
Saturday,29 May 2010,18:11
Kategoria: Religia Saturday, 29 May 2010, 18:11
Dziś obchodzimy w Kościele Uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Ale co to tak naprawdę znaczy? Jak najlepiej zilustrować dogmat mówiący, że jest Jeden Bóg, ale są Trzy Osoby Boskie? Poniższy tekst jest pewną syntezą moich przemyśleń na ten temat. Mam nadzieję, że okażą się one interesujące.
Napisałem kiedyś króciutki tekst, gdzie chciałem się zmierzyć z tym zagadnieniem, oto jego fragment:
"Jak zrozumieć, czym jest Trójjedyny Bóg? Jak to jest, że jest On jeden, ale w trzech różnych Osobach? Najprostsza i najprawdziwsza odpowiedź, to taka, że jest to Tajemnica Wiary. Misterium. Coś, czego nasz ludzki, ograniczony rozum nie jest w stanie do końca zrozumieć. Ale taka odpowiedź nas rzadko kiedy zadowala i szukamy dalej.
Małym dzieciom często tłumaczymy to na przykładzie koniczynki, że niby ma trzy listki, a jest jedną roślinką. Ale taki przykład ma wiele niedoskonałości. Zresztą każdy przykład ma swoje wady, bo nie można ukazać prawdziwie Boga posługując się stworzeniem. Ja jednak mam swoje ulubione analogie, lepiej niż koniczynka ilustrujące nam Trójcę Świętą.
Pierwszy przykład to rodzina. Jest to o tyle dobry przykład, że właśnie rodzina jest tym obrazem Boga, tym stworzeniem na Jego podobieństwo. Gdy w szóstym dniu Bóg stwarzał człowieka, powiedział:
"A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi! Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (Rdz 1,26-28)
Ciekawe, że po raz pierwszy Bóg w Biblii mówi o sobie używając liczy mnogiej. Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę i dał im miłość, która daje im możliwość współtworzenia, która po dziewięciu miesiącach sama owocuje w postaci nowej osoby. Bóg właśnie jest taką rodziną, tylko znacznie doskonalszą niż ta nasza ludzka. Bóg zawiera w sobie Ojca i Syna i Miłość tak realną, którą się oni darzą, że i ta miłość jest realną osobą, Duchem Świętym.
Inna ilustracja, która przemawia do mnie, to obraz wszechświata. Tak jak Bóg „jest wszystkim”, tak i wszechświat w sferze materialnej jest wszystkim. Nic, co jest materialne nie jest poza wszechświatem. Ale ten wszechświat składa się z trzech różnych atrybutów, składników: materii, przestrzeni i czasu. Materia nie jest przestrzenią ani czasem i całość jej składa się na coś, co nazywamy wszechświatem. Ale i cała przestrzeń, niebędąca materią też składa się na coś, co nazywamy wszechświatem. A przecież jest to ten sam wszechświat, wszechświat jest tylko jeden. Cały upływ czasu od początku istnienia wszechświata zawiera się we wszechświecie, ale czas nie jest materią ani przestrzenią. I proszę tu astrofizyków i uczniów Einsteina o nie wyjaśnianie mi tu zawiłości teorii względności. Nie o to chodzi. Z mojego punktu widzenia mamy jeden wszechświat i trzy różne składniki, z których każdy jest wszechświatem a mimo to tak bardzo się od siebie różnią. Podobnie Trójca Święta. Bóg Ojciec nie jest jedną trzecią Boga. Jest Całym, Nieograniczonym Bogiem. Podobnie Jezus i Duch Święty. A jednak każdy z Nich jest osobną Osobą. I nieważne jak doskonałe analogie będziemy umieli wymyślać, nie zrozumiemy tego do końca.
Zresztą nie tylko Wszechświat, ale każdy pojedynczy atom także ma w sobie „elementy trójcy”: I tu mamy materię, przestrzeń i siły wzajemnego oddziaływania wewnątrz każdego atomu. Trzy rożne odmienne składniki, ale każdy z nich tworzy ten sam atom. Znowu dodam, że zdaję sobie sprawę z bardzo uproszczonego przedstawienia atomu, chodzi jednak tylko o ilustrację.
Po zamieszczeniu tych paru przemyśleń na forum "Apologetyki"ktoś podał takie ilustracje:
Ogien który tworzy tysiące płomieni ale jest wciąz tym samym ogniem a kazdy jego płomien niej jest czescią ognia ale ogniem w pełni.
Tak samo woda która wypływa z jednego zródła tworząc tysiące rzek jezior i oceany ale wciąz pozostaje tą samą wodą. A kazda jej kropla nie jest czescią wody lecz wodą w pełni. Podobnie woda w trzech stanach skupienia.
Mnie bardzo podoba się przykład wody w trzech stanach skupienia. Podobnie inne związki chemiczne i pierwiastki, mogą mieć różne formy, a ten sam skład chemiczny. Gaz skroplony, czy zamrożony jest w swej istocie tym samym, ale przecież czymś diametralnie innym w swej formie. Inna, podobna do tej ilustracja, to różne formy węgla. Diament, sadza, czy grafit – ten sam skład chemiczny, a jakże inne formy.
W trakcie naszej dyskusji ktoś inny wspomniał audycję w Radiu Maryja z udziałem profesora Jacyny – Onyszkiewicza, gdzie mówił on o Bogu jako Wszechwiedzy i w ten sposób zilustrował dogmat Trójcy Świętej. Przesłuchałem tą audycję parokrotnie, później nawet kupiłem sobie książeczkę jego autorstwa zatytułowaną "Monotrynitarna Tajemnica Boga" i napisałem coś na ten temat, ale tekst ten okazał się nie do końca jasny i zrozumiały dla wszystkich. Gdyby ktoś był nim zainteresowany, znajdzie go TUTAJ. Ja sam jednak poprawiłem go, najpierw wychodząc od Boga, a nie od abstrakcyjnej trochę idei Wszechwiedzy, a potem zastąpiłem Wszechwiedzę Miłością. Idea ta sama, bo Bóg jest tak samo Miłością, jak i Wszechwiedzą, ale sama próba zilustrowania Trójcy Świętej przy pomocy Miłości okazała się dużo bardziej przejrzysta i zrozumiała:
Tym razem zacznę od Pana Boga. Tak powinno być lepiej, bo wszystko powinniśmy zaczynać od Niego. Nie będzie to więc tekst mający przejść od abstrakcyjnej koncepcji do dowodu na to, że Bóg istnieje, ale raczej wyjdziemy już od stwierdzenia, że Bóg rzeczywiście istnieje i że jest On Bogiem Wszechwiedzącym, a z tego wyciągniemy wniosek, że jest także Bogiem Trójjedynym. Bogiem w Trzech Osobach.
Bóg, jak wiemy wszyscy z nauki religii, z samej definicji Boga, wie wszystko. Nie ma takiej wiedzy, jaka byłaby przed Nim ukryta. Nie może być takiej wiedzy, bo gdyby było cokolwiek ukryte przed Bogiem, nie byłby On Bogiem Wszechmogącym, Wszechwiedzącym i Wszechobecnym. Byłoby to tylko jakieś nasze ubogie, kalekie i fałszywe wyobrażenie o tym, kim jest Bóg. Jednak stwierdzenie, że Bóg wie wszystko to jeszcze za mało. Musimy dodać, że wiedza, jaką Bóg posiada jest największą wiedzą, jaką tylko można by sobie wyobrazić. Że nie może być nawet teoretycznie żadnej większej wiedzy. I takie założenie pozwoli nam wykazać, że Bóg nie może być samotnikiem.
