Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Siedem ostatnich słów Jezusa. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

Kategoria: Modlitwa Tuesday, 30 March 2010, 20:41

Eli, Eli, lema sabachthani?to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mt 27,46b)

Słuchając nauk protestanckich pastorów spotkałem się wielokrotnie z taką interpretacją tego wersetu: Pan Jezus, przyjmując na siebie wszystkie nasze grzechy stał się tak przykrym widokiem dla Boga Ojca, że Ten w tym momencie odwrócił od Jezusa swą twarz, nie mogąc na niego patrzeć. Ta interpretacja jest zgodna z inną ich nauką, że my na zawsze pozostaniemy brudnymi grzesznikami, ale „pokryci czystością Jezusa” i Jego doskonałością, jak płaszczem nas szczelnie okrywającym, zyskamy Niebo. Wystarczy tylko zaakceptować darmowy prezent, jaki dał nam na Krzyżu Jezus, biorąc na siebie nasze grzechy i płacąc za nasze odkupienie tę potworną cenę.

 

Co za okropna teologia, co za niesprawiedliwa transakcja. Kruczek prawny, dzięki któremu Ojciec karze niewinnego Syna, a potem udaje, że nie dostrzega naszego zepsucia, naszego zła, naszej grzeszności i patrząc na nas widzi tylko swego Syna, który za nas zapłacił za grzechy.

 

Choć w powyższym stwierdzeniu jest pewna część prawdy, to ważne jest, by wiedzieć, że  Kościół Katolicki zupełnie inaczej rozumie odkupienie naszych grzechów. To nie jest zaledwie zalegalizowana niesprawiedliwa transakcja. My nie osiągamy wolności dlatego, że Bóg znalazł kruczek prawny. Wolność, zbawienie uzyskujemy dlatego, że stajemy się dziećmi Bożymi. Nasza odmiana nie jest zaledwie prawną deklaracją. Jest, musi być czymś rzeczywistym.

 

Biblia uczy nas, że nic nieczystego nie może osiągnąć Nieba (por. Ap 21,27), zatem my, by osiągnąć zbawienie, musimy przejść przez rzeczywisty proces oczyszczenia. Poza tym nawet na „chłopski rozum”, jakbyśmy się czuli przez całą wieczność, gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy brudnymi grzesznikami, maskującymi się tylko przed Bogiem Ojcem? Zasłaniającymi się Jezusem? I w jaki to sposób miałby Jezus coś ukrywać przez całą wieczność przed Ojcem?

 

To prawda, że my sami nie możemy usatysfakcjonować Bożej sprawiedliwości i że tylko Jego Miłosierdzie umożliwia nam zbawienie. Dlatego Jezus stał się jednym z nas, stał się Człowiekiem. Tylko On, będać prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem mógł usatysfakcjonować ten wymóg i z miłości do nas ofiarować nam zbawienie w formie niczym przez nas niezasłużonego daru. Ale nie znaczy to wcale, że zrobił to sam. Sam w sensie Drugiej Osoby Boskiej.

 

W pewnym sensie to także  Bóg Ojciec umiera za nas na Krzyżu. On nie jest odwrócony teraz od Jezusa, On jest z Nim teraz zjednoczony tak, jak nigdy indziej w historii ludzkości. Bo jest tylko jeden Bóg i nie da się oddzielić Ojca od Syna. Gdzie jest jedna Osoba Trójcy Świętej, tam są one wszystkie.

 

Cała ta nauka wielu protestanckich wspólnot jest konsekwencją odrzucenia doktryny czyśćca. Wiedząc, że człowiek często w momencie śmierci jest daleki od ideału, ale jest w stanie łaski uświęcającej i odrzucając koncepcję oczyszczenia się po śmierci przed zjednoczeniem się z Bogiem, musiano wymyślić jakąś inną teorię umożliwiającą pogodzenie naszego braku doskonałości z wymogiem, że nic nieczystego nie osiągnie Nieba.

 

Nauka Kościoła jest dużo logiczniejsza i piękniejsza w swej istocie. Odkupienie grzechów, które jest darem, daje nam życie, daje nam Łaskę uświęcającą, ale skutki tych grzechów w nas pozostają. Powiedzmy, że ktoś miał problem z pornografią. Spowiedź, odpuszczenie grzechów powoduje, że już nasze dusze odzyskały życie, ale nasz rozum nie może się pozbyć tych wyobrażeń, które tkwią w naszej pamięci. Czyściec umożliwia nam „sformatowanie twardego dysku”, wyrzucenie tych wyobrażeń z pamięci i zapłatę, zadośćuczynienie tym, których skrzywdziliśmy. Możemy wtedy wejść do Królestwa nie jak „kupa gnoju pokryta śniegiem” (autentyczne sformułowanie Lutra), ale jak prawdziwe dzieci Boże.

 

Dlaczego więc Jezus zawołał te słowa? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Jezus był naprawdę, w pełni człowiekiem, jak każdy z nas. I w swym człowieczeństwie czuł się opuszczony w swym cierpieniu na Krzyżu. Opuszczony przez większość uczniów, przez tych, których uzdrowił, których nauczał i czuł się też opuszczony przez Boga. My też, gdy cierpimy, gdy mamy kłopoty, gdy odejdzie od nas ktoś bliski, odczuwamy samotność to wydaje się nam, że Bóg o nas zapomniał. Ale możemy być pewni, że jest to tylko uczucie, zrozumiałe w takiej sytuacji. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej nas.

 

Przypomina się pewna, bardzo popularna w USA, szczególnie wśród protestantów, opowieść o śladach na piasku:

Pewna osoba miała sen: Spacerowała po plaży z Panem, a na niebie wyświetlały się sceny z jej całego życia. Gdy doszła do końca plaży, odwróciła się i zobaczyła, że w najtrudniejszych momentach na piasku pozostawały tylko pojedyncze ślady. Zapytała z pretensją w głosie Jezusa: "Panie, obiecałeś, że jeżeli pójdę za Tobą, zawsze będziesz ze mną i nigdy mnie nie opuścisz!" Jezus odpowiedział: "Ja dotrzymałem swej obietnicy. Kocham cię i zawsze jestem przy tobie. A tylko dlatego w tych trudnych chwilach życia widzisz pojedyncze ślady, bo wtedy niosłem cię na rękach."

Bóg jest uczciwy. Jego Miłość jest nieograniczona. Jego cierpienie na Krzyżu było prawdziwe, pełne i niczym nie stłumione. W swej ludzkiej naturze Jezus czuł się opuszczony. Ten, który potrzebował wsparcia, nie odczuwał nic, poza bólem i samotnością. Bóg Ojciec nie dał Mu żadnej ulgi, On sam nie pomógł sobie. Zrobił tak, by nam pokazać, jak wielkim złem jest grzech i jaką cenę trzeba za jego odkupienie zapłacić. By nam pokazać, jak bardzo nas ukochał.

 

Jak pisałem poprzednio, nie da się oddzielić natury Boga Ojca i Jezusa. Jeżeli myślimy, że to są jakieś osobne zupełnie istoty, nie powiązane ze sobą, to redukujemy Boga do naszej ludzkiej miary. To prawda, że każda z Osób jest oddzielna, czyli Syn nie jest Ojcem, a ani Syn ani Ojciec nie są Duchem Świętym, ale to nie znaczy, że jedna z tych Osób może coś odczuwać, czy wiedzieć, czego by nie wiedziała, czy odczuwała inna Osoba. Ich wiedza jest pełna i doskonała. Bóg, każda z Osób Trójcy, wie wszystko, więc mają wspólną naturę, wspólne zrozumienie i odczuwanie rzeczy. Dlatego też nie możemy powiedzieć, że Bóg Ojciec był „nie fair” w stosunku do Syna. To nie z nakazu Ojca Jezus oddał za nas życie, to był plan Boga, we wszystkich Jego Osobach, od początku. Jezus, zjednoczony z Ojcem, w Duchu Świętym, dobrowolnie oddał za nas życie, a Ojciec z Duchem Świętym, który jest Miłością ich łączącą, współcierpieli z Jezusem na Krzyżu.

 

Drugą przyczyną, o której często zapominamy, dla której Jezus zawołał te słowa, było zwrócenie uwagi zgromadzonego tłumu na pewien Psalm. Jak wiemy, Żydzi doskonale znali Pismo Święte. Modlili się odmawiając, czy śpiewając Psalmy. Ale w czasach Jezusa nie było jeszcze numeracji psalmów, jak dzisiaj są one ponumerowane. Chcąc zwrócić uwagę na któryś z nich, po prostu cytowało się pierwszą linijkę tekstu. Jezus wołając te słowa, chciał właśnie zwrócić uwagę na jeden z nich.

 

Jedną z przyczyn, dla której Żydzi nie uznali w Jezusie Mesjasza był fakt, że czekali oni na kogoś, kto odniesie militarne zwycięstwo, pokona Rzymian, uzyska wolność dla Jerozolimy i zostanie królem wolnego państwa. Zupełnie odrzucili taką interpretację, że najpierw musi przyjść Mesjasz cierpiący. Albo raczej nie na tego mesjasza oczekiwali. Bowiem nie były Żydom niewiadome przepowiednie i proroctwa o cierpiącym słudze. Teraz, w Wielkim Tygodniu, czytamy o nim w Księdze Proroka Izajasza, te proroctwa były także Żydom doskonale znane. Jednak oni myśleli, że to będą dwie zupełnie inne osoby. Oczekiwany mesjasz miał być wojownikiem, poprowadzić powstanie przeciw Rzymowi, a cierpiący sługa mógł sobie zaczekać. Nikt go tak naprawdę specjalnie nie oczekiwał.

 

Jezus, cytując z Krzyża początek Psalmu znanego nam dziś jako Psalm 22,  przypomina fakt, że Mesjasz najpierw musiał przyjść i oddać za nich życie, zanim powróci na końcu świata jako triumfator w takim znaczeniu, jakiego wtedy oni oczekiwali. Pokazuje, że to On jest Mesjaszem, który jest najpierw cierpiącym sługą, a zwycięstwo, jakie przynosi nie jest militarne, nie jest nad Rzymem, ale nad grzechem, nad Złym, nad potępieniem. Przynosi życie wieczne, nie militarne, czy polityczne sukcesy.

