Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Prawda o krzyżu

Kategoria: Religia Tuesday, 31 August 2010, 20:50

Krzyż… rozpięte ramiona, które przyzywają, chcą byś przyszedł i poczuł głębie całego miłosierdzia. Na Golgocie, wznoszący się na tle burzowych chmur… ofiara przebłagalna za grzechy moje, Twoje i całego świata. Ofiara warta więcej niż całe bogactwo świata, odkupione krwią, potem, łzami i bólem. ęłęóJest on również dla nas przypomnieniem tego, do czego jest zdolny człowiek spotykający się z Bożą miłością. Jest to przypomnienie bardzo gorzkiej prawdy o nas samych, o tym, do czego jesteśmy zdolni w spotkaniu z objawiającą się miłością Boga w Jezusie Chrystusie. My jak barbarzyńcy skazaliśmy Go na śmierć… śmierć na krzyżu.  On stał się grzechem i zgładził grzech, byśmy żyli w światłości, byśmy poznali JEGO wielką miłość.

Przychodząc pod Krzyż jesteśmy mali i bezbronni, a jednak potrafimy zrobić tyle złego. Krzyż sprowadza nas na ziemię, byśmy nie unosili się dumą. Poczujmy jego ciężar, by zrozumieć, jak wielkie poświęcenie Jezusa Chrystusa dało nam wieczne życie. Weźmy więc krzyż na ramiona swoje… pamiętajmy, że uciekać nie można! Nasze winy powrócą ze zdwojoną siłą i wtedy na pewno upadniemy. Tylko Bóg może podać nam rękę niczym Szymon. Pomoże iść dalej… na Golgotę. A tam niech się stanie wola Boża. Umierać za grzechy całego świata, to żyć wiecznie. Składać Ofiarę Krzyża, to przyjmować całą wiarę Chrześcijan i ją wypełniać. Wziąć swój krzyż i naśladować Jezusa, zbawiać razem z nim świat i całą ludzkość. Kto nie zazna cierpienia, nie dostąpi wiecznego szczęścia. Chyba, że jesteśmy jak Barabasz. W głowie nam tylko bunt i zabijania. Ofiara krzyża jest dla nas nieistotna. Ważna jest tylko ilość zadanych ran. Ból na duszy i wieczne potępienie to cel naszej wędrówki. Ale pustki w postaci wiary niczym zapełnić się nie da. Przelana krew naszych ofiar nie będzie krwią odkupienia, lecz splami nas na zawsze. I potrzebny będzie nam ktoś, kto nas obmyje z grzechu i da nam nowe życie – wieczne. Jemy też nie było lekko. Będąc królem jadał z najniższymi. Na głowie miał koronę cierniową, a jego władzą był krzyż.

ęłęóAle ponad tą prawdą o nas samych i o ludzkiej nikczemności, o tym, do czego jesteśmy zdolni sami z siebie, wyrasta prawda o tym, do czego zdolna jest Boża miłość.

Chrystus bowiem miłuje nas do końca, niezależnie od tego, jak my odpowiadamy na Jego miłość. Jego miłość w stosunku do nas nigdy nie ustaje i wciąż nas wzywa, wciąż nas przywołuje, nawet z krzyża, nawet jeśli jest przez nas krzyżowana.

Dlatego tzeba oddac się tej miłości. Oddać się życiu, by móc się w nim zanurzyć. Zostać pokonanym, żeby odnieść zwycięstwo. Tylko kochać. Wśród wszelkich trudów życia, gdy całe istnienie wydaje się bez sensu, trzeba kochać. Na zawsze, przez Ofiarę Najwyższego Kapłana, składać samego siebie w ofierze, umieć wyzbyś się wszelkich ziemskich pokus, dla wartości największej – Boga.

ęłęóIle razy uciekamy od krzyża, buntujemy się przeciwko swemu losowi. Ale Chrystus zna dobrze naszą słabość. I wciąż nas wzywa do nawrócenia, również z wysokości swego krzyża, kiedy my być może już pouciekaliśmy.ęłęó Krzyż jednak stał się dla nas bramą do zmartwychwstania, do życia wiecznego. I nie ma innej drogi. Warto więc uczyć się tego świadomego przeżywania krzyża, wstępując na drogę nawrócenia. Nawet jeżeli już nie raz czy nie dwa ratowaliśmy się ucieczką – choćby od odpowiedzialności, od służby, od bliźnich – to krzyż Chrystusa wciąż wznosi się nad tą ziemią i wciąż jest aktualne Jego wezwanie skierowane do nas, wezwanie Bożej miłości.

Odwracasz głowę. Mówisz, że tak ci ciężko, a jednak nawet nie starałeś się wziąć na siebie choć niewielkiej części ciężaru, jaki nałożyło na ciebie życie. Uciekając od problemów nie sprawisz, że one znikną. Stając pod krzyzem z workiem swoich grzechów nie możesz zostawić Bogu tego nacięższego i zarzucając worek na plecy po prostu odejść. Poczuj się naprawdę wolny. Pozbądź się ciężaru na dobre, stań się czystym, nowonarodzonym Dzieckiem Bożym.

Krzyż… rozpięte ramiona, które przyzywają, chcą byś przyszedł i poczuł głębie całego miłosierdzia. Na Golgocie, wznoszący się na tle burzowych chmur…

Krzyż… jednoczyć. Nie dzielić.

Odsłon: 304 Komentarzy: 0


Dlaczego warto czekać do ślubu?

Kategoria: Religia Monday, 30 August 2010, 08:44

''Więc nie mów Jej dzisiaj, że Kochasz..

Więc nie mów Mu, że o tym wiesz..

Bo Miłość to jest taki proces..

Że trzeba dorosnąć by móc i chcieć…

Dziewczyna to nie jest zabawa..

a Chłopak to nie przedmiot jest..

na Miłość warto poczekać..

i ufać że spotkacie się..

Zanim powiesz Kocham..

Zanim powiesz to Jej…

Zastanów się, czy chcesz być właśnie z Nią…

Czy to aby Czysta Miłość jest..

Bo Ona to Twoja świętość..

To Dar, który Bóg zsyła Ci..

Właśnie Tobie..

Zanim powiesz Kocham

Zanim powiesz to Jemu

Zastanów się czy chcesz być właśnie z Nim

Czy to aby Czysta Miłość jest

Bo On dla Ciebie to Świętość

To Dar, który Bóg zsyła Ci właśnie Tobie.. ''

 

 

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się!”

Nie chciałbym, aby w mojej pracy zabrakło Bożego Słowa i nauki Kościoła. Przecież nawet Biblia ma wiele do powiedzenia na ten temat. Niestety, niektórzy nie dostrzegają w niej autorytetu. Jezus powiedział: „dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało.[1] Widzimy tutaj dość wyraźnie, że dopiero po ślubie człowiek może sobie pozwolić na dopełnienie tych słów. Na złączeniu się z żoną i stworzeniu jedności. Tym bardziej, że nie są to jedyne słowa dane od Boga. Nie zapominajmy o nakazie danym zaraz po stworzeniu: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię[2] Pamiętajmy, że „płciowość jest podporządkowana miłości małżeńskiej mężczyzny i kobiety. W małżeństwie cielesna intymność małżonków staje się znakiem i rękojmią komunii duchowej. Między ochrzczonymi więzy małżeńskie są uświęcone przez sakrament.[3]

Święty Paweł w jednym ze swych listów pisze: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę (…) Czyż wziąwszy członki Chrystusa będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy!  Albo czyż nie wiecie, że ten, kto łączy się z nierządnicą, stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – dwoje jednym ciałem (…)Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy.  Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?[4]

Autor pisze, że człowiek jako istota obdarzona wolną wolą może tak naprawdę uczynić wszystko. Czy jednak wszystko jest wartościowe? Czy wszystko przynosi nam korzyść? Niekoniecznie. Pamiętajmy o tym czym jest miłość. Stać się bowiem może, że dwoje odmiennych, jednym się stanie ciałem, chociaż sami być nim nie chcą. Zapominają bowiem o zapisanym słowie, traktując seks jak zabawę. Rozpusta to grzech nie przeciwko Bogu. To grzech przeciwko samemu sobie. Brak szacunku dla siebie. Brak szacunku dla własnego ciała. Czy osoba nie mająca szacunku dla siebie, może mieć szacunek dla potencjalnego partnera.

Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą.[5]

Czytając słowa Pawła można się zastanawiać czym jest nierząd. Niektórzy, bowiem mają tutaj na myśli tylko prostytucję. Może więc warto sprawdzić ca na ten temat mówi nauka Kościoła:

„Nierząd jest zjednoczeniem cielesnym między wolnym mężczyzną i wolną kobietą poza małżeństwem. Jest on w poważnej sprzeczności z godnością osoby ludzkiej i jej płciowości w sposób naturalny podporządkowanej dobru małżonków, jak również przekazywaniu życia i wychowaniu dzieci. Poza tym nierząd jest poważnym wykroczeniem, gdy powoduje deprawację młodzieży[6]

Pamiętamy wszyscy Sodomę i Gomorę? Były to dwa miasta zniszczone przez Boga. Ich winą była niepohamowana rozpusta. Sodoma i Gomora zostały zniszczone deszczem ognia i siarki. Spłonęły. Możemy twierdzić, że i nas za podobne występki czeka kara potępienia: „jak Sodoma i Gomora i w ich sąsiedztwie [położone] miasta – w podobny sposób jak one oddawszy się rozpuście i pożądaniu cudzego ciała – stanowią przykład przez to,  że ponoszą karę wiecznego ognia” [7]

Wiemy już co na ten temat mówi Biblia i Kościół. Jednak człowiek zazwyczaj ma te sprawy zupełnie inny spojrzenie. Postaram się teraz przedstawić wszystkie zalety czekania do ślubu.

