Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

22 Sierpnia. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

Kategoria: Kościół Friday, 19 August 2011, 15:22

Dwudziestego drugiego sierpnia obchodzimy w Kościele Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

 

 

Ale co to znaczy? Nie jest to powiem uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski które obchodzimy 3 maja i które jest naszym lokalnym, polskim świętem. W najbliższy poniedziałek mamy święto powszechne, obchodzone w kalendarzu liturgicznym Kościoła Katolickiego na całym świecie.

 

Dlaczego jednak Maryja została Królową? Czy Kościół przypadkiem się tu nie zagalopował? Tak przynajmniej uważa wielu naszych braci – protestantów, którzy mają bardzo często problemy z Maryją. Uważając się za „biblijnych chrześcijan” nie bardzo są w stanie wypełnić swym życiem biblijne proroctwo, które sama Maryja przepowiedziała:

 

Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię. (Łk 1, 48b-49)

 

… i mimo tego, że święta Elżbieta, napełniona Duchem Świętym tak Ją nazwała:

 

Duch Święty napełnił Elżbietę. 42 Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. (Łk 1, 41b-42)

 

No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale gdzie tu jest tytuł królewski? To, że jest Ona błogosławiona nie koniecznie musi znaczyć, że jest królową, prawda? Prawda. I nie dlatego Ją tak nazywamy. Maryja jest Królową dlatego, że Jej Syn jest Królem.

 

Bóg stał się człowiekiem w pewnym konkretnym czasie i w konkretnym miejscu. Mógł to uczynić kiedy chciał i gdzie chciał, ale wybrał właśnie to, co wybrał. Naród Izraelski i antyczną (z naszej perspektywy) cywilizację. I On sam używa pewnych obrazów w swej nauce i pewnych symboli, które się odnoszą właśnie do tamtej cywilizacji. On przemawiał przede wszystkim do Żydów i to takim językiem, jaki przede wszystkim dla nich był zrozumiały. A my, żyjąc dwa tysiące lat później, musimy tamte uwarunkowania poznać, by zrozumieć wszystko to, czego On nauczał.

 

Dlatego ważne jest, by wiedzieć kim była królowa-matka. Nie jest to bowiem jakiś późny wymysł, stworzony by wynieść Maryję ponad innych ludzi. Nie jest to także to samo, co mamy we współczesnym "Zjednoczonym Królestwie". Jerozolima to nie Londyn, a Syn Dawida nie ma nic wspólnego z Windsorami. Królowa-matka w czasach biblijnych, w czasach Jezusa, była od wieków usankcjonowaną instytucją, znaną każdemu Izraelicie. W języku hebrajskim istniało nawet specjalne słowo na oznaczenie tego urzędu, czy stanowiska, mianowicie „gebirah”.

 

Oczywiście mamy niezliczone przykłady w historycznej literaturze antycznej o królowych-matkach różnych narodów i królestw, ale ja tu przytoczę tylko parę biblijnych przykładów z historycznych Ksiąg Królewskich. Wcześniej jednak inny przykład, może nie całkiem jeszcze już ugruntowanej instytucji „gebirah”, ale na pewno zapowiedź, archetyp Królowej-Matki.

 

I mówił Bóg do Abrahama: «Żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci i z niej syna, i będę jej nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami». (Rdz 17, 15-16)

 

Bóg zapowiadając Abrahamowi, że stanie się przodkiem królewskiego rodu zmienia równocześnie imię jego żony na „Sara”, co oznacza „księżniczkę”. Nie całkiem jeszcze „królowa”, bo Izaak, jej syn, nie całkiem jeszcze był królem, ale już zapowiedź tego, co będzie. A co będzie? Będzie Salomon, syn Dawida i jego królowa-matka i będzie inny Syn Dawida… ale do tego wrócimy za chwilkę.

 

Na razie parę przykładów z Ksiąg Królewskich, opisujących dzieje narodu Izraelskiego:

 

[…] Jeroboam, syn Nebata Efratejczyka ze Seredy – matka jego nazywała się Serua, a była wdową – niegdyś sługa Salomona, zbuntował się przeciw królowi. (1 Krl 11, 26)

 

Przypomnę, że Jeroboam został królem Izraela po rozpadzie Królestwa Salomona na Izrael i Judę. Powyższy werset jeszcze nie nazywa go królem, bo to dopiero zapowiedź tego, co się stanie, ale już wspomina imię jego matki. A poniżej następca Jerobama, Asa. Biblia nie tylko podaje nam imię jego matki, ale też nas uczy, że miała ona godność „królowej-matki”. Asa był prawym królem, pozbawił więc swą matkę urzędu gebiry za jej grzechy bałwochwalstwa:

 

Asa, król Judy, objął władzę w dwudziestym roku [panowania] Jeroboama, króla Izraela, i królował w Jerozolimie w ciągu czterdziestu jeden lat. Jego matce było na imię Maaka, córka Abiszaloma. Asa czynił to, co jest słuszne w oczach Pana, tak jak jego przodek Dawid, gdyż kazał wysiedlić z kraju uprawiających nierząd sakralny i usunął wszelkie bożki, które zrobili jego przodkowie. A nawet swą matkę Maakę pozbawił godności królowej-matki za to, że sporządziła bożka ku czci Aszery. (1 Krl 15, 9-13)

 

Kolejne przykłady, gdzie Biblia wspomina imię matki króla:

 

W dwunastym roku [panowania] Jorama, syna Achaba, króla Izraela – Ochozjasz, syn Jorama, został królem Judy. W chwili objęcia władzy Ochozjasz miał dwadzieścia dwa lata i królował jeden rok w Jerozolimie. Jego matka miała na imię Atalia, wnuczka Omriego, króla izraelskiego. (2 Krl 8, 25-26)

 

… albo urząd królowej-matki:

 

Następnie [Jehu] wstał i wyruszył do Samarii. Kiedy Jehu był w drodze, w Szałasach Pasterskich, napotkał braci Ochozjasza, króla judzkiego, i zapytał: «Kim wy jesteście?» Odpowiedzieli: «Jesteśmy braćmi Ochozjasza i przyszliśmy pozdrowić synów króla i synów królowej matki». Wtedy rozkazał: «Pochwyćcie ich żywych!» Pochwycono więc ich żywych i zamordowano ich nad cysterną Szałasów, czterdziestu dwóch ludzi; nie oszczędził z nich ani jednego. (2 Krl 10, 12- 14)

 

… albo daje nam przykład, że po śmierci króla to właśnie królowa-matka czasem przejmowała rządy w królestwie:

 

Kiedy Atalia, matka Ochozjasza, dowiedziała się, że syn jej umarł, zabrała się do wytępienia całego potomstwa królewskiego. Lecz Joszeba, córka króla Jorama, siostra Ochozjasza, zabrała Joasza, syna Ochozjasza – wyniósłszy go potajemnie spośród mordowanych synów królewskich – i przed wzrokiem Atalii skryła go wraz z jego mamką w pokoju sypialnym, tak iż nie został zabity. Przebywał więc z nią sześć lat ukryty w świątyni Pańskiej, podczas gdy Atalia rządziła w kraju. (2 Krl 11, 1-3)

 

Nie tylko w Izraelu był ten zwyczaj. Każde antyczne królestwo miało swą królową-matkę. Na przykład widzimy to w tym fragmencie Drugiej Księgi Królewskiej:

 

Nabuchodonozor, król babiloński, stanął pod miastem, podczas gdy słudzy jego oblegali je. Wtedy Jojakin, król judzki, wyszedł ku królowi babilońskiemu wraz ze swoją matką, swymi sługami, książętami i dworzanami. (2 Krl 24, 11-12)

 

Widać tam, że królowa-matka nawet ruszała na wojny ze swym synem i z całym wojskiem. Była ona bowiem bardzo ważną osobą w królestwie. Ponieważ królowie mieli wiele żon, a matkę tylko jedną, to było naturalne, że to matka była królową. Była też jakąś gwarantką ciągłości dynastii, bo to z nią, nie z dziesiątkami, czy setkami żon łączyły króla więzy krwi.

