Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Do "moich forumowiczów", czyli parę uwag marnego wsioka w moherowej beretce.

Kategoria: Ogólne Wednesday, 29 December 2010, 04:15

Swojego pierwszego bloga prowadzę już od 2003 roku, ale forum przyszło troszkę później, w roku 2007. Zakładałem je wcześniej parę razy bez większych sukcesów, aż w pewnym momencie „zaskoczyło”.  Zapewne dzięki temu, że znalazło się kilka osób pomagających mi w jego prowadzeniu, za co im tu od razu serdecznie dziękuję. Początkowo miało to być miejsce dla dyskusji pod moimi wpisami na alleluja.pl, ale taką rolę w zasadzie przejęły moje nowe blogi na Frondzie i w Salonie24.  Forum natomiast stało się miejscem, gdzie zamieszczam niekończący się fotoreportaż z moich podróży po USA,  gdzie można podglądać obraz z kamer zainstalowanych na ciężarówce i przede wszystkim miejscem, gdzie prowadzimy nasze dyskusje na tematy związane z wiarą.

 

Czasami w związku z tym staję wobec problemów, które nie mają łatwych rozwiązań. Forum z założenia musi być miejscem wymiany poglądów, ale co zrobić, gdy ktoś tam przyjdzie jedynie w celu propagandowym? Jedynie po to, by szerzyć poglądy nie tylko niezgodne z nauczaniem Kościoła, ale wręcz niebezpieczne?  Lekarz przede wszystkim powinien nie szkodzić. To samo musi dotyczyć nauczycieli, czy przewodników duchowych. Każdemu należy starać się pomóc, ale co zrobić, gdy ktoś nawet nie usiłuje  ukryć tego, że nie ma uczciwych zamiarów?

 

Od czasu do czasu nasze forum odwiedzają osoby sprawiające problemy. Nie potrafią, albo raczej nie chcą skoncentrować się  na temacie prowadzonej dyskusji, zaczynając tysiące nowych wątków. Jest bowiem znacznie prościej wkleić jakieś oszczerstwo, kłamstwo, plotkę, czy zarzut skopiowany z innych stron, niż podjąć dyskusję na jeden, konkretny temat.

 

Apologetyczne forum przyciąga przeróżne osoby. Ateistów, protestantów, katolików nie znających swej wiary, wyznawców przeróżnych religii i wierzeń i, na szczęście, także ortodoksyjnych katolików, którzy potrafią odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty i pytania. Czasami jednak trzeba się liczyć z tym, że człowiek usłyszy troszkę więcej, niż by pragnął usłyszeć. Zdarzają się przekleństwa i przeróżne epitety, a mówiąc „przekleństwa” mam na myśli dosłownie to, co to słowo oznacza. W ostatnim czasie przeklęto i mnie i nasze  forum parę razy.

 

Jednym z takich kontrowersyjnych gości forum była Gałązka. Wyznawczyni religii którą można by scharakteryzować jako odmianę New Age, uważająca się za boginkę, bardzo często pisała w tak niejasny sposób, że trudno było w ogóle doszukać się w tym sensu. To jednak było pół biedy. Gorzej było, gdy zaczynała pisać zrozumiale, bo wtedy stawała się niebezpieczna. Zastanawialiśmy się z administratorami i moderatorami forum, czy się z nią pożegnać od razu, bo szkodzi, czy zaczekać i starać się ją przekonać, że pobłądziła. Większość skłaniała się do usunięcia jej z forum, ale to ja się sprzeciwiłem. Miałem nadzieję, że nasza dyskusja pomoże i jej i innym. Na przykład osobom, które spotykają się gdzie indziej z takimi przejawami duchowości, jakie prezentowała Gałązka, a nasze dyskusje pozwolą im zobaczyć błędy jej religii. Okazało się, że trzeba było słuchać większości.

 

Dopóki prowadziliśmy dialog z Gałązką w jednym temacie, wszystko było w miarę w porządku, ale problem się zaczął, gdy jej to przestało wystarczać. Jednym z ciekawszych wątków na forum są Zagadki Biblijne. Regulamin tam jest bardzo prosty. Zadajemy zagadki, na które odpowiedzią jest cytat z Biblii i osoba która ostatnia prawidłowo odpowiedziała, od razu wymyśla kolejną.

 

Oczywiście temat ten nie jest miejscem na propagowanie innych religii i wierzeń. Gdyby na przykład jakiś Świadek Jehowy starał się nam tam udowodnić, że Jezus nie jest równy Ojcu, nie jest tym samym, jedynym Bogiem, ale archaniołem Michałem, został by poproszony o zaprzestanie tego.  Podobnie się stało z Gałązką, która zresztą już wcześniej była kilkakrotnie upominana za naruszanie różnych punktów regulaminu.  I choć, przyznaję, upominając ją nie wykazałem się zbytnią dyplomacją, nazywając jej ostatni wpis „bredniami”, to jednak jej reakcja na moje słowa, delikatnie mówiąc, zaskoczyła mnie.

 

Jest to dość charakterystyczne, że osoby nie potrafiące znaleźć argumentów merytorycznych zaczynają ataki personalne. Tu także dowiedziałem się paru słów o sobie. Pozwolę sobie zacytować jej ostatni wpis:

Wiec posłuchaj Kmieciu: Nikt nie będzie Dzieci Boga nazywał kłamcami, moherze z radia Rydzyka. Nie pozwolę sobie też na to by taki Cham zwracał się do mnie w ten sposób. Ze względu na mojego Ojca. Ostrzegasz mnie? Poznasz potęgę Pana, choć nie wart jesteś nawet by Cię doświadczać. Będziesz siedział na gnoju w swojej beretce, bo ją Ci zostawię byś wiedział kto i dlaczego zgniótł Cię jak karalucha. A do Hioba nawet się nie porównuj. Do wieprza się porównuj choć i Jemu ubliżasz, marny wsioku. Ciebie nie podźwignę nigdy. Niech Cię Rydzyk podźwignie zwodzicielu.

Co za miła i kulturalna osoba. Nazywając mnie chamem, pisze to z dużej litery. Pełen szacunek. Należy to docenić. Co do reszty, to przypomniał mi się, cytowany niedawno w innych okolicznościach, fragment Listu św. Pawła do Galatów:

Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. (Ga 5, 19-23a)

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Głównie dlatego, by wytłumaczyć dlaczego Gałązki już na forum nie ma i by zilustrować co nie będzie na forum tolerowane.  I tu nie chodzi o to, że to mnie obrzucono epitetami. Ja się już do tego przyzwyczaiłem. Jednak na naszym forum w ogóle nie wolno nikogo nie tylko obrażać, ale nawet pouczać, czy robić jakichkolwiek uwag na temat innych gości. Możemy dyskutować do woli na różne tematy, ale nie temat innych uczestników dyskusji.

 

Ostatni wpis Gałązki pokazuje wyraźnie jak prawdziwe są cytowane przeze mnie słowa Świętego Pawła. Ja to widzę najwyraźniej w sobie samym. Nie w tym, że jestem cierpliwy, uprzejmy, dobry, łagodny i opanowany, tylko właśnie w tym, że taki nie jestem. Widzę to po tym, jak trudno mi czasem opanować irytację i gniew, jak mi brakuje cierpliwości i opanowania. Ale wiem też, że pewnej granicy przekroczyć mi nie wolno i że muszę pracować nad sobą. Jeżeli bowiem robię cokolwiek dobrego, to kudłaty będzie się wściekał i nic by mu nie sprawiło większej radochy, jak pokonanie mojej słabej woli.

 

Biblia jest mi tu pomocą i dlatego warto Ją czytać i warto przypominać sobie rady, które tam znajdujemy. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” to maksyma, która powinna każdego z nas prowadzić. Nie tak łatwo? Jasne, że trudno. Sam to wiem najlepiej. Ale przecież nie robimy tego sami. Nie powinniśmy nawet próbować. Samemu się nie uda, ale „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.  Z Jezusem uda się na pewno, bo ile razy upadniemy, On nam poda rękę. Z Nim nawet po wodzie można chodzić.

 

Gdy zaczynałem to forum nieco ponad trzy lata temu, odwiedzało je 3 – 4  tysiące osób miesięcznie. W tym miesiącu będzie ich około 34 tysięcy.  Dziesięć razy więcej, niż przed trzema laty. I choć wiem, że to nie żadne rekordy, to jednak miło, że tyle osób zagląda do nas, że udało nam się stworzyć pewną społeczność, że wielu z nas spotkało się w „realu”. Myślę, że oprócz wszystkich innych zalet naszego forum jedną z rzeczy, która przyciąga do niego ludzi jest właśnie to, że takie wypowiedzi jak ta zacytowana powyżej nie są tolerowane.

 

Chciałbym więc na koniec podziękować wszystkim gościom za cały ten rok. Przeprosić, że już nie mogę odpowiadać osobiście w każdym temacie i nawet nie dam rady przeczytać wszystkich postów. Forum stało się w pewnym sensie ofiarą swojego sukcesu, ale to dobrze. To nie jest już moje forum, ono jest nasze. Jednak zapewniam, że jedno się nie zmieni. Możemy dyskutować ostro i bezwzględnie, ale zawsze używając argumentów. Gdy tylko zaczną się uwagi personalne, obraźliwe ataki na kogokolwiek, to osoba je robiąca wyleci, zanim się zdąży zorientować co ją wywaliło.  I naprawdę nikt po niej nie będzie płakał.

 

A zatem jeszcze raz: Dziękuję i Szczęśliwego Nowego Roku!

Odsłon: 1492 Komentarzy: 29


Komu przeszkadza Jezus?

Kategoria: Wiadomości Monday, 27 December 2010, 18:38

W USA jest zwyczaj, że przy szkołach często umieszcza się wielki kamień, czy może głaz, taki dwu- trzy-metrowy, by dzieciaki i młodzież, zamiast malować po ścianach, na nim mogły napisać,  "juzek jezt gupi", albo "kocham efkę".  Oczywiście zwykle są to napisy fajniejsze, młodzież mamy zdolną i pełną poczucia humoru, więc i napisy bywają zabawne. Poza tym te kamole są chyba tylko w gimnazjach i liceach, a tam jest, myślę,  młodzież, która  już wyrosła z "gupiego juzka". Wyznania miłosne natomiast są, obok życzeń urodzinowych, dość częstym elementem tej grafiki.

Jadąc z naszego domu przejeżdżamy obok gimnazjum i zawsze zerkam na niego, ciekawy, co się nowego pojawiło. I stało się taką małą tradycją, że w okresie Świąt ktoś tam składa życzenia Panu Jezusowi. Albo wymaluje "HAPPY BIRTHDAY JESUS", albo jest to napis "JESUS, THE ROCK", czyli Jezus – Skała.

Ponieważ to teren szkoły publicznej, napisy te powodują nerwowość szkolnej administracji i jak tylko ktoś je zauważy, JESUS jest zamalowywany. Ale teraz przerwa świąteczna, więc zwykle JESUS przez większą część Oktawy Bożego Narodzenia "reklamuje się" na skale. A potem wygląda to tak:

W ramach globalnego ocieplenia mieliśmy w tym roku po raz pierwszy od kiedy tu jestem, czyli od 29 lat,  białe Święta. Co prawda sypnęło dopiero wieczorem 25 grudnia, ale drugi dzień Świąt wyglądał cudownie.

Charlotte nie każdej zimy ma śnieg, a jeżeli nam spadnie, to zwykle pod koniec zimy.  W 82 roku, w drugi dzień Świąt, pojechaliśmy nawet nad Atlantyk, do Myrtle Beach i kąpaliśmy się. Pogoda była "bałtycka", około 20C, woda cieplejsza niż w lipcu w Juracie i  dla zahartowanych imigrantów z Polski była to wielka frajda kąpać się w grudniu w oceanie. W tym roku by nam to nie przyszło nawet do głowy.

My tu jesteśmy na szerokości geograficznej północnej Afryki, więc i palmy rosną w moim ogrodzie.

Jednak w samym Dniu Bożego Narodzenia nic nie zapowiadało takiej zimy. Pięknie świeciło słoneczko, więc i skała przed szkołą wyglądała fajnie.

Ktokolwiek tam przypomina komu zawdzięczamy te Święta i czyje narodziny wspominamy, nie zawiódł i w tym roku.

A na drugi dzień, już w zimowej scenerii, skała wyglądała zupełnie inaczej. Już nie zamalowana nawet, ale wulgarne, ordynarne napisy.  I to musiały być zrobione jeszcze w dniu Bożego Narodzenia, bo od wieczora sypał śnieg, a te napisy są pod śniegiem.

Nie wiem, czy to było w ogóle przez kogokolwiek zauważone i czy ktoś powiadomił o tym media, czy policję. Nie to jest istotne. Dla mnie ważniejsze jest to, że wydarzenie to przypomina, na co zdecydował się nasz Bóg.

Wcielenie jest wielkim poniżeniem Boga. On sam pozbawia się swej chwały, by stać się jednym z nas. A my nie do końca to rozumiemy. Jednak dla lucyfera było to tak odrażające, że, jak uczą Ojcowie Kościoła, to się stało powodem jego buntu. Nie chciał służyć Komuś, Kto miał stać się człowiekiem.

Oburzają nas takie incydenty, ale sami poniżamy Jezusa każdego dnia. Poniżamy Go w naszych bliźnich, poniżamy niegodnie przyjmując Go w Eucharystii, poniżamy dając złe świadectwo innym. Bo przecież On jest obecny w każdym z naszych braci i jest obecny także w nas. Dla niektórych ludzi jedyne spotkanie z Jezusem, jakie im się w życiu przydarzy, to spotkanie z nami.

Ja nie mogę być odpowiedzialny za to, co zrobili jacyś wandale w Charlotte. Ale jestem odpowiedzialny za to, co sam robię.

Przepraszam Cię, Jezu!

 

Odsłon: 1106 Komentarzy: 31

Magdusia i antysemityzm

Kategoria: Fronda Monday, 27 December 2010, 04:24

Ta notka została zainspirowana komentarzami pod moim blogiem, gdzie Magdusia napisała, cytując najpierw mnie:

(hiob:) "I gdy będziemy mieć najlepszych sędziów, najlepszych prawników, najlepszych lekarzy, najlepszych bankierów i najlepszych wydawców i dziennikarzy, piszących w najlepszych i naszych gazetach, to wtedy my będziemy mieć i nadreprezentację i rząd dusz i zwycięstwa we wszystkich wyborach. Ale to możemy zdobyć tylko pracą od podstaw,"

(Magdusia:) Hiobie – a ten cytat – zdaje się podsumowuje najlepiej (bo jest kilka innych również) całą Twoją głupotę, która tak często pojawia się w Twoich tekstach. Myślę, że – mimo wieku i chęci – strasznie Ci brakuje pewnej dojrzałości i zupełnie niepotrzebnie się z tym brakiem afiszujesz w polemikach podobnych do tej, ale to też o czymś świadczy.

A po chwili dodała, cytuję dosłownie:

Hiobie, piszesz (to inny cytat do konkursu na najgłubszy):

(hiob:)"Jak wspomniany wyżej Obama, który „po ludzku” nie miał szans. Rozbita rodzina, mulat, a zatem odrzucany i przez Murzynów i przez białych, do tego wcale nie takie pewne, czy nawet urodzony w USA, co powinno zamknąć mu drogę do Białego Domu. Tak jednak się nie stało."

(Magdusia:) Kolejna palma zwycięstwa niezrozumienia, naiwności, głupoty, demagogii i nadinterpretacji. Zastanawiam się, czy ty aby nie pisujesz bajek dla katolickich Dzieci, aby przypadkiem nie zaczęły porządnie myśleć?

Najlepiej to podsumowała Elffi, pisząc:

:)))))  A już Magdusia przypisująca Ci głupotę w cytowanych fragmentach Twoich tekstów i pisząca stylem zgoła inne przypominającym! Bezcenne!!!

Jednak i ja chciałbym od siebie dodać parę słów.

 

Pewnie lepiej byłoby to zostawić, bo i sama zainteresowana niewiele zrozumie z tego co piszę, ale przecież ten blog nie jest tylko dla niej, więc myślę, że inni jakoś z tego wpisu skorzystają.

Zacznę od pewnego cytatu, który mi najprawdopodobniej "zaszkodzi" w oczach niektórych moich gości,  ale  po pierwsze zamieszczałem go już na swych stronkach, a po drugie zgadzam się z autorem tych słów całkowicie, więc mi tu pasuje jak ulał.

 

Autorem cytatu jest Andrzej Szczypiorski. Jest to fragment książki "Z notatnika stanu wojennego" wydanej przez wydawnictwo "POLONIA", pierwsze wydanie polskie wrzesień 1983.

"Dwunastego grudnia 81 w południe, kiedy przemawiałem na Kongresie Kultury, mówiłem o antysemityzmie bez Żydów, jako najbardziej schizofrenicznej i obłąkańczej koncepcji, która się u nas pojawiła. Mówiłem o tym z pasją, ponieważ nic tak nie wyprowadza mnie z równowagi, jak głupota.

