Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

KAWALEROWIE BIAŁYCH PLAM - PIĘCIU WYKLĘTYCH

Kategoria: Historia Monday, 03 January 2011, 04:50

Z mogił krwawi powstaną rycerze

Mścić wiekowe zbrodnie, nieprawości…

I nad Polską Uznojoną Ziemią

Spłynie Orzeł, znak polskiej wolności!

.

(Marian Kozłowski – „Przemysław”, „Lech”, „Dąbrowa” – w wierszu: „Pamięci brata Bolesława”)

.

.

Czasy komunistycznego zniewolenia odcisnęły się piętnem w polskiej świadomości historycznej. Szczególnie w odniesieniu do poprzedzającego go okresu II Wojny Światowej i po niej – heroicznego zrywu niepodległościowego przeciwko wtórnej okupacji sowieckiej.

Ludobójcze represje eliminowały z polskiej tkanki społecznej polskich bohaterów narodowych – takich jak: August Emil Fieldorf, Zygmunt Szendzielarz, Witold Pilecki -zastępując ich bohaterami legendarnymi "co kulom się nie kłaniali", jak generał "Walter" Karol Świerczewski, walecznymi jak Anatol Fejgin, który w pogoni za żoną skazańca z NSZ pod sądem lubelskim wystrzelał cały magazynek naboi, uczuciowymi jak Luna Brystygierowa i Adam Humer, aż w końcu autorytetami uniwersalnie i wielopokoleniowo już szlachetnymi, jak Adam Michnik, Bronisław Geremek i Jacek Kuroń.

Komunistyczna indoktrynacja nadawała wyniszczaniu polskich patriotów i elit intelektualnych – przetrzebionych i tak już mordami przez obu najeźdźców – pozory legalności i normalności, a degradacja ekonomiczna powodowała wypychanie ich poza margines społeczny razem z rodzinami. Jako, że dzieci wyklętych były wielorako wyklęte przez dziedziczony status polityczny, ekonomiczny, zohydzenie, odtrącenie, emigrację wewnętrzną, czy wykluczenie przez edukacyjną blokadę – nakładaną na potomków "bandytów" – aby przypadkiem nie skończyli studiów.

Wymiana elit umożliwiała w następstwie fałszowanie historii i wprzęganie jej w służbę zniewalającej, totalitarnej ideologii. Odziedziczony zatem po tamtej rzeczywistości stan polskiej świadomości historycznej jest pełen przeinaczeń i luk w skutek wymazania z niej elementów niepożądanych, zwanych inaczej białymi plamami.

Pięciu z wyklętych

O pięciu partyzantach Kozłowskich – połączonych wspólnym patriotycznym wysiłkiem dla Polski – nie wolno było mówić w czasach komunistycznego pięćdziesięciolecia inaczej niż w kontekście narodowych "bandytów". Byli bowiem wyklęci i była w tym jakaś prawidłowość, skoro prawdziwi bandyci i agenci NKWD pełnili w tym czasie funkcje polskich bohaterów narodowych.

Po raz pierwszy pochylił się nad nimi jako wyklętymi redaktor Wójcik w "Fotoreporterze" w 1989 r., kiedy to nadchodząca III RP nie precyzowała jeszcze ich nowego statusu. Kiedy jeszcze nie byli wyklęci na nowo. Opisał tam między innymi, jak to żołnierze z NSZ w przeciwieństwie do AK – pozbawieni prawa przynależności do ZBOWiD – zbierają na starość butelki by przeżyć. No cóż, nie każdy z AK chciał należeć wówczas razem z ubekami do ZBOWiD, nawet za cenę życiodajnej renty, ale faktem jest, że w przeciwieństwie do AK narodowcy takich praw nie mieli. Być może chodziło o skłócenie żołnierzy niezłomnych (dziel i rządź), lecz faktem jest także, że nawet pierwszy przyzwoity w III RP prezydent Lech Kaczyński w dekorowaniu orderami jakoś tak dziwnie przestrzega podobnego klucza. A IPN? A prasa? Przyznam się, że i sam nie jestem do końca w porządku. Pisałem na przykład o siedmiu siostrach śpiewających Knapik, lecz nigdy o pięciu strzelających braciach Kozłowskich.

Po studiach do lasu

Kiedy wybuchła wojna, byli młodzieńcami zaraz po studiach lub w ich trakcie, jak Bolesław – mój ojciec (Wydział Nauk Politycznych USB w Wilnie). I tylko najmłodszy z nich Izydor – studiować jeszcze nie zdążył. Do zbrojnej konspiracji przystąpili niezwłocznie, najpierw walcząc w ZWZ, później w NOW, NSZ, NZW, a więc w oddziałach narodowych, jak przystało na przedwojennych harcerzy, działających jednocześnie w Stronnictwie Narodowym.

Żołnierska aktywność, rozpoczęta początkowo w okolicach Łomży, szybko się rozszerzyła na całe białostockie i później, od 1945 roku, także w olsztyńskie, jak w przypadku kpt. Mariana Kozłowskiego ("Lech", "Przemysław", "Dąbrowa"), Komendanta Okręgu NZW Olsztyn krypt. "Bałtyk".

Kapitan Bolesław Kozłowski ("Grot", "Hanka", "Marek", "Sowa") – pełnił ostatecznie funkcję zastępcy Komendanta Okręgu NZW Białystok krypt. "Chrobry". Był przy tym szefem Wydziału II – wywiadu, a także Wydziału V – propagandy. Kapitan Antoni Kozłowski ("Szczerbiec", "Biały") był szefem Wydziału I – organizacyjnego Okręgu NOW Białystok, krypt. "Cyryl", następnie komendantem Powiatu NSZ Łomża i jednocześnie inspektorem Obwodu "A" w Okręgu Białystok NSZ. Po jego śmierci Łomżę przejął jego brat Bolesław.

To nie jest pełen obraz działalności Kozłowskich w podziemiu. Przeliczając jednak na przelaną krew wcale niemały, skoro z pięciu wojnę przeżyło dwóch – tkwiąc w patriotycznym oporze do II amnestii w 1947 roku.

