Sunday,07 February 2010,09:33
Kategoria: Wiadomości Sunday, 07 February 2010, 09:33
W polityce ważna jest identyfikacja wrogów i przyjaciół, jak stale podkreślał Carl Schmitt. Zjawisko łączenia się ludzi według interesów (czy „szans życiowych” jak mawiają pseudonaukowi socjologowie) i poglądów zauważyli już najwięksi – Platon w „Państwie” uważał nawet złoczyńców za przyjaciół, ponieważ ci muszą współpracować ze sobą, by osiągnąć swe niecne zamiary. Podobnie Arystoteles, który dodawał przy tym, że tacy ludzie nie są prawdziwymi przyjaciółmi.
.
Większość ludzi nie szuka prawdy dla niej samej. Wybierają te poglądy, które gwarantują im komfortowe samozachowanie. Stąd obok struktury interesów formują się też struktury poglądów, zwane ideologiami. Zjawisko to zostało już w zalążku zidentyfikowane przez Arystotelesa, który zauważył, że bogaci wyznają pogląd, iż sprawiedliwe jest, by to oni rządzili i vice versa, biedni uważają, że kwalifikacja do rządzenia jest uniwersalna.
.
Dziś, w warunkach mass mediów, zjawisko to przybrało ilościowo i jakościowo odmienny wymiar, niemniej jednak ogłoszenie przez Wajdę, iż Komorowski ma „
przyjaciół” w TVN-ie nie jest bez znaczenia (co świetnie zrozumiała prawicowa publiczność). Mówiąc językiem potocznym, swój pozna swego.
.
Stąd, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich, należy przyjrzeć się, jakie środowiska popierają określonych kandydatów. Zrobił to za mnie już
Rafał Ziemkiewicz, od siebie dodam jedynie, iż w Krakowie w poprzednią niedzielę ktoś wpadł na idiotyczny pomysł zrzucenia na miasto ulotek napisanych przez więźniów. Jak Państwo sądzą, z którym z kandydatów na urząd prezydenta wieźniowie łączą swojy nadzieję?
Marek Przychodzeń
Odsłon: 481 Komentarzy: 2
Sunday,16 May 2010,11:04
Kategoria: Wiadomości Sunday, 16 May 2010, 11:04
Od dłuższego czasu nie czytałem żadnej uczonej, porządnej, mądrej analizy rzeczywistości politycznej. Być może było to młodzieńcze złudzenie, ale wychowałem się na analizach Legutki, Kołakowskiego, Krasnodębskiego, Śpiewaka i paru innych, wyznaczający standard intelektualnej debaty, który zacząłem uważać za normalny dla środowisk ludzi poczciwych. Od pewnego czasu jednak mój entuzjazm dla polskiej klasy intelektualnej znacząco przygasł. Mniej więcej od momentu, gdy przeczytałem na 15 lecie „Gazety” tekst Kołakowskiego, w którym obwieszał, niedwuznaczne wskazując na prawicę, iż jest ona chora z zawiści, ponieważ głosi że Michnik ”jest liberałem, to znaczy: nie ma żadnych zasad, ale twierdzi, że wszystko wolno. Po wtóre, jest bolszewikiem, a więc ma bardzo twarde i stanowcze zasady, których treść jest taka, że trzeba zniszczyć Polskę i Kościół”.
Niby nic, ale po tym arcydziele przestałem darzyć estymą Kołakowskiego, bądź co bądź dokładnie tak widzę bowiem obecną rolę gazety Michnika. Prawica nie była mi jednak dłużna. Ostatnio wpadł mi w ręce artykuł profesora Krasnodębskiego, w którym ten zaznacza, przy okazji wydarzeń tragedii smoleńskiej, że „gardzi” częścią swych czytelników. Odniosłem wrażenie, że wśród moich znajomych mało kto zauważa, iż Krasnodębski tym samym wypadł z roli komentatora wydarzeń i zajął pozycję ich uczestnika. Niby nic, a jednak.
Na bezinteresowny ogląd rzeczywistości nie mogę też liczyć, czytając Pawła Śpiewaka, który z miną znawcy (tak sobie to wyobrażam) kreśli w ostatnim „Przeglądzie Politycznym” diagnozę, że przed Polską stoją dwa zasadnicze problemy: lustracja i antysemityzm. Antysemityzm???
