Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Wiosenne sprzątanie

Kategoria: Religia Monday, 28 March 2011, 09:27

Nadszedł czas na przedświąteczne, wiosenne porządki , uzbrojony w mop, zestaw szmatek i wiadro gorącej wody wyruszam do wielkiego sprzątania…

Pracy jest co niemiara ale przecież tak wypada ! Zacznę od okien, czyste szyby wpuszczą więcej światła, które ujawni niewidoczne dotąd pokładu kurzu ! Odsunięte meble pozwolą dotrzeć do wszystkich zakamarków i kątów . Gdy się z tym uporam wybiorę się do piwnicy tam, głęboko schowane przed ciekawskimi gośćmi, zbierały się zupełnie niepotrzebne graty. Gdy skończę będę zmęczony ale szczęśliwy a przed domem będzie stało kilka worków nikomu niepotrzebnych śmieci. Dobrze się ich pozbyć, teraz widzę ile cennego miejsca mi zabierały.

Nadszedł czas na przedświąteczne, wiosenne porządki. Pracy jest co nie miara ale tak trzeba a nie tylko wypada. Wyruszam więc do wielkiego sprzątania…mojego serca

 

A Ty??

Odsłon: 112 Komentarzy: 1


Bóg, fryzjerzy i obiecanki cacanki

Kategoria: Religia Sunday, 03 April 2011, 08:33

Nie będzie chyba odkryciem jeśli napisze że świat wokół nas żyje całkiem innymi ideałami niż  te które są naprawdę ważne dla człowieka w Bożym planie zbawienia. Wystarczy włączyć telewizje, internet, przeczytać kilka gazet i bardzo szybko wyłoni się nam obraz świata dla szczęśliwych , bogatych zdrowych młodych ludzi. W takim świecie Bóg nie jest potrzebny bo i do czego przecież wszystko jest ok. Dla wielu Bóg to opium dla ludu, nadzieja głupich, bajeczki dla małych dzieci i za przeproszeniem starych Bab. Sytuacja zmienia się diametralnie gdy kogoś osobiście dotyka jakieś konkretne doświadczenie lub cierpienie. Wtedy pojawia się bardzo wiele pytań, wtedy też człowiek przypomina sobie o Bogu, zaczyna go gorączkowo szukać i prosić o pomoc i ratunek w myśl zasady „jak trwoga to do Boga”. Czasami sytuacje takie doprowadzają do wspaniałych głębokich nawróceń, zazwyczaj jednak osoba taka wcale nie zbliża się  specjalnie do Boga, ale na domiar złego zaczyna tego Boga oskarżać o bierność, okrucieństwo a bywa i tak że całkiem traci wiarę.

Słyszałem kiedyś zabawną historię:

…Pewien Chrześcijanin mieszkający w Nowym Jorku już po ataku na WTC poszedł, któregoś dnia do fryzjera. Gdy przyszła jego kolej rozsiadł się wygodnie z fotelu by po chwili uciąć sobie przyjemną pogawędkę z miłym fryzjerem. Rozmowa toczyła się wokół różnych spraw aż w pewnym momencie fryzjer sam od siebie zaczął mówić o Bogu mówiąc że on już w niego nie wierzy. Zaskoczony chrześcijanin pyta się go dlaczego tak sądzi? Dlatego że gdyby Bóg był to na pewno nie pozwolił by na tyle zła i cierpienia, nie pozwolił by na te ataki w naszym mieście. Chrześcijanin słuchał i choć miał całkiem inne zdanie nie chciał przy innych klientach wchodzić w dyskusje z tym człowiekiem. Poczekał więc aż zostanie podstrzyżony, podziękował i wyszedł z zakładu. Po przejściu paru kroków zobaczył na ulicy bezdomnego z długimi brudnymi włosami, nieogolonego zapewne od wielu tygodni. Gdy na niego popatrzył od razu wiedział że ma wrócić do swojego fryzjera. Wszedł do zakładu i już od progu mówi:

- Wie pan co? Fryzjerzy nie istnieją!

- Bzdury pan opowiada. Jestem fryzjerem i istnieję. Dopiero co pana ostrzygłem…

- Nie! Fryzjerów nie ma! Gdyby byli, nie byłoby facetów z długimi włosami i nie przyciętymi brodami, jak ten na ulicy.

- Ależ skąd, fryzjerzy istnieją, a tak się zdarza, gdy ludzie do nich nie przychodzą.

- Właśnie o to chodzi – widzi Pan tak samo jest z Panem Bogiem, On jest tylko ludzie nie chcą do niego przychodzić, dlatego jest tyle zła na świecie, tyle niesprawiedliwości i cierpienia…

 

W tej historii jest dużo prawdy. Bóg istnieje, choć go nie widzimy. Można ten fakt porównać do powietrza, którego też nie widzimy a nim jednak oddychamy. Ciekawie fakt wszechobecności Boga opisał Autor Dziejów Apostolskich pisząc

 

„Bo w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”

 

Bóg jest, to on stworzył niebo i ziemie to on kocha każdego z nas miłością odwieczną i bezgraniczną.

Bóg nie obiecywał dni bez bólu, radości, bez cierpienia, słońca bez deszczu. Obiecał siły na każdy dzień, pociechę wśród łez i pomoc w doświadczeniach i życie wieczne dla tych, którzy mu zaufają i wytrwają do końca.

 

Obiecanki cacanki powie jeden z drugim, po co mam się męczyć skoro można przyjemnie i miło przeżyć swoje życie. Ono jest za krótkie aby marnować je na radykalizm i codzienną wierność Bożym przykazaniom. A przecież Pan Jezus mówi:

 

"Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek,

choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł ?"

 

Znałem ludzi, którzy przez ryzykowne inwestycje, tracili wielkie sumy pieniędzy, słyszałem o tych, którzy wpadając w sidła hazardu musieli oddać wszystko co mieli ale mimo to  mogli zacząć jeszcze raz, mieli na to jeszcze czas. Czy mówiąc Panu Bogu nasze NIE jesteśmy pewni że będziemy mieli dość czasu na zmianę zdania?? Czy jesteśmy pewni że jak śpiewa znany zespół, za zakrętem nie czeka na nas przeznaczenie ?? Możemy stracić wszystko a mimo to dalej uważać się za największych bogaczy jeśli tylko będziemy mieli tą najważniejszą perłę – naszego Pana i zbawiciela Jezusa Chrystusa. Doskonale rozumiał to Św. Paweł, który woła do nas w dzisiejszym pierwszym czytaniu:

 

"Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim"

 

Tak więc weźmy udział w dobrych zawodach i postawmy na "dobrego konia" . Boże obietnice to nie obiecanki cacanki ale nasz bilet do wieczności. Nie bądź fryzjerem (frajerem) nie daj sobie odebrać swojej nagrody.

