
Saturday,30 April 2011,02:57
Kategoria: Kościół Saturday, 30 April 2011, 02:57
Karol Wojtyła został biskupem w 1958 roku. Ja, wraz z rodzicami, zamieszkałem w Krakowie w tym samym roku. Miałem roczek. Urodziłem się na Śląsku, gdzie tata „odpracowywał studia”, jak to wymagało ówczesne prawo. Po wypełnieniu tego obowiązku rodzice powrócili do miasta, gdzie tatuś ukończył studia i do wyjazdu do USA w 1981 roku mieszkałem w Krakowie. Pierwsze dwa lata w Łagiewnikach, potem, od 1960 roku w „nowoczesnym bloku” na Grzegórzkach. Pełne luksusy: Ciepła i zimna woda, kaloryfery, łazienka a nawet telefon. Nasza „willa” w Łagiewnikach, niedaleko klasztoru siostry Faustyny, nie miała nawet kanalizacji, ani bieżącej wody. Nic dziwnego, że rodzice zamienili ją na "superkomfortowe mieszkanie".
Ja tego już oczywiście nie pamiętam, znam to z opowiadań rodziców. Jednak patrząc z perspektywy lat trudno nie zauważyć jak się moje losy przeplatały z losami przyszłego papieża. I nie będą to wspomnienia o wspólnych wyprawach w góry, czy spływach kajakowych. Ja w ogóle nie pamiętam, bym kiedykolwiek spotkał mojego biskupa. Pewnie miało to miejsce, ale po prostu nie pamiętam. A mimo to uważam, że nasze losy są ze sobą niezwykle związane.
Gdy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, wszyscy byliśmy z tego bardzo dumni. Jednak u mnie był to chyba rodzaj dumy typu: „No, to pokazaliśmy tym komuchom!” Nie bardzo się wtedy interesowałem nauką Kościoła, nie ze wszystkim się zgadzałem, nie rozumiejąc pewnych nakazów. I gdy papież pierwszy raz odwiedził Polskę, nawet mi się nie chciało pójść na krakowskie Błonia. Miałem dwadzieścia dwa lata i ważniejsze spray na głowie, niż tłoczenie się na Mszy, która trwa godzinami. Poza tym i tak wszystko widać w TV.
Dlatego też jestem przekonany, że to, co się stało później z moim życiem to jest Jego zasługa. Że On mi to wymodlił. Jestem bowiem przekonany, że nasz papież modlił się o nawrócenie swych rodaków, a w sposób szczególny o swoją własną, krakowską diecezję. Bo ja, choć zawsze byłem „w miarę dobrym katolikiem”, starałem się chodzić na Mszę w każdą niedzielę i jak nagrzeszyłem, to zawsze ze skruchą spowiadałem się z tego, to jednak to wszystko wynikało bardziej z wychowania, niż z jakiejś głębokiej potrzeby serca, czy też prawdziwej miłości do Boga.
Rok 1981. Ja już po ślubie, moja żona jest w USA. Ja – po trzykrotnym zdaniu egzaminu na studia i trzykrotnej próbie podjęcia studiów trzeci raz wyleciałem z uczelni. Albo raczej machnąłem ręką na naukę, która mi szła jak po grudzie. Kolejny pobór do wojska się skończył, ciągnęło mnie za kierownicę i brakowało motywacji do nauki. Już wtedy moja pamięć była kulawa i po prostu… zresztą nieważne. Ważne jest to, że groziło mi zupełnie serio, że zostanę żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego (o ile można je było nazwać polskim) akurat na parę miesięcy przed Stanem Wojennym. Ale co mogłem zrobić?
Jednak moje losy potoczyły się zupełnie inaczej. Trzynastego maja 81 roku, w rocznicę pierwszego objawienia w Fatimie, zamach na papieża. W czerwcu 81 pielgrzymka z krakowskimi Paulinami na Jasną Górę. Miałem jechać księżym Żukiem, wieź cięższe bagaże. Bóg chciał inaczej – Żuk się zepsuł, a ja poszedłem na nogach. Pielgrzymka w intencji powrotu do zdrowia Jana Pawła, a ja z moją małą intencją otrzymania paszportu.