Nieznanego żołnierza grób nieco pokątny

Józef Kozłowski był z nich największy. Pseudonim miał "Mały". Był natomiast dwumetrowym, silnym i wyjątkowo odważnym mężczyzną. Ta jego ogromna postura miała jednak swe wojenne wady; stanowiła cel łatwiejszy od przeciętnego. Zginął w zwyczajnej potyczce z niemiecką żandarmerią. Nie sposób było zdobyć wymiarową trumnę. Nie wyciągnął zatem nóg przysłowiowo. Pochowany został z przykurczonymi. Pogrzeb odbył się skrycie przed Niemcami, nocą, a pogrzebany został w głębi wiejskiego cmentarza, przy murze. Pod betonowym krzyżem widnieje inskrypcja: "Zmęczony walkami o wolność Ojczyzny spoczął w Bogu".

Kiedy brat Bolesław myślał po więziennej odsiadce, aby dodać na mogile imię i nazwisko, to dyrektor lokalnej szkoły prosił, aby nie odbierać uczniom zajęć praktycznych z historii. Tym grobem opiekowały się wszak dzieci ze szkoły – jako grobem nieznanego żołnierza. Mój ojciec przystał na szkolną tradycję, stając się tym sposobem pokątnym właścicielem Grobu Nieznanego Żołnierza, mającym wszakże prawo zapalania świeczki… Z szacunku dla tamtej decyzji miejscowości nie zdradzam.

Polska wersja Niobe

Pierwszego wojennego szoku doznała ich matka, kiedy "Biały" z podwiniętą nogawką siedział na snopku słomy i scyzorykiem wydłubywał kulę. Wtedy zemdlała. Wytrzymała natomiast, kiedy "Dąbrowa" miał przestrzeloną głowę, płuco i ramię.

Zanim Niemcy nie bez powodu zaczęli rozsyłać za Kozłowskimi listy gończe z obiecaną za denuncjację nagrodą – dopadli wcześniej ich ojca Izydora, razem z najmłodszym synem, który też miał na imię Izydor. O tych wydarzeniach mój ojciec wspominał niechętnie. Kiedy natomiast zajrzałem kilka lat temu na stronę internetową Państwowego Muzeum Auschwitz – dopatrzyłem się możliwości dowiadywania się za pośrednictwem automatycznej wyszukiwarki szczegółów o losach zarejestrowanych przez Niemców więźniów, pod jednym wszak warunkiem. Wszystkie dane, w tym imiona poszkodowanych i nazwy polskich miejscowości należało wpisać po niemiecku (sic!). Znieważony więcej tam nie zajrzałem. Dziadek zginął zamordowany bestialsko przez Niemców – tyle wystarczy, a Izydor powrócił jako swoisty rodzaj zemsty niemieckiej, bez najmniejszych szans na przeżycie.

O szczegółach jego śmierci dowiedziałem się dopiero od jego matki, a mojej babki, kiedy poszedłem zawiadomić ją, jako starą kobietę, o śmierci mego ojca a jej syna Bolesława. W reakcji na smutną wiadomość powiedziała tak całkiem spokojnie: "to Boleś umarł… no trudno, no…, Izydor to dopiero bał się umierania… To ja wtedy położyłam się przy nim i on po prostu zasnął". W tej nadludzkiej pomocy była już wszakże rutyna. Izydor był ostatnim tego roku. Męża w Auschwitz i trzech synów straciła w ciągu jednego, czterdziestego czwartego roku. Natomiast o śmierci swego ojca w 41 roku – zesłanego zimą na Soługę w wieku osiemdziesięciu lat – prawdopodobnie jeszcze wtedy nie wiedziała. Nie wiedziała też, że wolnej suwerennej Polski nikt z jej rodziny nie doczeka.

Jak to na wojence ładnie

Muszę parę słów poświęcić śmierci "Białego" – już nie tylko dlatego, by wojenny bilans się zgodził, lecz przede wszystkim dlatego, że była bardzo piękna, a nadto obala wszystkie mity na temat niechęci polskiego podziemia narodowego do AK. "Biały" zginął bowiem pod Czerwonym Borem, biorąc na siebie ogień i umożliwiając w ten sposób wycofanie się oddziałów AK, na których to zaproszenie właśnie przybył, aby wziąć udział w zgrupowaniu w celu dokonania zbrojnej akcji. O szczegółach nie miejsce wspominać, lecz od wycięcia w pień ludzi "Białego" – uchronił oddział Franciszka Żebrowskiego "Wyda" z AK, który manewr "Białego" wspomagał.

Odbijanie natomiast akowskich więźniów z gestapo to była już niejako specjalność Kozłowskich. Ta największa co do liczby odbitych akowców (trzydziestu!) – była pod Małym Płockiem. Chodziło wtedy o żołnierzy kolegi ojca z wileńskich studiów – Szareckiego. Porównując tamtejsze zdarzenia do dzisiejszych partyjnych kłótni i biorąc pod uwagę, że tamto wojsko to byli młodzieńcy pełni energii, honoru, ambicji i przy tym pod bronią, to rozpowszechniane mity na temat wzajemnych politycznych niechęci są mocno przesadzone. Właśnie w obszarze podziemia niepodległościowego znajdują się najpiękniejsze przykłady solidaryzmu narodowego.

Bracia Izydor i Antoni Kozłowscy i ich koledzy niedoli Wagner i Sykut (prawie że jeszcze chłopcy) – spoczywają we wspólnej mogile w Łomży. Kiedy ich brat Bolesław ("Grot", "Hanka", "Marek", "Sowa") powrócił z komunistycznego więzienia, poszliśmy im z odsieczą, uprzątając ich mogiłę z państwowych wieńców: "Nie o taką walczyli Polskę"…

Z lasu do więzienia

Do więzień trafili obydwaj bracia – oficerowie, pomimo ujawnienia się zgodnie z ogłoszoną w 1947 r. amnestią. Musieli teraz wytrzymać przemyślne tortury z rąk utrwalaczy władzy ludowej. Bardzo dziwne, że nikt jeszcze nie postawił pomnika w kształcie taboretu do góry nogami, jako symbolu tamtej epoki. A przecież był to mebel specyficznie przez oprawców lubiany. A kaci udekorowani orderami walecznych nieźle się zabawiali; wymyślili "szufladę", "podskubywanie gęsi", "plażę", "zakopane"… Ojciec na taborecie nie siedział. Jemu podkładali za drzwiami płacz jego własnych rzekomo dzieci i żony, aby go złamać. Nie odgadł, jak to robili, ale wskutek tortur i stanu, w jakim się znajdował po wymuszonej bezsenności – dawał się na to nabierać. Jednak nawet w ten sposób nie skłonili go nigdy do "wylewności".