 

Arka Przymierza w Starym Testamencie jest archetypem Maryi. Pisałem o tym w poprzedniej notce. Na Arce był tron, ale zawsze pusty. Arka była miejscem spotkania z Bogiem. Zawierała mannę, cudowny Chleb Boży, laskę Aarona, symbol kapłaństwa i Prawo, tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. A „shakina-glory”, chwała Pana zstępowała na Arkę, gdy Izraelici spoczywali na pustyni. Pan Jezus, Ten, który jest Chwałą Pana, prawdziwym Chlebem, prawdziwym Kapłanem i Prawem, przyszedł do nas przez Maryję. Ona była Jego „tabernakulum” przez dziewięć miesięcy. Zatem ten tron na Arce był Jej tronem, bo to Ona była Królową Matką Izraela. Nie mogła zasiąść na tym tronie, bo Maryja, będąc człowiekiem, żyła w czasie. Nie narodziła się jeszcze. Ale z boskiej perspektywy czas nie istnieje. Bóg jest Bogiem "Ja Jestem". Dla Boga ten tron dla Maryi był jak najbardziej na czasie.

 

Ale ile było w tym stanowisku królowej matki zwykłej kurtuazji, a ile ona miała władzy? Atalia faktycznie przez sześć lat rządziła w Izraelu, ale to było po śmierci jej syna. Ile władzy miała królowa gdy jej syn pozostawał przy władzy? I na to znajdujemy odpowiedź w Biblii. A ponieważ już o tym pisałem, najprościej będzie jak sam siebie zacytuję:

 

„Jezus jest wielokrotnie nazywany w Biblii Synem Dawida. Prawdziwym jednak synem króla Dawida był Salomon. Przyjrzyjmy się może zwyczajom panującym na ich dworze, gdyż ich królestwo jest archetypem Królestwa Bożego. My, mieszkańcy państwa demokratycznego, republiki, na początku trzeciego tysiąclecia, często nie bardzo wiemy jak wyglądało królestwo 3 tysiące lat temu. Zajrzyjmy wiec do Biblii, do 1. Księgi Królewskiej.

 

Król Dawid był już starcem, podupadłym na zdrowiu i marzł w nocy. Słudzy znaleźli mu więc młodą, piękną dziewicę, Szunemitkę Abiszag żeby z nim spała i ogrzewała go w nocy. Tymczasem Adoniasz, syn Haggity, jeden z najstarszych synów Dawida praktycznie przejął władzę w państwie. Prorok Natan zapytał wiec Batszebę, matkę Salomona, czy król o tym wie i polecił jej iść i zapytać. Dawid przysiągł jej, że Salomon zostanie następcą tronu. Batszeba udała się do niego, uklękła, oddala mu pokłon i przedstawiła, wraz z Natanem, jak się sprawy w państwie mają. Jak sprawy się dalej potoczyły, wiemy, bo to właśnie jej syn, Salomon został królem. Adoniasz jednak nie zrezygnował tak łatwo.

 

Udajmy się wiec na dwór króla Salomona. Zarówno Dawid jak i Salomon mieli wiele żon, Salomon miał ich 700, nie licząc nałożnic, „żon drugorzędnych”, jak to ładnie Tysiąclatka tłumaczy, których miał trzysta. Wiele z nich było wynikiem sojuszy zawieranych z innymi państwami, królestwo Izraela było w tym okresie dość poważnym mocarstwem, był to okres największej jego świetności. Adoniasz udał się wiec do Batszeby i przedstawił jej swoją prośbę. Upewnił ją, ze ma dobre zamiary i ze prosi tylko o to, żeby mu król Salomon zezwolił na poślubienie Szunemitki Abiszag. Nie wiem, jak piękną była ta Szunemitka,(moja Biblia jest bez obrazków ;-) ), ale jak piękna by nie była, Adoniaszowi chodziło o cos zupełnie innego. Mimo, że Abiszag była tylko osobą, która miała ogrzewać króla Dawida, dla przeciętnego poddanego była ona ostatnią żoną królewską. Adoniasz wiedział, ze gdyby ją poślubił, nabrałby w pewnym sensie praw do tronu. Mając za żonę ostatnia żonę króla, sam stawał się głównym pretendentem do korony. Batszeba tego nie zauważyła, ale mądrość Salomona przewyższała mądrość wszystkich ludzi i on od razu przejrzał plan Adoniasza.

 

Przyjrzyjmy się jednak, jak sama wizyta Batszeby u króla Salomona wyglądała. Jakże inaczej, niż u króla Dawida. Gdy Batszeba udała się do Dawida, uklękła i oddala mu pokłon. Gdy udała się do syna Dawida, do Salomona, to on wstał na jej powitanie i oddal jej pokłon. Dlaczego taka nagła zmiana? Bo ona była teraz Krolową-Matką. Na dworze Izraelskim i także na innych dworach wschodu w tamtych czasach nigdy żona króla nie miała tytułu królowej, choćby z tego względu, ze nie wiadomo która z nich miałaby ten zaszczytny tytuł nosić. Zawsze matka króla była królową. Czytamy dalej, ze postawiono tron dla niej po prawej stronie króla. Wszyscy wiedzieli, ze prośba królowej matki jest rozkazem dla króla. Adoniasz powiedział: „Powiedz królowi Salomonowi, bo on niczego ci nie odmówi”, sam Salomon znalazł się w kłopocie, gdyż nie mógł odmówić Królowej- Matce, nie mógł też spełnić jej prośby. Powziął wiec „salomonową decyzję”, kazał zabić Adoniasza i w ten sposób rozwiązał ten problem.”

 

Jak więc sami widzimy, „Syn Dawida” niczego nie może odmówić Królowej-Matce. Swojej Matce. Oczywiście Jej wola, wola Maryi, jest dokładnie taka, jak wola Jej Syna, więc Jezus, w przeciwieństwie do Salomona, nie ma problemów z takimi prośbami, jakie zanosiła Batszeba. Nie o to tu zresztą chodzi. Chodzi raczej o wykazanie, że zbliżające się święto jest bardzo biblijne i uczy nas ono, że Maryja, matka Jezusa, nie jest jakąś „malowaną świętą”, która została wzięta do nieba przed wiekami i jest tam teraz na zasłużonej emeryturze. Maryja jest prawdziwą Królową, której Syn dał wiele łask umożliwiających jej aktywną i skuteczną walkę z szatanem i pomoc nam na naszej drodze do zbawienia. Tak jak na początku zapowiada to protoewangelia w Księdze Rodzaju, jak opisuje to Apokalipsa na zakończenie Świętej Księgi, Biblii i jak uczy nas tego Kościół.

Odsłon: 555 Komentarzy: 10


Arka Przymierza. Z ciałem i duszą w Niebie.

Kategoria: Kościół Monday, 15 August 2011, 17:37

W wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, w czytaniu z z Księgi Kronik słyszymy, że „Lewici nieśli Arkę Bożą na drążkach na swoich ramionach, jak przykazał Mojżesz zgodnie ze słowem Pana.” Także świąteczne czytanie z Apokalipsy mówi o Arce Przymierza, jaka ukazała się Janowi podczas widzenia na wyspie Patmos. Słowa te przypomniały mi o czymś, z czym chciałbym się z Wami podzielić.



Maryja jest często nazywana „Arką Przymierza”. Dzieje się tak dlatego, że jest Ona, tzn. Maryja, doskonałym spełnieniem archetypu tego mebla, znanego nam ze Starego Testamentu. Ta skrzynia drewniana, bogato zdobiona, zawierała w sobie, wg. Listu do Hebrajczyków, trzy rzeczy: „naczynie złote z manną, laska Aarona, która zakwitła, i tablice Przymierza”(Hbr 9,4b).



