
Thursday,19 April 2012,21:07
Kategoria: Kultura Thursday, 19 April 2012, 21:07
20 kwietnia ukaże się książka "Katolik frajerem?". Staszczyk, Stuhr, Pazura, Ziemiec, Babiarz, Zubilewicz, Partyka i inni przełamują wiele stereotypów przypisywanych Kościołowi i chrześcijaństwu!
"Bardzo wciągająca i świetnie napisana książka. Rzuca zupełnie nowe światło na naszą religię, którą zwykliśmy odbierać w stereotypowy sposób. Godna polecenia nawet tym, którzy dystansują się od wiary i Kościoła”
Radek Rasiński, Alchemist Project
„Katolik frajerem?” to zapis rozmów z osobami, które z pewnością z nasz z pierwszych stron gazet i których być może nie podejrzewałbyś o głęboką religijność.
Czy katolik to dewota, sztywniak, nudziarz, przeciętniak, frajer?
Czy zarabianie pieniędzy i robienie kariery musi być grzechem?
Jak korzystać z uroków tego świata w zgodzie z wiarą?
to tylko niektóre pytania na które odpowiadają Muniek Staszczyk, Jerzy Stuhr, Krzysztof Ziemiec, Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, Radosław Pazura, Marek Kamiński, Artur Partyka,oraz inne znane i cenione osoby.
Ich autentyczne historie powinny rzucić nowe światło na Twoją codzienność, pomóc dotknąć trudnych problemów, dać wskazówki jak rozeznać swoje powołanie oraz wybrać ścieżkę zawodową i przyczynić się do odnalezienia prawdziwego szczęścia i radości.
Premiera książki "Katolik frajerem?", której jestem autorem, będzie miała miejsce w piątek 20 kwietnia.
Książka ukazuje się nakładem wydawnictwa Fronda.
- - - - -
Serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie w dniu premiery. 20 kwietnia, Piątek, godz. 19.00, Aula Główna, SGH, Warszawa.
Spotkać mnie będzie można także na stoisku portalu duchowy.pl (numer 33) podczas Targów Książki Katolickiej w Arkadach Kubickiego Zamku Królewskiego. W sobotę i niedzielę 21 i 22 kwietnia będę obecny między godziną 10 a 15.
Odsłon: 1675 Komentarzy: 33
Tuesday,02 October 2012,00:54
Kategoria: Aborcja Tuesday, 02 October 2012, 00:54
Maria Czubaszek dokonała swoistego coming-outu" ogłaszając, że dwa razy dokonała aborcji.
Dla feministek pani Czubaszek stała się od razu "twarzą" walki o prawo do aborcji, a ona sama zaczęła tournee po kolejnych mediach w których promuje swoją ideologię.
Tyle tylko, że jak ktoś rozsądny posłucha wypowiedzi pani Czubaszek, to raczej do aborcji się zniechęci. Kto chciałby bowiem naśladować kobietę, która się cieszy, że nie ma dzieci bo ich nie cierpi, która nienawidzi także świąt, odwiedzin, składania życzeń, która planuje na starość dokonać na sobie eutanazji ? Czy chcemy fundować sobie równie nieszczęśliwe życie?
A tak swoją drogą kreowanie na bohatera osoby, która dwa razy dokonała aborcji to jakaś makabra. Czekam teraz aż środowiska lewicowe zaczną się ekscytować coming-outem osób, które pochwalą się rozbojami, gwałtami czy morderstwami...
Odsłon: 346 Komentarzy: 6
Monday,02 April 2012,13:12
Kategoria: Pro life Monday, 02 April 2012, 13:12
Procedura in-vitro większości osób kojarzy się z niezwykle szlachetną zdobyczą medycyny, która pomaga niepłodnym małżeństwom, przezwyciężyć ich nieszczęśliwy los. „Wynalazca” tej metody nagrodzony został nawet Nagrodą Nobla! Na zupełnie przeciwnym biegunie znajdują się nasze myśli o eugenice. Utożsamiamy ją z hitlerowcami, holocaustem, bestialskimi mordami, chęcią tworzenia nadludzi. Jeśli więc ktoś w odniesieniu do zapłodnienia pozaustrojowego zaczyna mówić o eugenice nieraz wywołuje to oburzenie dużej części osób. Tymczasem jeśli chcielibyśmy na serio zgłębić temat a nie tylko zatrzymać się na medialnych obrazkach par szczęśliwych, że udało im się począć dziecko, to musielibyśmy przyznać, że to porównanie jest zasadne! In-vitro zawiera w sobie procedurę eugeniczną i rodzi wielkie pole do nadużyć!
Jeżeli w klinice in-vitro chcemy osiągnąć dobry wynik to trzeba dysponować na starcie sześcioma do ośmiu zarodków. Kobiecie wszczepia się dwa. Pozostałe cztery-sześć zarodków trafia do zamrożenia z użyciem ciekłego azotu – w temperaturze minus 195,8 stopnia Celsjusza. Ktoś decyduje więc które zarodki wszczepić, a które zamrozić, czyli kto ma się urodzić a kto nie. Takiego wyboru dokonuje na jakiejś arbitralnej postawie. Jednym słowem człowiek podejmuje działania, które wcześniej były zarezerwowane dla przypadku albo jak powiedziałaby osoby wierzące - dla Boga.
Ta „zabawa w Boga” robi się jeszcze groźniejsza, wtedy gdy dopuszczamy ingerencje genetyczne wobec zarodków, jak to się dzieje w niektórych krajach. W ten sposób niszczymy fundamentalną równość między ludźmi. Wszyscy jesteśmy równi biologicznie, ponieważ wszyscy jesteśmy efektem przypadku. In-vitro to burzy. Jak konkurować w szkole, pracy, w sporcie, w staraniach o dziewczynę/chłopaka z „podrasowanymi” osobami? Co więcej człowiek poczęty w wyniku manipulacji genetycznych może mieć pretensje do „lekarza”, za to że został stworzony niewłaściwie. Nie wiemy też jaki wpływ takie manipulacje będą miały na ludzkość w przyszłości.
