
Wednesday,23 May 2012,10:39
Kategoria: Rodzina Wednesday, 23 May 2012, 10:39
Jest nadzieja dla chuchającego rodzica, w nadziei widzi siebie cmokającego. Nie jest to może niebo, ale przecież jego zadatek na pewno!
Chuchanie i cmokanie. Chucha się na swoje, cmoka na obce, gdy się swoje odchowa. Z wychowywaniem jest jak z wojną, za którą ponoć idą chłopcy malowani, ale tylko w piosenkach. Albo jak ze wsią spokojną, wsią wesołą. Sielanki rodzinnej nigdy dość, ale tylko wtedy, gdy chuchanie ma się już za sobą. Bo jeśli właśnie się chucha, nie starcza sił na cmokanie. Tak, okres chuchania zdecydowanie poprzedza kolejny etap, którym jest cmokanie. Owszem cmoka się również, gdy się chucha, ale tylko dlatego, że w nadziei już się tylko cmoka. Zabrać chuchającemu rodzicowi nadzieję, że czas chuchania się kiedyś skończy, to sprawić, że nigdy nie będzie cmokał.
Najmniej się cmoka, gdy trzyma się w domu wymagającego chuchania niemowlaka. Już w pierwszych dniach, a najdalej tygodniach ten, na widok którego babcie i sąsiadki cmokają, nabywa zdolności do wymuszania na rodzicach chuchania permanentnego – kosztem braku cmokania, coś za coś. Niby śpi, ale właściwie czuwa, i jeśli chcieć go odłożyć na chwilę do łóżeczka (to ta drewniana klatka, która staje się niepotrzebna, bo dziecko i tak wyląduje przy mamusiej piersi – odebranej tatusiowi na czas dłuższy – w łożu małżeńskim), obudzi go nawet ruch jego własnej ręki spadającej na prześcieradło albo nawet przypadkiem wydobywający z jego niemowlęcego gardła dźwięk.
Chuchający musi oczywiście wykształcić jakąś godną formę poddania się (o, już macha białym pampersem), skoro o wygranej mowy być nie może. Chwilkę da się chodzić na palcach bez malca, ale właśnie już się obudził i trzeba go będzie nosić, jak kiedyś nosiło się papieża w lektyce. Dalecy od cmokania rodzice wieszają go na haku bioder (mamusie gotujące obiad) czy spacerują po „spacerniaku” małometrażowego mieszkanka (znudzeni tatusiowie), bo „pogoda pod niemowlakiem”, minus piętnaście na dworze. Modlić się, chuchając, i nie rozpraszać się cmokaniem – śpi jak aniołek, aż się chce zacmokać (byle go nie obudzić) – można się tego nauczyć, gorzej z kąpaniem się czy zmywaniem naczyń, albo z ratowaniem domu zabałaganionego przez starsze rodzeństwo.
Gdybyż jeszcze ta przeklęta ewolucja nie ogoliła naszym przodkom włosów, tak żeby mały wiecznie niedopieszczony mógł jak zwinna małpka chwytać się maminego czy tatusiowego owłosienia... Niestety, pozostają tylko sztuczne twory w rodzaju nosidełka – ani to wygodne, ani bezpieczne dla kręgosłupa (chucham, chucham...). Gdybyż ta ludzka kultura nie wyewoluowała tak dalece, że wszystko musi być arcyczyściutkie, włącznie z pupką niemowlęcą, i pachnące jak skóra niemowlaka po kąpieli tak intensywnie (kąpię, kąpię...), że wodzi na pokuszenie wszelkiego rodzaju alergie. Ach, gdybyż ten mały nie był człowiekiem, proces nauki trwałby szybciej, i zaraz by biegał, i zaraz by porozumiewał się nie ludzką mową co prawda, ale jakimś rykiem, a nie – jak teraz – płaczem.
Kłębią się więc w głowie tatusia różne nieludzkie myśli. Za dużo tych ćwiczeń ascetycznych, tego ciągłego przewijania, noszenia, kąpania, karmienia. Ale kiedy tatuś przemedytuje już swoje frustracje w rytm mantry spacerowania zgodnie ze wskazówkami zegara (niezgodnie się nie da, czas sprzyja na szczęście rodzicom) po pokoju, wtedy Chrystus obecny przecież w tym małym wychuchanym dziecku zaczyna w rodzicu pracować. Przygotowuje go do przyszłego cmokania, bo przecież Kohelet się nie mylił, na wszystko jest czas pod słońcem lampy: jest czas chuchania, jest czas cmokania. Gdyby nie ta nadzieja, trzeba by powtórzyć za autorem bądź co bądź natchnionym, że „marność nad marnościami i wszystko marność” (Koh 1,2).
Tak, brak nadziei zabiłby rodzica. Ten kontakt (chuchającego z oczekującym chuchania) byłby niekończącym się nigdy procesem pozbawionym oczekiwania na to, że przyjdzie czas cmokania. Istne piekło na ziemi, bo przecież na czym innym, jeśli nie na braku nadziei polega rzeczywistość piekła? Oszczędna w swoich opisach piekielnej rzeczywistości św. Faustyna (ta od Bożego Miłosierdzia) pozostawiła jednak kilka wstrząsających, że aż ciarki idą po duszy, informacji o mękach piekielnych. W dzienniczkowym ujęciu można by biblijne określenie „robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” uznać za próbę opowiedzenia tej świadomości, która towarzyszy potępionemu; świadomości, że jego stan nigdy się już nie zmieni [Por. F. Kowalska, Dzienniczek... Profeski wieczystej Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, Kraków 1983, nr 741, s. 277−278 (przyp. red.).].
Więc może w piekle dusze podejmują się wiecznych ćwiczeń ascetycznych, tyle że już bez szans, że doprowadzą je one kiedyś do Boga? Może chuchają, ale z tą przerażającą świadomością, że nie będzie im dane zacmokać? Na szczęście Boże Miłosierdzie bierze górę nad rodzicami, jest więc nadzieja dla chuchającego rodzica, w nadziei już jest zbawiony i widzi siebie cmokającego: najpierw nad pierwszym uśmiechem wychuchanego, potem nad raczkującym czy sepleniącym pierwsze słowa bobasem. Nie jest to może niebo, ale przecież jego zadatek na pewno! Są to jakieś pierwociny wiecznego cmokania.
Sławomir Zatwardnicki
Odsłon: 54 Komentarzy: 0
Thursday,11 August 2011,20:58
Kategoria: Modlitwa Thursday, 11 August 2011, 20:58
Nasze relacje znacznie się poprawiły. W ogóle dopiero teraz można mówić o jakiejś relacji, mimo że niebezpośredniej, bo w Bogu (nie będę przecież wywoływał duchów), to przecież o niebo lepszej, bo nieograniczonej przestrzenią.
Tak że nie trzeba jeździć, wystarczy spacer. Najlepiej na cmentarz, i wcale nie ten oddalony (znów przestrzeń), dowolny. Trochę modlitwy, ale paciorek - nieobowiązkowy. Raczej myślenie, albo jeszcze coś innego - prosta obecność.
Bo dopiero teraz można oprzeć tę relację na obecności, kiedy nie dzieli już przestrzeń, jak wtedy. Tak, nasze relacje, choć nie rozmawiamy ze sobą, znacznie się poprawiły, odkąd ona umarła.
Sławomir Zatwardnicki
Odsłon: 178 Komentarzy: 1
Sunday,10 July 2011,13:55
Kategoria: Polska Sunday, 10 July 2011, 13:55
Rafał A. Ziemkiewicz, Zgred,
Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2011, ss. 272
Już po kilku stronach lektury czytelnik inaczej spogląda na hasło znajdujące się na okładce: „Najlepszy polski publicysta w najbardziej publicystycznej ze swych powieści”. Bo rzeczywiście, nie da się zaprzeczyć, że przyjęta forma powieści zbliża się czy utożsamia prawie że z publicystyką, a o znakomitej językowej formie znanego publicysty muszą z uznaniem wypowiedzieć się nie tylko fani (radykalni przyjmujący wszystko, co Ziemkiewicz napisze czy umiarkowani, którzy owszem lubią, ale których pewne publicystyczne maniery nie przekonują), ale i przeciwnicy Rafała A. Ziemkiewicza.
Dobrze będzie pamiętać czytelnikowi o tym, że w innych miejscach (tekstach, wywiadach czy książkach-wywiadach) Ziemkiewicz przekonywał zawsze, że nie powstaje dobra powieść bez odpowiedniej techniki jej tworzenia, bez warsztatu, o którym zapominają tak chętnie sławieni przez nowomody, ale potem szybko zapominani, nowocześni twórcy. „Ludzie lubią utożsamiać pisarza z bohaterem literackim i niektórzy twórcy świadomie na tym grają. A powieść to przecież fikcja. To, że zdarzenia w moich powieściach są prawdziwe, nie znaczy wcale, że się kiedykolwiek zdarzyły”, przemawia autor ze skrzydeł okładki. A więc jednak „prawdziwe zmyślenie”? Jeśli pamiętać o tym, nie ulegnie się nieodpartemu wrażeniu, że bohater Zgreda to sam Ziemkiewicz, tyle tylko że w powieści wolno mu być bardziej sobą niż w publicystyce, która ma przecież swoje wymagania.
Jednak – to wydaje się umykać recenzentom książki – właśnie ten sprytny zabieg zapisania powieści w formie dziennika prowadzonego przez dziennikarza, w którym niełatwo nie widzieć Ziemkiewicza, mimo że mamy do czynienia z literacką formą, pozwala jednak właśnie Ziemkiewiczowi na powiedzenie więcej i mocniej (głębiej?) niż zwykła publicystyka zwana zarówno przez Rafalskiego, jak i Ziemkiewicza „bieżączką”. A antybohaterom, na przykład Lizowi czy Powiatowemu (mnie, w przeciwieństwie do innych komentatorów książki, nie razi ten grubymi nićmi szyty zabieg przekręcenia nazwisk nie na tyle silnego, żeby mieć problem z odszyfrowaniem realnie istniejących postaci życia publicznego) może dostać się bardziej niż w bieżącej polemice, ale nie przede wszystkim dlatego, że przyjęta powieściowa forma uratuje autora od ciągania po sądach, ale dlatego, że ta „prawdziwa karykatura” jest w stanie przyjąć więcej cech nieśmiesznych przecież, ale jak w soczewce uwypuklających rzeczywistość nieliteracką.
