
Saturday,25 February 2012,12:12
Kategoria: Ogólne Saturday, 25 February 2012, 12:12
Z komiksami komuniści mieli spory zgryz. Wiadomo, coca- cola, imperialiści, guma do żucia, bikiniarze i jakieś obrazki z dymkami. Co najmniej wątpliwe ideologicznie pomimo tradycji karykatur czy gadzinowych plakatów. Tzw. historyjki obrazowe szły w gazetach jako paski obliczone na krótki komentarz. Koziołek Matołek i Fiki Miki były przed wojną, znaczy teraz niepewne. Ktoś zmyślny zauważył, że owe obrazkowe historyjki mogą być dobrym narzędziem propagandy i zaczął się powolny wysyp "zeszytów" oraz "ksiąg" wszelakich.
Tutaj każdy orientujący się w realiach wymieni Kapitana Żbika (później także np. Pilota śmigłowca) a także...Tytusa, Romka i Atomka. Tak, Tytus był o wiele bardziej przesiąknięty nowomową niż Kajko i Kokosz/ Kajtek i Koko- np. księga IV będąca prymitywną agitką na rzecz "ludowego wojska." Stachanowcem komiksu był J. Wróblewski, spod którego ręki wychodziło wiele komiksów i serii (historyczne, westerny, podróżnicze).
O ile Kapitana Żbika można uznać za półśrednią propagandę o tyle np. jedna historia- "Było to na Podhalu..." ze zbioru opowieści komiksowych pn. "Diamentowa rzeka" (rok 1983) plasuje się w czołówce lizodupstwa i komunistycznej propagandy, perfidnej i kłamliwej. Członkowie "bandy" ukazani są jako tępe ryje z premedytacją zabijający dziewczynkę, milicjanci mają rysy przystojniaków z kryminałów zachodnich itp. Poniżej macie przykładowe dwie strony z komiksu:

Źródło obrazków: "Było to na Podhalu", scen. J. Ankudowicz, rys. J. Wróblewski [w:] Diamentowa rzeka, Warszawa 1983, s. 10- 12.
Odsłon: 92 Komentarzy: 0
Friday,01 June 2012,21:12
Kategoria: Historia Friday, 01 June 2012, 21:12
Wiele epizodów, mniejszych i większych, z różnych epok posiada akcenty polskie. Zapomniane, przeinaczone lub przekłamane, nie są znane szerszemu ogółowi. Nawet gdy znajdują się np. w filmach, bez komentarza nie wiadomo o co chodzi. Nasz wkład w historię II wojny zostaje zmistyfikowany nie tylko przez Niemców czy Rosjan ale także przez Amerykanów i Anglików, co szczególnie rani, z uwagi na ich "sojusznictwo." Tutaj w gronie postaci odepchniętych znajduje się gen. S. Sosabowski. Napisał bardzo ciekawe wspomnienia, Droga wiodła ugorem. Zanim dojdę do tytułu warto przytoczyć fragment dotyczący okupacji sowieckiej:
"Lwów- mój kochany Lwów- tonął w kolorze czerwonym. Z okien i balkonów zwisały czerwone chorągwie. Wszędzie pełno sloganów i olbrzymie portrety "batiuszki" Stalina. Na placu przed teatrem wystawiono sięgający do drugiego piętra drewniany Pomnik Zwycięstwa, ozdobiony czerwienią. Wszystkie napisy i hasła- o dziwo- w języku polskim. Jeszcze wtedy w mieście dominowała polskość. Głośniki radiowe, zainstalowane gęsto w całym mieście, nadawały prawie, że wyłącznie po polsku propagandowe przemówienia. Na ulicach roiło się od Żydów, których tysiące przedostały się z okupacji niemieckiej. Tłum był szary i milczący. W mieście panowała nędza. Oficjalny kurs wynosił 2 zł za rubla. W pasażu Mikolasza kwitł handel. Polacy wyzbywali się wszystkiego: kupowali sowieccy żołnierze i urzędnicy dobrze zaopatrzeni w ruble. Postrachem przechodniów była milicja ludowa, złożona z miejscowych szumowin, w ubraniach cywilnych z czerwonymi opaskami na ramieniu i karabinem."
Za: S. Sosabowski, Droga wiodła ugorem. Wspomnienia, Kraków 1990, s. 99- 100.
"(...)Gdy się zjawiłem na ul. Halickiej, starsza siostra żony i ciotka- rodzice bowiem już nie żyli- zachowały się tak, jakbym był duchem. -Na miły Bóg- mówiły- uciekaj stąd, tu się dzieją straszne rzeczy- zaczęły wyliczać, kto został aresztowany, kto już rozstrzelany. Miejscowi nacjonaliści ukraińscy, Żydzi denuncjują wszystkie byłe wybitniejsze osobistości", ibidem, s. 101.
A teraz "parszywa dwunastka", chociaż skojarzenia z filmem może za daleko idące:
"W końcu grudnia 1941 r. , na podstawie rozkazu gen. Kukiela, otrzymałem około 100 "ochotników." Byli to sami podoficerowie z różnych jednostek, od kaprala do chorążego, w wieku do lat 50, w licznych wypadkach kategorii "C". Ich zeszyty ewidencyjne, przynajmniej w większości, wypełnione były karami, od dyscyplinarnych do sądowych włącznie", ibidem, s. 163.
Generał wystosował do ochotników "przyjacielskie" przemówienie z prostym przesłaniem- niszczone zostają zeszyty, pojawią się nowe- tylko awanse i odznaczenia. Jeśli umowa nie będzie przestrzegana- do widzenia. W dalszej części generał pisze, że wszyscy skorzystali z okazji.
Frapująco przedstawia się opis wizyty w USA, a przynajmniej jeden szczegół:
"W amerykańskiej Szkole Wojennej w Loewenworth, w Kansas, pokazali mi ściśle tajny pokój operacyjny z objaśnieniami stref i terenów, poddanych wyłącznym wpływom Sprzymierzonych Zachodnich i Sowietów.