Manna, chleb, który Izraelici jedli na pustyni, podczas wyjścia z Egiptu, to archetyp Chleba Żywego. Jezus nam to sam powiedział:


Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata.”(J 6,49-51)



Laska Aarona to symbol władzy kapłańskiej. List do Hebrajczyków nam mówi, kto jest prawdziwym Kapłanem na wieki:



Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego…” (Hbr 4,14a)



Tablice Przymierza to, rzecz Jasna, kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami, czyli ze Słowem Bożym. Ale żywym Słowem Bożym jest sam Jezus:


A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.” (J 1,14)



Nie odkryłem tu, rzecz jasna, Ameryki. Ten wybór świątecznych czytań był świadomy. Już Ojcowie Kościoła zauważyli tą zależność. Chciałem jednak zwrócić uwagę na pewne konsekwencje tego faktu. Na znaczenie tego w naszym codziennym życiu, albo raczej naszym zrozumieniu pewnych prawd naszej wiary.


Pierwszy cytat, jaki zamieściłem, mówi, że Lewici nieśli Arkę na drążkach. Nie robili tego dlatego, że tak było wygodniej, ale dlatego, że za dotknięcie Arki Bóg karał śmiercią. Arka, nie tylko przez swoją zawartość, ale przede wszystkim przez obecność Ducha Świętego, który na Nią zstępował, była święta. Człowiek taki nie jest. Nie jesteśmy niepokalani. Dlatego to zetknięcie „sanctum” z „profanum” zawsze ma dramatyczne skutki. Albo „sanctum” jest sprofanowane, albo, gdy Święte jest Nieograniczone i Pełne i Doskonałe w swej świętości, to „profanum” nie przeżywa tego bliskiego spotkania.



Izraelici doskonale to rozumieli i Biblia jest pełna przykładów. Jest taka scena w Biblii doskonale nam to ilustrująca. Gdy podczas zawiłych losów Izraela Arka Przymierza dostała się w ręce wrogów, po jakimś czasie wracała do prawowitych właścicieli. Oddana, nawiasem mówiąc dobrowolnie, właśnie dlatego, że nawet ci, co do niej tylko zaglądali, przepłacili to życiem. Wracała Ona nie niesiona na drążkach przez Lewitów, ale wsadzona na wóz, ciągnięty przez woły. Szarpnęły one w pewnym momencie i Uzza podtrzymał Arkę, aby nie spadła na ziemię. Przepłacił to życiem. Możemy o tym przeczytać w 2 Sm 6,6-7 i 1 Kr 13,9-10.



Nam się często wydaje, że wystarczy robić to, co nam się wydaje dobre i słuszne, jest takie i w oczach Boga. Często jednak popełniamy wtedy taki grzech, jaki popełnili nasi prarodzice, Adam i Ewa. Ich grzech nie polegał na zjedzeniu jakiegoś owocu. Oczywiście, zgrzeszyli także nieposłuszeństwem wobec wyraźnego zakazu Boga, ale prawdziwy ich grzech, to fakt, że sami chcieli decydować, co jest dobre, a co złe.



W naszej współczesnej rzeczywistości spotykamy się z tym na co dzień. Wśród naszych braci i sióstr uważających się za dobrych chrześcijan argumentujących katolików, ale argumentujących do upadłego, że środki antykoncepcyjne są dobre, bo…, że klonowanie jest rzeczą pożyteczną, bo…, że zapłodnienie in vitro jest wspaniałą zdobyczą dla bezpłodnych kobiet, bo…Uzasadnić można niemalże wszystko i ja sam mógłbym podać kilka argumentów w obronie Uzzy. Ale Bóg wyraźnie powiedział, że Arki dotykać nie wolno:



Przy zwijaniu obozu, gdy Aaron i synowie jego skończą okrywać przedmioty święte i wszystkie przynależne do nich sprzęty, wtedy przystąpią Kehatyci, aby je ponieść. Nie wolno im jednak przedmiotów świętych dotykać; w przeciwnym razie umrą. Taką to służbę mają do spełnienia Kehatyci w Namiocie Spotkania.” (Lb 4,15)



Bóg wymaga od nas posłuszeństwa. Nie dlatego, że jest tyranem, ale dlatego, że jest kochającym Ojcem i wie lepiej od nas, co jest dla nas pożyteczne.


Maryja przez to, że zawierała w sobie Słowo, Prawdziwego Kapłana i Chleb Żywy i dlatego, że i na nią zstąpił Duch Święty (Łk1,35) musiała być czysta, święta i wolna od profanacji. Całe swoje życie. I fakt, że wszyscy jesteśmy dziećmi Ewy i w grzechu się rodzimy nic tu nie zmienia. Jeżeli Wszechmogący Bóg może drewnianą skrzynię, nawet jak jest ona pozłocona, uczynić świętą, na pewno może uczynić Świętą i Niepokalaną Kobietę, która jest nie tylko Jego córką, dzieckiem, jak każdy z nas, ale także Oblubienicą i Matką Jego jedynego Syna. Z tego faktu wynika automatycznie dogmat o Niepokalanym Poczęciu i o wiecznym dziewictwie Maryi.



A co z takimi wersetami, jak te o „braciach Jezusa” i ten mówiący, że Józef nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna? Czy one nie mówią wyraźnie, że Maryja później miała „normalne” małżeństwo z Józefem?



Nie, nie mówią. Z wielu względów. Po pierwsze Bóg jest wierny. Jeżeli jest On oblubieńcem Maryi, jest nim aż do śmierci. A ponieważ jest On nieśmiertelny, jest nim nadal. Po drugie słowo „brat” ma inne znaczenie w językach używanych na wschodzie, niż w polskim czy angielskim. Oznacza on i kuzyna i współplemieńca i dalszego krewnego. Wiemy np., że Lot był siostrzeńcem Abrahama a Biblia nazywa go jego bratem. Zresztą nawet w naszym języku, gdy mówimy o „braterstwie” rozumiemy to szerzej, niż związek między braćmi-dziećmi jednej matki. Poza tym wiemy na pewno, że przynajmniej niektórzy z „braci” Jezusa są synami innej kobiety. Wyjaśnia to na przykład Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 500:


„Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie.”


A co z tym wersetem: „lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.”? (Mt 1,25) To zdanie nic nam nie mówi o tym, co Maryja robiła po narodzinach Jezusa. Ważne było wg św. Mateusza, żeby podkreślić fakt Jej dziewictwa w momencie narodzin Jezusa, nic on tu nie mówił o dalszych latach jej małżeństwa. Sformułowanie takie wcale nie musi sugeruje niczego, co miałoby się stać później, jak widać to na innym przykładzie z Biblii.


Pamiętacie powrót Arki do Izraela, o którym wcześniej pisałem? Król Dawid, który tę Arkę odzyskał, tak się cieszył, że fikał z radości przed Arką koziołki. Słowo użyte przez natchnionego autora jest tym samym, nawiasem mówiąc, jakiego użył św. Łukasz, mówiąc o Janie Chrzcicielu, który „podskoczył” w łonie świętej Elżbiety, gdy ją odwiedziła Maryja, ta prawdziwa Arka Przymierza. Podskakującego króla widziała jego żona, Mikal i wzgardziła nim. Wydawało jej się, że nie przystoi wielkiemu królowi robić z siebie publicznie pajaca. Ale Bóg był zapewne innego zdania, Jemu publiczne okazywanie naszej miłości i radości i procesje nie przeszkadzają. Przeszkadzają Mu natomiast ci, którzy się tego wstydzą i tych, którzy Boga wielbią. Ukarał więc Mikal. Nie mogła mieć ona dzieci, co zawsze było przekleństwem. Ale Biblia używa ciekawych słów: „Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.” (2 Sm 6,23). Tym, którzy uważają, że takie sformułowanie sugeruje, że coś się później musiało wydarzyć, chciałbym tylko przypomnieć, że i po śmierci Mikal nie miała żadnych dzieci.