 

Przeczytajcie z uwagą ten psalm. Psalm ten zresztą jest w swej wymowie bardzo optymistyczny. Zapowiadał co prawda, ze zdumiewającą precyzyjnością, te tragiczne wydarzenia, których zgromadzeni pod Krzyżem są świadkami, ale też zapowiada przyszły tryumf Boga:

 

"Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.

Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, wołam i nocą, a nie zaznaję pokoju.

A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!

Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;

do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.

Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.

Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:

Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje.

Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona;

Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.

Tobie mnie poruczono przed urodzeniem,

Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,

Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.

Otacza mnie mnóstwo cielców, osaczają mnie byki Baszanu.

Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.

Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości;

jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.

Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia,

kładziesz mnie w prochu śmierci.

Bo sfora psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.

Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości.

A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.

Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka;

Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!

Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro,

wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!

Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:

Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba;

bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!

Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka,

ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego.

Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.

Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.

Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.

Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi;

i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.

Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.

A moja dusza będzie żyła do Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił."

"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."

"Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w  raju."

"Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja."

"Pragnę"  "Wykonało się"

"Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego!"

Odsłon: 621 Komentarzy: 6


Siedem ostatnich słów Jezusa. "Oto Matka twoja"

Kategoria: Wiadomości Monday, 29 March 2010, 18:49

[Jezus] rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. (J19, 26b-27a)

Te słowa Jezusa są ważne i interesujące z kilku względów. Po pierwsze wybór słów. Dlaczego nazwał On swą Matkę niewiastą? A raczej kobietą, bo greckie słowo „gune” właśnie to oznacza? Czy to nie jest znak, jak usiłują czasem nam wmówić antykatolicko nastawione osoby, że Maryja nie była nikim specjalnym i nawet Jezus ją po prostu nazywał „kobietą”? Na pewno nie, a dlaczego, zaraz uzasadnię.

 

Przede wszystkim wiemy z Biblii, że Jezus był bez grzechu i wypełnił wszystkie nakazy Prawa. A Prawo, dekalog, nakazują czcić ojca i matkę. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezus oddawał cześć swojemu Ojcu, ale też możemy być pewni, że wypełniając Prawo, oddawał ją i swej Matce. Co więcej, wiedząc, że uczył on, że prawdziwe wypełnienie nakazów Prawa musi wynikać z miłości, z potrzeby serca, a nie z nakazu, możemy być pewni, że oddawał cześć Maryi z miłości. A ponieważ Jezus jest Bogiem, to Jego miłość do Matki jest bezmierna i nieograniczona.Czemu więc ta „kobieta”? Dlatego, żeby skierować naszą uwagę na pewien fakt.

 

Żeby to zrozumieć, musimy powrócić do samego początku, do Genesis. Zobaczmy fragment Księgi Rodzaju, zwany Protoewangelią. Jest to moment, gdy Bóg rozmawia z naszymi prarodzicami po popełnieniu przez nich grzechu pierworodnego:

Wtedy Pan Bóg rzekł do węża: Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty wśród wszystkich zwierząt domowych i polnych; na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni twego istnienia. Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę. (Rdz 3, 14-15)

Ilekroć Jezus zwraca się do Maryi „Niewiasto”, chce nam wskazać nam, że ona jest właśnie tą niewiastą, której potomstwo zmiażdży głowę wężowi. Tak było w Kanie Galilejskiej, gdzie Jezus uczynił swój pierwszy znak i rozpoczął swą działalność, tak jest i tutaj, pod Krzyżem.

 

Drugą istotną rzeczą jest fakt, że i do Jana nie zwrócił się Jezus po imieniu. Powiedział tylko Matce: Oto Twój syn, a umiłowanemu uczniowi: Oto Matka twoja. Ale kto tak faktycznie jest umiłowanym uczniem Jezusa? Każdy z nas! Dlatego to nie jest wymienione imię Jana w tej scenie, bo jej znaczenie, oprócz faktycznego zawierzenia swej Matki Janowi, jest dużo szersze. Jezus tutaj właśnie nam wszystkim i każdemu z nas z osobna powierza swą Matkę! Skąd wiemy, że właśnie takie znaczenie? Właśnie stąd, że słowa te padły z Krzyża.

 

Jak już pisałem we wstępie do tych rozważań, z Krzyża nie było łatwo mówić. I Jezus, będąc Bogiem, wiedział, że umrze i wiedział, że po zmartwychwstaniu powróci i spotka się z uczniami. Miał więc wiele innych okazji o zatroszczenie się o Maryję. Poza tym gdyby chodziło tylko o zwykłą opiekę nad nią, najprawdopodobniej nie byłoby o tym wzmianki w Biblii. Przecież o Józefie, mężu Maryi, o jego losach po odnalezieniu Jezusa w Świątyni nie wiemy nic. Widocznie nie jest to nam do zbawienia potrzebne. To, że wiemy o powierzeniu Matki Jezusa umiłowanemu uczniowi musi mieć głębsze teologiczne znaczenie.

 

Jest jeszcze jeden aspekt tego wydarzenia. Kościół Katolicki uczy, że Maryja była Dziewicą. Pozostała nią po narodzeniu Jezusa i jest nią do dzisiaj. Ale wielu chrześcijan-niekatolików, wskazując uwagę na takie wersety, jak te mówiące o „braciach Jezusa”, czy na ten werset:

Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.(Mt 1,24-25)

…mówi: „Jeżeli Jezus miał braci i jeżeli Biblia wyraźnie wskazuje, że Józef nie zbliżał się do małżonki, ażporodziła Syna, co implikuje, że po urodzeniu stali się normalnym małżeństwem, to dlaczego Kościół Katolicki uczy, że Maryja pozostała Dziewicą?” Otóż dlatego, że jest to prawda. O braciach Jezusa pisze między innymi Katechizm Kościoła Katolickiego, w paragrafie 500:

"Niekiedy jest wysuwany w tym miejscu zarzut, że Pismo święte mówi o braciach i siostrach Jezusa. Kościół zawsze przyjmował, że te fragmenty nie odnoszą się do innych dzieci Maryi Dziewicy. W rzeczywistości Jakub i Józef, "Jego bracia" (Mt 13, 55), są synami innej Marii, należącej do kobiet usługujących Chrystusowi, określanej w znaczący sposób jako "druga Maria" (Mt 28,1). Chodzi tu o bliskich krewnych Jezusa według wyrażenia znanego w Starym Testamencie." (KKK 500)

W Starym Testamencie Lot jest nazwany bratem Abrahama, mimo, że z kontekstu wiemy, że był jego siostrzeńcem, a z wieczernika wiemy, że i Nowy Testament używał słowa „bracia” nie tylko na dalszych krewnych, ale na współziomków i współwyznawców:

Przybywszy tam weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, Jakub i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, /brat/ Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego. Wtedy Piotr w obecności braci, a zebrało się razem około stu dwudziestu osób, tak przemówił…(Dz 1,13-15)

Apostołowie wymienieni w tym fragmencie Pisma i niewiasty towarzyszące Jezusowi, które wspomina Biblia, to razem będzie najwyżej dwadzieścia osób. A z „braćmi Jezusa” było ich „około stu dwudziestu osób”. Nikt chyba nie myśli, że Maryja miała setkę dzieci i  że ten "fakt" udało się ukryć katolikom?

 

Także sformułowanie, że Józef nie zbliżył się do Maryi, aż porodziła znaczy tylko tyle. Że nie zbliżył się do Niej, aż porodziła. Nic więcej.  Chodzi w nim o wykazanie, że to Duch Święty zstępując na Maryję został Jej Oblubieńcem. Nic nie mówi o tym, co nastąpiło później. Wiemy, że Bóg uważa, co Jezus nam sam przekazał, że małżeństwo jest nierozerwalne aż do śmierci. Choćby z tego możemy być pewni, że Maryja pozostała wierna Bogu i pozostała w dziewictwie. Ale wiemy też z samej Biblii, że to sformułowanie nie sugeruje niczego, co się miało później wydarzyć. Zobaczmy na ten fragment 2. Księgi Samuela:

Mikal, córka Saula, była bezdzietna aż do czasu swej śmierci.(2 Sm 6,23)

Czy to sugeruje, że Mikal miała tuzin dzieci po swojej śmierci? Zapewniam was, że nie.

 

Ale powróćmy do Krzyża i zawierzenia Maryi Janowi. Fakt, że to się wydarzyło jest bardzo mocnym argumentem za tym, że Jezus nie miał naturalnych braci. Inaczej, jako najstarszy brat, miałby obowiązek przekazać opiekę nad swą Matką jednemu z nich. Powierzenie Jej obcemu mężczyźnie, nawet kuzynowi, bo Jan być może był spokrewniony z Jezusem, byłoby nielogiczne, dziwne i byłoby złamaniem prawa obowiązującego Żydów. Oddanie Matki Janowi i fakt, że zamieszkała u niego wyraźnie wskazuje na fakt, że nie miała Ona innych dzieci.

 

W Rozważaniach jest kilka moich starszych tekstów o Maryi, gdzie już pisałem o tych sprawach. Jeden z nich zatytułowany jest Maryja. Królowa i Pośredniczka, drugi Arka Przymierza. Jest też tekst o znaku w Kanie Galilejskiej, do którego link już wyżej zamieściłem. Zapraszam także do ich przeczytania.

 

"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."

"Dziś ze mną będziesz w raju"

"Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

"Pragnę"  "Wykonało się"

Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego!

Odsłon: 793 Komentarzy: 5


Siedem ostatnich słów Jezusa. 2.

Kategoria: Modlitwa Monday, 29 March 2010, 02:42

Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,43)

Słowa Jezusa do „dobrego łotra”, Dyzmasa, bo takie jego imię przekazała nam tradycja. Słowa czasem wykorzystywane przez wrogów Kościoła Katolickiego dla wykazania rzekomego błędu nauczania Kościoła, że uczynki są nam potrzebne do zbawienia. Ten łotr nic przecież nie zrobił, a ma obietnicę samego Zbawiciela, że osiągnie życie wieczne.