Odsłon: 555 Komentarzy: 6

Bóg kocha "Tradycjotów" ... i Czeszki

Kategoria: Religia Friday, 30 October 2009, 13:50

Bóg jest i działa w przeróżnych miejscach, działa w sposób racjonalny i poprzez cuda. Przyciaga do siebie zarówno ludzi nauki jak i tych mniej wykształconych. Bóg jest dobrych ojcem, który czeka z utęsknieniem zarówno na wierzącego jak i na tego, który w niego nie wierzy wcale. Bóg wbrew temu co sądzą niektórzy nie ocenia ludzi po pozorach, nie czepia się szczegułów z Bogiem można się "dogadać" i dogadać nie tylko po łacinie. Bóg pisze w swoim słowie "że związał się znami więzami i były to więzy miłosci" I to właśnie ta jego miłość jest tym ogromny magnesem, który przyciąga do Niego wszelkie zbłakane dusze. On chce abyśmy takze byli takimi magnesami, które będa przyciągać a nie odpychać ale aby to było wogóle możliwe trzeba odrzucić pokuse czynienia z rzeczy trzeciorzędnych rzeczy najważniejszych.

Bóg wzywa nas do bycia swoimi aniołami, wzywa nas do tego aby świat poznał Jego miłośc w naszej miłosci. Bóg ma w oczach dziecka twarz jego taty – mówi pewna mądra maksyma i myśle że można ją rozszerzyć i powiedzieć że Bóg ma w oczach świata twarz jego wyznawców. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Czy myślimy o tym gdy wyzywamy się od heretyków, gdy autorytarnie odmawiam komuś zbawienia, gdy skaczemy sobie do gardeł w walce o podniesienie do rangi dogmatów spraw od których nie zalezy nasze zbawienie?

W moim wczesniejszym wpisie dałem upust swojemu rozżaleniu i irytacji, napisałem wtedy że rezygnuje z dalszego pisania w tym miejscu, jednak jak zwykle  i tym razem zostałem pozytywnie zaskoczony wieloma głosami, które prosiły mnie abym tego nie robił, które mówiły że i mój głos jest potrzebny, dlatego też pamietając że tylko krowa nie zmienia poglądów zmieniam zdanie i nie będę się "obrażał"ale zostanę aby dawać świadectwo wielkiej Bożej miłosci, miłosierdzia i przebaczenia i temu że naprawde nie ma on względu na osobe i tak samo kocha "tradycjote" , "noemowca" czy "neokatechumeniste"

Postanawiam też nie angażowac się w czcze dyskusje i puste spory ale postanawiam robić swoje a dzisiaj żeby nie być gołosłownym zapraszam do przeczytania Świadectwa mojej znajomej Czeszki -Sarki, której historia jest niezbitym dowodem na Bożą miłość i na to że Królestwo Boże to coś więcej niż to w która stronę zwrócony jest kapłan!

 

Zapraszam do przeczytania tego świadectwa:

 

 

