Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

"Halloween" - "Hallowe'en" - "All Hallows Even"

Kategoria: Kultura Sunday, 31 October 2010, 22:54

Piszę te słowa w dniu znanym jako "Halloween", gdzie to dzieci poprzebierane w różne przerażające, czy może raczej rozbawiające i wzbudzające uśmiech duchy, strachy i wampiry chodzą od domu do domu, żebrząc o cukierki i inne łakocie. Święto to wzbudza spore kontrowersje i wielu chrześcijan jest oburzonych i przerażonych tym zwyczajem, co roku wytaczając działa ciężkiego kalibru do walki  z tym potwornym, ich zdaniem, złem.

 

Ja jednak chciałbym spojrzeć na ten zwyczaj troszkę inaczej. Przede wszystkim warto przypomnieć, że sama nazwa tego święta oznacza po prostu "wigilia dnia Wszystkich Świętych". Skoro jutro (czy raczej w Polsce już dziś) jest dzień Wszystkich Świętych, to naturalnie w dniu poprzedzającym jest jego wigilia, po angielsku "eve". Tak, jak np. Wigilia Bożego Narodzenia to  Christmas Eve.

 

Oczywiście sama nazwa święta pochodzi ze staroangielskiego, więc znajomość dzisiejszego języka pomaga tu jedynie w ograniczonym zakresie, ale i on zachował w pewnych tradycyjnych formułach, nazwach, czy modlitwach stare słownictwo. I tak na przykład początek Modlitwy Pańskiej, którą odmawiamy w czasie liturgii, po angielsku brzmi tak:

Our Father who art in heaven, hallowed be thy name.

"Hallowed be thy name" oczywiście oznacza "Święć się Imię Twoje". Słowo "hallow" ma to samo źródło i znaczenie co "holy", "święty", a dzisiejszy dzień choć znany nam jest teraz jako "All Saints' Day",  w staroangielskim znany jest jako "All Hallows Day".

 

No dobrze, ale co to ma wspólnego z przebierańcami, cukierkami i duchami chodzącymi po ulicach miast w anglosaskim świecie? I coraz częściej przenikającymi do światów innych? Niewiele. Chyba tylko tyle, że dziś nasza wioska jest naprawdę globalna i gdy ja kichnę w mojej ciężarówce na Zachodnim Wybrzeżu USA, to mi "na zdrowie" mówi kilkadziesiąt osób na całym świecie, podróżujących wirtualnie ze mną po Ameryce.

 

Dziś kalendarz liturgiczny został zastąpiony przez kalendarz ustalany przez handlowców, a ci każdego miesiąca potrzebują czegoś, by zapełnić sklepy klientami. Zatem taka okazja jak Halloween nie mogła być przeoczona. Setki tysięcy ton cukierków, miliony kostiumów, sztucznych i prawdziwych dyń, wszystkie te kościotrupy, dziurawe prześcieradła udające duchy, te czaszki, diabły i wampiry dadzą kolejny zastrzyk gotówki zarówno dla właścicieli wielkich sieci sklepów, jak i właścicieli skromnych stoisk i kiosków.

 

Wystarczy zobaczyć co się dzieje wokół cmentarzy w Polsce. Toż to są przecież jakieś centra handlowe, sprzedające wszystko od zniczy po kiełbaski z rożna. Ale w anglosaskim kręgu kulturowym nie ma zwyczaju odwiedzania grobów w tym dniu, więc trzeba było obmyślić coś innego. I nie twierdzę wcale, że to był jakiś celowy zamysł opracowany przez doskonałego stratega z wizję. To się po prostu "zrobiło".

 

A co z tą pogańską stroną zwyczaju? Czy mnie nie oburza? Ani trochę. Dlaczego? Bo musiały by mnie także oburzyć inne zwyczaje, które przecież są tak piękne i tak polskie. Malowanie jajek na Wielkanoc, ubieranie drzewek, kolędnicy chodzący od domu do domu, poprzebierani także w jakieś wilkołaki, diabły i inne potwory… Czym to się różni od tych dzieciaków poprzebieranych za duchy?

 

Takie tradycje są piękne. Dzięki nim świat jest kolorowy. A ideologia? Cóż. Ideologia jest taka, jaką sami nadamy tym wydarzeniom. Kolędnicy chodzą głosząc Dobrą Nowinę. Moje dzieci, gdy chodziły w czasie Halloween z innymi maluchami, miały okazję poznać naukę o duszach czyśćcowych, o świętych w Niebie, o piekle i szatanie. Dobry pretekst, by zacząć domową ewangelizację i nauczyć je czegoś o prawdziwym Królestwie i o realiach otaczającego nas, niewidzialnego świata.

 

Pewne zwyczaje powstają, zdobywają popularność, inne odchodzą w zapomnienie. Znaczenie i symbolika tych zwyczajów także się zmienia. Ale to tylko od nas zależy jaka ona jest. Powie ktoś, że nie mamy szans konkurować z Hollywood, z filmami grozy, które oglądają miliony, gdy tymczasem prawdziwa nauka Kościoła jest znana coraz mniejszej ilości osób? Odpowiem na to: Jeżeli to prawda, to jedyne, co nam pozostaje, to zmienić ten stan rzeczy. Gdy się nam to uda (a uda się na pewno), Halloween przestanie się kojarzyć z pogańskimi, czy wręcz satanistycznymi zwyczajami, a zacznie być kojarzony z Dniem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym. Tak, jak to powinno zawsze być.

 

 

Odsłon: 1280 Komentarzy: 54


Wybory, wybory...

Kategoria: Polityka Wednesday, 27 October 2010, 07:27

Nie nasiedziałem się w domu. Po podróży do Oregonu i z powrotem, dziesięć  tysięcy kilometrów w dziesięć dni, myślałem, że odpocznę  trochę. Nic z tego. Na drugi dzień po przyjeździe kolejny ładunek i znowu przede mną trasa do Oregonu i Waszyngtonu.

Image Hosted by PicturePush

Zanim jednak ruszyłem w drogę, we wtorek rano poszedłem na Mszę. Czytania, jak zawsze, bardzo interesujące. W końcu to sam Bóg w Biblii przemawia do nas. Święty Łukasz przytacza nam ślowa samego Jezusa:

Z czym mam porównać królestwo Boże? Podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż wszystko się zakwasiło. (Łk 13, 20b-21)

Moja żona piecze w domu chleb od dwóch lat. Wtedy właśnie, za stroną chleb.info.pl zrobiła zaczyn, czy też zakwas i do dziś go używa. Trzeba go tylko czasami dokarmiać.

Image Hosted by PicturePush

My się kochamy bać. Martwimy się tym, co trzeba i tym, czym nie trzeba. A tymczasem potrzeba tylko odrobina zaczynu. Być może ktoś, z kim porozmawiamy jutro, jakiś młody człowiek, za dwadzieścia lat będzie następnym prezydentem? I być może dzięki rozmowie z nami będzie pierwszym prezydentem, którego wybierzemy nie jako "mniejsze zło", ale jako prawdziwe dobro?

Image Hosted by PicturePush

Czasem niektórzy oskarżają mnie o to, że nic nie rozumiem i że bez sensu przygaduję tym, którzy widzą rozwiązanie problemów na drodze politycznej. Tymczasem wcale to nie jest prawda. Zawsze podkreślałem, że uczestnictwo w życiu politycznym jest obowiązkiem każdego chrześcijanina. A jeżeli ktoś może, ale nie chce głosować w wyborach, popełnia, moim zdaniem, grzech. Czasem może to być nawet grzech ciężki. Jednak gdy czytam takie bzdury, jak pewien komentarz na mój komentarz pod pewną notką na Frondzie przestaję być optymistą. Albo raczej przestałbym nim być, gdybym swą nadzieję pokładał w ludziach:

Wszystko,dosłownie wszystko zalezy,cz w pore PIS dojdzie do wladzy.Inaczej-KRWAWA OTWARCIE dyktatura i WIELE krwi i niszczenia ludzi.A co hiopek-Pis nie zmieni wszystkiego.WSZYSTKIEGO ? I juz wszystko jasne.Pamietaj .Bez PISU -NIC,lub coraz mniej.To widzisz.A wtedy Przychodzi meda i ci medzi w glowie.[…]

Polacy,wbrew hiopkom, nie wybraliby tuskow ani komorowskich bez OGROMNYCH pieniedzy finansujacych agentury ,przesylanych z Moskwy i z Berlina.(pomijam inne zrodla,ktorych nie brak.w koncu polska jest obecnie wszedzie uwazana za-do wziecia). […]

DLATEGO.JEDYNA NASZA SZANSA to ogromne zwyciestwo PISU,takie jak FIDESZu na Wegrzech.

Przebrala sie miarka ,glosujemy na jarka.

Gdy tak myślą nasi sprzynierzeńcy, po co nam wrogowie? Pominąwszy już całe to niechlujstwo wpisu, którego wręcz nie sposób zrozumieć, zdumiewa głupota, czy może naiwność jego autora. Czy on naprawdę uważa, że to jest nasza jedyna szansa?

Image Hosted by PicturePush

W Stanach wybory są zawsze we wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. I nie pytajcie mnie czemu nie mogą być po prostu w pierwszy wtorek listopada. To byłoby zbyt prostackie. Taki termin wymyśliłby co najwyżej jakiś kierowca. Politycy, prawnicy zawsze muszą wymyślać coś znacznie bardziej "mądrego". Zatem najwcześniejszy termin wyborów to jest 2. listopad i tak będzie i w tym roku.

Image Hosted by PicturePush

Ponieważ wybory są rzeczą ważną, nie ma jakiś szczególnych powodów, by nie ułatwić ich maksymalnie. Dlatego w USA popularną formą są wcześniejsze głosowania. Bardzo przydatne dla takich osób jak ja. W najbliższy wtorek zapewne będę na Zachodnim Wybrzeżu, zatem poszedłem głosować teraz. Nie trzeba podawać żadnych przyczyn, tłumaczyć się, pisać podań. Wystarczy się pokazać, podać swoje nazwisko i oddać głos.

Image Hosted by PicturePush

Głos zatem oddany, choć jestem daleki od twierdzenia, że "Republikanie", czy rodząca się "Tea Party" są naszą jedyną nadzieją. Naszą jedyną nadzieją jest Bóg. Nic zatem dziwnego, że coroczna akcja "40 dni dla życia" akurat kończy się 1. Listopada, w przeddzień wyborów. Nie wiem, czy to było założenie jej organizatorów, czy nie, ale wiem, że nie był to przypadek.

Image Hosted by PicturePush

Pewne złe duchy można wypędzić tylko modlitwą i postem. Nie PiSem, nie Jarkiem, nie Republikanami. To jest walka o dusze, nie o stołki w parlamencie. I choć ważne jest, by w tym parlamencie mieć jak najwięcej sojuszników, to dopóki nie wygramy wojny o dusze naszych rodaków, przewaga głosów partii, z którą sympatyzujemy da naprawdę bardzo niewiele.

Image Hosted by PicturePush

Jasne, że każdy z nas ma obowiązek mądrze głosować. Mądrze wybierać. Gdy nie ma kandydatów idealnych, trzeba wybierać "mniejsze zło". Ale nie można na tym poprzestać. Naszym celem musi być całkowite zwycięstwo. To znaczy, że naszym celem musi być albo stworzenie zupełnie innej partii, albo odmienienie tych partii, które już się na scenie politycznej znajdują. I w systemie politycznym jaki obowiązuje zarówno w Polsce, jak i w USA można to jedynie zrobić przez oddawanie głosów na odpowiednich kandydatów. A kandydaci będą odpowiedni, gdy się za nich będziemy modlili.

Image Hosted by PicturePush

Komentator, którego cytowałem pisze o ogromnych pieniądzach. Zapewne ma rację. Jednak nie jest przecież tak, że nikt o PiSie i o panu Kaczyńskim nie słyszał. Nie jest tak, że ludzie nie mają dostępu do informacji o jego poglądach i o programie jego partii. (o ile w ogóle można tu mówić o jakimkolwiek programie. Pomińmy jednak złośliwości, bo "po sprawiedliwości" u partii rządzącej jest z tym równie źle). Nie ma jednak takich pieniędzy, które by mogły sfinansować kampanię reklamową  pro-aborcyjnego kandydata, aby mogła mnie ona przekonać do niego. To chyba oczywiste, prawda? A dlaczego? Bo ja po prostu nigdy nie zagłosowałbym na nikogo popierającego aborcję.

Image Hosted by PicturePush

Niezależnie od tego ile mi obieca kiełbasy wyborczej, nie otrzyma mojego głosu. Chodzi tu bowiem o pewne zasady. Uważam aborcję za morderstwo i nie będę popierał polityków, którzy morderstwa promują, finansują i wmawiają mi, że jest to "prawo gwarantowane przez konstytucję". Morderstwa, dodajmy, na najniewinniejszych osobach, które są, wydawałoby się, w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Pod sercem matki.

Image Hosted by PicturePush

Na tej podstawie twierdzę, że jedyną drogą jest droga odmiany serc. Droga wyrzeczeń i postów. Popatrzcie na ten chlebek na zdjęciu powyżej. Czy naprawdę tak trudno byłoby przez dwa dni w tygodniu pościć o chlebie i wodzie? To się da zrobić. Tak się robiło przez wieki. Skończyło się poszczenie, skończyło się modlenie i… skończyła się chrześcijańska cywilizacja. "Paciorek" wieczorem, najlepiej na leżąco, po kołderką i to tylko wtedy, gdyi się go nie zapomni i łosoś w piątek, jeżeli się pamięta, to jeszcze nie jest modlitwa i post.

Image Hosted by PicturePush

Pierwszy zakwas zrobiony dwa lata temu daje owoce w postaci wspaniałego chleba przez lata. Co więcej, zakwas ten został "posłany w świat". Kilka przyjaciółek żony także piecze teraz domowy chleb. A każdy, kto go spróbuje, zachwyca się, bo my już nie pamiętamy jak smakuje chleb bez przyspieszaczy, polepszaczy, konserwantów, drożdży z fabryki i całej tej chemii. A gdy się już zachwyci, prosi o przepis i odrobinę zakwasu.

Image Hosted by PicturePush

My musimy być takim zaczynem. Nikt nie zrobi tego za nas. I nie traćmy ducha. Nie wiemy, jakie łaski czekają ludzkość. Nie wiemy kiedy nas Bóg zaleje ich strumieniami. Święty Paweł nas uczy:

Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska, aby jak grzech zaznaczył swoje królowanie śmiercią, tak łaska przejawiła swe królowanie przez sprawiedliwość wiodącą do życia wiecznego przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. (Rz 5, 20b-21)

Boga nie zaskoczyły dzisiejsze czasy. On o nich wiedział przed stworzeniem Wszechświata. Zatem z pewnością  ma On doskonały plan. Plan pewny i zwycięski, jednak wymagający naszej kooperacji. Bóg bowiem zawsze wymaga od nas kooperacji. Jednak, zapewniam Was, plan ten nie polega na zwycięstwie wyborczym PiSu, czy też Republikanów. Plan Boga można znaleźć w Biblii, nie w programach politycznych partii i stronnictw. I choć ważne jest, by każdy głosował i to głosował mądrze, to każdy musi sobie zdać sprawę z tego, że to jest jedynie nasz  obywatelski obowiązek. Natomiast w walce z kudłatym zwycięstwa odnosi się nie przy urnach wyborczych, ale na kolanach przed Najświętszym Sakramentem.