 

Nic nie zrobił? Czyżby? Przypatrzmy się tej scenie dokładnie:

 

Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,39-43)

 

Dyzmas był przybity do krzyża. Jedyne co mógł, to mówić. Ale zamiast przeklinać swych prześladowców i wyśmiewać współtowarzysza niedoli, wybrał inną drogę. Skarcił grzesznika. Wyznał swoją winę. Uznał w Jezusie niewinną ofiarę. Uznał też w Nim Króla, swego Pana i Boga. Poprosił Go o pamięć o nim, gdy Jezus powróci do swego Królestwa. Czy to mało uczynków dla kogoś w takiej sytuacji? Wydaje mi się, że sporo. Wystarczyły one Jezusowi.

 

Ile może zrobić człowiek przybity do krzyża? Ile może zrobić człowiek z dostępem do komputera? Ile może zrobić ojciec rodziny? Ile kapłan? Ile misjonarz? Każdy z nas spotyka innych ludzi na swej drodze, każdy ma inną pracę, inną sytuację. Nie wszyscy możemy zostać kaznodziejami i nie wszyscy będziemy misjonarzami w odległych krajach. Ale każdy z nas może i powinien zrobić tyle, ile sytuacja w której się znalazł mu pozwala.

 

Nie tłumaczmy się więc, że w naszej sytuacji niewiele możemy zrobić. Trudno sobie wyobrazić sytuację gorszą niż ta, w której był Dyzmas, ale nie przeszkodziło mu to w niczym. Zrobił co mógł w swojej sytuacji i Bóg tylko tego, a może aż tego od niego i od nas wszystkich wymaga.

 

Siedem ostatnich słów Jezusa. 1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)

3. "Oto Matka twoja"

4. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

5. "Pragnę"  6. "Wykonalo się"

6. "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego"

Odsłon: 718 Komentarzy: 6


Siedem ostatnich słów Jezusa. 1: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią." (Łk 23,34a)

Kategoria: Modlitwa Sunday, 28 March 2010, 08:25

Nie będzie to całkiem siedem słów, raczej siedem tematów, zdań czy poleceń, jakie nam Jezus przekazał. Nie będą też one całkiem ostatnie, bo później jeszcze przez 40 dni Jezus przebywał wśród swych uczni i dalej przez mistyków, jak choćby w ostatnim stuleciu przez Świętą Faustynę, przekazuje nam swe słowa. Ale są to ostatnie słowa Jezusa w Jego ziemskim życiu. Po zmartwychwstaniu Jezus ukazywał się już w swej uwielbionej postaci, było to już jakby objawienie, widzenie. Przechodził przez zamknięte drzwi, zjawiał się i znikał niespodziewanie, nie miał już takich ograniczeń, jakie daje nam nasze zwykłe ciało. Dlatego to słowa z Krzyża były w pewnym sensie Jego ostatnimi słowami.

 

Słowa te są niezwykle ważne z jeszcze jednego powodu. Od lekarzy, którzy analizowali przyczyny i mechanizmy powodujące śmierć osoby ukrzyżowanej wiemy, że taka osoba umiera zazwyczaj z powodu uduszenia. Na krzyżu jest niezwykle trudno oddychać, bo rozciągnięte ręce, na których się wisi, powodują zapadanie się płuc. Płuca dodatkowo zaczynają się wypełniać płynami fizjologicznymi, wodą i krwią, dodatkowo utrudniając oddychanie. Aby nabrać powietrza, trzeba się podciągnąć na rękach, odepchnąć nogami i starać się wyprostować, ale jedyny punkt podparcia to są niezwykle bolesne rany.

 

Gwoździe w dłoniach, czy nadgarstkach rąk najprawdopodobniej uszkadzały nerw łączący najbardziej czułe miejsca w organizmie człowieka, opuszki palców i miejsce między palcami. Uszkodzenie tego nerwu było niezwykle bolesne samo w sobie, każda próba oddechu powodowała dodatkowy ucisk na niego, powodując zwiększony, trudny do opisania ból.

 

Dlatego właśnie słowa, które powiedział Jezus z Krzyża są tak niezwykle ważne. Ponieważ wiedział On, że będzie ukrzyżowany, wiedział też, że po zmartwychwstaniu powróci do uczniów, to z Krzyża powiedział tylko te rzeczy, które były naprawdę ważne i niezbędne do powiedzenia w tych okolicznościach. Nie zajmował się On w najważniejszym momencie nie tylko swego ludzkiego życia, ale w najważniejszym momencie całej historii ludzkości rzeczami błahymi. Tego możemy być pewni. Do tego sam fakt, że było ich siedem, liczba mająca symboliczne znaczenie pełni, doskonałości i do tego znacząca w języku hebrajskim tyle, co „przymierze” też nie jest bez znaczenia.

 

O wielu tych rzeczach już pisałem, więc czasem zamieszczę linki do wcześniejszych tekstów. O innych opowiem po raz pierwszy. (Ten tekst powstał przed paru laty) Zapraszam tu za dzień-dwa ponownie i mam nadzieję że te moje spostrzeżenia pomogą nam wszystkim w głębszym przeżywaniu tego najważniejszego okresu w Roku Liturgicznym.

 

Lecz Jezus mówił: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. (Łk 23,34a)

 

Pierwsze słowa Jezusa, jakie słyszymy z Krzyża, to słowa przebaczenia. Jezus tak cierpiący, w tak straszny sposób poniżany i obrażany prosi Ojca w Niebie, aby wybaczył swym oprawcom ich przewinienia. Zdumiewające słowa.

 

Czy to znaczy, że nie ponieśli oni kary? Tego nie wiemy. Jezus sam jest sędzią i to także On osądzi ich grzechy. Nie da się oddzielić całkiem Jezusa od Boga Ojca, bo choć są to dwie różne osoby, mają tą samą naturę. Naturę Boską. Prawda o istnieniu w Bogu trzech Osób a jednej natury jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia (de fide divina Catholica definiata). Co więcej, trzy Osoby w Bogu posiadające jedną naturę współprzenikającą się i dlatego są równe w działaniu. To także jest dogmatem wiary z uroczystego ogłoszenia.

 

Zrozumienie tego jest dla tego ważne, że nie wolno nam rozumieć śmierci Jezusa jako czegoś, co mu Bóg Ojciec kazał uczynić dla ludzi, czy coś takiego. Bóg Ojciec był tak samo przybity do Krzyża jak Jezus i jak Duch Święty, bo Bóg jest jeden. Ma jedną wolę i jedną naturę. To prawda, że to osoba Jezusa fizycznie była przybita, bo tylko Jezus ma ciało. Ale cierpienie, ból Męki na Krzyżu był bólem Boga, i nie można tego oddzielić od żadnej z Boskich Osób.

 

Słowa Jezusa do Ojca były więc słowami pokazującymi nam, jak powinniśmy postępować. Zło ma tylko taki wpływ na nas, jaki mu zezwolimy mieć. Fakt, że nie wybaczamy naszym prześladowcom, ich najczęściej nie obchodzi wcale. Jeżeli już, to właśnie fakt, że im odpuścimy, zaczyna im przeszkadzać. Widzą swą bezsilność w swej złości przeciw nam skierowanej. Ale to, czy wybaczymy, czy nie, ma zasadnicze znaczenie dla nas. Bo gdy wybaczamy, stajemy się uodpornieni na skutki zła. Zło nie ma już do nas dostępu. Jest bezsilne.

 

Święty Paweł napisał:

 

Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]. Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.(Rz 12,19-21).

 

Na Krzyżu Jezus zwyciężył zło dobrem. Oddając dobrowolnie swe życie, za wszystkich, także za swych oprawców, każdemu umożliwił osiągnięcie zbawienia. Dla każdego droga do Nieba stanęła otworem i każdy z nas może z niej skorzystać, gdy tylko uzna się za grzesznika i poprosi Boga o wybaczenie. Także ci, którzy przybili Jezusa do Krzyża. Bo tak naprawdę to nie oni, ale nasze grzechy tego dokonały. Nie jesteśmy więc od nich wcale lepsi.

 

Dlatego to, myślę, Jezus powiedział te słowa. Tym bardziej, że były to słowa skierowane do żołnierzy, wykonujących rozkaz. Oni naprawdę nie wiedzieli, że krzyżują samego Boga. Byli to Rzymianie, nie Żydzi i tak na to patrząc to my jesteśmy bardziej winni od nich. Oni byli tylko instrumentem, wykonawcami, my jesteśmy przyczyną. Gdyby więc Jezus nie wstawiał się za nimi, jakże mielibyśmy mieć nadzieję, że okaże nam miłosierdzie?

 

A o potrzebie wybaczania pisałem przed laty w  tym felietonie. Zapraszam do przeczytania i tego tekstu.

2. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju. (Łk 23,43)

3. "Oto Matka twoja"

4. "Boże mój, czemuś mnie opuścił?"

5. "Pragnę" 6. "Wykonało się"

7. "Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego"

 

Odsłon: 847 Komentarzy: 3


Uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Niezwykłe Święto.

Kategoria: Pro life Thursday, 25 March 2010, 06:21

Dzisiaj w Kościele Powszechnym uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Ale mimo, że jest ona od wieków przypominana w pierwszej radosnej tajemnicy Różańcowej, to, wydaje mi się, jest to w świadomości przeciętnego katolika święto trochę niedoceniane.

 

Przede wszystkim dlaczego dzisiaj? Dlaczego 25 marca? To proste. 25 marca wypada dokładnie dziewięć miesięcy przed 25 grudnia, a 25 grudnia obchodzimy Boże Narodzenie. Jest zatem oczywiste, że skoro uznaliśmy, że Jezus narodził się 25 grudnia, to archanioł Gabriel musiał złożyć swą wizytę Maryi dziewięć miesięcy wcześniej.

 

Oczywiście zarówno 25 grudnia, jak i konsekwentnie 25 marca to są daty umowne, symboliczne, choć wcale nie oznacza to, że muszą być nieprawdziwe. Pisząc przed trzema miesiącami o dniu Bożego Narodzenia argumentowałem, że Pan Jezus naprawdę urodził się pod koniec grudnia. Jednak choć jest to bardzo prawdopodobne, stuprocentowego dowodu mieć nie mogę. Nie ma to też większego znaczenia, bo wymowa tych dat jest piękna niezależnie od tego, czy są one prawdziwe, czy też właśnie zaledwie symboliczne.

