Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Zawrócony 1

Kategoria: Aborcja Tuesday, 06 September 2011, 11:29

Ta historia nigdy się nie wydarzyła, a dziecko nigdy się nie narodziło... Może zabrakło modlitwy, może odwagi, a może prawdziwych mężczyzn, którzy mieliby odwagę powiedzieć stop. Dedykuje ją wszystkim dzieciom, którym nie dane było się narodzić.

 

Warszawa, 2 czerwca 2009, godzina 8.00

 

 

Budzik dzwonił jak szalony. Adam rzucił w niego poduszką, ale nie trafił. Specjalnie postawił go wczoraj tak daleko, żeby nie wystarczyło klepnąć przycisku ręką. Pierwszy dzień wakacji świetnie nadawał się do wylegiwania. Ale nie w tym roku. Za dużo miał do zrobienia. Na biurku w sąsiednim pokoju walały się tysiące fiszek, które przygotował sobie przez lata. A teraz trzeba było z nich złożyć habilitację. To ostatni rok, jaki został mu po doktoracie. Jeśli się nie wyrobi będą kłopoty. Dziekan go nie lubi, biskup tylko czeka na okazję, by wysłać go na jakąś odległą parafię. Jak zawali terminy będą mieli powód.

Nerwowo zrzucił z siebie kołdrę. Przeciągnął ręką po krótkich włosach. Lubił czuć, że przystrzyżone są na tyle krótko, że kują go rękę. Doskoczył do szafki i lekkim ruchem ręki trzepnął czerwony budzik. Przywiózł go sobie z Londynu wiele lat temu. I od tego czasu korzystał z niego regularnie. Ranne wstawanie nie było tym, co lubił najbardziej. W pierwszych latach kapłaństwa regularnie spóźniał się na pierwsze msze święte. Teraz jako poważny wykładowca mógł sobie pozwolić na luksus odprawiania mszy w samotności, bez wiernych, o dowolnej porze.

Tak, tyle że tym wykładowcą mógł przestać być w każdej chwili – uświadomił sobie po raz kolejny tego ranka. Trzeba zaparzyć kawę. I do roboty, do roboty! Ale jakoś nie mógł się zebrać. Leniwie przeszedł do łazienki i spojrzał się w lustro. Jak na swoje czterdzieści lat prezentował się całkiem nieźle. Wprawdzie na brzuchu miał już kilka fałdek, ale jak patrzył się na swoich kolegów z rocznika, to naprawdę nie miał powodów do kompleksów. Ciemne włosy, bez śladów siwizny lekko się wprawdzie przerzedziły, ale przy odpowiednio krótkim przycięciu było to niemal niewidoczne. Sięgnął po przybory do golenia. Lubił moment nakładania zimnego żelu do golenia na twarz. Elektryczne golarki nie dawały mu komfortu. Delikatnie prowadził ostrze. Potem spryskał się płynem po goleniu. I jeszcze raz – z zadowoleniem – spojrzał w lustro.

Z milczącej kontemplacji wyrwał go sygnał komórki. Wyskoczył z łazienki i podbiegł do biurka. Znał ten numer. Z redakcji „Gońca Wyborczego” dzwonili regularnie, by uzyskać krótki komentarz do wypowiedzi biskupów, albo zamówić dłuższy tekst do religijnego dodatku. Nigdy im nie odmawiał, a oni traktowali go niemal jak nieformalnego kapelana. Zapraszali na spotkania, honorowali mianem „najrozsądniejszego polskiego duchownego”, a także – nie ma co ukrywać – solidnie płacili za zamówione teksty. Dzięki takim przypływom gotówki Adam mógł sobie pozwolić na letnie zwiedzanie Krety czy wyjazdy do Ziemi Świętej, którą uwielbiał.

- Halo? – odebrał telefon.

- Adaś – po drugiej stronie usłyszał Pawła Pacankiewicza. – Czytałeś już nasz dzisiejszy urobek?

Adam z zadowoleniem usłyszał, że dzwoni sam wicenaczelny „Gońca Wyborczego”. Wiedział, że takie telefony zawsze oznaczały możliwość dobrego zarobku. Jeśli dzwonił jeden z „najwyższych” w redakcji, a nie panna Joasia Czereśniowska, to zazwyczaj oznaczało to, że tekst jest szczególnej wagi i trzeba go napisać na już.

- Jeszcze nie. A co macie? – spytał.

- Przeczytaj koniecznie. Materiał o 14-latce z Warszawy, którą zgwałcił jakiś palant, i która nie może zadziałać zgodnie z prawem i usunąć ciąży… - Piotr zawiesił głos. Wiedział, że ks. Adam, choć zazwyczaj użyteczny dla jego redakcji, w kwestii obrony życia raczej się nie wypowiadał. Liczył jednak na to, że tym razem dramatyzm historii, usposobi go bardziej łagodnie. – Wiem – kontynuował po chwili – że to nie twój temat, ale sam rozumiesz, że nie chodzi nam o to byś wypowiadał się przeciwko nauczaniu Kościoła. To nawet nie wchodzi w grę, a raczej o to byś na spokojnie przeanalizował tę sprawę, pokazał jak jest skomplikowana, zadał kilka pytań… Tylko ty umiesz to zrobić tak, by ludzie zobaczyli cały moralny dramatyzm sytuacji – perorował Pacankiewicz.

Adam mimowolnie się skrzywił. Nie przepadał za pisaniem na tematy moralne. A już obrona życia zupełnie mu nie leżała. Był zdecydowanym zwolennikiem zawartego w 1993 roku kompromisu, uważał, że nie ma go co rozgrzebywać i nie znosił radykalnych obrońców życia, którzy z tymi swoimi plakacikami biegali po ulicach. Nie żeby zgadzał się z ich krytykami, czy z radykalnymi feministkami. To też byłaby przesada, bowiem on nie znosił każdego radykalizmu. Wolał raczej o tym nie myśleć i nie mówić, zostawiając to innym.

- Piotruś, nie mój temat. Nie mam czasu. Kończę habilitację – odpowiedział wymijająco. Ale wicenaczelny „Gońca” nie dawał łatwo za wygraną.

- Adaś, nikt nie zrobi tego lepiej niż Ty. Masz taką lekkość pióra, a jednocześnie jak nikt potrafisz poruszać trudne problemy – Adam czuł, że to tylko wybieg, że Pacankiewicz próbuje go kupić, ale lubił gdy mu kadzono. – A nam nie chodzi o jakiś ideologicznie nacechowany gniot, ale o coś naprawdę mocnego – podkreślał. Na koniec zostawił zaś najmocniejszy argument. – A i te dwa tysie piechotą nie chodzą. No nie?

Co prawda, to prawda. Adam właśnie kupił sobie nowy samochód i był mocno spłukany. A habilitacja nie zając. Jeden dzień może przecież zawsze poczekać.

- Na kiedy i na ile? – spytał tylko.

- Na już. Dzisiaj do 16. Powiedzmy na pięć tysięcy znaków.

- Będzie. Pozdrówka – rzucił tylko szybko.

Od razu zabrał się do pracy. Nowiutki laptop odpalił się błyskawicznie. „Goniec Wyborczy” ustawiony był w adamowej przeglądarce jako strona startowa. Błyskawicznie miał więc przed oczami tekst, o którym opowiadał mu Paweł. Historia była rzeczywiście wstrząsająca. 14-latka z osiedla za Żelazną Bramą, zgwałcona przez o dwa lata starszego kolegę, zaszła w ciążę. Nie chciała jej, i wraz z matką udała się do szpitala. Tam jednak, mimo koniecznych dokumentów, odmówiono jej „zabiegu”… Tu Adam lekko się skrzywił. Nie lubił tej aborcyjnej nowomowy. Pamiętał jeszcze z seminarium, jak pokazywano im efekt takich „zabiegów”. Ale z drugiej strony rozumiał, że nie wszystko można napisać wprost.