Można z tym oczywiście polemizować. Olbrzymia większość ludzi myślących w sposób demokratyczny uważa antysemityzm za nikczemność. Ja mam w tej kwestii odrobinę inny pogląd, ale właśnie tylko odrobinę, ponieważ wszystko, co głupie, jest równocześnie nikczemne, a przynajmniej może się stać nikczemne.

Otóż antysemityzm jest potwornie głupi, jest świadectwem skretynienia. Antysemici mają mózgi wielkości orzecha laskowego. Sprawdziłem to dziesiątki razy. Antysemita jest nie tylko antysemitą, ale również idiotą w zakresie banalnych spraw życiowych. Nie potrafi ugotować jajka na twardo, nie wie jak korzystać z książki telefonicznej, nie jest w stanie zliczyć własnych palców. Antysemita, nawet kiedy mówi o pogodzie, mówi niechlujnie, a jego uwagi są uwagami debila.

Pewna pani inżynier oznajmiła mi kiedyś, że dziewczynka, mieszkająca w sąsiedztwie jest niewątpliwie Żydówką. Skąd pani wie? – pytam. Poszła do pierwszej Komunii świętej w różowej sukience, odparła pani inżynier. No, i w porządku. Zgadza się. Żydowskie dziewczynki, jak wiadomo, komunikują się w kolorze różowym…

Nie jestem oczywiście przekonany, że pani inżynier byłaby skłonna przyłożyć rękę do krzywdy tej dziewczynki z sąsiedztwa, czy jakiegokolwiek Żyda na świecie. Pani inżynier nie jest zbrodniarką. Jest kretynką. Ale w pewnych okolicznościach, odpowiednio spreparowana, odpowiednio wytresowana, byłaby zdolna do każdej nikczemności. Ponieważ jej mózg zatrzymał się w rozwoju, a mózgiem wielkości orzecha można manipulować. W tym sensie uważam, że głupota jest kategorią moralną."

Magdusia przed Świętami napisała na swoim blogu:

Pomóżcie. Pierwszy raz karp będzie na mojej głowie. Zawsze miałam już pocięte dzwonki, które smażyłam. Czy jak kupię martwego karpia to muszę z surowego wyciągnąć większość ości i dopiero potem pokroić i smażyć czy tych ości tam z założenia jest niewiele?

Hmm…  Dzwonek to jest "urządzenie sygnalizacyjne, zwykle elektryczne, składające się z metalowej czaszy i uderzającego w nią młoteczka", albo "roślina leśna lub ogrodowa o dużych, niebieskich kwiatach" (podaję za słownikiem PWN), a ryby kroimy w dzwonka, ale cóż… Skąd Magdusia ma to wiedzieć? A jajko na twardo umiesz, Magdusiu, ugotować?

 

Magdusia  na swoim blogu zamieszcza starą kaszubską kolędę, która co prawda nie jest do końca poprawna teologicznie, ale wyraża miłość Kaszubów do Jezusa. Magdusia zaznacza, by koniecznie doczytać do końca, bo przecież tam jest najważniejszy fragment. W końcu zadedykowała ją Sorosowi, więc wiadomo o co jej chodzi. Zacytuję więc wstęp Magdusi i fragment kolędy, z jej zakończeniem:

Z dedykacją dla P. Mariana Sorosa i podziękowaniem za Jego niezwykle ważną działalność na blogu.

"(…) W tym dniu radosnym był tylko jeden smutek: Czemu to Pan Jezus nie urodził się pomiędzy nami? Wszędzie o tem śpiewano, ale najpiękniejsza była kolęda kaszubska:

[proszę – doczytajcie c a ł ą do końca :)))]

 

Gdybyś się w naszych Kaszubach rodził,

Nie tak się byś był Jezuniu głodził,

Na każde śniadanie, miałbyś przysmażanie.

Z masłem bułeczkę, wódki szklaneczkę.

U nas zwierzyna Jezu stołowa,

Byłaby dla Cię zawdy gotowa. […]

A tu w Betlejem żydzi boruchy

Wszystko w bachorów swych pchają brzuchy.

Tobieby kruszyny nie dali zwierzyny,

Choćbyś był z młody umarł z głodu.

Komentując tę kolędę Magdusia dodaje z rozbrajającą szczerością:

Tak, akapit z wódką jest rozczulający :)))

Mnie ta kolęda nie rozczuliła, zwłaszcza akapit z wódką. To jednak, rozumiem, jest rubaszny żart i na Kaszubach nowonarodzonym dzieciom wódki się nie podaje. Jest jednak poważniejszy problem ze słowami tej, skądinąd pięknej, kolędy.

 

Ja po prostu wiem, że nie mam prawa wpadać w takie samouwielbienie nad sobą, jak to robi Magdusia wraz z Kaszubami. Bo ja wiem, że Jezus przyszedł na świat po to, by umrzeć za moje grzechy. I wiem, że to ja zamykam Mu drzwi przed nosem każdego dnia, nie rozpoznając w Nim Boga. Dlatego uważam, że to nie "Żydzi" zamknęli przed Świętą Rodziną drzwi gospody. Zrobiłem to ja.

 

Gdy czytałem słowa tej pastorałki, przypomniała mi się tak nam wszystkim dobrze znana przypowieść o faryzeuszu i celniku.

Powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.  Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18, 9-14)

Jest to jedna z piękniejszych przypowieści w Ewangelii, bo jest taka prawdziwa. Ona naprawdę odnosi się do każdego z nas. Tylko czy my to widzimy? Każdy z nas, mam wrażenie, a przynajmniej ja, bardzo często czuję się tak, jak faryzeusz. "Dzięki Ci, Boże, że nie jestem taki, jak… " Jednak zdaję sobie także sprawę, że muszę się stać taki jak celnik. Bo ja jestem celnikiem. Bo każdy z nas nim także jest. Wiem, że muszę walczyć z tym faryzeuszostwem zatruwającym mą duszę, bo to naprawdę jest trucizna.

 

Wszyscy ludzie dzielą się na dwie grupy. Na świętych, którzy wiedzą, że są grzesznikami i na grzeszników, którzy myślą, że są świętymi. Dlatego każdemu z nas jest potrzebna odrobina, a może nawet calkiem spora doza samokrytycyzmu. Gdy jej nie mamy, stajemy się faryzeuszami z przypowieści i wcale nie wiemy, że jesteśmy bardzo chorzy i że pilnie potrzebujemy lekarza.

 

Tu bowiem nie chodzi o to, czy Magdusia uważa mnie za głupiego, czy też nie. Ani mnie to nie grzeje, ani nie ziębi. Nie potrzebuję dowartościowania z jej strony, znam swoją wartość. Jednak problemem jest tu co innego. Mianowicie to, że niektóre osoby uważające się za chrześcijan tak łatwo osądzają innych i tak szybko stawiają się ponad nimi. Wystarczy, że ktoś ma odmienne poglądy, zaraz zostanie odpowiednio ustawiony, zaraz w komentarzach zaczynają się odpowiednie uwagi i zaraz wiemy, kto tu jest Dziewicą Orleańską, a kogo należy posłać do diabła.

 

Jeszcze parę dni temu nie miałem ani planów, ani intencji pisania o Marianie Sorosie, czy też o Magdusi. W pewnym sensie czuję się źle, że się na to zdecydowałem, choć oczywiście przyznaję, że zrobiłem to świadomie i z własnej woli. Tym bardziej czuję się źle, że to okres Świąt, gdzie wszyscy powinniśmy się starać jakoś razem współżyć. Jednak tolerancja jest mi uczuciem zupełnie nieznanym, a jedną z rzeczy których nie potrafię i nie chcę tolerować, jest głupota. Dlatego, że głupota jest, jak to zauważył Szczypiorski,  kategorią moralną. Dlatego podjąłem decyzję opublikowania tej notki.

 

Wśród głosów zachwytu nad bredniami wypisywanymi przez Sorosa, takimi jak laurki Magdusi powinien, uważałem, znaleźć się także głos krytyczny. I choć wiem, że takie były w komentarzach, były także pod notką od której zaczęła się ta cała dyskusja, to wiem i to, że osobny wpis na blogu jest łatwiej dostrzegalny i będzie zauważony przez większą ilość czytelników.

 

Dlaczego jest to ważne?? Dlatego, że  ktoś mógłby pomyśleć, że to, co Soros wypisuje ma jakąś wartość, albo wręcz że odzwierciedla naukę Kościoła. Tym bardziej, że on tam stara się wytworzyć jakiś wizerunek siebie jako niemalże mistyka, któremu sam Bóg zlecił misję rozpoznania i rozpracowania tych wszystkich Żydów, jacy są wszędzie wokół nas obecni w jakiejś wyimaginowanej "nadreprezentacji". I choć wiem, że jego paplanina spotyka się cały czas z krytyką ludzi normalnie myślących, to postanowiłem i ja wyrazić i swoje oburzenie. Taki był początek, który zaowocował ostatnimi dwoma notkami, czyli tą i poprzednią.

 

Jeżeli w swych notkach byłem zbyt sarkastyczny i uraziłem pana Sorosa i Magdusię, przepraszam. Wiem, byłem złośliwy i choć to słowa Magdusi i Sorosa były inspiracją do tych tekstów, nie usprawiedliwia mnie to zbytnio. Cóż, nie jestem jeszcze świętym Franciszkiem. Ale wiem też, że pisać trzeba tak, by ten, który to czyta nie zasnął przy drugim zdaniu. Zatem w tym przedostatnim już akapicie dodam tylko, że zapewniam o swych modlitwach za was,  Marianie Soros i Magdusiu, prosząc o to samo. Obiecuję także, że zostawię Wasze blogi w spokoju, więc możecie już spać spokojnie.

 

To tyle co mam do powiedzenia na temat pana Sorosa i Magdusi. Reszta jest historią.

Odsłon: 2123 Komentarzy: 124


Nadreprezentacja głupoty, czyli jak, gdzie i po co znaleźć Żyda?

Kategoria: Ogólne Sunday, 26 December 2010, 07:45

Pan Marian Soros na swoim blogu postanowił zająć się moją osobą. Jego styl pisania jest kwiecisty, cechują go sarkazm, ironia i szyderstwo, więc wpisy ma interesujące w formie, ale gorzej u niego z treścią, a jeszcze gorzej z prawdą.

 

Ja także bywam, przyznaję, sarkastyczny i także zdarza mi się kpić i szydzić w swoich felietonikach, więc nie mam problemu z tymi cechami pisarstwa pana Sorosa, natomiast bardzo nie lubię uciekać się do przekłamań i fałszów w przedstawianiu stanowiska swego adwersarza I tu się różnimy z panem Sorosem.

 

Pan Soros zaczyna stwierdzeniem w którym półprawdy pomieszane są ze zwykłymi kłamstwami, mianowicie stwierdza, że:

Przyszło mi się zetrzeć z Piotrem Jaskiernią w dniu wigilii. Dowiedziałem się, że jestem nikim i nie zasługuję na miejsce w stajence z szyldem blogowisko Frondy.

Chodziło o komentarz, jaki zamieściłem pod jego notką. Co prawda zamieściłem go dzień przed wigilią, ale prawdą jest też, że z powodu różnicy czasu między Stanami, a Polską, ukazał się on o 2 rano z minutami. To jednak jest najmniej istotne. Ważniejsze jest to, co pan Soros napisał dalej.  Po przeczytaniu jego słów powróciłem do moich komentarzy i nie znalazłem tam niczego, co by w jakikolwiek sposób sugerowało,  że pan Soros jest „nikim” i że „nie zasługuje na miejsce w stajence z szyldem blokowisko Frondy”.

 

Najprościej oskarżyć kogoś o rzecz, której nie zrobił, nie napisał i nawet nie pomyślał. Wtedy mamy doskonały argument, bo jakże nasz adwersarz będzie się bronił? Jak ma ktoś odpowiedzieć na pytanie: „Od jak dawna pan bije swoją żonę?” gdy jej nie uderzył nigdy, a może nawet nigdy nie był żonaty? Ale dla pana Sorosa najwyraźniej nie liczą się fakty. Liczy się to, co on sobie w swojej głowie wyobraża.

Co prawda napisałem we wcześniejszym komentarzu na jego blogu,  cytuję:

„Wyrazy współczucia dla autora. Jak dobry Bóg chce kogoś ukarać, odbiera mu rozum. Zdaje się, że i administratorom blogowiska na moment go odebrał.”

 

Ciągle nie widzę tu nigdzie stwierdzenia z mojej strony, że pan Soros jest nikim i nie widzę niczego, co by miało sugerować, że nie powinien pisać na Frondzie. Czym innym bowiem jest kwestia korzystania z gościnności Frondy, czym innym kwestia promowania pewnych wpisów. Do tego zresztą jeszcze wrócimy.

 

Pan Soros pisze dalej:

A rzecz wydaje mi się ważna tak w warstwie treści, jak i metody. Hiob (Piotr Jaskiernia) przemawia do mnie tonem wyższości salonu, dla którego jestem "pozbawionym rozumu paranoikiem". Ucieka się do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół: radykalizuje i przeinacza moje poglądy. Stawia je na tło dużo jaskrawsze, niż zamierzone.

Pan Soros, widzę, postanowił mnie skompromitować, zapewne dlatego, że mu brakuje merytorycznych argumentów. Pisze o „tonie wyższości salonu”, cokolwiek by to miało znaczyć i o uciekaniu się „do utartej argumentacji ludzi przewyższających ogół”. Bardzo zgrabnie to wyszło panu Sorosowi, tylko niewiele z tego zrozumiałem.  Piękna forma, zero treści. Pan Soros także pisze, że „radykalizuję i przeinaczam jego poglądy”. Cóż, ja jedynie zacytowałem parę fragmentów notki pana Sorosa. Gdyby mi wskazał, gdzie je „radykalizowałem” i „przeinaczałem”, chętnie bym się jakoś z tego wytłumaczył. Niestety nie wiem znowu o czym pan Soros pisze.

 

Ścisłej mówiąc pan Soros napisał, że ja przemawiam do niego tonem wyższości salonu, dla którego jest on, pan Soros, „pozbawionym rozumu paranoikiem”.  To znaczy, że… co?  Że ja powiedziałem, że jest on „pozbawionym rozumu paranoikiem”, czy ten salon tak gdzieś powiedział?  A jeżeli tak, to gdzie? Gdzie ja, albo gdzie salon? I co to jest ten salon?

 

Bo ja coś rzeczywiście wspominałem w swych komentarzach o tym, jak Bóg niektórych karze. Taka ogólna uwaga. Prawdę mówiąc skierowana do kogoś innego.  Ale cóż. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Jednak absolutnie nie miałem na myśli pana Sorosa. Jakże bym śmiał. On to zupełnie niepotrzebnie wziął do siebie. On jest tak mądry, że wręcz za mądry dla takiego prostaka jak ja. I pewnie dlatego nic nie mogę zrozumieć z jego pisaniny, którą, zapewne jedynie z powodu swego nieuctwa określiłem jako niezrozumiały bełkot.

 

Wróćmy może jeszcze do naszej wymiany zdań z panem Sorosem po moim pierwszym, częściowo tu cytowanym wpisie. Tym o Bogu odbierającym rozum. Pan Soros pouczył mnie, że „nie jestem doskonały” (dzięki, nie wiedziałem!) i że „muszę pracować nas tym aspektem swojego ja, które odpowiada na pełną akceptację bliźnich. Nie ich poglądów, ale czynności intelektualnych, które mieszczą się w granicach normy i są twoim równe.”

 

Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że „czynności intelektualne” pana Sorosa są równe moim.  Ja nawet nie wiem za bardzo o czym pan Soros znowu mówi. Intelektualnie to ja mu ze swoimi czynnościami nie dorastam. Ale też chciałbym zauważyć, że ja dopiero teraz zajmuję się panem Sorosem. W tamtej wymianie zdań zajmowałem się tylko tym, co on napisał. Nie wiem więc z czego wyciągnął on wniosek, że nie akceptuję jego osoby, jako mojego bliźniego.

 

Dalej dowiedziałem się, że mój „cywilizowany dogmatyzm to intelektualna pycha i próżność” i że „urok światowego blogera blaknie przez ten głupiutki i króciutki odcinek refleksji nad mesjanizmem laickim, który dla Ciebie (to znaczy dla mnie, hiob) nie istnieje, jest przeklęty.”

 

Jeżeli dla mnie coś nie istnieje, to sens w tekstach pana Sorosa. Może i istnieje jakiś „mesjanizm laicki” i jakby go ktoś mi zdefiniował tak, że mógłbym zrozumieć, mógłbym się ewentualnie do niego jakoś odnieść. Gdybym znalazł na to czas i ochotę. Ja jednak naprawdę mam problem ze zrozumieniem tego, co pan Soros pisze, na przykład z tą częścią jego komentarza:

Nie znam powodów tego stanu rzeczy, ale kiedyś będziesz musiał zdać z tego sprawę przed Bogiem, Piotrze.

Czyli, według pana Sorosa, będę musiał odpowiedzieć przed Bogiem dlaczego nie robię tego, co pan Soros robi, czyli, o ile rozumiem, dlaczego nie ostrzegam wszystkich przed tym „laickim mesjanizmem”.  Zatem, konkluduję, pan Soros uważa, że każdy powinien to robić, że to jest nasz obowiązek, wynikający z jakiegoś boskiego nakazu i jak tego nie będziemy robić, odpowiemy za to przed Bogiem.

