
Monday,04 July 2011,15:41
Kategoria: Wiadomości Monday, 04 July 2011, 15:41
Jak wiadomo darmowych pism dla studentów jest w Polsce bez liku. Ciekawe skąd biorą sponsorów i czy utrzymują się tylko z reklam. Ta zagadka jest jednak dla mnie bez odpowiedzi, a i nawet nie szukam jej rozwiązania, zakładając, że nie ma tam do czynienia z lobbingiem, choć założenie to jest prawdopodobnie wybitnie naiwne. Jednak to nie perypetie finansowe studenckich darmowych periodyków mają być przedmiotem mojej wypowiedzi, a brednie, które są w nich wypisywane.
Nr 4/2011 magazynu studenckiego "Dlaczego?" epatuje studentki i studentów "uspokajającą" stroną 57 o tytule " Spokojnie. To tylko awaria." Wywiad z dr ginekologii, którego nazwiska z litości i pragnienia niepsucia dobrej opinii, nie wspomnę, poświęcony został antykoncepcji. Przynajmniej oficjalnie. Mniej oficjalnie natomiast antykoncepcji i tzw. sytuacji awaryjnej. Pod tym, jakże enigmatycznym i pięknie brzmiącym zwrotem, kryje się ciąża. Pan doktor rozwodzi się nad zaletami i wadami środków antykoncepcyjnych i wszystko to jeszcze nie spowodowałoby mojego oburzenia( czego bowiem można się spodziewać w darmowej gazetce dla studentów w postchrześcijańskiej i neopogańskiej Europie, w której liczy się tylko szmal), gdyby nie to, że pod nazwą antykoncepcja przemycono aborcję farmakologiczną.
"Większość metod antykocepcji działa przed owulacją- blokują ją i nie dopuszczają do możliwości zapłodnienia. Antykoncepcja postkoitalna działa w późniejszej fazie na zaminy w obrębie śluzówki macicy, uniemożliwiając implantację. Nawet więc jeśli mamy zapłodnioną komórkę jajową, to ona i tak się nie zagnieździ w macicy, czyli nie dojdzie do ciąży. Z punktu widzenia Światowej Organizacji Zdrowia za początek ciąży uważamy właśnie moment zagnieżdżenia zapłodnionej komórki jajowej w macicy."
No tak, oczywiście- pan doktor nie kłamie. Pan doktor używa nowomowy, manipuluje, po prostu jedne słowa zastępuje drugimi. I wszystko gra. Otóż nie mamy już tabletki wczesnoporonnej, wczesnej aborcji farmakologicznej. Skądże znowu, mamy antykoncepcję postkoitalną. Cudowna nazwa. No cóż- kał brzmi lepiej niż gówno, prawda? Nie zmienia to jednak faktu, że jedno i drugie jest tym samym. Dlaej pan doktor mówi znowóż prawdę- "nawet jeśli mamy zapłodnioną komórkę jajową", ale nie mówi, że ta oto tajemnicza zapłodniona komórka jajowa, to jest już nowe życie, w omawianym przypadku nowe ludzkie życie. "Nie dojdzie do ciąży"- no zgadza się, panie doktorze, ale to nie zmienia faktu, że doszło już do poczęcia i powstało nowe życie, któremu po prostu nie da się dalej rozwinąć. I nie różni się to niczym od tego, gdy życiu ludzkiemu na innym etapie jego rozwoju, nie zapewni się warunków niezbędnych do dalszego funkcjonowania. Ot, choćby gdyby niemowlę przestać karmić. To to samo, co zygocie, nie pozwolić się zagnieździć w macicy. Brutalna jestem, co nie? A pan chciał tak delikatnie i uczono… Nie wyszło, nie wyszło… Następna sprawa- "za początek ciąży uważa się". Ja wiem, że gro studentów ma braki w podstawowej wiedzy z biologii oraz problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Pan doktor oczywiście nie kłamie- nie mówi, że za początek życia uważa się moment w kilka dni po poczęciu- oczywiście, że pan doktor tak nie mówi, bo byłoby to zwykłe kłamstwo, niegodne naukowca i lekarza. Mówi- za początek ciąży. To drobna różnica. Otóż mnie kompletnie nie interesuje, co WHO uważa za początek ciąży, mnie nauczono na biologii w dobrym krakowskim liceum, co jest początkiem życia ludzkiego i wiem, że jest nim moment poczęcia, czyli połączenia komórki jajowej i plemnika, a nie moment zagnieżdżenia się tego już poczętego życia w macicy.
