Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Wunderwaffe

Kategoria: Ogólne Saturday, 03 April 2010, 13:19

Wunderwaffe

 

             No cóż, nie była piękna ani nawet ładna. Zgrabnością figury też nie nadrabiała braku urody. Ale za to miała niebieskie oczy i długie blond włosy, a to już w jej spalonej słońcem ojczyźnie wystarczyło, by uchodzić za bożyszcze. Ponieważ zaś narody zamieszkujące tę szerokość geograficzną cechuje znaczna egzaltacja i gwałtownie reagowanie na wszystko co się widzi i słyszy, mężczyźni roztkliwieni jej widokiem, zwykli się przed nią obnażać. Poraz pierwszy doświadczyła owego zjawiska mając lat naście, gdy jako pilna uczennica szkoły dla dziewcząt z interantem raczyła stanąć w polu widzenia młodego, początkującego nauczyciela, dopiero co zatrudnionego w zastępstwie emerytowanej pedagożki. Młodzieniec ów, świeżo po studiach, na widok dziewczyny w mgnieniu oka wyzbył się swego przyodziewku, co zresztą wywołało zgorszenie całej klasy i oburzenie dyrekcji. W rezultacie nieszczęśnik musiał się pożegnać z wyuczonym zawodem,  ona zaś, jak na wodzącą na pokuszenie przystało – z dobrodziejstwami systemu edukacji.

         Kiedy świeżo wydalona ze szkoły wyszła na ulicę, spostrzegła ku swemu przerażeniu, że mijani przez nią panowie właśnie odkrywali w sobie utajone dotąd talenta striptizerskie. Każde jej ukazanie się w miejscu publicznym skutkowało kolejną falą rozwodów z orzeczeniem winy po stronie małżonka:

- Bo co się pani sędzina dziwi – argumentowały powódki – on tylko takiego świętoszka udaje, że niby z własną kobitą nie ma ochoty, a tu ledwo wyjdzie na ulicę, to zaraz, proszę wysokiego sądu, przed byle pokraką ściąga gacie i mam na to świadków.

            Ukazaną tu osobliwością niebawem zainteresowała się prasa publikując szereg artykułów pod wspólnym tytułem „Naga prawda”. Wkrótce o naszą bohaterkę upomniała się i nauka. Zespół uczonych (jak się później okazało, naturystów) pod kierunkiem sławnego w świecie seksuologa, profesora Z. Leo-Staretzky’ego, poddał ją szczegółowym badaniom. Po roku skomplikowanych zabiegów i dziesiątek eksperymentów z wykorzystaniem najnowocześniejszego sprzętu, obroniono na temat jej przypadłości kilka dysertacji doktorskich i jedną habilitację. Bo, w rzeczy samej, wyniki badań okazały się tyleż odkrywcze, co zaskakujące. Ogłosił je, w specjalnym raporcie dla parlamentu, szef zespołu:

- Wysoki Sejmie – przemówił z właściwym swej profesji obleśnym uśmiechem – mając na uwadze fakt, że większość z tu obecnych nie posiada fachowego biologicznego i psychologicznego, jeśli jakiegokolwiek, wykształcenia, nie będę się posługiwał w swym wywodzie specjalistycznym żargonem, ale wyniki naszej pracy postaram się zaprezentować w sposób możliwie zwięzły. Zatem przechodząc ad meritum – tu rzucił okiem na zebranych – zatem ad me…, to znaczy: „do rzeczy”, chciałem powiedzieć…, z przykrością stwierdzam, że przyczyna masowej rozbieralności mężczyzn w obecności jednej z naszych obywatelek, pozostaje – w świetle obecnego stanu wiedzy – nie wyjaśniona, a rozwikłanie tej zagadki pozostawiam przyszłym pokoleniom. Wszelako – mówił dalej – zdumiewające są wyniki obserwacji zachowań w obecności obiektu reprezentatywnej grupy tysiąca mężczyzn i kobiet. Zauważono bowiem, że w każdej z dziesięciu stuosobowych podgrup mężczyzn, rozbiór, że się tak wyrażę, przebiegał w ponad dziewięćdziesięciu procentach w sposób całkowity lub prawie całkowity. Atoli istnieje pewien niewielki odsetek mężczyzn, wśród których zjawisko to ma przebieg śladowy lub zgoła, nomen-omen, zgoła w ogóle nie zachodzi. Liczba ich waha się, w zależności od grupy, od trzech do nawet dziewięciu procent. Podobnie wśród kobiet, które zasadniczo ekshibicjonizmowi w obecności obiektu nie ulegają, zaobserwowano niemal identyczny niewielki odsetek pań przejawiających skłonność do negliżu. Dalsze badania dowiodły, że…etc. etc.

            Nad raportem rozgorzała ożywiona dyskusja. Prawica była skłonna przejść nad nim do porządku dziennego, jednak lewica podnosiła, że badania zostały przeprowadzone w sposób nierzetelny i całkowicie tendencyjny. Bo jakżeż to ich wyniki mogły być aż tak nieparytetowe? Przecież ustawa mówi chyba jasno: minimum trzydziestoprocentowy udział kobiet w życiu publicznym, we wszystkich jego przejawach. Kto się z tym nie zgadza, ten jest niepostępowy, męska szowinistyczna świnia i w ogóle ciemnogrodzianin. Gdyby naukowcy potraktowali swą pracę bardziej serio, to bez wątpienia okazałoby się, że przed obiektem negliżuje się co najmniej trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt procent pań, jak to zapewne bywa w krajach o bardziej ugruntowanej demokracji. A tu ledwo parę procent! Nie możemy być pośmiewiskiem całego cywilizowanego świata. Nie pozwólmy, by nasze dzieci musiały się wstydzić swej ojczyzny! Z tak mocnymi argumentami dyskutować niepodobna, toteż posłowie, miast udzielić zespołowi uczonych absolutorium, nakazali mu przeprowadzić powtórnie badania, których wyniki, pod rygorem odcięcia rządowych dotacji, byłyby zgodne ze stanem faktycznym.