Image Hosted by PicturePush

Bo przecież jest możliwe, że kiedyś pójdziemy głosować nie na "mniejsze zło", ale na "większe dobro". Jest możliwe, że trudno będzie wybrać kandydata, bo wszyscy będą doskonali. By się to jednak stało, musi każdy z nas wreszcie zacząć serio walczyć. Taką bronią, która jest skuteczna, której nasz wróg się boi, a nie pyskówkami i obrzucaniem się epitetami na forach, blogach i "realu" też.

Image Hosted by PicturePush

Odsłon: 1066 Komentarzy: 37

Jedność najwyższym dobrem? Asyż w Gdańsku 2010

Kategoria: Kościół Tuesday, 26 October 2010, 06:17

Jutro  odbędzie się coroczne spotkanie "Asyż w Gdańsku 2010". Pewnie bym o tym nie pamiętał, gdyby nie notka pastora Bartosika sprzed kilku dni. Notka ta i komentarze pod nią sprowokowały mnie do podzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami na ten temat.

 

Jedność najwyższym dobrem?

Pastor Bartosik podaje, że przed dwoma laty był zaproszony do uczestnictwa w tym spotkaniu, jednak, jak sam pisze

musiałem jednak grzecznie odmówić podając powody, dla których jako chrześcijanin nie powinienem i nie chcę angażować się w modlitwę w "duchu Asyżu".

Ja jednak nie mam tu ani ambicji, ani ochoty, ani czasu na dogłębną analizę całego wpisu pastora, z którym zresztą częściowo się zgadzam.   Dziś zajmę się jedynie jednością chrześcijan.

 

Pastor Paweł pisze:

Reformacja była podziałem Kościoła. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jednak błędnie byśmy ją ocenili gdybyśmy stwierdzili, że jedność jest wartością absolutną i z powodu jej rozdarcia reformacja była grzechem. Jedność nie jest wartością samą w sobie. Nie każda jedność podoba się Bogu. Np. budowa wieży Babel, jedność Kościoła w wyznawaniu fałszywej doktryny, zjednoczenie wszystkich religii, zacieranie różnic między kobietą a mężczyzną – nie mają nic wspólnego z Bożym upodobaniem.

No proszę, jaka piękna manipulacja. Pewnie nie do końca świadoma. Nie posądzam pastora o złą wolę. On pewnie wierzy w to, co napisał. Jednak to, co napisał nie ma zupełnie sensu.

 

Zgadzamy się wszyscy, że reformacja była podziałem Kościoła. Zgadzamy się także, że jedność nie jest wartością absolutną. Nie mogę się jednak zgodzić z wyciągnięciem z tych stwierdzeń wniosku, że rozdarcie Kościoła grzechem nie było. Na poparcie tych słów warto choćby przypomnieć słowa Jezusa zapisane w Ewangelii wg. św. Jana:

Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. (J 17, 20-23)

Oczywiście przypuszczam, że pastor Bartosik kiedyś czytał tę Ewangelię. Być może dlatego pisze on dalej:

Spójrzmy na istotę samego Boga. Bóg jest jeden. Jednocześnie istnieje w Trzech Osobach, które są odrębne względem siebie. Ojciec nie jest Synem, Syn nie jest Duchem. Jedność i rozróżnienie składają się na samą istotę Bożej natury. Ma to odzwierciedlenie w opisie stwarzania świata, w którym Stwórca oddziela wody pod sklepieniem od wód nad sklepieniem, jeden dzień od pozostałych sześciu, człowieka od reszty stworzenia, (i później) Izrael od reszty narodów, kościół od przedstawicieli innych religii, filozofii, sposobów życia. Jedność i rozróżnienie są tak samo ostateczne w istocie Boga. Chcąc być wiernymi wobec Jego natury i zamysłów musimy podtrzymywać, a nawet zabiegać o pewne rozróżnienia tam gdzie są one zacierane – zniekształcając Boże objawienie i zamysły.

Bardzo zręcznie.  Jeden Bóg, Trzy Osoby. Jeden Kościół, czterdzieści tysięcy denominacji. Zamysł Boży? Nie sądzę. Problem bowiem polega na tym, że Bóg choć rzeczywiście jest Trójcą, to Jego Wola jest jedna. Doskonała, bez skazy. Syn Boży nie naucza nas czego innego, niż Ojciec, a ten nie zaprzecza Duchowi Świętemu.

 

Różnorodność? dlaczego nie. Jestem jak najbardziej za bogactwem form. Nie jesteśmy klonami, każdy do Boga zmierza inną drogą. I dlatego mamy w Kościele różne duchowości. Franciszkańską, karmelitańską, mamy jezuitów i dominikanów, ale mamy jedną prawdę, jedną naukę. Tym się różnią duchowości w ramach katolicyzmu od rozbicia wśród chrześcijan po Lutrze. Reformacja spowodowała, że do nauki Jezusa zakradł się błąd, a tego nie można nazwać już Zamysłem Bożym i Jego Wolą. To nie było działanie Ducha Świętego. Rozbicie Kościoła to już zupełnie inny duch.

 

Gdy nasz Pan dyktował świętej Faustynie słowa Nowenny, w piątym dniu kazał jej zapisać takie słowa: (Aż niemalże wstyd je podawać. Czy Pan Jezus nic nie słyszał o politycznej poprawności? O tolerancji i o tym, że nie wolno ranić czyichś uczuć?)

Dziś sprowadź mi dusze heretyków i odszczepieńców, i zanurz ich w morzu miłosierdzia Mojego; w gorzkiej męce rozdzierali mi ciało i serce, to jest Kościół mój. Kiedy wracają do jedności z Kościołem, goją się rany Moje i tym sposobem ulżą mi męki.

I jeszcze ten przykład z wieżą Babel, o którym wspominał pastor Paweł. Parę słów wyjaśnienia, bo chyba nie każdy rozumie ten incydent. W moim "Spacerku po Biblii", który jest tu, na blogu Frondy, napisałem o tym epizodzie:

Przyjrzyjmy się epizodowi z wieżą Babel. Księga Rodzaju 11:4 mówi: „…zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak…” Znowu uwaga: W hebrajskim oryginale nie jest „znak”, tylko „szem”, „imię”, a zatem znowu Tysiąclatka przetłumaczyła to bez sensu. Albo przynajmniej ukrywając jeden z sensów tego zdania.  Znacznie lepiej tłumaczą ten werset Biblia Gdańska i  Biblia Warszawska:

 

Potem rzekli: Nużeż, zbudujmy sobie miasto i wieżą, której by wierzch dosięgał do nieba, a uczyńmy sobie imię; byśmy się snać nie rozproszyli po obliczu wszystkiej ziemi. (BG)

 

Potem rzekli: Nuże, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi! (BW)

 

Czyli powinno być: „…uczyńmy sobie imię…”. Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że ten epizod opisuje znowu rebelię przeciw Semowi. Ludność ziemi znowu postanowiła zbudować sobie królestwo oparte na potędze militarnej i ekonomicznej, przyjąć swoje własne imię i zbuntować się przeciw Szemowi i jego królestwu opartemu na oddaniu się prawdziwemu Bogu. Tak jak Cham chciał obalić władzę swego ojca i pierworodnego syna Sema i ustanowić swoje Imię, to samo ludzkość robi teraz. Znowu ludzkość osiągnęła podobny stan, jak przed potopem. Tylko, ze Bóg już nie może podjąć tak drastycznych środków jak wtedy, bo przysiągł, że tego nie uczyni. Cóż więc teraz zrobi? Pomieszał języki ludzi, aby nie mogli się już tak zjednoczyć w złym działaniu, i postanowił przez Abrahama przynieść zbawienie wszystkim ludziom.

Polskie przysłowie mówi, że "zgoda buduje, niezgoda rujnuje". W Ameryce mamy bardzo podobne: "United we stand, Divided we fall". Bardzo popularny "bumper sticker", nalepka na samochód. Także motto stanu Kentucky i napis na fladze stanu Missouri.  Bo to jest po prostu prawda. Bóg nie przeciwstawił się więc jedności jako takiej. Bóg zapobiegł zjednoczeniu się ludzi w celu zrobienia zła. Ktokolwiek bowiem jest zjednoczony, osiąga przewagę. Gdy zło się jednoczy, a chrześcijanie i ludzie dobrej woli walczą ze sobą, jest oczywiste kto wtedy korzysta.

 

Na koniec przypomnę słowa Apostoła, na cześć którego zapewne rodzice pastora Bartosika nadali mu imię Paweł:

Doniesiono mi bowiem o was, bracia moi, przez ludzi Chloe, że zdarzają się między wami spory.  Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa.  Czyż Chrystus jest podzielony? (1 Kor 1, 11-13a)

Asyż w Gdańsku 2010

 

To tyle o jedności. Wróćmy do samego wydarzenia. Nie jest to "spotkanie ekumeniczne". Nie jest to ewangelizacja, choć z pewnością jest to okazja do dania świadectwa wiary. Jest to jedynie spotkanie ludzi dobrej woli różnych wyznań, którego celem jest modlitwa o pokój.

 

Spotkanie w Gdańsku organizują franciszkanie. Nie każdy wie, że w piątej wyprawie krzyżowej uczestniczył święty Franciszek i osiągnął więcej, niż całe zastępy rycerzy. Tylko dzięki niemu dziś można spotkać w Ziemi Świętej przedstawicieli zachodniego chrześcijaństwa. Bo tylko na franciszkanów zgadzają się i muzułmanie i żydzi i ortodoksyjni chrześcijanie.

 

Święty Franciszek zawsze nauczał, że wojna, przemoc jest złem i że czasem trzeba milczeć, by nie zrazić ludzi o innych poglądach. Czasem jedyna możliwa, a zatem najlepsza ewangelizacja to po prostu być i dać przykład miłości bliźniego. Nic dziwnego zatem, że to franciszkanie organizują te spotkania, których protoplastą było spotkanie przed laty w Asyżu, z inicjatywy Jana Pawła Wielkiego.

 

W Kazaniu na Górze, tym streszczeniu całej Ewangelii, Jezus powiedział słowa:

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. (Mt 5,9)

Gdy później posyła uczni, daje im taką instrukcję:

A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was! Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu. (Mt 10,11-15)

Bóg osądzi tych, którzy myślą, że przemocą  można bronić się przed tymi, którzy głoszą Dobrą Nowinę. Nie znaczy to jednak wcale, że ci, którzy ją głoszą mają prawo tę przemoc stosować. I nie musi to być miecz. Słowa czasem ranią bardziej od stali. Czasem potrafią zabić.

 

Chrześcijaństwo jest religią pokoju, religią miłości. I spotkania w tym duchu są wspaniałą ideą, biblijną, zgodną z nauką Jezusa. A że każdy się modli do innego Boga, czy wręcz jakiś bożków i duchów? No cóż… a do kogo mają się modlić poganie? Modlą się do tego, kogo uważają za Prawdziwego Boga. I dopóki nie przestaną kojarzyć chrześcijan z tymi, którzy im ucinają głowy, nie uwierzą, że Bóg Chrześcijan jest Bogiem Prawdziwym, Bogiem Miłości.Takie spotkania mogą zatem coś tu zmienić.

 

Święty Paweł poszedł do pogan, Greków i Rzymian. Albo raczej był posłany.  Nie po to, by im ucinać głowy (to raczej oni jemu ją ucięli), ale by opowiedzieć im o prawdziwym Bogu:

Paweł burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków. Rozprawiał też w synagodze z Żydami i z bojącymi się Boga i codziennie na agorze z tymi, których tam spotykał. Niektórzy z filozofów epikurejskich i stoickich rozmawiali z nim: Cóż chce powiedzieć ten nowinkarz – mówili jedni, a drudzy: – Zdaje się, że jest zwiastunem nowych bogów – bo głosił Jezusa i zmartwychwstanie. Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, i zapytali: Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaką to nową naukę głosisz? […] Mężowie ateńscy – przemówił Paweł stanąwszy w środku Areopagu – widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: "Nieznanemu Bogu". Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając. Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką. […]  Jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: Posłuchamy cię o tym innym razem. Tak Paweł ich opuścił. Niektórzy jednak przyłączyli się do niego i uwierzyli. Wśród nich Dionizy Areopagita i kobieta imieniem Damaris, a z nimi inni. (Dz 17)

Może to powinno być naszym przykładem? Areopag był pogańskim miejscem. Miejscem kultu bożków. A jednak Paweł, wspólnie z innymi, głosił tam swą religię. I jak zarejestrował to święty Łukasz, "niektórzy uwierzyli".

 

Co więcej, święty Łukasz zanotował, że Paweł "burzył się wewnętrznie". Jednak nie zbojkotował nikogo, nie zniszczył żadnego bożka. Okazał Grekom szacunek. Spotkał ich tam, gdzie byli, wykorzystał ich wierzenia i na nich budował swą naukę. Nie odniósł wielkiego sukcesu, prawda. Jednak zasiał ziarno. A i owoce pewne uzyskał, więc radość w Niebie była wielka. Najwyraźniej jednak pastor Bartosik, podobnie jak wielu katolików (sądząc po komentarzach pod jego wpisem) uważa, że trzeba tak, jak Żydzi, odgrodzić się od innych, nieczystych, oddających cześć pogańskim bożkom.

 

I tylko należy się cieszyć, że nie wszyscy tak myśleli tysiąc lat temu, bo pewnie do dziś byśmy oddawali cześć Światowidowi. Ale dzięki misjonarzom myślącym tak, jak święty Franciszek, dzięki świętemu Wojciechowi, patronowi Polski, który zapłacił za to najwyższą cenę, znamy dziś Prawdziwego Boga. Zatem to my teraz mamy obowiązek iść i głosić Dobrą Nowinę. Najpierw jednak musimy pokazać, że chrześcijaństwo jest religią pokoju. Inaczej skazani będziemy już na początku na porażkę.

Odsłon: 891 Komentarzy: 19


Wszechwiedza Boga, wolna wola i słabości naszego intelektu.

Kategoria: Ogólne Thursday, 21 October 2010, 05:48

Po moich ostatnich notkach na temat ewolucji i czasu wywiązała się bardzo ciekawa dyskusja na temat problemu istnienia naszej wolnej woli i faktu, że Bóg wszystko wie. Dla niektórych osób obie te rzeczy są niemożliwe do pogodzenia, inni przyjmują je na wiarę, ale nikt z nas tak naprawdę nie potrafi tego do końca ani zrozumieć, ani tym bardziej wytłumaczyć. Pozostanie to na zawsze tajemnicą wiary.

 

Nie mam tu zatem ambicji wyjaśnienia tej sprawy. zapraszam wszystkich do prześledzenia komentarzy pod moim ostatnim wpisem i na blog Niebieskiego. To na pewno ciekawsza lektura od moich przynudzań, bo też Niebieski to facet znacznie mądrzejszy niż ja. Szczególnie w tym kontekście polecam jego tekst o Judaszu . Ja natomiast chciałbym jedynie powrócić na moment do czytań z ostatniej niedzieli.

 

Pierwsze czytanie było z 17. rozdziału Księgi Wyjścia:

Amalekici przybyli, aby walczyć z Izraelitami w Refidim. Mojżesz powiedział wtedy do Jozuego: Wybierz sobie mężów i wyruszysz z nimi na walkę z Amalekitami. Ja jutro stanę na szczycie góry z laską Boga w ręku. Jozue spełnił polecenie Mojżesza i wyruszył do walki z Amalekitami. Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza.