 

I tu już zahaczamy o poważną sprawę. Pan Soros ukazuje nam się jako ktoś z misją od Boga, który musi tu coś propagować, czy przed czymś ostrzegać, bo gdyby tego nie robił, Bóg mógłby go pokarać.  On sam pisze dalej:

„Moje sumienie podpowiada mi, że jest taka ogromna biała plama, którą trzeba nazwać, aby przynieść ulgę milionom ludzi, którzy cierpią z powodu presji mesjanizmu laickiego.

Nie deformujcie mojego sumienia.”

Mnie oblał zimny pot jak to przeczytałem.  Misja przyniesienia ulgi milionom ludzi? Cierpiących z powodu mesjanizmu laickiego? Brr… Ja się nie bardzo boję samego mesjanizmu, bo jak już wspominałem, nie mam pojęcia co to jest, ale zupełnie serio zaczynam się bać pana Sorosa.

 

A co do mojego rozliczania się z Panem Bogiem, to niech już pan Soros o to się nie martwi. Z pewnością rozliczy On i mnie, i pana Sorosa i nie chciałbym się w tym momencie, w Dniu Sądu, zamienić z nim miejscami.

Dalej pan Soros pisze:

Dobrze że Fronda nie da się prześcignąć Michnikowi w tolerancji dla internautów. Ani Michnik, ani Fronda nie biorą odpowiedzialności za ich poglądy. Ale mają zobowiązania wobec wolności wypowiedzi i dyskusji. Z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy. Ja jej poszukuję i jestem otwarty na prawe argumenty.

Znowu mam pewną trudność ze zrozumieniem tekstu.  Pisze serio, czy kpi? Jakie zobowiązania ma Michnik i Fronda? I co to znaczy, że z myślenia nie może wyniknąć zło, o ile szukamy prawdy? Nie jestem też pewien jak pan Soros zdefiniowałby i myślenie i prawdę. Obawiam się, że tu moglibyśmy się nie do końca zgadzać. Jednak mimo przyjmuję za dobrą monetę oświadczenie pana Sorosa, że jest otwarty na „prawe argumenty” i że prawdy szuka.  Mówiąc więc o prawdzie powróćmy do notki na jego blogu. Pisze on tam o mnie:

(Hiob) Nadaje wiarygodności kulturowej wszystkim tonom swojej wypowiedzi. Cytuje Wiktora Zborowskiego i Włodzimierza Wysockiego.

? Co to jest „nadawanie wiarygodności kulturowej wszystkim tonom wypowiedzi”?  Wiktora Zborowskiego nie cytowałem, zamieściłem jedynie link do piosenki, którą śpiewał i słowa tej piosenki. Słowa, które napisał Wysocki. Ale, jak już zauważyliśmy, pan Soros dość dowolnie manipuluje faktami i takie drobiazgi nie są dla niego żadną przeszkodą. Gdy podąża za swoją myślą, a fakty się z nią nie zgadzają, zawsze je można troszkę nagiąć.

Pan Soros:

Sypie anegdotami króla szos. To ma się spodobać czytelnikom, a poniekąd zastąpić logikę wywodu, której wiele brakuje. Nadto jest autorytetem i pokazuje mi moje miejsce na blogowisku Frondy. Brzydzi go nie tylko mój antysemityzm, który z góry mi przypisuje. Oburza go nawet to, że się z takimi jak ja dyskutuje i zadaje. Dziwi się, że Redakcja Frondy ośmieliła się wrzucić mój wpis w poczytnym  dziale "koniecznie przeczytaj", obok jego wpisu.

Znowu cały akapit, który jest opinią pana Sorosa, nie mającą pokrycia w faktach. Co do logiki moich wywodów, mam nadzieję, że pan Soros napisze mi, gdzie jej brakuje, a nie jedynie to, że posiada ona braki.  Co do stwierdzenia, że oburza mnie to, że "się z takimi jak pan Soros dyskutuje", to jedyne, co mógłbym tu zauważyć,  to brak logiki w jego słowach.  Na jakiej bowiem podstawie można stwierdzić w świetle tego, że właśnie sobie od jakiegoś czasu dyskutujemy?  Czy tylko ja tu widzę logiczną sprzeczność?

 

Co do mojego zdziwienia polityką Frondy w dziedzinie promowania wpisów blogerów, to akurat nie pierwszy raz się w tej sprawie wypowiadałem. Gdy pisałem tamte słowa, nie było żadnego mojego wpisu obok wpisu pana Sorosa, więc jego argument jest bez sensu. Prawdą jest, że mój wpis pojawił się później i prawdą jest, że uważam wszystkie moje wpisy za godne polecenia. Przypuszczam, że każdy z nas, blogerów, tak uważa. Każdy z nas myśli, że pisze coś ważnego, zabawnego, miłego, ciekawego i z pewnością godnego przeczytania.

 

Jednak obiektywnie są wpisy dobre i złe. Obiektywnie są takie, które pomagają i takie, które szkodzą. Ani ja, ani pan Soros nie jesteśmy w stanie spojrzeć na to w do końca obiektywny sposób. Każdy z nas patrzy przez pryzmat swoich przekonań, więc nasze spojrzenia są subiektywne. Nie zmienia to w niczym faktu, że ja jestem przekonany, że blog pana Sorosa jest, z ewangelizacyjnego punktu widzenia, szkodliwy. Jest też szkodliwy z paru innych punktów widzenia, ale to na razie zostawmy na boku.

 

Dlatego dziwię się, że jest promowany. Ja do końca nie rozumiem chyba czym Fronda chce być.  Czy jest przede wszystkim „portalem poświęconym”, czy przede wszystkim politycznym, czy przede wszystkim otwartym forum dla każdego, kto ma ochotę głosić swoje poglądy i nie zależnie od tego jak bardzo są one chore, należy je promować w imię tolerancji i wolności słowa. I ta ostatnia uwaga niekoniecznie odnosi się do bloga Sorosa, mam na myśli ogólniejsze rozważania.

 

Wracając jednak do blogu Sorosa i do notki zainspirowane moją osobą, możemy tam przeczytać:

Czytając Piotra mogę się poczuć jak XIX – wieczny Żyd, do tego jeszcze trędowaty. Opinia Hioba o antysemitach ma w sobie coś z oskarżania o zatruwanie chrześcijańskich studni. Oskarżenia, które z góry zakłada, że jesteś…., że zatruwasz.

Znowu stwierdzenie tak enigmatyczne, że trudno się do niego ustosunkować. Opina pana Sorosa o mnie, bezpodstawna, więc i bez podania argumentów. Ale etykietka jakaś zostanie.

Soros:

Hiob przenosi w ten spór doświadczenia żony, która pracowała 30 lat u Ż(ż?)ydów. Też mam pozytywne doświadczenia z Żydami. Napotykam w życiu samych dobrych ludzi. Niewiele to jednak wnosi do dyskusji o nadreprezentacji.

Przede wszystkim nie pisałem nigdzie, że moja żona pracowała 30 lat u Żydów. Ale jak już zauważyliśmy, Soros albo nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo jest niechlujny, albo celowo kłamie.  Napisałem:

Moja żona, 30 lat temu, gdy przyjechała do USA przed moim przyjazdem, pracowała jako pomoc do dzieci w żydowskiej rodzinie. Do dziś ich wspomina jak najmilej i zawsze podkreśla, że od żadnego rodaka nie otrzymała tyle serca co od tamtej rodziny.

Żona pracowała tam kilka miesięcy. Była w USA sama, w Chicago i zamieszkała w  domu bogatych Amerykanów, którzy potrzebowali pomocy do swych córek w wieku szkolnym. Praca idealna dla młodej dziewczyny, która planowała zostać tam rok, czy dwa i wrócić do Polski. Jedzenie i spanie za darmo, można odkładać wszystkie pieniądze, a rodzina okazała się „rodziną”. Żona stała się starszą siostrą i przyjaciółką dziewczynek, a gdy ja wreszcie dostałem paszport i wyjechałem do Austrii prosząc o azyl polityczny,  ludzie ci nie tylko zabrali ją do eleganckiego domu towarowego, by zaopatrzyć ją na drogę, ale kupili jej sami bilet na samolot do Wiednia, przypominając, że gdyby kiedykolwiek wróciła do Chicago, zawsze jest mile widzianym gościem w ich domu.

 

W późniejszych latach pracowała w stacji telewizyjnej NBC w Charlotte. Pewnie żydowskiej? Hmm… Nie wiem. W każdym razie jej pozwolili, a nawet zaufali, bo w nocy była jedyną osobą w stacji i "robiła co chciała". To znaczy robiła, co miała na grafiku, ale ciągle mogła zrobić co chciała. Przynajmniej raz. :-D Co ciekawe, nie mając jeszcze obywatelstwa, stacja musiała się postarać o specjalne zezwolenie dla niej, bo to było "strategicznie ważne miejsce".

 

Żona kontynuowała naukę na lokalnym uniwersytecie, (pan Soros z pewnością mógłby mnie uświadomić, czy nie był on nadmiernie kontrolowany przez Żydów) i po ukończeniu wydziału pielęgniarskiego poszła do pracy w szpitalu. Szpitale, wiadomo, głównie w rękach Żydów. Aż dziw, że już po roku została przełożoną zmianową na pięć oddziałów, mieszczących się w trzech różnych budynkach w największym zespole szpitali w naszym mieście. Pracuje tam do dziś, pracuje tam nawet teraz, gdy piszę te słowa. Ci Żydzi to są tacy cwani, że choć szpital zatrudnia w sumie 20 tysięcy osób, to po roku zaproponowano jej stanowisko, którego nie dostały pielęgniarki pracujące tam 30 lat. Niektóre z nich są nawet Żydówkami. Co za jawna niesprawiedliwość.

Soros:

Autor polemik z "antysemitą" sięgnął do arsenału jedynie mu dostępnego. W naukach społecznych określanego mianem mądrości potocznej, czyli nieweryfikowalnego. Innymi słowy bezużytecznego w ustaleniach obiektywnych. Hiob jest subiektywny. Wierzy w to co głosi, bo to przeżył. Ok. Ale nie musi być to prawda statystyczna.

Oczywiście istnieje prawda statystyczna. Ale istnieje też świadectwo. A ja bardziej wierzę w świadectwa, niż w niektóre statystyki, bo o ile prawdą jest, że jednymi i drugimi można manipulować, to ja wiem, że moje świadectwa są prawdziwe. Nie jestem natomiast pewien jakimi kryteriami kieruje się pan Soros gdy opowiada o tej potwornej "nadreprezentacji".

 

Mądrość potoczna? Podoba mi się to stwierdzenie. Ja tu cały czas chyba używam mądrości potocznej. Czy to jest synonim chłopskiego rozumu?

Pan Soros:

Podstaw logiki uczono mnie dwukrotnie. Kursów statystyki miałem trzy. Z pierwszego kursu wyniosłem wstręt do błędów indukcyjnych (rozumowań uprawdopodabniających). Kursy statystyczne przybliżyły mi sens związków statystycznych i normy statystycznej.

No, to tu mnie mój adwersarz pokonał. Ja nawet nie ukończyłem kursu dla kierowców ciężarówek. Uczyłem się zaocznie, w domu. Matura ledwo zdana, a studia? Wstyd się przyznać. Trzy razy zaczynane i kompletna sromota. Nawet pierwszy semestr nie zaliczony. Widzę, że to chyba za wysokie progi jak na takiego osła jak ja. Ja nawet nie rozumiem co pan Soros pisze.  Ale się staram, więc zacytuję dalszy ciąg jego wypowiedzi:

Hiob rani się bronią, którą chce dobić mnie. Ma pewne doświadczenia z Żydami – dobre. I niedobre doświadczenia z antysemitami, których oczywiście utożsamia z każdym krytykiem dominacji żydowskiej. Swoje doświadczenia UOGÓLNIA na całą populację. Mało tego, jedne z doświadczeń przenosi na wszystkie inne, w tym sensie, że zastępuje je sobą. Jeżeli Żyd jest dobrym pracodawcą domowym, musi być niemal automatycznie uczciwym bankierem i wyzbytym żądzy władzy człowiekiem. Owemu doświadczeniu bloger nadaje sens statystyczny. Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys (Sic!).

Ale, panie Soros, gdzie ja to zrobiłem? Sam bym chciał to zobaczyć… Skoro tak robię, to nie powinienem mieć trudności ze znalezieniem tego, a za cholerę mi się nie udaje. Wracam do moich poprzednich uwag, czytam je po raz kolejny i nic. Ktoś z nas tu zatem mija się z prawdą. A może to pan Soros nie jest w stanie zrozumieć co ja piszę?

 

Żeby więc ułatwić panu Sorosowi zadanie, wyjaśnię powoli, krok za kroczkiem:  Ja tylko podałem przykłady z mojego życia, pokazujące, że ci Żydzi, których spotkałem, nie byli „polakożercami”. Nie przenoszę tego na nic, bo ja chorobliwie nie lubię uogólnień. Nie lubię stwierdzeń, że Polacy są brudasami, Irlandczycy to pijacy, Rosjanie kradną, a Włosi klepią po … plecach turystki. Mam z uogólnianiem problem. Nie mam natomiast problemu z krytyką kogokolwiek, kogo należy skrytykować, jeżeli krytykujemy konkretną osobę. Niezależnie od tego, czy jest Polakiem, Żydem, czy Marsjaninem. Mam problem z tym, co Pan, panie Soros, robi na swoim blogu.

 

Nigdzie nie sugerowałem nawet tego, co pan mi insynuuje, że „Większość dobrych Żydów pracodawców = większość bankierów, którzy absolutnie nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys” To siedzi tylko w Pana głowie.  Ja się nie zajmowałem „większością”. To Pan się nią zajmował. I zupełnie inne poglądy mam na temat przyczyn kryzysu, jeżeli myśli pan o aktualnym kryzysie gospodarczym, ale zostawmy to na boku. Ja nie zajmuję się bowiem w ogóle pisaniem o polityce i gospodarce.

Dalej pan Soros pisze:

Mądrość ludowa uwielbia powiastki i anegdoty – inaczej niż statystyka. Piotrek, ma ich w zanadrzu wiele, tych filosemickich z morałem.

Nie jestem dla Pana, panie Soros „Piotrkiem”. To pierwsze. Zatem bardzo bym prosił, by się Pan zwracał do mnie, lub pisał o mnie jako o „hiobie”, bo takiego nicka tu używam, albo trzymał się mojego imienia i nazwiska w takim brzmieniu, jak je mam wpisane w paszporcie. Piotrkiem to ja jestem dla moich rodziców, krewnych i przyjaciół. Z góry dziękuję.

 

Nie wiem też skąd Panu się wzięło te „wiele powiastek i anegdotek”. Była jedna, więcej nie mam, więc znowu, proszę, trzymajmy się faktów. Opowiastka zresztą całkowicie prawdziwa.

Dalej pan Soros wytacza grube działa:

Poziom infantylizacji targetu propagandowego jest tu głęboki. Anegdota rodem z moralizatorskich opowiastek z czasów Bieruta. Przyprawia duże wilcze kły gryzącym Żydów i lud pracujący imperialistom.  Ale gorsze jest kolejne nieuczciwe porównanie – danych o nadreprezentacji Żydów do statystyki ustawianej pod antysemicką tezę.

Czy ktoś mi może to wytłumaczyć? Jakie kły? Jakie porównanie?  I co to jest ta „nadreprezentacja”?

Soros:

Moje dane o nadreprezentacji pochodzą z pewnych źródeł, bo … żydowskich. Regularnie czytuję Haaretz, Jerusalem Post i aktualizowaną encyklopedię Judaica. – Zapewniam: nigdy nie wyciągałem wniosków przez zapoznaniem się ze statystykami. 70% dziennikarzy żydowskiego pochodzenia w mediach amerykańskich, 60% bankierów to dane stamtąd. "Nagromadzenie treści negatywnych o Żydach na moim blogu oprócz postawionych wyżej racji, jest uzasadnione obawami przed ich nadreprezentacją, która przyjmuje postać bezprecedensowego sprawowania władzy nad nie – żydami." – wyjaśniałem.

Regularnie to ja czytuję tylko Biblię. Czegoś takiego jak Haaretz, Jeruzalem Post i encyklopedii Judaica pewnie nie widziałem na oczy. A to, czy w mediach amerykańskich jest 70%  dziennikarzy żydowskiego pochodzenia, czy jest to 7%, czy jeszcze mniej ani mnie grzeje, ani ziębi. Nie oglądam ich, bo trują, niezależnie od pochodzenia, a ja dbam o swoje zdrowie. Także psychiczne. Poza tym, nawet jak tak jest i nawet jak to jest szkodliwe, to co? Mamy do nich strzelać? Zmusić ich ustawowo do zmiany kariery? Nie bardzo rozumiem.

Soros pisze:

Nie chce mi się wierzyć, że cały dorobek wpływu społecznego można tak jednym zdaniem unicestwić. Takie zjawiska jak infantylizacja elektoratu, dostępność informacji albo efekt sondaży nie istniałby w układzie, w którym politycy nie narzucają się nam lub nie są selekcjonowani przez media.

