
Friday,31 December 2010,23:18
Kategoria: Religia Friday, 31 December 2010, 23:18
Co oznacza tak postawione pytanie? Czy to nie wszystko jedno? Przecież Maryja jest i Matką Bożą i Matkę Chrystusa. Tak, bardzo słusznie. Jednak nie dla wszystkich. Byli, i niestety wciąż są tacy, którzy uznają Maryję za Matkę Pana, za Matkę Chrystusa, ale odmawiali czy odmawiają tej tytułu Matki Bożej. Być może nie zdają sobie sprawę ci, którzy tak czynią, że odmawiając Maryi tytułu „Bogurodzica” czy „Matka Boża” przestają być chrześcijanami. Jak to możliwe?
Konsekwencją odmówienia Maryi tytułu „Matka Boża” jest teologiczne założenie, że w Jej Synu są dwie osoby: Osoba boska i osoba ludzka, albo że Pan Jezus nie jest Bogiem, a tylko człowiekiem. Jeśli ktoś twierdzi, że w Jezusie z Naretu są dwie osoby, albo, że nie był On Bogiem, przestaje być nie tylko katolikiem, ale także chrześcijaninem. (Przynajmniej na poziomie teologicznym.)
Kościół poucza nas o tym, że Pan Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem w JEDNEJ Osobie. Osobie boskiej (nie ludzkiej). Chociaż w Panu Jezusie są obecne DWIE natury: boska i ludzka, chociaż jest On prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem, jest On jedną osobą. Pan Jezus nie był schizofrenikiem, nie rozmawiał ze sobą. A skoro Pan Jezus jest jedną osobą, Osobą boską, to znaczy, że Maryja jest nie tylko Matką Pana czy Matką Chrystusa, ale słusznie nazywamy Ją także Matką Bożą.
Ten tytuł nie oznacza jednak, że Maryja jest źródłem bóstwa Jezusa Chrystusa. Nie, jako matka jest Ona źródłem człowieczeństwa swojego Syna, a mówiąc dokładnie tylko Jego ciała. Pan Jezus wziął swoje ciało z Maryi. Maryja nie jest źródłem, „rodzicielką” ludzkiej duszy Jej Syna. Tak samo jest z każdą inną ziemską matką – są one na równi z ojcami, „źródłem” lub mówiąc inaczej, dawczyniami ludzkich ciał swoich dzieci. Nie dają im duszy. A jednak nie nazywamy naszych rodziców: „ojcze, matko mojego ciała”. Mówimy raczej po prostu: „ojcze”, „mamo”. Przez analogię, czyli na zasadzie pewnego podobieństwa, możemy to samo powiedzieć o Matce Pana.
Bardzo lubię tytuł „Bogurodzica”. Ten tytuł opisuje, jak sądzę, lepiej rolę Maryi niż np. „Bogarodzica”. Tak uważał kard. Stefan Wyszyński, a ja zgadzam się z nim. Chociaż różnica pomiędzy tymi tytułami jest niewielka, sądzę, że „Bogurodzica” lepiej niż „Bogarodzica” wyraża rolę Maryi w historii zbawienia.
Niektórzy, przede wszystkim protestanci, którzy mówią o sobie „chrześcijanie biblijni” uważają, że my, katolicy, ubóstwiamy Matkę Pana, która w ten sposób przesłania Jej Syna, a może nawet zajmuje Jego miejsce. Jest to oskarżenie bezpodstawne. Maryja jest raczej soczewką, która pokazuje wielkość Boga. Jest arcydziełem Boga Stwórcy. Oddając cześć Maryi, wywyższamy Pana Boga, który wielkie rzeczy uczynił dla nas przez Maryję. Bo przez Nią dał nam swojego Syna.
Dwa zabytki z polskiej sztuki sakralnej pokazują tą prawdę. Najstarszy zachowany dokument napisany po polsku to antyfona maryjna „Bogurodzica”. Możemy zauważyć, że w tym tytule Bóg jest na pierwszym miejscu, a tytuł wskazuje na poddaną, służebną rolę Maryi.