Judaizm wierzy także we Wszechwiedzącego Boga-Stworzyciela Nieba i Ziemi. Także Islam uczy, że taki Bóg istnieje. Jednak obie te religie odrzucają Prawdę o Trójcy Świętej. Porównajmy jednak jaką wiedzę ma Bóg w Trójcy Jedyny, a jaką ma Bóg jednoosobowy.
Otóż Bóg jakiego nam objawiło chrześcijaństwo ma pełniejszą wiedzę, bo Bóg Ojciec oprócz wszelkiej wiedzy podobnej do tej, jaką posiada Bóg w innych religiach, ma też wiedzę o swym Synu. Ta wiedza jest pełna, jest Wszechwiedzą, bo Syn jest także Wszechwiedzą, Wszechwiedzącym Bogiem, równym Ojcu. Skoro więc Bóg Ojciec wie wszystko o Synu, musimy dojść do jedynego logicznego wniosku, że ta wiedza jest także Wszechwiedzą, równą i identyczną z Wszechwiedzą Ojca i Syna. Wszechwiedza bowiem nie może być mniejsza, czy większa od innej Wszechwiedzy, gdyż wtedy jedna z nich nie byłaby Wszechwiedzą.
A ponieważ pełna wiedza wie także o swoim istnieniu, (bo wie o wszystkim), to ma ona swą osobowość, świadomość swego istnienia, a więc także jest Osobą. Czyli wiedza Ojca o Synu jest Osobą i wiedza Syna o Ojcu jest Osobą. My tę Osobę nazywamy Duchem Świętym. Konsekwentnie dochodzimy do wniosku, że wszystkie relacje między Osobami w Trójcy Świętej są wzajemnie się przenikające i sobie równe: Wiedza Ducha o Synu wyraża się w Ojcu, Ducha o Ojcu w Synu, itd., itp.
Ponieważ taka wiedza jest pełniejszą, piękniejszą ilustracją Wszechwiedzy, musi być też prawdziwszą. Bóg samotny, Bóg, jakiego uczy nas Judaizm i Islam jest uboższy, a więc ta ilustracja prawdziwej istoty Boga jest uproszczona i sfałszowana. Tylko ilustracja Boga w Trójcy Jedynego ukazuje nam Boga naprawdę posiadającego największą wiedzę, jaka jest tylko możliwa do wyobrażenia i tylko taka ilustracja jest logicznie spójna.
Mówiąc o relacjach między Osobami Boskimi w Trójcy możemy łatwo dojść do kolejnego wniosku, mianowicie takiego, że Bóg jest miłością. Są bowiem tylko trzy rodzaje relacji między osobami: Albo wrogość, albo obojętność, albo przyjaźń. Ponieważ Bóg niczego nie robi połowicznie, bo z samej swej natury wszystko robi w sposób pełny, doskonały, nieograniczony, to relacja między Osobami Trójcy musi także być relacją pełną, największą z możliwych.
Największa wrogość to nienawiść prowadząca do unicestwienia nienawistnej nam osoby, a więc na pewno taką relację musimy odrzucić. Nie ilustruje ona w prawdziwy sposób tego, czym jest Bóg. Bóg jest dawcą życia, samym Życiem. Unicestwianie kogokolwiek jest sprzeczne z Jego naturą. Jeśli chodzi o obojętność, to zauważamy, że jedyna idealna obojętność to relacja do osoby nam zupełnie nie znanej. Musimy więc i taką możliwość odrzucić. Osoby Boskie znają się i to znają się w sposób pełny, doskonały, a więc nie są sobie obce i obojętne. Pozostaje zatem jako jedyna możliwość relacja przyjaźni, która w swej idealnej, najpełniejszej wersji jest miłością.
Ale ponieważ relacje w Trójcy Świętej są Osobami, to wynika z tego, że Osoby Trójcy Świętej muszą być Miłością. A więc relacja między Ojcem i synem wyraża się w Duchu i relacja ta jest Miłością. Czyli Duch Święty jest Miłością. Podobnie relacja Ducha i Ojca wyrażona w Osobie Syna jest Miłością i tak dalej. Dochodzimy więc do jedynego logicznego wniosku, że aby Bóg posiadał wiedzę, od której nie można sobie wyobrazić większej wiedzy, musi być Trójcą Świętą i musi być Miłością. Każdy inny model, każde inne wyobrażenie Boga Wszechmogącego byłoby uboższe, mniej pełne, a więc nie przedstawiałoby prawdziwego modelu Boga.
Innym wnioskiem jaki się tu nieodparcie nasuwa, to ten, że Bóg jest Prawdą. Bowiem Wszechwiedza musi być Prawdą. Skoro Wszechwiedza zawiera wszelką wiedzę, to z samej definicji jest Prawdą. Prawda to bowiem rzeczywista wiedza o jakimś fakcie, zjawisku, wydarzeniu itp. Mógłby co prawda ktoś powiedzieć, że czasem posiadamy wiedzę o czymś, co nie jest prawdziwe. Na przykład ucząc się historii mogą nam być przedstawione pewne wydarzenia w sposób zakłamany i wtedy posiadamy o nich wiedzę, która nie jest prawdziwa. Jednak sytuacja taka jest możliwa tylko w takim przypadku, gdy nasza wiedza jest cząstkowa. Gdy pewne fakty są przed nami ukryte, inne zniekształcone, wykrzywione. Wszechwiedza z samej definicji musi posiadać pełną wiedzę o każdej rzeczy, więc nic nie jest przed Nią ukryte. Posiada ona także wiedzę o faktach przeinaczania historii, czy o innych kłamstwach, ale zna je właśnie jako kłamstwa, a więc sama nie jest kłamstwem.
Inaczej mówiąc gdy ja na przykład znam fakt, że propaganda sowiecka obciążała odpowiedzialnością za zbrodnie katyńskie Niemców, to choć takie przeinaczanie historii z ich strony jest kłamstwem, moja wiedza o tym fakcie jest prawdziwa. Wszechwiedza więc znając wszystkie prawdziwe fakty, jakie tylko istnieją, także to o wszelkich kłamstwach, sama jest Prawdą. Nic więc dziwnego, że Biblia nas uczy, że Jezus jest Drogą, Prawdą i Życiem, (J 14,6) i że Bóg jest Miłością (1 J 4,8 i 16).
Mam nadzieję, że te parę przemyśleń nie zagmatwały jeszcze bardziej tego, co chciałem ukazać. Na pewno te wywody nie są proste, jednak na swą obronę muszę dodać, że Trójca Święta na zawsze pozostanie Tajemnicą dla ograniczonego ludzkiego rozumu. Nie da się ogarnąć Nieogarnionego i wytłumaczyć Tego, co przerasta nawet potencjalną możliwość rozumienia przez najwybitniejsze umysły ludzkie. Co gorsze mnie bardzo, bardzo daleko do wybitności. Nic więc dziwnego, że ta moja próba przedstawienia Trójcy Świętej jest tak ułomna. Mam jednak nadzieję, że być może komuś pomogłem w pewnym przybliżeniu zrozumienia istoty Tajemnicy Trójcy Świętej. Na pewno pomogłem sobie.