Czyżby magazyn "Dlaczego?" sądził, że statystyczna studentka nie odróżnia pojęcia "początek życia" od "początek ciąży"? Oraz że nie wie, iż zapłodnienie, a zagnieżdżenie zygoty w macicy, to nie to samo? Hmmm… możliwe, że wiedza statystycznej studentki lub studenta jest na tak niskim poziomie, ale to stawia pod znakiem zapytania, który z resztą widnieje w tytule pisma, sens wydawnia magazynu. Jeśli ma nim być ogłupianie już niezbyt mądrych, to nie najlepiej świadczy to o redakcji. Jeśli z resztą redakcja swoich czytelników traktuje jak niezbyt rozgarniętych i nie do końca nadających się na studia na wyższej uczelni, to nie najlepiej świadczy to także o kulturze pracujących w takiej redakcji.
No cóż, kto chce zaliczać się do ćwierćinteligentów, niech sobie stosuje antykoncepcję poskoitalną. Byle później nie zażył tabletek na poprawę funkcji mózgu, po których mózg przestanie w ogóle funkcjonować, tylko dlatego, że doktor iksiński w piśmie N je zalecił. Jeśli jednak ktoś zniszczy swój własny mózg, cóż, poniesie tego konsekwencje. Daleko jednak gorszą sprawą jest zabicie własnego dziecka.
Odsłon: 706 Komentarzy: 7
Friday,19 November 2010,18:30
Kategoria: Wiadomości Friday, 19 November 2010, 18:30
Czytam sobie właśnie książkę pt. "Marcel Lefebvre. Życie". Czytam, czytam, na razie jestem na książki samym początku. I nie będę pisała tym razem o Soborze Watykańskim II, liturgii i jej reformie i Tradycji. Książkę polecam całą, bo warta uwagi jest, ale pierwsze jej strony skłaniają mnie do innej niż liturgiczno-teologiczna refleksji. Nie zatytuowałam tego wpisu "Inna cywilizacja", bo pod takim tytułem już coś kiedyś tu napisałam ;), ale równie dobrze i ten tekst mógłby nosić taki tytuł. Rzecz bowiem będzie o tym, jak bardzo jesteśmy daleko od ideałów życiowych, od stylu życia naszych dziadków i pradziadków.Po kolei zatem.
Czytając książkę, przenoszę się we francuski region Nord, na początek wieku XX. Lekkie pióra bp Bernarda Tissier de Mallerais, sprawia, że czuję się jakbym odbywała podróż w czasie. I co mnie zaskakuje? Pozwólcie, że zacytuję:
"Dnia 22 października 1903 przyszedł na świat pierworodny syn i otrzymał imię ojca: Rene. Następnie w 1904 roku urodziła się córka Jeanne. Marcel dołączył do rodziny w środę, 29 listopada 1905 roku, jednak zbyt późno, aby otrzymać chrzest jeszcze tego samego dnia. Został zatem ochrzczony nazajutrz, w dzień św. Andrzeja(…) Przekonani, że przyszłość katolickiej ojczyzny zależy od płodnej chrześcijańskiej rodziny, małżonkowie Watine- Lefebvre pragnęli otoczyć się liczną gromadką dzieci. I tak w 1907 roku urodziła się Bernadetta(…) W końcu rodzina powiększyła się o trójkę kolejnych dzieci: w 1914 roku urodził się Joseph, w 1920 roku- Michel i w 1925 roku- Marie- Therese."