 

Koniec grudnia to jest okres, gdy zaczyna po raz pierwszy od pół roku przybywać dnia. Jezus jest Światłością Świata, nic więc dziwnego, że właśnie wtedy obchodzimy Jego narodziny. Pod koniec marca z kolei po raz pierwszy od pół roku mamy widoczne słońce przez większą część doby. Światłość pokonała moce ciemności. Pokonała, bo Światłość stała się człowiekiem, co właśnie dziś świętujemy i zwyciężyła siły ciemności, co świętować będziemy za dziesięć dni, w Niedzielę Wielkanocną.

 

Maryja, jak każdy z nas, jest Dzieckiem Bożym. Jest Córką Niebieskiego Ojca. Ale w przeciwieństwie do każdego z nas jest także Oblubienicą Ducha Świętego i Matką Syna. Zatem jej relacja do Trójcy Świętej jest unikalna. Żaden człowiek w całej historii ludzkości nie został tak wywyższony, tak uhonorowany, czy też obdarzony takimi błogosławieństwami. To jest niezwykle zaszczytna rola. Rola, której wymowę trudno wręcz ogarnąć naszym rozumem.

 

Rola Maryi jako Oblubienicy Boga nie jest do tego wcale symboliczna. Jest jak najbardziej realna. Jej związek z Duchem Świętym jest tak realny, że zaowocował poczęciem prawdziwego Człowieka. Bo przecież choć Jezus jest Synem Bożym od zawsze i nie było nigdy takiego momentu, by nie był On Drugą Osobą Trójcy Świętej, to jednak Człowiekiem stał się dopiero wtedy, gdy Ona rzekła "tak", a  Duch Święty na nią zstąpił.

 

Z tego faktu wynika kilka konsekwencji. Przede wszystkim pokazuje on nam, że dogmat o Dziewictwie Maryi jest nie tylko prawdziwy, ale konieczny. Skoro bowiem Maryja jest realnie i rzeczywiście Oblubienicą Ducha Świętego, to Święty Józef, aczkolwiek legalnie jest to Jej małżonek, to faktycznie może on być "tylko" Jej opiekunem, a związek ich musi być związkiem platonicznym,

 

Po drugie na przykładzie Wcielenia Pana Jezusa widzimy wyraźnie, czym jest aborcja. I to nie tylko aborcja dziecka, które wygląda już jak dziecko, ale także dziecka, które jest dopiero zygotą, czy embrionem. Dziecka we wczesnym okresie życia.

 

Jezus jest Bogiem. Trudno wręcz powiedzieć "był", bo On zawsze JEST. Mamy tu problem niedoskonałości, braku precyzji języka. Jak On sam powiedział: "Zanim Abraham stał się, Ja jestem." (J 8:58) Przerwanie ciąży Maryi nawet w godzinę po tym, jak Duch Święty na Nią zstąpił, byłoby zabiciem samego Boga, byłoby zamordowaniem Jezusa.

 

Dlatego właśnie Kościół sprzeciwia się wszelkim medycznym zabiegom w wyniku których tworzy się i zabija ludzkie życie. Niezależnie bowiem od tego, czy ten etap naszego rozwoju nazwiemy zarodkiem, zygotą, embrionem, płodem, czy jak kto jeszcze chce, w niczym nie zmienia to faktu, że zabicie takiego życia jest zabiciem unikalnej i bardzo konkretnej osoby. Inaczej mówiąc, gdyby ktoś zabił zygotę, którą ja byłem pól wieku temu, to właśnie ja nigdy bym się nie urodził. To właśnie mnie by zabito. To ja nie miałbym nigdy szans na przeżycie tych pięćdziesięciu lat. Moi rodzice być może mieliby innego syna, ale byłby to mój brat, nie ja. Ja byłbym martwych człowiekiem, bez szans na przeżycie tylu wspaniałych lat.

 

Wiem, że są ludzie argumentujący, że zygota nie jest jeszcze człowiekiem. Cóż, każdy może negować oczywiste fakty. Bóg chcąc pokarać ludzi odbiera im rozum. Jednak nic nie jest w stanie tego zmienić, że Jezus był Bogiem na tysiąc lat przed Wcieleniem, i na sekundę przed tym momentem. Był Nim w momencie, gdy Duch Święty zstąpił na Maryję i był Nim, już posiadając ludzką naturę, jako Bóg Wcielony, minutę po Zwiastowaniu. Naturę tę ma Syn Boży do dzisiaj i na zawsze już pozostanie On Osobą Boską mającą dwie natury: Boga i Człowieka.

 

Ja, choć nie istniałem przed moim poczęciem, to jednak zaistniałem właśnie na dziewięć miesięcy przed moimi urodzinami. Nie zjawiłem się nie wiadomo gdzie i kiedy, nie znalazła mnie mama w kapuście i nie przyniósł mnie bocian.  To, skąd się biorą dzieci wiedzą dziś nawet … dzieci. Wiedzą, bo to nauka, nie Kościół, nam mówi kiedy.

 

A gdyby nawet przyjąć argumentację tych nawiedzonych ideologów, negujących podstawowe wręcz fakty naukowe, którzy w zupełnie sztuczny sposób starają się odłączyć "osobę" od "organizmu" i przyznając, że płód jest organizmem posiadającym co prawda DNA gatunku homo sapiens, ale nie jest jeszcze osobą ludzką, to i tak pozostaje pytanie: Czy mają oni pewność? I jeżeli twierdzą, że tak, to na jakiej podstawie? A jeżeli nie mają tej pewności (bo też wcale jej mieć nie mogą), to dlaczego dopuszczają możliwość zabijania kogoś, kto może być osobą ludzką?

 

Gdy jesteśmy na polowaniu i obok poruszą się zarośla, nikt nie może tak po prostu wypalić  w nie z dwururki, bo  być może to, co tam hałasuje to nie jest człowiek. Gdy jedziemy samochodem, a na drodze leży coś pod płaszczem, jakieś wystające nogi, czy buty, to przecież nie możemy tak po prostu przejechać po tym tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni, czy to jest człowiek. Gdy nie mamy pewności, zakładamy, że to jednak może być człowiek i dopóki z całą pewnością nie wiemy inaczej, nie wolno nam postępować inaczej.

 

Dlaczego zatem w przypadku dzieci nienarodzonych jest inaczej? Dlaczego tu zabijamy nie wiedząc, czy przypadkiem nie jest to ludzka osoba? Bo jest mała i nic nam nie zrobi? Bo jest w naszym brzuchu? Bo jest to legalne? A jak nie jest legalne u nas, to takie się stanie po przejechaniu kilkuset kilometrów? I kto tu jest zacofanym moherem, nie potrafiącym logicznie myśleć, a kto światłym, rozumnym i cywilizowanym człowiekiem?

 

Dzisiejsze święto coraz bardziej staje się dniem, w którym pamiętamy o nienarodzonych dzieciach. I widać coraz wyraźniej, że nadchodzi szybkimi krokami dzień, gdy wszyscy sobie w końcu uświadomią potworność wszelkich zabiegów zabijających nienarodzonych.  Od aborcji, przez klonowanie, zabiegi in vitro, aż po badania na płodowych komórkach macierzystych. Takie akcje, jak "40 Days for Life", która właśnie się kończy w Niedzielę Palmową, czy  marsze i wiece, będą coraz popularniejsze i nie ustaną, dopóki wszyscy nie dostrzegą potworności aborcji.

 

Coraz więcej młodych ludzi spostrzega siebie samych jako "abortion survivors". Może nie w takim sensie, jak Gianna Jessen, ale na pewno w takim sensie, jak spostrzegali się Żydzi, którzy przeżyli wojnę. Procentowo bowiem mamy dziś na świecie właśnie taki sam holokaust i coraz więcej młodych ludzi, zwłaszcza w USA, w Europie Zachodniej, czy Rosji, uważa się za szczęściarzy, którzy  przeżyli.

 

Zatem gratulacje dla szczęśliwej przyszłej Matki. I choć od początku wiedziała Ona, że Jej radość będzie zawsze pozostawała w cieniu Krzyża, który stanie się kresem ziemskiej wędrówki Jej Syna, to nigdy nie przestała być szczęśliwą. Prawdziwe szczęście bowiem nie jest głupią radochą, czy płytkim uczuciem wesołości. W tym sensie, choć z bolącym sercem i łzami w oczach, Maryja właśnie pod Krzyżem była najszczęśliwsza. Tam bowiem na własne oczy zobaczyła, jak wielką miłością, miłością "do końca" umiłował nas Jej Syn.

 

W dziesięciu najbliższych dniach Kościół przypomina nam te cudowne Tajemnice, od Zwiastowania, poprzez Śmierć i Zmartwychwstanie, aż po Wniebowstąpienie.  Po czterdziestu dniach postu nastąpi czterdzieści dni radości, zakończonych wstąpieniem Jezusa do Nieba. Tak, jak Jezus najpierw zstąpił z domu Ojca, by za sprawą Ducha Świętego i dzięki "fiat" Maryi przyjść do nas i stać się jednym z nas, tak wkrótce powróci tam, by nam przygotować miejsce tam, gdzie jest "mieszkań wiele". A zatem… niech się zaczyna to coroczne, choć równocześnie odwieczne i ponadczasowe  misterium.

 

Odsłon: 744 Komentarzy: 14


Przypowieść o synu marnotrawnym ?

Kategoria: Religia Sunday, 14 March 2010, 15:33

Przypowieść o synu marnotrawnym, którą przytacza nam Święty Łukasz w swojej Ewangelii jest jednym z bardziej znanych fragmentów Nowego Testamentu. Mimo, ze tylko on jedyny z czterech ewangelistów nam opowiada o tej przypowieści, co ma zresztą swe wytłumaczenie, samo sformułowanie „syn marnotrawny” weszło do naszego codziennego słownictwa. Ja jednak zaryzykuję tu tezę, że ta przypowieść wcale nie jest o synu marnotrawnym. A przynajmniej nie jest przede wszystkim o nim.

 

Może ktoś zapytać: Jak to? Biblia Tysiąclecia właśnie taki podtytuł dala temu fragmentowi (Syn marnotrawny), Rembrandt tak nazwał swój znany obraz (Powrót syna marnotrawnego) i wszyscy wiemy, że ta przypowieść właśnie o tym jest: O miłosierdziu ojca, przebaczającego skruszonemu synowi. Każdy z nas jest tym synem marnotrawnym. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu porzuca Ojca, roztrwania wszystkie łaski otrzymane od Niego i gdy tylko zobaczymy, że nie znaleźliśmy szczęścia tam, gdzie go nie było, wracamy do Niego, a On czeka na nas z otwartymi ramionami.