Innym zabytkiem sztuki sakralnej jest ikona jasnogórska. Maryja przedstawiona na tej ikonie trzyma swojego Syna PRZED sobą. Nie tylko, że Go nie zasłania, ale ukazuje na pierwszym planie. Ta wymowa jest wzmocniona gestem prawej dłoni wskazującej na Niego.
Niech te fakty umocnią naszą pobożność maryjną.

Odsłon: 2552 Komentarzy: 48
Friday,31 December 2010,18:11
Kategoria: Religia Friday, 31 December 2010, 18:11
Nie tak dawno, bo zaledwie kilkanaście dni temu, przeczytałem na blogu mojego przyjaciela, że data 25 grudnia nie jest tylko symboliczna. Są poważne podstawy, aby sądzić, że 25 grudnia to rzeczywista data narodzin Pana Jezusa. (Więcej szczegółów można znaleźć tutaj.)
Autor zwraca uwagę na coś, co, jak sądzę, jest bardzo interesujące. Mianowicie, że data poczęcia Pana Jezusa, czyli początek jego ziemskiego życia i data jego śmierci to ten sam dzień. 25 marca było Zwiastowanie Anielskie – Pan Jezus został poczęty – i 25 marca, 33 lat później miała miejsce Jego śmierć, czyli przejście z tego świata do Ojca.
Na tym tle staje się zrozumiałe, dlaczego na starych obrazach pokazujących Zwiastowanie Anielskie, gdzieś w tle jest również mały krzyżyk, symbolizujący śmierć Pana. Artyści wyrażali w ten sposób swoje przekonanie, że zarówno początek ziemskiego życia Pana Jezusa, jak i koniec Jego życia, miały miejsce tego samego dnia. Oczywiście nie tego samego roku.
Jak się wydaje, jest w tym jakiś Boży zamysł. Pan Jezus mówi o sobie, że jest Alfą i Omegą. Alfa to pierwsza litera alfabetu greckiego; omega ostatnia. To powiedzenie Pana oznacza, że jest On początkiem i końcem. On jest początkiem wszystkich rzeczy i ich celem ostatecznym.
Matematycy obliczyli (o tym również wyczytałem gdzieś na blogu Hioba), że początek świata jest pewną osobliwością. I koniec świata jest również pewną osobliwością. Jednak najbardziej interesującym jest fakt, że ta pierwsza osobliwość i ta ostatnia to ta sama osobliwość. Proszę mnie nie pytać o więcej szczegółów, co to dokładnie oznacza. Nie jestem matematykiem. Powiedziałem tylko o tym, bo według matematycznych obliczeń początek wszystkich rzeczy i koniec jest tym samym. I choć nie rozumiem tego tak, jak matematycy, moja intuicja mówi mi, że to jest zgodne z prawdą. Dla nas oczywiście nie ma to decydującego znaczenia, a tylko pomocnicze. Wiara katolicka nie opiera się na osiągnięciach nauki, ale na pewno nie jest z nią sprzeczna. Oznacza to także, że nie jest sprzeczna z matematyką.
Dla nas decydujące jest słowo Boże, a najbardziej właściwym miejscem jego odczytywania i interpretacji jest Liturgia Mszy św. Dzisiaj w ostatni dzień roku kalendarzowego, Kościół daje nam do odczytania, wysłuchania i medytacji dwa biblijne teksty. Pierwszy jest wzięty z Pierwszego Listu św. Jana Apostoła, drugi z Ewangelii według św. Jana. W pierwszym zdaniu pierwszego czytania czytamy: „(…) poznajemy, że już jest ostatnia godzina”. Z kolei w pierwszym zdaniu Prologu czytamy: „Na początku (…)”. Liturgia łączy w sobie początek i koniec. Dlatego, że w Liturgii Mszy św. celebrujemy Tego, który jest Początkiem i Końcem, i łączy – jednoczy w sobie przeciwieństwa wprowadzając jedność, jak o tym czytamy na przykład w Liście do Efezjan:
Dlatego pamiętajcie, że niegdyś wy – poganie co do ciała, zwani „nieobrzezaniem” przez tych, którzy zowią się „obrzezaniem” od znaku dokonanego ręką na ciele – w owym czasie byliście poza Chrystusem, obcy względem społeczności Izraela i bez udziału w przymierzach obietnicy, nie mający nadziei ani Boga na tym świecie. Ale teraz w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części (ludzkości) uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch (rodzajów ludzi) stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i (w ten sposób) jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości. A przyszedłszy zwiastował pokój wam, którzyście daleko, i pokój tym, którzy blisko, bo przez Niego jedni i drudzy w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca. (Ef 2, 11-18)
O jedności – pojednaniu – przeciwieństw w Jezusie Chrystusie mówi najbardziej teologiczny polska kolęda, której autorem (słów) jest Franciszek Karpiński:
Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony;
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice nieskończony.