            Zreprymendowany sztab naukowców dwoił się i troił, by osiągnąć właściwy efekt, ale cóż począć, jeśli mimo najlepszych chęci i wielokrotnie ponawianych prób, wyniki pozostawały jednakowo błędne? Na szczęście problem wkrótce sam się rozwiązał. Po tym jak przybyło do Instytutu Seksuologicznego paru takich panów, co to się nikomu nie przedstawiają (przybyli w garniturach i ciemnych okularach, odeszli, rzecz jasna, bez nich ale za to z robieraczką), okazało się z dnia na dzień, że żadnych badań nad rozbieraczką nie było, nie było żadnego raportu sejmowego, żadnych dysertacji, żadnych artykułów w prasie, a w ogóle to rzeczona rozbieraczka nigdy nawet nie istniała i cała jej historia to bujda na resorach, ot jeszcze jedna urban legend.

            A co się z nią stało? Ano, w zamian za zwiększone limity emisji dwutlenku węgla, odsprzedano ją zaprzyjaźnionemu supermocarstwu. Jako własność tamtejszej armii przeleżała jakiś czas bezczynnie w podziemnych magazynach w tajnej bazie na pewnej wyspie, póki jej potencjał militarny nie został zaprezentowany głowie państwa:

- Panie prezydencie – rzekł szef sztabu generalnego – oto jesteśmy w posiadaniu nowoczesnej, maksymalnie skutecznej, cudownej broni, broni masowego negliżu. Z jej pomocą możemy doszczętnie rozbroić zastępy przeciwnika. Nasz plan jest prosty: najpierw zrzucamy tę zabawkę na terytorium nieprzyjaciela, a gdy ten już wyzbędzie się całej swej broni, amunicji i pancerzy, do akcji wkraczają nasze panie z jednostek specjalnych i w paręnaście minut przejmują kontrolę nad krajem. Problem tylko w tym, czy zechcemy użyć tej cudownej broni w walce o rozprzestrzenienie się demokracji?

    Prezydent odparł bez wahania:

- Yes, we can.

            Jak powiedział, tak się stało i rychło pokój i oświecenie zapanowały w najodleglejszych zakątkach globu, co zresztą zostało powszechnie docenione przez kogo trzeba i prezydent otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Rozbieraczka, w krótkich przerwach między kolejnymi triumfami demokracji, składowana była w wojskowym depozycie. Biedna dziewczyna…

Odsłon: 272 Komentarzy: 6


Turkusowy atrament

Kategoria: Ogólne Friday, 26 February 2010, 01:34

Turkusowy atrament

 

I

            Plenipotent to człowiek środka – ktoś pomiędzy. Już nie plemnik a jeszcze nie potentat, ot taki impotent, bo nic nie może. Nic sam z siebie i nic dla siebie – zawsze z łaski potentata i w jego interesie. Naturalnie, każdy potentat też kiedyś był czyimś plenipotentem, ale nie każdemu plenipotentowi jest pisane zostać potentatem. Wszystko zależy od aktualnej pozycji potentata. No bo, jeśli się zdarza (a często tak właśnie bywa), że potentat z dnia na dzień okaże się nieprawomyślny i zostanie „wyleciany”, to zrozumiałe chyba, że i jego plenipotent nie rozwinie już skrzydeł. Gdy jednak potentat, wiedziony instynktem samozachowawczym, słusznie zachwala to, co zachwalać wypada i potępia to, co potępiać trzeba, wówczas istnieje cień szansy, że kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości i przy pomyślnych wiatrach, jego miejsce zajmie plenipotent. Ciężkie jest życie plenipotenta, ale i gra toczy się o wysoką stawkę. Bo potentat ma dobrze, potentat to jak cysorz z piosenki – ma klawe życie. Ledwo słoneczko raniuchno muśnie potentatową buzię, ten już wita je z uśmiechem na ustach:

- Dzień dobry, słoneczko!

- Dzień dobry, panie profesorze – odpowie słoneczko.

Po takim powitaniu profesor jeszcze przez chwil parę się poprzeciąga, zrobi ze dwa przysiady dla zdrowia i pomaszeruje do łazienki namydlić oblicze. Plenipotent tymczasem (o ile poranny autobus nie będzie miał opóźnienia) pościeli mu łóżko, poczym ochoczo weźmie się za przyrządzanie śniadania – białe pieczywo, jak co dzień, pokrojone w centymetrowej grubości pajdy ułożone na półmisku z miśnieńskiej porcelany (kupionym w Desie, choć oficjalnie odziedziczonym po dziadku ponoć rozstrzelanym w Katyniu), jajko na miękko – gotowane nie dłużej niż dwie i pół minuty – do tego kieliszek cabernet sauvignone – koniecznie w temperaturze pokojowej, bo za schłodzonym profesor nie przepada. Śniadając profesor raczy wysłuchać swego najnowszego artykułu o tym, że potrzeba konsensusu…, że tylko historyczny kompromis jest nadzieją dla przyszłych pokoleń…, że tylko ludzie małostkowi, chorzy z nienawiści i zwyczajnie podli, czyli oszołomy (o, to jest dobre słowo: „oszołomy”)…, że prawda nie jest jednoznaczna…, a w ogóle to nie ma jednej prawdy, tylko każdy ma swoją, a nawet gdyby ta była bolesna, to przecież i tak ważniejsza jest godność…

- Bardzo ładnie mi to napisałeś, Świerzbisławie – rzecze profesor – teraz zadzwoń do wiadomej redakcji uprzedzić ich, że przywieziesz im dziś mój najnowszy artykuł. Dopilnuj tylko, by pieniądze za wierszówkę od razu przelali na moje konto. Jak już to załatwisz, pojedź na uczelnię przeegzaminować moich studentów. Każ im zostawić indeksy w katedrze, jak kiedyś tam wpadnę, to im podpiszę. A, i jeszcze jedno…

- Słucham, panie profesorze.

- Masz pieniądze na bilet?

Świerzbisław przeszukał kieszenie.

- Niestety – westchnął.

- To nic, pożycz od kogoś. A teraz, no już, do roboty.