(...)Zameldowałem również Naczelnemu Wodzowi i ówczesnemu premierowi, panu Mikołajczykowi, co widziałem w amerykańskiej Szkole Wojennej odnośnie rozdziału wpływów na poszczególnych terenach strategicznych w Europie", ibidem, s. 175- 176.
Opis lakoniczny ale sądzę, że wrażenie dla generała musiało być wstrząsające, jeśli nie dopisał nic więcej...Z opisu wynika, że podróż odbyła się na początku 1944 r. Być może fragment został ocenzurowany przez "sojusznika."
Ważne, że postać generała nie została zapomniana przez mieszkańców:
Odsłon: 94 Komentarzy: 0
Friday,01 June 2012,21:06
Kategoria: Historia Friday, 01 June 2012, 21:06
Książkę pod takim tytułem powinna przeczytać każda osoba, która uważa, że ma dosyć bełkotu politpoprawnych mediów i uważa się za istotę myślącą, przynajmniej czasami
M.B.B. Biskupski odwalił kawał dobrej roboty chociaż momentami książkę czyta się dosyć trudno, zaczyna się stawać hermetyczna z uwagi na opisy filmów. Nie podoba mnie się osobiście kilka zdań "asekuracyjnych", czyli bajki o polskim antysemityźmie: na stronie 33 autor pisze m.in., że:
"drugim czynnikiem paradoksalnie wpływającym na kwestie polskie w Hollywood był fakt, że było tam wielu Żydów, pochodzących głównie z Europy Wschodniej, którzy nie mieli sympatii dla Polski reprezentującej dla nich przeszłość, o której najchętniej by zapomnieli."
Jest to półprawda z uwagi na "wyróżnienie" Polski a co np. z Rosją? Była za silna a potem komunistyczna żeby ją szkalować na arenie międzynarodowej? Wiele osób miało przykre wspomnienia, nie jest to żaden argument. To samo tyczy się zdania na stronie 34:
"Przed wojną Polskę charakteryzowały poważne antysemickie uprzedzenia, które stały się wyraźniejsze i powszechniejsze w latach trzydziestych. Choć zakres tych uprzedzeń w przedwojennej Polsce pozostaje przedmiotem kontrowersji, nie ma wątpliwości, że część polskiego społeczeństwa miała antysemickie poglądy."
Za: M. B. B. Biskupski, Nieznana wojna. Hollywood przeciwko Polsce 1939- 1945, Warszawa 2011, s. 34.
Z uwagi, że książka jest pisana bardziej dla czytelnika zachodniego takie zdanie jest nieprawdziwe. Nie ma ani słowa o uwarunkowaniach i zachowaniach tzw. mniejszości, zarówno w okresie II RP ("ugrupowania wywrotowe"), jak i później, podczas przejęcia władzy na Kresach przez Sowietów. Jeśli jest to świadome, nastąpiła manipulacja.
Autor przystępuje do wyliczenia postaci związanych z Hollywood o polskich korzeniach, które mogły działać i działały na rzecz polskiego wizerunku i kończy konstatacją, że siła ich nie była zbyt wielka. Pojawia się także wątek o Rosjanach, emigracyjnych i nie, który zadaje kłam zdaniu o "polskim antysemityźmie" zawartym we wprowadzeniu. Biskupski zastanawia się (przynajmniej takie można odnieść wrażenie), jak Żydzi z filmowej branży popierali Rosję, skoro nie lubili jej z uwagi na "tradycyjny rosyjski antysemityzm". Jak widać, porozumienie ponad podziałami, w dziele zniszczenia Polski szło różnymi ścieżkami....Strona 51:
"Fakt, że po 1941 roku panowało powszechne i słuszne przekonanie, iż Związek Sowiecki odgrywa zasadniczą rolą w walce z nazistowskimi Niemcami, ze zrozumiałych względów zaskarbił mu sympatię wielu Żydów z branży, pomimo ich obaw przed komunizmem i wstrętu do tradycyjnego rosyjskiego antysemityzmu. "Amerykańscy Żydzi", jak pisze Novick, "byli najgorętszymi kibicami Armii Czerwonej podczas wojny". Dla Polaków, którzy wiedzieli, co Armia Czerwona robiła z Polakami, była to postawa odrażająca."
Biskupski opisuje także proces "uczenia" Hollywood uczciwego postrzegania innych narodowości: w tym przypadku Włochów i Irlandczyków (tzw. Kodeks Produkcyjny przeforsowany przez lobby irlandzkie). Jest to bardzo ciekawe porównanie (tym bardziej, że irlandzcy katolicy mają wiele wspólnego z nami), pokazujące siłę tych narodowości a jednocześnie zakłamanie scenarzystów i producentów Hollywood. W kontekście Polski pojawia się smutne pytanie, co zrobili politycy emigacyjni aby zaktywizować Polonię. Jak widac, jeśli trzeba bardzo szybko można porzucić uprzedzenia do innych ras, religii i narodowości. I nawet wymyślić uzasadnienie, strona 55:
"Tej wrażliwości towarzyszyło przekonanie, które w Hollywood stało się aksjomatem, że Irlandczycy mają dla Żydów szczególnie wiele współczucia, ponieważ oni również doświadczyli prześladowań rasowych i religijnych."
Warto przytoczyć fragment opisu, jakże wymownego w kontekście kolejnych kampanii antypolskich, filmu The Wedding Night, obrazu Polaków ze wsi. Polacy ukazani są jako pijani, głupi i wulgarni "podludzie":
"Pozostali Polacy to zbieranina chłopów w dziwacznych strojach. W filmie zrobiono wszystko, by odróżnić Polaków od rozwiązłych, ale mimo to dystyngowanych Barretów. Dorośli Polacy, na przykład, jedzą jak zwierzęta, a ich dzieci żywią się resztkami, które uda im się znaleźć", ibidem, s. 77.
Mechanizm przedstawiania Polaków w filmach wychodzących spod znanych producenckich szyldów zasadniczo nie zmienia się od lat. Podobnie jak gnojenie Polaków w tzw. polskojęzycznych mediów, które de facto są niemieckie. I łatwo znaleźć wspólny punkt kampanii deprecjonującej nasz kraj.