Czytał więc dalej. Znowu się skrzywił. Z tekstu wynikało, że główną przeszkodą stojącą na drodze do aborcji był ksiądz Joachim Konewka. To on miał nachodzić lekarzy, straszyć ich piekłem i w ten sposób uniemożliwić im aborcję, o którą tak bardzo prosiła dziewczynka. I wszystko brzmiałoby wiarygodnie, gdyby nie fakt, że Adam znał Joachima i wiedział, że ostatnią rzeczą, do jakiej zdolny byłby ten ostatni było nachodzenie kogokolwiek czy straszenie go piekłem. Konewka był poczciwiną, dla którego największym cierpieniem były lekcje religii w gimnazjum, na których musiał zderzać się z gromadą rozwrzeszczanych dzieciaków, a jego największym marzeniem była ucieczka ze szkoły. Od momentu, gdy biskup skierował go na kapelana do szpitala ginekologicznego, Joachim robił wszystko, by zostać tam na zawsze. – I on miałby szantażować lekarzy? – Adam uśmiechnął się pod nosem. I postanowił skontaktować się z kolegą.

Sięgnął ponownie po telefon. Kursowych miał w komórce zapisanych od dawna. Był tam też grubasek Konewa, z którego zawsze się podśmiewał. Najechał palcem na kontakt i wybrał go. Nie odczekał nawet dwóch sygnałów, gdy w słuchawce usłyszał znajomy, cichy głos.

- Professore? – tendencja do włoskiego została im wszystkim jeszcze z seminarium.

- Jachimku, daj spokój – odparował Adam błyskawicznie. – Mam krótką sprawę. Piszą o Tobie w „Gońcu”, a ja muszę ustalić fakty…

Konewka zamilkł. Adam słyszał tylko jego ciężki oddech. Joachim był wyraźnie zdenerwowany.

- No chłopie – kontynuował. – Nie denerwuj się. Chcę się tylko dowiedzieć, czy rzeczywiście szantażujesz lekarzy i straszysz ich piekłem…

- Przyjedź do mnie – usłyszał tylko. – Przez telefon nie będę gadał.

 

 

 

Warszawa, 2 czerwca, godzina 11

 

 

- Nie wierzę – Adam niemal wykrzyczał te słowa. - Chcesz powiedzieć, że to wszystko kłamstwa? Że oni wymyślili tę sprawę?

Joachim spojrzał na niego lekko przerażony. Był wciąż tym samym zastrachanym chłopcem, który potulnie wypełniał wszystkie polecenie przełożonych w seminarium. A potem nie był w stanie przeciwstawić się nikomu. Krzyk zawsze wyprowadzał go z równowagi. I teraz nie było inaczej. Nerwowo spuścił wzrok.

- Tak – wyszeptał tylko.

I choć jego historia brzmiała niewiarygodnie, to Adam zwyczajnie mu wierzył. Konewka nie był w stanie wymyślić takiej historii, nie miał fobii przeciw nikomu, a do tego podawał informacje, które brzmiały bardzo wiarygodnie. Obrazu rzeczywistości, który się z nich wyłaniał nijak nie dało się pogodzić z tym, co przeczytał w „Gońcu Wyborczym”. Dziewczynka wprawdzie rzeczywiście była w ciąży, ale o gwałcie nie mogło być mowy. Ot zwykła idiotyczna wpadka nastolatki, która szuka miłości, której nie otrzymała w domu. I znalazła ją w ramionach chłopca z tej samej klasy, syna uniwersyteckiego wykładowcy.

A potem też typowo. O sprawie dowiedziała się mama, która uznała, że problem trzeba rozwiązać. Tyle tylko, że zapomniała się zapytać o zdanie własnego dziecka. I choć przyjechała do szpitala, to aborcji nie można było przeprowadzić, bowiem na dokumentach zabrakło podpisu „Natalki” (tak określił ją „Goniec” w rzeczywistości dziewczynka nazywała się Nicola). I nikt nie mógł wyciągnąć od niej tego podpisu. Lekarze próbowali ją do tego przekonać, ale nie zgodziła się i prosiła o możliwość spotkania z księdzem.

- I dlatego przyszedłem – opowiadał zaczerwieniony po uszy Joachim. - I rozmawiałem z nią. Ja... nie mam, naprawdę nie mam, wątpliwości, że ona chce tego dziecka.

- Ale to dziecko...

- No tak, ale... prawo, sam rozumiesz, zresztą – Konewka wyraźnie się speszył. Ale wreszcie znalazł w sobie odwagę, by przeciwstawić się seminaryjnemu koledze. - Zresztą, jakie to ma znaczenie. Ona ma w sobie nowego człowieka i ona ma prawo żyć.

Adam na moment się wyłączył. Przyglądał się łyżeczce, którą trzymał w rękach. I analizował wzory na kawiarnianym obrusie. To pomagało mu skupić uwagę, a jednocześnie uspokajało emocje, które zaczęły w nim buzować. Nie, nie złościło go nawet, że „Goniec” chce zabić to dziecko. Ale wkurzało go, że do tego celu posługują się dość paskudnym kłamstwem. I że próbują podważyć kompromis, którym nieodmiennie szermowali w dyskusji. Nie był dzieckiem wiedział, że akcja „Gońca” nie jest przypadkowa, że historia dziecka – teraz już wiedział, że zmanipulowana – ma im posłużyć do osiągnięcia jakichś celów politycznych. A nie było trudno się domyślać jakich. Dziennikarze tej gazety od początku lat 90. nieustannie opowiadali się za prawem wyboru, chcieli by w Polsce obowiązywało prawo europejskie. I teraz tylko wykorzystali okazję, by przyczynić się do zmiany nastrojów społecznych. Niby nic zaskakującego, ale Adamowi nie podobało się, że jego także chcą w to wciągnąć. I że jego także okłamali.

- Adaś – usłyszał głos Joachima, który starał się mu tym swoim spokojnym rozlazłym tonem coś wytłumaczyć. - Adaś, nie wpisuj się w ich kampanię. To dziecko, ono może żyć. Nicola tego pragnie... A zresztą...

Adam machnął zniecierpliwiony ręką.

- Daj spokój – rzucił krótko. I skinął na kelnerkę. - Ja zapłacę – zwrócił się do kolegi.

Uregulował rachunek i niemal wybiegł z niewielkiej cukierenki w Alejach Niepodległości. Był coraz bardziej wściekły. Te sukinkoty z „Gońca” mogły mu napytać biedy. Oni kłamali, a on musiałby świecić oczami przed biskupem. A do tego nie chciał też mieć na sumieniu dziecka. Czym innym jest skrytykowanie tego czy innego biskupa, a czym innym przyłożenie się do śmierci człowieka.

Jazda samochodem nieco go uspokoiła. Gdy dojechał do domu był już wyluzowany. Postanowił zrobić kolegom z „Gońca” lekkiego psikusa. Takiego tekstu, jak napiszę, zapewne się nie spodziewają – pomyślał tylko. Ale był głęboko przekonany, że go puszczą. W ich dotychczasowej współpracy nie zdarzyło się, by jakikolwiek jego tekst nie został dopuszczony do druku. 

 

cdn.

Odsłon: 2052 Komentarzy: 24


Profesor Sadurski nie wie, ale za to pisze

Kategoria: Wiadomości Saturday, 27 November 2010, 13:49

Wojciech Sadurski ma przymus czytania „Gazety Polskiej”. Niewiele z niej rozumie (co dziwne specjalne nie jest, bo żeby zrozumieć prosty tekst pisany nie wystarczy tytuł profesorski i wykładanie na zachodnich uniwersytetach), ale za to ma ubaw po pachy. A zaraz potem nadchodzi przymus pisania (wiadomo, jak się człowiek uśmieje, to mu się od razu zachce podzielić swoją radością).

I nie inaczej było i tym razem. Profesor postanowił podzielić się swoją radością, a przy okazji całkowitą i absolutną ignorancją w temacie, o którym chciał się wypowiedzieć.

