Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Ojciec John Corapi opuszcza kapłaństwo

Kategoria: Kościół Saturday, 25 June 2011, 17:23

Pisałem dwukrotnie już na mym blogu o ojcu Corapim. Najpierw było to świadectwo, czy też może biografia tego niezwykłego człowieka. Później, jakieś trzy miesiące temu, napisałem ze smutkiem o oskarżeniu go o niemoralne zachowanie w stosunku do jakiejś dorosłej kobiety i o nadużywanie alkoholu i zażywanie narkotyków. Ojciec John został odsunięty od wszelkich działań związanych z jego kapłaństwem, nie mógł publicznie głosić kazań, ani sprawować sakramentów i czekał na wnioski ze śledztwa, jakie Kościół miał przeprowadzić.

 

Kilka dni temu ojciec John ogłosił, że opuszcza kapłaństwo. Był to prawdziwy szok dla wielu z nas. Ja, gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, zresztą od pana Franka Kucharczaka, nie mogłem w to uwierzyć. Jednak nie trudno było to potwierdzić, przeglądając amerykańskie, katolickie portale.

 

W moich poprzednich notkach o ojcu Corapim napisałem między innymi:

 

„Ojciec Corapi jest dziś chyba najbardziej znanym kaznodzieją w Stanach Zjednoczonych. Ma niesamowity dar mówienia prostym językiem prawdy. Nagrał setki wykładów, konferencji, kazań, przemów, gdzie naucza katolickiej, ortodoksyjnej wiary. Przez lata przemierzał Stany wzdłuż i wszerz, głosząc Słowo Boże we wszystkich stanach i w wielu innych krajach.”

 

„Niesamowita postać i niesamowity przykład Bożego Miłosierdzia w działaniu. Pokazujący nam także i to, że czasem musimy wszystko stracić i dosłownie wylądować na ulicy, by usłyszeć głos Boga. Bogactwo, pieniądze, sława – to nie jest błogosławieństwo. Bardzo często  jest odwrotnie. Błogosławieni ci, o których mówił Pan Jezus w ostatnią niedzielę. Cisi, ubodzy w duchu, ci, co się smucą…  Tak trudno nam to czasem zrozumieć. Dlatego tak dobrze się słucha ojca Corapi, bo on nie teoretyzuje. On to przeżył i jak on to nam powtarza, to można mu wierzyć.”

 

„Corapi nie jest oskarżony o nic, co byłoby karane przez prawo. Nie są w to zamieszane żadne nieletnie osoby. Nie ma to żadnego związku z homoseksualizmem,  czy pedofilią. Była pracownica, osoba pełnoletnia, oskarżyła go nie u prokuratora, czy na policji, ale u kilku, czy kilkunastu biskupów, rozsyłając do nich list. Nie ma na razie żadnych podstaw, by jej wierzyć. A jednak potraktowano ojca Corapiego jakby już udowodniono mu jakieś przestępstwo, lub przynajmniej niemoralne zachowanie.”

 

Nie chcę tu przepisywać tego, co każdy sam może sobie przeczytać. Chodzi mi jedynie o pewne wprowadzenie do tematu. Uważałem i nadal uważam tego kapłana za osobę niezwykłą. Jego wykłady, kazania, nauki są wspaniałe, pełne miłości do Jezusa i Jego Matki, i zawsze zgodne z nauką Kościoła. To bardzo tradycyjny kapłan i mimo pięciu dyplomów wyższych uczelni i doktoratu z teologii daleki jest od wszelkich wymądrzań się. Ma wiarę jak małe dziecko i jak dziecko przyjmuje wszystko, czego naucza Kościół.

 

Ponieważ takie jest moje zdanie o nim, to z tym większym bólem serca przyjąłem jego decyzję porzucenia kapłaństwa. Dlatego chciałbym się tu podzielić z Wami moimi przemyśleniami na ten temat. I nie będzie to ani obrona jego decyzji, ani nie będzie to oskarżenie. Nie znam wszystkich faktów, lecz jedynie te, które są dostępne w Internecie. A to zapewne jedynie niektóre. Nie znam motywacji oskarżycieli, ani sędziów ojca Corapiego i nie czytam w jego sercu. Mogę tylko wysłuchać to, co on sam mówi i przyjąć to za dobrą monetę. Jednak cala ta sytuacja jest dla mnie niezwykle bolesna.