Jak lakonicznie stwierdza Biskupski, dla Hollywood nie istniała inwazja sowiecka, podobnie rzadko pojawiały się filmy dotyczące okupacji niemieckiej w Polsce. Istniały natomiast filmy o dzielnych Norwegach, Francuzach i Rosjanach. Niechlubną rolę w propagandowej wojnie przeciwko Polsce odegrała OWI, rządowa agencja Roosevelta cenzurująca filmy.
Co najmniej zastanawiający jest wniosek końcowy: wyliczanka aktywistów radykalnej lewicy: Lawson, Cole, Rossen, Kober, Leyda, Atlas, Endore, Stevenson, Hellman, Buchman i towarzyszów podróży: Joseph, Nichols, Oboler, Pozner, Litvak oraz zdania o "trudnościach" w zmierzeniu wpływów radykalnej lewicy w Hollywood i komunistycznej kampanii filmowej; autor zasłania się tutaj, że w sumie nie mogli przemycić zbyt dużo wątków antypolskich. OK. Jakie clou? Żydzi nie lubili Polski i nie miały znaczenia sympatie polityczne? Autor mógłby wykazać się większą odwagą.
Odsłon: 153 Komentarzy: 0
Friday,01 June 2012,21:03
Kategoria: Historia Friday, 01 June 2012, 21:03
Podtytuł powinien brzmieć- twórcze rozwinięcie metod Gestapo w wykonaniu sowieckich marionetek dożynających resztki II RP. Rok 1950. W świadomości nawet nieco bardziej oczytanego miłośnika historii to czarna era stalinizmu, czas "po ptokach" i zło w całej krasie. Mówiąc krótko- pozamiatane. O ile kojarzy się lata 1944- 1948 jako czas "utrwalania władzy ludowej" czy niszczenie polskości, przy dużym współudziale POPów (pełniących obowiązki Polaków), różnej narodowości, np. żydowskiej, o tyle następne lata to ciemna plama aż do 1953 czy 1956 roku przeplatane "wyborami" 1952 roku. Wejście w lata pięćdziesiąte to faktycznie mroczny okres ale ciekawy z punktu widzenia działań zachodnich służb specjalnych- afera Bergu i wschodnich- rozmaite prowokacje.
"Z całej serii akcji represyjnych organów bezpieczeństwa, najbardziej spektakularną była tzw. akcja „K" wzorowana częściowo na metodach aresztowań organizowanych w Generalnej Guberni przez hitlerowców, między innymi tzw. akcji „AB" wymierzonej w inteligencję polską. Przeprowadzona w październiku 1950 roku przez siły resortu uderzała głównie w inteligencję i chłopów przeciwstawiających się kolektywizacji wsi. Szczegółowy plan akcji przygotował Departament III (walka z bandytyzmem) kierowany przez płk. J. Czaplickiego. Operację podzielono na dwie fazy: w pierwszej poszczególne UBP przygotowały listy proskrypcyjne osób przeznaczonych do natychmiastowego aresztowania, w drugiej — przystąpiono do aresztowań oraz prowadzenia spraw śledczych. Według instrukcji MBP urzędy bezpieczeństwa kierować się miały następującymi wytycznymi: „1) Koncentrować się na te obiekty i środowiska, gdzie stwierdzono szczególne zagrożenie, aktywizację wrogiego elementu i poczucie bezkarności wroga. 2) Ześrodkować uderzenie we wspierających wroga kułaków i spekulantów, ich rozzuchwalenie i bezkarność, którzy swoją działalnością i postawą oddziałują szkodliwie na otoczenie. 3) Typować do aresztowań tych, którzy aktualnie inspirują, podsycają do wrogości i prowadzą wrogą działalność antypaństwową".
Cały aparat bezpieczeństwa wytypował do aresztowań 13 825 osób, w tym 9227 na wsi i 4698 w miastach. Najwięcej do aresztowań wytypowały WUBP w Łodzi — 2455 osób, w Warszawie — 2275 i w Bydgoszczy — 1327 osób. Kierownictwo MBP po dokonanej analizie wykazów zredukowało listę osób do aresztowań z 13 825 do 4675 osób. W ciągu jednej nocy aresztowano w kraju w sumie 4963 osoby, w tym: 1430 wywodzących się z inteligencji, 1444 kułaków, 12 206 chłopów mało- i średniorolnych, 461 robotników, 361 prywatnych przedsiębiorców, 61 byłych właścicieli ziemskich. Ponad połowie aresztowanych wytoczono śledztwa na zasadach ogólnie przyjętych w MBP i skierowano sprawy do sądów. Część aresztowanych zwerbowano na agentów, pozostałych (około 40 procent) zwolniono nie mogąc udowodnić im żadnej winy.
W tymże 1950 roku KBW przeprowadziło przeciwko „wrogom ludu" 4833 akcje — w każdej z nich brało udział średnio 3400 żołnierzy. Zabito 40 członków podziemia, aresztowano 4479 osób. Do najważniejszych osiągnięć zaliczano wówczas likwidację 116 grup zbrojnych i zdobycie 7000 sztuk broni, a ponadto wytoczenie procesów szpiegowskich Baschenowi we Wrocławiu, Robinowi w Szczecinie i Turnerowi w Warszawie. Podziemie, mimo kierowania przeciwko niemu tak dużych sił, nie dawało za wygraną. W 1950 roku dokonało ono w całym kraju 2875 napadów, w tym między innymi 1136 na spółdzielnie, 257 na obiekty państwowe i 171 na organy bezpieczeństwa. Zabito 48 funkcjonariuszy SB, 43 pracowników aparatu partyjnego oraz 38 pracowników administracji państwowej i spółdzielczej."
Za: H. Dominiczak, Organy bezpieczeństwa PRL 1944- 1990. Rozwój i działalność w świetle dokumentów MSW, Warszawa 1997, s. 85- 86.