In-vitro rodzi bardzo dużą pokusę nadużycia. Metoda, która powstawała jako technika pomagająca w urodzeniu dzieci osobom związanym małżeństwem, obecnie staje się coraz częściej techniką macierzyństwa i ojcostwa „na życzenie”. W wielu krajach dopuszcza się ją nie tylko w przypadku małżeństw, ale też luźnych związków, także tych homoseksualnych, a nawet w przypadku samotnych kobiet. Coraz częściej pojawiają się przypadki produkcji ludzi „na specjalne zamówienie”. Przed kilkoma laty głośna była sprawa brytyjskiego małżeństwa, którego syn chorował jedną z odmian niedokrwistości. W rodzinie nie znaleziono odpowiednich dawców szpiku kostnego, rodzice postanowili więc począć kolejne dziecko metodą in vitro, by ono stało się dawcą szpiku dla chorego chłopca. Sąd w Wielkiej Brytanii przychylił się do ich prośby. Podobna sprawa dotyczyła pary niesłyszących lesbijek Sharon Duchesneau i Candance McColough, które chciały wychowywać głuchonieme dziecko. Zdecydowały się na sztuczne zapłodnienie in vitro, a na dawcę plemników wybrano mężczyznę, w którego rodzinie głuchota występowała od kilku pokoleń. W efekcie tych zabiegów dziecko faktycznie urodziło się głuchonieme.[1] Rozwija się rynek „matek zastępczych” – kobiet, które wynajmują swoje macice, noszą ciąże i rodzą dzieci w zastępstwie par, które mają z tym problemy. Setki tysięcy "embrionów nadliczbowych", pozostałych w laboratoryjnych zamrażarkach, sprowadzanych jest z kolei do roli materiału naukowego.
Oczywiście prawo może ograniczyć te nadużycia. Ale nie łudźmy się. Dopóki in-vitro będzie dopuszczane choć w ograniczony sposób, to nadużycia występować będą zawsze. Tak musi być, gdyż zapłodnienie pozaustrojowe jest przejawem myślenia, że człowiek może wyręczać naturę lub Boga. A jeśli zaczynamy tak myśleć, to bardzo ciężko jest się nam ograniczyć.
Odsłon: 127 Komentarzy: 1
Thursday,26 January 2012,22:23
Kategoria: Pro life Thursday, 26 January 2012, 22:23
Wśród argumentów wysuwanych przeciwko metodzie in-vitro zawsze w pierwszej kolejności mówi się o tym, że w wyniku tej procedury giną niewinni ludzie. W dalszej kolejności podkreśla się też jej negatywny wpływ na zdrowie dzieci i kobiet. Warto zwrócić uwagę na to, że nawet jeśli zapłodnienie pozaustrojowe byłoby w 100% skuteczne i bezpieczne (w praktyce jest to nie możliwe do realizacji), to i tak nie byłaby godziwa moralnie, gdyż narusza godność biorących w niej udział osób – zarówno rodziców jak i dzieci.
Metoda in vitro przybiera dwie formy: heterologiczną, gdy przynajmniej jedna gameta pochodzi od dawcy różnego od współmałżonków lub homologiczną, w której gamety pochodzą od rodziców. In vitro heterologiczne stanowi swego rodzaju cudzołóstwo biologiczne. Wszyscy małżonkowie ślubują sobie miłość, uczciwość małżeńską i wierność. Wierność małżonków pociąga za sobą wzajemne poszanowanie prawa do stania się ojcem i matką wyłącznie w ramach ich związku. Wykorzystanie materiału genetycznego obcej osoby to prawo łamie. Co więcej dziecko powinno stanowić dla rodziców „potwierdzenie i uzupełnienie ich wzajemnego oddania”, być „żywym obrazem ich miłości, trwałym znakiem małżeńskiej jedności oraz żywą i nierozłączną syntezą ojcostwa i macierzyństwa.”[1] W przypadku zapłodnienia heterologicznego tak nie jest. Oczywiście brak pokrewieństwa biologicznego nie wyklucza tego, by rodzice kochali dziecko. Jest jednak zasadnicza różnica między procesem adopcji, w którym występuję podobny problem, a in-vitro. W procesie adopcji oboje małżonkowie muszą nauczyć się kochać dziecko, które jest prawnie ich, ale biologicznie nie pochodzi od nich. Natomiast w przypadku in-vitro jest jeden rodzic, który jest rodzicem biologicznym, drugi rodzic, który nie jest rodzicem biologicznym. Nie ma tutaj równowagi, co burzy małżeńską jedność.
Sztuczne zapłodnienie heterologiczne narusza też prawa dziecka, pozbawiając go synowskiej więzi z rodzicami i utrudniając jego prawidłowy rozwój, który jest najbardziej korzystny gdy następuje w otoczeniu biologicznych rodziców. Dziecko poczęte przy pomocy materiału genetycznego pochodzącego od obcej osoby może też przechodzić problemy z określeniem własnej tożsamości osobowej. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że bardzo często, nawet jeśli chciałoby ono się dowiedzieć się kto jest jego biologicznym ojcem, to nie miałoby takiej możliwości. W wielu krajach procedura in-vitro zorganizowana jest w taki sposób, że do stosownego mieszadła wkłada się spermę pochodzącą od kilku dawców i potem się ją miesza, żeby nie można było rozpoznać kto jest biologicznym ojcem i później nie można było takiego mężczyzny pozwać o alimenty.