 

Ojciec Corapi w dniu 17 czerwca na swej stronie napisał między innymi:

 

„W najbliższą niedzielę, 19 czerwca, jest Niedziela Trójcy Świętej w liturgicznym kalendarzu Kościoła i Dzień Ojca w świeckim kalendarzu. To dzień, którego nigdy nie zapomnę. To będzie dwudziesta rocznica moich święceń kapłańskich. Przez dwadzieścia lat byłem nazywany „ojcem”. […]

 

\"Wszystko się zmienia, tylko Bóg pozostaje niezmienny, więc muszę wam powiedzieć o zasadniczej zmianie w moim życiu. Nie będę uczestniczył więcej w publicznym życiu jako kapłan. Są pewne osoby posiadające  władzę w Kościele, które pragną, bym odszedł, więc odejdę.\" […]

 

\"Obecne zarzuty, o których słyszeliście, pochodzą, o ile wiem, od osoby, której pomogłem w życiu więcej, niż jakiejkolwiek innej osobie. Wybaczam jej i mam nadzieję, że spotkają ją same dobre rzeczy.\" […]

 

\"Kocham Kościół Katolicki i akceptuję to, co doszło do mnie. Niestety procedury, jakie są przestrzegane, są ze swej natury pełne wad, ale biskupi mają najwidoczniej  moc działania tak, jak im pasuje. Nie mogę tu rozciągle tłumaczyć co do mnie dotarło, ale mogę zdradzić, że najbardziej prawdopodobne jest to, że zostanę zawieszony na zawsze, aż wszyscy o mnie zapomną. Nie mogą mi udowodnić żadnej winy, bo jestem niewinny i nie mogą udowodnić mojej niewinności, bo to nielogiczne i niemożliwe. Wszystkie cywilizowane społeczeństwa to wiedzą. Ale najwyraźniej nie wiedzą tego niektórzy liderzy Kościoła Katolickiego.\"

 

\"Po przeanalizowaniu całej sprawy mam tylko dwa możliwe wyjścia.  1. Mogę się cicho położyć i umrzeć, albo 2. Mogę kontynuować robienie tego co robię w sposób taki, w jaki jest to dla mnie możliwe.\"

 

\"Ja nie zacząłem tego procesu. Biskup Corpus Christi w Teksasie nakazał to moim przełożonym, wbrew ich woli i ocenie sytuacji. Zagroził im, że wyśle naganny i paszkwilancki list do wszystkich biskupów amerykańskich, jeżeli mnie nie zawieszą. Miał do tego prawo i ja sam mu to prawo przyznaję. Biskupi nie są związani prawnymi procedurami nakazanymi przez prawo cywilne, gdy chodzi o wewnętrzne sprawy Kościoła.”

 

Dalej ojciec Corapi pisze, że jedynie domyśla się kto go oskarżył i jedynie domyśla się o co jest oskarżony. Nigdy mu tego nie powiedziano, zamykając wręcz możliwość obrony. Śledztwo prowadzi, według niego, osoba kompletnie niekompetentna. Nie ma żadnych zasad dotyczących dowodów, czy obowiązujących procedur w tym śledztwie. Jest on uznany za winnego, dopóki on sam nie udowodni inaczej. Nie ma żadnego prawa do zobaczenia dowodów jakie przekazuje strona oskarżająca. Oskarżyciele nie dostarczyli żadnych nazwisk świadków i Corapi nie ma prawa do zadania im żadnych pytań.

 

Dalej Corapi przypomina, że ani prawo kanoniczne, ani cywilne nie nakazuje takiego postępowania. Prowadzący śledztwo ignorują lub łamią zarówno normy prawa cywilnego, jak i kanonicznego, jak tylko jest im wygodnie.

 

Tak to wygląda ze strony ojca Corapi. Albo raczej tak to się stara on nam przedstawić. Jednak są pewne inne niepokojące fakty, o których nie wspomina on wcale. Jednak by o nich powiedzieć należy najpierw powiedzieć parę słów o wspólnocie do której należy, czy może już teraz należał ojciec Corapi.

 

Society of Our Lady of the Most Holy Trinity to stosunkowo nowa wspólnota, założona w 1958 roku. Strukturalnie różniła się dość znacznie od tradycyjnych zakonów, takich jak franciszkanie, czy jezuici. Poszczególne misje musiały być samowystarczalne i taka miała być misja ojca Corapi. On sam mieszkał w Montanie, daleko od swych przełożonych z Corpus Christi w Teksasie, a jego działalność finansowała założona przez niego instytucja pod nazwą „Santa Cruz Media”. Zezwolił mu na to sam założyciel zgromadzenia i choć od tamtego czasu finansowe zasady działania  Wspólnoty zmieniły się, ojca Corapi nadal obowiązywało poprzednie ustalenie.