Tak o to maluje mi się przed oczami obraz rodziny otwartej na życie. Rodziny, która dzieci traktuje jako swoje największe szczęście. To nie jest dom, w którym z przerażeniem patrzy się na to, że pierwsza trójka dzieci rodzi się rok po roku. To rodzina, gdzie tego się chce. I szczerze Wam powiem, że zakręciła mi się w oku łza… Tak, to były czasy… To byli ludzie, którzy wiedzieli, czego chcą, ludzie odpowiedzialni i ufający bardziej Bogu, niż sobie… I na myśl przyszły mi dyskusje, które nie tak dawno prowadziliśmy na pewnych forach- dyskusje o planowaniu rodziny, a raczej o szleństwie jej nieplanowania, o tym jak to pięknie musi być zaufać Bogu na całego. To rodzina, która tak czyniła i pewnie wcale nie była jakimś wyjątkiem. W świecie, w którym za szczyt poświęcenia uważa się stosowanie Naturalnego Planowania Rodziny, a jeśli już nie stosuje się antykoncepcji, a NPR, to często niewiele się jedno od drugiego różni, stosuje się bowiem NPR na takiej samej zasadzie jak antykoncepcję, myśląc tylko o procentowej skuteczności i o tym, "żeby tylko nie było bachora". Dziś państwo Lefebvre zostaliby pewnie wyśmiani i skwitowali sławetnym "co rok prorok". Cóż, jakby nie patrzeć, wszyscy zwolennicy przyszłego abp Lefebvra, powiedzą- zgoda, rzeczywiście w tej rodzinie na świat przyszli prorocy. ;)
Teraz coś o matce abp Marcela:
" Prowadzona przez duchowego przewodnika, ojca Hure, wznosiła swoją duszę do życia w nieustannym obcowaniu z Jezusem Chrystusem. Oddawała się częstej modlitwie i lekturze duchowej. Mocna i wielkoduszna, praktykowała umartwienia i wyrzeczenia, a w 1917 roku złożyła ślub wyższej doskonałości( odnawiany przy każdej spowiedzi). Żyła wiarą, łącząc wszystkie wydarzenia z Bogiem i Jego wolą. Znamieniem jej duszy stało się ciągłe dziękczynienie składane Bożej Opatrzności."
Oprócz tego, jak się dowiadujemy z książki, pani Lefebvre pełniła liczne dzieła miłosierdzia. Kim byłaby dziś ta matka wielodzietnej rodziny, która często się modli, ma własnego kierownika duchowego i opiekuje się chorymi? Dewotką? Wariatką? A w ogóle kto dziś się przejmuje życiem wewnętrznym, duchowym, wiarą, kto myśli o wieczności?
"Dom państwa Lefebvrów był świątynią o własnym rytuale. Podczas gdy ojciec uczestniczył we Mszy o 6:15 i służył do niej, matka budziła dzieci, czyniła znak krzyża świętego na ich czołach i polecała im wybrać intencję na nadchodzący dzień. Następnie szła na Mszę o godz. 7:00, przynajmniej ze starszymi dziećmi, które umiały już chodzić, one bywałe też na Mszy w internacie.
Każdego wieczoru wspólna modlitwa miała na celu wyjednać wszystkim poprawę z popełnionych w ciągu dnia niedoskonałości i umacniać serca w głębokiej miłości Bożej. Dzieci nie kładły się do snu bez błogosławieństwa rodziców."
Tego typu opisów w książce jest wiele.
Co się z nami stało przez minione 100 lat? Czemu dziś uważamy, że poświęceniem jest wyjść na Mszę świętą w niedzielę, że to wręcz niesamowity wysiłek, który niczym łaskę wyświadczamy Bogu? Czemu uważamy, że łaskę my świadczymy Jemu, a nie On nam? Czemu zmawiamy pacierz w pośpiechu, nie dbamy o swój rozwój duchowy? Co się z nami stało? Czujecie, że chyba to jest ODSTĘPSTWO? Nie wiem, czy to już to odstępstwo, o którym mówi Biblia, jako o znaku końca świata, ale jeśli dodamy do tego jeszcze powszechny upadek obyczajów, promocję sodomii, aborcji, eutanazji, rozwody itp. itd…
Przeczytawszy pierwsze strony tej książki poczułam jak daleko jestem od Boga, jak daleko mi do wiary opisywanych tam ludzi… I przypomniałam sobie, że gdy w dzieciństwie czytałam sagę o Ani z Zielonego Wzgórza, to choć opisywane tam jest środowisko protestnackie, też całe życie jest jednak w jakiś sposób przeniknięte religią. Co się z nami stało? Wiele się mówi o upadku moralności chrześcijańskiej, o odejściu od wiary, ale dopiero, gdy pozna się życie ludzi 100 lat temu, widzi się, jak wielkie to jest odstępstwo. I co by nie powiedzieć, przecież nie porównujemy się ze starożytnością chrześcijaństwa, czy ze średniowieczem, ale z czasami już po rewolucji francuskiej, z epoką naszych pradziadków… a jednak widać, jak daleko dalej jesteśmy dziś od Boga… Nie wspomnę już o powszechnych kiedyś praktykach pokutnych, których temat poruszyłam kiedyś na jednym z forów w wątku o kolczatkach i innych takich, bynajmniej nie dla psa… ;) Tym razem mówię o zwykłym życiu wierzących katolickich małżonków 100 lat temu…
Co się z nami stało? Czy to jest już WIELKIE ODSTĘPSTWO?