Seksualna indoktrynacja

Otwórzmy jakąkolwiek gazetę dla nastolatek. Przekonamy się, że wierność, uczciwość czy nawet małżeństwo nie stanowią tam żadnej wartości. Ich czytelniczki są systematycznie przekonywane, że seks jest świetną zabawą, której nie próbują tylko frajerzy. W jednej z gazet 15-latka martwi się, czy może legalnie współżyć ze swoim chłopakiem. „O gotowości do współżycia nie decyduje przyzwolenie społeczne, ale Twoja indywidualna dojrzałość” – odpowiada jej współpracujący z gazetą psycholog. Czyż nie dostrzegamy tutaj pewnego dysonansu? Dziecko zaczyna współżyć. Dziecko jest gotowe urodzić dziecko. Paranoja.

W rozmaitych programach telewizyjnych też nie brakuje seksualnej indoktrynacji. Nastoletnie pseudo gwiazdy noszą na ramieniu plasterki, aby przypadkiem nie wpaść podczas wakacyjnych wojaży. Jednym słowem – przekaz jest prosty: seks jest świetną zabawą i trzeba wykorzystać wszelkie nadarzające się okazje. Trudno się więc dziwić, że zmieniają się postawy ludzi młodych

I niestety, nie ma się co oszukiwać, tak dramatyczna zmiana obyczajowa to nie tylko wina mediów i kultury. – „Mamy do czynienia z kryzysem wartości, bardzo widocznym także w sferze seksualnej, za który w dużej mierze odpowiedzialni są rodzice – mówi dr Wróblewska. – Na dowód przytacza badania, z których wynika, że większość pytanych nie chciałaby, żeby ich relacje z partnerami były takie jak między rodzicami. Młodzi ludzie bardzo wcześnie wchodzą w relacje seksualne, bo cierpią na deficyt miłości. W rodzinach, w których udało się przekazać dzieciom, czym jest prawdziwa miłość i żywa religijność, znacznie częściej młodzi ludzie trwają w czystości do małżeństwa”.

Nerwówka

Ci, którzy podejmują współżycie przed zawarciem ślubu, krzywdzą przede wszystkim siebie. Otóż współżycie pomiędzy mężczyzną a kobietą jest czymś niezwykle pięknym i dlatego jest wielką krzywdą dla człowieka, gdy przeżycie tego aktu zostanie czymś skażone. Tak właśnie często dzieje się poprzez podejmowanie decyzji o współżyciu przed ślubem. Bardzo często towarzyszą wtedy takim stosunkom nerwy i wielkie napięcie. Młodzi ludzie podejmują je zazwyczaj nie posiadając własnego mieszkania. Dlatego najczęściej korzystają z okazji kiedy zostają sami w domu, czy też wyjeżdżają razem na wakacje.

 

Wpadka

Innym powodem lęku dla młodych ludzi współżyjących przed ślubem bywa zazwyczaj świadomość, że ten akt miłosny może doprowadzić do poczęcia dziecka. Z jednej strony młodzi ludzie przeżywają radość z fizycznego zjednoczenia, a z drugiej ich umysły przeszywają paraliżujące myśli "czy nie będzie z tego ciąży?". Jest to oczywiście pytanie, które o wiele mocniej stawia sobie jednak dziewczyna. Płeć piękna, która przeważnie przeżywa duchowo głębiej ten akt miłosny narażona jest często na jeszcze jeden niepokój: "czy on mnie po tym wszystkim nie zostawi?". Bardzo często zgoda dziewczyny na współżycie podyktowana jest chęcią jeszcze mocniejszego przywiązania chłopaka do siebie, natomiast często też bywa iż chłopak pragnie tylko doznania rozkoszy cielesnej, a zupełnie nie obchodzi go budowanie ze swoją dziewczyną głębszej relacji. I niekiedy właśnie tego dziewczyna obawia się najbardziej.

Zagrożenie!

„Jednym z nich są choroby przenoszone drogą płciową. Przez ostatnie 12 miesięcy 380 mln ludzi nabawiło się jakiejś choroby seksualnej. Połowa z ich jest nieuleczalna. Kiedy ja byłem w szkole średniej, były tylko dwie znane choroby przenoszone drogą płciową. Teraz jest 38 głównych.”- mówi Josh McDowell. To prawda. Nic łatwiejszego jak zarażenie się kiłą, HIV czy innymi tego typu chorobami to zmienny partner. Pewności nigdy nie mamy czy osoba, z którą współżyjemy nie jest chora. Nikt nie pyta: „Kochanie… a zrobiłeś sobie badanie”. Paranoja, prawda? A każdy chce być zdrowy. Trzeba bardzo uważać. Poczekać na osobę, której stanu zdrowia będziemy pewni… na osobę, której ufamy.

Pseudo miłość

Wielu młodych ludzi uzasadnia podjęcia współżycia argumentem miłości. Zadają więc często pytanie: „skoro się kochamy jaka jest różnica czy rozpoczniemy współżycie teraz czy  po podpisaniu paru papierków i włożeniu obrączek, miłość jest przecież najważniejsza?” Tutaj należy się zastanowić co to jest prawdziwa miłość i jak ją się naprawdę rozumie? Zacytuje fragment adhortacji apostolskiej Jana Pawła II "Familaris consortio"[8] ujmuje ona syntezę tego wszystkiego czym jest miłość: "Bóg jest miłością i w samym sobie przeżywa tajemnicę osobowej wspólnoty miłości. Stwarzając człowieka na swój obraz… Bóg wpisuje w człowieczeństwo mężczyzny i kobiety powołanie, a więc zdolność do miłości i wspólnoty oraz odpowiedzialność za nie".

Tymczasem chrześcijańska miłość bliźniego to nie wynik poświęcenia się dla innych ani nie rezultat lęku przed konsekwencjami życia bez miłości lecz to osobisty zysk dla człowieka, który kocha. Każdy człowiek odnosi korzyść, gdy jest kochany. Jednak paradoksalnie największą korzyść odnosi ten, kto kocha innych. Człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boże nie może bowiem w pełni zrealizować samego siebie inaczej jak tylko poprzez miłość, czyli poprzez bezinteresowny, szczery dar z samego siebie[9] . Miłość to oddanie sobie wszystkiego pod każdym względem – również duchowym. W sposób całkowity i ostateczny. Aby być jedno, a nie dwoje. Powierzyć przyszłość drugiej osobie. Swoją przyszłość w doli i niedoli. Tylko poprzez sakrament małżeństwa, wypowiedzenie słów przed Bogiem i Kościołem "ślubuje ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, i że cię nie opuszczę aż do śmierci..."[10]. Tylko tak można rzeczywiście oddać sobie wszystko, już w całym tego słowa znaczeniu.

Tak więc dopóki przy ołtarzu nie padnie sakramentalne "tak", nie można mówić, o oddaniu sobie wszystkiego, a zatem o pełnej miłości do której jesteśmy powołani przez naszego Ojca. O szalonych uczuciach i wielkim przywiązaniu życzliwości nie można mówić iż jest to miłość. Nikt, kto nie oddał drugiemu wszystkiego, a więc i swojej przyszłości, i nie przyjął tego od drugiej osoby nie może mówić, że kocha do końca. Przyjmuję twoją przyszłość bez względu na to, co się wydarzy. Będę z tobą jeśli będziesz nerwowy, jeśli będziesz kaleką, jeśli nawet zakochasz się w kimś innym, bo i to każdemu może się zdarzyć. Nawet wtedy cię nie opuszczę, choć sprawisz mi wielką przykrość. Na dobre i na złe, w dobru i nieszczęściu, aż do końca naszych dni. To jest tak naprawdę prawdziwa miłość między kobietą, a mężczyzną. Nawet największe i najwspanialsze uczucie jest czymś śmiesznie pustym w porównaniu do wolnej i świadomej decyzji kochania w taki sposób drugiej osoby.

Małżeństwo przed ślubem

Co zamyka człowieka na Boga, który jest Miłością? Co nie pozwala Duchowi Świętemu rozlewać Bożej Miłości w naszych sercach? Grzech! Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza: Grzech śmiertelny niszczy miłość w sercu człowieka[11] . I w innym miejscu: Grzech śmiertelny jest (…) radykalną możliwością wolności ludzkiej. Pociąga on za sobą utratę miłości (…)[12] .

