Thursday,24 February 2011,05:25
Kategoria: Pro life Thursday, 24 February 2011, 05:25
Abby Johnson wychowała się w konserwatywnej, protestanckiej rodzinie, jako baptystka. Uważała się za osobę "pro life", ale jak sama wspomina nigdy nie dyskutowano na te tematy w domu. Jako młoda kobieta zaczęła pracować w klinice "Planned Parenthood". Wcale jej się to nie kłóciło z jej poglądami. Przekonano ją, że aborcja czasem jest konieczna, ale tak naprawdę to pomagają oni kobietom, dążąc do jak najmniejszej ilości aborcji. Twierdzili, że gdyby ich nie było, to te biedne dziewczyny szukałyby pomocy w miejscach nie podlegających żadnej kontroli, co w konsekwencji byłoby dla nich znacznie szkodliwsze. Abby pracowała zatem w jednej z klinik organizacji odpowiedzialnej za zabicie milionów dzieci, ciągle uważając, że jest "pro life".
Klinika w której pracowała, nie miała aborcjonisty na pełnym etacie. Lekarz przychodził dwa dni w miesiącu, ale w czasie każdej takiej wizyty zabijał 30 do 40 dzieci. Abby wspomina, że szef tej kliniki nieustannie przypominał im, że się borykają z finansowymi problemami i że należy tak organizować wszystko, by tych zabiegów było jak najwięcej. Klinika bowiem zarabiała średnio 350 dolarów na każdym zabitym dziecku.
Abby w końcu doszła do stanowiska dyrektora tej kliniki. To określenie może dla nas być trochę mylące, bo mówimy tu o małej przychodni, zatrudniającej parę osób. Zatem pani dyrektor musiała się zajmować wszystkim i pewnego dnia musiała asystować lekarzowi podczas aborcji wykonywanej przy asyście ultrasonografu. Zobaczyła, jak dziecko, mające 13 tygodni, stara się uciec przed narzędziem mającym pozbawić je życia. Zobaczyła też, jak po przegranej walce dziecko zostaje wessane do rurki urządzenia, które pozbawiło je życia.
To był początek końca jej kariery w Planned Parenthood. Na przeszkoleniach uczono ich, że płód do 28. tygodnia nie ma wykształconych zakończeń nerwowych i nie odczuwa bólu i ona nie tylko w to wierzyła, ale tłumaczyła to setkom kobiet, które się tam zgłaszały. Tymczasem podczas asystowania lekarzowi zobaczyła na własne oczy, że jest to nieprawda. Nie potrafiła sobie z tym poradzić i nie tylko wkrótce zrezygnowała z pracy, ale stała się działaczką Pro Life.
Ja jednak nie piszę tu notki biograficznej Abby Johnson. Napisała ona książkę o swych doświadczeniach, zatytułowaną "unPlanned". Być może zostanie ona przetłumaczona kiedyś na polski. Z pewnością warto. Ja ten wstęp napisałem jednak tylko po to, by podzielić się z Wami czymś, co usłyszałem od niej w audycji radiowej Catholic Answers. A to, co usłyszałem mnie naprawdę zdumiało i przeraziło.
Abby kontynuując swą opowieść mówi, że kobiety chcące usunąć ciążę pytały "czy to na pewno nie będzie bolało mojego dziecka?" Prowadzący audycję redaktor zapytał, czy nie jest prawdą, że Planned Parenthood nakazywał im unikać takich sformułowań jak "dziecko" i nakazywał używanie neologizmów takich jak "płód", "embrion", "tkanka" itp. Ona odpowiedziała, że tak było do niedawna, ale teraz już tak nie jest, głównie dlatego, że kobiety przychodzące do kliniki zawsze nazywały swe dziecko dzieckiem.
Powiedziała ona, że nigdy, ani raz nie spotkała kobiety, by nie mówiła o nienarodzonym dziecku jakie nosiła pod sercem inaczej, niż "baby". Pracownicy kliniki mieli obowiązek nazywania go "płodem", albo "tkanką", albo "P.O.C.", "Product of conception", produkt zapłodnienia itp. Jednak gdzieś pod koniec 2008 roku zmieniono te zalecenia i zaczęto nazywać dziecko dzieckiem, ale przedstawiać aborcję jako "right parenting decision", czyli dobrą, prawą rodzicielską decyzję.
Trudno znaleźć bardziej wykrętny argument. Byłoby to wręcz śmieszne, gdyby nie było tak tragiczne. Prawidłowa rodzicielska decyzja polegająca na zabiciu dziecka? By rodzić nawet się rodzicem nie stał? Ale tak to właśnie przedstawiano: Że decydują się na aborcję, bo troszczą się o siebie, o swe dziecko, o swe przyszłe dzieci i przyszłą rodzinę. Zatem podejmują przemyślaną rodzicielską decyzję wybierając aborcję.
Mnie te słowa przeraziły. Tyle razy słyszałem na przykład opinię, że jak się rozpowszechni ultrasonografy najnowszej generacji i matki zobaczą jak wygląda ich nienarodzone dziecko, to ilość aborcji drastycznie spadnie. Że gdy zobaczą jak wygląda ten "produkt zapłodnienia", gdy zobaczą, że to jest po prostu mały człowiek, dziecko, to nawet im nie przyjdzie do głowy, by je zabić. Tymczasem okazuje się, że to wcale nieprawda.
Dziwi nas dzisiaj jak to było możliwe, że całkiem niedawno ludzie inteligentni, dobrzy, prawdziwi chrześcijanie uważali, że jeden człowiek może posiadać innego człowieka tylko dlatego, że ten drugi ma inny kolor skóry. Spośród założycieli Stanów Zjednoczonych, "Ojców Ameryki" tylko jeden, John Adams, nigdy nie posiadał niewolników. Oczywiście nie oni wymyślili niewolnictwo, które na kontynencie amerykańskim istniało dwieście lat przed powstaniem Stanów Zjednoczonych. Jerzy Waszyngton, pozbyło się swoich niewolników… ale dopiero po śmierci swojej i swej żony. Po prostu w swym testamencie dał im wolność w dniu śmierci żony, która go przeżyła.
Dziś jednak jest nie tylko nielegalne posiadanie niewolników, ale jest to nie do pomyślenia. Każdy, kto by argumentował inaczej, byłby uznany za chorego psychopatę, którego należy leczyć. Jednak… Czym jest zło odebrania wolności człowiekowi w porównaniu do zła odebrania mu życia?
W czasie ostatnich paru dni kilkakrotnie słyszałem argument, że ja nic nie rozumiem, bo nie wiem jak jest w Polsce i jak jest ludziom ciężko. Było to co prawda powiedziane w kontekście dyskusji na temat rodzin wielodzietnych, nie w kontekście aborcji, ale nie ma to znaczenia. Chodzi jedynie o przypomnienie, że podobny, ekonomiczny argument często wysuwają osoby broniące prawa kobiety do zabicia dziecka.
Jednak dużo łatwiej byłoby argumentować w taki sposób za niewolnictwem. Właściciel niewolników musiał się troszczyć o nich niezależnie od tego, czy miał pracę, czy nie, czy byli zdrowi, czy chorzy. Pewnie, że w praktyce różnie z tym bywało, ale nikt nie wyrzucał za bramę niewolnika w okresie, gdy nie było pracy, a w rodzącym się kapitalizmie takie praktyki w odniesieniu do robotników były nagminne. Z ekonomicznego punktu widzenia sytuacja niewolnika była na pewno lepsza, niż sytuacja wolnego człowieka, który był bez pracy i umierał z głodu.
