Kategoria: Religia Monday, 27 September 2010, 06:44
Powracam do mojego cyklu, bo wczoraj właśnie o to mnie ktoś zapytał: Gdzie Biblia uczy nas o grzechu pierworodnym? Zatem poniżej kilka wersetów potwierdzających naukę Kościoła o grzechu pierworodnym.
On sam podał werset:
"Od łona matki występni zeszli na bezdroża, od urodzenia zbłądzili głosiciele kłamstwa" (Ps 58, 4)
…ale to nie jest jeden z tych, które zwykle są przypominane w apologetycznych dyskusjach. Sam zresztą przyznał, że w swojej rozmowie z protestantem po prostu różnili się w interpretacji tego wersetu. Jeżeli już mielibyśmy poszukać potwierdzenia w Psalmach, znacznie lepszy wydaje się ten wers:
Oto zrodzony jestem w przewinieniu i w grzechu poczęła mnie matka. (Ps 51, 7)
Jeszcze wyraźniej uczy o tym święty Paweł w Liście do Rzymian:
Dlatego też jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli…[…] Jeżeli bowiem przez przestępstwo jednego śmierć zakrólowała z powodu jego jednego, o ileż bardziej ci, którzy otrzymują obfitość łaski i daru sprawiedliwości, królować będą w życiu z powodu Jednego – Jezusa Chrystusa. A zatem, jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi.(Rz 5, 12, 17-19)
Podobnie w Pierwszy Liście do Koryntian:
Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15, 21-22)
… i w Liscie do efezjan, gdzie św. Paweł pisze, że "z natury zasługujemy na gniew":
I wy byliście umarłymi na skutek waszych występków i grzechów, w których żyliście niegdyś według doczesnego sposobu tego świata, według sposobu Władcy mocarstwa powietrza, to jest ducha, który działa teraz w synach buntu. Pośród nich także my wszyscy niegdyś postępowaliśmy według żądz naszego ciała, spełniając zachcianki ciała i myśli zdrożnych. I byliśmy potomstwem z natury zasługującym na gniew, jak i wszyscy inni. (Ef 2, 2-3)
To tyle wyjaśnienia co grzech powoduje. Księga Rodzaju nam opisuje jak ten grzech się narodził:
A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz. (Rdz 2, 16-17)
Rzekł Bóg: Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść? Mężczyzna odpowiedział: Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: Dlaczego to uczyniłaś? Niewiasta odpowiedziała: Wąż mnie zwiódł i zjadłam. Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. Do niewiasty powiedział: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą. Do mężczyzny zaś Bóg rzekł: Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (Rdz 3, 11-19)
Oczywiście na koniec warto wspomnieć, że grzechem Adama nie było zjedzenie owocu, ale nieposłuszeństwo. Albo raczej chęć "poznania dobra i zła", czyli decydowania samemu, co jest dobrem, a co złem. Nasi prarodzice zapragnęli być "jak Bóg" i sami decydować co jest dobrem, a co złem. Czyż bowiem nie tym skusił ich wąż?
Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (Rdz 3, 55)
Zatem zanim zaczniemy zgłaszać pretensję do naszych praprzodków, spójrzmy w lustro. Czyż nie robimy tego my sami? I to każdego dnia? Wybielając w naszych oczach zło które popełniamy, decydując które doktryny Kościoła uznać za nieważne, albo wręcz błędne? Im więcej się świat zmienia, tym bardziej pozostaje taki sam. A kudłaty jak zwiódł Ewę, tak samo zwodzi i nas. Nihil novi sub sole.
PS. By znaleźć pozostałe notki z tego cyklu, wystarczy kliknąć na "spis treści" obok, w notce biograficznej, albo otworzyć stronę jaskiernia.org i zobaczyć dział "Apologetyka".
Kategoria: Religia Saturday, 25 September 2010, 05:08
Często słyszę opinię, że ktoś uwierzyłby w Boga, gdyby zobaczył cud. Nie przeczytał o cudzie, czy usłyszał o nim, ale gdyby to jemu Bóg, o ile Bóg istnieje, dał tę łaskę i coś cudownego z jego życiem zrobił. Oczywiście są też tacy, jak np. Richard Dawkins, którzy po prostu zakładają, że żadne cuda się nie mogą zdarzyć i jeżeli marmurowa statua Maryi Panny zacznie do nas machać ręką, to nie jest to żaden cud, ale znaczy to, że tak się "ułożyły atomy" w marmurze. Oczywisty nonsens, bo wiemy, a uczy nas tego nauka, że marmurowe rzeźby samoczynnie nie machają rękami. Ale jak ktoś "religijnie" podchodzi do swych przekonań, to uwierzy w każdą bzdurę.
Prawda bowiem jest taka, że cuda wcale nie przekonują niektórych ludzi. Przekonują tych, którzy są na nie gotowi. Którzy są otwarci i którzy szczerze poszukują prawdy. Są ludzie, którzy po prostu wierzą i ci nie potrzebują żadnego cudownego potwierdzenia swej wiary i są ludzie, których żaden cud nie przekona. Bo przecież cudów nie brakuje, także w dzisiejszym świecie. I to cudów bardzo dobrze udokumentowanych. A mimo to są ludzie gotowi uwierzyć we wszystko, od tajnego światowego rządu, poprzez UFO, po najbzdurniejsze teorie spiskowe, a nie są w stanie uwierzyć w to, że Bóg ciągle sprawia cuda w naszym otoczeniu.
Pan Jezus nauczał często poprzez przypowieści. Jest ich około trzydziestu trzech w synoptycznych Ewangeliach. "Około", bo czasem trudno zaszufladkować niektóre opowieści Jezusa. Jednak większość biblistów i teologów zgadza się, że opowieść o bogaczu i Łazarzu należy do tego gatunku literackiego. Przypowieść ta będzie naszą Dobrą Nowiną czytaną we wszystkich kościołach w najbliższą niedzielę. I o niej chciałbym napisać parę słów.
Wszyscy znamy tę przypowieść. Umierają bogacz i żebrak. Żebrak dostaje się do miejsca, gdzie jest szczęśliwy, a bogacz cierpi, pokutując za swe grzechy. Nie jest do końca jasne co to są za miejsca i nie jest to aż tak ważne, bo nie o tym jest ta przypowieść. Tak, jak wspominałem niedawno pisząc o przypowieści o nieuczciwym zarządcy, nie powinniśmy zwracać zbyt wielkiej uwagi na treść przypowieści, która jest w pewnym sensie tylko pretekstem do przekazania nam pewnej nauki. Celem przypowieści jest jej puenta, konkluzja, która nas uczy pewnej prawdy.