Wzgardzony okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami;
A Słowo Ciałem się stało
i mieszkało między nami.
O tej jednaniu w sobie „początku” i „końca” mówi także kolekta dzisiejszej Mszy św., zaczynająca się słowami:
Wszechmogący, wieczny Boże, z Twej woli wszelkie dążenie człowieka do Ciebie ma swój początek i swoje dopełnienie w tajemnicy Narodzenia Twojego Syna, (…)
Jak widzimy na przykładzie czytań i kolekty dzisiejszej Mszy św., Liturgia Mszy św. obejmuje początek i koniec, czyli całość historii zbawienia i misterium Chrystusa. Ale to dzieje się nie tylko wtedy, gdy czytania i modlitwy użyte w czasie Mszy św. w sposób wyraźny o tym mówią, ale w każdej Mszy św. Bowiem w czasie każdej Mszy św. Chrystus rodzi się w sakramentalnych postaciach chleba i wina na ołtarzu; tu wspominamy Jego mękę, śmierć (na którą wskazuje rozdzielenie Ciała i Krwi) i zmartwychwstanie, bo Jego Ciało, które przyjmujemy jest uwielbione, czyli jest to Ciało zmartwychwstałe; Pan Jezus urodził się w Betlejem, co tłumaczy się „dom chleba”. Pod koniec życia zaś stał się dla nas Chlebem z nieba, po to, aby nasze serce, które przyjmuje Komunię św. mogło stać się dla Niego Betlejem. Przyjmując Ciało i Krew dostępujemy sądu: przyjmujący w godnie czyli w łasce uświęcającej i z należytą postawą, otrzymują zadatek nieba; przyjmujący „bez rozróżniania Ciała i Krwi Pańskiej”, spożywają własną śmierć, otrzymują zadatek potępienia. Udział w Eucharystii jest udziałem w Liturgii niebieskiej, w której uczestniczą aniołowie i zbawieni.
Kiedy gromadzimy się, aby we Mszy św. liturgicznie obchodzić Boże Narodzenie, to musimy zdać sobie sprawę z jednej rzeczy: mianowicie, że w czasie Mszy św. obchodzimy nie tylko narodzenie Pana. Ołtarz to nie tylko Betlejem, ale także wieczernik, Kalwaria, miejsce, gdzie zebrani uczniowie otrzymali Ducha Świętego, w końcu to przedsionek nieba. W czasie Mszy św. w sakramentalny sposób wspominamy i uobecniamy całe misterium Chrystusa. A jeśli w obecnym czasie koncentrujemy się na Bożym Narodzeniu, a w innym na męce Pana, czy Jego zmartwychwstaniu, to tylko dlatego, że te wydarzenia miały miejsce w czasie, a my wciąż jesteśmy poddanie ogrniczeniom czasu – wciąż żyjemy "w czasie" (nie w wieczności). Także dlatego, że ze względu na słabość ludzką, nie możemy ogarnąć całej tajemnicy Chrystusa w jednym akcie.
Odsłon: 376 Komentarzy: 2
Tuesday,21 December 2010,03:40
Kategoria: Religia Tuesday, 21 December 2010, 03:40
Przy porannej lekturze „The Plain Dealer” (miejscowy dziennik – mieszkam w Cleveland, Ohio) trafiłem na artykuł mówiący o niezwyczajnym spotkaniu: mąż i dzieci Anny Kasper, dawczyni twarzy spotkali się z Connie Culp, którą ją otrzymała. Możemy sobie wyobrazić spotkanie z obcą do tej pory kobietą, która od dwóch lat ma twarz …własnej żony czy matki. Nie tylko w sensie, że bardzo podobną, ale ma Tą SAMą TWARZ. Twarz, którą oni tak dobrze znali. (O operacji można przeczytać po polsku tutaj.)