 

Mało tego, nie tylko czeka, ale wybiega przed nas, aby nas jak najszybciej powitać. Każdy kto zna kulturę i zwyczaje ludzi Wschodu wie, że tam żaden szanujący się mężczyzna nigdzie nie biega. Jeżeli ktoś chce się cieszyć szacunkiem i poważaniem innych, porusza się dostojnie. Gdy ma się spotkać z kimś, raczej oczekuje na niego, niż wychodzi na spotkanie. Chyba, że ma się spotkać z kimś ważniejszym, godniejszym od siebie.

 

Tymczasem Łukasz w swej przypowieści pokazuje nam obraz ojca wybiegającego na powitanie syna:

 

A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. (Łk 15,20b).

 

To obraz ojca zakochanego do szaleństwa w synu. Obraz ojca, który nie przejmuje się tym wcale, że „ludzie będą mówili”, że przestanie być darzony szacunkiem. Liczy się tylko fakt, że syn powrócił, że ojciec go odzyskał, że znowu są razem.

 

Ta przypowieść jest trzecią w 15. rozdziale Ewangelii Łukasza. Wszystkie trzy mówią o radości z odzyskanej zguby. Pierwsza to przypowieść o zaginionej owcy, druga o zaginionej drachmie, trzecia właśnie o synu marnotrawnym. Łukasz wręcz przesadza w opisie radości z odzyskanej zguby. Podobnie jak ojciec wybiegający naprzeciw powracającego syna, tak samo kobieta, zapraszająca przyjaciółki i sąsiadki, aby się z nią radowały postępuje, z ludzkiego punktu widzenia, nierozsądnie. Prawdopodobnie na celebrowanie tej radości wyda ona więcej, niż ta odzyskana drachma jest warta.

 

Ale Łukaszowi nie chodzi tu wcale o żadne balansowanie strat i wpływów z odzyskanej drachmy. Chodzi mu o uwypuklenie faktu, że radość w niebie z odzyskanego grzesznika jest tak wielka, że aż nielogiczna. Nie ma większego szczęścia nad zbawienie duszy i większej tragedii nad utracenie zbawienia.

 

Ale dlaczego zacząłem ten tekst mówiąc, że nie jest on przede wszystkim o synu marnotrawnym? Czy nie potwierdzam tu cały czas, że właśnie o tym jest ta przypowieść? Zaraz i to wyjaśnię. Bo nie neguję, że jest ta przypowieść o radości z powrotu syna marnotrawnego. Ale to tylko środek do celu. To tylko droga do ukazania pewnego problemu, jaki mają Faryzeusze.

 

Święty Łukasz jest jedynym autorem Nowego Testamentu, który nie jest Żydem. Swoją Ewangelię przeznacza on głównie dla chrześcijan, którzy nie są Izraelitami. Dlatego to właśnie on pokazuje rolę członków innych narodowości w życiu i nauczaniu Jezusa. Wystarczy przypomnieć przypowieść o dobrym Samarytaninie (Łk 10,33-35), czy o fakt uzdrowienia dziesięciu trędowatych (Łk 17, 11-19). Spośród nich tylko Samarytanin powrócił podziękować.

 

Być może zresztą nie koniecznie dlatego, że tylko on poczuwał się do okazania wdzięczności. Przyczyna mogła być inna. Jezus uzdrawiając trędowatych powiedział im:

 

Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. (Łk 17,14b).

 

Tylko, że Samarytanin nie mógł udać się do Świątyni. Kapłani nienawidzili Samarytan i ukazanie się jednego z nich w Świątyni sprofanowałoby Ją ich zdaniem. Samarytanie oddawali cześć Bogu w innej świątyni i być może uzdrowiony Samarytanin dlatego oddzielił się od swych współcierpiących braci i udając się do swego kraju natknął się na Jezusa udającego się do Jerozolimy.

 

Kim są ci tajemniczy Samarytanie? Są to cudzoziemcy, ale nie całkiem zupełnie obcy narodowi Żydowskiemu. Można by też śmiało powiedzieć, że są Izraelitami. Musimy tylko powrócić na chwilę do historii Izraela.

 

1000 lat przed narodzeniem Jezusa Izrael przeżywał okres swej świetności Przez okres 80 lat, pod panowaniem Dawida i Salomona był prawdziwym mocarstwem. Poprzez małżeństwa króla Salomona, między innymi z córką faraona, ale też z innymi (Salomon, jak pamiętamy miał 700 żon i 300 „żon drugorzędnych”, zapewne w większości małżeństwa te były potwierdzeniem zawartych sojuszy politycznych) Izrael był w tym okresie być może najpotężniejszym państwem na świecie.

 

Jednak po śmierci Salomona, w roku 931, następuje rozpad tego mocarstwa na dwa królestwa: Judzkie, ze stolicą w Jerozolimie i Izraelskie. To drugie, składające się z dziesięciu pokoleń Izraela, przetrwało tylko do roku 722, gdy zostało podbite przez Asyrię. Asyryjczycy zmuszali ludność podbitych krajów do mieszanych małżeństw, masowo też przemieszczali ludzi między podbitymi krajami. Wczasach Jezusa więc na terenie dawnego królestwa Izraela mieszkali mieszkańcy którzy mieli w sobie krew Izraelską, uważali się za prawdziwych Izraelitów, mieli swą własną świątynię, uważali Torę, pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu za natchnione Słowo Boże i nienawidzili, z całego serca i z wzajemnością Żydów zamieszkujących Królestwo Judzkie. Mieszkańcy terenów królestwa Izraela to właśnie są Samarytanie.

 

Dziesięć pokoleń Izraela praktycznie przestało istnieć. Rozmyli się w ciągu wieków historii. Natomiast Żydzi, którzy mieli nauczyć wszystkie narody o prawdziwym Bogu, zamiast tego zamknęli się w sobie, unikali obcych i żyli w nienawiści do wszystkich narodów, a najbardziej w stosunku do Samarytan uważających się za prawdziwych potomków Abrahama, Izaaka i Jakuba.

 

Powróćmy więc do naszej przypowieści o synu marnotrawnym. Zobaczmy na szerszy kontekst tej przypowieści. Rozdział 15 zaczyna się od sceny biesiadnej i od krytykowania Jezusa przez Faryzeuszy:

 

Zbliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. (Łk 15,1-2).

 

To w tym kontekście Jezus opowiedział te trzy przypowieści: o owcach, drachmie i synu marnotrawnym. Ale jakby mu chodziło tylko o radość z nawróconego grzesznika i o naukę o miłosierdziu Ojca, trzecia przypowieść zakończyłaby się sceną powitania syna i urządzenia uczty powitalnej. Nie kończy się ona jednak w tym momencie. Jezus opowiada nam jeszcze o starszym synu.

 

Myślę, że ta część przypowieści jest najważniejsza. Ta ostatnia przypowieść nie jest wcale o synu marnotrawnym, ani o miłosierdziu Bożym, ale o starszym bracie, który nigdy nie opuścił Ojca. Powróćmy więc te 1000 lat do rozbicia królestwa Salomona na dwa królestwa: Judy i Izraela. Królestwo Judy pozostało przy Świątyni Ojca, przy Jerozolimie. Zachowało wiernie literę prawa, mimo, że ich historia też nie była łatwa. Tez zostali podbici, w roku 586 Nabuchodonozor niszczy Jerozolimę i Świątynię, a Żydzi na wiele lat lat zostają wydaleni ze swej ziemi.

 

Pan Jezus nie neguje tego faktu i w rozmowie z Samarytanka przy studni Jakuba potwierdza to:

 

(Samarytanka): Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga.[…] (Jezus): Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. (J 4, 20, 22)

 

Zapowiada jednak inne zrozumienie ekonomii zbawienia:

 

Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca.[…] Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. (J 4, 21, 23)

 

10 pokoleń Izraela, które odłączyło się przed tysiącem lat to ten syn marnotrawny, który teraz jest gotów powrócić. Nie ma znaczenia, że teraz już nie wiadomo, kto należy do którego pokolenia. To także my, Grecy, Rzymianie, poganie i wszystkie inne narody jesteśmy uosobieni przez syna marnotrawnego. Problemem tylko jest starszy syn.

 

On w ogóle nie ma w sobie miłości do Ojca. Nie rozumie Ojca. Ma mentalność sługi i uważa się za sługę Ojca. Zobaczmy jego słowa:

 

Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. (Łk 15,29b-30).

 

Zauważcie, że po pierwsze wracający jest dla niego „twoim synem”, a nie bratem, po drugie nie uważa się on za współwłaściciela, za wspólnika Ojca, ale za kogoś, kto wypełnia rozkazy i pragnie z tego mieć tylko materialne zyski. Jak koźlę dla zabawy z przyjaciółmi. To przyjaciele są dla niego ważniejsi, niż ojciec.

 

Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15,31-32).

 

Ojciec zwraca mu uwagę, że wszystko co ma należy do niego i że to jest przecież „brat twój”. Należy się cieszyć z jego powrotu, bo to jest najważniejsze. Taki jest nasz cel. Odzyskanie wszystkich zagubionych owieczek, odnalezienie wszystkich drachm i przygarnięcie wszystkich naszych braci.

 

To, wydaje mi się, było pierwszorzędnym celem Jezusa. Pokazanie im, że celnicy, grzesznicy i Samarytanie nie są nieczyści. Nie jest grzechem jadanie z nimi. Wprost przeciwnie. To bracia Żydów powracający do domu Ojca. I powinni oni się z Nim radować. Inaczej niczego nie rozumieją i całkiem błędnie widzą to, czym jest nasz miłosierny Bóg. Grzesznicy to nie tylko „dzieci Ojca”, ale nasi bracia. To nasz obowiązek ich do Ojca przyprowadzić. I nie wystarczy przestrzegać „litery Prawa”. Nie wystarczy raz w tygodniu iść na mszę i w pięć minut codziennie odklepać „paciorek”. Zresztą wielu ludzi uważających się za katolików i tego nie robi. My jesteśmy naprawdę dziećmi Bożymi. Święty Jan wyraźnie nam o tym mówi w jednym z moich ulubionych wersetów:

 

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. (1 J 3,1a)

 

Wszystko, co Ojciec ma, jest nasze. A ma tego tyle, że nie zabraknie dla nikogo. Nie złośćmy się więc, jak przebacza On innym. Cieszmy się, bo jak innym okazuje On swe miłosierdzie, to i nam je okaże. Nie żądajmy sprawiedliwości dla innych, kary Bożej i potępienia,

 

Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. (Mt 7,2).