Bił przy tym rekordy w częstotliwości przesiadywania w karcerze. Według szacunku skazanego na śmierć dowódcy oddziału NZW Henryka Sikorskiego ("Gryfa") – wytrzymywało te praktyki (nie idąc na współpracę) tylko 50 procent torturowanych. Tak na marginesie, Sikorski to jeden z odważniejszych żołnierzy ojca. Posterunek MO rozwalił sam jeden. Podszedł pod drzwi, zastukał i kiedy usłyszał: "zaczom?" – przyjacielsko szepnął: "towariszcz lejtnant, odkroj dwiery, ja choczu skazać tebia odnoje słowko". Po otwarciu "rozgadał" się jednak z pepeszy…

Kozłowscy dzięki niezłomności charakteru, zakorzenionej w katolickiej wierze, tortury wytrzymali, więzienie przeżyli a po odsiadce byli rutynowo szpiclowani do śmierci. W przypadku mojego ojca inwigilacja bezpieki miała jakże cyniczny kryptonim – "Nienawrócony" .

"Pamiętaj, że wypuścił cię Trokenheim

"Na próżno Jan Tomasz Gross i jego asystenci próbują przypisywać narodowcom jakieś nieprawości w czasie wojny w stosunku do narodu żydowskiego. Stereotypem jest również obarczanie ich całą wrogością do Żydów w okresie międzywojennym. Nienawiść ta nie różniła się zasadniczo od występującej w innych grupach polityczno-społecznych i nie była przy tym większa od nienawiści okazywanej Polakom przez samych Żydów. Antysemityzm, jak każda nienawiść, z nieba przecież nie spada. A zatem była wynikiem jakiegoś sprzężenia zwrotnego.

Wracając do Kozłowskich. Zatargów z Żydami nie mieli ani przed wojną ani w czasie okupacji, a biorąc pod uwagę kiblówkę ojca (proces w celi) pod przewodem funkcjonariusza żydowskiego pochodzenia, musiał ten stosunek ich do Żydów być warunkiem do przeżycia podstawowym. Natomiast w czasach kiedy byli w lesie łomżyński szef UB pochodzenia żydowskiego puszczał wolno wszystkich ojca żołnierzy z podkreśleniem, aby pamiętali komu zawdzięczają życie. No cóż, czasy były niepewne – stawiał na przeżycie, ale może też i stosunek żołnierzy podziemia narodowego do Żydów nie był tu obojętny. Gwoli uczciwości trzeba też dodać, że Trokenheim żonę miał Polkę i być może i ona miała tutaj zasługi – tym bardziej, że musiała wiedzieć, że niektóre jej koleżanki były przecież w lesie. Kiedy sam dostał się w ręce partyzantów, nie miał problemów z przeżyciem. Polskie podziemie narodowe nie było nigdy ślepą i tępą maszyną do zabijania, co próbowano wmawiać Polakom przez zniewalające ich pięćdziesięciolecie. I miało nade wszystko honor.

Polska Kuronia

Czytając w "Encyklopedii białych plam" hasła najlepszego eksperta od podziemia narodowego – Leszka Żebrowskiego – można się natknąć na przykłady najgłośniejszych w tamtym czasie akcji specjalnych NSZ. Pośród nich wymieniona jest akcja uwolnienia przez Niemców z łomżyńskiego więzienia kilkuset więźniów politycznych, tytułem wymiany ich za troje uwięzionych Niemców. Ta wyjątkowo udana, popisowa akcja Kozłowskich – nie mająca swego odpowiednika w całej okupowanej Polsce – jest zupełnie nieznana. Nie znalazła się nawet w opracowanym przez IPN biogramie kpt. Bolesława Kozłowskiego. Dla mnie, który słyszał o niej od dziecka z ust własnego Ojca – pomysłodawcy, dowódcy i uczestnika zarazem, a także od niektórych jego żołnierzy, których miałem zaszczyt znać osobiście, wykreowanie takiego stanu świadomości narodowej wydaje się dziwne, zważywszy, że od chwili tzw. odzyskania niepodległości przez Polskę minęło bez mała tyle już lat, ile trwała międzywojenna Polska…

Do wypełniania jakiego programu politycznego wprzęgnięta została znaczna część historyków z Kieresowego IPN typu Sławomira Poleszaka? Czy dywersja ich – polegająca na blokowaniu i zakłamywaniu w świadomości społecznej pięknych kart ruchu niepodległościowego o orientacji katolicko-narodowej – nie służy przypadkiem spadkobiercom starego układu, sprzymierzonym tym razem kosmopolitycznym programem z wrogami Polski, dla których Marek Borowski jako potomek Bermana obmyśla "Polskę Kuronia"… Tymczasem Polska renegata, jakim był niewątpliwie poprzez swe konszachty z bezpieką Jacek Kuroń – czy może być żywa?

Ponad własne życie

Hierarchia wartości moralnych wyróżniająca Kozłowskich jest dosyć przejrzysta, powiedziałbym nawet, że sztandarowa. "Bóg i Ojczyzna", a dopiero później chociażby rodzina. Swoje nie liczyło się nawet życie, a cóż dopiero jakieś tam dobra materialne. Po aresztowaniu ojca i najmłodszego brata, Bolesław z Marianem spalili własny dom, aby w niemieckie ręce nie dostały się materiały obciążające ludzi. Tego podpalenia dokonali w chwili, gdy przeglądając "kąty" przed spodziewaną rewizją, ujrzeli w oddali zbliżających się Niemców. Omal nie przypłacili tego życiem na skutek wściekłego pościgu, przybywających właśnie na przeszukanie funkcjonariuszy Gestapo.