Co więcej, powstawały kolejne grupy oporu. Władze z sowieckiego nadania podejrzewały (i słusznie) ludność wiejską o pomaganie partyzantce niepodległościowej. W celu przeciwdziałania, oprócz akcji pacyfikacyjnych stosowano sposoby administracyjne- domiary podatkowe, konfiskatę mienia, wzywano na przesłuchania, dokonywano rewizji i aresztowań. W 1951 przeprowadzono operację "Narew" siłami KBW, MO i UB (zgodnie z danymi podanymi 75% akcji stanowiły czysto polityczne uderzające bezpośrednio w organy władzy i partię). 23 września 1952 płk J. Czaplicki (czyli I. Kurc) stwierdził, że podziemie się odradza, pomimo kolejnych likwidacji oddziałów- zatarły się różnice ideologiczne, został wspólny wróg- komuna...
Odsłon: 89 Komentarzy: 0
Friday,01 June 2012,21:01
Kategoria: Historia Friday, 01 June 2012, 21:01
Wspomnienia Zakirowa "Obcy element" są lekturą ważną nie tylko ze względu na sprawę katyńską. Zakirow opisuje także urzędniczą olewkę z którą się zetknął po przybyciu do Polski. Całe szczęście, że istnieli ludzie, którym się chciało pomóc. I Zakirowowi pomogli. Spotkałem się z opinią, że początek książki jest nudny ponieważ autor opisuje swoje dzieciństwo i sowieckie realia. Nic bardziej błędnego. Zarysowane tło pozwala lepiej wczuć się w atmosferę grozy, beznadziei i "szczęśliwości" kraju krwawych rad. Tzw. operacja polska, czyli eliminacja Polaków w Sowietach i późniejsze akcje uderzające w polskie elity, zarówno ze strony sowieckiej jak i niemieckiej, pokazują, że nadal wydarzenia z lat 1939-1940 kryją wiele tajemnic:
"Jesienią 1989 roku jeszcze raz rozmawiałem z Jegorem Polakowem. On dobrze pamiętał, że polskich księży rozstrzelano w piwnicy NKWD. Opowiedział mi o prowadzonym na rozstrzelanie Polaku, któremu się udało wyrwać broń jednemu z konwojentów i zastrzelić drugiego. Potem zamknął się w piwnicy, skąd przez trzy dni się ostrzeliwał. Był nie do pokonania, dopóki nie otruto go gazem. Komendanta KGB Iwana Stelmacha zranił w rękę. Polakow twierdzi, że widział tę strzelaninę, a Stelmach strzelał w okno piwnicy z cekaemu „Maksim". Całe śródmieście w okolicach NKWD otoczyło wtedy wojsko. Spowodował to jeden dzielny Polak!"
Za: O. Zakirov, Obcy element. Dramatyczne losy oficera KGB w walce o wyjaśnienie zbrodni katyńskiej, Poznań 2010, s. 217.
Fragment oświadczenia P. Klimowa, dozorcy a później wartownika NKWD u komendanta Stelmacha:
"Pamiętam, że zmywałem krew rozstrzelanych (...) myłem ciężarówki: półtora- i trzytonówkę. Na nie ładowano zazwyczaj, za pomocą transportera, trupy rozstrzelanych, żeby nie nosić na noszach. Ten transporter skonstruował Ałchimowicz «złota rączka». Przedtem trupy rozstrzeliwanych wynoszono z podziemia NKWD na noszach (...) Piwnica, w której rozstrzeliwano, znajduje się pod budynkiem obecnego Urzędu Spraw Wewnętrznych obwodu smoleńskiego przy ulicy Dzierżyńskiego. Trzecie okno, chyba z prawej strony. W małym piwnicznym pomieszczeniu był otwór, głowę kładziono na jego brzeg i strzelano w potylicę (...) Jedna z ofiar, pamiętam, miała rozpruty brzuch. Strzelano wieczorem i wywożono do Kozich Gór. Ekipa zabójców pracowała do drugiej w nocy. W ciężarówkach układano trupy pokotem, bywało, że wrzucano trzydzieści, czterdzieści trupów do jednego samochodu.
Zwłoki zakrywano brezentem i wywożono. Oprócz kierowców wyjeżdżały dwie, trzy osoby i komendant (...) W Kozich Górach była cała ekipa. Pamiętam Biełkina, Ustinowa (...) Zakopywali rozstrzelanych, kopali rowy. Mieszkali w samych Kozich Górach. Wiem, bo sam widziałem trupy Polaków przysypane ziemią. Rozstrzeliwała ich ekipa Iwana Stelmacha. W tym rowie, gdy spojrzałem, Polaków było wielu, leżeli w szeregu, a rów był długi na jakieś sto metrów. Wtedy i po wojnie Stelmach, Rejson, Gwozdowski i Gribow niejednokrotnie mnie ostrzegali, żebym milczał (...) Polskich wojskowych rozstrzeliwali Stelmach, Gribow, Gwozdowski, Karl Rejson (...) Oni wodzili rej przy rozstrzeliwaniach (...) Część polskich księży rozstrzeliwano w piwnicy NKWD Smoleńska (...) Trupy woził też Lewczenkow, ale zabił go więzień, który był, moim zdaniem, Polakiem. Ten więzień przypadkiem został żywy i przedostał się do zbrojowni, a potem otworzył ogień. Przez trzy dni nie potrafili go zabić, zalewali piwnicę wodą z pompy strażackiej, a potem otruto go gazem", ibidem, s. 240 -241.