Odsłon: 1565 Komentarzy: 19
Wednesday,26 May 2010,19:04
Kategoria: Ogólne Wednesday, 26 May 2010, 19:04
Za tydzień wyląduję w Krakowie. Jak Bóg da, zostanę tam pięć tygodni. Będzie to najdłuższy pobyt w Polsce od czasu przeprowadzki do Stanów. Ponadto nie byłem w Polsce od czterech lat. Nic dziwnego, że jestem cały podekscytowany i nie mogę się doczekać.
Dla mnie każdy wyjazd do Polski jest przede wszystkim pielgrzymką. Tegoroczny będzie nią może nawet bardziej, niż jakikolwiek inny, z wyjątkiem 2002 roku, gdy przybyłem tylko po to, by towarzyszyć Janowi Pawłowi podczas jego ostatnich odwiedzin w Polsce.
Powód, dla którego latam tak rzadko do Polski jest dość prozaiczny. Brak pieniędzy. Taki wyjazd kosztuje, rachunki przychodzą regularnie i po powrocie miesiącami trzeba spłacać długi. Nic więc dziwnego, że teraz, w przeddzień wyjazdu, billboardy reklamujące loterie wyglądały wyjątkowo zachęcająco.
W ostatnią sobotę kumulacja w loterii Power Ball wynosiła 170 milionów dolarów. I choć ja nigdy nic jeszcze nie wygrałem, to raz na parę lat skuszę się na jeden los za dolara. Jak będzie wolą Bożą, bym wygrał, to jeden wystarczy. Jak w tym starym dowcipie, gdy Bóg odpowiedział modlącemu się o wielką wygraną: "Daj mi szansę, kup chociaż los".
Dałem Bogu szansę, ale widocznie Bóg miał inne plany wobec mnie. Na pięć cyfr plus dodatkowa – trafiłem zero. Nic. Ani jednej. Ale… Ale najwidoczniej tylko dlatego, że tak naprawdę to Bóg chciał to jakoś inaczej… By było wiadomo, że to Jego wola, nie ślepy los. Nie przypadek, ale On sam.
W niedzielę jechałem z Florydy do Nowego Jorku z dwudziestoma tonami arbuzów. Rano zajechałem na parking pod kościołem w miasteczku Galena w stanie Maryland. Po Mszy zostałem może z piętnaście minut w kościele, modląc się, więc gdy wyszedłem na parking, był on już zupełnie pusty. Stała tylko moja ciężarówka i jakiś samochód, w którym ktoś czekał na mnie. Zupełnie nieznajomy mi, starszy mężczyzna przywołał mnie i wręczył mi kupon na wtorkowe losowanie w innej loterii, Mega Millions.
Tam były "tylko" 64 miliony, ale co tam. Wezmę i to. Tym bardziej, że tu wyraźnie było widać działanie Ducha Świętego. Akurat był dzień Pięćdziesiątnicy, obcy facet czeka na mnie kwadrans, by mi powiedzieć parę miłych słów i daje mi los… To przecież nie może być przypadek. Prawda?
Nawet, gdyby nie była to główna wygrana, to za piątkę bez dodatkowej jest ćwierć miliona dolarów, za czwórkę z dodatkową dziesięć tysięcy… Przynajmniej za bilety by się zwróciło i zostało trochę na prezenty dla najbliższych. Bóg jest dobry i na pewno da nam tyle, ile nam potrzeba. Jakby na to nie patrzeć, wyraźny znak.
Piszę te słowa w środę rano. Przypominam sobie tamte dni. Jadąc już z Nowego Jorku do domu, do Charlotte, słuchałem nagrań, jakie mam w swoim laptopie w trucku. W pewnym momencie zatrzymałem odtwarzacz, by odmówić różaniec. Modląc się rozmyślałem o woli Bożej i o nadchodzącej pielgrzymce i o dziwnym wydarzeniu po Mszy w Galenie.
Po różańcu włączyłem moje "radyjko" i przypadkowo kolejną piosenką, jaką mi komputer, los, czy sam Bóg wybrał, była "Barka" w wykonaniu Krawczyka. Słuchając słów uśmiechnąłem się. Bóg ma poczucie humoru. A dziś, po sprawdzeniu numerów, jakie były na ofiarowanym mi kuponie widzę, że moje najczarniejsze przewidywania potwierdziły się całkowicie. I tradycji stało się zadość… Zero trafionych liczb.
Jestem ubogim człowiekiem,
Moim skarbem są ręce gotowe
Do pracy z Tobą
I czyste serce.
O Panie, to Ty na mnie spojrzałeś,
Twoje usta dziś wyrzekły me imię.
Swoją barkę pozostawiam na brzegu,
Razem z Tobą nowy zacznę dziś łów.
Odsłon: 786 Komentarzy: 27
Saturday,22 May 2010,04:29
Kategoria: Religia Saturday, 22 May 2010, 04:29
Zesłanie Ducha Świętego. Pięćdziesiąt dni po Zmartwychwstaniu. Jezus, jak obiecał, dał nam Ducha, który jest naszym Adwokatem, Obrońcą, Nauczycielem. Który prowadzi nad do poznania calej prawdy. Albo raczej Prawdy przez wielkie "P", którą jest Jezus. Bo Duch to inna Osoba, ale ten sam Bóg. Bóg jest przecież tylko jeden.
O potrzebie napisania kilku słów na ten temat przypomniała mi "Mamucha" na Frondzie, komentując moją ostatnią notkę. Pozwolę sobie tutaj, bez jej wiedzy i zgody, zacytować jej komentarz w całości:
Ośmiolatek ze łzami w oczach poinformował swoich rodziców, że żyją w grzechu ciężkim, ponieważ rozwiedli się. Bystre dziecko wywnioskowało to z słów pani katechetki, która opowiadała o nierozerwalności małżeństwa. Akurat tak się złożyło, że byłam świadkiem wielkiego oburzenia owych rodziców, którzy spotkali się, by domagać się wspólnie ukarania katechetki, która "nie liczy się z wrażliwością dzieci" i nie bierze pod uwagę ich czasem szczególnej sytuacji, i po prostu je krzywdzi.
-Zaraz, zaraz – nie wytrzymałam (znam ich od lat) – Katechetka krzywdzi, gdy mówi dzieciom prawdę?? Przecież to wy najbardziej skrzywdziliście własne dziecko! Co wy sobie myślicie, że jeżeli synek ma tatę złodzieja, to jest zakaz omawiania siódmego przykazania?! Największą krzywdą dla dziecka jest to, że rozbiliście rodzinę, rozbiliście jego bezpieczny świat! Skojarzenie, po słowach katechetki, że rodzice ciężko grzeszą, jest już mniejszą przykrością, z którą w ciągu życia przyjdzie mu się jeszcze nie raz zmierzyć. Taki oto zgotowaliście mu los.
Owi rodzice zrezygnowali z pójścia na skargę do księdza. Obawiali się, że usłyszą coś podobnego, ale i tak pozostali w przekonaniu, że katechetka nie nadaje się do pracy z dziećmi, a ja pozwoliłam sobie na niestosowne uwagi (dziecka przy tym nie było, oczywiście).