 

Nie bądźmy jak faryzeusze. Choć wiem, że czasem jest to naprawdę bardzo trudne.

Odsłon: 1867 Komentarzy: 15


Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.

Kategoria: Religia Tuesday, 03 August 2010, 16:10

Kazania powinno się pisać przed, nie po fakcie, a truizmów nie powinno się głosić wcale. Co powiedziawszy, poniżej  popełnię jedno i drugie. Jednak nie mogę się powstrzymać, bo po pierwsze to, co dla jednego jest truizmem, dla drugiego wcale takie oczywiste i banalne nie jest, a po drugie dobre kazanie jest aktualne w każdy dzień. Nie tylko w trzecią niedzielę Wielkiego Postu. Nie wspominając już o tym, że za trzy lata będzie można je ponownie opowiedzieć.

 

Przypomnę zatem Ewangelię z wczorajszej Niedzieli:

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. (Łk 13,1-5)

Oczywiście nikt nie wie dokładnie do jakich to wydarzeń odwołuje się Pan Jezus. To były „newsy” dwa tysiące lat temu, już dawno nieaktualne. Ale my możemy je sobie zamienić na nasze aktualne wydarzenia. Jedenasty września w Nowym Jorku, huragan Katrina w Nowym Orleanie, trzęsienie ziemi w Haiti… Każdy sobie coś wybierze. Nie brakuje opinii, że to była kara Boża. Wiadomo – takich grzeszników, jak Nowojorczycy, mieszkańcy Nowego Orleanu, czy Haitańczycy nigdzie nie ma. Sami sobie napytali biedy. Po prostu – należało im się.

 

O czyżby? Nie ma? Kara Boża? A może byśmy tak spojrzeli do lustra? Co tam opowiadał Jezus? „Albo myślicie, że owych tysiące, na których zwaliła się wieża w Nowym Jorku i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni ludzie? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.”

 

Trochę parafrazuję, ale przecież wiadomo, że przesłanie Biblii jest ponadczasowe. To także do nas Jezus mówi. Nie zapominajmy też, że mówi on głównie o tym, co święty Jan w Apokalipsie nazywa „drugą śmiercią”:

A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelakich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga. (Ap 21,8)

Być może nie zawali się nam nic na głowę. Być może  nie zasnę za kierownicą i nie wjadę rozpędzony w betonowy mur. Być może samolot, którym polecę do Polski w czerwcu, wyląduje miękko i bezpiecznie na krakowskich Balicach. Ale gdyby miało być inaczej, to to wcale nie będzie jeszcze tragedią. Śmierć pierwsza niczego nie kończy. Jeszcze raz Apokalipsa:

Przestań się lękać tego, co będziesz cierpiał. Oto diabeł ma niektórych spośród was wtrącić do więzienia, abyście próbie zostali poddani, a znosić będziecie ucisk przez dziesięć dni. Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów. Zwycięzcy śmierć druga na pewno nie wyrządzi szkody. (Ap 2, 10-11)

Błogosławiony i święty, kto ma udział w pierwszym zmartwychwstaniu: nad tymi nie ma władzy śmierć druga, lecz będą kapłanami Boga i Chrystusa i będą z Nim królować tysiąc lat. (Ap 20,6)

Prawdziwą tragedią jest śmierć naszej duszy, nie ciała. Wielu z nas jest chodzącymi trupami. Duchowi zombie. Często dbającymi o zdrowie fizyczne, czasem aż do przesady. Chełpiącymi się z naszej doskonałej formy, zapominamy, że jesteśmy trupami. A przecież reanimacja jest taka prosta! Każdy kapłan potrafi dokonać cudu przywrócenia do życia.  Wystarczy go odwiedzić w konfesjonale. Jednak trzeba tę decyzję podjąć. Z wszystkimi jej konsekwencjami. Z uznaniem, że jesteśmy grzesznikami, z żalem za grzechy, za to, że obraziliśmy Boga. Nie zapominając  postanowienia poprawy.

 

Jakże ważne i trzeźwiące są słowa przypowieści z drugiej części wczorajszej Ewangelii:

I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.  (Łk 13,6-9)

Alternatywa jest prosta: Albo wydamy owoce, albo zostaniemy wycięci. My. Ja. To nie są słowa, które nakazują nam poprawiać, nawracać i ulepszać nasze żony, mężów, dzieci, kolegów, biskupów, wirtualnych przyjaciół z Netu i w ogóle każdego, kogo spotkamy na swej drodze. To są słowa, które nakazują nam spojrzenie w siebie. Bo każdy z nas jest przede wszystkim odpowiedzialny za siebie i tylko siebie może kontrolować. I okres Wielkiego Postu, który właśnie zbliża się do półmetka jest do tego doskonałą okazją.

Odsłon: 1206 Komentarzy: 27


Jona? Kto to jest ten Jona?

Kategoria: Wiadomości Monday, 03 May 2010, 16:02

Jak już wspominałem w poprzedniej notce, wszyscy wiemy, że Jezus jest nowym Adamem, nowym Mojżeszem, nowym „synem Dawida”, ale nie zawsze kojarzymy naszego Pana z „nowym Jonaszem”. Jonasz w ogóle nie jest chyba aż tak ważny w historii zbawienia, jak Adam, Noe, Abraham, Mojżesz, czy Dawid. Jakiś bliżej nieznany prorok, którego Bóg wysłał do wrogiego Izraelowi państwa, by tam głosił potrzebę nawrócenia. A jednak nasz Pan nie tylko go wspomina, ale też nazywa Szymona Piotra „synem Jony”.

 

Właśnie. Chciało by się, jak OTTO, zaśpiewać:„Jona? Kto to jest ten Jona”? To niestety jeden z wielu przykładów nieudolnego tłumaczenia, jakie znajdujemy w Tysiąclatce i chodzi tu w rzeczywistości o Jonasza. Biblia Warszawska tak tłumaczy ten fragment:

A Jezus odpowiadając, rzekł mu: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie.(Mt 16, 17 BW)

Podobnie Biblia Gdańska:

Tedy odpowiadając Jezus rzekł mu: Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jonaszowy! bo tego ciało i krew nie objawiły tobie, ale Ojciec mój, który jest w niebiesiech. (Mt 16, 17 BG)

Ale właśnie… kto to jest ten Jonasz? Dlaczego Jezus go wspomina? I czemu nazwał Szymona „synem Jonasza”, gdy z Ewangelii świętego Jana wiemy, że ojciec Szymona Piotra miał na imię Jan?

A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. (J 21, 15)

Czyżby Jezusowi się myliło? Nie sądzę. Sądzę, że nazwanie Piotra „synem Jonasza” ma znaczenie symboliczne i postaram się je tu wyjaśnić. Na samym początku Księgi Jonasza mamy taki opis:

Pan skierował do Jonasza, syna Amittaja, te słowa: Wstań, idź do Niniwy – wielkiego miasta – i upomnij ją, albowiem nieprawość jej dotarła przed moje oblicze. A Jonasz wstał, aby uciec do Tarszisz przed Panem. Zszedł do Jafy, znalazł okręt płynący do Tarszisz, uiścił należną opłatę i wsiadł na niego, by udać się nim do Tarszisz, daleko od Pana. Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i powstała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie. Przerazili się więc żeglarze i każdy wołał do swego bóstwa; rzucili w morze ładunek, który był na okręcie, by uczynić go lżejszym. Jonasz zaś zszedł w głąb wnętrza okrętu, położył się i twardo zasnął. Przystąpił więc do niego dowódca żeglarzy i rzekł mu: Dlaczego ty śpisz? Wstań, wołaj do Boga twego, może wspomni Bóg na nas i nie zginiemy. (Jon 1, 1-6)

Natomiast w Ewangelii świętego Marka mamy inny, zdumiewająco podobny opis burzy na morzu:

Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? (Mk 4, 35-40)

Jezus, jak Jonasz, śpi w najlepsze podczas potężnej burzy. Jezus, jak Jonasz, ucisza tę burzę po przebudzeniu. To podobieństwa, ale są także różnice. Jezus ucisza burzę swą mocą. Jest Bogiem, więc żywioły są mu posłuszne. Jonasz także w pewnym sensie ucisza burzę, ale nie swoją mocą, lecz przez zgodę na wyrzucenie go za burtę. W ten sposób podporządkowanie się woli bożej, choć chyba sam jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Przestaje uciekać przed Bogiem, choć na razie jeszcze nie jest gotowy do końca poddać się misji.

 

Jezus powiedział:

Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. (Mt 12, 39-42)

Dlaczego piszę o tym teraz? Jonasz, gdy przybył do Niniwy, zapowiedział, że Bóg zniszczy to miasto za czterdzieści dni:

Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona. I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie co następuje: Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory – – niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą [popełnia] swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy? Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg nad niedolą, którą postanowił na nich sprowadzić, i nie zesłał jej. (Jon 3, 4-10)

Wielki Post tradycyjnie trwa czterdzieści dni. Czas naszego nawrócenia. Nie wiemy, co Bóg szykuje naszej ojczyźnie, ale wiemy, że poprzez nawrócenie się, poprzez nasze posty i wyrzeczenia, możemy zmienić losy świata. Nie przez wybory do parlamentu, nie przez działalność na zewnątrz, ale przez wewnętrzną odmianę. Zawsze tek było i zawsze tak będzie. Bo prawdziwe zniewolenie daje tylko grzech, a prawdziwą wolność daje wolne serce. Dlatego Jonasz nawoływał do nawrócenia i dlatego Jezus przez wszystkie lata swojego nauczania ani raz nie wspomniał o politycznej sytuacji swej ziemskiej ojczyzny. Wspomniał natomiast, że Jego (a zatem i nasze) Królestwo nie jest z tego świata.