Jednak warto może choć dwa słowa wspomnieć o samej treści. Konkretnie o prośbie bogacza, by Abraham posłał Łazarza do jego domu, aby on uprzedził jego braci. Niektórzy wyciągają z tego wniosek, że bogacz nie mógł być w piekle, bo człowiek w piekle nie troszczy się o swych bliskich. Wręcz przeciwnie, wszystkim życzy jak najgorzej. Zatem miejsce mąk bogacza musiało być czyśćcem. Ja jednak nie jestem do końca pewien, czy można akurat tej przypowieści używać argumentując za czyśćcem. Dlatego, że ona nie o tym mówi. Są znacznie lepsze przykłady nauki o czyśćcu w Biblii.
Zobaczmy zatem jak wyglądała wymiana zdań między bogaczem, a Abrahamem:
Proszę cię więc, ojcze [Abrahamie], poślij [Łazarza] do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16, 27-31)
Co jest niezwykle ciekawe tutaj, to fakt, że w tej przypowieści występuje ktoś nazwany z imienia. I nie mówię tu o Abrahamie. On bowiem, jako ojciec narodu, patriarcha, jest symbolem, czy może raczej namiestnikiem samego Boga, mędrcem przekazującym jakąś naukę. Mówię tu o Łazarzu. Postaci mizernej i znikomej. Łazarz - "mister Nobody".
W przypowieściach nigdy nie występują osoby nazwane imiennie. Zawsze jest to "pewien człowiek", "pewien gospodarz", "pewien wierzyciel", "pewien kapłan", "lewita", "kupiec", "robotnik" itd, itp. I tylko w tej przypowieści jest obok "pewnego bogatego człowieka" – "żebrak imieniem Łazarz".
Oczywiście to nie jest przypadek. W Biblii nic się przypadkiem nie dzieje. A rozwiązaniem tej zagadki jest właśnie sam "historyczny Łazarz", brat Marii i Marty, przyjaciel Jezusa. Abraham mówi, że ci, którzy "Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą." Święty Jan nam właśnie taką sytuację opisuje.
[Jezus] zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił. Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród. Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród. Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili Go zabić. (J 11, 43-53)
Było dokładnie tak, jak powiedział Abraham. Choć powstał ktoś z umarłych, faryzeusze nie uwierzyli.
Święty Jan napisał swą Ewangelię najpóźniej. Jest ona czymś w rodzaju komentarza do Ewangelii synoptycznych. Pomija często to, o czym pisali już Mateusz, Marek i Łukasz, a czasem coś rozszerza, wyjaśnia, zakładając, że czytelnik zna pozostałe Ewangelie. Oczywiście nie znaczy to, że święty Jan "nagina prawdę", by coś wykazać. Każde słowo w Piśmie Świętym jest Słowem Bożym.
Święty Łukasz napisał swą przypowieść zanim św. Jan opowiedział nam o przywróceniu do życia Łazarza. Jednak Łukasz musiał znać ten epizod, bo nawet, jeżeli nie był wtedy obecny wśród apostołów, wydarzenia takie, w czasach przed telewizją i Internetem znane były szeroko i wszyscy je sobie powtarzali. Łukasz znał i Jan znał, ale my – nie, bo to przecież było dwa tysiące lat temu. Zapewne dlatego Duch Święty natchnął Łukasza, by nazwał żebraka imieniem, a Jana, by nam opisał incydent z uzdrowieniem brata Marii i Marty.
Dzięki temu my, dwa tysiące lat później, widzimy jak prawdziwe są słowa Ewangelii. Są między nami tacy, którzy wierzą i żadne cuda nie są nam potrzebne. Są tacy, którzy poszukują. Dla nich znaki i cuda mogą być pomocne. Ale dla nas też, bo przecież każdy człowiek ma czasem "kryzys wiary" i zakradają się w nasze serca wątpliwości. Są także wśród nas i tacy jak bracia bogacza, jak Richard Dawkins, którzy wątpliwości żadnych nie miewają. Oni wiedzą, że Boga nie ma i jeżeli fakty temu przeczą, to tym gorzej dla faktów. Jeżeli ktoś bez źrenic w oczach widzi – to albo łże, albo ma źrenice, albo cokolwiek, byle nie cud. Jeżeli Mojżesz przeszedł przez Morze Czerwone, to to nie było morze, ale jakieś na wpół obeschłe mokradła. A że w tych "mokradłach" utonęła cała armia faraona, to już się pominie, bo by nam nasze "naukowe tłumaczenie" się troszkę popsuło. Bo nie jest prawdą, że ludzie "niewierzący" nie wierzą w nic. Oni uwierzą w każdy najbardziej bzdurny i nieprawdopodobny nonsens, jeżeli tylko potwierdza w ich umysłach, że Boga nie ma.
Biblia jest niezwykłą Księgą. Stanowi przepiękną całość, czasem uzupełniając się w przedziwny sposób. Przypowieść o bogaczu i żebraku i opis uzdrowienia przyjaciela przez Jezusa pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednak imię Łazarza wiąże je w cudowny sposób ilustrując na konkretnym przykładzie z życia Jezusa mądrość, jaka zawarta jest w Jego przypowieściach.
Kategoria: Pro life Friday, 24 September 2010, 05:08
Zresztą, co za różnica. Wygląda na to, że ktoś w TV Trwam zagląda na mojego bloga… I bardzo dobrze. A skąd to przypuszczenie? Cóż. Wczoraj jeden z moich przyjaciół napisał na naszym czacie na forum: "Hiob, TV Trwam cały dzień w wiadomościach czyta twojego bloga…"
Myślałem, że rzeczywiście trafiła mi się jakaś darmowa reklama, ale to nie było to. TV Trwam jedynie zawiadamiała o rozpoczęciu akcji "40 Dni dla Życia" o której pisałem przed paru dniami. I wygląda na to, że jako swego komentarza wykorzystali po prostu moją notkę.
Oczywiście istnieje także możliwość, że to zupełny przypadek, że akurat użyto tam takich, a nie innych sformułowań. Kto wie… Są ludzie, którzy wierzą w przypadki. Ja nie. Tak czy inaczej dobrze się stało, że o tej akcji poinformowano i dobrze się stało, że użyto dobrego komentarza. ;-) Dało mi to okazję o ponownym wspomnieniu o tej akcji, bo przecież może ona przynieść owoce jedynie wtedy, gdy i Ty się do niej w jakiś sposób przyłączysz.