Nie uważam ani za konieczne, ani za możliwe, dzielenie tego, co Ziemkiewiczowe od tego, co przypisać trzeba jedynie Rafalskiemu. Chcę raczej dostrzec to, co najważniejsze. Że jest Zgred przesłaniem wyrwanym spod serca czy wątroby Ziemkiewicza przecież. To czyta się w tej książce od pierwszej do ostatniej strony – dziennik pisany krwią czy żółcią przez chorego na Polskę Rafalskiego to przecież wyraz gorliwości o Polskę, która pochłania Ziemkiewicza. O nie, on nie jest letni, jemu o coś chodzi, i nawet jeśli nie trzeba godzić się ze wszystkimi szczegółami diagnozy choroby trawiącej Polaków, diagnozy postawionej bezlitosnym piórem, przyznać trzeba, że jeśli przynajmniej w większym procencie jest ona trafna, czytelnika ogarnąć może już to przerażenie czy rezygnacja, już to właśnie wola walki z patologiami.
Nie miejsce w krótkiej recenzji na przypomnienie tych patologii, które autor Polactwa czy Michnikowszczyzny zapisuje swoją gęstą publicystyką – w niej można wszystko to, co w książce, przecież znaleźć w mniej lub bardziej łagodnej formie zapisane. Może warto wspomnieć jednak o dwóch sprawach. Wbrew śledzonemu przez Jarosława Kaczyńskiego układowi, Ziemkiewicz w swojej książce pozostaje wierny wcześniejszemu przekonaniu, że to nie jakiś centralnie sterowany układ rozkłada Polskę, ale raczej mnogość małych układzików powstający na zasadzie pszczelego roju – jakiemuś intuicyjnemu wyczuwaniu siebie nawzajem oraz wspólnego kierunku przez sprawujących władzę czy to nad kulturą, czy polityką i mediami. I druga rzecz, wyraźnie pokazana w Zgredzie – Polacy jako naród dopiero poszukujący swojej tożsamości, która powstanie nie dzięki, a wbrew elitom; ukształtują się bowiem Polacy – pozostawia pisarz taką nadzieję – sami po swojemu, a nie pod dyktando innych, są bowiem nasi rodacy nie do przefasonowania (w oryginale dosadniej, po szewsku czy wojskowemu).
Rzecz to zadziwiająca – że ten z pasją kreślony zapis choroby, mimo całego pesymizmu, jaki się z nim wiązać musi, nie pozostawia czytelnika ani obojętnym, ani zrezygnowanym. Owszem jest raczej motywacją czy podnietą do… właśnie, czego? Do walki? Rafalski wcześniej wahający się, czy prowadzić swoją publicystyczną wojnę, czy raczej w imię pragmatyzmu nie zaangażować się w politykę, pozbywa się złudzeń w dwa miesiące od czasu rozpoczęcia pisania przygody – w kilka dni po katastrofie smoleńskiej, która ujawnia ostateczne pęknięcie w polskim społeczeństwie. Bo – to już nie Rafalski, a Ziemkiewicz w jednym z wywiadów – nie mamy w Polsce elit, które identyfikowałyby się z polskością, są tylko ludzie u władzy oderwani od narodu tak bardzo, że nie będzie już można tego skleić (Rymkiewicz). Tak więc postawiony „pod ścianą” przez rządzące Polską media czy obsługujące państwo tak zwane elity, Rafalski staje przed koniecznością wyboru stanięcia po jednej ze stron w tej wojnie polsko-polskiej. Przestaje pisać dziennik i będzie, jak ojciec kazali, „orać”, a cokolwiek to w jego przypadku będzie znaczyć, stanowi wyzwanie dla czytelnika, aby nawet na przegranej pozycji trwać wiernie realizując to, co słuszne.
Odpowiadając na tytułowe pytanie trzeba by chyba napisać, że mimo nietożsamości Rafalskiego i Ziemkiewicza, książka daje czytelnikowi jednak 100 procent Ziemkiewicza. Jest przyjęta powieściowa forma jeszcze jednym sposobem walki czy pracy (oranie) polskiego publicysty, zaś z kolei dzięki takiej formie czytelnik otrzymuje Ziemkiewiczową publicystykę w formie tak skondensowanej, jak nie byłoby to możliwe bez literatury.
Sławomir Zatwardnicki
Za: Przegląd Powszechny, październik 2011 r.
Odsłon: 14 Komentarzy: 0
Tuesday,13 September 2011,09:31
Kategoria: Media Tuesday, 13 September 2011, 09:31
Nie należy się dziwić zatrudnieniu satanisty w telewizji publicznej. Raczej trzeba widzieć w tym symboliczny wyraz misji publicznej realizowanej przez telewizję.
Jedną z głównych zasad dynamiki medialnej w skrócie można by nazwać zasadą akcji i reakcji. Ten sam kierunek, przeciwne zwroty i różne punkty przyłożenia medialnych doniesień powodują, że świat medialny przypomina dziś zawody sportowe – jak one podnosi adrenalinę. Lud domaga się ciepłej wody w kranie i igrzysk – i je otrzymuje, nie tylko na stadionach prywatnych, ale i w telewizji publicznej, która, jak mawiają starzy medialni sportowcy-amatorzy, ponoć ma realizować jakąś misję społeczną; współcześni zawodowcy pozbyli się już złudzeń, i grają na dopingu reklam i niskich gustów publiczności.
W centrum uwagi od czasu jakiegoś znajduje się zawodnik Adam Darski, pseudonim Nergal. Jego zatrudnienie przez Telewizję Polską (akcja) wywołało falę emocji na medialnym stadionie (reakcja). Fala ma to do siebie, że raz się wznosi, a raz opada, wznosi się łatwo, bo na emocjach, a opada szybko, bo ileż można wytrzymać sportowego napięcia, dlatego można się spodziewać, że przetoczywszy się niewiele po sobie zostawi. A szkoda, bo tym razem chyba warto przyjrzeć się nie tyle samej fali, co temu, co ją wywołało. Ale po kolei...
Zatrudnienie Darskiego w roli jurora jednego z programów wyłapujących talenty (niewyłapane jeszcze przez stacje komercyjne) wywołuje oburzenie wrażliwej religijnie części społeczeństwa – przypomina ona fakt podarcia Biblii na jednym z koncertów zespołu Behemoth, którego liderem jest wytatuowany satanista. Szczytem tej fali są apele Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, a także szczery apel biskupa Meringa. I kolejno: oświadczenie rzeczniczki TVP, i mocne słowa hierarchy: „Non possumus!”.
„Każda z gwiazd zaproszonych do udziału w programie w roli trenera reprezentuje inny gatunek wokalny, jest autorytetem muzycznym dla innej grupy słuchaczy, każda ma także wyrazistą osobowość, ogromne doświadczenie oraz niekwestionowane dokonania” – na tę akcję usprawiedliwiania muzycznych kompetencji Darskiego, którą podjęła rzeczniczka TVP, akcję tyleż mającą wspólnego z rzeczywistością, co współczesna reklama z informacją, można byłoby przypomnieć wywiad autorytetu muzycznego udzielony „Gazecie Wyborczej”: „Jestem naturszczykiem. Gram na gitarze i śpiewam intuicyjnie. Nut uczyłem się kilka razy w swoim życiu, ale mój mózg wypiera tę wiedzę (śmiech). Jestem muzycznym analfabetą, ale mam ten luksus, że w muzyce rockowej komponowanie nie polega na zapisywaniu nut i idealnym ich odgrywaniu. Gram emocjami, sercem, wyobraźnią”.
Za reakcyjną katolicką falą oburzenia musi pójść kolejna – odzywa się więc niezrównana Magdalena Środa, profesor, która twierdzi, że sama nieraz miałaby ochotę podrzeć Biblię, ale – parafrazuję – nie przystoją jej takie gesty. Za nią idzie fala Tomasza Terlikowskiego, doktora, który w swoim czarno-białym (to nie zarzut) stylu porównuje profesor do wytatuowanego magistra-satanisty: „tak ona, jak i on, propagują nienawiść ze względu na wyznanie czy światopogląd”.
Itede, itepe. Ale mylą się Państwo, jeśli uznają, że według mnie fala równa fali, a akcja równa reakcji. Mylą się Państwo, ale nie dziwi mnie to, bo świat mediów tyleż umiejętnie i niesłusznie (ale czy niezamierzeni?), wywołuje w odbiorcy wrażenie, że każdy ma swoją prawdę, a tak naprawdę prawda leży albo pośrodku, albo nie ma jej w ogóle – tolerancja rozciągnięta jak guma może uznać wszystkie przekonania za jednakowo słuszne. I właśnie sprawa Nergala pokazuje wyraźnie, że rozciągliwość tej gumy ma jednak swoje granice.
Bo w jedną stronę ciągną ją chłodne kalkulacje o dobrej na wszystko tolerancji, a w drugą – obrażone, a więc wciąż jeszcze gorące, uczucia religijne. Postawić znak równości między nimi, między życiem wartościami a ich szarganiem? Uznać, że tyle samo są warte zapisy ustawy o radiofonii i telewizji, według których „programy i inne usługi publicznej radiofonii i telewizji powinny (...) respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki”, a artystyczne targanie ich źródła – Biblii na koncercie, bo jakiś Darski – fundamentalista biblijny nierozróżniający gatunków literackich – stwierdził, że „zło wyziera z prawie każdej strony tej książki”?
O słabej wartości tej „gumy tolerancji” można łatwo się przekonać, gdy przeprowadzi się prosty, toporny rzekłbym, eksperyment myślowy: niech Czytelnik wyobrazi sobie, że w miejscu obwieszonego jakimiś symbolami satanistycznymi jurora siedzi zadeklarowany katolik, przystrojony dewocjonaliami, z różańcem na szyi, ale przeciwnie do Nergala, z krzyżem nieodwróconym, i pozdrawiający publiczność nie satanistycznym gestem i słowami „Heil Satan”, a powiedzmy ręką wzniesioną do błogosławieństwa jak Postać z obrazu „Jezu ufam Tobie”. Możliwe to? Pytanie to oczywiście retoryczne, ale znacznie ważniejsze jest dać odpowiedź na pytanie, jak do tego doszło, że nie jest to możliwe?
W tym miejscu zwróćmy uwagę przynajmniej na to, że jest Darski jedynie symbolem, widocznym znakiem tego, czym telewizja jest od dawna. Bo między bajki włożyć trzeba bajanie o wartościach chrześcijańskich – wierzącym daje się jakiś osobny program, transmisję ze Mszy, i raz na wieczność transmisję ze śmierci papieża Polaka. Ale żeby z tej szufladki katolickich programów wartości miały wychynąć na pozostały czas antenowy? Wolne żarty… Darski to nie „wypadek przy pracy”, i należałoby z perwersyjną radością powitać nową gwiazdę telewizji polskiej, bo stanowi ona jakieś symboliczne ucieleśnienie tej atmosfery, która panuje w kulturze współczesnej od dawna. Dla wierzących z kolej jest to znak-przestroga.