 

Corapi nazywa siebie samego teraz „Black sheep dog”.  Trudno jednoznacznie to zinterpretować, bo mamy tu połączone dwa określenia: „Black sheep” to czarna owca, a „sheep dog” to owczarek.  Określając się w ten sposób ojciec Corapi niejako uznaje się, zapewne ironicznie, za czarną owcę, pamiętając jednak, że jest pasterzem pilnującym owiec.

 

Ciekawe i zastanawiające jest jednak to, że ojciec Corapi nie wymyślił tego określenia ani teraz, gdy zdecydował się na odejście od kapłaństwa, ani nawet trzy miesiące temu, gdy został oskarżony. Okazuje się, że Santa Cruz Media już 8 kwietnia 2010 roku, na wiele  miesięcy przed oskarżeniami, zgłosiły ten slogan do uznania go za zastrzeżony znak towarowy. Jednak zastanawiające jest to, że właśnie teraz, dziesiątego maja 2011, uzyskano potwierdzenie rejestracji tego znaku towarowego.

 

Ojciec Corapi pisze autobiografię, która niewątpliwie będzie fascynującą lekturą. Ma być wydana wkrótce i jej tytuł to “The Black Sheep Dog”. Jednak nie da się napisać książki w parę dni. Wygląda więc na to, że to już przed rokiem, wraz z rejestracją tego określenia ojciec Corapi zaczął pisać swe wspomnienia.

 

Oczywiście mając takie życie jak on dobrze jest je opisać. Dać świadectwo. Jeszcze trzy miesiące temu wydawało się to być sprawą oczywistą i bardzo jednoznaczną. Były milioner, przyjaciel największych gwiazd Hollywoodu, wpada w nałóg narkomanii i traci swój piękny dom w Beverly Hills, traci swoje czerwone Ferrari i zostaje bezdomnym bumem. Mieszka na ulicy. Dzięki modlitwom swej matki otrzymuje łaskę nawrócenia, staje na nogi, spowiada się pierwszy raz od kilkudziesięciu lat i zostaje księdzem. Wyświęcony w Rzymie, przez błogosławionego Jana Pawła II, zostaje wysłany na misję do rodzinnych Stanów Zjednoczonych. Co za wspaniała historia. Tylko teraz ten zgrzyt…

 

Jeszcze raz podkreślę, nie wydaję sądu w samej sprawie. Nie wiem, czy oskarżenia są prawdziwe, czy nie. Wierzę, że takie nie są, ale moje subiektywne przekonanie nie ma tu nic do rzeczy. Wiem jednak, że jest jeszcze jeden niepokojący element w całej tej sprawie.

 

Ojciec Corapi wspominał, że nie może się ani kontaktować ze świadkami, czy z oskarżycielką, ani nawet, że nie jest do końca pewien kim ona jest. Że jedynie może się tego domyślać. Nie wspomniał jednak tego, że pracownicy Santa Cruz Media musieli podpisywać oświadczenie, że odchodząc zachowają tajemnicę w sprawie wszystkiego, czego byli świadkami w czasie swej pracy. Za podpisanie tego oświadczenia otrzymywali pieniądze. Nie wspominał też, że podał do sądu osobę, która jest tu najprawdopodobniej tą oskarżającą, o złamanie warunków tego oświadczenia.

 

Oczywiście są pewne prawne i logiczne powody dla których można takiego oświadczenia wymagać. Na przykład po to, by zachować w tajemnicy informacje o klientach, by zachować anonimowość tych, którzy wspomagają organizację finansowo, by wreszcie uchronić pomysły i projekty, którymi się dana organizacja zajmuje przed skopiowaniem, czy skradzeniem ich przez inne organizacje. Trudno jednak sobie wyobrazić, by to oświadczenie było tak skomponowane, by zawierało ono aż tak szeroki zakres spraw, że zgłoszenie do władz o niemoralności pewnych zachowań w czasie pracy w danej organizacji byłoby naruszeniem tego kontraktu. A tu najwyraźniej mamy do czynienia z taką sytuacją.

