Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Synod którego nie było

Kategoria: Historia Sunday, 29 August 2010, 04:05

W czasie dyskusji z protestantami na temat kanonu Biblii często wyskakuje argument, że synod w Jamnii (Jawne) ustalił kanon Starego Testamentu już w pierwszym wieku i Księgi, które protestanci nazywają apokryfami, a katolicy księgami deuterokanonicznymi zostały tam raz na zawsze odrzucone.  Jak więc to było z tym synodem? Kto tam się zebrał? Nad czym dyskutowali? Jaka jest prawda o synodzie w Jamnii?

 

Samo miasto znane jest pod nazwami Jamnia, Jabne, Jawne, w Septuagincie występuje jako Iabne, a w Wulgacie jako Iabniae. Jest to miasto filistyńskie nad Morzem Śródziemnym, między Gat i Aszdod, utożsamiane z Jabneel z Księgi Jozuego 15,11.   Miasto to jest także wzmiankowane w innych miejscach w Starym Testamencie. Nas jednak interesuje pewne wydarzenie, jakie miało miejsce trochę później, a konkretnie w roku 90.

 

W czasie Powstania Żydowskiego w latach 66-70 w konsekwencji którego została zniszczona Jerozolima Jamnię zajął Wespazjan, który osiedlał tam także mieszkańców innych miejscowości, uznających jego władzę. Po upadku powstania, za zgodą Wespazjana do Jamnii przeniósł się także rabbi Johanan Ben Zakkaj, wraz ze swymi uczniami, rozpoczynając proces rekonstrukcji judaizmu pozbawionego Świątyni. Czyli praktycznie proces tworzenia nowej religii.

 

Uczeni żydowscy zajmowali się tam między innymi kalendarzem liturgicznym,  obowiązkiem modlitwy, szabatem, świętami i prawem rodzinnym. Niektórzy historycy, jak np. H Graetz, F Buhl i O Eissfeldt, opierając się na interpretacji tekstu talmudycznego Jad 3,5 doszli do wniosku, że ok. 90 roku, za Eleazara Ben Azariasza został tam zamknięty żydowski kanon Biblii. Nowsze badania jednak, jak pokazują to m.in. JP Lewis i SZ Leiman, wykazują, że w Jad 3,5 jest mowa tylko o dyskusji nad Pieśnią nad Pieśniami i Księgą Koheleta. Nie ma żadnych podstaw by twierdzić, że w Jamnii zamknięto kanon żydowski Biblii, jak również nie ma podstaw by twierdzić, by tam odbył się jakikolwiek synod uczonych żydowskich.  Nawet to, że właśnie tam wykluczono chrześcijan z Synagogi – pozostaje kwestią sporną.

 

Skąd zatem się biorą takie mity? Oczywiście z nieuczciwego, lub niedbałego podawania faktów. Albo z podawania naszych wyobrażeń za fakty. Nie mam podstaw, by kogokolwiek oskarżać o celową manipulację, myślę, że chodzi tu jedynie o niedbałość i niechlujstwo,  lub po prostu o ogłoszenie zaledwie teorii. Teorii, którą inni zaczynają powtarzać jako fakt.  A potem, gdy  inni zaczynają ten "fakt" cytować, to po jakimś czasie nawet encyklopedie  zaczynają powtarzać te brednie.

 

Sprawdziłem w kilku z nich. Encyklopedia Britannica, która zwykle nie robi błędów, bezkrytycznie podaje, że w Jamnii ustalono kanon żydowskiej Biblii. Na jej usprawiedliwienie mogę chyba tylko podać, że ja mam dość stare, „papierowe” wydanie, sprzed 30 niemal lat. Może nowsze wydania są bardziej obiektywne, nie wiem. Wiem natomiast co podaje KUL-owska Katolicka Encyklopedia. To z niej pochodzi większość informacji dotychczas przeze mnie podanych. Pozytywnie mnie zaskoczyła Wikipedia, która dość ostrożnie podaje informacje o Jamnii. Angielskie wydanie Wiki podaje, że “Some scholars believe the Concil of Yavne  met there”, czyli, że "niektórzy uczeni wierzą, że… ", a w osobnym artykule zaznacza, że choć większość badaczy w XX wieku uważała, że tam ustalono kanon żydowskiej Biblii, to od lat 60. coraz więcej naukowców to neguje. Konkretnie zauważono, że żadne ze źródeł Graetza, który pierwszy wystąpił z teorią, że tam zamknięto kanon, nie podaje żadnych ksiąg, które byłyby usunięte z kanonu Biblii i poddają oni w wątpliwość całe założenie, że tam  w ogóle dyskutowano na temat kanonu Biblii.

 

Także polska Wikipedia zaznacza, że „zdarzenie znane pod nazwą Synodu w Jamnii, jest wyłącznie teorią historyczną, którą pierwszy w pełni sformułował w XIX wieku, niemiecki uczony pochodzenia żydowskiego, Heinrich Graetz (w książce: Kohelet oder der Somonische Prediger, Lipsk 1871; str. 155-156)

 

 

W  pierwszym wieku żydzi uważali chrześcijan za błądzącą sektę żydowską, coś tak, jak my uważamy Mormonów i Świadków Jehowy za pseudo-chrześcijańskie sekty. Jednak kilkadziesiąt lat po śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa to nie Żydzi, ale Grecy i Rzymianie przeważali wśród chrześcijan. Oni to właśnie posługiwali się na co dzień greckim językiem, a ich Biblią była Septuaginta, greckie tłumaczenie hebrajskiej Biblii.  Warto tu także zaznaczyć, że ta właśnie Biblia jest cytowana w Nowym Testamencie w znakomitej większości przypadków. Ponad 80% cytatów pochodzi słowo w słowo z Septuaginty, z czego można wysnuć wniosek,  że ją to właśnie ją używali Apostołowie. Nie jest bowiem przypadkiem, że Duch Święty natchną autorów Nowego Testamentu, by cytaty tam zamieszczane pochodziły z tego właśnie wydania Biblii.

 

Żydzi, którzy usiłowali rozwiązać problemy które wynikły z faktu, że Świątyni już nie ma, a wielu z ich braci poszło za Jezusem, z dużym sceptycyzmem patrzyli na wszystko, co było zhellenizowane. Nic więc dziwnego, że starali się odrzucić wszystko, co wskazywałoby na Jezusa jako oczekiwanego od wieków Mesjasza. Nic dziwnego, że gdy Księga Izajasza w siódmym rozdziale podaje, że „młoda dziewczyna pocznie i porodzi syna”, a Grecka Septuaginta, cytowana dosłownie w Mt 1, 23 podaje, że „Dziewica pocznie i porodzi Syna” to zmienili tłumaczenie greckiej Biblii, dając tam słowo oznaczające „młodą dziewczynę”. Zrobili to, bo wiedzieli, że te słowa uważane są za proroctwo, które wypełniło się w Maryi i Jezusie,

 

Oczywiście można powiedzieć, że mieli oni rację, bo przetłumaczyli lepiej. Ale przecież to nie tylko hebrajski Stary Testament, ale i greckie Ewangelie są Słowem Bożym. Zatem skoro Duch Święty natchną św. Mateusza, by użył tam słowa „dziewica”, to widocznie tak powinno być. Przecież nie ma tu sprzeczności z hebrajskimi wersetami z Izajasza. Jest tylko wyjaśnienie, sprecyzowanie tego, co proroctwo to miało oznaczać.

 

Jest ironią losu, że protestanci odrzucili te Księgi Starego Testamentu, które odrzucili Żydzi. I w sumie motywacja była w pewnym sensie podobna: Księgi te uzasadniały naukę Kościoła. Co prawda Żydzi negowali inne fragmenty tej nauki niż protestanci, ale co z tego? Wrogowie naszych wrogów stają się naszymi przyjaciółmi i dla protestantów nie było ważne, że Żydzi odrzucali bóstwo Jezusa. Ważne dla nich było to, że odrzucone Księgi uczą, że należy się modlić za zmarłych, a zatem potwierdzają naukę o czyśćcu, odrzuconą przez Lutra. Wygodnie było się im zjednoczyć z wrogami Jezusa, bo mogli na tym ogniu upiec także swoją pieczeń.

 

Co powiedziawszy należy przypomnieć, że nie ma żadnych podstaw, by uznać, że w Jamnii był jakiś synod, który ustalił ten żydowski kanon. Jeszcze bowiem w trzecim wieku toczyły się dyskusje wśród Żydów, które Księgi uznać za Biblię. Mit o synodzie w Jamnii, podany wstępnie jako hipoteza, a następnie powtórzony jako fakt przez Jimmy Swaggarta w książce „Catholicism & Christianity, przez „Dictionary of the Later New Testament and Its Developments” Martina, Davidsa i Davidsa i innych zaczął żyć swoim życiem. A dziś, choć nikt już spośród poważnych naukowców i historyków nie twierdzi, że w Jamnii zamknięto kanon żydowskiej Biblii, to legenda ta jest powtarzana i w książkach i w różnych artykułach i przede wszystkim w wielu dyskusjach internetowych na temat Biblii.