Ze sprawami w redakcji Świerzbisław uwinął się dość szybko, tak że studenci musieli czekać na niego zaledwie jakieś dwie godziny – to przecież niewiele. Gorzej poszło mu z egzaminowaniem, bo studenci takie mądrości prawią, a on umysł ma nietęgi, do uczonych wywodów nie stworzony. Ale przecież nie da im po sobie poznać, że pisanie doktoratu po prostu ździebko go przerasta, więc stawia oceny  za wszystko oprócz wiedzy: a to za odpowiednio krótką minispódniczkę, a to za głęboki dekolt, za ładne oczy… Najgorsze, że egzaminować musi w największej konspiracji, by władze instytutu nie dowiedziały się, że robi to osoba niepowołana, nie będąca nawet pracownikiem uczelni. „Czy oni – myślał – nie zdają sobie sprawy, że profesor naprawdę nie ma czasu zajmować się takimi błahostkami?” W rzeczy samej, profesor po obronieniu swej epokowej dysertacji pt. „Marksistowsko – leninowskie podstawy produkcji wyrobów czekoladopodobnych” pochłonięty był daleko bardziej poważnymi sprawami. Najpierw walczył o to, by jakieś pasożyty wywieźć do Syjamu, potem dzielnie dawał odpór rozmaitym wichrzycielom, parę lat później zajął się organizacją struktur poziomych (cokolwiek to znaczy), dzięki czemu zapałał gorącą miłością do demokracji, którą od końca lat osiemdziesiątych najpierw wprowadzał a następnie utrwalał, tępiąc jednocześnie nietolerancję i ciemnogród; ostatnio, natomiast, zajął się promowaniem integracji europejskiej, co zresztą czynił na tyle gorliwie i skutecznie, że dostał za to parę odznaczeń państwowych. Tytan pracy!

Egzaminowanie szło Świerzbisławowi jako tako, nawet, można rzec, spozieranie na wdzięki studentek, wprawiło go w całkiem dobry nastrój. Niestety, musiał był przerwać tę idyllę, gdy otrzymał sms następujące treści:

„Siedzę na tronie, zabrakło mi papieru. Kup papier i mi go przywieź – profesor”.

- No, jak mus to mus, nie ma rady, trza przerwać egzamin, siła wyższa…- zakomunikował Świerzbisław.

- Vis maior – dopowiedział student.

-Jaki major? Co mi tu pan z jakimiś wojskowymi wyskakuje nie na temat? Do zobaczenia we wrześniu.

- Ale panie magistrze, tak się nie robi, oponuję!

-To proszę iść do wulkanizatora. Koniec egzaminu.

Wyszedł. Jakoś tak stojąc już na przystanku, Świerzbisław zorientował się, że przecież nie ma pieniędzy na bilet. Ale „pal sześć bilet – pomyślał – pojedzie się jak zwykle na gapę. Gorzej, że nie ma za co kupić papieru. Trza wrócić i pożyczyć od studentów”. Studenci, jak wiadomo, zajęci są karierą, to i pieniędzy mu nie pożyczyli, żal im było je wydawać na tak niepewną inwestycję. Na szczęście są jeszcze sprzątaczki i szatniarze. Ci zawsze służą pomocą człowiekowi w potrzebie.

- Weź pan pieniądze z automatu na kawę – radził szatniarz – to nie takie trudne. Bierzesz pan spinacz, ale taki metalowy i go rozprostowujesz i wkładasz nim pan przez wrzutnik na monety chusteczkę do nosa i ją tam tym drucikiem do środka upychasz. Ludzie przychodzą, wrzucają, a tam nic, ani kawy, ani reszta nie leci. Potem po jakimś pół godziny przychodzisz pan i od dołu, no przez dolny wylot drucikiem tą chusteczkę zeskrobujesz i panu bilon wylatuje.

Patent okazał się genialny i w ten sposób Świerzbisław zdobył całe pięć złotych w drobnym bilonie, za które kupił papier toaletowy w czterorolkowym zestawie; na bilet, jak zresztą przewidywał, już mu nie starczyło. Do profesorskiej willi dotarł w nienajlepszym humorze, a to za sprawą kanara, z którym miał był nieszczęście zetknąć się w autobusie, ale mniejsza o to, najważniejsze, że mógł w końcu wspomóc profesora papierem toaletowym. Profesor wszelako nie omieszkał udzielić mu reprymendy za ociąganie się i kupno papieru podrzędnego gatunku, w dodatku o nie pasującym do kafelków kolorze.

Tak oto upłynął Świerzbisławowi kolejny dzień plenipotencji. Dzień, jak zwykle, pracowity, w którym interesy potentata pochłonęły go do tego stopnia, że nawet nie przyszło mu do głowy, by przywieźć mu indeksy do podpisu.

II

Któregoś pięknego dnia, w jakieś dwa tygodnie po sesji, a może nawet już w początkach nowego semestru, zdarzyło się coś bardziej nieprawdopodobnego niż zimna fuzja i odkrycie Atlantydy razem wzięte. Profesor, wychodząc z założenia, że w dobrym tonie jest ukazać się od czasu do czasu maluczkim (niech znają łaskę pańską), pojawił się na uczelni – we własnej osobie. Towarzyszył mu wierny Świerzbisław usługujący mu z godną lokaja gorliwością: a to przed nim drzwi otworzył, a to pomógł zdjąć palto i powiesić je na wieszaku, to znów krzesło przy biurku odsunął. Archanieli się zlecieli, w złote trąby wraz zagrzmieli, a cheruby, serafiny śpiew poczęli tej godziny: „gloria! gloria dniu szczęśliwy, co oglądasz takie dziwy”, wtem profesor na chwil parę, głośną przerwał tę fanfarę i zza biurka uniósł głowę, by wygłosić tę przemowę:

- Studenci, będę wam podpisywał indeksy.

Rozległy się huczne brawa. Niech żyje nasz profesor! niech żyje! vivat! vivat! sto lat! hip-hip! hurra! Gaudeamus!

-Świerzbisławie – ozwie się profesor – podaj mi moje pióro.

            Ale cóż to – profesor bezskutecznie usiłuje wyskrobać pierwszy zawijas – złośliwość przedmiotów martwych, atrament w piórze wysechł. Świerzbisław otwiera kałamarz, a ten, o zgrozo, również pusty. Jakiś student sugeruje profesorowi: „chce pan długopis?”. Ale nie, przecież profesor od zarania swej uniwersyteckiej kariery podpisuje się wyłącznie turkusowym atramentem. Tak, turkusowy atrament – to jego znak rozpoznawczy, bez turkusowego atramentu wpisów nie będzie. No bo by pani w dziekanacie, widząc podpis długopisem jeszcze pomyślała, że sfałszowany. Takie rzeczy trzeba mieć na względzie. Jest na to tylko jedna rada – studenci niech poczekają, przecież nigdzie im się nie spieszy, a tymczasem:

- Świerzbisławie!…

 

III

            Zadanie bojowe: kupić turkusowy atrament tylko z pozoru było proste. Najpierw trzeba było zdobyć fundusze, a ponieważ atrament markowej firmy, do tego jeszcze w tak ekstrawaganckim kolorze, miał kosztować dużo więcej niż pięć złotych, Świerzbisław zmuszony był poobchodzić wszystkie automaty na uniwersytecie. Uwinął się z tym dość szybko, bo w zaledwie półtorej godziny. Gdy już zebrał te parędziesiąt złotych, wstąpił do sklepu papierniczego:

- Niebieski, błękitny nawet, to i owszem, ale turkusowy?! – dziwiła się ekspedientka.