Kardynał Joseph Ratzinger, obecny Papież Benedykt XVI, w dokumencie „Donum Vitae” tłumacząc dlaczego także zapłodnienie homologiczne nie jest czymś dobrym, zwracał uwagę na oderwanie zapłodnienia pozaustrojowego od aktu małżeńskiego. Stosunek małżeński łączy najściślejszą więzią męża i żonę, jednoczy ich ciała i duszę, jest wyrazem najgłębszej miłości między nimi. Poszanowanie godności dziecka, powinno się wiązać z tym by powstało ono w wyniku aktu miłości. W in-vitro tego nie ma. Dziecko jest kreowane „na zimno” przez lekarzy w próbówkach, jest skutkiem procesu produkcyjnego. „Pochodzenie istoty ludzkiej jest w naturze wynikiem prokreacji związanej nie tylko z jednością biologiczną, lecz również duchową rodziców złączonych węzłem małżeńskim. Zapłodnienie dokonane poza ciałem małżonków zostaje pozbawione przez to samo znaczeń i wartości, które wyrażają się w języku ciała i w zjednoczeniu osób ludzkich.(…) Pochodzenie osoby ludzkiej jest w rzeczywistości rezultatem daru z siebie. Dziecko winno być owocem miłości swoich rodziców. Nie może być ani chciane, ani poczęte jako rezultat interwencji technik medycznych i biologicznych; oznaczałoby to sprowadzenie go do poziomu przedmiotu technologii naukowej. Nikt nie może uzależniać przyjścia na świat dziecka od skuteczności technicznej, ocenianej według parametrów kontroli i panowania.” [2] tłumaczył ówczesny prefekt kongregacji nauki i wiary.
Odsłon: 339 Komentarzy: 6
Wednesday,25 January 2012,21:15
Kategoria: Kościół Wednesday, 25 January 2012, 21:15
W niedzielę podpisałem protest w sprawie odmowy przyznania miejsca Telewizji Trwam na cyfrowym multipleksie. Zachęcam osoby mające taką możliwość ( u mnie na przykład zbiórka była robiona w parafii) do zrobienia tego samego.
Można też samemu wydrukować kartę do podpisów i wysłać ( http://www.radiomaryja.pl/apel_krrit.doc )
Może mi się nie podobać upartyjnienie mediów o. Rydzyka (obowiązkiem Kościoła jest zaangażowanie polityczne i zabieranie głosu np. w sprawie aborcji, ale absolutnie nie powinien On popierać konkretnych partii), ale po pierwsze oprócz polityki jest tam naprawdę wiele bardzo wartościowych programów np. TV Trwam była jedyną, która pokazywała ŚDM w Madrycie, czy jedyną pokazującą filmy pro-life takie jak Bella oraz „To save a life”. A po drugie jakoś inne, równie jednostronne politycznie (tyle, że popierające jedyną słuszną partię) media nie miały problemu z uzyskaniem dostępu. Nawet stacja mająca pokazywać Disco Polo nie miała takiego problemu...
Do podpisania protestu szczególnie zachęcam … zwolenników Platformy Obywatelskiej. Rozumiem, że możecie bardzo nie lubić mediów, które ostro krytykują partię jaką popieracie, ale chyba przyjemniej jest wygrywać wybory w uczciwej rywalizacji, niż dzięki utrudnianiu dostępu do nieprzychylnych dla władzy informacji ?
Odsłon: 884 Komentarzy: 5
Thursday,19 January 2012,21:49
Kategoria: Pro life Thursday, 19 January 2012, 21:49
Potrzeba posiadania potomstwa wśród wielu osób jest tak silna, że są gotowe przymknąć oko na zastrzeżenia natury etycznej co do metod, które mogłyby im pomóc w poczęciu dziecka. Tak dzieje się w przypadku zapłodnienia pozaustrojowego. Warto zdać sobie więc sprawę, że ta metoda nie tylko stoi na bakier z moralnością, ale też poważnie zagraża zdrowiu kobiety. Jeśli przed sięgnięciem po in-vitro nie powstrzyma nas sumienie, to może to zrobi troska o samych siebie?
W roku 2006 r. Międzynarodowa Komisja Monitorowania Technologii Rozrodu Wspomaganego (ICMART) ogłosiła obszerny światowy raport o zapłodnieniu in vitro w 2000. Według raportu w jednej czwartej ciąż występują poważne komplikacje, do których należą: stan przedrzucawkowy, łożysko przodujące, ciąża pozamaciczna, poród przedwczesny, cukrzyca u matki.[1] Prof. Bogdan Chazan wśród medycznych zagrożeń dla kobiet, które poddają się procedurze in-vitro wymienia też zespół hiperstymulacji. Zdarza się on w około 2–4 proc. przypadków. U kobiety mogą wystąpić wtedy bóle brzucha, pojawienie się płynu w jamie otrzewnej, powiększenie jajników, wystąpienie płynu w opłucnej i osierdziu, a w późniejszym czasie może dojść do przedwczesnego wygaśnięcia czynności jajników.[2]
Wśród wspólnych zagrożeń zarówno dla matki jak i dziecka są ciąże mnogie, występujące u 30-50 proc. pacjentek. Taką ciążę trudniej jest utrzymać i donosić. Szacuje się, że ryzyko samoistnego poronienia w tych przypadkach jest o 20–35 proc. wyższe aniżeli w ciążach spontanicznych. [3] Zachorowalność okołoporodowa matek w ciąży wielopłodowej jest 4-8 razy wyższa niż w ciąży pojedynczej.[4] Wskutek zwiększonego obciążenia dużo częściej obserwuje się wśród nich dolegliwości ciążowe takie jak płytki oddech w wyniku wysokiego uniesienia przepony czy żylaki kończyn dolnych. Stwierdza się również częstsze występowanie powikłań porodowych, co nieraz wymaga ukończenia ciąży drogą cięcia cesarskiego. W przebiegu ciąży bliźniaczej częściej występują niepowściągliwe wymioty ciężarnych, niewydolność cieśniowo-szyjkowa, poród przedwczesny, przedwczesne pęknięcie błon płodowych, EPH-gestoza, wielowodzie oraz niedokrwistość.[5] Dzieci zazwyczaj rodzą się przedwcześnie i z małą masą urodzeniową. To z kolei powoduje szereg poważnych komplikacji zdrowotnych w okresie noworodkowym, a także w późniejszych latach życia dziecka.[6]
Dostępne badania mówią też o związku procedury in-vitro z występowaniem nowotworów. Zapłodnienie pozaustrojowe ma powodować dwukrotny wzrost ryzyka zapadalności na raka jajników[7] jak również wzrost ryzyka raka piersi u kobiety.[8]
Trzeba też podkreślić, że in-vitro stanowi rozwiązanie problemu bezdzietności, ale nie leczy niepłodności. Para nadal pozostaje niepłodna i ma małe szanse na urodzenie następnych dzieci.