Jak zapewne pamiętamy, dwa lata temu miała miejsce pierwsza w USA operacja przeszczepu twarzy. Operacja odbyła się w Clevelandzkiej klinice. Zespołem lekarzy kierowała urodzona w Polsce, dr Maria Siemonow. Była to czwarta operacja na świecie, ale pierwsza pod względem tak rozległego obszaru twarzy (ok. 80 %). Przeszczep wymagał połączenia licznych kości, mięśni, nerwów i naczyń krwionośnych; dzięki operacji pacjentka odzyskała utraconą w wyniku wypadku szczękę wraz z podniebieniem, górną wargę, policzki, nos, powiekę dolną, a także odzyskała zdolność samodzielnego oddychania, mówienia i jedzenia (podaję za wikipedią. Zazwyczaj jestem ostrożny korzystając z wiki, ale tym razem jestem dosyć pewny tych danych).
Jak donosi dziennik, spotkanie było bardzo emocjonalne. Na początku dawało się odczuwać zakłopotanie; osoby, które w nim uczestniczyły, nie wiedziały, co powiedzieć, bo przecież i sytuacja niecodzienna , ale ono szybko minęło, dając miejsce łzom, śmiechowi, rozmowie. Rodzina dawczyni ze zdumieniem odkryła, jak wiele cech wspólnych łączy te dwie kobiety: ten sam rodzaj karnacji skóry, grupa krwi, bardzo podobne wykonywanie zajęcie, tylko 14 miesięcy różnicy w wieku, zbliżone rysy ich charakterów… Mąż i dzieci dawczyni twarzy widząc kobietę, która ma teraz twarz ich żony i matki, w jakiś sposób widziały ją samą – ich żonę czy matkę.
Jest to radosna nowina, że postęp w medycynie daje nadzieję nieszczęśliwym ludziom, jak Connie Culp, której mąż strzałem z pistoletu zmasakrował twarz. Jest to radość, że za tym osiągnięciem stoi osoba polskiego pochodzenia. Ale to nie wszystko. Fakt, że to spotkanie odbyło się na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, skierował moje myśli ku Radosnej Nowinie par excellence czyli Ewangelii. Bóg w Jezusie Chrystusie stał się „Bogiem z nami” – Emanuelem. Odwieczne Słowo stało się Ciałem, narodziło się z Maryi i zamieszkało między nami. Pan Bóg nie tylko przyjął Ciało, ale także wraz z nim ludzką twarz: widząc Pana Jezusa widzimy Boga (por. J 12, 45). Wysłuchał w ten sposób modlitwy pokoleń Izraelitów modlących się słowami Psalmów: "Ukaż, nam, Panie Twoje Oblicze" (por. Ps 80:20)
Jednak, jeśli tak można powiedzieć, narodzenie Pana Jezusa w Betlejem nie jest końcem wcielenia, ale raczej początkiem. Pan utożsamia się z Kościołem nauczającym (Łk 10, 16). Także z każdym Jego bratem w człowieczeństwie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. (Mt 25:40). Pod koniec zaś ziemskiego życia Pan Jezus w Wieczerniku powie do swoich Apostołów: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. (J 13, 34)
Jest to Nowe Przykazanie. Streszczenie wszystkich przykazań. Pierwszą rzeczą "nową", którą zauważamy w Nowym Przykazaniu, jest fakt, że nie ma tam mowy o miłości Pana Boga. Czyżby Pan Jezus mówi, że miłość do Boga jest czymś zbytecznym? Nie, byłby to wniosek błędny. Wystarczy przeczytać choćby Mt 22, 36-38: "Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?" On mu odpowiedział: "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie". Chodzi o coś innego: Odkąd Syn Boże stał się Człowiekiem, wszystko, co czynimy drugiemu człowiekowi, czynimy Jemu.