Jakie grzechy najczęściej popełniają narzeczeni, czyli skąd płynie największe zagrożenie dla ich miłości? Być może właśnie jesteście w toku ostatnich przygotowań do małżeństwa i oto nachodzi myśl: Czy nie moglibyśmy już teraz podjąć współżycia albo spróbować jakichś intymności zarezerwowanych dla małżonków? Termin ślubu ustalony, sala bankietowa zamówiona, nauki przedślubne w parafii zaliczone. Można wobec tego robić wszystko, na co przyjdzie ochota. Natchnienie Ducha świętego czy diabelska pokusa?… Pokusa! To byłby ciężki grzech. I ten grzech zniszczyłby miłość.             Zacytuję ponownie Katechizm: Narzeczeni są powołani do życia w czystości przez zachowywanie wstrzemięźliwości… Przejawy czułości właściwe miłości małżeńskiej powinni zachować na czas małżeństwa. Powinni pomagać sobie wzajemnie we wzrastaniu  w czystości.[13] Mówią ci, którzy ulegli pokusie: Ale my się przecież dalej kochamy. Jeszcze bardziej niż przedtem. Pomyłka! Iluzja! Grzech zniszczył miłość w waszych sercach. Pozostały tylko rozbudzone przez współżycie emocje, pożądanie, przywiązanie. Ale to nie jest prawdziwa miłość! Ją zabiliście przez grzech.             Narzeczeni nie są jeszcze małżonkami. Wiadomo, że staną się nimi dopiero wówczas, kiedy wypowiedzą słowa przysięgi małżeńskiej wobec Boga, przedstawiciela Kościoła i świadków. Od tej dopiero chwili mogą korzystać z praw małżeńskich.

Ciało jest ŚWIĘTE

Ciało człowieka jest święte. Dlatego też tak ważne jest zachowanie czystości. Jeśli coś jest dla nas święte to do głowy nam nie przyjdzie, żeby to zbezcześcić. Prosty przykład: widzimy piękno dzieła sztuki w muzeum lub niezwykłego kwiatu w ogrodzie. Zachwycamy się, podziwiamy. Ale do głowy nam nie przychodzi, by po nie sięgnąć, by zerwać ten kwiat dla siebie. Tak bardzo go cenimy. A jednak kwiat czy piękny obraz to (przepraszam wszystkich artystów) tylko rzecz. A skoro do rzeczy mamy taki szacunek i jest to naturalne, to tym bardziej naturalny powinien być szacunek do człowieka.

Ja Mama – Ty Tata. Zabawa w rodzinę

Nie można bawić się w małżeństwo, jeśli się małżeństwem nie jest. Seks jest dla małżonków. I tego się trzymajmy. Tak naprawdę różnica miedzy seksem dzień po ślubie, a dzień przed ślubem jest taka jakby Wam sakrament małżeństwa błogosławił ksiądz po święceniach i kleryk przed święceniami. Ten drugi ślub byłby przecież nieważny, prawda? Bo ten jeszcze nie-ksiądz uzurpowałby sobie prawa do czynności, do których nie ma uprawnień. Tak samo, narzeczeni współżyjąc przed ślubem, uzurpują sobie prawa do tego co mogą małżonkowie.

A może mały test

Następnym śmiesznym argumentem jest, gdy ludzie mówią, że muszą się sprawdzić. A co jeśli do siebie nie pasują? Przecież człowiek to nie kuchenka czy inny sprzęt AGD, którego działanie się sprawdza, a w razie gdy nie spełnia naszych oczekiwań – reklamuje. Gatunek to zbiór, populacja złożona z osobników mających podobne cechy, przekazywane płodnemu potomstwu. Rozmnażanie w ramach jednego gatunku jest możliwe. Nie ma więc czego sprawdzać. Seks to coś więcej niż sprawdzanie czy kluczyk pasuje do dziurki. To wspólne uczenie się czułości, delikatności, odgadywania pragnień, reakcji, to coraz lepsze rozumienie się i współgranie. Tego nie da się po prostu jednorazowo sprawdzić tak jak nie da się sprawdzić małżeństwa, dopóki nie zostanie ono zawarte.

Wierność przedmałżeńska

Każdy człowiek chciałby mieć partnera, który wcześniej nie uprawiał seksu z nikim innym. Noc poślubna powinna być prawdziwie czasem spełnienia tęsknoty, a nie choćby najurodziwszym, ale kolejnym razem. Nasza teraźniejszość może stać się kiedyś przyszłością. Powinniśmy zostawić po sobie ślady, których nie będziemy chcieli zacierać. Wiadome jest, że czas czekania, to czas budowania własnej wiarygodności i zaufania, które w przyszłości wielokrotnie będzie bardzo przydatne. Nie chcemy chyba zaprzedać owoców tego czasu za cenę chwilowej przyjemności.

Matka mego dziecka

Chyba każdy z nas by chciał by matką jego dziecka była żona. Nie chciałbym brać ślubu z kobietą tylko dlatego, że jest ze mną w ciąży. Chcę być ojcem z wyboru, a nie z konieczności. Chcę by moja przyszła żona mogła nacieszyć się najpierw byciem tylko żoną, nim stanie się matką, a moje dzieci miały ciepły, bezpieczny i co najważniejsze – niepodzielony dom…

A może jabłko?

Podczas zeszłorocznej pielgrzymki na Jasną Górę w jednej z konferencji ks. Dionizy Mróz Sdb opowiedział pewną historię. Będąc nauczycielem ksiądz Dionizy przyniósł na lekcję dwa jabłka i jedno z nich dał uczniom. Polecił każdemu uczniowi wziąć je do ręki… przyjrzeć się… pouciskać. Zaintrygowani uczniowie też tak uczynili. Pod koniec lekcji o seksie przed małżeńskim ksiądz Dionizy wziął nóż i obrał oba jabłka i pokazał uczniom różnicę. Jabłko, które spokojnie leżało na biurku, z dala od rąk „oprawców”, było nadal piękne i soczyste, żeby nie powiedzieć smakowite… jabłko, które wędrowało z rąk do rąk, nie wyglądało już tak cudownie… wyglądało na lekko zepsute i w zupełności nie nadawało się do spożycia. W ten sposób ks. Dionizy Mróz pokazał uczniom wartość wstrzemięźliwości.

Szacunek

Chcę budować w sobie szacunek dla dziewcząt i czysty podziw dla piękna ich ciała i osobowości. Chcę mieć przyjaciół wśród dziewcząt. Chcę by relacje z dziewczętami, które teraz tworzę świadczyły pozytywnie o mnie, budując zaufanie jakim darzyć mnie będzie mogła moja przyszła żona. Wiem, że to jak bliskie relacje z dziewczętami będę mógł w przyszłości utrzymywać, jest bezpośrednio uzależnione od tego, jak mocno przestrzegam i bronię zasad czystości. Inaczej mówiąc dopuszczalna przez żonę zażyłość relacji przyjacielskich, jest uwarunkowana zaufaniem, jakie mąż budował w najbardziej kuszących chwilach okresu ich narzeczeństwa. Spokojna jest dziewczyna o wierność chłopaka, który potrafi czekać. Chcę to mieć stale na uwadze. Co więcej, chcę aby moja żona była moim przyjacielem. Jeśli to możliwe – najlepszym przyjacielem. Właśnie ze względu na rozwój tej przyjaźni chcę poczekać ze współżyciem seksualnym.

Ciepło

Chyba każdy chciałby prowadzić radosne i ciepłe, pełne troski i oddania, oraz płomienne i bez niepokojów życie seksualne z własnym partnerem. Wiem, że z nikim jak z nim. Ze względu na radość płynącą z możliwości bycia w pełni otwartym, braku konieczności udawania i tuszowania doświadczeń z przeszłości, ze względu na przyszłą jedność bez tajemnic i białych plam przeszłości, ze względu na miłość do płci przeciwnej, którą kiedyś może poślubię.

Umocnienie i wsparcie

Jeśli miałbym się nigdy nie ożenić, chcę aby moja wstrzemięźliwość seksualna była wsparciem i umocnieniem dla moich znajomych w sytuacji, gdyby znaleźli się kiedyś przez dłuższy czas gdzieś z daleka od swoich żon. Bez seksu można żyć i to żyć  naprawdę wyśmienicie. Tak naprawdę to nie można żyć bez miłości. Miłości, która szczyci się z tego, że ją bez niepotrzebnego umniejszania i bagatelizowania nazywają często tak po prostu i zwyczajnie – braterską. Miłość to nie seks – pamiętajmy o tym!

[1] Mk 10, 8-9

[2] Rdz 1,27-28

[3] KKK 2350

[4] 1Kor  6, 12-13; 16-19

[5] Ga 5, 19-21

[6] KKK 2353

[7] Jud 1, 7

[8] Familiaris Consortio – posynodalna adhortacja papieża Jana Pawła II z 1981 roku dotycząca etosu rodziny.

[9] Por. Gaudium et Spes, 24

[10] Por. słowa przysięgi małżeńskiej

[11] KKK 1855

[12] KKK 1861

[13] (KKK 2350).

Odsłon: 683 Komentarzy: 6


Czy bogaty może być zbawiony?

Kategoria: Religia Sunday, 29 August 2010, 20:04

 

Panie, moje serce się nie pyszni

i nie patrzą wyniośle moje oczy.

Nie dbam o rzeczy wielkie,

ani o to, co przerasta me siły.

Lecz uspokoiłem i uciszyłem moją duszę

Jak dziecko na łonie swej matki,

jak ciche dziecko jest we mnie moja dusza.