Zacznijmy zatem od faktów. Profesor Sadurski wspomina coś o jakichś murzynach w Gabonie (swoją drogą Panie Profesorze, czy to przypadkiem nie rasizm?) czy innym Gabonie i sugeruje, bym nie przejmował się, że za zgodą (lub bez niej) papieża założą oni sobie prezerwatywę. I jak zwykle trafia Pan profesor kulą w płot. Otóż, gdyby zechciał on sięgnąć do źródła (a nie do gazetowych omówień), to wiedziałby, że na temat Afryki i prezerwatyw papież się wypowiedział (w wywiadzie, o którym profesorowi wydaje się, że zna) całkowicie jednoznacznie. Prezerwatywa nie jest metodą walki z HIV AIDS.

Afrykańczycy zatem, podobnie jak katolicy innych ras czy nacji, Panie Profesorze mogą sobie założyć – za zgodą papieża – prezerwatywę na głowę, jak pada, żeby nie zmoknąć. Ale już nie na miejsce, do którego gumka jest dopasowana.

Słowa papieża zaś (o których Pan Profesor usłyszał, ale ich nie przeczytał, choć omawiałem je nawet w moim tekście) odnosiły się do bardzo konkretnej, jednostkowej sytuacji: męskiej prostytutki (a nie Gabończyka czy Sudańczyka), która to prostytutka chce zacząć prowadzić moralne życie. I zaczyna trudną drogę do moralności właśnie od tego, że przestaje (a dokładniej próbuje przestać) zarażać innych. Słowem od grzechów ciężkich jakimi są każdy stosunek seksualny poza małżeństwem, akt homoseksualny, prostytucja, odejmuje jeszcze jeden, jakim jest celowe (lub niecelowe) zakażanie innych wirusem. Tyle pierwszy krok, ale dalej jest dość oczywiste, że trzeba zrezygnować i z prostytucji, i z aktów homoseksualnych i z seksualności realizowanej poza przestrzenią małżeństwa. Każda z tych rzeczy jest bowiem grzechem ciężkim i może skutkować (ależ to Pana bawi, ciekawe, czy tak będzie i gdy stanie Pan na sądzie) wiecznym potępieniem.

Słowem Panie Profesorze osoba, o której mowa w wypowiedzi papieskiej i tak – jeśli się nie nawróci – to znaczy nie porzuci prostytucji czy seksu poza małżeństwem – jest na najlepszej drodze do wiecznego potępienia. W prezerwatywie czy bez nie ma tu większego znaczenia. Tyle, że żeby to wiedzieć trzeba czytać coś więcej niż gazety, których na dodatek się nie rozumie.

I jeszcze jedno. Panie Profesorze, dla Pana dobra, zanim zacznie się Pan wypowiadać na temat chrześcijaństwa, doradzam przeczytanie jakichkolwiek pozycji na jego temat. Bo inaczej się Pan ośmiesza. A już najbardziej żenujący jest Pana lekko skrywany rasizm (bo przecież nie podejrzewam Pana, że próbuje Pan kłamliwe sugerować rasizmu mi). Otóż dla chrześcijan kolor skóry nie ma najmniejszego znaczenia. Rozumiem, że dla Pana ma, ale to raczej Pana problem niż mój. Chrześcijanie wiedzą też, że w niebie będą grzesznicy. Ale tylko tacy, którzy się dzięki Bożemu Miłosierdziu nawrócili.

Odsłon: 2015 Komentarzy: 8


Wyjście 1

Kategoria: Kultura Tuesday, 16 November 2010, 14:40

Nie potrafiła powstrzymać szlochu. Była lekarzem od wielu lat, przeżyła już wiele śmierci. Ale nigdy nie zdarzyło się, żeby zgony następowały niemal jeden po drugim, w ciągu kilku zaledwie tygodni. I by ofiarami były, nieodmiennie, dzieci.

Za każdym razem rozpoczynało się tak samo. Siedmio-, ośmiolatek zaczynał skarżyć się na przeziębienie. Potem gorączka wzrastała, pojawiały się silne dreszcze, dziwna wysypka, których Agnes nie potrafiła zidentyfikować. I wreszcie trwające kilka dni silne torsje. Gdy wydawało się już, że objawy mijają, gdy dziecko odzyskiwało świadomość, pojawiały się silne zmiany skórne, gorączka ponownie wzrastała, pojawiało się owrzodzenie i dziecko umierało. Kilka zaledwie godzin po ponownym ataku choroby.

I wszystko wskazywało na to, że tym razem  będzie podobnie. Siedmiolatka nie miała szans. Na nową chorobę nie działały leki, które znała lekarka. Agnes przymknęła oczy. Wsłuchała się w szmer modlitwy, która dobiegała zza drzwi. „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna” – słyszała jak modlą się rodzice i rodzeństwo dziewczynki. Oni wciąż wierzyli w cud. Ale ona czuła, że tym razem się on nie zdarzy. Nie ma szans. Zacisnęła dłonie. Wiedziała, że musi im powiedzieć prawdę, że oni mają prawo wiedzieć, że ich córeczka umiera, że muszą się z nią pożegnać. I że zostało im kilka, może kilkadziesiąt minut, by to zrobić…

- Kochanie, muszę wyjść do rodziców… – zaczęła z uśmiechem.

Dziewczynka uniosła na nią zamglony wzrok.

- Dobrze – odpowiedziała ledwie słyszalnym głosem.

Kobieta uniosła się powoli. Wytarła spocone dłonie o fałdy kraciastej spódnicy. I skierowała ku drzwiom. Wiedziała, że otworzą się z lekkim skrzypieniem. Po drugiej stronie czekali na nią rodzice. W ich oczach widziała nadzieję, którą za chwilę będzie musiała zniszczyć… Rozejrzała się po pokoju, by nie spoglądać im w oczy. To był biedny dom, jak niemal wszystkie na Pradze. Na ścianach wisiały ikony i zdjęcia dzieci, stół, przy którym siedzieli gospodarze, przykryty był lnianym obrusem, a podłogę przykrywał stary, ale piękny perski dywan.

Agnes czuła na sobie ich wzrok.

- Jest lepiej, prawda? – usłyszała głos mężczyzny. Przełknęła ślinę…

- Musicie iść się z nią pożegnać – zaczęła. – Została jej może godzina. Ja nic już nie mogę zrobić – dodała z zaciśniętym gardłem. Nigdy nie potrafiła tego mówić. Wiedziała wprawdzie, że od czasów Hipokratesa rolą lekarza było wycofać się w takiej sytuacji, pozostawić miejsce rodzinie, a samemu odejść na bok i pozwolić choremu na pożegnanie. Wiedziała to, ale lata spędzone na medycznych uniwersytetach i w szpitalach klinicznych wpoiły w nią także przekonanie, że lekarz ma walczyć, jeśli chce tego chory i rodzina, do końca. A śmierć jest największą porażką. I tego myślowego nawyku nie były z niej w stanie wyplenić lata spędzone na warszawskiej Pradze.

Przybyła tu jakieś dwadzieścia lat temu. Nie miała wtedy nic, tylko dziecko z zespołem Downa w beciku. Straciła pracę, rodzinę, męża. Została sama. Pomógł jej zakonnik, przyjaciel jeszcze z czasów liceum. To on znalazł jej tu mieszkanie, pomógł zorganizować życie. Szybko weszła w środowisko. Dziecko i praca pochłaniały jej cały czas. Wieczorami szybko zasypiała. Nie miała czasu na rozpamiętywanie przeszłości.