Poniżej jest videoclip z TV Trwam, który wrzuciłem na youtube i tekst z mojego bloga… Porównajcie sami. A potem, proszę, pomódlcie się w intencji sukcesu tej akcji. Z góry dziękuję.
Za dwa dni, o północy z wtorku na środę, zaczyna się w kolejna kampania "40 dni dla życia". Jest to już akcja o zasięgu światowym, biorą w niej oficjalnie udział osoby ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Danii, Anglii i Irlandii Północnej. A ja piszę o tej akcji dlatego, że mam nadzieję, że nieoficjalnie przyłączy się do niej wiele innych osób na całym świecie.
Celem akcji, która trwa już od 2007 roku jest zdelegalizowanie aborcji na całym świecie. W czasie poprzednich sześciu kampanii (początkowo miały one miejsce tylko jesienią, teraz są także w okresie Wielkiego Postu) zmobilizowano ponad 350 tysięcy osób w 307 miastach w każdym z amerykańskich stanów, w sześciu kanadyjskich prowincjach, trzech australijskich stanach, w Północnej Irlandii i Danii. Ponad 11 500 parafii wzięło w niej udział i 1811 nienarodzonych dzieci zostało uratowanych przed zabójstwem. I to tylko tych, o których wiadomo organizatorom. Ile kobiet postanowiło urodzić nie informując nikogo związanego z tą akcją – wie tylko Bóg. Dodatkowo 35 osób pracujących w klinikach aborcyjnych wypowiedziało pracę, pięć takich placówek zamknęło swoje podwoje bezpośrednio po akcji.
Zatem… Alleluja i do przodu! Razem naprawdę możemy zmienić ten świat i uratować miliony dzieci.
Kategoria: Modlitwa Wednesday, 22 September 2010, 04:52
Napisałem w maju notkę o różańcu tylko po to, by zauważyć, że ksiądz Kefas mnie uprzedził. Zatem moja powędrowała do Salonu24 i na moje forum, a na Frondzie nie było jej nigdy. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i teraz jest doskonała okazja, by ją i tu zamieścić.
Dziś, prawdę mówiąc za godzinę od momentu w którym piszę te słowa, zaczyna się akcja "40 dni dla życia". Akcja ta trwa do końca października, a październik to Miesiąc Różańca Świętego. Cóż więc stoi na przeszkodzie, byś i Ty spróbował/spróbowała tej wspaniałej, biblijnej modlitwy? Czy może być piękniejsza modlitwa niż rozważanie życia, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana, patrząc oczami Jego Matki?
A zatem…
"Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was"(1 Tes 5, 16-18)
Kategoria: Pro life Sunday, 19 September 2010, 16:54
Za dwa dni, o północy z wtorku na środę, zaczyna się w kolejna kampania "40 dni dla życia". Jest to już akcja o zasięgu światowym, biorą w niej oficjalnie udział osoby ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Danii, Anglii i Irlandii Północnej. A ja piszę o tej akcji dlatego, że mam nadzieję, że nieoficjalnie przyłączy się do niej wiele innych osób na całym świecie.
Celem akcji, która trwa już od 2007 roku jest zdelegalizowanie aborcji na całym świecie. W czasie poprzednich sześciu kampanii (początkowo miały one miejsce tylko jesienią, teraz są także w okresie Wielkiego Postu) zmobilizowano ponad 350 tysięcy osób w 307 miastach w każdym z amerykańskich stanów, w sześciu kanadyjskich prowincjach, trzech australijskich stanach, w Północnej Irlandii i Danii. Ponad 11 500 parafii wzięło w niej udział i 1811 nienarodzonych dzieci zostało uratowanych przed zabójstwem. I to tylko tych, o których wiadomo organizatorom. Ile kobiet postanowiło urodzić nie informując nikogo związanego z tą akcją – wie tylko Bóg.
Dodatkowo 35 osób pracujących w klinikach aborcyjnych wypowiedziało pracę, pięć takich placówek zamknęło swoje podwoje bezpośrednio po akcji, ponad 850 artykułów napisali o niej dziennikarze w lokalnych gazetach, nagrali audycji radiowych i programów telewizyjnych… I pewnie te statystyki nie uwzględniają artykułów na Frondzie, czy moich felietoników. Akcja ta dała nam coś jeszcze. Dała nam nadzieję, że aborcja, jak wcześniej niewolnictwo, zniknie z cywilizowanego świata i stanie się czymś niewyobrażalnym.
W Polsce, Bogu dzięki, nie ma młynów aborcyjnych. Nie ma "klinik", które zajmują się tylko mordowaniem niewinnych ludzkich istot. Ale jeżeli nie zaczniemy czegoś robić teraz, to może się zmienić. Kudłaty jest niezwykle pracowitym stworzeniem i jedyne czego od nas oczekuje, to tego, byśmy nie robili nic. Każdy z nas może połączyć się duchowo z tymi, którzy aktywnie uczestniczą w akcji, modląc się przed placówkami aborcyjnymi i poszcząc w tej intencji. Post i modlitwa są dostępne dla każdego, niezależnie od miejsca pobytu.
Jak bardzo te akcje przeszkadzają osobom związanym z przemysłem aborcyjnym przekonałem się naocznie sam, trzy lata temu, w 2007 roku. W ostatni dzień akcji, w niedzielę wieczór nikt się poza mną nie pojawił. Ja akurat wyruszałem w trasę, więc po południu podjechałem ciężarówką pod klinikę i postanowiłem, modląc się, zostać tam do północy. Zapaliłem znicze, ustawiłem tablice z napisami, ułożyłem kwiaty. O północy był koniec naszej akcji, a ja w pierwszym momencie chciałem zabrać sobie na pamiątkę jakąś tabliczkę z napisem informującym o niej, ale później pomyślałem, że jednak je zostawię. Zostawię też płonące świece. Akcja formalnie się skończyła, ale przecież rano ludzie zaczną jechać tamtędy do pracy, zaczną przychodzić pracownicy do okolicznych magazynów, czy pacjentki do kliniki. Niech więc zostanie jak jest.
