
Thursday,29 April 2010,08:09
Kategoria: Ogólne Thursday, 29 April 2010, 08:09
Jacek Fedorowicz jeszcze w 1981 roku powiedział, że ilekroć oglądał transmisje z konferencji prasowych rzecznika rządu PRL, Urbana i słyszał jego odpowiedzi, to dochodził do wniosku, że nie zrozumiał pytania. (Tym, którzy nie zrozumieli powyższego stwierdzenia - mogę wyjaśnić osobiście, gdy do mnie napiszą, piotrjaskiernia@wp.pl ) Ja mam wrażenie, że niektórzy z moich czytelników z kolei nie rozumieją zupełnie tego, co ja tutaj z mozołem, kosztem potrzebnego wypoczynku, wypisuję.
Oczywiście nie porównuję się tutaj do "Goebbelsa stanu wojennego", choć po moich ostatnich dwóch notkach niektórzy zaczęli mnie uważać za co najmniej równego mu szkodnika. Dlatego, pozwólcie, wyjaśnię jeszcze raz dla "inteligentnych inaczej", w punktach i w bardzo prostych słowach to, co chciałem powiedzieć w moich dwóch ostatnich felietonikach.
1. W notce zatytułowanej "Michnik i chrześcijanie. What would Jesus Do?" sam Michnik był zaledwie pretekstem do krytyki postawy osób, uważających się za katolików, za chrześcijan, które zamiast dążyć do tego, by wyrwać złemu jak najwięcej owieczek, same swą nienawiścią przyczyniają się do wspomagania kudłatego. Michnik oczywiście był tam zaledwie pretekstem, katalizatorem. Albo precyzyjniej nie tyle sam Michnik, co jego oświadczenie, zapowiedź, że po katastrofie pod Smoleńskiem i śmierci pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będzie musiał zrobić rachunek sumienia.
Zamiast tego pretekstu mogłem użyć jakiegokolwiek innego. Albo pani sędziny skazującej księdza Gancarczyka i "Gościa Niedzielnego", albo pani Alicji Tysiąc, sądzącej się na lewo i prawo (a zwłaszcza na lewo), albo w ogóle kogokolwiek, kto nie jest "jednym z nas", a o kim Fronda zamieszcza jakąkolwiek notatkę. Bo tu nawet nie chodzi o to, że Adam Michnik okazał coś w rodzaju skruchy, czy też jej zapowiedzi. To tylko uwypukliło problem, jakim jest brak naszej bezwarunkowej miłości do każdego człowieka.
2. W notce zatytułowanej "Adam Michnik. Patriota czy zdrajca?" nie robiłem jakiejś analizy, oceny, czy syntezy jego działalności, czy też poglądów. Nie starałem się też odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule, które było pytaniem retorycznym. Pytaniem być może mylącym w tym kontekście. Był to w jakimś sensie tani chwyt mający na celu zachęcenie do przeczytania reszty notki. Na to się zgadzam i za to przepraszam. Jednak sama notka, jak to wynika jednoznacznie z pierwszych paragrafów tekstu jest po prostu odpowiedzią na zadane mi pytanie. Pytanie brzmiące tak: "A co takiego dobrego [Michnik] zrobił dla Polski? Konkretnie?"
Ponieważ moja odpowiedź została zrozumiana zupełnie opacznie i wielu ją uznało za gloryfikację nie tylko całokształtu działalności Michnika, ale także za aprobację jego poglądów, jego ideologii, jestem zmuszony wyjaśnić tutaj raz jeszcze co w tamtej notce chciałem przekazać. I żeby znowu "inteligentni inaczej" nie mieli problemu ze zrozumieniem tego, co piszę, pozwólcie, że znowu będzie w punktach:
a) Odpowiadając na powyższe pytanie (to z akapitu z numerkiem 1 ) napisałem, że Adam Michnik swą działalnością w okresie PRZED rokiem 1989 przyczynił się do upadku realnego socjalizmu, do upadku PRL-u, co umożliwiło zmiany ustrojowe w Polsce, dzięki czemu mamy teraz demokratyczne formy rządów. A to, wyjaśniam, jest "good thing" ;-)
b) Uważam, że poglądy Adama Michnika, które zresztą nie zmieniły się wcale, albo zmieniły się bardzo niewiele od czasów jego młodości, są niezwykle niebezpieczne, szkodliwe i u osób wrażliwych mogą powodować odruchy wymiotne. U mnie z pewnością takie odruchy powodują. Michnik jest sierotą po Oświeceniu i Rewolucji Francuskiej i usiłuje wprowadzić utopię polegającą na stworzeniu "nowego, wspaniałego świata" bez Boga, gdzie największym autorytetem miały by być "elity intelektualistów" wiedzące lepiej od ciemnych i zacofanych prostaczków, takich jak ja, co jest dobrem, a co nim nie jest.
c) Wyjaśniając to chciałbym równocześnie powtórzyć (choć z dotychczasowych słów chyba wynika to jednoznacznie), że to nie Adam Michnik jest moim wrogiem, ale jest nim kudłaty. Zły. Upadły anioł. Szatan.
Adam Michnik jest moim bratem, za którego modlę się każdego dnia. Rozumiem, że parę innych osób – czytelników mojego bloga także go swą modlitwą ogarnęło. Nie pragnę jego upadku, lecz nawrócenia. Ma on spory wpływ na kształtowanie opinii i poglądów wielu ludzi w Polsce, zatem uważam, że byłoby wspaniale, gdyby zaczął myśleć tak, jak ja. Jednak jeszcze bardziej niż na kształtowaniu opinii, zależy mi na jego zbawieniu. Po prostu po ludzku, po bratersku martwię się o niego.
Jak zwykł mawiać ojciec Corapi w swych homiliach: "Nawróćcie się, bo koniec jest bliski! I nie mówię o końcu świata, nic na ten temat nie wiem. Mówię o waszym końcu i o swoim, bo zostało nam niewiele lat". Życzę panu Michnikowi wiele lat życia, ale fakt pozostaje faktem: Panie Adamie – koniec jest bliski. Nawet, gdy nastąpi za pięćdziesiąt lat.
Na zakończenie chciałbym niektórym z moich czytelników zadedykować pewną piosenkę Jacka Kaczmarskiego z roku 1980. Z czasów, gdzie było bardzo trudno powstrzymać się od nienawiści. Gdzie emocje często brały górę nad rozwagą. Jednak nasz naród, w tamtym bardzo trudnym okresie zdał egzamin. Poza naprawdę sporadycznymi przypadkami potrafił kierować się przykazaniem miłości. Potrafił odróżnić zło od jego ofiar.
Niedawno przypomniał mi ktoś słowa księdza Jerzego Popiełuszki, który na pytanie o prześladujących go SB-ków odpowiedział: "Ja nie walczę z ofiarami zła, tylko ze złem". Jak święty Szczepan, który do końca modlił się za swych oprawców. Nawet w momencie gdy pozbawiali go życia.
Niestety niektóre osoby, sądząc po komentarzach do mojej ostatniej notki, osoby, które darzę wielkim szacunkiem i które, myślałem, mają poglądy na wiele spraw bardzo do moich zbliżone, nie mogły ze mną zgodzić. Mam nadzieję, że to tylko dlatego, że mnie po prostu nie zrozumiały. Zresztą nasza dyskusja, początkowo niezwykle gorąca, stała się znacznie bardziej stonowana, w miarę gdy emocje stygły i dochodziły do głosu argumenty. Pod koniec wręcz zapanował Wersal. Co nie zmienia w niczym faktu, że i takie listy otrzymałem jak ten cytowany poniżej.
Ukryję imię nadawcy tego maila, cytowanego w całości i bez cenzury, by damy tej, dość aktywnej na Frondzie, nie kompromitować do końca:
Hiobie, twoja pycha siegnela zenitu. Zastanow sie w koncu nad soba, nawet Twoj nick i zdjecie mowia same za siebie, a raczej za Ciebie. Wkladasz w kij w mrowisko i liczysz z satysfakcja mrowki, ktore go oblazly. Jak smiesz z wysokosci swojego tronu / a raczej siedzenia w tracku/ wypisywac tak permanentne bzdury o Michniku i draznic spolecznosc chrzescijanska na Frondzie, ktora i tak juz jest podzielona, do czego w niemalym stopniu sie przyczyniles. Spojrz na siebie krytycznie, uderz sie w piersi i przestan bruzdzic. Nie masz do tego prawa!!!! Dawno odwrociles sie od Ojczyzny i jej problemow, wiec zamilknij lub zajmij sie Obama i jego dworem. Twoje wpisy religijne tez przepelnione sa pycha jak Ty sam – oceniam, tak, bo nie jestem "swieta' i mam do tego prawo, takie sa odczucia wielu frondowiczow. Masz za duzo czasu i dlatego wymyslasz androny, ktore do niczego nie prowadza. Zamiast po chrzescijansku integrowac – dzielisz!!!! Przestan sluchac "kudlateg', ktory inspiruje Twoje wpisy i nie podpieraj sie Panem Bogiem. Pan Jezus dal nam przyklad, jak postepowac z kupczacymi w swiatyni, a ty kupczysz swoimi wpisami i liczysz komentarze na swoim blogu. Pycha, pycha , pycha i jeszcze raz pycha. Gdybys mial chociaz odrobine pokory, to bys sie dawno wycofal, bo robisz wiecej zlego niz dobrego swoimi wykalkulowanymi wpisami. SHAME ON YOU !!!!!!