Dla nikogo kto mnie zna nie jest chyba zaskoczeniem to, że mi się spodobał komentarz Mamuchy. Spodobał mi się, bo ja ani nie jestem tolerancyjny, ani nie uważam, by katolik, chrześcijanin, miał się przede wszystkim kierować troską o to, by nie zranić czyichś uczuć. Jako czymś o najwyższej wartości. Natomiast każdy z nas ma obowiązek ostrzegać brata przed niebezpieczeństwem utraty zbawienia. Problem polega jedynie na tym, że zwykle, ze wstydu, czy dla świętego spokoju, po prostu usprawiedliwiamy się, że to nie nasz interes i starając się uniknąć kontrowersji, pomijamy sprawę milczeniem.
Jednak w Księdze Ezechiela mamy wyraźną wskazówkę, jak powinniśmy w takiej sytuacji postępować. Słowa trudne i otrzeźwiające, ale skoro tam są, warto, byśmy się z nimi zapoznali. To jest Słowo Boże. Ignorowanie ich niewiele nam pomoże. Cytowałem je już wielokrotnie, ale warto je przypomnieć jeszcze raz:
"Jeśli powiem bezbożnemu: Z pewnością umrzesz, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Ale jeślibyś upomniał bezbożnego, a on by nie odwrócił się od swej bezbożności i od swej bezbożnej drogi, to chociaż on umrze z powodu swojego grzechu, ty jednak ocalisz samego siebie. Gdyby zaś sprawiedliwy odstąpił od swej prawości i dopuścił się grzechu, i gdybym zesłał na niego jakieś doświadczenie, to on umrze, bo go nie upomniałeś z powodu jego grzechu; sprawiedliwości, którą czynił, nie będzie mu się pamiętać, ciebie jednak uczynię odpowiedzialnym za jego krew. Jeśli jednak upomnisz sprawiedliwego, by sprawiedliwy nie grzeszył, i jeśli nie popełni grzechu, to z pewnością pozostanie przy życiu, ponieważ przyjął upomnienie, ty zaś ocalisz samego siebie." (Ez 3, 18-21)
Zatem to mnie, Ciebie, każdego z nas Bóg może uczynić odpowiedzialnym za śmierć brata. Za śmierć duchową, za jego potępienie. Czasem bowiem to właśnie ja, albo Ty, możemy być jedyną osobą, która może go uratować. To ciągle będzie jego decyzja, czy nas wysłucha, czy nie. I ciągle go Bóg z tej decyzji rozliczy. Ale od nas zależy, czy będzie on miał w ogóle szansę na to, by mu się otworzyły oczy. I z tego, czy mu tę szansę daliśmy, Bóg rozliczy nas.
No dobrze, może ktoś powiedzieć, to wszystko pięknie-ładnie, ale skąd ja mam wiedzieć, co powiedzieć? Ani nie znam na tyle nauki Kościoła, ani nie ma odwagi. Jestem nieśmiały, boję się wygłupienia się i utraty przyjaciela. Nie każdy jest teologiem, nie każdy przeczytał cały Katechizm. Może prorok Ezechiel mógł tak robić, ale ja nie jestem ani prorokiem, ani synem proroka.
I doszliśmy do sedna. Czyli do Ducha Świętego. Ducha, który obficie rozdziela swoje dary każdemu z nas. Za darmo. Wystarczy Go o nie poprosić. Nie skąpi i daje tyle, że się aż przelewa.
Jakie jednak są to te dary? Różniste, panie, różniste. Biblia w różnych miejscach, w Starym i Nowym Testamencie, daje nam wiele przykładów darów Ducha Świętego. Niektóre z nich są wręcz "nie z tej ziemi". Dar języków, dar uzdrawiania i nawet przywracania do życia zmarłego. Dar prorokowania itp. Ja jednak chciałbym przypomnieć te "normalne" dary, które może otrzymać każdy z nas. Te "siedem darów Ducha Świętego", które są wyszczególnione w każdej książeczce do nabożeństw, w każdym katechizmie.
Lista ta wzięła się z Księgi Izajasza 11,2, gdzie czytamy:
"I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej."
Septuaginta, greckie tłumaczenie hebrajskiego Starego Testamentu i Wulgata, łacińska wersja Biblii, którą przetłumaczył święty Hieronim, dodają tu jeszcze dar pobożności, a św. Paweł w Liście do Galatów daje nam listę owoców tych darów:
Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.(Ga 5, 22-23a)
I proszę. Wszystko jasne. Duch Święty nam daje rozum i mądrość i wiedzę, byśmy w ogóle cokolwiek wiedzieli. Daje nam dar rady, byśmy z sensem radzili innym i dar męstwa, byśmy mężnie przełamali fałszywy wstyd i daje nam dar bojaźni Bożej, byśmy raczej bali się Boga, niż opinii naszych bliźnich. A wszystko to dzięki darowi pobożności, dzięki któremu w ogóle możemy prosić w modlitwie o te dary Ducha Świętego.Bo zawsze inicjatywa jest ze strony Boga i to zawsze On nam daje pierwszą Łaskę, bez której "nie potrafilibyśmy odróżnić lewej ręki od prawej".
Ale po co to nam? Na to odpowiada Święty Paweł. Po to, byśmy mieli radość w sercu, byśmy odczuwali miłość do każdego człowieka i pokój we własnym sercu. I mając dary Ducha Świętego, możemy z cierpliwością, uprzejmością, łagodnością i opanowaniem pomagać naszym braciom w Chrystusie. To jest właśnie ta prawdziwa dobroć. Dobrymi ludźmi jesteśmy pomagając braciom w ich problemach, a nie zamiatając je pod dywan i udając, że ich nie ma.
Piszę o tym, bo wiem, że to działa. Wiem, że to jest prawda. Widzę to w swoim życiu. Ja, który, gdy miałem przemówić do więcej, niż paru osób, dostawałem wysypki na całym ciele, któremu głos się łamał i zaczynały latać czarne płatki przed oczami – ja dziś jestem gotów iść na stadiony i przemawiać do milionów. Jestem gotów robić z siebie błazna, wydzierając się do mikrofonu kamery w mojej ciężarówce, gdy śpiewamy co wieczór o 22 "Panience na dobranoc" – tylko po to, by choć jedną osobę przybliżyć do Jezusa.
Ośmieszam się? Z pewnością. Według kryterium wielu ludzi – na pewno. Tak, jak ośmieszył się w oczach swej żony król Dawid, fikając koziołki przed Arką Bożą powracającą do Izraela. Ja jednak dawno przestałem się przejmować tym, co ludzie powiedzą. Przejmuję się tylko tym, co powie Jezus. Bowiem głęboko wierzę, że to już niedługo będzie nasze spotkanie i nie chciałbym wtedy świecić oczami ze wstydu. Wtedy nagle okaże się zupełnie nieważna opinia ludzi. Za to opinia Jego, mojego Pana, mojego Zbawiciela, mojego Boga – będzie wszystkim.
Bóg dal mi wiele łask. Znacznie więcej niż sobie na to zasłużyłem. Moja sakiewka z talentami jest ciężka i wypchana po brzegi. I boję się, że marnuję wiele z nich. Że wiele z nich zakopałem ze strachu w ziemię. Jedyny mój ratunek w Bożym Miłosierdziu. Ale te parę talentów, których nie zakopałem, chcę pomnożyć jak najbardziej. Dlatego każdego dnia modę się o wszystkie dary Ducha Świętego. Choć jestem osiołkiem, to bez nich nasz Pan nawet na sekundę nie chciałby mnie pożyczyć. Bo i po co? A tak, dzięki darom Ducha, nawet taki stary osioł może być czasem użyteczny dla Pana.