 

Ojciec Corapi się skarży, że nie ma możliwości rozmawiania z oskarżającą go osobą, broni się też mówiąc, że inne osoby wycofały się z oskarżania go. Jednak wygląda to zupełnie inaczej, gdy spojrzymy na to przez pryzmat faktu, że to on podał do sądu tę osobę, która go oskarżyła. Inne mogą po prostu czuć się zastraszone, obawiając się także kłopotliwych i kosztownych procesów sądowych, a ta osoba, która go oskarżyła także nie bardzo może poddać się żądaniom adwokatów Corapiego, gdy równocześnie jest przez nich sądzona za złamanie kontraktu, który podpisała.

 

Sprawa zatem jest bardzo skomplikowana i z pewnością nie jest jednoznaczna. Bo ja rozumiem, że są w Kościele osoby, także wśród hierarchów, którym zależy na uciszeniu ortodoksyjnych głosów mających wpływ na miliony wiernych. Ojciec Corapi był takim głosem. Liberałowie w Kościele drżeli przed nim. Mieliśmy przecież podobną sytuację z radiem Matki Angeliki. Ona sama, bojąc się, że liberalni hierarchowie w amerykańskim Kościele zmuszą ją do oddania im kontroli nad jej medialnym imperium, zdecydowała się na przekazanie go w ręce świeckich osób, którym ufała bardziej, niż konferencji amerykańskich biskupów.

 

W pewnym sensie ojciec Corapi zdecydował się na podobny krok, ale jest tu pewna zasadnicza różnica. Matka Angelica zaufała Jezusowi, sama oddając się temu, czym było jej pierwsze powołanie. Wróciła za kratę, bo przecież jest ona klaryską, kontemplacyjną mniszką. Pozostała wierna swemu powołaniu, zostawiając sprawy światowe, zostawiając media opiece bożej i zaufanym współpracownikom.

 

To, na co zdecydował się ojciec Corapi, opuszczenie przez niego kapłaństwa, jest właśnie najbardziej bolesne w tej sprawie. Tego właśnie nie mogę do końca zrozumieć, ani w żaden sposób zaakceptować. Zaledwie trzy miesiące po oskarżeniu  zdradza swoje powołanie, zdradza Jezusa, by zacząć nową działalność już jako osoba świecka.

 

W pewnym sensie lepiej jest, że tak się stało, niż gdyby miał on stać się buntownikiem wobec biskupa, pozostając aktywnym, choć odsuniętym od możliwości działania księdzem. Jest to z pewnością lepsza sytuacja niż taka, w jakiej znajduje się, powiedzmy, pewien  ksiądz krakowskiej archidiecezji, który mimo zakazów i upomnień aktywnie działa, także poprzez youtube, siejąc zamęt i powodując rozłamy w Kościele.

 

Nie chodzi tu jednak o to, co jest większym, a co mniejszym złem. Nie chodzi o to, czy lepiej być księdzem buntownikiem, czy lepiej opuścić kapłaństwo. Lepiej być po prostu świętym, a zwierzchnikom zawsze posłusznym. Mamy w historii dziesiątki, setki  przykładów fałszywych oskarżeń kapłanów, którzy w pokorze nieśli ten krzyż. Każdy z nas zna taki fakt np. w życiu Padre Pio. On  jednak poddał się decyzji przełożonych bez słowa protestu, ufając, że Bóg sam doprowadzi do wyjaśnienia kontrowersji. Niektórzy święci czekali całe dziesięciolecia na wyjaśnienie i zdementowanie fałszywych oskarżeń. Ojciec Corapi nie czekał nawet trzech miesięcy.

 

Szkoda. Pozostaje pewien niesmak i smutek, że akurat tak się to wszystko potoczyło. Musimy jednak pamiętać także, że to, co tu opisuję to są jedyniue skutki wynikające z pewnej przyczyny.  A przyczyną tą są ataki złego na Kościół, na kapłaństwo, na Jezusa.

 

Corapi jest tu ofiarą niezależnie od tego, czy oskarżenia pod jego adresem są prawdziwe, czy nie. On sam wielokrotnie mówił o tym jak bardzo niesprawiedliwy jest dziś proces osądzania oskarżanych księży. Mówił o tym, że księża są uznawani za winnych z samego faktu oskarżenia i to oni muszą udowodnić swą niewinność, gdy tymczasem każdy powinien być uważany za niewinnego, dopóki nie udowodni się mu winy.

 

Wiele tych przypadków dotyczy spraw sprzed wielu lat. Pamięć ludzka jest zawodna, świadkowie są niemożliwi do odnalezienia, motywacja oskarżeń często jest finansowa, bo Kościół wypłaca milionowe odszkodowania – zatem wiele takich przypadków to były zwykłe oszustwa i naciąganie Kościoła. Ale przy okazji wielu kapłanom złamano życie.