Nie zrażony pierwszym niepowodzeniem, Świerzbisław odwiedził jeszcze parę innych sklepów… i jeszcze parę…, ale, niestety, w żadnym z nich nie mieli turkusowego atramentu.

- Wie pan, co – poradziła sprzedawczyni w ostatnim z odwiedzanych sklepów – niech pan pójdzie do hurtowni, tu ma pan namiary, może tam będzie – i podała Świerzbisławowi karteczkę z adresem:

„Piórex – Hurtownia Artykułów Papierniczych, ul. PKWN-u 44…”

- Ale zadupie – westchnął Świerzbisław wyszedłszy z autobusu na wskazanej wizytówką ulicy. Istotnie, poza olbrzymim hangarem, słusznie przez niego utożsamionym z hurtownią, były tam tylko jakieś nieużytki rolne. Już od progu dorwało go dwóch rosłych pracowników i wziąwszy go pod pachy, zaprowadzili przed oblicze właściciela. Ten, starszy pan, mający w swej postawie coś z angielskiego dżentelmena, ubrany w czarny, elegancki, nieco staroświecki frak, na widok gościa ucieszył się niepomiernie:

-Ach, to pan Świerzbisław Gryzipazur, czekaliśmy na pana… Witamy, witamy!..

- Panie, skąd pan zna?…

-Zapewne przybył pan do nas po turkusowy atrament…

- I skąd pan wie?…

- To nieistotne. Tego panu nie mogę zdradzić– ciągnął staruszek – gdyż jest to prawda, której nie byłby pan zdolny ogarnąć – to rzekłszy, zwrócił się do tamtych dwóch:

- Zdejmijcie z pana miarę.

Podbiegli do Świerzbisława z centymetrem krawieckim, szpilkami i kredą i poczęli mu mierzyć obwód w pasie, długość kończyn górnych i dolnych, szerokość w barkach, grubość ud i bicepsów. Świerzbisław dopiero teraz zwrócił uwagę na dziwną sztywność ich postaci, rytmiczne, jakby robocie ruchy i charakterystyczny wyraz twarzy, który… nie, ich twarze były w ogóle pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Właściciel, wyraźnie podniecony sytuacją, nie mógł powstrzymać się od komentarza:

- Idealne wymiary – powtarzał co chwila – przeciętne w stopniu doskonałym!

Teraz spostrzegł w oczach klienta niejaką konsternację, jeśli nie przerażenie:

- Proszę się uspokoić, są idealnie posłuszni, zrobią wszystko co się im każe – pocieszył go wskazując na tamtych – mamy tu takich więcej, znacznie więcej; zresztą niech sam pan zobaczy. I zaprowadził go do magazynu. Tam Świerzbisław ujrzał niezliczone tłumy mężczyzn i kobiet, niby różniących się od siebie, a jednak jakoś takich samych, ni to poruszających się, ni to nieruchomych, jakby żywych, a jednocześnie jakby umarłych – takich pomiędzy, pomiędzy w każdym aspekcie swego jestestwa.

- Widzi pan – ozwał się właściciel- w wolnych chwilach oddajemy się w hurtowni naszemu osobliwemu hobby…

- Hobby? – powtórzył Świerzbisław.

- To w sumie nic takiego, po prostu stwarzamy człowieka po raz wtóry na obraz i podobieństwo manekinu.

Zatrzymali się przy większej grupie okazów. Starzec rozpoczął wykład:

- Takich jest tu najwięcej. Z takimi jest najmniej roboty. Taki właściwie rodzi się już manekinem: nie za piękny, nie za inteligentny, wykształcenie bliżej nieokreślone; nigdy nie miał żadnych ambicji ani wielkich marzeń, je i wydala, pełnia szczęścia znaczy dla niego tyle, co środowy mecz w telewizji, wyjście z kumplami na piwo i pornos cichaczem obejrzany w tajemnicy przed żoną. Słowem, bylejakość podniesiona do poziomu cnoty. Takiego nie trzeba nawet powlekać woskiem, wystarczy jeśli go z lekka podretuszujemy. A tu, widzi pan – tu wskazał na postać kobiecą – to jest eksponat innego typu. Niech pan sobie wyobrazi, że ta sterana życiem kobieta, była kiedyś prześlicznym podlotkiem o długich, lśniących włosach przewiązanych białą kokardą. Chodziła po podwórku z maleńkim sztambuchem pod pachą, błagając wszystkie koleżanki tudzież kolegów o wpisywanie doń złotych myśli, najlepiej z Asnyka, i słów zapewnienia o dożywotniej przyjaźni. Podkochiwała się w starszych braciach swych koleżanek, raz nawet jeden skradł jej całusa… Z czasem poszła do pracy, wyszła za mąż, urodziła dziecko, potem kolejne i jeszcze następne, zaczęła żyć właściwie na dwie zmiany: praca, dom, praca, dom i tak w nieskończoność. Żyła dla innych – dla dzieci i męża, dla siebie- nie. Przestała dbać o swą urodę, przedwcześnie osiwiała, wskutek trosk ubyło jej parę centymetrów; codzienność odcisnęła się bruzdą na jej twarzy. Nawet nie zauważyła kiedy stała się manekinem… A oto i przypadek najciekawszy, choć znowu nie aż tak rzadki. Kiedyś był pełnym pasji młodzieńcem, wygrywał konkursy, uprawiał sport i grał na instrumentach, nawet czytywał Ingardena. Rozpościerała się przed nim świetlana przyszłość. Niestety, zabrakło mu przebojowości. Pogrążyło go złudne przekonanie, że człowiek ma serce bijące w takt Bachowskiej „Arii na strunie G”. Jednakże, w miarę jak mijały lata, głęboka introspekcja wyłożyła mu tę bolesną prawdę, że tam w środku jest tylko mechanizm zegarowy, który ktoś za niego nakręca. Biedak zgorzkniał. To typ najtragiczniejszy, bo świadomy własnej pustki. Z takimi jest najwięcej roboty, trzeba im bowiem odebrać resztki woli.