 

Jezus nazywa Szymona „synem Jonasza” i nadaje mu imię Piotr. Skała, Kefas, Rocky. To ten sam kontekst, ta sama rozmowa:

Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. (Mt 16, 15-19)

Na tej Skale, którą jest Piotr, syn Jonasza, powstanie Kościół. Królestwo Boże na Ziemi. A Piotr będzie jego Namiestnikiem. Protestanci zarzucają nam czasem, że my to źle interpretujemy, bo to Jezus jest Skałą. Ale my wcale tego nie negujemy. To prawda, Jezus JEST skałą. Jednak, skoro On jest skałą i jest Bogiem, to czemu nie może ustanowić Skałą Szymona? Symbolika jest tu oczywista. Tylko dzięki Jezusowi Szymon może być Skałą, bo Szymon nie swoją mocą utrzymuje Kościół, ale mocą samego Jezusa.

 

I dlatego właśnie Jezus nazwał Szymona nie tylko Skałą, ale także synem Jonasza. Jezus jest bowiem prawdziwym Jonaszem, który potrafi panować nad wichrami i może spokojnie spać w czasie największych burz. Jezus, prawdziwy Jonasz, po zejściu do szeolu na trzy dni, zmartwychwstaje, by zwyciężyć śmierć i szatana.

 

A dlaczego Jezus powiedział „trzy dni i trzy noce”? Czy to nie jest jakaś sprzeczność z nauką Kościoła, że Jezus został pochowany w piątek przed wieczorem, a o świcie w niedzielę zmartwychwstał? Gdzie tu „trzy dni i trzy noce”? To „po naszemu” zaledwie półtora dnia?

 

Po naszemu może, ale Biblia nie jest pisana „po naszemu”. Żydzi tak właśnie liczyli czas. Król wybrany pod koniec roku, po miesiącu był królem już dwa lata. Ktoś, kto ruszył w drogę przed zmrokiem, przed świtem był w drodze „dwa dni i dwie noce”. „Dzień i noc” to nie okres dwudziestu czterech godzin, ale po prostu kolejny dzień, nawet, jeżeli ten dzień się dopiero zaczął. Zatem nie ma żadnej sprzeczności między zapowiedzią Jezusa, że „Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi”, a faktem, że Jezusa złożono do grobu w piątek przed zachodem słońca, a o świcie w Niedzielę zmartwychwstał.

 

Jonasz, tak jak Adam, Mojżesz, Eliasz, Salomon i wiele innych postaci ze Starego Testamentu jest archetypem Jezusa. Zatem Jezus jest „prawdziwym Jonaszem”, a Szymon Piotr jest Jego synem. Dlatego Kościół zbudowany na Skale przetrwa każdą burzę:

Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. (Łk 6, 47-48)

PS. Kilka zdjęć z mojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w ubiegłym roku. Cezarea Filipowa, czyli dzisiejszy Banias. To tutaj miały miejsce wydarzenia opisane w 16. rozdziale Ewangelii Mateusza. Strumyk wypływający spod tej skały to jedno ze źródeł Jordanu. Bardzo ciekawie brzmi 47. rozdział Księgi Ezechiela w tym kontekście. ( Następnie zaprowadził mnie z powrotem przed wejście do świątyni, a oto wypływała woda spod progu świątyni w kierunku wschodnim, ponieważ przednia strona świątyni była skierowana ku wschodowi; a woda płynęła spod prawej strony świątyni na południe od ołtarza… )

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

 

Patrząc na Jezioro Genezareth, szczególnie o świcie, trudno uwierzyć, że czasem rzeczywiście przypomina ono wzburzony ocean. Zresztą w czasach Jezusa było ono większe, dziś w Palestynie zaczyna brakować wody i rzeka Jordan nie dopływa już nawet do Morza Martwego. Ginie gdzieś w piaskach pustyni.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

Łódź z polską flagą to tylko atrakcja dla turystów. Łódź Piotra, na której spał Jezus była znacznie mniejsza. Niedawno udało się odkryć w nadbrzeżnych mułach jedną z takich łodzi, mających około dwóch tysięcy lat. Znając poczucie humoru naszego Boga jest całkiem możliwe, że  jest to ta sama łódź, na której Jezus, jak Jonasz, spał w czasie największej burzy.

Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing Image Hosted by PicturePush – Photo Sharing

 

 

Odsłon: 701 Komentarzy: 3


Księga Jonasza

Kategoria: Historia Monday, 03 May 2010, 00:09

Wszyscy wiemy, że Jezus jest nowym Adamem, nowym Mojżeszem, nowym „synem Dawida”, ale nie zawsze kojarzymy naszego Pana z „nowym Jonaszem”. Tymczasem chyba powinniśmy. Zatem, pozwólcie, że trochę przypomnę tę postać.

Parę lat temu słuchałem w Radiu Józef audycji „Prawie wszystko o Biblii” z udziałem pani profesor Świderkówny na temat Księgi Jonasza. Napisałem  o tym i poniżej jest ten tekst, nieznacznie poprawiony:

 

"Pani profesor jest historykiem sztuki. Napisała bardzo popularne książki „Rozmowy o Biblii”, „Rozmowy o Biblii- ciąg dalszy” i parę innych. Czytałem niektóre z nich przed wielu laty i niewątpliwie miały one jakiś wpływ na moją fascynację Biblią. Jednak słuchając tej audycji, która była poświęcona księdze Jonasza, nie we wszystkim się z panią profesor zgadzałem.  Biblia bowiem zawsze jest nieomylna, ale pani profesor niekoniecznie.

 

Oczywiście mógłby ktoś powiedzieć, że ja tu jestem na z góry straconej pozycji, bo nie jestem profesorem, historykiem, czy  teologiem.  Ale tym się wcale nie przejmuję. W końcu swoją wiedzę zdobywam czytając, i to czytając autorów nie mniej wykształconych i mądrych od pani profesor. I jeżeli autorytety się nie zgadzają ze sobą, to znaczy, że niektórzy z  nich muszą się mylić.  Zresztą niedawno nie zgadzałem się z  księdzem profesorem Michałem Hellerem, którego darzę wielkim szacunkiem, którego wiedza przewyższa moją o kilka rzędów wielkości i od którego wiele się uczę, ale jeżeli chodzi o pewien konkretny pogląd, uważam, że się on myli. Nie przypuszczam także, aby zarówno pani profesor Świderkówna, jak i pan profesor Heller przejęli się tym, że się nie zgadzam z nimi. Choćby dlatego, że zapewne nigdy się o tym rozdźwięku między nami nie dowiedzą ;-) . (Przypomnę, że pisałem te słowa kilka lat temu, gdy pani profesor żyła jeszcze). Pozwólcie więc, że bez dalszej zwłoki postaram się przedstawić swoje poglądy.

 

Wszyscy znamy, lepiej lub gorzej, historię proroka Jonasza. Bóg wysyła go do wielkiego miasta Niniwy, aby ostrzegł jej mieszkańców, że gdy się nie nawrócą, zostaną ukarani. I tu jest nasza "kość niezgody" z panią profesor. Otóż twierdziła ona w audycji której słuchałem, że Niniwa jest zupełnie fikcyjnym, symbolicznym miejscem. W czasach, gdy Księga Jonasza została zredagowana, Asyria i jej stolica, Niniwa, nie istniały już, a więc autor tej księgi musiał mieć na myśli znaczenie symboliczne. Niniwa symbolizowała tylko świat pogański, w znaczeniu znacznie szerszym, niż jedno królestwo Asyrii.

 

Ja uważam, ze aczkolwiek i takie znaczenie jest oczywiste, to znaczenie pierwotne jest dużo bardziej dosłowne. Być może Księga Jonasza została napisana w VI wieku przed Chrystusem, nie wiem. Nie ja jestem historykiem sztuki. Ale Księga Rodzaju także nie została napisana 200 tysięcy lat temu, czy nawet 6 tysięcy lat temu, a mówi o postaciach historycznych. To, że wszyscy pochodzimy od Adama jest dogmatem naszej wiary. Nie jego imię, nie ono jest tu istotne, ale jego osoba. Adam nie jest symbolem, ale konkretną osobą i do tego naszym autentycznym prapradziadkiem.

 

Wydaje mi się, że Jonasz jest jak najbardziej postacią historyczną i wydarzenia opisane w tej księdze są prawdziwą historią.  Co więcej, jestem przekonany, że historia Jonasza  wydarzyła się dużo wcześniej, niż  ostateczne opracowanie redakcyjne Księgi Jonasza, jeżeli rzeczywiście nastąpiło ono dopiero w piątym wieku przed Chrystusem. Wynika to właśnie z samej jej treści: Skoro opisuje Niniwę jako Wielkie Miasto, to musi pisać o czasach, gdy miasto to istniało i było w wielkim rozkwicie. Fakt ten także tłumaczy zachowanie proroka.

 

Dlaczego Jonasz, jak tylko usłyszał polecenie Boga, natychmiast ruszył w drogę, ale w zupełnie przeciwnym kierunku? Kto może się sprzeciwiać Bogu? Bał się Asyryjczyków? Nie sądzę. Nie bardziej, niż Boga. Wiedział, że sprzeciw Bogu może przepłacić życiem i na okręcie sam poprosił, żeby go wyrzucono za burtę. Wolał zginąć, niż iść do Niniwy. Dlaczego?

 

Myślę, że dlatego, że był wielkim patriotą. On wiedział, jako prorok, ze Asyria zniszczy jego ojczyznę. Asyria dla Izraela była jak Prusy w XVIII wieku dla Polski, jak nazistowskie Niemcy w latach 30. ubiegłego wieku, jak Rosja Sowiecka. Tylko, że znacznie gorsza. To, że Bóg planował ją zniszczyć, w najmniejszym stopniu nie przejęło proroka. Gotów byłby na największe poświęcenia, aby tym Bogu pomoc. Bóg jednak planował użycia Asyrii do ukarania swego pierworodnego syna wśród narodów, Izraela. Sprawiedliwa kara nie ominęła i Asyrii, ale dopiero po tym, jak stała się narzędziem ukarania Izraela.