Odsłon: 348 Komentarzy: 9
Wednesday,27 October 2010,12:56
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 27 October 2010, 12:56
Szok? Nie, teologiczna prawda. Msza święta jest bowiem Ofiarą, a nie ucztą. Jest prawdziwą Ofiarą, bezkrwawą Ofiarą Kalwarii, uobecnieniem męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Nie jest ucztą, wspólnotową agapą, bankietem itp. Nie! Msza święta jest, powtarzam, Ofiarą. Podczas Mszy Jezus ofiaruje się Ojcu za nasze grzechy, jak uczynił to na krzyżu, tylko w sposób bezkrwawy. Na Mszy stajemy pod krzyżem Chrystusa. Taka jest wiara Kościoła katolickiego.
No to co z tą ucztą? Tak często słyszy się "Uczta Eucharystyczna", "Uczta Ciała i Krwi Pańskiej", "Uczta przy stole Słowa i stole Ciała Bożego".
Odpowiadam:
1. Ucztą jest jedynie część Mszy świętej, zwana inaczej obrzędami komunijnymi. Zaczynają się one od modlitwy Ojcze nasz i trwają do przyjęcia Komunii świętej. To jest uczta ofiarna, bo wtedy spożywamy owoc Ofiary- Ofiarowane Ojcu niebieskiemu Ciało i Krew Chrystusa.
2. Nie można używać określenia "uczta Eucharystyczna" do całej Mszy świętej, gdyż jest to niepoprawne teologicznie. Mój kolega zilustrował to następującym, uważam, że bardzo trafnym przykładem- W Wielki Piątek nie sprawuje się Mszy świętej. Wie to każde dziecko. ;) A jednocześnie przyjmuje się Komunię świętą. No właśnie. A zatem- spożywamy Ciało i Krew Chrystusa, więc jest uczta, uczta ofiarna. Nie ma natomiast Mszy, nie składa się bowiem w ten dzień Ofiary, gdyż wspomina się krwawą Ofiarę na Golgocie i Kościół postanowił z tej przyczyny tego dnia, nie uobecnieć Ofiary krwawej w sposób bezkrwawy. Jeśli za tem w Wielki Piątek nie ma Mszy, a jest Komunia święta, czyli uczta( bo na czym polega uczta, jak nie na spożywaniu, czyż nie? A przecież w Wielki Piątek spożywamy Ciało i Krew zabitego Baranka.), tym samym wniosek z tego taki, że Msza nie jest ucztą. No właśnie- jest Ofiarą.
3. Podkreślanie niesamowitego charakteru Komunii świętej, tej cudownej uczty dla ducha i ciała, zapewniającej życie wieczne, jest godne pochwały. Godne potępienia jest natomiast nazywanie Mszy świętej Ucztą Eucharystyczną. To trochę tak jakby np. małżeństwo nazywać wspólnym chodzeniem na spacery. Zapewne każde małżeństwo przynajmniej czasem chodzi wspólnie na spacer, ale małżeństwo nie jest wspólnym chodzeniem na spacery. Podobnie też bierzmowanie nie jest modlitwą o wylanie darów Ducha Świętego, chociaż modlitwa taka jest częścią obrzędu sakramentu bierzmowania.