- A pan – w tej chwili wskazał palcem na Świerzbisława – proszę sprawdzić czy pan już aby nie pokrywa się woskiem?

Świerzbisław to usłyszawszy, obmacał się po całym ciele, jednak wosk wydłubał tylko z uszu.

- Panie, co pan mi tu, nic z tego nie rozumiem, a w ogóle to co pan? – oburzył się nie na żarty.

- No tak – odparł mu starzec – pan raczej nie jest typem najtragiczniejszym. Nie ma więc sensu, bym panu dłużej opowiadał o moich manekinach, wszak przyszedł pan tu po atrament.

            Turkusowy atrament, jak się okazało, używany był w hurtowni do malowania manekinom gałek ocznych. Akurat nie było go na składzie, ale starzec na szczęście pamiętał, kto ostatnio kupował jego większy zapas: Pafnucy Gwizdula zamieszkały wraz z ojcem w posesji przy ulicy Wandy Wasilewskiej 15. 

            Świerzbisław czym prędzej udał się pod wskazany adres. Przedtem jednak właściciel hurtowni pożegnał go słowami:

- Do zobaczenia! Pan tu i tak jeszcze wróci, niech-no tylko do tego czasu nie zgubi pana nieszczęsny nałóg onanii!…

 

IV

            Rzeczony Pafnucy Gwizdula okazał się miłym panem w średnim wieku. Przyjął Świerzbisława z najusłużeńszą gościnnością, co niezwykle spodobało się naszemu bohaterowi: po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś podał mu herbatę, poczęstował ciastem i w ogóle, traktował jakoś tak po ludzku. Pafnucy oznajmił, że byłby skłonny odstąpić mu turkusowy atrament i to nieodpłatnie:

- Bo widzi pan – tłumaczył – to nie jest kwestia pieniędzy. Wszystko sprowadza się do wspomnień z dzieciństwa mojego schorowanego tatusia. Mój tatuś bowiem, będąc berbeciem z pierwszej klasy zwykł, trochę niezręcznie się do tego przyznawać, a zatem zwykł był wraz z kolegami pijać atrament. Najbardziej smakował mu właśnie turkusowy. Później, osiągnąwszy wiek męski, nie mogąc nigdzie nabyć turkusowego atramentu, wziął się za eksperymenty z najróżniejszymi trunkami, mającymi stać się, w jego zamiarze, substytutem jego ulubionego napoju. Kolorystycznie najbliższy ideału okazał się denaturat, toteż tatuś zaczął go pijać hektolitrami, czym doszczętnie zepsuł sobie przemianę materii i dziś bardzo z tego powodu cierpi. Przeto gdy jakiś czas temu ponownie wypuszczono na rynek atrament o tym właśnie odcieniu, chcąc ulżyć tatusiowi, wykupiłem cały zapas. Mogę wszakże z wielkim bólem odstąpić panu nieco kałamarzyków, ale przedtem muszę mieć pewność, że nie oddaję ich w niepowołane ręce, muszę więc zadać panu kilka pytań, pan rozumie, to dla tatusia.

I jął wypytywać Świerzbisława o wiek, stan zdrowia, grupę krwi, przebyte choroby, szczepienia ochronne etc. Odpowiedzi rozmówcy najwyraźniej go usatysfakcjonowały, skoro podszedł do sejfu i wyjął zeń cztery kałamarze i dwie gęsto zadrukowane kartki.

- Oto jest oświadczenie, że turkusowy atrament przekazuję osobie do tego powołanej, godnej, szlachetnej i przede wszystkim empatycznej, której nieobce jest współczucie dla obłożnie chorych. Proszę tylko podpisać, o właśnie tu… i jeszcze tu… I już turkusowy atrament jest pański. A tu ma pan kopię oświadczenia.

Świerzbisław dziękował wylewnie. Nareszcie zdobył turkusowy atrament.

 

V

            Rześki na duchu, w podskokach opuścił willę Pafnucego Gwizduli. Minąwszy drugą przecznicę, poczuł nagły ból w karku. Stracił przytomność i upadł. Ocknął się po godzinie gdzieś w ciemnej bramie. Pochylał się nad nim jakiś łachudra bandażujący mu głowę:

- Sorki, ziomalu, że cię trzeba było bejzbolem po karczychu popukać, ale tylko tak dało się zdobyć fanty. Ten burżuj Gwizdula trzyma swój atrament w sejfie i na włam go się nie dostanie, zresztą próbowaliśmy. Nie miej żalu za turkusa.

            Z jego słów wynikało, że turkusowy atrament potrzebny mu był jako rozczynnik niezbędny do produkcji wysokiej jakości kompotu, na którego degustację, gdy już będzie gotowy, Świerzbisław został zaproszony w ramach zadośćuczynienia za szkodę na ciele i mieniu.

- Przyjdź ziomal jutro o tej porze, zobaczysz jaki będzie melanż – zachęcał pielęgniarz.

Świerzbisław został sam. Kukły, pijacy, bejzboliści – tego już było mu za wiele. Nie miał już dłużej ochoty walczyć o głupi turkusowy atrament. Do jego obolałej wskutek urazu głowy przyszła okrutna myśl: a gdyby tak oszukać profesora? Pozbierał się jakoś i, nie bez skrupułów, zakupił w pierwszym lepszym papierniczym kałamarz atramentu jasnoniebieskiego i dwa seledynowe żelowe długopisy. Na uniwersytecie w łazience rozkręcił owe długopisy i wlał ich zawartość do kałamarza. Wstrząsnął. „Od razu tak trzeba było”- rzekł do siebie.

            Studenci z niecierpliwością oczekiwali jego powrotu. Już był wieczór. Profesor szczerze ucieszył się na widok kałamarza, zganił tylko Świerzbisława za powolność w wykonywaniu jego poleceń. Po napełnieniu profesorskiego pióra turkusowym atramentem nareszcie rozpoczęły się wpisy. Gdy potentat pieczołowicie kaligrafował autografy, jego plenipotent sięgnął do kieszeni, skąd wyjął dwa zwitki papieru. Jeden z nich to mandat na trzysta złotych za jazdę autobusem bez biletu a drugi to umowa cywilnoprawna. Świerzbisław dopiero teraz mógł na spokojnie zapoznać się z jej treścią:

„Ja, niżej podpisany, nr PESEL…, zamieszkały w…, przy ulicy… nr… wyrażam zgodę na pobranie w dniu…  fragmentu mej wątroby do przeszczepu na rzecz Nikanora Gwizduli zamieszkałego wraz z synem Pafnucym w… przy ulicy Wandy Wasilewskiej 15;

podpisano: Świerzbisław Gryzipazur”

„Ech – westchnął Świerzbisław – mandat to tylko mandat a wątroba to tylko wątroba. Grunt, że po dzisiejszej przygodzie już tylko krok dzieli mnie od wielkiej uniwersyteckiej kariery, w końcu czego się nie robi dla nauki?”