 

Kościół dawniej popełnił wiele błędów w ocenie przypadków niemoralnego zachowania się księży. Reakcje Kościoła, wynikające zresztą z tego, co podopwiadali swieccy lekarze i psychologowie, okazały się po latach błędne i zamiast skorygować problem zamiatały go pod dywan, albo przenosiły w inne miejsce. Kosztowało to nas wszystkich wiele pieniędzy i nawet więcej; Utratę wiarygodności i posądzenie o złą wolę. Teraz więc Kościół dmucha na zimne. Teraz działa on tak ostrożnie, że czasami mamy wrażenie, że wylano dziecko z kąpielą. Dziś wystaczy nawet często bezpodstawne oskarżenie, o coś, co się wydarzyło przed wielu laty, by uznać księdza za winnego. Nie dając mu nawet szans na obronę.

 

Nie wiem zatem, czy przypadek ojca Corapi jest kolejnym przykładem zniszczenia świętego kapłana przez fałszywe oskarżenie, czy też kolejnym przypadkiem człowieka, który uległ pokusie i powrócił do swych dawnych grzechów. Tak  źle i tak niedobrze. Żałuję, że nie okazał się on taką osobowością jak wielcy święci w pokorze znoszący fałszywe oskarżenia. Nie oskarżam go jednak, bo sam pewnie też bym nie potrafił w sobie tyle pokory znaleźć. Ale zawsze boli, gdy nasze ideały spadają z piedestałów i okazują się tylko ludźmi. Grzesznymi ludźmi.

 

Będzie interesujące to, jak dalej potoczą się losy Johna Corapi. Ma on dziś w USA wiernych wyznawców, gotowych pójść za nim wszędzie gdzie ich ten czarny owczarek zaprowadzi. Ma też wrogów, rozżalonych słuchaczy swych wykładów, którzy uważali go za chodzącego świętego i których zaufanie zawiódł. Myślę, że najwięcej jednak jest ludzi takich jak ja. Pamiętających o nim w modlitwie, zmartwionych, ale nie wiedzących do końca co się dzieje. Czas pewnie pokaże i dojdziemy do prawdy, ale zła, które się dzieje teraz nie będzie się dało do końca naprawić.

 

Dlatego tak ważne wydają mi się modlitwy za naszych kapłanów i za wszystkich wierzących. Byśmy wytrwali w wierze. Zły będzie ich i nas atakował. On się nie zraża tym, że ktoś jest „bardzo święty”. Im trudniejsze wyzwanie dla kudłatego, z tym większą zaciekłością atakuje. Kusił przecież samego Jezusa. Zupełnie inaczej, niż my.

 

My często nie chcemy się modlić za największych grzeszników, uważając ich za naszych wrogów, godnych potępienia. Ale myśląc w taki sposób myślimy dokładnie tak, jak szatan. On właśnie tego od nas oczekuje. Tymczasem powinniśmy walczyć o każdego. Największego świętego spośród żyjących i największego grzesznika. Bo nikt nie jest bezpieczny. Święci tracą wiarę, a grzesznicy się nawracają i tylko my możemy zapobiec temu pierwszemu, a umożliwić to drugie.

 

Poniżej kilka linków do angielskojęzycznych materiałów na temat ojca Corapi. Ja być może za parę miesięcy napiszę jak ta sprawa dalej się rozwija. Dziś po prosto proszę o modlitwę za niego i za wszystkich kapłanów. Także za wszystkie inne osoby, świeckie, za dziennikarzy piszących w katolickich mediach i za mnie także. O dar wiary musimy się modlić, bo jest to dar, który każdy z nas może utracić.

 

I choć jestem daleki od stwierdzenia, że ojciec Corapi tę wiarę traci i mam nadzieję, że pozostanie on zawsze bardzo ortodoksyjnie katolicki, to przecież widać wyraźnie, że coś złego się tu dzieje. Że mogło być inaczej, lepiej. I częściową winę za to ponosimy także my, zapominający o tym, jak bardzo są im, naszym pasterzom, potrzebne nasze modlitwy.