(Ps 131,1-2)

 

I Bogacz

Kim w ogóle jest bogacz? To chciwiec, który gromadzi skarby dla siebie. Taka osoba całą ufność pokłada w swoim majątku. Uważa, że obejdzie się bez Boga, bo ma pieniądze, bo ma układy, bo ma znajomych. Tylko Bóg może decydować o naszym losie. Nie ma się więc co dziwić, że Bóg mówi do bogacza, któremu wydaje się, że jest bezpieczny – „głupcze!”

Na tym polega ułuda bogactwa. Ludziom wydaje się, że bogactwo zabiera smutek, zapewnia bezpieczeństwo, że uwalnia od lęku. A przecież są rzeczy, których kupić nie można. Dobra materialne nie dają wolności od bezradności, zagubienia, pustki czy cierpienia.  Taki bogacz myśli, że wszystko jest zależne od jego majątku. Tymczasem Jezus mówi:nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia”.[1]

 

II Bogaty i Łazarz

Swoje rozważania chciałbym zacząć od analizy kilku fragmentów z Pisma Świętego.             W 16 rozdziale Ewangelii Łukasza czytamy: "Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior, dzień w dzień świetnie się bawił"[2]. Zauważmy, że nie znamy tej osoby z imienia. Wiemy natomiast jak się ubierała. Jest to bardzo ważne… Bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych.[3] Ten człowiek chce przyodziać się w świętość. Chce, żeby ludzie widzieli w nim pobożnego… dobrego człowieka. W purpurę natomiast odziewał się arcykapłan. Chce być niejako postrzegany jako człowiek żyjący ofiarą. Jako osoba bardzo ważna. Dostrzegamy też, że człowiek ten bawił się świetnie każdego dnia… ale już na pierwszy rzut oka widać, że czegoś tutaj brakuje. Brakuje nocy. Wymazał ciemność ze swego życia. Dalej czytamy, że się bawił. W jego życiu nie było smutku. Amputował ze swego życia mrok, cierpienie, załamanie. Dobry człowiek. Tylko coś w tym wszystkim jest nieautentyczne. Ten człowiek nie ma imienia. Mimo że się dobrze bawił, że w jego życiu nie ma smutku… nie ma też tożsamości.

"U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz."[4] Brama w Piśmie Świętym oznacza miejsce sądu. Można się domyśleć, że ten żebrak został osądzony i wyrzucony za bramy. Był okryty wrzodami… Łazarz chciał z nim coś z nimi zrobić. "Ulcus" to z łac. wrzód, "ulcis sor" oznacza natomiast zadawać sobie rany. Można więc wnioskować, że ten żebrak miał pewien problem wewnętrzny. Łazarz nienawidził siebie. Ten człowiek sam nie może sobie pomóc – jemu może pomóc Bóg (świadczy o tym jego imię – Eleazar – z hebrajskiego "ten, któremu Bóg pomaga"). Ten człowiek posiada imię. Zna siebie. Ma osobowość.

Dalej czytamy: "Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. "[5] Pożądał tego. Żył pożądaniem. Pies, który wraca do czegoś, to pies, który wraca do wymiotów. Ten człowiek wraca do swoich grzechów. Nie potrafi sobie z nimi poradzić. Upada. Rodzą się w nim pożądania o jakich wcześniej nie myślał.             "Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama."[6] Ten Łazarz odziany w kryształ swoich grzechów, jest prowadzony przez aniołów. "Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie."[7] Bogaty patrzy w górę i widzi tego grzesznika… tego najgorszego. Dziwi się. Nie może uwierzyć. Ten, który miał życie poukładane, trafia do Otchłani. Krzyczy nawet: "Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu."[8] Księga przysłów mówi, że do palca trzeba sobie przywiązać przykazania! Palcem Jezus wyganiał złe duchy. Palcem pisał po ziemi. Łazarz trafił do nieba, ponieważ całe życie był sobą. Przyjął je takie, jakie jest. Nikogo nie udawał. Nie chował swojej twarzy… ale w całej swojej biedzie i ucisku zachował swoją tożsamość! Bogaty… mimo całego szczęścia, nie był sobą. Setki masek przykrywały jego prawdziwe oblicze. To on był panem.. Bóg nie był mu potrzebny. Nie dostrzegał potrzeb bliźniego. Łazarz dla niego nie istniał. Miał okazję mu pomóc, ale tego nie zrobił. Odrzucił bliźniego. Kochał pieniądze. Nie człowieka. Nie Boga.

III Ucho igielne

Następnym bardzo interesującym fragmentem jest 10 rozdział Ewangelii Marka. Do Jezusa przychodzi bogaty młodzieniec i pyta, co ma czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Mówi też, że przestrzega przykazań. Jezus jednak dostrzega coś, co młodzieńcowi przeszkadza… coś, co oddala go od Boga. Daje mu nakaz: "Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!".[9] Młodzieniec tego nie chciał. Był zbyt bogaty. Wszystko, co posiadał, było dla niego najważniejsze. "Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim". Słowa te dość precyzyjnie wyrażają przekaz Jezusa. Młodzieniec miał sprzedać wszystko… nie część majątku… miał sprzedać wszystko. Nic nie mógł zachować dla siebie. Miał pozbyć się tego, co go trzyma tutaj na ziemi… tego, co oddala od duchowej sfery życia… co kochać nie pozwala. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży miały służyć w celu pomocy biednym. Dla młodzieńca to było zbyt wiele… odszedł zasmucony. Nie potrafił odrzucić bogactwa. Nie potrafił zostawić tego, co ziemskie.

Dzisiejszy bogaty młodzieniec jest bardzo podobny do tamtego z Ewangelii. Młody człowiek jest już bardzo bogaty, lub chce nim zostać. Chce również iść za Chrystusem, chce dostąpić zbawienia. Współczesny młodzieniec również pytanie, nie tyle jakich zasad przestrzegać, ale jak osiągnąć pełne sens życia.[10] Pójście za Jezusem nie oznacza tylko słuchania nauki… Odejście bogatego nie wygląda dlatego tak entuzjastycznie. Dzisiejszy, tak jak jego poprzednik, również odchodzi zasmucony.  A przecież "nikt nie może dwom Panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie". [11]

IV Wewnętrzna wolność

Historia Hioba pokazuje, że można nie posiadać nic, ale w rzeczywistości posiadać wszystko![12] Zaufanie Bogu jest w rzeczywistości największym kapitałem jaki możemy wnieść . I nie pozostanie to bez echa… morze łask jakie zostanie na nas wylane będzie ogromnym darem. Dużo większym niż te wszystkie pieniądze. Wszystkie sukcesy posiadamy tylko Bożej Opatrzności. Dziękujmy Panu za to. Można więc posiadać kapitał i być jednocześnie wolnym. Bo bycie wolnym to bycie ubogim… to bycie oddanym Bogu, a nie mamonie.

Ubogi to ten, który swoje bogactwo ma „u Boga”… a nie na ziemi. Jezus nigdzie nie uczy, że dobra tego świata same w sobie są niegodziwe. Zresztą byłoby to zaprzeczeniem słów z Księgi Rodzaju "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną".[13] Człowiek ma panować nad ziemią i czynić ją sobie poddaną, a nie odwrotnie.

V Trudności

Dalej Jezus mówi: "Jak trudno jest bogatym wejść do Królestwa Bożego".[14] Widzimy, że Jezus nie mówi, że jest to niemożliwe… lecz że jest trudne. Dlaczego? Ponieważ bogaty nie pokłada nadziei w Panu. Zapomina o Nim. Zapomina, że wszystko co otrzymał, jest zasługą Boga. On jest panem swojego życia. Jest pyszny. Kto może być lepszy. Myśli, że skoro ma pieniądze, ma również władzę. To błędna postawa. Dlatego też Jezus ją krytykuje i mówi: "Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego". [15] Św. Jakub w bardzo ostrych słowach zwraca się do słuchaczy: "A teraz wy, bogacze, zapłaczcie wśród narzekań na utrapienia, jakie was czekają. Bogactwo wasze zbutwiało, szaty wasze stały się żerem dla moli, złoto wasze i srebro zardzewiało, a rdza ich będzie świadectwem przeciw wam i toczyć będzie ciała wasze niby ogień. Zebraliście w dniach ostatecznych skarby. Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabili sprawiedliwego…". [16]

VI „Biada Wam, bogaczom!”[17]

Nasze życie ma być służbą. Nie należy postępować, jak ów człowiek zamożny, co gdy mu pole dobrze obrodziło, nagromadziwszy w spichrzach zapasy, rzekł sobie: "Teraz odpoczywaj, jedz pij i używaj".[18] Co to za postawa? Cóż to za miłosierdzie? Nie ma mowy o poszanowaniu bliźnich. Tutaj liczę się tylko ja. Moje potrzeby. Moja kasa.

Jezus mówi: „bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;  byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;  byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;  byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;  byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie…” [19]

Czyż te słowa nie są do nas? „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”.[20] Ile razy zamiast podać rękę – odepchnęliśmy? Zamiast  dać grosz – potępiliśmy. Jeżeli pieniądze nie pozwalają nam kochać… to w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem Jezusa: „Biada wam, bogaczom!” W momencie, gdy przedkładamy pieniądze nad miłość zasługujemy na potępienie.