 

Mówiąc o artykułach, bardzo ciekawy tekst na ten temat napisał Steve Ray. Wychował się on jako baptysta, a dzisiaj jest katolikiem, apologetą, autorem kilku doskonałych książek, (wiem, bo je czytałem), producentem serii kapitalnych filmów „Śladami Boga” (wiem, bo oglądałem) i przewodnikiem pielgrzymek do Ziemi Świętej. Poznałem go osobiście, najpierw na jednej z konferencji, na której on był mówcą, a ja słuchaczem, a potem pojechałem z nim na pielgrzymkę do Palestyny i Jerozolimy. Steve ma małą domową biblioteczkę liczącą ponad 25 tysięcy tomów i są to książki przeczytane. Gdy więc o czymś pisze, to wie o czym. Artykuł jest o angielsku, zamieścił go przed kilku laty miesięcznik This Rock i można go znaleźć TUTAJ.

Odsłon: 1191 Komentarzy: 15


Katolicyzm po polsku. I wcale nie jest to o obronie krzyża.

Kategoria: Rodzina Monday, 23 August 2010, 03:31

Otrzymałem dziś interesujący list, prośbę o radę. List był prywatny, ale jest on dość symptomatyczny, bo chyba pokazuje nie tylko kłopotliwą sytuację dziewczyny, która do mnie napisała, ale także szerszy problem naszego społeczeństwa. Dlatego, za zgodą autorki listu i po zmienieniu kilku danych, (i usunięciu paru miłych słów, za które dziękuję), postanowiłem odpowiedzieć na niego publicznie.

Zaraz po maturze poznałam cudownego faceta, fajny wesoły, inteligentny i przystojny….Poznaliśmy się wyjeżdżając na wakacyjną pracę. Pracowaliśmy razem przez 3 miesiące i się w sobie zakochaliśmy na zabój… Tak się złożyło, że oboje jesteśmy z jednego miasta i nawet blisko siebie mieszkamy, więc po powrocie do domu bardzo szybko podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu (on miał swoją kawalerkę) Ohhh….zapomniałam wspomnieć najważniejszej kwestii… Ja jestem wychowana w wierze katolickiej…

No właśnie. Pierwszy problem. Nasze wychowanie w wierze katolickiej. Komu jeszcze dziś przeszkadza fakt, że kochający się ludzie mieszkają razem? A przecież to jest naprawdę  coś niemoralnego. Coś, czego żaden katolik, ani żadna katoliczka robić nie powinni. Nie tylko jest to niemoralne, ale także nierozsądne. Nawet, gdy taka próba zakończy się kiedyś ślubem, to takie małżeństwo ma znacznie większe szanse na rozwód, niż osoby, które wytrwały w czystości do ślubu.

… choć nie chodzę do kościoła, wierzę w Boga, ale widzę wiele nieprawidłowości w funkcjonowaniu istatytucji jaką jest Kościół. Obchodzę święta, wszystkie święta, łącznie z walentynkimi, czy dniem kobiet. Byłam chrzczona, miałam komunię, bierzmowanie…

Nie wystarczy wierzyć w Boga. Dobrze by było jeszcze wierzyć Bogu. Wierzyć w to, czego On naucza. Bo On nie che nam robić na złość. On nas uczy pewnych rzeczy, by nas ustrzec przed cierpieniem, złem, rozczarowaniami.

 

Chrześcijaństwo nie polega na tym, by „mieć komunię” i „obchodzić walentynki”, ale by mieć osobistą relację z Bogiem. By był On naszym Ojcem i przyjacielem. By stał się całym naszym życiem i byśmy my oddali Jemu całe nasze życie. Bez tego żadne święta nie mają żadnego znaczenia. Stają się jedynie pogańskimi zwyczajami.

 

Piszesz, że nie chodzisz do kościoła. Gdybyś była tam w ostatnią niedzielę, usłyszałabyś te słowa:

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy opuszczający się niesprawiedliwości!

Piszesz: „widzę wiele nieprawidłowości w funkcjonowaniu instytucji jaką jest Kościół”. Z pewnością masz wiele racji. Ale jakie to ma znaczenie? Naszą rolą jest słuchać, czego Kościół uczy. Nieprawidłowości? Pewnie jakieś są. Trudno mi się tu ustosunkować do tak ogólnego zarzutu. Mogę jedynie przypomnieć, co sam Jezus powiedział o faryzeuszach i ich nauczaniu:

Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. (Mt 23, 2-7)

Jezus widzi ludzkie serca. Może je oceniać. My nie. My możemy oceniać jedynie czyny. Jednak nawet, gdy czyny przywódców Izraela były złe i złe były ich motywy, ciągle Jezus nakazuje słuchać ich poleceń, bo „zasiadają oni na katedrze Mojżesza”. O ile bardziej zatem my dziś, w Nowym Przymierzu, mamy obowiązek słuchać tego, czego naucza Kościół? Teraz, gdy Jezus powiedział:

Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi; lecz kto Mną gardzi, gardzi Tym, który Mnie posłał. (Łk 10, 16)

Piszesz dalej:

On….No i tu jest problem… On był wychowany w wierze Świadków Jehowy. Był wychowany, nie praktykuje tej wiary, nie należy do żadnego zboru, nie uczestniczy w spotkaniach ani w wykładach. Nie obchodzi świąt katolickich, ale obchodzi urodziny, sylwestra…mieszkał ze mną przez 3 lata… Ok i teraz tu zaczyna się mój problem…

Ze względu na to, że widzę w Tobie osobę bardzo postronną, chciałabym Cię prosić o pomoc…

Nie potrafimy znaleźć kompromisu…Bardzo się kochamy i chcemy być razem (choć jak to bywa często w takich sytuacjach, nie mamy wsparcia w rodzinie, bo zarówno jego mama- bardzo wierząca Świadkowa jak i moi rodzice- katolicy, nie popierają tego związku)

Ze względu na to, że ja jestem wieczną buntowniczką i nie lubię jak ktoś mi coś narzuca, nigdy nie uważałam na lekcji religii brakuje mi argumentów, żeby go jakoś przekonać że nasza wiara to samo zakłamanie (jak on uważa) ale jest też poparte jakimiś prawami, które są zawarte w piśmie. On zaproponował takie rozwiązanie- żebyśmy razem zaczęli czytać Pismo Święte i razem poznali prawdę…

Dla mnie to żadne rozwiązanie…bo jeśli już mamy czytać to pismo to pewnie za jakiś czas on będzie chciał, żebyśmy zaczęli się stosować do tego co jest w nim zapisane… A przecież wszyscy wiemy, że katolicy prawie w ogóle nie stosują się do tego co jest tam napisane…Żyją tak, bo jest im wygodnie…

I pewnie ja też dalej bym sobie tak spokojnie żyła, gdyby nie to, że poznałam jego… Ja wciąż chciałabym obchodzić święta, urodziny, chciałabym ochrzcić kiedyś swoje dzieci… A wiesz co jest najgorsze? Że z dnia na dzień tracę już nadzieję na znalezienie rozwiązania, bo widzę, że te wiary się całkowicie wykluczają…

Tak czytam, czytam… i sam nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Nie trywializuję Twojego problemu. Wiem, że to jest dla Ciebie sprawa niezwykle poważna, wręcz tragiczna. Czasem życie nam się tak układa, że wydaje nam się, że weszliśmy w ślepą uliczkę i nie ma jak z niej wyjść. A jednak to wyjście jest i to niezwykle proste. Trochę się tylko obawiam, że będzie dla Ciebie zbyt trudne do zaakceptowania.

 

Oboje, z tego co piszesz, jesteście dość swobodni w podejściu do wiary. Raczej jest to coś zwyczajowego, zewnętrznego, niż wiara w sercu, coś będącego w głębi duszy. I tak pewnie, obawiam się, odczuwa w Polsce większość ludzi dzisiaj. Pewnie byś się oburzyła, gdyby ktoś powiedział, że nie jesteś katoliczką. I ten katolicyzm jest, jak widać, bardzo ważny dla Ciebie. Tyle, że z prawdziwym chrześcijaństwem ma on bardzo niewiele wspólnego.

 

Nie dziwi mnie wcale, że ani jego, ani Twoja rodzina nie jest zachwycona Waszym związkiem. Ciebie pewnie także to nie dziwi. Piszesz, że jesteś buntowniczką? Hmm.. A postępujesz bardzo „mainstreamowo”. Jak martwa ryba płynąca z prądem.

 

Nie chcesz wspólnego czytania Pisma Świętego? Co prawda interpretacja Świadków Jehowy zawiera wiele błędów i oficjalne, angielskojęzyczne tłumaczenie Biblii także jest ich pełne, ale może to Ty być go czegoś nauczyła? Bo przecież Kościół Katolicki nieomylnie naucza prawdy o Bogu. Piszesz, że „katolicy prawie w ogóle nie stosują się do tego co jest tam napisane”. Smutna prawda, ale prawda tylko częściowa.  Wielu bowiem się stara, a niektórym nawet się to udaje. I nie mówię tu wyłącznie o takich katolikach, jak Jan Paweł Wielki, czy Matka Teresa z Kalkuty. Mówię o milionach szeregowych katolików, starających się na co dzień żyć Ewangelią i nauczaniem Jezusa.