Proszę zauważyć, że pomimo iż nie stawiam znaku równości między słuszną falą reakcji na niesłuszną akcję telewizji publicznej, zwracam jednak uwagę na nieadekwatność reakcji. Mleko już się rozlało, trzeba było reagować szybciej. Nic nie zmieni wycinanie Nergala z telewizji, tym bardziej, że ma on inne sposoby niż palenie „tej książki” czy bezpośrednie obrażanie katolików, które gdyby się pojawiły, byłyby – cytuję prezesa TVP – „naruszeniem umowy, jaka z nim została zawarta”. Obecność satanisty w telewizji mówi sama za siebie, nic już nie trzeba dodawać. Zupełnie niepotrzebne są te uwagi, które skierował do uczestnika przyznającego się do swojej wiary i brania udziału w pielgrzymce – spokojnie można było na montażu wyciąć te niepotrzebne komentarze.
Darski to tylko wierzchołek góry lodowej, widoczny znak tej zapaści, której dotąd można było jeszcze udawać, że się nie widzi. Zauważmy, że czciciel diabła nie odstaje swoimi komentarzami od pozostałych jurorów, sprawia nawet wrażenie sympatycznego chłopaka, trochę zbyt mocno wytatuowanego, ale kto by tam zwracał uwagę na niewiele mówiące hasła na jego przedramieniu (lucyferyczne „Non serviam”). W zeszłym roku skończył 33 lata, jak Chrystus oddający życie na krzyżu. Tamten niesłusznie skazany na śmierć po trzyletniej działalności publicznej, ten uniewinniony po ciągnącym się trzy lata procesie o obrazę uczuć religijnych. Oboje z misją, ale tylko jeden z właściwą.
Państwo może zauważyli ten proroczy gest, kiedy telewizyjny idol pocałował w brzuch będącą w stanie błogosławionym uczestniczkę programu „The Voice of Poland”, która zdecydowała się być w jego drużynie. Rośnie nam nowe pokolenie wychowywane przez telewizję, a pocałunek Nergala jest tego symbolem. Telewizja realizuje jakąś misję, której twarzą niech będzie Adam „Nergal” Darski.
Sławomir Zatwardnicki
Za: Dziennik Polski, 13.09.2011
Odsłon: 164 Komentarzy: 0
Sunday,09 January 2011,16:55
Kategoria: Rodzina Sunday, 09 January 2011, 16:55
Czas świeckiego wypełniony jest po brzegi, może nawet przelewa się. Powiedzieć takiemu o czasie wolnym to jakby zadrwić z niego. Czas w życiu świeckiego? Jaki czas, chyba raczej jego brak! Nie puste, a wypełnione nienormowanym czasem pracy, miejsce.
czas pracy – nienormowany
Myliłby się ten, kto początku pracy doszukiwałby się w dzwonku budzika – ten nie zrywa śpiących rodziców z łóżka, ponieważ jeden rodzic jest już w drugim pokoju (jeśli ma rodzina szczęście mieć drugi pokój) przy kaszlącym dziecku pierwszym, a drugi karmi drugie dziecko w pokoju trzecim (jeśli mają szczęście mieć trzeci pokój). Ich rodzicielska praca rozpoczęła się na długo przed pracą zawodową.
Pracująca przy dzieciach mamusia miewa podkrążone oczy, a włosy wypadają jej garściami. Umiera dla dziecka, jeśli słowo „umierać” nie jest tu nadużyciem; a nie jest, jeśli przypomnieć sobie Pańskie urgensy do oddawania życia za nieprzyjaciół, do których zaliczyć trzeba by i dzieci – jako te stworzenia, które dzień cały i spory kawał nocy robią wszystko na przekór rodzicom.
Tatuś ma zwykle szczęście pracować poza domem, tak że miewa co prawda podkrążone oczy, ale trochę mniej, gdyż jeśli nawet nie miał okazji usnąć w środkach komunikacji miejskiej, to w nocy właduje sobie do uszu zatyczki dające podstawną nadzieję na to, że głodne nocne krzyki go nie obudzą. A od wypadających włosów lepsze jest swędzenie nadwyrężonych uszu. Tak że tatuś umiera dla dziecka jakby mniej, albo przynajmniej w inny sposób.
On w pracy, z szefem, który nie krzyczy (jeśli ma szczęście na takiego trafić), ale egzekwuje, ona w domu, w którym rządzą dzieci. Zdarza się jej czasem usiąść w ciągu dnia. Ostatnio było to jakieś trzy miesiące temu. On pracuje albo umysłowo, albo fizycznie, jej rodzaj pracy zalicza się do mieszanych: napięte mięśnie umysłu próbują okiełznać dwa smyki sposobem, ciało krząta się pomiędzy posłuszeństwem umysłowi a likwidowaniem szkód powstałych z nieposłuszeństwa dzieci.
Mąż wraca zmęczony mniej więcej wtedy, gdy żona chciałaby odpocząć. Pracują więc dalej, czasem na przemian, ale zwykle razem, bo to lepsze dla dzieci. Wynajdują nowe rozrywki swoim pociechom nie dlatego, że one tego specjalnie potrzebują, ale żeby samemu nie dać się znużeniu. Czas mija niemiłosiernie wolno, czasem więc warto zmarnotrawić go na przedłużającą się kąpiel (koniecznie z pianą) czy obcinanie dzieciom paznokci (na szczęście znów urosły).
Potem jeszcze tylko bitwa o to, kto pierwszy umyje zęby (tajemnicą mamusi pozostanie, jak to się dzieje, że mycie zębów i picie tranu zaliczają brzdące do przyjemności), a kto dostanie klapsa, bo będzie się pchał poza kolejką. Na koniec modlitwa, jeśli to nie nadużycie słowa „modlitwa”, ale chyba nie, jeśli przypomnieć sobie Pański urgens, żeby pozwolić dzieciom przychodzić do Niego. Aha, i jeszcze kupka i siku do nocnika, tak po trzy kolejki. Myliłby się jednak ten, kto końca pracy dopatrywałby się w momencie, gdy dziecięce oczy zamknęły się w końcu.
Czas odpoczynku – jakiego odpoczynku?
Po zaśnięciu dzieci, a przed ich pobudką pierwszą, rodzicie biegiem do swoich zajęć. Wykonywać wszystko bez wytchnienia, odpoczynek będzie potem (czytaj: w niebie, co zresztą nie jest prawdą, o czym świadczą wypowiedzi świętych wskazujące, że po śmierci spodziewają się być bardziej pracowici niż przed). Pomodlić się. Spocznij. Przyłóż głowę do poduszki, by zaraz ją podnieść. Baczność! Kto? Mama, bo do karmienia. Tata wciska zatyczki i nie wie, czy żałować mamy, czy śmiać się z radości, że może położyć się z powrotem. Jednak budzi się i kaszlące drugie – żona nie wie, czy śmiać się, czy żałować męża.
Nie zgadniecie, kiedy wypełniają to, co kiedyś nazywało się obowiązkami małżeńskimi, a dziś określa się „boskim seksem”. Nie zgadujcie też, ku czemu bliższe są te urywane chwile samotności – cielesno-duchowej uczcie czy spełnianiu powinności stanu. Więc niech będzie kompromis: boskie obowiązki. Że nie należy to do pracy? Ależ jak najbardziej jest to również praca, i to wymagająca od małżonków zaangażowania na każdym poziomie: fizycznym, psychicznym i duchowym. A przy tym, wielkodusznie namyśliwszy się, jak papież Paweł VI w „Humanae vitae” radzili, otwarci są na poczęcie kolejnego zjadacza czasu.
Owszem są okresy, na które zresztą ciężko trzeba wcześniej zapracować, że ustalony rytm dnia i nocy, niezakłócony chorobą czy innym kataklizmem codzienności, pozwala spokojniej pochrapać. Ale potem przychodzi tsunami zmiany czasu (kto to wymyślił i dlaczego nie uwzględnił w rachunku zysków i strat psychicznych szkód członków rodziny?) i wali się budowany misternie porządek. Łatwo przestawić zegarek, ale nie ten biologiczny, właściwy kurom i dzieciom razem z kurami się budzącymi i podobnie do nich chrypiącymi, gdy dopadnie je poranna chrypka czy inna grypka.
Proszę tylko nie żartować i nie nazywać urlopu wypoczynkiem. Wyjazd wymaga od rodziców nieporównywalnie więcej zaangażowania; no, może nie sam wyjazd (ten jest bez winy), co raczej dzieci, które wyjechały (te też są bez winy, pływają przecież na falach pobudzonych emocji; zaraz, zaraz – kto tu w takim razie jest winny? Chyba rodzice, że zdecydowali się na urlop z nazwy tylko wypoczynkowy).
Czas modlitwy – asceza wielowymiarowa
Wymaga niesamowitej determinacji od rodziców, by mogli oni praktykować modlitwę. Po pierwsze i zrozumiałe w kontekście całego artykułu, że nie jest łatwo znaleźć na nią czas. Zostawiona na koniec dnia czy środek nocy działa raczej usypiająco, a ileż można przesypianie modlitwy porównywać do przysypiania bodajże Małej Tereski, której to także się zdarzało. Szczęśliwe te małżeństwa, w których oboje rodzice rozumieją wagę modlitwy; mogą wtedy wymieniać się opieką nad dziećmi po to, żeby każdy z nich miał czas na spotkanie z Bogiem. Potrzeba do tego ćwiczenia silnej woli, by nie przegapić okazji.
Po drugie, chodzi o miejsce. Niżej podpisany wspomina okres modlitw w łazience, gdy jeszcze rodzina pomieszkiwała w kawalerce. I mimo, że teraz ma szczęście mieć drugi pokój, nie zawsze lub prawie nigdy chce się on zamienić w kaplicę. Czasem trzeba udać się na spacer, jeśli nie na zewnątrz, to przynajmniej do kuchni. Do różnych warunków być zaprawionym. Umieć modlić się z braku czasu nawet przy jedzeniu (da się!) czy w czasie kąpieli w łazience (trudne). Przenigdy jednak na tym nie poprzestawać, zrobić wszystko, by przynajmniej czasem mieć normalną, czyli quasizakonną modlitwę w pobożnej pozie i miejscu i koniecznie bez dzieci.
I w końcu rozproszenia – nie te wewnętrzne, których nigdy nie brak, ale te zewnętrzne. Ascetyczne ćwiczenie niezwracania uwagi na dobiegające hałasy, zrzucanie z siebie skrzatów akurat w tej chwili potrzebujących przytulenia, zrzucanie na tyle jednak spokojne, żeby nie zakłóciło modlitwy. A przy tym walka z emocjami, asceza uniezależnienia się od wysypującej się góry naczyń czy emocji dziecka.
Czas – brak czasu
Tym krótkim, ale wszystkomówiącym śródtytułem zakończę. To chyba dobre podsumowanie błogosławionego trudu życia świeckich.