Otrząsnęła się ze wspomnień. – Nie czas i nie miejsce na to – pomyślała. I zajrzała do sąsiedniego pokoju. Rodzice przytulali Faustynkę. Szeptali coś do niej… A ona spoglądała na nich rozświetlonym wzorkiem. Agnes nigdy nie potrafiła tego zrozumieć, ale często zdarzało jej się widzieć taką światłość w oczach umierających dzieci. Tłumaczyli jej to, wyjaśniali, że wiara pomaga przejść na drugą stronę, ale ona nie była w stanie tego przyjąć. Jej świat kończył się po tej stronie. Ustanie akcji serca – wyznaczało koniec. A potem już tylko rozkład. – A te świetliste oblicza, to jakiś efekt działania mózgu – przekonywała siebie. Tym razem jednak nie była w stanie w to uwierzyć. Ta dziewczynka była świetlista, jakby przez jej cielesność przenikało słońce…

„Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i świata całego” – dochodziły ją głosy z pokoju. Rodzice trzymali Faustynkę za dłonie, a ona uśmiechnięta, wpatrzona w przestrzeń, cichnącym głosem modliła się z nimi. Agnes nie mogła od nich oderwać wzroku. Chciała wyjść, ale chciała pomóc rodzinie… „Dla Jego bolesnej męki” – docierało do niej. Przymknęła oczy. Nie mogła, nie chciała przyglądać się tej scenie. Miała poczucie, że wchodzi w najgłębszą intymność tej rodziny, i że nie ma do tego prawa. Ona nie podzielała ich wiary, ona uważała, że tam nic nie ma, a jednocześnie podziwiała to, jak szybko ta dziewczynka dorosła do śmierci, jak bardzo jest dojrzała.

Tok jej myśli przerwało skrzypnięcie drzwi. Stał w nich wysoki mężczyzna w poszarzałym brudnym worku przepasanym skórzanym pasem. Agnes znała już ten ubiór. Od jakiegoś czasu w getcie pojawiali się mężczyźni w takich strojach. Mówili o sobie, że są psami pańskimi, a nieoficjalnie mówiło się o tym, że należą do jakiegoś nowego zgromadzenia o nazwie dominikanie odnowy. Władze przyglądały się im, ale na razie nie zakazywały im działalności, wyraźnie mając nadzieję na to, że to jakiś ruch kontestacji struktur religijnych, który uda się wykorzystać przeciw Kościołowi.

Zakonnik szybkim krokiem przeszedł do pokoju, w którym leżała dziewczynka. Agnes dostrzegła tylko, że miał wyraźnie arabskie rysy twarzy, ciemne włosy  były bardzo krótko przystrzyżone, a brązowe oczy znamionowały inteligencję. Drzwi trzasnęły cicho. Cichy szmer modlitwy został przerwany.

Teraz, gdy był już duchowny ona nie była potrzebna. On na pewno pomoże rodzinie. A zgon i tak będzie musiał potwierdzić lekarz licencjonowany. Agnes szybko, może za szybko, wybiegła z mieszkania. Potrzebne jej było światło, powietrze, przestrzeń. Łzy same napływały jej do oczu. Ostre letnie słońce tylko nieco ją otrzeźwiło.

Usiadła na ławce. Próbowała zebrać myśli. Wszystkie te zgony, wszystkie te dziecięce śmierci, coś łączyło. Przymknęła oczy. Miała twarze tych dzieci przed sobą. Marek – chłopiec z sąsiedniej klatki. Miał plany, marzenia, chciał zostać lekarzem, jak ona. Zosi, którą leczyła później, nie znała wcześniej. Jej rodzice przeprowadzili się na Pragę niedawno. Ojca wyrzucili z pracy, bo w notatkach znaleźli obrazem św. Maksymiliana Marii Kolbego. Sąd Pracy uznał, że sygnalizować to mogło niechęć do struktur władzy, a także antysemickie poglądy. Do Maksa wezwali ją już pod koniec, gdy pojawiły się wrzody. Był jedynym synem starszej pary… Karolina nie chciała umierać. Nie było w niej zgody na odejście, jaką teraz widziała w Faustynie. I wreszcie ta ostatnia, której śmierć tak nią poruszyła.

Agnes analizowała wszystkie te przypadki. Dzieci łączyło to, że wszystkie były stąd. O tego typu śmieciach – w innych miejscach – milczała prasa i internet. Wyglądało na to, że są jedynym miejscem, w którym ta dziwna, zaskakująca i nieodmiennie śmiertelna choroba zbiera żniwo. Dzieci łączył także wiek. Miały siedem, najwyżej osiem lat, i objęte były obowiązkiem szkolnym. Ale już do szkół chodziły różnych…

- Siedem, osiem lat – powtarzała cicho. I nagle przypomniała sobie niewielką informację prasową, którą cierpliwie dołączyła do swoich notatek. To było kilka miesięcy wcześniej. W jednej z gazet przeczytała wówczas, że rząd Wspólnoty Europejskiej zdecydował się przeznaczyć dziesiątki tysięcy euro na program szczepień dla dzieci w gettach. Pamiętała, że była wówczas zaskoczona szczodrością państwa, i że wycięła tę informację. Akcją miały być objęte dzieci od siódmego roku życia. Teraz ta nieistotna z pozoru informacja, wydała jej się niezwykle ważna. Poderwała się z ławki i szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu.

*          *          *

Nerwowym ruchem zdjęła okulary i zgarnęła z biurka plik odręcznych notatek. Od momentu, gdy usiadła za komputerem minęło dobrych kilka godzin. A informacje, które zebrała były przynajmniej zaskakujące.

Media podawały bowiem, że szczepionka, o której przeczytała kilka miesięcy wcześniej miała chronić dzieci w gettach przed możliwym rozwojem czarnej ospy. I tak się jakoś przypadkowo złożyło, że kilka tygodni przed podaniem w mediach informacji o szczepieniach, pełno w nich było materiałów o złowieszczych skutkach średniowiecznych pandemii czarnej ospy, a specjaliści z różnych uniwersytetów ostrzegali przed możliwością powrotu tego schorzenia. Najbardziej zagrożone miało być właśnie getto, w którym – jak zapewniali profesorowie – panowały warunki zbliżone do średniowiecznych miast. „Silna religijność ludzi, oddzielenie od zdobyczy cywilizacji, a także odmowa korzystania z opieki zapewnianej przez współczesną medycynę rodzi ogromne niebezpieczeństwo” – zapewniał jeden z profesorów.

To stamtąd mogła rozpocząć się wielka pandemia, której trzeba – tak przynajmniej zapewniali specjaliści – trzeba przeciwdziałać. „Najlepiej zapobiegać, a nie leczyć już samą chorobę” – to zdanie powracało jak motto w kolejnych wypowiedziach. Kampania zakończyła się optymistycznie. Rząd podał, że rozpoczyna właśnie masowe szczepienia w gettach, i że każde dziecko otrzyma szczepionkę za darmo. Akcja zacząć się miała od siedmiolatków, którzy chodzili do publicznych szkół. A z czasem objąć miała całą społeczność getta.

Tyle wiedziała na pewno. Problem zaczął się jednak wówczas, gdy Agnes chciała dotrzeć do danych, na które powoływali się eksperci wieszczący możliwość powrotu czarnej ospy. Długotrwałe przeszukiwanie internetu, w tym także specjalistycznych portali lekarskich, nie dało efektów. Nigdzie nie odnotowano ani jednego przypadku czarnej ospy, nie było również śladu po badaniach, które uwiarygodniałyby tak mocno promowaną tezę. Nie udało się również ustalić Agnes, kto produkuje nową szczepionkę, a także jaki jest jej przybliżony choćby skład. Wiadomo było tylko, że akcję szczepień rozpoczęto równo miesiąc przed pierwszymi zachorowaniami.

Agnes miała świadomość, że z informacji jakie zebrało nic nie wynikało. Nie wiedziała nawet, czy dzieci, które umierały na jej rękach rzeczywiście zostały zaszczepione. Ale to, co zebrała wydawało jej się dziwne podejrzane. Nie rozumiała dlaczego nigdzie nie ma informacji o badaniach, na których oparto podejrzenie ataku czarnej ospy, dlaczego  nie podawano nazwy firmy produkującej nowy środek. To wszystko układało się w jej głowie w jakiś porządek, układało się we w miarę spójną odpowiedź na pytanie, dlaczego te dzieci umarły. Lekarka pamiętała podobne historie jeszcze z czasów swojej nauki na Uniwersytecie Medycznym. W Danii dokonywano lobotomii dzieci z zespołem Downa, bowiem ktoś przypuszczał, że może to pomóc w ich leczeniu. W Niemczech więcej ludzi umarło na skutek działania szczepionek przeciwko grypie, niż na samą grypę. Przykłady można było mnożyć. I tym razem – myślała Agnes – mogło być podobnie.