Innym ważkim argumentem jest właśnie ten przykład z Arką Przymierza i Uzzą. Skoro Maryja jest prawdziwą Arką Przymierza, to już z tego faktu wynika, że pozostała Ona Czysta. Święty Józef doskonale wiedział, na jakie małżeństwo się decyduje i komu będzie opiekunem. Gdy Maryja zapytała: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” to nie znaczyło, że nie wiedziała, skąd się biorą dzieci. Dziewczyna mieszkająca w malutkim miasteczku, właściwie wiosce, wśród pasterzy i zwierząt, 2 tysiące lat temu, musiała widzieć naturalny porządek rzeczy. Jej zdziwienie wynikało z innego faktu. Z tego, że ona już ofiarowała swe dziewictwo Bogu i Józef o tym wiedział.



Także ten werset to nam potwierdza: „Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.” (Mt 1,19). Gdyby Święty Józef myślał, że Maryja nie była mu wierna, nie oddalałby jej potajemnie. Jeżeli był on człowiekiem sprawiedliwym, a mówi nam to Biblia, to wypełniłby prawo. Postępowanie przeciw Prawu jest grzechem, a nie uczynkiem sprawiedliwym. Święty Józef dowiedziawszy się, że Maryja poczęła dziecko uwierzył i musiał się poczuć niegodnym bycia ojczymem Wcielonego Boga i dlatego chciał Maryję odesłać do rodziny. Dopiero jak anioł Pański w widzeniu powiedział mu, żeby się nie bał, oddalił od siebie tę myśl.



Pisałem też wcześniej, że Biblia używa tego samego słowa na określenie podskakującego z radości króla Dawida i Jana Chrzciciela. Warto porównać te dwie sceny: Jedna to powracająca Arka Przymierza do Izraelita, a druga to ta prawdziwa Arka Przymierza, ta z wizji umiłowanego ucznia Jezusa, świętego Jana, którą opisał w Apokalipsie, rozdziały 11i 12, Maryja przychodząca do domu Najwyższego Kapłana, Zachariasza i jego żony Elżbiety.



Porównując rozdział 6. drugiej Księgi Samuela i rozdział 1. Ewangelii Łukasza natrafiamy na więcej słów identycznych , lub bardzo podobnych. Czasem tracimy je w tłumaczeniu, ale ci egzegeci, którzy badają Pismo w oryginalnych językach zauważają te podobieństwa. Jak to, że Dawid wstał i poszedł do Judy (w.2) i Maryja wstała i udała się do pewnego miasta w pokoleniu Judy. (w.39); Dawid się dziwił, jak Arka Pana może przyjść do niego (w. 9) i Elżbieta się dziwiła, że Matka jej Pana ją odwiedziła (w.43); Arka trafiła do domu Obed-Edoma (w.10) i Maryja weszła do domu Zachariasza (w.40); Dawid sprowadził Arkę „z wielką radością” (w.12) i Maryi duch radował się w Bogu (w.47); Dawid prowadził Arkę wśród radosnych okrzyków (w.15) i Elżbieta krzyknęła, gdy Duch Święty ją napełnił na widok Maryi (w.42). I ten tańczący król Dawid w wersecie 16. w 2.Księdze Samuela i Jan Chrzciciel w wersecie 41. Ewangelii Łukasza. I jeszcze jedno podobieństwo: Arka Przymierza pozostawała w domu Obed-Edoma trzy miesiące (w11) i Maryja pozostawała w domu Elżbiety trzy miesiące (w56).



Wróćmy jeszcze na chwilkę do Apokalipsy Świętego Jana. Czasami spotykam się z zarzutem, że to, o czym mówi Jan pod koniec 11 rozdziału, ta wizja Arki, a początek 12, Niewiasta w koronie z dwunastu gwiazd, to dwie różne rzeczy i Kościół nieprawidłowo łączy te wersety w jeden ciąg. Jednak prawda jest taka, że to kościół ma rację. Jest ku temu kilka przyczyn i nie wszystkie tu uwzględnię, ale na parę chciałem zwrócić uwagę.



Przede wszystkim podział na rozdziały i numerowanie wersetów jest znacznie późniejszy, niż sama Biblia. Podział na rozdziały nie pochodzi od Jana. On pisał o Niewieście tuż po tym, jak napisał o wizji Arki, więc wydaje się naturalną rzeczą, że to tę Arkę opisuje dalej. Po drugie nie możemy zapominać czym była Arka Przymierza dla Żydów dwa tysiące lat temu. Był to najświętszy obiekt w ich całej historii. W świątyni przechowywana była w najświętszym miejscu, do którego tylko Najwyższy Kapłan miał dostęp raz w roku. Miejsce to było tak święte, że kapłanowi przywiązywano sznurek do nogi, aby w razie nagłej śmierci móc go wyciągnąć stamtąd, nie narażając się samemu na śmierć. A nagła śmierć groziła kapłanowi, gdyby w grzechach wstąpił do tego miejsca. Jednak w czasach Jezusa tej Arki już nie było. Najświętsze miejsce w świątyni nie zawierało jej od kilkuset lat. Była ona ukryta w górach, ale już nikt nie pamiętał gdzie. Gdy więc Jan napisał, że ją zobaczył w swej wizji, każdy Żyd wstrzymał oddech, pełen napięcia i niedowierzania, czekając na dalsze słowa Jana. Ale dalsze słowa nie były o skrzyni, ale o Niewieście. Nie dlatego, że Jan zlekceważył wizję Arki i przeszedł do czegoś innego. On opisując Niewiastę, która porodziła Syna, opisuje Arkę.


W niebie jedyną rzeczą uczynioną ręką ludzką są Rany Pana Jezusa. Nie ma tam mebli przytarganych z ziemi, ani żadnych naszych innych „skarbów”. Nawet takich jak ta drewniana Arka Przymierza. Jedyną Arką Przymierza, jaka tam jest, jest Królowa Niebieska, Niewiasta obleczona w wieniec z dwunastu gwiazd, Matka naszego Boga i Zbawiciela, Maryja.



Nie każdy dogmat, którego nas uczy Kościół, musi być wyraźnie określony w Biblii. To nie Kościół wyrasta z Biblii, ale Biblia jest dzieckiem Kościoła. Ale czasem warto zobaczyć, że i te dogmaty, które nie są wyraźnie w Biblii napisane, są w niej ukryte w sposób typologiczny. W końcu dogmat to nic innego, niż, jak mówi kardynał Ratzinger, nieomylna interpretacja Pisma Świętego.



Wszyscy chrześcijanie zgadzają się, że dogmat o Trójcy Świętej jest prawdziwy. Gdy ktoś go neguje, automatycznie przestaje być chrześcijaninem, mimo, że Biblia słów „Trójca Święta” nigdy nie używa. Byłoby wspaniale, gdybyśmy wszyscy zjednoczyli się wokół innych dogmatów, takich jak Niepokalane Poczęcie i Wniebowstąpienie. Nie dlatego, że uczy ich Kościół Katolicki, ale dlatego, że są prawdziwe. I wszyscy możemy wiele skorzystać z tradycji Kościoła, z nauki Ojców Kościoła i wielowiekowej pracy teologów i egzegetów nad depozytem Wiary zostawionym nam przez Jezusa. Nie ma potrzeby po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa odcinać się od jego korzeni i odkrywać na nowo prawd znanych od dawna. Tym bardziej, że jak od tych korzeni się odetniemy, łatwo popełnić błędy, lub nie zauważyć pewnych prawd przekazanych nam w tym depozycie wiary.