Druga nowość: Nie ma już "Kochaj bliźniego, jak siebie samego", czyli nie mamy kochać innych według miary miłości własnej, ale według miary, którą jest On. "No dobrze", powiemy, "ale przecież On jest Bogiem, a ja tylko człowiekiem". Słusznie. Dlatego Pan Jezus daje swoim uczniom Przykazanie Nowe nie wcześniej, jak dopiero w Wieczerniku, gdzie także ustanawia Eucharystię – daje swoje Ciało i Krew do spożycia. Przyjmując Jego Ciało i Jego Krew nie przemiamy je w siebie, ale On przemiena nas mocą w Siebie. I dopiero przyjmując Pana Jezusa, możemy być w stanie kochać innych Jego miłością.
On, który zechciał przyjść na świata w Betlejem, "Domu Chleba", bo to oznacza nazwa tego miasta, przed odejściem do Ojca, chciał stać się Chlebem z nieba – dać nam siebie na pokarm w chlebie i winie, które przemienione mocą Ducha Swiętego stały się Jego Ciałem i Jego Krwią. Każdy kościół, gdzie odprawiana jest Msza św. jest Betlejem, gdzie Pan się rodzi, Kalwarią, gdzie umiera i Wieczernikiem, gdzie karmi swoich spragnionych uczniów swoim zmartwychwstałym Ciałem. Potrzeba, abyśmy Go przymowali, bo inaczej nie będziemy mieli siły do zachowania Nowego Przykazania.
Pan Jezus przyszedł nie tylko raz w Betlejem, dwa tysiące lat temu. I przychodzi nie tylko w Eucharystii. On przychodzi do nas także w każdym napotkanym człowieku. Widząc twarz bliźniego, widzę twarz Pana Jezusa. Czasem to podobieństwo jest zamazane przez grzech i trudno je dostrzec. Paradoksalnie jest tak, że im kto mniej zasługuje na naszą miłość, tym bardziej jej potrzebuje. Traktując bliźnich z miłością, czyli w sposób, w jaki Syn Boży traktuje mnie, przyczyniam się do tego, aby ten Boży obraz został w nich odnowiony, a ich dusza stała się Betlejem.
Odsłon: 618 Komentarzy: 9
Sunday,19 December 2010,01:53
Kategoria: Religia Sunday, 19 December 2010, 01:53
Dzisiaj czwarta i ostatnia już niedziela Adwentu. Po proroku Izajaszu, Janie Chrzcicielu, dzisiaj przed naszymi oczami Kościół maluje postać Maryi, Tej, przez którą Słowo Boże przyszło na świat. W Ewangelii według św. Mateusza Maryja jest ukazana inaczej niż w Ewangelii według św. Łukasza. Ewangelista Mateusz, jak się zdaje bardziej podkreśla rolę Józefa. Dla przykładu: O ile w Ewangelii według św. Łukasza to Maryja jest Tą, która ma nadać imię Jej Synowi, to u Mateusza nadającym imię jest Józef. Oczywiście nie ma tu sprzeczności. Jak widzimy w przypadku Jana Chrzciciela, oboje rodzice są pytani o imię dziecka. Nadanie imienia dziecku to sprawa obojga rodziców.
Mateusz jednak podkreśla rolę Józefa. Według Prawa był on ojcem Jezusa, tak jak i naszym prawie, adoptujący dziecko są jego rodzicami według prawa, nawet jeśli nie są rodzicami biologicznymi.
Możemy więc powiedzieć, że nie tylko Maryja, ale również Józef są patronami Adwentu. Pismo św. nazywa Józefa „człowiekiem sprawiedliwym”. Oznaczało to, że Józef wiernie zachowywał Prawo. Chodziło oczywiście o Prawo Mojżeszowe.
Józef stał się opiekunem Maryi i Pana Jezusa. Ale najpierw był narzeczonym i małżonkiem Maryi. Małżeństwo Maryi i Jezusa było prawdziwym małżeństwem. Chociaż w dawnej wersji kolędy śpiewaliśmy o Józefie „starym”, to dzisiaj ten tekst został poprawiony: „I Józef święty”. Czasem widzimy na obrazach Józefa w podeszłym wieku. Jednak nic w samej Biblii na to nie wskazuje. Raczej możemy przyjąć, że Józef poślubiając Maryję nie miał więcej niż 30 lat. Ponieważ takie było oczekiwanie od pobożnego Żyda, a przecież Józef był człowiekiem sprawiedliwym.