 

Dlatego to, gdy wreszcie Jonasz dociera do Niniwy, gdy mówi o potrzebie nawrócenia i Niniwianie się nawracają, jest taki zrozpaczony. Wręcz zły na Boga. Mówi:

 

 

Modlił się przeto do Pana i mówił: Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie. (Jon 4,2-3)

 

Uratował swych wrogów, na zagładę swej ojczyzny. Ale Bóg wie lepiej, co jest dobre dla Izraela. Czasem kochający Ojciec musi ukarać swe dzieci. Tłumaczy Jonaszowi:

 

 

Rzekł Pan: Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt? (Jon 4,10-11)

 

Niniwianie, Asyryjczycy, to także dzieci Boże. Każdy, kto się nawróci, uzyska zbawienie. To przesłanie ponadczasowe, uniwersalne Księgi Jonasza. Jonasz go nie rozumiał, bo myślał w kategoriach narodowych, zaściankowych. Myślał, że skoro Izrael jest wybranym dzieckiem Bożym, to tylko On uzyska zbawienie, a wszystkie inne narody zostaną potępione. Bóg uczy nas w tej księdze, że niczym jest wybranie, niczym przynależność do właściwej świątyni, do właściwego Kościoła, gdy nie ma w nas nawrócenia. Wiara, zbawienie, miłość to cos, co jest w naszych sercach, nie cos, do czego należymy. Czy to terytorialnie, czy narodowościowo, czy tez wyznaniowo.

 

I nie jest to wcale sprzeczne z tym, ze w czasach przed Chrystusem Judaizm był „prawdziwą religią”. Ani z tym, że poza Kościołem nie ma zbawienia. Judeochrzescijaństwo jest jedyną prawdziwą religią, po ukazuje nam prawdziwego Boga. Objawia nam Go w niewykrzywiony sposób. Ale nie wystarczy być katolikiem, nie wystarczyło być Żydem przed 2000 laty, aby osiągnąć zbawienie. Św. Paweł uczy, że:

 

 

Nie ci bowiem, którzy przysłuchują się czytaniu Prawa, są sprawiedliwi wobec Boga, ale ci, którzy Prawo wypełniają, będą usprawiedliwieni. Bo gdy poganie, którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające. (Rz 2,13-15)

 

Każdy człowiek otrzymał wystarczającą ilość łask, aby uzyskać zbawienie. Nam, w Kościele Katolickim, jest po prostu łatwiej. Dzięki sakramentom, dzięki pełni objawienia, wiemy dokładnie, jak uzyskać zbawienie, Ale tez nie zapominajmy, że:

Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,47-48)

 

No a co z tą rybą? Czy to znaczy, że i w to musimy wierzyć?  Nie. Nie musimy. Nie jest to dogmat wiary.  Ale nie znaczy to wcale, że nie możemy w nią wierzyć. Co mi się nie podobało w naukach pani profesor Świderkówny, to autorytatywne oświadczenie, że jest to z pewnością symbol.  Dla mnie nie jest to wcale takie pewne.  Jeżeli Bóg mógł z niczego stworzyć świat, to z pewnością mógł podesłać wielką rybę, żeby dostarczyła Jonasza do wybrzeży Niniwy. Nie wiem, czemu miałoby to być dla Boga trudne.

 

Tym bardziej, że są znane przypadki uratowania rozbitków z okrętów wyciągniętych z wnętrzności różnych ryb, nawet po kilku dniach pobytu w takim dziwnym wiezieniu. Fundamentaliści, którzy do wielu wersetów Biblii podchodzą dosłownie ( z wyjątkiem 6. rozdziału Ewangelii Janowej, który to rozdział jest dla nich, w jakiś niewytłumaczalny sposób, totalnie symboliczny) bardzo często publikują podobne przykłady.

 

Gdy więc jest to możliwe w naturalnym świecie, tym bardziej jest możliwe dla Boga, który nie jest ograniczony naturalnymi prawami. Ja więc pozostanę przy swojej interpretacji i będę wierzył, że Jonasz nie tylko był postacią historyczną, ale także epizod z wielką rybą wydarzył się naprawdę.

 

Na koniec jeszcze raz anegdotka z życia sługi Bożego, arcybiskupa Fultona Sheena. Opowiadałem ją już zapewne kilka razy, ale powtórzę dzisiaj, bo jest na temat:

 

 

Fulton Sheen został pewnego razu zapytany przez pewną ateistkę:

–Pan chyba nie wierzy w te bzdury, które są w Biblii? Na przykład w tę historię o Jonaszu?

–Oczywiście, że wierzę. To Słowo Boże – odpowiedział.

–Jak w takim razie jest możliwe, żeby przeżył w brzuchu ryby trzy dni?

–Nie wiem. Ale zapytam go, jak go spotkam w niebie.

–O tak? A co się stanie, jak go tam nie będzie? -Ironicznie zapytała ta pani.

–To wtedy pani go zapyta. –odrzekł arcybiskup."

 

To już cały mój stary wpis. Od tego czasu przeczytałem więcej o Jonaszu i poniżej kilka uzupełnień.

 

Jonasz. Piąty wśród "proroków mniejszych". Jego imię zwykle się tłumaczy jako "gołąb", lecz w świetle słów samego proroka, który narzeka w czwartym rozdziale, jest bardzo prawdopodobne, że imię to wywodzi się ze słowa Yanah, znaczącego "opłakiwać kogoś", "biadolić". Taką interpretację przedstawił święty Hieronim w "Komentarzach do Księgi Jonasza IV, 1".

 

Poza swą Księgą, Jonasz jest wspomniany tylko raz w Starym Testamencie, w 2 Krl 14,25:

 

To on przywrócił granice Izraela od Wejścia do Chamat aż do morza Araby – zgodnie ze słowem Pana, Boga Izraela, które wypowiedział przez sługę swego Jonasza, syna Amittaja, proroka pochodzącego z Gat-ha-Chefer.

Pewna antyczna tradycja, którą także wspomina święty Hieronim w prologu do swych komentarzy do Księgi Jonasza, a którą można znaleźć w pseudo-Epifaniuszu (De Vitis Prophetarum XVI, P.L., XLIII,407) Jonasz był zmarłym synem wdowy w Sarepcie, która nakarmiła ostatnią garścią mąki proroka Eliasza. Eliasz później  przywrócił jej syna (a zatem, według tej tradycji, Jonasza) do życia. Możemy przeczytać o tym w 17. rozdziale 1 Księgi Królewskiej. Bardzo interesujący jest fakt, że Jezus niemal zapłacił życiem, gdy wspomniał o tym incydencie Żydom. (por. Łk 4,26) Jeżeli chodzi o historyczność Księgi Jonasza, to tradycyjnie katolicy zawsze tak ją rozumieli. Że przedstawia historyczne wydarzenia. Zresztą nie tylko katolicy, Żydzi także. Z pośród znanych teologów tylko Simon i Jahn kategorycznie odrzucali historyczność Księgi Jonasza, ale ich akurat trudno nazwać ortodoksyjnymi katolikami.

 

A to kilka argumentów za historycznością wydarzeń opisanych w Księdze Jonasza. W tradycji żydowskiej w tekście Księgi Tobiasza w Septuagincie (XIV, 4) słowa Jonasza odnoszące się do zniszczenia Niniwy są zaakceptowane jako opisujące fakt. Te same słowa są także w jednym z aramejskich i jednym z hebrajskich manuskryptów. Apokryficzna Trzecia Księga Machabejska VI, 8 zamieszcza zbawienie Jonasza przez rybę jako jedno z cudownych wydarzeń Starego Testamentu, a żydowski historyk Józef Flawiusz w Starożytnościach Żydowskich IX, 2 jednoznacznie uznaje tę historię za faktycznie zaistniałą.

 

Jednak dużo większą wagę ma świadectwo Pana Jezusa. On sam, przepowiadając swą śmierć i zmartwychwstanie, mówi o "znaku Jonasza". Jeżeli więc historia Jonasza byłaby tylko jakimś wymysłem, mitem, bajką – to jaką wagę miałyby słowa naszego Pana? Że to, czego On dokona, to będzie zaledwie coś większego od mitu? Od wymyślonej historyjki? Jedynie wtedy, gdy historia Jonasza była prawdziwym cudem, prawdziwym wydarzeniem, słowa Jezusa mają wagę. Zapowiadają bowiem, że On dokona czegoś rzeczywiście wielkiego, wspanialszego, niż to, co się wydarzyło Jonaszowi.

 

Patrząc na cały kontekst wypowiedzi Jezusa widzimy, że wspomina on także o "królowej z południa" i o Salomonie:

Lecz On im odpowiedział: Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza. Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni wskutek nawoływania Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw temu plemieniu i potępi je; ponieważ ona z krańców ziemi przybyła słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. (Mt 12, 39-42)

 

Nikt nie neguje tego, że Salomon i królowa Saby to były postaci historyczne. Widać, że sam Jezus tak samo traktuje ich historię, jak historię Jonasza. dlaczego więc mielibyśmy uznawać historię Jonasza za mit? Za bajkę?

 

Niektórzy przypominają fakt, że w Księdze Jonasza nie jest podane imię władcy Niniwy, co miałoby sugerować, że to jest zmyślona historia. Ale przecież Biblia nie podaje nam także imienia faraona w czasach Mojżesza. Czy to znaczy, że tamta historia nie ma żadnych historycznych podstaw? Bzdura. Exodus jest historycznym faktem i nikt o zdrowych zmysłach nie neguje tego faktu.

 

I jeszcze jedno. Tradycja żydowska i tradycja chrześcijańska przez wiele wieków uznawały, że autorem Księgi Jonasza był on sam i że powstała ona w ósmym wieku przed Chrystusem. Wielu współczesnych teologów i biblistów, podobnie jak pani profesor Świderkówna, uważa, że Księga ta powstała parę wieków później. Najczęściej podaje się piąty wiek przed Chrystusem.

 

Mnie osobiście jednak nie do końca przekonują te rewelacje, bo wydaje mi się, że większą wagę mają opinie ludzi żyjących kilka stuleci od tamtych wydarzeń, niż opinie ludzi badających to dwa tysiące lat później. I dopóki nie ma naprawdę mocnych argumentów za tym, by odrzucić prastarą tradycję, to nie powinniśmy tego zbyt pochopnie czynić. Dlaczego? Bo doświadczenie nas uczy, że bardzo często wiele nowinek tego typu to raczej kwestia mody, niż rzetelnej nauki i mija pokolenie, a wraz z nim mija moda na takie poglądy i okazuje się, że Ojcowie Kościoła jednak mieli rację.

 

To tyle o Księdze Jonasza, a o "nowym Jonaszu" i "synu Jonasza" postaram się napisać wkrótce.

Odsłon: 1081 Komentarzy: 6


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.