Nie wiem, czy każdy, ale Bolesław nie pobierał nawet żołdu – uważając, że w służbie Ojczyźnie nie może być w żaden sposób dofinansowywany. Piękne świadectwo odnośnie moralności swojego dowódcy złożył chorąży Bolesław Drozdowski ps. "Czarny" w reportażu pt. "Krwią obmyty" (wspomnianego już wcześniej red. Wójcika. Otóż Kozłowscy – wymieniając z Niemcami kilku Niemców za kilkuset Polaków – mieli w tym czasie ojca i brata w Auschwitz. Jednak w przetargu z Niemcami tej sprawy wcale nie było. Nie mogli przekładać swoich spraw rodzinnych ponad interesy Armii Podziemnej. Naturalnie, jako ludzie wrażliwi przeżywali związany z tym osobisty dramat.

Odnośnie "Czarnego" nie sposób nie wspomnieć, że przeżył niejako swoją własną śmierć. Postrzelony bowiem przez Niemców i zakopany na własnym polu przez przymuszonego do tego kuzyna – zostaje wygrzebany rękoma kobiet, zaraz po odejściu napastników. Jego rany nie były śmiertelne, a przez boczne ułożenie ciała zachował ramionami nieco powietrza do grobowego przeżycia…

Wracając do Kozłowskich i silnych ich związków z Kościołem, to może o nich świadczyć chociażby udział biskupa łomżyńskiego Łukomskiego – sługi Bożego i wielkiego patrioty – w przeglądzie żołnierzy pod Małym Płockiem. Odbył się on na zaproszenie Bolesława Kozłowskiego "Grota", komendanta Powiatu NZW Łomża, krypt. "Łaba" w okresie wielkiego zbrojnego powstania przeciw komunistycznemu zniewoleniu Polski. Ten wielki duchowny i Polak zginie później w upozorowanym przez UB wypadku samochodowym.

"Biały" by go stuknął

" "Biały" by go stuknął, gdyby nie groźba odwetu". To zdanie – wypowiedziane przez "Grota" w reportażu Wójcika – dotyczącym pojmania niemieckich zakładników, oddaje z jednej strony troskę odpowiedzialnego dowódcy o losy polskiej ludności cywilnej, której odwet faktycznie by dotyczył, a z drugiej ukazuje, jak bardzo skrępowane ręce miało polskie podziemie, skoro najmniejsza nawet akcja musiała być weryfikowana pod takim też kątem. Zresztą, zainteresowanie tymi akurat Niemcami i ich porwanie wynikło z konieczności interwencji przeciwko represyjności jednego z nich w stosunku do ludności polskiej. A że goście wybierający się do Roberta Piwko – niemieckiego zarządcy z Lachowa – zapowiadali się znakomici, to pozwoliło sprawę rozszerzyć i upomnieć się przy okazji o innych, dla których cela śmierci w łomżyńskim więzieniu była grobowcem za życia. Zanim dokonano wymiany zakładników, Robert Piwko już wiedział, że aby przeżyć wojnę, musi się bardzo poprawić. Na pytanie: czy będzie dalej prześladował Polaków – zaprzeczył: "ne pane". A więc będziesz ich traktował uczciwie? – potwierdził: "tak pane". A umiał już i po polsku częstować papierosami z papierośnicy a nie po niemiecku z podłogi i jeszcze z dodatkiem kopniaka…

** ** **

Jadąc Groblą Jednaczewską Imienia Partyzantów Kozłowskich nie mogłem się nadziwić, że to tylko sen, bo jeśli wdzięczni Łomżynianie słusznie podarowali rondo Hance Bielickiej za to, że ich bawiła – to mogliby również pamiętać o żołnierzach, którzy ich bronili, wyzwalali z więzienia, cierpieli niedole i rany, przelewając w imię ich wolności swą żołnierską krew. A nie szkodziłoby też ufundować tablicę upamiętniającą cierpienia Łomżyniaków, czy nawet izbę pamięci w budynku, w którym najpierw było więzienie NKWD za okupacji sowieckiej, a następnie po zmianie frontu – niemieckie i celą śmierci. Okolicznościowa inskrypcja, przypominająca bezkrwawą akcję żołnierzy NSZ, nie mającą w całej Polsce swego odpowiednika, po której 400 Polaków skazanych na cierpienia i śmierć zostało oswobodzonych, byłaby tu gestem zwykłej ludzkiej przyzwoitości, zdejmującym z tamtych żołnierzy piętno żołnierzy wyklętych.

Odsłon: 289 Komentarzy: 2


Oręż modlitwy żołnierskiej

Kategoria: Wiadomości Monday, 28 February 2011, 20:36

Królowo Korony Polskiej z twarzą pociętą szablami,

Do Ciebie wznosimy czoła schylone bólu ciężarem.

Nie ma w nas szlochu rozpaczy. Zaciśniętymi wargami

Modlimy się głucho, śmiertelnie – o łaskę wiary.

.

Latami idziemy nocą, żołnierze tragicznej sprawy.

Krzyże, krzyże za nami – żałobne żołnierskie ślady.

Odsuń nam w chwili ostatniej kielich bolesny, krwawy,

Gorycz samotnej śmierci – truciznę zdrady.

.

Polsko zraniona, dobra Matko Nasza,

Na Twoim czole męczeńska krew

Ty co nie przebaczasz nigdy Judaszom,

Przebacz nam, ślepym, przebacz ciężki grzech.

.

Ześlij nam świętą łaskę pojednania

I pobłogosław zza drutów, zza krat,

Abym, skłócony, pod niebem wygnania

Do swego brata mógł powiedzieć brat.

.

Przytoczony wiersz jako modlitwa – odmawiana w Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, była zwycięska – przynajmniej w tym sensie, że pomogła tamtym żołnierzom wydostać się poza granice, a przez to ocalić ich przed kaźnią męczeńską – jaką obdarzała wtedy Polska zniewolona komunizmem – swoich najwierniejszych synów.