Odsłon: 820 Komentarzy: 9
Friday,21 May 2010,00:42
Kategoria: Kościół Friday, 21 May 2010, 00:42
Przed momentem zakończyła się audycja Pawła Wdówika "Bądź Zimny, Bądź Gorący" w Radiu Plus Warszawa. Nie mogłem jej słuchać od początku z powodu obowiązków zawodowych, (pewnie ściągnę sobie ją później z archiwów), ale pod koniec audycji prowadzący ją redaktor zapytał słuchaczy, co sądzą o pomyśle, by dzieci, zamiast ładnie sobie siedzieć osobno przed ołtarzem, przystępowały do Pierwszej Komunii Świętej wraz z rodzicami.
Abstrahując już od mojego zdania na ten temat, (może później o tym wspomnę), chciałbym napisać o czymś innym. W czasie przerwy na piosenkę zadzwoniła słuchaczka oburzona takim pomysłem i jako argument przeciwko niemu podała wstyd tych dzieci, których rodzice nie mogą przystąpić do Eucharystii, z powodu, powiedzmy, życia w związku niesakramentalnym. Później inny słuchacz niemalże zrugał prowadzącego redaktora, argumentując bardzo podobnie.
Wtedy ja zagotowałem. Może dobrze, że gdy się wreszcie dodzwoniłem do redakcji, było już za późno, by mnie dać na antenę. A zagotowałem z tego powodu, że my, zdaje się, straciliśmy z oczu to, co najważniejsze. Staliśmy się tak tolerancyjni, wrażliwi i politycznie poprawni, że nie chcemy budzić kogoś, kto śpi w płonącym domu, by przypadkiem nie narazić się na jego krzywe spojrzenie. By go nie urazić przebudzeniem nie w porę.
Dzięki Bogu i dzięki mojej żonie nasze małżeństwo jest naprawdę wspaniałe. Lepsze dziś, niż było trzydzieści lat temu. Ale rozumiem, że nie u każdego tak jest i że są osoby w znacznie bardziej zawiłej sytuacji życiowej. Daleki jestem tu od potępiania kogokolwiek. Jednak ciągle czegoś nie rozumiem. O jakich związkach niesakramentalnych jest tu mowa?
Jakie są "wytyczne" pastoralnego postępowania kapłanów w takich sprawach? Czy oni zalecają żyć tak, jak mąż z żoną, ale powstrzymywać się od przyjęcia Jezusa? Jeżeli tak, to mnie się włos jeży na głowie. Kto będzie odpowiedzialny za ich dusze? Oni sami, czy może ten ksiądz, ktory im udziela takich rad?
O ile wiem, w Stanach, gdzie ten problem jest chyba znacznie bardziej rozpowszechniony, zalecenia są takie, by uregulować sprawę pierwszego małżeństwa przez rozpatrzenie przez Trybunał, który stwierdzi, czy pierwsze małżeństwo było de facto ważne. Jeżeli tak, to jedyną drogą, jaka pozostaje osobom, które zamieszkują razem, jest żyć tak, jakby byli bratem i siostrą. A jeżeli żyją w czystości, nawet pod jednym dachem, np. ze względu na dzieci, to wtedy nie ma przeszkód, by przystępowały do Sakramentu Eucharystii.
Jeżeli jednak nie są w stanie, czy nie chcą żyć w czystości, to jakie znacznie ma to, czy przyjmują Jezusa w Eucharystii? To znaczy ma to znaczenie olbrzymie, nie można dodawać jednego wielkiego grzechu do innego. Ale oni i tak nie są w stanie łaski uświęcającej. Są chodzącymi zombi. Są trupami, prowadzącymi swe prześlicznie ubrane aniołki na spotkanie z Jezusem. Czy zatem nie mamy tu poważniejszego problemu? Przecież tu chodzi o dusze! O ich zbawienie! Nie czas żałować róż, gdy płonie las.
Komu wyrządzamy łaskę? Im? Ich dzieciom, które w Niebie zobaczą, że ich ukochanych rodziców tam nie ma? Krzywdzimy ich i oszukujemy. Z obawy przed zranieniem uczuć, zabijamy ich dusze.
Kiedyś google zaprowadziły mnie na "forum kobiece". Szukałem czegoś o naturalnym planowaniu rodziny i znalazłem ciekawy wątek, gdzie młode kobiety, katoliczki, Warszawianki, dzieliły się uwagami i radami jak i gdzie znaleźć księdza, który "daje rozgrzeszenie z pigułki". Były adresy parafii, praktyczne uwagi który konfesjonał i jak ten ksiądz wygląda, żeby się nie pomylić i nie wpaść, głupio idąc do jakiegoś "nietolerancyjnego księdza".
Ale kogo te panie oszukują? Księdza, siebie, czy może Pana Boga? Oszukać można każdego człowieka, ale sam fakt, że one na tamtym forum piszą, jest dowodem, że wiedzą, że to, co robią jest grzeszne i niemoralne. O co więc chodzi? Czy są one naprawdę takie głupie, czy tylko udają idiotki? Po co w ogóle bawić się w te formy bez żadnego znaczenia? Bogu chodzi nie o formy, ale o nasze serca.
Wstyd? Mówiąc o wstydzie… W Stanach 99,9% wiernych przystępuje do Komunii. Tu naprawdę człowiek ma czerwone uszy, gdy przepuszcza wszystkich z ławki, uśmiechając się przepraszająco. A każdy na niego patrzy (przynajmniej takie się ma wrażenie) z pytaniem w oczach: "Zamordował kogoś? Jakiś pedofil? Jaką zbrodnię popełnił?" Bo przecież gdyby "tylko" opuścił Mszę przez kilka tygodni, albo "tylko" stosował antykoncepcję, albo "tylko" żył w niesakramentalnym związku, to przecież po co ta szopka? Wszyscy tak postępują i wszyscy idą "do komunii".
Bogu dzięki, że w Polsce jeszcze tak nie jest. Że przed konfesjonałami ciągle są jeszcze kolejki i że ludzie w stanie ciężkiego grzechu powstrzymują się od świętokradczej Komunii Świętej. Ale też nie dajmy się zwariować. Ekskomunika, czy to ta "oficjalna", czy ta na każdej Mszy, pozbawienie Komunii ludzi nie będących w stanie łaski, to jest lekarstwo. Lekarstwo niezbędne dla ciężko chorego pacjenta. Nie zabierajmy go nikomu.
Czas chyba powrócić do początku moich rozważań. Wyszedłem od tego, że to nie wstyd jest problemem, ale grzech. Nie przejmujmy się objawami, szukajmy przyczyn. Jak rodzice dzieci idących do Pierwszej Komunii nie mogą jej przyjąć, to znacznie ważniejsze jest takie postępowanie, by uzyskać sytuację, gdy będą mogli do tego sakramentu przystąpić, niż to, czy dziecku i im będzie, czy nie będzie wstyd. Bo tu nie chodzi o opinie sąsiadów i zranione uczucia. Nie nasze uczucia i nie uczucia naszych dzieci. Jeżeli miałoby chodzić o chodzi o zranione uczucia lepiej zastanówmy się nad zranionymi uczuciami Jezusa, przeciw któremu każdy grzech jest skierowany.