 

Jeśli zło manipulacji społeczeństwami nie istnieje to właściwie nie ma się czemu przeciwstawiać. Nie ma, co ze złem walczyć. Jednak prawda, jako efekt lobbingu istnieje. Istnieje oficjalne lobby żydowskie. A zło forsowania rozwiązań wbrew przekonaniom społecznym, w które w różnym stopniu uwikłani są Żydzi jest powszechne.

Załóżmy więc, że pan Soros ma rację. Bo on częściowo ma. Ja bym jedynie nie ujmował tego w kategoriach Żydzi-goje, ale w kategoriach osoby o poglądach lewacko-liberalnych – ludzie normalni. I wtedy się zgodzę. Mamy rzeczywiście "nadreprezentację" w mediach i w całym społeczeństwie tych pierwszych i w pewnym momencie otrzymujemy „samograj”. Perpetuum mobile. Wybiera się większością głosów, więc liberalne społeczeństwo ma takich reprezentantów, jakich chcieli, i takie media, jakie im pasują, a człowiek normalny, do których zwykłem zaliczać siebie, zgrzyta z niemocy zębami.

 

Jednak to, co robi pan Soros jest szkodliwe, bo on sobie znalazł nie tego wroga, którego trzeba zwalczać. I do tego stosuje zupełnie nieskuteczną broń. Tymczasem rozwiązanie jest bardzo proste, skuteczne i znajduje się  zupełnie gdzie indziej niż pan Soros spogląda. Wymaga też czasu. Tym rozwiązaniem jest to, o czym piszę tu od lat: Nawrócenie serc.

Soros:

Nie wiem w jakich okolicznościach Piotrek tak doskonale nauczył się technik salonu, ale następna zagrywka, z palety "nie fair play" świadczy, że uczniem był pojętnym.

Dobrze, że nie „Piotruś”. I też nie wiem, a do tego nie wiem nawet, co to są „techniki salonu”. Ale jeżeli zaczynam rozumieć co pan Soros ma na myśli, to ze zdumieniem odkrywam, że to on jest tu mistrzem, manipulując, przekręcając moje wypowiedzi i insynuując mi przekonania zupełnie mi obce.

Pisze on dalej, cytując mnie:

(hiob:) "W Necie wyczytałem, że Żydem jest Kwaśniewski, Wałęsa, Kaczyński, Komorowski, Bielecki, Balcerowicz, Mazowiecki, Korwin-Mikke, Oleksy, Suchocka… nie wiem, czy wymieniać dalej. Po prostu wszyscy. Nawet ja. Chyba tylko Jaruzelski jest gojem."

 

Nigdy nie twierdziłem, że Żydem jest Jan Paweł, Oleksy czy Wałęsa. Lecz w sąsiedztwie tej wyliczanki powołanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne. Jeśli o utratę wiarygodności faktów chodzi takim filosemitom jak Hiob to powiem szczerze: jest to zaplanowana manipulacja faktami.

Nigdy nie twierdziłem, że pan Soros twierdził, że Oleksy, czy Wałęsa, czy Jan Paweł (kto to jest Jan Paweł?) są Żydami.  Ja tylko chciałem pokazać z jaką paranoją mamy do czynienia. Setki stron w Necie z nazwiskami tych, którzy nie są "prawdziwymi Polakami".  I jeżeli ktoś tu manipuluje faktami, to z pewnością nie jestem to ja. Ja jedynie mogę podać źródło, z którego wyczytałem te bzdury. Stron w Necie, które informują, że te osoby są Żydami, jest wiele.  Jedna z nich np. TUTAJ.

 

Brednie? Ja to sam wiem najlepiej, bo na tamtej liście figuruję jako „Aksman”. No, może nie ja osobiście, tylko Jerzy Jaskiernia, ale jeżeli mój brat stryjeczny nosi takie "prawdziwe" nazwisko, to muszę je mieć i ja. Tak to zwykle wśród stryjecznych braci bywa. I dziwi się pan, że uważam to za paranoję? A może i pan jest przekonany, że coś w tym musi być?

 

Pisze pan, że "w sąsiedztwie tej wyliczanki powoływanie się na żydowskie pochodzenie Anny Komorowskiej będzie niewiarygodne". A może ono jest niewiarygodne? Co więcej, może to jest bez znaczenia? Dlaczego mamy śledzić pochodzenie innych ludzi i oceniać ich po ich etnicznych korzeniach? Dla mnie jest to obrzydliwe. Co dalej? Nakażemy im przyszywać gwiazdę Dawida?

W komentarzach pod starą notką zacytowałem Sorosa:

(Soros:) "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."

I odpowiedziałem:

-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.

Soros komentuje mój komentarz:

Rozumiem, że Hiob sugeruje mi uciekanie się do warunkowana przeprosin. A zło jest złem i wymaga napiętnowania niezależnie od tego czy druga strona odwzajemnia nam się. Jest to oczywiste również dla mnie, krytyka Żydów, czy, jak chce Piotr, antysemity.

Nie, ja nie sugeruję niczego. Ja po prostu wykazuję jedynie bezsens „logiki” Sorosa. Dla mnie jest to w ogóle nie istniejący problem. Ja się nie budzę z myślą o Żydach, nie zasypiam z myślą o Żydach i zwykle przez całe tygodnie w ogóle nie myślę o Żydach. A jeżeli już, to myślę o nich w kontekście studiów biblijnych.

 

Zgadzam się, że zło trzeba piętnować, ale dla mnie wcale to nie jest synonimem zaglądania każdemu do spodni. Zatem jeżeli ktoś popełnił zło, czy zbrodnię, trzeba go ukarać, wsadzić do więzienia, a gdy to już postać historyczna, dać w podręcznikach świadectwo prawdzie, niezależnie od tego, czy jest on Polakiem, Rosjaninem, Niemcem, czy Żydem. Natomiast nie rozumiem jaki sens i cel ma spędzanie swego życia na poszukiwaniu, demaskowaniu Żydów, których, najwyraźniej, mamy wszędzie w nadmiarze.

Soros:

Jeżeli Żydzi by nas mordowali mamy prawo się bronić, ale nie mścić. Jeżeli Żydzi wymagają od nas odpowiedzialności za Jedwabne, mamy prawo oczekiwać od nich przeprosin za ostrzeliwanie polskich wiosek w ramach ogólnej zasady wzajemności, choć wcale nie oznacza to zwolnienia się z odpowiedzialności za zło popełnione przez nas. Zasada wzajemności nie może być zaniechana z takiego powodu, że w konkretnej sytuacji ważne jest tylko oczekiwanie jednej strony. Hiob albo chciałby jej zaniechać – jak rozumiem. Albo ją na tyle osłabić, że przestałaby obowiązywać. Lub też w najlepszym razie uważa ją za wtórną wobec przeprosin.

Znowu pan Soros wie lepiej niż ja co ja myślę. I znowu insynuuje mi coś, o czym ani nie myślałem, ani w ogóle mnie to nigdy nie zajmowało. Nigdy nic nie pisałem o żadnych „ramach ogólnej zasady wzajemności”.  Uważam, jak mnie tego nauczyli choćby polscy biskupi przepraszając Niemców, że przepraszać trzeba za siebie, a wybaczać innym niezależnie od tego, czy oni o to proszą, czy nie. Nienawiść rani i zatruwa tylko tych, którzy nienawidzą. Nie ma natomiast żadnej mocy nad tym, który kocha nawet swego wroga.

Soros:

Nie warunkuję przeprosin zasadą wzajemności. W zwykłych okolicznościach. Polacy przepraszali dziesiątki i setki razy nie usłyszawszy oficjalnych przeprosin pod swoim adresem. Ale uważam, że przy tak złej woli drugiej strony kontynuowanie oficjalnych i państwowych rytuałów obciążających jednego partnera dialogu staje się demoralizujące.

Czyli znowu: Nie warunkuję, ale stawiam warunek. Czyli jestem za, a nawet przeciw. Napiszę tak, by polemika była niemożliwa, bo przecież uważam, że musimy się kierować zasadą wzajemności, ale nie zawsze, tylko tam, gdzie to jest konieczne, a gdzie jest konieczne, ja wam wszystkim podpowiem.  Logika pana Sorosa po trzech kursach. .

 

To tyle moich uwag do samej notki pana Sorosa, ale oprócz niej są także komentarze. Bardzo dużo komentarzy. Zobaczmy niektóre z nich.

 

Ethelred  napisał:

Myślę, że to starcie między Panami wynika bardziej z wzajemnego niezrozumienia, niejasności wypowiedzi i podejrzeń o złą wolę niż z nieuczciwej argumentacji swoich poglądów czy uciekania od prawdy. Mam nadzieję, że wszystko zakończy się pokojowo – wszystkiego dobrego w te Święta! :-)

Dziękuję. I ja mam taką nadzieję, choć nie jestem zbytnim optymistą. Uwagę Ethelreda Soros skomentował tak:

Hiob reprezentuje najgorszy z możliwych wariantów poprawności politycznej. Posiłkowany teologią dialogu judeo-chrześcijańskiego. To nurt, który wypacza katolicki punkt widzenia i zaciera różnice wewnątrz chrześcijańskie. Dla niego kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta. To fanatycy.

Nie wiem kto tutaj jest fanatykiem i nie wiem na jakiej podstawie Soros tak twierdzi o mnie. Jedno jest pewne: Stara się on tu wykazać jak najwięcej złej woli.  Bardzo chciałbym usłyszeć choć jeden argument na moje rzekome posiłkowanie się „teologią dialogu Judeo-chrześcijańskiego”. Nie wiem też, co Soros chce zasugerować, pisząc, że dla mnie „kwestia wybraństwa Żydów i ich wyjątkowości jest zamknięta.”  Pan Soros po prostu kreśli jakiś wizerunek mojej osoby, który sobie w swej głowie ułożył, a następnie określa mnie fanatykiem. Pewnie ten wizerunek jest fanatyczny, nie wiem. Nie potrafię czytać myśli pana Sorosa. Szkoda jednak, że nie ma on nic wspólnego z moją osobą.

Następnie Soros dodaje:

Vide dyskusja z księdzem Chrostowskim.

Moja krytyka wykładu księdza profesora jest, mam wrażenie, bardzo dobrze uzasadniona. Księdza profesora cenię, czytałem inne jego artykuły, słuchałem jego wykładów i tym bardziej zdziwił mnie tamten wykład. A ponieważ zawsze się staram oceniać merytorycznie, to skrytykowałem to i tylko to, co mi się wykładzie Chrostowskiego nie podobało. Jeżeli pan Soros nie zgadza się z tą krytyką, zapraszam do merytorycznej dyskusji. Konkretnie. Bo jak na razie to widzę tutaj kierowane pod moim adresem jedynie kolejne inwektywy, a konkretów nie ma wcale.  Bo i skąd by się miały wziąć?

Pan Soros:

czym w takim razie są przeprosiny za Jedwabne, jak nie odpowiedzialnością zbiorową, o ile nie narodową?

Odpowiedzialność może jest potrzebna, bo ja nie uchylam się za Jedwabne.

Ale wzajemna i nie zradykalizowana o żądanie śmierci – nie karna, ale moralna odpowiedzialność.

Mylimy poziomy odpowiedzialności i rozmaici intryganci łowią ryby w mętnej wodzie.

 

Tak zrobił Hiob – utożsamił odpowiedzialność moralną (mordowali nas, niech przeproszą) z karną (zbijają nas, my zabijamy ich).

W moralnej odpowiedzialności rzeczą przyjętą jest wzięcie odpowiedzialności za jednostkę. W karnej nie. Choć Izraelczycy i z karnej korzystają.

 

Przepraszam, ale gdzie ja znowu tak zrobiłem? Co mi tu znowu pan Soros insynuuje? Przypomnę ten fragment:

Cytuję Sorosa: "Teza, że nie można Żydów obciążać odpowiedzialnością – jakąkolwiek – "bo są różni Żydzi, dobrzy i źli" jest fałszywa – pisałem. Żydzi chętnie obciążają cale narody, nawet przy znikomej i symbolicznej reprezentacji."

I odpowiedziałem:

-Oczywisty nonsens. Równie dobrze można by powiedzieć, że wolno nam mordować Niemców i Rosjan, bo oni chętnie mordowali całe narody.

Zatem porównuję tu jabłka do jabłek, pomarańcze do pomarańczy. Jeżeli, według Sorosa, wolno nam obciążać jakąkolwiek odpowiedzialnością Żydów dlatego, że oni obciążają całe narody, to dlaczego nie wolno nam mordować Niemców i Rosjan? Bo co? Bo za to by nas zamknęli w więzieniach? Na jakiej podstawie mam się zgodzić z jego tezą?  Gdzie to jest przyjęte w moralnej odpowiedzialności branie tej odpowiedzialności za jednostkę?

 

GłosRozsądku napisał:  „Wspaniały wpis, a judeokatolicyzm to zatrute ziarno, wykwit chorych umysłów opętanych ludzi. Powinien być pan dumny ze swoich poglądów, dziś bycie antysemitą nobilituje” i pozostawię to bez komentarza. Tym bardziej, że nie wiem co to jest „judeokatolicyzm”.

 

Dalej GłosRozsądku pisze:  „Klarcie, Hioby itp. powinni stulić .. buzie, bo inaczej występują tu jako piąta kolumna skłócająca Polaków. Nie wiem czy robią to ze zwykłej glupoty, występując jako użyteczni idioci w rękach bandytów, których nikt i nic nie zmieni, nawet Bóg, czy ktoś im zleca pisanie takich bredni obcych poglądom Polaków.” To także pozostawię bez komentarza. GłosRozsądku sam się wystarczająco kompromituje.

Soros:

Nie ma problemu żydowskiego. Żydzi chcieliby żeby był problem żydowski, bo wtedy mogliby walczyć z antysemityzmem, a nie z wysuwanymi pod ich adresem zarzutami.

Jest problem nadreprezentacji, alko współczesnym genderem mówiąc parytetów etnicznych lub przewagi jednych nacji nad drugimi, czyli

NIESPRAWIEDLIWOŚĆ

Niektórym się myli sprawiedliwość z równością. Jak będzie po równo, to będzie sprawiedliwie.  Ale w takim razie, jeżeli przyjmiemy, że pan Soros ma rację, to co? Wszędzie po równo? W parlamencie po 50%, panie i panowie. Nic, że nie ma ochoty taka jedna z drugą, siłą brać. W szkołach teatralnych – połowa z talentem, połowa bez. Nie możemy mieć nareprezentacji utalentowanych aktorów. Do zarządów – połowa po studiach, połowa bez. Czemu mnie dyskryminuję i muszę zarabiać na chleb jeżdżąc ciężarówką? Czy ja jestem głupszy… Ups, przepraszam, a co tu ma mądrość do rzeczy. Ma być po równo. I każdemu dać po dwa tysiące brutto. Bo niektórzy mają naderpezentację pieniędzy w portfelach, a inni mają tam pustki. Ma być sprawiedliwie, niech będzie sprawiedliwie.

Soros:

Moim zdaniem w pewnych granicach parytety są konieczne. Wszystko zależy od okoliczności i parytetowanej grupy.

Jeśli chodzi o parytety płciowe, to są one narzucane wg. Klucza b. pokręconej ideologii genderu, która nie uwzględnia różnic płciowych.

Parytety etniczne są bezdyksusyjne, bo nie ma dowodów na to, że rodzimy się zróżnicowani intelektualnie.

Problem jest naprawdę złożony. Bo finanse i komunikacja społeczna są ściśle związane z transparentnością. Jak sobie wyobrażasz relację z konfliktu palestyńsko-izraelskiego skoro w mediach zasiadają Żydzi. Gdybym był Polakiem też moje serce brałoby stronę Polaków.

Aha, to teraz rozumiem. Po równo tylko według pochodzenia. Ale jak to pan Soros będzie sprawdzał czystość etniczną? Według jakich kryteriów? Czy ja jestem, czy nie jestem Żydem? Badania DNA? Sprawdzanie kształtu nosa? Zaglądanie do spodni? Pan Soros pisze dużo o amerykańskich bankach, ale problem z USA jest taki, że tu akurat wszystkim strzyka to, czy ktoś jest, czy nie jest Żydem. To chyba tylko w Polsce jest możliwe powiedzenie komuś „ty żydzie”, czy napisanie o kimś, że jest Żydem, by go w jakiś sposób obrazić, lub obrzydzić społeczeństwu. Tutaj żaden numer z nadreprezentacją by nie przeszedł.

 

Banki są prywatne, więc niby jak mielibyśmy kontrolować reprezentacje narodów w nich pracujących? A tym bardziej kontrolować ich właścicieli? Upaństwowić i oddać Polakom? A media… Także prywatne. Więc co? Zakazać pisać? Zakazać wydawać?  Panie Soros, jakieś praktyczne uwagi? Bo na razie mi się to wszystko widzi co pan pisze o "nadreprezentacji" jako wielki stek bzdur.