 

Piszesz, że chciałabyś ochrzcić swoje dzieci, obchodzić święta… Ale po co? Dlaczego? Czemu jest to dla Ciebie ważne? Zapytaj sama siebie o to. Dla sąsiadów? Dla rodziny? Bo tak się zawsze robiło? Gest bez znaczenia, by nas nie wzięli inni na języki? Co jest ważniejsze? Te zwyczaje, czy nasza relacja z Bogiem? Nasze szczęście przez najbliższe kilka lat, czy nasze życie wieczne?

Może mógłbyś mi podać jakieś namiary do kogoś, do kogo moglibyśmy się zwrócić z tym problemem… Szukałam teologów z Gdyni, Trójmiasta, ale niestety każdy z nich jest katolikiem, a zależy nam na tym aby była to osoba postronna- taka jak Ty… Z góry dziękuję za czas, który mi poświęciłeś na przeczytanie tego maila i za czas który poświęcisz na odpisanie…

Może ktoś czytający te słowa w komentarzach poda jakieś namiary… I dziękuję za zaufanie, choć ja także (niestety :))))) jestem katolikiem. I to niezwykle dumnym z tego powodu.

 

Moja odpowiedź pewnie Cię rozczarowała, ale nie znam żadnego tricku, magicznej sztuczki, która rozwiąże Twoje problemy. Przede wszystkim muszę Ci powiedzieć, w nieomal przeddzień mojej trzydziestej pierwszej rocznicy ślubu, że miłość czasem wymaga ciężkiej pracy. Bo miłość to jest dużo bardziej coś, co się robi, niż coś, co się czuje. I trwałe małżeństwa są możliwe tylko między osobami dzielącymi między siebie wspólne wartości.

 

Są miliony ludzi, którzy nigdy się nie rozwiedli mimo, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale czy to o taką przyszłość Ci chodzi? Bo to zauroczenie, ta miłość, jaką się odczuwa na początku, ewoluuje. Zmienia się. Sama wiesz, że dziś inaczej to odczuwasz, niż w czasie Waszej wakacyjnej pracy przed trzema laty. A piętnaście, dwadzieścia, czy trzydzieści lat później to uczucie zaczyna nabierać innych barw i smaków.

 

Nie mówię wcale, że miłość dojrzała jest gorsza. Wcale nie. Uważam, że znacznie lepsza. Lepsza, bo jest ona stworzona przez nas. My sobie na nią zapracowaliśmy. To jest cudowne móc szczerze powiedzieć: Moja żona jest moim najlepszym, jest moim jedynym prawdziwym przyjacielem. I jak cudowną rzeczą jest móc kochać swego najlepszego przyjaciela. By to jednak było możliwe, konieczne jest posiadanie wspólnych wartości. Inaczej za parę lat nie pozostanie nic.

 

Jednak by mieć wspólne wartości, trzeba przede wszystkim mieć swoje. Nie wystarczy obchodzić walentynkę i mikołajki. Dla Ciebie sprawa obrzędów religijnych jest niezwykle ważna. Ale dla mnie to jest trochę niezrozumiałe. To są rzeczy ważne, gdy są wynikiem czegoś. Gdy są skutkiem, nie celem.  Bo liczy się tylko jedno. Nasza miłość do Boga.

 

Gdy postawimy Boga na pierwszym miejscu, gdy pokochasz Jezusa bardziej, niż swego faceta, to wszystko wskoczy na swoje miejsce. I gdy on pokocha Boga bardziej niż Ciebie, także i on będzie lepszym mężem i ojcem Twoich dzieci. Wtedy można razem szukać prawdy. W Biblii, w nauce Kościoła, wśród teologów i apologetów. Jednak gdy nasza wiara sprowadza się do zwyczajów i praktyk, które lubimy, ale ich nie rozumiemy, gdy się sprowadza do obrony symboli, to tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem.

 

PS. Akurat na Frondzie komentarzem dnia był felieton, który także dotyka tych spraw. Przeczytaj, warto:  http://fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/kobieta_mezczyzna

Odsłon: 2339 Komentarzy: 65


Wy wójta się nie bójta

Kategoria: Polityka Sunday, 15 August 2010, 22:54

Długo starałem się unikać tematu krzyża przed pałacem prezydenckim, ale w końcu i na mnie przyszła kolej. Trochę musztarda po obiedzie, bo już tyle na ten temat powiedziano, że z pewnością nic nowego nie dodam. Jednak nie powstrzyma mnie to od zajęcia stanowiska, choćby dlatego, żeby inni wiedzieli co o tym myślę.

 

Dla mnie ta cala smutna, by nie powiedzieć tragiczna sytuacja jest odzwierciedleniem pewnej rzeczywistości, w której przyszło nam dziś żyć.  Rzeczywistości, której wiele osób nie rozumie i dlatego nie może się z nią pogodzić.

 

Polska przez lata, żeby nie powiedzieć przez wieki, była pod panowaniem albo rządów narzuconych przez inne mocarstwa, albo w ogóle nie istniała jako państwo. Te obce rządy mniej lub bardziej skutecznie zwalczały naszą wiarę, bo wiara Polaków zawsze była przesączona patriotyzmem. Dobry katolik zawsze był prawdziwym patriotą, rozumieją, że zdrada Ojczyzny jest grzechem.

 

Prawdę mówiąc dzisiaj, wbrew temu, co wielu stara się udowodnić, mamy najbardziej demokratyczną formę rządów w całej dotychczasowej polskiej historii. Nigdy jeszcze nie było tak, byśmy mogli w sposób wolny, nieograniczony tworzyć partie polityczne, głosować na swoich kandydatów, pisać o nich i o ich przeciwnikach. Demokracja pełną gębą.

 

Gdy „za komuny” wyobrażaliśmy sobie przyszłą Polskę, wielu z nas, katolików, wyobrażało ją sobie niemalże jako państwo wyznaniowe. Państwo, gdzie uroczystości kościelne będą równocześnie uroczystościami państwowymi, gdzie prawo karne będzie zgodne z moralnym nauczaniem Kościoła, gdzie premier, trzymając się za rękę z prezydentem i Marszalkiem sejmu ogłoszą Chrystusa Królem i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

 

W całej tej wizji nie wzięliśmy jednego pod uwagę. Mianowicie tego, że demokracja to rządy większości, a Polska już nie jest krajem katolickim. Nominalnie może ciągle większość ludzi jest katolikami, to w końcu poprzez sakrament chrztu stajemy się członkami Kościoła, ale w naszych sercach staliśmy się w większości poganami. I głosujemy tak, jak nam te pogańskie serca podpowiadają.

 

Nie bardzo zresztą jest jak głosować inaczej, bo pogańskie serca mamy nie tylko my, głosujący, ale także większość kandydatów na posłów, czy na prezydenta. Cóż zatem dziwnego, że mamy to, co mamy?

 

Cóż zatem dziwnego, że ci, dla których wiara, dla których Bóg jest największą wartością, trwożą się i wpadają w panikę? Okazało się bowiem, że nam wcale nie chodziło o demokrację. Okazało się, że demokracja może być gorsza od komuny. Nie twierdzę, że jest, wręcz przeciwnie. Ale wielu w Polsce dziś tak myśli. Okazało się, że nam tak naprawdę wcale nie chodziło o demokrację, ale o dyktaturę, pod jednym wszakże warunkiem: Dyktatorem musi być „nasz”.

 

Cóż. Pozwolę się tymi opiniami nie zgodzić. Uważam, że demokracja jest najlepszym z ustrojów, jaki człowiek potrafił wymyślić. Królestwo? Jasne, królestwo jest lepsze, gdy królem jest Jezus. Ale na to musimy zaczekać. Natomiast z pozostałymi królami bywało różnie. Lepiej już zostańmy przy demokracji, bo w razie czego zawsze za parę lat można odesłać tych „geniuszy” na emeryturę.

 

Ale jak? Jak ich odesłać? Ten głupi motłoch, co niczego nie rozumie, znowu da się nabrać na ich okrągłe słówka, na ich nigdy nie spełniane obietnice i znowu ich wybierze! No właśnie. Pewnie tak. Ale to mi przypomina, że  jest taka pewna i jedyna droga do tego, by wprowadzić trwałe zmiany.

 

To już było. Przyszedł raz jeden Człowiek, który mógł śmiało „wygrać wybory”. Mógł zrobić rewolucję, małe powstanie, wyzwolić swą ojczyznę z rąk okupanta, sam zasiąść na tronie i rządzić… ile? 20 lat? 50? I co potem? To co było przed Jego przyjściem?

 

Tymczasem On zrobił coś zupełnie niezrozumiałego. Przez trzy lata głosił bardzo trudną naukę. Poprawiał, pouczał wszystkich, którzy oczekiwali, że chwyci za broń, że ich poprowadzi do zwycięstwa nad okupantem. Pouczał, że nie tędy droga. Jego droga jest żmudna i powolna, ale za to pewna. I historia pokazała, że miał rację. Zwycięstwo przyszło za parę wieków, ale przyszło na setki lat, na tysiąclecia.