Spojrzałem więc na siebie krytycznie i wyjaśniłem wszystko raz jeszcze. Nie chciałbym już nas dzielić i myślę, że teraz moje zdanie na temat pana Michnika i jego poglądów nie tylko jest jasne, ale możliwe do zaakceptowania także przez tych, którzy bardzo ostro atakowali to, co napisałem w poprzedniej notce. A zatem już naprawdę na koniec zapowiadana piosenka Jacka Kaczmarskiego:
PS. I jeszcze jedno. Skoro zgadzamy się, że mamy problem, to potrzebne jest rozwiązanie. I ja wiem, jakie rozwiązanie jest skuteczne. Pisałem o tym niejeden raz. Nie jest nim likwidacja GW, zakaz publikacji przez Adama Michnika, czy Jerzego Urbana. Jak nie będzie ich, będą inni. Są oni wyznawcami pewnej religii, pewnej ideologii, która będzie się miała bardzo dobrze także bez nich. Oni są symptomami choroby, jej skutkami, nie źródłem.
Chorobę można zwalczyć tylko poprzez nasze nawrócenie. Poprzez wybranie drogi świętości. Poprzez modlitwę, posty, życie sakramentalne, w stanie łaski bożej i zgodnie z moralną nauką Kościoła. W Stanach mamy aż zbyt wielu "Michników", "Urbanów" i "Tusków". Przy amerykańskim mediach TVN i GW mogły by ujść za bastiony konserwatyzmu, a przy Obamie Tusk za świętego. I jedyną grupą społeczną w USA, która a sposób zdecydowany nie poparła Obamy i Partii Demokratycznej w ostatnich wyborach byli jedyni chrześcijanie, którzy na serio, jako całość, podchodzą do swej wiary. Mówię tu o "Evangelical Christians".
Dopóki katolicy nie staną się tacy jak "Evangelical Christians", nie doktrynalnie, w tej dziedzinie protestanci popełniają całą masę błędów, ale w swej gorliwości i w podchodzeniu serio do wiary, to Michniki, Urbany i Tuski będą miały rząd dusz w Polsce. Ale to nie od nich, Michników, zależy, czy im się uda, ale od nas. Od każdego z nas. Bo naprawdę jest to niezwykle proste: Wystarczy się nawrócić. Dziś. Jutro. Pojutrze. I każdego następnego dnia. Do końca naszej ziemskiej pielgrzymki.
Be a saint. What else is there? God loves you.
Odsłon: 1575 Komentarzy: 59
Monday,26 April 2010,03:47
Kategoria: Polityka Monday, 26 April 2010, 03:47
Komentując wypowiedź Adama Michnika, jaką zamieściła Fronda, a raczej komentarze internautów, jakie pod nią się znalazły, napisałem między innymi takie słowa:
Michnik nie jest naszym wrogiem. Kudłaty jest. Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas. Zrobił także wiele złego dla Polski, także znacznie więcej, niż każdy z nas. On nie potrzebuje obrzucania błotem i wysyłania do diabła, ale naszych modlitw.
Jeden z internautów, podpisujący się nickiem AWK, cytując te słowa: "Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas", tak to skomentował:
A tak poza tym, panie hiob, z główką w porządku?
Inny, Kornblumenblau, pyta:
a co takiego dobrego zrobił dla Polski? konkretnie?
Nie wiem czemu obaj pominęli to, że napisałem także, że "Michnik zrobił także wiele złego dla Polski, także znacznie więcej, niż każdy z nas". Może dlatego, że tu akurat się zgadzamy, więc i nie ma o czym dyskutować. Ale co z tym dobrem? Czy Michnik jest zdrajcą, czy patriotą? Czy zrobił więcej dobrego od wielu z nas, czy też nie zrobił nic? Obiecałem Kornblumenblau, że mu odpowiem, zatem oto ta odpowiedź:
Ja mam 52 lata. W czasach "Solidarności" byłem młodym człowiekiem. Studiowałem i pracowałem jako robotnik fizyczny. Znam więc z autopsji zarówno środowiska robotnicze, jak i studenckie. A ponieważ wyjechałem z Polski niecałe dwa miesiące przed stanem wojennym, to atmosfera tamtych dni wypaliła się w mojej pamięci jak fotografia. I choć z pewnością pamięć nie jest moją mocną stroną, to jednak pewne rzeczy w niej pozostają wyraźne i pozostaną takie do końca życia.
Ja pamiętam jak wtedy wszystko odczuwaliśmy. Dziś wielu "mędroli", często urodzonych już po tamtych wydarzeniach, opowiada brednie o tym, jak kilka osób spotkało się po cichu, w ciemnej uliczce, czy jakimś tajnym pokoiku i wszystko ładnie sobie zaplanowali, podzielili, ustalili, a potem reszta to już była tylko mydleniem oczu naiwniakom. Kompletny nonsens.
Nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć tego, co się wydarzyło w 1989 roku. Ani CIA, ani KGB, ani Kiszczak, ani Jaruzelski, ani Michnik, ani Watykan, ani Wałęsa. I nie wiem kto z kim, jak i co ustalał. Nie wiem, czy okrągły stół ma kanty, czy Kukliński jest większym patriotą, niż jest zdrajcą Jaruzelski, czy też jest odwrotnie, nie wiem, czy sprawę załatwił Bolek, czy Lolek, czy "Dwóch takich, co ukradli Księżyc". Albo raczej powinienem napisać, że mam swoje zdanie na ten temat, ale pozostanie ono teraz moją tajemnicą. Wiem natomiast jedno: W 1981 roku nikt nawet nie wierzył w to, że Solidarność osiągnie przynajmniej tyle, na ile władza się już zgodziła pod naciskiem strajków. Każdy z tych, podpisanych już punktów porozumienia sierpniowego, był wydzierany władzy, jak kość z pyska Rottweilera.
Jacek Fedorowicz, który, nawiasem mówiąc, często podkreślał, jaki jest dumny z tego faktu, że może "Adasia Michnika nazywać swoim przyjacielem", w czasie, gdy przestał opowiadać zabawne historyki, a zaczął po parafiach i salkach katechetycznych prowadzić poważną działalność informacyjną w drugim obiegu, zwykł mawiać, że on głęboko wierzy, że doczeka jeszcze takiego dnia, że socjalizm padnie. Że doczeka się kapitalizmu. Nie wiem na ile on sam w to wierzył, te słowa zawsze wywoływały entuzjazm słuchaczy, ale każdy uważał je za literacką hiperbolę. No chyba, że… Chyba, że za pięćdziesiąt lat… Kro wie. Za pięćdziesiąt lat wszystko może się wydarzyć. Tymczasem nie minęła dekada, i się stało.
Ale to się nie stało samo. I nie stało się małym kosztem. Ktoś nam tę wolną Polskę wywalczył. To byli robotnicy 56, studenci w 68, i stoczniowcy w 70. A potem był rok 76 i Ursus. I przy robotnikach stanęli pierwszy raz inteligenci. Pierwszy raz nie udało się władzy przeciwstawiać jednych drugim. Nagle zrodziła się solidarność.
Powstanie KOR-u to był początek końca. Nikt wtedy jeszcze tego nie wiedział, ale dziś to widać wyraźnie. I choć KOR nie miał ambicji obalania ustroju, nie planował rewolucji, ale po prostu pomagał rodzinom robotników, którzy w państwie mającym monopol na wszystko zabierali nieposłusznym chleb, pozbawiając ich pracy, to jednak jest oczywistym faktem, że właśnie z tego środowiska wyszli ci, dzięki którym dziś mamy wolną, demokratyczną Polskę.
Nie czas i miejsce tutaj na szczegóły najnowszej historii Polski. Zresztą nie mam ani takiej wiedzy, ani nie jest to odpowiednia forma, by na blogu pisać o tym wszystkim. Pozwolę sobie zatem tylko zacytować fragment notki biograficznej Adama Michnika za Wikipedią:
W 1964 rozpoczął studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Już rok później został zawieszony w prawach studenta za rozpowszechnianie wśród kolegów listu otwartego do członków PZPR autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, w którym autorzy wzywali do rozpoczęcia naprawy systemu politycznego w Polsce. Drugi raz został zawieszony w 1966 za zorganizowanie spotkania dyskusyjnego z Leszkiem Kołakowskim, który został kilka tygodni wcześniej wyrzucony z PZPR za krytykę jej władz.
W 1965 organy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zakazały druku jego tekstów. Od tego czasu pisywał teksty pod pseudonimami do "Życia Gospodarczego", "Więzi", "Literatury".
W marcu 1968 został ostatecznie relegowany z uczelni za aktywny udział w tzw. wydarzeniach marcowych, tj. protestach studentów i środowiska akademickiego, zapoczątkowanego zdjęciem przez cenzurę inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka ze sceny Teatru Narodowego. Wkrótce po usunięciu z uniwersytetu został aresztowany i skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za "wybryki chuligańskie", polegające w istocie na uczestniczeniu w wydarzeniach marcowych.
