Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Statystyczna Polka nie wie, skąd się biorą dzieci

Kategoria: Aborcja Thursday, 02 August 2012, 18:35

I będzie nieco monotematycznie, znowuż o tym samym. O dzieciach, o kobietach, aborcjach i czubaszkach. Ale nie napisać nie mogę, bowiem sygnały ze „świata” płyną zatrważające. Otóż przeciętna Polka nie ma pojęcia, jak się zachodzi w ciążę. Ba, nie wie tego zdaje się i najprzeciętniejszy w świecie Polak!

Ciąża spada zwykle na Polkę nagle i nieoczekiwanie. Jak grom z jasnego nieba, jak deszcz w bezchmurny dzień i jak inne figle, które nam płata złośliwa Matka Natura. Jest więc Polka zawsze w szoku, bo nic nie zrobiła, a tu rach – ciach i dziecko! No więc się Polce wydaje, że skoro nie miała swojego udziału w tym zdarzeniu, to całkiem swobodnie może sobie ciążą zadysponować, bo przecież nie ona winna, dziecka mieć nie chce, nie może, a poza tym dziecka to ona przecież nawet nie lubi.

Statystyczni Polacy nie bardzo wiedzą, skąd się biorą dzieci i dyskusję rozpoczynają w miejscu, w którym powinna ona być skończona. Zastanawiają się post factum, co zrobić z potomkiem, który już się począł. A tu nie ma się nad czym zastanawiać. Skoro dziecko zostało poczęte, to trzeba je po prostu urodzić. Proste, choć niełatwe i niekoniecznie przyjemne.

A dziecko poczęte, nieważne w jakiej znajduje się akurat fazie rozwoju i jak tę fazę nazwiemy, już jest odrębnym bytem, już jest człowiekiem. I możemy to stwierdzić z całą pewnością, ponieważ zarodek nie przekształci się w krzesło. Ani w kapustę. Zarodek ludzki zawsze przekształci się w dziecko. Wiedzą to doskonale ci, którzy decydują się na aborcję. Oni boją się przecież dziecka. A nie krzesła. Ani kapusty.

Mądre prawo powinno być skonstruowane tak, aby chronić każdego człowieka, a więc i dziecko rozwijające się w łonie matki. Z chwilą poczęcia kobieta przestaje być dyspozytorką własnego brzucha, jej prawa nie mogą godzić w życie i rozwój bliźniego. Od momentu zapłodnienia winna ona wspierać rozwijające się w niej nowe życie, a przynajmniej mu w tym rozwoju nie przeszkadzać.

Pragnę jednak pocieszyć statystyczną Polkę. Ma ona prawo do własnego brzucha, ma nawet cały pakiet różnych praw, póki, rzecz jasna, nie zajdzie w ciążę. I tu kolejna pociecha, bo o tym czy chce mieć dzieci także może i ma prawo zdecydować! To prawdopodobnie zaskakujące, ale dzięki odkryciom „współczesnej” biologii wiemy, że kobieta ma wpływ na to, czy zajdzie w ciążę czy nie. Otóż, Droga Polko, Drogi Polaku! Ciąża nie jest wynikiem nieznanych sił zachodzących w przyrodzie. Zapłodnienie jest skutkiem aktu płciowego pomiędzy dwoma osobnikami przeciwnych płci. Nie ma aktu, nie ma ciąży. Wstrzemięźliwość jest stuprocentowym gwarantem nie posiadania dzieci. Najskuteczniejszym i jedynym dopuszczalnym etycznie.

Podjęcie współżycia jest zatem nierozerwalnie związane z możliwością zajścia w ciążę. A nawet więcej: winno być ono łączone z głębokim pragnieniem posiadania potomstwa. Każdy akt seksualny musi być łączony z chęcią posiadania dziecka, choć oczywiście nie każdy skończy się zapłodnieniem. Służy on nie tylko do prokreacji, ale i do zjednoczenia się w miłości małżonków. Dlatego właśnie do miłości fizycznej może dochodzić wyłącznie w małżeństwie – relacji dojrzałej, gotowej na przyjęcie potomstwa i silnej sakramentem. Seks pozamałżeński jest w efekcie złym wykorzystaniem „produktu”. To trochę tak, jakby pastą do butów umyć sobie zęby.