Zegar w przytulnej, zielonkawej kuchni, z wyszperanymi na rozmaitych targach ze starociami, prowansalskimi meblami, wskazywał 20. Było jeszcze na tyle wcześnie, że można było potwierdzić choć część z podejrzeń, jakie zrodziły się w głowie Agnes. Kobieta szybko wystukiwała numery telefonu. I zadawała wciąż to samo pytanie, czy dziecko zostało zaszczepione, kiedy, czy ktoś informował o tym rodziców… Drobne pismo zapełniało kolejne kartki notatnika. Po kilkudziesięciu minutach miała już pewność. Wszystkie dzieci, jakie przyszło jej leczyć były szczepione. Więcej, u wszystkich choroba rozpoczęła się mniej więcej dwa tygodnie od terminu szczepienia…

Była 21, gdy Agnes odłożyła słuchawkę telefonu i wybiegła z mieszkania. Wiedziała już, że musi z kimś podzielić się swoją wiedzą, że musi coś zrobić. Nogi same zaniosły ją do dawnego kościoła kapucynów na Miodową. Licencję na oficjalne działanie odebrano zakonnikom po tym, jak jeden z nich uciekł z chustą do Afryki. Władze uznały, że odpowiedzialność za to działanie ponoszą wszyscy zakonnicy i odebrały im prawo do oficjalnego działania. Część z kapucynów przeszła do diecezji, inni przenieśli się do getta. Teraz w kościele była knajpka. Ale nie do niej ciągnęła Agnes. To miejsce było dla niej szczególne, próbowała zrozumieć, co zrobiłby ojciec Jan, jej przyjaciel, który zainstalował ją na Prawdze. Jak by się zachował?

Z dolnego wejścia (Agnes wiedziała, że kiedyś była tam jadalnia dla bezdomnych) do drogiego klubu wytoczył się znany dziennikarz. Kobieta widywała go w telewizji wielokrotnie. Przymknęła oczy, żeby przypomnieć sobie jego nazwisko. I wtedy ją oświeciło… Temat, jaki miała, był niezwykle medialny. Błędy lekarzy zawsze trafiały na czołówki mediów. Jeśli oskarżyć można było koncerny farmaceutyczne, to media zazwyczaj  nie miały w tej kwestii najmniejszych wątpliwości.

Agnes sięgnęła po komórkę. W jej pamięci zapisane miała namiary na dziennikarza, który kilka lat wcześniej robił z nią wywiad. To było krótko po tym, jak wypuszczono ją z więzienia. Była na topie. I dlatego zgodziła się porozmawiać z młodym mężczyzną. Długo zajęło jej przekonanie go, że nie udaje ateistki, ale rzeczywiście nią jest; jeszcze dłużej trwało udowodnienie, że jej Sylwek jest kochanym chłopcem, mimo Zespołu Downa. Kilka dni później chłopak zadzwonił, że choć materiał wyszedł świetny, to nie zostanie puszczony, bo wyszła w nim za normalnie. Agnes zapamiętała ten jego drobny w gruncie rzeczy gest. I miała nadzieję, że chłopak nadal zachował normalne odruchy.

Nerwowo wyszukiwała numer. Jest. Marek Królicki. Nie miała pewności, że wciąż jest on aktualny. Ale po dwóch, może trzech dzwonkach usłyszała znajomy, pogodny głos.

- Allo…

Nie poznał jej. Musiała się dość długo przypominać. Ale w końcu zgodził się na spotkanie. I to błyskawicznie, za kwadrans, w górnej knajpce „U kapucyna”.

*          *          * 

Nie miał ochoty na to spotkanie. Ale ta kobieta była tak namolna, że nie potrafił odmówić. Z trudem przypominał sobie, że jakiś czas temu miał o niej zrobić reportaż. Zrobił go, ale redakcja nie zdecydowała się go puścić. Nie wyczuł potrzeb redaktorów, nie zauważył, że atmosfera społeczna się zmienia. I że czas miłosierdzia dla fanatyków wychowujących dzieci z zespołem Downa już się skończył. Na szczęście redakcja wstrzymała tekst. A on, głupio, trzeba to przyznać wprost, zadzwonił do tej kobiety, żeby się wytłumaczyć.

Ten tekst i telefon na długo zastopowały jego karierę. Przełożeni nie wysyłali go już na trudne materiały. Nagle urwały się reportaże i wyjazdy służbowe. I choć stopniowo odbudowywał swoją pozycję, to nigdy już nie wrócił do punktu sprzed tej wpadki, do statusu „młodego, dobrze zapowiadającego się dziennikarza”. Myślał nawet, żeby zmienić zawód, żeby przerzucić się do biznesu czy PR-u, ale szczerze mówiąc niewiele poza pisaniem i mówieniem umiał. Więc został, mając wciąż nadzieję, że znajdzie wreszcie temat, który pozwoli mu zmyć dawną hańbę.

Marek szedł powoli Miodową. Dawny pałac arcybiskupi od dawna był już siedzibą potężnej korporacji bankowej. W pobliskim klasztorze bazylianów, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej (wiedział to z opowieści starszych dziennikarzy) gromadzili się Ukraińcy, teraz było już tylko muzeum dialogu międzykulturowego. Na swoim miejscu pozostało już tylko dawne Ministerstwo Zdrowia, które teraz nosiło nazwę Lokalnego Oddziału Komisariatu ds. Dobrostanu Fizycznego i Psychicznego. Stąd widać już było bryłę kultowej obecnie knajpy „U kapucyna”, która powstała w dawnym budynku kultu.

Marek zatrzymał się. Na schodach prowadzących do lokalu stała kobieta, z którą miał się spotkać. Niewiele się zmieniła od czasu, kiedy rozmawiali ze sobą po raz ostatni. Nadal była szczupłą brunetkę, tylko we włosach pojawiło się znacznie więcej siwizny. Nie patrzyła w jego stronę. Wzrok miała wbity w bryłę dawnego klasztoru. A jemu nie spieszyło się do rozpoczęcia rozmowy, więc stał przyglądając się kobiecie, która kiedyś zatrzymała jego karierę, a teraz – jak sama mówiła – miała materiał, który mógł ją przyspieszyć. Mógł, ale czy przyspieszy – to było główne pytanie, z którym zmagał się Marek.

Wreszcie ruszył. Agnes nadal stała nieruchomo. Podszedł do niej i wyciągnął rękę.

- Witaj – uśmiechnął się szeroko. Kobieta wyglądała na zaskoczoną. Ale tylko przez moment. Uśmiechnęła się do niego. Miała ładne, białe, równe zęby. I mocno karminowe usta… – W sumie jest piękną kobietą – przemknęło przez myśl Markowi.

- Witaj – owiedziała. Szybko wskazał drzwi do knajpy.

Od momentu zsekularyzowania budynek niewiele się zmienił. Wejście do lokalu „U kapucyna” nadal wyglądało jak wejście do świątyni. Drewniane drzwi wcale się nie zmieniły. A w sieni nadal wisiały ogłoszenia, jakby żywcem przeniesione z początku XXI wieku. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, żeby dostrzec, że nie są to już zaproszenia na rekolekcje, a do lokali rozrywkowych, a zamiast reklamówek III Zakonu w sieni wiszą zaproszenia na spotkania dla poszukujących partnera. Dalej było już jednak inaczej. Ze starego wystroju pozostała już tylko stara, drewniana ambona z ręką. Kiedyś trzymała ona krzyż, ale teraz ktoś wytrącił z niej krzyż, i w ramach prowokacji artystycznej wetknął w nią fallusa. Tam, gdzie jeszcze kilka lat temu był ołtarz była lada, a w dawnej nawie główne i nawach bocznych stały stoliki.