Po zwolnieniu z więzienia na mocy amnestii z 1969 otrzymał zakaz kontynuowania jakichkolwiek studiów wyższych ("wilczy bilet"). W połowie lat 70. pozwolono mu kontynuować studia, które ukończył eksternistycznie na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu; promotorem magisterium był profesor Lech Trzeciakowski, a recenzentem – profesor Jerzy Topolski.
Po zwolnieniu, najpierw pracował przez dwa lata na stanowisku spawacza w Zakładach Wytwórczych Lamp Elektrycznych i Rtęciowych im. Róży Luksemburg a następnie, z rekomendacji Jacka Kuronia, został osobistym sekretarzem Antoniego Słonimskiego.
W latach 1976–1977 przebywał w Paryżu, po powrocie do Polski włączył się w działalność istniejącego już od kilku miesięcy Komitetu Obrony Robotników, jednej z najbardziej znanych organizacji opozycyjnych lat 70., stając się jednym z najbardziej aktywnych działaczy opozycji[4]. Był też jednym z pomysłodawców i założycieli Towarzystwa Kursów Naukowych.
W latach 1977–1989 był redaktorem lub współpracownikiem niezależnych pism wychodzących w tzw. drugim obiegu, tj. "Biuletyn Informacyjny", "Zapis", "Krytyka" oraz członkiem kierownictwa największej podziemnej oficyny wydawniczej: NOWa. W okresie 1980–1981 był doradcą struktur Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność" i Komisji Hutników "Solidarności"[5].
W stanie wojennym, w grudniu 1981 został najpierw internowany, a następnie po odmowie podpisania tzw. lojalki i zgody na dobrowolne opuszczenie kraju, postawiony w stan oskarżenia i osadzony w areszcie pod zarzutem "próby obalenia ustroju socjalistycznego". W areszcie przebywał bez wyroku do 1984 na skutek celowo przedłużanego przez prokuraturę procesu. W izolacji podjął wielotygodniową głodówką protestacyjną, domagając się zakończenia lub umorzenia jego sprawy i uznania go za więźnia politycznego. Ostatecznie na mocy amnestii jego sprawa została umorzona, co spowodowało jego zwolnienie.
W 1985 został ponownie aresztowany i tym razem skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności za udział w próbie zorganizowania strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, zwolniono go ponownie na mocy amnestii w następnym roku.
Nie wiem, czy to wystarczy jako dowód na to, że "Michnik zrobił wiele dobrego dla Polski, znacznie więcej, niż każdy z nas." Może za mocnego użyłem sformułowania. Może nie każdy z nas. Nie wiem, kto mnie czytuje. Ale będę się upierał, że zrobił on więcej dobrego dla Polski, niż zdecydowana większość z nas. Z pewnością więcej, niż zrobiłem ja.
Ludzie mają różne poglądy polityczne. Mają do tego prawo. Sam ten fakt nie jest jeszcze naganny, Co więcej – ocena tego, czy czyjeś poglądy i wynikające z nich działania są pozytywne, czy nie – także nie często bywa jednoznaczna. Albo raczej: Niemal nigdy tjednoznaczna nie jest. Wystarczy wspomnieć dyskusje na Frondzie na temat takich osób, takich cudownych, wspaniałych osób, jak Jan Paweł II. A przecież nawet dla ludzi, którzy uważają się za katolików, bywa on postacią kontrowersyjną, a jego pontyfikat i całe życie bywa oceniane negatywnie.
Wspominałem wcześniej pułkownika Kuklińskiego. Dla wielu Jaruzelski jest największym bohaterem najnowszej historii. Wałęsa jest odsądzany od czci i wiary, bo miał być tajnym współpracownikiem reżimu, a jawny współpracownik reżimu – Kwaśniewski, albo raczej "sam reżim" - jest najpopularniejszym politykiem Trzeciej Rzeczpospolitej. Go figure.
Albo Napoleon. Nasz wielki bohater, przyjaciel Polski. Nawet się załapał do słów naszego Hymnu Narodowego. Jak Piłat do Credo. Człowiek pokroju Hitlera, a w walce z Kościołem nawet od Hitlera gorszy. Ale dla nas bohater, bo lał ruskich. Taki bohater dla nas, jak Hitler dla Ukraińców. Bo co? Bo wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi?
Skróty myślowe, uproszczenia. Wiem. Ale wiem także, że w życiu nic nie jest proste. Nic nie jest czarne, albo białe. Tylko raz przeżyłem taki okres, gdy tak było. Tylko raz. Okres stanu wojennego. I to przeżyłem wirtualnie, komfortowo, na zgniłym zachodzie. Pracując ciężko, ale bezpiecznie. Mnie gaz łzawiący nie szczypał w oczy i nie polewały mnie armatki wodne. Ale śledziłem każdą wiadomość, jaka do nas docierała. Myśmy tylko tym wtedy żyli.
W stanie wojennym porządni ludzie siedzieli. Byli internowani. Ludzie znani, publiczni, którzy uniknęli internowania, a nie współpracowali z reżimem, jak wspomniany wcześniej Fedorowicz, wręcz się wstydzili pokazać na ulicach. Aktorzy, piosenkarze, nie wyrażali zgody na puszczanie filmów, czy piosenek w ich wykonaniu w TV i głośno o tym mówili. Inni, jak Wajda, z PRL-owskim paszportem, na salonach Paryża płakali za państwowe pieniądze nad tragedią Ojczyzny.
A co robił Michnik? Internowany, nie podpisał lojalki, nie zgodził się na paszport w jedną stronę, więc siedział w pierdlu. Bez wyroku, bez oskarżenia, zamknięty jak pies. Bez żadnych praw. Przesiedział wiele długich lat. Za to, byśmy my dziś mogli wybierać tych, którzy mają poglądy inne niż Jaruzelski, inne niż on i inne niż ktokolwiek inny, niż ja.
Demokracja jest wielką zdobyczą. My wszyscy co prawda tak w głębi serca wolelibyśmy dyktaturę, ale pod jednym warunkiem: Że to my bylibyśmy dyktatorem. Jednak jeżeli nie mamy na to szans, to demokracja jest "second best". I to nic, że ta nasza jakaś trochę kulawa. Nic, bo zawsze może się wyleczyć. Zawsze może się poprawić. Zawsze możemy wybrać takich przedstawicieli, którzy ją naprawią. Nikt nam nie może w tym przeszkodzić. To naprawdę zależy tylko od nas.
Oczywiście problem polega na tym, że w demokratycznych wyborach wygrywa większość, a większość nie zawsze jest najmądrzejsza. Tłum daje sobą manipulować i tu dochodzimy znowu do pana Michnika, który, rozumiem, jest tu teraz głównym manipulatorem. To jest ta druga strona medalu. To, co niezbyt dobrego robi on dla Polski.
Ale też musimy sobie uświadomić, że nie robi on tego związując nam ręce. Nikt nam nie każe kupować GW, nikt nam nie każe oglądać TVN, nikt nam nie każe głosować na SLD, czy PO, czy jakąkolwiek inną partię. Co więcej, nikt nam nie każe siedzieć w domu, gdy są wybory. I gdyby wszyscy ci narzekający rzeczywistość głosowali, to rzeczywistość mogłaby być zupełnie inna.
A ja nie byłbym sobą, gdybym nie dodał na koniec, że jedyną drogą, jaka nam pozostała, to droga nawrócenia serc. Droga świętości. Droga długa, ale pewna. Może nie da nam zwycięstwa 20 czerwca, ale da nam zwycięstwo za dwadzieścia lat. Dla naszych dzieci i wnuków. Nie będzie już Michnika, nie będzie pewnie mnie, ale będzie Polska. Wolna, demokratyczna. Bez ciągnącej się czarnej kreski, współpracowników, kolaborantów, byłych komuchów i w ogóle kogokolwiek. Będą ludzie urodzeni i wychowani w wolnej Polsce. W Polsce, która jest wolna także dzięki temu, co dla Niej zrobił Adam Michnik. I za to mu tutaj dziś publicznie, z całego serca dziękuję.
____________________
Odsłon: 4258 Komentarzy: 213
Sunday,25 April 2010,05:07
Kategoria: Wiadomości Sunday, 25 April 2010, 05:07
Z pewną obawą zabieram się do pisania tego tekstu. Wynika ona z kilku co najmniej powodów. Przede wszystkim obawiam się, że tekst poniższy nie będzie przez niektórych zrozumiały. Nie dlatego, że mam zamiar pisać w sposób niejasny, zakamuflowany i zawiły. Myślę, że ja się wyrażam raczej przejrzyście i prosto. Jednak niektóre osoby nie widzą tego, co jest w tekście, ale widzą tylko to, co chcą w nim zobaczyć.
Druga moja obawa wynika z faktu, że noszę się z zamiarem napisania tych rozmyślań od dziesięciu dni. A mnie nie wychodzą „przemyślane teksty”. Mnie najlepiej wychodzi, gdy piszę pod wpływem impulsu. Gdy mam czas na przemyślenia, wszystko zaczyna się rozmywać, tracić ostrze. Zaczyna być mdłe.