Dziś trudno w to uwierzyć, ale wtedy nie miałem na to po ludzku żadnych szans. Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej i żona w USA. Wprost mi powiedziano w urzędzie paszportowym: Dopóki żona nie wróci, a ty nie odsłużysz wojska, nawet się nie staraj. Ale ja chciałem do żony, a do wojska wcale mi się nie spieszyło. Bałem się wojska. Bałem się, że nie wytrzymam psychicznie. Że mogę strzelać nie w tę stronę w którą mi rozkażą.
Kolejny termin odbioru paszportu. Dla mnie wtedy dzień jak co dzień. Później dopiero skojarzyłem. To był 16 października. Rocznica wyboru papieża. Dostałem paszport, mimo, że milicjant bardzo uważnie przeglądał moją książeczkę wojskową z pieczątką: „Przeznaczony do zasadniczej służby wojskowej”. Nie wiem do dziś jak to się stało. W paszporcie tym, który ciągle mam, jest data wydania: 13 październik 1981. To rocznica ostatniego objawienia w Fatimie. Przypadek? Hmmm…
Minęło wiele lat, zanim przyszło moje nawrócenie. Ten tekst i tak jest o wiele za długi i nic nowego w nim nie piszę. Opisywałem już tę historię kilka razy. Jednak jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to, co się dzieje z moim życiem jest „papiesko – fatimskie”. Bo Jan Paweł był „fatimskim papieżem”.
Moja przygoda z apologetyką. Moja przygoda z internetową ewangelizacją. Forum i blog. Moje wizyty w katolickich rozgłośniach i audycje z moim udziałem. Artykuły w katolickich tygodnikach, a nawet kazania na temat mojej osoby. I wreszcie Wspólnota Marto. Ale ja… Ja jestem porażką rodziców. Ja jestem czarną owcą w rodzinie. Ja jestem tym, co się mu nie chciało uczyć, co uciekał na wagary, co zamiast studiować poszedł do pracy jako kierowca, nawet nie mówiąc o tym rodzicom.
Nie chcę by to ktoś odebrał jako jakieś przechwałki, czy użalania się z mojej strony. Z jednej strony mojej zasługi tu nie ma żadnej. Z drugiej – nie bardzo mam być z czegokolwiek dumny i żałuję, że nie skończyłem studiów. Nie raz „gdybam”, co by było, gdybym… może poszedł na polonistykę? Dziennikarstwo? Może bez sensu była ta Politechnika, czy Akademia Ekonomiczna? Ale teraz i tak już się nic nie zmieni, a pracę swą lubię i nie wiem, czy byłbym szczęśliwszy gdybym robił co innego. Ale zawsze człowiekowi trochę żal. Jednak gdybym został w Polsce, gdybym został inżynierem, to czy dzisiaj byłbym bardziej usatysfakcjonowany? Czy mógłbym docierać do setek, tysięcy chłopaków zafascynowanych Ameryką i życiem truckera? Kto wie, jakby wtedy potoczyło się moje życie.
To, co się dzieje teraz w moim życiu daje mi ogromną satysfakcję. Cieszę się, że mogę coś zrobić dla Królestwa. Cieszę się, że jestem żołnierzem Pana, że jestem osłem, który może być Mu na chwilę przydatny. I tylko to się liczy. Nie bardzo wiem jak to się stało i kiedy. Jakby moje życie kierowało mną, a nie ja nim. To nie jest coś, co planowałem, czy nawet coś co sobie mogłem wyobrazić dwadzieścia lat temu. Co prawda zupełnie świadomie oddałem całe swe życie Panu, ale nie tak sobie wyobrażałem to, co On z nim zrobi. Nie bardzo rozumiem jak to się stało, że to mi sprawia taką ogromną satysfakcję i radość. Moje życie najbardziej zaskakuje samego mnie.