Zwykle z pierwszym czytaniem koresponduje Ewangelia. Tak było i tym razem. Ewangelia według św. Łukasza, rozdział 18:

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę.

W ostatnią niedzielę i drugie czytanie, z Drugiego Listu św. Pawła do Tymoteusza mówi nam coś podobnego:

Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.

Co te fragmenty mają ze sobą wspólnego? Oczywiście to, że pokazują nam, że nasze decyzje, to co robimy, na co się sami decydujemy ma realny wpływ na losy świata, na losy innych ludzi i na naszą przyszłość. Na nasze zbawienie i na zbawienie naszych braci.

 

Od tego, czy Mojżesz miał wzniesione w modlitwie ręce zależało, czy Izraelici odnosili zwycięstwo w bitwie. Ile razy ręce mu opadały ze zmęczenia, szala zwycięstwa chyliła się na stronę wroga. Ta modlitwa mojżesza miała autentyczny, realny wpływ na bieg wydarzeń. W przypowieści opowiedzianej przez Jezusa uczy nas On, że Bóg wysłuchuje tych, którzy uporczywie błagają Go o obronę. Święty Paweł poucza młodego biskupa, Tymoteusza, by "głosił naukę, nastawał w porę i nie w porę, wykazywał błędy, pouczał i podnosił na duchu". Po co? Oczywiście po to, by wychowywać swoje owieczki. By mieć wpływ na ich życie. By ich doprowadzić do zbawienia.

 

Jaki sens miałyby te wersety, gdyby Bóg wszystko już wcześniej zdeterminował? Albo gdyby wcześniej widział naszą przyszłość? Czy przyszłość by się mogła zmienić, jak to było na filmach o "Powrocie do przyszłości"?  Czy coś nasze modlitwy wymazują, co dopiero będzie? Nonsens. Zatem czy te wydarzenia z naszego życia zaskakują Boga? Czy on nie wie, co zrobimy? Jeszcze większy nonsens. Dla Niego nie ma "zrobimy". Dla Niego wszystko, nawet koniec świata jest TERAZ.

 

Nam bardzo trudno uciec od faktu, że jesteśmy ze swej natury stworzeniami żyjącymi w czterowymiarowej czasoprzestrzeni. Tak naprawdę nie potrafimy sobie wyobrazić innej rzeczywistości. Musimy po prostu uwierzyć, że fakt, że Bóg stwarzając świat materialny potrafił go stworzyć wolnym i równocześnie zna on każdy moment istnienia tego świata. Zna, nie widzi co będzie. Dla Boga nie ma bowiem żadnego "będzie".

 

W jednej z książek Michała Hellera przeczytałem coś, co mnie zdumiało i zachwyciło. Mam nadzieję, że nie przekręcam sensu, opowiadam z pamięci. Z bardzo zawodnej pamięci. Heller napisał, że modele matematyczne opisujące nasz Wszechświat wychodzą z pewnej "osobliwości początkowej" i kończą się "osobliwością końcową". To nasz Wielki Wybuch na początku i koniec świata (w sensie fizycznym, nie teologicznym), gdzie wszystko się zapadnie w wielką czarną dziurę. Oczywiście upraszczam i trywializuję, ale to nie jest istotne. Chodzi jedynie o zarysowanie, pobieżne przedstawienie tego faktu.

 

Dla nas, obserwatorów "ze środka" jest to logiczne. Nawet, gdy nie rozumiemy do końca definicji słowa "osobliwość" w fizyce, sama koncepcja jest do zaakceptowania. Jednak Heller napisał coś zdumiewającego. Mianowicie napisał, że gdyby się "spojrzało" na taki model Wszechświata "z zewnątrz" to ta początkowa osobliwość jest osobliwością końcową. Nie jest czymś podobnym, nie jest czymś zbliżonym, ale  jest jedno i to samo!

 

Nie proście mnie, bym Wam to szerzej wytłumaczył. Ja tego nie rozumiem ani szerzej, ani w ogóle. Jednak na tyle na ile potrafiłem to zrozumieć to widzę, że znowu matematyka potwierdza to, czego nas uczy wiara. Potwierdza, że coś, co widziane z punktu widzenia osoby żyjącej w czasie, widziane przez kogoś "spoza układu" zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Tylko, że "poza układem" jest tylko jedna Osoba. No, może nie jedna. Może trzy. Ale to już inne zagadnienie… ;-)

 

Pisząc niedawno o innym odkryciu kosmologów, mianowicie o tym, że wystarczyły jedynie pewne prawa, a reszta mogła się potoczyć w sposób naturalny, przypomniałem początek Ewangelii św. Jana. "Na początku było Słowo". Idea, czy model o którym pisał Heller przypomina inne słowa o Jezusie zapisane przez św. Jana. Tym razem w Apokalipsie:

Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec. (Ap 22,13)

Czasem się zastanawiam, czy nie należałoby w takim razie przyznać pośmiertnie świętemu Janowi Nobla z fizyki… Na pewno zasługuje na niego bardziej, niż wielu innych uhonorowanych przez komitet tej nagrody.

 

Powróćmy jednak do naszych rozważań. Jeżeli fizycy, kosmologowie, matematycy nieustannie trafiają na sytuacje, w których nasz zwykły język okazuje się narzędziem tak niedoskonałym, że muszą oni albo tworzyć nowe słowa, albo nadawać istniejącym słowom nowe znaczenia, jeżeli ciągle odkrywają  rzeczywistość tak odmienną od obserwowanej przez nas, "zwykłych śmiertelników", to dlaczego tak trudno nam uwierzyć, że Bóg jest ze swej natury zupełnie od nas inny? Sama nauka nam uczy, że są wokół nas sprawy o których się filozofom nie śniło. Dlaczego więc te trudności?

 

Dlaczego zawsze staramy się Boga mierzyć naszą miarą, kształtować Go  według naszych, ludzkich wyobrażeń, a potem się Nim rozczarowujemy, dziwimy, że postępuje tak, a nie inaczej? Bo co? Bo my byśmy to zrobili lepiej? Ha!Ha!Ha! Dobre. Jak to ktoś słusznie zauważył brakuje powołań kapłańskich, ale nie brakuje powołań papieskich. Tym bardziej jest to prawdziwe, gdy chodzi o "powołania boskie". Każdy z nas, przynajmniej czasami, myśli, że byłby lepszym bogiem od Pana Boga. Ja także. Każdy oprócz tym kilku naprawdę pokornych. Nic dziwnego, że Kościół uczy, że pycha jest źródłem każdego grzechu.

 

Bóg nie jest taki jak my, choć dobrze by było, byśmy my stawali się coraz bardziej tacy jak On. Bóg nie może nic zrobić sprzecznego ze swą naturą, ale może wszystko zrobić, co jest z Jego naturą zgodne. Tylko my czasem zapominamy, że  Jego natura jest inna od naszej i dlatego tak trudno czasem nam te rzeczy zrozumieć i te pozorne sprzeczności pogodzić ze sobą.

 

PS.  Na koniec kilka uwag tylko pośrednio związanych z powyższymi przemyśleniami.

 

1. Jakieś trzy tygodnie temu pisałem o akcji 40 dni modlitw i postu za życiem. Niedzielne czytania przypominają nam o potrzebie wytrwałej modlitwy. Jeszcze 10 dni akcji zostało. Ile osób o niej jeszcze pamięta? Czy wspomożecie modlitwą? Postem?

 

2. Cytując fragmenty Biblii z niedzielnych czytań pominąłem kilka zdań. Nie dotyczyły one naszych rozważań. Jednak powrócę do nich teraz. W Liście do Tymoteusza święty Paweł pisze także:

Wszelkie Pismo od Boga natchnione jest i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu.

Ten werset jest często cytowany przez protestantów wyznających doktrynę "Sola Scriptura" jako dowód na to, że wystarczy Biblia i żaden inny autorytet, Kościół, papież, czy magisterium nie są potrzebne. Jednak gdy spojrzymy na ten werset w szerszym kontekście widzimy, jak błędna to interpretacja. Święty Paweł bowiem poprzedza tamte słowa tymi:

Trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci zawierzono, bo wiesz, od kogo się nauczyłeś. Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie.

"W tym, czego się nauczyłeś od lat niemowlęcych". Gdyby więc przyjąć ich interpretację, że to, co Tymoteusz zna z Pism jest w zupełności wystarczające, to wykluczałaby ona w całości Nowy Testament. Łącznie z tym listem, który właśnie zacytowałem. Jeżeli zatem "Sola Scriptura Christians" uznają Ewangelie i Listy Pawłowe za natchnione Słowo Boże, to nie mogą tak tego wersetu interpretować. Poza tym "pożyteczne" wcale nie znaczy "wystarczające". Woda jest pożyteczna, ale ile przeżyjemy o samej wodzie? Dlatego polecam do tej wody kromeczkę suchego chleba. ;-)

 

3. Pominąłem także ostatnie zdanie z niedzielnej Ewangelii. Brzmi ono tak:

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?

Myślę, że to jest klucz do naszych rozważań. Do tego wszystko się sprowadza. Możemy i powinniśmy szukać prawdy naszym rozumem, ale gdyby nam się udało "rozgryźć Pana Boga", to znaczyłoby to jedno: Nie był to wcale Bóg, ale jakiś bożek naszych wyobrażeń. Nasz intelekt może nam potwierdzić, że nie ma sprzeczności między wiarą a nauką, że logika nie przeczy istnieniu Boga, że to ateizm jest irracjonalną religią, ale nie żądajmy od naszego rozumu, by nam dał odpowiedzi na wszystkie wątpliwości i pytania w procesie poznawania Boga. On bowiem musi się wymknąć naszym wyobrażeniom jeżeli rzeczywiście jest Bogiem.

 

I już naprawdę na koniec zabawna rozmowa z autorem książki "Dawkins Urojony". Autor w zabawny sposób, trochę w stylu C S Lewisa z "Listów  starego diabła", odwracając niejako rzeczywistość, obnaża słabość "argumentów" Dawkinsa na "nieistnienie Boga". W jaki sposób? Po prostu dosłownie powtarza te argumenty. Tylko, że zamiast "udowodnić, że Bóg nie istnieje" udowadnia, że nie istnieje… Dawkins. Przyjemnej zabawy. :-D

 

 

Odsłon: 914 Komentarzy: 28


Czy wierzę w teorie naukowe?

Kategoria: Religia Friday, 15 October 2010, 03:51

Ostatnio na Frondzie powrócił temat darwinizmu, ewolucji i kreacjonizmu, a także wiary. Wiary w Boga i wiary w nieistnienie Boga. Przypomniano, że teoria ewolucji to "tylko teoria" i że tak naprawdę to było przecież zupełnie inaczej.  Ale czy rzeczywiście? I jeżeli tak, to jak? Czy Darwin miał rację? Albo raczej należałoby zapytać, czy dzisiejsza teoria ewolucji ma cokolwiek wspólnego z teorią Darwina?

 

Jest oczywiste, że teoria w nauce to coś znacznie więcej niż hipoteza. Na przykład teoria względności Einsteina to nie jest jakaś propozycja, jedna z wielu, ale coś, co jest faktem. Prawo, które coś rzeczywistego wyjaśnia, określa, opisuje. W tym sensie słowo "teoria", które w potocznym języku jest synonimem "hipotezy" jest nieco mylące. W nauce nikt nie myli tych pojęć.

 

Teoria ewolucji, wraz z genetyką, są wręcz podstawą całej współczesnej biologii. Nie można jej  traktować jako "hipotezy" i szczególnie  nie powinno się tego robić "z religijnego punktu widzenia". Przez takie podejście wielu ludzi, zwłaszcza młodych ludzi, albo traci wiarę, albo jej nigdy nie znajdzie w swym sercu, słusznie uważając tak twierdzących chrześcijan za nawiedzonych maniaków. Powstaje u nich bowiem korelacja "chrześcijanin – wróg nauki", a w konsekwencji nie mogąc odrzucić faktów, jakie im daje nauka, odrzucają tak rozumiane chrześcijaństwo.

 

Bóg stworzył świat poznawalny. Tak uczy Kościół i to stało się podstawą rozwoju wielu nauk, które nie mogłyby powstać w innych cywilizacjach i innych kręgach kulturowych. Dla muzułmanina twierdzenie, że można by poznać zamysł Boży jest bluźnierstwem. Idea, że Bóg mógłby działać logicznie, jest świętokradcza. Bóg Koranu jest Panem nad niewolnikami i robi co tylko sobie zapragnie.

 

Bóg chrześcijan, Bóg prawdziwy, jest Bogiem prawa i logiki. Świat który stworzył jest poznawalny. Od początku do końca. Zresztą tylko to nam umożliwia istnienie cudów, bo cud może zaistnieć tylko w świecie uporządkowanym, rządzonym opisywalnymi prawami. Gdyby świat był chaosem, nie byłoby mowy o żadnych cudach, bo chaos to jest jeden wielki cud. W chaosie wszystko się dzieje nielogicznie i bez sensu.

 

Nie twierdzę tu bynajmniej, że nauka już potrafi nam dać na wszystko odpowiedzi. Nadal mamy, wracając do ewolucji, bardzo poważne problemy do wyjaśnienia. Skąd się wzięła na samym początku materia. Jak zaczęło się pierwsze życie. Jak następowała przemiana gatunków. Jak powstał pierwszy organizm mający samoświadomość, wolną wolę, potrafiący kochać i nienawidzić. Te, i inne pytania są ważnymi i rzeczywistymi problemami, na które nauka nie potrafi nam dziś odpowiedzieć w sposób zadowalający.

 

Oczywiście nauka ma tu pewne hipotezy, mniej, lub bardziej racjonalne i prawdopodobne. Jednak nie tylko nie są to jeszcze udokumentowane fakty, ale nawet nie są to jeszcze nawet "robocze teorie". Mimo to nie możemy w takim momencie krzyknąć: Aha! Mamy dowód na istnienie Boga! Bóg tu zadziałał, podjął się bezpośredniej interwencji i …  voilà! Mamy pantofelka.  Takie podejście wręcz ubliża Bogu, traktując Go jak partacza, który stwarza sobie świat, świat rozwijający się w sposób naturalny i poznawalny, aż dochodzi do zakrętu ewolucji, do trudnego momentu z którym sobie nie radzi i opuszcza bezradnie ręce.  Co więc  robi ten bezradny Bóg niektórych kreacjonistów?  Niczym  jakiś magik wyciągający królika z kapelusza, stwarza żywą komórkę, nowy gatunek zwierząt, czy lepi człowieka z gliny.

 

Mówiąc o lepieniu…  Jest taki dowcip, który już pewnie kiedyś opowiadałem, ale powtórzę, bo śmieszny.

Pewien naukowiec wyszedł przed swój Bardzo Ważny i Prestiżowy Instytut i krzykną w górę. "Boże! Udało nam się w warunkach laboratoryjnych wyprodukować człowieka. Już nam nie są potrzebne bajeczki o Twoim istnieniu! Nauka już wszystko wyjaśniła!"