Jednak nie mogłem napisać tego dziesięć dni temu. Nie mogłem, bo „po pierwsze nie mamy armat”, czyli fizycznie było to niemożliwe. Każdego dnia pracuję, od świtu do zmroku, a napisanie tego, co chcę napisać wymaga kilku co najmniej godzin spokoju. Poza tym, choć sprawa ta dotyczy pośrednio tragicznych wydarzeń, jakich byliśmy niedawno świadkami, nie chciałem robić więcej szumu w okresie żałoby narodowej. To, co chcę napisać, jest tak samo ważne i prawdziwe dzisiaj, jak było tydzień temu. A tydzień temu były sprawy stokrotnie ważniejsze od moich przemyśleń.
Trzecia moja obawa wynika z faktu, że to, co chcę powiedzieć, nie zmieści się w jednym akapicie. Nie potrafię tego napisać w trzech zdaniach. A długich tekstów nikt nie chce czytać. Jednak to nie będzie dla mnie przeszkodą. Ja muszę być uczciwy w stosunku do siebie, a jeszcze bardziej w stosunku do Boga. A to, czy ktoś inny to przeczyta, czy zostawi, bo tekst wyda się mu zbyt rozwlekły, to jest już tylko jego, czyli Twoja, czytelniku, sprawa. Ja co najwyżej mogę ten tekst rozbić na części.
Tyle tytułem wstępu, a teraz wyjaśnię o co chodzi. Otóż po katastrofie rządowego samolotu i tragicznej śmierci pana prezydenta Kaczyńskiego, Fronda zamieściła tekst, w którym można przeczytać:
Michnik: Muszę zrobić rachunek sumienia po śmierci Leszka
- To, co się stało jest czymś tragicznym i dramatycznym, czymś, nad czym wszyscy powinniśmy się zastanowić – mówi redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” i dodaje, że sam ma zamiar przemyśleć wszystko, co napisał o zmarłym Prezydencie.
- Chciałbym, aby mój głos był wiarygodny – zaznacza na wstępie naczelny „Gazety Wyborczej”. W wypowiedzi wideo, zamieszczonej na portalu „Gazety”, przyznaje, że będzie musiał przemyśleć podejście jakie prezentował przez lata w stosunku do Lecha Kaczyńskiego.
- Prezydent Lech Kaczyński był zawsze ostro krytykowany, również przeze mnie. I będę musiał sam sobie zrobić rachunek sumienia czy w moich krytykach nie bywałem niesprawiedliwy czy brutalny – mówi. – Sprawdzę wszystko, co napisałem na temat Leszka Kaczyńskiego – deklaruje.
O zmarłym prezydencie mówi „to był wielki polski patriota i wszystko, co robił – niezależnie jak to inni oceniali, niezależnie jak ja to oceniałem – robił to dla dobra Polski, tak jak on je pojmował”. – To był człowiek rozumny, prawy, uczciwy, bardzo życzliwy ludziom – dodaje.
Naczelny „Wyborczej” nie ukrywa, że z powodu tego, że byli „po dwóch stronach politycznej barykady”, z sentymentem wspomina czasy wspólnej działalności w opozycji demokratycznej w PRL. – Znałem go w pewnym okresie swojego życia bardzo blisko – mówi Michnik.
Przypomina 30-letnią znajomość z Lechem Kaczyńskim i opowiada o tym, jak przed 1989 rokiem spotykali się czasami w Sopocie na spacerach. – Z tego okresu wspominam Leszka najczulej i najlepiej – mówi. Dziś – jak mówi – „boli go serce”, że nigdy więcej nie pójdą razem na spacer i nie porozmawiają „o tym, co lepszego można zrobić dla Polski”.
Pełna wypowiedź Michnika jest podlinkowana w cytacie powyżej, a tu wybrane fragmenty tej wypowiedzi, jakie udało mi się znaleźć na youtube:
Zostawiając na razie samą wypowiedź Michnika, chciałbym się ustosunkować do niektórych komentarzy, jakie zamieścili internauci pod tą informacją. Zakładam, że większość z nich uważa się za chrześcijan, za katolików. Być może się mylę. Ale jeżeli są to chrześcijanie, to ich komentarze są wręcz przerażające:
"Pan Michnik właśnie stracił dobrą okazję by siedzieć cicho."
"Życzę Adamowi M., żeby takie "refleksje" naszły go w stosunku do innych prawych ludzi, których systematycznie niszczy, a którzy, na szczęście, ciągle żyją. Ma czas! Czekamy."
"Jakże mnie denerwuje ta obłuda. Nagle ci, którzy tych ludzi opluwali (i to nawet parę dni temu) teraz to ich najlepsi przyjaciele."
"Spieprzaj dziadu!"
"Tym razem chce grać na naszych uczuciach. Czy damy się na to nabrać?"
"Tak panie Michnik: nie po pana przyszli nad ranem."
"I po co zamieszczać takie informacje? Są tacy, z którymi się nie rozmawia i którym nie podaje się ręki."
"TO NIE RACHUNEK SUMIENIA.
TO ZIMNA KALKULACJA"
Może wystarczy. Każdy może sam sobie przeczytać wszystkie komentarze. Oczywiście te powyżej są wybrane przeze mnie, czasem niekompletne, bez kontekstu. Dlatego nie piszę kto był ich autorem, bo nie to jest tu istotne. Dla mnie istotne jest coś zupełnie innego.
Nie znam pana Michnika. Nie czytam Wyborczej, ani żadnej polskiej gazety. Czasem, sporadycznie, jakiś tekst w elektronicznych wydaniach, więc zdaję sobie sprawę z poglądów i profilu poszczególnych gazet, ale nie jest tego tyle, bym mógł się wypowiadać autorytatywnie tak, czy inaczej. Jednak wiem jedno: Także za pana Michnika Jezus umarł na Krzyżu.
Michnik nie jest naszym wrogiem. Michnik jest ofiarą. Jest pacjentem, wymagającym leczenia. Jest synem marnotrawnym, który jeszcze nie wie, że musi wrócić do domu. Problem polega na tym, że on naprawdę nie ma jeszcze motywacji. A my, zamiast mu pomóc tę motywację odnaleźć, robimy wszystko, by się od domu trzymał jak najdalej.
Bóg nas kocha do szaleństwa. Bóg zrobi wszystko, wykorzysta każdy pretekst, by nas do siebie przywołać. W moim życiu była to choroba córeczki. W życiu mojego przyjaciela był to wypadek, który, w konsekwencji, po latach ciężkiej choroby, spowodował jego śmierć. On jednak nazwał ten samochód, który go potrącił "błogosławionym, bo był narzędziem w rękach Pana". Czasem są to tak drastyczne środki, bo inne po prostu nie skutkują.
Ojciec Corapi, najbardziej znany współczesny kaznodzieja amerykański, często powtarza, w moim swobodnym tłumaczeniu: „Bóg czasem musi nas rąbnąć kijem baseballowym między oczy, tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę”. Dla Michnika ta katastrofa, ta śmierć dawnego przyjaciela była, być może, takim wstrząsem.
Może to była jego jedyna szansa na rzeczywiste nawrócenie? Kto wie? Może to naprawdę wstrząsnęło Michnikiem do głębi duszy? Nie wiem. Ja nie potrafię czytać w ludzkich sercach. Wiem jednak to, że prawdziwy chrześcijanin nie może, nie wolno mu, zachowywać się tak, jak starszy brat z przypowieści o synu marnotrawnym.
Abstrahując od tego, czy słowa Michnika były szczere, czy nie, my musimy je brać za dobrą monetę. Musimy na tę iskierkę żalu chuchać i dmuchać, by się rozpaliła w ogień miłości. Wylewanie na nią wiadra pomyj na pewno nie pomoże. Musimy dać innym szansę, jeżeli chcemy, by Bóg dal szansę nam. Bo my przecież wcale lepsi nie jesteśmy.
Jaki bowiem skutek te komentarze przyniosły? Co zmieniły? To, że niektórzy ludzie ze środowiska „Frondy”, (że tak powiem w uproszczeniu), nienawidzą GW i jej naczelnego, wiem od dawna. Wiedzą to także inni. Co zatem im dało w tym momencie powtórzenie tego, co jest od dawna wiadome? Ulżyło im? Mają frajdę? Satysfakcję? Dokopali Michnikowi? Zdemaskowali go?
A jeżeli Lech Kaczyński jest w Niebie i jeżeli nas widzi, jeżeli za nami tam oręduje, to co? Jak on to ocenia? Cieszą go te komentarze, czy raczej boli go, że nie pomagamy jego dawnemu przyjacielowi? Co on by zrobił na naszym miejscu? Zwłaszcza, gdy on już z pewnością wie, co by zrobił Jezus?
Nikt z tych, co już odeszli do Pana nie życzy źle nikomu z tych, którzy zostali. Tego jestem pewien. Lech Kaczyński, jeżeli w ogóle myśli o Michniku, myśli na pewno o tym, jak mu pomóc i jak umożliwić jego zbawienie. Więc jeżeli jest nam bliska pamięć pana Prezydenta, to wspomóżmy go w tym dziele, albo przynajmniej nie przeszkadzajmy.