 

Jeżeli natomiast chodzi o konflikt izraelsko-arabski, to akurat amerykańscy Żydzi mają tu najmniej wspólnego z tym wszystkim. Na politykę proizraelską największy wpływ w Stanach ma lobby fundamentalistów chrześcijańskich. Ewangelicy, których jest tu 80 milionów i którzy potrafią się bardzo szybko i bardzo dobrze zorganizować. Żydzi? Z nimi nie liczy się nikt. Są tak zlaicyzowani i tak mało się interesują polityką, a do tego są nieliczni i tak naprawdę mają jakikolwiek wpływ na politykę jedynie w NY i na Florydzie. Mówię teraz o wyborcach, nie o poszczególnych osobach.

 

Co więcej, jak pokazały ostatnie wybory prezydenckie, oni i tak zawsze będą głosować na demokratów. Niezależnie od tego, jakie on głosi poglądy. Nawet, gdy kandydat nazywa się Barack Hussein Obama, gdy jego ojciec jest muzułmaninem, a  jego propalestyńskie sympatie z lat młodości są powszechnie nznane. I tak w ostatnich wyborach 78% amerykańskich Żydów na niego głosowało.  Co innego ewangelicy. Oni wierzą, a przynajmniej wielu z nich, że dopóki nie odbuduje się Świątyni w Jerozolimie, to Pan Jezus nie będzie mógł powrócić na ziemię. Zatem dla nich jest to kwestia wypełnienia się Pism. Oczywiście mylą się, niczego nie rozumiejąc, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie oni kontrolują politykę bliskowschodnią USA.

Soros:

Czy fakt, że Żydów jest w mediach 70% wynika z ich zdolności. Tak jakby nie było równie zdolnych Azjatów albo Greków. Raczej nie. To celowa polityka właścicielska, po części zrozumiała. Gdybym był Polakiem i miał gazetę to chętniej bym zatrudniał Polaków. Tak myślę. Tylko od pewnego momentu ta sytuacja staje się niebezpieczna.

A może: „Gdybym był Polakiem, założyłbym gazetę”?  Najprościej ukryć swoje nieudactwo oskarżając innych, najlepiej Żydów, o to, że nie pozwalają, przeszkadzają, rzucają kłody pod nogi. Ale świat można zmienić. Zależy to tylko od nas.

 

Niedawno przeczytałem gdzieś zabawny żart. Ktoś pyta starego rabina: „Jak to się dzieje, że w waszym narodzie sami tacy sprytni, zdolni, mądrzy, a w innych narodach to różnie bywa?” –„To proste! –odpowiedział rabin. –Jak nam się rodzi głupsze dziecko, to je chrzcimy.”

 

Żydzi nie są nadludźmi i nie rządzą światem. Niezależnie od tego, co pan Soros sobie ubzdurał.  I im dłużej i im więcej będzie przekonywał innych o swojej paranoi,  tym więcej zrobi szkody. Przekonywać trzeba raczej do tego, by każde dziecko brało los w swoje ręce i zmieniało świat. Jak wspomniany wyżej Obama, który „po ludzku” nie miał szans. Rozbita rodzina, mulat, a zatem odrzucany i przez Murzynów i przez białych, do tego wcale nie takie pewne, czy nawet urodzony w USA, co powinno  zamknąć mu drogę do Białego Domu. Tak jednak się nie stało.

 

Inny Murzyn, bardzo ciekawa postać, Clarence Thomas. Murzyn z Georgii, który mieszkał jako małe dziecko w domu, czy raczej szopie z klepiskiem zamiast podłogi, nie umiejący nawet mówić poprawnie po angielsku, bo tam Murzyni mówili w „Gullah”, kreolskim dialektem charakterystycznym dla tej ubogiej grupy ludności. Gdy miał dwa lata, ojciec opuścił ich rodzinę, a mimo to, wspomagany przez dziadków, po latach ukończył Yale University i został sędzią Sądu Najwyższego USA. I jakoś Żydzi mu nie przeszkadzali. Żydzi nie przeszkadzali, ale pomogli mu katolicy, bo sędzia Thomas jest katolikiem.

 

I mówiąc o katolikach, nadreprezentacji i Sądzie Najwyższym, to i o tym słów kilka. Bo przecież i tu Żydzi mają nadreprezentację. Stanowiąc zaledwie 1,5% populacji (choć według kryteriów Sorosa pewnie więcej, bo by mu się statystyki nie zgadzały) zajmuję trzy z dziewięciu miejsca w Sądzie, czyli 33%.  Ale katolicy są tu lepsi, bo mają tych miejsc sześć, czyli wszystkie pozostałe, mimo, że tylko jedna czwarta społeczeństwa amerykańskiego to katolicy. Wiem, wiem, procentowo "lepsi" nie są, ale też nie mam pojęcia na ilu wycenia pan Soros Żydów w Ameryce. On czyta źródła, z pewnością to wie.

 

Więc co mamy zrobić z tymi katolikami i Żydami w Sądzie? Wywalić ich? Poszukać jakiś protestantów, którzy są większością amerykańskiego społeczeństwa i odstąpić im co najmniej  pięć miejsc? W końcu przez wiele lat to tylko oni byli tam sędziami. Przez pierwsze 180 lat mieli niemal monopol. Sporadycznie, dwukrotnie, w 1836 i 1898 wybrano pojedynczych katolików, ale poza nimi do 20 wieku wszyscy byli WASP-ami, oczywiście płci męskiej.

 

Pierwszy Żyd to rok 1916, pierwszy Murzyn to 1967, pierwsza kobieta to 1981 rok. W całej historii Sądu było 35 członków kościoła episkopalnego (anglikańskiego), 19 prezbiterian, dziesięciu unitarian, pięciu metodystów, i trzech baptystów, a dziś żadnego? Co na to episkopalianie, którzy zresztą śmieją się z tego, że banki są w żydowskich rękach. To oni mają amerykańskie banki.

 

Jawna niesprawiedliwość. Trzeba wywalić co najmniej dwóch Żydów i z czterech katolików i przyjąć sześciu protestantów, będzie tak, że się spodoba panu Sorosowi. Tylko… Tylko, że tak naprawdę w dzisiejszym Sądzie jest tylko czterech sprawiedliwych. Tylko czterech, którzy walczą o życie nienarodzonych dzieci. Wszyscy katolicy. Więc ja to ich byśmy wywalili, to nie ma już nadziej dla USA. Więc może czasem nadreprezentacja nie jest taka zła?

 

Ja jednak nie piszę o aborcji, ja piszę o głupocie tych, którzy pod każdym kamieniem widzą Żyda. A przykład Sądu Najwyższego podałem jako przykład tego, że wszystko się zmienia. I gdy będziemy mieć najlepszych sędziów, najlepszych prawników, najlepszych lekarzy, najlepszych bankierów i najlepszych wydawców i dziennikarzy, piszących w najlepszych i naszych gazetach, to wtedy my będziemy mieć i nadreprezentację i rząd dusz i zwycięstwa we wszystkich wyborach.  Ale to możemy zdobyć tylko pracą od podstaw, a nie bredzeniem o Żydach, którzy są wszędzie, rządzą światem i nie pozwalają nam na nic. Poza, rzecz jasna, pisaniem o tym na blogach.

Odsłon: 1781 Komentarzy: 116


Przepis na Dobre Święta

Kategoria: Wiadomości Friday, 24 December 2010, 05:13

Potrawy wigilijne tradycyjnie powtarza się co roku, więc i ten przepis warto przypomnieć. Przepis jest bardzo trudny, ale jak się już raz spróbuje, to potem za każdym razem wychodzi lepiej:

PRZEPIS NA DOBRE ŚWIĘTA.

Składniki: 50 dag modlitwy, 1 kg wiary w Pana Jezusa, 20 dag oczekiwania, 20 dag radości, 12 dag życzliwości, 1 spowiedź, 1 dag miłości oczyszczonej, 2 łyżki ofiarności.

Przepis: Modlitwę wymieszać z miłością oczyszczoną i wiarą, zrobić zagłębienie i wlać życzliwość. Zagnieść ciasto i rozwałkować na grubość około 3 mm. Wycinać kształty jakie kto potrafi i lubi. Ciastka piec w nagrzanym miłością, dobrocią i ciepłem piekarniku – przez około 10 minut. Po paru dniach można je dowolnie ozdabiać dobrymi uczynkami.

W tą najpiękniejszą noc roku, gdy sam Bóg się narodził i stał się jednym z nas, życzę Wam wszystkim wiele Bożych Błogosławieństw, dużo zdrowia, radości, szczęścia, spełnienia najskrytszych marzeń i wiele miłości z okazji Świąt Bożego Narodzenia, teraz i w całym 2011 roku.

Niech nowonarodzone Dzieciątko Jezus błogosławi Was i strzeże. Niech rozpromieni oblicze swe nad Wami, niech Was obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku Wam oblicze swoje i niech Was obdarzy pokojem.

Piotr Jaskiernia z rodziną

 

Odsłon: 996 Komentarzy: 18


Michnik, Ogórek i Miłość Bliźniego, Czyli (nie bardzo) Świątecznie o Wybaczaniu.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 23:19

Tekst ten jest odpowiedzią na notkę Ogórka, którą z kolei sprowokował mój wpis na Frondzie mówiący o nawróceniu gangsterów i o roli katolickich mediów w głoszeniu Ewangelii.  Oryginalny tekst został później zmieniony przez autora, za co mu na wstępie dziękuję (piszę ten akapit na końcu, po skończeniu całego wpisu), ale moja poniższa odpowiedź powstała wcześniej.  Pozostawiam więc cytat z wcześniejszego tekstu, uznając, że nie odzwierciedla on poglądów "na zimno" Ogórka, ale zostawiam tak, bo są one dość symptomatyczne dla pewnych  osób, z którymi tu nieraz polemizuję.

 

Nie chcę by mi ktoś zarzucał tu złośliwość, czy wykorzystywanie pewnej sytuacji. Sam pierwszy przyznam, że Ogórek pokazał klasę, szybko reagując na moją krytykę w komentarzach i przyznał, że się rozpędził w ferworze dyskusji. Ja to rozumiem, bo sam robię podobnie. Gdy człowiek broni czegoś, co jest bliskie jego serca, często bardziej się kieruje sercem, niż rozumem.  Zatem przepraszając Ogórka za tą moją drobną złośliwość z góry proszę o wybaczenie i o nieodbieranie tego jako personalny atak na Jego osobę, ale raczej jako przykład pewnego sposobu myślenia, który jest cechą dość sporej grupy ludzi. Także tych obecnych tu, na Frondzie.

 

Ogórek oryginalnie napisał:

Dla mnie pojawia sie pytanie o granice, gdzie „chrzescijanska tolerancja” Hioba i kolegow przestaje by cnota, a staje sie grzechem.

No to zacznijmy…

Hiob ma duzo tolerancji wzgledem teoretycznie malych przewinien n.p.

  • To jest ok, kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc. – my winnismy mychynka kochac, bo jestesmy katolikami.

Interesujące stwierdzenie, zwłaszcza w świetle tego, że ja za swój "manifest" uważam tekst zatytułowany "Dlaczego jestem nietolerancyjny".  Interesujące także dlatego, że pan Ogórek dopuszcza się tu zwykłej manipulacji.  Tak było przynajmniej w oryginalnym tekście. Został on poprawiony z "Hiob" na "Niektórzy", zatem teraz muszę odszczekać moje pomówienie o kłamstwo, które znalazło się w komentarzu pod oryginalnym wpisem, ale skoro przeszliśmy na mówienie o jakiś "onych", to pozwólcie, że i ja coś napiszę o tych "niektórych", którym się nie podoba moja miłość do każdego człowieka. Nawet tak odrażającego jak sam Michnik.

 

Ludzie ci uważają siebie za "jedynych sprawiedliwych", a wszystkich myślących inaczej najchętniej posłaliby do diabła. Zwracają uwagę na drugorzędne szczegóły, jak to, czy ksiądz nosi sutannę, czy zimową kurtkę,  czy brat przyjmuje Pana Jezusa do ust, czy na rękę, czy ktoś pisze w odpowiednich mediach, czy też jest kolaborantem współpracującym z Gazetą Wyborczą, czy Tygodnikiem Powszechnym. Następnie na podstawie tych powierzchownych informacji układają sobie całą ideologię i wiedzą lepiej od samego ocenianego co ten ostatni myśli, co czuje, jak rozumie pewne sprawy. Jest jeszcze jedna bardzo charakterystyczna cecha tych osób. Próba poniżenia wrogów poprzez przekręcanie ich nazwisk, czy używanie obraźliwych epitetów pod ich adresem.

 

Zobaczmy, co Ogórek napisał w tym pierwszym cytowanym przeze mnie fragmencie. Pisze on, że mam, (czy raczej po poprawce, że "niektórzy mają") dużo tolerancji względem "teoretycznie małych przewinień", po czym następuje zdumiewające stwierdzenie, że "jest ok. kiedy mychnyk i jego media wystepuja przeciw polskiej rodzinie, przeciw milosci do ojczyzny (patriotyzm to faszyzm), propaguje zboczenia (propaganda homozboczen) etc."

 

Pomijam już niedbałość wpisu, brak polskich liter i przepraszam za to. Cytuję tak, jak jest na jego blogu. Może nie ma on możliwości ich użycia. Nie to jest istotne. Istotne jest to, że w tym stwierdzeniu nie ma ani jednego słowa prawdy. To znaczy być może jacyś "niektórzy" gdzieś istnieją, nie wiem. Trudno dyskutować z wyimaginowaną abstrakcją. Jednak skoro moje imię pojawia się w notce Ogórka i na początku i w dalszej jej części, wiem, że to i tak ja będę identyfikowany z onymi "onymi". Zatem pozwólcie, że wyjaśnię:

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw polskiej rodzinie. Uważam, i pisałem o tym wielokrotnie, że atak na rodzinę, obok ataków na kapłaństwo jest najgroźniejszym z działań kudłatego.  Kudłaty jest bardzo inteligentnym stworzeniem i uderza tam, gdzie mu zwycięstwo coś da, stąd ataki na Kościół i rodzinę. I te moje poglądy są znane każdemu, kto czyta mojego bloga. Powinien je znać także Ogórek.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media występują przeciw miłości do Ojczyzny, jeżeli to rzeczywiście robią. Nie wiem, nie czytam Michnika, ale zakładam że jest w tym jakaś prawda. Nie jest OK, gdy się porównuje patriotyzm do faszyzmu. Nigdy tak nie twierdziłem, nigdy tak nie pisalem i nigdy tak nie myślałem.

 

Nie jest OK, kiedy Michnik i jego media propagują styl życia homoseksualistów. Nigdy tak nie twierdziłem, a na temat homoseksualizmu mam całkiem sporo tekstów na moim blogu i forum. Nie są moje poglądy tajemnicą. Wystarczy wpisać słowo "homoseksualizm" w wyszukiwarkę na forum, czy w tą, która jest na moim portalu na www.polon.us i każdy  szybko znajdzie potwierdzenie moich słów.

 

Natomiast prawdą jest, że powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy katolikami. Powinniśmy kochać Michnika, bo jesteśmy chrześcijanami. Powinno nam zależeć na zbawieniu jego duszy tak, jak powinno nam zależeć na zbawieniu duszy naszych współmałżonków, naszych dzieci, naszego rodzeństwa i każdego człowieka. Tak, jak zależy na tym samemu Jezusowi.

 

Jest zabawne, że Ogórek wyciąga w swym tekście takie argumenty, jak np Szymborska. Pisze on, pod moim adresem, czy też adresem "pewnych ludzi", że

"To jest drobiazg (ba, wrecz to jest prawdziwy blad), gdy kto wystepuje przeciw wspanialej noblistce Szymborskiej piszacej bardzo ladne wiersza, poniewaz kiedys, ze w czasach stalinowskich stala po stronie zlego (n.p. ta medialna krytyka torturowanego biskupa Kaczmarskiego), podczas gdy inni siedzieli za tworczosc w wiezienia lub w szpitalach dla czubkow – – my winnismy ja kochac, bo jestesmy katolikami."

Nie, to nie jest drobiazg. I nigdy tak nie twierdziłem. Co więcej, mogę to łatwo udowodnić, bo o pani Szymborskiej napisałem także kilka słów. Pozwólcie zatem, że je tu zacytuję. Komentując zupełnie inny wpis, który nie ma tu żadnego znaczenia, wspomniałem też panią Szymborską i napisałem:

"… Przypomnę Ci może, że najpopularniejszym od lat polskim politykiem jest odchodzący prezydent i były minister w ostatnim komunistycznym rządzie, który nigdy nie przeprosił za współpracę z komuną. Że pani Szymborska pisała laurki wychwalające Lenina, Partię i podpisała list krakowskich literatów domagający się wykonania wyroków śmierci na księżach fałszywie oskarżonych o współpracę z wywiadem amerykańskim i także nigdy za to nie przepraszała…"

Tak więc ja wcale nie mam problemu z krytyką pani Szymborskiej, tym bardziej, że i jej poezja wcale mnie nie zachwyca. Nie zmienia to w niczym faktu, że powinniśmy ją po chrześcijańsku kochać.

 

Ogórek pisze dalej:

Te przyklady wydaja sie jasne. Nikt bowiem nie zauwaza NATYCHMIAST efektu, ktory dopiero po (wielu) latach wynika z tego, ze n.p. milosc do ojczyzny sie zmniejszyla, albo homozboki prowadza w miedzyczasie przedszkola, a ksieza polscy wzieli przyklad z niemieckich i walcza o zniesienie celibatu.