Wysoka literatura dla poczciwego człowieka przeżywa zatem kryzys (być może analogiczny do tego, jaki przeżywa dodatek „Europa”) i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie starczyło wysokiej literatury, po drugie człowiek poczciwy okazał się być li tylko projektem – manipulowanym przez elity nieciekawym sybarytą. Skutkiem owej manipulacji miało być nie wtrącanie się owego poczciwca do polityki, którą robić mieli wszyscy ci czytani przez niego „poważni” ludzie z gazet i ich koledzy. Liberalny demokrata, którego tak pieczołowicie hodowała Fundacja Batorego, okazał się jednak w polskim wydaniu już to sympatyzującym z radykalnymi ruchami szczeniakiem, popalającym trawkę i mającym w nosie jakąkolwiek lekturę (a już z całą pewnością nie lekturę autorytetów), już to zwyczajnym i odrażającym chamem, a nawet przestępcą. W obozie poczciwych ludzich nie było już zatem kogo bronić, ani nikogo, kogo warto by było bronić.
Lektura publicystyki Wojciecha Sadurskiego upewnia mnie, iż liberałowie odwołujący się zazwyczaj do odpowiedzialnego, poczciwego człowieka z klasy średniej, wobec radykalizacji sceny politycznej i kompletnego braku zainteresowania ze strony tego ostatniego, który okazał się albo chamem albo trafił do więzienia, zaczynają przechylać się na stronę szczeniaków popalających trawkę. Cóż, pisarstwo Sadurskiego raczej potwierdza krytykowaną przez Kołakowskiego diagnozę ostatecznych konsekwencji ideologii liberalno-demokratycznej.
Nie jest ona w stanie zapewnić fundamentów odtwarzania się „poczciwej” klasy średniej i skazana jest na sekundowanie różnemu rodzajowi „postępowym” ruchom społecznym, których nigdy nie poparłby żaden klasyczny liberał w stylu Humboldta. Pytanie, czy liberałowie dysponowali odpowiednimi zasobami teoretycznymi, by zapobiec temu ześliźnięciu się liberalizmu w „frazes, małoduszność i tchórzostwo” .
Co do mnie, nie płakałem po śmierci człowieka poczciwego ani literatury dla tegoż przeznaczonej. Człowiek poczciwy okazał się być, mówiąc słowami Ryszarda Legutki, istotą mało ciekawą, zaś większa część „establishmentowej” literatury dla niego przeznaczonej analogicznie jest niewiele warta, brakuje jej głębi i ducha prawdziwej nauki. Być może, używając idiomu Gramsciego, czeka nas moment przełamania tzw. liberalno-demokratycznej „hegemonii ideologicznej”. Byłby to czas, w którym wobec bankructwa i równouprawnienia wszelkich ideologii zmarginalizowane dotą stanowiska intelektualne odzyskałyby, przynajmniej prima facie, swoją wolność a nawet uzyskały pewną świeżość i atrakcyjność, jaka przysługuje w liberalnej demokracji wszystkiemu, co nowe.
Wydanie ostatnio „Platona” Erica Voegelina, a w najbliższym czasie komentarza św. Tomasza z Akwinu do „Polityki’ Arystotelesa, może wróżyć tego rodzaju przemianę. Czy czeka nas zatem powrót „królestwa ciemności, razem ze św. Tomaszem na jego czele?” używając słów Leo Straussa? Czas nowych publicystów i nowych analiz?
Marek Przychodzeń
Odsłon: 511 Komentarzy: 2
Sunday,05 September 2010,16:05
Kategoria: Wiadomości Sunday, 05 September 2010, 16:05
Majowa pogoda, wiedeńskie kamienice i konserwatywna filozofia polityczna. Czy można oczekiwać czegoś lepszego od życia?
Od czwartku do niedzieli austriacka stolica gościła znanych polityków i intelektualistów (Legutko, Horowitz, Pera, Aznar, Minnogue, Brague), przyznających się do chrześcijańskich korzeni, chętnych bronić europejskiej tożsamości, jako zasadniczo ufundowanej na chrześcijańskiej wierze i cnotach.