Pani Maria Czubaszek nigdy nie chciała mieć dzieci. Co nie zmienia faktu, że je miała w wyniku podjętych przez siebie działań. I to, że je uśmierciła nigdy tego nie zmieni. Wręcz przeciwnie, dwie dokonane aborcje są niezaprzeczalnym dowodem na posiadanie przez nią dwójki dzieci. I w gruncie rzeczy mamy do czynienia ze smutną sytuacją, w której kobieta wyparła ze swej świadomości fakt bycia matką.

Statystyczny Polak ma problem z myśleniem przyczynowo-skutkowym. Narozrabia i później zachodzi w głowę, jak tu najłatwiej i najkorzystniej uporać się ze skutkami. I można by nawet powiedzieć: „mądry Polak po szkodzie”. Ale nie. Właśnie jakiś taki wyjątkowo głupi się robi wtedy i zamiast wziąć odpowiedzialność za swoje postępowanie, usiłuje zlikwidować konsekwencje. Niestety, konsekwencje nieuchronne są i zawsze prędzej czy później, pod taką czy inną postacią, trzeba je będzie ponieść. W naturze nic nie ginie. Nawet przy próbach abortowania.

Odsłon: 940 Komentarzy: 38


Dlaczego kobieta powinna rodzić dzieci?

Kategoria: Rodzina Saturday, 02 June 2012, 20:34

Ponieważ do tego została stworzona. Żeby być matką. Została powołana do rodzenia dzieci, opiekowania się nimi i kochania ich miłością bezwarunkową. I każda kobieta za tym tęskni, choć czasem lęki, zranienia czy inne przykre doświadczenia odwodzą ją od owych tęsknot. Jeśli kobieta nie chce mieć dzieci, to znaczy, że coś jest nie tak i trzeba to naprawić. A nie, że jest to stan normalny i pożądany.

Z gloryfikacją bezdzietności mamy ostatnio do czynienia w mediach, gdzie pani Maria Czubaszek trąbi na lewo i prawo, że brak potomstwa to najlepsze, co ją w życiu spotkało i chełpi się z zabicia dwojga swoich nienarodzonych dzieci. Czy dla nich również było to najlepszym w życiu, niestety nie mamy okazji już spytać. To porażające, że ktoś, kto uśmierca własne nienarodzone dziecko nie jest dziś w Polsce przestępcą, tylko celebrytą. I to celebrytą ideowcem, który twierdzi, że wyraża poglądy większości kobiet w naszym kraju, które nie mają odwagi powiedzieć tego głośno.

Zdaje się, że kobiety rzeczywiście nie mają odwagi, ale nie tyle wypierać się swojej natury, co po prostu rodzić dzieci. Bo zostały skutecznie nastraszone, że ciąża to najgorsze, co je może w życiu spotkać, że ich ciało temu nie podoła, że wypadną włosy, paznokcie, zęby, skóra zwiotczeje, wszystko będzie boleć, a poród okaże się istną masakrą, pozostawiającą ciało świeżo upieczonej matki w strzępach. Pani profesor Środa twierdzi dodatkowo, że „ciąża wycieńcza, zniekształca i czyni własne ciało obcym”. I rzeczywiście bywa, że kobieta doświadcza w tym okresie ogromnych problemów zdrowotnych i dyskomfortów fizycznych. Jednak zwykle czas błogosławiony jest dla kobiety stanem jak najbardziej normalnym, podczas którego doświadcza ona zarówno radości, jak i pewnych niedogodności. Warto również wspomnieć o interesujących badaniach naukowców ze Stanford University, którzy udowadniają, że nie tylko poczęte dzieci czerpią z organizmu matki, ale jest to relacja wzajemna. Stwierdzono leczącą obecność komórek macierzystych dziecka w uszkodzonych narządach matki (np. w wątrobie, sercu czy mózgu), co oznacza, że bycie w ciąży jest nie tylko naturalne, ale i zdrowe!