 

Na pierwszy rzut oka, wielu nie laczy pracy mychnykow i sbeckich walterow z efektem rosnacych zboczen i przemocy. Stad wiekszosc zaraz powie, naturalnie, ze musimy wybaczyc (bo nie uwazamy ich wykroczen za DUZE).

Nie rozumiem tego. Kto nie uważa tych wykroczeń za duże?  Na czym tu polega zarzut pod adresem mojej osoby? Nie rozumiem dlaczego Ogórek utożsamia cały czas miłość bliźniego z akceptacją jego poglądów, z przyzwoleniem na zło, z głoszeniem identycznych idei.  Nie rozumiem w jaki sposób obrażając ludzi, którzy takie idee rzeczywiście promują, w jaki sposób przekręcanie ich nazwisk i traktowanie ich z góry ma cokolwiek zmienić. W jaki sposób ICH przekona do Jezusa.

 

Następnie Ogórek  podaje mi jakieś przykłady mające pokazać, że to on ma rację, a ja się mylę:

No to w takim razie rzucmy okiem na kolejny poziom.

  • Gdy ktos cie uderzy, Hiobie, w twarz – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos ci zabierze twoja ciezarowke – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (raz, a potem przeprosi) – wybaczysz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Patrzmy dalej

  • Gdy ktos uderzy twoje dziecko (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Gdy ktos uderzy twoja zone (nie raz, nie przeprosi, ale czeka na nastepna okazje) (- nie chce tu podawac przykladu zgwalcenia)- patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem
  • Kiedy wrog znowu wtargnal do Polski i zabija na prawo i lewo – patrzysz sie na to co sie dzieje, wybaczasz mu, bo wierzysz i podazasz za Jezusem

Naprawde tak zareagujesz, jak napisalem, przy tych ostatnich trzech przykladach?

Oczywiście znowu Ogórek wie lepiej niż ja sam, co bym wtedy zrobił. Ale to i tak nie ma znaczenia, bo znowu mówimy o zupełnie różnych rzeczach. Nigdy i nigdzie nie twierdziłem, że nie należy bronić swej rodziny, czy swej Ojczyzny. Powtarzam jedynie, że nigdy nie wolno nikogo nienawidzić.

 

Obrona konieczna nie tylko nie musi, ale nie może się łączyć z nienawiścią. Gdy chodzi o nas samych, możemy biernie poddać się złu, nastawiając drugi policzek. Gdy jednak chodzi o obronę bliskich, czy Ojczyzny, wyboru już nie ma. Zaczyna się obowiązek. Nauka i Kościoła i Biblii (bo przecież to jest ta sama nauka) jest tu jednoznaczna. Tylko co to ma wspólnego z tym, co ja chcę przekazać? Czy obrona dziecka, albo Ojczyzny musi się wiązać z nienawiścią do najeźdźcy?

 

Za trzy dni świętujemy narodziny Pana Jezusa. Narodził się, by po 33 latach oddać za nas swoje życie na Krzyżu.  Zaraz następnego dnia w kościelnym kalendarzu liturgicznym mamy święto pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Pierwszy, który oddał życie za wiarę w Jezusa. Przypomnę ich słowa:

Gdy przyszli na miejsce, zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. (Łk 23, 33-34)

 

Tak kamienowali Szczepana, który modlił się: Panie Jezu, przyjmij ducha mego! A gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: Panie, nie poczytaj im tego grzechu. Po tych słowach skonał. (Dz 7, 59-60)

Jakoś nie przypominam sobie, by oprawcy Jezusa przepraszali go, przybijając do Krzyża. Jakoś nie ma zapisów w Biblii, by Żydzi kamienujący Szczepana prosili go o przebaczenie. Ale Biblia nas uczy, że tak Jezus, jak i Jego uczeń, Szczepan, kochali do końca tych, którzy w swej nienawiści posunęli się aż do okrutnego pozbawienia ich życia.

 

Ogórek pyta:

Gdzie jest granica, Hiobie? Przy efekcie NATYCHMIASTOWYM w porownaniu z efektem PELZAJACYM i POZNIEJSZYM? Czy to znaczy, ze granica jest nasza mozliwosc rozrozniania pomiedzy dobrem a zlem?

A przeciez w wielu wizjach Swietych pojawia sie informacja, ze NAJMNIEJSZY grzech kaleczy i rani Jezusa.

To ostatnie stwierdzenie powinien on raczej skierować do siebie. Jedyne co bym dodał, że tu nie mówimy wcale o małym grzechu. Nienawiść, jakiej się dopuszczamy, jest działaniem wspomagającym tylko kudłatego. Nienawidząc stajemy się jego sługusami i narzędziem w jego kosmatych łapach. Nie wyrządzamy Panu Bogu przysługi, gdy nienawidzimy, bo nienawiścią nie da się zwyciężyć zła. Zatem nienawiść może być ciężkim grzechem. Nawet, gdy jest to nienawiść do człowieka złego, do grzesznika.

Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. […] Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. (Łk 6, 32, 35-36)

Gdzie jest granica, Ogórku? Granica jest bardzo wyraźnie zaznaczona. Jest nią człowiek. Nienawidzimy grzechy, kochamy człowieka. To nie jest slogan, banał, truizm, to jest prawda. Kochamy każdego człowieka. Przypomnę, że wyszliśmy od nieodpowiedniego, według niektórych osób, stroju kapłana, a w międzyczasie wspominaliśmy filmy w TVP o nawróconych gangsterach.  Filmy te doskonale ilustrują to, co chcę powiedzieć. Nikt tam nie gloryfikuje zbrodni, jakich ci ludzie się dopuszczali. Pokazują one jednak jaka jest siła miłości.

 

Ogórek pisze dalej:

Dlaczego Jezus przegonil batem kupcow w swiatyni? Przeciez w porownaniu z morderca, ktoremu na krzyzu obiecal niebo, ich przewinienia to peanuts?

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Dla mnie także jest to jasne.  Jezus jest Bogiem i widzi ludzkie dusze. Ja nie. A w świetle cytowanych przed momentem fragmentów, gdy Jezus krzyżowany i kamienowany Szczepan, pod natchnieniem Ducha Świętego, z miłości do oprawców prosili Ojca o wybaczenie, egzegeza Ogórka nie trzyma się kupy.

 

Jest oczywiste bowiem, że tylko temu, kto zrozumie i uzna swoje grzechy i kto poprosi Jezusa o wybaczenie, On może je wybaczyć. Bóg nie wybacza nikomu "na siłę", wbrew jego woli, ani na prośbę mamy, żony, czy sąsiada. To jednak jest problem dotyczący "bilateralnych stosunków" między zainteresowanym, a Jezusem. To jest sprawa między Bogiem, a Michnikiem, między Bogiem a Ogórkiem, czy Bogiem, a mną.  Natomiast nie jest naszą sprawą  oceniać stan duszy Michnika, Ogórka, czy kupców w Świątyni. My się za nich możemy modlić, możemy za nich ofiarować jakieś wyrzeczenia, ale nie możemy wiedzieć co im w sercu gra. Możemy jedynie kochać i mieć nadzieję.

 

Jedna z rzeczy, którą tak trudno niektórym zrozumieć jest fakt, że my nie wybaczamy innym dla nich samych, my to robimy dla siebie. Nie ma bowiem żadnego znaczenia dla stanu duszy Michnika, czy ja mu wybaczę, czy nie. Może moje modlitwy za niego sprawią, że Bóg, który powinien go ukarać, nagle machnie ręką i stanie się pobłażliwy, bo ktoś się za niego modlił. Mam nadzieję, że miłosierny Bóg da mu łaskę nawrócenia, ale z pewnością ja nie mogę sprawić swą miłością do niego, ani też nienawiścią ni tego, że on uzyska zbawienie, ni tego, że go Bóg potępi. Mogę jedynie potępić  samego siebie.

 

Święty Jan w Pierwszym Liście nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości.

Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. (J 2,9)

 

Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć. Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności i działa w ciemności, i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy. (1 J 2, 10-11)

 

Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego.  (1 J 3, 15)

Padł mi przed momentem laptop. Zagotował, wyłączył się, z trudem udało mi się uratować to, co tu tak mozolnie wypisuję. Po ponownym włączeniu zobaczyłem dwie rzeczy. Jedna, to życzliwe pożegnanie Ogórka, wraz z życzeniami. Zaraz odlatuje gdzieś, wraca po świętach. Być może nie będzie mógł odpowiedzieć na tę notkę przez tydzień, czy dwa.  Drugą rzeczą było to, że zmienił swój wpis. Nie jest on już skierowany przeciw mnie.  Na moim blogu napisał on:

Drogi Hiobie, niestety jestem zaraz w samolocie i do internetu wroce dopiero w nowym roku, zatem nie pogadamy zbyt intensywnie.

Tobie i wszytkim frondowiczomy skladam zyczenia Wspanialych Swiat Narodzin Pana, ktorego wszyscy uwielbiamy, kochamy i za ktorym wszyscy podazamy.

Wszystkie drogi prowadza do Niego.

Chwalmy Pana, bo jest on Dobry!

A pod notką, którą tu komentuję, wpisał pod moim adresem:

Jeszcze zdaze – zmieniam wpis, ktory sie w trakcie pisania kilka razy zmienil – wycofuje twoje imie z powyzszego akapitu, bo to istotnie nie jest prawda.

To dotyczyło tej mojej rzekomej "tolerancji", od której zaczęliśmy. Zatem i moje argumenty stają się bezpodstawne, przynajmniej w zakresie oceny wpisu Ogórka. Ja więc przez ostatnią godzinę z mozołem poprawiam te wpisy, by choć trochę sensu się w nich zachowało. I choć nie zawsze mi się to udało, to przecież pewne bardziej uniwersalne przesłanie w nich pozostało.

 

Czas chyba kończyć. To już ostatni cytat z notki Ogórka:

Dla mnie rzecz jest jasna.

Kiedy grzesznik zrozumie i uzna swoje grzechy i zwroci sie do Pana z prosba o milosierdzie. Pan wyciaga do niego reke. My winnismy podazyc 77x7 razy (?) za przykladem Pana.

Kiedy grzesznik uwaza swoje grzechy za cnoty (vide mychnyk i inne urbany) i sprowadza innych na sciezke zlego to winien zostac potraktowany batem jak to uczynil Pan w Swiatyni.

Albo alternatywnie jak zaleca sw. Pawel, aby „wyrzucic ich ze spolecznosci”.

W tym drugim wypadku, przygladanie sie bezczynnie tej bezboznej aktywnosci, czyni z nas WSPOLWINNEGO. Potem kiedys moze sie zdarzyc, ze uslyszymy „Ktos mnie bil po twarzy, a ty stales obok i mnie nie broniles”.

Natomiast "nawybaczales sie dowoli".

W zasadzie racja, gdy się zastanawiamy nad tym, komu wybaczy Bóg. Każdy musi uznać, że jest chory, by Lekarz mu mógł pomóc. Każdy musi prosić o przebaczenie, uznać się za grzesznika, by uzyskać odpuszczenie grzechów. Gdy ktoś uważa, że jest doskonały, że nie obraził niczym Boga, jak  Bóg ma mu wybaczyć? Sam siebie potępił, a Bóg tylko uszanuje ten wybór. My jednak tu mówimy o czymś zupełnie innym. O naszym wybaczeniu pod adresem braci, a to musi być bezwarunkowe. Dlaczego? Bo wynika z miłości:

A miłość cierpliwa jest, jest wielce łaskawa.

Miłość nie zna zazdrości – nic jej poklask, sława.

I obcą jest jej pycha, bezwstydu nie znosi,

Nie chce swego i gniewem złym się nie unosi.

Wszystko złe zapomina, ni się nie weseli

Wraz z niesprawiedliwością – z prawdą radość dzieli.

Ona trwa niewzruszenie. Złe zrządzenia losu,

Każdą boleść przyjmuje bez słów skargi głosu.

Nadzieję ma we wszystkim i wszem wiarę daje.

Wiecznie jest – trwa niezłomna – Miłość nie ustaje.

Ja dostałem takie przykazanie, że mam kochać bliźniego jak siebie samego. Nie oceniać jego duszy.  Krytykować czyny? Jak najbardziej! Nie tylko wolno, ale trzeba. Jest to nasz obowiązek. Ale robić to z miłością i do końca walczyć o jego duszę.

 

Napomnienie ma sens, gdy prowadzi do nawrócenia. To musi być naszym nadrzędnym celem. Nie osiągniemy jednak tego celu obrażając i odpychając braci. Nie walczymy o argumenty, nie walczymy o zwycięstwo w debacie, ale o człowieka. W przeciwnym przypadku wpychamy ich  tylko w łapy złego. I jest oczywiste, że ja nigdy nie będę miał szansy na rozmowę z Michnikiem w cztery oczy. Nie będę miał możliwości opowiedzieć Mu o miłości Jezusa, ale wiem, że "nadając na niego", starając się go poniżyć na pewno mu w żaden sposób nie pomogę.

Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi. Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12, 17-21)

Dla mnie jedną z najbardziej odrażających postaci biblijnych jest starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym. Być może dlatego, że to ja nim byłem tyle lat i wiele mi jeszcze z niego zostało. Ale staram się go zwalczyć w sobie, bo to naprawdę nieprzyjemny charakter. Myślę, że każdy z nas powinien się krytycznie przypatrzyć, czy i w nim go przypadkiem nie ma.

 

I to tyle rozważań, których w ogóle miało nie być. Myślę, że to już naprawdę ostatni wpis przed Świętami. Zatem wszystkim Wam składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne. Niech nowo narodzona Dziecina błogosławi Was, albo raczej nas wszystkich i udzieli nam wszelkich łask. Byśmy się stali dobrym narzędziem w Jego rękach i pomagali wszystkim ludziom spotkanym na naszej drodze w ich pielgrzymce do Królestwa Niebieskiego. Im i sobie nawzajem. Z miłością, nie czując do nikogo nienawiści. To bowiem naprawdę służy tylko złemu.

 

Wesołych Świąt!

 

Odsłon: 2643 Komentarzy: 61


O byłych gangsterach, mocy Bożej, Zacheuszu i Radiu Maryja.

Kategoria: Religia Wednesday, 22 December 2010, 07:23

Maciej Łaba zamieścił na swoim blogu notkę o dokumentalnym serialu TVP "Byłem Gangsterem".  Ponieważ jest on także dostępny na youtube, mogłem sobie zobaczyć pierwsze pięć odcinków. W międzyczasie prowadziłem jakąś dyskusję pod inną notką na blogowisku, która zeszła na temat roli Radia Maryja. Oglądając te filmy i dyskutując o katolickim radiu w Polsce naszły mnie pewne refleksje, nasunęły się pewne pytania, którymi chciałem się podzielić.

 

Co jest tak naprawdę ważne? Co jest ważne z punktu widzenia Pana Boga? Dlaczego w tych reportażach nie ma ani jednego przypadku nawróconego katolika? Dlaczego one opowiadają tylko o ewangelikach, protestantach?

 

Oczywiście jestem przekonany, że wśród nawróconych bandytów są także katolicy. Jestem pewien, że wśród chrześcijan ewangelizujących w więzieniach są też katoliccy księża i osoby świeckie także.  Ale reportaż ich nam nie pokazuje. Dlaczego?

 

Być może cały cykl jest w jakiś sposób sponsorowany przez wspólnoty protestanckie, dlatego pokazują tylko protestantów. Może scenarzysta jest ewangelikiem. Nie wiem. Nie istotne. Istotne jest co innego. Mianowicie: Gdzie my jesteśmy?

 

Czy rozwiązanie zagadki katastrofy smoleńskiej, czy wybory samorządowe, czy zwycięstwo PiSu w najbliższych wyborach jest ważniejsze od nawrócenia jednego człowieka? Kto tu robi "bożą robotę"? O co chodzi w chrześcijaństwie? Jaka jest jego istota? Czy zwycięstwo w wyborach? Czy kontrolowanie rządzącej partii?

 

Od kilku dni jestem w domu, trochę piszę na swoim blogu, trochę komentuję inne notki, czytając komentarze pod nimi i czasem wręcz włos zdumienie ogarnia czlowieka. Skąd tyle jadu, tyle nienawiści, tyle prób dokuczenia innym ludziom, sprawienia im bólu, poniżenia ich, oplucia jak tu, na katolickim portalu? Jakie świadectwo dajemy naszym życiem? Ile tak naprawdę robimy, by dotrzec z Ewangelią do tych, którzy się zagubili?

 

Jedni idą do recydywistów, do bandytów i gangsterów odsiadujących wieloletnie wyroki i z miłości do nich i miłości do Jezusa głoszą im Dobrą Nowinę, inni spędzają godziny na krytyce księdza, który miał czelność w swym awatarze zamieścić zdjęcie w kurtce narciarskiej. Jedni docierają do państwowej telewizji i sprawiają, że ta kręci wspaniały reportaż o tym, co ewangelicy robią dla Królestwa, inni obrzucają braci chrześcijan błotem za to, że nie posłali do diabła Michnika, czy arcybiskupa, który w jego gazecie miał czelność pisać.