 

 

 

Odsłon: 363 Komentarzy: 4


Pieśń Ch(w)ały

Kategoria: Polityka Saturday, 11 April 2009, 13:58

Wczorajsza szczęśliwie nam zdarzona uroczystość podpisania Traktatu Lizbońskiego na Praskim Hradzie natchnęła Pana Jakuba do aktywności rymotwórczej. Snadź Wielki Budowniczy Wszechświata oświecił mętny dotąd Pana Jakubowy umysł i natychmiast z Jakubowej gardzieli popłynęło w świat rozkoszne pienie, które ku Waszej uciesze niniejszym cytuję:

Oto nastał dzień szczęśliwy,

przesąd został zwyciężony,

gdy Czech dotąd zapalczywy

Traktat podpisał z Lizbony.

 

Już Europa poklaskuje

patrząc na to przedsięwzięcie,

bliska radość połyskuje

na gwieździstym firmamencie.

 

Oto tworzy się świat nowy

bez gnuśnności i ciemnoty.

Do mnie, do mnie Dzieci Wdowy,

przywitajmy wiek ów złoty!

 

Niech ów tryumf demokracji

nowy kształt Europie nada,

co się dotąd z wielu nacji

w jedną nację niech poskłada.

 

Z równouprawnieniem w parze

tolerancja drwi z rasizmu.

Gospodarce niesiem w darze

dobrodziejstwa socjalizmu.

 

„Dziś brać nasza wyzwolona

z kajdan!” – woła pederasta,

spędzić płód ze swego łona

każda prawo ma niewiasta.

 

Ze ścian szkolnych niech odwieszą

te haniebne znaki krzyża,

z katolicką ciemną rzeszą

czas rozprawy już się zbliża.

 

A biskupi i papieże

i podlejszej szarży klechy

w kruchcie klepią niech pacierze

przebłagalne za swe grzechy.

 

Wszak przepraszać mają za co:

piekło, stosy, anatemy…

Drżyjcie klechy, drżyjcie, a co,

wkrótce za was się weźmiemy.

 

Pierzchła już reakcji tłuszcza,

faszyzm ugiął kark swój dumny,

jeden tylko lud napuszcza

na nas błazen nierozumny.

 

Ów wstąpiwszy na ambonę,

by przemówić do gawiedzi,

zamiast prawd duby smalone

mane – thekel – phares bredzi.

 

Lecz to karzeł jest zapluty

(żadnej w tym dla karłów ujmy),

narodowej pełen buty,

nim się wcale nie przejmujmy.

 

Za to z młodym pokoleniem

dziś nastały świt ludzkości

głośnym powitajmy pieniem,

 wspólną „Odą do Radości”!

Odsłon: 304 Komentarzy: 4


Dwa i pół tygodnia chwały

Kategoria: Historia Saturday, 24 October 2009, 13:42

Pan Jakub – frondowy jurodiwy! Ach, dziękuję jednemu z komentatorów za ów komplement. Naprawdę określenie mnie tym mianem podłechtało próżność mą wrodzoną, a jednocześnie skłania mię do wytężonej pracy gawędopisarskiej.

Dziś jednak, odrzucam precz mój kaduceusz, zdejmuję z głowy błazeńską czapkę z dzwoneczkami i zakładam czarny płaszcz Konrada. Dziś będzie bardziej chmurnie niż durnie, bardziej serioso niż giocoso, bardziej appasionato, brioso, con fuoco niż liricoso i largamente (momentami jednak marcia funebre) bardziej moll niż dur, konkretnie c-moll lub d-moll, a jeśli gdzieniegdzie dosłyszycie się w mej gawędzie tonacji majorowej, możecie być pewni, że to Es-Dur lub B-Dur. Dlaczego? – zapytacie. Ano dlatego – odpowiadam – że to tonacje bohaterskie, bo i o rzadko spotykanym bohaterstwie będzie dziś mowa. Wczoraj bowiem minęła rocznica, nie okrągła wprawdzie, ale zawsze rocznica, wybuchu powstania węgierskiego. Pięćdziesiąt trzy lata temu Bratankowie z bronią w ręku upomnieli się o niepodległość. Przegrali, ale czegóż innego się można było spodziewać, jeśli dwie spontaniczne uliczne manifestacje w ciągu parunastu godzin przekształciły się w regularną wojnę węgiersko – sowiecką? Tylko ofiary się nie mylą. Gloria victis.

Za datę początkową powstania (tak bowiem przyjęło się w naszej historiografii określać owo wydarzenie, na Węgrzech mówi się o nim raczej: rewolucja, niektórzy zaś historycy uznają je po prostu za wojnę Węgrów ze Związkiem Radzieckim) uznaje się 23 października, za datę końcową – 10 listopada. A poszło Bratankom o Polskę…  No, wiadomo: "Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát, oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi"! Tak już w historii obu narodów, szlacheckich z ducha było, że zazwyczaj razem wpadaliśmy w to samo bagno i razem się z tego bagna podnosiliśmy. Dla niepoinformowanych: Węgry swego czasu też zaznały dobrodziejstwa złotej wolności szlacheckiej, zaborów (prawda, ździebko wcześniej od nas i na ździebko dłużej), później komunizmu. Prawda, aż tak sielankowo między nami do końca nie było, pamiętamy przecież o sporach o Bukowinę, czy na przełomie XIX i XX wieku o przynależność terytorialną skrawka Tatr z Morskim Okiem w ramach dualistycznej monarchii austro-węgierskiej, pamiętamy o Rakoczym, który najechał na Polskę w najbardziej krytycznym dla nas momencie XVII wieku, ale miejmy też w pamięci, że jego już jego syn znalazł w naszym kraju azyl polityczny i swój słynny marsz narodowowyzwoleńczy na Węgry rozpoczął właśnie spod Kościoła św. Krzyża w Warszawie. Pamiętajmy o przyjaźni Liszta i Chopina, o generale Bemie i polskich wojskach biorących udział w rewolucji 1848 r. (o Suzinie, o Rzeckim, starym subiekcie, he, he), o tym wreszcie, że w 1920 r. Miklos Horthy przekazał Polakom walczącym z bolszewią milion sztuk amunicji, bez czego „cud nad Wisłą” nie byłby możliwy i otym, że w czasie II wojny światowej Węgry, mimo że oficjalnie sprzymierzone z Hitlerem, udzieliły wsparcia Polakom znajdującym się na ich terenie.