 

Angielskie źródła:

 

Jimmy Akin o ojcu Corapi

Portal "The Black Sheep Dog"

Kanał Johna Corapi na YouTube

Opinia byłego biskupa Corpus Christi, broniąca decyzji ojca Corapi  

 

Wpisy na moim blogu:

 

Notka biograficzna o ojcu Corapi na moim blogu

Notka na temat oskarżenia ojca Corapi

WspolnotaMarto

Odsłon: 2635 Komentarzy: 37


Babiarz i Babinicz, czyli nie wstydźmy się Jezusa

Kategoria: Kościół Wednesday, 22 June 2011, 02:41

Sienkiewicz jest jednym z moich ulubionych autorów, a Trylogia i Krzyżacy należą do moich ulubionych książek. Wiem, wiem, nie powalę tym oświadczeniem na kolana żadnych intelektualistów, ale co z tego? W niczym to nie zmienia faktu, że ciągle wracam do tych powieści, a niektóre fragmenty tych arcydzieł polskiej literatury, jak np. rozmowa Hlawy z okaleczonym Jurandem powracającym ze Szczytna, czy odczytanie listu króla Kazimierza w parafii pana Andrzeja Kmicica to prawdziwe majstersztyki i za każdym razem gdy czytam te fragmenty, ryczę jak bóbr:

 

Ksiądz czytał dalej:

"Przez tegoż księcia postrzelon, ledwie do zdrowia przyszedłszy, do Częstochowy się udał i tam piersią własną najświętszy przybytek osłaniał, przykład wytrwania i męstwa wszystkim dając; tamże z niebezpieczeństwem zdrowia i życia największe działo burzące prochami rozsadził, przy którym hazardzie pojman, na śmierć przez okrutnych nieprzyjaciół był skazany, a przedtem żywym ogniem palony."

Tu już płacz niewieści rozległ się tu i owdzie po kościele. Oleńka trzęsła się cała, jak w paroksyzmie febry.

"Ale i z tych srogich terminów mocą Królowej Anielskiej wyratowan, do nas na Śląsk się udał i w powrocie naszym do miłej ojczyzny, gdy zdradliwy nieprzyjaciel zasadzkę nam nagotował, pomieniony chorąży orszański samoczwart tylko na całą potęgę nieprzyjacielską się rzucił, osobę naszą ratując. Tam posieczon i rapierami skłuty, do pół boków we krwi własnej rycerskiej się pławiąc, z pobojowiska jako bez duszy był podniesion..."

Oleńka obie ręce przyłożyła do skroni i podniósłszy głowę, poczęła łowić w spieczone usta powietrze. Z piersi jej wychodził jęk:

- Boże! Boże! Boże!

I znów zabrzmiał głos księdza, także coraz bardziej wzruszony:

"A gdy staraniem naszym do zdrowia przyszedł i wtedy nie spoczął, ale dalsze wojny odprawował, z chwałą niezmierną stawając w każdej potrzebie, za wzór rycerstwu przez hetmanów obojga narodów podawany, aż do szczęśliwego zdobycia Warszawy, po którym do Prus pod przybranym nazwiskiem Babinicza był wyprawiony..."

Gdy to imię zabrzmiało w kościele, gwar ludzki zmienił się jakoby w szmer fali. Więc Babinicz to on?! Więc ów pogromca Szwedów, zbawca Wołmontowicz, zwycięzca w tylu bitwach to Kmicic?!... Szum wzmagał się coraz bardziej, tłumy poczęły cisnąć się ku ołtarzowi, aby go widzieć lepiej.

- Boże, błogosław mu! Boże, błogosław! - ozwały się setki głosów.

Ksiądz zwrócił się ku ławce i przeżegnał pana Andrzeja, który wsparty ciągle o stallę, do umarłego niż żywego był podobniejszy, bo dusza wyszła zeń ze szczęścia i uleciała ku niebiosom."

 

Wspominam powieści Sienkiewicza, bo opisują one zupełnie inną rzeczywistość, inny świat, niż ten, w którym nam przyszło żyć. I nie chodzi mi wcale o to, że dziś mamy elektryczność i samochody, Internet i telefony. Chodzi mi o to, że wtedy Bóg był obecny w życiu każdego człowieka, od rana do wieczora, a dziś wstydzimy się naszej wiary.

 

Ani Krzyżacy, ani Potop nie są religijnymi powieściami. Są to opisy przygód wspaniałych, mężnych rycerzy. Czasem hulaków, rozbójników, zdrajców - ale zawsze ludzi wiary. W tamtych latach było nie do pomyślenia, by można nie wierzyć w Boga. By można było wstydzić się Jezusa. Wstydem było przyznać się do niewiary.