Po naszym ślubie przeglądałam co goście napisali na plakacie metrowej wielkości, który wisiał na ścianie podczas wesela. Między innymi był tam obrazek ludzików pod mostem i napis: „Biblia nie tylko dla dzieci”- narysowany przez moją koleżankę. Przypomniało mi to pewne wydarzenie z mojej przeszłości, które z perspektywy czasu wydaje mi się coraz bardziej znaczące.Dwa lata temu, razem z kilkoma znajomymi siedziałam pod mostem w środkowej Portugalii. Wypożyczyliśmy dwa auta i jeździliśmy nimi wzdłuż i wszerz Portugalii, surfowaliśmy, piliśmy wino a wieczorem zatrzymywaliśmy się tam gdzie akurat dojechaliśmy. Tym razem rozłożyliśmy śpiwory pod kamiennym mostem, otworzyliśmy tanie wino z supermarketu i jak każdego dnia rozmawialiśmy do późnej nocy. Tematem tego wieczoru była religia. Ci, którzy tam byli ze mną, dobrze pamiętają moje stanowisko. Moje antychrześcijańskie nastawienie, o ile pamiętam było aż irytujące. Wywiązała się burzliwa dyskusja a ja głosiłam rzeczy typu: „Biblia to tylko opowiastki spisane dla dzieci, chrześcijaństwo to podpora dla słabeuszy, dla głupich, łatwych do zmanipulowania ludzi” Czułam się wtedy Panią Świata, młoda, inteligentna, zdrowa, ze świetlaną przyszłością przed sobą, z trafnymi, niezachwialnymi argumentami.Rok później pojechałam do Brazylii i tam spotkałam Wojtka. Od początku wiedziałam, że jest wierzący i dziwiło mnie jak taki inteligentny i racjonalny chłopak może wierzyć takim nonsensom. A on nie tylko wierzył, w tym było coś więcej, on wiarą żył. Fascynowało mnie to i chciałam to zrozumieć.Zaraz po powrocie z Brazylii kupiłam sobie Biblię. Nie chciałam jednak w niej szukać Boga, ale znaleźć jak największą liczbę błędów. I świetnie mi to wychodziło! Byłam z siebie dumna odkrywając to wielkie kłamstwo o Jezusie. Wypisywałam sobie różne niespójności i żądałam od Wojtka wyjaśnień. A on nie znał odpowiedzi na wszystko. Mówiłam sobie, że mogłabym go przekonać, żebyśmy razem zaczęli żyć pięknym ateistycznym życiem, pełnym dowiedzionych prawd (…) Ale on z jakiegoś powodu niezachwianie trwał na swoim.Postanowiłam skorzystać ze sprawdzonych źródeł informacji-internetu i miałam nadzieję, że tam znajdę argumenty przeciwko Jezusowi i Wojtkowi. Odkrywałam kolejne chrześcijańskie prawdy i dziwiłam się, że tylu znanych naukowców wdało się w to wciągnąć. Najbardziej chyba interesowało mnie stworzenie świata. Zawsze wierzyłam w przypadek, ale nagle to przestawało mi to wystarczać. A po przeczytaniu myśli Einsteina: „Prawdopodobieństwo, że życie powstało przypadkiem jest porównywalne do tego, gdyby w wyniku wybuchu w drukarni miał powstać słownik obcego języka”, czułam że tracę grunt pod nogami. Przecież Bóg i nauka mają się wykluczać!!!Nastał wielki przełom. Perspektywa się odwróciła a wiara zaczęła jakby wypełniać brakujące miejsca w moim naukowo zdefiniowanym świecie. Później nawet odkryłam, że wiara jest podstawą fizyki, biologi i chemii i zaczęłam w końcu widzieć sens wszystkiego. Ale nie wyprzedzajmy .Nadszedł okres zamieszania, wątpliwości i tęsknoty za wiarą. Przyjaciele się ode mnie odwracali, śmiali się albo bali się, że zwariowałam. Ja też się tego bałam. Chciałam wierzyć w Boga ale nie mogłam. Chciałam pewnego ranka obudzić się i wierzyć. Tak się nie stało. Postanowiłam modlić się o dar wiary do Boga, w którego nie wierzyłam. I nic. Potem po dniu spędzonym na nartach w Austrii, po kilkugodzinnym nocnym rozmyślaniu podjęłam decyzję, że będę wierzyć w Boga, że dam mu szansę. Była to racjonalna decyzja, podjęta na podstawie zebranych danych i tabelek do których wpisywałam argumenty za i przeciw chrześcijaństwu. Teraz, patrząc wstecz, widzę, że pomimo iż był to bardzo ważny krok na mojej drodze ku Bogu, miało to niewiele wspólnego z wiarą. Bo ona jest rzeczywiście darem od Boga.Upłynęło kilka miesięcy od mojego „racjonalnego nawrócenia”, kiedy w noc zesłania Ducha Świętego poszliśmy z polskimi przyjaciółmi na czuwanie i mszę świetą w Bielsku – Aleksandrowicach . Tam pierwszy raz spotkałam się z Bogiem. Było to tak szokujące, że przez cały dzień nie mogłam mówić. Od tego momentu wierzę. Wierzę nieracjonalnie, bez namacalnych dowodów ale też bez wątpliwości. Wierzę w Boga, który posłał swojego syna Jezusa Chrystusa, żeby mnie zbawił. Wierzę w Boga, z którym mogę rozmawiać każdego dnia. Wierzę w Boga, który oczyszcza mnie od grzechów. Wierzę, że grzech istnieje. Wierzę w Boga, który czegoś ode mnie wymaga, który chce, żebym mu oddała swoje życie. Wierzę w życie wieczne. Wierzę w Boga, który jest nieskończenie dobry. Wierzę w Boga, który kocha każdego człowieka osobiście. Wierzę, że Bóg mnie kocha.Miesiąc przed ślubem , po prawie rocznym przygotowaniu przyjęłam Chrzest w Kościele Katolickim. Jestem na początku drogi. Czeka mnie rola lekarza, żony, matki i chrześcijanki. Ta droga może być ciężka, ale teraz znam jej cel i mam kogoś, kto idzie w tym samym kierunku i kto mnie poniesie, gdy nie będę mogła iść dalej.

Sarka

Odsłon: 1099 Komentarzy: 12


Aktywiści, parady i mrówki ... przedsoborówki

Kategoria: Fronda Tuesday, 27 October 2009, 17:53

Raz za razem na całym świecie organizowane są przeróżne parady, gdzie dziesiątki młodych ludzi pod kolorowymi flagami wyraża swoją tesknote za "miłością" i "wolnością" Także w naszym pięknym kraju byliśmy świadkami takich wydarzeń i choć nasze miejscowe parady, znacznie odbiegają przepychem i kolorytem od tych zachodnich to i tak zabawy jest tam co nie miara. Ci miłośncy miłości spotykają się w przeróżnych miastach w Berlinie, Paryżu, Warszawie ale gdziekolwiek by nie byli sprawiają wrażenie że są ważnym głosem licznej choć niedocenianej grupy – sprawiają gdyż w rzeczywistości to promil albo w najlepszym wypadku procent ogółu społeczeństwa. Jednak ten promil narzuca swój sposób myślenia zdrowemu ciału, dla którego jego poglądy są niczym stan zakaźny albo nowotwór.

Ale tak jak społeczeństwo ma swoich aktywistów gejowskich, małą ale niezwykle agresywną i hałaśliwą grupkę tak i nasz Kościół ma ich odpowiedników. Też są procentem, też narzucają innym w sposób nachalny i agresywny swoje przekonania i tak samo jak tamci mają swoje parady, w czasie których wydają się być dużym i znaczącym ruchem. Tymi aktywistami są jak zapewne już się drodzy czytelnicy domyśleliście nasi rodzinni aktywiści przedsoborowego ładu, miłośnicy języka Cycerona i Aureliusza i zagorzali fani pewnego Faryzeusza który to nawet z kminku i kopru oddawał dziesięcine. A ich paradą są portale takie jak nasza kochana Fronda.

Papierową Frondę czytałem od dawna, byłem pod wrażeniem tego w jaki sposób stara się łaczyć wiare z doskonałą jakością i niezwykłym stylem. Gdy dowiedziałem się że to co papierowe jest także na www byłem zachwycony. Jednak mój zachwyt powoli powoli stygł, gdy okazywało się że w tym to co tak bardzo lubiłem zadomowiło się coś co było mi odległe i obce.

Gdy byłem małym dzieckiem jeździłem do mojej Babci do Kędzierzyna-Koźla, mieszkała ona na ostatnim pietrze w czteropiętrowym bloku. U Babci bywałem w każde wakacje jednak to co wcześniej sprawiało radość w pewnym momencie stało się udręką. Powodem byli nowi lokatorzy w Bloku, którymi były mrówki faraonki, nie było ich wiele ale ich stała obecność sprawiała że nawet najlepszy deser stawał się czymś niejadalnym i obrzydliwym.

 

Podobnie jest z naszą Frondą, także i na niej zadomowiły się swoiste mrówki ale te nazywają się chyba przedsoborówki, też są wszędzie i też zniechęcają swoją obecnością tych co wpadają w odwiedziny.