Bardziej powszechną jednak w oddziałach NSZ była modlitwa zwana "Modlitwą o Wielką Polskę". Oto jej treść:

Panie Boże Wszechmogący – daj nam siły i moc wytrwania w walce o Polskę, której poświęcamy nasze życie.

Niech z krwi niewinnie przelanej braci naszych, pomordowanych w lochach gestapo i czeki, niech z łez naszych matek i sióstr, wyrzuconych z odwiecznych swych siedzib, niech z mogił żołnierzy naszych, poległych na polach całego świata – powstanie Wielka Polska.

O Mario, Królowo Korony Polskiej – błogosław naszej pracy i naszemu orężowi. O spraw Miłościwa Pani – Patronko naszych rycerzy, by wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały polskie sztandary z Orłem Białym i Twym wizerunkiem.

Można by rozważać w jakim stopniu ta modlitwa została wysłuchana przez Matkę, jednak dla katolików – ludzi poddanych woli Ojca i gotowych nawet na przyjęcie krzyża – rozważania takie nie są najważniejsze. Zresztą żołnierze tamci poprzez swoją wiarę – umierając szli przed obliczę swej Królowej, Matki – a Wielka Polska czyni się w naszych sercach poprzez krzyże poległych. Zmartwychwstanie jej ostateczne jest sprawą nie tylko już męstwa, lecz nade wszystko zachowania wiary gorącej – poświęconej jak na sztandarach Ojczyźnie i Bogu. Potwierdzają to przesłania fatimskie wskazujące na wartość oręża modlitwy zwycięskiej.

Polska substancja narodowa wywodząca się z katolicyzmu jest tak obfita w treści i ważne zdarzenia historyczne, że w każdym miesiącu można by święcić rocznice podniosłe – zwycięskie – albo bolesne i przez to także chwalebne na zasadzie krzyża chrystusowego. Takim przykładem najlepszym jest rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Jego klęska jest wykorzystywana często cynicznie do negowania sensu zrywów wyzwoleńczo-narodowych. Tymczasem tamta ofiara święta w połączeniu z martyrologią Żołnierzy Wyklętych w okresie komunistycznego zamętu nie poszła na marne. Zrodziła bowiem w narodzie polskim naturalną zaporę przeciwko całkowitemu jego zniewoleniu. Stworzyła żar patriotyczny – który podtrzymywany przez Prymasa Tysiąclecia – rozniecony został przez Ojca Świętego w ogień ku wolności. Gdyby nie było Powstania Warszawskiego i Golgoty Wschodu – nie byłoby później Solidarności.

Rocznica Cudu nad Wisłą – obchodzona prawie w tym samym czasie co Powstania Warszawskiego – uczy o wypełnianiu się rzeczy wprost niemożliwych. Zwycięstwo nad bolszewikami poprzedzone było jak wiadomo – powszechnymi, żarliwymi modłami narodu. Modlitwa tamta – zwyciężyła niemal bezpośrednio – lecz modlitwa znacznie częściej zwycięża przez krzyż.

Potwierdził to podczas jednej z pielgrzymek do Polski Ojciec Święty cytując słowa śp. ks. Jerzego Popiełuszki: "Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa – symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i bohaterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, naszych rodzin, muszą doprowadzić do zwycięstwa, do Zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem".

Im bardziej stroma i długa jest droga krzyżowa tym większa radość z późniejszego zwycięstwa… Modlitwa nie jest nigdy modlitwą daremną – nawet ta niespełniona – każda bowiem jest wysłuchiwaną przez Pana… Jest przy tym spotkaniem naszym z Ojcem Niebieskim i poddana jest jego woli.

Przypominam modlitwę żołnierzy NSZ abyśmy mogli lepiej ich poznać. Abyśmy wiedzieli, że byli związani z Maryją. Że ich ofiara jest już przyjęta przez Boga jako zaliczka na Wielką Polskę obok ofiary Powstania Warszawskiego, Katynia i Golgoty Wschodu. Przywołuję tamtą modlitwę, abyśmy mogli przełamać w sobie krzywdzące ich stereotypy jakie udało się zaszczepić w niektórych z nas poprzez zakłamane komunistyczne pięćdziesięciolecie. Abyśmy mogli zdjąć z nich po latach krzywdzące ich piętno żołnierzy wyklętych. Przywołuję modlitwę żołnierzy NSZ abyśmy mogli zastanowić się czy nie jesteśmy ich dłużnikami… A wreszcie dlatego, że "Modlitwa o Wielką Polskę" – nie straciła nic na aktualności swojej… Z tym, że dzisiejsza Wielka Polska – określana jest nade wszystko – w granicach duchowych. Taka jest teraz dla niej racja stanu. Jeśli zostanie spełniona – o granice zadba już sama Królowa…

Wojciech Kozłowski

Rodzicom – żołnierzom NSZ – poświęcam w 60 rocznicę powstania Narodowych Sił ZbrojnychOttawa 2002

Wiersze – modlitwy zaczerpnięto ze strony internetowej NSZ.Autorem "Modlitwy o Wielką Polskę" jest śp. ks. Biskup Henryk Strąkowski.

Odsłon: 493 Komentarzy: 6


Czy krzyż może być zakładnikiem

Kategoria: Kościół Wednesday, 15 September 2010, 17:27

Przy wiślanej tamie we Włocławku abp Nycz zaapelowal o rozłaczenie sprawy krzyża od  upamiętnienia ofiar smoleńskich.  Apel metropolity padł podczas mszy poświęconej błogosłowianemu ks. Jerzemu Popiełuszce w oderwaniu od pozostawionej Polakom  spuścizny ks. Jerzego, dotyczącego krzyży naszej ojczyzny.

 

Metropolita warszawski nie był łaskaw sięgnąć do przesłania ks. Jerzego.  Nie był łaskaw przytoczyć  słów jego ważkich – dotyczących krzyża – cytowanych w czasie jednej z pielgrzymek do Polski przez samego sługę bożego Jana Pawła II.  Oto one: W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do Zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, naszych rodzin, muszą doprowadzić do zwycięstwa, do Zmartwychwstania, jeżeli łaczymy je z Chrystusem."