Podejrzewam, że wiele kobiet byłoby gotowe zapłacić każdą cenę za poczęcie dziecka i wziąć na siebie na siebie nawet ryzyko utraty zdrowia byle tylko stać się mamą. Szczególna odpowiedzialność stoi wtedy na ich małżonkach, którzy jeśli kochają, powinni chronić swoje ukochane, nawet przed nimi samymi.
[1] ICMART: World collaborative report on in vitro fertilization, 2000. Fertility and Sterility, 2006
[2] Irena Świerdzewska, Dlaczego nie in vitro?, Idziemy, 13 grudnia 2009 r.
[3] prof. Tadeusz Mazurczak (kierownik Zakładu Genetyki Medycznej Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Genetyki Człowieka i ekspert Komisji Bioetyki Rady Europy) w rozmowie z Joanną Jureczko-Wilk, In vitro to eksperyment, Gość Niedzielny, 14/2009.
[4] Justyna Hofman-Wiśniewska, w konsultowacji z dr. n. med. Eugeniuszem Siwikiem, Fenomen bliźniąt, Żyjmy dłużej, 4 kwiecień 2001.
[5] [za:] lek. med. Jerzy Skotnicki, Ciąża mnoga, http://www.skotnicki.pl
[6] prof. Tadeusz Mazurczak w rozmowie z Joanną Jureczko-Wilk, In vitro to eksperyment, op. cit.
[7] Obstetrics & Gynecology, 2004, 103, 154
[8] Venn A. i inni., Risk of cancer after use of fertility drugs with in vitro fertilization, Lancet 1999, Vol. 354.
Odsłon: 247 Komentarzy: 3
Saturday,01 December 2012,21:47
Kategoria: Pro life Saturday, 01 December 2012, 21:47
W debacie na temat in-vitro bardzo często, ze strony zwolenników tej metody pada argument, że wszyscy mamy prawo do tego by mieć dzieci i w związku z tym powinna ona być szeroko dostępna. Takie podejście jest bardzo egoistyczne. Jest przejawem myślenia, zgodnie z którym podmiotem sporu dotyczącego zapłodnienia pozaustrojowego są wyłącznie rodzice. Tymczasem sprawa ta w co najmniej równym stopniu dotyczy poczętych dzieci. Nie tylko tych, którym nie dane było się urodzić, ale też tych, które miały więcej szczęścia i „przyszły na świat”. Przyjrzyjmy się tej metodzie z ich perspektywy.
Zapłodnienie pozaustrojowe narusza fundamentalną zasadę zgodnie z którą jeśli nie wiemy jakie są skutki uboczne określonej procedury dla osób, której jej podlegają, to nie możemy ich testować na tych osobach bez ich zgody. Nikt nie testował na dzieciach poczętych metodą in-vitro, jakie są dla nich skutki tej metody. My tego nie wiemy. Pierwszy człowiek, który się urodził w wyniku procedury in-vitro ma dzisiaj dopiero 33 lata. Nie wiemy jaki będzie jego dalszy los. Pierwsze badania mówiące o zdrowiu ludzi, poczętych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego, nie nastrajają jednak optymistycznie.
W 2005 r. zespół naukowców zebrał wszystkie prace z różnych ośrodków in-vitro, które dotyczyły zdrowia dzieci poczętych w drodze programu in-vitro. Okazało się, że obserwuje się u nich do 40% więcej wad wrodzonych niż w populacji dzieci poczętych drogą naturalną.[1]
W 2008 r. Centrum Kontroli Chorób i Prewencji w Atlancie (CDCP) opublikowało informację o tym, że wśród dzieci poczętych przez zapłodnienie pozaustrojowe dwa razy częściej występują ciężkie wady serca, dwa-cztery razy częściej występują rozszczepy wargi i podniebienia, cztery-pięć razy częściej zarośnięcie przełyku, pięć-siedem razy częściej - zarośnięcie odbytu. Stwierdzono też, że u dzieci urodzonych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego w pierwszych pięciu latach życia wykonuje się dwukrotnie więcej zabiegów operacyjnych niż u dzieci poczętych w sposób naturalny.[2]
Wiele badań wskazuje też na to, że przy zapłodnieniu pozaustrojowym dzieci znacznie częściej rodzą się przedwcześnie i z małą masą urodzeniową, co powoduje szereg poważnych komplikacji zdrowotnych w okresie noworodkowym, a także w późniejszych latach życia dziecka. W jednych z nich obliczono, że procedura in vitro obarczona jest 2,6-krotnym wzrostem ryzyka urodzenia się dziecka z niską masą urodzeniową w przypadku ciąży pojedynczej. W przypadku ciąży mnogiej to ryzyko miałoby jeszcze wzrastać.[3] Z kolei w metaanalizie 15 niezależnych badań naukowych stwierdzono 2-krotny wzrost ryzyka przedwczesnego porodu dzieci poczętych in vitro.[4]
Wpływ in-vitro na zdrowie poczętych w ten sposób ludzi, ciągle nie jest jednak dokładnie przebadany, choćby dlatego, że ich tożsamość osób jest dość dobrze chroniona, jak i dlatego, że ciągle są to osoby młode. Nie wiemy więc co czeka je na starość. Tym bardziej nie wiemy jakie są długofalowe skutki in-vitro dla puli genetycznej ludzkości.