Moją przygodę z Panem Bogiem tak naprawdę rozpocząłem 18 lat temu, wtedy oddałem mu swoje życie i wtedy to na nowo wróciłem do Koscioła. Kościół do którego wróciłem był mi obcy ale powoli powoli przekonywał mnie swoim bogactwem i swoją otwartością. Ciągle jestem zaskoczony jak pojemny on jest ale chyba nie powinienem sie temu dziwić w końcu to kościół Katolicki czyli Powszechny.

Jestem wdzięczny Bogu że postawił na mojej drodze tak wielu wspaniałych ludzi i wspaniałą wspólnotę w której jestem od kilkunastu lat, mam jednak dosyć słuchania na mojej Frondzie że oni wszyscy sa potępionymi heretykami, którzy na nic innego nie zasługują jak na Boża karę co tam Oni sam nim jestem ponieważ jestem tak mało przedsoborowy, chodzę na msze w języku, który rozumiem,bywa że do komuni przystępuje na stojąco i o zgrozo przedkładam dobrze zagraną pieśn na gitarze przed zawodzeniem organisty, który czesto robi co może aby wyśpiewać infantylne ludowe przyśpiewki, z najwyższym trudem nie łamiąc sobie przy tym języka na ich archaicznej polszczyźnie.

Mam 37 lat jestem ojcem, trójki dzieci jestem szczęśliwym mężem jednej żony i ze smutkiem musze powiedzieć że jest to moje pożegnanie z tym miejscem. Szkoda moich nerwów i mojego czasu na to aby raz za razem przekonywac się że wszystko co robie i wszystko czego ucze swoje dzieci jest o kant d…rozbić bo i tak najważniejsze jest aby Syna przyjmować do buzi do Ojca modlić się po łacinie a z Duchem spotkać się tylko na bierzmowaniu.

 

Święty Paweł, który był żydem i który był wychowany przez najlepszego żydowskiego nauczyciela tamtych czasów i który co do prawa był bez zarzutu, powiedział po kilku latach że wszystko to uznaje za śmieci wobec poznania Jezusa Chrystusa, powiedział także że Królestwo Boże to nie to co się je lub pije i że litera zabija. Napisał też że choćby był we wszystkim doskonały, najlepszy i najmądrzejszy bez miłości byłby niczym – biedaczyna na tym portalu nie zagrzał by miejsca, szybko usłyszał by że jest heretykiem i błądzi. Jak go znam to pewno któregoś dnia mając dosyć mrówek przedsoborówek wyruszyłby na swoją kolejną podróż misyjną aby przekonywać do Chrystusa i Kościoła wszystkich tych którzy są tak okropnie niedoskonali  co ja niniejszym czynie.

Niech Bóg ma Was w swojej opiece i niech wybaczy Wam wszystkie te serca,  w których zgasiliście tlący się żar ciekawość i głodu prawdy W których zasialiście fałszywy obraz Boga. Niech Bóg wam wybaczy że zniechęcając jednych do Kościoła na innych nakładacie ciężary, które za chwilkę przybiją ich do ziemi. Niech Bóg wam to wszystko wybaczy bo zaprawdę nie wiecie co czynicie!

Odsłon: 896 Komentarzy: 47


o rybołówstwie słów kilka

Kategoria: Religia Thursday, 10 September 2009, 08:23

Brat Yun w książce "Żywa woda" opisuje swoje zaskoczenie stanem duchowym kościołów, z którymi zetknął się w Europie Zachodniej. Jego dotychczasowy , bardzo pozytywny obraz, o "zachodnich chrześcijaninach" został wystawiony na poważną próbę.

Brat Yun, którego oczy widziały w komunistycznych Chinach prawdziwe Dzieje Apostolskie, z wielkim smutkiem i niedowierzaniem patrzy na stan kościołów na zachodzie. Pisze On, że zgodnie z wielkim nakazem misyjnym Chrześcijanie sa powołani do bycia rybakami ludzi, że mają łowić ludzkie ryby dla Chrystusa. Zamiast tego chrześcijanie spędzają mnóstwo czasu na mówieniu o rybołówstwie, studiują najlepsze metody łowienia ryb a nawet śpiewają piosenki o rybołówstwie, robią wszystko tylko nie łowią.

Musze przyznać, że gdy przeczytałem te zdanie, rozbawiło mnie ono, ale bardzo szybko przyszła refleksja, zaraz, zaraz, ale może On mówi także o mnie? Kiedy ostatnio zarzuciłem swoją wędkę, kiedy ściągnąłem ze ściany pięknie ułożoną sieć? Ile osób w ostatnich miesiącach dowiedziało się ode mnie, że Bóg ich kocha tak szaloną miłością, że oddał za nich swoje życie? Ile ryb złowiłem, aby je przenieść z błotnej kałuży na prawdziwą głębie?

Gdy się nad tym zastanawiałem to zobaczyłem w swoim sercu obraz siebie gdy jestem razem z Jezusem w czasie gdy on nauczał na zielonych wzgórzach Galilei. W pewnym momencie On spojrzał na mnie i dał w moje ręce bochenek chleba i powiedział, Tomaszu teraz Ty daj im jeść!

Z wielu rzeczy będę się na pewno wstydził stojąc przed Bożym majestatem w czasie sądu, wiem, że wiele będzie mi wybaczone i puszczone w niepamięć, ale jak będę się czuł, kiedy będę stał przed nim nagi i wystraszony ściskając kurczowo w moich rękach wciąż nienaruszony pszenny chleb?

Śpieszmy się póki trwa, co się zwie dziś, aby dzielić się otrzymanym od Boga zbawieniem, tym chlebem, który dostaliśmy z nieba i nie bójmy się, że go nam zabraknie, nie, nie zabraknie, ale zostanie nam jeszcze parę koszów ułomków, naprawdę!

Niech tak się stanie

Amen

Odsłon: 284 Komentarzy: 0


TATUSIADA 2009

Kategoria: Rodzina Tuesday, 29 September 2009, 12:54

25-27 wrzesnia razem z  grupą przyjaciół oraz naszymi dziećmi spędziłem niezapomnane trzy dni, który my nazywamy Tatusiadą. Oto relacja z tej wyprawy a zarazem zachęta z mojej strony aby w ogniu frondowych dyskusji nie zapomninać o Tych, którzy tak bardzo nas potrzebują – o naszych córkach i synach.