VII Duchowo bogaci jeszcze dalej od Boga

Psalmista w Psalmie 86 mówi: „Ubodzy więc, to słudzy i przyjaciele Bogu.” [21]

Jezus natomiast powiedział: "Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie".[22] Czyż to nie pewien paradoks? Duchowe bogactwo niektórzy utożsamiają z ogromną wiarą. Z bliskimi stosunkami z Bogiem. A tutaj nagle jakiś człowiek siedzący gdzieś na górze mówi do ludzi, żeby nie byli bogaci duchowo… żeby sobie odpuścili…

Jezus wypowiedział słowa tego błogosławieństwa, patrząc na swoich uczniów i wszystkich, którzy Go wtedy słuchali. Ludzie ci pozostawili swoje domy, warsztaty pracy, domy. Poprzez wyjście ze swoich środowisk i pozostawienie wszystkiego stali się rzeczywiście ubogimi materialnie i duchowo. Przestali słuchać zgubnej nuty tego świata i zostali pozbawieni dochodów i wpływów na tym świecie. Zaprzestali myśleć w kategoriach zysku doczesnego i rzeczywiście utracili wiele korzyści, jakie mogliby osiągnąć, pozostając w swoich kręgach. Zerwali w jakiś sposób więzi rodzinne, sąsiedzkie, przyjacielskie i weszli w zupełnie nowe środowisko kształtowane słowem przez Nauczyciela z Nazaretu.

Pójście za Chrystusem okazało się dla nich rzeczywistą stratą i przez to znaleźli się w rzeczywistej i duchowej – względem tego środowiska – biedzie. Stali się innymi ludźmi, ludźmi w jakiś sposób nie należącymi już do tego świata.

Paradoksalne wydaje się, że sytuacja praktycznie przeżywanej biedy jest błogosławieństwem… a nie przekleństwem. Dlaczego? Przecież dzisiejszy świat głosi inne hasła. Przecież szerzący się konsumpcjonizm, materializm i hedonizm zyskują coraz więcej „czcicieli”. Dlaczego więc ubóstwo jest błogosławione? Bo tylko tak możemy się rozwijać.                    Bogactwo wbija w pychę. Nie pomaga w otwieraniu się na Boga. Dlatego tak ważne jest ubóstwo. Tylko tak możemy pozwolić Bogu działać. Tylko tak możemy zmienić nasze życie. Czy Jezus dobierał sobie słuchaczy? – Nie. Mówił do wszystkich, którzy znajdowali się w miejscach, gdzie przemawiał. Dlaczego więc mówi : „ubogim głosi się Ewangelię?”. Ponieważ „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.” [23] Nie wystarczy słuchać. Słuchając trzeba usłyszeć. Trzeba chcieć usłyszeć, ale również – móc usłyszeć. I to właśnie na ubogich wskazuje Jezus jako na tych, których serce opiera się Dobrej Nowinie. Czy jednak ubogim w sensie ewangelicznym jest człowiek, który nie posiada nic lub bardzo niewiele? Nie. Jego serce może być tak przepełnione pragnieniem posiadania tego, czego nie ma, że nie ma w nim już miejsca na cokolwiek. Osobie, która nie posiada wszystkie, łatwiej jest bezgranicznie zaufać Bogu. Tak jak dziecko.

Bądźmy ubodzy… tak jak Jezus "dla nas stał się ubogim". [24]

VIII Pokornym być

Na początku XVII wieku św. Franciszek Salezy pisze we „Wprowadzeniu do życie pobożnego”, że nie trzeba wyrzec się całego majątku. W sumie to pisał, że należy mieć bogactwa… ale jednocześnie nie dopuścić, by nas zatruwały. Aby to osiągnąć pieniędzy nie możemy trzymać „w sercu", lecz „w komorze i sakwie”. Chrześcijanin, który posiada majątek… a przy tym kieruje się sercem może uczynić naprawdę wiele dobrego. Majątek nie musi być przekleństwem. Trzeba jednak pamiętać, aby nasze serce nie było bankiem. Nasze serce ma być oczywiście przepełnione, ale miłością.

Musimy z pokorą przyjmować to co Bóg nam przygotował. „Jeśli chcesz, abym pozostawał w ciemności, bądź pochwalony, a jeśli zechcesz wyprowadzić mnie na światło, także bądź pochwalony. Jeżeli raczysz mnie uradować, bądź pochwalony, a jeżeli zechcesz mojego cierpienia, bądź pochwalony. Synu, taka ma być twoja postawa, jeżeli chcesz być ze mną. Tak więc równie chętnie masz przyjmować cierpienie, jak i radość. Tak samo spokojnie musisz znosić biedę i ubóstwo, jak bogactwo i dostatek.” [25]

IX Nie tyle mieć… ile BYĆ!

„Człowiek jest drogą Kościoła, drogą jego codziennego życia i doświadczenia, posłannictwa i trudów – Kościół naszej epoki musi być wciąż na nowo świadomy jego "sytuacji" – to znaczy świadomy równocześnie jego możliwości, które wciąż na nowo się ukierunkowują i w ten sposób ujawniają. Musi być równocześnie świadomy zagrożeń, świadomy tego wszystkiego, co wydaje się być przeciwne temu, aby "życie ludzkie stawało się coraz bardziej ludzkie", aby wszystko, co na to życie się składa, odpowiadało prawdziwej godności człowieka; po prostu musi być świadomy wszystkiego, co jest temu przeciwne.”.[26]

Jeżeli zapomnimy o tym co ludzie. Jeżeli zapomnimy o miłości do Boga ukrytego w drugim człowieku, możemy zapomnieć również o zbawieniu. Bo co to za chrześcijanin, który nie chrześcijani. Co to za miłość, w której brak miłosierdzia. Co to za człowiek, który nie pomaga. Mamy BYĆ dla innych. Ze wszystkiego co posiadamy ma czynić dar. Mamy służyć pomocą. Mamy być świadectwem Chrystusa i „nieść Go do pogan”. Jeżeli jesteśmy bogaci pokażmy bogactwo naszego serca. Pokażmy ogrom swej miłości i pomórzmy tym, którzy ledwo wiążą koniec z końcem… tym, których nie stać na chleb. Bez Chrystusa nie będziemy w stanie pomagać. Bez Jego łaski nie będziemy zdolni kochać i czynić dobrze. Dlatego tak ważne jest ubóstwo duchowe. Pokora.

Człowiek jest jedyną drogą Kościoła, ale to Chrystus stanowi jedyną drogę człowieka i nie można tu pomijać ingerencji sił nadprzyrodzonych w dzieło stworzenia. Dlatego człowiek, bez względu na silną presję otoczenia, musi pamiętać, by nie tyle "więcej mieć", ile "bardziej być". [27]

X Łaska

„Cóż znaczy sztuka, bogactwo, piękność i dzielność, co znaczy dla Ciebie geniusz czy

krasomówstwo, gdy nie ma łaski? Bo darami natury obdzieleni są zarówno źli, jak i dobrzy,

ale darem tylko wybranych jest łaska, to znaczy miłość, wyróżnieni łaską stają się godni życia

wiecznego. Tak potężna jest łaska, że bez niej nic nie waży ani dar prorokowania, ani

zdolność czynienia cudów, ani żadne wzniosłe dociekanie prawdy. Bo Ty nie uznajesz

żadnych cnót ani wiary, ani nadziei bez miłości i łaski.”.[28]

Pamiętajmy, że wszystko co otrzymujemy jest darem od Boga. Wszystko posiadamy tylko dzięki Jego łasce. Dzięki Jego miłości. Sami z siebie nie możemy nic. "Czy murzyn może odmienić swą skórę, a lampart swoje pręgi?". [29] Wszystko daje nam Bóg. Bogactwo też pochodzi od Niego. Jest łaską. Trzeba tylko tę łaskę wziąć… i jak każdą łaskę wykorzystać z sercem!

XI Czy to jednak oznacza, że Bogaty nie może być zbawiony?

Oczywiście, że nie. Człowiek już został zbawiony. Jezus umarł na krzyżu za nasze grzechy. Dał się przybić do drzewa, abyśmy mogli żyć. Zbawił nas. Teoretycznie możemy się położyć i czekać na śmierć, bo Jezus zwyciężył grzech.             W 6 rozdziale Ewangelii Mateusza Jezus mówi: "Gromadźcie sobie skarby w niebie, tam ani mól, ani rdza nie niszczą. Tam też złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i twoje serce."[30] Jeżeli człowiek, nawet bogaty, potrafi kochać… jeżeli pieniądze służą mu w niesieniu pomocy… jeżeli kieruje się sercem – trafi do nieba.             Liczy się nasza hierarchia wartości. W dekalogu jest powiedziane: "Nie będziesz miał Bogów cudzych przede Mną." Dobra tego świata nie mogą przysłonić nam Boga i człowieczeństwa. Pamiętajmy, że w życiu wszystko musi być na właściwym miejscu. Czasami to bardzo trudne. Jeżeli jednak Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na właściwym. W liście do Filipian św. Paweł pisze: "Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim…". [31] Jezus przychodzi również dzisiaj do współczesnego człowieka, do każdego z nas, który, używając Jeremiaszowych słów ,,pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swej siły, a od Pana odwraca swe serce". [32] Dobry Lekarz przychodzi i leczy. Leczy z niedowiarstwa. Otwiera oczy i oczyszcza serce. Pomaga kochać i odrzucać to co materialne. Pomaga przyoblec się w niezniszczalną szatę wiary.             Człowiek może zostać zbawiony, jeśli będzie swym życie naśladował Boga. Jeśli będzie rozdawał. Jeśli swój wdowi grosz odda potrzebującemu. Jeśli „nakarmi”, „napoi”, „odzieje”, „odwiedzi”… jeśli będzie patrzył sercem. Bogactwo może stać się "narzędziem zbawienia", jeśli wprzęgniemy je w służbę miłości bliźniego. Uświadomienie sobie tego faktu rodzi radość. Błogosławioną pewność wielkiej nagrody odłożonej w niebie. Trzeba tylko zaufać. Powierzyć życie Bogu. I czekać na Jego powtórne przyjście. "Łaską, bowiem jesteśmy zbawieni przez wiarę."[33] Amen.