Sławomir Zatwardnicki
Odsłon: 201 Komentarzy: 0
Friday,26 August 2011,15:57
Kategoria: Rodzina Friday, 26 August 2011, 15:57
Ojciec i matka powinni być tyleż dumni ze specyfiki swojej roli ojcowskiej i macierzyńskiej, co świadomi własnych ograniczeń wychowawczych, a przez to otwarci na konieczność uzupełnienia przez drugiego rodzica.
Podobno są jeszcze ludzie, którzy wierzą, że różnice między płciami nie są nieistotne. Wierzę tej plotce – że są jeszcze tacy, którzy nie chcą na siłę upodabniać kobiety i mężczyzny – i do takich właśnie kieruję te proste, ale wydaje się, że w dzisiejszych, zwariowanych czasach, potrzebne rozważania.
Wypracowania wspólnej wizji wychowania przez rodziców nie należy mylić z ujednoliceniem postaw wychowawczych. Cały szkopuł w tym, żeby zachować jedność między obu wychowawcami – bo taka jest niezbędna, jeśli proces wychowania ma mieć szanse powodzenia – nie zapominając o różnych rolach matki i ojca.
Zachodzi tu analogia do jedności małżeńskiej. Mąż i żona uczą się siebie nawzajem, otwierają na odmienną wrażliwość drugiego, aby kształtować to jedno ciało, które tworzą. Przedziwny to paradoks: jedno ciało nie oznacza przecież jakiejś hybrydy powstałej ze złączenia dwóch osób, mąż i żona pozostają odrębnymi istotami, ale przecież – wiedzą to i czują – stanowią jedno.
Jest to jakaś tajemnica zaplanowana przez Boga, i nic dziwnego, że święty Paweł nie zawahał się porównywać związku między małżonkami do relacji istniejącej między Chrystusem a Kościołem: czym innym Głowa i Ciało Kościoła, a przecież Ciało tworzy Kościół dopiero razem z Głową; czym innym mąż i żona, a przecież razem stanowią „jedno ciało”.
Podobnie jest w przypadku jedności między matką i ojcem w procesie wychowania; albo inaczej: jest aspekt ojcostwa i macierzyństwa jednym z wyrazów pełnionej funkcji męża i żony. Matka i ojciec wezwani są do tego, aby uczyć się nie tylko właściwej dla siebie wrażliwości rodzicielskiej, ale otwierać także na wrażliwość rodzicielską drugiego.
I tak jak żona, nawet jeśli w danej chwili fizycznie nie jest obecna przy mężu, idzie przez życie przecież razem z nim (i vice versa), tak matka, nawet jeśli ojciec jest akurat poza domem, nie wychowuje dzieci sama, ale z nim (i vice versa). Jedność między małżonkami, a także jedność między rodzicami, nie dokonują się jednak przez anulowanie różnic między nimi; jest to paradoksalna jedność w różnorodności.
Taka jedność jest zresztą możliwa tylko dzięki temu, że kobieta i mężczyzna, choć tak różni, podobni są jednak do siebie. Język biblijny wyraził tę prawdę okrzykiem Adama, który wyrwał się z jego piersi (więc serca) na widok Ewy: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała”. Psychologia podpowie nam pojęcia animusa i animy na oznaczenie pierwiastka męskiego i żeńskiego występującego u obu płci.
Można więc zaryzykować (a ryzyko – minimalne), że każdy rodzic prezentuje postawy zarówno matczyne, jak i ojcowskie, choć (i na szczęście) w różnych proporcjach, dzięki czemu ojciec może realizować ojcowski styl wychowania, ale być otwartym na wrażliwość macierzyńską, a matka wychowywać będzie dzieci „po swojemu”, jednak z uznaniem przyjmie rolę tacierzyńską, jaka przypada jej mężowi. Wspólnie wypracują więc jeden model wychowania realizowany w różnorodny (uzupełniający się) sposób.
Niech więc i ojciec, i matka będą tyleż dumni ze specyfiki swojej roli ojcowskiej i macierzyńskiej, co świadomi własnych ograniczeń wychowawczych, a przez to otwarci na konieczność uzupełnienia przez drugiego rodzica. Jeśli mają „grać do jednej bramki”, pozbycie się lekceważenia kultury wychowawczej przyjętej przez innego rodzica stanowi dopiero pierwszy krok, po którym nastąpić musi drugi i ważniejszy: „zarażenie” się wrażliwością wychowawczą współmałżonka.
Sławomir Zatwardnicki
Odsłon: 147 Komentarzy: 0
Friday,19 August 2011,15:59
Kategoria: Rodzina Friday, 19 August 2011, 15:59
Dobrze przeżywana miłość macierzyńska stanowi błogosławieństwo. Co jednak stanie się, kiedy matczyne nastawienie do dziecka nie zostanie utemperowane przez męskie rozumienie miłości?
Obraz relacji matki i dziecka
Wbrew tym, którzy beztrosko zapominają o tajemnicy jedności cielesno-duchowej człowieka, jestem zdania, że związek taki istnieje, a co za tym idzie – można szukać w obrazie cielesnym prawd natury głębszej. Jednym z przykładów jest związek matki z dzieckiem w czasie ciąży, który może być czytany jak obraz tej łączności, która niezmiennie będzie już towarzyszyć relacjom matczyno-dziecięcym, jeśli tylko nie zostaną one nadwerężone jakąś patologią czy grzechem.
Psychologowie zauważyć mogą, że późniejsza relacja między mamą a potomkiem jest jakby wyrazem czy przełożeniem tej bliskości, która objawiła się w wydarzeniu ciąży. Nie mają oczywiście psychologowie narzędzi, by badać ewentualne duchowe pępowiny łączące mamę i dziecko, ale – na ile znam geniusz Artysty – także takowe przewidział Bóg; zresztą, czy nie świadczy o tym fakt Maryi danej uczniom Pana za Matkę?
W każdym razie relacja matki i dziecka różnić się będzie od ojcowskiego związku z potomstwem. I nie ma takich nożyczek, które byłyby zdolne odciąć pępowinę miłości macierzyńskiej.
Piękno miłości matczynej
Powiedzieć, że uczucia matczyne przeżywane są bardzo intensywnie – to niewiele jeszcze powiedzieć. Zaangażowanie emocjonalne matki jest tak mocne i głębokie, że niemalże (?) utożsamia się ona ze swoją pociechą. Nie od rzeczy mówi się o „wpatrywaniu się w dziecko jak w obrazek”, choć być może lepiej byłoby użyć sformułowania „wpatrywać się jak w lustro”, bowiem rodzicielka przeżywa dziecko jakby było ono częścią niej samej.
To dlatego uczestniczy ona w jego życiu z intensywnością, jakiej nie da się z niczym porównać. A na dodatek dzieje się to tak naturalnie, że nierzadko nie zdaje ona sobie nawet sprawy z tego, że ojcu dziecka nigdy takiego rodzaju doświadczenie nie będzie dane. Choć, prawdę mówiąc, warto, by obu rodziców zdało sobie jednak sprawę z odmiennej wrażliwości mamy i taty, a więc z różnicy między macierzyństwem i tacierzyństwem.
Czy byłoby przesadą twierdzenie, że dla matki życie jej dziecka znaczy więcej niż życie jej samej? Niejeden nie musiałby długo szukać w pamięci wspomnień mamy, która wolałaby sama być chora, byle uchronić dziecko przed cierpieniem. Chciałaby mama uchronić pociechę przed zderzeniem z trudami rzeczywistości, nawet za cenę zastąpienia syna czy córki w tym, co on/ona przeżywa. Kochana mamusia wyczuwa dziecko, odgaduje jego niepokoje, intuicyjnie rozumie potrzeby. Daje poczucie bezpieczeństwa, jakie wiąże się z jej miłością bezwarunkową, a nierzadko nawet ślepą.
Ograniczenia miłości matki
Niedobrze się dzieje, jeśli na tak pięknym, ale niepełnym fundamencie miłości matczynej postawić wychowanie dziecka. Nieutemperowana miłość macierzyńska ujawnić musi swoje ograniczenia. Bo nie da się wtedy uniknąć czającego się niebezpieczeństwa: pragnienia matki są bowiem niemożliwe do zrealizowania, i konfrontacja z życiem musi to ujawnić w mniej lub bardziej (raczej to drugie) dramatyczny sposób, zarówno w życiu jej dziecka, jak i jej samej.
Wyznaczyła sobie zadanie przekraczające jej możliwości, chciałaby sięgnąć po atrybuty Boskie i tak zmienić porządek świata, żeby ten nie mógł zranić jej dziecka. A ponieważ nie ma takiej władzy, łapie się przynajmniej tego, żeby przejmować odpowiedzialność za potomka. Podejmuje się obowiązku usuwania z jego życia nie tylko tego wszystkiego, co niebezpieczne (cierpienia) czy trudne (wysiłek), ale nawet tego, co mogłoby zepsuć dobre samopoczucie dziecka.
Podobno – podpowiada psychologia – bolesne doświadczenia dziecka stanowią dla matki pewnego rodzaju zdradę, za którą idzie poczucie winy głębsze od wszystkich innych jego rodzajów. To jakby złamała niepisaną umowę czy raczej obietnicę, którą podpisała własną krwią pępowinową. Widać, że cena za głębię macierzyńskiej miłości jest wysoka – jeśli braknie wrażliwości męskiej miłości, matka potrafi wyniszczać samą siebie oraz sprowadzić zgubę na własne dziecko.
Brzydki owoc pięknej miłości?
Nie może dobre drzewo rodzic złych owoców, podobnie dobrze przeżywana miłość macierzyńska stanowi błogosławieństwo. Co jednak się stanie, kiedy matczyne nastawienie do dziecka nie zostanie utemperowane przez męskie rozumienie miłości? Istnieje ryzyko, że wychowanie oparte jedynie na macierzyńskiej miłości przerodzi się w (nad)opiekuńczość, której nieuchronną konsekwencją stanowi niedojrzałość psychologiczna dziecka.
Znamy przecież przypadki nadmiernego rozpieszczania, które prowadzą do tego, że zamiast dojrzewania do odpowiedzialności rodzi się mały tyran, traktujący szczęście jako przysługujące mu prawo, które na dodatek musi zostać realizowane przez innych. Za takiego tyrana ciągle trzeba będzie brać odpowiedzialność, takiego tyrana ciągle trzeba będzie bronić przed życiowymi trudnościami. Wiecznie skłócony ze światem, buntować się będzie także przeciw Bogu, którego – o zgrozo! – miłość jest miłością zarówno macierzyńską, jak i ojcowską (jeśli można użyć takiej antropomorfizacji).