Procedura in-vitro nie tylko jest swoistym eksperymentem na poczętych w ten sposób osobach, ale też narusza ich godność. Poszanowanie godności dziecka, powinno wiązać się z tym by powstało ono w wyniku aktu miłości. W in-vitro tego nie ma. Dziecko jest kreowane „na zimno” przez lekarzy w próbówkach, jest skutkiem procesu produkcyjnego.
Co więcej w przypadku zapłodnienia z wykorzystaniem materiału genetycznego obcej osoby, pozbawia się dzieci synowskiej więzi z rodzicami i utrudnia ich prawidłowy rozwój, który jest najbardziej korzystny gdy następuje w otoczeniu biologicznych rodziców. Takie dzieci mogą też przechodzić problemy z określeniem własnej tożsamości osobowej. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że bardzo często, nawet jeśli chciałyby się dowiedzieć się kto jest ich biologicznym ojcem, to nie miałyby takiej możliwości. W wielu krajach procedura in-vitro zorganizowana jest w taki sposób, że do stosownego mieszadła wkłada się spermę pochodzącą od kilku dawców i potem się ją miesza, żeby nie można było rozpoznać kto jest biologicznym ojcem i później nie można było takiego mężczyzny pozwać o alimenty.
Jeśli zgodzimy się na tezę, że ktoś ma prawo do dziecka, to dziecko sprowadzamy do roli „przedmiotu użytku” zamiast podmiotu miłości, staje się ono nie celem tylko środkiem do osiągnięcia celu. A człowiek nigdy nie powinien być środkiem, zawsze powinien być celem. Prawo lub uprawnienie można mieć tylko do przedmiotu nigdy do podmiotu. Dziecko nie jest rzeczą i nie może być własnością rodziców. Nie mogą oni „produkować” dzieci, naruszając ich godność, narażając na kryzys tożsamości i zagrażając ich zdrowiu i życiu.
[1] Tadeusz Wasilewski, wypowiedź podczas spotkania: „Stawka większa niż życie: in vitro- za czy przeciw?”, 21 października 2009 r., Uniwersytet Warszawski.
[2] Irena Świerdzewska, Dlaczego nie in vitro?, Idziemy, 13 grudnia 2009 r.
[3] Schieve LA i inni., Low and very low birth weight in infants conceived with the use of assisted reproductive technology, New England Journal of Medicine, 2002, 346
[4] R. Jackson i inni., Perinatal Outcomes in Singletons Following In Fertilization: A Meta-Analysis, Obstetrics&Gynecology, Vol. 103, no 3, 2004
Odsłon: 654 Komentarzy: 2
Monday,01 October 2012,17:20
Kategoria: Pro life Monday, 01 October 2012, 17:20
In-vitro jest jednym z tych obszarów nauczania Kościoła, który jest najszerzej odrzucany przez osoby wierzące. Mając przed oczyma dramaty bezpłodnych małżeństw, ciężko jest zrozumieć dlaczego Kościół jest tak okrutny i chce pozbawiać je szansy na potomstwo. W kilku kolejnych tekstach spróbuje to wytłumaczyć, poruszając problem zapłodnienia pozaustrojowego od różnych stron, pokazując że argumenty przeciwko in-vitro wcale nie są natury religijnej, a czysto ludzkiej.
Jak doniosła niedawno „Rzeczpospolita” wkrótce w Sejmie rozpocznie się bitwa o in-vitro. Posłowie mają się zająć aż sześcioma projektami ustaw w tej sprawie. Warto zawczasu wyrobić sobie zdanie na temat tej procedury.
Jestem za życiem, więc jestem za in-vitro?
„Jestem za życiem, więc jestem za in-vitro” powiedział w czasie kampanii wyborczej obecny Prezydent Polski Bronisław Komorowski. To słynne zdanie stanowi odzwierciedlenie poglądów wielu katolików. Nawet niektóre mocno wierzące osoby nie są w stanie zrozumieć dlaczego Kościół opowiada się przeciwko in-vitro. Przecież w odróżnieniu od aborcji, w której chodzi o „pozbycie się” dziecka, tutaj cel jest niezwykle szlachetny i chodzi o jego poczęcie?! Jeśli jestem za życiem, wartościami rodzinnymi, zależy mi by rodziło się dużo szczęśliwych, otoczonych miłością dzieci, to chyba czymś naturalnym powinna być chęć pomocy bezpłodnym małżeństwom i ułatwienie im dostępu do zapłodnienia pozaustrojowego? Czy na pewno?
Potrzeba posiadania potomstwa jest niewątpliwie jedną z najsilniejszych i najbardziej szlachetnych potrzeb jakie mamy. Posiadanie jakiejś potrzeby nie oznacza jednak po pierwsze, że trzeba ją bezwzględnie zaspokoić, a po drugie nie oznacza, że każda metoda jej zaspokojenia jest metodą moralnie godziwą. Tak się dzieje w przypadku in-vitro.