Odsłon: 130 Komentarzy: 0
Friday,01 June 2012,20:58
Kategoria: Historia Friday, 01 June 2012, 20:58
Bardzo często wielu przygłupów z tzw. partii zamieszanych mocno w okrągły stół próbuje relatywizować komunę, że owszem kiedyś było ostro ale później było miło, sympatycznie i w ogóle byliśmy najweselszym barakiem w obozie demoludów. Jest to kłamstwo, o czym zresztą świadczy uaktywnienie instytucji "nieznanych sprawców" w latach 80.tych XX wieku. Podobną bajką sprzedawaną na bezczelnego są twierdzenia o jakiejś niby niezależności mitycznego "wywiadu" w PRLu- również w okresie po stanie wojennym czy opowieści o kontroli naszego terytorium przez tylko i wyłącznie "polskie służby". Drobiazg, że w każdym okresie, po tworze zwanym Polską Ludową grasowały rozmaite hordy szpiegów i byliśmy przytuliskiem wrednych typów, terrorystów, umyka uwadze. W latach 70. tych i 80.tych XX wieku na Wybrzeżu ramię w ramię chodziły sowieckie i wschodnioniemieckie służby werbując na przyszłość rozwojowy narybek- pewna plotka głosi, że wtedy został zawerbowany jeden z filarów ruchu "liberalnego."
"Wspominając obserwacyjne działania KGB odnośnie wydarzeń poznańskich z czerwca 1956 roku, nie można pominąć milczeniem jego bezpośredniego w nich udziału. Jest bowiem faktem, iż siły sowieckie, w tym grupy bojowe KGB, brały bezpośredni udział w zdławieniu buntu Poznania. A oto dwa przykłady. 29 czerwca rano, około godziny 9.00, w rejonie ulicy Dąbrowskiego zatrzymała się kolumna „polskich" czołgów. Na pancerzach siedzieli czołgiści w polskich mundurach, posilając się dowiezionym właśnie im prowiantem. Mówili ze sobą po rosyjsku. Ci sami czołgiści, około godziny 9.20-9.25, otworzyli ogień z czołgowych kaemów i pistoletów maszynowych do grupy cywilów, którzy uchodząc przed pościgiem zorganizowanym przez bezpiekę, chcieli przedostać się na drugą stronę ulicy Dąbrowskiego. Wyskakując z bram kamienic ulicy Dąbrowskiego, na odcinku między ulicami Roosevelta i Kochanowskiego, dostali się pod ogień broni maszynowej czołgistów ze specjalnej grupy bojowej KGB, którą skierował poprzedniego dnia wieczorem do Poznania sowiecki generał w polskim mundurze, Stanisław Popławski.
Tenże generał Popławski wydał rozkaz rozstrzelania tych wszystkich oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego, którzy odmówili wzięcia udziału w krwawej pacyfikacji Poznania. Wiemy już dziś, iż w nocy z 28 na 29 czerwca około godziny 3.00 przywieziono (pod silną eskortą UB) do Prosektorium Akademii Medycznej w Poznaniu przy ulicy Święcickiego, zwłoki dwunastu młodych podchorążych WP. Wszyscy zginęli od strzału w potylicę. Stąd o godzinie 6.00 rano zwłoki, po przeprowadzonej sekcji, wywieziono w nieznanym kierunku celem potajemnego pochówku. Nigdy żaden oficjalny komunikat w tej sprawie nie został wydany. Dopiero dziś wiemy, iż byli to czołgiści z trzech polskich czołgów, podchorążowie z Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych, których maszyny wysłano na odsiecz gmachowi UB atakowanemu wówczas przez demonstrantów. Podchorążowie OSWP odmówili strzelania do demonstrantów, oddając swe czołgi ludziom. Zostali później aresztowani. Na rozkaz generała Popławskiego wywieziono ich na mały poligon położony w rejonie lotniska w Ławicy, gdzie zostali zastrzeleni przez ludzi ze specjalnego oddziału KGB.
Tych dwunastu sprawiedliwych zamordowano bez sądu i wyroku, tylko na rozkaz sowieckiego generała, będącego wówczas prawą ręką sowieckiego marszałka Rokossowskiego. Ponieważ, mimo ścisłej tajemnicy otaczającej ten mord, wieść o nim przedostała się do wiadomości poznańskiej społeczności, wydany został w czerwcu 1981 roku specjalny komunikat Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie, ogłoszony w prasie, w radiu i telewizji, zapewniający, iż w roku 1956 władze wojskowe nie wydały żadnego wyroku śmierci wobec któregoś z żołnierzy Wojska Polskiego, i że żaden taki wyrok nie został wówczas wykonany. Być może wyroku rzeczywiście nie wykonano, mordując aresztowanych sowieckim zwyczajem bez osądzenia, wzorem katyńskim — strzałem w tył głowy."
Za: F. Bernaś, Mrok i mgła. Z dziejów KGB, Warszawa 1997, s. 647- 648.
Odsłon: 156 Komentarzy: 0
Monday,22 August 2011,14:46
Kategoria: Historia Monday, 22 August 2011, 14:46
Bitwę warszawską 1920 roku uznaje się za jedną z decydujących bitew w dziejach świata. Szkoda, że sukces został zmarnowany dzięki "handlarzom śmierci", internacjonalistycznym bankierom, którym było wszystko jedno komu sprzedają broń i z kim handlują. To właśnie ich pomoc pomogła przetrwać komunistycznemu reżimowi długie lata. Zachód nie walczył ze Wschodem ale z własną piątą kolumną. Nadal mniej znaną kartą z dziejów jest kwestia radiowywiadu w wojnie polsko- bolszewickiej. Wspominał o niej obszernie G. Nowik w książce pod znamiennym tytułem Zanim złamano Enigmę. Zamiast skupiać się na nonsensownych rozważaniach w stylu, kogo zasługą jest wojskowy sukces bitwy- strony polskiej czy francuskiej, lepiej ukazać inny epizod, rzutujący na całość kampanii. Pojawia się postać J. Kowalewskiego, działającego z sukcesami i w drugiej wojnie.