 

W jaki sposób chrześcijanie zwyciężyli świat? Swoim życiem. Oni żyli tak, jak uczył Jezus. Do końca, do swej męczeńskiej krwi. Bo ceną za wyznawanie chrześcijaństwa bardzo często było własne życie.  To jednak było równocześnie największą cechą przyciągającą do chrześcijaństwa. Inni widzieli, że ludzie ci posiadają jakąś niezwykłą prawdę. Prawdę, za  którą oddają z radością życie. I ci „inni” także tego chcieli doświadczyć. Śmierć nie była czymś wystarczająco odstręczającym dla poznania tej prawdy. Czy może raczej Prawdy.

 

Problem z dzisiejszym chrześcijaństwem polega na tym, że my ani nie jesteśmy gotowi umierać za wiarę, ani nawet bronić jej, gdy grozi nam jedynie ośmieszenie się. Gdyby chrześcijaństwo dziś ktoś zdelegalizował, wielu z nas byłoby bardzo trudno skazać, z braku jakichkolwiek dowodów. Znalazłyby się jakieś poszlaki, ale to mogłoby być za mało.

 

Znacznie łatwiej nam manifestować, pielgrzymować, domagać się i żądać niż żyć tak, jak uczył Jezus. Nie potrafimy podporządkować się władzy, nie potrafimy podporządkować się nawet władzy kościelnej. My sami decydujemy, co jest dobrem, a co złem. A przecież Jezus przede wszystkim oczekuje od nas posłuszeństwa.

 

Nie my mamy oceniać biskupów. Nie naszą rolą jest wyzywanie kapłanów od esbeków. Nie naszą rolą jest dyktowanie rządowi, gdzie ma krzyże ustawiać, a skąd je usuwać. Nikt dziś nikogo w Polsce nie prześladuje za wiarę. Kościół stoi na każdym kroku. W bardzo wielu z nich jest wystawiony Pan Jezus w Najświętszym sakramencie, w każdym innym jest On ukryty w Tabernakulum. A przed Tabernakulum – pustki. Ale tam nie ma mediów, nie ma kamer, nie ma manifestacji. Jest cisza i oczekujący na nas Bóg. My jednak wolimy iść pod krzyż, gdzie … gdzie co? Po co tam idziemy? Czego tak naprawdę bronimy? Utraconych złudzeń? Żalu, że przegraliśmy wybory? Żałosne.

 

Gdy manifestują geje, odpowiadamy im: Nikt wam nie broni robić tego, co macie ochotę robić, w zaciszu waszych domów. To sprawa waszych sumień, to sprawa między wami, a Bogiem. On będzie waszym sędzią. Jednak nie narzucajcie nam swych poglądów, nie zmuszajcie nas, byśmy my nazywali zło dobrem, byśmy akceptowali to, co robicie. Nie macie żadnych praw, by niszczyć rodzinę i nazywać to, co robicie „małżeństwem”. Nikt was nie prześladuje, więc zamknijcie za sobą drzwi sypialni.

 

Ale… co my robimy? I od razu wyjaśnię, że nie porównuję tu niczego i nikogo. Jednak pewna analogia istnieje. Polega ona na tym, że tak, jak środowiska gejowskie nikogo nie przekonają do swych idei poprzez agresywne manifestacje, tak samo my nikogo nie przekonamy do Jezusa, do Ewangelii poprzez takie  sytuacje, jakie mają miejsce przed pałacem prezydenckim. Nie tylko nie pomożemy sprawie Jezusa, ale spowodujemy, że znowu kolejne osoby utracą wiarę.

 

Jest tylko jedna skuteczna droga. Droga pracy od podstaw. Droga nawrócenia. Droga tłumaczenia, kim jest Jezus, droga głoszenia Dobrej Nowiny. Droga długa. Może znowu potrzeba będzie paru wieków, by zwyciężyć. Choć przekonany jestem, że przy dzisiejszym tempie przepływu informacji zajmie to znacznie mniej czasu. Ale musimy pamiętać, że to nie tylko chodzi o informacje, lecz przede wszystkim o świadectwo. O przykład naszego życia. Post, modlitwa, życie Ewangelią. Wtedy i ewangelizacja będzie skuteczna, bo hipokrytów nikt nie słucha.

 

A tym, co tak opłakują poprzednie wybory i nie mogą pogodzić z przegraną, dedykuję tę, jakże aktualną, piosenkę w wykonaniu Jana Kobuszewskiego. Ku przestrodze. Bo jeżeli tylko taką widzą drogę, czekają ich kolejne rozczarowania. Ta droga bowiem prowadzi do nikąd. Tylko Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Ale do Jezusa nie idzie się poprzez manifestacje przed pałacem prezydenckim, ale poprzez nawrócenie.  Poprzez takie życie, by innych do Jezusa pociągało, nie odpychało od Niego.  A cały „incydent z krzyżem” miał, obawiam się, jedynie taki skutek, że setki tysięcy osób odeszło od Kościoła i wiary swych przodków.

 

Na koniec dodam, że zdaję sobie sprawę z tego, że z tego zła wyniknęło także wiele dobra. Jestem świadom tego faktu. Bóg z każdego zła potrafi jakieś dobro. Jednak to dobro, obawiam się, pozostanie w sferze emocjonalnej. Taka chwilowa odnowa, podniesienie na duchu, jak po dobrych rekolekcjach, jak po pielgrzymce. To dobrze, że takie coś jest, ale to stanowczo za mało, bo nasza wiara nie może się opierać jedynie na emocjach.

 

Innym dobrem może być to, że władza zobaczy siłę opozycji. Może (choć wątpię), zacznie się z nią liczyć. Ale to "dobro" powinienem pisać w cudzysłowie, bo według mnie to żadnym dobrem nie jest. Gdy przed stanem wojennym rzecznikiem rządu został Urban, wielu okazywalo zdziwienie. Wydawalo się bowiem, że rząd powinien takiego mieć rzecznika, który będzie uważał, by nie zrazić do siebie ludzi w tamtych trudnych czasach. Jednak Jacek Fedorowicz słusznie zauważył w jednym ze swych monologów, że władzy nie chodzi o to, by nas nie zrazić, ale by nas przerazić. By nam powiedzieć: "Patrzcie, możecie sobie strajkować, możecie żądać, a my i tak wam naplujemy w twarz i nic nam nie zrobicie".  I Urban pluł nam bardzo skutecznie. Pluje chyba zresztą do dziś.

 

Czy o to nam chodzi? Byśmy my teraz władzę przerazili? Żeby się nas bali, że zrobimy kolejną "manifę"? Czy może raczej chodzi o głębszą przemianę? O to, byśmy razem, wspólnie, z potrzeby serca stawiali krzyże? Tak, jak to było przez tysiąc lat polskiej historii?

 

Ja naprawdę nie wiem, czemu pierwsza próba przeniesienia krzyża do kościoła została przez wiernych zablokowana i komu i dlaczego na tym zależało. Wiem jednak, że z pewnością nie pomogło to w dziele nowej ewangelizacji, do której tak namawiał nas nasz Papież. Może pomogło kilku osobom poczuć się lepiej, może zmobilizowało kogoś do okazania swej wiary, ale ja naprawdę obawiam się, że wiara, którą te osoby okazują ma bardzo niewiele z tym, czego nas nauczał Jezus. I to, być może, jest w tej całej sytuacji najbradziej tragiczne.

Odsłon: 1838 Komentarzy: 122


Cała armia wniebowziętych? Kto by przypuszczał...

Kategoria: Religia Wednesday, 08 September 2010, 07:23

Po napisaniu notki na temat biblijnych wersetów potwierdzających w dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, na mych blogach wywiązała się dyskusja, która zmusiła mnie do dalszego poszukiwania i rozpatrywania biblijnych tekstów. Między innymi zwróciłem uwagę na ten fragment Ewangelii świętego Mateusza:

Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu. (Mt 27, 52-53)

Nie mamy żadnego historycznego zapisu, który by nam mówił, że zmarli oni ponownie i ponownie byli pochowani. Nie jest jasne, czy „Miasto Święte” to ziemskie, czy „Niebieskie Jeruzalem”.  Nie jestem w stanie stwierdzić, czy istnieją jakieś zapisy historyczne, poza samą Ewangelią świętego Mateusza, mówiące o tym wydarzeniu.

 

Na portalu organizacji Catholic Answers przeczytałem:

“jest zanotowane przez kronikarzy młodego Kościoła, że zostali oni wniebowzięci do Nieba, lub przynajmniej do miejsca tymczasowego stanu spoczynku i szczęśliwości często zwanego “rajem”, gdzie prawi ludzie z czasów starotestamentowych czekali na zmartwychwstanie Jezusa.”

Nie do końca zgadza się z tą opinią komentarz w „The Navarre Bible”, gdzie czytamy, że różni teolodzy i Ojcowie Kościoła dają nam trzy możliwe interpretacje tego trudnego tekstu. Pierwsza możliwość taka, że nie było to rzeczywiste zmartwychwstanie, ale mistyczne „objawienie” się tych zmarłych żyjącym ludziom, druga, że zmartwychwstali oni tak, jak Łazarz, po czym później zmarli i trzecia, że zmartwychwstali i zostali zabrani do nieba.