Nagle rozsuwają się chmurki, wygląda zza nich Bóg i mówi: "O! To bardzo interesujące, dobry człowieku. Pokażcie mi to, chętnie zobaczę."  Naukowiec siada na ziemi i zaczyna zgarniać proch, a tu nagle Bóg mu przerywa: "Zaraz, zaraz… Używajcie sobie swojego prochu…"

Dowcip pouczający, bo uczy nas czegoś ważnego. Teorie naukowe i hipotezy bazują zawsze na czymś, tak jak ten naukowiec "bazował na prochu Pana Boga". I mówiąc o prochu, jedna z bardziej interesujących hipotez, czy też modeli, jak to się zdaje się w fizyce nazywa, zakłada, że materia mogła powstać "z niczego". Naukowcy potrafią opisać taki model początków Wszechświata. I gdy pierwszy raz o tym przeczytałem, trochę mi "zmiękła rura", bo argument "początku" zawsze był bardzo mocnym potwierdzeniem faktu, że Bóg musi istnieć. Tymczasem według tej hipotezy pozornie wcale to nie jest konieczne.

 

Nie jest? A może jednak… Ten model może być prawdziwy jedynie wtedy, gdy naukowcy przyjmą, że istniały pewne obiektywne, fizyczne prawa. Można by napisać "wcześniej", ale na samym początku trudno w ogóle mówić o "wcześniej", bo i sam czas jeszcze wtedy nie istnieje. Pomińmy jednak tu problem czasu, ważne by zrozumieć, że ten model nie tylko nie udowadnia, że Boga nie ma, ale w przepiękny sposób uczy nas czegoś wspaniałego o naszym Bogu.

 

Ewangelia świętego Jana zaczyna się takimi słowami:

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (J 1,1-3)

Biblia nie jest Księgą, z której powinniśmy się uczyć prawd naukowych, choć jest Księgą, która nie zawiera żadnego kłamstwa. Biblia jest nieomylna nie tylko w dziedzinie wiary i moralności, jest nieomylna w każdej dziedzinie. Jednak musimy pamiętać, jak nam to przypomina "Dei Verbum", że

"Ponieważ zaś Bóg w Piśmie św. przemawiał przez ludzi, na sposób ludzki, komentator Pisma św. chcąc poznać, co On zamierzał nam oznajmić, powinien uważnie badać, co hagiografowie w rzeczywistości chcieli wyrazić i co Bogu spodobało się ich słowami ujawnić."

Inaczej mówiąc jeżeli natchniony autor mówiąc o siedmiu dniach stworzenia mówi nam o przymierzu Boga z człowiekiem, a nie daje nam wykładu z historii, to nie wolno nam traktować tego jak wykładu z historii. Niemniej jednak okazuje się, że czasem Pismo Święte,  choć w sposób ukryty i nie od początku jasny i oczywisty, przekazuje nam pewne prawdy, do których naukowcy dochodzą dopiero po wiekach.

 

Dlatego bardzo mnie cieszy, że jest już model powstania Wszechświata, który zakłada, że wystarczyło, by na początku były tylko pewne prawa. Pewna myśl. Pewne "Słowo". Taki model Wszechświata jest, moim zdaniem, piękny, a co piękne to zwykle prawdziwe. Na początku było Słowo i wszystko przez Nie się stało. Kto by przypuszczał, że naukowcy dojdą do tego, co święty Jan wiedział już niemal dwa tysiące lat temu. Bo ja nie wierzę, że Bóg interweniował w trudnych momentach. Wierzę, że On tylko wypowiedział jedno Słowo i to wystarczyło. Co zresztą nie zmienia w niczym faktu, że każdy mój kolejny oddech jest możliwy tylko dzięki temu Słowu, ale to zupełnie inne zagadnienie…

 

Im więcej nauka poznaje naszą rzeczywistość, tym bardziej jest zdumiona jak bardzo skomplikowane są nawet najprostsze ekosystemy, organizmy, nawet poszczególne komórki. Gdy Darwin wymyślił swoją teorię, wszystko wydawało się takie proste. Z zupy aminokwasowej, w którą, powiedzmy, wali piorun, powstaje bardzo prosta komórka, która na skutek mutacji, promieniowania kosmicznego itp. zamienia się w coś innego, niewiele bardziej skomplikowanego i… mija parę miliardów lat i jesteśmy my. Po mieczu i po kądzieli prawnukowie pantofelka.  Teraz jednak okazuje się, że nic tu nie jest takie proste.

 

Ta najprymitywniejsza komóreczka, ten pierwotniak jest tak skomplikowanym organizmem, że "to się w pale nie mieści, jak mawiał dzielnicowy, który przynosił mi cielęcinę", że zacytuję klasyka polskiego kabaretu.  Potężna fabryka, ze swymi liniami produkcyjnymi, poddostawcami, zasilaniem, oczyszczalnią ścieków, sprzedawcami, księgowością i pracownikami jest mniej skomplikowanym organizmem od naszego prapradziadka, czyli najprymitywniejszego pantofelka. Darwin tego nie wiedział, ale my to już dziś wiemy.

 

I co? I czy to znaczy, że Bóg musiał tu interweniować? "Żadną miarą", że zacytuję z kolei świętego Pawła. Nie musiał, bo nasz Bóg jest mądrzejszy nie tylko od naukowców, ale nawet od amerykańskich fundamentalistów chrześcijańskich. I dla Boga stworzenie takiego świata, w którym ewolucja mogła nastąpić jest łatwiejsze, niż dla mnie napisanie tego tekściku. Jednak to, że nasz świat jest tak bardzo skomplikowany pokazuje, że nic tu nie powstało przypadkowo.

 

Przypadki określa nam rachunek prawdopodobieństwa. I niektórzy używają "argumentu", że gdyby się posadziło odpowiednio dużo małp przy maszynach do pisania i kazało się im stukać przypadkowo w klawisze, to jest tylko kwestią czasu, by któraś z nich napisała przypadkiem "Ulissesa", czy innego "Hamleta". To jednak jest demagogia, bo  jest to po prostu nieprawda. To znaczy jest w tym odrobina prawdy, ale mamy za mało małp i za mało maszyn do pisania i świat istnieje zbyt krotko, by to mogło się stać.

 

Wszechświat ze swymi 13,7 miliardami lat jest za młody, by wszystko mogło przypadkowo powstać. Za młody i za mały. I wcale nie jest powiedziane, że małpy chciałyby walić w klawisze. Poza tym nic nie musiało się stać. Leibnizowskie pytanie "czemu jest raczej coś niż nic" nic nie straciło ze swej aktualności.  Nie musiało, a jednak się stało.

 

Ludzie tacy jak Dawkins robią błąd polegający na założeniu, że Boga być nie może i brną w nieprawdopodobieństwo, bo wyszli z błędnego wcześniejszego założenia. Niektórzy kreacjoniści robią inny błąd. Stawiają alternatywę, że albo ewolucja jest faktem, albo Bóg stworzył świat. A ponieważ wierzą w Boga, odrzucają ewolucję. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Bóg jest, a ewolucja nam to potwierdza w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Potwierdza nie "mimo trudności", ale właśnie dzięki tym trudnościom na jakie naukowcy coraz częściej natrafiają. Gdyby bowiem ewolucja była tak prosta, jak przypuszczał Darwin, można by rzeczywiście uwierzyć, że Boga nie ma. Ponieważ jednak rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż to  przypuszczali naukowcy w dziewiętnastym wieku, mówienie o przypadkowości staje się co najwyżej religią. Dogmatem wiary pseudonaukowców, dla których ich ideologia jest ważniejsza od faktów.

 

Wspominałem wcześniej rachunek prawdopodobieństwa. Z powodu tego rachunku nie gram w lotto. Po prostu statystycznie mam większe szanse na to, że nie dożyję do dnia losowania, niż na wygranie tych wszystkich milionów. I dalej, konsekwentnie, skoro wierzę, że do soboty jakoś dociągnę, to i na los nie wydaję dolara. Inaczej okazałbym się hipokrytą. ;-)

 

Oczywiście czasem ktoś wygrywa. Zdarza się. Tak samo, jak zdarza się, że ktoś nie dożyje do soboty. Gdyby jednak ten sam ktoś wygrał ponownie za tydzień, to moglibyśmy przypuszczać, że albo niesamowity szczęściarz, (co jest już naprawdę niesamowicie mało prawdopodobne), albo losowanie było ustawione. Gdy zaś wygrałby w kolejnym tygodniu, i następnym i przez następne kilka tygodni, to jest raczej pewne, że zainteresowała by się nim prokuratura. To bowiem nie mogło być przypadkiem.

 

Życie na ziemi, całe istnienie naszego Wszechświata nie może być przypadkiem. Rzeczy piękne i tak skomplikowane nie powstają przypadkowo. Jednak to nauka, nie religia, może nam to piękno wyjaśnić i pokazać. Gdyby mi się udało ustawić moją ciężarówkę na czubku  bardzo mocnej i sporej, lecz bardzo ostrej igły, to nikt by nie mógł powiedzieć, że 40-tonowe Volvo utrzymuje balans przypadkowo. Każdy by wiedział, że ktoś za tym stoi. Ale to tylko nauka potrafiłaby wytłumaczyć jak to jest możliwe, że się wszystkie siły równoważą i że ciężarówka utrzymuje się w równowadze.  I fakt, że dałoby się to naukowo to wytłumaczyć w niczym by nie przeczył innemu oczywistemu faktowi, że jakiś (oczywiście bardzo inteligentny ;-))  człowiek stoi za tym pomysłem.

 

Rozpisałem się i w sumie nic nowego nie napisałem. Jednak to jest dla mnie ważne, bo widzę jak wiele osób wierzy w  alternatywę "ewolucja albo Bóg". Widzę też jak niebezpieczne jest takie rozumowanie. Niebezpieczne dla ewangelizacji, dla apologetyki. Zostawmy naukę naukowcom. Niech się męczą nad trudnościami. Zadawajmy im trudne pytania. Nie pozwólmy im na ideologiczne brednie. Pilnujmy, by nie naginali faktów do swych hipotez. Jednak to oni muszą nam dać odpowiedzi na naukowe pytania.

 

I nie bójmy się prawdy. Jeżeli Bóg jest, jeżeli istnieje, to jaka prawda Go obali? Co takiego może odkryć nauka, co "udowodni, że Boga nie ma"? Nauka bada to, co stworzył Bóg. Teoria ewolucji także jest narzędziem, które to umożliwia. Nie bójmy się jej. Mam nadzieję, że któregoś dnia znikną wszystkie trudności związane z tą teorią. I choć wierzę głęboko, że dożyję do soboty, a może nawet pociągnę jeszcze z ćwierć wieku, obawiam się, że pod koniec mojego życia będziemy mieli więcej nowych pytań, niż znajdziemy odpowiedzi na stare. Ale to dobrze. To jest piękno nauki. Te rozszerzające się horyzonty. One tylko pokazują, jak wspaniały jest nasz Bóg i jak wspaniały jest stworzony przez Niego świat.

Odsłon: 1269 Komentarzy: 74


Moja pielgrzymka z Papieżem do Krakowa

Kategoria: Historia Wednesday, 10 November 2010, 06:35

Wczoraj był Dzień Papieski, za kilka dni rocznica wyboru kardynała Wojtyły na Papieża, a mnie zebrało na wspomnienia. Sprowokował mnie wpis Polanina. Nie jest to jednak polemika z jego notką. W zasadzie się z nim zgadzam. Chciałbym tylko dać tutaj pewne świadectwo.

 

Gdy Jan Paweł II był pierwszy raz w Krakowie w 1979 roku, nie chciało mi się ruszyć z domu, by iść na Błonia się z Nim spotkać. Miałem wtedy 22 lata, a człowiek w tym wieku często ma problemy z logicznym myśleniem. Nie chcę tu nikogo obrażać, jest wiele wyjątków od tej zasady, ale ja do nich nie należałem. Skoro wszyscy byli na Błoniach zobaczyć Papieża, to dla mnie był to najlepszy powód, by tam nie iść.

 

Kilka lat później, w 1987 roku, gdy już mieszkałem w USA, Papież był w Columbii, w Południowej Carolinie. To zaledwie dwie godziny jazdy samochodem od Charlotte, gdzie ciągle mieszkam. A w Południowej Karolinie jest bardzo niewielu katolików. Z pewnością byłoby możliwe osobiste spotkanie z Papieżem. Byłoby, ale nie było, bo ja ciągle nie byłem zainteresowany takim spotkaniem.

 

Moje nawrócenie zaczęło się w 1990 roku, od narodzin chorego dziecka.  Głód Boga, głód Słowa Bożego stał się częścią mojego życia i tak jest do dzisiaj. Jestem przekonany, że jest to także wynik modlitw Jana Pawła Wielkiego, jak go tu wszyscy nazywają, za swych rodaków. To przecież był "mój biskup" i nawet, gdy ja się specjalnie Nim nie przejmowałem, wiem, że On się takimi jak ja przejmował każdego dnia.

 

Pojechałem do Rzymu w 2000 roku.Wtedy jednak już było bardzo trudno dostać się na audiencję z Papieżem. Ale nie dla audiencji tam pojechałem, chciałem Go po prostu zobaczyć. Choć z daleka, choć przez chwilę. I tak właśnie było. Zobaczyłem Go na Mszy na Placu św. Piotra, potem przejeżdżającego kilka metrów obok w zamkniętym papamobile. Niedosyt, ale i radość.

 

Dwa lata później Papież po raz kolejny odwiedza Polskę. Już było wiadomo, że to może być ostatnia pielgrzymka. Stan zdrowia Papieża znacznie się pogarszał, opuszczały Go siły. Wiedziałem, że muszę i ja polecieć do Krakowa, zobaczyć Go jeszcze raz. Za to, że mi się nie chciało przejść z domu na Błonia przed dwudziestu paru laty, godzinny spacerek, musiałem teraz przylecieć z innego kontynentu. Nie, nikt mi nie kazał, ale ja i tak musiałem.

 

Oprócz pożegnania z Papieżem poleciałem w intencji katolickiego radia w USA. Mieliśmy już oczywiście doskonałe radio EWTN matki Angeliki, ale nie było zbyt wielu rozgłośni, które by to radio transmitowały. Można go było słuchać przez Internet, albo krótkie fale, lecz opcje te miały wiele wad. Krótkie fale albo są, albo ich nie ma. Jakość  takiego radia jest bardzo różna i nie wszędzie da się złapać sygnał. Z Internetem w 2002 roku, w ciężarówce, było jeszcze gorzej. Drogo i skąpo, szczególnie na słabo zaludnionych, zachodnich terenach USA. Ale mieliśmy już satelitarne radio, tylko, że jego właściciele nie chcieli się zgodzić na transmisję katolickiego radia. Stąd moja intencja pielgrzymki do Krakowa.

 

Wyleciałem z Nowego Jorku samolotem Lotu 13-go sierpnia. Akurat na ten dzień udało mi się zdobyć bilet. Było to oczywiście zwykłym przypadkiem. Jednym z kilkunastu, jakie mi się przydarzyły podczas tego pielgrzymowania. W sumie dla jednych trzynasty to Dzień Maryjny, dla innych dzień pechowy… zależy chyba od religii, którą się wyznaje. ;-)

 

Wylądowałem na Okęciu 14-go sierpnia, pierwszym ekspresem pojechałem do Krakowa. Akurat "przypadkiem" było święto Maksymiliana Kolbe, więc poszedłem jeszcze na Mszę do Franciszkanów. Była tam comiesięczna msza w intencji misjonarzy i było spotkanie z misjonarzem. Poszliśmy więc.  Było piękne kazanie o Św. Maksymilianie i o tym, jak on doceniał potrzebę misji i widział, jaką rolę w ewangelizacji mogą odgrywać środki społecznego przekazu. Amen. Święty Maksymilian z pewnością by nadawał także przez satelitę.