I tu jest klucz do odpowiedzi na pytanie, czy piękna miłość macierzyńska może wydać tak brzydkie owoce. Może, ale tylko wtedy, gdy braknie tacierzyńskiej miłości. Wniosek z tego prosty: rodzice muszą wypracować wspólny model wychowania łączący wrażliwość matczyną z wymaganiami ojcowskimi. Sytuacja komplikuje się, gdy matka samotnie wychowuje potomstwo. Wtedy trzeba będzie skorzystać z pomocy psychologa, i próbować odkryć w sobie pokłady tego rodzaju miłości, którą umownie określamy „męską”, a jednocześnie nie stracić piękna miłości „kobiecej”.
Sławomir Zatwardnicki
Źródło: Serwis rodzinny OPOKI
Odsłon: 223 Komentarzy: 0
Saturday,13 August 2011,11:12
Kategoria: Teologia Saturday, 13 August 2011, 11:12
Trudno byłoby dowodzić samym tylko Słowem Bożym dogmatu Wniebowzięcia. Nie znaczy to jednak, że w homilii na tę uroczystość nie trzeba się oprzeć na Piśmie. Czytelnik znajdzie w tekście: inspirację do przygotowania homilii w oparciu o Biblię oraz zachętę do jej wygłoszenia w języku biblijnym.
Kult Maryjny oparty o Pismo Święte
„Dziś już powszechnie się rozumie – optymistycznie stwierdza Paweł VI w swojej adhortacji – że chrześcijańska pobożność domaga się włączenia w każdą formę kultu wskazań i myśli biblijnych”. Przypomina papież, że również „kult Najświętszej Panny żadną miarą nie może oddalać się od tego ogólnego ukierunkowania życia chrześcijańskiego; co więcej, głównie z niego winien czerpać nowe siły i niezawodną pomoc” [Paweł VI, adh. Marialis cultus, nr 30].
Uważa autor Marialis cultus, że Pismo Święte odsłaniając Boży plan zbawienia człowieka, objawia tajemnicą Zbawiciela, a w Nim wskazuje „bardzo wyraźnie na Tę, która była Matką i Towarzyszką tegoż Zbawiciela” [Paweł VI, adh. Marialis cultus, nr 30; por. również: Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele „Lumen Gentium”, nr 55]. Praktyka homiletyczna wskazuje jednak, że w przypadku niektórych świąt maryjnych nie jest łatwo odnaleźć kaznodziejom takie wyraźne wskazania na Maryję. Wydaje się, że szczególnie w przypadku uroczystości Wniebowzięcia słychać tę nieporadność kaznodziejską. A przecież i w tym przypadku „domaga się, by kult Najświętszej Dziewicy został przeniknięty i wypełniony najważniejszymi treściami orędzia chrześcijańskiego” [Paweł VI, adh. Marialis cultus, nr 30].
Artykuł niniejszy pragnie wyjść naprzeciw tej potrzebie oparcia głoszonego 15 sierpnia Słowa o Pismo Święte. Autor tekstu uzna, że spełnił swoje zadanie, jeśli czytelnik znajdzie tu: inspirację do przygotowania homilii w oparciu o Pismo oraz zachętę do jej wygłoszenia w języku biblijnym.
Brak argumentów biblijnych?
Papież Pius XII uznał fakt wniebowzięcia Maryi za dogmat przez Boga objawiony [por. treść dogmatu: Pius XII, konst. apost. Munificentissimus Deus], mimo że „żaden tekst Pisma nie rozważa bezpośrednio dogmatu Wniebowzięcia”, a sama Konstytucja „w argumentacji biblijnej nie cytuje żadnego tekstu w formie bezpośredniej” [L. Melotti, Maryja i Jej misja macierzyńska. Zarys teologii maryjnej, Kraków 1983, s. 95].
Trudno byłoby zacytować Słowo Boże wprost odnoszące się do wzięcia Maryi do nieba, nie znaczy to jednak, że z Pisma Świętego nie da się wyprowadzić takiego wniosku. Kościół, któremu obiecany został Duch prawdy (por. J 16,13), idąc za Tradycją, nie zatrzymuje się na braku bezpośredniego biblijnego dowodu, sięga natomiast w swojej refleksji teologicznej do danych objawienia (np. do wyprowadzonego z Pisma faktu zjednoczenie Maryi z Chrystusem w ziemskim życiu) i w nich odkrywa prawdy, które wcześniej wydawały się ukryte.
Z kolei sama treść dogmatu może zostać oświecona lampą Słowa Bożego (por. Ps 119,105), a argumenty teologiczne podawane za wniebowzięciem przedstawiane mogą być niebiegłym w języku teologicznym wiernym przy użyciu języka biblijnego – raz, że łatwiejszego do odbioru, dwa że to właśnie Słowo Boże, a nie naukowy język, związane jest bezpośrednio z mocą Boga docierania do serc ludzkich i i dokonywania w nich przemiany.
Dogmat aktem kultu
Sam zresztą dogmat jest „wyrażony w najlepszym możliwym języku: w języku biblijnym” [R. Laurentin, Maryja. Matka Odkupiciela, Warszawa 1988, s. 101]. Papież, notabene idąc za swoim poprzednikiem ogłaszającym dogmat o Niepokalanym Poczęciu, w obliczu teologicznych kontrowersji, zrezygnował z języka teologii, aby językiem biblijnym wyrazić istotę dogmatu – stwierdzenie obecności Maryi w chwale Zmartwychwstałego. Nie znajdzie się więc tutaj stwierdzeń na temat tego, czy Maryja umarła czy zasnęła, czy wniebowzięcie oznacza wcześniejsze zmartwychwstanie czy nie. Istotą dogmatu jest bowiem prawda, że „Maryja, po zakończeniu biegu ziemskiego życia, została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały” [Pius XII, konst. apost. Munificentissimus Deus, cyt. za: Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, red. I. Bokwa, Poznań 2007, nr 1086].
Mamy nie „resurrectio”, a „assumptio”. I nie może być inaczej, skoro nie mamy do czynienia z twardym faktem historycznym, jak w przypadku Jezusa. Podkreślał Joseph Ratzinger, że zmartwychwstanie Jezusa „przekracza historię i nie jest zwyczajnym faktem historycznym, ale jest w nim istotne to, że dosięga historii i przejawia się w niej” [J. Ratzinger, Wzniosła Córa Syjonu. Rozważania mariologiczne, Poznań 2002, s. 48]. Nie może być w takim razie jeśli chodzi o Maryję wypowiedzi o charakterze historycznym, ale teologicznym. Więcej nawet: „rozstrzygającą inspiracją tej wypowiedzi był kult Maryi, (…) dogmat ma niejako swój początek, swoją siłę napędową i swój wyznaczony cel, nie tyle w tekście stwierdzenia, ile raczej w akcie czci oraz wywyższenia” [Tamże, s. 48].
Maryjny dogmat jest więc „aktem kultu, najwyższą formą pochwały Maryi, uwielbieniem. Co na Wschodzie robiła liturgia, hymny i obrzędy, to na Zachodzie zrobiła dogmatyzacja” [Tamże, s. 48]. Tak więc mamy do czynienia z przenikaniem się kultu i treści dogmatu: jest ta treść ukierunkowana na kult, ten z kolei opiera się na dogmacie. Jeśli więc kaznodzieja ma wyciągnąć z tego lekcję dla siebie, będzie ona zawierała dwa wnioski: po pierwsze, język biblijny znakomicie nadaje się do wyrażenia takiego uwielbienia Matki Pana, a po drugie – nie da się skutecznie mówić o czci dla Maryi bez osobistej pobożności maryjnej.
Wniebowzięcie Zjednoczeniem z Chrystusem
Jan Paweł II uważał, że „Nowy Testament, jakkolwiek bezpośrednio nie potwierdza Wniebowzięcia Maryi, daje podstawy do tej prawdy wiary, ponieważ ukazuje doskonałe zjednoczenie dziejów Najświętszej Panny z historią Jezusa” [Jan Paweł II, Katechezy Ojca Świętego Jana Pawła II. Maryja, Kraków-Ząbki 1999, s. 148]. Papież stoi na stanowisku, że to zjednoczenie Matki Pana ze swoim Synem domaga się kontynuacji po śmierci.
Dla głoszącego Słowo Boże jest to cenna wskazówka – może on posłużyć się nie tyle teologiczną spekulacją, ile zaproponować medytację nad tekstami Nowego Testamentu odkrywając przed słuchaczem meandry tej jedności między Jezusem a Maryją od momentu poczęcia, przez życie ukryte i publiczne Pana (obecność Maryi w Kanie), aż po Krzyż [por. Sobór Watykański II, Lumen gentium, nr 58]. Jeśli uda mu się pokazać rzeczywistość tej jedności, w słuchaczu powinno już obudzić się oczekiwanie postawienia „kropki nad i”, czyli dalszej wspólnoty losów Pana i Jego Matki w niebie.
Można by to zjednoczenie ukazać dodatkowo w perspektywie miłości. Święty Franciszek Salezy twierdził, że Maryja umierała „w miłości, z powodu miłości i z miłości” [cyt. za: S.M. Kałdon, Najświętsza Maryja Dziewica w wierze Kościoła. Mariologiczny komentarz do „Katechizmu Kościoła Katolickiego”, Kraków 2006, s. 99] do swego Syna. Jeśli prześledzić doświadczenie chrześcijańskich mistyków, można będzie lepiej zrozumieć to „umieranie z miłości” i pragnienie bycia z Panem. Więcej, nawet sama Biblia uprawdopodobnia ustami świętego Pawła usilne oczekiwanie złączenia się Maryi ze Zmartwychwstałym (por. Flp 1,23).
Współpraca w zbawieniu – udział w odkupieniu
„Maryja jest nierozerwalnie zjednoczona z Jezusem Chrystusem. Jest Jego Matką i uczennicą. Uczestniczy w Jego misji zbawczej. Konsekwencją tego zjednoczenia jest przebywanie Maryi z ciałem i duszą w Jego chwale” [W. Wołyniec, Maryja w pełni objawienia, Wrocław 2007, s. 101]. Zjednoczenie Maryi z Jezusem łączy się z Bożym planem, w którym Matka Pana ma swoją wyjątkową rolę do odegrania: ustanowiona Matką Boga rodzi Syna Bożego, wychowuje Go, a następnie przechodzi na pozycję uczennicy, która doskonale wypełnia Słowo Pana (por. Łk 11,28). Udział w misji zbawczej widoczny od poczęcia Chrystusa aż do Jego śmierci [por. Sobór Watykański II, Lumen gentium, nr 57 i 61] staje się najbardziej może wyraźny właśnie pod Krzyżem, kiedy miecz przenika duszę Maryi (por. Łk 2,35).