A co z samym pomysłem, by to rodzice przyjmowali Jezusa ze swym dzieckiem? Cóż. Nie wiem sam. Z jednej strony wspaniały pomysł, bo promuje rodzinę, która musi być tą podstawową komórką, cegiełką budującą Królestwo Boże. Żaden ksiądz nie zastąpi mamy i taty.
Ale z drugiej strony każdy z nas widzi, jacy my sami jesteśmy. Nie każda rodzina przypomina Świętą Rodzinę, nie każdy ojciec, czy mama potrafią dziecku pomóc, nie każdy daje dobry przykład. I z powodu tego wstydu zawsze zwiększa się ryzyko, że znajdą się w takiej grupie osoby, które były do spowiedzi u "księdza z kobiecego forum".
Dlatego, myślę, ważniejsze jest to, by wszystkie nasze rodziny zaczęły przypominać Świętą Rodzinę z Nazaretu. I gdy to się stanie, wszystko inne samo się ułoży. Wtedy nie będzie miało wielkiego znaczenia, w jakiej formie odbywa się Pierwsza Komunia Święta. Bo nagle forma stanie się podporządkowana Treści, którą jest przecież sam Jezus.
Odsłon: 1746 Komentarzy: 33
Tuesday,18 May 2010,22:55
Kategoria: Historia Tuesday, 18 May 2010, 22:55
Jak to jest możliwe, że pewien tyran, który w swej walce z Kościołem posunął się do tego, do czego nie posunął się nawet Hitler, zdobywając Państwo Kościelne, wcielając je do swego państwa i aresztując papieża, jest równocześnie bohaterem wielkiego, katolickiego narodu? Bohaterem tak wielkim, że został uwieczniony w słowach hymnu narodowego, gdzie ma nam świecić przykładem?
"Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy"? Czyżby? Ile my tak naprawdę wiemy o Napoleonie, poza kilkoma epizodami z jego życia? Waterloo przeszło do codziennego języka jako symbol klęski. Mam nadzieję, że nie o tym nam wspomina Mazurek Dąbrowskiego. Ale jest też całkiem inna strona życia Napoleona, chyba zupełnie nie znana w Polsce. I o tym chciałem napisać słów kilka.
Poniższe opracowanie jest napisane na podstawie artykułu w apologetycznym miesięczniku "This Rock" wydawanym przez organizację "Catholic Answers". Autorem jest Matthew E. Bunson, historyk i teolog, autor wielu książek i artykułów na temat historii Kościoła. Opracowanie to jest szczególnie ciekawe dlatego, że jest napisane przez Amerykanina, który ocenia postać Napoleona w sposób obiektywny, stojąc z boku.
Jak bardzo może czyjś punkt widzenia zmieniać rzeczywistość widać doskonale, gdy porównamy np. sytuację Polski w czasach wojen napoleońskich z sytuacją Ukrainy w okresie wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Nikogo w Polsce nie dziwi to, że darzymy Napoleona sympatią i uważamy go za bohatera. Ale właśnie dokładnie tak samo widzieli Hitlera Ukraińcy. On przyszedł do nich "lać ruskich" i tylko to dla nich się liczyło. Dokładnie tak, jak dla nas, przed wiekiem, gdy przyszedł Bonaparte.
Po tym przydługim wstępie zapraszam do samego artykułu Matthew Bunsona. Nie jest to dosłowne tłumaczenie, ale nie jest to także mój oryginalny tekst. Nazwałbym go parafrazą artykułu z "This Rock". A gdyby ktoś chciał zapoznać się z oryginałem, zapraszam TUTAJ. Cały artykuł, jak wszystkie archiwalne numery tego doskonałego miesięcznika, jest dostępny, za darmo, online.
W dniu 30 listopada 1799, 34 kardynałów z całej Europy zebrało się na konklawe, by wybrać następcę papieża Piusa VI. Nie zebrali się jednak w Kaplicy Sykstyńskiej, ani w Watykanie, ani nawet nigdzie w Rzymie. Mniej niż dwa lata wcześniej, w lutym 1798 r. wojska francuskie wkroczyły do Rzymu i uwięziły papieża Piusa VI. Umieścili schorowanego Papieża w cytadeli Valence, gdzie zmarł on 29 sierpnia 1799 roku.
Rzym był zajęty, więc kardynałowie zgromadzili się w klasztorze benedyktyńskim San Giorgio koło Wenecji. 14 marca 1800 roku, wybrali Benedyktyna, kardynała Luigi Barnabę Chiaramonti, biskupa Imoli. Przyjął on imię Piusa VII, ale ponieważ nie było środków na koronację nowego papieża, szlachcianki Wenecji zrobiły tiarę z masy papierowej i ozdobiły ją klejnotami z własnych pierścieni i naszyjników.
Nikt z tych, którzy wybrali Piusa VII nie mógł przewidzieć, jak intensywny konflikt z Napoleonem Bonaparte, otwarcie nazywanym Antychrystem i wrogiem cywilizacji, oczekiwał w nadchodzących dziesięcioleciach Kościół i papieża. Warto pamiętać tę lekcję historii, bo wszyscy możemy się z niej czegoś nauczyć. Na przykład tego, że Bóg zawsze daje nam najodpowiedniejszego następcę Świętego Piotra na dane czasy. I rzeczywiście, poprzez świętość, męstwo i roztropność Piusa VII, Kościół przeżył Rewolucję Francuską i wojny napoleońskie, a niedoszły Pan Europy lamentował: "Alexander Wielki ogłosił się synem Jowisza. Ja spotkałem księdza mocniejszego od siebie".
Chiaramonti urodził się w szlacheckiej rodzinie w Cesenie i wstąpił do zakonu benedyktynów w wieku 14 lat. Znany ze swojej inteligencji i dobroci, uzyskał uznanie przyszłego papieża Piusa VI. Został wybrany opatem, a następnie, w 1782 roku, biskupem Tivoli, a trzy lata później biskupem Imoli. W lutym 1785 roku został kardynałem.
Od samego początku swego pontyfikatu papież Pius VII widział wyraźnie, że głównym problemem stojącym przed Kościołem jest polityka Napoleona. Papież powołał kardynała Ercole Consalvi (1757-1824) na swego sekretarza stanu i obydwaj rozpoczęli ostrożną politykę, który uniemożliwiałaby zniszczenie doczesnego i duchowego autorytetu papiestwa, a także powstrzymywała ambicje Napoleona, popychające go do przejęcia całkowitej kontroli nad Kościołem.
Kardynał Consalvi w 1801 roku wynegocjował z Napoleonem konkordat, który francuski przywódca szybko naruszył, poprzez dodanie do niego artykułów, pozwalających zacieśnić jego kontrolę nad francuskim Kościołem. Wbrew radom Kurii, Pius przyjął zaproszenie od Napoleona w 1804 roku, na podróż do Paryża, aby mu wręczyć koronę cesarza – w nadziei, że w ten sposób skłoni go do ustępstw. Pius VII odprawił Mszę koronacyjną Napoleona w dniu 1 grudnia (w czasie której cesarz sam umieścił koronę na swej głowie), ale żadnych zmian w polityce wobec Kościoła nie udało mu się uzyskać.
Wojna wybuchła ponownie w następnym roku. Mimo, że Pius przyjął wobec niej neutralne stanowisko, stosunki Watykanu z francuskim imperium stale się pogarszały. Zwłaszcza po tym, gdy Napoleon odniósł głośne zwycięstwa przeciwko Prusom i Rosji. Napoleon nie zadowalał się neutralnością Watykanu. On żądał poparcia.