Debata toczyła się W cieniu greckiego kryzysu ekonomicznego i niepewnej politycznej sytuacji Wielkiej Brytani, która właśnie w tym czasie przechodziła fazę wyborów parlamentarnych.Dyskutowane były kwestie związane z delikatną relacją pomiędzy muzułmanami a Europejczykami. Używam specjalnie tego rozróżnienia, które sugeruje pewną etniczno-religijną tożsamość raczej niż czysto polityczną identyfikację, ponieważ istnieje różnica w pojmowaniu swojego miejsca w Europie pomiędzy zwolennikami islamu (tłum. poddaństwo Bogu) a resztą.
Ogólnie rzecz biorąc w Wiedniu problematyzowano tezę, iż najlepszą polityką wobec muzułmanów, jest wspierać umiarkowanych, a osłabiać radykalnych. Założenie to może okazać się nie do utrzymania, biorąc pod uwagę, że wielu znawców Koranu i historii życia "proroka" uważa, iż brak separacji religii od państwa, irracjonalne prawo religijne, obowiązek świętej wojny i ogólnie praktyka dzielenia terytorium, na którym mieszkają muzułamanie, na terytorium zajęte i do zajęcia, z istoty uniemożliwia przeprowadzenie takiego podziału.
To nie jest na razie polski problem, niemniej jednak wyraźnie uwidacznia, że zblazowane, wygodnickie zachodnie wspólnoty polityczne mają trudności z odrzuceniem kulturowej kolonizacji ze strony wojowniczej wschodniej religii.Szczególnie interesujące były przykłady politycznej współpracy świeckiej lewicy ze wspólnotami muzułmanskimi. Lewicowa konsekwencja uwidacznia się szczególnie wtedy, gdy pojawia się okazja do przejęcia władzy nawet, gdy wymaga to współpracy z wrogami wolności i cywilizacji.
Miałem też możliwość przysłuchiwać się przemówieniu Declena Ganleya (tego od Libertasu), którego do tej pory znałem jedynie z przekazów medialnych. Jest to prężny przedsiębiorca, przyznający się do wiary katolickiej, którego pragmatyczne podejście do życia wyrażało się w jasnym przekazie i ostrym potępieniu niejasnych, oligarchicznych praktyk legislacyjnych Unii Europejskiej.
Człowiek ten wyznaje federalistyczną wizję Unii Europejskiej jako Stanów Zjednoczonych Europy, rozumianych jednak raczej jako federacja na rzecz bezpieczeństwia i wymiany gospodarczej, niż jakieś quasi-państwo, oddalone od swych obywateli, odgrodzone szkalnymi ścianami budynku w Strasbourgu i przeprowadzające podejrzane ideologiczne eksperymenty.
Być może Ganley nie posiada szczególnych przymiotów intelektualnych, niemniej jednak nie jest postacią tak egzotyczną, jak przedstawiany jest w Polsce.Z Polskiego punktu widzenia warto odnotować szacunek, jaki dla naszej i słowackiej gospodarki mają nasi zachodni sąsiedzi. Odnotowuję to z dumą, ze względu na kompleks niższości, jakiemu permanentnie ulegamy.
Marek Przychodzeń
Odsłon: 453 Komentarzy: 2
Friday,30 April 2010,15:17
Kategoria: Kultura Friday, 30 April 2010, 15:17
W naszej kulturze, mimo dramatycznych zmian, jakie w niej nastąpiły, przetrwał pewien przesąd – ślub trzeba brać z miłości. Wydaje mi się to nieco dziwacznym i staroświeckim poglądem. Skoro wszystko się dzisiaj przelicza na pieniądze, dlaczego miałoby być akurat inaczej w przypadku miłości? Dlaczego nie opisać miłości w kategoriach tego, co możemy dzięki niej mieć, uzyskać, itp.?
Spokojnie,nihil novi, w sposób niezwykle precyzyjny zabrał się do tego dzieła już sam Arystoteles, który w księdze IX niezrównanej Etyki Nikomachejskiej (od syna, Nikomacha) zanalizował relację miłości (miłość jest zdaniem Arystotelesa pewnym rodzajem przyjaźni) i doszedł do wniosku, że duża część ludzi kocha innych ze względu na to, co może od nich dostać. Myślę, że gdyby popytać dokładniej, okazałoby się, że owa miłość dla której tylu z nas chce wiązać się z innymi, jest i owszem miłością, ale… własną.