[1] Łk 12,15

[2] Łk 16, 19

[3] Ap 19, 8

[4] Łk 16, 20

[5] Łk 16, 21

[6] Łk 16, 22

[7] Łk 16, 23

[8] Łk 16, 24

[9] Mk 10, 21

[10] Veritatis Splendor, Jan Paweł II

[11] Mt 6, 24

[12] Por. Hb 2, 7-8

[13] Rz 1, 28

[14] Mk 10, 23

[15] Łk 10, 25

[16] Jk 5, 4-6

[17] Łk 6, 24

[18] por Łk 12,16-21

[19] Mt 25, 35-36

[20] Mt 25, 45

[21] Ps. 86, 1

[22] Mt 5, 3

[23] Mt 9, 12

[24] 2 Kor 8, 9

[25] O naśladowaniu Chrystusa, Tomasz a Kempis

[26] Redemptor hominis, Jan Paweł II

[27] Redemptor hominis, Jan Paweł II

[28] O naśladowaniu Chrystusa, Tomasz a Kempiss

[29] Jr 13, 23

[30] Mt 6, 20-21

[31] Flp 3, 8

[32] Jr 17, 5

[33] Ef 2, 8

Odsłon: 701 Komentarzy: 3


Przez Miłość!

Kategoria: Religia Monday, 16 August 2010, 19:22

Bóg jest miłością.[1] Stwarza. Kocha. Jakie znaczenie ma jednak miłość w świecie ogarniętym przez zdradę, kłamstwo… ogarniętym przez zło? Bezinteresowna troska o dobro innych nabiera zupełnie innego wydźwięku – pejoratywnego. Każdy jest przecież wolny. Jednak ze względu, że w świecie istnieje grzech, Bóg nie może objawić się inaczej niż jako miłosierdzie.[2] Od początku do końca obdarza człowieka miłością. Zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy[3] – czyż to nie przykład miłości?
Żyć z Miłości. Dla Miłości. Żyć przez Miłość. Powstać w Raju i tam zacząć wędrówkę. Być niejako Adamem, pierwszym człowiekiem – kimś wyjątkowym. Stworzonym na obraz i podobieństwo[4] samej Miłości. Jednak perspektywa wiecznego szczęścia dla człowieka była i wciąż jest mało interesująca. Woli zaryzykować, wszystko postawić na jedną kartę i zerwać owoc nieposłuszeństwa.[5] Wniknąć jeszcze bardziej w swoje wnętrze i dostrzec całkowite nieuporządkowanie. Uciekać przed Przyjacielem, chociaż uciec się nie da.[6] Bo przecież Boga  nie oszukamy. I to właśnie taka niesubordynacja doprowadziła do wygnania z Ogrodu. Bóg chce dla ludzi jak najlepiej. Nie mógł więc zostawić człowieka w Raju, dla jego własnego bezpieczeństwa, bo tam, gdzie rozlał się grzech, jeszcze obficiej wylała się łaska.[7]            Tak jak grzech pojawił się na świecie przez swoistą swawolę, tak zniszczony mógł zostać tylko przez heroiczny akt posłuszeństwa. I to właśnie tam, na Golgocie, objawiła się  pełnia miłości. Ofiara za grzechy tego, który nie znał grzechu.[8] Wymierzona została wówczas sprawiedliwość śmierci. Mogło stać się jej zadość jedynie przez śmierć i zmartwychwstanie i to właśnie tym czynem Pan ostatecznie zadał „śmierć śmierci”. [9] Jezus przyszedł na świat po to, by nas zbawić. Zadaniem Nowego Adama było stać się uniżonym- zostać przybitym do drzewa ludzkim złem, aby ostatecznie być wywyższonym i dosięgnąć chwały Ojca.Bóg tak ukochał człowieka, że dał Swojego Syna Jednorodzonego, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął.[10] Z miłości uniżył się do postaci sługi. Stał się słabym. Stał się człowiekiem. Tylko po to, by ludzie mogli żyć. Tak jak Ojciec poświęcił Syna z miłości do człowieka, tak Syn do końca był posłuszny z miłości do Ojca.[11]            Niczym Mojżesz, Jezus wyprowadził ludzi z egipskiej niewoli grzechu, pokonując przy tym szatańskiego faraona. Następnie przeprowadził przez pustynię ludzkich słabości, gdzie każdy z osobna, mógł powiedzieć, że nie samym chlebem żyje[12] i osobiście wybrać drogę światłości, kierując się drogowskazem krzyża do portu nawrócenia.            Dobry Pasterz wyruszył w podróż w głąb, aby szukać każdego z nas. Szukać owcy zabłąkanej, która ukryć się chciała… która przed miłością wciąż i wciąż na nowo uciekała. Zostawił całe stado wiernych, aby jedną nieposłuszną odnaleźć i radować się z jednego nawróconego grzesznika.[13] Niczym niewiasta, która zagubiła jedną drachmę, wymiótł całe mieszkanie ludzkiego serca i szukał gorliwie tego kawałka gleby żyznej, gdzie będzie mógł rzucić swe słowo miłości.[14]            A wszystko dlatego, że kocha. Człowiek niczym Syn marnotrawny porzuca godność Bożego dziecka. Porzuca dom Ojca swego. Roztrwania majątek i niczym pewien człowiek z przypowieścio Miłosiernym Samarytaninie, schodzi ze świętości Jerozolimy do Jerycha grzechu, osiągając przy tym całkowite dno swej egzystencji. Spadając tak nisko, że zaczyna żywić się tym, co dla świń było przygotowane… że sam funkcjonować nie może. Postanawia więc wrócić do Ojca, chce zostać przynajmniej najemnikiem. W domu Ojca jego najemnicy mają – on natomiast nie ma zupełnie nic. Chce wrócić. Przeprosić. Zdaje sobie sprawę, że zgrzeszył. Wie, że nie jest godny być już synem… jest gotowy przyjąć upokorzenie i stać się najemnikiem. Ojciec jednak nie odrzuca… nie potępia… ale wyczekuje. Czeka już od dawna. Rzuca się w ramiona syna. Cieszy się z jego powrotu.Bo przecież syn był martwy a ożył. Wielka radość ogarnia serce Ojca. Syn przyznaje się do winy… zgrzeszyłem przeciw Tobie -powiada. Ale Tatuś nie zwraca na to uwagi, bo kocha. Pomaga odzyskać nie tylko godność, ale również wzrok![15]            Miłosierdzie nie deprecjonuje osoby, gdyż relacja miłosierdzia opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, którym jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu godności, która jest jemu właściwa. (…) W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie, jako wydobywanie się dobra spod wielkich nawarstwień zła, które jest w świecie i człowieku.[16]Ten, kto przebacza, i ten, który dostępuje przebaczenia, spotykają się ze sobą w jednym zasadniczym punkcie, tym punktem jest godność i istota wartości człowieka, która nie może być zagubiona, której potwierdzenie czy odnalezienie stanowi też źródło największej radości.[17]I właśnie w tym objawia się pełnia miłosiernej miłości. Przecież, aby zaistniało miłosierdzie, doznający musi czuć się obdarowany… ale może odczuć to tylko wtedy, gdy odzyska coś, co utracił. Obie strony muszą odczuwać ogromną radość. Bóg raduje się z powrotu, raduje się bo nas kocha. Człowiek natomiast raduje się z odzyskanej godności, raduje się, bo liczne zbrodnie zostały mu darowane i dalej może żyć. Owocem grzechu jest śmierć i to właśnie dlatego człowiek potrzebuje ogromnej łaski. Potrzebuje aby ten, który jest Miłością, wylał na niego zdrój miłosierdzia.            Jest to nowy wymiar miłości, która wszystko znosi i wszystko przetrzyma. [18] Miłość ta nie tylko obdarowuje, ale sprawia, że obdarowany chce dalej obdarowywać, gdyż to, co przeżył otrzymując miłość, jest silniejsze od poprzedniego stanu.  I dopiero teraz człowiek jest w stanie zerwać kajdany. Zrzucić zasłonę. Prawdziwie przyjąć dar i dalej go przekazywać. I nie jest to determinacja, ale swoisty heroizm miłości. Bo jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi.[19] Być jak Pan. Uczyć się od Jezusa tego, co dla człowieka obce i zupełnie nieznane. Kochać nieprzyjaciół. Miłować tych, którzy prześladują.[20] To jest miłosierna miłość, którą obdarza ten, który sam jest Miłością.            Człowiek ciągle odczuwa strach. Ciągle się czegoś boi. I nic w tym dziwnego. Jezus też się lękał. Też nie chciał umierać. Tak bardzo się bał, że aż jego pot był krwawy. Prosił Ojca, żeby oddalił od niego ten kielich. Ale to właśnie tam w Ogrójcu ostatecznie podporządkował się woli Najwyższego mówiąc: Ale nie moja, lecz Twoja wola niech się spełni. Mimo strachu zaufał. Z miłości poszedł na stracenie. Oddał życie swoje za przyjaciół swoich. Stał się wszystkim dla wszystkich. Taka wyobraźnia miłosierdzia.            Ksiądz Jan Twardowski napisał: W tamtych czasach krzyż był szubienicą, czymś, co budziło obrzydzenie. Dzisiaj krzyż jest najświętszą relikwią. Czyż to nie paradoks? Bo przecież coś, co było przyczyną zguby wielu, stało się czymś, co jest przyczyną chwały. I dobrze. Bo to właśnie w krzyżu ostatecznie i pełnie objawiła się prawda o Bożym miłosierdziu dla człowieka. Papież Jan Paweł II wielokrotnie wzywał do naśladowania Jezusa. Apel Wielkiego Polaka jest słyszany szczególnie dziś, gdy człowiek patrząc na krzyż powinien odczuwać pragnienie korzystania z daru miłosiernej miłości. Powinien odczuwać pragnienie niesienia pomocy wszystkim. A szczególnie tym, którzy tego potrzebują najbardziej.            Mieć tyle siły, żeby powtórzyć za świętym Pawłem: Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych.[21] Mieć tyle siły, by tak jak Jezus siąść i spożyć posiłek z celnikiem… by tak jak Jezus Magdaleny nie potępić… by zawsze kochać i wyciągać swą dłoń. Bo przecież nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.[22]            Zobligowany został człowiek do głoszenia Bożej miłości słowem, ale też miłosierdziem.  Bo ile ludzi koło nas cierpi? A przecież każde życie ludzkie jest najpiękniejszym darem Boga. (…) A przecież zostaliśmy stworzeni przez Boga do wyższych rzeczy – by kochać i być kochanymi. – jak powiedziała Matka Teresa. Jezus nie miał względu na osoby. Niósł dobro. Niósł nadzieję. Niósł miłość. Pomagał każdemu kto pomocy potrzebował.Tak jak Bóg jest rozkochany w człowieku – tak człowiek powinien być rozkochany w bracie swoim. Powinien nieść pomoc tym, którzy tego potrzebują. Nie może odwracać głowy od bliźniego swego, gdy ten jest samotny, opuszczony… gdy upada. Skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo… to człowiek powinien tym bardziej pomagać. Bo w bliźnim jest obraz samego Boga. A jeśli Boga nie kochamy, czymże jesteśmy?            Człowieka wezwano, aby głodnych nakarmił. Spragnionych napoił. Nagich przyodział. Podróżnych przyjął. Więźniów pocieszał. Chorych nawiedzał. Umarłych grzebał. Bo czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Jezusowi nie uczynili.[23] Brata odrzucając, samego Jezusa się odrzuca. Dlatego trzeba nie tyle więcej mieć, ile bardziej być. Żyć dla innych,nie dla siebie. Brać codziennie krzyż swój i naśladować Jezusa. Zaprzeć się samego siebie. [24] Nie zwracać uwagi na nic i na nikogo. Iść za nim. Bo dzisiaj nie jest czas, by wstydzić się Ewangelii, ale by głosić ją na dachach.[25]            Bóg jest miłością. Stwarza. Kocha. Miłość w świecie ogarniętym przez zdradę, kłamstwo… ogarniętym przez zło zaczyna odgrywać ogromną rolę. Bezinteresowna troska o dobro innych po raz kolejny nabiera innego wydźwięku – tym razem melioratywnego. Każdy jest przecież wolny…I nie wystarczy przyjmować wyciągniętej dłoni, ale trzeba tę dłoń również wyciągać…
[1] 1 J 4, 16
[2] DV 13
[3] 1J 3, 1
[4] Rdz 1, 27
[5] Por. Rdz 3, 6
[6] Por. Rdz 3, 8
[7] Rz 5, 20
[8] 2Kor 5, 21
[9] por. DV 7
[10] J 3, 16
[11] por. Mk 14, 36
[12] Mt 4, 4
[13] por. Łk 15, 1-7
[14] por. Łk 15, 8-10; Mt 13, 1-9
[15] por. Łk 15,11-32; Mk 10, 46-52
[16] DM 6
[17] DM 14
[18] por. 1 Kor 13, 7
[19] Mt 5, 39
[20] por. Łk 6, 27-38
[21] 1Kor 9, 22
[22] Mt 9, 12
[23] Mt 25, 45
[24] Łk 9, 23
[25]Por.  VIII ŚDM