Okazało się jednak, że o zakończeniu kampanii nie zapomniała właścicielka kliniki. Przynajmniej myślę, że to była właścicielka, albo może lekarka tam pracująca. Gdy bowiem po północy poszedłem do ciężarówki i zabierałem się do dalszej podróży, zobaczyłem jak na parking przed kliniką (gdzie nam nie wolno było nawet wchodzić), zajechał piękny, nowy Mercedes klasy S i wyszła z niego elegancka kobieta. Szybko zgasiła znicze, zabrała kwiaty i tabliczki, posprzątała cały teren przed kliniką, powyrzucała wszystko do śmietnika, obeszła budynek dookoła, sprawdzając, czy wszystko jest w należytym porządku i odjechała do domu. Zrobiła to w nocy zapewne dlatego, że spodziewała się, że już nikogo nie będzie i że jej nikt nie oskarży o ingerowanie w legalny protest odbywający się na neutralnym gruncie. My bowiem nie przebywaliśmy na terenie prywatnym, ale na trawniku leżącym między kliniką a ulicą, należącym do miasta, a więc będącym miejscem publicznym.
Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, jak ważne jest prowadzenie takich akcji. Jeżeli ona doskonale pamiętała termin zakończenia protestu, jeżeli chciało się jej w zimną, niedzielną noc przyjeżdżać pod klinikę tylko po to, żeby upewnić się, że nie ma po tej kampanii żadnych śladów, to znaczy, że nasza działalność jej przeszkadzała, powodowała zmniejszony ruch w interesie, może prowokowała pytania, czyli inaczej mówiąc, była skuteczna. Zmniejszony biznes, mniejsze obroty w takiej przychodni to przecież nic innego, niż uratowane ludzkie istoty. A więc z pewnością warto było to robić.
Poniżej kilka zdjęć. Pierwsze właśnie z roku 2007. Mój ostatni wieczór w czasie mojej pierwszej akcji. Kolejne fotki to "Łańcuch życia" jesienią 2008 roku. Akcja nie związana bezpośrednio z tamtą, choć z nią połączona. Jednej niedzieli w czasie "40 dni" ludzie dobrej woli tworzą łańcuch życia, stając wzdłuż ulic miast, w pobliżu ruchliwych skrzyżowań, modląc się i informując. Na zdjęciach ostatnich nasz biskup, Peter Jugis, którego spotkałem także jesienią 2008 roku pod kliniką aborcyjną, gdzie modliłem się wraz z innymi osobami. Biskup Peter po prostu przyjechał swoim starym, podniszczonym Buickiem, przyłączył się do naszych modlitw, potem zamienił parę słów z każdym z nas i odjechał do swoich obowiązków. Bez eskorty, dziennikarzy, PR-owców. On tego nie zrobił dla prasy, on to robi z potrzeby serca.
A ja po prostu chciałem zachęcić każdego z Was, by się do nas przyłączył. Nikt z nas nie zrobi wszystkiego, ale każdy może zrobić choć trochę. Może modlitwa, może jakieś wyrzeczenia w tych 40 dniach. Może post o chlebie i wodzie? I różaniec każdego dnia? Uratowane dzieci podziękują Wam, gdy się wszyscy spotkamy w niebie.
Kategoria: Rozrywka Sunday, 19 September 2010, 01:37
Dziś kilka fotek z drogi. Ktoś Ten piękny zachód słońca sfotografowałem gdzieś na Florydzie:
Robaczek odpoczywał na mojej szybie w Pensylwanii:
Żabka z kolei zaszczyciła mnie w Iowa. Jechałem ponad 100 km/h gdy zjawiła się za boczną szybą patrząc na mnie znacząco… Zanim się wytłumaczyłem, pędzące powietrze porwał ją i więcej się już nie spotkaliśmy. "That's my story and I'm sticking to it"
Nawet, gdy widoki za oknem są mdłe i nudne jak flaki z olejem, zawsze można liczyć na ciekawe chmury:
Najwyższy szczyt Oregonu Mt Hood, wulkan, zatem nie jest częścią jakiegoś pasma górskiego i dlatego wygląda tak imponująco. Zdjęcie zrobione w sierpniu, tam śniegi nigdy nie topnieją:
Te jabłka miały być schłodzone, nie pieczone… Kierowca chyba nie zrozumiał do końca polecenia dyspozytora:
To tylko kilka fotek z ostatnich tygodni, zrobionych przeważnie podczas jazdy, tanim podręcznym aparatem cyfrowym. Na moim forum jest ich tysiące, w temacie "Tour the USA" Głównie amerykańskie ciężarówki, ale widoczki też się trafiają. Zapraszam.
Kategoria: Kościół Saturday, 18 September 2010, 00:57
W najbliższą niedzielę mamy interesujące czytania w Kościele. Jakby czytania mogły być nieinteresujące. Te jednak są szczególne, bo pierwsze nie będą po myśli wielu rozpolitykowanym katolikom, a po drugie niektóre wersety są trudne do zrozumienia i prawidłowej interpretacji.
Pierwsze czytanie, z Księgi Amosa, proste i jednoznaczne. Uprzedza, że Pan nie zapomni nigdy krzywd wyrządzonym ubogim przez wielkich tego świata. Nawet, gdy ta wielkość polega tylko na posiadaniu wiejskiego sklepiku. Z pierwszym czytaniem koresponduje zawsze Ewangelia, ale dziś i List Pawłowy pasuje do kompletu. Apostoł bowiem przypomina:
Zalecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie. Ze względu na nie, ja zostałem ustanowiony głosicielem i apostołem – mówię prawdę, nie kłamię – nauczycielem pogan we wierze i prawdzie. Chcę więc, by mężczyźni modlili się na każdym miejscu, podnosząc ręce czyste, bez gniewu i sporu. (1 Tm 2, 1-8)
Bardzo chciałbym się mylić, ale obawiam się, że ta nauka świętego Pawła jest dziś wielu ludziom nie w smak. Apostoł bowiem wyraźnie naucza, by się modlić za cesarza. A cesarzem, gdy pisał te słowa, był sam Neron. Neron, nazwany w Apokalipsie Bestią. Neron, który później uciął Pawłowi głowę.