Głoszący może pokazać słuchaczom związek między uwielbieniem Chrystusa a Jego wcześniejszym uniżeniem (por. Łk 24,26; Flp 2,8-9), a następnie próbować znaleźć ten sam związek w życiu Maryi, która „została złączona w sposób najściślejszy z ofiarą swego Syna. Było więc czymś odpowiednim, by nastąpiło wywyższenie po uniżeniu macierzyńskim na Kalwarii. Do uwielbienia Sługi Cierpiącego dołączyło się uwielbienie Służebnicy ukrzyżowanej w swej miłości macierzyńskiej” [L. Melotti, dz. cyt., s. 102]. Tak rozumieli to już Ojcowie Kościoła, którzy za owoc tajemnicy paschalnej uważali przejście Maryi do chwały [por. Jan Paweł II, dz. cyt., s. 149].
Nowy Adam i Nowa Ewa w niebie
Z tym udziałem Maryi w dziele odkupienia wiąże się tzw. Protoewangelia (por. Rdz 3,15), którą również można wykorzystać w przygotowaniu homilii. Konstytucja powołuje się na nią, „sięgając do patrystycznej tradycji Nowej Ewy, która walczy i zwycięża” [L. Melotti, dz. cyt., s. 95]. Oczywiście w sensie literalnym tekst Rdz 3,15 mówi o Ewie, a nie o Maryi, ale „Tradycja już od II w. (św. Justyn) widziała w Maryi nową Ewę. Ma więc uzasadnienie wniosek, że w Rdz 3,15 jest przepowiedziany udział Maryi w całkowitym zwycięstwie nad szatanem, grzechem i śmiercią” [S.M. Kałdon, dz. cyt., s. 104-105; por. również: Sobór Watykański II, Lumen gentium, nr 56].
Tak jak u początku dziejów ludzkości mamy do czynienia nie z jednym człowiekiem, ale z dwoma: mężczyzną i kobietą, tak na końcu dziejów zbawienia znajduje się nie sam zmartwychwstały Chrystus, ale również „wskrzeszona z martwych – Maryja: nowy Adam i nowa Ewa, pierwociny powszechnego zmartwychwstania ciał, które stanie się udziałem całej ludzkości” [Jan Paweł II, dz. cyt., s. 150]. „Jak przeto chwalebne Zmartwychwstanie Chrystusa – stwierdza Konstytucja Piusa XII – było istotnym składnikiem a zarazem ostatecznym trofeum zwycięstwa, tak też wspólna walka Najświętszej Dziewicy i Jej Syna winna być zakończona »uwielbieniem« Jej dziewiczego ciała” [Pius XII, konst. apost. Munificentissimus Deus, cyt. za: Breviarium fidei..., dz. cyt., nr 1084], zgodnie ze słowami Apostoła (por. 1Kor 15,54).
Pełnia łaski – pełnia zbawienia
Ukazać można również związek między Niepokalanym Poczęciem a Wniebowzięciem. Ta więź pozwala się „opisać być może w taki sposób: gdzie jest pełnia łaski, tam jest pełnia zbawienia. Gdzie łaska nie znajduje się na granicy równoczesnej sprawiedliwości i grzeszności, ale jest czystym »tak«, tam nie ma miejsca na śmierć – służebnicę grzechu” [J. Ratzinger,, dz. cyt., s. 51]. Byłoby Wniebowzięcie Maryi powiązane z innymi przywilejami i stanowiłoby ostateczny owoc Jej ziemskiej pielgrzymki. „Doskonałemu zbawieniu w pierwszej chwili odpowiada doskonałe zbawienie u kresu życia” [L. Melotti, dz. cyt., s. 94].
To uwielbienie związane z Jej świętością obejmuje oczywiście zarówno ciało, jak i duszę, ponieważ „świętość dotyczy całej ludzkiej osoby w jej wymiarze cielesno-duchowym”. Kaznodzieja powinien więc odwołać się do określenia „pełna łaski”, gr. kecharitoméne (por. Łk 1,28), które w tym kontekście odnosiłoby się do całej osoby Maryi – jej duszy i ciała.
Można by również odwołać się do biblijnego obrazu ciała jako świątyni (1Kor 6,19), co może szczególnie potrzebne jest w dzisiejszych czasach związanych z ambiwalentnym traktowaniem ciała ludzkiego. Ta Maryjna świątynia znajduje się już w niebie, uprzedzając uwielbienie ciał wierzących, które nastąpi przy końcu świata.
Ojcowie i Matka w niebie
Ciekawym pomysłem homiletycznym okazać się może rozważenie fragmentu Łukaszowej Ewangelii, który mówi o Bogu patriarchów (por. Mk 12,18-27 i par.) czy Przemienieniu, w czasie którego Pan rozmawia z Mojżeszem (por. Mk 9,2-8 i par.), niewątpliwie zmarłym (por. Pwt 34,5). „Przyglądając się Maryi w świetle tych i wielu innych jeszcze wypowiedzi Starego i Nowego Testamentu, nie można po prostu nie postawić pytania o kres Jej życia ziemskiego i o Jej dalsze życie w niebie” [L. Balter, Eschatologia współczesna dla duszpasterzy i katechetów, Kraków 2010, s. 61].
Bóg Izraela przedstawiał się jako Bóg ludzi, w których okazał się wielki, „On nazywa się Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba (…) W ten sposób kult Maryi wiąże się z obrazem Boga, który łączy ojców ze swoim imieniem i sławiąc ojców szerzy swoją sławę” [J. Ratzinger,, dz. cyt., s. 50]. Ratzinger zwrócił uwagę na Jezusową interpretację Boga Ojców w łączności ze zmartwychwstaniem – łączy On „obydwa tematy tak, że jeden warunkuje drugi (…) To, że należą oni do samego imienia Boga, dowodzi zmartwychwstania (…) prawo do kultu zakłada pewność zwycięstwa nad śmiercią – pewność zmartwychwstania” [Tamże, s. 50]. „Możemy powiedzieć – kontynuuje obecny papież – że kto może być czczony, wywyższany przez imię Boże, ten żyje. Możemy także powiedzieć, że odnosi się to do Maryi (i o ile wiemy tylko do Niej) w sposób ostateczny i niekwestionowany, gdyż Ona reprezentuje Kościół i jego ostateczne zbawienie, które nie jest już tylko mającą spełnić się obietnicą, ale jest rzeczywistością” [Tamże, s. 52].
Wniebowzięcie ochrzczonych w Nowym Testamencie
Tyleż interesującą co wymagającą refleksję biblijną w kontekście Wniebowzięcia proponuje teolog Ratzinger. Uważa on, że tekst Kol 3,3 („Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu”) wskazuje, że „istnieje coś w rodzaju »wniebowzięcia« ochrzczonych, o którym wyraźnie mówi List do Efezjan: »Bóg wzbudził was z martwych, dozwolił zasiadać na niebiosach w Chrystusie Jezusie«” (2,6) (…) Ochrzczony, jako ochrzczony, jest, i tak dalece, jak nim jest, włączony już teraz we wniebowstąpienie i żyje w Nim, w uwielbionym Panu, swoim ukrytym (prawdziwym) życiem” [Tamże, s. 52].
Na tej podstawie można by powiedzieć, że formuła o „»wzięciu« Maryi z ciałem i duszą traci całą spekulatywność i dowolność; w rzeczywistości jest ona tylko najwyższą formą kanonizacji” [Tamże, s. 52]. Wewnętrzną treścią chrztu jest wiara, która w przypadku Maryi mogła być nieograniczona (por. Łk 1,45), a przez to cała istota chrztu mogła się urzeczywistnić, „śmierć została złamana przez zwycięstwo Chrystusa. Mówi się, że w Niej wszystko przeciwstawiające się jeszcze chrztowi (wierze) zostało w sposób ostateczny przezwyciężone przez śmierć ziemskiego życia” [Tamże, s. 52].
Wykorzystujący tę refleksję kaznodzieja może uzupełnić jeszcze homilię o rozważenie słów Apostoła Narodów na temat chrztu (po. Rz 6,3-11). Według Pisma droga, którą przeszedł Jezus przez śmierć do zmartwychwstania, jest drogą wszystkich chrześcijan, przy czym „uczestnictwo w chwale zmartwychwstania obejmie całego człowieka, a więc ducha i ciało” [S.M. Kałdon, dz. cyt., s. 103] (por. 1Kor 15,42-44). Czy na podstawie fragmentu z listu do gminy korynckiej nie możemy uznać, że właściwą kolejnością zmartwychwstania byłoby, aby za Chrystusem dostąpiła go Jego Matka? (por. 1Kor 15,20-23).
Biblia o możliwości wzięcia do nieba z duszą i ciałem
Skoro Pius XII nie zajął stanowiska w sprawie śmierci Maryi, konsekwentnie nie można mówić o „zmartwychwstaniu”, ale o „wzięciu” do nieba. René Laurentin zwraca uwagę, że słowo „assumpta – »wzięta«, to jest to samo słowo, przez które Stary Testament wyraża prawdę o życiu w Bogu po śmierci” [R. Laurentin, dz. cyt., s. 101], czego przykładem użycia tego słowa jest modlitwa Psalmisty zapisana w Ps 73(72),24b. Według autora książki Maryja. Matka Odkupiciela Psalmista doszedł do takiego wniosku medytując nad wzięciem do nieba innych starotestamentalnych bohaterów: Henocha (por. Rdz 5,24) i Eliasza (por. 2Krl 2,11; Syr 48,9) [por. Tamże, s. 101].
Również Nowy Testament nie wyklucza możliwości wzięcia człowieka z ciałem i duszą do nieba. Taką możliwość wskazuje 1Kor 15,22-23, a być może również zmartwychwstanie świętych po śmierci Jezusa opisane w Mt 27,52-53 było „zmartwychwstaniem definitywnym i równocześnie przeniesieniem do chwały niebieskiej” [S.M. Kałdon, dz. cyt., s. 102].
Z kolei jeśli homileta chciałby uwzględnić paralelizm między wzięciem do nieba Jezusa (por. Dz 1,2.11) oraz Maryi, nie może zapomnieć o istotnej różnicy między tymi wydarzeniami, na co zresztą wskazują różne terminy je wyrażające. „Przez termin »wniebowzięcie« pragnie się wskazać, że postawa Maryi w jej uwielbieniu jest całkowicie pasywna. Natomiast termin »wniebowstąpienie« podkreśla, że Chrystus wstąpił do nieba własną mocą” [L. Melotti, dz. cyt., s. 101]. A jeszcze i o tym trzeba pamiętać, że co do faktu zmartwychwstania Pana mamy objawienie, a wniebowstąpienie wiązało się z widoczną manifestacją – nie mamy takich świadectw jeśli chodzi o Matką Pana.