Odsłon: 177 Komentarzy: 0


Ze śmierci do życia...

Kategoria: Religia Thursday, 08 April 2010, 11:41

I zaczęło się czterdzieści dni Postu. Najtrudniejszy okres w jego życiu. Czuł się sam. Stracił poczucie własnej wartości, tym razem zupełnie. Wróciła przeszłość – to wszystko co było złe, przed jego powrotem do Domu. Nie mógł się pozbierać. Posypała się modlitwa. Nie czuł obecności Zmartwychwstałego. Zupełnie. Modlił się, ale nie widział w tym sensu. Taka droga przez mękę. Staczał się z Jerozolimy wolności do Jerycha grzechu. Wiedział, że sam nie da rady… że sam polegnie, upadnie, zginie.

Rekolekcje to było to czego potrzebował. Czas dla Boga. Czas na zmiany. Zdecydował się bez wahania – bo tylko rekolekcje mogły go podźwignąć. Tylko tam mógł znaleźć  ukojenie. Znaleźć OAZĘ.

Początek był dla niego bez wątpienia trudny. Czas radości – ale takiej ludzkiej. Zupełnie nic nie wnoszącej w te niższe poziomy egzystencji. Czas spotkania z ludźmi. Poznawanie nowych i uczenie się, już znanych od nowa. Czas modlitwy, ale takiej pustej… bez serca, bez miłości.                 Nabożeństwo Światła i Wody. I naznaczenie kierunku życiu. Być światłem i iść za Światłem. To nie było dla niego łatwe. Dużo walczył, oj dużo. Ale, gdy światło Chrystusa zapłonęło w Jego dłoni wiedział, że to jest ta droga… zrozumiał, że bez Światła nie zajdzie daleko. I ruszył. Nad potokiem zatrzymał się wraz z innymi. I dłoń umoczywszy w wodzie zrozumiał, że otrzymał nowe życie. Odnalazł Pana, albo raczej Pan odnalazł jego… znów. I w tym momencie nie liczyło się nic innego. Tylko stać z tą świeczką w ręku. Trzymać tę małą lampkę i śpiewać. Teraz, o Panie pozwól odejść słudze swemu… Pozwól, Panie. W końcu zobaczył już Ciebie. A przecież to było jego celem.

Zaczął się czas bólu… bo i śmierć musi spotkać każdego. Spotkała i jego… a wszystko po to, aby się narodzić powtórnie. Dużo czasu spędził w kaplicy. Zrozumiał wreszcie, że Bóg wcale go nie opuścił, ale że był jeszcze bliżej niż wcześniej. Zrozumiał, że Jezus burzył to wszystko co było na piasku budowane, że chce jego życie utwierdzić na skale. To był czas modlitwy i skupienia. Potrzebny, aby zapomnieć o przeszłości. Chciał oddać Panu to wszystko co było, aby ruszyć nieskalanym przed siebie. Przygotowania do spowiedzi generalnej zajęły mu wiele czasu. Gdy siedział w kaplicy był pewien, że to jest właśnie ta droga… gdy jednak wychodził wiele wątpliwości pojawiało się w jego głowie… po co mówić cały czas to samo, po co znów do tego wracać. Zrozumiał jednak, że to jest jedyny sposób, aby zerwać ze starym człowiekiem i narodzić się na nowo z Chrystusa. Wyspowiadał się. Chyba pierwszy raz w życiu czuł taki pokój w sercu. Jego grzechy nad śnieg wybielały. Przyodział nową szatę opłukaną we krwi Baranka.

Położył się spać przed północą. Wiedział, że sen nie potrwa długo, że to będzie bardzo długo noc. O pierwszej obudziło go światło i wołanie animatora. Wstał, bo musiał. I mimo, że na Paschę czekał już długi czas… to nie miał ochoty wstawać tak wcześnie. Ubrał się szybko i zszedł na dół. Zobaczył ognisko. A w nim pieczonego barana. Wziął kawałek do swych ust i zrozumiał, że nic gorszego nie konsumował. Smak tego paskudztwa zapamięta do końca życia. Chciał zapić ten sam ziółkami… ale one nie okazały się wcale smaczniejsze. Gorycz przepełniła jego gardło i zrozumiał, że to pozostanie w jego pamięci na wieki.

Wyruszyli w podróż. Długą podróż. Niczym Izraelici pokonywali kolejne odcinki dzielące ich od Kanaanu. Było i Morze, a przy nim odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych. I otrzymał nowe życie w Chrystusie. I  ruszyli dalej. Ale już teraz szczęśliwi oczekując spotkania ze Zmartwychwstałym. I Eucharystia przyniosła radość, mimo zmęczenia.