Ale, może ktoś powiedzieć, to jest oczywiste, że Michnik nie był szczery. Że to, co powiedział, to było „pod publiczkę”, czego najlepszym dowodem jest sama GW. Nic się nie zmieniła, już miesza i pluje, już oczernia brata zmarłego Prezydenta, już spekuluje.
Dla mnie to nie jest żaden argument. Ja się nie zajmuję polityką. Ja jestem apologetą, nie politologiem i przeglądu prasy także nie prowadzę. Ale wiem jedno: Od dziesiątek lat się spowiadam, zwykle raz w miesiącu i od dziesiątek lat powtarzam te same grzechy. Jasne, że nie wszystkie. Jasne, że Bóg dał mi łaskę pokonania wielu słabości. Ale też są ciągle takie sprawy, które są ode mnie mocniejsze. Pokusy, którym ciągle ulegam.
Nie znaczy to wcale, że gdy się z tych upadków spowiadam, nie mam szczerego postanowienia poprawy. Ja naprawdę nie chcę więcej powtarzać tych grzechów. I Bóg za każdym razem mi je wybacza i za każdym razem mi wierzy, choć prawdopodobieństwo sukcesu z mojej strony jest bardzo bliskie zera. Nie otwiera się niebo nad konfesjonałem i Bóg nie krzyczy, kiwając sprawiedliwym palcem: "Wynoś się stąd! Zawiodłeś moje zaufanie tyle razy, nie masz prawa próbować ponowny raz! Jesteś nieszczery i chcesz mnie oszukać!"
Święty Piotr zapytał kiedyś naszego Pana:
„Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?” (Mt 18,21)
Oczywiście Piotr, jak to on, chciał się pochwalić jaki to on jest miłosierny. Gotowy do wielokrotnego wybaczania. Kiedyś czytałem w komentarzach do tego wersetu, że tak właśnie uczyli radykalni rabinowie: Że nawet siedmiokrotnie trzeba wybaczać i dopiero, gdy ktoś ósmy raz przekroczy jakieś prawo, kończy się miłosierdzie i zaczyna sprawiedliwość. Piotr chciał pokazać, że jest ekstremistą miłosierdzia. Ale okazało się, że i tak celował zbyt nisko:
Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. (Mt 18, 22)
To "siedemdziesiąt siedem razy", czy też raczej, jak to poprawniej należałoby przetłumaczyć, "siedemdziesiąt razy po siedem razy", to znaczy nic innego, niż "zawsze". Za każdym razem. Ile razy nas ktoś prosi o wybaczenie, ile razy okazuje skruchę, powinniśmy wybaczać. Bez względu na wszystko.
Ja nie mogę innej miary przykładać do siebie, a innej do Michnika. Nie mogę, bo Biblia uczy wyraźnie, że:
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6, 14-15)
Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6:37-38)
I znowu, tytułem wyjaśnienia, ja wcale nie twierdzę, że chrześcijanie nie powinni oceniać czynów innych ludzi. Powyższy fragment z Ewangelii Łukasza jest bowiem często, podobno także przez GW, cytowany, by zamknąć usta krytykom różnych niemoralnych zachowań. Jednak tutaj jest coś innego. Coś wręcz przeciwnego. Komentarze pod tekstem we Frondzie nie krytykują zachowania Michnika, ale jego intencje.
Zachowanie Michnika nie jest naganne. Jest wspaniałe, cudowne. Każdy to musi przyznać. Każdy, kto choć pobieżnie zna Ewangelie. Cytowani przeze mnie krytycy potępiają jedynie jego intencje, jak gdyby widzieli jego serce. A to właśnie jest przez naukę Pana Jezusa wyraźnie i jasno zabronione. I z tym mam naprawdę poważny problem.
Bo to oczywiście nie chodzi o Michnika. To chodzi o to, że ludzie uważający się za chrześcijan nie mają pojęcia o tym, czym chrześcijaństwo jest. Nie odczuwają potrzeby walki o każdego człowieka tak, jak Jezus walczy o każdego z nas. On bowiem, Jezus, nie kocha mnie bardziej, niż naczelnego GW. Jezus wręcz nie potrafi "bardziej", czy "mniej" kochać. On kocha każdego nieograniczoną, boską miłością. I rozliczy nas z tego, co zrobiliśmy, albo czego nie zrobiliśmy, by wyrwać złemu każdego z tych, których On ukochał jeszcze przed stworzeniem świata. Tymczasem my, chrześcijanie, wyznawcy Chrystusa, zachowujemy się często tak, jakbyśmy byli na etacie u kudłatego.
Odsłon: 2273 Komentarzy: 82
Monday,19 April 2010,03:55
Kategoria: Kościół Monday, 19 April 2010, 03:55
Zbliża się Święto Zesłania Ducha Świętego. Dwa tysiące lat temu, w Wieczerniku, wydarzyło się coś niebywałego. Piotr pod wpływem Ducha Świętego przemówił potężnie i w sposób niezwykły. Nie tylko rozumieli go ludzie z różnych krajów, każdy w swoim języku, ale zrozumieli, co miał im do przekazania. Trzy tysiące ludzi się nawróciło, przyjęło chrzest i uznało w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Jak to się stało, że Piotr był w stanie to osiągnąć? Jak przeszedł tę metamorfozę?
Piotr od początku był ciekawą postacią. Lubię go, bo to mój imiennik i patron. I mój charakter podobny jest trochę do tego, jaki nam ukazuje Ewangelia, opisując pierwszego Papieża. Mówię tu oczywiście o okresie sprzed Pięćdziesiątnicy. Piotr pierwszy był do wygłaszania deklaracji. Wszystkiego też próbował, ale szybko upadał. Wystarczy przypomnieć incydent z chodzeniem po jeziorze, czy trzykrotne zaparcie się Jezusa przez apostoła. W tym pierwszym przypadku co prawda nie byłbym zbyt surowy w ocenie Piotra. To prawda, że w pewnym momencie zwątpił. Widząc fale i burzę zachwiała się jego wiara. Inni apostołowie jednak nawet nie próbowali. Przypadkiem zaparcia się zajmę się szerzej.
Piotr usłyszał nie tak dawno, że będzie skałą, na której Jezus zbuduje swój Kościół. Butnie oświadcza, że: Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie. (Mt 26,35) I to mimo tego, że Jezus zapowiedział mu: Zaprawdę, powiadam ci: Jeszcze tej nocy, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz. (Mt 26,34) Piotr przeżył szok, gdy zobaczył wzrok swego Pana po usłyszeniu głosu koguta (A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. […] /Piotr/ wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał. Łk 22,61-62). Spowodowało to, że w przeciwieństwie do umiłowanego ucznia, Jana, z którym przebywał na dziedzińcu arcykapłana, nie towarzyszył Mu na Golgotę. Odsunął się, zawstydzony, na bok. Zwątpił w swoje siły i stracił pewność. I nawet po Zmartwychwstaniu nie bardzo już chyba wierzył w to Królestwo, które miało nastąpić.
Apostołowie ciągle do końca nie rozumieli Jezusa. Obawiali się Żydów, usunęli się na bok, powrócili do swych poprzednich zadań. Ale Jezus nie zrezygnował. Odwiedził ich w miejscu ich pracy: Potem znowu ukazał się Jezus nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób:
Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów.Szymon Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy macie co na posiłek? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. (J 21,1-6)
Po chwili, na brzegu, następuje niezwykle ważna rozmowa Jezusa z Piotrem. Jan, naoczny świadek tej sceny, przekazuje nam ją w najdrobniejszych szczegółach. Przede wszystkim zauważa, że były tam ”żarzące się na ziemi węgle”. Jest to o tyle istotne, że to samo słowo, po grecku „anthrakia”, oznaczające płonące węgle jest użyte także w tym wersecie: A ponieważ było zimno, strażnicy i słudzy rozpaliwszy ognisko stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się. (J 18,18) To oczywiście scena z dziedzińca arcykapłana.
Jan w swojej Ewangelii bez przerwy daje nam takie małe prezenciki. Czasem giną one w tłumaczeniu, a szkoda, bo są bardzo istotne. Tutaj też ten szczegół o żarzących się węglach ma nam powiązać te dwie sceny: Trzykrotne zaparcie się Jezusa przez Piotra i trzykrotne zapytanie Piotra przez Jezusa. Także i w tych pytaniach każde słowo jest bardzo ważne. Zobaczmy więc jak wyglądała ta rozmowa Jezusa z Piotrem przy żarzących się węglach:
A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. (J 21,15-17)
Każdy z nas widzi tu łatwo symbolikę potrójnego pytania, „odwrócenie” potrójnego zaparcia się przez Piotra. Ale istotne są też słowa, użyte przez Jezusa i Piotra. W greckim języku są co najmniej cztery słowa, które tłumaczymy zazwyczaj jako „kochać”. Eros, fileo, storge i agape. W uproszczeniu, pierwszy rodzaj miłości, eros, to miłość miedzy mężem a żoną. Fileo to miłość między przyjaciółmi, przyjaźń. Storge to miłość rodzinna, ale bez zabarwienia seksualnego, miłość rodziców do dzieci, czy rodzeństwa między sobą. A agape, najpiękniejsza ze wszystkich rodzajów miłości to ta, jakiej definicję dał święty Paweł w 1. Liście do Koryntian, rozdział 13.