Święty Klemens Rzymski, czwarty Papież, wygnaniec i męczennik, napisał do Kościoła w Koryncie wkrótce po prześladowaniach Domicjana (96-97 n.e.) list, gdzie możemy przeczytać między innymi:
[Panie] Spraw, byśmy byli posłuszni wszechmocnemu i chwalebnemu Imieniu Twemu, a także wszystkim, którzy nami kierują i rządzą na ziemi. Ty sam, Panie, obdarzyłeś ich władzą i panowaniem. Przez Twoją moc pełną niewysłowionego majestatu, abyśmy wiedząc, że od Ciebie otrzymali swoją chwałę i godność, byli im poddani i nie sprzeciwiali się w niczym Twojej woli. Daj im zatem, Panie, zdrowie, pokój, zgodę i stałość, aby sprawowali bez przeszkody tę władzę, którą Ty im powierzyłeś. To Ty sam przecież, Władco Nieba, Królu wieków, dajesz synom ludzkim chwałę i godność i władzę nad tym, co jest na ziemi. Ty więc, o Panie, kieruj ich wolą według tego, co jest dobre i miłe w Twoich oczach,aby sprawując zbożnie, w pokoju i z łagodnością daną im przez Ciebie władzę, zyskali łaskę Twoją. Ty jeden tylko możesz uczynić to wszystko, a nawet jeszcze większe dla nas dobrodziejstwa. Tobie też dziękujemy przez Arcykapłana i Orędownika dusz naszych, Jezusa Chrystusa. Przez Niego cześć Ci i chwała teraz i z pokolenia w pokolenie i na wieki wieków. Amen.
Piękny list. Kościół Koptyjki włączył go do kanonu Biblii. A przecież Klemens doskonale wiedział, że jego poprzednicy zapłacili najwyższą cenę za to, że wyznawali chrześcijaństwo. Wkrótce sam został wygnany z Rzymu, by parę lat później ponieść śmierć męczeńską. Wiedział o tych prześladowaniach i pisze o nich w tym samym liście, w którym nawołuje do modlitw za cesarza:
Sprawiedliwych prześladowano, lecz czynili to grzesznicy; więziono, lecz czynili to bezbożni; kamienowano, lecz czynili to niegodziwcy; skazywali ich na śmierć ludzie pełni zazdrości haniebnej i zbrodniczej.
Najwyraźniej święty Klemens pamiętał nauki Pawła i potrafił rozróżnić grzech, jakiego się niegodziwcy dopuszczali od miłości, jaką ich należy obdarzyć, w wyniku której trzeba się za nich modlić.
Nie wiem, czy ta prawda dotrze do tych, dla których Tusk z Komorowskim są po stokroć gorsi od Nerona, czy Domicjana. To jednak już nie moja sprawa. Ja tylko dostarczam wiadomość, Autorem jej jest Ktoś Inny.
Jednak to nie List św. Pawła sprawia trudność interpretacji. List Pawłowy jest jednoznaczny i oczywisty. To Ewangelia, słowa Jezusa, mogą być niezbyt łatwe do zrozumienia. Jest to bowiem przypowieść o nieuczciwym zarządcy.
Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: Sto beczek oliwy. On mu rzekł: Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: Sto korcy pszenicy. Mówi mu: Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił.
Czy zatem Jezus chwali tu cwaniactwo? Nieuczciwość? Z pewnością nie. On w ogóle o tym nie mówi. Przypowieści nie są nam opowiedziane po to, by nas uczyć tego, co jest ich treścią, ale by nas doprowadzić do wniosku, czy puenty która jest właściwą nauką. Przypowieść nie jest celem nauczania, ale formą, drogą do celu. Nauką dla nas jest konkluzja, nie z sama treść przypowieści.
Jezus opowiadając tę przypowieść nie pochwala zatem wcale zarządcy. Sam zaznacza, że był on nieuczciwy. Opowiadając tę historię chce nam tylko powiedzieć to, co możemy przeczytać w kolejnych wersetach:
Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości. Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy /wszystko/ się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie.
Nie można tu nic wyrywać z kontekstu, bo się zaplątamy w pozorne sprzeczności. Jezus uczy nas tu jedynie tego, że tak, jak nieuczciwy zarządca pozyskał sobie przyjaciół "niegodziwą mamoną", tak my mamy postępować, uczciwie pracując dla Królestwa. Nie uczy nas naśladowania nieuczciwości zarządcy, ale jego roztropności.
Widać to wyraźnie czytając cały kontekst. Nieuczciwą mamoną jest całe nasze doczesne życie. To tutaj musimy okazywać się wierni, to jest nasza próba, nasz egzamin. To jest ta "drobna rzecz". Ale wierność musimy okazać Bogu, nie "mamonie". I jeżeli tu okażemy się wierni Bogu, w "drobnej rzeczy" na chwałę Pana, to On nam powierzy rzeczy wielkie. Ale jeżeli okażemy się wierni mamonie i jej będziemy służyć, kto nam powierzy rzeczy wielkie? Jeżeli to nasze ziemskie życie stanie się naszym celem, najwyższym dobrem, to jak uzyskamy życie wieczne? Wyborów dokonujemy teraz, dziś.
Mamy tylko jednego Pana. Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Zatem wszyscy ludzie są naszymi braćmi. Nauka, jaką nam daje Biblia układa się w cudowną całość. Jak wielowymiarowe puzzle. Od przypowieści o Synu Marnotrawnym, którą słyszeliśmy parę tygodni temu, po czytania z najbliższej niedzieli, wszystko układa się w cudowną całość. Czasem jedynie problem polega na tym, że my wolelibyśmy inną Ewangelię. Ta wydaje nam się zbyt trudna. Niesprawiedliwa. Bez sensu. My wolelibyśmy ewangelię walki, ewangelię czynu. A tymczasem Bóg bez przerwy przypomina o tej miłości…I to do kogo… Cezara?
Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! (Ga 1, 7-8)
Oczywiście, powtórzę by nie być źle zrozumianym: Miłość do cezara, miłość do ziemskich władców, miłość do każdego człowieka to musi być braterska miłość wynikająca z przykazań miłości. Gdy miłość ta jest "zamiast", to mamy problem. Nie można służyć Bogu i mamonie. Mamy tylko jednego Pana i musimy o tym zawsze pamiętać. Ale ta miłość do Boga wymaga, byśmy kochali każdego człowieka i nie tylko modlili się za doczesną władzę, ale także byli jej, poza oczywistymi przypadkami niemoralnych nakazów, posłuszni. Bo każda władza pochodzi od Boga. Nawet tak okropna jak ta, której podlegali święci męczennicy, Paweł i Klemens.
Kategoria: Rozrywka Friday, 17 September 2010, 05:20
Ponieważ niektórzy narzekają, że piszę zbyt rozwlekle, dziś będzie krótko i na temat. Mój skromny komentarz do ostatnich wydarzeń w Polsce: "Wywozimy obietnice polityków".