 

Krzyż przed pałacem prezydenckim – jako symbol szczegółowy – nie jest krzyżem tylko chrystusowym – lecz również, czy może nade wszystko – ofiarnym krzyżem smoleńskim, poświęconym konkretnemu zdarzeniu i konkretnym ludziom. A więc krzyżem tych wszystkich, którzy w sprawie katyńskiej polegli. Jest krzyżem polskim. Dopiero jego ogólna funkcja jest naturalnie chrystusowa.

 

A zatem ten krzyż – nie to, że nie może, lecz właśnie – powinien być również i zakładnikiem jego ofiar – chociażby w sprawie pomnika, a jednocześnie – poprzez uniwersalny swój symbol – lączyć sprawy ludzkie z boskimi. A więc być pośrednikiem – ba, być nawet lącznikiem Polaków z Chrystusem – zważywszy na udział w ukrzyżowaniu Chrystusa również smoleńsko-katyńskich oprawców.

 

Zgodnie ze słowami ks. Jerzego – potwierdzonymi przez polskiego papieża – łączenie krzyży naszej Ojczyzny, naszych rodzin, naszych bliskich z Chrystusem – nie jest naganne lecz prowadzi do Zmartwychwstania, do zwycięstwa Polski. I wlaśnie pod tym krzyżem ofiarnym – polskim – nic innego się nie dzieje, jak – poprzez modlitwę – łączenie naszych krzyży z Chrystusem na drodze do Zmartwychwstania Polski.

 

 

A zatem – Alleluja – obrońcom tego krzyża.

Alleluja – Polsce.

Odsłon: 323 Komentarzy: 4


Apel do Polaków o pamięć – o kamień

Kategoria: Akcja Friday, 09 July 2010, 17:58

Maraia Trzcińska – sędzia niezłomny – na antenie Radia Maryja, wystąpiła z dramatycznym apelem do wszystkich Polaków o przynoszenie kamieni na skwer Alojzego Pawełka w Warszawie.

Ofiarne kamienie jesteśmy winni rodakom wymordowanych w Niemieckim Obozie Zagłady KL Warschau. Utworzyć one mają spontaniczny pomnik – Kopiec Męczenników KL Warschau.

 

Pierwsze kamienie ułożono w kształt pękniętego serca.

 

Kamień główny, pod którym – z udziałem ś.p. ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego – wmurowano akt erekcyjny.

 

Potrzebny jest teraz Twój kamień, a sprawa jest na tyle ważna, by cierpienie, męka, krzyż – Golgota KL Warschau – nie była zapomniana, a więc nie poszła na marne, lecz – chociażby poprzez pamięć kamienną – stała się konkretną cząstką Zmartwychwstania Polski.

Błogosławiony Jerzy Popiełuszko mówił, że krzyże naszej Ojczyzny muszą doprowadzić do jej Zmartwychwstania… Że innej drogi nie ma… Nie marnujmy zatem tych krzyży, które już się dokonały, abyśmy nie musieli umierać na nowo… Bowiem tak jak ofiara krwi rodaków niewinnie przelana, trafia do Boga jako zaliczka na Zmartwychwstanie Polski, tak pomnik męczeństwa jest już nie tylko świadectwem, lecz i ewangelizatorem… A zatem ma wpływ realny na nasze losy. Na losy naszej Ojczyzny.

Alleluja, Alleluja – niechaj zabrzmi Alleluja.

Żródła:

Sąd nad pomnikiem KL Warschau cz. I (TV Trwam)

Sąd nad pomnikiem KL Warschau cz. II

Niemiecki obóz zagłady dla Polaków KL Warschau

Odsłon: 333 Komentarzy: 2


Ptaki katyńskie

Kategoria: Wiadomości Friday, 16 April 2010, 07:27

Jak ptak zestrzelony

Skrzydłami łopotał

.

Tak drzwi zatrzaśnięto

Za nimi na amen

.

Na wiekuiste

Obcowanie z Panem

.

 

Pierwsza nie wzgardzała nawet ostatnimi.

 

Ś.p. Maria Kaczyńska na spotkaniu z Polonią Ottawską – 7 maja 2009 r. – poświęciła chociaż małą chwilę swojego czasu każdemu, kto miał Jej cokolwiek do powiedzenia.

Odsłon: 291 Komentarzy: 1


Polonia nie zapomni KL Warschau

Kategoria: Historia Tuesday, 02 November 2010, 08:09

O Mszach za Ojczyznę wolno było pisać tylko w podziemnej prasie. Stąd pewnie i dzisiaj owo medialne milczenie o mszach św. jakie odprawiane są 9 każdego miesiąca o godz. 18.00 w kościele św. Stanisława (ul. Bema), 15 każdego miesiąca o godz. 18.30 w kościele św. Klemensa (ul. Karolkowa), 22 każdego miesiąca o godz. 18.00 w kościele św. Wojciecha (ul. Wolska). Mszom świętym towarzyszą modły w intencji męczenników KL Warschau, a po nich Pielgrzymki Pamięci udają się na Skwer im. Pawełka by składać kamyki niemego krzyku.

Reportaż obrazuje jak kamień z kraju klonowego liścia – Kanady dotarł na Skwer im. Alojzego Pawełka w Warszawie.

Wiecej: http://kl-warschau.blogspot.com/

Odsłon: 691 Komentarzy: 25


Kalkulacja liczby ofiar obozu KL Warschau

Kategoria: Wiadomości Saturday, 23 January 2010, 06:11

 

Metoda statystyczna na podstawie zeznań sprawcy

 

Otto Paul Geibl jako dowódca SS  i policji w Warszawie, któremu – zgodnie z rozkazem garnizonowym 26/43 Hessa – podlegał obóz zagłady KL Warschau, przed sądem w Warszawie 25 maja 1954 r. zeznał:

“Dr Hahn (szef Gestapo warszawskiego – MT) naświetlił mi sytuację, jaka panowała w tym czasie w Warszawie, a ponadto dodał, że przeciętnie na dobę w Warszawie ginie około 40 Niemców, za co Niemcy stosują odwet, tracąc 10-krotną ilość Polaków, wówczas ja zapytałem go, kto wydał taki rozkaz, na co odpowiedział mi, że rozkaz taki otrzymał z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy”.