 

Niedawno na Frondzie i w innych miejscach można było przeczytać o ciekawej inicjatywie breloczków z napisem "Nie wstydzę się Jezusa". Bardzo fajna inicjatywa, ale sam fakt, że coś takiego powstało świadczy, że my dzisiaj się Go wstydzimy. Dlatego potrzeba specjalnej akcji.  By to przełamać.  A ludzie tacy, jak np. Przemysław Babiarz, który publicznie oświadcza, że się Jezusa nie wstydzi, wyrastają wręcz na jakiś niezwykle odważnego bohaterów.

 

Bardzo mi pan Babiarz zaimponował  swą wypowiedzią. Jest to bowiem to nie tylko zachęta do noszenia breloczków, ale prawdziwe świadectwo wiary i dowód na to, że on doskonale rozumie czym prawdziwe chrześcijaństwo jest. Jest to tym bardziej budujące, że dziś zredukowaliśmy naszą wiarę do godzinki dla Pana Boga tygodniowo, w niedzielę, pod warunkiem, że nam nic innego ważniejszego nie wypadło. I choć akurat mnie idea breloczków nie do końca przekonuje, być może dlatego, że od lat chodzę z dość dużym krucyfiksem na piersi i w podkoszulkach z katolickimi napisami, to lepsze to, niż nic. Na początek. Żal jednak, że zginęła ta rzeczywistość, jaka była jeszcze w czasach moich dziadków, rzeczywistość, gdy wstydem było nie przyznawać się do Jezusa.

 

Ale jak to możemy zmienić? Jedynie naszym przykładem. Nie bójmy się przeżegnać przed kościołem, nie wstydźmy się modlitwy przed posiłkiem w knajpie, czy w domu. Nie wstydźmy się zaprosić nasze dzieci i naszym współmałżonków do wspólnej modlitwy. Pokażmy innym, także naszym najbliższym, że codzienne życie i nasza wiara to nie są dwie oddzielne szufladki, ale że jest to coś, co jest ze sobą tak splątane, tak związane, że nie da się tego odseparować.

 

Ostatnie dni poświęciłem na zrobienie reportażu o życiu kierowcy. Reportaż zresztą jest tu zbyt wielkim słowem. Cejrowskim to ja nigdy nie będę, a i rzeczywistość, którą opisuję, nie jest tak fascynująca jak dorzecze Amazonki. Jednak nie zmienia to w niczym faktu, że mam swoich fanów, którzy oglądają wszystko co wrzucę na YouTube. Stąd pomysł zrobienia tego reportażu.

 

Wiem, że znakomita większość widzów moich filmików ogląda je dla ciężarówek, dla zobaczenia jak wygląda moja praca, a nie dla pogłębienia swej wiary. I moje filmy wcale nie są "religijne". Jednak staram się zawsze pokazać w nich, że jestem katolikiem. Albo raczej to jakoś samo wychodzi. Jak w powieściach Sienkiewicza. I to jest, wydaje mi się, bardzo ważne. Chodzi bowiem o to, by dać świadectwo tym młodym, i nie tylko młodym chłopakom. By pokazać, że można traktować sprawy wiary normalnie, że są to rzeczy istotne, których nie powinniśmy się wstydzić.

 

Przemysław Babiarz powiedział: "Wiem, że nie każdy jest mężny. Ja sam jestem raczej człowiekiem słabym i lękliwym, ale odwagi dodaje mi po pierwsze sam Chrystus, a poza tym inni ludzie, na których patrzę, którzy wobec mnie dają świadectwo i którzy mnie umacniają". I taki cel mają także moje filmiki. Umocnienia innych w wierze, dodania im odwagi, tak jak mnie umocniła wypowiedź Babiarza.

 

Zapraszam do zobaczenia wypowiedzi pana Przemysława Babiarza i zapraszam do rzucenia okiem na mój reportaż. Siódmy odcinek powstał w niedzielę, gdy mogłem sobie zrobić dzień przerwy i gdy odwiedziłem jakąś amerykańską parafię gdzieś w Południowej Dakocie. To najbardziej "religijny" odcinek mojego mini-serialu, ale we wszystkich można zobaczyć to, co było tak oczywiste w czasach opisywanych przez Sienkiewicza, a co trochę zaginęło ostatnimi czasy. Ale tylko od nas zależy, czy to zaginie na zawsze, czy powróci. Bo czy to będzie Babinicz, czy Babiarz, to trzeba prawdziwego twardziela, a nie baby, by się przyznać do Jezusa. I choć dziś jest to trudniejsze niż przed wiekami, to przecież nie jest to wcale niemożliwe. Pokazał to pan Przemysław i staram się to także pokazać ja sam.