 

Po mszy mieliśmy spotkanie z księdzem, który właśnie wrócił z kontynentu amerykańskiego, z Boliwii i Meksyku. Potem ojciec Piotr Kyć poprosił mnie, żebym i ja powiedział parę słów o tym radiu katolickim, a raczej o jego braku. Fundamentaliści, baptyści i tzw. "Bible Christians" mają praktycznie wszędzie mocne stacje na UKF-ie, można ich słyszeć w każdym zakątku Stanów Zjednoczonych, a katolicy jakby zaspali. Gdy przyjechałem do USA w 82 roku, wszystkie katolickie stacje radiowe można było policzyć na palcach jednej ręki.

 

Dla tych, którzy nie rozumieją, co za różnica, przecież to też chrześcijanie, chciałem tylko wyjaśnić, że w ekstremalnej formie uważają oni, że Kościół Katolicki jest sektą wiodącą do potępienia, papież jest antychrystem i Apokalipsa św. Jana mówiąc o nierządnicy mówi o Kościele Katolickim. W związku z tym o papieżu i Kościele mówią tylko wtedy, jak znajdą cos skandalizującego. Także członkowie ich kościołów składają się w dużym stopniu z byłych katolików, często nie znających dobrze swojej wiary. Dlatego tak mi leżało na sercu to ogólnoamerykańskie katolickie radio. Wierzyłem, że św. Maksymilian może nam to wymodlić. Wiedziałem też, że ludzie z EWTN mieli rozmawiać z ludźmi od "satelity" pod koniec września, więc akurat ta sierpniowa pielgrzymka była bardzo na czasie.

 

15 sierpnia. Wstaliśmy chyba koło czwartej rano, żeby zdążyć na mszę do kościoła Zaśnięcia NMP w Kalwarii Zebrzydowskiej. Byłem z mamą na porannej mszy, potem wraz z "kompaniami" pomaszerowaliśmy do klasztoru, gdzie o 10:30 była "główna" msza, po której było połączenie z Castel Gandolfo i usłyszeliśmy słowa Jana Pawła II:

"…jak Pan Bóg pozwoli- już wkrótce dołączę do kalwaryjskich pątników…".

Pan Bóg pozwolił….

 

Nawiasem mówiąc pogoda była okropna. Przepiękne suknie druhen Maryi były ubłocone po pas, a podczas rozdania Komunii Św. oberwała się chmura. Albo krętacz się wściekał, albo nasz Ojciec w niebie chciał nas dobrze ochrzcić przed wizytą papieską. Nawet baliśmy się, że z powodu parasoli nie zobaczymy Ojca Świętego, który miał się z nami połączyć telebimowo-satelitarnie,  ale na kwadrans przed transmisją deszcz przestał padać.

 

Lecąc do Krakowa wiedziałem, że z pewnością znajdzie się dla mnie jakieś miejsce na Błoniach. Nie liczyłem na więcej. Jednak okazało się, że otrzymałem coś, czego na pewno spodziewać się nie mogłem. W czasie pielgrzymki w 2002 roku Papież poświęcił Bazylikę Miłosierdzia w Łagiewnikach. Oczywiście na zewnątrz Bazyliki mogło w tej uroczystości uczestniczyć wielu pątników, ja sam otrzymałem dwa zaproszenia, ale do środka zaproszenie mieli tylko wybrani. Właśnie w Kalwarii dowiedziałem się, że ktoś postanowił mi ofiarować swoją wejściówkę dla VIP-ów do samego wnętrza Bazyliki. To jednak miało nastąpić dopiero za kilka dni…

 

16. sierpnia. Zaproszenie na lotnisko oczywiście też miałem, więc pojechałem dość wcześnie. W autobusie spotkałem młodą zakonnicę, Urszulankę, która przyjechała specjalnie z Ukrainy zobaczyć Ojca Św. Zapytałem, czy będzie w Łagiewnikach, ale odrzekła, że nie, bo nie ma zaproszenia. Gdy jej zaproponowałem, że jej dam jedno, bardzo się ucieszyła, ale powiedziała, że da je siostrze przełożonej, bo ona też nie ma. Ale ja miałem dwa, poza tym specjalnym, więc problem mi się rozwiązał. Oba zbyteczne zaproszenia znalazły dobrych odbiorców.

 

Mówiąc o VIP-ach… Później, już przy siatce ogradzającej krakowskie lotnisko  znowu spotkałem tę siostrę. Szukała czegoś. Zapytałem, czy mogę pomóc, a ona odpowiedziała mi, że szuka sektora 6 P.  Ja na to, że tu nie ma sektorów, kto pierwszy, ten lepszy, ale ona pokazała mi swoje zaproszenie i rzeczywiście… Miała sektor…ale nie 6 P tylko VI P. Miała wejściówkę dla VIP-ów, na samą płytę lotniska.  Powiedziałem jej, że jest Bardzo Ważną Osobą i musi przejść do przodu, na miejsca siedzące. Szkoda, że nie widzieliście jej miny:))). Tak, ostatni będą pierwszymi….

 

Pogoda znowu się zapowiadała okropnie. Czarne chmury, pomruki burzy. Zaczęły spadać pierwsze krople deszczu i natychmiast wyrósł las parasoli. Jednak ksiądz, który był "mistrzem ceremonii" zgromił nas, że mamy małą wiarę. Kazał wszystkim pochować parasole i pomodlić się, by burza przeszła bokiem. I tak się stało. Wszyscy schowali parasole, a deszcz przestał padać. Gdy już wieczorem wróciłem do domu, mama zapytała mnie, czy nas bardzo zlało. W Krakowie było oberwanie chmury. Ale w Balicach nie. Wiara czyni cuda.

 

Jak sama ceremonia powitalna wyglądała nie będę opisywał, myślę, że widzieliście to albo osobiście, albo w telewizji. Ojca Św. widziałem dobrze przez lornetkę w oknie samolotu i jak wychodził. Na ziemi już głównie widziałem plecy dzielnych redaktorów TVP, ale czasami udało mi się dojrzeć Ojca Św. między nimi. Dziwna rzecz, ale Kwaśniewski cały czas był widoczny…Ten zawsze się umie ustawić… .

 

Wieczorem pojechałem do sióstr Urszulanek zawieźć im zaproszenia, a gdy wracałem do domu tatowym Cinquecento  "załapałem" się na jazdę w kolumnie samochodów z papamobilem. Papieski samochód i te wożące dziennikarzy parkowały  co noc na Mogilskiej, w siedzibie policji i gdy je zobaczyłem, właśnie przejeżdżały koło Poczty Głównej. Najpierw radiowóz na sygnale, potem papamobil i 2 auta dziennikarzy, znowu radiowóz, a ja wskoczyłem za nich tatowym cinquecento.  Skręciliśmy w Kopernika, do Ronda Mogilskiego i oni pojechali dalej, a ja wjechałem w Osiedle Oficerskie, gdzie mieszkają moi rodzice.

 

17. sierpnia. Znowu pobudka o czwartej . Pojechałem do Łagiewnik taksówką, bo nie byłem pewny, czy komunikacja miejska mnie dowiezie na czas. Pod Bazyliką byłem przed piątą i wszedłem do środka jako jeden z pierwszych. Dzięki temu mogłem stanąć blisko ołtarza, tuż za sektorem dla osób niepełnosprawnych.

 

Niesamowite wrażenie. Pierwszy raz, poza Mszą w Rzymie, byłem na Mszy papieskiej. Byłem świadkiem historii, nie więcej niż 20 metrów od Ojca Św., w tej cudownej Bazylice. Nie da się tego opisać, to trzeba przeżyć. Nie wiem ,czym sobie zasłużyłem na taki zaszczyt, przed przyjazdem do Polski nie byłem pewien, czy będę mógł uczestniczyć w jakichkolwiek uroczystościach poza Mszą na Błoniach. A raczej powinienem powiedzieć, że wiem, że nie zasłużyłem niczym i że było wiele osób godniejszych tego zaszczytu. Ale Bóg w swoim miłosierdziu tak pokierował moimi losami, że mogłem być naocznym świadkiem tej wspaniałej uroczystości.

 

Trochę żałuję, że nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego. Celowo jednak nie wziąłem go do Polski, bo nie chciałem być „reporterem”, ale pielgrzymem. Chciałem przeżywać całym sercem tę pielgrzymkę, a nie koncentrować się na upamiętnianiu scen, widoków i osób. Aparat fotograficzny przeszkadza w rozmodleniu i pewnie dobrze, że go nie miałem, ale pamięć ludzka jest zawodna i dlatego trochę żal, że nie mam takiej pamiątki z tego cudownego spotkania z Ojcem świętym.

 

W nocy z 17. na 18. sierpnia modliłem się z wieloma innymi pielgrzymami u Dominikanów, czyli w kościele Trójcy Świętej.  Pomodliłem się przy grobie Św. Jacka w dniu jego święta, o północy byłem w bazylice świętych Piotra i Pawła, gdzie całonocne czuwanie miał ruch Światło-Życie, i była Msza św., potem udałem się w stronę Błoń, gdyż znowu dzięki życzliwości  nieznanych mi osób i dzięki Bożemu Miłosierdziu miąłem doskonałą wejściówkę, w sektorze C1, na ławeczkach.

 

Parę minut po piątej już byłem na miejscu i wraz z rosnącym tłumem oczekiwałem Ojca Św. Sama Msza była znowu niezwykłym przeżyciem. Byłem zaraz za sektorem VIP-ów, bardzo blisko, a przez lornetkę mogłem dostrzec każdą zmarszczkę na twarzy Ojca Św. Koło mnie "przypadkiem " usiadł zakonnik, Paulin z Jasnej Góry, kierowca generała zakonu Paulinów. Oczywiście zaraz go poprosiłem o modlitwy w intencji tego amerykańskiego radia. Albo najlepiej o Mszę. Nie bardzo jak miał się ode mnie odpędzić, nie było drogi ucieczki. Po paru godzinach w końcu przekonałem go, że nie jestem wariatem i że pomysł jest wartościowy. Zapytał tylko, kiedy planuję pobyt na Jasnej Górze i czy bardziej odpowiada mi 7 rano, czy 15:30 i obiecał i modlitwę i Mszę w tej intencji.

 

19. sierpnia, poniedziałek. Dzisiaj Kalwaria. Tak mnie rozpuściły moje zaproszenia z poprzednich dni, że niemalże byłem rozczarowany, że tym razem jestem w odległym sektorze na zewnątrz. Ale cieszę się, że mogłem być tam i zobaczyć, jak się odbiera uczestnictwo w takiej formie, gdy Ojca Św. widać tylko na ekranie. Także takie współuczestniczenie z Nim jest niesamowitym, wspaniałym przeżyciem, szczególnie z powodu współpielgrzymów, od których wręcz promieniowała miłość i radość ze spotkania z Ojcem Świętym. Po Mszy w Kalwarii odśpiewaliśmy przepiękną pieśń:

 

Matko przed Twoim obrazem,

Może już ostatnim razem,

Może już Cię nie zobaczę,

Pozwól , niech się dziś wypłaczę.

 

Matko, ja się stąd nie ruszę,

Ciężki ból ściska mą duszę;

Jakże się z myślą pogodzić,

Od swej Matki już odchodzić.

 

Lecz muszę iść za mym losem,

Pożegnać Cię rzewnym głosem,

Wzniesionym przed Twym obliczem,

Matko, czy mnie puścisz z niczem?

 

Czyż mi nie dasz, o com prosił?

Chcesz, bym smutek stąd wynosił?

Matko, czyż mam w swej potrzebie

Bez pomocy iść od Ciebie?

 

Błogosław mnie, Matko droga,

W Imię Ojca, Syna, Boga!

Niechaj idę w świat daleki

Zawsze z Tobą, na wiek wieki.

 

Czyż nie piękne słowa? I jakby napisane specjalnie dla Ojca Świętego.  Albo dla mnie.

 

Po mszy chciałem szybko wrócić do Krakowa, ale nie było to takie proste, szosa była zamknięta i musiałem jechać objazdem, nawiasem mówiąc przez Sułkowice i Rudnik, miejscowości rodzinne moich teściów. W Krakowie zamieniłem cinquecento na jelcza krakowskiego MPK i znowu pojechałem na lotnisko. Gdy tam dotarłem było już późno, więc mimo, że stałem na stołeczku, gdy papież przyleciał,  widziałem tylko plecy tych, co siedzieli innym na barana. Dopiero jak Ojciec Święty był przy wejściu do samolotu i odwrócił się jeszcze, żeby nas pobłogosławić, zobaczyłem Go po raz ostatni. Trudno było powstrzymać łzy…

 

Samolot kilkakrotnie przeleciał nad nami, zanim w końcu oddalił się na dobre, ale mnie nie chciało się iść. Długo jeszcze stałem tam, przyglądając się radosnym zabawom, śpiewom i tańcom dzieciakom z  Neokatechumenatu. W końcu i ich poproszono o opuszczenie terenu i poszedłem do autobusu i wróciłem do domu. Jan Paweł II wrócił do Watykanu, ale ja miałem jeszcze parę dni…

 

20.sierpnia, wtorek. W ten dzień  zaplanowałem odwiedzić miejsce męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana. Wstałem znowu przed świtem  i pojechałem odwiedzić brata stryjecznego, Jacka Jaskiernię, który był proboszczem w parafii Malec, niedaleko Oświęcimia. Tam spędziłem wspaniały dzień, zaczynając od porannej Mszy, potem cały dzień przegadałem z Andrzejem, katechetą. On i jego urocza żona są wspaniałymi ludźmi i niejeden ośrodek wielkomiejski mógłby pozazdrościć Malcowi takich nauczycieli. Stamtąd pojechałem do obozu Auschwitz i pomodliłem się w drzwiach celi, gdzie św. Maksymilian był głodzony przez 2 tygodnie, zanim nie dobili go kaci zastrzykiem z trucizną.

 

W drodze powrotnej w Wadowicach kupiłem te wspaniałe kremówki papieskie, oczywiście po dokładnym wybadaniu, gdzie są te najlepsze, bo "podróbek" nie brakuje! To też był ostatni raz, bo teraz już nie jadam słodyczy i chyba dopiero w Niebie, już razem z Papieżem, zjem je następny raz.

 

21. sierpnia pojechaliśmy z rodzicami do Częstochowy. Musiałem przecież odwiedzić moją Królową i Mamę. I musieliśmy zdążyć na siódmą na Mszę w intencji radia satelitarnego. Po powrocie do Krakowa poszedłem jeszcze do Dominikanów i na Wawel, do Katedry, pomodlić się przy relikwiach św. biskupa Stanisława i św. królowej Jadwigi. Wieczorem jeszcze ostatnie pożegnania z rodziną i następnego ranka wyjazd. Zacząłem oczywiście od Mszy, bo po pierwsze zawsze jak mogę to idę, a poza tym akurat było święto NMP Królowej. Moja pielgrzymka zaczęła się i skończyła maryjnym dniem.