 

Może to ja jestem nienormalny, nie wiem, ale wydaje mi się, że niektórzy naprawdę nie mają zielonego pojęcia czym chrześcijaństwo jest, jaka powinna być nasza rola w życiu społeczeństwa, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Niektórym się wydaje, że najważniejszą rzeczą w życiu  chrześcijanina jest kontrolowanie polityków, pilnowanie jakiś komisji sejmowych, rozliczanie ministrów z ich niespełnionych obietnic, czy ja wiem co jeszcze?

 

Ale Jezus niczego nie mówił o polityce. Nie krytykował sytuacji w Jego ziemskiej ojczyźnie. Podkreślał, że prawdziwą Ojczyzną jest Królestwo Niebieskie. A Królestwo Niebieskie "podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją."

 

Sprzedał wszystko co miał i kupił ją.  A my? Czy my nie robimy wszystkiego dokładnie na odwrót? Pokładając nadzieję w politykach i w najbliższych wyborach? Dlaczego tyle się zajmujemy Unią Europejską, Platformą, taką, czy inną decyzją polityków? Powiecie, że to ważne? Pewnie tak… ale czy ważniejsze od jednego, nawróconego człowieka? Ile dla porównania zrobiliśmy, by doprowadzić kogoś do Jezusa? By mu pokazać, że to On, Jezus, nie PiS, nie JKM, nie UE i nie jakakolwiek inna partia, osoba, czy organizacja może zmienić jego życie.

 

Jezus odnajduje grzeszników. Kolaborantów z reżimem. Jak celnik Zacheusz. Tajny Współpracownik. Albo raczej całkiem jawny. Nie odmawia pomocy żołnierzom okupanta. Setnikowi uzdrawia sługę. Patrzy z miłością na znienawidzonych przez Żydów Samarytan. I osiąga skutek. To, czego pouczaniem, traktowaniem z góry, poniżaniem i izolowaniem się nie mogli osiągnąć faryzeusze, Jezus osiągną miłością. "A do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata."

 

I piszę to w czasie teraźniejszym. On działa także dziś. Każdego dnia odmienia życie ludzi. Nie muszą to być gangsterzy, zbawienie tak samo jest nieosiągalne dla bandyty, jak i dla człowieka obojętnego. To ludzi letnich Jezus wypluje ze swych ust. Bądźmy więc zimni, albo gorący. I to naprawdę nie chodzi o gorące zaangażowanie się w politykę.

 

Wczorajszy wpis z czata na moim forum:

Hiobie, na wszelki wypadek jakbyśmy się nie słyszeli do świąt, bo różnie to bywa w tym czasie, tak więc życzę ci Wesołych, pogodnych, rodzinnych, ciepłych i wypoczętych świąt Bożego Narodzenia, jako iż z Częstochowy jestem, i udam się na pewno chociażby na zwiedzenie szopki, to możesz liczyć na mnie że tam przy obrazie przenajświętszym pomodlę się za ciebie, zresztą to samo mi mówi mój tata, który wszedł sobie po książkę. Tak więc przyjacielu nas zza oceanu, myślimy i pamiętamy. Wesołych Świąt.  Pamiętamy o tobie i powiem ci szczerze że odmieniłeś moje życie, nie jest tak ciężko jak sobie człowiek przypomni sobie o tobie.

Nic nie wiem o tym bracie, który to napisał, poza tym, że jest kierowcą i jeździ na Wschód. Powrócił właśnie z Jekaterynburga i zajrzał do mnie. Dowiedziałem się, że jakoś mu pomogłem w jego życiu, ale najzabawniejsze jest to, że ani nie wiem jak, ani kiedy. A nie wiem z pewnością dlatego, że to nie my odmieniamy życie, ale Bóg. My możemy tylko dawać świadectwo swoim życiem. Jednak uważajmy jakie dajemy świadectwo.

 

Historie pięciu bandytów, którzy ze łzami w oczach opowiadają teraz o Jezusie są niesamowitym świadectwem. Ale niektóre komentarze na blogowisku Frondy także są niesamowitym świadectwem. Jedne i drugie potrafią zmienić świat i zmienić innego człowieka. Bo właśnie tak się zmienia świat. Jeden człowiek po drugim. Uważajmy zatem na to JAK tych ludzi zmieniamy.

 

Za dwa dni zasiądziemy do wigilijnych stołów. Połamiemy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia. Będziemy się cieszyć z narodzin Dzieciątka. Nie zapominajmy jednak po co to Dzieciątko przyszło na Świat. Czego nas Jezus nauczał. Weźmy Biblię do ręki, przeczytajmy. Bo choć nam się wydaje, że my to wszystko wiemy, to zapewniam każdego z Was, że ta lektura Was zaskoczy. Odkryjecie tam słowa,  których nigdy nie słyszeliście, albo których nie pamiętacie.

 

Wszystkie te historie opowiedziane w programach telewizyjnych mają jedną wspólną cechę. Życie tych ludzi, tych bandytów się zmieniło, bo spotkali na swej drodze człowieka, który spojrzał na nich z miłością, który się za nich modlił, który im podsunął Słowo Boże. Ci ludzie byli już "tam". Należeli do kudłatego. Beznadziejne przypadki. Potępieni przez siebie samych i przez innych ludzi. Jedynie Bóg nie stracił nadziei i jedynie jacyś bracia okazali im miłość.

 

I wiem, dla niektórych są to tylko heretycy, odszczepieńcy, "kociorze", nawiedzeni fundamentaliści…. Tylko, że okazali się oni lepszymi chrześcijanami od wielu z nas. Bo nie wystarczy się zapisać do właściwej organizacji. Nie wystarczy mówić "Panie, Panie!" Nie na tym polega chrześcijaństwo. Trzeba tak żyć, tak postępować, by przez nasze świadectwo inni ludzie zbliżali się do Boga. Inaczej okaże się, że mimo tego, że Jezus nie schodził nam z ust, cale życie służyliśmy złemu.

Odsłon: 1353 Komentarzy: 27


25 Grudnia. Dziś urodziny obchodzą: Jezus Nazarejczyk...

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 21 December 2010, 06:08

Dlaczego 25 grudnia? Pisałem już przed rokiem dlaczego uważam, że to nie jest zaledwie symboliczna data, ale mamy kolejny rok i mamy kolejnych gości na blogu, więc warto przypomnieć, czemu nasz Pan, gdyby posiadał paszport, miałby tam wpisane "Urodzony 25 XII". ;-)

„Sol Invictus”

Zacznijmy więc od  "standardowego tłumaczenia". W wielu miejscach możemy przeczytać, że 25 grudnia to jedynie "ochrzczone" święto  „Sol Invictus”, związane z przesileniem zimowym. Jednak, jak się wydaje, jest to spore uproszczenie i najprawdopodobniej nie ma w nim wcale prawdy.

 

„Ochrzczenie” pogańskiego święta na cześć boga Sol Invictus nastąpiło dopiero pod koniec czwartego wieku, a tymczasem data narodzin naszego Pana była znana Kościołowi wcześniej. Zatem to nie data narodzin Pana Jezusa została zdeterminowana przez święto fałszywego bożka, ale raczej święto bożka musiało zostać zamienione na obchody Bożego Narodzenia, bo akurat obchodzono je w dniu narodzin Prawdziwego Boga. Gdy chrześcijaństwo wyszło z podziemia i stało się religią państwową, Boże Narodzenie musiało wyprzeć święto fałszywego bożka z "państwowego kalendarza".

 

Nawet, gdy przyjmiemy, jak podaje Wikipedia, że święto Sol Invictus  zostało ustanowione przez cesarza Lucjusza Domicjusza Aureliana w 274 roku, to przecież chrześcijanie pozostający wtedy w ukryciu i często prześladowani, nie mieliby żadnego powodu, by uznać akurat taką datę za Boże Narodzenie. Chyba, że… Chyba, że rzeczywiście byłby to dzień narodzin Jezusa.

Nowe Narodzenie na Krzyżu.

Joseph Ratzinger w swej książce "The Spirit of the Liturgy" pisze, a ja tu sparafrazuję jego słowa, opierając się na angielskim tekście:

Zadziwiające jest to, że punktem wyjścia do ustalenia daty narodzin Jezusa jest 25 marca. O ile wiem, (pisze Ratzinger), najstarsza antyczna wzmianka o tym znajduje się w pismach Tertuliana (ur.150 – zm.207),  który przyjmuje za powszechnie uznaną tradycję, że Chrystus umarł na Krzyżu 25 marca. W Galii aż do szóstego wieku była to niezmienna data obchodzenia Ukrzyżowania. W dziele wyliczającym datę Wielkanocy, napisanym w roku 243 i pochodzącym z Afryki znajdujemy datę 25 marca jako dzień stworzenia świata i w połączeniu z nią osobliwe datowanie narodzin Jezusa. Według przekazu z Księgi Rodzaju słońce zostało stworzone czwartego dnia, czyli 28 marca. Zatem ten dzień powinien być uznany za dzień narodzin Chrystusa, Prawdziwego Słońca.  […]

 

Stare teorie (o "ochrzczeniu" pogańskich świąt) nie dadzą się dłużej utrzymać. Decydującym czynnikiem bowiem jest tu zależność między stworzeniem, a Krzyżem, stworzeniem i Poczęciem Jezusa. W świetle "Jego Godziny" daty te mają kosmiczne znaczenie. Cały początek Wszechświata był zatem zapowiedzią Chrystusa, "Pierworodnego wobec każdego stworzenia". […] Fakt, że daty Poczęcia i Narodzin od początku miały kosmologiczne znaczenie pokazuje, że Boże Narodzenie może teraz stawić czoła  kultowi Słońca  i włączyć go w teologię Święta Bożego Narodzenia.

Ratzinger przypomina potem, że Ojcowie Kościoła, Święty Hieronim i święty Augustyn pisali o tym już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i przypomina, że święto Jana Chrzciciela, który zapowiedział przyjście Jezusa, wypada dokładnie w połowie miedzy Poczęciem, a Bożym Narodzeniem. Powrócę jeszcze do tego poniżej.

Antyczne pisma

Pierwsza historyczna wzmianka o 25. grudnia, jaka dotrwała do naszych czasów, pochodzi z tak zwanego Kalendarza Filokaliańskiego, z roku 336, czy, według innych, chyba bardziej prawdopodobnych źródeł, z roku 354, gdzie czytamy przy dacie 25 grudnia: „Natus Christus in Betleem Judea”, czyli „Chrystus się narodził w Betlejem w Judei”.

 

Święty Augustyn około roku 400 AD wspomina donatystów, którzy obchodzili Boże Narodzenie 25. grudnia, ale odmawiali obchodzenia święta Objawienia Pańskiego 6. stycznia. Ponieważ ta schizmatycka, czy heretycka grupa chrześcijan pojawia się około roku 312 AD, w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana i trzymała się sztywno swych przekonań, jakie jej towarzyszyły od początku, można przyjąć, że w na samym początku czwartego wieku data 25. grudnia była dość dobrze ustalona, przynajmniej w Północnej Afryce.

Co z tym 6 Stycznia?

Powróćmy więc jeszcze do teorii pogańskiego pochodzenia daty Bożego Narodzenia. Co prawda w świetle słów kardynała Ratzingera widzimy, że zależność jest raczej odwrotna. To właśnie poganie czczą fałszywych bożków w tym czasie, bo sama natura wskazuje na ten czas, na jego niezwykłość,  ale w sumie to i tak najprawdopodobniej nie ma większego znaczenia. Możemy bowiem zostawić kosmiczną symbolikę na boku. Ja mam bowiem dużo ambitniejszy plan.  Chcę wykazać, że 25 grudnia to jest prawdziwa data nie tylko w oparciu na mistyczno-filozoficzno-symboliczne rozważania, ale także w oparciu  jak najbardziej historyczne fakty.

 

Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że pierwsza wzmianka sugerująca, jakoby daty 6 I i 25 XII były zdeterminowane przez pogańskie święto pochodzi dopiero z dwunastego wieku. Jakaś notka na marginesie komentarzy syryjskiego biblijnego komentatora Dionizosa syna Salibiego mówi, że Boże Narodzenie zostało przeniesione z 6 stycznia na 25 grudnia, by wypadło w dniu święta Sol Invictusa. Nie ma żadnych śladów wskazujących na to, że ktokolwiek wcześniej wyznawał takie teorie. Co więcej, dopiero znacznie później, w XVIII i XIX wieku, w  epoce tak zwanego "oświecenia" rozwinięto tę,  tak dziś popularną ideę.  Ale „popularna” niekoniecznie i nie zawsze znaczy „poprawna”. Zwłaszcza, gdy się wywodzi z "oświecenia".

 

Może wyda się to dziwne, ale obie daty, 25 grudnia i 6 stycznia wynikają z tego samego faktu powiązania dnia poczęcia Jezusa z dniem Jego śmierci. Ojcowie Kościoła po prostu rozumieli, i tak nauczali, że dzień poczęcia naszego Pana jest tym samym dniem, w którym oddał On za nas swoje życie, gdyż śmierć Jezusa na Krzyżu i Jego Zmartwychwstanie było Nowym Stworzeniem, powstaniem zupełnie nowej rzeczywistości. A daty 25 grudnia i 6 stycznia różnią się tylko dlatego, że data śmierci Jezusa w drugim przypadku została po prostu błędnie obliczona.

 

Około roku 200 Tertulian z Kartaginy wyliczył, że 14 Nisan, dzień śmierci Pana Jezusa według Ewangelii Św. Jana odpowiada 25. marca w słonecznym kalendarzu rzymskim. Nieco ponad sto lat później powstał traktat nieznanego autora, „On Solstices and Equinoxes”, („O przesileniach i równonocach”) napisany gdzieś w Północnej Afryce, gdzie możemy przeczytać:

A zatem nasz Pan został poczęty w dniu 25. marca, który to dzień jest dniem Jego męki i dniem Jego poczęcia. Bo dzień Jego poczęcia jest także dniem Jego cierpienia.

Święty Augustyn, pochodzący z Północnej Afryki, zapewne znał ten traktat, bo w swoim dziele „O Trójcy Świętej” napisał:

Przyjmuje się bowiem, że tak poczęcie, jak i męka miały miejsce 25 marca; podobnie jak się przyjmuje, że „nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony" (J. 19, 41) ani przedtem, ani potem, a w którym pochowano Jezusa, jest odpowiednikiem dziewiczego łona, w którym został poczęty i którego nie tknął nikt ze śmiertelnych. Tradycja podaje 25 grudnia jako datę Jego narodzenia. Otóż między tymi dwiema datami upłynęło dwieście siedemdziesiąt sześć dni, czyli sześć razy po czterdzieści sześć dni. A właśnie tyle trwała budowa świątyni i taką liczbę sześciodniowych okresów objęło doskonałe ukształtowanie się ciała Pańskiego, które — zburzone przez mękę i śmierć — po trzech dniach zmartwychwstało. Mówił On bowiem „o świątyni ciała swego" (J. 2, 21), jak tego dowodzi bardzo wyraźne i bardzo mocne świadectwo Ewangelii: „Albowiem jako był Jonasz w żywocie wielkiej ryby trzy dni i trzy noce, tak i Syn Człowieczy będzie w sercu ziemi trzy dni i trzy noce" (Traktat O Trójcy Świętej, Księga Czwarta, V 9)

Na Wschodzie, w „greckim” Kościele, to 6 stycznia był datą narodzin Pana Jezusa.  Różnica  wynikała z tego, że na Wschodzie zamiast uznać dzień 14 Nisan za dzień Męki Pańskiej, uznali, że stało się to 14. dnia pierwszego wiosennego miesiąca (Artemisios) w ich lokalnym, greckim kalendarzu, którego odpowiednikiem w kalendarzu rzymskim był szósty kwietnia. A zatem narodziny Pana Jezusa wypadały im 6. stycznia. Jednak sama idea łączenia Wcielenia ze Stworzeniem Wszechświata była identyczna na zachodzie,  jak i w kościołach wschodnich.

 

Dla nas, żyjących w XXI wieku, łączenie poczęcia Jezusa i Jego śmierci wydaje się czymś nienaturalnym, sztucznym, ale dla antycznych i średniowiecznych chrześcijan było to całkiem naturalne. Widzimy to choćby w sztuce, na przykład w malarstwie Meister Bertrama, który pokazuje nam moment Zwiastowania i w tle Dzieciątko z krzyżem w rączce. Przypomnienie, że poczęcie staje się już obietnicą zbawienia przez śmierć Pana Jezusa.

 

 

Także żydowska tradycja nas uczy, że stworzenie i zbawienie powinno wypaść tego samego dnia. Możemy o tym przeczytać w Talmudzie. Na przykład „Babiloński Talmud” zachował dyskusję między dwoma rabinami z początku drugiego wieku, którzy zgadzają się co do samej idei, ale nie co do daty. Rabin Eliezer mówi: „W miesiącu Nisan świat został stworzony, w Nisan patriarchowie się urodzili, […] i w Nisan będą zbawieni, gdy nadejdzie odpowiedni czas.” Rabin Joshua, z którym rabin Eliezer dyskutował, zgadzał się z samą ideą, ale uważał, że był (i będzie) to następny miesiąc, Tishri.