Na początku 1806 roku papież napisał słowa, które zostały powtórzone przez wielu papieży do kolejnych dyktatorów:
„Żaden papież nie powinien angażować się w wojny między państwami. […] Jeśli nasze słowa nie odmienią serca Waszej Wysokości, będziemy znosić prześladowania, pozostając wiernymi Ewangelii i przyjmując wszystko jako pochodzące od Boga."
W odpowiedzi, Napoleon wymusił w czerwcu 1806 roku na Piusie usunięcie Consalviego. To był dopiero początek. Cesarz butnie oświadczył:
"Ja jestem Karolem Wielkim, mieczem Kościoła, i cesarzem całego duchowieństwa.”
Zaczęła się gra w kotka i myszkę trwająca kilka lat. Napoleon co chwilę bywał wymanewrowany przez pokornego, starego papieża, który był niezłomny w swych działaniach, mimo zagrożenia ze strony wojsk francuskich. W końcu cierpliwość dyktatora się wyczerpała. W lutym 1808 roku zdobył on Rzym, aresztował wielu kardynałów, uwięził także papieża w Kwirynale w Rzymie. Pius VII zerwał stosunki dyplomatyczne z Napoleonem, a w odpowiedzi dyktator zajął Państwo Kościelne i pewnego poranka Rzymianie zobaczyli trójkolorową francuską flagę powiewającą nad pałacem San Angelo.
Następnego dnia papież wykonał swój ruch. W Wiecznym Mieście ukazały się tysiące ulotek z wiadomością, że papież Pius VII ekskomunikował wszystkie osoby biorące udział w aneksji Watykanu, łącznie z Napoleonem. (Choć, by dać świadectwo historycznej prawdzie, trzeba zaznaczyć, że nie był on wymieniony z nazwiska). Słysząc, że został ekskomunikowany, Napoleon miał oświadczyć, że „ten stary ksiądz najwyraźniej postradał zmysły” i kazał aresztować papieża. Szóstego czerwca 1809 roku francuskie wojska porwały Piusa VII i przywiodły do Savony, między Niceą, a Genuą.
Odtąd Pius był więźniem, odizolowany od swych doradców i pracowników. Napoleon oczywiście nie zdawał sobie w pełni sprawy, że papież nigdy nie był naprawdę sam, a z każdą nową falą oburzenie wobec czynów cesarza popełnianych wobec Kościoła, moc tego mnicha, który stał się następcą świętego Piotra wydawała się nieustannie rosnąć.
Wierni Piusowi kardynałowie pozostali nieugięci wobec życzeń Napoleona, by uznać jego rozwód z ukochaną cesarzową Józefiną, co umożliwiałoby mu poślubienie austriackiej księżniczki Marii Ludwiki. Był to tak wielki wstyd, że w zemście Napoleon pozbawił ich szkarłatnych szat i wszystkich praw, pozbawił ich wolności, a nawet podpisał na nich wyrok śmierci. W ostatniej chwili wycofał się jednak z tego ostatniego. Kardynałowie mogli nosić tylko czarne sutanny i tak zdobyli zaszczytny tytuł "Czarnych Kardynałów".
Kiedy cesarz ogłosił cenzurę na wszelkie wiadomości na temat jego ekskomuniki i uwięzienia papieża, wierni papieżowi katolicy potajemnie drukowali te wiadomości w Lyonie, a następnie rozprowadzali je w całej Francji. Prawda o Napoleonie stała się powszechną w całej Europie i nawet najzagorzalsi antyklerykałowie byli przerażeni tym do jakiego stopnia Napoleon pogrążył się w tyranii.
W lutym 1810 roku Napoleon oficjalnie dołączony Państwa Kościelnego do Cesarstwa Francuskiego jako wolne miasto cesarskie, a biskup Rzymu miał przyznany roczny budżet w wysokości dwóch milionów franków. To było mniej niż otrzymywali niektórzy urzędnicy napoleońscy. Pius tymczasem przebywał w więzieniu, wspierany tylko przez jednego towarzysza, który był mu sekretarzem i posługującym. Był poddawany ciągłej inwigilacji, a odmowa uznania aktu z lutego 1810 z pewnością nie poprawiła jego sytuacji.
Chcąc zadać ostateczny cios swemu więźniowi, 16 czerwca 1811 Napoleon zmusił kardynałów i biskupów z okupowanych terytoriów do gromadzenia się na synodzie w Notre-Dame w Paryżu, w celu potępienia Piusa VII. Rzekomo zastraszeni i bezwolni biskupi złożyli formalną przysięgę na wierność papieżowi i wystosowali apel o jego natychmiastowe uwolnienie. Tyran poniósł kolejną porażkę w walce ze starym, uwięzionym przez niego zakonnikiem.
Do czerwca 1812 roku stan zdrowia papieża się znacznie pogorszył, tak, że zaalarmowało to jego zwolenników, w tym cesarza Austrii. Przygotowując się inwazji na Rosję, która miała być ostatecznym krokiem na drodze do podboju całej Europy, Napoleon rozkazał przenieść papieża do Fontainebleau, niedaleko Paryża. Tam, oferując papieżowi pozory wolności, zamieniając mu więzienie na areszt domowy, Napoleon zachęcał go do wystąpień publicznych i pokazania, że jego stan zdrowia jest całkiem dobry. Jednak papież Pius wolał żyć w pałacu jako skromny mnich benedyktyński. Powrócił nawet do tonsury, (wygolonego kółka na głowie, znaku prostego, zakonnego stanu duchownego, z pozostawioną koroną włosów, symbolizującą koronę cierniową Chrystusa), zgodnie ze zwyczajami z życia zakonnego sprzed wyboru na tron papieski.
Po klęsce swej kampanii na wschodzie, Napoleon powrócił on do Paryża. Chciał, czy może raczej potrzebował zgody z Kościołem. Zaproponował nowy konkordat, że zażądał różnych ustępstw ze strony papiestwa i w tym celu udał się 18 stycznia 1813. roku do Fontainebleau.
Ich poprzednie spotkanie miało miejsce w 1804 roku. Cesarz, teraz miał 44 lata, papież 71. Jeden był głową ciągle jeszcze potężnego cesarstwa, drugi więźniem, od lat przebywającym w niewoli. Nierówne negocjacje trwały tydzień i w końcu 25 stycznia papież, nie mający innej możliwości i ulegający naciskom tyrana złożył swój podpis na dokumencie znanym nam dzisiaj jako „Konkordat z Fontainebleau”.
Napoleon natychmiast opublikował konkordat i uwolnił Czarnych Kardynałów. Pius VII po odzyskaniu sił wysłał 24 marca list, odwołując swój podpis pod tym dokumentem. W obliczu kolejnej wojny z wojskami całej niemal Europy zjednoczonej przeciwko dyktatorowi, Napoleon zgodził się na ponowne negocjacje, które ciągnęły się bezowocnie całymi miesiącami. W ostateczności jednak Napoleon wprowadził niezmieniony konkordat w życie i zaczął obsadzać wakujące stanowiska biskupie swoimi kandydatami.