Jeśli mówię, że małżeństwo Maryi i Józefa było prawdziwym małżeństwem nie oznacza to, że współżyli ze sobą. Jest dogmatem Kościoła, że Maryja była dziewicą przed, w czasie i po narodzeniu Pana Jezusa. Jeśli mówię, że byli prawdziwym małżeństwem oznacza to, że łączyła ich prawdziwa, ofiarna i wierna miłość.
U Łukasza czytamy o zwiastowaniu anielskim. Anioł ogłasza Maryi, że urodzi Syna. Na to Ona zwraca się z pytaniem do Anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? „Znać” w Biblii, oznacza coś więcej niż „znać” w naszym języku współczesnym. „Znać” to mieć komunię, wspólnotę z kimś czy czymś. W Księdze Rodzaju czytamy o Adamie, który poznał Ewę. Oznaczało to coś więcej, niż fakt, że dowiedział się, jak ona ma na imię. W tym miejscu oznaczało to, że z nią współżył seksualnie, stał się z nią „jednym”. Podobnie „znać Boga” w Biblii, to nie tylko wiedzieć, że Pan Bóg istnieje, znać jego przymioty, ale oznacza to wspólnotę z Nim, komunię, jedność. Znać Boga” to żyć we wspólnocie z Nim; żyć w Jego łasce. Św. Paweł nazywa obrzydliwymi i niezdolnymi do żadnego dobrego czynu ludzi, którzy „twierdzą, że znają Boga, uczynkami zaś temu przeczą” (Tt 1, 16).
Maryja mówiąc, że nie zna męża, mówiła coś więcej niż tylko to, że jeszcze nie zawarli małżeństwa. W tym czasie była zaręczona, zbliżał się Ich ślub, życie małżeńskie. Maryja wiedziała, że w małżeństwie rodzą się dzieci. Skoro więc mówi Ona: “Nie znam męża” oznacza to coś więcej niż tylko to, że jest dziewicą. Za tymi słowami możemy domyślać się, że Maryja złożyła Panu Bogu ślub dziewictwa. Będą uczciwą, o tym ślubie musiała powiedzieć Józefowi. A on z kolei musiał to zaakceptować, skoro zgodził się na małżeństwo pomimo tego faktu. Oznaczało to praktycznie taki sam ślub dozgonnej czystości dla niego samego. Oznaczało to, że jego miłość do Maryi była tak wielka, że dla Niej zgodził się na tę ofiarę.
Jego miłość do Maryi została poddana próbie. I tę próbę przetrzymała. O najważniejszej próbie usłyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii. Po sześciomiesięcznej wizycie u Elżbiety Maryja wróciła do Nazaret. I najpóźniej wtedy Józef dowiedział się, albo zobaczył, że Maryja spodziewa się Dziecka. Możemy się tylko domyślać, jakie myśli chodziły po głowie Józefa. Ponieważ kochał ją, odczuwał boleśnie „zdradę” Narzeczonej, bo chyba tylko tak mógł to sobie tłumaczyć stan Maryi. Nie wiemy, jak długo Józef przeżywał tę niepewność. Ale możemy się domyślać, że było to straszne i bolesne dla niego doświadczenie. I w tej sytuacji Józef we śnie otrzymuje wyjaśnienie. To z Ducha Świętego jest to Dziecko, co się w Niej poczęło.
Wnioski dla nas: Józef jest patronem na czasy trudne. Jest patronem Kościoła i może przychodzić z pomocą we wszystkich sprawach. Jednak, jak sądzę, jest szczególnym patronem dla mężów i ojców. W czasie kryzysów małżeńskich, czy trudności wychowawczych, mężowie i ojcowie znajdą szczególnego patrona w osobie św. Józefa.
I drugi i ostatni wniosek na dzisiaj: Anioł powiedział do Józefa: „Nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki”. Nie słyszymy żadnej jego odpowiedzi, tylko relację o jego reakcji: „Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie”. Podobne słowa czytamy w Ewangelii św. Jana o umiłowanym uczniu: Wziął Matkę Pana do siebie.