Niewiasta z Apokalipsy oraz Arka Przymierza
Kaznodzieja być może zechce wykorzystać również fragmenty biblijne mówiące o Niewieście obleczonej w słońce (por. Ap 12,1) czy Arce Przymierza (por.: Ps 132,8; Ap 11,19). Niewiasta z Apokalipsy, we fragmentach używanych w liturgii, „w sensie właściwym oznacza Kościół”, jednak „teologia scholastyczna widziała Matkę Bożą cieszącą się pełną chwałą niebieską” [S.M. Kałdon, dz. cyt., s. 104; por. również: W. Wołyniec, dz. cyt., s. 99-100]. Munificentissimus Deus nie cytuje tych tekstów, można z nich korzystać tylko wtedy, gdy ukazuje się Maryję w odniesieniu do niebieskiego Jeruzalem, z którym stanowi Ona jedno [por. L. Melotti, dz. cyt., s. 96].
Ojcowie Kościoła oraz średniowieczni teologowie do cielesnego wniebowzięcia Maryi odnosili też w sensie typicznym teksty o Arce Przymierza, która „wykonana z niezniszczalnego drzewa jest symbolem ciała Maryi zachowanego od rozpadu w grobie” [S.M. Kałdon, dz. cyt., s. 104].
Z wiary w autorytet Kościoła – wiara w dogmat
Ze względu na brak bezpośrednich dowodów skrypturystycznych musiał się Kościół oprzeć na głębokiej refleksji biblijno-teologicznej oraz powszechnej wierze ludu Bożego wyrażonej w czci dla Maryi wziętej do nieba. Z kolei dogmatyczne orzeczenie Kościoła pozwala rozpoznać fakt wniebowzięcia Maryi za należący do depozytu objawienia. Można więc powiedzieć na zakończenie, że w tym przypadku Kościół z samej swojej istoty stanowi autorytet, który daje pewność wiary.
Zasadne więc będzie, by do rozważanych fragmentów biblijnych dodać również i te, które stanowią podstawę nieomylności Kościoła.
Sławomir Zatwardnicki
Tekst ukazał się w: „Ateneum Kapłańskie” nr 614 z 2011 r.
Odsłon: 346 Komentarzy: 10
Thursday,08 September 2011,12:01
Kategoria: Rodzina Thursday, 08 September 2011, 12:01
Jeśli ryzykowna miłość ojca ma przynieść owoc wygranej, trzeba aby matka pozwoliła mu na dokonywanie tej wychowawczej operacji na żywym organizmie dziecka, jakiej dokonać może tylko on.
Miłość ojcowska „na dystans”
Jeśli fizyczny związek między matką a dzieckiem w okresie ciąży uznać za obraz tej relacji, która będzie łączyła ich już potem przez całe życie, konsekwentnie można przyjąć, że brak tego błogosławionego doświadczenia w życiu ojca stanowi wyraz innego stosunku między nim a dzieckiem na planie psychologicznym czy może nawet duchowym. Jest poza zasięgiem ojca tak wielka intensywność i całkowitość związku z dzieckiem, jaka pojawia się w przypadku macierzyństwa.
Nie należy jednak wyciągać tyleż pochopnego, co nietrafnego wniosku, jakoby ten emocjonalny dystans między tatą a potomstwem był jakimś błędem. Owszem trzeba ojcu pracować nad byciem tatą, skoro nie przychodzi mu to tak naturalnie jak mamie, nie należy jednak oczekiwać, że stanie się on „drugą mamą”. Warto czy nawet trzeba zdać sobie sprawę obojgu rodzicom z faktu różnicy między obdarowaniem mężczyzny i kobiety, który objawić się musi odmiennie przeżywanym doświadczeniem rodzicielstwa.
Jest ojciec mniej zdolny do spontanicznego kontaktu z dzieckiem, do intuicyjnego rozumienia świata dziecięcego. I jeśli wykaże się gotowością do zajmowania się problemami dzieci, na pewno nie będą go one angażowały tak mocno emocjonalnie jak matkę. Nie straci zimnej krwi, będzie umiał wyjść poza dziecięce potrzeby. To zresztą stanowić może przyczynę nieporozumień między małżonkami – dla żony wydawać się będzie postawa męża niezrozumiała, nienaturalna i bezlitosna. Wszak ona zrobiłaby dla pociech wszystko – gotowa przeżyć życiowe problemy w zastępstwie swoich dzieci.
Długodystansowa miłość ojca
Kiedy matka płacze razem z płaczącymi dziećmi, ojciec pamięta, że sam płacz nie świadczy jeszcze, że płaczący jest bez winy. Każdy mężczyzna uległ choć raz w swoim życiu płaczowi kobiety czy dziecka; i wie już, że takie uleganie nierzadko przyprawiło go o poczucie winy. To dlatego teraz stara się oprzeć pokusie emocji i wznosząc się ponad wrażliwość emocjonalną nie pozwala sobie, a także dzieciom, stracić obiektywnego punktu widzenia. Nie jest więc mężczyzna bez serca, ale góruje w jego postępowaniu rozsądek. Miłość ojca to nie tyle „miłość na dystans”, co „miłość długodystansowa”, dobrze przygotowująca dzieci do przyszłego życia.
Nie ochrania ojciec dziecka za wszelką cenę przed doznaniem czy to trudu, czy cierpienia życiowego, ale pomaga przeżyć przykrą sytuację. Nie pozwala dziecku trwać w ułudzie czy negowaniu rzeczywistości, ale uczy je prawdy o sobie i świecie. Jeśli daje poczucie bezpieczeństwa, to w inny sposób niż matka. Nie stara się być tarczą między dzieckiem a rzeczywistością, ale prowadzi potomka na wojnę o przetrwanie – tak rodzi się inny rodzaj bezpieczeństwa, dziecko otrzymuje komunikat: pomimo tego, że nie jest łatwo, mogę dać sobie radę.
Jeśli mama kręci się po orbicie uczuć dziecka, ojciec w centrum uwagi stawia kategorie prawdy i fałszu oraz wartości, w które wierzy. Nie tyle interesuje go poprawianie samopoczucia dziecku czy minimalizowanie przykrości przez niego doznawanych, ile odpowiedź na pytanie, która z wychowawczych interwencji jest właściwa, a którą należy odrzucić jako błędną. Nie zawaha się więc ojciec przed konfrontowaniem dziecka z zasadami moralnymi nawet wtedy, gdy wymagać to będzie od wychowanka cierpienia czy poświęcenia.
Piękny owoc ryzykownej miłości?
Mniejszy stopień zaangażowania emocjonalnego ze strony ojca, mimo iż niezastąpiony jeśli dobrze go wykorzystać, niesie w sobie pewne zagrożenia. Ryzyko w przypadku tacierzyństwa polegać będzie na tym, że łatwo przyjdzie ojcu ulegać tendencji do ucieczki od wychowawczego zaangażowania, a trudno będzie mu poświęcić swoje sprawy osobiste czy zawodowe dla rodziny i dzieci – w każdym razie nie będzie to dla niego tak naturalne jak dla żony, zawsze pozostanie wyborem opartym nie tyle o uczucia, co o wolę.
Zbyt szybko będzie też chciał machnąć ręką na rozwijanie emocjonalnej relacji z dziećmi, tym bardziej że w tej dziedzinie nigdy nie osiągnie takich sukcesów jak kobieta, a przecież dla kochającego sportowe zmagania mężczyzny liczy się tylko wygrana. Dobrze byłoby jednak, aby dla dobra rodziny potrafił się uczyć od żony również tej emocjonalnej więzi z latoroślami, tak żeby jego model wychowania nie ograniczył się do bezlitosnego konfrontowania dziecka z rzeczywistością.
Z kolei jeśli ryzykowna miłość ojca ma przynieść owoc wygranej, trzeba aby matka pozwoliła mu na dokonywanie tej wychowawczej operacji na żywym organizmie dziecka, jakiej dokonać może tylko on. Niech mężczyzna wolny od ulegania emocjonalnemu rozmyślaniu się dziecka czy szantażowi emocjonalnemu żony, uczy dziecko życia. Tak aby zaakceptowało ono rzeczywistość i zobaczyło jej trudne piękno.
Sławomir Zatwardnicki
Źródło: Serwis rodzinny OPOKI
Odsłon: 153 Komentarzy: 0
Wednesday,27 July 2011,22:39
Kategoria: Ekonomia Wednesday, 27 July 2011, 22:39
Książka Andrzeja Mańki Bogaty Polak, biedny Polak [1] nie jest na pewno poradnikiem finansowym. Raczej zaproszeniem do odbycia inicjacji duchowej. I pewnego rodzaju znakiem czasu.
Od biedy do bogactwa
„W każdym z nas mieszka bogaty i biedny Polak” (s. 10 [2]), portret obu zostaje przez Mańkę narysowany wyraźną kreską, tak żeby czytelnik nie miał wątpliwości, po której stanąć stronie. Polaka biednego, żyjącego na pokaz i z kredytów, powielającego stereotypy finansowe, a na dodatek usprawiedliwiającego swoją biedę błędnymi przekonaniami religijnymi, przeciwstawia bogatemu Polakowi, który poddaje się edukacji finansowej, zarabia i inwestuje, a przede wszystkim stara się o harmonię między wszystkimi dziedzinami życia, w tym religijną i finansową. Można byłoby poprzestać na tej krótkiej karykaturze, ale autor idzie dalej/głębiej.
Twierdzi Mańka, że żyjemy w wyjątkowym świecie: „oto po raz pierwszy w dziejach każdy może pozyskać tyle pieniędzy i dóbr materialnych, ile zechce” (s. 43), ich zdobywanie przypomina igraszki przedszkolaków. „Na Twój pierwszy milion nigdy nie jest za wcześnie”, zapewnia czytelnika tytułem rozdziału Mańka, a następnie raczy go bajeczką o tym, jak to w wieku kilku lat zarobił fortunę i stał się „najbogatszym biznesmenem, bankierem i inwestorem na świecie – oczywiście, biorąc pod uwagę mój wiek” (s. 27). Inteligentny czytelnik zrozumie, że to tylko snucie finansowych konfabulacji, do których w dalszej części książki zaprosi Mańka czytelnika.
Nie zadawajmy zbędnych pytań, czy warto zaufać Mańce w tej podróży ku bogactwu; nie podważajmy jego autorytetu, inicjacja może się dokonać tylko wtedy, gdy zaufamy bezgranicznie kapłanowi edukacji finansowej. Nie sprawdzajmy jego konta niby-milionera, przyjmijmy, że gromadzi jednak na nim miliony, a zdanie „wiem, jak to jest mieć 10, 20 czy 50 000 złotych na koncie, bo zdarzyło mi się to już niejeden raz” (s. 83) uznajmy za wyraz skromności. Zresztą, według autora nie w samym zarabianiu, skoro ono przychodzi bez trudu, ale w jego utrzymaniu jest problem – rzeczywiście, nie lada to wyczyn utrzymać bogactwo, którego jeszcze nie ma. Wcześniej trzeba by przyjąć, że „bogactwo to stan umysłu, a nie konta” (s. 58).