I wiem, że wielu czytających ten tekst wzruszy ramionami i powie: „A cóż takiego niby jest niezwykłego w twoim życiu? Kierowca piszący bloga? To ma być to niezwykłe doświadczenie?” I będą mieli rację. Obiektywnie patrząc z pewnością nie jest to nic niezwykłego. Ale ja to widzę inaczej. Dla mnie zawsze pozostanie to subiektywne spojrzenie.
Pisać, tak jak śpiewać, każdy może. Jeden lepiej, a drugi gorzej. Jednak nie każdy może założyć forum, który regularnie odwiedza ponad tysiąc osób każdego miesiąca. W marcu było tych gości 58 tysięcy. Mojego bloga na alleluja.pl, www.polon.us, odwiedziło już od 2003 roku półtora miliona gości. Nawet więc gdy 90% z nich wyjdzie tak szybko jak weszło, to widać, że docieram do wielu osób. A ja zwykle piszę dość trudne i ważkie teksty. To nie są jednoakapitowe notki o niczym.
Za to właśnie podziękuję jutro błogosławionemu Janowi Pawłowi. Za to, że nawet, gdy ja o Nim nie pamiętałem, On nigdy o mnie nie zapomniał. O anonimowym chłopaku z jego diecezji, o którym nigdy nawet nie słyszał. Ale jestem przekonany, że się za mnie modlił. I choć nigdy nie miałem możliwości ucałowania Jego dłoni, to przecież i w Kalwarii, i na Wawelu i w Bazylice Miłosierdzia w Łagiewnikach i na krakowskim Rynku chodziliśmy po tych samych kamieniach i ścieżkach. W Bazylice byłem nawet osobiście wtedy, gdy On ją konsekrował po raz pierwszy, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Ojczyzny. I to był nasze najbliższe spotkanie. Tym bardziej jutrzejsza data jest dla mnie pełna znaczenia i symboliki.
Miałem napisać zupełnie inny tekst. Jak zwykle wyszło co innego. Pewnie powinienem to wywalić do kosza, ale niech zostanie. Wszyscy dziś mówią kim był Jan Paweł w ich życiu. Niech to będzie moje świadectwo. Mój papież nie od kremówek i nie od nart i kajaków, ale od nauczania czym powinno być prawdziwe chrześcijaństwo. Papież, który wymodlił mi pewne łaski i pokazał swym nauczaniem i swym przykładem jak żyć. I choć nigdy nie dorosnę Mu nawet do pięt, to zawsze będzie On dla mnie wzorem. I zawsze będę Mu wdzięczny za to, co dla mnie zrobił. Bo choć wiem, że wszelkie łaski jakie otrzymałem – otrzymałem od Boga, to wiem też jak ważne są modlitwy wstawiennicze. I jestem przekonany, że Karol Wojtyła, najpierw jako mój biskup, a potem jako nasz papież mi te łaski wymodlił.
Nasza Wspólnota Marto ma dwoje patronów: Franciszka i Hiacyntę. Małe dzieci z Fatimy, które właśnie Jan Paweł Drugi wyniósł na ołtarze. Od niedzieli będziemy mieli jeszcze jednego patrona: Błogosławionego Jana Pawła Wielkiego. Dlaczego? Myślę, że ten, kto przebrnął przez to, co napisałem powyżej, zrozumie.
Błogosławiony Janie Pawle, módl się za nami!
Odsłon: 857 Komentarzy: 37
Saturday,23 April 2011,22:50
Kategoria: Ogólne Saturday, 23 April 2011, 22:50
Nie umiem być srebrnym aniołem –
ni gorejącym krzakiem –
tyle Zmartwychwstań już przeszło –
a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z dzwonami –
tyle już Alleluja –
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie – przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski –
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy –
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę –
serca mojego ocali
czerwoną chorągiewkę.