 

Pierwsza możliwość nie zupełnie jest zgodna z tekstem, który używa słowa „ἠγέρθησαν, ēgerthēsan”, po łacinie "surrexerunt",  co oznacza "powstać", "obudzić się", nie "objawić". Trzecia, według tego komentarza, jest trudna do pogodzenia z jasną nauką Biblii, że to Jezus był pierwszym, który powstał z martwych. Do tej trudności jeszcze powrócę. Najbardziej prawdopodobna zatem, zdaniem The Navarre Bible, jest druga możliwość. Święty Augustyn, święty Hieronim i święty Tomasz, według tego komentarza, skłaniali się właśnie do takiego wytłumaczenia tych zdarzeń. Dlatego właśnie, że najlepiej da się ją zgodzić z samym tekstem i nie powoduje ona trudności teologicznych, jakie daje nam trzecia możliwość.

 

Przeczytałem co mówi święty Tomasz i choć z pewnością skłania się on do drugiej wersji, nie twierdzi tego z całym przekonaniem. Raczej wyraża swą opinię, niż cokolwiek innego. Zresztą, zobaczcie sami:

"2. Mówiąc o cudach, które się wydarzyły w czasie męki Chrystusa, Ewangelia wspomina, że “groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy posnęli, powstało”. Chrystus więc nie był pierwszym, który zmartwychwstał.

 

Ad 2. Co do osób, które zmartwychwstały z Chrystusem, mamy dwa tłumaczenia. Są autorzy, którzy twierdzą, że one nie po to powróciły do życia, żeby znowu umrzeć. Gdyby tak było, to wskrzeszenie byłoby źródłem dodatkowej męki. Tak należy rozumieć słowa Hieronima, że “nie zmartwychwstały one przed Zmartwychwstaniem Pana”. Toteż i ewangelista mówi, “wyszedłszy z grobów po Jego Zmartwychwstaniu weszli do miasta świętego i ukazali się wielu”.

 

Lecz Augustyn czyniąc wzmiankę o tym tłumaczeniu mówi: “Wiem, iż niektórzy pisarze sądzili, że już śmierć Chrystusa Pana przyniosła sprawiedliwym takie zmartwychwstanie, jakie nam obiecano przy końcu świata. Ale gdyby oni nie posnęli powtórnie złożywszy swe ciało w grobie, to należałoby zapytać, w jaki sposób mamy rozumieć słowa, że Chrystus jest pierworodnym spośród umarłych”, jeżeli tyle osób zmartwychwstało przed Nim. Ewentualna odpowiedź, że fakt, który nastąpił później, został podany w relacji, jest antydatowany, bo trzęsienie ziemi i otwarcie się grobów miało miejsce, kiedy Chrystus zawisł na krzyżu, a ciała sprawiedliwych nie powstały wtedy, lecz później, po Zmartwychwstaniu Chrystusa, nie rozwiązuje to jednak następującej trudności. Piotr wskazując na zachowany jeszcze grób Dawida, mówi, że przepowiednia o ciele zachowanym od skażenia dotyczy Chrystusa, a nie Dawida. Nie przekonałby nikogo, gdyby w grobie nie było zwłok Dawida; grób mógłby pozostać i w tym wypadku, gdyby Dawid zmartwychwstał od razu po śmierci w ciele zachowanym od skażenia. Z drugiej strony wydaje się nie do przyjęcia przypuszczenie, że Dawida, Chrystusowego przodka, mogło ominąć wskrzeszenie do wiecznego życia, gdyby stało się ono udziałem sprawiedliwych. Poza tym przyjęcie tej wykładni podważyłoby twierdzenie Apostoła, że Bóg nie chciał, aby oni bez nas osiągnęli doskonałość. A stałoby się to, gdyby już w czasie swego wskrzeszenia otrzymali niezniszczalność, której obiecano nam udzielić po osiągnięciu kresu.”

 

Tak oto Augustyn, jak się zdaje, uważa, że wskrzeszeni mieli umrzeć ponownie. Zagadnienia tego dotyczy przypuszczalnie odnośny komentarz Hieronima, że “jak Łazarz zmartwychwstał, podobnie zmartwychwstało wiele ciał świętych, dla uwydatnienia Zmartwychwstania Pana”. Lecz na innym miejscu Hieronim poddaje to w wątpliwość. Augustyn przytacza jednak, jak się zdaje, o wiele mocniejsze racje niż Hieronim. (Summa Theologiae, III, q. 53, a. 3)

Ignatius Bible Study z komentarzami Scotta Hahna i Curtisa Mitcha nie widzi takich problemów. Komentatorzy ci przyjmują za oczywiste, że było to zmartwychwstanie połączone z wniebowzięciem, zwracając tylko uwagę na słówko „after”, „po”,  jakie mamy w 23. wersecie:

I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu.

Zatem to Jezus pierwszy zmartwychwstał, oni, jak wyraźnie podaje nam biblijny tekst, powstali z grobów po zmartwychwstaniu Jezusa.

 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tekst mój pozostawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Jednak wydaje mi się, że pisząc o Wniebowzięciu Maryi trzeba było także zając się tym zagadkowym epizodem opisanym przez Świętego Mateusza, który często jest przez nas zupełnie przeoczany i który daje nam możliwość interpretacji wskazującą na fakt, że być może wniebowzięcie nie jest aż tak niecodziennym zjawiskiem, jak moglibyśmy przypuszczać. Niecodziennym i niezwykłym faktem było Zmartwychwstanie Jezusa, a w tym kontekście patrząc na to, co się wówczas działo w Palestynie, wydaje się całkiem możliwe, że Zmartwychwstanie przyniosło starotestamentowym świętym natychmiastowy dostęp do Nieba, z ciałem i duszą.

 

Jak ja zatem pogodzę tę teorię z Ap 6,9? Przypomnę, mówi on:

A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli. (Ap 6,9)

Maryja w Ap 12 opisana jest "w ciele", ma stopy, wieniec na głowie, ale ci męczennicy – są tylko duszami. Jak to pogodzić?

 

Nie wiem. Być może są to męczennicy zabici za wiarę już jako chrześcijanie, po zmartwychwstaniu Jezusa. Być może nie wszyscy święci zmarli przed Chrystusem zmartwychwstali. Może tylko wybrani. Nie potrafię na to jednoznacznie odpowiedzieć i tak to zostawię.  Skoro nawet święty Tomasz ma tu pewne wątpliwości, to kimże ja jestem, by myśleć, że to zrozumiałem?

Odsłon: 1043 Komentarzy: 21


A gdzie "TO" jest w Biblii? Wniebowzięcie

Kategoria: Religia Sunday, 08 August 2010, 05:21

Trudne zadanie, ponieważ rzeczywiście nigdzie w Biblii nie jest napisane, że Maryja została wzięta, wraz ze swym ciałem, do nieba. Oczywiście my to wiemy, bo nam to przekazała Tradycja Kościoła, ale ten cykl notek ma bardzo konkretne założenie: Pokazać, gdzie Biblia nas czegoś uczy, albo przynajmniej nam potwierdza naukę przekazaną w formie Tradycji.

 

Skoro więc nie ma wersetu mówiącego wprost, że Jezus zabrał swą Matkę z ciałem i duszą do Nieba, zobaczmy te wersety, które nam to pośrednio insynuują i które pokazują, że wniebowzięcie wcale nie jest aż tak unikalnym wydarzeniem, jak niektórym by się mogło wydawać.

 

Zacznę od końca, czyli od pokazania, że miały miejsce podobne precedensy w czasach starotestamentowych. Wiemy z całą pewnością, że co najmniej dwie osoby zostały zabrane do Nieba z ciałem i duszą, Henoch i Eliasz:

Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg. (Rdz 5,24)

 

Henoch podobał się Panu i został przeniesiony jako przykład nawrócenia dla pokoleń. (Syr 45, 16)

 

Nie było drugiego spośród stworzonych na ziemi jak Henoch, on bowiem z ziemi został uniesiony. (Syr 50, 14)

 

Przez wiarę Henoch został przeniesiony, aby nie oglądał śmierci. I nie znaleziono go, ponieważ Bóg go zabrał. Przed zabraniem bowiem otrzymał świadectwo, iż podobał się Bogu. (Hbr 11, 55)

 

Podczas gdy oni szli i rozmawiali, oto zjawił się wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi i rozdzielił obydwóch: a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios. (2 Krl 2, 11)

 

Eliasz w nagrodę za swoją wielką gorliwość o Prawo został zabrany do nieba. (1 Mch 2, 58)

 

Jakże wsławiony jesteś, Eliaszu, przez swoje cuda i któż się może pochwalić, że tobie jest równy? […]  Ty, który zostałeś wzięty w skłębionym płomieniu, na wozie, o koniach ognistych. O tobie napisano, żeś zachowany na czasy stosowne, by uśmierzyć gniew przed pomstą, by zwrócić serce ojca do syna, i pokolenia Jakuba odnowić. (Syr 49, 4, 9-10)

Zatem jeżeli Bóg mógł tych dwóch pobożnych mężów zachować od śmierci i zabrać prosto do Nieba, czyż nie jest logiczne, że tym bardziej zrobiłby to dla Tej, którą wybrał na Matkę Swego Syna? Dla Tej, która nie splamiła swej duszy żadnym grzechem?