Problem tkwi w tym, że współczesna kobieta nie jest wychowywana do dzielności, a przy tym do dzietności. A żeby być matką, trzeba być kobietą dzielną. Dziś unikamy bólu za wszelką cenę, a ponad wszystko cenimy sobie wygodę. Boimy się utracić nasz bezpieczny stan na rzecz dziecka. Boimy się przemiany ciała, o którego nienaganny stan zabiegamy przecież latami. Wystrzegamy się poświęceń. Nie zostałyśmy wychowane do odzierania się z egoizmu, ale do jego pielęgnacji. Dawniej kobieta urodziła ośmioro dzieci i nie uznawała tego za jakiś szczególny wyczyn, dziś urodzi jedno i chełpi się, jaka to ona matka Polka. A do matki Polki to jej brakuje jeszcze tak przynajmniej pięciorga.

Kobieta powinna rodzić dzieci. To dla niej zaszczyt, najwspanialszy dar od Boga, włączający ją w akt stworzenia. Kobiece zdrowe serce przepełnia ogromna radość i wdzięczność za to, że może uczestniczyć w takim cudzie. I należy w tym  miejscu pochylić się również przed kobietami, które wyrzekły się macierzyństwa, ponieważ Bóg powołał je do czegoś innego. Które zrezygnowały z pięknej roli matki i żony (bo bycie żoną winno skutkować byciem matką!), które przepłakały i przebolały tę ogromną stratę i zdecydowały się służyć Bogu w inny, świecki lub zakonny sposób. Ale one także matkują, służą innym. O byciu matką nie świadczy przecież wyłącznie biologia, co ukazuje nam wspaniały przykład Matki Teresy.

Dzisiejsza rozbita kobieta zwykle nie chce rodzić, bądź odkłada tę decyzję „na później”. I trudno się temu dziwić, a już z pewnością nie wolno tego potępiać. Trzeba się pochylić i pomóc jej odkryć prawdziwe tęsknoty, które tak mocno zagłuszone zostały przez różnego rodzaju lęki. A jest się czego bać. Wypaczony obraz seksualności, kryzys męskości oraz upadek moralny kolejnych pokoleń wytwarza w kobiecie naturalny syndrom asekuracyjny. Jednak zamiast chronić się przed dewiacjami, szukać dobrego oraz mądrego kandydata na męża i ojca, asekuruje się ona zwykle przed własnym dzieckiem. A jego akurat, wcale nie trzeba się bać!

Rozejrzyjcie się dookoła. Każda kobieta, wbrew temu, co twierdzi profesor Środa, ma instynkt macierzyński. Tylko różnie go realizuje. Jeśli z całej siły zaprze się przed posiadaniem własnego potomstwa, to przekieruje swoje tęsknoty na inny teren. Na partnera, na psy, koty, ratowanie przewożonych w tragicznych warunkach koni. I to też dobrze. Wszelkie stworzenie od Pana Boga pochodzi. Jednak trzeba znaleźć w życiu właściwe proporcje i na pierwszym miejscu (po Bogu i mężu) postawić dzieci.

I tego właśnie pragnę drogim Paniom na zakończenie życzyć: „Niech Wam Bóg w dzieciach błogosławi!”. A nie w kotkach. Ani pieskach.

Odsłon: 2200 Komentarzy: 28


Śmiechu (nie)warte

Kategoria: Kościół Monday, 02 April 2012, 18:42

Mam problem z żywotem. Nie tyle swoim, co Briana, o którym pisał ostatnio na Frondzie Łukasz Adamski. Pisał również, że i „prawdziwy” katol musi nabrać zdrowego dystansu do własnej osoby oraz umieć śmiać się z samego siebie. To wszystko prawda. Jednak film Monthy Python'a pt. „Żywot Briana” nie wydaje mi się być dobrą lekcją poczucia humoru dla katolika. Ani dla kogokolwiek.