Jednak godność człowieka, wartość jego życia nie wynika z zawartości portfela. Wynika ona z samego faktu, że jest on człowiekiem. Dlatego jeden człowiek nie może posiadać innego jak jakiejś rzeczy, czy zwierzęcia. I wydawało mi się, że jak sobie uświadomimy, jak przekonamy innych, że nienarodzone dziecko to też człowiek, a nie żadna "tkanka", to sprawa jest wygrana.Koniec dyskusji.
To, co powiedziała Abby pokazało, że wcale tak nie jest. Matki zabijające dzieci wiedzą, że zabijają dziecko. Troszczą się nawet o nie, by je to nie bolało. I ciągle nie widzą niczego niemoralnego w tym, że pozbawiają je życia.
Z pewnością wielką winę ponosi tu prawo. My tak jesteśmy zaprogramowani: Co jest legalne, jest moralne, a co nie – nie. Zabicie dziecka w USA jest legalne przez dziewięć miesięcy, a więc nie ma nic niemoralnego w zabiciu dziecka, nawet już częściowo urodzonego. Byle główka jeszcze nie ujrzała światła dziennego. Zdążyć zabić, zanim całkiem się urodzi i będziemy OK. Legalni i moralnie czyści jak łza.
Co innego np. wysłanie na YouTube filmu nagranego w pomieszczeniu, w którym idzie radio i nadaje jakąś muzykę. To jest już takie przestępstwo, że z pewnością będziemy potępieni. Ileż paragrafów i regulaminów zabrania tego! To zło po tysiąckroć gorsze niż zabicie dziecka. Nie "płodu", nie "tkanki", ale dziecka. Mamusie, które by nie ściągnęły nielegalnego oprogramowania na komputer, bo to przecież jest kradzież zabijają swe dzieci, z troską pytając, czy je to nie będzie bolało. Jakie one uczciwe i kochające!
Nasz świat naprawdę stanął na głowie. Jednak przykład Abby Johnson pokazuje, że to się może zmienić. Że każdy może zrozumieć, dojrzeć prawdę. Ja naprawdę wierzę głęboko, że wkrótce wszyscy zobaczą czym jest aborcja. Dlatego też w modlitwie naszej Wspólnoty Marto znajdują się też takie słowa:
Spraw, Panie, dawco życia, by wszyscy szanowali prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Otwórz oczy i serca tych, którzy uważają, że mają prawo decydować o losie innych ludzi, by zrozumieli czym naprawdę jest odebranie życia niewinnej osobie. Daj im dar wiary i miłości bliźniego.
Zapraszam do naszej Wspólnoty. Do przyłączenia się do nas. To naprawdę jest jedyna droga. Nie Wspólnota, ona nie jest ważna. Wspólnota ma tylko zgromadzić ludzi, których łączy ten sam cel. Jedyną drogą jest to, co nam powiedziała Maryja w Fatimie. To, czego nas uczy Kościół od dwóch tysięcy lat. Niektóre złe duchy można wyrzucić tylko modlitwą i postem.
Mówiąc o poście… Zbliża się Wielki Post. Zróbmy coś w tym okresie dla Królestwa. Wokół nas toczy się wojna o dusze. My naprawdę możemy ją wygrać. Ale naszą bronią jest właśnie modlitwa, post i jałmużna. Wysyłając innych ludzi do diabła walczymy po stronie przeciwnika.
Nasz wróg, nasz przeciwnik, szatan, jest radykalny. Nie przebiera w środkach, nie ustaje, wymyśla coraz nowe sposoby by nas przechytrzyć i pokonać. I wystarczy mu, że nic nie robimy. Jemu tylko o to chodzi. Zatem zróbmy coś. coś, z czym on sobie nie potrafi poradzić. Pokonać go możemy tylko drogą miłości. Miłości do każdego człowieka.
A co z Abby? Pracując w Planned Parenthood Musiała opuścić kościół baptystów. Została też usunięta z innego, niezależnego zboru. Dopiero kościół episkopalny, anglikański ją przyjął z otwartymi ramionami. Do czasu. Gdy stało się powszechnie wiadome, że została działaczką pro life, anglikanie dali jej do zrozumienia, że nie jest osobą mile widzianą w ich wspólnocie. Aktualnie uczestniczy ona w procesie przygotowującym ją do przyjęcia do Kościoła Katolickiego.
www.WspólnotaMarto.com
Odsłon: 638 Komentarzy: 17
Monday,21 February 2011,12:31
Kategoria: Modlitwa Monday, 21 February 2011, 12:31
W dniu wczorajszym w Kościele obchodziliśmy VII Niedzielę Zwykłą. Gdyby to był inny dzień tygodnia, mielibyśmy Wspomnienie błogosławionych Hiacynty i Franciszka Marto z Fatimy. Nie wiem, jakie są czytania w ich Święto, ale te, które Kościół wybrał na wczorajszą Niedzielę doskonale pasują także do przesłania z Fatimy.
Wczoraj oficjalnie wystartowała nasza Wspólnota Marto, choć w tym przypadku "oficjalnie" nie jest być może najlepszym słowem. Nie jesteśmy żadną "oficjalną wspólnotą", jesteśmy po prostu ludźmi, którzy odpowiedzieli na prośbę Błogosławionej Dziewicy Maryi. Po prostu pragniemy żyć tak, jak nauczał Jezus.
W pierwszym czytaniu na wczorajszej Mszy usłyszeliśmy Słowa Pana:
Pan powiedział do Mojżesza: Mów do całej społeczności synów Izraela i powiedz im: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz kochał bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan. (Kpł 19,1-2.17-18)
Izraelici przyjęli te Słowa rzeczywiście do siebie. Tylko do siebie. Uznali, nie całkiem zgodnie z wolą Boga, że dotyczą one tylko potomków Jakuba, a nie wszystkich ludzi. Izrael, choć jest najstarszym dzieckiem Boga, wybranym wśród narodów, nie jest jedynym Jego dzieckiem. Wszystkie narody są boże. Izraelici, jak starszy brat, mieli innych uczyć o Bogu, nie izolować się. Izolacja dopiero stała się koniecznością, gdy okazało się, że to inne narody odmieniają ich i prowadzą do utraty ich wiary i czczenia fałszywych bożków. Nie ustrzegł się tego nawet Salomon:
Kiedy Salomon zestarzał się, żony zwróciły jego serce ku bogom obcym i wskutek tego serce jego nie pozostało tak szczere wobec Pana, Boga jego, jak serce jego ojca, Dawida. Zaczął bowiem czcić Asztartę, boginię Sydończyków, oraz Milkoma, ohydę Ammonitów. Salomon dopuścił się więc tego, co jest złe w oczach Pana, i nie okazał pełnego posłuszeństwa Panu, jak Dawid, jego ojciec. Salomon zbudował również posąg Kemoszowi, bożkowi moabskiemu, na górze na wschód od Jerozolimy, oraz Milkomowi, ohydzie Ammonitów. Tak samo uczynił wszystkim swoim żonom obcej narodowości, palącym kadzidła i składającym ofiary swoim bogom. (1 Krl 11, 4-8)
Prawo miało rolę wychowawczą, nie zbawczą. Nadal ją ma. Prawdę mówiąc moją następną notkę poświęcę właśnie temu. Święty Paweł w Liście do Galatów tak pisze:
Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, /który miał prowadzić/ ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy. Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. (Ga 3,23-26)
A sam Pan Jezus właśnie w Kazaniu na Górze wyjaśnia jak należy rozumieć nakaz umiłowania swych wrogów. Ten fragment Ewangelii św. Mateusza był właśnie Dobrą Nowiną czytaną wczoraj w Kościele Powszechnym:
Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. (Mt 5, 43-49)
Bóg przez Mojżesza mówi nam: "Bądźcie świętymi, bo Ja jestem Święty". Jezus w Kazaniu na Górze mówi: "Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski." I nakazuje nam coś bardzo trudnego. coś, co się wręcz kłóci z poczuciem naszej ludzkiej sprawiedliwości: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują".