Przypatrzmy się, jakich słów używają Jezus i Piotr: Tłumacze Tysiąclatki użyli słowa „miłować” w dwu pierwszych pytaniach Jezusa, słowa „kochać” w trzecim. Piotr zawsze odpowiadał „kocham”. W oryginale Jezus zapytał dwukrotnie Piotra, czy ten Go „agape”. Czy Piotr kocha Go tą niezwykłą, nadludzką miłością. Miłością gotową na wszystko. I Piotr odpowiada: Tak, wiesz, Panie, że Cię kocham, ale kocham Cię jak przyjaciela, kocham Cię tylko miłością „fileo”. Trzeci raz Pan więc zapytał: Czy kochasz mnie tak, jak brata?
Zasmuciły te słowa Piotra. Ale nie zasmuciły go dlatego, że tym razem Jezus zmienił używany czasownik. Smutek Piotra wynikł z tego, że trzeci raz usłyszał pytanie. Przypomniał sobie, że tak niedawno trzykrotnie wyparł się swego Pana.
Długo nie mogłem zrozumieć tego fragmentu Biblii. Czemu Piotr tak odpowiedział, gdy Jezus wręcz podpowiadał mu „prawidłową” odpowiedź w pytaniu? Aż wreszcie któregoś dnia dotarło do mnie: Piotr wreszcie zrozumiał! On, który był gotowy na chodzenie po wodzie, który odciął ucho żołnierzowi w obronie Pana, który zawsze był pierwszy, najgłośniejszy i najpewniejszy siebie, stał się po tym, co uczynił na dziedzińcu arcykapłana innym człowiekiem. Tutaj Piotr jest skromny, wręcz pokorny. Jest to zupełnie odmieniony człowiek. I dlatego Jezus może mu powiedzieć: Paś owce moje.
Przemiana która nastąpiła w Piotrze umożliwiła Jezusowi na zbudowaniu swego Kościoła na takiej Skale. Bo moc tej Skały nie wynika z siły Piotra, ale z jego uległości i wierności nauce Jezusa. Gdy przyglądam się Benedyktowi XVI widzę właśnie takiego Pasterza. On też odpowiedziałby Jezusowi: Panie, Ty wiesz, że ja jestem tylko człowiekiem. Ja potrafię tylko kochać miłością „fileo”, ale wiem, że Ty mi dasz dość łask i dość siły, abym mógł paść Twoje baranki.
Rozmowa ta i późniejsze wniebowstąpienie Jezusa nie pozbawiło apostołów obaw. Ale mieli już także nadzieję. Już zgromadzili się razem i trwali na modlitwie. A gdy w dniu Pięćdziesiątnicy po zstąpieniu na nich Ducha Świętego zrozumieli nagle wszystko, Piotr zaczął odważnie głosić tysiącom ludzi, z wszystkich stron świata, Prawdę o Mesjaszu i Jego Królestwie. Powstał Kościół – ta cudna Oblubienica Pańska i nieprzerwanie trwa do dzisiaj, głosząc wiernie naukę Jezusa. I będzie ją głosił aż do końca, bo bramy piekielne go nie przemogą. (Mt 16,18)
To nie jest koniec głębokiej symboliki wczorajszej Ewangelii. A ja na pewno i tak nie wyjaśnię tutaj wszystkich w niej ukrytych symboli i znaczeń, ale chciałem jeszcze parę słów napisać o rybach.
Jak pamiętacie może, Piotr łowił całą noc, bez sukcesu. Pan powiedział mu, by zarzucił sieci po prawej stronie i Piotr złowił 153 wielkie ryby. Dlaczego akurat tyle ich było? Teoretycznie mógłby to być przypadek, ale w Biblii nie ma przypadków. Zwłaszcza w Ewangelii Janowej. Jan każdy szczegół zamieszcza w jakimś celu. Jeżeli nie wiemy w jakim, nie znaczy to wcale, że jest on bez znaczenia. Znaczy to tylko, że my go po prostu nie rozumiemy. Tak było właśnie ze mną. Nie rozumiałem tej liczby, bo tez w całej Biblii nie ma jej użytej, poza tym tekstem, ani raz. Jest co prawda raz wymieniona liczba 153 600, ale nie widziałem żadnego związku z tą liczbą, a rybami złowionymi przez Piotra. Teraz jednak chyba już widzę.
Nasz Pan podczas rozmowy z Piotrem powtórzył trzykrotnie: „Paś baranki moje”. Piotr nie był jednak pasterzem, był rybakiem. Jezus, gdy go powołał na swego apostola, zapowiedział mu: Będziesz łowił ludzi. Tymczasem z pozabiblijnych przekazów wiemy, że Arystoteles, znany filozof żyjący w IV wieku przed Chrystusem uważał, że na świecie występują 153 gatunki ryb. Wydaje mi się więc, że to z tego właśnie wynika ta liczba. Reprezentuje ona po prostu wszystkie ryby. Piotr symbolicznie łapiąc przy pomocy innych apostołów 153 ryby, zostaje „rybakiem wszystkich ludzi”. Warto jednak także zwrócić uwagę na fakt, że udaje mu się to dopiero wtedy, gdy Pan mu to nakazuje. Gdy sam chciał tego dokonać, nie złowił nawet malej płotki.
Czas chyba wrócić do tej liczby 153 tysiące 600. Zobaczmy werset, gdzie ta liczba występuje:
Policzył więc Salomon wszystkich mężczyzn obcoplemieńców, zamieszkałych w ziemi Izraela, według spisu jego ojca Dawida. Znalazło się ich sto pięćdziesiąt trzy tysiące sześciuset. (2 Krn 2,16)
Dla mnie potwierdza to powyższą interpretację. Chyba nawet można by powiedzieć, że gdyby Święty Jan nie znał Arystotelesa i jego przekonań o istnieniu 153 gatunków ryb, ten werset byłby wystarczający do zrozumienia symboliki tej liczby. Znowu mowa o obcoplemieńcach, czyli cudzoziemcach, gojach. Święty Piotr symbolicznie złowił ich wszystkich.
W Księdze Ezechiela jest taki znany fragment o źródle wypływającym spod ołtarza. Spod progu świątyni wypływa potok, staje się coraz głębszy. To proroctwo było zawsze odczytywane przez chrześcijan jako zapowiedz Kościoła. To woda i krew wypływająca z boku Jezusa na Krzyżu, z boku Baranka złożonego na ołtarzu za nasze grzechy staje się wodą żywą, wodą chrztu ożywiającego i Eucharystią, pokarmem dającym życie wieczne. Ale dalszy fragment tego proroctwa mówi także i o rybach i o rybakach:
A On rzekł do mnie: Woda ta płynie na obszar wschodni, wzdłuż stepów, i rozlewa się w wodach słonych, i wtedy wody jego stają się zdrowe. Wszystkie też istoty żyjące, od których tam się roi, dokądkolwiek potok wpłynie, pozostają przy życiu: będą tam też niezliczone ryby, bo dokądkolwiek dotrą te wody, wszystko będzie uzdrowione. Będą nad nimi stać rybacy począwszy od Engaddi aż do En-Eglaim, będzie to miejsce na zakładanie sieci i będą tam ryby równe rybom z wielkiego morza, w niezliczonej ilości. (Ez 47, 8-10)
God loves you.
Odsłon: 550 Komentarzy: 2
Thursday,04 November 2010,06:26
Kategoria: Modlitwa Thursday, 04 November 2010, 06:26
Rycerze Kolumba proszą, byśmy się wszyscy przyłączyli do nich w modlitwie za naszego Ojca Świętego, Benedykta XVI. Za dziewięć dni minie piąta rocznica jego wyboru na następcę Świętego Piotra. W związku z nieustającymi atakami na Jego Świątobliwość wspomóżmy go naszymi modlitwami.
Cytat ze strony Rycerzy Kolumba:
Zapraszamy wszystkich Rycerzy do uczestnictwa w specjalnej nowennie w intencji papieża Benedykta XVI, rozpoczynającej się w Niedzielę Miłosierdzia Bożego 11 kwietnia, a kończącej się w poniedziałek 19 kwietnia w piątą rocznicę wyboru Ojca Świętego w 2005 roku.
Modlimy się za papieża, za jego pasterską misję, prosząc Boga by chronił, wzmacniał i pocieszał naszego umiłowanego Ojca Świętego w tych szczególnie trudnych momentach.
MODLITWA ZA PAPIEŻA BENEDYKTA XVI
Panie, który jesteś Źródłem wiecznegożycia i prawdy, napełnij Twego pasterza Benedykta duchem odwagi i roztropności, duchem wiedzy i miłości. Spraw, by jako następca Apostoła Piotra i Zastępca Chrystusa, wiernie rządził ludem sobie powierzonym i przemieniał Twój Kościół w sakrament jedności, miłości i pokoju dla całego świata. Amen.
P/ Módlmy się za naszego Papieża Benedykta.
R/ Niech Pan go strzeże, Zachowa przy życiu, Darzy błogosławieństwem na ziemi i broni go przed nieprzyjaciółmi.
P/ Niech Twoja dłoń spocznie na Twoim świętym słudze.