 

Do obliczeń przyjęto okres funkcjonowania obozu za procesem norymberskim od 9 października 1942 r. (rozkaz Himlera) do końca lipca 1944 r. (ewakuacja obozu), przy założeniu, że Niemcy „pracowali” 6 dni w tygodniu.  Przyjmując „kontygent” 400 osób na dobę, otrzymamy po przemnożeniu przez ilość dni 208 tysiecy, co po  zaokrągleniu stanowi 200 tysięcy ofiar.

 

Metoda statystyczna w oparciu o meldunki Armii Podziemnej

 

Znane są trzy raporty AK – NSZ zawierajace meldunki dotyczące dziennych strat  ludności polskiej w Warszawy wskutek mordów niemieckich.  Oto fragmenty:

 

Raport Wydz. Bezpieczeństwa AK, Nr 227, 22.11.1943 r. Archiwum akt nowych, Sygn. 202\11-21) „(…)w Warszawie ma ulec zagładzie ok. 200 tys. Polaków (…) w Warszawie ginie codzień ok. 300 Polaków, którzy oprócz publicznych egzekucji traceni są w komorze gazowej, w więzieniu na Dzielnej oraz pod Raszynem (…)”.

 

Z dnia 24 listopada 1943 r. (AAA, sygn.2002/III/7, t. 2, „Informacja bieżąca” nr 46/119) „Na terenie byłego Getta w Warszawie odbywają się codziennie masowe egzekucje Polaków. Np. 12 XI stracono około 300 osób nie przeprowadzonych przez żadną ewidencję więzienną (…)”.

 

Raport NSZ z dn. 11 listopada i 13 grudnia 1943 r. sygn. IPN 380\12, t. 1.: „W Warszawie ma ulec zagładzie do 300 tys. Polaków. Stan faktyczny potwierdza tę informację. Ilość Polaków zamordowanych, których nazwiska są ogłaszane oficjalnie, jest małą tylko częścią. Komory gazowe są uruchomione, na Pawiaku na Dzielnej w getcie odbywają się stałe egzekucje. Ilość 600 ofiar (na dobę) nie jest liczbą przesadzoną (…)”.

 

Obliczając średnią z tych trzech raportów, otrzymamy średni dzienny „kontygent” wynoszący 400 zamordowanych Polaków.  Niniejszy wynik jest identyczny do liczby podanej przez Otto Paula Geibla.  Obliczając teraz jak poprzednio łączną liczbę ofiar obozu, otrzymamy identyczną liczbę 200 tysięcy ofiar.

 

Metoda analitycznego szacowania na podstawie przepustowości istniejących komór gazowych

 

Wykaz krematoriów obozu KL Warschau za sędzią Marią Trzcińską:

-krematorium zaadoptowane w pomieszczenach pożydowskiej fabryki pomiędzy ul. Smoczą i Glinianą, o pojemności na kilkadziesiąt zwłok, uruchomione zimą 1943 r.;

- krematorium przy ul. Gęsiej 26, zbudowane wiosną 1943 r. o pojemnosci na około 200 zwłok;

- krematorium z jednopaleniskowym piecem wewnątrz gmachu byłego więzienia wojskowego od strony ul. Zamenhofa 19;

- zimą 1944 r. w lagrze w byłym getcie na dziedzińcu nr 5 zbudowano dodatkowo dwa nowe krematoria, w tym jedno elektryczne.

 

Ponadto zwłoki spalane były w spalarniach:

- przy ul. Nowolipki 25-31;

- na dawnym boisku sportowym „Skry” przy ul. Gibalskiego naprzeciwko obozu od strony ul. Okopowej róg Gęsiej;

– przy ul. Gęsiej 25 i 45;

– w lagrze na Kole, w obiekcie w kształcie dyżej litery „T” w „piecowisku” urządzonym w miejscowym lasku, czynnym przez cały okres istnienia Obozu.

 

Oprócz tego zwłoki „grzebano” – wysadzając wraz ze zwłokami rumowiska dawnego getta, a także wywożono w „niewiadomych” transportach „widmach” do Treblinki już po dokonanej tam zagładzie warszawskiego getta, kiedy to po wizycie Himlera w nieistniejącym już obozie rozbudowano spalarnię zwłok do pojemności jednorazowej kilku tysięcy. 

 

Łączna pojemność krematorium przy Gęsiej i Smoczej wynosiła okolo 250 zwłok i była niewystarczająca, skoro zwłoki palono dodatkowo na wolnej przestrzeni.  To, że pojemność ta była niewystarczająca, dowodzi ostatecznie wybudowanie dwóch nowych krematorium, w tym elektrycznego, których już nie zdążono wykorzystać.

 

Wiemy więc na podstawie tych danych, że ofiar musiało być więcej niż 250 dziennie,  skoro zwłok pozbywano się również w spalarniach.  Spalarnie mimo dużych możliwości przerobu – technicznie jednak bardziej prymitywne i uciążliwe w obsłudze – nie spełniały  funkcji zasadniczej, lecz uzupełniającą, tym bardziej, że nie sprzyjały maskowaniu zbrodni, a więc należy szacować, że spalano w nich mniej niż w krematoriach (mniej niż 250 zwłok dziennie). 

 

A zatem, mordowanie w KL Warschau – średnio 400 ofiar na dobę - w krematoriach i spalarniach na wolnym  powietrzu łącznie – było adekwatne do istniejących tam warunków technicznych.  A ponieważ potwierdzają  to również poprzednie obliczenia, uznano taką liczbę za racjonalną.