 

Święty Jan w czasie swego objawienia na wyspie Patmos relacjonuje nam interesującą wizję:

Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. (Ap 12,1)

Z kontekstu wiemy z całą pewnością, że tu chodzi o Maryję, bo jest to ta, która "porodziła syna – mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną."  Wszyscy się zgadzają, że chodzi tu o Jezusa.  A sam opis Maryi jest bardzo "cielesny". Jest "obleczona w słońce", ma "księżyc pod stopami" i koronę z gwiazd na głowie.  To nie jest to samo, co zobaczył św. Jan na przykład w tym momencie:

A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego i dla świadectwa, jakie mieli. (Ap 6, 9)

Tutaj widzi on dusze męczenników. Jednak przy wizji Maryi widzi Niewiastę, mającą stopy i wieniec na głowie. Całkiem inny opis, mocno potwierdzający to, czego nas uczy Tradycja i Kościół.

 

 

Odsłon: 703 Komentarzy: 20


Zakaz antykoncepcji, potępienie aborcji... Złośliwość Kościoła, czy mądrość Boga?

Kategoria: Pro life Monday, 08 February 2010, 00:30

Po mojej notce napisanej z okazji rocznicy ogłoszenia encykliki Papieża Pawła VI „Humanae Vitae” czytelnicy napisali kilka komentarzy, na które chciałbym teraz odpowiedzieć.  W Salonie24 „Niepozorny” napisał:

”Dość trudno mówić o jakiejś konkretnej istocie ludzkiej w pierwszych dniach – np. dlatego, że zarodek może się dzielić na dwoje (i jeśli tak pozostanie – powstaną bliźnięta), a następnie znowu łączyć w jedno. Nie wydaje mi się, żeby to się dało jakoś sensownie rozwiązać z punktu widzenia etyki katolickiej.”

Następnie cytuje on fragment pewnego opracowania krążącego w sieci, tłumaczącego jak to wygląda z medycznego, naukowego punktu widzenia. Nie jestem lekarzem, nie jestem biologiem i trudno mi ocenić, czy jest to prawda. Jednak niezależnie od tego czy tak jest, czy nie, nie ma to w praktyce żadnego znaczenia. Oto moja odpowiedź, także zamieszczona na blogu w Salonie24:

 

Niepozorny, Piszesz:

"Dość trudno mówić o jakiejś konkretnej istocie ludzkiej w pierwszych dniach – np. dlatego, że zarodek może się dzielić na dwoje (i jeśli tak pozostanie – powstaną bliźnięta), a następnie znowu łączyć w jedno. Nie wydaje mi się, żeby to się dało jakoś sensownie rozwiązać z punktu widzenia etyki katolickiej."

-Mylisz się, nie tylko nie trudno, ale jest to bardzo proste. Przede wszystkim to właśnie nauka nam mówi, że jak jakiś żywy organizm na DNA jakiegoś gatunku, to jest osobnikiem należącym do tego gatunku. Proste, prawda?

 

Po drugie prawo cywilne wszystkich krajów, broniące ginących gatunków zwierząt, karze tak samo za zniszczenie jajka chronionych ptaków, czy żółwi, jak za zabicie dorosłego osobnika. Dlaczego? Chyba jasne…

 

Po trzecie, gdyby ktoś zabił zygotę, którą byłeś Ty, to Ty byś się nigdy nie narodził. Bardzo konkretny Ty. Bo Ty byłeś bardzo konkretną zygotą.

 

Po czwarte nie są istotne te wszystkie dywagacje z "uczonego" tekstu, który tu mi wkleiłeś. Dlaczego? Dlatego, że zawsze nami musi kierować zasada, że gdy nie wiemy, to nam nie wolno.

 

Gdy jestem na polowaniu i obok w krzakach się coś rusza, a ja nie jestem pewien, czy to dzik, czy mój przyjaciel, to NIE WOLNO mi strzelić tylko dlatego, że mam ochotę i nie mam pewności.

 

Gdy jadę swoją ciężarówką i na drodze leży coś czarnego, w kształcie podobnym do człowieka, ale przykryte tak, że nie jestem pewien, to NIE WOLNO mi tego przejechać tylko dlatego, że nie jestem pewien.

 

Zakład Pascala odnosi się do wiary, ale można go również odnieść do naszego tematu. Bo i tu mamy tylko dwie możliwości:

 

1. Wydaje nam się, że zygota jest człowiekiem, albo

 

2 Wydaje nam się, że zygota nie jest człowiekiem.

 

…i możemy ją zabić, albo nie.

 

Gdy jej nie zabijamy, to niezależnie od naszych poglądów nie robimy nic niemoralnego. Gdy ją zabijamy, myśląc, że jest człowiekiem, popełniamy morderstwo. Ale co się dzieje, gdy ją zabijamy, myśląc, że nie jest człowiekiem?

 

Tu także mamy dwie możliwości. Albo się mylimy, a wtedy jesteśmy winni nieumyślnego spowodowania śmierci człowieka, albo wydawało nam się dobrze. Wtedy i tylko wtedy mielibyśmy prawo do zniszczenia zygoty, ale MUSIELIBYŚMY MIEĆ PEWNOŚĆ. Tymczasem NIKT nie ma takiej pewności.

 

Dlatego nawet w takiej sytuacji zabicie zygoty jest tak samo niemoralne jak strzelenie do ruszających się zarośli, czy przejechanie leżącej sylwetki na szosie. Nie ma takiej sytuacji, gdy zabicie zygoty ludzkiej jest moralnie usprawiedliwione.

 

Oczywiście nie był to koniec dyskusji, Niepozorny, cytując fragmenty mojej repliki odpisał:

"Hiob: Przede wszystkim po pierwsze to właśnie nauka nam mówi, że jak jakiś żywy organizm na DNA jakiegoś gatunku, to jest osobnikiem należącym do tego gatunku. Proste, prawda?"

 

-Właśnie nie w tym przypadku. Zauważ, że całe "uczone dywagacje" mają swoją pożywkę w trudnościach zastosowania tego podziału tutaj. Bo identyczne DNA ma każda z tych komórek – ale nie ma dobrego sposobu, by ustalić czy należą one do jednego, dwóch czy więcej osobników. Inaczej: nie wiadomo, czy dana komórka stanie się zalążkiem innego bliźniaka, czy własnych organów.

-Super, zgadzam się. Nie wiadomo. Wiadomo jednak dwie rzeczy: Wiemy, że stanie się dorosłym człowiekiem i wiemy, że się rozwija i ma ludzkie DNA. Wiemy też, że gdy ją zabijemy, to zabiliśmy życie człowieka. Jedyne, czego nie wiemy, to to, czy zabijając, zabijemy jednego człowieka, czy (w przypadku wczesnego stadium rozwoju bliźniaków) dwie osoby. Zatem co nam niby daje prawo zabijać? I co tu ma do rzeczy fakt, że bliźniaki mają identyczne DNA? Nie chodzi o to, jakie ono jest, ale czy jest to DNA należące do gatunku Homo Sapiens.

 

Niepozorny:

"Hiob: Po drugie prawo cywilne wszystkich krajów, broniące ginących gatunków zwierząt, karze tak samo za zniszczenie jajka chronionych ptaków, czy żółwi, jak za zabicie dorosłego osobnika. Dlaczego? Chyba jasne?"

 

-Obowiązujące prawo nie ma nic do rzeczy – w przeciwnym wypadku prawem amerykańskim można by uzasadniać, że aborcja powinna być dopuszczalna. Zresztą – nie wiem co to ma wspólnego z dyskusją. Jajek tych ptaków chroni się, bo ich zniszczenie przybliża wyginięcie gatunku prawie tak jak zabicie dorosłego. I tyle. Nie widzę analogii.

-W pewnym sensie racja, prawo cywilne nie może determinować pojęcia "moralność". Jednak tu chodzi o coś innego. Tu chodzi o uznanie faktu, potwierdzanego przez naukę, że zniszczenie jajka powoduje taki sam skutek, jak zabicie dorosłego osobnika. Prawo to potwierdza prosty fakt, że jak zniszczymy jajka ginącego gatunku zwierząt, spowodujemy wyginięcie tego gatunku. Zatem niszcząc jajka, zabijamy rozwijające się życie osobnika tego gatunku. Jest więc zupełnie nielogiczne upieranie się, że nienarodzony człowiek nie jest człowiekiem. Nie ma to żadnych podstaw, poza ideologicznymi. I jest to ideologia bardziej chora, niż nazizm i komunizm razem wzięte.

 

Niepozorny:

"Hiob: Po trzecie, gdyby ktoś zabił zygotę, którą byłeś Ty, to Ty byś się nigdy nie narodził. Bardzo konkretny Ty. Bo Ty byłeś bardzo konkretną zygotą."