Pan Jezus nie dodaje, że mamy się za nich modlić gdy nas przeproszą, czy gdy się nawrócą. Mówi, że mamy się modlić za prześladowców. Jak On sam będzie się modlił za tych, którzy Go będą przybijali do Krzyża. Bo przecież nasi prześladowcy to też są dzieci naszego Boga. I to niezależnie od tego jaką wyznają religię, czy w ogóle wierzą i jakie mają poglądy polityczne.
Jezus nie oddał życia tylko za Żydów, ani tylko za chrześcijan. Oddał swe życie za każdego człowieka. Jego ofiara jest wystarczająca, by każdy z nas i każdy z naszych prześladowców uzyskał zbawienie. Jednak by to uzyskać, trzeba uwierzyć i się nawrócić. A tę łaskę tylko my możemy im wymodlić.
Oczywiście problemem jest to, że my często wcale im tego wymadlać nie chcemy. Nam często wcale nie zależy, żeby "ten drań się nawrócił", zwłaszcza w ostatniej chwili swego życia. Bo co to za sprawiedliwość? Całe życie kradł, deptał po innych, ranił, niszczył, żył jak nabab naszym kosztem, krzywdził innych, także małe dzieci… i co? I w ostatniej minucie życia się nawróci i będzie w tym samym niebie co ja? Który całe życie staram się być dobry? Tyle się poświęcam? Przestrzegam przykazań? Jak on skończy tak jak ja, to Bóg wcale nie jest sprawiedliwy!
Ja mam nadzieję, że Bóg nie zawsze jest… To znaczy wiem, że jest, ale wiem, że Jego sprawiedliwość nie jest taka, jak moja. I wiem, że Miłosierdzie nie zaprzecza sprawiedliwości, ale jest jej nieodłącznym elementem. Cała moja nadzieja, że tak jest… Bo gdyby Bóg tak naprawdę chciał być sprawiedliwy bez miłosierdzia, to ja mógłbym skończyć tylko tam, gdzie nie tylko nie chciałbym być, ale nawet nie chciałbym tego zobaczyć.
W tym samym Kazaniu na Górze Jezus mówi nam:
Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień. (Mt 6, 14-15)
Te słowa to komentarz Pana Jezusa do modlitwy "Ojcze nasz", którą odmawiamy każdego dnia. Tylko czy zastanawiamy się nad tym, co mówimy, czy tylko "odklepujemy" słowa, których nas nauczyła mama przed laty?
W przepięknej przypowieści o ojcu, marnotrawnym synu i bracie przestrzegającym prawa Jezus przestrzega i potępia Izraela, którego ten brat reprezentuje. A przecież nasi najwięksi wrogowie i prześladowcy to też są dzieci tego samego Boga. I nie powinniśmy się oburzać, gdy wracają do domu roztrwoniwszy wszystko, co im Ojciec dał. Powinniśmy się zawsze szczerze z tego radować. A gdy nie wracają, mamy obowiązek się za nich modlić, bo Ojciec każdego dnia wypatruje za nimi mając nadzieję, że któregoś dnia wrócą do domu. Obowiązek wynikający nie z prawa, ale z miłości. Albo precyzyjniej "z prawa miłości".
To, jak naprawdę spostrzegamy innych, to czy potrafimy szczerze pokochać naszych prześladowców jest jakąś ilustracją naszej duszy. Pokazuje ile jest warta nasza wiara. I nie chodzi tu o prześladowców w dosłownym sensie. To nie musi być ktoś, kto nam w szkole kradnie kanapki i nabija guzy. Tu chodzi także o politycznych przeciwników i wrogów i o dziennikarzy opluwających nasze najświętsze ideały. Tu chodzi o ludzi promujących cywilizację śmierci, o tych, którzy niszczą rodziny i propagują niemoralność i tych, co nienawidząc nas oskarżają nas o mowę nienawiści. To właśnie ich musimy pokochać i za nich się modlić. Szczerze, tak, jakbyśmy się modlili za nasze ukochane dzieci.
www.WspolnotaMarto.com
Odsłon: 1032 Komentarzy: 21
Friday,18 February 2011,06:53
Kategoria: Akcja Friday, 18 February 2011, 06:53
W najbliższą niedzielę, 20 lutego, mija 90. rocznica śmierci Hiacynty Marto. W tym dniu Kościół wspomina rodzeństwo Marto, błogosławione dzieci Hiacyntę i Franciszka. A my zaczynamy naszą wspólnotę, Wspólnotę Marto.
Po moich poprzednich wpisach na jej temat kilka osób skomentowało je słowami, że choć podoba im się pomysł Wspólnoty, warunki, jakie przedstawiłem są zbyt trudne, by mogli się przyłączyć. Chciałbym dziś zachęcić ich, i wszystkie inne osoby, by przemyślały to jeszcze raz. Jest bowiem tylko jeden konkretny wstępny warunek przystąpienia do Wspólnoty: Miłość do naszego Pana, Jezusa Chrystusa.
Oczywiście chodzi tu o pewien radykalizm. Chodzi o poważne podejście do wiary. Chodzi o naśladowanie Hiacynty i Franciszka. Jednak to każdy sam musi ustalić co dla niego jest tym radykalizmem. Każdy sam musi się określić, czy rzeczywiście naprawdę kocha. Czy rzeczywiście naprawdę chce coś zmienić w swoim życiu i w otaczającym nas świecie.
Dzięki bezinteresownej pomocy życzliwych osób powstała już strona naszej wspólnoty, www.WspolnotaMarto.com. Do niedzieli powinien być gotowy formularz zgłoszenia. Serdecznie zapraszam. Bóg nas potrzebuje. Bóg Was, Ciebie potrzebuje. Szaleńców bożych. Bo ile jest warta wiara, jeżeli nie tylko nie jesteśmy gotowi dla niej umrzeć, ale nawet dla niej żyć? Zróbmy coś pozytywnego. Każdy z nas to może uczynić.
Bądźcie też, proszę, ambasadorami Wspólnoty. Wspomnijcie o niej znajomym, może księdzu w Waszej parafii. Może artykuł w gazetce parafialnej? Jeżeli ta idea wydaje się Wam potrzebna i pożyteczna, przekażcie tę wiadomość dalej. Z góry serdecznie dziękuję. I bardzo proszę o modlitwę. O to, by nami kierował Duch Święty i by nam dał kierownika duchowego.
I pamiętajmy o tych słowach naszego Pana, Jezusa Chrystusa:
Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: Jestem bogaty, i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się! (Ap. 3, 15-19)
Niech one będą nam wskazówką. Zapraszam do Wspólnoty! I wszystkim za modlitwy i za wszelką pomoc serdecznie dziękuję.
Odsłon: 957 Komentarzy: 24
Monday,14 February 2011,00:45
Kategoria: Modlitwa Monday, 14 February 2011, 00:45
Ojcze przedwieczny Boże! Ofiaruję Ci wyrzeczenia, posty i cierpienia wszystkich członków naszej Wspólnoty jako zadośćuczynienie za wszystkie zniewagi i bluźnierstwa jakich ludzie dopuścili się względem Ciebie. Wybacz nam, że zraniliśmy Ciebie, Najświętsze Serce Twego Syna i Niepokalane Serce Maryi, Jego Matki.
Przyjmij naszą ofiarę za wszystkich grzeszników. Daj im łaskę nawrócenia. Spraw, byśmy pokochali każdego człowieka tak, jak Ty kochasz. Pozwól nam zobaczyć w każdym grzeszniku Twoje ukochane dziecko, syna marnotrawnego i dopomóc mu w odnalezieniu drogi do Twego Domu.