4. Nie zrozumienie tego, że Msza święta jest Ofiarą. Kropka. ;) A częścią owej Ofiary jest spożywanie Ciała i Krwi Chrystusa prowadzi do błędnego przekonania, jakoby Msza miała podobać się ludziom. Stąd kiedy rozmawiam z kimś na temat liturgii, często słyszę "ksiądz zlikwidował scholę, która grała na gitarach, a to się ludziom podobało." Hola, hola! Msza NIE MA SIĘ PODOBAĆ LUDZIOM. Msza ma podobać się Bogu, bo jest Ofiarą Jemu składaną, Ofiarą, w której składamy Mu Jego Syna Jednorodzonego, który jest Jedno z Ojcem w Duchu Świętym. W Mszy mamy jak najpiękniej uwielbić Majestat Boga, mamy Go przebłagać Jego własnym Synem, Jego męką za nasze grzechy. Dlatego dajemy na Mszę za zmarłych. Bo wtedy mówimy Ojcu- Twój Syn ofiaruje się za nią/niego na krzyżu, za nią/niego umarł. Ulituj się nad nim, przez wzgląd na Krew swojego Syna. Jeśli Kościół zabrania, a zabrania, wykonywania na Mszy świętej muzyki o charakterze rozrywkowym lub na instrumentach, na których zwykle wykonuje się muzykę rozrywkową- np. gitara, to zabrania nie dlatego, że ma takie widzimi się, tylko dlatego, że granie na gitarze nawet najbardziej zbożnej pieśni( a najczęściej są to niestety pieśni banalne, dobre na modlitwę prywatną, na wycieczkę, czy spotkanie po Mszy w salce katechetycznej, ale nie na Ofiarę Mszy świętej) nie licytuje z poważnym charakterem składania Ofiary Bogu. Przebłagiwania Jego Majestatu, dziękowania Mu, proszenia itd. Po prostu to nie pasuje! Kiedy słyszę taki utwór w rytmie, do którego nogi same ruszają się do tańca, podczas Mszy świętej, jestem naprawdę mocno zdegustowana. Ośmielam się nazwać to "przybijaniem do krzyża w rytmie disco". Czujecie jak to brzmi? I tak to wygląda. Jeśli naprawdę wierzymy, że w czasie Mszy dzieje się coś realnego, a tym czymś jest bezkrwawa Ofiara, stanięcie pod krzyżem, uobecnienie Męki Jezusa Chrystusa, to granie wtedy "Pan mnie strzeże, Pan mnie strzeże, czuwa nade mną Bóg…" albo "Ja kocham Ciebie, Ty zmieniasz mnie" na gitarze, perkusji, bębenku itp. jest nie na miejscu. Na pierwszy rzut oka widać tu dysonans. Nie robilibyśmy tego podczas np. reanimowania ofiar wypadku samochodowego, prawda? To czemu robimy to podczas gdy realnie uobecnia się śmierć Chrystusa? I to nic, że ludziom takie disco odpowiada. Można im go zorganizować po Mszy, poza kościołem, niech tańczą, śpiewają i wielbią Boga. Ale nie na Mszy świętej!
5. To nic, że w Twojej parafii jest gitarowa scholka. To nie znaczy, że Kościół na to pozwala. Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego oraz dokumenty Episkopatu Polski na to nie pozwalają! To nic, że może widziałeś biskupa na Mszy przy akompaniamencie gitar lub bębenków. To nic. To jest po prostu łamanie prawa. I jako wierny świecki, czuj się odpowiedzialny za liturgię w swojej parafii. Nie bój się zwrócić uwagi proboszczowi, grzecznie, taktownie, że używanie takich instrumentów muzycznych podczas Ofiary Mszy świętej jest niezgodne z przepisami liturgicznymi. Niech to będzie Twój wkład w reformę liturgii, którą stara się przeprowadzić Ojciec Święty Benedykt XVI. Popatrz na piękno i majestat odprawianych przez niego Mszy. I proś o coś podobnego w swojej parafii. Proś o chorał gregoriański, o pieśni śpiewane przy akompaniamencie organów, o scholę, która śpiewa a capella ( a to nawiasem mówiąc znaczy "po kościelnemu") lub przy akompaniamencie organów.
6. Jeżeli przyjmiemy optykę Uczty, Msza musi podobać się ludziom, bo każde przyjęcie, uczta, bankiet, przygotowywane są tak, aby spodobały się gościom. Jeśli zrozumiemy, że Msza święta jest Ofiarą, zauważymy, że składamy Ją Bogu, a więc ma się ona podobać Jemu, Temu, "przed którego Majestatem, aniołowie kryją twarz".
Odsłon: 656 Komentarzy: 38
Sunday,25 July 2010,19:48
Kategoria: Wiadomości Sunday, 25 July 2010, 19:48
Gdy byłam małym dzieckiem różańca nauczyli mnie Rodzice i często się nim modliłam. Pamiętam, że tulił on niejeden dziecięcy smutek i za jego pomocą zanosiłam do Bogu różnorakie dziecięce- te niepoważne i całkiem poważne- prośby. Potem był mały kryzys modlitwy różańcowej, którą odkryłam znów na studiach. Najpierw obowiązkowo dziesiątka dziennie- podjęłam duchową adopcję dziecka poczętego, potem włączenie się w Krucjatę Różańcową o nawrócenie Rosji i tym samym starałam się jak najwięcej dziesiątków codziennie odmówić. Raz były to 2, 3, innym razem 4, czy 5. Od mniej więcej pół roku staram się odmawiać codziennie jedną część- 5 dziesiątek- różańca świętego.