Tego wieczora w knajpce nie było tłoczno. Agnes z Markiem usiedli w jednej z bocznych naw. Zamówili po kawie.

Agnes początkowo nie mogła się skupić. Pamiętała to miejsce, gdy było jeszcze kościołem. I choć sama nie była wierząca, to tamto miejsce jakoś ją przyciągała. Szemrząca modlitwa starszych pań, zapach drewna, posadzki i przenikającego wszystko kadzidła – napełniał ją zawsze spokojem. Lubiła tu przychodzić. Nie tylko dlatego, że często później mogła spotkać się z kapucynem ojcem Janem, którego znała jeszcze z czasów licealnych, ale także po to, by uporządkować myśli.Z tamtej atmosfery nie zostało już nic. Ołtarz został zasłonięty wielkimi instalacjami Doroty Nieznalskiej. Tam, skąd jeszcze kilka lat temu spoglądały na nią twarze świętych, teraz wisiały gigantyczne powiększone zdjęcia z kultowej wystawy „Implementacja perspersji”. Na bocznych ścianach, przy stołach ołtarzowych, powieszono zaś obrazy klasyka malarstw pedofilskiego Krzysztofa Kuszeja, demaskującego persperwsyjne zachowania kleru.

- Co się stało? – głos dziennikarza ją przebudził.

- Nie, nic, nie byłam tu od momentu, gdy wyrzucono stąd kapucynów – zaczęła. Ale gdy zobaczyła grymas złości na jego twarzy, szybko zaczęła opowiadać historei dzieci, które już odeszły. Nie podzieliła się tylko wspomnieniem o świetlistej twarzy, bo miała wrażenie, że dziennikarz i tak jej nie zrozumie. Później analizował dane medialne i dzieliła się podejrzeniami. Marek początkowo słuchał dość nieuważnie. Bardziej interesowały go usta Agnes i jej migdałowe oczy, niż to, co miała do powiedzenia. Ala z każdym kolejnym zdaniem historia bardziej go wciągała. Błędy lekarskie sprzedawały się świetnie, śmierć dzieci także. Problemem mogło być tylko miejsce akcji. Getto nie było ulubioną przestrzenią medialną, i nigdy nie było wiadomo, czy historie z niego wzięte wywołają współczucie czy raczej niechęć.  Nadzieją były dzieci. One zapewniały zawsze dobrą sprzedaż i sprawiały, że tematy się sprzedawały. Gdyby dodać do tego jeszcze jakieś badania – analizował naprędce Marek – które uzasadniałyby nadzieję na to, że dzieciaki mogłoby wyjść z getta, to byłoby naprawdę mocne. Ale nie miał pewności, że takie badania się znajdą. Tym bardziej, że im mocniej władze naciskały na tamtą społeczność, tym mniej ludzi z niej wychodziło.

- Wchodzę w to – przerwał jej wreszcie zdecydowanie. – Ale musisz mnie wprowadzić do getta, spotkać z ludźmi. I zapewnić dowody.

Odsłon: 5022 Komentarzy: 55


Życie żubra więcej warte niż życie człowieka

Kategoria: Wiadomości Saturday, 11 September 2010, 10:10

Wyznawcy „kompromisu aborcyjnego” mogą tego nie wiedzieć, ale tak właśnie jest. W myśl obowiązującego w naszym kraju prawa, życie żubra jest więcej warte niż życie człowieka.

Przepisy prawne są bowiem takie, że morderca dziecka otrzymuje wyrok (jeśli w ogóle go ktoś ściga, a nie chwali w wysokonakładowych dziennikach) trzech lat więzienia. Za zabicie zwierzęcia pod ochroną (na przykład żubra) grozi zaś… pięć lat więzienia.

Komentarz jest chyba zbyteczny. Same fakty mówią wszystko!

Odsłon: 1847 Komentarzy: 29


Panie i Panowie lewicowcy, co z Wami?

Kategoria: Polityka Monday, 25 October 2010, 12:30

Jestem zaniepokojony tym, co dzieje się z polską lewicą. Posłanki i posłowie milczą! Autorytety, w tym także te skupione w „Krytyce Politycznej”, nie drą szat. Nawet Anna Laszuk nie zabrała głosu. A przecież złamano świętą zasadę multi-kulti, pogwałcono najistotniejszą wartość, jaką jest obrona mniejszości etnicznych i religijnych, obrażono ludzi tylko dlatego, że są Inni, należą do mniejszości.

O czym mówię? Oczywiście o wypowiedzi guru nowej lewicy, jakim od jakiegoś czasu jest Janusz Palikot. Otóż człowiek ten postanowił posłużyć się okrutną stygmatyzacją całej grupy wyznaniowej, jaką są muzułmanie. I tym negatywnym, absolutnie nieprawdziwym, jak przekonują lewicowcy, stereotypem zaatakować biskupów. Trudno inaczej odbierać oskarżenia o to, że biskupi posługują się „presją w islamskim stylu”, skoro – jak wie każdy lewicowiec – islam to religia pokoju i miłości, a imamowie zajmują się (inaczej niż – jak to często czytałem w tekstach lewicowców –  księża katoliccy) głoszeniem Koranu wyłącznie słowem i przykładem.

Negatywne porównanie zachowania biskupów do działań muzułmanów utrwala negatywny stereotyp islamu. I rozumiałbym, gdyby robił to polityk prawicy (my, konserwatyści tak mamy), ale kiedy robi to polityk lewicy, to już ręce powinny – przynajmniej lewicowcom – opadać. A tu nic. Milczenie. Cisza! Czyżby dlatego, że Waszym zdaniem, w walce z Kościołem wszystkie metody są dopuszczalne? A zasada multi-kulti już nie obowiązuje? Panowie, co z Wami, brońcie swoich zasad przed Januszem Palikotem! Nie dawajcie argumentom prawicowcom, którzy oskarżają Was o hipokryzję!

Odsłon: 2869 Komentarzy: 20


Antykultura śmierci w działaniu

Kategoria: Pro life Sunday, 24 October 2010, 17:14

Ta informacja nawet nie jest wstrząsająca. Ona nie pokazuje cywilizacji śmierci, ona pokazuje już absolutne zbydlęcenie (by nie powiedzieć demoniczne opętanie) osób, które uczestniczą w tego typu operacjach. A do tego jest to dramatyczne świadectwo stanu w jakim jest nasza cywilizacja. W normalnym świecie nikt tych „ekspertów”, którzy zajmują się takim działaniem nie nazwałby lekarzem, tylko mordercą w lekarskim kitlu.

O czym mówię? Otóż kilka dni temu podczas 18 Międzynarodowego Kongresu Opieki Paliatywnej w Montrealu jedna z prelegentek przedstawiła swoje badania, jakby żywcem wzięte z okresu hitleryzmu. Otóż badała ona, ile czasu umiera zagładzane upośledzone dziecko. I wyszło jej, że od 3 do 26 dni. A wniosek z tego taki, że neonatolodzy i pielęgniarki powinni się tym problem zająć. Jeśli chodzi o tych, którzy zdecydowali się dzieci zagłodzić (do spółki z rodzicami), to jak rozumiem jedynym wyjściem jest szybsze zamordowanie dzieci, w miejsce długotrwałego i mało estetycznego głodzenia.

Wnioski tego typu sformułowała ona na podstawie obserwacji pięciu przypadków zagłodzonych, upośledzonych dzieci. Ich rodzice uznali, że ich nie chcą, więc lekarze postanowili jej zagłodzić. Podawali im oczywiście środki przeciwbólowe, ale jak konstatowała specjalistka, w niczym nie zmieniało to faktu, że rodzice i personel medyczny cierpieli patrząc na stopniowe wyniszczanie dzieci. I to też ma być rzekomo problem.