Personel radiowywiadu nie był liczny: na szczeblu Oddziału II NDWP pracowało w Wydziale II Sekcji Szyfrów 5 oficerów, 5 podoficerów i 2 maszynistki (zgodnie z A. Pepłoński, Wywiad w wojnie polsko- bolszewickiej 1919- 1920, Warszawa 1999, s. 220). Prace wspierali wybitni matematycy, np. Wacław Sierpiński. Podsłuchiwane radiostacje, złamany szyfr, przejęcie sowieckiej radiostacji i ogłuszanie innych oraz braki w łączności sowieckiej, wszystkie elementy wywiadowczej układanki wydatnie przyczyniły się do zwiększenia przewagi nad wrogiem, a w konsekwencji do zwycięstwa. Depesze nieodczytane w Oddziale II 1 Armii były wykańczane w Sekcji Szyfrów. W meldunkach raportowano o aktywności stacji niemieckich, nie zdołano ich odszyfrować: "silne przeszkody ze strony niemieckich stacji. Częste wywoływanie się nieprzyjacielskich stacji. Korespondencja słaba, urywkowa", ibidem, s. 222. Jak wspominał kpt. S. Benedykt, "zmieniany często kod czy szyfr sztabu armii sowieckiej rozwiązywali prawie tak szybko jak inni niedzielne krzyżówki. Dotyczyło to przede wszystkim rozkazów armii konnej Budionnego, przekazywanych wyłącznie drogą radiową", ibidem.
Z odczytanych depesz można się było dowiedzieć o niskim stanie sowieckiego morale, wbrew oficjalnej propagandzie. Dowódca Korpusu Konnego, Gaj narzekał na przemęczenie artylerzystów i koni, ulewy, chłód i braki w dostarczaniu amunicji. Wzywał do przysłania politruków i specoddziałów w celu ukrócenia złodziejstwa i bandytyzmu wśród brygad kubańskich. Przy okazji dowiedziano się, że armia sowiecka miała dobre rozeznanie o dyslokacji jednostek polskich. Szczególnie w pasie przyfrontowym. Prawdopodobnie dane te przekazywała okoliczna ludność, możemy się jedynie domyślać, że chodziło również o przedstawicieli mniejszości żydowskiej. Główne znaczenie dla sukcesu armii polskiej miało ujawnienie rozkazu dla XVI armii bolszewickiej, która o świcie 14 VIII (rozkaz z 13 VIII- Unicorn) miała zaatakować Radzymin i Warszawę. Jak pisze A. Pepłoński, z biegiem lat sukcesy radiowywiadu zostały zapomniane, podobnie zresztą jak działania zwiadu lotniczego.
Odsłon: 161 Komentarzy: 0
Saturday,23 July 2011,21:53
Kategoria: Historia Saturday, 23 July 2011, 21:53
Książka T. Snydera Skrwawione ziemie jest potrzebna. Zarówno u nas, jak i na Zachodzie. W zasadzie jest to kompilacja z mnóstwem nowych czy odświeżonych wątków. Pomimo jej ważności okazuje się być o wiele słabsza niż np. Tajna wojna. Dla wkraczającego w świat mordów i ciemnych charakterów jest jak znalazł, m.in. ze względu na typowy dla anglosaskiej historiografii język: żywy, popularny a nie smętny niczym strona z 27 przypisami :) Niektórzy po przeczytaniu odniosą wrażenie, że książka powstała na zamówienie "starszych" braci. Inni będą czuli niedosyt z racji marginalnego jednak potraktowania kwestii polskiej, pomimo zapowiedzi...Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Snyderowi, że pomimo niektórych uproszczeń ukazuje niesztampowy obraz dziejów, bez typowych klisz typu "skrajna prawica", "dobrzy socjaliści", "wypaczenia", "zły Stalin, niedokończone dzieło Lenina."
"Z 19 931 osób aresztowanych podczas operacji polskiej w republice białoruskiej 17 772 skazano na śmierć. Część spośród nich stanowili Białorusini, część Żydzi, lecz w większości byli to Polacy, którym na Białorusi areszt groził też w ramach akcji skierowanej przeciw kułakom i innych czystek. Ogółem w rezultacie egzekucji i wyroków śmierci liczebność Polaków na sowieckiej Białorusi spadła w latach wielkiego terroru o ponad sześćdziesiąt tysięcy.
Operacji polskiej najszerszy zasięg nadano na sowieckiej Ukrainie, gdzie mieszkało około 70 procent spośród sześciuset tysięcy Polaków przebywających w Związku Radzieckim. Aresztowano tam w ramach tej operacji 55 928 ludzi, z których 47 327 rozstrzelano. W latach 1937- 1938 Polacy bywali aresztowani dwunastokrotnie częściej od reszty ludności sowieckiej Ukrainy."
Za: T. Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, Warszawa 2011, s. 121.
"Operacja polska zapisała się pod pewnymi względami jako najkrwawszy rozdział wielkiego terroru w Związku Radzieckim. Nie była największa, ale ustępowała wielkością tylko skierowanej przeciw kułakom. Nie odnotowano też podczas niej najwyższego odsetka egzekucji wśród aresztowanych, ale niewiele do tego brakowało, a akcje, w porównywalnym stopniu zabójcze, cechowały się znacznie miejszą skalą.
Ze 143 810 osób aresztowanych pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski stracono 111 091. Nie wszyscy byli Polakami, stanowili oni jednak większość. W Polaków w nieproporcjonalnym stopniu uderzyła też akcja przeciw kułakom, zwłaszcza na sowieckiej Ukrainie. Biorąc pod uwagę liczbę ofiar, odsetek wyroków śmierci wśród aresztowanych oraz prawdopodobieństwo zatrzymania, etniczni Polacy wycierpieli podczas wielkiego terroru więcej niż jakakolwiek inna narodowość w Związku Radzieckim. Według ostrożnych szacunków w 1937 i 1938 roku stracono około osiemdziesięciu pięciu tysięcy Polaków, co daje jedną ósmą ogólnej liczby 681 692 ofiar śmiertelnych wielkiego terroru. To odsetek zdumiewająco wysoki, biorąc pod uwagę fakt, iż Polacy byli w Związku Radzieckim bardzo niewielką mniejszością, stanowiącą ogółem mniej niż 0,4 procent populacji. Polacy w Związku Radzieckim ginęli w latach wielkiego terroru prawie czterdziestokrotnie częściej niż inni obywatele sowieccy", ibidem, s. 125- 126.