 

Przemysław Babiarz na YouTube

Mój kanał na Youtube

Pierwszy odcinek reprtażu

Odcinek siódmy, niedziela.

Odsłon: 1021 Komentarzy: 15


"... Tej ziemi!"

Kategoria: Kościół Tuesday, 06 December 2011, 17:36

Szczęść Boże!

 

Witam wszystkich w tym świątecznym dniu.

 

Przede wszystkim przepraszam, że nie odzywałem się tak długo. Ale gdy ktoś chce mnie odszukać, wie, że zawsze o 21 staramy się wspólnie modlić poprzez stronę www.truck27.com. Dużo pracy ostatnio plus moje forum i reportaż z podróży na YouTube, który także jest ważnym narzędziem ewangelizacyjnym. Dzięki takim filmom docieram do tysięcy młodych chłopców, z których wielu jest daleko od Boga.

 

Dziś Dzień Zesłania Ducha Świętego. Trudno  nie wrócić pamięcią do historycznego wołania do Ducha Świętego przez naszego papieża, błogosławionego Jana Pawła, jakie miało miejsce w czasie Jego pierwszej pielgrzymki do Polski w 79 roku. I trochę smutno, że jakoś nie możemy się dopatrzyć owoców tego wezwania.

 

Nie jest to do końca prawdą, bo Polska dzisiaj jest zupełnie innym krajem, niż była 32 lata temu. Jednak w sferze duchowej, w kwestiach wiary wygląda, jakbyśmy ponieśli sromotną klęskę. Sondaże przedwyborcze pokazują, że co najmniej dwie trzecie Polaków będą głosować na partie mniej lub bardziej otwarcie antychrześcijańskie, premier buńczucznie zapowiada, że jego rząd "nie będzie klękał przed księdzem", a społeczeństwo się tym zachwyca. Po odzyskaniu wolności politycznej, po latach nauczania papieża, którego tak wszyscy kochamy - większość Polaków oddaje się w niewolę duchową bezbożnej ideologii. W imię czego? Niespełnionych i niewykonalnych obietnic?  

 

Jednak nie o polityce tu piszę, ale o duchowym aspekcie naszej rzeczywistości. Ciągle jest nas mało. Za mało. Nie słychać jakiegoś głosu, ze strony Kościoła, który by nawoływał do modlitewnej krucjaty, do odnowy serc naszych rodaków. Wiele polityki w katolickich mediach, mało miłości, zaufania Bogu i błagania tego Boga o pomoc i ratunek. Tylko On nam może pomóc. Tylko On może odmienić rzeczywistość. Nie PiS, nie Kaczyński, nie Jurek, czy jakakolwiek polityczna partia. Albo raczej - bez zaplecza milionów gorących chrześcijan żadna partia nie dokona niczego.

 

Węgrzy pokazali, że się da. A my, Polacy? A my, Polacy nic. Nie wszyscy, nie chcę obrażać nikogo, ale mówię o większości mieszkańców Rzeczypospolitej. Nam dobrze w naszej letniej (nie od "lata", ale od "letniości") rzeczywistości. Kto by tam sobie zawracał głowę Bogiem i Jego przykazaniami. Głodu nie ma, wojny nie ma, ponarzekamy, że droga benzyna, ponarzekamy, że kulawa demokracja, na wybory nie pójdziemy, albo zagłosujemy na "mniejsze zło", bo wstyd przed Europą głosować na tych "nawiedzonych" i zimnym piwkiem tudzież bełkotem z telewizji zalejemy nasze umierające sumienie.

 

Ja jednak jestem optymistą. Bo choć mało nas w naszej Wspólnocie, to wiem, że Bóg nie żąda od nas sukcesów, lecz wierności.  Zatem wytrwajmy. Dziesięciu sprawiedliwych mogło ocalić Sodomę. Módlmy się za naszych biskupów i za naszych polityków. I nie traćmy ducha, bo zwycięstwo jest nasze. Nawet, gdy czasem tego nie widzimy, gdy opadają ręce i tracimy nadzieję.

 

 

"Niech zstąpi Duch Twój! I odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi!"

 

hiob

 

 

PS. Powyższy tekst jest moim listem do naszejWspólnoty Marto, www.WspolnotaMarto.com

Odsłon: 1373 Komentarzy: 87


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.