A dla mnie jest problemem, że w ogóle na kongresie poświęconym opiece paliatywnej dyskutuje się takie rzeczy, że neonatolog może być mordercą, a pielęgniarki mogą w tym uczestniczyć, że nikt tych dzieci nie ratował, i że godzono się na to, by je zagłodzono. To jest miara paranoi naszej cywilizacji. „Lekarz” decyduje się zagłodzić dziecko, a inni się temu spokojnie przyglądają. I czekają aż dziecko umrze, martwiąc się, co najwyżej, że to taki nieestetyczny rodzaj śmierci.Takich zatroskanych morderców powinno się skazać na podobne cierpienia, na jakie oni skazali dzieci. Neonatolodzy, którzy są mordercami powinni sami zostać odłączeni od jedzenia i picia. Tak, jak ich ofiary. I wiem, że to niechrześcijańska opinia. Mam tego świadomość. Staram się modlić za tych ludzi, ale też mam świadomość, że trzeba przerwać ten horror. A do tego szczerze mówiąc, jak czytam takie rzeczy to mi się krew gotuje w żyłach. Mord trwa, mordercy obradują na kongresach, a my się temu przyglądamy. I coraz bardziej obojętniejemy. Co jeszcze musi się stać, żebyśmy się przebudzili? Byśmy zobaczyli, że Holokaust to pikuś w porównaniu z masowym mordem na wielką skalę, który trwa obecnie?

Odsłon: 2860 Komentarzy: 48


Nowy świecki obyczaj i stare prawdy

Kategoria: Polityka Thursday, 21 October 2010, 10:02

Premier chce wprowadzić nowy świecki obyczaj, że – „politycy odpowiadają przed ludźmi, a nie przed hierarchią kościelną”. Taką zapowiedź sformułował premier we wczorajszym wywiadzie dla Radia Tok FM. I choć prawem premiera jest gadać, co chce, to trudno nie przypomnieć, że poza „nowym świeckim obyczajem” są stare prawdy. I to nie tylko wiary, ale i moralnośc

Zacznijmy od tych drugich. Otóż moralność nie jest zależna od tego, co sądzą ludzie. Jeśli większość ludzi jest zdania, że zabijanie rudawych facecików o urodzie chłopca jest dopuszczalne, to polityk nie może im zwyczajnie ustąpić. I to nawet jeśli rozwiązanie prawne tego typu popiera zdecydowana większość mediów, autorytetów i nawet obywateli. Pierwotne dla polityka jest bowiem sumienie, a nie wola wyborców. To przed sumieniem on odpowiada.

Teraz zaś krótki wątek religijny. Sumienie (znów wbrew temu, co się niekiedy twierdzi) nie usprawiedliwia jednak każdego sukinsyństwa. A nie usprawiedliwia, bowiem nad nim jest jeszcze Bóg. Za źle uformowane sumienia także będziemy odpowiadać (także politycy będą to robić). I podobnie, jak w przypadku poprzednim nie będziemy odpowiadać przed wyborcami, ale przed Bogiem. I nie będzie to sąd wyborczy, a ostateczny. Dziwnym tłumaczeniem będzie w takiej sytuacji próba wyjaśniania Bogu, że owszem byliśmy za likwidacją zarodków i eugeniką, ale dlatego, że wyborcy tak chcieli…

Te dwie proste prawdy warto przypomnieć politykom. Panowie i Panie, wbrew temu, co sugeruje premier, Waszym Sędzią nie będą wyborcy, a sumienie i Bóg. To przed Nim odpowiecie za swoje głosowania. I dlatego lepiej stracić sympatię mediów czy nawet miejsce na listach, niż utracić życie wieczne. Pamiętajcie o tym, gdy będziecie jutro głosować.

Odsłon: 2550 Komentarzy: 57


Kościół nie może nauczać inaczej!

Kategoria: Wiadomości Wednesday, 20 October 2010, 14:59

Od kilku dni gromada ekspertów od Kościoła opowiada, że wypowiadając się na temat in vitro Kościół w istocie sobie szkodzi. Tego zdania są i Jan Turnau i Aleksander Kwaśniewski (znany ze swojego katolicyzmu) i nawet Marcin Wojciechowski. Tradycyjnie nie zabrakło też polityków, którzy są podobnego zdania. Problem polega tylko na tym, że nawet jeśli Kościół rzeczywiście na tym społecznie straci, to nie może on zrezygnować z nauczania Prawdy. To byłaby bowiem dopiero strata.

Argumentacja „ubolewających” jest zawsze taka sama. Większość Polaków popiera in vitro, więc Kościół tylko sobie zaszkodzi wypowiadając się przeciwko niemu. „Rygorystyczne regulacje prawne w sprawie "in vitro" tylko odstraszą ludzi od Kościoła zamiast ich uczyć szacunku dla życia ludzkiego od samego poczęcia. Czyli osiągnięty skutek będzie przeciwny zamierzonemu” – przekonuje Jan Turnau.

Problem polega tylko na tym, że rolą Kościoła nie jest głoszenie tego, co uważa większość. A wszystkie wspólnoty, które zaczęły to robić, błyskawicznie zaczęły tracić wiernych (tak się stało w Kanadzie, gdzie większość biskupów zrezygnowała z nauczania wiary na rzecz politycznej poprawności). Idąc zresztą dalej tropem tych genialnych myśli komentatorów, trzeba by stworzyć jakiś nowy Kościół. Z antykoncepcją (bo też niemała część Polaków ją popiera), być może aborcją, a na pewno ze zgodą na rozwody, niewierność małżeńską i tak dalej. Problem polega na tym, że rolą Kościoła nie jest zadowalanie wiernych, ale głoszenie im tego, co nakazał Chrystus. Tak jak robią to na przykład maltańscy biskupi, którzy jasno przypominają, że katolik nie może być za rozwodami, także cywilnymi.

Cel ten wpisany jest w samą naturę, a biskup, ksiądz czy świecki katolik nie może od niego odstąpić. A powód jest bardzo prosty. Otóż, gdyby tego nie robił, to odstąpiłby od swojego zadania, jakim jest prowadzenie ludzi ku Zbawieniu, ku Chrystusowi. Udawanie, że Jezus czegoś nie nauczał, że komunia jest dla wszystkich, a moralność nie ma znaczenia byłoby zdradą powołania i samego Chrystusa. Zdradą, za którą wierni i pasterze będą odpowiadali na Sądzie Ostatecznym, w który my katolicy wierzymy.

Część komentatorów (chwała im za to) jest zresztą w stanie przyjąć ten argument. Ale od razu zastrzegają oni, że czym innym jest nauczanie i apelowanie do sumień, a czym innym stanowienie prawa. „Każdy podejmuje decyzję we własnym sumieniu i sam się z tego rozlicza. Dlaczego Kościół nie stosuje tej samej strategii wobec in vitro?” – pyta retorycznie Marcin Wojciechowski i wzywa Kościół, by ten miał więcej zaufania do swoich owieczek.

Takie stanowisko wynika z całkowitego niezrozumienia tego, czym jest procedura in vitro, i jakie są korzenie sprzeciwu Kościoła wobec niej. Katolicy (ci świadomi swojej wiary i racjonalnie rozumujący) domagają się zakazu tej procedury, bowiem w jej trakcie giną ludzie. Do tej pory zginęło ich – to tylko szacunki, ale niezwykle wiarygodne – ponad 80 milionów. I właśnie dlatego, żeby oni nie ginęli trzeba stanowić prawo. Formowanie sumienia jest tu ważne, posłuszeństwo Kościołowi także. Ale najistotniejsze jest zatrzymanie zabijania. To dokładnie tak samo, jak z aborcją. Potrzebne jest prawo, nie dlatego, że Kościół go potrzebuje, ale dlatego, że potrzebują go zabijani ludzie. I właśnie dlatego (a nie tylko ze strachu przed ekskomuniką) uczciwi posłowie powinni zakazać tej procedury, tak by ludzie już nie ginęli. A jeśli chcą by ginęli, to – o ile są katolikami – muszą się liczyć z karami kościelnymi.