Przyjmij naszą ofiarę za cały Kościół Powszechny, za Papieża, wszystkich biskupów i kapłanów, a szczególnie mojego biskupa N i księży w mojej parafii. Udziel im wszelkich łask i spraw, by wytrwali w świętości i wierności Kościołowi, a tym, którzy upadają daj siłę, by powstali.
Przyjmij tę ofiarę za wszystkie rodziny, by stały się one mocne i święte. Uchroń wszystkich naszych bliskich od grzechów i od odstępstwa od wiary. Przyjmij, Panie, tę ofiarę za naszą Ojczyznę. Udziel daru prawdziwej mądrości wszystkim naszym rodakom. Polecamy Ci szczególnie tych, którzy są odpowiedzialni za losy naszego kraju.
Spraw, Panie, dawco życia, by wszyscy szanowali prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Otwórz oczy i serca tych, którzy uważają, że mają prawo decydować o losie innych ludzi, by zrozumieli czym naprawdę jest odebranie życia niewinnej osobie. Daj im dar wiary i miłości bliźniego.
Panie, daj nam łaskę wytrwania w naszych postanowieniach i prowadź nas swą mocną ręką. Oddajemy Ci całe nasze życie i nas samych. Użyj nas według Twojej woli. Wysłuchaj naszych próśb przez wstawiennictwo Maryi, Matki Twojego Syna. Daj nam wiarę i siłę ducha taką, jaką mieli Franciszek i Hiacynta Marto. Zezwól im na wyproszenie nam tych łask i pozwól im, by zaopiekowali się nami i nauczyli nas jak ich naśladować. Prosimy Cię o to, Ojcze, przez Twojego Syna, Jezusa Chrystusa, w jedności z Duchem Świętym. Amen.
Królowo Różańca Świętego, módl się za nami.
Hiacynto i Franciszku Marto, módlcie się za nami.
Odsłon: 741 Komentarzy: 9
Friday,02 December 2011,13:22
Kategoria: Kościół Friday, 02 December 2011, 13:22
Wczoraj napisałem o Wspólnocie Marto, która narodziła się w moim sercu. Idea ta została przyjęta dość przychylnie, ale wiele osób z troską zauważyło, że warunki przynależności do tej wspólnoty są wyjątkowo trudne. Ich zastrzeżenia wynikają jedynie z obawy, że nie podołają temu wyzwaniu, nie z tego, że nie zgadzają się oni z samą ideą. Ja jednak gorąco zachęcam wszystkich, nie wyłączając siebie, by jednak tę decyzję podjąć. Właśnie dlatego, że jest to niełatwe. A dla uzasadnienia tego chciałbym zacytować kilka fragmentów wspomnień siostry Łucji o Hiacyncie i Franciszku Marto. Cytaty za książką "Siostra Łucja mówi o Fatimie", wydanie trzecie 1989, Vice-Postulcao, P-2496 Fatima, imprimatur biskup Albert Leirii:
"Kiedyśmy tego dnia przyszli na pastwisko, Hiacynta usiadła na kamieniu zamyślona. – „Hiacynta, chodź się bawić!” – „Dzisiaj nie chce mi się bawić”. – „Dlaczego nie chce ci się bawić?” – „Dlatego, że się zastanawiam. Ta Pani powiedziała nam, abyśmy odmawiali różaniec i ponosili ofiary o nawrócenie grzeszników. […] A ofiary, jak mamy je ponieść?” Franciszek wynalazł od razu sposób złożenia dobrej ofiary. – „Damy nasz posiłek owcom i złożymy ofiary z jedzenia”. W parę minut potem cały nasz posiłek został rozdzielony pomiędzy naszą trzodę. I tak spędziliśmy ten dzień na czczo niczym najsurowszy kartuz.
Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były tam dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita , które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała: – „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”. I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Żołędzie były jeszcze niedojrzałe. Mimo to uważałam, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo oliwne, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść gorzkie żołędzie dębowe, aby ponieść ofiary. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy.
Dla Hiacynty była to jedna z jej normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Któregoś dnia powiedziałam jej: – „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”. – „Jem właśnie dlatego, że jest gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”.
To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze. Kiedy je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku. W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców.
Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko, a byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofiarę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ w pobliżu był staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc sądziła, że byłoby dobrze, abyśmy w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową. Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków i Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na wyschniętej ziemi wszystko się spali. Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ofiarowaliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników, ale gdy minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję, poszłam więc zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił.
– „Nie chcę” – odpowiedział.
– „Dlaczego?”
– „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”.
– „Hiacynta, napij się ty!”
– „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
W rezultacie wylałam wszystką wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się jej napić i odniosłam dzbanek właścicielce. Upał stawał się coraz silniejszy. Koniki polne i świerszcze łączyły swe śpiewy z rechotaniem żab w pobliskim stawie. Hiacynta osłabiona głodem i pragnieniem powiedziała do mnie ze swą zwykłą prostotą:
– „Powiedz świerszczom i żabom, żeby się uspokoiły, tak mnie boli głowa!” Potem zapytał się Franciszek:
– „Nie chcesz ofiarować tego bólu za grzeszników?” Biedne dziecko ścisnęło głowę rączkami i odpowiedziało:
– „Tak, chcę. Niech śpiewają i rechoczą”.
Kiedyśmy po pewnym czasie zostali aresztowani, najbardziej cierpiała Hiacynta wskutek nieobecności rodziców. Ze łzami spływającymi po policzkach mówiła:
– „Ani twoi, ani moi rodzice nie przyszli nas odwiedzić. Nie dbają więcej o nas”.
– „Nie płacz – powiedział jej Franciszek.
– Ofiarujemy to Jezusowi za grzeszników”.
I podniósłszy oczy i rączki do nieba, począł mówić modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości ku Tobie i za nawrócenie grzeszników”. A Hiacynta dodała:
– „Również i za Ojca Świętego i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Kiedy po rozdzieleniu znowu umieścili nas we wspólnej celi więziennej, mówiła, że wkrótce po nas przyjdą i zaczną nas smażyć. Hiacynta zbliżyła się do okna, które wychodziło na targowisko z bydłem. Sądziłam początkowo, że chciała rozerwać się widokiem, ale wkrótce przekonałam się, że płakała. Przyprowadziłam ją do siebie i zapytałam, dlaczego płacze.
– „Dlatego, że umrzemy nie zobaczywszy ani naszych tatusiów, ani naszych mam” – odpowiedziała i ze łzami spływającymi jej po policzkach dodała:
– Chciałabym przynajmniej zobaczyć moją mamę!”
– „A więc nie chcesz złożyć tej ofiary za nawrócenie grzeszników?”
– „Chcę, chcę!” Ze łzami w oczach, wzniosła ręce i oczy do nieba i odmówiła modlitwę ofiarowania:
– „O mój Jezu, z miłości do Ciebie, za nawrócenie grzeszników, za Ojca Świętego, i jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Postanowiliśmy zatem odmówić nasz różaniec. Hiacynta zdjęła medalik, który miała na szyi, poprosiła jednego z więźniów, aby go powiesił na gwoździu na ścianie. Uklękliśmy przed tym medalikiem i zaczęliśmy się modlić. Więźniowie modlili się wspólnie z nami, jeżeli w ogóle umieli się modlić; w każdym razie klęczeli. Po skończeniu różańca Hiacynta powróciła do okna i płakała.
– „Hiacynto, nie chcesz złożyć tej ofiary Panu Jezusowi?”
– zapytałam ją.
– „Chcę, ale myślę o mojej mamie i płaczę mimo woli”.
Ponieważ Najświętsza Panna powiedziała nam, abyśmy składali również nasze modlitwy i umartwienia za grzechy popełnione przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi, postanowiliśmy, że każdy z nas wybierze inną intencję. Jeden za grzeszników, drugi za Ojca Świętego, a trzeci jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Jak tylko zrobiliśmy to postanowienie, zapytałam Hiacyntę, jaką intencję chciałaby sobie wybrać?