R/ I na Twoim synu, którego namaściłeś.
Ojcze nasz…. Zdrowaś Maryjo…. Chwała Ojcu…
RYCERZE KOLUMBA
Solidarni z Ojcem Świętym
Odsłon: 521 Komentarzy: 1
Thursday,04 November 2010,06:04
Kategoria: Modlitwa Thursday, 04 November 2010, 06:04
Przez ostatnie kilka dni jechałem, trasa z Południowej Karoliny do Oregonu. A jadąc, zawsze mi przychodzą do głowy pomysły na nową notkę na blogu. Ciekawa wymiana zdań między Cejrowskim i Hołownią w programie "Bóg w wielkim mieście", artykuł w Wall Street Journal o tym, co Polacy myślą o Stanach Zjednoczonych, czy George Weigel w EWTN mówiący o ostatnich atakach na papieża Benedykta… i nagle wczoraj rano wszystko to okazało się tak mało istotne, takie nieważne…
Wczoraj był ostatni dzień Nowenny do Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus powiedział siostrze Faustynie co ma zrobić w dziewiątym dniu Nowenny:
Dziś sprowadź mi dusze oziębłe i zanurz je w przepaści miłosierdzia Mojego. Dusze te najboleśniej ranią Serce Moje.
Oczywiście nie znam serc ofiar tej ogromnej tragedii, jaka wczoraj się wydarzyła pod Smoleńskiem, ale wiem, jak niektórzy z polityków tragicznie zmarłych w tej katastrofie podchodzili do wiary. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to o ich duszach mówił Pan Jezus…
Myśląc o tym przypomniałem sobie inne dni Nowenny. W siódmym dniu modliliśmy się o dusze, które szczególnie czczą i wysławiają miłosierdzie Boże. Dzień wcześniej dusze ciche i pokorne. W innych dniach modliliśmy się o dusze kapłańskie i o dusze heretyków i odszczepieńców. Dusze tych, co nie znają jeszcze Jezusa i dusze pobożne i wierne. Dusze czyśćcowe i o całą ludzkość.
One wszystkie były w tym samolocie…
Tak niedawno, zaledwie dziesięć dni temu, choć wydaje się, że to bylo przed wiekami, napisałem:
"Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia.[…]
Wkrótce lecę do Polski. A samolot przecież jest cięższy od powietrza. Ja wiem, że lata, wszyscy tak mówią. Zresztą leciałem już nad oceanem kilkanaście razy i za każdym się udawało. Ale przecież tak naprawdę nigdy nie wiadomo.[…]
Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)
Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!"
Nie jestem prorokiem, ani synem proroka. Nie miałem ambicji pisania słów, które tak szybko się sprawdzą. Wiele bym dał, by się one nigdy nie sprawdziły. Jednak ta tragedia, jaka się wczoraj wydarzyła w jakiś okrutny sposób potwierdza prawdziwość moich słów.
Wczoraj cały dzień słuchałem Polskiego Radia. znowu było bardzo "religijne". Panowie redaktorzy nie wstydzili się mówić o Bogu, o wierze, o tym co ważne. Dokładnie tak samo, jak pięć lat temu. Śmierć zawsze nam urealnia i przybliża Boga. Ale czy to musi być właśnie tak?
Ile czasu minie, zanim to potworne wydarzenie stanie się znowu tylko notką w podręcznikach historii? Ile czasu minie, zanim zapomnimy to, co dziś odczuwamy? Miesiąc? Dwa? I co tu jest tak naprawdę największą tragedią?
Ponieważ u nas w rodzinie każdego roku ktoś leci przez ocean i zawsze ten element obawy istnieje, czasem, przypominając przed podróżą o potrzebie pogodzenia się z Bogiem w Sakramencie Pojednania, żartobliwie przypominam bliskim słowa księdza Kordeckiego z Potopu:
Zaprawdę, powiadam wam, jeśli prochy nas wyrzucą, to tylko liche ciała nasze, tylko doczesne zwłoki opadną z powrotem na ziemię, a dusze już nie wrócą… Niebo otworzy się nad nimi i tam wejdą w wesele, w szczęśliwość, jako morze bez granic. Tam Jezus Chrystus je przyjmie i ta Matka Najświętsza, i wyjdzie przeciw nich, a one jako pszczoły złote siędą na Jej płaszczu i w światłości się zanurzą, i w oblicze Boga patrzeć będą…
To może było kiedyś zabawne, dziś nie jest. Jest jednak jakże prawdziwe. Bo śmierć fizyczna, śmierć niespodziewana zawsze jest tragedią, ale ciągle jest niczym w porównaniu do śmierci duchowej. Śmierć fizyczna wszystko kończy tutaj, dla nas, dla tych, którzy zostali wśród żywych. Ale nie dla tych, którzy odeszli. Dla nich nie jest końcem, jest początkiem. I tak będzie dla każdego z nas. Czy jesteśmy gotowi?
Jakże mało ważne są dziś sprzeczki i kłótnie polityków. Jakże nieistotne się wydają wobec majestatu śmierci. Dziś każda z tych ofiar tragedii stoi twarzą w twarz z Bogiem. Tylko to się liczy. I każdy z nich, niezależnie od tego, czy to stewardessa, czy prezydent Polski, zdają relację z talentów, które otrzymali.
A oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył. (Łk 10,25-28)
Jezu, Boże Miłosierny! Przyjm do swego Królestwa swe dzieci, tak tragicznie zmarłe w tej niewyobrażalnej katastrofie. Zmiłuj się nad nami!
Odsłon: 1418 Komentarzy: 18
Tuesday,04 May 2010,02:57
Kategoria: Historia Tuesday, 04 May 2010, 02:57
Na moim forum ktoś mi zwrócił uwagę na fakt, że:
W Wikipedii pod hasłem Wulgata czytamy o papieżu Sykstusie V i jego nieprawidłowym przekładzie Pisma: W wydanej w roku 1590 bulli promulgacyjnej "Aeternus Ille" nakazał pod karą ekskomuniki przyjęcie swej wersji Wulgaty jako jedynej prawdziwej i autentycznej, do prywatnego i publicznego czytania, wyjaśniania i do kazań. Jako, że ten przekład był w wielu miejscach owocem jego swobodnej twórczości, po jego śmierci musiano likwidować wszystkie egzemplarze. A zatem, jak ma się to do dogmatu o nieomylności papieża? Papież oficjalnie (pod karą ekskomuniki) zobowiązuje wiernych do przestrzegania fałszywej nauki na temat wiary. Jakbyście się do tego ustosunkowali?
Jak więc to było naprawdę? Czy papież wydal bullę, która uczyła błędu? Fałszowała prawdę? Niezupełnie. W stwierdzeniu Wikipedii jest kilka raczej dość istotnych nieścisłości. Pozwólcie zatem, że wyjaśnię szerzej:
W czasie pontyfikatu papieża Sykstusa V było wiele łacińskich tłumaczeń Biblii. Niektóre z nich były dość dalekie od ideału, od wierności oryginałowi. Papież Sykstus, który był w sumie bardzo pozytywną postacią, wielkim reformatorem okresu kontrreformacji, odczuwał potrzebę uporządkowania tego faktu i stworzenia jednej, oficjalnej łacińskiej wersji Biblii. Sama idea godna pochwały i dziś możemy powiedzieć, że sprawdzowna w praktyce, gdyś dziś właśnie tak jest. Jedna oficjalna "Wulgata".
Trzech poprzednich papieży, Pius IV, Pius V i Grzegorz XIII także usiłowali tego dokonać, ale z różnych względów nie zdołali ukończyć swego dzieła.
Sykstus V powołał komisję składającą się z kardynałów Allena, Bellarmine i Caraffy, którzy mieli ponownie przetłumaczyć Wulgatę. Papież nie był zadowolony z rezultatu, jaki osiągnęli i sam się zajął poprawkami. Inaczej mówiąc sam przetłumaczył całą Biblię. Jednak praca ta przekroczyła możliwości papieża. Gdy osiemnaście miesięcy później, na początku 1590 roku, przedstawił on swoją poprawioną wersję Biblii kardynałom, zobaczyli, że jest pełna błędów. Nieprawidłowo przetłumaczone zdania i całe akapity, niektóre całkiem opuszczone, inne dodane, mimo, że ich nie było w oryginale. I prawdą jest także to, że papież przedstawił projekt bulli, jaki miał zamiar prolongować wraz z ogłoszeniem nowego tłumaczenia.
Widząc nadchodzącą katastrofę kardynał Robert Bellermine wraz z innymi zaczęli robić co w ich mocy, by zatrzymać ogłoszenie bulli i nowej wersji Biblii. Papież zgodził się na oddalenie terminu uroczystego ogłoszenia tych dokumentów i na zrobienie poprawek. Jednak nieoficjalne egzemplarze Biblii i bulli zostały wysłane do rzymskich kardynałów.
Jednak Duch Święty jeszcze raz okazał się wierny swej obietnicy, że uchroni Kościół przed błędami. Ogłoszenie tego tłumaczenia i papieskiej bulli nigdy nie nastąpiło. Pełen zdrowia, energii, bardzo aktywny papież Sykstus V zmarł po krótkiej chorobie 27 sierpnia 1590. Uroczysta promulgacja bulli nigdy nie miała miejsca. Nie jest do oficjalny dokument Kościoła. Te egzemplarze Biblii, które zostały wysłane, zostały usunięte z obiegu przez samych kardynałów.