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przynajmniej tak twierdził Heraklit, dlatego też” z pewną taką nieśmiałością” rozpocząłem przygotowania do mojej drugiej w historii Tatusiady i powiem szczerze czasami bywały momenty gdy po cichu chciałem dać sobie spokój, jednak ostatecznie chęć poświęcenia czasu swoim dzieciakom oraz spędzenia czasu z innymi Tatusiami wygrały. Dnia 25 września przed godz. 18 na pusty dotychczas parking pod dembowcem w Bielsku-Białej zaczęły zjeżdżać samochody a z każdego z nich wysiadali uśmiechnięci faceci z jeszcze bardziej zadowolonymi synami lub córkami. Było już po 18 wiec po pospiesznych pożegnaniach z mamami i żonami cała ekipa wyrusza w swoją drogę na Klimczok. Jest nas 27 osób a więc aż o 10 osób więcej niż przed rokiem, ale to akurat wynik „nawrócenia się” wujka organizatora i dopuszczenia do imprezy także tatusiów z córkami. Tempo marszu było bardzo duże, dzieciaki parły do przodu jak szalone zmuszając dorosłych do ostatecznego wysiłku, tym bardziej ze postojów nie było zbyt wiele. Nim się obejrzeliśmy zrobiło się ciemno ale o to właśnie chodziło, kązdy wyciąga swoją latarkę i prawdziwa zabawa się dopiero zaczyna – nocne wejście na szczyt. Już po chwili grupa rozciągnęła się bardzo, ale komunikacja została utrzymana bo raz za razem widać było błyskające do siebie światła latarek, które porozumiewały się z sobą w sobie tylko znanym kodzie :) Na Klimczok dotarliśmy około 21 zmęczeni ale szczęśliwi. Jeszcze zanim rozpakowaliśmy się w swoich pokojach skorzystaliśmy z pustej jadalni aby razem zjeść zasłużoną kolacje. Po kolacji kwaterunek i pierwsze miłe zaskoczenie – jak ładnie na tym Klimczoku, jakie fajne pokoje, w każdym łazienka a w niektórych nawet TV. Jednak naszą sielankę przerywa niemiłe odkrycie – brakuje nam jednego malca z Tatą, napięcie rośnie bo komórki nie działają a właściciele chcą zamykać schronisko, wychodzimy wiec kilkanaście metrów przed budynek i wypatrujemy jakiś oznak życia, sekundy wloką się jak godziny ale w końcu widać błyski tuż przed nami: Hura jesteśmy uratowani…tzn oni są uratowani :) Ojciec z synem dziwią się naszemu zdenerwowaniu bo dla nich był to świetny czas , było to godzina więcej na wspólne dyskusje i rozmowy.

W sobotę pobudka już przed 8 choć niektórzy nie śpią już od szóstej. Po ósmej zbieramy się na jadalni na wspólne śniadanie, humory dopisują bo na polu przepiękna pogoda, na niebie żadnej chmurki a słonko pięknie przyświeca (chyba w niebie pomysł Tatusiady też się podoba) Po śniadaniu zbiórka przed schroniskiem i od razu ważna wiadomość dla dużych i małych. „ Trwa wojna bo na Izrael najechali źli Filistyni” nasze zadanie to odnaleźć obóz filistyński i dobrze przygotować się do walki. Zadanie tylko z pozoru wydaje się być łatwe bo jak donoszą nasi wywiadowcy wróg ma w swoich szeregach Goliata – olbrzyma, który mierzy ponad 3 metry, dlatego tez od razu nasza akcja przyjmuje kryptonim „Pokonać swojego goliata” a pierwsze zadanie jakie przed nami staje to zebrać 10 okrągłych kamieni. Po tej krótkiej odprawie wyruszamy na Błątnią, pamiętając o czujności bo przecież Filistyni gdzieś tam są. Kolumna naszych dzielnych wojowników idzie żwawym krokiem co chwilka tylko każdy z malców schyla się w poszukiwaniu tych idealnie zaokrąglonych kamyków a z przodu i z tyłu słychać głosy „wujku a ten będzie dobry?”

Gdy zdobywamy szczyt Klimczoka nastroje podupadają, wojownicy są troszkę zmęczeni a w głowie kołacze się obraz tego olbrzyma, na szczęście sytuacje ratuje przybycie posiłków – Milena z jak zawsze pogodnym tatą  podnoszą od razu naszego morale :) Będzie dobrze. Trasa na Błatnią jest cudowna, piękna pogoda i obfite w jagody lasy sprawiają że prawie wszyscy wyglądają jak klasyczne smerfy o fioletowych buziach i ząbkach :), ale nic co piękne nie trwa wiecznie gdyż w końcu docieramy na miejsce walki. Rozkładamy obóz z patyków i butelek budujemy jednego Goliata w trzech wersjach. Zadanie jest proste trafić swojego goliata z procy prosto w czoło, żeby jednak nie było tak łatwo , każdy musi dokonać wyboru z jakiej odległości będzie strzelał. Ci, którzy wybrali najbliższa odległość mają tylko 2 szanse na trafienie, 5 strzałów mają ci, którzy wybrali średnią a aż 10 Ci, którzy zdecydowali się na największa odległość. Aby jednak nie było prosto Tatusiowie wcielają się w role Filistynów i starają się wytrącić młodych wojowników z równowagi swoimi docinkami i niepochlebnymi uwagami, co im się aż za dobrze udaje bo na ziemie lecą ze złością i łzami pierwsze proce. Widząc co się święci duzi filistyni nagle jednak łagodnieją a jeden z nich  rozdaje nawet ciastka na pocieszenie – co go do tego skłoniło, do dzisiaj nie mamy pojęcia :)