– „Ja ofiaruję na wszystkie intencje, bo wszystkie mi się podobają”.
Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów:
– „Słuchajcie! To boli! moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”.
Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco:
– „Nie! Chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła. Czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas: – „Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!” Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę."
Może wystarczy tych cytatów. Pomyślmy o tych malutkich przecież dzieciach. To nie było symboliczne odmówienie sobie loda, czy cukierka przez rozpieszczane dziecko. Te dzieci już i tak miały trudne życie, pracując od najmłodszych lat, pasąc owce i pomagając rodzicom w gospodarstwie. A ofiary, które dobrowolnie na siebie przyjęły są wręcz niesamowite. Trudno uwierzyć, a jednak… Ale jeżeli to właśnie było tym, czego oczekiwała od nich Błogosławiona Dziewica Maryja, to jaką my z tego powinniśmy wyciągnąć lekcję? Jeżeli te małe dzieci mogły tak wiele dać, to czy dwa dni o chlebie i wodzie to jest naprawdę taka wielka ofiara? Czy godzina modlitwy to aż tak dużo?
Na zakończenie parę fragmentów homilii, jaką wygłosił Jan Paweł II w czasie Mszy beatyfikacyjnej Hiacynty i Franciszka Marto w Fatimie w dniu 13 Maja 2000 roku:
«ŚWIATŁO, KTÓRE PŁONIE, ALE NIE PALI»
Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11,25). Tymi słowami, drodzy bracia i siostry, Jezus wielbi Ojca Niebieskiego za Jego plany. On wie, że nikt nie może przyjść do Niego, jeżeli nie pociągnie go Ojciec (por. J 6,44), dlatego wysławia Jego plan i po synowsku go przyjmuje: „Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Mt 11,36). Spodobało się Tobie otworzyć Królestwo dla maluczkich. Zgodnie z Bożym planem przybyła z Nieba na tę ziemię w poszukiwaniu prostaczków uprzywilejowanych przez Ojca „Niewiasta obleczona w słońce” (Ap 12,1), Przemawia do nich głosem i sercem matki: zaprasza ich, aby ofiarowały się jako ofiary przebłagania, zapewniając o swojej gotowości zaprowadzenia ich bezpiecznie do Boga. I oto widzą oni jak z Jej matczynych rąk wypływa światło, które przenika ich wnętrze, tak iż czują się zanurzeni w Bogu jak ktoś, kto – według ich wyjaśnień – przegląda się w lustrze.
Błogosławionego Franciszka najbardziej zadziwiał i przejmował Bóg w tym niezmiernym świetle, które przenikało wnętrze ich trojga. Lecz Jemu Bóg dał się poznać jako „bardzo smutny”…
Tak to powiedział. Pewnej nocy ojciec usłyszał go, jak szlochał, i zapytał go, dlaczego płacze; syn odpowiedział: „Pomyślałem o Jezusie, który jest tak smutny z powodu grzechów popełnianych przeciw Niemu”. Kieruje się on w życiu jedynym pragnieniem – tak sugestywnym w sposobie myślenia dzieci – ażeby „pocieszyć i przynieść radość Jezusowi”. W jego życiu dokonuje się przemiana, którą można nazwać radykalną; przemiana z pewnością nie pospolita wśród dzieci w jego wieku. Oddaje się intensywnemu życiu duchowemu, które wyraża się w wytrwałej i żarliwej modlitwie, dochodząc do prawdziwej formy mistycznego zjednoczenia z Panem. To właśnie pobudza go do stopniowego oczyszczenia ducha poprzez tyle rezygnacji z tego, co lubi, a nawet z niewinnych dziecięcych zabaw. Franciszek znosił wielkie cierpienia spowodowane chorobą, na skutek której potem umarł, nigdy się nie skarżąc. W tym maluczkim wielkie było pragnienie wynagrodzenia Bogu za obrazę ze strony grzeszników przez ofiarowanie w tym celu wysiłku, by być dobrym, własnych ofiar i modlitwy.
Także Hiacynta, siostra prawie 2 lata od niego młodsza, żyła kierując się tymi samymi uczuciami.
Orędzie Fatimy jest wezwaniem do nawrócenia, apelującym do ludzkości, aby nie była w służbie „Smoka”, którego „ogon zmiata trzecią część gwiazd nieba: rzucił je na ziemię” (Ap 12,4). Ostatecznym celem człowieka jest Niebo, jego prawdziwy dom, gdzie Ojciec niebieski w swej miłosiernej miłości oczekuje wszystkich. Bóg chce, ażeby nikt się nie zgubił; dlatego dwa tysiące lat temu zesłał na ziemię Swego Syna, aby „szukał i zbawił to, co zginęło” (Łk 19,10). On zbawił nas przez Swoją śmierć na krzyżu; niech ten Krzyż nie będzie dla nikogo daremny. Jezus umarł i zmartwychwstał, aby być „pierworodnym między wielu braćmi” (Rz 8,29). W swej macierzyńskiej trosce Najświętsza Panna przybyła tutaj, do Fatimy, prosić ludzi, żeby „nie obrażali już nigdy Boga, Naszego Pana, który tak bardzo jest obrażany”. Do mówienia skłania Ją ból matki; chodzi o los Jej dzieci. Dlatego prosi pastuszków: „Módlcie się, módlcie się wiele i składajcie ofiary za grzeszników; tyle dusz kończy w piekle, gdyż nikt za nie się nie modli i nie składa ofiar”.
Mała Hiacynta podzielała i przeżywała to zatroskanie Naszej Pani, oddając się bohatersko jako ofiara za grzeszników. Pewnego dnia, kiedy ona i Franciszek zarazili się chorobą, która przykuła ich do łóżka, odwiedziła ich w domu Najświętsza Panna, jak opowiada Hiacynta: „Odwiedziła nas Nasza Pani i powiedziała, że wkrótce przybędzie, żeby zabrać Franciszka do nieba. Zapytała mnie, czy ja chcę nawrócić jeszcze więcej grzeszników. Odpowiedziałam Jej, że tak”. Kiedy zaś zbliża się chwila odejścia Franciszka, dziewczynka poleca mu: „Pozdrów ode mnie bardzo Naszego Pana i Naszą Panią i powiedz im, że jestem gotowa znosić wszystko, czego zechcą, aby nawrócić grzeszników”. Hiacynta została tak wstrząśnięta wizją piekła, którą miała w objawieniu lipcowym, że wszystkie umartwienia i pokuty za zbawienie grzeszników wydawały się jej małą rzeczą. Hiacynta mogłaby równie dobrze zawołać za św. Pawłem: „Raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24).
Niechaj te światła jaśnieją na drodze tej olbrzymiej rzeszy pielgrzymów i tych, którzy nam towarzyszą przez radio i telewizję. Niechaj Franciszek i Hiacynta będą przyjaznym światłem, które oświeci całą Portugalię, a zwłaszcza tę diecezję Leirii-Fatimy. (…) Ostatnie słowo kieruję do dzieci: Drodzy chłopcy i dziewczęta, widzę, że tylu z was ma na sobie podobne ubiory, jakie nosili Franciszek i Hiacynta. Bardzo wam pasują! Szkoda, że dzisiejszego wieczora albo może jutro zdejmiecie te ubiory i… pastuszkowie znikną. Czy wam się nie zdaje, że nie powinni zniknąć?
Matka Boża potrzebuje was wszystkich, aby pocieszyć Jezusa, który jest smutny z powodu krzywd, które Mu się wyrządza. Ona potrzebuje waszych modlitw i ofiar za grzeszników.