Ważne zdanie:
"Żydowskich oficerów, którzy przeprowadzali polską operację na Ukrainie i Białorusi- na przykład Izraela Leplewskiego, Lwa Rajchmana i Borysa Bermana- aresztowano i stracono. Był to fragment ogólniejszej tendencji. Gdy rozpoczęły się masowe mordy, mniej więcej jedną trzecią wyższych stanowisk w NKWD piastowali ludzie narodowości żydowskiej", ibidem, s. 130- 131. Dla "równowagi", na stronie 262 mamy wątek Tewje Bielskiego- opis utrzymany w hagiograficznym stylu, co jest ciemną plamą książki, takich plam jest kilka...Np. na stronie 321 autor pisze, że nie przyjmowano życzliwie ocalałych z zagłady Żydów do oddziałów AK lub, że w 1943 roku zdarzało się, iż Armia Krajowa na obszarach wiejskich strzelała do uzbrojonych Żydów jak do bandytów. Widać tutaj, że Snyder opierał się jedynie na żydowskich pamiętnikach i opierał się wybiórczo, nie wspominając, że owi uzbrojeni Żydzi często właśnie byli bandytami...Stąd książkę Snydera pomimo jej zalet należy traktować nie do końca jak czyste "dzieło naukowe":
"W kilku przypadkach żołnierze Armii Krajowej zabili Żydów, by odebrać im majątek (co to za brednie? Unicorn). Z drugiej strony AK wykonywała jednak wyroki śmierci na Polakach, którzy wydawali Żydów lub usiłowali ich szantażować", ibidem, s. 321.
Snyder słusznie zauważa, że po likwidacji żydowskich wykonawców czystek, ster przejęli Rosjanie (i Gruzini) stając się beneficjentem systemu a Żydzi z NKWD stali się wygodnym kozłem ofiarnym- winę za wielki terror można było zrzucić na Żydów. Sytuacja powtórzyła się po II wojnie światowej, podczas instalowania nowych reżimów komunistycznych w krajach Europy Środkowej. Wierni komunizmowi towarzysze zostali wyrolowani- jedni wyjechali za granicę płacząc później o antysemityźmie i plując na kraj w którym do niedawna mieszkali, bo za ojczyznę raczej "tego kraju" nie uznawali, inni zostali rzuceni na żer gawiedzi. Większości nie stała się żadna krzywda i w spokoju dożyli starości. Rzecz jasna, wątku o 17 IX 1939 na Kresach praktycznie nie ma w książce...Jest tylko lakoniczne zdanie o niższych warstwach społecznych, które sowieccy komuniści wynieśli na stanowiska. Wielkie brawa dla Snydera za pokazanie ohydy działań niemieckiego Wehrmachtu w kampanii wrześniowej i później.
"Niemcy zachowywali przy życiu przedwojenne elity polskie żydowskiego pochodzenia (dziwne sformułowanie- Unicorn), wybierając spośród nich realizujące ich politykę w gettach Judenraty, nieżydowskie elity Polski uważali natomiast za zagrożenie polityczne", ibidem, s. 169.
Końcowa część książki poświęcona zagładzie Żydów jest mocno niespójna jakby została dopisana w pośpiechu lub...przeredagowana aby zatrzeć wrażenie z pierwszej części książki, napisanej o wiele obiektywnie bez uproszczeń i "sączenia" jadu w stosunku do Polaków- wspomniana wyżej kwestia AK. Dla mnie jest to ewidentne zamówienie polityczne. Użycie sformułowań typu "nowa Polska" lub pomijanie szczegółów, w stylu kto naprawdę administrował więzieniami dla Niemców w Polsce po 1945 roku nie jest zapewne przypadkiem. Rozdział pod tytułem Stalinowski antysemityzm jest swoistym kuriozum. Od zasadniczej treści autor przechodzi do metarozważań o "resztkach antysemityzmu w Europie Wschodniej."
Odsłon: 168 Komentarzy: 0
Saturday,16 July 2011,01:11
Kategoria: Historia Saturday, 16 July 2011, 01:11
Antypolonizm ma długą historię. Obecnie, po "polskich obozach" jesteśmy świadkami totalnej, planowej i skrajnie nienawistnej Polsce wojny psychologicznej. W tzw. mediach polskojęzycznych, których właścicielami są w dużej mierze Niemcy panuje atmosfera strachu przed odradzającym się patriotyzmem. Wcześniejsze działania polegające na próbach przypisaniu Polakom współodpowiedzialności czy wręcz odpowiedzialności w zagładzie Żydów (wynikające rzekomo z tzw. tradycyjnego polskiego antysemityzmu) spełzły na niczym. Mocodawcy liczyl pewnie na kolejne pogromy. Niestety, przeliczyli się ale niechęć wzrasta. Co ciekawe, najbardziej zainteresowani umywają ręce oficjalnie deklarując przyjaźń i sojusz. Strona aktywna przerzuca strzałkę historii z Niemców- nazistów na anonimowych nazistów i ich...sojuszników, wśród których byli ponoć Polacy.