I nastał pamiętny rok 1956. Trzy lata wcześniej 5 marca zmarł… Sergiusz Prokofiew oraz pewien towarzysz komunista, niejaki Józef Dżugaszwili, tyran Kaukazu, ponoć Gruzin (choć raczej Osetyjczyk) znany bardziej jako Koba, później Stalin (ach, muszę Wam innym razem zacytować przepyszną dumę o Stalinie w  melinie w Lublinie pióra Iwony Aspazowny!). Zawrzało w Berlinie, zawrzało i w Brnie oraz Pilznie, ale to, w porównaniu z późniejszymi wydarzeniami w Poznaniu i w Budapeszcie, potem w całych Węgrzech, były jeno lokalne ruchawki.  Poznański Czerwiec ’56: strajkuje Cegielski, płonie komitet wojewódzki, czołgi na ulicach, trzynastoletni Romek Strzałkowski ginie w do dziś do końca nie wyjaśnionych okolicznościach. Polski Październik ’56: ferment w łonie partii i ferment wśród zwykłych zjadaczy chleba, półlegalnie sprzedawany jest tajny referat Chruszczowa, w obliczu niepokojów społecznych Edward Ochab rezygnuje ze stanowiska genseka i do władzy powraca jedyny człowiek zdolny uspokoić wrzenie – tow. Wiesław, czyli Gomułka; cenzura praktycznie nie funkcjonuje, ogłasza się amnezję dla więźniów politycznych, w tym żołnierzy wyklętych, jest nadzieja na „socjalizm z ludzką twarzą”, na namiastkę wolności. Węgry 1956: od władzy odsunięty zostaje dotychczasowy gensek Matyas Rakosi (który w latach międzywojennych cudem uniknął rozstrzelania z rozkazu Hothy’ego), na jego miejsce przychodzi Ernő Gerő, 6-ego października odbywa się pogrzeb László Rájka (takiego komunisty i ogólnie zbrodniarza stalinowskiego, który miał nieszczęście, tak jak w Czechosłowacji Rudolf Slansky, zostać oskarżonym o jakieś bzdury i skazanym w pokazowym procesie na śmierć przez innych stalinowskich zbrodniarzy), na Węgry docierają informacje o wydarzeniach w Polsce, lud Węgierski domaga się zmian. Budapeszt 23 pażdziernika: pod pomnikiem gen. Józefa Bema (znanego również jako Bem József i Yusuf-paşa) spotykają się dwie manifestacje, w których udział biorą głównie studenci Politechniki Budapeszteńskiej i Uniwersytetu Budapeszteńskiego, niosą na przedzie flagę biało-czerwoną (przerobioną z… flagi czechosłowackiej) i wykrzykują hasła solidarności z Polską. Przybywa milicja, ale nie chce strzelać do demonstrantów – przyłącza się do nich. Władze wysyłają wojsko, ale młodzi oficerowie się buntują przeciwko przełożonym i zdobywają garnizon, i wspierają szeregi protestujących. To już nie jest demonstracja, już nawet nie bunt – to powstanie, które ogarnia cały kraj. Premierem zostaje ogłoszony Imre Nagy – „dobry komunista”, który dąży do wyzwolenia Węgier spod kurateli Wielkiego Brata zza miedzy. Tego było za wiele – z rozkazu sowieckiego ambasadora tow. Andropowa (za jakieś ćwierć wieku po śmierci Breżniewa radzieckiego genseka) wkracza armia radziecka. To już nie powstanie – to wojna.

Cóż, Sowieci nie mieli wyjścia, gdyby pozwolili Węgrom na ustępstwa, oznaczałoby to w dalszej perspektywie rozpad całego bloku wschodniego i pojałtańskiego porządku, bo przecież w ślad za Węgrami zaraz poszłaby Polska, Niemcy Wschodnie i, być może, Czechosłowacja, gdzie stalinowski zamordyzm był najsilniejszy. Musieli uderzyć, tym bardziej, że sytuacja geopolityczna była dla nich korzystna: Wielka Brytania i Francja wzięły wówczas czynny udział w wojnie izraelsko – egipskiej o Kanał Sueski (sławna operacja „Muszkieter”) i jakimiś tam Wegrami się nie przejmowały. I faktycznie: świat się dowiedział, nic nie powiedział. Na Węgry wysłano jedynie obserwatorów ONZ i pomoc humanitarną. W tym miejscu trzeba wspomnieć o polskim wkładzie, który wyniósł jedną trzecią całej światowej pomocy. Polacy słali Bratankom żywność, ubrania, masowo oddawali krew.

Powstańcy skapitulowali 10-ego listopada, choć gdzieniegdzie na prowincji walki trwały jeszcze jakiś czas. Nowy, usłuszny Moskwie rząd Jánosa Kádara natychmiast przystapił do represji. Zapadały wyroki śmierci: powstańców skazywano na powieszenie. Trzeba tu wspomnieć na specyfikę węgierskiej szubienicy: to był taki drąg, u którego nasady przyhaczano pętlę, między drągiem a pętlą nie było sznura. Zazwyczaj przy powieszeniach śmierć następuje poprzez przerwanie kręgów szyjnych, po prostu głowa zostaje oderwana od kręgosłupa, co możliwe jest dzięki odpowiednio długiemu sznurowi, dostosowanemu do masy ciała skazańca. Wówczas śmierć następuje natychmiast. W szubienicy węgierskiej natomiast, sznura nie było, głowa skazańca wisiała przy samym drągu, skazaniec konał w męczarniach nawet paręnaście minut, śmierć bowiem następowała na skutek uduszenia. Taki los spotkał m.in. Petera Mansfelda, który jako szesnastolatek wykazał się w powstaniu szczególną odwagą. Kadarowskie władze celowo odwlekały jego egzekucję dwa lata, póki ten nie stanie się pełnoletni. Nie można przecież powiesić dziecka. Wyrok wykonano jedenaście dni po osiemnastych urodzinach Mansfelda – konał trzynaście minut. W obawie przed represjami wyemigrowało z Węgier (głównie do Austrii) około 200 tysięcy powstańców, wśród których było wielu wybitnych artystów. Muzycy, biorący udział w walkach, założyli na obczyźnie cenioną orkiestrę Philharmonia Hungarica, wsławioną zwłaszcza wykonaniem pod batutą Antála Doratiego kompletu symfonii Haydna. Premier Imre Nagy został stracony. Pochowano go w nieoznaczonym grobie, który następnie pokryto asfaltem i ustawiono na nim śmietnik. Pogrzeb Nagy’a z honorami odbył się dopiero w 1989 r. I jeszcze był kard. József Mindszenty – taki węgierski Wyszyński, autorytet moralny Węgrów, który wiele lat po powstaniu spędził w amerykańskiej ambasadzie. Nie zapomnijmy i o nim. 