Na żądanie nowego papieża, Grzegorza XIV, pod kierunkiem kardynała Bellarmine, została powołana nowa komisja, by przeprowadzić poprawki do poprawki. Zanim prace ukończono, Gregory XIV zmarł, ale dzieło to dokończył Klemens VIII. Ta wersja nosi nazwę "wersji Sykstusa V", gdyż zarówno papież, jak i kardynał Bellarmine i inni zaangażowani w ten projekt chcieli uhonorować papieża Sykstusa, który rozpoczął ten proces.
Myślę, że to wyjaśnia cale zamieszanie i pokazuje też, że do niektórych "faktów", jakie podaje Wikipedia, a za nią inne strony w Necie, trzeba podchodzić z odrobiną sceptycyzmu. Nie zawsze, zwłaszcza, gdy chodzi o chrześcijaństwo, o Kościół, wiadomości jakie podają pokrywają się z prawdą. Szczególnie dotyczy to polskiej edycji Wikipedii, bo angielskojęzyczna nie wspomina nic o wydaniu papieskiej bulli "Aeternus Ille". I prawdę mówiąc należałoby ten błąd jakoś tam sprostować, jeżeli redaktorzy Wikipedii mają ambicję stania się źródłem obiektywnej informacji, a nie kanałem antykatolickiej propagandy.
Odsłon: 1136 Komentarzy: 7
Monday,04 January 2010,17:39
Kategoria: Modlitwa Monday, 04 January 2010, 17:39
Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha. (Łk 23,46)
Ostatnie przed śmiercią, według Ewangelii Łukasza, słowa Jezusa. Tak proste, że każda próba napisania czegoś inteligentnego musi się zakończyć porażką. Słowa dziecka do Ojca, któremu się bezgranicznie ufa. Słowa zawierzenia i oddania się.
Ja jednak myślę, że nie powinniśmy czekać do momentu śmierci z wypowiedzeniem tych słów. W pewnym sensie zresztą w momencie śmierci łatwo jest je wypowiedzieć. Trudniej szczerze wypowiedzieć je teraz. Dziś. W tym momencie. Czasem bowiem jest trudniej żyć dla Boga, niż dla Niego i z Nim umierać.
Śmierć wymusza na nas pewien radykalizm. Nie ma wtedy szarej strefy. Nie ma nacisku środowiska. Nie ma wstydu, nie ma szpanowania, nie ma udawania. Oddanie swego ducha, swego życia w ręce Boga teraz, gdy nam się wydaje, że nie stoimy jeszcze w obliczu nieuchronnej śmierci, to jest dopiero trudna decyzja.
Decyzja trudna, ale na pewno mądra. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę przyjdzie nam się spotkać z naszym Bogiem twarzą w twarz. Tyle ludzi odchodzi niespodziewanie do Pana każdego dnia.
Jak wiecie, jestem kierowcą. Gdy jestem w trasie, każdego dnia pokonuję tysiąc kilometrów. A w drodze, jak to w drodze. Pijani kierowcy. Zmęczenie. Nastolatki wysyłający SMS-y i truckerzy z laptopami obok siedzenia kierowcy. Każda podróż może być ostatnia.
Wkrotce lecę do Polski. A samolot przecież jest cięższy od powietrza. Ja wiem, że lata, wszyscy tak mówią. Zresztą leciałem już nad oceanem kilkanaście razy i za każdym się udawało. Ale przecież tak naprawdę nigdy nie wiadomo.
Ale nie trzeba być kierowcą, czy wybierać się w podróż samolotową, by przedwcześnie pożegnać się z życiem. Można we własnym łóżku nie obudzić się już następnego ranka. Bóg nas może powołać do siebie w każdej chwili.
Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12,16b-20)
Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy… Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!
Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.
Odsłon: 540 Komentarzy: 5
Monday,04 January 2010,06:42
Kategoria: Religia Monday, 04 January 2010, 06:42
Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! I skłoniwszy głowę oddał ducha.(J 19, 28-30)
Dwa z siedmiu ostatnich słów Jezusa: „Pragnę.” I „Wykonało się.”. Czemu teraz Jezus powiedział, że pragnie? Nie odczuwał pragnienia wcześniej? Od aresztowania na Górze Oliwnej minęło już wiele godzin. A wcześniej, gdy żołnierze chcieli mu dać napój gaszący pragnienie i przynoszący ulgę w cierpieniu, Jezus odmówił. Dlaczego więc teraz? I jakie Pismo się wypełniło? Co się tu właściwie wydarzyło? Dlaczego Jezus mówi też, że się „wykonało”? Co miał na myśli? Zbawienie wszystkich ludzi? Przecież gdyby nie Zmartwychwstanie, sama śmierć nie miałaby większego sensu i znaczenia. Święty Paweł przecież wyraźnie pisze:
A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara. Okazuje się bowiem, żeśmy byli fałszywymi świadkami Boga, skoro umarli nie zmartwychwstają, przeciwko Bogu świadczyliśmy, że z martwych wskrzesił Chrystusa. Skoro umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w swoich grzechach.(1Kor 15,14-17)
To Zmartwychwstanie było zwycięstwem nad grzechem i nad śmiercią. Co więc się wykonało na Krzyżu?
Otóż śmiem twierdzić, że to, co się wykonało, to Wieczerza Paschalna, Exodus, ofiara Baranka i pierwsza Msza Święta.
Pascha, którą obchodził Jezus z uczniami w Wieczerniku, była świętem obchodzonym na pamiątkę wyjścia Żydów z niewoli Egipskiej i symbolizowała wyjście z niewoli grzechu. Ale naprawdę z tej niewoli nas wyzwoliła dopiero śmierć Baranka i Jego Zmartwychwstanie. A tu, na Krzyżu, wraz ze spożyciem Czwartego Kielicha, zakończyła się ofiara Jezusa, który jest kapłanem i ofiarą doskonałą złożoną za nasze grzechy.
Ale jakiego kielicha? Co to za „czwarty kielich”? Odpowiedź na to znajduje się już od dawna na moim blogu na Frondzie.
Prawdę mówiąc pierwszy apologetyczny tekst, jaki w ogóle napisałem, był właśnie o "czwartym kielichu". Zresztą "napisalem go" to trochę stwierdzenie na wyrost. Raczej zerżnąłem wszystko z jakiegoś wykładu Scotta Hahna, który sam powiedział, że jeszcze jako młody chłopak, student teologii w protestanckim seminarium, usłyszał właśnie to pytanie: Co się wykonało na Krzyżu? Profesor który je powiedział, nie znał sam na nie odpowiedzi, a Hahn przez całe lata nie potrafił jej także znaleźć. Dopiero, gdy został katolikiem, dopiero, gdy zrozumiał, na czym polega Ofiara Mszy Świętej, wszystko stało się logiczne i jasne.
Poproszono mnie kiedyś, bym poprowadził w Charlotte spotkanie kilku kobiet, tak zwane "Bible Study". Jedna z pań biorących w tych spotkaniach udział zaczęła twierdzić, że Jezus przez nią przemawia, czym przeraziła inne uczestniczki tych studiów. Niektóre były gotowe zacząć jej oddawć pokłony, inne odsyłać ją do psychiatry lub egzorcysty i w końcu poproszono mnie, bym przyszedł na takie spotkanie i ocenił co się tam dzieje. Właśnie wtedy napisałem ten tekst, by służył nam jako temat rozważań. Potem ktoś, wraz z moimi wspomnieniami z ostatniej pielgrzymki Jana Pawła Drugiego do Polski, zamieścił go na jakiejś nieistniejącej już dziś stronce i tak się zaczęła moja przygoda z Internetem.
Piszę o tym, by pokazać, jak to zagadnienie jest dla mnie osobiście ważne. Teraz każdą wolną chwilę poświęcam na pisaniu o Bogu, o Biblii, na apologetykę, ale przecież nie zawsze tak było. Nawet nie minęło jeszcze dziesięć lat od napisania mojego pierwszego tekstu, właśnie tego o "czwartym kielichu", a wydaje się, jakby to było wieki temu.
I napisałem ten tekst, czy też przetłumaczyłem to, co usłyszałem od Hahna, bo to, co od niego usłyszalem, odmieniło moje życie. Odmieniło dlatego, że od tego czasu Msza Święta stała się czymś najważniejszym w moim życiu. Ale by to zroumieć, koniecznie trzeba zrozumieć dlaczego Jezus akurat wtedy zawołał: "Pragnę", a po skosztowaniu wina rzekł: "Wykonało się". Zatem… zapraszam:
Prawdziwy "Święty Graal", czyli Czwarty Kielich.
Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią
Odsłon: 596 Komentarzy: 4
1
hiob
Forum: www.katolik.us Blog: www.hiob.us www.jaskiernia.com Spis treści: www.jaskiernia.org
Monday, 16 April 2012
Wednesday, 29 February 2012
Sunday, 13 May 2012
Wednesday, 29 February 2012
Wednesday, 29 February 2012