Wzmocnieniu przekazu służą bajkowe tezy o możliwych sojuszach z Hitlerem a jednocześnie z kolejnej strony, już trzeciej jesteśmy atakowani za "mordy jeńców bolszewickich." W czasach komunistycznych intencją Sowietów było wzbudzenie strachu przed Niemcami i temu była poświęcona bieżąca propaganda. W mniejszym stopniu- syjonizmowi, po wykorzystaniu "ofiarnej pracy" funkcjonariuszy bezpieczeństwa pochodzenia żydowskiego. Jedni grają drugimi przeciwko nam. Ale efektem ostatecznym nie będzie wepchnięcie nas np. do obozu rosyjsko- unijnego, czytaj: nowoczesnego paktu niemieckiego- rosyjskiego ale całkowite wyalienowanie Polski (stąd front litewski, niedługo pewnie będzie czeski czy znowu ukraiński). Jesteśmy w sytuacji oblężonej twierdzy. Praktycznie bez sojuszników. A wokoło sami wrogowie. Są dwa możliwe scenariusze rozwoju sytuacji- pognębienie i apatia społeczeństwa lub wzrost dumy narodowej i dojście do władzy partii, która przerwie zaczarowane koło. Tak wiem, w mediach oficjalnych przypomina to drogę do władzy...Hitlera. I tak właśnie jest przedstawiany polski patriotyzm i religia. Jako faszyzm i zaściankowość. Metody są podobne, zmieniają się instrumenty:
"W pierwszych dniach stycznia 1920 roku Biuro Wywiadowcze pozyskało informacje o aktywnej działalności niemieckiej placówki wywiadowczej w Kopenhadze, kierowanej przez Leo Winza. Znane były nazwiska i adresy jego kilkunastu współpracowników. Winz utrzymywał między innymi kontakty z agentem wywiadu niemieckiego Hermannem Kantem oraz ze znanym komunistą- Karolem Radkiem "Sobelsohnem" pełniącym wówczas funkcję szefa bolszewickiej agencji telegraficznej w Piotrogrodzie. Placówka kierowana przez Winza inspirowała antypolską propagandę. Jednym z organizatorów akcji propagandowych był rosyjski Żyd- Łatyszewski, wydawca pisma "Das Wochenblatt." Oddział II zorientował się, że działalność ta przybrała groźne rozmiary, ponieważ Winz współpracował również z prasą żydowską w Stanach Zjednoczonych i sugerował treść antypolskich artykułów o rzekomych pogromach urządzanych przez wojska polskie na Litwie i Ukrainie podczas walk z bolszewikami."
Za: A. Pepłoński, Wojna o tajemnice. W tajnej służbie drugiej Rzeczypospolitej 1918- 1944, Kraków 2011, s. 135.
Odsłon: 192 Komentarzy: 3
Sunday,19 June 2011,14:20
Kategoria: Historia Sunday, 19 June 2011, 14:20
Wojskowych. Tak mogłoby brzmieć motto cieniutkiej książeczki płka S. Abżółtowskiego- Lotnictwo w wojnie współczesnej. Broszurka owa miała zachęcić polityków a pewnie i zwykłych zjadaczy chleba do inwestowania w lotnictwo. Kiedy się ukazała? Tu mam zgryza. Przypisy odwołujące się do innych publikacji są z 1924 roku, w tabelach dotyczących różnych rekordów powietrznych ostatnie wpisy są datowane na grudzień 1924, z treści wyłazi 1923 a autor został pułkownikiem w 1924 (grudzień). Nie będę chyba ryzykował, jeśli napiszę, że książka jest z ok. 1925 roku. Po tym jakże budującym wstępie zstępnym warto napisać kilka słów o treści. Broszura napisana prostym językiem ale przekazuje masę informacji, oczywiście aktualnych wtedy, takie detale techniczne szybko schodzą w doły prahistorii. Zauważyłem, że jeśli w II RP wojskowi brali się za pisanie- robili to naprawdę dobrze-> Zasady i metody pracy Oddziału II Sztabu K. Banacha chociażby.

"W historji wojny naszej z bolszewikami mamy przykłady zastąpienia przez szczupłe podówczas nasze lotnictwo żywej siły, potrzebnej gdzie indziej dla spełnienia ważniejszych zadań.
(...)Tymczasem na froncie południowym lotnictwo nasze również zmagało się z kawalerją Budiennego, dzięki czemu można było wycofać z tego frontu znaczną część piechoty, ażeby przenieść ją nad Wieprz dla głównego uderzenia. Jak skuteczne było działanie lotnictwa, świadczy sam Budienny w przejętej przez nas radjodepeszy:
"18. VIII godz. 15.
W ostatnich dniach nieprzyjaciel w szerokim zakresie zastosował w walce z kawalerją samoloty, w ten sposób kompensując zbyt szczupłe siły. -W dniu 16 i 17 sierpnia (1920) eskadry nieprzyjaciela w liczbie, dochodzącej do 9 samolotów, krążyły nad atakującymi kolumnami konnej armji. Zuchwale zniżając samoloty nieprzyjaciel ostrzeliwał nasze oddziały i zarzucał je bombami. Wojska, atakowane z powietrza nie mniej jak trzy razy na dzień, mają ogromne straty w ludziach i koniach. W jednej tylko 6 dywizji kawalerji w dniu 17.VIII zabito i raniono przeszło 100 ludzi i 100 koni. Jeden z ataków 6 dywizji odbito wyłącznie samolotami. Proszę o rozkaz wysłania do mojej dyspozycji jednej baterji zenitowej, któraby podążała za armją. L. 41 tjn.- Poł.
D-ca I konnej armji (-) Budienny. Członek R.W.S. (-) Woroszyłow. Szef pol. szt. armji (-) Złotow.
(...)Mapa granicy z S.S.S.R. jest już gotowa tylko dlatego, że przy jej ułożeniu zastosowano sposób aerofotogrametryczny."
Za: S. Abżółtowski, Lotnictwo w wojnie współczesnej, Warszawa brw (ok. 1925 r.), s. 31- 33.
"Możemy być zmuszeni do walki z Niemcami i Rosją, których stanowisko wobec nas nie wróży nam spokojnej przyszłości. Z Rosją mamy rozległą, bo około tysiąca kilometrów, granicę. Manewrowanie na takiej przestrzeni lotnictwem nie jest łatwe. Musimy mieć co najmniej 2 silne grupy myśliwskie: jedną dla działania na płn. od Prypeci, drugą na pdn. Lotnictwo bolszewickie rozwija się nader szybko, ilość swoich eskadr bolszewicy już obecnie obliczają co najmniej na 100. Mojem zdaniem, musimy im przeciwstawić samych myśliwskich eskadr około 50.
Co się tyczy Niemiec, to ich lotnictwo jest pod wielkim znakiem zapytania. Utrzymywać lotnictwa wojskowego Niemcy nie mogą, lecz nie omylimy się, twierdząc, że obowiązku nałożonego na nich przez traktat wersalski nie myślą oni wykonywać, więc i tu liczba pięćdziesięciu eskadr nie będzie wygórowaną", ibidem, s. 78.
Odsłon: 133 Komentarzy: 2