W bitwie pod Lipskiem w październiku 1813 roku Napoleon został pokonany przez koalicję Austrii, Prus, Rosji i Szwecji. Granice Francji zostały zaatakowane na początku 1814 roku. Szukając rozpaczliwie sojuszników, mogących pomóc mu zachowanie jego tronu, Napoleon, w zamian za papieskie poparcie, zaproponował przywrócenie Państwa Kościelnego i uwolnienie Piusa, ale Papież odpowiedział, że tego po prostu wymaga zwykła sprawiedliwość. By uniknąć wyzwolenia Papieża przez aliantów, w dniu 23 stycznia został on ponownie wysłany do więzienia w Savonie. Kiedy alianci upierali się, że uwolnienie papieża musi być warunkiem jakiegokolwiek układu pokojowego, Napoleon odesłał go w końcu do Austriaków stacjonujących we Włoszech.
31 marca alianci weszli do Paryża. Napoleon zdradzony przez swoich najbliższych marszałków, poddał się i został zesłany na wyspę Elbę. Po powrocie w czasie legendarnych 100 dni w roku 1815, w dniu 18 czerwca został pokonany w bitwie pod Waterloo przez połączone siły Anglii i Prus. Wydalony z Europy, został wysłany na wyspę Świętej Heleny. Człowiek będący niedawno władcą całego imperium, któremu marzyło się zdobycie całej Europu i podporządkowanie sobie Kościoła, zmarł na wygnaniu w dniu 5 maja 1821 roku.
W międzyczasie jego były więzień, Pius VII, ku radości wszystkich katolików w całej Europie, tryumfalnie powrócił do Rzymu w dniu 24 maja 1814. Papież wydał oświadczenie do wszystkich katolików, którzy cierpieli za panowania Napoleona:
„Płakaliśmy z żalu w naszym więzieniu, najpierw z powodu Kościoła powierzonego naszej opiece, bo wiedzieliśmy jego potrzeby, a byliśmy bezsilni w naszej chęci pomocy, a następnie z powodu osób podlegających naszej władzy, bo krzyk ich udręk docierał do nas, a nie mieliśmy możliwości przyniesienia im ukojenia. . . . Pycha szaleńca, który siebie ustanowił równym Najwyższemu został upokorzona.” (Encyklopedia Papiestwa 2:1188)
Pius VII cieszył się coraz większym prestiżem. Szybko przywrócił funkcjonowanie Państwa Kościelnego, a w 1814 roku ponownie powołał do życia Towarzystwo Jezusowe, dając im za zadanie odbudowę zrujnowanego Kościoła w Europie.
Żył on aż do 1823 roku. Prowadził Kościół w jednym z najmroczniejszych okresów w historii. Ale przed śmiercią dokonał jeszcze jednego, niezwykłego czynu. W czasie, gdy krewni Napoleona Bonaparte byli pariasami Europy, Pius VII wystosowała zaproszenie do matki i siostry Napoleona, by się schroniły w Państwie Kościelnym. Był to akt godny byłego mnicha, którego Napoleon, czekając na śmierć na wyspie Świętej Heleny nazwał "starcem pełnym tolerancji i światła".
Odsłon: 1085 Komentarzy: 27
Sunday,16 May 2010,05:14
Kategoria: Religia Sunday, 16 May 2010, 05:14
Podczas jednej z dyskusji na moim forum ktoś zadał interesujące pytanie. Poniżej ono i moja na nie odpowiedź:
"A czy możliwe jest życie na innej planecie? Bo jak wiemy, jest tyle planet, że głowa boli."
Wielu teologów uważa, że jest to zupełnie możliwe. Między innymi ksiądz profesor Michał Heller, wielki autorytet w dziedzinie kosmologii i człowiek, który mnie bardzo wiele nauczył. Ja jednak nie mogę się z taką ideą zgodzić. Albo raczej nie mogę się zgodzić z opinią, że jest tam życie rozumne, inteligentne, że są tak jakieś stworzenia posiadające wolną wolę i rozum podobny do ludzkiego. Nie mam natomiast żadnego problemu z koncepcją życia zwierząt i roślin na innych planetach, choć w sumie osobiście i w to nie bardzo wierzę.
Problem z istotami rozumnymi polega na tym, że jeżeli miałyby one wolną wolę, to jest bardzo prawdopodobne, a nawet wręcz pewne, że zgrzeszyły także i że potrzebowały Zbawiciela. I tu mamy teoretycznie kilka możliwości. Albo nikt im zbawienia nie zaoferował, albo śmierć Jezusa na Ziemi odkupiła i ich grzechy, albo Syn Boży stał się także jednym z "Marsjan" i oddał za nich życie na ich planecie. Czy też na każdej z miliardów planet, na których, załóżmy, żyją zielone, inteligentne i mające wolną wolę, ludziki. Mógł też Bóg po prostu zbawić ich, bo miał takie "widzimisię".
Żadna z tych koncepcji, z tych teoretycznych możliwości, moim zdaniem, nie ma zbyt wiele sensu. Pierwsza kłóci się z koncepcją Boga, który jest miłością. Jak miłosierny, kochający Bóg mógłby pozbawić swe ukochane stworzenia możliwości uzyskania zbawienia?
W drugim przypadku niezrozumiałe byłoby dlaczego człowiek miałby odkupić grzechy "Marsjan". Śmierć Jezusa, jedynego pośrednika między Bogiem, a człowiekiem, jest "logiczna" w tym sensie, że On, jako jeden z nas, odpłaca się Bożej Sprawiedliwości, a jako Bóg ma tyle do zaoferowania, że to może usatysfakcjonować Bożą Sprawiedliwość. Ale przecież nie może śmierć człowieka zgładzić grzechów Marsjanina, tak, jak nie może śmierć baranka zgładzić grzechów człowieka.
Musiałby więc Syn Boży stać się także Marsjaninem i na ich planecie umrzeć za ich grzechy. Ale wtedy mamy zupełnie bezsensowną spekulację prowadzącą donikąd. Bo gdy po śmierci pójdziemy do Nieba, to kim będzie Jezus? W poniedziałki człowiekiem, we wtorki Marsjaninem, w środy Wenusjanką? Dochodzimy do jakiejś absurdalnej sytuacji.
Także koncepcja, że Jezus po prostu darował im zbawienie, ze swej własnej woli, jest nie do przyjęcia. Oczywiście, że to możliwe, ale dlaczego by za nas umierał w straszliwych cierpieniach, a za nich po prostu "pstryknął boskimi palcami"? Bóg nie musiał umierać za nikogo, ale wybrał taką formę odkupienia za nasze grzechy, bo nas kocha. Pokazał nam w ten sposób, że nie jest od nas "lepszy", ale że On sam poniósł wszystkie konsekwencje grzechu. Nawet, gdy sam żadnego nie popełnił. Pokazał też jak okropną rzeczą grzech jest. Jak wielką cenę trzeba zapłacić, by uzyskać odkupienie. Nie rozumiem dlaczego więc Bóg miałby postępować w taki sposób z Ziemianami, a Marsjanom dać prezent, "wykręcając się" od tej pięknej i bolesnej drogi, jaką przyniósł zbawienie nam.
Czyli, wracając do Twojego pytania, myślę, że jest możliwe życie na innej planecie, ale ani w to nie wierzę, ani nie uważam, by mogło to być życie istot nam podobnych. Nie zdziwiłoby mnie specjalnie odkrycie jakiejś ameby, czy innego pantofelka, żyjącego w odległej galaktyce, ale jestem przekonany, że zielone ludziki o trójkątnych twarzach żyją tylko w powieściach science fiction.
Odsłon: 1419 Komentarzy: 62
1
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