Olbrzymia cena poczęcia dziecka
In-vitro rzeczywiście pomaga parom w poczęciu dziecka. Cena jaką trzeba za to zapłacić jest jednak bardzo wysoka – jest nią każdorazowo śmierć innych ludzi. Jeżeli w klinice in-vitro chcemy osiągnąć dobry wynik to trzeba dysponować na starcie sześcioma do ośmiu zarodków. [1] Większa liczba zarodków nie daje większej gwarancji na poczęcie dziecka. Mniejsza liczba zarodków powoduje, że ciąża zdarza się ze statystycznie mniejszym prawdopodobieństwem. Kobiecie wszczepia się dwa zarodki. Nie jeden, ponieważ wtedy osiąga się zbyt niską skuteczność. Nie trzy ani więcej, bo wtedy z kolei wzrasta ryzyko ciąż mnogich. Pozostałe cztery-sześć zarodków trafia do zamrożenia z użyciem ciekłego azotu – w temperaturze minus 195,8 stopnia Celsjusza, celem dalszego przechowywania. Część zarodków nie przeżywa tego procesu, część ginie też w czasie późniejszego rozmrażania, gdyż naukowcy nie wymyślili jeszcze metody, która pozwalałaby w wystarczający skuteczny sposób przeprowadzać proces zamrażania i rozmrażania. Co więcej wiele par nie decyduje się już na kolejną ciążę i ponowne wykorzystanie zamrożonych zarodków, wiele z nich ma więc zostać już „na zawsze” w lodówce. I nie jest im dane ani życie ani śmierć. Tylko w Polsce w zamrażarkach znajduje się w tej chwili kilkadziesiąt tysięcy embrionów.
W trakcie procedury in-vitro giną nie tylko zarodki „nadliczbowe”, ale także te wszczepione do organizmu matki. Skuteczność tej procedury w Europie osiąga średnio 20% (na transfer 1 zarodka przypada tylko 20% porodów).[2] Oznacza to, że w jej trakcie ginie zdecydowana większość zarodków! Tak więc, nawet jeżeli program in-vitro ograniczy ilość powstających zarodków do dwóch-trzech, jak na przykład zakłada projekt ustawy przygotowany przez posła Jarosława Gowina, to dalej będą ginąć w nim niewinne osoby. Doktor Tadeusz Wasilewski zwraca uwagę, że zawsze jest inkubator, który nie daje gwarancji przeżycia, zawsze jest procedura transferu, która wcale nie musi być w pełni skuteczna, wiele zarodków może się nie przyjąć. Program in-vitro nigdy nie da 100% gwarancji na przeżycie każdej istoty ludzkiej.[3]
Ktoś mógłby zauważyć, że w przypadku naturalnego zapłodnienia zarodki także obumierają, odsetek rozwijających się ciąż jest jeszcze niższy niż w przypadku in-vitro. Jest jednak zasadnicza różnica między naturalnym obumieraniem zarodków a tym, jak obumierają w trakcie procedury in-vitro. Tomasz Terlikowski tłumaczył to kiedyś w następujący sposób. „Fakt, że 100% z Państwa kiedyś umrze, nie oznacza że ja w tej chwili mam prawo wyjąć pistolet i państwa zabić. Bo przecież Państwo i tak kiedyś umrzecie. Ja się do tego tylko przyczynię. Jeżeli w czasie ciąży zdarzy się naturalne poronienie, to tego nie oceniamy moralnie, ponieważ natury nie oceniamy moralnie. Ale jeśli w tym uczestniczy lekarz i to on decyduje o całym procesie, to on odpowiada moralnie za to co się dzieję. Jeżeli Państwu spadnie kokos na głowę i Państwa zabije, to palma kokosowa jest niewinna, nie ma żadnej odpowiedzialności moralnej. Ale jeżeli będę siedział na tym drzewie i będę czekał aż przyjdziecie i rzucę Was tym kokosem i wtedy Was zabiję, to ja będę ponosił za to odpowiedzialność moralną.” [4]
W tej chwili żyje na ziemi trzy miliony dzieci poczętych metodą in-vitro. Oznacza to, że potrzebne było uśmiercenie kilkunastu milionów innych osób żeby te trzy miliony mogły żyć.
Zarodek=człowiek?
Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom ciężko jest w „kilku komórkach” zobaczyć człowieka i przypisywać mu równe prawa co już urodzonemu i w pełni rozwiniętemu dziecku. W przypadku aborcji, przy której także pojawiają się debaty, czy płód jest człowiekiem, czy nie, przekonać kogoś, że nienarodzonemu dziecku powinny przysługiwać prawa jest dużo prościej. Przeważnie mamy wtedy do czynienia z istotą, która jest już na tyle rozwinięta, że ma wszystkie organy, że wyglądem przypomina ludzi. Tutaj tego nie ma. Dlaczego więc mamy wierzyć, że zarodek to już jest człowiek?
Moment poczęcia jest to jedyny moment w cyklu życia organizmu podczas którego powstaje zupełnie nowy twór. Potem przechodzi on już tylko dalsze etapy: płodu, noworodka, dziecka, człowieka starszego aż obumiera. To wciąż jednak jest ten sam organizm, do którego nic nie jest już dodawane, który ma wyjątkowy, indywidualny i niepowtarzalny kod genetyczny.
Nikt, nawet najwięksi zwolennicy in-vitro, nie są w stanie wskazać jednego konkretnego momentu w którym mielibyśmy stawać się ludźmi, innego niż moment poczęcia. Propozycje by był nim poród brzmią groteskowo i wręcz makabrycznie zważywszy, że dziecko już od około 23 tygodnia ciąży jest w stanie przeżyć poza brzuchem matki. Wszystkie inne propozycje: 12 tydzień, 24 tydzień są bardzo arbitralne. Jeśli więc nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnego momentu kiedy zaczyna się ludzkie życie, to miarą naszego szacunku do niego powinna być zasada domniemywania człowieczeństwa. Sam fakt niepewności, tego że nie wiemy, czy przypadkiem zarodek nie jest jednak człowiekiem, powinien wykluczać możliwość jego zabicia. Jeśli jestem na polowaniu, widzę że coś się rusza w krzakach, ale nie wiem czy to zwierz czy człowiek – nie strzelam. Pomyłka byłaby bowiem niezwykle tragiczna w skutkach.