 

Po Mszy Intercity do Warszawy, a na Okęciu kaplica lotniskowa. Cichutko, w skupieniu , przed Tabernakulum, dziękowałem Panu za te wspaniałe chwile. Chciałoby się powtórzyć za papieżem: Żal odjeżdżać… .

 

Ja Cię żegnam, Matko droga,

Niech odejdzie wszelka trwoga.

Niechaj wracam do swej chatki

Jak od ukochanej Matki.

 

A co z radiem? Oczywiście jest. Satelitarne radio Sirius, kanał 160. 24 godziny na dobę, od Pacyfiku po Atlantyk i od Kanady do Meksyku można słuchać wspaniałego radia Matki Angeliki. A i naziemne stacje radiowe rozmnożyły się w niezwykły sposób. EWTN nie tylko daje za darmo swe programy, ale także służą pomocą lokalnym społecznościom w założeniu katolickiego radia. I trudno nie zauważyć niezwykle pozytywnego wpływu tych rozgłośni na Kościół Katolicki, na księży i biskupów, a także na indywidualnych wiernych. Także protestantów, którzy coraz częściej odkrywają piękno Kościoła Katolickiego i coraz więcej z nich zostaje katolikami.

Odsłon: 537 Komentarzy: 11


Program do monitorowania blogów, wersja 0004

Kategoria: Aborcja Tuesday, 10 August 2010, 16:06

NoHumanek zakończył właśnie prace nad nową wersją programu do monitorowania komentarzy pod blogami na Frondzie. Bardzo pomocne narzędzie dla każdego, kto tu pisze i komentuje wpisy innych. Program jest do pobrania na moim forum, czyli TUTAJ Nie jest to freeware, ceną za program jest modlitwa w intencji jej autora. Oczywiście gdyby ktoś chciał także wspomóc go finansowo, z pewnością  autor by nie odmówił… Stworzenie tego programu kosztowalo go wiele godzin pracy.

Instalacja

Po kliknięciu na LINK ściągnie się nam spakowany plki. Klikamy na niego, po otwarciu klikamy dwukrotnie na ikonkę "fronda – Application"  i wybieramy "Extract all". Ponownie klikamy na "Extract" i następnie na ikonkę z kontutrami Polski z krzyżem. Ta ikona otwiera już program.

Ustawienia

Klikając na tę ikonkę wybieramy "Run" i mamy już otwarte okienko programu, które wygląda tak:

 

 

Na fotce są moje ustawienia, po otwarciu programu będą inne i każdy musi sam sobie ustawić preferencje. Po lewej stronie będą pozycje "-NOWE-; -INNE- i trzy blogi. Gdy nie chcemy akurat tych monitorować, podświetlamy niepotrzebne i klikamy na "Usuń". Gdy chcemy dodać inny, na przykład swój, klikamy na "Dodaj" i w okienku które wyskoczy zamiast słówka "hiob" wpisujemy słowo, które jest w nazwie adresu naszego bloga. Na przykład by monitorować blog księdza Studnickiego wpisujemy "kefas" i klikamy na "OK".

Monitorowanie jednego tematu

Bardzo fajną funkcją jest "-INNE-", przy pomocy której  możemy monitorować jeden wątek, na przykład ten, gdzie prowadzimy aktywną dyskusję.

Powiedzmy, że skomentowaliśmy na blogu Stanisława Żaryna  jego notkę o Tusku  i chcemy być powiadamiani tylko o nowych komentarzach w tym wątku. Klikamy zatem na przycisk "INNE/pojedyncze notki" w lewym, dolnym rogu okienka programu i otworzy nam się nowe okienko.

W nowym okienku, na samym dole, wklejamy, lub wpisujemy cały adres konkretnej, pojedynczej notki.   Klikamy na "Dodaj" i gotowe. Równocześnie możemy tam usunąć te tematy, które nas nie interesują, podświetlając je i klikając na "Usuń". W ten sposób każdy z nas może mieć ustawione swoje własne preferencje. Program oczywiście zapamięta je przy ponownym otworzeniu.

 

 

Gdy dyskusja jest świeża można ustawić sprawdzanie nawet co parę minut. Gdy nie prowadzimy aktualnie żadnych dyskusji, możemy sprawdzać naszego bloga co kilkanaście godzin. Ustawia się to w okienku u góry, po lewej.

 

Gdy klikniemy na "-NOWE-" wyświetlą się nam tylko te tematy, gdzie są nowe komentarze.  Obok tematu jest numer komentarzy, który jest równocześnie linkiem do blogu na Frondzie. Wystarczy raz na niego kliknąć, by zostać przekierowanym na odpowiedni blog.

 

"Zerowanie" zawiadomień

Gdy sprawdzimy zawiadomienia możemy kliknąć na ""Wyczyść zaznaczenia" w górnym prawym rogu okienka programu i to nam "wyzeruje" wyświetlanie zawiadomień o nowych komentarzach. Dzięki temu po kolejnym sprawdzeniu naszych blogów będziemy wiedzieli które komentarze przybyły od ostatniego sprawdzania.

 

Przepraszam, że tak tłumaczę, ale oceniam innych po sobie, a ja zwykle nie kumam. Program jest bardzo prosty, ale czasem taka instrukcja pomaga w zrozumieniu jego działania. Jest to ciągle nowa wersja, być może wyskoczą jakieś problemy, ale wtedy autor z pewnością  postara się je rozwiązać. Ja używam tego programu już jakiś czas i jestem nim zachwycony. Siedem gwiazdek z pięciu możliwych. ;-)

 

Marcin "noHumanek", dziękuję! A o modlitwie z pewnością będę pamiętał.

Odsłon: 834 Komentarzy: 5


Ile może Bóg?

Kategoria: Religia Saturday, 10 July 2010, 17:32

Czy Bóg wszystko może? Co oznacza "wszechmoc Boga"?  Pod jednym z moich ostatnich wpisów o piekle ktoś o nicku "mosiu c.d." napisał:

Hiobie, chodzi o możliwości Boga, czy są czy ich nie ma. Jak jest wszechmocny to musi mieć możliwości nawrócić wszystkich.

 

Bóg podobno stworzył człowieka , z wolną wolą – ewidentne działanie w paradoksie omnipotencji (stworzył kamień – wolną wolę – którego nie może podnieść). Skoro się na to zdecydował to widzę takie możliwości:

1. jest głupcem, który pozbawił się wszechmocy

2. jest zły i wcale nie zależy mu na zbawieniu

3. wie, że eksperyment się powiedzie i wszystko będzie wszystkim.

 

Stawiam, na 3. Nie wiem to czy Bóg jest poza logiką, czy też jest podobnie jak my logiczny i dopiero zamierza być ponad logiczny na końcu, ale nie przekonują mnie logiczne argumenty, że się nie da.

No właśnie. Jak to zatem jest z tą wszechmocą Boga? Spróbujmy się nad tym zastanowić.

 

Nie mogę się zgodzić z tym, że mamy jedynie takie możliwości, jakie Mosiu przedstawił. Jest jeszcze czwarta możliwość i to ta jest prawdziwa. Mianowicie taka, że  Bóg tak nas ukochał, że dał nam  wybór i do końca go szanuje.

 

Wszechmoc Boga nie oznacza wcale, że jest On dyktatorem, tyranem, który robi co Mu się tylko zachce. Co więcej, Bóg nie może zaprzeczyć swej własnej naturze. Bóg jest bytem prostym, zupełnie nieskomplikowanym i u Niego zawsze tak znaczy tak, a nie znaczy nie. Jeżeli zatem naturą Boga jest miłość, nie może On zrobić niczego, co byłoby zaprzeczeniem Miłości. Jeżeli Bóg jest Prawdą, to nie ma w nim kłamstwa.

 

Czy Bóg ma możliwości nawrócić wszystkich? Nie tylko ma, ale z tych możliwości skorzystał. Każdy człowiek otrzymał tyle łask, że wystarczą mu na osiągnięcie zbawienia. Jednak nie znaczy to, że każdy człowiek z tych łask skorzysta, bo Bóg dał każdemu z nas także możliwość wyboru.

 

Czy to jest pozbawienie się wszechmocy przez Boga? Czy to oznacza, że Bóg jest zły i Mu nie zależy na naszym zbawieniu? Czy wie, że eksperyment się powiedzie? Spróbujmy przyjrzeć się tym punktom.

 

Czy Bóg jest "głupcem, który pozbawił się wszechmocy"? To zależy, jak zdefiniujemy głupotę. Jeżeli dla kogoś  "szczytem mądrości" jest absolutna władza jaką posiada najgorszy tyran, który robi co chce, a głownie gnębi i tępi swych przeciwników, to rzeczywiście: Bóg jest głupcem. Co prawda nie pozbawiał się niczego, ale raczej nigdy takiej mocy nie posiadał. Byłaby ona bowiem sprzeczna z Jego naturą.

 

Muzułmanie tak rozumieją naturę Boga. Nie szukają w niej żadnej wewnętrznej logiki. Dla nich wręcz jest to bluźniercze. Oni mają z Bogiem relację sługa – pan, niewolnik – właściciel. Nie jest rolą niewolnika oceniać swego pana. Ma milczeć i robić co mu nakazano. Jednak Bóg Prawdziwy, Bóg objawiony patriarchom, prorokom i apostołom ukazuje nam się jako kochający Ojciec, nie jako tyran i dyktator. Jezus nam przypomina:

Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. (J 15, 15)

My zwykle przykładamy naszą miarkę do Boga i oceniamy Go według tego, co my byśmy zrobili. Dlatego nie rozumiemy czym jest prawdziwa miłość, pozbawiona nienawiści, pychy, czy chęci dominowania nad innymi. Gdybyśmy my byli wszechmocni, zaraz byśmy ustawili parę osób w naszym kręgu znajomych i w najbliższej rodzinie. Bóg jednak taki nie jest.

 

Bóg mógłby stworzyć świat pełen "yesmanów" potakujących Mu przez całą wieczność. To nie jest takie trudne. Żeby zrobić coś takiego nie trzeba być nawet Bogiem. Ja mogę zrobić sobie zabawkę, nakręcaną na kluczyk, która mi będzie biła pokłony od rana do wieczora. Tylko po co? Skoro taka zabawka nawet mojego chorego i pełnego pychy ego nie satysfakcjonuje, dlaczego miałbym przypuszczać, że Bóg doskonały i Bóg będący Miłością miałby pragnąć otoczenia się takimi bzdurnymi gadgetami?

 

Miłość wymaga wolności i Bóg pragnie, byśmy Go kochali tak, jak On nas kocha: Z własnej, wolnej i nieprzymuszonej woli. To rezygnacja z tego ze strony Boga, gdyby to było możliwe, byłaby głupotą i ograniczeniem swej mocy.

 

Zatem czy Bóg jest zły i Mu nie zależy na zbawieniu wszystkich? Na to odpowiedź znajdzie każdy, kto rozważał choćby raz Mękę Pańską. Kto widział "Pasję" Gibsona. Kto medytował klęcząc przed Krucyfiksem.

 

Czy Bóg "wie, że eksperyment się powiedzie"? I tak i nie. Przede wszystkim nie można w ogóle tak stawiać pytania. Bóg niczego nie wie co się stanie, bo Bóg nie ma przyszłości. Wszechmocny, biedny Bóg nie potrafi bowiem ani przenosić się z miejsca na miejsce, ani przebywać w czasie. Wehikuł czasu byłby zupełnie bezużytecznym wynalazkiem dla Boga. Dlaczego? To bardzo proste. Pozwólcie, że wyjaśnię.

 

Aby przenieść się z jednego miejsca na drugie musimy najpierw być w jednym miejscu, a nie być w drugim, a potem być w drugim, a nie być już w pierwszym. Jak jednak miałby Bóg to zrobić, skoro On jest wszędzie? Skoro to cały Wszechświat "zawiera się w Nim"? Podobnie jest z czasem, który jest takim samym atrybutem naszej materialnej rzeczywistości jak przestrzeń. Czas także "zawiera się w Bogu". On jest teraz w każdym czasie, nie widzi przyszłości i nie spogląda w przeszłość. Dla Niego wszystko jest jednym "TERAZ".

 

Zatem Boga nic nie zaskakuje. Ani ostatnie wybory, ani moje decyzje, ani klęski żywiołowe, ani działanie szatana. Cała historia wszechświata, tego widzialnego i tego niewidzialnego jest znana Bogu w sposób doskonały i ponadczasowy. Chciałoby się powiedzieć "od zawsze", gdyby i to stwierdzenie nie zawierało fałszu. Bo u Boga nie ma "od". U Boga jest tylko "TERAZ".

 

Plan Boga jest doskonały. To wiem z całą pewnością, choć nie rozumiem ani ułamka promila tego planu. Bóg nie żąda ode mnie zrozumienia, ale zaufania. Nie wiem jak pogodzę to, że w Niebie będę szczęśliwy w niewyobrażalny wręcz sposób z faktem, że nie spotkam tam osób, które kocham i które są mi bliskie, jeżeli taka sytuacja zaistnieje. Nie wiem jak rozumieć to, co wielu teologów nam mówi, że piekło także jest wynikiem Bożego Miłosierdzia.  Wiem natomiast, że z pewnością plan Boży jest lepszy od moich najbardziej błyskotliwych pomysłów i idei.

 

Nie pozostaje mi nic innego niż ufność Bogu. Wierzę w to, co przekazuje nam Biblia, wierzę w to, czego uczy nas Kościół i wierzę w to, co nam opowiedzieli mistycy, których Kościół uznał za wartych zaufania. A logika wcale się nie kłóci z tm, w co wierzę. "Mosiu" napisał:

Nie wiem to czy Bóg jest poza logiką, czy też jest podobnie jak my logiczny i dopiero zamierza być ponad logiczny na końcu, ale nie przekonują mnie logiczne argumenty, że się nie da.

Problem z tym stwierdzeniem polega na tym, że Bóg nie jest wcale "podobnie jak my logiczny", bo my bez przerwy popełniamy błędy w naszym rozumowaniu. Ja jestem przekonany, że moja logika jest pewna i niepodważalna jak skała, ale nieustannie spotykam osoby, których ani ona nie przekonywuje do niczego, ani też się z nią nie zgadzają. Ich "logika" (piszę to w cudzysłowie nie bez pewnej dozy sarkazmu) jest zupełnie inna. Bóg zatem z pewnością nie jest "poza logiką", ale nam się to zdarza cały czas.

 

Bóg wszystko może. Jest wszechmocny. Może jednak jedynie wszystko to, co jest zgodne z Jego naturą, bo nikt, nawet Bóg, nie może dokonać czegoś, co jest niemożliwe. Co jest sprzeczne z wewnętrzną logiką, co jest absurdem. Sama Biblia nas uczy, że  "niemożliwe jest, by skłamał Bóg" (Hbr 6, 18), oraz że niemożliwe jest, by Chrystusa uznać za sprawcę grzechu ( Ga 2, 17). Nie może skłamać Ten, który jest Prawdą (J 14,6) i nawet Bóg nie może zaprzeć się samego siebie:

Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego. (2 Tm 2, 13)

Odsłon: 1230 Komentarzy: 67


Do diabła z tym piekłem! 4

Kategoria: Religia Saturday, 10 July 2010, 04:11

Myślę, że już wszyscy mają dość tego tematu, więc postaram się zakończyć ten mini cykl dzisiaj. Przypomnę, że został on sprowokowany notkami pana Marka Błaszkowskiego na Frondzie i w Salonie. Linki do nich podam na końcu mojego postu.