Chciałbym się mylić, ale biorąc pod uwagę codzienne obserwacje oraz statystyki (np. rozwodów), ludzie wiążąc się z drugimi nie robią tego bezinteresownie. Najczęściej warunkiem jest tu posiadanie urody, zamożność, dobrej klasy samochód. Czy nie można w tym przypadku mówić o obiektywnej miłości? Ależ można, tyle że kochane są tu owe rzeczy, które kochający pragnie uzyskać (użyteczność, przyjemność) i potrzebuje drugiego o tyle, o ile jest on źródłem tych rzeczy.
Każdy z nas chciałby być kochany ze względu na nas samych, czy jednak warci jesteśmy miłości? Czy można nas pokochać, gdy my kochamy tylko samych siebie? Czy chcemy tylko brać i od drugiego oczekujemy jedynie wsparcia, czy też zależy nam na wzajemnym dobru i chcemy być lepszymi, tak by związek okazał się udany? O ile niegdyś naszej kulturze groził totalitaryzm komunistyczny, którego pozytywnym niezamierzonym skutkiem był wzrost solidarności społecznej, o tyle dziś największym zagrożeniem jest wygodnictwo.
Mimo wszystko warto marzyć i dobrze wybrać. Nie bójmy się marzeń, one się spełniają. Tylko miejmy odwagę mieć szlachetne marzenia, miejmy odwagę poddawać się dobroczynnemu wpływowi drugiej osoby, nie zasklepiajmy się w skorupie własnych wad i potraktujmy związek jak przygodę, jak drogę prowadzącą na spotkanie z Ojcem. I jeszcze jedno – nie skupiajmy się zbytnio na uczuciach, one są w najlepszym razie niestałe – miłość to decyzja, decyzja bycia z drugim i dla drugiego.
Marek Przychodzeń
Całość tekstu została opublikowana w Gazecie Świeckiej
Odsłon: 691 Komentarzy: 3
Thursday,04 March 2010,13:33
Kategoria: Wiadomości Thursday, 04 March 2010, 13:33
"The question is no longer how do you look, but woman, how do you feel?" Pani Stanton
Podobno polskie kobiety nie są feministkami, takie przynajmniej słyszę głosy od studentów i znajomych. Moje wrażenie jest jednak inne. Polki są dość dogłębnie sfeminizowane, największym zaś tego znakiem jest powszechność damskich spodni, symbolu emancypacji i niezależności finansowej od mężczyzn, a od niedawna również złego gustu i wulgarności obyczajów.
Jak nietrudno się domyślić hasłem walki o prawo do noszenia męskich ubiorów była równość, w tym wypadku równość płci. Tradycyjna kultura europejska (w slangu nauk społecznych kultura „opresyjna”) nie tolerowała spodni u kobiet i posłużyły ona za wehikuł przemian obyczajowych, nie tylko w sferze ubioru.
Historię damskich spodni wypełniają nazwiska feministycznych aktywistek, zwykłych ladacznic i dwuznacznych postaci. Do pierwszych należała Amelia Jenks Bloomer. Do tej drugiej kategorii śmiało można zaliczyć George Sand (puszczała się, paliła cygara, nosiła spodnie i przeklinała) oraz Matę Hari (aktorka, szpieg i luksusowa prostytutka). Do trzeciej Polę Negri (trudno jednoznacznie stwierdzić, co robiła).
Spódnice były obowiązkowym strojem kobiet aż do początku XIX wieku. Początkowo nowe stroje, bufiaste pantalony (tzw. bloomers, od nazwiska propagatorki, sufrażystki i redaktorki pisma The Lily),budziły niesmak a nawet reakcje obronne (kpiny, nie wpuszczanie do restauracji, itp.). Całej krucjacie dopomogły jednak dwie wojny światowe oraz rewolucja obyczajowa lat 60-tych.
Okres międzywojenny to tryumf stylu „na chłopczycę” (Coco Chanel). Druga Wojna Światowa i wymuszona nią ekonomiczna aktywność kobiet stanowiły szansę dla tych pań, które w karierze zawodowej dostrzegły nowe pole samorealizacji, dodam, często kosztem życia rodzinnego.