Jeśli jestem za życiem nie mogę więc być za in-vitro! Albo jestem za życiem albo za in-vitro! Jedno całkowicie wyklucza drugie!
[1] Procedurę in-vitro opisuje na podstawie wypowiedzi doktora Tadeusza Wasilewskiego podczas spotkania: „Stawka większa niż życie: in vitro- za czy przeciw?”, które odbyło się 21 października 2009 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Tadeusz Wasilewski od 1993 do 2007 roku pracował z dużymi sukcesami w jednej z pierwszych w Polsce klinice wykonującej procedurę in vitro.
[2] Dane pochodzą z raportu przygotowanego przez największe europejskie towarzystwo naukowe zrzeszające lekarzy, naukowców, embriologów i biologów zajmujących się medycyną rozrodu – European Society of Human Reproduction and Embryology (ESHRE). Raport opublikowany został w 2010 r. i dotyczył roku 2006.
[3] Tadeusz Wasilewski, wypowiedź podczas spotkania: „Stawka większa niż życie: in vitro- za czy przeciw?”, op. cit.
[4] Tomasz Terlikowski, wypowiedź podczas spotkania: „Stawka większa niż życie: in vitro- za czy przeciw?”, 21 października 2009 r., Uniwersytet Warszawski.
Odsłon: 266 Komentarzy: 4
Friday,23 December 2011,17:45
Kategoria: Ogólne Friday, 23 December 2011, 17:45
„Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie. Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie. Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie, zawsze wtedy, jest Boże Narodzenie.” Matka Teresa z Kalkuty
Z okazji nadchodzących świąt chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom mojego bloga przeżywania Bożego Narodzenia każdego dnia, przez cały rok. Życzę wszystkim byśmy na swojej drodzy spotykali jak najwięcej ludzi realizujących przytoczone słowa Matki Teresy w swoim życiu oraz byśmy samemu umieli stawać się takimi niezwykłymi ludźmi. Żeby świat dzięki nam stawał się piękniejszy, a otaczający nas ludzie szczęśliwsi.
Życzę także aby rodzący się Chrystus błogosławił Wam w życiu. Obdarzał wszelkimi potrzebnymi łaskami,dodawał sił, pomagał realizować największe marzenia i doświadczać prawdziwej radości i miłości!
Dużo radości i miłości na te Święta dla Was i dla Waszych rodzin!
Błogosławionych Świąt!
Odsłon: 95 Komentarzy: 2
Thursday,15 December 2011,18:45
Kategoria: Aborcja Thursday, 15 December 2011, 18:45
„Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera – na próbę” Jan Paweł II
Wśród młodych osób stosunkowo częstym zjawiskiem jest tworzenie związków, bez przekonania, że z czasem one będą mogły przekształcić w piękną miłość na całe życie. Łączymy się w pary bo anuż coś „zaskoczy”, bo nie wypada być samotnym w towarzystwie, bo miło jest mieć bliską osobę, bo odczuwamy głód emocjonalny i z wielu innych, podobnych powodów. „Chodzenie” z chłopakiem lub dziewczyną jest fajne i przyjemne: dlaczegoż więc by tego nie robić? Niestety związki „na próbę” mają swoją drugą, negatywną stronę. Większość z nich jest skazanych na porażkę, zaś angażowanie się w nie odbywa się ze szkodą dla obydwu osób.
Jeśli zakładamy, że związek jest na próbę, to trochę tak, jakbyśmy z góry nie dawali mu szans na rozwój. Posłużę się przykładem: jeśli sportowiec nie wierzy w swoje możliwości, to raczej nie zdobędzie medalu olimpijskiego. Będzie mu bowiem brakować motywacji do ciężkiego treningu, do poświęcania dodatkowego czasu, pieniędzy na rozwój kariery, do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Podobnie jest z miłością. Jeśli związek jest na „próbę”, to w mniejszym lub większym stopniu zakładamy, że może się nie udać. W takim przypadku nie dajemy z siebie wszystkiego. Testujemy, próbujemy, ale nie angażujemy się w stu procentach. Wyżej niż swojego chłopaka/dziewczynę stawiamy swoich przyjaciół, pasje, naukę, karierę zawodową, mówiąc sobie w myślach: Przecież z naszego związku może nic nie być, to nie poświecę dla niego innych spraw. Unikamy poważnych rozmów, żeby przypadkiem nie zaangażować się zbyt mocno i nie utrudnić sobie późniejszego wycofania się. Przy pierwszym większym konflikcie, kryzysie, łatwo się poddajemy. Nasze przekonanie, że związek może się nie udać okazuje się samospełniającą się prognozą.