Pewna kobieta, która przyjęta Hiacyntę w Lizbonie, słuchając tak pięknych i mądrych rad, których jej dziewczynka udzieliła, zapytała, od kogo tego się nauczyła. „Od Matki Bożej” – odpowiedziała. Pozwalając wielkodusznie prowadzić się tak dobrej Nauczycielce, Hiacynta i Franciszek w krótkim czasie osiągnęli szczyty doskonałości. „Wysławiam Cię, Ojcze, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Wysławiam Cię, Ojcze, za wszystkich Twoich maluczkich, poczynając od Dziewicy Maryi, pokornej Twojej Służebnicy, aż do pastuszków Franciszka i Hiacynty.
Orędzie ich życia niechaj pozostanie zawsze żywe i rozświetla drogę ludzkości!
Odsłon: 941 Komentarzy: 16
Wednesday,02 November 2011,05:13
Kategoria: Akcja Wednesday, 02 November 2011, 05:13
Błogosławieni Hiacynta i Franciszek Marto byli młodszymi dziećmi, którym, wraz z Łucją, objawiła się Najświętsza Maryja Panna w Fatimie. Skutkiem tego przeżycia mały, dziewięcioletni Franciszek i jego młodsza, siedmioletnia siostra drastycznie i radykalnie odmienili swoje życie. Stało się ono życiem modlitwy i wyrzeczeń: Postów, pokuty i wspomagania potrzebujących.
Wokół nas toczy się bitwa o dusze. Cywilizacja chrześcijańska w Europie i Ameryce przechodzi potężny kryzys. Kraje kiedyś chrześcijańskie dziś wstydzą się swych korzeni, a ich mieszkańcy odeszli zupełnie od wiary swych ojców. Ci natomiast, którzy pozostali wierni religii swych przodków nie rozumieją, mam wrażenie, czym ona w istocie jest. Szukają rozwiązań politycznych i prawnych tam, gdzie trzeba nawrócenia i odmiany serc. Biorą skutki za przyczyny i leczą objawy nie docierając do źródeł choroby.
Żaden człowiek nie może odmienić innej osoby. Może służyć przykładem, może się za inną osobę modlić, może ją do czegoś zmusić siłą, ale nie może odmienić jej serca. Każdy z nas jedynie może odmienić swe własne serce. I to, paradoksalnie, jest najpewniejszy i jedynie możliwy sposób, by odmienić świat.
Czym jest, czy raczej czym ma być Wspólnota Marto? Ma to być nieformalna grupa wiernych, którzy chcieliby swym życiem naśladować błogosławionych Franciszka i Hiacyntę Marto. Wspólnota ludzi gotowych na pewien radykalizm, choć sam „radykalizm” nie byłby jakoś obiektywnie określony. Chodzi po prostu o „odrobinę więcej miłości”.
Czytając wspomnienia siostry Łucji o swych młodszych kuzynach widzimy dzieci gotowe na niezwykłe poświęcenia. Dzieci gotowe na post i umartwienia, na ofiarowanie Bogu wszystkich cierpień, tych danych im od Boga i tych, które dobrowolnie same sobie zadają. Dzieci, które choć same wręcz będące nędzarzami według naszych dzisiejszych standardów rozdają innym wszystko, co mają. Widzimy dzieci, które poświęcają się modlitwie. Wszystko po to, by zadośćuczynić Bogu za wszystkie grzechy i wyprosić łaski nawrócenia grzeszników.
Czy moglibyśmy ten przykład dziś naśladować? Czy to, co było aktualne niemal sto lat temu w jakiś sposób się zdezaktualizowało? Ja osobiście nie sądzę. Wręcz przeciwnie: Jestem przekonany, że właśnie dziś jest najwyższy czas, by spróbować naśladowania dzieci z Fatimy. Dziś jest to ważniejsze, niż było kiedykolwiek w historii.
Dlatego Wspólnota Marto. Dlatego jej mglista na razie idea. Nie wiem, co z niej wyniknie. Nie wiem, czy nie pozostanę jej jedynym członkiem. Chciałbym, by nas było wielu. By były nas miliony. Ale to już nie zależy ode mnie. Ja mogę tylko podjąć decyzję za siebie.
Jakie są warunki przynależenia do wspólnoty? Decyzja odmiany swego życia. Decyzja pozostania „szaleńcem bożym”, radykałem, który zobowiąże się do życia postu, pokuty, modlitwy i miłosierdzia.
-
Post i pokuta.
Tutaj każdy musi sam podjąć decyzję. Pewnym ideałem, czy wzorcem byłby post o wodzie i chlebie w środy i piątki. Zdaję sobie jednak sprawę, że to może być zbyt radykalne dla wielu osób. Zwłaszcza dla tych początkujących. To musi być pewna droga, a każda droga zaczyna się od pierwszego kroku. Ten może być całkiem malutki, ważne jednak by po nim następowały kolejne.
Ja zaczynałem swoje posty od piątkowej głodówki w intencji mojej umierającej córeczki. Victoria skończyła niedawno 21 lat, więc moja droga tutaj ma właśnie tyle. Nic dziwnego zatem, że zrobiłem jakiś postęp. I dlatego nie mnie oceniać tych, dla których radykalizm polega na odmówieniu sobie kawałka czekolady, czy filiżanki kawy. Ale Bóg widzi nasze serca i On wie, że dla wielu ta filiżanka kawy oddana Mu w ofierze jest rzeczywiście wielką ofiarą.
I są jeszcze osoby cierpiące. Te niech po prostu ofiarują Bogu swe cierpienia i choroby. Niech to robią z radością w sercach wiedząc, że cierpienie jest wielkim skarbem. Skarbem, którego większość z nas pozbyłaby się chętnie, ale skoro go nam już dał dobry Bóg, zróbmy z niego pożytek.
„Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.” (Kol 1,24)
-
Jałmużna.
Tu znowu bardzo trudno określić jakieś „minimum radykalizmu”, ale niewątpliwie można przyjąć, że to, co zaoszczędzimy na poście, oddajemy Bogu. Gdy ktoś zrezygnuje ze słodyczy, gdy ktoś dwa razy w tygodniu będzie jadł tylko chleb, to ma to konkretny wymiar materialnych oszczędności. Post nie ma być drogą poprawy naszej sytuacji materialnej. Ofiarujmy Bogu także to, co zyskamy w wymiarze finansowym. Oczywiście gdy ktoś pragnie ofiarować więcej, nie widzę powodu dla którego miałby tego nie czynić.
„Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg.” (2 Kor 9,7)
-
Modlitwa.
Nam wszystkim wydaje się, że się modlimy. Jednak, obawiam się, wielu ludzi zdziwiłoby się bardzo, gdyby ktoś zmierzył faktyczny czas, jaki spędzają każdego dnia na kolanach na rozmowie z Bogiem. Nie wiem, czy 10 minut nie okazałoby się tutaj przesadnie optymistycznym przybliżeniem. A jednak każdy z nas może znaleźć tę godzinkę w czasie dnia na modlitwę. Nie musi to przecież być czas, gdy całkowicie poświęcamy się Bogu, choć z pewnością byłoby to idealne rozwiązanie. Najlepiej przed Tabernakulum, u stóp Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie.
Ale przecież można też odmawiać różaniec jadąc samochodem, czy tramwajem, można modlić się tuląc do snu dziecko w ramionach, można modlić się kosząc trawę i czekając w kolejce do kasy w supermarkecie. Czasami jest to tylko decyzja wyłączenia radia w samochodzie, odłożenia gazety, wyłączenia telewizora. Doba ma 24 godziny i nawet, gdy poświęcimy na sen te 7, czy 8 godzin, gdy kolejne osiem pracujemy, to ciągle pozostaje tyle czasu, że z pewnością godzinę można poświęcić Bogu.
