większe dobro, a reguły okazałyby się niemądre. A to nieprawda. Jezus, najbardziej ortodoksyjny z nas wszystkich, uzdrowił w szabat. Ale przecież nigdy nie zezwolił w dzień święty (ani żaden inny) na nierząd. Uzdrawiając pragnął pokazać jedynie, że zasady muszą opierać się na mądrości. Nie naszej – Bożej.
Mamy jasne reguły – Boże. Dziesięć przykazań. Mamy Matkę – Kościół – która pomaga nam rozeznać te zasady we współczesnej rzeczywistości i której winniśmy się podporządkować. Czego, oczywiście, konsekwentnie i z uporem nie robimy. Bo przecież bez przesady, nie można popadać w fanatyzm, przecież każdy powinien sam rozstrzygnąć we własnym serduszku, co jest dobre, a co złe. Bo nawet sam papież nie zawsze wie, to znaczy wie, kiedy chodzi o karę śmierci, ale jak o prezerwatywę, to już absolutnie nie. A my też w końcu nie jesteśmy święci, no i bardziej papieskim niż papież nie przystoi, w żadnym wypadku, być.
Sęk w tym, że właśnie mamy być święci. A jak się da, to i bardziej papiescy też, choć bez obaw, to raczej nam nie grozi. A nawet jeśli, to papież w pewnością by się nie obraził. Zapomnieliśmy chyba, że walczymy o własne życie, o zbawienie. I tu nie wystarczy czynić dobro. My musimy się wyrzekać „wszystkiego, co ma choćby pozór zła”. Zaiste, toż to ortodoksja w najczystszej postaci!
Za sprawą św. Faustyny Kowalskiej upowszechniła się prawda o Bożym Miłosierdziu, co dla nas katolików ma bardzo duże znaczenie. Jednak wraz z położeniem nacisku na miłosierdzie, zaniknął obraz Boga sprawiedliwego, Tego, który „za dobro wynagradza, a za złe karze”. Kara za grzechy stała się pojęciem odległym, niemal nierealnym, a w Kościele pełno jest Jezusa dobrego, łagodnego i łaskawego. Nie wiemy, co to Boży gniew. Wierzymy, że jakoś to będzie, w końcu chodzimy do Kościoła i „jakoś tam strasznie nie grzeszymy”. Zgubiliśmy dar Bożej bojaźni. A przecież przed Bogiem drżą istoty znacznie wyższe od nas, drżą przed Nim całe zastępy aniołów!
Kilka tekstów temu przytaczałam słowa Moryca z „Ziemi obiecanej”, kiedy mówił, że woli chodzić do kościoła katolickiego niż protestanckiego, bowiem lubi podczas kazania słuchać „delikatnego mówienia o rzeczach wyższych”, a nie „gadania o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach”. I napisałam wtedy, że na szczęście nie miał racji, bo księża przecież o tym mówią. Ale chyba jednak to nie Moryc się pomylił, ale ja. Ze świecą szukać dobrych kazań o grzechu, czyśćcu i piekle. I o ile piekła czasem jeszcze się przestraszymy, to czyściec jawi nam się jako nocna odsiadka w areszcie za niewielkie przewinienie. Ot, taka niezbyt schludna poczekalnia przed spotkaniem z Najwyższym.
A jeśli chodzi o czyściec, to jest się czego bać. Za każdy najmniejszy grzech, jeśli nie zostanie odpokutowany do końca tu na ziemi, przyjdzie nam zapłacić właśnie w owym „nocnym areszcie”. A męki tam są straszne, po stokroć większe niż nawet te najgorsze na tym „łez padole”. Dlatego tak ważne jest, byśmy jednak ze wszystkich sił swoich starali się być ortodoksyjni. Mamy dziesięć jasnych zasad, których powinniśmy przestrzegać z najwyższym rygorem. Coraz bardziej i coraz mocniej. Inaczej grozi nam więcej niż jedna nocka za kratkami.
A na zakończenie przypomnę jeszcze słowa G. K. Chestertona, autora słynnej „Ortodoksji”:
(…) Słowo „ortodoksja” nie oznacza już racji. Gorzej – w potocznym rozumieniu oznacza błąd.
Wszystko to świadczy tylko o jednym: ludzie mniej się przejmują, czy ich poglądy filozoficzne są słuszne. Bo przecież ktoś, kto wyznaje, że jest heretykiem, powinien wpierw wyznać, że stracił rozum. (…) Tematami dyskusji stają się w coraz większym stopniu sztuka, polityka, literatura. Gdy człowiek wypowiada opinię na temat komunikacji tramwajowej, ma to swoją wagę; jeśli mówi o Boticellim, zostanie to odebrane jako istotne. Nie liczy się tylko jego pogląd na temat wszechrzeczy. Wszystko jest ważne – z wyjątkiem Wszystkiego.
Odsłon: 558 Komentarzy: 26
1
Thursday, 22 March 2012
Friday, 30 March 2012
Saturday, 21 April 2012
Sunday, 04 November 2012
Wednesday, 14 March 2012