„Spodnium” do lat 60'tych służyły głównie do prac domowych i jako strój nocny (piżama była wcześniej ubiorem wyłącznie męskim), by zostać wyniesione do godności stroju wieczorowego przez niejakiegoAndré Courrèges (1964). Yves Saint Laurent w 1966 roku stworzył damski smoking. Giorgio Armani w latach 70. zaopatrzył kobiety-szefowe firm w odpowiednie dla nich stroje – garsonki.
Obrazu dopełnia ferment lat 60-tych i proletariacko-postępowy charakter jeansów, które zdominowały rynek spodni młodzieżowych obu płci. Rok 1978 zaznacza nazwisko braciNakash (Naccache), którzy weszli na rynek z linią Jordache, tworząc nową kategorię tzw.designer jeans.W latach 70. produkcja damskich spodni była trzykrotnie wyższa niż spódnic, a koszule nocne zostały niemal całkowicie wyparte przez piżamy.

Punch Magazine (1858)
Oczywiście można wynajdywać rozmaite walory takiego ubioru (szczególnie w przypadku sportu czy pracy fizycznej, gdzie kryterium naczelnym pozostaje wygoda), niemniej jednak fakt pozostaje faktem. W Europie walka o spodnie była zasadniczo walką powiązaną z prawami kobiet i zmianom stroju towarzyszyły zmiany społecznej pozycji pań, a mówiąc bez ogródek, zataczające coraz szersze kręgi egalitaryzacja.
Osobiście zastanawiało mnie, jak do tych zmian ustosunkowywał się Kościół Katolicki. Ja właściwie oceniam je dość jednoznacznie. Siedzę w kościele, usiłuję się skupić, a przede mną parada jak w klubie nocnym. Klęczy potem taka i modli się, a ja w duchu myślę sobie, że jej złożone ręce mają się tak do jej ubioru, jak sowiecka gazeta „Prawda” miała się do prawdy,
Jak czytam, kwestia spodni pojawiła się w Watykanie wraz z problemem przechodzącej na chrześcijaństwo Bułgarii, w którym to kraju kobiety tradycyjnie nosiły stroje przypominające spodnie. Papież Mikołaj I (858-67) wysłał do Borysa I list, w którym podjął ten tematorzekając, iż choć spodnie (femoralia)są właściwym ubiorem mężczyzn a nie kobiet, zarazem stwierdzał jednak, iż sam zewnętrzny ubiór, o ile przykrywa wstydliwe części ciała, jest neutralny pod względem cnoty („ani nie przeszkadza w zbawieniu, ani nie prowadzi do powiększenia cnoty”).
Zastanawiam się jednak jak wyglądałaby ocena obecnych „biodrówek”, „rurek” i innego tego typu wymysłów. Być może kobietom noszącym takie stroje wydaje się, że wyglądają atrakcyjnie i podobają się mężczyznom. Jeśli chodzi o mnie, uważam to za błędny osąd. O wiele ładniejsze i bardziej kobiece są spódnice i suknie, zaś spodnie, no cóż, obawiam się, że te trzeba będzie jeszcze długo cierpieć.
Marek Przychodzeń

1949, dżinsy w Ameryce
Wpis przygotowany na podstawie danych dostępnych w Internecie, m. in. : http://modny.blox.pl/2008/05/Bardzo-krotka-historia-damskich-spodni.html, http://www.moda-online.pl/historia-mody/pochodzenie-damskich-spodni.
Odsłon: 1475 Komentarzy: 35
Monday,04 January 2010,23:59
Kategoria: Wiadomości Monday, 04 January 2010, 23:59
Okres Wielkanocy nie pozostawia nikogo obojętnym. Nawet Gazety Wyborczej czy lobby gejowskiego bądź antykościelnego (co zresztą na jedno wychodzi). Właśnie w tym czasie mogę się dowiedzieć np. że „tylko czterech z tysiąca molestujących to księża” a „papieża chroni immunitet i nie będzie zeznawał ws. o molestowanie”. Nie zwracałbym na to uwagi, gdyby nie dziwna koincydencja. Dlaczego takie informacje pojawiają się w czasie najważniejszego święta mojej Matki Kościoła?
Jak powinien zareagować na to dobry syn, czy obojętność to dobra postawa w obliczu szkalowania rodzicielki?