Chodzi po prostu o to, by Bóg stał się dla nas najważniejszy. Dla nas, dla każdego z nas. Tu nie chodzi o zmienianie innych, nie chodzi o polityczne rozwiązania, nie chodzi o pouczanie innych i „ustawianie” ich w jakiś sposób. Nie chodzi o pełne sarkazmu komentarze w Internecie, o ocenianie braci, o krytykowanie władz cywilnych i ludzi Kościoła. Chodzi o pracę nad samym sobą. Chodzi o odnowę swojego serca.
Dlaczego zatem wspólnota? Nie można tego zrobić samemu? Można. Ale we wspólnocie łatwiej. Można się wspomagać. Radą, modlitwą, doświadczeniami. Podawać rękę upadającym, zachęcać wątpiących, upominać błądzących. Można też będzie skorzystać z opieki kierownika duchowego, jeżeli Bóg wspólnocie kiedyś takiego da.
Pamiętajmy też, że choć zmienić możemy tylko siebie i to praca nad własnymi słabościami jest tu najważniejsza, to intencje nasze muszą wychodzić na zewnątrz. Te ofiary, poświęcenia, modlitwy i jałmużny muszą służyć Kościołowi i całej ludzkości. Jakie zatem miałyby być nasze intencje? Każdy z nas może je sam wybrać, ale ja podam te, które są bliskie mojemu sercu.
-
Kościół.
Szeroko rozumiany Kościół, a więc papież i Jego intencje, modlitwy za biskupów i za naszych kapłanów. Tak wielu katolików krytykuje Kościół, tak mało się za Niego modli. Tymczasem nie naszą sprawą jest ocenianie naszego biskupa, czy proboszcza naszej parafii. Naszą sprawą jest wspomóc ich modlitwą, bo szatan ze szczególną zaciekłością ich atakuje.
-
Rodzina.
Drugą instytucją atakowaną dziś szczególnie mocno przez złego jest rodzina. Rodzina jest nie tylko tą cegiełką naszej społeczności, nie tylko jest domowym Kościołem, ale jest obrazem samego Boga. To właśnie rodzina najlepiej ilustruje dogmat Trójcy Świętej. To w rodzinie widać dającą życie miłość, będącą odbiciem Trójcy Świętej, która jest Życiem i Miłością. W dzisiejszych czasach kryzysu rodzin, czasach rozwodów, nieodpowiedzialnych mężczyzn, którzy mentalnie pozostają dziećmi mimo siwiejących włosów, goniących jedynie za rozrywkami, w czasach, gdy sama definicja rodziny jest podważana, jest niezwykle ważne, by ofiarować swe ofiary, posty i modlitwy za uratowanie tradycyjnej, mocnej, otwartej na życie i świętej rodziny.
-
Życie.
Mówiąc o życiu, ono samo jest dziś atakowane z każdej strony. Wartość człowieka została zredukowana do jego użyteczności. Zatem osoby chore i stare stają się przeszkodami, które należy usunąć. Podobnie dzieci stają się przeszkodą na drodze do szczęścia, którego synonimem jest dziś piękne mieszkanie, ładny samochód i wakacje w atrakcyjnym kurorcie. Nie wspominając już o rozwiązłości seksualnej, której rezultatem bywa nieoczekiwana ciąża, a jedynym „rozwiązaniem problemu” jaki potrafią znaleźć dziś niektórzy staje się zabicie nienarodzonego dziecka. Ofiarujmy zatem nasze posty i cierpienia w intencji zwycięstwa cywilizacji życia.
-
Rozwiązłość seksualna.
Zamach na rodzinę, cywilizacja śmierci, rozwiązłość seksualna, wszechogarniające nas wyobrażenia, które jeszcze pół wieku temu każdy nazwałby pornografią, a dziś nie robią wrażenia na kilkuletnich dzieciach powodują także wiele konsekwencji, o których pisał już papież Paweł VI w swej encyklice Humanae Vitae. Kobieta została zredukowana do podmiotu zachcianek mężczyzn, sam akt seksualny stał się formą rekreacji, a sumienia i zmysły atakowane i zagłuszane otaczającymi nas zewsząd wyobrażeniami przesuwają coraz dalej granicę tego, co uważamy za dopuszczalne i niewinne. Jak żaba wsadzona do podgrzewanej wody gotujemy się nawet nie wiedząc, że umieramy. Ofiarujmy nasze poświęcenia w intencji czystości i o nawrócenie tych, którzy się zmagają z nieczystością i pornografią.
-
Grzesznicy.
Ja jestem pewien tylko tego, że ja jestem grzesznikiem. Nie jest moim celem ocenianie innych. Jednak wiemy z samej obserwacji otaczającego nas świata, że to raczej świętych niż grzeszników dziś trudno znaleźć. Musimy jednak pamiętać, że każdy z nich jest naszym bratem. Żaden z nich nie jest naszym wrogiem. To są ofiary, pacjenci wymagający leczenia. Pamiętajmy, co powiedziała Maryja dzieciom w Fatimie: „Ileż dusz idzie każdego dnia do piekła, ponieważ nie ma nikogo, kto by się modlił i poświęcał dla ich zbawienia.” Łucja, Franciszek i Hiacynta odpowiedzieli na to wezwanie. Naśladujmy ich w tym.
-
Ojczyzna.
Zanim dzieciom w Fatimie ukazała się Maryja, miały widzenie Anioła, który powiedział:
– „Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Serce Jezusa i Maryi chce przez was okazać światu wiele miłosierdzia. Ofiarujcie bezustannie Największemu modlitwy i umartwienia”.
– „Jak mamy się umartwiać?” – zapytałam.
– „Z wszystkiego, co tylko możecie, zróbcie ofiarę jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi On jest obrażany i dla uproszenia nawrócenia grzeszników. W ten sposób ściągniecie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście z poddaniem cierpienia, które wam Bóg ześle”.
Myślę, że to jest doskonała wskazówka także dla nas. Także dla tych, którym się wydaje, że jeżeli tylko po następnych wyborach inna koalicja przejmie władzę, to wszystko nagle będzie dobrze. Ale to nie w politycznych wyborach należy szukać ratunku. Recepta Anioła Stróża Portugalii jest tu znacznie skuteczniejsza.
I żeby nie było wątpliwości powiem, że uważam, że nie należy zapominać o politycznych rozwiązaniach. To nie tylko jest coś, co nam wolno robić, ale wręcz uważam, że jest to nas, chrześcijan, obowiązek. Co najmniej udział w wyborach, ale także uczestnictwo w aktywnym życiu politycznym. Ale to musi być konsekwencja pewnej odmiany naszego życia, a nie cel. Nie polityka, ale Jezus musi stać się centrum naszego życia.
-
Umocnienie w wierze.
I na koniec ostrzeżenie. Każdy, kto podejmie decyzję oddania swego życia Jezusowi musi liczyć się z tym, że spotkają go trudności, przeszkody, cierpienia i lęki. Chrześcijaństwo nie jest dla mięczaków, ani dla tych, co mają zajęcze serca. Dlatego pamiętajmy o nas samych i o naszych braciach we Wspólnocie. Umacniajmy się w wierze i prośmy Boga o łaskę wiary. Nikt z nas nie jest gigantem i nikt z nas nie ustoi sam. Nie wtedy, gdy się poczuje mocny i zaufa sam sobie. Szatan potrafi zwieść najmądrzejszych i najświętszych z nas wszystkich. Pycha, to źródło każdego innego grzechu, obecna jest w jakiejś formie w sercu każdego z nas. A gdy ktoś myśli inaczej, zwodzi samego siebie. Nie ufajmy zatem sobie, zaufajmy jedynie Jezusowi.