I to jest nauka dla każdego z nas. Abyśmy wzięli Matkę Pana do siebie, do naszych spraw, codziennego życia, pobożności. Tak jak umiłowany uczeń z Ewangelii św. Jana. Nikt tak nie zna dziecka, jak jego matka. Nikt tak nie zna Pana Jezusa, jak Jego Matka. A jak wspomniałem wcześniej: „Znać” w Biblii to nie tylko wiedzieć o kimś czy o czymś, ale mieć bliską relację, wspólnotę. Niech więc Maryja będzie z nami, kiedy przyjmujemy Jej Syna w Eucharystii; niech prowadzi nas do coraz głębszego poznawania Go, czyli do pogłębiania naszej z Nim relacji.
Odsłon: 616 Komentarzy: 4
Sunday,12 December 2010,15:00
Kategoria: Kościół Sunday, 12 December 2010, 15:00
Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. (Mt 11, 8-10)
Słyszałem te słowa wiele razy. Ale zawsze mi umykało to, co dotarło do mnie ostatnim razem, właśnie wtedy, kiedy przygotowywałem się do niedzielnej homilii. Jan jest więcej niż prorokiem. Jest tym, który miał przygotować drogę Panu. To zestawienie jest tym bardziej uderzające, kiedy przeczytamy następny werset. Są tam słowa Pana Jezusa mówiące o niesłychanej wielkości Jana Chrzciciela: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela.
Co to znaczy: Największy z pośród narodzonych z kobiety? Na czym polega wyjątkowa wielkość Jana? Może na tym, że urodził się bez grzechu pierworodnego, bo przecież już w łonie matki został napełniony Duchem Świętym. Ale kontekst tej cytowanej wypowiedzi Pana zdaje się wskazywać na inne wytłumaczenie. Zdaje się, że Pan Jezus chce powiedzieć, że Jan jest wielki nie tyle przez prorockie powołanie, ile właśnie przez to, że został posłany, aby przygotować drogę Panu.
W Ewangelii według św. Łukasza są zapisane takie słowa Pana: Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. (Łk 10, 1) Powołanie do przygotowania drogi Panu jest udziałem nie tylko samego Jana. Także 72 było posłanych przez Pana Jezusa. Pan posyła przed sobą, aby On mógł tam przyjść. Czy Pan Jezus dotarł wszędzie, dokąd wysłał 72? Nie jest to wykluczone, ale wydaje się, że należy rozumieć te słowa w ten sposób, że On przyszedł wszędzie, gdzie oni doszli, w sensie, że był i współdziałał z nimi wszędzie tam, dokąd ich posyłał. Tam, gdzie oni dotarli, On był z nimi.
Nie tylko 12 Apostołów, nawet nie tylko owych 72 było posłanych przez Pana. Cały Kościół jest apostolski, czyli posłany. Przez sakrament bierzmowania otrzymaliśmy pełnię darów Ducha Świętego i zostaliśmy posłani, aby swoim życiem i słowami świadczyć o Nim, aby On mógł przyjść wszędzie tam, gdzie zamierza. Nie tylko biskupi, księża, diakoni, zakonnicy, zakonnice, ale każdy z nas na mocy sakramentów chrztu i bierzmowania został posłany. "Wiara umacnia się, gdy jest przekazywana" (Jan Paweł II). Nie tylko w tym sensie, że Kościół rośnie, kiedy przyjmuje nowych członków, ale przede wszystkim i najpierw w tym sensie, że wzrasta wiara tych, którzy swoją wiarą się dzielą.
Odsłon: 343 Komentarzy: 4
Thursday,12 August 2010,04:09
Kategoria: Religia Thursday, 12 August 2010, 04:09
Przez dogmat o Niepokalanym Poczęciu, Kościół katolicki stwierdza, że na mocy szczególnego przywileju danego ze strony Boga, oraz ze względu na zasługi Chrystusowej śmierci, Maryja została zachowana od skazy grzechu pierworodnego od pierwszego momentu Jej życia. Inaczej mówiąc: Maryja całe Jej życie była całkowicie święta.
Dogmat o Niepokalanym Poczęciu został ogłoszony 1854 przez papieża Piusa IX. Cztery lata później ta prawda została potwierdzona w Lourdes. Matka Boża objawiała się Bernadecie i przedstawiła się jej: „Jestem Niepokalane Poczęcie”.