 

-No właśnie wklejony fragment tę pewność podważa. Nie ma czegoś takiego jak "bardzo konkretna zygota" – wszystko tam jest rozmyte, komórki mogą się dzielić, znów łączyć, nie wiadomo ile osób koniec końców powstanie.

-Wcale nie.  Nic tam nie jest rozmyte. To, że komórki te, w początkowym stadium rozwoju są zaledwie połączone jakimś śluzem i otoczone cienką błoną, nie zmienia faktu, że to byłem ja we wczesnym okresie rozwoju. Nic nie zmieni fakty, że gdyby je ktoś zniszczył, zabił, to ja bym się nie urodził. Bardzo konkretny "JA".  A to, że potencjalnie mógłbym mieć brata bliźniaka, nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia. Ja nie dyskutuję o abstrakcyjnych teoriach, ale o bardzo konkretnym problemie mordowania bardzo konkretnych niewinnych dzieci.

 

Niepozorny:

Akurat argument z tzw. "prawa łowieckiego" jest dość mocny, ale to od niego należałoby wyjść. Tyle że ten argument też dość łatwo skrytykować – po pierwsze koszty dla matki są większe niż dla myśliwego, któremu ucieknie zwierzyna. Po drugie, ta zasada nie jest zawsze stosowana również przez obrońców życia poczętego – np. dorosła świnia wykazuje duży większy *aktualny* stopień rozwoju niż płód (choć oczywiście potencjalny – mniejszy), co nie przeszkadza nam jej zabić na mięso,. Proszę, żebyś się tym porównaniem nie zniesmaczał – po prostu dlaczego mamy być ostrożni ze względu na potencjalny pułap rozwoju, a nie na poziom aktualny? W takim wyborze tkwi jakieś ryzyko, które jednak podejmujesz.

-Nie bardzo rozumiem co tu jest tak łatwo skrytykować. O jakich "większych kosztach dla matki, niż dla myśliwego, któremu ucieknie zwierzyna"  mówisz?  Jak w ogóle można tu mówić o kosztach? Zaczniemy przeliczać dzieci na Mercedesy? Bo podobno tyle kosztuje dziecko. Teza zresztą zupełnie bezsensowna, jak to wykazał ktoś na blogu "wielodzietni.org", a zacytowała Bogna Białecka na Frondzie. Po drugie nie rozumiem, co ma wartość świni do rzeczy? Ja nie mówię o materialnej wartości człowieka. Wartość życia ludzkiego wynika z czegoś zupełnie innego. Każdy człowiek, niezależnie, czy jest to noblista, prezydent, artysta, naukowiec, sportowiec, starzec, kaleka, nienarodzone dziecko, czy w ogóle ktokolwiek  jest tak samo wartościowy w oczach Boga.

 

"Dlaczego mamy być ostrożni ze względu na potencjalny pułap rozwoju, a nie na poziom aktualny? W takim wyborze tkwi jakieś ryzyko, które jednak podejmujesz." Całkiem nie rozumiem Twojego toku rozumowania. Jakie ryzyko? Że człowieka nie można przerobić na golonkę? Byłem parę tygodni temu w niemieckim obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Oglądałem między innymi stosy włosów, które "miały wartość" dla Niemców. Można było z nich robić materace. Taka jest tylko wartość człowieka dla Ciebie? Zatem, rozumiem, starcy także powinni być "utylizowani", bo są bezwartościowi? Nic, tylko nas obciążają, wymagają leczenia, biorą renty, a nie pracują?

 

Człowiek to nie jest świnia, choć  niektórzy ludzie są bestiami.

 

Niepozorny pisze dalej, odpowiadając komuś innemu w naszej dyskusji:

No właśnie KK musi wynaleźć jakiś świecki język komunikacji, bo w przeciwnym wypadku jego głos nie będzie brany pod uwagę. Dawniej była to filozofia tomistyczna, później fenomenologia czy personalizm (stąd np. popularność Tischnera, niestety osamotnionego). Nie wiem jak odbierane jest to co piszę, ale ja w dużej mierze "czuję" nauczanie kościelne, tylko staram się wymusić zajęcie jasnego i dobrze uargumentowanego stanowiska. Choć oczywiście czasem podnoszę obiektywne moim zdaniem trudności, bo intuicji Kościoła z oczywistych powodów nie uważam za nieomylne. W sprawach bioetyki trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Przesuwanie lub usuwanie granicy jest zawsze niebezpieczne. Z drugiej strony, taki arbitralny podział jak ten funkcjonujący w religiach też jest krzywdzący dla dużej grupy istot – np. zwierząt pozbawionych w zasadzie wszelkich praw.

Świecki język komunikacji? A co to jest? Kościół mówi bardzo prostym i bardzo zrozumiałym językiem. Katechizm KK, a zwłaszcza Kompendium Katechizmu są napisane językiem zrozumiałym dla dziesięcioletniego dziecka. Kierowca ciężarówki z ledwo zdaną maturą jest w stanie zrozumieć wszystkie dokumenty kościelne.

 

Co to znaczy "czuję nauczanie kościelne, tylko staram się wymusić zajęcie jasnego i dobrze uargumentowanego stanowiska"? Ja odnoszę wrażenie, że Niepozorny czuje jedynie swoje poglądy, które nie całkiem się pokrywają z jasnym stanowiskiem Kościoła, a wymuszenie miałoby polegać na zmianie stanowiska Kościoła. Tymczasem Kościół nie może czegoś takiego zrobić, bo nie ma takiej mocy. Nauka o godności ludzkiego życia nie jest wymyślona przez Kościół. Pochodzi ona z Bożego Objawienia.

 

To, że Niepozorny "intuicji Kościoła z oczywistych powodów nie uważa za nieomylne" także nie ma żadnego znaczenia. To znaczy nie ma dla obiektywnej rzeczywistości, choć z pewnością ma to znaczenie dla Niepozornego.  Kościół naucza nieomylnie w dziedzinie wiary i moralności i wynika to jednoznacznie z obietnicy Jezusa danej Kościołowi. Każdy może to odrzucić, bo każdy ma wolną wolę. Jednak musimy pamiętać, że na końcu wszystko się sprowadzi do tego, że albo my powiemy Bogu: "Bądź wola Twoja", albo On nam powie to samo.

 

To jest ciągle ten sam grzech, grzech Adama i Ewy:

Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (Rdz 3, 4-5)

I my, jak to widać na przykładzie Niepozornego, jak głupi, wierzymy obietnicy szatana, sami decydując co jest dobrem, a co złem i ciesząc się, że nie umieramy, nie widzimy, że jesteśmy chodzącymi trupami. Zombie.

 

I jeszcze jedno. Co prawa zwierząt mają do rzeczy w tym kontekście? Jestem ostatnim, który by pragnął złego traktowania zwierząt, ale ochrona ludzkiego życia, a sprawa praw zwierząt to są zupełnie odmienne sprawy. Bóg zakazał mordowania niewinnych osób i nakazał zabijanie zwierząt. Człowiek ma prawo zabijać zwierzęta i je spożywać. Izraelici mieli wręcz nakaz zabijania zwierząt. Natomiast żaden człowiek nie ma prawa zabijania życia niewinnego człowieka.

 

Avenarius napisał:

"Humanae Vitae" zawiera w sprawie antykoncepcji stanowisko, które moim zdaniem trzeszczy pod naciskiem zdrowego rozsądku. Zresztą, jest pewien charakterystyczny objaw poczucia niedostatku argumentacji – mnożenie argumentów wydumanych, na zasadzie "…a poza tym…" "Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM zakazuje jej Biblia" (Nie zakazuje w żadnym miejscu. Przeciw antykoncepcji nie mają nic Ci, którzy poza tym są biblijnymi fundamentalistami)

Owszem, zakazuje i to wyraźnie. Prawdę mówiąc to stwierdzenie Avenariusa sprowokowało mnie, bym napisał kolejną notkę z cyklu "A gdzie TO jest w Biblii?" Zatem zapraszam, "Antykoncepcja" Tam są cytaty, a najważniejszy z nich, najdobitniej zabraniający stosowania antykoncepcji zacytuję i tutaj:

Wtedy Juda rzekł do Onana: Idź do żony twego brata i dopełnij z nią obowiązku szwagra, a tak sprawisz, że twój brat będzie miał potomstwo. Onan wiedząc, że potomstwo nie będzie jego, ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu. Złe było w oczach Pana to, co on czynił, i dlatego także zesłał na niego śmierć. (Rdz 38, 8-10)

Avenarius:

"Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM promuje kulturę nieodpowiedzialnego konsumpcjonizmu w seksie" (zależność jest odwrotna – konsumpcjoniści stosują antykoncepcję, a nie ona ich stwarza)

Oczywiście, że zależności są w obie strony, jednak nie zapominajmy, że encyklika powstała w czasach, gdy takie podejście, taka postawa "nieodpowiedzialnego konsumpcjonizmu w seksie" w praktyce nie istniała. To właśnie pigułka spowodowała "rewolucję seksualną" na świecie. To dostępność taniego i relatywnie skutecznego środka antykoncepcyjnego spowodowała zmianę całej naszej cywilizacji, naszych zachowań, naszych praktyk, wierzeń i przekonań.