Mogę powiedzieć jedno- to jest WSPANIAŁA I OWOCNA modlitwa. Można nią wiele wyprosić, to jedno, ale drugie- różaniec niesamowicie uspokaja. Wycisza wewnętrznie- podczas jego odmawiania można nabrać dystansu do wielu różnych spraw, przemyśleć własne problemy. Można po skończeniu jego odmawiania łatwiej podjąć jakąś ważną decyzję. Ponadto w chwilach pokus, modlitwa różańcowa jest prawie niezawodna. Kolejne zdrowaśki odciągają nasze myśli od pokus, po czym te same znikają i możemy wrócić do codzienności po zwycięskiej walce przeciw szatanowi.
Różaniec odkryłam na nowo równolegle z zachwytem Mszą trydencką. Coś w tym jest, że ta forma pobożności genialnie współgra z tą Mszą i w ogóle tradycyjną duchowością. I wcale nie dlatego, że "babcie to dawniej klepały różaniec w czasie Mszy, bo nie rozumiały łaciny"… Ja różańca nie odmawiam na Mszy trydenckiej, ale przed, po lub zupełnie kiedykolwiek w ciągu dnia. Niemniej to jakoś tak jest, że gdy odkrywasz tą liturgię, coś zaczyna ciągnąć cię do różańca. I być może na odwrót też to działa? Nie wiem, ale jedno wiem- warto odmawiać różaniec- warto zacząć, a może powrócić do tej zapomnianej praktyki. Wakacje to idealny czas. Nie mamy wymówki, że to przecież taka długa modlitwa, zajmująca 20-30 minut… W wakacje warto ten czas poświęcić na różaniec- czy to w domu, czy w kościele, czy na łonie przyrody( co bardzo lubię). Być może po codziennym odmawianiu różańca w wakacje, stanie się on także Twoją praktyką w roku szkolnym/akademickim/pracy? Mi wydawało się, że niemożliwe jest odmawianie 5 tajemnic różańca w czasie roku akademickiego. Ale kiedy zaczęłam, okazało się, że można i to nawet w czasie sesji! ;) Zatem odejdź teraz od komputera, choć czytasz katolicki portal, weź za różaniec i po prostu… módl się! :)
Na koniec zacytuję zasłyszane na kazaniu zdanie: " Kiedy się modlisz, nie rób nic, a kiedy pracujesz, módl się cały czas". Ora et labora!
Odsłon: 344 Komentarzy: 4
Monday,19 July 2010,12:23
Kategoria: Wiadomości Monday, 19 July 2010, 12:23
Jedną z pierwszych czynności Europejczyków odkrywających w XV-XVII wieku NOWE, OBCE LĄDY było wbicie w ziemię krzyża. Współcześni Europejczycy zdejmują krzyże w SWOICH WŁASNYCH DOMACH, KRAJACH I LĄDACH. Czy ktoś jeszcze ma wątpiliwości, co do tego, że nie żyjemy w tej samej cywilizacji, co zwycięzcy spod Grunwaldu, Krzystof Kolumb i Vasco da Gama?
Odsłon: 264 Komentarzy: 0
Wednesday,14 July 2010,21:55
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 14 July 2010, 21:55
W przededniu 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem, wielkiego zwycięstwa polskiego oręża, które przyszło nam świętować w czasach pochwały nie męstwa, a wiecznego dzieciństwa, w czasach ukształtowanych przez niosące niewiele treści i zachęcające do nieustannej zabawy filmy, jak o nich słusznie pisze Benjamin Barber w książce "Dżihad kontra McŚwiat": " Trzeba przyznać, że publiczność oglądająca filmy amerykańskie jest infantylna. Ale wychodzi na to, że cały świat , jako potencjalny odbiorca amerykańskiej kultury masowej postanowił cofnąć się do etapu uniwersalnego dzieciństwa tak miłego Hollywoodowi. McŚwiat bardzo sobie ceni infantylizm jako stan umysłu, bo to przecież dziecko woła "chcę" i "daj", tak też brzmią naczelne hasła konsumeryzmu. Nie jest to "trochę smutne", ale bardzo przygnębiające." , warto zastanowić się, jak bardzo nasze czasy różnią się nie tylko od tych dni, nad którymi unosił się bitewny kurz z grunwaldzkich pól, ale też od tych, jakie pamiętają nasi dziadkowie.