 

Pan Błaszkowski parokrotnie powoływał się na teologa Wacława Hryniewicza. Muszę przyznać, że choć nazwisko to słyszałem wcześniej, nigdy bliżej się tej postaci nie przyglądałem. Zrobiłem to teraz i widzę, że nie straciłem wiele.

 

Jeden z moich przyjaciół, ortodoksyjnych katolików, którego nazwisko pominę, gdyż jest powszechnie znanym dziennikarzem, a nie pytałem go o zgodę na ujawnienie jego tożsamości, powiedział mi przed paru dniami: "Studiowałem na KUL za jego czasów i już wtedy mnie wkurzał". Wskazał mi też fragment książki "Uwierzcie w koniec świata", gdzie ojciec Badeni tak posumował Hryniewicza:

"-Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.

-Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma – nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada – i publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce się nawrócić, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. On bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju.. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć." (str. 40)

Pan Tomasz Terlikowski napisał we Frondzie przed paru laty, że

… zasadzie prymatu własnej nieomylności nad nauczaniem Kościoła pozostaje Hryniewicz wierny w niemal wszystkich swoich tekstach i wypowiedziach publicznych. (T. Terlikowski, Syllabus błędów Hryniewicza, „Fronda” nr 49/2008, s. 185)

Ksiądz Dariusz Kowalczyk napisał:

Ks. Hryniewicz zdaje się podzielać pogląd, że żadna ze wspólnot wyznaniowych (w tym również Kościół katolicki) nie powinna rościć sobie prawa do wyłącznego nazywania się Kościołem Chrystusowym. Lubelski teolog uważa, że nam wszystkim brak pełnej katolickości. Podział sprawia, że również Kościół rzymski nie może być w pełni katolicki. Co więcej, Hryniewicz postuluje konieczność wzajemnego uznania, że w każdym Kościele jest obecny i urzeczywistnia się w konkretnej postaci prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa, mimo wszelkich ludzkich niedostatków i ułomności. A w innym miejscu stwierdza: Niech się Kościoły wzajemnie uznają, niech zachowają swoją specyfikę, odmienność tradycji, ale niech tworzą wielki krąg Kościoła Chrystusowego we wzajemnym uznaniu kościelności. Jakkolwiek pociągająca może się wydawać owa wizja, to jednak nie sposób nie zauważyć, że między poszczególnymi wyznaniami chrześcijańskimi istnieje nie tylko wzbogacająca wszystkich owa odmienność tradycji, ale również wiele głębokich różnic i sprzeczności w głoszeniu Ewangelii. Idea tworzenia prawdziwego Kościoła ponad podziałami nie jest nowa. Owocowała ona często tworzeniem kolejnych, marginalnych wspólnot chrześcijańskich, a nie jakimkolwiek zjednoczeniem. Ponadto, jeśli Kościół Chrystusowy jest wszędzie, to właściwie jest nigdzie, albo jest to Kościół dość schizofreniczny. Kiedy Adamiak i Majewski pytają Hryniewicza, czy wyobraża sobie wspólną Eucharystię katolików i protestantów przy istotnych różnicach np. w kwestii nauczania na temat związków homoseksualnych, to teolog ucieka w tyleż lukrowane, ile niejednoznaczne stwierdzenia: Trzeba mieć więcej wyrozumiałości dla ludzi, pogodniejsze spojrzenie na wiele spraw. Sam Bóg ma zmiłowanie dla wszystkich.

Mnie to wystarczy. Pełny tekst księdza Kowalczyka można znaleźć TUTAJ. I jeżeli dla kogoś ksiądz Hryniewicz jest autorytetem, to jego sprawa. Dla mnie tacy teologowie są co najwyżej narzędziem w ręku szatana. Mówiąc to wcale nie neguję faktu, że ma on olbrzymią wiedzę. Nie neguję także faktu, że z pewnością w wielu rzeczach ma rację i na wiele ma nowe spojrzenie. Tak samo, jak nie neguję faktu, że kudłaty jest lepszym teologiem ode mnie, od księdza Hryniewicza, a nawet od samego papieża. Bo jeżeli za "teologa" uznamy kogoś, kto ma wiedzę o Bogu, to żaden z żyjących ludzi nie ma ani drobnego ułamka takiej wiedzy, jaką ma ten upadły seraf.  Tylko wiedza jeszcze nikogo nie zbawiła, a do tego żadne stworzenie, łącznie z szatanem nie posiądzie nigdy pełnej wiedzy. Jednak w Księdze Koheleta czytamy:

Nieżywa mucha zepsuje naczynie wonnego olejku. Bardziej niż mądrość, niż sława zaważy trochę głupoty. (Koh 10,11)

A tu ta mucha, czy też odrobina głupoty dotyczy sprawy niezwykle ważnej i wonny olejek nagle zaczyna wydawać bardzo nieprzyjemną woń. Przypomina raczej swąd spalenizny, niż róże.

 

Pozostawmy zatem księdza Hryniewicza na boku, o którym pan Błaszkowski pisze, że "jest wybitnym teologiem, świetnie rozumiejącym takie zjawisko jak WSCHODNI SPOSÓB OBRAZOWANIA sprzed dwóch tysiącleci. Jest chlubą polskiej teologii". Jak widać dla jednych jest chlubą, inni za niego się wstydzą. My jednak zobaczmy jakie inne jeszcze argumenty przedstawił pan Błaszkowski. Pisze on dalej:

W Modlitwie Arcykapłańskiej Jezus wprost prosi Ojca o ZBAWIENIE WSZYSTKICH. Czyżby i tu "maczał palce Kudłaty"?

Już pisałem o tym i powtórzę jeszcze raz: Jezus nikogo nie przeznacza do potępienia. Każdy człowiek otrzymuje wystarczającą ilość łask, by osiągnąć zbawienie. Tak samo, jak każdy anioł mógł pozostać w stanie łaski. Zgadzamy się jednak chyba wszyscy, łącznie z panem Błaszkowskim i księdzem Hryniewiczem, że część aniołów na wieki odeszła od miłosiernego Boga. Podjęli taki wybór i Bóg ten wybór uszanował. Bóg kocha tak samo nas, ludzi, jak i wszystkie chóry anielskie. I tak samo szanuje nasze, jak i ich wybory.  Prośba Jezusa nie oznacza zatem zapowiedzi, że Bóg zbawi nas wszystkich bez naszej wiedzy i zgody.

 

Poza tym… poza tym gdzie w tej modlitwie On o to prosi? Jezus prosi:

Ojcze, nadeszła godzina! Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. (J 17, 1b-2)

Czyli prośba dotyczy tych, których "Ojciec dał Synowi". To nie są jeszcze wszyscy ludzie. Dalej w tej modlitwie słyszymy:

Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. (J 17, 8-9)

Ta modlitwa jest zatem prośbą za tymi, którzy przyjęli słowa Jezusa. On nawet tutaj nie prosi "za światem", ale za tymi, którzy poznali, że Jezus przyszedł od Ojca.

 

Dalej Jezus tak się modli:

Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. (J 17, 14-17)

Co to znaczy "świat ich znienawidził"? Drzewa? Góry? Nienawidzić mogą tylko stworzenia racjonalne, myślące i wolne, a w świecie jedynymi takimi stworzeniami są ludzie. Zatem to za chrześcijan modli się tu Jezus, by ich uchronić przed nienawiścią innych ludzi. Innych, którzy odrzucili Jezusa i nie uznali w Nim Syna Bożego. Nie widzę niczego w tej modlitwie, co by sugerowało "zbawienie wszystkich".

 

Dalej Jezus modli się takimi słowami:

Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. (J 17, 20-23)

Ponownie widać, że prosi On za tymi, którzy uwierzyli. Prosi także o łaskę jedności tych, którzy wierzą, aby i "świat" mógł uwierzyć i poznać, że to Ojciec posłał Syna. Oczywiście problem polega na tym, że modlitwa Jezusa nie odbiera nam wolnej woli. Ani my, chrześcijanie, nie stanowimy monolitu, ani się ku temu na razie nie zanosi, (a jak ekumenizm będzie rozumiany tak, jak to rozumie ksiądz Hryniewicz, to może i lepiej), więc i spekulacje, że "świat" uwierzy nie mają żadnych podstaw. Z pewnością ta modlitwa Jezusa nam ich nie daje.

 

Pan Błaszkowski pisze dalej:

"Nadzieja powszechnego zbawienia jest dobrze ugruntowana w Biblii. Oczywiście jest to tylko nadzieja, a rzeczywistość może wyglądać tak, że całe rzesze zostaną potępione."

Albo mamy zupełnie inne Biblie, albo zupełnie inaczej rozumiemy ten sam tekst. W jednym z poprzednich wpisów cytowałem kilkanaście wersetów uczących jednoznacznie, że piekło rzeczywiście istnieje i że trafia tam wiele osób. Nie znam natomiast żadnego wersetu, mimo, że Biblię regularni czytam od wielu lat, który by dawał nadzieję powszechnego zbawienia.  Pan Błaszkowski:

Nie rozumiem natomiast dlaczego aż tylu chrześcijan chce, aby to potępienie było połączone z WIECZNYMI MĘCZARNIAMI. Nawet Papież opisuje piekło jako "życie nierzeczywiste". Bez wrzącej smoły i polewania wrzątkiem. Rozumiem, że doznajemy od bliźnich krzywd, czasem bardzo ciężkich, ale zawziętość posunięta aż do żądania w rewanżu wiecznych męczarni to gruba przesada. Tym bardziej, że te męczarnie mają nikłe potwierdzenie w badaniach teologicznych.

To, że ktoś twierdzi, że istnieje choroba nowotworowa wcale nie oznacza, że chce, by ludzie na nią chorowali. To, że ja twierdzę, że Biblia i Kościół uczy jednoznacznie i wyraźnie, że istnieje piekło, nie oznacza wcale, że chcę, by tam ktokolwiek trafił. Każdy, kto czyta regularnie mojego bloga wie, że wielokrotnie pisałem o tym, że każdy z nas powinien rozbić wszystko co może, by pomóc w zbawieniu innych. Uważam, że jest tragedią, że zapomnieliśmy o postach, o modlitwie, że w polityce szukamy rozwiązań wtedy, gdy jedynie Bóg nam może te rozwiązania dać.

 

Pan Marek Błaszkowski czasem przypomina małe dziecko, które zamknie oczy i myśli, że go nikt nie widzi. Gdy zaczniemy powtarzać, że piekła nie ma, ono nie przestanie z tego powodu istnieć. I nikomu nie wyrządzimy łaski, nikomu nie pomożemy, negując pewne fakty. Tak jak nie pomożemy choremu, twierdząc, że nieprawdą jest, że od raka się umiera.

 

Wiele z powyższych uwag było już podanych w komentarzach pod poprzednimi notkami.  Nie jestem tu oryginalny i nie mam takich ambicji. Tak samo, jak nie jest oryginalny ani ksiądz Hryniewicz, ani pan Błaszkowski. Orygenes, święty Grzegorz z Nyssy, czy dzisiaj Hans Urs von Balthasar także flirtowali z tą ideą. I każdy z nich, łącznie z panem Błaszkowskim, jest niewątpliwie lepiej ode mnie wykształcony, inteligentniejszy i posiadający większą wiedzę. Ale z drugiej strony znalazłyby się dziesiątki przykładów ludzi równie wykształconych, inteligentnych i mądrych, dla których idea pustego piekła jest absurdalna.

 

Ja nie piszę w imieniu Kościoła, choć zawsze staram się być bardzo ortodoksyjny w przekazywaniu nauki Kościoła. Mogę się jednak mylić. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że nie mogę się zgodzić z poglądem głoszącym, że piekło jest, lub będzie puste i że wszyscy ludzie będą zbawieni. Ja ze swej strony zrobię wszystko, by tak się stało. Mam nadzieję, że żadna osoba przeze mnie nie utraci zbawienia, a wielu w jakiś sposób w osiągnięciu zbawienia pomogę, jednak głoszenie, że piekła nie ma na pewno w tym nie pomoże.

 

Bo to jest w końcu sedno całej tej kontrowersji. Można by wręcz zapytać: "Komu to służy i kto za tym stoi". I choć jasne jest, że Bogu nie chodzi o to, byśmy Go "pokochali ze strachu przed piekłem", to jest równie jasne i to, że tylko kudłatemu może zależeć na tym, byśmy przestali wierzyć w realne zagrożenie, jakim piekło jest. Świat bez Boga i świat bez piekła jest tak samo okrutny. Jeden i drugi nie ma sensu. I jeden i drugi jest nieprawdziwy. Bóg jest naprawdę i naprawdę stworzył moralną rzeczywistość. A moralna rzeczywistość wymaga, by były możliwe moralne wybory, które powodują prawdziwe konsekwencje.

 

Miłosierdzie Boże to nie jest atrybut, który powoduje, że my tracimy możliwość wyboru, wolną wolę i stajemy się marionetkami w rękach Boga. Miłosierdzie jest nadzieją dla grzeszników, którymi wszyscy jesteśmy. Bóg Miłosierny wybacza każdemu, kto Go o to poprosi, żałując za swe grzechy, choć tak naprawdę każdy z nas zasługuje na potępienie. Jednak Bóg nie pragnie zemsty. Udowodnił to na Krzyżu, który nie tylko pokazał nam czym jest Miłość Boga, ale też czym jest Jego Sprawiedliwość.

 

To tyle, co ja mam do powiedzenia na ten temat. Wiem, że nie wyczerpałem tematu, ale jest to temat na książkę, nie na felieton. Nie przekonałem też zapewne pana Błaszkowskiego, choć nie tracę nadziei, że spojrzy on na to zagadnienie z innego punktu widzenia. Że rozpatrzy argumenty każdej ze stron, że zastanowi się kto najbardziej korzysta na głoszeniu tezy o pustym piekle. Jako prawnik nie powinien mieć z tym najmniejszego problemu.

 

A ja chciałbym na koniec podziękować mu za sprowokowanie mnie do napisania tych kilku notek, bo temat piekła w dzisiejszych czasach jest niemodny. Nie słyszy się o nim na kazaniach, nie wypada wspominać o nim w towarzystwie, a jeżeli już, to co najwyżej w kontekście miłosiernego Boga, który przecież nie będzie takim okrutnikiem, by wysyłać nas na wieczne męki. Szatan odniósł sukces, osiągnął swój cel. Dlatego, uważam, trzeba powracać do tradycyjnego nauczania Kościoła, tym bardziej, że przecież i aktualny Katechizm, ten posoborowy, bardzo wyraźnie uczy, że piekło istnieje. Co więcej, nigdzie, nawet w najmniejszym stopniu nie sugeruje on, że piekło mogłoby być puste.

 

Nie dajmy się więc zwieźć teologom, którzy de facto uczą indyferentyzmu. Nie dajmy się zwieźć temu, któremu najbardziej zależy, byśmy uwierzyli w jego bezsilność. Piekło jest realne i każdy z nas, odrzucając Boga tam się znajdzie. A odrzucenie Boga nie musi być i zwykle nie jest uroczystą deklaracją. Zazwyczaj są to wybory, jakich dokonujemy każdego dnia. W pracy, w prowadzeniu biznesów, w składaniu oświadczenia podatkowego, w życiu rodzinnym, w decyzji o wielkości naszej rodziny, przy urnie wyborczej, w doborze przyjaciół i w tym, jak spędzamy wolny czas. Te decyzje każdego dnia przybliżają nas do Boga, lub od Niego oddalają. Wielu z nas wierząc, że piekła nie ma jest w nim już teraz. I jeżeli się nie nawrócimy, moment śmierci tylko ten wybór potwierdzi i ukaże nam bez żadnych osłonek. Wtedy jednak już będzie zbyt późno.