 

Nie jest więc wcale dziwne, że i Kościół wierzył, że Zwiastowanie, a zatem i Wcielenie miało miejsce w tym samym dniu, co Śmierć Pana Jezusa. Nie jest to oczywiście żaden bezwzględny dowód na prawdziwość daty 25 grudnia, ale  przynajmniej pośrednio potwierdza, że w tej dacie jest coś znacznie więcej, niż zaledwie ochrzczenie pogańskiego święta.

Zachariasz.

Zachariasz, według tego, co nam podaje św. Łukasz w swej Ewangelii, rozdział 1, wersety 5 i 8, był kapłanem „z oddziału Abiasza”. Kapłani służyli w Świątyni według kolejności ustalonej losowo, i „oddział Abiasza” był ósmy w kolejności, jak nam to mówi 1 Księga Kronik, 24, 1-10. Członkowie każdego „oddziału” służyli przez tydzień w Świątyni.

 

Amerykańska Katolicka Encyklopedia z 1917 roku podaje, że dwadzieścia cztery oddziały kapłanów służyły po kolei w Świątyni. Zachariasz, jak wspominaliśmy przed momentem, był w ósmym oddziale.  Świątynia została zniszczona w dniu 9 Ab 70, gdy według rabinistycznej tradycji służył pierwszy oddział kapłanów. Wychodząc z tego punktu i cofając się do tyłu możemy ustalić, że oddział Abiasza służył między 2-9 października. Zatem Elżbieta mogła zajść w ciążę na początku października, a więc gdy Archanioł Gabriel mówił do Maryi:

A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. (Łk 1, 36)

… mógł to być 25 marzec.

 

Powyższe datowanie ma jedną wadę. Polega na tradycji, co do której nie mamy stuprocentowej pewności. Jest to mocna poszlaka, ale jeszcze nie dowód. Jednak i dowód się wkrótce znalazł. Odnaleziono go wśród zwojów w Qumran. Dokument tam odkryty podaje nam bardzo konkretną datę, kiedy wypadała ta służba dla Zachariasza. Był to, według dziś obowiązującego kalendarza, tydzień między 23, a 30 września.

 

Zatem termin ten nie zgadza się zaledwie o tydzień z tym, co wyliczyliśmy wychodząc od daty zburzenia Świątyni. Jednak gdy sobie uświadomimy ogrom działań wojennych w roku 70, to możemy uznać, że walki te trwały co najmniej tydzień i zburzenie Świątyni nie było jakimś konkretnym, jednostkowym momentem, ale musiało być wydarzeniem trwającym w czasie. A  przy takim założeniu mamy doskonałą zgodność dat.

 

Święta Elżbieta mogła zajść w ciążę na przełomie września i października, a zatem 25 marca następnego roku była w już w szóstym miesiącu ciąży. Czyli Ewangelia świętego Łukasza, wraz z dokumentem znalezionym w Qumran potwierdza nam, że data narodzin Pana Jezusa, 25. grudnia, to coś znacznie więcej, niż zaledwie symbolicznie wyznaczony dzień. Dokument ten potwierdza także, że jest bardzo prawdopodobne, że święty Jan rzeczywiście urodził się 24. czerwca.

Nocna straż

Mamy także jeszcze jedną przesłankę za grudniową datą narodzin Pana Jezusa. Święty Łukasz podaje nam bowiem taką informację:

W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. (Łk 2,8)

Wielu egzegetów i historyków przypomina tu, że straż nocną pasterze trzymali tylko w czasie, gdy się rodziły młode jagnięta. Trzeba je było bowiem czyścić i pilnować, strzec przed zmarznięciem i otaczać opieką. A ponieważ owce parzą się zawsze po przesileniu letnim i ich ciąża trwa pięć miesięcy, więc właśnie w okresie grudnia rodzą się młode owieczki i wtedy pasterze „trzymają nocną straż” nad swymi trzodami. Nie jest to niepodważalny dowód, ale jest to kolejna wskazówka, kolejna poszlaka wskazująca na 25. grudnia.

 

Oczywiście dla naszej wiary nie ma to żadnego znaczenia. Narodziny Pana Jezusa obchodzimy w sposób symboliczny. Niczego by to nie zmieniło, gdyby w rzeczywistości narodził się On w jakimkolwiek innym czasie. Ale ja, choć nie jestem zwolennikiem żadnych "spiskowych teorii dziejów", to jakoś nie mogę uwierzyć w to, że jest to jedynie symboliczna data. Jeżeli bowiem i filozoficzne rozważania i teologiczne przemyślenia i badanie starych dokumentów i nawet poznawanie zwyczajów lokalnych hodowców owiec wskazuje na to samo, to dlaczego po prostu nie przyjąć tego za prawdę?

 

Pewnie, że można powiedzieć, że uznajemy okres, gdy zaczyna przybywać dnia za czas narodzin naszego Pana, bo ma to wspaniałą symbolikę, ale czy nie wspanialszą symbolikę ma fakt, że dnia zaczyna przybywać wtedy, gdy narodził się nasz Pan? Kto bowiem był "na początku"?  Son, czy sun? Syn, czy słońce?

 

Ja wierzę, że data 25 grudnia jest czymś więcej, niż „ochrzczonym” pogańskim świętem. Jestem przekonany, że jest to także faktyczna data urodzin naszego Pana. A zatem… Happy birthday, Jesus!

 

PS. Powyższy tekst jest zmienioną wersją rozważań sprzed roku. Trochę poprawiłem, trochę uzupełniłem, ale wnioski i data pozostały takie same. ;-) Wesołych Świąt!

Odsłon: 1177 Komentarzy: 21


A gdzie "TO" jest w Biblii? Spowiedź

Kategoria: Wiadomości Monday, 20 December 2010, 03:22

Wracam do tego cyklu, bo po pierwsze kończy się Adwent, więc dobrze by było przypomnieć sobie o pojednaniu się z Bogiem i bliskimi, a po drugie temat "wyskoczył" na moim forum. Zatem… czy Biblia naucza gdziekolwiek, że ludzie powinni się spowiadać kapłanowi? Czy nie wystarczy się wyspowiadać bezpośrednio Bogu? Czy to wymysł średniowiecznego kleru, który chciał kontrolować wiernych poznając ich tajemnice, czy raczej praktyka wywodząca się jeszcze ze Starego Testamentu? Zobaczmy, co nam o spowiedzi mówi Biblia:

Jeżeli więc kto popełni jedno z tych przestępstw, to niech wyzna, że przez to zgrzeszył. Wtedy przyniesie jako ofiarę zadośćuczynienia dla Pana za swój grzech – samicę spośród małego bydła, owcę lub kozę, na ofiarę przebłagalną. A kapłan dokona przebłagania za jego grzech. […]  W ten sposób kapłan dokona przebłagania za grzech, który tamten popełnił, i będzie mu odpuszczony.  (Kpł 5, 5-6, 10b)

 

Przemówił znów Pan do Mojżesza tymi słowami: Powiedz Izraelitom: jeżeli mężczyzna lub kobieta dopuszcza się jakiego grzechu wobec ludzi, popełniając przestępstwo przeciw Panu, to osoba ta zaciągnie winę. Mają wyznać grzech popełniony i oddać dobro nieprawnie zabrane z dodaniem piątej części temu, wobec kogo zawinili. (Lb 5, 5-7)

 

Nie zazna szczęścia, kto błędy swe ukrywa; kto je wyznaje, porzuca – ten miłosierdzia dostąpi. (Prz 28, 13)

 

Nie wstydź się wyznać swych grzechów i nie zmagaj się z prądem rzeki! (Syr 4,26)

 

I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom. (Mt 9, 2-8)

 

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. (Mk 1, 4-5)

 

Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20, 22-23)

 

Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego. (Jk 5,16)

 

Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. (1J 1, 9)

 

Jeśli ktoś spostrzeże, że brat popełnia grzech, który nie sprowadza śmierci, niech się modli, a przywróci mu życie, mam na myśli tych, których grzech nie sprowadza śmierci. Istnieje taki grzech, który sprowadza śmierć. W takim wypadku nie polecam, aby się modlono. Każde bezprawie jest grzechem, są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci. ( 1J 5, 16-17)

 

Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił na posługę jednania. Albowiem w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania. Tak więc w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień. W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem.  (2 Kor 5, 18-20)

 

Przychodziło też wielu wierzących, wyznając i ujawniając swoje uczynki. (Dz. 19,18)

Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach należy dodać, że nie każdy tu cytowany werset naucza wprost o potrzebie spowiedzi kapłanowi, choć niektóre z nich, jak np. ten z Ewangelii św. Jana, nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do potrzeby ustnej spowiedzi kapłanom. Cytaty ze Starego Testamentu potwierdzają, że jest to stara, odwieczna praktyka. Natura ludzka się nie zmieniła, a Bóg, który nas zna wie, że bez ustnej spowiedzi szybko sami siebie zaczniemy oszukiwać.

 

Cytat z Mateusza mówi o odpuszczeniu grzechów przez Jezusa, ale Duch Święty natchną autora, by użył liczby mnogiej mówiąc, że "tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom". Także warto zwrócić uwagę na cytat z Listu do Koryntian, bo jest on często pomijany w apologetycznych dyskusjach na temat spowiedzi. A św. Paweł tam mówi ważne słowa, mianowice, że "w imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień."  Oczywiście napominać można czyjeś przewinienia, a te trzeba najpierw poznać. Nie przez plotki i donosy. Kontekst mówi o "posłudze pojednania", która jest zadaniem apostoła.

 

Są też dokumenty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, Didache z pierwszego wieku, ( XIV. 1. W dniu Pana, w niedzielę, gromadźcie się razem, by łamać chleb i składać dziękczynienie, a wyznawajcie ponadto wasze grzechy, aby ofiara wasza była czysta), św. Ireneusz  w roku 180, Orygenes i św. Cyprian w trzecim wieku i wiele innych pokazujących, że sakramentalna spowiedź była częścią naszej wiary od samego początku. To jednak już nie należy do naszego cyklu, który ma jedynie być narzędziem i pomocą dla tych, którzy za pomocą Biblii muszą uzasadnić naukę Kościoła Katolickiego.

 

Więcej notek z cyklu "A gdzie TO jest w Biblii" można znaleźć idąc do spisu treści mojego bloga, czyli do www.jaskiernia.org

Odsłon: 1077 Komentarzy: 20


Bella

Kategoria: Pro life Friday, 17 December 2010, 19:08

Skoro okazało się już, że ja nie tyle jestem apologetą, co raczej krytykiem filmowym, to z rozpędu zamieszczę parę uwag o innym filmie, który, słyszalem, wszedł właśnie na ekrany wybranych kin w Polsce. W Stanach oglądaliśmy go trzy lata temu i wtedy napisalem o nim kilka słów. Dziś zatem, bez większych poprawek, przypomnę tamte przemyślenia:

 

"Dużo wszyscy narzekamy, że nasz świat schodzi na psy. Wizerunek naszej rzeczywistości, jaki odbieramy z programów telewizyjnych, seriali, filmów, wiadomości agencyjnych i opowiadań znajomych raczej nie nastręcza optymistycznie. Czasem mamy wrażenie, że cała kultura chrześcijańska to już wymarła, odległa przeszłość.

 

Gdy masz wielki rodak, Karol Wojtyła, papież Jan Paweł Wielki odszedł do domu Pana, wszyscy byliśmy świadkami czegoś niesamowitego. Okazało się nagle, że on nawet po śmierci był w stanie zjednoczyć nas wszystkich. Albo raczej należałoby powiedzieć, że bardziej nawet po śmierci, niż za życia. I to nie tylko katolików, nie tylko chrześcijan, ale zjednoczył wszystkich ludzi. Jednak taka sytuacja nie trwała długo. Była ona zbudowana raczej na uczuciach, niż na wewnętrznych przekonaniach i woli, więc jak uczucia żalu za tym wielkim Polakiem osłabły, przepadła także ta jedność. Wróciliśmy do naszej neopogańskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której nasze postawy wobec życia są tak negatywnie kreowane przez popkulturę. Kreowane, nie odzwierciedlane, bo życie nigdy nie jest aż takie złe, jak je obrazują filmy. Jednak te filmy powodują powolne głupienie odbiorców, otępienie i wzrost obojętności na zło, czy na niemoralne zachowania.

 

Ilekroć powracam do Sienkiewicza, Trylogii, Krzyżaków, czy nawet noweli i „W pustyni i w puszczy” zawsze najbardziej zdumiewa mnie jak bardzo są jego książki przepełnione Bogiem. Ale to nie wynika wcale z tego, że był on kimś szczególnie religijnym. To samo można zauważyć i w innych powieściach z tamtego czasu. Po prostu wiara była nieodłączną, integralną częścią życia ludzi. Teraz, obawiam się, już tak nie jest. A przynajmniej nie widać tego w większości książek i filmów. Jednak zamiast narzekać, że jest tak, jak jest, można zacząć robić coś pozytywnego. Można zacząć kreować inny obraz rzeczywistości. W końcu ludzi głęboko wierzących, ludzi, dla których Bóg ciągle jest Kimś najważniejszym w życiu, nie brakuje. Jest nas miliony. I na tych milionach można także zarobić sporo pieniędzy. Udowodnił to chociażby Mel Gibbson kręcąc film o Męce Pana Jezusa.

 

Wczoraj byłem w kinie. Z powodów, jakie podałem wyżej, nie chodzę często do kina. W ostatnich latach widziałem dosłownie kilka filmów. Pasję, Opowieści z Narnii, Egzorcyzmy Emilii Rose, Władcę Pierścieni. Może jeszcze jeden, czy dwa. Wczoraj jednak zobaczyłem film współczesny. O życiu normalnych Nowojorczyków. Z gatunku, który można by określić „romantyczną komedią”, choć może „komedia” nie będzie tu odpowiednim słowem. Film ma parę zabawnych scen, ale nie jest to film mający nas rozśmieszać. Raczej wzruszać. I to robi doskonale. Oglądając ten film nie raz ryczałem jak bóbr.

 

Film ten jest bowiem przede wszystkim historią miłosną. Ale miłość w tym filmie bardziej przypomina „agape” niż „eros”. Co prawda film jest także o tym, co zrobić, gdy nagle okazuje się, że jesteśmy w ciąży, a w ciążę nie zachodzi się przez „agape”, ale film nie jest o seksie. Film mogą oglądać nawet dzieci. Film jest o rodzinie, o przyjaźni, o miłości braterskiej i o świętości życia poczętego. Nie chcę tu opowiadać filmu, bo mam nadzieję, że będzie on dostępny w Polsce. Nie chcę zepsuć nikomu przyjemności oglądania. Mam bowiem nadzieję, że każdy kto będzie mógł, zobaczy ten film. Naprawdę warto.

 

Warto dlatego, że jest to po prostu dobry film. Dobrze nakręcony, dobrze wyreżyserowany, z dobrymi aktorami. Jest zabawny i wzruszający. I jest tak bardzo katolicki. Nie w sensie mówienia kazań. Nikt tam nawet nie wspomina Boga, wiary. Ale w sensie codziennego życia w czymś, co nazwałbym „kulturą katolicką”. Bohaterowie filmu są pochodzenia latynoamerykańskiego. Są więc katolikami. I to widać w tym filmie kilka razy. Nie przez przypadek, jest to założone przez producentów filmu. Na szyi głównego bohatera można dostrzec szkaplerz. Gdy siedzi w poczekalni kliniki aborcyjnej, odmawia trzymany w rękach różaniec. W domu jego rodziców na ścianie widać obraz Matki Bożej z Guadalupe. Przed posiłkiem odmawiają modlitwę. To przecież niewiele, może ktoś powiedzieć, ale z drugiej strony tak dużo.

 

To tak, jak w powieściach Sienkiewicza. Przecież jego książki nie są religijne, ale jego bohaterowie cię modlą, śpiewają godzinki, spowiadają się, chodzą do kościoła. To była część ich życia. W filmie „Bella” także widzimy tylko momentami takie rzeczy, ale są one jak powiew świeżego powietrza. Film ten bowiem pokazuje dom, rodzinę, która jest… jak mój dom, jak moja rodzina. Pokazuje coś zupełnie innego niż taką „rzeczywistość”, jaka istnieje w serialach telewizyjnych.

 

Niedawno przeczytałem w felietonie pana Kucharczaka w Gościu Niedzielnym, że od czasu legalizacji aborcji w Wielkiej Brytanii zabito tam siedem milionów dzieci. W Stanach zabito ich ponad 40 milionów. To są niewyobrażalne ilości. Może przez to, że jest ich tak wiele, zupełnie zobojętnieliśmy na ich wymowę. I to jest także powód, dla którego każdy powinien zobaczyć ten film. Film ma tytuł „Bella”. Ciepły, mądry, wzruszający i bardzo dobry film. O rodzinie, o miłości, o przyjaźni, czyli o tym, co w życiu najważniejsze. Film, który każdy człowiek powinien zobaczyć. Zwłaszcza młody człowiek. Zwłaszcza młoda dziewczyna. Serdecznie go polecam."

 

Hiob, 29 Xi 2007

Odsłon: 1292 Komentarzy: 16


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.