Po walce na proce i kamienie, która okazała się bardzo trudnym wyzwaniem idziemy dalej, poświęcając czas na rozmowy, jedzenie jagód i zbieranie grzybów, których jak się okazuje było całkiem sporo Gdy docieramy na Błatnią pora jest obiadowa, zajmujemy więc swoje pokoje (które niestety standardem wyraźniej odstają od tych na klimczoku) i zamawiamy dla siebie coś do jedzenia. Po obiedzie z żalem opuszczają nas dwaj dzielni wujkowie  z synami a my po krótkim odpoczynku przygotowujemy się do wieczornego ogniska. Gdy gałęzi jest już sporo a ognisku nie grozi zgaśnięcie, mali i duzi wykorzystują obecność piłki aby pograć w dwa ognie i siatkówkę. Następnie w „ruch” idzie tajemnicza lina, która wzbudzała tyle zaciekawienia. Na jednym z jej końców „instaluje się” wujek Bartek a na drugim jedno z dzieci, niestety wujek ani drgnie, więc trzeba wezwać posiłki i tak za każda próbą przybywa dzieci aż w końcu wujek zostaje pokonany, nasi młodzi świętują zwycięstwo ale co to wujek wstaje a za nim ustawia się kolejny strongman , młodzież znowu dwoi się i troi i znowu zwycięża, tego dnia są prawie nie do pokonania dopiero czterech ojców przechyla szale zwycięstwa na swoją stronę. Zabawa była przednia, śmiechów było co niemiara ale to wszystko miało pokazać że razem można pokonać nawet największe problemy. Jako że jest już sobotni wieczór zanim nadzialiśmy na szpikulce nasze kiełbaski, czytamy niedzielne czytania i oddajemy w modlitwie chwałę i dziękczynienie naszemu Bogu za czas wspólnej wyprawy i cud wielkanocnego poranka, który już teraz świętujemy. Kiełbaski pieką się szybko i jak zwykle smakują wyjątkowo, szybko więc wpadamy w błogostan z którego wyrywa nas kolejne wyzwanie, które na nas czeka a jest nim publiczne odczytanie tego co każdy napisał na otrzymanych kartkach. Jest trema i napięcie jednak i je udaje się pokonać i prawie każdy z nas odczytuje na głos 5 dobrych cech, które widzi w swojej córce, synu bądź tacie a także jedną, którą chciałby aby on w sobie ewentualnie zmienił. Wspaniale było patrzeć jak mogliśmy publicznie mówić sobie za co się podziwiamy, wspaniale było odczuwać towarzyszące temu emocje, widzieć rozpromienione twarze i ukradkiem wycierane łezki – i kto to mówi że faceci nie okazują emocji :) Na okrasę zostają nam jeszcze nocne podchody, które jak zwykle dostarczyły nam wielu wrażeń, zadrapań i fioletowych plam :)

Noc mija szybko i już niedziela, rano jemy śniadanie, pakujemy nasze bagaże i oczarowani widokami wyruszamy w drogę do Wapiennicy. Te ostatnie dwie godziny to tradycyjnie czas, wspólnych rozmów a nawet planowania kolejnej Tatusiady, czy do niej dojdzie? Któż to wie, bo przecież skoro dwa razy nie wchodzi się do tej samej wody to co dopiero trzy. Pożyjemy zobaczymy jednego jestem jednak pewny stary Epikur miał racje, nigdy nie jest tak samo ale zawsze może być wyjątkowo i wspaniale i tak właśnie było w ten wrześniowy weekend na drugiej w historii Tatusiadzie. Tegoroczna Tatusiada była wyjatkowo dobrze zainwestowanym czasem, czasem, którzy spędziliśmy ze swoimi córkami i synami oraz ze sobą nawzajem. Być tatą to naprawdę bezcenny dar ! Dziekuje Bogu że mogłem się o tym po raz kolejny przekonać !

Odsłon: 523 Komentarzy: 2


płyń chłopaku, płyń ... na głębie

Kategoria: Religia Wednesday, 06 May 2009, 07:30

„Wypłyń na głębie” powiedział kiedyś nieznajomy mężczyzna do Szymona Piotra, znali się od dosłownie paru chwil On pojawił się znikąd wprosił się na jego łódź by z niej nauczać tłumy, teraz prosi aby Piotr wypłynął.

Do mnie też przychodzi dziś ten sam człowiek i nie jest mi obcy, to mój Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus, do mnie także mówi dzisiaj Tomaszu wypłyń na głębie, a ja? ja niby chcę ale się ociągam, może jestem trochę zmęczony bo przecież tyle już robię, choć nie zawsze widzę tego owoce.Ale głębia pociąga i zachęca, głębia wzywa.

Gdy rozglądam się wokoło widząc duchowe płycizny jakie mnie otaczają widzę przy brzegu rury kanalizacyjne z okolicznych osiedli, widzę rafy, o które niebezpiecznie ociera się moja łódź, nic nie mogę jednak zrobić bo dna nie widać – woda jest zielona od glonów i sinic, no i ten zapach. A głębia dalej wzywa tylko czy ja sobie na niej poradzę?

Moja łódka , moja łupinka nie imponuje, choć wiem że jej stępka jest z najlepszego materiału, jest niczym mocna skała i na niej trzyma się cała moja łajba, to jednak niepewność i strach gdzieś się we mnie tli. Czy jestem na to przygotowany?Mam na mojej łodzi maszt i żagiel, mam wiosła gdyby nagle zabrakło wiatru, mam kompas i sprawny ster mam więc wszystko co mi potrzebne a na rufie siedzi ON, mój przyjaciel Jezus, niby śpi ale mam wrażenie że każdej chwili gotów jest przyjść z pomocą.Myślę więc że warto spróbować, warto zaufać jego słowom tym bardziej że tak dobrze pamiętam jak bardzo głębia zachwyciła Piotra, jakie przyniosła mu bogactwo i obfitość błogosławieństwa.

A Ty ? zostajesz czy płyniesz ? Pragniesz doświadczyć prawdziwej wolności czy przyzwyczaiłeś się już do zgiełku i ciasnoty nabrzeża? Człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego nawet do parszywego żarcia i tego mulistego smaku wody, ty tez już do tego przywykłeś?? No i jeszcze te plotki o wielkiej fali, która może w każdej chwili przyjść i zmieść wszystko na swojej drodze. Kilka małych już przeżyłem ale nie wiem czy przetrwam taką naprawdę dużą. A Ty czy masz pewność że się jej oprzesz?? Jeśli masz wątpliwości płyn ze mną na głębie, na niej fale nam niestraszne i co najwazniejsze nie zapomnij zabrać z brzegu Jego, nawet jeśli tak słabo się znacie, On chce wejść na Twój pokład i na nim pozostać już na zawsze !