I przyszło Zesłanie. Na Ducha czekali. I został wytypowany – najsłabsze ogniwo. Miał powiedzieć świadectwo. To nie było łatwe. Ludzi tłum. Tłum gapiów jak kiedyś, gdy Jezus stał przed Piłatem. Ale spotkanie z Chrystusem daje siłę. Powiedział, bo Ducha zawiał, i nadal wieje tam, gdzie chce. I udzieliła się chwalebna radość. Już nie ta ludzka. Nie ta zwykła… ale ta która jest radością bycia z Nim jak z Przyjacielem.

Odsłon: 247 Komentarzy: 1


Miłosierny

Kategoria: Religia Friday, 08 January 2010, 12:57

Szedł sam, bo tak było łatwiej. Nie zwracał uwagi na nikogo, bo inni nie mieli dla niego żadnego znaczenia. Tylko szedł. Do przodu. Przed siebie. Kosztem wszystkiego. Nie miał rodziny, bo ta już dawno go opuściła. Nie miał przyjaciół, bo to przecież zobowiązuje. Był sam. To mu odpowiadało. Żadnych zobowiązań. Żadnych ograniczeń. Tylko on – pan całego świata! Był jeszcze młody. Świat stał przed nim otworem. Jednak w jego życiu czegoś brakowało. Ta pustka wypełniała jego wnętrze. Jednak starał się nie zwracać na nią uwagi i iść. Do przodu. Do celu. Z dnia na dzień nowego. Nie wierzył, bo po co? Nie kochał, bo nie potrafił! Nadziei również mu zabrakło… bo przecież był tylko on. A reszta… to nic nie znaczące jednostki. Marność. Pycha przepełniała całe jego serce. Stawianie siebie ponad innych już niejednokrotnie doprowadziłoby go do upadku. Jednak, mimo wielu chwiejnych kroków nadal stał. Nigdy nie osiągnął całkowitego dna… albo tak mu się tylko wydawało.

Swój gabinet opuszczał tylko w nocy. Nie chciał być zauważany. A jednak wszyscy go widzieli. Nie chciał, aby o nim mówiono. A jednak wszyscy o nim słyszeli. Kroczył drogą mroku, niczym człek z przypowieści, schodzący z Jerozolimy do Jerycha. Schodzący. Staczający. Spadający na samo dno. Jemu również nie miał kto pomóc. Znajomi się odwrócili. A cała reszta unikała go jak tylko mogła.

Dla niego liczyło się tylko jutro i… kasa. Za nią mogę mieć wszystko – powtarzał. Utonął w zgubnej toni materializmu. Jednak nie zauważał braku powietrza. Na świat spoglądał przez pryzmat pieniądza i to właśnie kasa była dla niego jak tlen. Bez niej nie potrafił żyć. Zapomniał, że wystarczy podnieść głowę zbyt wysoko a już się potyka… Zapomniał, że nie jest balonem, że nie może unosić się zbyt wysoko. Nadął się pychą i to ona doprowadziła go do upadku.

Potrzeba mu było kogoś, kto poda mu rękę. Kogoś, kto pomoże mu wstać. Kto poprowadzi go drogą światła. Kto nauczy go od nowa tego wszystkiego o czym zapomniał. Kto nauczy go wierzyć. Kto nauczy go kochać. Kto pomoże mu zrozumieć, że nadzieja pomaga iść naprzód. Potrzebował Jezusa. Miłosiernego Samarytanina, który wolał dawać niż brać… który mimo odrzucenia kochał.

Gra na giełdzie to, wydawać by się mogło, doskonała okazja, aby pomnożyć swój majątek. Podwoić. Potroić… Zaczął więc grać. Poznał się z jednym takim doradcą i zaczął obstawiać. Wyraźnie miał dobrą passę. Teraz cały swój czas poświęcał sprawdzaniu notowań. Nadszedł w końcu dzień, który zmienił jego życie. Dzień, który okazał się horrorem. Mimo iż nie potrafił kochać – zabolało go serce. Mimo iż nie odczuwał już nic – uronił łzę. Jedno popołudnie, kiedy akurat wybierał się na spotkanie ze swoim niezrównanym doradcą, zadzwonił telefon. Ze szpitala. Ojciec, z którym nie widział się od trzech lat, miał ciężki wypadek samochodowy, znajduje się w ciężkim stanie na intensywnej terapii. Nieprzytomny. W śpiączce. Ale przecież ja mam spotkanie… bardzo ważne spotkanie… Nie mogę do niego przyjechać, potrzymać go za rękę… Gdy będę miał jeszcze więcej pieniędzy prędzej mu pomogę, załatwię miejsce w najlepszej prywatnej klinice, jak będzie trzeba to nawet za granicą – tak sobie powtarzał. Był przecież panem. Nie rozumiał, że lekarze to nie cudotwórcy… nie bogowie, którzy są panami życia i śmierci. Liczył na to, że za odpowiednia sumę pieniędzy, jest w stanie uratować życie ojcu. Pojechał na spotkanie.

Dwie godziny później jechał windą na szóste piętro szpitala. Wizyta u ojca była nieunikniona. Był pewien, że zdążył. Na korytarzu spotkał go lekarz i zapytał kim jest. Przedstawił mu się, powiedział, że przyszedł odwiedzić ojca. Lekarz zaprosił go do gabinetu. "Mam dla Pana przykrą wiadomość. Godzinę temu pański ojciec umarł. Próbowaliśmy go uratować, ale serce nie wytrzymało. Zbyt duży ubytek krwi…” Już nic z tego co mówił doktor, nie docierało do niego. Wybiegł z gabinetu. Wybiegł ze szpitala. I szedł… szedł do nikąd. Sam nie widział czego chce. Dokąd zmierza. W głowie miał mętlik. Myśli zderzały się ze sobą. To niemożliwe! To niemożliwe! – słyszał wciąż rozbrzmiewający gdzieś we wnętrzu głos.

Stanął przed bramą kościoła. Sam nie wiedział jak tam trafił. Wszedł. Wewnątrz było pusto. Cicho. Paliły się tylko świece… Dlaczego?! Dlaczego ja BOŻE?! Miał ochotę wszystko zniszczyć. Połamać. Spalić. Zamienić w pył. Po raz pierwszy od wielu lat poczuł się bezsilny. Taki mały… maluczki. Zniknęło przekonanie o własnej wyjątkowości. O wielkości. Już nie był panem. Przestało się liczyć wszystko… nawet zapomniał o interesach. Jego wnętrze przepełniał nieokiełznany gniew. Nieopisany żal wypełniał go od środka. Nie pojmował tego wszystkiego co się stało…

Następnego dnia obudził go telefon – doradca. Nie chciał odebrać, włączyła się automatyczna sekretarka. Rozbrzmiał głos: „Słuchaj stary, ja nie wiem jak to możliwe, ale przegraliśmy, straciliśmy wszystko. Szlag! Nie mam pojęcia dlaczego… Musimy się spotkać i ustalić, co teraz zrobimy.”             Miał za sobą całą nieprzespaną noc, podczas której w jego głowie kłębiły się najróżniejsze myśli. Co teraz ma zrobić? A teraz ten telefon… nie miał nawet siły by jakoś zareagować, by się przejąć tym co usłyszał. Było mu wszystko jedno. Stracił wszystko. Po raz pierwszy od wielu lat pomyślał: co mi po pieniądzach, skoro nie ma najbliższej mi osoby? To on mnie uczył wszystkiego. Pamiętam jak wziął mnie na ryby… jak jeździliśmy razem na wycieczki… jak opiekował się mną, gdy miałem zapalenie płuc, bo nie posłuchałem go i biegałem po deszczu w zimny listopadowy dzień. A teraz nie ma go. Nie ma… Nigdy nie wróci. To moja wina. MOJA… Moja… moja…

Poczuł się samotny. Tak samotny jak jeszcze nigdy dotąd. Matka umarła, gdy jeszcze był mały. Dziadkowie juz dawno nie żyli. Nie miał rodzeństwa, ani rodziny, bo jakoś tak nie było czasu, by pomyśleć o jej założeniu. Ważniejsza była praca. Ciężka harówka, żeby zdobyć jeszcze więcej pieniędzy wciąż i wciąż. Kilka miesięcy później siedział przy stole jedząc śniadanie, po porannej modlitwie razem z innymi współbraćmi, spożywając w ciszy i w spokoju posiłek. Podał rękę Samarytaninowi – Jedynemu, który przy nim pozostał, który był z nim, gdy cierpiał, gdy szukał na nowo sensu istnienia. Jedynemu, który dzielił z nim wszelkie bolączki, pomagał rozwiać wszelkie wątpliwości i, co najważniejsze, sprawił, że nie czuł się samotny i opuszczony. Zrozumiał, że Bóg kocha go zawsze. Nie ze względu na coś, ale bez względu na wszystko. Kocha. Bezbrzeżna miłość, w której się zanurzył przepełniała jego serce. Stracił wszystko, ale zyskał jeszcze więcej. Wziął swój krzyż i ruszył za Jezusem. Na śmierć. Na Golgotę. Chciał odkupić swoje winy. Odpokutować. Przyodział swój brązowy habit. Ruszył w drogę. W Drogę ku miłości. W drogę ku światłości. Ruszył z powrotem ku Jerozolimie.

Odsłon: 289 Komentarzy: 7


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.