 

A gdzie "TO" jest w Biblii? Piekło Do diabła z tym piekłem! 1 Do diabła z tym piekłem! 2 Do diabła z tym piekłem! 3

Notki pana Błaszkowskiego:  Kto się będzie smażył w piekle? Miłość ze strachu przed piekłem?

 

PS. Po skończeniu tej notki sprawdziwłem pocztę i komentarze pod blogiem w Salonie24.  Znalazłem tam komentarz pana Marka.  Bardzo osobisty. Chciałbym zatem powrócić tu do tych kilku jego uwag. Pan Marek pisze między innymi:

Wszczynając ten temat chciałem tylko wskazać na Jezusa, jako jedyne źródło mojej nadziei, jako jedyny sens mojego życia.

Nietylko dlatego, że jestem słaby, że czynię czego nie chcę, że zawodzę tych, których kocham, a daję sobą manipulować ludziom złym i przewrotnym, że wreszcie nie umiem nawet kochać samego siebie. […]

Jeśli Jezus nie zbawi wszystkich, to nie ma nadziei, bo JA JESTEM OSTATNI W KOLEJCE. Dla mnie zbawienie dostępne jest tylko wtedy, jeśli obejmie WSZYSTKICH. A co z tymi, których wciąż zawodzę? Stoją obok mnie,na szarym końcu, przez miłość.

Drogi panie Marku! Kandydatów do tego ostatniego miejsca jest wielu. Zaczynając od świętego Pawła:

W końcu, już po wszystkich, [Jezus] ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi.9. Jestem bowiem najmniejszy ze wszystkich apostołów i niegodzien zwać się apostołem, bo prześladowałem Kościół Boży. (1 Kor 15, 8-9)

Jednak nadzieja nasza, Pana, moja, czy świętego Pawła nie musi polegać na zbawieniu wszystkich. Z Pana słów wynika jasno, że dla Pana Jezus jest tą nadzieją. Jedna kropla Jego krwi wystarczy, by nas wszystkich zbawić. Jednak ani Pan, ani ja, ani święty Paweł nie odrzucamy tej nadziei. Nie wypieramy się Jezusa. W Nim i tylko w Nim pokładamy naszą nadzieję.

 

Ani ja, ani Kościół nie neguje faktu, że każdy, który błaga o Boże Miłosierdzie, nie zawiedzie się. I choć żaden z nas nie zasługuje na taki dar i choć nikt z nas nie zapracował sobie na niego, otrzymamy go, bo Bóg nas kocha. Tu, myślę, zgadzamy się w zupełności. Są jednak ludzie, którzy nie chcą tego miłosierdzia. Albo uważają, że go nie potrzebują, albo wręcz są w stanie rebelii i buntu wobec Boga, albo z jakiegokolwiek innego powodu wybierają wieczność bez Boga.

 

I na koniec jeszcze jedna, myślę, że bardzo istotna uwaga. Tylko Bóg może sprawiedliwie ocenić nasze serca. Wielu bowiem z nas, ocenianych z zewnątrz jako "świętoszki" jest grobami pobielanymi. Chodzącymi zombie. Z kolei wielu z tych, których świat ocenia bardzo negatywnie, odnajdzie w sobie tę iskierkę nadziei, by błagać o przebaczenie. często nawet w ostatniej sekundzie życia. Bo nasze sumienia, nasze zachowanie jest zdeterminowane bardzo wieloma czynnikami.

 

Pan, jako prawnik, wie, że wina często jest uzależniona od warunków, w jakich ktoś żyje. Czasem działamy w silnym afekcie, czasem motywy są szlachetne, gdy czyn obiektywnie jest zły. Zabicie kogoś, kto się nad nami znęca od lat, fizycznie, psychicznie, czy seksualnie ma inny wymiar moralny i }podpada pod inny paragraf" niż zabicie kogoś z niskich, materialnych pobudek.  Ale w systemie prawnym takie rozróżnienia zawsze są niedoskonałe, bo sędziowie są niedoskonali. Bóg jednak jest doskonałym sędzią i zna nas lepiej niż my sami.

 

Dziękuję za te pańskie słowa. Mam nadzieję, że w naszej dyskusji nie posunąłem się w swym sarkazmie zbyt daleko. Tak trudno pamiętać zawsze o słowach mojego patrona, świętego Piotra, który powiedział:

Lecz Chrystusa Pana poświęcajcie w sercach waszych, zawsze gotowi do obrony przed każdym, domagającym się od was wytłumaczenia się z nadziei waszej. Lecz czyńcie to z łagodnością i szacunkiem. Miejcie sumienie czyste, aby ci, którzy zniesławiają dobre chrześcijańskie życie wasze, zostali zawstydzeni, że was spotwarzali. ( 1 P 3, 15-16, BW)

Z tą łagodnością i szacunkiem zawsze bywa najtrudniej i w zapale dyskusji walczymy o argumenty, zapominając często o człowieku. Zatem przepraszam za wszystkie moje złośliwości i uszczypliwe uwagi i mam nadzieję, że pozostaniemy przyjaciółmi. Pozdrawiam serdecznie, z Panem Bogiem.

 

Odsłon: 565 Komentarzy: 8


Do diabła z tym piekłem! 3

Kategoria: Religia Thursday, 10 June 2010, 03:28

Po uzasadnieniu dlaczego piekło jest rzeczywiste i realne, po przypomnieniu co sam Jezus w Ewangeliach, oraz święci i mistycy uczą nas o nim, czas ustosunkować się do niektórych zarzutów osób, którym nie podobało się to, co napisałem i co dla mnie jest tak oczywiste. Zacznę od uwag pana Marka Błaszkowskiego, bo on był przyczyną dla której w ogóle zająłem się "Problemem piekła".

 

Komentując jedną z moich wcześniejszych notek pan Marek napisał:

"1.Zwracałem uwagę, że narracja biblijna idzie równolegle dwutorowo. Z jednej strony mamy szereg zapewnień Boga (także w Osobie Jezusa) o pragnieniu Zbawienia WSZYSTKICH. Cytowałem kilka stosownych fragmentów. Jeśli Pan sobie życzy, przygotuję ich więcej."

2.Równolegle z zapewnienieniami o Bożym pragnieniu zbawienia wszystkich występują liczne ostrzeżenia o "strasznym Dniu Sądu Pańskiego" i zagładzie bezbożnych.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem całkowicie. Jednak "pragnienie zbawienia wszystkich", a "zbawienie wszystkich" to są zupełnie różne rzeczy. Nie ma więc, moim zdaniem, żadnej "dwutorowości" w Biblii, w sensie sprzecznych idei, sprzecznych przesłań. Jezus nie jest schizofrenikiem, nie straszy nas piekłem, by za moment nam sugerować, że wszyscy będą zbawieni. Wersety Biblii nie są nigdy sprzeczne, ani też nie jest tak, że jedne są ważniejsze od innych. Wszystkie są Słowem Bożym i musimy je rozumieć w ich wzajemnych relacjach. One się uzupełniają, a nie wykluczają.

 

Ofiara Jezusa jest wystarczająca dla każdego człowieka. Celem tej Ofiary było umożliwienie zbawienia każdemu człowiekowi. Nie jesteśmy kalwinistami, którzy uważają, że Bóg przeznaczył niektórych do wiecznego potępienia. Takie rozumienie chrześcijaństwa rzeczywiście nie jest do pogodzenia z naszą wiedzą o Bogu, który jest Miłością. Jednak nie możemy zapominać, że prawdziwa miłość zawsze jest wolna.

 

Gdy młody chłopak pokocha jakąś dziewczynę, stara się zdobyć jej serce. Kupuje kwiaty, czekoladki, "bajeruje", ubiera czystą koszulę i nawet myje uszy i zęby. Robi wszystko co mu przychodzi do głowy, by tylko sprawić, że ona zacznie spoglądać na niego przychylnym okiem. Ale gdy nie osiągnie sukcesu, to gdy kocha naprawdę, zaczyna pisać żałosne i najprawdopodobniej bardzo kiczowate wiersze, traci apetyt, sen i zdrowy rozsądek,  opowiada wszystkim jaki to on jest nieszczęśliwy, czy wręcz, niczym młody, cierpiący Werter, być może nawet usiłuje się zabić.  Nie pochwalając takiej egzaltacji jesteśmy w stanie zrozumieć to zachowanie. Jesteśmy gotowi współczuć z nieszczęśliwie zakochanym.

 

Załóżmy jednak, że ten nieszczęśliwie zakochany człowiek zamiast starać się o względy ukochanej osoby porwie ją, uwięzi i przemocą uczyni z niej niewolnicę-kochankę, gwałcąc jej wolność i wybór wbrew  jej woli. Co wtedy? Zgodzimy się chyba wszyscy, że taki czyn udowadnia z pełną jaskrawością, że on jej wcale nie kochał. Kochał tylko siebie, a w stosunku do dziewczyny odczuwał jedynie żądze.

 

Jednak gdy spojrzymy na naszą rzeczywistość bez piekła, gdy założymy, że Bóg stworzył Świat, w którym wszyscy kończymy w Niebie, to Świat taki znacznie bardziej przypomina ten drugi scenariusz. Bóg okazuje się potworem, który najpierw straszy nas piekłem, sugeruje, że musimy spełnić wiele bardzo trudnych warunków, by osiągnąć zbawienie,  poprzez prywatne objawienia daje nam osobiście i poprzez swą Matkę wizje ukazujące dusze potępionych ludzi w piekle, a potem nam mówi: "A kuku, piekła nie ma, musicie wszyscy być ze mną szczęśliwi w Raju".

 

Dla mnie jest to tak nielogiczna idea, głupia wręcz, że naprawdę uważam, że trzeba mieć co najmniej habilitację z teologii by uwierzyć w taki scenariusz. I nazwać to na dodatek wynikiem Bożego Miłosierdzia.  Gdzie tu jest Miłosierdzie Boże? Ja go naprawdę nie potrafię dostrzec.

 

Bóg stworzył wiele istot które nigdy nie pójdą do piekła. Niezależnie od tego co zrobią, piekło im nie grozi. Jedna z takich istot merda koło mnie ogonem. Ma na imię Misiek, jest miniaturowym, przemiłym pudelkiem i od czternastu lat  każdego dnia wielbi Boga całym swoim maleńkim jestestwem. Robi to, bo nie ma wyjścia. Bo jest zwierzęciem, które nie potrafi podejmować moralnych wyborów. Nie można więc o nim powiedzieć, że zrobił coś złego, czy dobrego. Robi tylko to, co mu instynkt zgodny z jego naturą nakazuje.

 

Zwolennicy naszej rzeczywistości bez piekła redukują nas do poziomu zwierząt, a Boga do okrutnika, który dał nam jedynie  iluzję jakiś wyborów, postraszył, nakazał spełniać całą masę rzeczy które nie mają żadnego znaczenia, by w końcu i tak wszystkich umieścić w tym samym miejscu. Czy tego chcą, czy nie. Ale po co? Dlaczego?  czy Boga, ich zdaniem, bawi takie naigrawanie się ze swych stworzeń? Czy jesteśmy igraszką, zabawką w rękach Boga, ku Jego rozrywce? Czy raczej Bóg kocha nas prawdziwie, dając nam wolność wyboru do końca? Także możliwość odrzucenia Go, ze wszelkimi konsekwencjami takiej decyzji.

 

Bóg rzeczywiście pragnie zbawienia każdego człowieka. Każdemu też daje wystarczająco wiele łask, by on  to zbawienie osiągnął. Co więcej, Bóg dał nam Kościół, który sprawia, że to wcale nie jest trudne. Poprzez sakramenty i poprzez naukę Kościoła, która nie zawiera żadnych błędów, osiągnięcie zbawienia jest łatwiejsze niż ukończenie wydziału prawa na przeciętnym uniwersytecie. Wystarczy tę  naukę poznać i według niej postępować. Problem polega jednak na tym, że my często wiemy lepiej…

 

Katechizm Kościoła Katolickiego uczy nas:

633. […] Jezus nie zstąpił do piekieł,by wyzwolić potępionych, ani żeby zniszczyć piekło potępionych, ale by wyzwolić sprawiedliwych, którzy Go poprzedzili.

 

1033. […] Umrzeć w grzechu śmiertelnym, nie żałując za niego i nie przyjmując miłosiernej miłości Boga, oznacza pozostać z wolnego wyboru na zawsze oddzielonym od Niego. Ten stan ostatecznego samowykluczenia z jedności z Bogiem i świętymi określa się słowem „piekło".

 

1035 Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, „ogień wieczny". Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.

Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego:

213. Jak pogodzić istnienie piekła z nieskończoną dobrocią Boga? Bóg, który chce „wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9), stworzywszy jednakże człowieka jako istotę wolną i odpowiedzialną, respektuje jego wybory. Dlatego to sam człowiek, w pełnej wolności, wyłącza się dobrowolnie ze wspólnoty z Bogiem, jeśli aż do momentu własnej śmierci trwa w grzechu śmiertelnym, odrzucając miłosierną miłość Boga.

Pan Błaszkowski:

3) Biblia nie opisuje natomist piekła jako miejsca wieczystego znęcania się na grzesznikami (w przeciwieństwie do barwnych opisów polewania wrzątkiem, które zawiera Koran). Biblia mówi o ZAGŁADZIE bezbożnych,a nie o znęcaniu się. Stwierdzenie o mękach wieczystych występuje bodajże dwa razy. Raz w cytacie, który Pan przywołał, a drugi raz w cytacie dotyczącym wyłącznie szatana i jego aniołów.

Pozwolę sobie niezgodzić się z taką opinią. W poprzednich notkach podawałem już przykłady wersetów ukazujących nam piekło jako miejsce, które będzie trwało wiecznie. Przypomnę je poniżej. Zgadzam się natomiast, że nie jest to miejsce "znęcania się" nad kimkolwiek. Ani Kościół, ani Biblia ani ja nie twierdziliśmy nigdy i nigdzie, że Bóg "znęca się" nad kimkolwiek, czy to w piekle, czy też w innym miejscu. Jedynie gdybyśmy przyjęli, że piekła rzeczywiście nie ma, albo, że jest puste, albo, że za jakiś czas przestanie istnieć, to moglibyśmy uznać, że Bóg się nad nami znęca, okrutnie się z nas naigrywając i kpiąc sobie z nas.

Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3, 12)

 

Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. (Mt 18, 8)

 

Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. (Mk 9, 43)

 

Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! […] Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25, 41, 45-46)

 

Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne. (Ga 6, 7-8)

Poza tym… jakie znaczenie ma to, czy Biblia wspomina o czymś raz, czy sto razy? Każde słowo Jezusa jest Słowem Bożym i On naprawdę nie musi niczego powtarzać w nieskończoność. Możemy Mu zaufać nawet wtedy, gdy powie coś jeden, jedyny raz.

(CDN)

Odsłon: 515 Komentarzy: 5


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.