Sprawdziłem jak to bywało w kolejnych latach. Kościół jeśli nie wprost, to pośrednio, regularnie przedstawiany był jako instytucja prześladująca odmienności seksualne, rasowe i religijne. „Kłucie krzyżem”, „Czy książka ks. Chrostowskiego szkodzi dialogowi chrześcijańsko-żydowskiemu?” (04.04.2009), „Homoseksualiści w Polsce muszą się ukrywać, a nie chcą” (04.04.2007), „GEJU, SIEDŹ CICHO” (07.04.2007) to tylko wybrane tytuły. Nieoceniony Redaktor "czyta Ratzingera". Wychodzi mu, że papież, tak jak Redaktor, zajmuje się "walką klas i ras" (07.04.2007).
Nie bronię tutaj księży-pedofili ani ich przełożonych. Wykorzystywanie seksualne jest ohydną zbrodnią i powinno być ukarane. Pragnę jednak zwrócić uwagę na podstawowe błędy logiczne. Święty jest Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa, ale nie każdy kapłan z osobna. Każdy kto oskarża księdza o molestowanie stosuje wobec niego te same standardy moralne, które akceptuje Kościół Katolicki. Z drugiej strony od kiedy to środowiska antykościelne uderzają w tak moralistyczny ton? Czy nie mamy tu dwóch standardów? Można wieszać genitalia na krzyżu, ale już krzyża w sali szkolnej nie? Wolno mordować nienarodzone dzieci, ale wykorzystywać seksualnie nie wolno? Kto ustala tu granicę i jaka jest intencja krytyki Kościoła?
Kościół jest święty, bo jest założony przez Chrystusa i nie zmienią tego żadne grzechy poszczególnych jego nieświętych reprezentantów. Z drugiej jednak strony wszystkie te grzechy (pomijając już całą medialną nagonkę) plamią jego szatę i lepiej, aby ich nie było. Sam Chrystus powiedział jednak, że zgorszenia muszą przyjść, choć biada tym, przez których przychodzą (lepiej by było, żeby mu przywiązano kamień młyński do szyi).
Krzyżują Chrystusa nie tylko kapłani-pedofile, robią to także nieskromne ubrane dziewczyny, paradujące w obcisłych dżinsach w kaplicy, homoseksualiści obcałowujący się w miejscach publicznych, kreatywni księgowi, specjaliści od PR-u fałszujący obraz polityki i wielu innych. Mimo tych wszyskich zgorszeń chrześcijanie wierzą, że Pan z każdego zła jest w stanie wyprowadzić jakieś dobro. Kościół natomiast będzie trwał i oczyszczał się aż do skończenia świata.
Marek Przychodzeń
Odsłon: 654 Komentarzy: 5
Sunday,03 October 2010,11:15
Kategoria: Polityka Sunday, 03 October 2010, 11:15
Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gabinetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura. Na razie odsunął zwierzę nie zwracając na nie uwagi i zszedł ze schodów. Albert Camus.
Dość przypadkowo znalazłem się na manifie feministycznej na krakowskim Rynku Głównym. Niby wiedziałem co się święci, a nawet rozmawiałem o tym ze znajomą doktorantką, która akurat popiera tego rodzaju inicjatywy, a jednak zostałem nią zaskoczony. Na początku myślałem z kolegami, sądząc po ilości policji i dziwnych podskokach, że to kibice Cracovii albo Wisły zrobili sobie pokaz siły.
Wrażenia z widowiska dość przewidywalne. Chłopcy z Młodzieży Wszechpolskiej wrzeszczący „Babochłopy – do roboty”, a obok grające na bębnach dzieci-kwiaty. Innymi słowy, młodzież postępowa kontra "ciemnogród". Dodatkowy „bonus”: rytmiczny odgłos bębnów, który zagrzewał bojowniczki do działania. Rytm niepokojący, docierający do trzewi człowieka, prymitywny i budzący skojarzenia z irracjonalną, egzotyczną kulturą Afryki.
Przez chwilę przemknął mi widok pięknej młodej kobiety, wyzywająco i z lekkim politowaniem spoglądającej na chłopaków z MW (harmonia ciała nie zawsze współgra z harmonią duszy). Pośmiałem się z bratem z całego tego widoku, głównie z faktu, iż komuś się chce na mrozie wykrzykiwać bezsensowne hasła w rodzaju ”chcemy połowy władzy”. Jakby nie było niczego bardziej pożytecznego do zrobienia. Potem jednak przyszła refleksja.