Kategoria: Historia Thursday, 16 September 2010, 20:39
W Polsce szum. Krzyż usunięty, biskupi zabrali głos, wierni krytykują biskupów, prezydenta i kogo tylko się da, a do tego afera z filmem, który raz się gdzieś pojawia, to znowu znika i nie wiadomo, czy to prowokacja, czy zasłona dymna, czy sterowane działanie rządu. Zwolennicy spiskowych teorii dziejów zacierają ręce, a ja, za siedmioma morzami i siedmioma górami, siedząc w swym domku w dalekiej słoneczniej i upalnej Karolinie oglądam filmy o TW "Bolek".
Dla mnie Wałęsa był zawsze bohaterem. Był też człowiekiem odpowiedzialnym za upadek komuny. Oczywiście nie on jeden. Wydarzenie to miało wielu ojców. Miało też Matkę: Matkę Bożą, Królową Polski. Z pewnością była to łaska, łaska, którą nam Maryja wymodliła. Ale zostawmy sprawy boskie na boku, wróćmy do Wałęsy.
Ja wyjechałem z Polski przed stanem wojennym. Wałęsa był dla mnie symbolem tego, co się wydarzyło w latach 80-89. Był bohaterem tamtych czasów i to bohaterem jednoznacznie pozytywnym. Dlatego bardzo trudno było mi zawsze pogodzić się z informacją, że był on tajnym współpracownikiem SB. Jednak z faktami trudno dyskutować. Fakty się przyjmuje do wiadomości.
Dlatego też na kolejne kilka lat odsunąłem Wałęsę w kąt swojej świadomości. Z bólem serca czytałem niewybredne epitety i docinki na temat jego osoby, z bólem słuchałem jednostronnie negatywnych opinii takich osób, jak śp. pani Walentynowicz, która także była i na zawsze pozostanie moim bohaterem. Jednak ponieważ staram się sprawy polityki i bieżących wydarzeń zawsze odsuwać od siebie, koncentrując się na Królestwie Bożym, nie sprawiło mi wielkiej trudności wyrzucenie pana Wałęsy ze swej pamięci. Tym bardziej, że Wałęsa jaki jest – każdy widzi i trochę mu jego własne życie poprzewracało w głowie. Przerosło trochę jego zdolności intelektualne.
Bardzo się cieszę, że zobaczyłem ten film, który rzekomo "wyciekł" z TVN-u. Cieszę się, bo przywrócił on we mnie wiarę w Wałęsę. Jest on ponownie tą osobą, za którą go zawsze uważałem. Nie malowanym bohaterem, nie zdrajcą, nie wybitnym mężem stanu, ale prostym elektrykiem, trochę cwaniaczkiem, trochę "chłopkiem-roztropkiem", trochę Dyzmą i trochę … czy ja wiem? Wyrocznią losu? Kim by nie był, powróciła moja dawna opinia o tym, że to on jest odpowiedzialny za upadek komuny i powstanie demokracji w Polsce.
Wiem, narażę się tym wpisem wielu osobom, ale mało mnie to obchodzi. Nie piszę tego, by ich usatysfakcjonować, ale by powiedzieć jak ja to czuję, jak to widzę. I nie jest to wcale laurka pochwalna dla Wałęsy. Jednak chciałbym dać tu pewne świadectwo. Świadectwo prawdzie. I to, co napiszę, opieram na faktach podanych w filmie TVN-u. Nie mam "prywatnych źródeł informacji". Ufam, że film ten podaje prawdę.
Wałęsa był rzeczywiście informatorem bezpieki w latach 70-76. Sama bezpieka go wywaliła, z powodu bezużyteczności agenta i jego samowoli. Nie mieli z niego pożytku. Prawdą jest, że wziął parę razy pieniądze i prawdą jest, że w stoczni poczuł się pewnie i zaczynał rządzić brygadzistą. Z tego okresu wyłania się człowiek raczej mały, nawet nie bardzo zastraszony, co igrający z ogniem. Taki chojrak, cwaniaczek, co się nikogo nie boi.
Potem przychodzą lata 78-82 i dalsze. Wałęsa wypływa w Wolnych Związkach Zawodowych na rzeczywistego przywódcę. Bezpiece wprost oświadcza, że nie będzie z nimi współpracował i nie mają nad nim żadnej kontroli, poza szantażem i próbami skłócenia go z innymi związkowcami. Obrzydliwe, ale jakże symptomatyczne fałszywki z tego okresu. Fałszywki w które tak łatwo uwierzyć, bo poparte autentycznymi dowodami współpracy z lat 70-76.
I potem Okrągły Stół. Wałęsa prezydentem. Ustawa lustracyjna i strach człowieka, że wszystko się wyda. Zamach stanu na rząd Olszewskiego, zacieranie śladów, kradzież dokumentów będących dowodami na współpracę z SB w latach 70. Głupie działanie przerażonego człowieka, którego losy wyniosły na najważniejszy urząd w państwie.
Tak spostrzegam Lecha Wałęsę. Nadal pozostanie on dla mnie bohaterem. I choć jego zachowanie uważam za głupie, rozumiem je doskonale. Mówię tu o zachowaniu gdy był prezydentem, nie to w latach 70-76. Tamte lata – cóż. Nie mnie to oceniać. Wiem jedynie to, że tylko ludzie którzy nic nie robili, mieli pewność, że będą mieli zawsze czyste ręce i puste teczki. Oczywiście było wielu niezłomnych. Było wielu męczenników za walkę o wolność i demokrację. Ale większość była "nikim", a ich działalność opozycyjna sprowadzała się do słuchania Radia Wolna Europa.
Okres tamten był pewną szkołą dla Wałęsy. Poznał i moc i zasady działania SB i to mu umożliwiło, w pewnym sensie to, co zrobił w latach 78-89. A zrobił naprawdę wiele. Wydarzenia tamtych lat mogłyby się nigdy nie stać faktem bez tak charyzmatycznego przywódcy. Bo tu nie chodzi o to, czy on był mądry, czy głupi, czy przeskoczył płot, czy nie. Chodzi o to, że był wtedy konieczny człowiek, który porwie tłumy. Człowiek z charyzmą, człowiek – symbol.
Lata minęły, zęby wypadły, tłuszcz obrósł ciało, a strach zawsze jest złym doradcą. Wałęsa-prezydent, Wałęsa – noblista to już nie ten sam Wałęsa – bezrobotny elektryk, który pokazuje SB gest Kozakiewicza i zaczyna coś, co przerosło wtedy wszystkich. Trochę szkoda, jasne. Przecież gdyby wtedy on sam przedstawił te fakty, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale to nie zmienia faktu, że oceniając jego decyzję jako głupią, rozumiem ją doskonale.