Odsłon: 1492 Komentarzy: 107


Dzień modlitw i postów za ojca Corapi

Kategoria: Kościół Saturday, 13 August 2011, 06:25

Na Facebooku ktoś zaprasza do modlitw i postu w intencji ojca Corapi.

 

Pisałem o tym kapłanie parokrotnie, więc nie będę tu nic dodawał. Proszę tylko każdego, by się do nas przyłączył. Wyrwijmy go kudłatemu, bo naprawdę szkoda tak wspaniałego kapłana.

 

Oczywiście "koszula bliższa ciału", a ksiądz Natanek bliższy nam, Polakom, niż ojciec Corapi. Zatem przy okazji prośba, by i o księdzu Natanku nie zapominać. Modlitwą i postem każdego złego ducha się pokona. Jednak prośba o modlitwy i post za ojca Corapi jest na "teraz", na najbliższą niedzielę, więc dlatego głównie o nim dzisiaj piszę.

 

Ojciec Corapi był bardzo maryjny. Zawsze to podkreślał w swych kazaniach i wykładach. Często mówił o modlitwie różańcowej, cytując Padre Pio, który nazywał swój różaniec "bronią przecie złemu". Może więc Matka Pana Jezusa, w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia wymodli mu łaskę opamiętania się i powrotu do tego, co przyrzekł przed dwudziestu laty.

 

Ja się przyłączę. Chleb i woda. W tę niedzielę za ojca Corapi, a mam nadzieję, że podobna akcja powstanie też w intencji księdza Natanka. Nie dajmy sobie odbierać najlepszych kałanów. Na pokorę kudłaty nie ma sposobu, a poniżenie siebie samego dla Królestwa, dla Jezusa, poprzez dobrowolne odebranie sobie przyjemności związanych z jedzeniem jest doskonałym sposobem wyrażenia tej pokory. Zatem zapraszam.

 

Fast for Father Corapi

Odsłon: 728 Komentarzy: 14


Eliasz, Piotr i Paweł, czyli Wiara, Nadzieja i Miłość.

Kategoria: Kościół Monday, 08 August 2011, 00:47

Właśnie wróciłem z polskiego kościoła w Lowell, Ma i choć planowałem dziś pisać o regule Wspólnoty Marto, to czytania usłyszane podczas Mszy sprowokowały mnie do tego, by i na ich temat napisać kilka słów. Przyczyną był fragment z Listu do Rzymian, najbardziej zdumiewające słowa, jakie wypowiedział jakikolwiek człowiek w całym Piśmie Świętym.  

 

Eliasz

 

Zacznijmy jednak od czytania ze Starego Testamentu i od Ewangelii. W Pierwszej Księdze Królewskiej czytamy:  

 

Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. (1 Krl 19,9a.11-13)

 

Bóg zazwyczaj przychodzi do nas "w szmerze łagodnego powiewu". Ale by taki cichutki szmer usłyszeć musimy się wyciszyć. Musimy się skupić. Musimy wyłączyć telewizor, radio, laptopa, zgasić światło i po prostu się wsłuchać w Jego głos. Musimy odwiedzić Go w Kaplicy Eucharystycznej, uklęknąć przez Tabernakulum i pozwolić mu szeptać. Eliasz był "wojującym prorokiem", a do tego miał poczucie humoru. Lubił pokazać w teatralny sposób chwalę Boga i Jego Moc. Pamiętacie zapewne konfrontację z prorokami Baala, gdy 450 z nich wołało swego boga, by przyjął składaną mu ofiarę, a Baal milczał jak grób. Eliasz wołał:

 

Kiedy zaś nastało południe, Eliasz szydził z nich, mówiąc: Wołajcie głośniej, bo to bóg! Więc może zamyślony albo jest zajęty, albo udaje się w drogę. Może on śpi, więc niech się obudzi! (1 Krl 18,27)

 

A potem, czekając, by prawdziwy Bóg zesłał sam ogień i spalił ofiarę na ołtarzu...

 

Potem ułożył drwa i porąbawszy młodego cielca, położył go na tych drwach i rozkazał: Napełnijcie cztery dzbany wodą i wylejcie do rowu oraz na drwa! I tak zrobili. Potem polecił: Wykonajcie to drugi raz! Oni zaś to wykonali. I znów nakazał: Wykonajcie trzeci raz! Oni zaś wykonali to po raz trzeci, aż woda oblała ołtarz dokoła i napełniła też rów. Następnie w porze składania ofiary z pokarmów prorok Eliasz wystąpił i rzekł: O Panie, Boże Abrahama, Izaaka oraz Izraela! Niech dziś będzie wiadomo, że Ty jesteś Bogiem w Izraelu, a ja Twój sługa na Twój rozkaz to wszystko uczyniłem. Wysłuchaj mnie, o Panie! Wysłuchaj, aby ten lud zrozumiał, że Ty, o Panie, jesteś Bogiem i Ty nawróciłeś ich serce. A wówczas spadł ogień od Pana i strawił żertwę i drwa oraz kamienie i muł, jako też pochłonął wodę z rowu. Cały lud to ujrzał i upadł na twarz, a potem rzekł: Naprawdę Jahwe jest Bogiem! Naprawdę Pan jest Bogiem! Eliasz zaś im rozkazał: Chwytajcie proroków Baala! Niech nikt z nich nie ujdzie! Zaraz więc ich schwytali. Eliasz zaś sprowadził ich do potoku Kiszon i tam ich wytracił. (1 Krl 18,33-40)

 

Niesamowita wiara Eliasza. I nie zawiódł się na niej prorok. Ale być może dlatego Bóg kilka wersetów dalej ukazuje się mu w cichym powiewie wiatru, by go stonować, uspokoić. Bo nasza religia nie jest religią walki, ale religią miłości.

 

I jeszcze jedno. Bóg nie ukazał się Eliaszowi w ciszy. Okazał się w szemraniu wiatru. Nie chodzi o to, by nasza religia stawała się krzykiem, walką, wciskaniem jej na siłę, przemocą, przez zastraszenie i pod groźbą. ale też nie chodzi o to, by milczeć. Trzeba z miłością, łagodnością, cierpliwie tłumaczyć, ewangelizować, dawać przykład czynem i słowem.

 

Źle jest zastraszać i narzucać innym swe przekonania, ale gorzej jeszcze jest te przekonania zachowywać tylko dla siebie. W Ziemi Świętej płynie rzeka Jordan i wpływa do dwóch zbiorników wodnych: Jeziora Genezaret i Morza Martwego. Jedyna różnica między nimi to to, że z Genezaret woda wypływa dalej, a z Morza Martwego nie wypływa nic. I Jezioro Genezaret jest pełne życia, a Morze Martwe jest... martwe.

 

I mówiąc o jeziorze, wsiądźmy na moment do łodzi Piotra:

 

Piotr

 

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym. (Mt 14,22-33)

 

Jezus mówi Piotrowi, że jego wiara jest słaba. Często przyjmujemy to stwierdzenie za dobrą monetę, nie zastanawiając się nad nim wiele. Czasem się dziwimy, że tak małą, słabą wiarę miał Piotr. Gdybyśmy my tam byli, to ho! ho! Pokazalibyśmy jak jest NASZA WIARA! Ale czy na pewno?

 

W łodzi było dwunastu przerażonych apostołów. Myśleli, że zobaczyli ducha. Burza na jeziorze wielkim jak morze, nie widać brzegów, łódź jak łupinka i jakaś zjawa idzie po falach. I tylko jeden z nich uwierzył, że to rzeczywiście Pan. Uwierzył nie intelektualnie, ale praktycznie. Odważył się przełożyć nogi za burtę i zrobić krok w nieznane. Zaczął iść po tych wzburzonych falach. Mała wiara? Boże, kiedy ja będę miał taką małą wiarę?