Ks Jan Twardowski
Piotr "hiob" Jaskiernia
Odsłon: 464 Komentarzy: 3
Thursday,21 April 2011,02:58
Kategoria: Kościół Thursday, 21 April 2011, 02:58
Dwa z siedmiu ostatnich słów Jezusa: „Pragnę.” I „Wykonało się.”. Czemu teraz Jezus powiedział, że pragnie? Nie odczuwał pragnienia wcześniej? Od aresztowania na Górze Oliwnej minęło już wiele godzin. A wcześniej, gdy żołnierze chcieli mu dać napój gaszący pragnienie i przynoszący ulgę w cierpieniu, Jezus odmówił. Dlaczego więc teraz? I jakie Pismo się wypełniło? Co się tu właściwie wydarzyło?
Dlaczego Jezus mówi też, że się „wykonało”? Co miał na myśli? Zbawienie wszystkich ludzi? Ale gdyby nie zmartwychwstanie, sama śmierć nie miałaby większego sensu i znaczenia. Święty Paweł przecież wyraźnie pisze:
A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach. (1Kor 15,14-17)
To Zmartwychwstanie było zwycięstwem nad grzechem i nad śmiercią. Co więc się wykonało? Otóż śmiem twierdzić, że to, co się wykonało, to Wieczerza Paschalna, Exodus, ofiara Baranka i pierwsza Msza Święta. Uroczystość Święta Paschy, którą obchodził Jezus z uczniami w Wieczerniku, która sama była świętem obchodzonym na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli Egipskiej i symbolizowała wyjście z niewoli grzechu. Ale naprawdę z tej niewoli nas wyzwoliła dopiero śmierć Baranka i Jego Zmartwychwstanie. Ale tu, wraz ze spożyciem Czwartego Kielicha, zakończyła się ofiara Jezusa, który jest kapłanem i ofiarą doskonałą złożoną za nasze grzechy.
Jakiego kielicha? Co to za „czwarty kielich”? "The Fourth Cup" to był wykład, który wygłosił przed laty Scott Hahn. Jego pytanie o to co się wykonało nurtowało przez lata, od czasu, gdy jeden z jego profesorów je zadał i pozostawił bez odpowiedzi. Hahn w końcu tę odpowiedź znalazł, a ja korzystając z jego nauki napisałem swoją wersję tego tekstu. Nie jest to dokładne tłumaczenie, raczej parafraza, ale nie ukrywałem nigdy, że tekst Hahna był dla mnie inspiracją. Wykład ten, po angielsku, jest dostępny między innymi tutaj: "The Fourth Cup".
Czwarty Kielich to był pierwszy tekst religijny jaki kiedykolwiek napisałem i być może jest on najważniejszy. Pisałem go nie planując nawet publikacji w necie, miałem go przeczytać na spotkaniu w naszej parafii, w grupie, gdzie studiowaliśmy Pismo Święte. "Przypadkiem" trafił do Internetu i widziały go już tysiące osób. Polecam go serdecznie, bo jest to tekst ważny. Są tam też ciekawe przemyślenia na temat tego kiedy odbyła się Ostatnia Wieczerza. Ja bowiem myślę, że to wcale nie był czwartek… Zapraszam: Prawdziwy Święty Graal, czyli Czwarty Kielich
Później ktoś podesłał mi link do homilii księdza arcybiskupa Stanisława Gądeckiego z Poznania, wygłoszonej w Wielki Czwartek, 20.03.2008 w Katedrze Poznańskiej. Myślę, że kazanie to bardzo dobrze uzupełnia tekst o Czwartym Kielichu: www.archpoznan.pl/content/view/670/109/
Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego na ich temat musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.