Wspólnota Marto. Jeszcze nie istnieje. To jedynie wizja. Zostało dziewięć dni do 20 lutego, kiedy to Kościół obchodzi wspomnienie błogosławionych dzieci Hiacynty i Franciszka. Pomódlcie się w intencji tej Wspólnoty i przyłączcie się, proszę. Z czasem będziemy mieć stronę w Internecie i kto wie, co jeszcze. Jeżeli będzie taka wola Boga. Ale niezależnie od tego, czy ta wspólnota przetrwa próbę czasu, czy za miesiąc nikt o niej nie będzie pamiętał, każdy z nas może naśladować błogosławione dzieci. Z pewnością będzie to Bogu miłe i z pewnością może to odmienić losy świata.
Odsłon: 1252 Komentarzy: 26
Wednesday,02 February 2011,01:11
Kategoria: Kościół Wednesday, 02 February 2011, 01:11
Prorok Jeremiasz:
Dlatego to mówi Pan Zastępów: Ponieważ nie usłuchaliście moich słów, oto poślę, by przyprowadzić wszystkie pokolenia północy – wyrocznia Pana – i Nabuchodnozora, króla Babilonu, mojego sługę. Sprowadzę ich przeciw temu krajowi, przeciw jego mieszkańcom i przeciw wszystkim narodom dokoła. Wypełnię na nich klątwę, uczynię z przedmiot grozy, pośmiewisko i wieczną ruinę. Sprawię, że ustanie wśród nich głos wesela, głos radości, głos oblubieńca i głos oblubienicy, terkot żaren i światło lampy. Cały ten kraj zostanie spustoszony i opuszczony, a narody będą służyć królowi babilońskiemu przez siedemdziesiąt lat. (Jr 25, 8-11)
Wypełnienie słów Jeremiasza, rok 586 Przed Chrystusem:
Spalili też Chaldejczycy świątynię Bożą i zburzyli mury Jerozolimy, wszystkie jej pałace spalili ogniem i wzięli się do niszczenia wszystkich kosztownych sprzętów. Ocalałą spod miecza resztę król uprowadził do Babilonu i stali się niewolnikami jego i jego synów, aż do nadejścia panowania perskiego. I tak się spełniło słowo Pańskie, wypowiedziane przez usta Jeremiasza: Dokąd kraj nie wywiąże się ze swych szabatów, będzie leżał odłogiem przez cały czas swego zniszczenia, to jest przez siedemdziesiąt lat. ( 2 Krn 36:19-21 )
70 lat później.
Powrót z wygnania, ale… nie do końca. Powrót fizyczny, ale duchowe wygnanie trwa kolejne "siedemdziesiąt tygodni lat". Rok ok. 500 Przed Chrystusem, słowa skierowane do proroka Daniela, przez archanioła Gabriela:
Gdy jeszcze mówiłem i modliłem się, wyznając grzechy swoje, swojego narodu, Izraela, i składając przed Panem, Bogiem moim, swe błagania za świętą górę mojego Boga, gdy więc jeszcze wymawiałem słowa modlitwy, mąż Gabriel, którego spostrzegłem przedtem, przybył do mnie lecąc pospiesznie około czasu wieczornej ofiary. Przybył, rozmawiał ze mną i powiedział: Danielu, wyszedłem teraz, by ci dać całkowite zrozumienie. […] Ustalono siedemdziesiąt tygodni nad twoim narodem i twoim świętym miastem, by położyć kres nieprawości, grzech obłożyć pieczęcią i odpokutować występek, a wprowadzić wieczną sprawiedliwość, przypieczętować widzenie i proroka i namaścić to, co najświętsze. (Dn 9, 20-22, 24)
70 "tygodni lat" później.
Mija siedemdziesiąt tygodni lat, dochodzimy do czasów Jezusa. Wszyscy Żydzi są podekscytowani, oczekują zapowiedzianego Pomazańca. Wierzą, że poprowadzi on naród do powstania i do przejęcia władzy nad ich okupowaną Ojczyzną. Co chwilę pojawia się jakiś samozwańczy mesjasz i pociąga za sobą tłumy do walki z Rzymianami. I w tym czasie rodzi się też Dzieciątko w rodzinie ubogiego cieśli, pochodzącego z rodu Dawida. W związku z tym faktem mamy zadziwiającą zbieżność niektórych liczb.
Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. […] Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. (Łk 1:11-12,19)
Archanioł Gabriel powraca na Ziemię po siedemdziesięciu tygodniach lat, ale… Jest niezwykle ciekawy i zdumiewający fakt, że od ponownego przyjścia Gabriela do Ofiarowania minęło dokładnie 70 tygodni. Miesiąc w kalendarzu żydowskim zawsze miał 30 dni. Od odwiedzin u Zachariasza do poczęcia Jezusa minęło 6 miesięcy, a więc dni 180, potem do narodzin Jezusa 270 i do Ofiarowania 40. Razem dokładnie 490 dni, siedemdziesiąt tygodni.
Gdy się rozważa to wszystko, te pokłady i głębie biblijnych proroctw, zdumiewa bogactwo Biblii. Jestem tu daleki od stwierdzenia, że wszystko w proroctwie Daniela rozumiem. Wręcz przeciwnie, nie rozumiem z niego niemal nic. Ale te zależności, które udało się mi odkryć są dla mnie wystarczająco zdumiewające, by mieć o czym myśleć np. podczas rozważania Czwartej Tajemnicy Radosnej Różańca.
33 dla oczyszczenia krwi.
Według Prawa Mojżeszowego matka, która urodziła chłopca, była uważana za “nieczystą” przez siedem dni. Co więcej, musiała pozostać dodatkowo przez trzydzieści trzy dni „we krwi swego oczyszczenia”.Po tym okresie miała “przynieść do Świątyni baranka dla ofiarowania go w ofierze całopalnej:
"Jeżeli kobieta zaszła w ciążę i urodziła chłopca, pozostanie przez siedem dni nieczysta, tak samo jak podczas stanu nieczystości spowodowanego przez miesięczne krwawienie. […] Potem ona pozostanie przez trzydzieści trzy dni dla oczyszczenia krwi. […] Kiedy zaś skończą się dni jej oczyszczenia po urodzeniu syna lub córki, przyniesie kapłanowi, przed wejście do Namiotu Spotkania, jednorocznego baranka na ofiarę całopalną i młodego gołębia lub synogarlicę na ofiarę przebłagalną.[…] Jeżeli zaś ona jest zbyt uboga, aby przynieść baranka, to przyniesie dwie synogarlice albo dwa młode gołębie, jednego na ofiarę całopalną i jednego na ofiarę przebłagalną. W ten sposób kapłan dokona przebłagania za nią, i będzie oczyszczona". (Kpł 12, 2b,4, 6, 8)
Ofiarując swego Syna w Świątyni, siedemdziesiąt tygodni po pierwszej wizycie Gabriela od czasów proroka Daniela, Maryja usłyszała słowa Symeona:
Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu.(Łk 2:34-35)
Żadna matka nie zapomina takich słów. Przez trzydzieści trzy lata Maryja rozważała te słowa w swym sercu. Przez trzydzieści trzy lata pozostawała „we krwi swego oczyszczenia”, aż pod Krzyżem ofiarowała Baranka, ofiarowała swego Syna Bogu Ojcu raz jeszcze, za nasze grzechy.
Ofiara ubogich
Maryja była ubogą dziewczyną. Złożyła ofiarę z dwóch gołębic, bo Jej nie było stać na ofiarowanie baranka i synogarlicy. Ale Maryja była też najbogatszą ze wszystkich ludzi. Jedyną osobą, jedynym człowiekiem, który jest nie tylko dzieckiem Bożym, ale też Oblubienicą i Matką Boga. I to nie w przenośnym sensie, Ona jest Nią rzeczywiście.
33 lata po przeminięciu dni oczyszczenia ofiarowała Ona Baranka bez skazy. Prawdziwie królewski dar.
Błogosławieni ubodzy…
Odsłon: 1022 Komentarzy: 19
1