I to tyle co mam do powiedzenia o Wałęsie. I nie chcę wcale słyszeć o tym, że w Polsce nie ma wcale demokracji, że nic nie rozumiem, że Wałęsa z Kiszczakiem zdradzili Polskę, pod okrągłym stołem rozdając karty i dzieląc ten kawał sukna, jakim jest Polska. Dziś każdy może wybrać sobie taki rząd, taki parlament, takiego prezydenta, jakiego tylko chce. Ani Żydzi, ani masoni, ani Tajny Rząd Światowy im w tym nie przeszkodzi. Co najwyżej przeszkodzi im to, że zamiast iść na wybory będą pisali kolejne żałosne wypowiedzi na temat Spiskowej Teorii Dziejów i niemożności zrobienia dla Polski czegokolwiek.
A ja, na koniec, jeszcze raz chciałbym podziękować panu Lechowi Wałęsie za to wszystko, co dla Polski zrobił. Stopy metali zwykle są mocniejsze od poszczególnych składników, z których się składają. Dlatego tworzymy stopy. I choć szkoda, że Wałęsa nie okazał się Człowiekiem z Kryształu, to może musiało tak być. Kryształ łatwo rozbić, a stopy – wiadomo. Przetrwają. I choć nieraz niektóre z ich składników same w sobie najszlachetniejsze nie są, razem tworzą związki nie do ruszenia. Może to było konieczne do tego, by dziś nie było już tego, co 25 lat temu wydawało się, że będzie trwać wiecznie.
Kategoria: Ogólne Thursday, 16 September 2010, 09:15
Jest po północy i właśnie skończyłem dyskusję na czacie z grupą przypadkowo spotkanych osób. Zazwyczaj bywam na czatach chrześcijańskich, ale w nocy zwykle one pustoszeją i czasem zajrzę na „cywilne”. Tylko, że i tam dość często zaczynam mówić o Bogu. Albo zacytują Biblię. Albo moja wiara się jakoś inaczej „wymknie”. Wtedy bardzo często zaczyna się ciekawa dyskusja, nie o Bogu, ale o mnie. Że narzucam, że jestem zacofany, że to nie jest czat religijny, że ojciec dyrektor ma Maybacha, że mamy XXI wiek i żebym sobie dał spokój. Jest to o tyle ciekawe, że gdy ktokolwiek inny ma swoją opinię na jakikolwiek inny temat, nikogo to nie razi, nie oburza i nie dziwi. Może z wyjątkiem polityki, ale i to działa inaczej. Ludzie albo unikają tematów politycznych, albo się wykłócają zawzięcie, ale nikt tych dyskutujących nie uważa za nawiedzonych, czy nienormalnych. Natomiast jak się zacznie mówić o wierze, na takie opinie jest się od razu narażonym.
Jest to o tyle ciekawe, że jest to stosunkowo nowe zjawisko. Jak poczytamy jakąkolwiek książkę, której akcja dzieje się w XIX wieku, lub wcześniej, Bóg istnieje tam w codziennym życiu ludzi. Czy to będzie Nad Niemnem, Chłopi, Trylogia, Krzyżacy, klasyka literatury rosyjskiej, nawet Dumas… trudno znaleźć cokolwiek, w czym by nie zauważano Boga. Nie zawsze jest to podręcznik do nauki katechizmu, choć często, jak np. u Sienkiewicza, wiele spostrzeżeń jest zadziwiająco głębokich teologicznie. Ale nikogo nie dziwi, ze „normalni” ludzie rozmawiają o Bogu, że Bóg jest częścią ich codziennego, zwykłego życia. Jest w tej codzienności, w ich świadomości zawsze obecny.
Teraz jest zupełnie inaczej. Bóg zszedł do podziemia. Jest w pewnym sensie nawet gorzej niż w Rzymie z czasów Jezusa. Wtedy może rzeczywistość była gorsza od dzisiejszej, dalsza od nauki chrześcijańskiej, ale nikt nie negował tego, ze Bóg, lub jacyś bogowie istnieją. Nie każdy był chrześcijaninem, ale każdy wierzył w jakieś „sacrum”. Dzisiejszemu człowiekowi Bóg już nie jest potrzebny i jak o Nim słyszy, zaczyna się złościć i denerwować.
Nasze czasy nawet trudno nazwać „neopogańskimi”, bo poganie tez wierzyli w bogów. I gdy słyszeli o prawdziwym Bogu, słuchali z zainteresowaniem. Dzisiejszy człowiek, wbrew logice, założył, ze Boga nie ma, ale kto dziś logicznie myśli? Dziś człowiek sam stał się sobie bogiem, powtarzając grzech prarodziców z Raju. Sam decyduje, co jest dobre, a co złe. Nie widząc zupełnie, że odrzucając Boga i Jego autorytet, powoduje, że samo pojęcie dobra i zła nie ma żadnego sensu. Bo jeżeli to ludzie decydują, to co stoi na przeszkodzie, żeby jakaś grupa uznała, ze mordowanie innej grupy etnicznej jest dobrem? Kto ma decydować, ze to niemoralne? Sąd w Norymberdze sądził na podstawie prawa naturalnego. Ale teraz, pół wieku później, istnienie tego prawa wszyscy zdają się negować, bo jak nie ma Boga, to skąd to prawo?
Jeżeli Wszechświat powstał przypadkiem, to i żadne moralne prawo nie może istnieć. Żadne, oprócz ludzkiego. A co człowiek napisał, może zmienić. Wiec jak jakaś społeczność uzna, że niewygodną mniejszość można zlikwidować, to kto im zabroni? Gdy uznamy, że dziecko nienarodzone nie jest osobą, to kto nam zabroni zabić je nawet na minuty przed narodzeniem? Albo minuty po narodzeniu? Przecież słyszeliśmy niedawno o protestach „feminazistek” w Meksyku przeciw skazaniu kobiet za zamordowanie już narodzonych, zdrowych dzieci. Skoro nie ma obiektywnej, boskiej moralności, a tylko jest ludzkie prawo, to przecież one mają rację. Wszystko zależy od tego, co rządy i parlamenty uznają za legalne.