Jeśli Marcin Wojciechowski tak bardzo wierzy w ludzi, to niech może zaproponuje w ogóle zniesienie prawa. Niech wszystko zależy od naszego sumienia. Chcę okraść Agorę – mam prawo! Mam ochotę niesłusznie oskarżyć Adama Michnika – moja wola! Mam ochotę zabijać wszystkich brodatych – niech decyduje sumienie. Na taki pomysł oczywiście nikt nie pójdzie,  bo to przecież jego dobre imię, jego życie! A ludzie na wczesnym etapie niech sobie umierają, co nam do tego.

Prawda jest zatem taka, że stanowisko Kościoła jest absolutnie oczywiste i spójne. I nie mogą tego zmienić ani pojedyncze (czy nawet grupowe) wypowiedzi duchownych (takie jak wczorajsze opowieści o. Tomasza Dostatniego czy ks. Kazimierza Sowy), ani nawet to, że gdzieś jakiś biskup opowiada inne rzeczy. Nauczania Kościoła trzeba bowiem szukać w Piśmie Świętym, Tradycji i Magisterium Kościoła. A to jest całkowicie jednoznaczne.

Odsłon: 2061 Komentarzy: 37


Te dzieci będziecie mieli na sumieniu

Kategoria: Pro life Saturday, 16 October 2010, 10:19

Słuchanie polityków mówiących o zapłodnieniu in vitro podnosi mi ciśnienie. I to wszystkich. Dziś w Trójce wypowiadali się na ten temat wszyscy. I wszyscy bredzili od rzeczy. Wiceprezes PiS Beata Szydło oznajmiła przed chwilą w Trójce, że los milionów zabijanych w czasie procedury in vitro dzieci jest tematem zastępczym, bowiem priorytetem jest budżet. A dzieci niech giną, 60 tysięcy zamrożonych ludzi niech sobie ginie. Fajną mamy konserwatywno-chrześcijańską partię, dla której życie milionów ludzi jest mniej ważne, niż rąbanka budżetowa.

Bartosz Arłukowicz przekonywał, że trzeba wprowadzić w Polsce przepisy, które są wspólne dla całej Europy. A ja się pytam pana posła, o jaką Europę chodzi, bowiem w Niemczech obowiązują inne zapisy niż we Francji, a jeszcze inaczej jest w Wielkiej Brytanii. Które zatem poseł chce wprowadzać w Polsce, i dlaczego okłamuje Polaków mówiąc, że jest jakiś standard europejski. Poseł Kalinowski wzywał biskupów, by pochylili się nad losem małżeństw, co nie mogą mieć dzieci i pomyśleli o tych, które się z tego powodu rozpadły, a także ubolewał nad faktem, że część ludzi jest zbyt biedna, by zafundować sobie in vitro. Co zatem proponował? W skrócie tyle, by z moich podatków finansować procedurę, w trakcie której zabija się ludzi…

Cytować można by dalej. Ale już mi się nie chce. Mam szczerze mówiąc dosyć polityków, którzy o zabijaniu milionów dzieci (na jedno urodzone przypada statystycznie dwadzieścioro zabitych) mówią tak, jakby to było sadzenie ziemniaków. I powiem im krótko. Za 80 milionów dzieci, które zginęły w trakcie procedury in vitro kiedyś odpowiecie. Tak jak odpowiedzą za ich śmierć ci wszyscy, którzy teraz zamiast głośno bronić życia – prowadzą dialog, czy zastanawiają się, czy polityk katolik powinien głosować za życiem, czy też może być za śmiercią. A na tym sądzie będzie już za późno, by się tłumaczyć, że słupki wskazywały, że Polacy są za in vitro, i media wymuszały taką postawę, więc ja tak mówiłem. Wtedy będą przed wami stały te dzieci. Wy będziecie musieli spojrzeć im w oczy. Tak panowie i panie. I to już nie będzie temat zastępczy, tylko wasze być albo nie być.

Odsłon: 2314 Komentarzy: 33


Lekcja z przeszłości

Kategoria: Wiadomości Monday, 10 May 2010, 12:51

Historia nauki ma wiele dobrych stron. Pozwala ona na przykład rozprawić się ze ślepą wiarą w postęp nauki, absolutną dobrą wolą uczonych czy w bieżące osiągnięcia, które mają być największą nadzieją ludzkości. I dlatego warto przypomnieć – gdy tak wiele opowiada się teraz o konieczności poświęcenia wartości moralnych dla rozwoju medycyny – co działo się, gdy takie decyzje podejmowano. Ale nie obawiajcie się, nie będzie to tekst o hitlerowcach (choć byłoby o czym pisać), ale o postępowych, socjaldemokratycznych Duńczykach.

Już niebawem w tym uroczym kraju ukaże się bowiem książka o tym, jak traktowano tam upośledzonych. Nie, nie w XIX wieku, i nawet nie w pierwszej połowie XX, ale do roku 1983. Jej autor informuje, że w latach 1947-1983 – w Danii poddano lobotomii ponad 300 upośledzonych umysłowo, także dzieci. Część z nich zmarła na skutek operacji.

- Lekarze nie liczyli na ich wyleczenie, chcieli co najwyżej „uspokoić ich” czy nieco polepszyć ich stan – podkreśla historyk Jesper Vaczy Kragh. – Skutki tych operacji generalnie nie były jednak dobre. 7.6 procenta zoperowanych nie przeżyło – dodaje historyk. – To, co robiono wówczas z osobami upośledzonymi psychicznie było gorsze, niż to co działo się z pacjentami chorymi psychicznie – podkreśla historyk. Wiele z operacji przeprowadzono na dzieci poniżej szóstego roku życia, gdy ich mózgi nie były jeszcze w pełni ukształtowane.

Między rokiem 1947 a 1983, kiedy lobotomie zostały w Danii zakazane przeprowadzono tam ponad 4.500 tysiąca podobnych operacji. Tylko nieliczni wiedzieli jednak, że operacjom takim poddawano także osoby upośledzone.

Minister zdrowia Danii Bertel Haarder podkreślił, że podobne zachowanie lekarzy wynikało z faktu, że zignorowali oni godność ludzką upośledzonych dzieci. – Wyjaśnieniem może być fakt, że przez długi czas, życie ludzi upośledzonych umysłowo nie było traktowane tak samo, jak życie zdrowych. Ich życie uznawano za pozbawione wartości – podkreślił minister.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że od tego momentu nic się nie zmieniło. Życie osób upośledzonych nadal jest traktowane jako pozbawione wartości. I to nie tylko w Danii, ale również w naszym kraju. Upośledzeni, jeśli tylko ich stan zostanie wykryty odpowiednio wcześnie, nie mogą być już wprawdzie poddani lobotomii, ale za to można ich rozerwać na strzępy. I to zdecydowanie dłużej niż zdrowe dzieci. I jakbyśmy tego nie zaciemniali, to fakty są jasne. Powodem jest ich stan zdrowia, i uznanie, że choremu, upośledzonemu nie przysługuje prawo do życia.

A wiele wskazuje na to, że za lat kilka, najdalej kilkanaście pójdziemy dalej. I zgodzimy się, za bioetykiem Peterem Singerem, by mordować także narodzonych. I to bez ich zgody. Są kraje, gdzie większość jest już na to gotowa. Z badań przeprowadzonych całkiem niedawno w Belgii wynika, że tylko 6 procent belgijskich pielęgniarek uznaje, że podanie dziecku środków, które mają pozbawić je życia, jest czynem zawsze moralnie złym. 76 procent belgijskich pielęgniarek deklaruje zaś, że jest gotowa uczestniczyć w procesie pozbawiania dziecka życia…

Pytanie, jakie można tu zadać, jest tylko jedno. Kiedy się ockniemy? Kiedy zobaczymy w nienarodzonych, upośledzonych, chorych ludzi? Kiedy sami zobaczymy, że odbierając człowieczeństwo innym, sami sobie je odbieramy? Czy naprawdę trzeba tylu ofiar (a liczba zamordowanych w Polsce tylko w jednym roku przewyższa liczbę wszystkich poddanych lobotomii upośledzonych) jest konieczna, byśmy cokolwiek zrozumieli?

Odsłon: 2593 Komentarzy: 18


1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 27 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.