Uroczystość Niepokalanego Poczęcie NMP przypomina nam, ludziom, że jest tylko jedna rzecz, która poniża człowieka. Tą rzeczą jest grzech. Jest to bardzo istotne i naglące przesłanie, które trzeba powtarzać. Grzech, tylko grzech poniża człowieka. Współczesny świat zatracił poczucie grzechu. Widać to w żartach i powiedzeniach. Współczesny świat reklamuje spektakle i produkty, jako grzeszne, aby przez to zwiększyć ich atrakcyjność. Współczesny świat mówiąc o grzechu i na temat grzechu używa żartobliwych czy czułych wręcz określeń.
Współczesny świat obawia się wszystkiego z wyjątkiem grzechu. Świat obawia się zanieczyszczenia środowiska, chorób, wojny nuklearnej, terroryzmu; ale nie boi się wojny prowadzonej przeciw Bogu, który jest wieczny, wszechmocny, który jest Miłością. Jednakże Jezus mówi nam, abyśmy nie bali się tych, co zabijają ciało, ale bali się Tego, który ma moc i ciało i duszą wrzucić do Gehenny, czyli do piekła (Łk 12, 4-5).
Ten sposób myślenia ma straszliwy wpływ na współczesnych i nawet wierni, którzy chcą żyć według Ewangelii, nie są od niego wolni. Ten sposób myślenia obecny we współczesnym świecie powoduje w nich usypianie sumienia, pewien rodzaj duchowej śpiączki; jest jak narkotyk, który wypacza nasze rozumienie, czym jest grzech, że jest on jedyną rzeczą, która poniża człowieka. Chrześcijanie nie rozpoznają swego głównego, prawdziwego przeciwnika, który zniewala. Dzieje się tak, ponieważ ta niewola jest pozłacana, czyli na pierwszy rzut oka wydaje się czymś dobrym.
Zamiast uwolnienia od grzechu, całe wysiłki dzisiaj są skierowane na uwolnienie od żalu z powodu grzechu; zamiast walki przeciw grzechowi, świat walczy przeciw samemu pojęciu grzechu. Takie próby oznaczają, że świat nie stara się rozwiązać problemu, którym jest grzech, tylko neguje sam problem. W ten sposób sprowadza go do podświadomości. Dlatego dzisiaj, kiedy pustoszeją konfesjonały, tworzą się kolejki do psychoterapeutów.
Dla porównania, to tak, jak by uwierzyć, że śmierć może zostać zniwelowana przez odrzucenie myślenia o śmierci. Św. Jan mówi, że jeśli mówimy, że jesteśmy bez grzechu, to czynimy Boga kłamcą. Bóg mówi w rzeczywistości, że jesteśmy grzesznikami.
Pismo św. mówi, że Chrystus umarł za nasze grzechy (1 Kor 15, 3). Jeśli usuniemy z naszego myślenia pojęcie „grzech”, to czynimy próżnym odkupienie dokonane przez Chrystusa i niszczymy znaczenie Jego śmierci. Oznaczałoby to, że Chrystus walczył z wiatrakami, że wylał swoją krew nadaremnie, że nadaremnie cierpiał.
Dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi mówi nam coś bardzo pozytywnego: Pan Bóg jest silniejszy od grzechu, i że tam, gdzie rozpanoszył się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska (Rz 5, 20).
Maryja jest tego znakiem i gwarantem. Cały Kościół jest wezwany tak jak Ona, aby być „chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5, 27). A podczas gdy Kościół w osobie Najświętszej Maryi Panny już osiąga doskonałość, dzięki której istnieje nieskalany i bez zmazy (por. Ef 5, 27), chrześcijanie ciągle jeszcze starają się usilnie o to, aby przezwyciężając grzech wzrastać w świętości, dlatego wznoszą oczy ku Maryi, która świeci całej wspólnocie wybranych jako wzór cnót („Lumen Gentium”, 65).
Odsłon: 881 Komentarzy: 21
1
Saturday, 03 November 2012
Monday, 14 May 2012
Thursday, 05 July 2012
Wednesday, 25 April 2012
Thursday, 04 October 2012