Ja mam nadzieję, że najgorsze już za nami. Nie przestanę mówić o Bogu, nie dlatego, że się zmuszam, ale dlatego, że Go kocham. A o tym, co kochamy, zawsze chętnie mówimy. Tylko, że tą miłość On sam mi zaszczepił. A więc zapewne nie tylko mnie. Myślę, że takich ludzi jest więcej. Na tym czacie gdzie rozmawiałem jedna osoba broniła mnie jak lwica, parę było umiarkowanie życzliwych… myślę, że Bóg powraca.
Tym bardziej, że najnowsze zdobycze nauki zaczynają potwierdzać fakt Jego istnienia. Naukowcy już dość dokładnie potrafią określić wiek wszechświata i nawet zobaczyć jego początek. Powoduje to jednak nieuchronne pytanie: Skąd ta pramateria, która wybuchła? I prawdopodobieństwo… przyjąć, że wszechświat powstał przypadkowo z tego prawybuchu można tylko wtedy, gdy założy się, że nie ma Boga. Tak, jak przyjąć, że Mona Lisa powstała przypadkowo można tylko wtedy, jak przyjmiemy, że nie istnieli nigdy malarze. Tylko, że takie założenie wydaje się nam tak absurdalne, że nawet mu trzech sekund nie poświęcimy. Patrząc na ten obraz widzimy wyraźnie, że to nie przypadkowe rozlanie się farb, ale czyjś talent i praca spowodowały końcowe dzieło.
Cóż… świat jest troszkę bardziej skomplikowany, niż nawet największy obraz. Czy się przyjrzymy jednej komórce, czy mrowisku, czy motylowi, czy układowi słonecznemu, czemukolwiek… każda z tych rzeczy zadziwia swą strukturą, ładem, stopniem skomplikowania. I z uporem godnym lepszej sprawy wielu powtarza, że system ten powstał przypadkiem.
Powiedzmy, że ktoś wygrał w totka milion. Mógł to być przypadek. Co tydzień się zdarza. Jakby wygrał drugi raz, to już troszkę się sprawa komplikuje. Zapewne parę osób zaczęłoby podejrzewać, ze jakaś machlojka się wydarzyła. Ale jakby wygrywał co tydzień przez, powiedzmy, 20 lat… 1000 razy pod rząd… to wtedy każdy by wiedział, ze to oszustwo, a nie przypadek. Takich przypadków nie ma. Tymczasem prawdopodobieństwo czegoś takiego jest miliardy razy większe, niż prawdopodobieństwo przypadkowego powstania naszej rzeczywistości.
Nasz wszechświat powstał na skutek całego łańcucha kolejnych wydarzeń. W tym łańcuchu są miliony ogniw, i prawdopodobieństw tego, ze którekolwiek z tych ogniw zaistniało przypadkowo jest równe praktycznie zeru. Mamy wiec ciąg nieprawdopodobnych wydarzeń, ciąg nieprawdopodobnie długi. I żeby był jasne zaznaczę, że ja wcale nie neguję faktu, że nasz wszechświat powstał w sposób naturalny, "naukowy", poznawalny. Że wszystko nauka może zbadać i wykazać w jaki sposób się to stało. Mimo, że dziś ma ona olbrzymie trudności z wykazaniem pewnych mechanizmów i zdarzeń, jak np. powstanie pierwszej żywej komórki, czy przemiana gatunków, wierzę, że i to nam kiedyś wyjaśni w sposób satysfakcjonujący. Jednak im bardziej poznajemy ten skomplikowany Świat tym bardziej oczywiste jest, że tu nie było żadnego przypadku. Trzeba rzeczywiście wielkiej, nieracjonalnej, sprzecznej z logiką "wiary w ateizm", by odrzucić wiarę w Boga.
Nawet teorie pokazujące, że materia mogła powstać "z niczego", co rzekomo udowadnia raz na zawsze, że żaden Bóg nie jest potrzebny by świat zaistniał, nie tylko nie udowadniają nieistnienia Boga, ale i one potwierdzają, że Bóg naprawdę jest. Teorie te bowiem zakładają, że istniały jakieś prawa i prawa te umożliwiły zaistnienie, powstanie materii. Nie są jednak w stanie wytłumaczyć skąd niby te prawa się wzięły. Były "od zawsze"? Brawo! Ja też tak myślę. O ile można mówić o "od zawsze" w rzeczywistości, w której nie istnieje czas. Ale czy to nie święty Jan nas uczy, że "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła." Bóg nie musiał stwarzać "babrając się w materii". Wystarczyło, że pomyślał…
Nauka przeczy istnieniu Boga? Chyba coraz bardziej Jego istnienie potwierdza. I zawsze jeszcze pozostaje słynna pytanie Leibniza "Dlaczego raczej istnieje coś, niż nic" I na to pytanie nauka nigdy nam nie da odpowiedzi. Na to odpowiedź nam da tylko Bóg.
G K Chesterton powiedział prawie sto lat temu, ze człowiek odrzucając wiarę w Boga, nie zaczyna w nic nie wierzyć, ale zaczyna wierzyć we wszystko. Waldemar Łysiał w książce „Stulecie Kłamców” poświęca cały rozdział naukowcom, niektórzy z nich są Noblistami, którzy doszli do tego, że teoria powstania Świata bez Boga nie ma żadnego sensu. Nie sensu teologicznego, ale matematycznego. Gdyby zastosować takie kryteria do tej teorii, jak się stosuje do innych nauk, to wniosek jest jeden. Świat nie mógł powstać. Część naukowców mówi jednak: Ale ponieważ powstał, to metody badawcze są złe. Coraz więcej jednak przyznaje, że metody są dobre, wskazują one jednak wyraźnie na to, że za powstaniem Wszechświata stoi jakaś Inteligencja.
Zacząłem od czata, a doszedłem do dowodów na istnienie Boga. Czasem tak bywa. Na koniec powiem jeszcze tylko to, że, mimo że nie dziwi mnie taka reakcja na wspomnienie Boga na czacie, to głęboko wierzę, że jest ona coraz rzadsza. Wydaje mi się, że młodzi teraz są bardziej uduchowieni i wierzący, niż w czasach, jak ja byłem młody. I to nie tylko jest sprawa władzy, czy demokracji. „Za komuny” pod jednym względem było nawet łatwiej wierzyć, bo młodzi są z natury buntownikami, a Kościół był w opozycji. Ale wiara dzisiejszej młodzieży jest inna, głębsza. Nie jest ona buntem, nie jest manifestem ideologicznym, ale pochodzi z potrzeby serca. I nie są to tylko młodzi, bo nawet i trochę starszym udaje się czasem przeżyć głębokie nawrócenie.