A więc żagle na maszt wilki morskie. Życzę nam pomyślnych Bożych wiatrów, stopy wody pod kilem i obfitych połowów. Do zobaczenia na głębi !

Odsłon: 476 Komentarzy: 3


Kocia wiara

Kategoria: Religia Tuesday, 06 January 2009, 13:33

Dzisiaj 1 czerwiec, dzień dziecka A gdy myśle o dniu dziecka przypominają mi się słowa z 18 rozdziału ewangelii wg Św. Łukasza: "Przynosili Mu również niemowlęta, żeby na nie ręce włożył, lecz uczniowie widząc to szorstko zabraniali im. Jezus zaś przywołał je do siebie i rzekł: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im, do takich bowiem należy Królestwo Boże. Zaprawdę , powiadam wam, Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego"

Twarde to słowa nieprawdaż??, Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko nie wejdzie do niego. Myślę faktycznie twarde szczególnie dla nas którzy już dawno przestaliśmy być dziećmi , niejednokrotnie mamy swoje własne a czasami dorobiliśmy się wnuków. Co to więc za tajemnica, jak będąc dorosłym mamy stać się na nowo dzieckiem . Jak więc mamy te słowa rozumieć ??Pozwólcie że opowiem Wam historię o jednym z moim domowniku Jakiś czas temu postanowiłem odwiedzić w moim mieście schronisko dla zwierząt i wziąć stamtąd małego kota. W klatce było ich kilka, większość dzikich i nieufnych ale jeden od razu zwrócił moją uwagę: był zagłodzony, niespotykanie cichy choć jednocześnie widać było że jest mocno wystraszony. Gdy wziąłem go na ręce nie protestował ; chyba było mu już wszystko jedno. Przygarnęliśmy tego kotka nakarmiliśmy, odrobaczyliśmy go, daliśmy mu imię i ciepły kąt.Dyzio; bo tak się ten kocurek nazywa przez pierwsze dni nie odstępował nas nawet na krok, wszędzie chodził za nami, gdy któreś z nas (ja albo moja żona) siadaliśmy na fotelu kotek od razu był na naszych kolanach; potrzebował czułości i naszego ciepła.Co ciekawe po paru tygodniach kocurkowi całkiem się odmieniło. Był już najedzony, nabrał sił, za nami przestał już chodzić a głaskać pozwalał się tylko wtedy gdy miał na to ochotę, tym bardziej ze nad głaskanie przedkładał teraz spanie całymi godzinami. Kot stał się samodzielny, chodził własnymi drogami a nas potrzebował tylko wtedy gdy był głodny albo gdy działa się mu jakaś krzywda.

Ktoś może powiedzieć że to tylko kot a koty przecież tak mają, a Ktoś inny może wyrazić zdziwienie że mówię tu o Kocie Dlaczego więc o nim opowiadam??Jakiś czas temu, na swojej osobistej modlitwie gdy czytałem Biblie i modliłem się zobaczyłem właśnie ten koci obraz w swojej głowie i zrozumiałem że to Pan do mnie przemawia  w tym obrazie mówiąc mi: Zobacz jaka jest Twoja wiara? Czy jest wiarą dziecka czy może właśnie taka kocią wiara?? Wiarą która pojawia się tylko wtedy gdy czegoś potrzebujesz, gdy jest ci źle, gdy masz jakiś problem. A gdy uspokaja się Twoje serce wracasz na własne ścieżki i o Mnie zapominasz?? Pamiętam jak Pan mówił do mnie przez ten obraz: Przecież to Ty byłeś kiedyś zagubiony, wystraszony, głodny i spragniony miłości. Czyż nie dałem ci ciepłego kąta, nie nakarmiłem Cię nie obdarzyłem swoją miłością?? Znałem dobrze siebie więc wiedziałem ze są to słowa właśnie do mnie; wiedziałem ze to co Pan chce mi powiedzieć jest świętą prawdą ! Modliłem się wtedy i modle się od tamtego czasu każdego dnia aby moja wiara nie była wiara mojego kota Dyzia, ale żeby była wiara mojej 6 letniej córeczki Zuzi Modle się i proszę dobrego Boga abym tak jak ona potrafił być wpatrzony w swojego Ojca.Modle się o to abym tak jak ona wszystko co robię chciał robić z moim Tatą Abym przychodził do mojego Ojca nie tylko wtedy jak jest mi źle ale jak mała Zuzia przychodził do niego z każda sprawą zarówno dobra jak i smutną. Po prostu ze zwykłej potrzeby bycia z nim cały czas blisko.

Wiara dziecka jest niemal doskonała, podobnie miłość małego dziecka. Ono kocha całym sobą, Dla niego jego rodzice są całym światem, bez nich nie może ono żyć i ono podświadomie o tym wie , dlatego chce być jak najbliżej swojej mamy i taty. Czy nie powinno być podobnie w naszych relacjach z Panem Bogiem? Jak bardzo wiec pragnąłbym aby moja wiara była wiarą dziecka, ale czy to nie za trudne zadanie? Czy jest to wogóle mozliwe? T trudne ale możliwe bo Jestemprzekonany że cała tajemnica bycia jak dziecko jest dużo prostsza niż myślimy  ( dla niektórych chyba za prosta dlatego tak wielu ją odrzuca.) Tą tajemnica jest wierność Panu Bogu, bezgraniczna miłość do Niego i ufność w jego miłosierdzie. Bo przecież Stawanie się dzieckiem to jest to co robią nasze własne dzieci, gdy ładują się nam na kolana gdy widzą że siadamy na chwilkę, One chcą być z nami blisko bo uwielbiają gdy im okazujemy miłość – podobnie powinno wyglądać z naszym życiem z Bogiemale stawać się jak dzieci nie możemy tylko gdy jest nam dobrze: nawet gdy upadamy gdy nie słuchamy tego co mówi do nas nasz Tata mamy zrobić także tak jak robią nasze dzieci , które przychodzą do nas czasami ze łzami w oczach aby wyznać że co przeskrobały i przeprosić za to. Zrobi tak każde dziecko poza jednym poza tym które boi się swojego Taty, które wie że nie dostanie od niego nic poza karą !!Bóg jest inny on kocha nas takimi jakimi jesteśmy, kocha nas mimo naszych wad i grzechów Chce nam dać swoje przebaczenie i zawsze je da , chce jednak abyśmy przychodzili do niego gdy upadamy ze szczerym sercem i szczerym pragnieniem poprawy chce abyśmy nie załamywali się ale wstawali i szli dalej, nawet jeśli jest to setny upadek ,Bóg chce abyśmy byli mu wierni nie bali się mu zaufać bezgranicznie nawet jeśli jak małe dziecko nie rozumiemy co robi nasz Tata. Jeśli tacy będziemy to nasza wiara będzie jak wiara dziecka i możemy być wtedy pewni że bramy nieba nie będą przed nami zatrzaśnięte.