Kádár skutecznie spacyfikował społeczeństwo stosując tzw. gulaszowy socjalizm. Za jego rządów na Węgrzech nigdy nie było problemów zaopatrzeniowych, w sklepach nie było, tak jak u nas, pustych półek i nagich haków. Gulaszowym socjalizmem, tą namiastką dobrobytu udało się Kadarowi uśpić węgierskie społeczeństwo.

Symbol powstania: węgierska flaga z wyciętym komunistycznym godłem. U nas za komuny Orzeł Biały stracił tylko koronę (zresztą i wcześniej parokrotnie ją tracił); historycznym godłem Węgier jest Korona Świętego Stefana z Krzyżem Lotaryńskim – rojalizm plus chrześcijaństwo – to dla komunistów było nie do zaakceptowania. Usunęli więc całe godło wstawiając w jego miejsce śmieszny socrealistyczny emblemat z Czerwoną Gwiazdą na pierwszym planie. Powstańcy ów emblemat po prostu ze swej flagi wycięli, tak jak chcieli „wyciąć” ze swego kraju obce panowanie.

Dlaczego napisałem niniejszy felieton? A tak, ku pamięci. Pamiętajmy.

Eljen a Magyar!

Wasz Pan Jakub

Odsłon: 335 Komentarzy: 2


O felietonie felieton

Kategoria: Ogólne Saturday, 17 October 2009, 19:35

O felietonie felieton – na dobry początek

To moja pierwsza gawęda z niniejszego cyklu i z tej okazji chciałoby się ją zacząć z mocą, wyraziście, ogniście, ot, takie allegro con fuoco by mi się marzyło – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie, jak radził mistrz Hitshckock adeptom sztuki filmowej. Więc jakby tu zacząć? Może tak:

„Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie trupów”

Ale to już przecież było…

„Klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią lud wołał o czyny”

Nie, to też już było… To może:

„Pociecho moja ty, książeczko, pociecho smutna…”

O, o, to by było dobre! Bo niechże te gawędy będą mi wytchnieniem w trudnym sterowaniu łodzią żywota mego, łodzią młodzi z nawałności do brzegu płynącą po bezkresnym oceanie marności świata tego. „Świat ocean, tyś w korabiu/Śmierć robaczek jest w jedwabiu” (skąd to wziąłem zgadnij kotku, podpowiedź: ta cytata nie z Tacyta). Niestety, o książeczce pocieszycielce smutnej już kiedyś ktoś napisał zanim go konsekwencja jego syfilisu nie zawiodła tam gdzie konsekwencja jego chłopomanii miała się uśmiechać od czasu do czasy, gdy słonko przygrzeje. I jak tu być oryginalnym? Niepodobna… Wobec tego zacznę do bólu konwencjonalnie:

Miłe Panie i Panowie bardzo mili… Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem doktorantem – miglantem i konfabulantem, kuflów smokiem – obibokiem, literatem, degeneratem, felietonistą pijącym czystą (choć przyznam, że wolę od czystej jabole), a nade wszystko Stańczykiem – wesołkiem, dla którego Polska to jest wielka rzecz, naprawdę.

Ja widzę kształt rzeczy w ich sensie istotnym

i to mnie czyni wielkim oraz jednokrotnym

w przeciwieństwie do Was, którzy, Państwo wybaczą,

jesteście wierszem idioty odbitym na powielaczu.

Ot przykład mej wesołkowatości. Błaznowi więcej wolno właśnie dlatego, że jest błaznem, że ma wariackie papiery. To sztuka co się zowie pisać o poważnych sprawach puszczając do czytelnika perskie oko tak, by z owej pisaniny wyszła taka historia wesoła a ogromnie przez to smutna. Pozwólcie zatem, że będę pisał giocoso o rzeczach serioso, byśmy razem, Wy i ja, mogli łatwiej przełknąć gorzką pigułkę rzeczywistości (ależ metaforę popełniłem niechcący!…). Wpisy moje będą miały charakter felietonów, tutaj nazywanych gawędami, felieton zaś, jak wiadomo, jest gatunkiem publicystyczno-literackim, toteż będę się starał gawędy me nasycić pierwiastkami artystycznymi. I choć Kisielowych wyżyn w tym gatunku chyba nie osiągnę, to myślę, że warto spróbować…

A o czym będę pisał? A o polityce, o świecie obserwowanym z punktu widzenia młodego konserwatysty, jakim się mienię – takie tam Pana Jakubowe gadanie. Będzie też o rzeczach, na których z racji wykształcenia znam się najlepiej: o historii, muzyce zwanej klasyczną i literaturze. O religii będzie mniej, bo gdybym zaczął publicznie głosić me herezje, Kongregacja Nauki Wiary musiałaby mnie z miejsca obłożyć ekskomuniką. Poza tym w kwestiach wiary niech się wypowiadają Radek Malicki, Tomek Torquemada i Brat Jorge, do których mam pełne zaufanie w tym zakresie, i których blogów lekturę Wam polecam.

Na zakończenie mego dzisiejszego, wstępnego felietonu, ogłaszam konkurs: kto poda źrodła wszystkich występujących w tym tekściku aluzji literackich, ten może liczyć na… no, nad nagrodą jeszcze się zastanowię… Niemniej zwycięzca może jej być pewien.

Powodzenia!

Wasz Pan Jakub

Odsłon: 283 Komentarzy: 1


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.