 

Piotr odwrócił wzrok od Pana, spojrzał na przewalające się bałwany, na wichurę i na moment zwątpił. Na moment stracił wiarę. Na moment, bo zaraz zaczął wzywać boskiej pomocy. Stracił wiarę, ale pozostała mu nadzieja i nie zawiodła go. Jezus podał mu pomocną dłoń.

 

Pan skarcił Piotra, że jego wiara jest słaba, bo gdyby była naprawdę mocna, nie wątpiłby nigdy. A my? My wątpimy cały czas. Na ile jesteśmy w stanie zaufać Bogu? Na przykład w dzisiejszej politycznej sytuacji? W sprawie kolejnego rozłamu w Kościele? Czy wierzymy, że Bóg może więcej, niż my, niż jakaś partia polityczna, jakiś inny człowiek? Ile czasu poświęcamy na modlitwę, ile ofiarujemy postów i wyrzeczeń w tej sprawie?

 

Ja wiem, że wszystko jest ważne. "Módlmy się tak, jakby wszystko zależało od Boga i róbmy tak, jakby wszystko zależało od nas". Ale gdyby można było zrobić tylko jedno, modlitwa nie tylko byłaby ważniejsza, ale byłaby też skuteczniejsza. Bóg może wszystko zrobić sam, gdy zechce, my sami nie zrobimy nic.

 

Popatrzmy na przykład Węgier. Tam zaczęli od modlitwy, od krucjaty różańcowej. Potem przyszło też działanie polityczne, które wynikło z tej wielkiej łaski, jaką bracia Węgrzy otrzymali. Członkowie narodu, który wydal kilku wspaniałych świętych, z pewnością orędujących za nimi w Niebie, ale narodu, który kilkanaście lat temu każdy z nas nazwałby totalnie zlaicyzowanym. I co? Jaka dla nas nauczka? Żadna, bo my wiemy lepiej. My sobie to zrobimy inaczej. My nie będziemy tracić czasu na modlitwy, bo wybory za parę miesięcy.

 

Cóż, życzę powodzenia.

 

I to tyle o wierze i nadziei. Następny fragment będzie już raczej o miłości. Ale o prawdziwej, żywej wierze napisałem kiedyś inny felieton, który chciałbym jeszcze tu przypomnieć: KLIK  A jeżeli ktoś jest ciekawy jak wyglądała taka łódź na której apostołowie płynęli, zapraszam do zobaczenia tego WIDEO. I pamiętajmy: Ta łódź Piotra płynąca pod wiatr, po burzliwych falach, to Kościół. Pan Jezus nigdy nas nie zostawi i nawet, gdy wszyscy tę wiarę i nadzieję potracimy, On przyjdzie i uciszy burzę.

 

Paweł

 

W Liście do Rzymian święty Paweł pisze zdumiewające słowa, których większość z nas w ogóle nie dostrzega:

 

Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię, potwierdza mi to moje sumienie w Duchu Świętym, że w sercu swoim odczuwam wielki smutek i nieprzerwany ból. Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki. Amen. (Rz 9,1-5)

 

"Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami." Nieraz pytałem tych, którzy wszelkie nadzieje dla Polski pokładają w zwycięstwie PiSu, czy partii Marka Jurka w najbliższych wyborach: Gdzie i kiedy Pan Jezus mówi cokolwiek o politycznej sytuacji swej ziemskiej ojczyzny? Gdzie i kiedy naucza, że należy popierać taką, czy inną polityczną frakcję? A przecież sytuacja Palestyny w czasach Jezusa była po stokroć gorsza nić jest dziś sytuacja Polski.

 

Czy Pan Jezus nie był patriotą? Czy nie czuł się Żydem? Czy nie kochał swej ziemskiej ojczyzny? Oczywiście, że był Żydem całym swym sercem i najbardziej ze wszystkich kochał swych braci "według ciała". Sam nie raz o tym mówi:  

 

Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. (Mt 23, 36)

Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! (Łk 23,28)

Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom.(Mt 15, 24-26)

 

Przykłady można mnożyć, ale nie o to chodzi. chodzi o to raczej, że Pan Jezus, prawdziwy Pomazaniec - Mesjasz, Syn Dawida, prawdziwy Król Żydowski wiedział, że to, co jest Jego braciom potrzebne to nie silne państwo, ale silna wiara. Nie odnowa polityczna, ale moralna, bo ich i Jego prawdziwe Królestwo nie pochodzi z tego świata. A gdy będą mieli tę wiarę, to nie ma już wtedy większego znaczenia polityczna sytuacja kraju.

 

Święty Paweł był bardzo dumny zarówno ze swego pochodzenia, jak i z faktu, że jest Rzymianinem. Parafrazując można by powiedzieć, że to był "prawdziwy Polak i Europejczyk". I jakoś mu to w niczym nie przeszkadzało. Nie znaczy to wcale, że pochwalał bezkrytycznie Rzym. Wręcz przeciwnie, nie szczędził nikomu słów krytyki, jeżeli na nie zasługiwali. Do tego stopnia, że zapłacił za to najwyższą cenę. Mimo to nigdy nie nawoływał do buntu przeciw władzy, o której mówił, że "nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle."

 

Paweł nie czynił nic złego, a jednak ten miecz władzy obciął mu głowę. To jednak, w oczach Pawła, nie było wielką tragedią. Bóg z każdego zła wyciągnie dobro, a krew męczenników stała się zasiewem, nawiozła pole, z którego wyrósł potężny i wspaniały Kościół. Paweł żyjąc jeszcze mial poważny dylemat, tak mało rozumiany przez dzisiejszych ludzi:

 

Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele - to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć. Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne. (Flp 1, 21-24)

 

Lubię te słowa świętego Pawła. Pokazują one, że nie jestem nienormalny. Ja też się nie mogę doczekać. I nie ma to nic wspólnego z samobójczymi myślami. Jak Bóg chce, bym żył sto lat - wytrzymam. Jest powód dla którego Bóg dał mi duszę, przed stworzeniem świata On wiedział, że będzie kiedyś taki Piotruś, co od małego zakocha się w samochodach i spędzi życie na nawijaniu kilometrów szos na koła swej ciężarówki. I dobry Bóg wymyślił dla mnie plan.

 

I nie chodzi o to, że ja mam tu jakiś specjalny plan od Boga. Nie, nie uważam się za żadnego wybrańca Boga. Nie w specjalnym sensie tego słowa. Jestem dokładnie takim samym wybrańcem jak Ty, drogi czytelniku. Każdy z nas bowiem jest kimś specjalnym w oczach Boga, niezależnie od tego, czy jesteśmy zwykłymi robotnikami, domowymi gospodyniami, uczniami, osobami świeckimi, księżmi, prezydentami państw, przywódcami partii politycznych, czy w ogóle kimkolwiek.

 

Rozumiem słowa św. Pawła z Listu do Filipian, ale nie rozumiem tych z Listu do Rzymian. Albo mówiąc precyzyjniej rozumiem, ale szczerze mówiąc już pod tymi bym się nie podpisał. Przypomnę. Święty Paweł Mówi:

 

Wolałbym bowiem sam być pod klątwą [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami.

 

Zdumiewające. Święty Paweł, człowiek, ktory był mistykiem, który oglądał Pana Jezusa twarzą w twarz, który miał wizję Nieba, który powiedział nam, że "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" - jest gotów poświęcić to wszystko dla dobra swych braci. Dla zbawienia swych rodaków.