Historia mojego kota ma też swój ciekawy epilog, który też dobrze mówi dlaczego warto stawać się jak dziecko i mieć jego wiarę. Pewnego dnia obudziliśmy się rano i nigdzie nie było naszego kota, myśleliśmy więc że na pewno śpi pod wanną ale mijały kolejne godziny a kota wciąż nie było, od razu wiec przyszła myśl że stało się coś złego tym bardziej żemieszkaliśmy wtedy na IV piętrze. W końcu starsze Dzieciaki poszły z dusza na ramieniu żeby zobaczyć czy nasz Dyzio  gdzieś tam nie leży i znalazły go:Siedział biedny w jakimś kącie pod blokiem i bał się ruszyć, ale poza strachem nic mu się nie stało Miał kocur naprawdę sporo szczęścia. A my mieliśmy nauczke aby lepiej zabezpieczyć balkon!

Nie wiem jak was ale mnie to wydarzenie przekonuje do jednego: Życie Kocią wiarą i chodzenie własnymi ścieżkami jest czasami zapewne ciekawe i fascynujące ale zazwyczaj kończy się upadkiem z IV piętra. Nie chce chodzić swoimi drogami a drogami Bozymi bo nie mam pewności że napewno przeżyje taki upadek a sam wole na sobie tego nie sprawdzać.

Co więc mogę napisac na koniec i czego mogę sobie życzyć w to święto  ano tylko tego aby moja  wiara zawsze była dziecięca a jak najmniej kocia! CZEGO I TOBIE DROGI CZYTELNIKU ZYCZE!

Odsłon: 519 Komentarzy: 2


Ekolodzy ratują nienarodzne życie

Kategoria: Pro life Wednesday, 27 May 2009, 14:33

Ekolodzy ratują nienarodzone życie, ten news mógłby wprawić w zachwyt niejednego obrońce życia, mógłby gdyby nie fakt że to nienarodzone życie to źrebak.

Ekolodzy z klubu Gaja z Wilkowic koło Bielska-Białej są znani z wielu akcji i hapeningów. Od lat prowadzą trudną walkę o prawa zwierząt. Skupują w grudniu karpie aby uchronić je od potwornego końca na wigilijnym stole, doprowadzili do wprowadzenie zakazu wjazdu do Bielska cyrków, które w swoich występach używają "dzikich" zwierząt a ostatnio pomagają starym koniom, które zamiast do rzeźni trafiają do "końskiego domu starości" gdzie w pokoju moga dożyć swoich dni.Tym razem nasi dzielni ekolodzy zasłużyli na podwójne oklaski ponieważ za jednym zamachem uratowali dwa życia. Klacz o imieniu Jagoda, którą z powodu choroby zakaźnej weterynarz zalecił "uspać" oraz jej nienarodzonego źrebaka.

Po takiej dawce "dobrych informacji" człowiek zaczyna żałowac że nie jest koniem, wtedy miałby pewność że ekolodzy o nim nie zapomną a tak no cóż pozostaje mu tylko na starość  miejsce w rzeźn… klinice  "pogodna przyszłość" gdzie za symboliczną opłatą uśmiechniety Pan doktor uwolni społeczeństwo od ciężaru jakim się dla niego stało. A źrebaki ? źrebaki będa oczywiście chronione od poczęcia aż do ich naturalnej śmierci.

Odsłon: 374 Komentarzy: 0


Ile odporności jest z brzucha ??

Kategoria: Religia Thursday, 21 May 2009, 07:28

Przed wczoraj wieczorem jedząc kolację włączyłem sobie TV co ostatnio rzadko mi się zdarza i co? i pech trafiłem na przerwę reklamową, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło bo z jednej z reklam dowiedziałem się że 70% odporności pochodzi z brzucha. Fajnie pomyślałem i zmieniłem kanał. Gdy wieczorem modliłem się i czytałem Biblie ta reklama wróciła do mnie i nie dawała mi spokoju. Była natrętna niczym tłusta mucha, brzęcząca mi ciągle koło głowy. Było to dla mnie frustrując bo tak bardzo mi zależało aby "dobrze się pomodlić" tym bardziej że ostatnio mam wyraźny tego niedosyt a nawet powiedzieć mogę że czasami trudno jest mi dostrzec wyraźnie i namacalnie Boża obecność w moim życiu. Jak nie urok to …. człowiek chce się skupić a tu w głowie obija się durna reklama, obija i obija. Ale z każdego obijania może wyjść coś dobrego bo pomyślałem sobie w pewnym momencie – jeśli 70% odporności fizycznej pochodzi z brzucha to ile % odporności duchowej pochodzi z codziennej modlitwy?? Myśląc nad tym dalej przypomniała mi się inna reklama gdzie ten sam producent zachęcał klientów do tego aby testować jego produkt przez dwa tygodnie. I wiecie co? Usłyszałem wtedy w swoim sercu wyraźne słowo skierowane do mnie "Przestań skarżyć się na swój los, przestań biadolić że nie czujesz mojej bliskiej obecności. Mam dla Ciebie propozycję chcę abyś mnie wypróbował, abyś poświęcił mi 20 najbliższych dni, modlił się każdego tego dnia wytrwale i wiernie, modlił się jednorazowo dłużej niż robiłeś to dotychczas. Zrób to i przekonaj się jaką moc ma modlitwa. Sprawdź mnie ! "Zamierzam odpowiedzieć na to wyzwanie ! Podobno wielką moc ma modlitwa sprawiedliwego może najwyższy czas się o tym samemu przekonać? Czy jest może ktoś chętny aby się do mnie przyłączyć??Serdecznie zapraszam !

Odsłon: 676 Komentarzy: 5


1 2 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.