Od bogactwa do przemiany umysłu
Jeśli tak się sprawy mają, należy poddać się przemianie umysłu. Zaczyna się ona od tego, że lękom i wątpliwościom należy wypowiedzieć wojnę: „Jeśli masz sprzeczne, mieszane uczucia w stosunku do pieniędzy, pozbądź się ich! Jeśli tego nie zrobisz – one mogą pozbyć się ciebie…” (s. 98). Zdaniem Mańki-domorosłego psychologa na ludzkie emocje (i idące za nimi działania) wpływa przede wszystkim podświadomość, proponuje on zatem jedną z technik newage’owych, jaką jest neurolingwistyczne programowanie (na zagrożenia związane z NLP zwracali uwagę ks. Aleksander Posacki [3] czy Robert Tekieli [4]). Na dowód skuteczności techniki przytacza Mańka przykład ze swojego życia: dzięki NLP pozbył się lęków, a przy okazji „innych, jakichś przedziwnie z nim powiązanych barier ograniczających (…) wolność emocjonalną” (s. 96). (Czy właśnie tej dziwnej wolności należy przypisać powstanie niby-poradnika finansowego?).
Oprócz tego proponuje Mańka inne techniki – budzenie w sobie „niedojrzałego marzyciela” (wszak wszyscy wynalazcy byli wewnątrz jak dzieci) przez odrzucanie bagażu doświadczeń i koncentrowaniu się na marzeniach, albo przenoszeniu się w czasy dzieciństwa i budowaniu swojej zamożności w tamtym czasie („tam” pewnie narodziła się bajeczka o małym Andrzejku-milionerze). Dobrze jest według Mańki wchodzić w stan twórczej euforii, który „można świadomie stymulować” (s. 19). Wychodzeniu z niewoli finansowych stereotypów (ku niewoli innego rodzaju?) służyć ma słuchanie w samochodzie audiobooków o finansach (w tym Mańkowego?), oglądanie filmów, które wyzwalają w widzu wiarę w ludzką potęgę i kreatywność (tego nie mógł pominąć Mańka-reżyser filmowy), otaczanie się tymi, którzy zwiększają potencjał.
Wzbudzeniu zaufania do autora, który ekspertem finansowym nie jest, służyć ma identyfikacja czytelnika z autorem, który zalicza się do „zwykłych użytkowników”. Jest więc Mańka jednym z nas, Polakiem biednym, który stał się Polakiem bogatym (pamiętamy, nie o konto chodzi, a o stan umysłu), i dlatego możemy otworzyć się „na te zupełnie nowe doznania” (s. 33), które proponuje. Ale też nie jest całkowitym lakiem Mańka, wszak prowadzi internetowe kursy dotyczące finansów oparte na programie Edukacji Finansowej Crown (polskiej gałęzi Crown Financial Ministry) [5] oraz propozycjach Roberta Kiyosakiego, znanego przede wszystkim z książki Bogaty ojciec, biedny ojciec (stąd tytuł książki Mańki).
Od metanoi do idolatrii
To naprawdę ciekawe połączenie: z jednej strony Crown, organizacja zasłużona, której można co najwyżej zarzucić fundamentalizm biblijny, z drugiej idee Kiyosakiego, co do których Mańka pisze, że potrzebował aż dwóch lat, żeby w pełni je sobie przyswoić. „Jeśli (…) należysz do grona tych, którzy nie zdołali się jeszcze przekonać do oryginalnego, nieco filozoficznego i praktycznego zarazem systemu ujmującego istotę pieniędzy, (…) spróbuj raz jeszcze” (s. 104). To będzie duży krok na drodze inicjacji, tak że za Mańką będzie czytelnik mógł powiedzieć, że w końcu odczuł „zbawienne skutki edukacji finansowej” (s. 115). Religijny język nie pojawia się tutaj przypadkiem. Kilka lat zajęło Mańce wejście na tę zbawienną drogę – inicjacja została dokonana. Teraz pora na czytelnika.
Wziął do ręki czytelnik poradnik finansowy, a otrzymał wątpliwą filozofię czy nawet religię: „Pragnę dać Ci moje świadectwo nadzwyczajnych, a może wręcz nadprzyrodzonych korzyści, jakie daje edukacja finansowa” (s. 32). Niewątpliwie słuszny jest punkt wyjścia – powiązanie sfery finansowej z innymi sferami życia. Ale w końcu książki okazuje się, że „ambicją było odnalezienie odpowiedzi na pytanie: »Dlaczego chcę i dlaczego powinienem być bogaty«” (s. 90). Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy – mawiał pewien lewicowy polityk. Otóż lektura książki nie pozostawia złudzeń, że jednak mamy tu do czynienia z idolatrią. Pieniądz jest w centrum życia, edukacja finansowa „zmienia cały Twój system życiowej, praktycznej filozofii, włączając w nią Twoje umocowanie duchowe...” (s. 9). Nie jest to tylko sprzężenie zwrotne między różnymi dziedzinami życia, ale zależność wszystkiego od tej jednej, finansowej.
Dlatego nawet te fragmenty książki, które poświęca Mańka rozważaniom o Bogu i religii, które wydały mi się z całej książki najbardziej szczere, w końcu i tak zostają podporządkowane pieniądzu. Zaczyna się od prób odwojowania katolicyzmu jako religii, która nie gorzej niż protestantyzm (kłania się Max Weber) może prowadzić do bogactwa zamiast utrzymywania ludzi w ubóstwie; broni Mańka-neofita gorliwie Kościoła jako jeden „z nas, wierzących i praktykujących katolików” (s. 78); a w końcu dochodzi do tego, że „podjęcie wyzwania (…) poszukiwania odpowiedzi na pytania o Boga w kontekście osobistego planu budowania zamożności stanowi klucz do materialnego sukcesu” (s. 86).
Czy Bóg jest dla Mańki tylko ideą, która ma zostać wprzęgnięta w proces bogacenia się? Ale przecież bogactwo to nie bogactwo, a stan umysłu, a do przemiany umysłu trzeba Boga, który może pomóc wzbogacić się, ale przecież bogactwo to tylko stan umysłu, itede, itepe… Smutne najbardziej jest to, że sam Mańka, człowiek kulturalny i wykształcony, nie jest przecież taki głupi, żeby wprost ubóstwiać pieniądz czy uprawiać „filozofię pieniądza”. Z całości książki przebija raczej poszukiwanie mądrości – po to, żeby zaraz ją nieszczęśliwie gubić w hipnotycznej mantrze zagrzewania czytelnika (i siebie samego?) do bogacenia się; ale ilekroć mowa jest o bogactwie, tylekroć również o tym, że nie ono jest najważniejsze. I tak w koło (błędne).
Od Mańki do znaków czasu
Trudno uwierzyć, że Mańce naprawdę chodzi o bogactwo czytelnika. Odnosi się wrażenie, jakby książka stanowiła raczej wyraz pewnej przebytej przez autora drogi. Inteligentny autor wydaje się być nieszczęśliwy w przyjętej przez siebie roli, nawet tytuł książki przyjmuje on z trudem, za namową wydawcy (por. s. 15). Dlaczego jednak decyduje się ją napisać? Czemu nie wybierze tych wartości chrześcijańskich oraz antycznych, do których raz po raz czyni aluzje? Być może odpowiedź leży w tej swoistej inicjacji, której się poddał.
Przekonania, które Mańka przyjął, nie są przecież żadną edukacją finansową. Wyczuwa się w tej „holistycznej edukacji finansowej” wpływ tego samego ducha, który stoi za newage’ową medycyną alternatywną czy zdrowym odżywianiem się (nieprzypadkowo wydawca książki propaguje poradniki dot. np. irydologii czy akupresury [6]); i tak jak tam zdrowie staje się bogiem, tak tutaj pieniądz; i tak jak tam wokół zdrowia kręci się cała nadbudowa filozoficzno-religijna, tak tutaj buduje się podobną otoczkę wokół pieniądza.
Jest według autora Bogaty Polak, biedny Polak „debiutem, jeśli chodzi o wymagającą poetykę gatunku literatury, jakim jest poradnik” (s. 13). Według niżej podpisanego nie jest książka Mańki poradnikiem, ale jakąś filozofią lub parareligią. Duchowe (dajmy już spokój z tym bogactwem!) poszukiwania Mańki rozpoczęły się, jest on otwarty na duchowy świat. Mam nadzieję, że zamiast brnąć dalej w newage’owe wierzenia zreflektuje się jednak i postawi na ortodoksyjną wiarę.
Dla czytelnika ważne jest również to, że świadectwo Mańki można czytać jako wyraz pewnej duchowej pustki, która daje o sobie znać w środowisku finansowym. Wydaje się, że nie jest Mańka odosobnionym przypadkiem zarówno jeśli chodzi o infantylność religijną, jak i szczerość duchowych poszukiwań. W tej perspektywie Bogaty Polak, biedny Polak opowiadałby o bogactwie/biedzie duchowej. Z drugiej strony byłby informacją o współczesnej strategii przyjętej przez złego ducha: kryje się on za językiem paranaukowym (paramedycyna, pseudoedukacja finansowa) i proponuje niby harmonijny rozwój człowieka, a w gruncie rzeczy prowadzi do bałwochwalstwa.
Sławomir Zatwardnicki
[1] A. Mańka, Bogaty Polak, biedny Polak. Jak o pieniądzach myślą bogaci i dlaczego biedni robią błąd, myśląc inaczej, Gliwice 2011 (książka, e-book i audiobook).
[2] Wszystkie przypisy w nawiasach pochodzą z egz. recenzenckiego, przedpremierowego, książki (przypis 1) w wersji maszynopisowej.
[3] Por. A. Posacki, Neurolingwistyczne Programowanie (NLP), w: A. Posacki, Encyklopedia zagrożeń duchowych, Radom 2009, tom 2, s. 133-138.
[4] Por. R. Tekieli, Mądre bzdury, w: http://newage.info.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=17&Itemid=17, 20.06.2011.
[5] Więcej o organizacji – zobacz: www.crown.org.pl
[6] Zobacz zakładkę „Zdrowie” na stronie wydawcy książki: www.zlotemysli.pl
Tekst ukazał się w piśmie „Rzeczy wspólne”
Odsłon: 450 Komentarzy: 0
Świeccy
Syn Boży, mąż Oli, tato Oksany i Tymoteusza, redaktor naczelny www.gazetaswiecka.pl
Wednesday, 23 May 2012