Myślę jednak, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą, jeżeli nasza wiara jest prawdziwa, w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć. Umierać bowiem czasem jest łatwiej, niż żyć. Dlatego też modlitwa naszej Wspólnoty Marto zawiera także i takie słowa: "Oddajemy Ci całe nasze życie i nas samych."
Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Możemy być prawdziwi aż do bólu. Ale póki żyjemy, nieustannie kreujemy jakiś wizerunek naszej osoby. Podświadome kreowanie korzystnego image'u. Dlatego oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.
Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia. Ja każdego tygodnia przejeżdżam pięć tysięcy kilometrów. Noce. Weekendy. Pijani kierowcy. Zmęczenie. Niedawno minął mnie o centymetry samochód pędzący pod prąd autostradą. Parę dni temu na naszym forum zarejestrowała się młoda dziewczyna, córka kierowcy, której tata zmarł niespodziewanie za kierownicą samochodu przed czterema laty. Miał wtedy tyle lat ile ja mam dzisiaj…
Każda podróż może być ostatnia. Wcale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotem, by niespodziewanie zakończyć swą ziemską pielgrzymkę. Niedawne trzęsienie ziemi w Japonii, czy tornada w USA pokazały to dobitnie. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.
Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)
Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!
PS. Przypomnę także przy okazji, że w Wielki Piątek zaczynamy odmawiać Nowennę do Miłosierdzia Bożego według słów Pana Jezusa skierowanych do nas przez świętą Faustynę. Szczegóły tutaj:
Odsłon: 669 Komentarzy: 7
Wednesday,20 April 2011,04:11
Kategoria: Religia Wednesday, 20 April 2011, 04:11
Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Przede wszystkim wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo „gune” właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał „kobietą”? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.
Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona. Czemu więc ta „kobieta”? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.
Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:
Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)
Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi „Niewiasto”, chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w Kanie Galilejskiej , gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.
Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.
Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.
Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o „braciach Jezusa”, czy na ten werset:
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus. (Mt 1,24-25)
… mówi: „Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, aż porodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?” Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:
"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)
W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa „bracia” nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:
Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił… (Dz 1,13-15)
Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z „braćmi Jezusa” było ich „około stu dwudziestu osób”. Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci? I że ten fakt udało się ukryć katolikom?
Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Ale nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:
Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci. (2 Sm 6,23)
Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie. Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.
W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka , drugi Arka Przymierza . Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.
Słuchając protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale „pokryci czystością Jezusa” i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.
Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa fikcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.
Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest legalna i niesprawiedliwa transakcja, nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. To prawda, że nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie, ale to także On sam, Bóg Ojciec, umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości.
Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27). Poza tym nawet na „chłopski rozum”, jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem? Cała ta bezsensowna teoria jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.
Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam „sformatowanie twardego dysku”, wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak „kupa gnoju pokryta śniegiem” (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.
Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczni, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.
Jak pisałem we wstępie do tych rozważań, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, w tym sensie Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna, Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy.
Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był „nie fair” w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.
Drugą przyczyną, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien istotny fakt. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z psalmów.
Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22, ukazuje im, przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali.
Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiada co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił; do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki, Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości. A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek! Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia: Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego. Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.
Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego. Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła do Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił.
Odsłon: 832 Komentarzy: 13
Tuesday,19 April 2011,02:04
Kategoria: Religia Tuesday, 19 April 2011, 02:04
Siedem ostatnich słów, czy zdań, jakie powiedział nasz Pan gdy był przybity do Krzyża. Jego testament. Bo przecież choć wiedział On, że po zmartwychwstaniu będzie jeszcze przebywał z uczniami przez czterdzieści dni, to przecież to będzie już coś innego. Będzie się zjawiał mimo zamkniętych drzwi, będzie się ukrywał tak, że nie każdy od razu Go pozna, będzie w swym uwielbionym Ciele. Na krzyżu jest On zatem po raz ostatni z uczniami w swej zwykłej, ludzkiej postaci.