Kiedy polskie i litewskie pułki stawały naprzeciwko wojska krzyżackiego i posiłków z Europy Zachodniej, ideałem mężczyzny był rycerz. Matki wychowywały swoich chłopców na rycerzy, często było to wychowanie bardzo ostre i wymagające. Słowianie w wieku 7 lat odłączali synów od matek, aby przysposobić ich do trudnego życia rycerza i nauczyć samodzielności i OPOWIEDZIALNOŚCI. Z kolei nasi dziadkowie od młodości byli przygotowywani do wojska, powstania, I, II wojna światowa uczyły również, że trzeba umieć walczyć. Jak jest dzisiaj?
Dzisiaj nastały czasy ŚWIĘTEGO SPOKOJU. O dziwo, lansują go ci, którzy popierają ewolucjonizm, a przecież według tej teorii, święty spokój jest szkodliwy, a nie pomocny, ewolucjonizm zakłada bowiem walkę i wygranie tego, kto jest silniejszy. Święty spokój zatem, musi według ewolucjonistów prowadzić do pozostawania przy życiu jednostek słabych i przekazywania "złych genów" dalej. Kuriozum. Ale po tej małej dygresji, wróćmy do sedna sprawy- czasy dzisiejsze to czasy, w których matki nie za bardzo odróżniają wychowanie syna od córki, media lansują model rodziny, w którym ona pracuje, a on zmywa garnki, czego przykładem może być nowa komedia "Kobieta na Marsie, Mężczyzna na Wenus". Synowie nie są uczeni odpowiedzialności, ale beztroski, w duchu konsumeryzmu- poużywaj sobie, synku, życie jest tylko jedno. Za czasów rycerzy spod Grunwaldu mawiano raczej " żyj dobrze, bo życie jest tylko jedno, a potem niebo lub piekło" , ale dziś kto by się przejmował jakimś niebem lub piekłem. W związku z powyższym niech dzieciak płci męskiej bawi się dobrze, niech sobie życia i kobiet poużywa, a za wszystko zapłaci nie tyleż kartą MasterCard, co raczej ojcowskimi pieniążkami. Komu byś chciało się walczyć o Polskę? A w ogóle- czym jest dla nich Polska poza zieloną plamą na mapie o żółtawo-brązowawym południowym brzegu? Niech będzie zatem ŚWIĘTY SPOKÓJ, a o wizję ojczyzny niech się kłócą politycy. Nie, przepraszam, im też nie wolno, bo w tv też powinien być święty spokój, a najlepiej gdy jego ikoną zostanie film pornograficzny i puszka piwa gratis.Niegdysiejsze pozytywne słowo "bitny" chyba niedługo będzie uważane za obelgę… Czyżby nadeszły czasy, o których Biblia mówi w księdze Jeremiasza: " Dlaczego widzę wszystkich mężczyzn z rękami na biodrach jak u rodzącej kobiety" ( Jer 30, 6)
Czy w takim świecie powinny nas dziwić rozwody? Chyba nie. Jeśli bowiem chłopak nie jest nauczony brać odpowiedzialności za własne czyny, czy będzie ją brał za swoją żonę? A czy on w ogóle o tym myśli? 50% szwedzkich gospodarstw domowych stanowią gospodarsta jednoosobowe. W końcu nastąpi to prawdopodobnie i w Polsce, gdzie singiel brzmi coraz dumniej. Po co zakładać rodzinę, myśli młody człowiek, który wychowany jest na bezkrytycznego i niemyślącego konsumenta? Przecież można sobie posiedzieć z dziewczyną na kocią łapę, a jak się znudzi, to się weźmie następną- odpowiedzialności prawnej żadnej. Po co mieć dzieci, skoro trzeba na nie pracować, je utrzymywać i w ogóle? Niech dziewczyna się naszpikuje antykoncepcją, w końcu jej problem, nie mój. A o co tak naprawdę w tym chodzi? O ucieczkę przed ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ.