Pan Adamski pisze słusznie, iż „Żywot...” stanowi satyrę nie tylko na chrześcijan, ale również na Żydów, muzułmanów czy ustroje polityczne. Jednak wystarczy przypomnieć pierwotny tytuł  filmu - „Jezus Chrystus: żądza chwały”, by nie mieć wątpliwości, że intencją twórców od początku było wyszydzenie chrześcijaństwa, a przede wszystkim samego Jezusa, Jego życia, nauczania oraz zbawczej śmierci na krzyżu.

Nie bez powodu „dzieło” brytyjskiej grupy określone jako obrazoburcze, spotkało się z licznymi protestami ze strony Kościoła Katolickiego. Oburzyło również wielu katolików. Jednak dziś, gdy Msza się desakralizuje, a o Bogu z „ambony” coraz częściej mówi się używając języka kolokwialnego, z pewnością łatwiej nam przełknąć gorzką pigułkę w postaci temu podobnych filmów czy  sztuk teatralnych. Profanum w „sztuce” nie dziwi nas już, ani nie oburza. I warto czasem przejść się na Mszę trydencką i zawstydzić, widząc jak kapłan skłania się za każdym razem, gdy wymawia  słowa „Jezus Chrystus”. Bowiem doświadczywszy takiego sacrum, takiego uniżenia oraz szacunku zdecydowanie trudniej ubawić się nad „Żywotem Briana”.

Jeszcze mniej jest do śmiechu, gdy uświadomimy sobie, iż film Pythonów godzi w jedną z najważniejszych Prawd naszej wiary, mianowicie – w ukrzyżowanie. W mękę i śmierć Najwyższego Boga. Z tragicznej śmierci i cierpienia bliskiej nam osoby nigdy nie zrobilibyśmy sobie przedmiotu kpin, natomiast ofiara Chrystusa, choć w rzeczywistości nieskończenie dotkliwsza, już nie stanowi dla nas takiej bariery. Świadectwo największej Miłości przekłuliśmy w opowieść, swoistą legendę. Czyli dokładnie tak samo, jak twórcy „Żywota...”.

Pozostaje jeszcze kwestia zgorszenia. To, co sobie każdy ogląda we własnym domu i z czego się śmieje, to oczywiście jego prywatna sprawa. Ale zawsze warto sobie zadać pytanie: czy nie gorszę tymi obrazami żony/męża? Czy nie gorszę moich dzieci? A jeśli polecam jakieś dzieło publicznie, to czy nie zgorszy ono innych? Osobiście, z czystym sumieniem mogłabym polecić jako warte obejrzenia, może 10% filmów, jakie widziałam w życiu. I z pewnością nie znalazłby się wśród nich „Żywot Briana”. Pozostałe zawierają treści i sceny, na które niechętnie narażałabym kogokolwiek. Zresztą to ciekawe, że oceniając twórczość filmową, bierzemy zwykle pod uwagę wyłącznie fakt, czy coś nam się podobało, czy nie. Kryteria moralne w ogóle nie wchodzą w grę. A szkoda. Film może być przecież nośnikiem zarówno dobrych wzorców, jak i złych. Nośnikiem mającym ogromną siłę oddziaływania.

Nie śmiać się z „Żywotu Briana”, to nie znaczy nie mieć poczucia humoru. A zgadzam się z Łukaszem Adamskim, że poczucie humoru winien mieć i katolik. Przecież Bóg też je ma. Nie wiem wprawdzie czy śmiałby się, jak stwierdził ktoś z komentujących, z filmu Monthy Pythona, ale jestem pewna, że nie szydziłby z naszego cierpienia.

Odsłon: 461 Komentarzy: 8


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.