 

 

Metoda demograficzna

 

Straty ludnosci polskiej w skutek II Wojny Światowej obliczane przez demografów, są znacznie wyższe niż szacowane przez historyków.  Wynika to z prostej konkluzji, że  historycy nie zawsze osiągają pełen sukces w demaskowaniu zbrodni ludobójstwa, która przecież przez sprawców zawsze jest maskowana. W przypadku KL Warschau w maskowaniu zbrodni udział brali również komuniści przez całe półwiecze.  Tak jak nie udało się historykom zbilansować ogólnych strat ludności polskiej, tak również bilans strat ludnosci Warszawy nie zamykał się do czasu oszacowania strat w KL Warschau przez sędzie Marię Trzcińską.  Owa niezgodność wahała się właśnie w granicach 200 tysięcy ofiar.  Komunistyczni historycy poradzili sobie z tą kwestią bardzo prosto. Owe brakujące 200 tysięcy rozdzielili „sprawiedliwie” na pół i dodali do ofiar Powstania Warszawskiego i ofiar żydowskiego getta.

 

Z analizą strat ludności Warszawy można zapoznać się w książce Marii Trzcińskiej KL Warschau – Obóz zagłady dla Polaków.

 

Uwagi

 

W prezentowanych obliczeniach statystycznych przyjęto liniową charakterystykę funkci, a więc założono, że w całym okresie trwania obozu zagłady, były jednakowe dzienne „kontygenty”.   Z planu Pabsta wiadomo, że Warszawa jako stolica Polski miała być zlikwidowana, a na jej miejscu miało powstać małe prowincjonalne miasteczko dla niemieckich nadludzi, którym pozostawić chciano do dyspozycji kilkadziesiąt tysięcy polskich niewolników jako siły roboczej, skupionej w getcie na Pradze.  Wiadomo również chociażby z rozkazów zbrodniarzy niemieckich, że ów bestialski plan „urbanistyczny” był realizowany.  A zatem, aby założenia planu co do „zmniejszenia” ludności Warszawy wypełnić – zagłada w KL Warschau nie mogła być realizowana przypadkowo – tylko musiała być systematyczna.  Można przypuszczać, że w początkowym okresie funkcjonowania obozu machina mordowania jeszcze nie była rozpędzona, ale również trzeba wiedzieć, że znane są momenty, kiedy owa machina nabierała monstrualnego wprost pędu tak jak chociażby 15 – 22 stycznia 1943r.,  kiedy zatrzymano 30 tys. mieszkańców Warszawy.  

 

Zarówno dane wzięte do obliczeń na podstawie zeznań Geibla – jak i pochodzące z meldunków polskiego wywiadu – nie są parametrami o charakterze pojedyńczych punktów, lecz stanowią średnią (gotową już w pewnym przedziale czasowym charakterystykę). 

 

Proszę zauważyć – Geibl mówi: „przeciętnie na dobę”; a w meldunkach Armii podziemnej jest: „codzień”, „codziennie”, „na dobę”.  A więc ten stan jest w przedziale czasowym ciągły.

 

Trzeba podkreślić, że dane pochodzące z zeznania Geibla, pokrywają się z danymi uzyskanymi z meldunków Armii Podziemnej.  W rezultacie przy zastosowaniu obu metod statystycznych otrzymano identyczne wyniki obliczeń, które na dodatek okazały się zbieżne z szacunkami demograficznymi i analitycznym oszacowaniem liczby spalanych zwłok w krematoriach i spalarniach.  Owa zbieżność wyników analizy, nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do poprawności jej.

 

Nie oszacowano liczby ofiar obozu na podstawie ilości zastanych tam prochów ludzkich, ale wystarczy pamiętać, że komisja ekshumacyjna – zastaną rzeczywistość w obozie KL Warschau – określiła jako przekraczającą rozmiarami ekshumacje uliczne z Powstania Warszawskiego i przyrównała do rzeczywistosci stwierdzonej w Treblince!  A więc można by jeszcze do tych wszystkich szacunków dołączyć metodę porównawczą pozostawionych śladów tych zbrodni -  potwierdzającą, że owe 200 tysięcy ofiar to wcale nie jest za dużo.

 

Tak jak prawdopodobieństwo popełnienia znacznego błędu w przypadku stosowania jednej metody i jednego źródła danych, jest bardzo duże, tak prawdopodobieństwo popełnienia większego błędu przy zastosowaniu różnych metod szacowania i danych – nawet niekompletnych, lecz pochodzących z różnych żródeł, i ze sobą zbieżnych – jest niewielkie.  A więc owe pozorne niedostatki poszczególnych danych konpensuje właśnie ich bogactwo.

 

A zatem, skoro różne metody szacowania przyniosły jednakowe wyniki, przeto wyniki należy uznać je za właściwe.  200 tys. ofiar KL Warschau w przeciągu całego czasu funkcjonowania obozu – czy było to dużo zważywszy „techniczne” wyposarzenie i „zdolności”  Niemców?  Aby na to pytanie odpowiedzieć wystarczy prześledzić mord warszawiaków na Woli, kiedy to w przeciągu kilku dni Niemcy wymordowali i spalili kilkadziesiąt tysięcy Polaków.

 

Tak obliczona liczba ofiar zawiera w sobie ofiary egzekucji ulicznych, jednak nie ma to większego znaczenia ze względu na ścisły związek tych egzekucji z KL Warschau – chociażby przez wspólne plutony egzekucyjne i fakt, że większość egzekucji wykonywana była na jego terenie, a tych sztandarowo ulicznych w porównaniu do ogólnych ofiar obozu było stosunkowo niewiele – 3384 – za ekspertyzą biegłych w sprawie egzekucji ulicznych.  Poza tym Polacy z łapanek więzieni byli w obozie, a zwłoki likwidowano w obozowych krematoriach przez SS-Leichenverbrennungskommando.

 

Wystarczy o tym pamiętać, przyjmując, że owe barbarzyństwo niemieckie wylewało się niejako z obozu na ulicę.

 

Wojciech Kołowski

http://kl-warschau.blogspot.com/2010/01/kalkulacja-liczby-ofiar-obozu-kl.html

 

Opracowano na podstawie książki „Obóz zagłady dla Polaków KL Warschau”  Marii Trzcińskiej.

Odsłon: 845 Komentarzy: 25


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.