Dobrze… a raczej źle… ale gdzie tu chrześcijaństwo? O tym teraz i już obiecuję, że na tym skończę ;). Otóż do końca II wojnej światowej, a może nawet jeszcze troszkę dłużej, chrześcijaństwo było religią męską. Niewiarygodne, prawda? Przecież dziś znany nam jest nieco inny model, z którego śmieją się co poniektórzy satyrycy. Kościelne ławki wypełniają raczej starsze panie, niż mężczyźni w sile wieku. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy upatrywać między innymi w zmianach liturgicznych- kto nie wierzy, niech się przejdzie na Mszę trydencką i zobaczy, jaki % jej uczestników stanowią mężczyźni, a potem niech porówna to ze statystyczną parafią w Polsce. Msza trydencka zawiera więcej elementów ciszy, refleksji i podniosłą, chce się rzec, rycerską atmosferę, więc jest to siłą rzeczy rodzaj duchowości, który przyciąga mężczyzn bardziej od Mszy, w której jedynie biernie się słucha( kuriozum- bo celem reformy liturgicznej miało być aktywne uczestnicwo!) i śpiewa dziecinne piosenki. Druga sprawa to duszpasterstwo- zbytnie akcentowanie motywu miłosierdzia, choć tak ważnego, ale jednak nie jedynego, a małe tego, co przez wieki było w chrześcijaństwie tak wyraźne- męstwa i walki duchowej. Jeżeli stale mówi się "Kościół pielgrzymujący" zamiast "Kościół walczący", to na pewno traci się już jakiś męski element teologii. Przez wieki większość świętych stanowili mężczyźni i to nie dlatego, że Kościół dyskrymionwał kobiety, ale dlatego, że chrześcijaństwo pociągało mężczyzn. I powinno pociągać nadal. Przywróćmy mu tylko męskość, a nawet nie jemu, bo ono jej nie straciło, ale naszemu duszpasterstwu. Symbolem św. Pawła jest miecz, a on sam mówi "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem", a do swojego ucznia "Walcz jako dobry żołnierz Jezusa Chrystusa", "Przywdziej pełną zbroję wiary" itd. Chrystus choć mówi "Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój", zwraca się również do swoich uczniów "Kto ma płaszcz, niech go sprzeda i kupi miecz". To walka duchowa i ubrany w zbroję archanioł Michał pokonujący smoka- szatana, pociąga mężczyzn w chrześcijaństwie. To czas wypraw krzyżowych pociągał tych, którzy chcieli walczyć za Chrystusa, to wreszcie misjonarze, którzy wyruszali w dalekie i zupełnie nieznane( nie jak dziś) tereny i pieszo przemierzali amazaońską dżunglę, by nieść wiarę Indianom, wykazywali się godnym pochwały męstwem.
"Bogurodzica" śpiewana była nie przez chórek kobiet, ale przez silne głosy rycerzy w pełnym rynsztunku stojących na przeciw innych rycerzy, wiedzących, że oto idą walczyć na śmierć i życie. Jeżeli dziś wrócimy zarówno w Kościele, jak i w domach, do wychowywania chłopców na rycerzy, a nie maminsynków i bawidamków, niechybnie postawimy tamę nie tylko kryzysowi rodziny i Kościoła, ale także homoideologii promującej odwrotny styl- mężczyzn sfeminizowanych i niemęskich, którzy z braku poczucia męskości kierują swoją uwagę na innych mężczyzn.
Odsłon: 524 Komentarzy: 11
Thursday,14 January 2010,21:23
Kategoria: Wiadomości Thursday, 14 January 2010, 21:23
Mój blog startuje w konkursie na Bloga Roku 2009. Wszystkich proszę o głosy, zwłaszcza Frondowych tradsów i nie tylko :P Wszyscy frondowicze, do akcji! Promujmy katolicyzm, promujmy Tradycję! Jeśli wygram laptopa, przekażę go potrzebującej osobie. Oto adres do strony, gdzie napisane jest, jak można głosować:
http://www.blogroku.pl/thesunnevergoingunder,gw5bl,blog.html
Dziękuję! Ad maiorem Dei gloriam!
Odsłon: 285 Komentarzy: 0
Wednesday,09 September 2009,17:00
Kategoria: Wiadomości Wednesday, 09 September 2009, 17:00
Mój blog znajduje się pod adresem: www.thesunnevergoingunder.blog.onet.pl
Serdecznie zapraszam! Tam go prowadzę, bo jest przynajmniej teoretycznie "większy zasięg oddziaływania".
Zapraszam do odwiedzania i komentowania!
Odsłon: 271 Komentarzy: 0
Tuesday,21 July 2009,17:12
Kategoria: Wiadomości Tuesday, 21 July 2009, 17:12
Witam wszystkich na swoim blogu! Laudetur Jesus Christus!
Odsłon: 301 Komentarzy: 1
1