Większość osób angażujących się w związki bez miłości, myśli głównie o teraźniejszości i o tym, że teraz będzie się im przyjemniej żyło. Przyszłość wydaje się czymś odległym, choć gdzieś tam z tyłu głowy mogą przewijać się myśli, że jeśli by im się nie ułożyło, to najwyżej za jakiś czas się rozstaną. Nic się stanie, każdy pójdzie swoją drogą…W rzeczywistości nasze obecne decyzje mogą nam kiedyś przynieść bardzo bolesne skutki. Warto pomyśleć o nich zawczasu… Każdy, nawet najbardziej lichy związek, pozostawia ślad emocjonalny w naszej psychice, w naszym sercu. Nie znam pary, która nie weszłaby na jakiś stopień intymności ze sobą. Nawet jeśli dwoje partnerów nie współżyje seksualnie, to pocałunki, przytulanie się do siebie, trzymanie się za ręce, spędzanie dużej ilości czasu ze sobą, zwierzenia z osobistych spraw, bardzo zbliżają do siebie. Im dłużej trwa związek tym ta więź jest silniejsza. W konsekwencji, jak za jakiś czas dojdziemy do wniosku lub utwierdzimy się w tym, że to nie jest „to”, że kompletnie się różnimy, mamy odmienne systemy wartości, marzenia, oczekiwania, że nic się nie zmienia w naszej relacji na lepsze – co w związku „na próbę” jest nader prawdopodobne - to okaże się, że będzie nam bardzo ciężko zerwać ze sobą. Niektórzy z przyzwyczajenia, z powodu tej więzi zawrą ślub- z dużą dozą prawdopodobieństwa skazując się na cierpienie na całe życie. Ci, zaś którym uda się przełamać i zakończyć ten związek, w mniejszym stopniu, ale także będą cierpieć. Co jakiś czas będą mogły nawiedzać ich wspomnienia, tęsknoty i myśli: Czy dobrze zrobiłem?, a jeśli uda im się ponownie z kimś związać, to do nowego związku mogą przenosić obrazy poprzednich.
Angażując się w związek „na próbę” warto pomyśleć nie tylko o sobie, ale też drugiej osobie. A co jeśli ona, traktuje ten związek znacznie poważniej niż ja? Nigdy nie możemy być pewnie, że tak nie jest. Nawet gdy ona zachowuje się z dystansem do nas, może to wynikać z tego że nie chce się przyznać, że jej zależy, widząc że my mamy jakieś wątpliwości. Możemy więc być zupełnie nieświadomi, że nasz chłopak,dziewczyna po cichu ma nadzieję, że będziemy z sobą już do końca życia. Jeśli on, ona tak pochodzi do związku, to będzie bardzo cierpieć, gdy w którymś momencie uznamy, że nasze uczucia się nie rozwinęły i trzeba zakończyć „próbę”. Nie mamy prawa dla swojej przyjemności narażać kogoś na wielki ból i krzywdę.
Decydując się na chodzenie z kimś „na próbę”, nie tylko ryzykujemy cierpienie swoje i drugiej osoby, ale odbieramy też sobie i jej szansę na szczęście, uniemożliwiając poznanie kogoś innego, z kim moglibyśmy się związać na zawsze a nie „na próbę”. „Porządny” chłopak czy dziewczyna nie zainteresuje się kimś kto jest zajęty. Może się więc okazać, że spotkamy kogoś, kto wyda się nam szalenie atrakcyjny, z kim będziemy dzielić wartości i marzenia , ale ta osoba w ogóle nie zwróci na nas uwagę, bo akurat będziemy uwiązani relacją bez przyszłości. Nie marnujmy swojego czasu oraz czasu drugiej osoby.
Co więcej jeśli angażowaliśmy się w kilka związków „na próbę”, jeśli „skaczemy z kwiatka na kwiatek”, musimy się liczyć z tym, że przylgnie do nas opinia niedojrzałych osób, które nie traktują relacji miłosnych poważnie. I gdy kiedyś spodobamy się komuś szlachetnemu, to nawet jeśli akurat w danym momencie będziemy pozostawać bez związku, ta osoba może bać się zaangażowania w znajomość z nami, nie mogąc być pewnym czy nie jest tylko kolejną zabawkę w naszych rękach.
W końcu „chodząc” z kimś kogo nie kochamy zwyczajnie tą osobę oszukujemy i okłamujemy. Nikt angażujący się w taki związek nie mówi: „Wiesz ja Cię nie kocham, ja jestem z Tobą, tak tylko na próbę”. Raczej zachowujemy się tak jakbyśmy mieli poważne zamiary. W konsekwencji kłamiemy swoimi słowami: używamy zwrotów takich jak „Skarbie”, „Kochanie”, „Kocham Cię”, mimo że te słowa nie mają potwierdzenia w tym kim dla nas jest ich odbiorca oraz kłamiemy swoim ciałem. Obejmując drugą osobę, całując ją, wyrażamy jej fizycznie miłość, choć naszym umysłem mówimy „Wcale Cię nie kocham”. Przypomina to sytuację, w której spotykamy kogoś kogo tak naprawdę nie lubimy, ale udajemy jak to wspaniale, że się spotykamy. Uśmiechamy się do tej osoby, ale w głębi ducha myślimy sobie: chciałbym być gdzie indziej. Chodzenie z kimś kogo nie kocham jest czymś bardzo podobnym. Jest to po prostu kłamstwo. Jako chrześcijanin łamię w ten sposób ósme przykazanie, jako człowiek uczę się nieuczciwości. Miłość dla większości osób jest jedną z najważniejszych spraw w życiu. Jeśli okłamujemy kogoś w tym względzie, jest to bardzo poważny występek.
Nie chcę powiedzieć, że związek „na próbę” nie ma szans się udać. Sam znam pary, które dojrzały i których relacja przekształciła się w miłość. Niestety jednak znacznie częściej spotykam osoby, które rozwijając relację w ten sposób tylko się poraniły. Niektórzy wielokrotnie. Po co nam to? Nawet bowiem jeśli któryś kolejny związek „wypali”, to będzie to okupione wcześniejszym cierpieniem, krzywdą, ranami swoimi i drugiej osoby oraz wieloma kłamstwami. To chyba nie jest najlepszy pomysł na szukanie szczęścia i budowanie miłości…
Odsłon: 1094 Komentarzy: 5
Zbigniew Kaliszuk
Absolwent Zarządzania i Marketingu na SGH, kilkuletni lider Akademickiego Stowarzyszenia Katolickiego Soli Deo. Małe stowarzyszenie przekształcił w najprężniejszą organizację studencką w Warszawie. Koordynator projektu "Poruszyć Niebo i Ziemię"
Thursday, 19 April 2012