 

Co innego oddać swe życia za brata. Teoretycznie - dlaczego nie. Przecież nasza wiara nam mówi, że nasza dusza jest nieśmiertelna. Czytając na przykład Listy św. Ignacego z Antiochii widzimy, z jak wielką radością szedł on na śmierć. Podobne świadectwo daje nam wielu świętych, zarówno w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jak i w czasach współczesnych. Przykładem choćby święty Maksymilian Maria Kolbe, czy Edith Stein - Święta Teresa Benedykta od Krzyża. Ta ostatnia z radością ofiarowała swe życie za swych braci i siostry "krwi", za Żydów.

 

Święty Paweł jednak w swej miłości do braci posuwa się dalej. Trudno mi to oceniać "teologicznie". Brak mi wiedzy, a serce się buntuje. Ale przecież św. Paweł sam wyraźnie zaznacza we wstępie do tych słów: "Prawdę mówię w Chrystusie, nie kłamię". Być może należy te słowa odczytywać jako hiperbolę, przenośnię, jak słowa Jezusa o ucięciu sobie ręki i wyłupaniu oka. Ale kontekst chyba na to nie wskazuje. Mam wrażenie, że św. Paweł byłby rzeczywiście gotów pójść na wieczne zatracenie, jeżeli to uratowałoby tylko jego rodaków.

 

To jest prawdziwa miłość. To jest zdumiewająca miłość do swych braci. A my? A my wszyscy, którzy uważamy się za polskich patriotów? Ile my jesteśmy w stanie dla nich i dla naszej Ojczyzny zrobić? Czy kolejna "zadyma", demonstracja, złośliwy komentarz w Internecie, oplucie kogoś, zmieszanie z błotem to jedyne na co nas stać? Czy naprawdę myślimy, że głosując na "jedyną słuszną partię" rozwiążemy jakikolwiek problem? I skąd wziąć tę jedyną słuszną partię, skoro i tu nie ma wcale żadnej jedności wśród naszych rodaków? Nawet tych, którzy uważają się za dobrych katolików?

 

Pod moją ostatnią notką na Frondzie, o ojcu Corapi i księdzu Natanku, wywiązała się dość ciekawa dyskusja. Zapytałem zwolenników księdza Natanka o coś:

 

"Zgadzam się z księdzem Natankiem, że modlitwą i postem można pokonać złego. Najlepiej modlitwą różańcową i postem o chlebie i wodzie. Zgadzam się, że nam jest potrzebna krucjata różańcowa, jak na Węgrzech. Ale pytam zwolenników Natanka: Ilu z Was na to tak na serio odpowiedziało? Ilu z Was pości o chlebie i wodzie? Ilu z Was codziennie odmawia różaniec za Ojczyznę, za kapłanów, za Kościół?

 

Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21:28-32)"

 

Możemy czekać, aż nas ktoś "porwie" do krucjaty różańcowej, możemy to zrobić sami. Moją propozycją jest nasza Wspólnota Marto. Zaledwie trzy tuziny osób się do nas przyłączyło, a marzyłyby się miliony... Oczywiście wiem, że wielu modli się za rodaków i za naszą Ojczyznę i żadnej wspólnoty do tego nie potrzebują, albo należą do innych wspólnot i zgromadzeń. Każdy idzie do Nieba swoją drogą i trudno innym cokolwiek narzucać. Ale przecież wiemy wszyscy, że nie do tych osób kieruję moje słowa.

 

Bo choć w żaden sposób nie jestem tego w stanie sprawdzić, to przecież w głębi serca wiem, że dla wielu zaangażowanych i gorących katolików post, ofiary, wyrzeczenia i w jakimś stopniu nawet modlitwy to bzdura i strata czau. Wiem, że wielu z nich naprawdę uważa, że poprzez publicystykę, poprzez wyrażanie swych uczuć w komentarzach na blogach, poprzez manifestacje i namowy polityczne cokolwiek zmienią. Wiem, że uważają to za najważniejsze w dzisiejszych czasach. I wiem także, że całkowicie się mylą.

 

I nie chodzi mi tu wcale, by w komentarzach ktokolwiek cokolwiek deklarował. Chodzi mi o to, by każdy z nas po prostu i cichutko coś zaczął. Może jeden różaniec dziennie za Ojczyznę. Może post w piątek o chlebie i wodzie za Kościół. Może ofiarowanie filiżanki kawy jutrzejszego ranka. Może ofiarowanie Bogu naszej kolejnej migreny. Małe rzeczy ofiarowane Bogu z wielką miłością potrafią zmienić świat. Natomiast nienawiść do kogokolwiek, nie wykluczając ludzi o odmiennych od naszych poglądach politycznych, nie wykluczając masonów, członków Platformy, a nawet nie wykluczając, o zgrozo! Michnika - służy tylko kudłatemu.

 

www.hiob.us

www.jaskiernia.org

www.WspolnotaMarto.com

Odsłon: 1102 Komentarzy: 33


Ksiądz Natanek, ojciec Corapi

Kategoria: Kościół Tuesday, 08 March 2011, 18:24

Minął już ponad miesiąc od mojego ostatniego wpisu na temat ojca Corapi. Był on w pewnym sensie moim idolem. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd w Hollywood, właściciel domu przy plaży w Malibu, 18-metrowego jachtu i samochodu Ferrari - poprzez uzależnienie od narkotyków wszystko traci, zostaje bezdomnym bumem i mieszka na ulicy. Tam go odnajduje list od matki, z obrazkiem Matki Bożej i z modlitwą "Zdrowaś Maryjo". Matka go prosi, by raz dziennie ją odmówił... Corapi wspominał, że musiał ją czytać, mimo dwunastu lat edukacji w katolickich szkołach i wychowania w katolickim domu nie pamiętał już słów tej modlitwy.

John Corapi wrócił do domu, do matki, pogodził się z Bogiem, postanowił zostać księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez Jana Pawła II, otrzymał gruntowne wykształcenie. Pięć dyplomów wyższych uczelni, łącznie ze słynnym Navarre University, założonym przez świętego Josemarię Escrivę, gdzie otrzymał też tytuł doktora teologii.

Ojciec Corapi jest bardzo znany w USA. Znany ze swej bezkompromisowości w nauczaniu prawdy. Jego wykłady zawsze były jak powiew świeżego powietrza. A uczył wiele, nagrywając między innymi cykl pięćdziesięciu godzinnych wykładów omawiających punkt po punkcie Katechizm Kościoła Katolickiego.

Minęło 20 lat od czasu, gdy John Corapi został księdzem. Oskarżony, jego zdaniem fałszywie, o niemoralne zachowanie w stosunku do dorosłych pracownic jego biura i o nadużywanie alkoholu i narkotyków, ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Uzasadniał to tym, że w obecnej sytuacji nie ma szans na uczciwy proces i że pozostając księdzem ma związane ręce próbując bronić swego dobrego imienia.

Pisząc mój poprzedni tekst o ojcu Corapi miałem spore wątpliwości co do tego, gdzie leży prawda. I choć dzisiaj nadal nie mam pewności, bo tę zna tylko sam Corapi i Bóg, to jednak znamy dziś pewne dodatkowe fakty, ukazujące ojca Corapi w nie najlepszym świetle. Stowarzyszenie, którego był członkiem, wydało oświadczenie, gdzie możemy przeczytać:

"O. John A. Corapi złożył rezygnację z członkostwa w Society of Our Lady of the Most Holy Trinity (SOLT) w czerwcu. [...] Mimo, że SOLT zazwyczaj nie komentuje publicznie spraw personalnych, to jednak zdaje sobie sprawę, że o. Corapi przez swą działalność inspirował tysiące wiernych katolików, spośród których wielu nadal go wspiera. SOLT także uznaje, że o. Corapi teraz wprowadza w błąd te osoby, poprzez fałszywe deklaracje i oceny faktów. To tym katolikom SOLT pragnie wyjaśnić zaistniałą sytuację.