Avenarius:

Te powszechnie pojawiające się "dodatki" mają moim zdaniem dopchnąć argumentację do 100%, bo ich pozbawiona wydaje się być samym autorom jakaś krzywa, choć tego przed sobą nie przyznają.

Nie mogę odpowiadać za innych, ale mogę zapytać: Gdzie ja "dopycham argumentację do 100%" jakimiś "dodatkami"? Wydaje mi się, że moja argumentacja jest bardzo konkretna i logiczna.

 

Avenarius:

Początkowa niechęć Kościołów do antykoncepcji wiązała się z tym, że usuwała ona zasadniczy straszak przed rozpustą – niechcianą ciążę. Nie można już było straszyć dziewczyny wizją "brzucha", który przyniesie jej publiczny wstyd.

Argument bez sensu, wynikający z całkowitego niezrozumienia nauki Kościoła i w ogóle Jego misji. Prawa moralne nie są po to, by nam zepsuć zabawę, ale by nas uchronić przed cierpieniem. Każdy, kto uciekając w rozwiązłe życie poszukiwał szczęścia wie, o czym mówię. Nikt i nigdy tam szczęścia nie znalazł. Chyba, że ktoś za szczęście uważa chwilowe zapomnienie. Ale to da mu także alkohol, czy narkotyki.

 

Avenarius:

Czy w przypadkowym seksie nie ma innych, ważniejszych zagrożeń niż tylko ciąża? To charakterystyczne, że wielu walczących przeciw antykoncepcji stwarza wrażenie, jakby im brakowało "czegoś do postraszenia" ludzi. Dlatego mnożą nieprawdopodobne informacje: a to o tej antykoncepcyjnej nerwicy, a to nonsensy o dziurach w kondomach itp.

Nie wiem, co robi "wielu walczących przeciw antykoncepcji", ale wiem, że Kościół od samego początku, od zawsze, także w encyklice Humanae Vitae uczy, że jest wiele ważniejszych zagrożeń. Powiedział bym nawet, że ciąża akurat nie jest tu żadnym zagrożeniem. Może to jest "straszak", ale nie z punktu widzenia nauki Kościoła. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś chce tę ciążę usunąć, zabić dziecko.

Avenarius:

Przyznaję, że stworzenie NAPRAWDĘ pozytywnej wizji dobra, które się chroni zachowując normy w życiu seksualnym jest diablo trudne, bo jest to właśnie dziedzina, w której spontaniczność jest warunkiem sine qua non radości. Jak ocalić ową spontaniczność dbając jednocześnie o uczynienie seksu czymś ludzkim – to zadanie nie byle jakie. Zakazy dawać łatwiej.

Z pewnością nie jest to łatwe, ale też jest to coś o czym zarówno Kościół, jak i indywidualni apologeci i teolodzy wielokrotnie pisali. Wystarczy wspomnieć środowy cykl katechez Jana Pawła Wielkiego znany dziś jako "Teologia Ciała", wystarczy wspomnieć to, co robi pani Wanda Półtawska, wystarczy przypomnieć doskonałych apologetów amerykańskich, Jasona i Crystalinę Evert, którzy przemawiają do setek tysięcy nastolatków w katolickich, chrześcijańskich i publicznych szkołach w USA i na całym świecie. Jest to naprawdę unikalna para apologetów. Crystalina była "normalną dziewczyną" w liceum, sypiając z wieloma chłopakami, Jason zachował dziewictwo dla swej przyszłej żony. Ich przykładowe wykłady, czy konferencje można znaleźć na tej stronie: KLIK Nagrali oni także parę cykli audycji dla amerykańskiego katolickiego radia EWTN i chętnie pomogę je odnaleźć w archiwum, gdyby ktoś był zainteresowany.

 

Nie jest zatem prawdą, że Kościół tylko zakazuje i niczego nie tłumaczy. Jest akurat dokładnie odwrotnie, wystarczy tylko poszukać.

Odsłon: 508 Komentarzy: 4


A gdzie "TO" jest w Biblii? Antykoncepcja

Kategoria: Pro life Friday, 08 January 2010, 23:39

Podczas dyskusji pod notką napisaną z okazji 42. rocznicy ogłoszenia encykliki Humanae Vitae ktoś o pseudonimie avenarius napisał:

"Humanae Vitae" zawiera w sprawie antykoncepcji stanowisko, które moim zdaniem trzeszczy pod naciskiem zdrowego rozsądku. Zresztą, jest pewien charakterystyczny objaw poczucia niedostatku argumentacji – mnożenie argumentów wydumanych, na zasadzie "…a poza tym…" "Antykoncepcja jest złem, bo niszczy naturalną więź między seksem a prokreacją, A POZA TYM zakazuje jej Biblia" (Nie zakazuje w żadnym miejscu. Przeciw antykoncepcji nie mają nic Ci, którzy poza tym są biblijnymi fundamentalistami)

Zatem… Jak to jest? Czy Biblia zakazuje gdziekolwiek jakiś form seksu, które nie prowadzą do prokreacji? Owszem, mamy jeden bardzo mocny tekst, opisujący dzieje Onana i mamy wiele przykładów pokazujących, że posiadanie dzieci zawsze jest błogosławieństwem, a ich brak to przekleństwo. A oto kilka przykładów:

Wtedy Juda rzekł do Onana: Idź do żony twego brata i dopełnij z nią obowiązku szwagra, a tak sprawisz, że twój brat będzie miał potomstwo. Onan wiedząc, że potomstwo nie będzie jego, ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu. Złe było w oczach Pana to, co on czynił, i dlatego także zesłał na niego śmierć. (Rdz 38, 8-10)

 

Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (Rdz 1,28)

 

Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. (Rdz 9,11)

 

I mówił Bóg do Abrahama: żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Błogosławiąc jej, dam ci i z niej syna, i będę jej nadal błogosławił, tak że stanie się ona matką ludów i królowie będą jej potomkami. (Rdz 17, 15-16)

 

Oto synowie są darem Pana, a owoc łona nagrodą. Jak strzały w ręku wojownika, tak synowie za młodu zrodzeni. Szczęśliwy mąż, który napełnił nimi swój kołczan. Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie. (Ps 127, 3-5)

 

Szczęśliwy każdy, kto boi się Pana, który chodzi Jego drogami! Bo z pracy rąk swoich będziesz pożywał, będziesz szczęśliwy i dobrze ci będzie. Małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu. Synowie twoi jak sadzonki oliwki dokoła twojego stołu. Oto takie błogosławieństwo dla męża, który boi się Pana. Niechaj cię Pan błogosławi z Syjonu, oglądaj pomyślność Jeruzalem przez całe swe życie. Oglądaj dzieci twoich synów. Pokój nad Izraelem! (Psalm 128)

 

Przykłady można by mnożyć. Jest ich znacznie więcej. Ale jest też jeden werset mówiący, że lepiej byłoby nie mieć dzieci:

Nie pragnij wielkiej liczby dzieci, jeśliby miały być przewrotne, ani nie chwal się synami bezbożnymi! I chociażby byli liczni, nie chełp się nimi, jeśli bojaźni Pańskiej nie mają. (Syr 17, 1-2)

Co on zatem oznacza? Wiemy, że Biblia nie może sobie nigdzie zaprzeczać, więc z pewnością nie jest tu mowa o tym, że dobrze jest mieć mało dzieci. Kluczem do zrozumienia tego wersetu są ostatnie słowa: "… jeśli bojaźni Pańskiej nie mają".

 

Syrach nie krytykuje tu posiadania dzieci, ale rodziców, którzy nie wychowują dzieci w duchu bojaźni bożej. On zakłada, że każdy wie, że posiadanie sporej gromadki dzieci jest błogosławieństwem i tylko w  tym kontekście można zrozumieć jego ostrzeżenie. Mówi on: "Nie chlub się, że Ci Bóg błogosławi, gdy nie wychowujesz tych dzieci tak, by Boga wielbiły, by Go kochały i się Go bały. Jeżeli nie przekażesz dzieciom wiary, nic ci z tego błogosławieństwa nie przyjdzie. Możesz zatracić swioję duszę i dusze twoich dzieci".  Zresztą wystarczy przeczytać kolejne dwa wersety, by mieć pewność, że i Syrach naucza, że ludzie, ludne miasta, zawsze są błogosławieństwem:

Nie licz na ich życie ani nie zwracaj uwagi na wielką ich liczbę! Więcej bowiem może znaczyć jeden niż tysiąc i lepiej umrzeć bezdzietnym, niż mieć dzieci bezbożne. Przez jednego mądrego miasto się zaludnia, a pokolenie żyjących bez Prawa zmarnieje. (Syr 17, 3-4)

Zatem, jak widzimy, ciągle mówi on o tym, że bogobojny i mądry jeden człowiek "zaludni miasto", a całe pokolenie "żyjących bez Prawa zmarnieje".

Odsłon: 630 Komentarzy: 5


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.