Słowa te są niezwykle ważne także dlatego, że od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany. Zatem nikt w takiej sytuacji nie mówi rzeczy nieważnych. Wszystko, co Jezus nam powiedział na Krzyżu jest niezwykle istotne.
Poniższe rozważania nie są niczym nowym. Co roku je zamieszczam na swych blogach. Jednak nic nie tracą one na swej aktualności i będę to kontynuował, bo co roku inne osoby zaglądają tutaj. Warto pomyśleć o tym, co nam nasz Pan przekazał i warto te słowa rozważać w naszych sercach.
Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.
Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary.
Dlatego nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.
Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.
Święty Paweł napisał:
Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (Rz 12,19-21).
Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.
Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?
Słowa Jezusa do „dobrego łotra”, Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, który naucza, że dobre uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.
Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:
Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)
Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.
Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi. Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od nas wymaga.
Odsłon: 1151 Komentarzy: 19
Friday,04 February 2011,18:14
Kategoria: Modlitwa Friday, 04 February 2011, 18:14
Matka Boża ukazała się siostrze Łucji 10 grudnia 1925 r, w Pontevedra (Hiszpania), już po śmierci Franciszka i Hiacynty, z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Matka Boża wezwała do podjęcia wynagradzającego nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca:
Spójrz, moja córko, na moje Serce ukoronowane cierniami, które niewdzięczni ludzie bez ustanku wbijają w Nie przez swoje bluźnierstwa i brak wdzięczności. Przynajmniej ty staraj się Mnie pocieszyć. W godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawia spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Dzisiaj, gdy piszę te słowa, jest pierwsza sobota miesiąca. Na Mszy byłem, różaniec odmówiony, spowiedź będzie za kilka godzin, tylko z tymi rozważaniami zawsze jakoś trudno… Myśl ucieka, rozproszenia nas obezwładniają i zamiast rozważać Tajemnice Różańcowe myślimy o polityce, naszej pracy, dzieciach i pogodzie. Dlatego właśnie siadłem do komputera, bo jedynie pisząc potrafię się skupić nad tym, co robię. Nie będzie to jednak piętnaście minut na temat piętnastu Tajemnic. Dziś będzie jedynie parę słów na temat pierwszej Tajemnicy Różańcowej, Zwiastowania.
Maryja była według tradycji Kościoła młodziutką dziewczyną mieszkającą w małym miasteczku, czy może nawet wiosce według naszych dzisiejszych standardów, w Nazaret w Palestynie. Pochodziła z królewskiego rodu Dawida i była poświęcona Bogu, Była konsekrowaną dziewicą. Wtedy jednak nie było zakonów żeńskich, dziewice takie wychodziły za mąż, z obopólną zgodą małżonków na dochowanie czystości.
O zwyczaju tym wiemy z co najmniej dwóch źródeł. Po pierwsze z odpowiedzi Maryi, po drugie z Listów św. Pawła. Maryja, która przecież mieszkając wśród pasterzy, w świecie gdzie hodowla zwierząt była podstawą ekonomicznego bytu, wiedziała doskonale skąd się biorą młode cielątka i jagnięta. Dla żadnego dziecka na wsi nie jest to tajemnicą. Zatem gdy zapytała Archanioła Gabriela: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" nie negowała mocy i decyzji bożej. Po prostu nie rozumiała jak to się może stać, gdy przecież ślubowała dziewictwo. "Nie znam męża" bowiem nie oznacza wcale, że nie znała ona Józefa. Byli przecież już poślubieni, choć jeszcze nie zamieszkali razem. "Znać męża" to jedynie eufemizm na określenie intymnego aktu małżeńskiego.
Maryja nie pytałaby o to, gdyby planowała normalne małżeństwo. Stwierdzenie Archanioła Gabriela byłoby truizmem. Oczywiste jest, że po ślubie każda młoda mężatka spodziewa się, że "pocznie i porodzi syna". Nie musi się dziwić jak to się stanie. Dzieje się tak od tysięcy lat. Maryja pytała, bo jej małżeństwo od początku miało być inne.
Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian, rozdział siódmy, tak ich poucza:
Daję radę jako ten, który – wskutek doznanego od Pana miłosierdzia – godzien jest, aby mu wierzono.[…] Podobnie i dziewica, jeśli wychodzi za mąż, nie grzeszy. Tacy jednak cierpieć będą udręki w ciele, a ja chciałbym ich wam oszczędzić.[…] Jeżeli ktoś jednak uważa, że nieuczciwość popełnia wobec swej dziewicy, jako że przeszły już jej lata i jest przekonany, że tak powinien postąpić, niech czyni, co chce: nie grzeszy; niech się pobiorą. Lecz jeśli ktoś, bez jakiegokolwiek przymusu, w pełni panując nad swoją wolą, postanowił sobie mocno w sercu zachować nietkniętą swoją dziewicę, dobrze czyni. Tak więc dobrze czyni, kto poślubia swoją dziewicę, a jeszcze lepiej ten, kto jej nie poślubia.
Widzimy zatem, że zwyczaj ten był dobrze znany, apostoł pisze o tym jako o jakiejś oczywistej rzeczy. Wyjaśnia, że dobrze jest zachować swą dziewicę nietkniętą, ale jeżeli ten ciężar byłby ponad siły ich obojga, lepiej by było, by dopełnili swego małżeństwa.
Oczywiście Maryja otrzymała wszelkie możliwe łaski, jakie tylko człowiek może dostać. Święty Józef, choć prawnie był jej mężem i ojcem Jezusa, faktycznie był jedynie ich opiekunem. O ile, rzecz jasna, w tym kontekście można powiedzieć "jedynie" :-) . Prawdziwym Oblubieńcem Maryi jest sam Duch Święty, który na nią zstąpił i z tego aktu począł się Jezus. Wielka Tajemnica Wiary. Bóg staje się Człowiekiem, z mocy Ducha Świętego i z przyzwolenia skromnej dziewczyny imieniem Miriam.
Mówiąc o imieniu… W Biblii mamy kilka przypadków, gdy sam Bóg zmieniał imiona niektórym wybranym ludziom. Nowe imię zawsze coś oznaczało, zawsze symbolizowało coś ważnego. Abram został Abrahamem, Ojcem Wielu Narodów, Jakub stał się Izraelem i tak nazwane zostało dwanaście pokoleń, które on zrodził, Szymon został nazwany Skałą, na której Jezus zbudował swój Kościół, a Maryja… Cóż. Maryja została nazwana Kecharitomene.
My w modlitwie znanej nam jako "Pozdrowienie Anielskie" mówimy: "Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…" ale św. Łukasz przytacza nam troszkę inne słowa:
"W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą"
Anioł rzekł: "Bądź pozdrowiona, Kecharitomene, Pan z Tobą!" Święty Hieronim, znający znacznie lepiej grekę i łacinę niż ja kiedykolwiek poznam polski i angielski przetłumaczył to słowo jako "Gratia Plena", "Pełna Łaski". Ta "Pełna Łaski" to Jej imię, tak, jak Jej imieniem jest "Niepokalane Poczęcie". Przypomnę, że właśnie tak się przedstawiła Ona małej Bernardetce w Lourdes, a ona powtórzyła to, opowiadając o swym przeżyciu, nie mając nawet pojęcie co by to mogło oznaczać.
Maryja naprawdę jest Peła Łaski, bo otrzymała wszelkie łaski, jakie tylko człowiek może otrzymać. W końcu Jej Syn, który w doskonały sposób wypełnił Prawo, także to nakazujące oddawanie czci swej Matce, jest Jej Stworzycielem. Nikt z nas zatem nie jest tak doskonały jak Ona, Jego i nasza Matka. I dlatego mogła Ona, pod natchnieniem Ducha Świętego powiedzieć:
Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię -a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Amen.
Odsłon: 581 Komentarzy: 21
1
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