Kobieta, dobrze znana ojcu Corapi, przysłała do SOLT podpisany list opisujący szczegółowo zarzuty przeciw Corapiemu dotyczące jego seksualną aktywność z dorosłymi kobietami, nadużywanie alkoholu i narkotyków, niewłaściwe praktyki sakramentalne, naruszenie obietnicy ubóstwa i inne wykroczenia.

Po otrzymaniu tych zarzutów SOLT powołał trzyosobowy zespół składający się z księdza- znawcy prawa kanonicznego, psychiatry i prawnika, w celu dotarcia do prawdy. Dwoje członków zespołu było członkami zgromadzeń religijnych, jeden był świeckim katolikiem. Dwoje było mężczyznami, jedna kobietą. Wszyscy mieli duże doświadczenie w eklezjalnych sprawach związanych z dyscyplinarnymi procesami księży.

Gdy SOLT ustanowił ten zespół, ojciec Corapi podal do sądu swą oskarżycielkę, twierdząc, że złamała kontrakt, który zawiera punkt nakazujący jej milczenie w sprawie ojca Corapi. Zaoferował jej także 100 000 dolarów, jeżeli podporządkuje się temu kontraktowi.

Powołany zespół przypuszcza, że ojciec Corapi podpisał podobne kontrakty z innymi kluczowymi świadkami w tej sprawie, którzy odmówili odpowiedzi na przesłane im kwestionariusze.

[...]

Zespół SOLTu zdobył informacje poprzez emaile ojca Corapi, zeznania świadków i publicznie dostępne źródła, z których wynika, że w czasie jego publicznej działalności:

Pozostawał on w niemoralnym związku ("sexual relations") z kobietą znaną mu, kiedy się poznali, jako prostytutka; wielokrotnie nadużywal alkoholu i narkotyków; ostatnio aktywnie wymieniał niemoralne SMS-y ("sexting") z jedną, lub kilkoma kobietami w Montanie; posiada on nieruchomości na swoje nazwisko warte ponad milion dolarów, liczne luksusowe pojazdy, motocykle i quada, rampę dla łodzi, kilka motorówek, co jest poważnym naruszeniem obietnicy ubóstwa składanej przez członków SOLT.

SOLT nakazał ojcu Corapi powrót do siedziby Stowarzyszenia, zamieszkanie w niej i wycofanie się z procesu sądowego przeciw swej oskarżycielce. SOLT podtrzymuje zakaz głoszenia kazań i wykładów poprzez ojca Corapi i oświadcza, że ojciec Corapi nie nadaje się do funkcjonowania jako kapłan (SOLT does not consider Fr. John Corapi as fit for ministry)."

Cały tekst oświadczenia można znaleźć TUTAJ.

Oczywiście ojciec Corapi, czy też teraz "mister Corapi" odrzuca te oskarżenia, przynajmniej niektóre, twierdząc, że nie są one prawdziwe. Jednak fakty o jego materialnym statusie są faktami. Także to, że został on złapany przez policję jadąc po pijanemu samochodem także jest faktem. Najsmutniejsze jednak jest to, że okazał się on hipokrytą, który co innego głosił, a co innego praktykował.

Na stronie Johna Corapiego można zobaczyć jego video, gdzie się broni przeciw zarzutom i mówi o swych dalszych planach. W skórzanej kurtce z napisem "Harley Davidson", z uczernioną brodą (która na starszych filmach jest już mocno posiwiała) widzimy zupełnie inny image tego człowieka. Człowieka, który 20 lat temu składał na ręce Jana Pawła Wielkiego przysięgę posłuszenstwa wobec przełożonych, a potem, wstępując do SOLT obietnicę życia w ubóstwie.

O księdzu Natanku nie będę wiele pisał, bo każdy zna jego sytuację i każdy ma swoją opinię na jego temat. I choć są między tymi kapłanami zasadnicze rozbieżności, to przecież widać także bardzo wiele podobieństw.

Przede wszystkim obaj ci mężczyźni pokazują nam wielką miłość do Boga. Obaj są doskonale wykształceni. Obaj mają wielki wpływ na współczesny Kościół i na szeregowych katolików. Obaj dostrzegają poważne problemy w tym Kościele. Obaj potępiają tumiwisizm, liberalizm, indyferentyzm, brak zaangażowania, także wśród niektórych biskupów. Obaj pragną powrotu "sacrum", poważnego traktowania Boga i naszej wiary.

Jednak obaj ulegli pokusom złego. Nie potępiam ich za to, bo zdaję sobie sprawę, jak bardzo musieli być kuszeni. Oni byli wielkim zagrożeniem dla kudłatego, więc zły z wielką werwą i przebiegłością postanowił to, co w nich dobre obrócić przeciw Kościołowi.

Obaj okazują nieposłuszeństwo przełożonym. Ojciec Corapi pozostał bardzo ortodoksyjny w swym nauczaniu, ale okazał się hipokrytą w swym prywatnym życiu. Nie stosuje się sam do tego, czego tak wspaniale naucza. Przez to stracił nie tylko twarz, ale stracił też swych słuchaczy. EWTN, katolicka rozgłośnia radiowa, która każdego dnia nadawała godzinny wykład ojca Corapiego, z oczywistych względów zaprzestała to robić. Ojciec Corapi co prawda ma teraz swą własną stronkę w Necie i planuje uruchomić internetowe radio, ale to już nie będzie to samo.

Ksiądz Natanek nie opuścił kapłaństwa, ale de facto spowodował kolejną schizmę. Ogłasza z ambony "prawdy", jakie otrzymuje od wizjonerki, która twierdzi, że Jezus do niej przemawia, ale które są pełne bredni i herezji, ogłasza nowe święta w Kościele (czy może raczej w swej nowej sekcie), oczernia i obmawia żyjących i zmarłych kardynałów Kościoła, publikuje swe rewelacje gdzie tylko się da, siejąc zamęt wśród katolików. A najsmutniejsze jest to, że między tymi badziewiami głosi on wiele rzeczy, które są dobre i które są nam dziś bardzo potrzebne. Rzeczy, które powinniśmy słyszeć na każdym kazaniu w naszych parafiach i katedrach, a których nie słyszymy nigdy.

Jednak ani jeden, ani drugi ksiądz nie ma już zębów. Nie ma moralnego prawa do nauczania w Kościele. Nie ma, bo się temu Kościołowi sprzeniewierzył. Czyli znowu zwycięstwo odniósł szatan. Ale to z pewnością nie jest ostatnie słowo w tej sprawie.

Bóg nie pozwoli sobie z siebie kpić. I z każdego zła wyprowadzi on jeszcze większe dobro. Tak, jak z reformacji Lutra w XVI wieku przyszło oczyszczenie Kościoła, jak odpowiedzią na reformację był wspaniały Sobór Trydencki, tak zapewne i z tego kryzysu wyniknie jakieś dobro. Smutne jest jednak to, że czasem taki kryzys musi zaistnieć, byśmy na serio zauważyli problemy, jakie są wokół nas. Bo pomijając już inne aspekty, jak problem pychy, czy inne psychologiczne uwarunkowania rządzące takimi osobami jak Luter, czy Natanek, to przecież jest oczywiste, że ich motywacja wynikała także z tego, że spostrzegali wokół siebie wiele zła. Także z tego, że było dla nich oczywiste, że coś należy zrobić, bo tak dalej być nie może.

Jednak droga, którą poszli Natanek i Corapi nie jest dobrą drogą. Nie prowadzi do niczego, poza rozbiciem, skłóceniem i podziałami. A z tego cieszy się tylko zły. Przykładem powinien być św. Franciszek, nie Luter. Kościół w swej historii miał wielu reformatorów i wielu "deformatorów", a to, co ich odróżniało, to posłuszeństwo wobec Kościoła.

Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. (Mt 23, 2-3)

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)

Odsłon: 5005 Komentarzy: 59


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.