Potem, czyli dzisiaj rano, podczas śniadania. Współlokator zwrócił uwagę, że wątpienie w tożsamość płciową (do czego służy słynny 'gender') jest oznaką głębokiego kryzysu. Bycie mężczyzną czy kobietą należy do niepowątpiewalnych faktów. Płeć z całą pewnością nie jest kwestią wyboru. Wątpienie w to, że wiążą się z nią jakieś określone cele i cechy zachowania uderza zatem w rdzeń tożsamości człowieka, jak zwrócił uwagę Karol.
Wtedy przypomniał mi się widok owej młodej kobiety. Choć wszyscy
intelektualiści podśmiewują się z tego rodzaju feministycznych aberracji, ona była akurat poważna. Śmiertelnie poważna.
Marek Przychodzeń
Odsłon: 797 Komentarzy: 6
Saturday,03 April 2010,10:22
Kategoria: Kultura Saturday, 03 April 2010, 10:22
Dajemy się robić „w konia”. Niemal za każdym razem. Gdy jakiś podejrzany DJ organizuje na imprezie rozbierane konkursy, lub puszcza muzykę w stylu „straciłaś cnotę”, to on chce dobrze, chce być normalny i rozkręcić zabawę. Gdy chrześcijanin to krytykuje, jest on chorym z nienawiści fanatykiem, który wszędzie widzi zło, jest nietolerancyjny i pozbawiony miłosierdzia.
Gdy jakiś autor oczernia Jana Pawła II, to jest to człowiek dążący do prawdy i pokonujący schematyczne myślenie, taki na przykład jak Pan Obirek. Gdy krytykuję takie i inne postawy, to jestem zwolennikiem ciemnogrodu izacofania.
Szczególnie ciekawie wygląda jednak pokusa wewnętrzna, pokusa rozgrywania wiary w imię własnych interesów. Doświadczam tego w środowiskach chrześcijańskich pogodzonych z duchem tego świata, które dobrze funkcjonują we współczesnym społeczeństwie, rozmiłowane w gadżetach i przyjemnościach, które oferuje tzw. „salon”.
Środowiska te często lubią sobie tłumaczyć własną oziębłość apostolską dostrzeganiem dobra, niechęcią do oceniania innych i podobną temu retoryką, której skutkiem, miast sprawiedliwości, jest rozmywanie różnicy pomiędzy dobrem a złem. Nie zapominajmy jednak, że sprawiedliwość opiera się na wynagradzaniu dobrego i karaniu złego, a chrześcijanin ma wręcz obowiązek upominać bliźniego swego, nastawać „w porę i nie w porę”.
Innymi słowy, teza, że funkcjonowanie w dzisiejszym świecie powinno opierać się na poszanowaniu innych, rozumianego jako absolutny brak ingerencji w ich życie, chyba że ów ktoś ewidentnie nie szanuje życia, własności czy wolności innych, nie jest pomysłem z ducha Ewangelii, lecz raczej z pism odstępcy religijnego Johna Locke’a i jemu podobnych.
Marek Przychodzeń
Odsłon: 490 Komentarzy: 5
Wednesday,03 March 2010,10:36
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 03 March 2010, 10:36
"Masz dużego?" Taka reklama firmy Funai zaszpeca ulice i widoki w moim Mieście. Przez z górą 50 lat Hitler i Stalin grabili to moje Miasto, niszczyli jego morale i plugawili je swoim zachowaniem. Od 20 z górą lat mogę powiedzieć, że moje Miasto jest już oficjalnie wolne. Ale wciąż jest plugawione.
Zmęczony Kraków opromienia wiosenne słońce oświetlając czarny billboard z wielkim pytaniem „Masz dużego” i jakże elegancką odpowiedzią „kup sobie małego”. Robi mi się słabo.
Św. Augustyn mawiał, że na tej ziemi istnieją już dwa państwa, Boże i ziemskie. Boże to miasto tych, którzy kochają Boga i czynią Jego wolę. Ziemskie ujawnia pragnienie panowania, choć samo podlega różnorakim ządzom. Mój Kraków opanowało państwo ziemskie. Mój Kraków jest zniewolony.

Marek Przychodzeń
Odsłon: 436 Komentarzy: 6
Wednesday,03 February 2010,19:29
Kategoria: Kultura Wednesday, 03 February 2010, 19:29
Właściwie nie przypuszczałem, że będę musiał poruszyć tę kwestię publicznie, niemniej jednak zostałem sprowokowany. Ostatki spędziłem w miłym miejscu, w krakowskim klubie „Studio” wraz z sympatią i dwójką znajomych. Impreza w stylu lat 20-tych, mili ludzie, organizatorzy porządni, bo Duszpasterstwo Akademickie, a więc klasa i bezpieczeństwo gwarantowane.
W tym duchu udałem się w sobotni wieczór do „Studia” i proszę wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy za konsolą dj-a zobaczyłem podejrzane towarzystwo a na parkiecie rozległo się zawodzenie „straciłam cnotę…” zaraz po dziwacznym utworze Franka Kimono „będę brał cię w aucie”.
Klimat apokalipsy udzielił mi się natychmiast, podobnie zresztą jak moim znajomym. Skończyłoby się na grzecznościowym e-mailu wysłanym do organizatorów, gdyby nie kolejny fakt. Parę dni później odebrałem w swojej skrzynce list elektroniczny następującej treści (cytuję in extenso):
„Z strony organizatorów przepraszamy za wszystkie niedociągnięcia i błędy, które mogły wam nieco popsuć tą imprezę. Przepraszamy też za techno, które pojawiło się na jakiś czas, ale to była własna inicjatywa DJ'a – już dostał za to pasem :P Na pewno za rok (lub może wcześniej) jeżeli odbędzie się tego typu impreza to jednym z haseł przewodnich będzie: NO MORE TECHNO :P (chyba, że na specjalne życzenie). Przepraszamy również za piosenki w stylu: "Straciłaś cnotę", czy "Będę brał cię – w aucie" – już nigdy więcej na tego typu imprezie ich nie będzie”,
a zaraz parę dni później „retractationes” następującej treści (ponownie cytuję in extenso):
„Najpierw bardzo ważne SPROSTOWANIE jeżeli chodzi o muzykę- DJ powiedział, że puszczał taką muzykę, przeróbki, techno bo przychodzili ludzie i go o to prosili, a było sporo ludzi spoza DA, stałych bywalców studio i chciał tez coś dla nich zagrać, a tym samym pokazać, że w duszpasterstwach też są normalni ludzie, którzy potrafią się do wszystkiego bawić. Do nas jako organizatorów również podchodzili ludzie pytając czemu leci techno, więc gusta są różne, a o gustach się nie dyskutuje :) Zatem przepraszamy DJ'a, bo w tej sytuacji miał prawo poczuć się urażony – jak zawsze na tego typu imprezach ciężko jest zaspokoić oczekiwania wszystkich. Jednak chcieliśmy podkreślić że uważamy i jesteśmy wdzięczni za świetną robotę jaką DJ wykonał. Nam jako organizatorom wypada przeprosić, za to że nie do końca dograliśmy szczegóły odnośnie muzyki” (pogrubienie własne).
Biedny Platon i św. Augustyn, gdyby zobaczyli, jaką odwagą wykazują się obecnie chrześcijanie wobec pogańskiej i obleśnej muzyki („o gustach się nie dyskutuje”, bawmy się jak „normalni ludzie”).
W Instytucie, w którym studiuje, widnieje w toalecie napis o następującej treści „Czy jest miarą zdrowia przystosowanie się do głęboko chorego społeczeństwa” (czy jakoś tak, proszę wybaczyć, nie pójdę sprawdzać). Mniej więcej taki jest mój komentarz do prób organizatorów podlizania się publiczności
Sapere aude, Panowie i Panie!
PS: Organizatorzy za DA dali mi do zrozumienia, że nie zrozumiałem ich drugiego maila, ponieważ nie bronią oni muzyki wulgarnej, a jedynie techno. Niech będzie i tak, niemniej jednak podtrzymuję swoją tezę, chrześcijanie nie powinni uważać, że normalnością jest badziewna muzyka i wszystko, co temu towarzyszy, rozbierane zabawy na scenie, wulgarne teksty i transowy klimat. Trzeba się odważnie temu przeciwstawiać i wyśmiewać ową legendarną "normalność".
Odsłon: 732 Komentarzy: 13
1
2
3
dalej »