Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Moherowa prawda

Kategoria: Kościół Thursday, 17 May 2012, 07:59

Każdego dnia w jadłodajniach prowadzonych przez Caritas, parafialne oddziały charytatywne, zgromadzenia zakonne je posiłek sto tysięcy osób. To tyle ile liczy średniej wielkości miasto w Polsce. Inicjatywa ks. Jacka Stryczka z Krakowa „Szlachetna Paczka”, która błyskawicznie rozprzestrzeniła się w całej Polsce, w ubiegłym roku przyczyniła się do tego, że prawie dwanaście tysięcy rodzin otrzymało pomoc (średnia wartość paczki dla rodziny wyniosła 1542 zł). Zaangażowało się w nią ponad dziesięć tysięcy wolontariuszy. Pracowali bez blasku jupiterów, telewizyjnego zgiełku, nachalnej reklamy. Tysiące budynków, które Kościół odzyskał w wyniku prac Komisji Majątkowej, służą dziś jako domy pomocy społecznej, pełnią rolę stołówek dla ubogich, wiele zamieniono na szkoły, przedszkola, szpitale. Rekompensaty za utracony majątek kościelny zainwestowano w rożnego rodzaju dzieła, służące dobru ogółu, sfinansowano renowację zabytków, stanowiących ważną część dziedzictwa narodowego. Itd.

Nie słyszeliście Państwo o tym? No tak. Bo i skądże?...
Największe media milczą na ten temat. Poprawność polityczna każe pisać o Kościele jako organizacji niemalże przestępczej, kierowanej przez ciemne siły, nastawionej na branie, domagającej się (nie wiadomo dlaczego?) jakiegoś (?) utraconego (kiedy?) majątku. Wystawiającej rękę po datki od państwa, które musi odbierać od ust emerytom, nauczycielom, zamykać szkoły aby tylko uczynić zadość żądaniom uprzywilejowanemu „czarnemu” reżimowi. Nawet jeśli ktoś nieopatrznie napisze czy powie, że to jednak nie tak, że prawda jest inna, ujarzmieniu niepokornego służy cała paleta inwektyw i sarkazmów. Zwykle raz dostawszy po głowie, więcej się nie wychyli i nie złamie niepisanej umowy, że o „nich” (najbardziej – tych rydzykowych, moherowych) nie można pisać dobrze.
Że dobro się marnie sprzedaje, zaś good news is bad news? Tak myśli wielu. Nie dlatego, że dysponuje określoną wiedzą, pozwalającą na snucie samodzielnych wniosków. I nie dlatego, że ich myśleniem kieruje pragnienia dotarcia do prawdy. Tak komentują rzeczywistość meinsteamowi dziennikarze, celebryci, tak mówi pan Tusk i Palikot. Tak szepczą suto opłacani doradcy, ponieważ w malowaniu świata w takich właśnie odcieniach znajdują wymierny interes. No i jeszcze emocje. Są jak kamień rzucony na strome górskie zbocze albo mgła, która miłosiernie zasnuwa niegramotność i pustkę. Bez nich nie dało by się już dziś sprawować władzy czy prowadzić kampanii wyborczych. Bariera nie do przebycia…
Czy jednak naprawdę tak musi być?
Informacje, które zostały przedstawione na początku felietonu, nie są tajne. Można je znaleźć w Internecie, są publikowane w raportach KAI, wykorzystują je ci, dla których zwyczajna ludzka uczciwość nie jest pustym frazesem. Brakuje woli, aby po nie sięgnąć. A bywa, że i odwagi. Obawiam się, że jako wspólnota ludzi wierzących daliśmy się zepchnąć do narożnika, gdzie można się tylko bronić. Dajemy się prowokować, wciągać w jałowe, bezsensowne wojenki, wymieniać emocjonalne ciosy. Dlatego tak niebezpieczni dla mainstreamu są ludzie, którzy mają argumenty, chcą się nimi wymieniać, szukać prawdy. Są zbyt groźni, aby udzielić im głosu.
Dobrem trzeba się dzielić. Dziś szczególnie potrzebne są wszelkie działania, które otworzą ludziom oczy, umocnią, dadzą argumenty do ręki - uodpornią na bluźnierczy jazgot, przykrywający popiołem relatywizmu wszystko, co ma w sobie odrobinę stałości czy świętości. Potrzebne są, choćby nawet niewielkie, gazetki parafialne, lokalne pisma - dobrze redagowane są ogromnym wsparciem dla ludzi, którym zależy na pomnażaniu dobra, budują wspólnotę. Analogiczną funkcję mogą pełnić strony internetowe, blogi. Jest to tzw. dziennikarstwo obywatelskie. Jego rola, w kontekście dominacji potężnych koncernów medialnych, jest nieoceniona. Pozwala przebić się informacjom, które demaskują i ośmieszają oficjalny przekaz, pozwalają wyjść poza poprawnościowy nurt. Rzetelna wiedza otwiera oczy. Uczy samodzielności w myśleniu, właściwego oceniania i pozwala dobrze wybrać kryteria, na zrębach których będziemy budowali nasze światy.
Wykorzystujmy wolność, dopóki ją mamy.

Odsłon: 330 Komentarzy: 6


Fałszywi przyjaciele kobiet

Kategoria: Wydarzenie Friday, 03 August 2012, 16:07

Pierwsze wrażenie po obejrzeniu spotu zachęcającego do udziału w "manifie" jest takie: głównym powodem wszelkich nieszczęść Polaków, a w szczególności Polek, jest Kościół. A gdyby wyrzucić religię ze szkół i przedszkoli, nie trzeba ich będzie zamykać. Wypowiadającym się w tym duchu przed kamerą nie przeszkadza absolutny brak logiki w tym, co mówią i do czego zapraszają. Twierdzenia o "koszmarnej pępowinie" rzekomo łączącej Kościół i państwo, przeplatane żądaniami o respektowanie (aborcyjnych) "praw kobiet", okraszane bezsensownymi oskarżeniami o ciemnotę i zacofanie (spowodowane, a jakże, nadreprezentatywnością Kościoła w przestrzeni publicznej), przeplatane wątkami Euro 2012, tworzą monotonny bełkot. Jazgotliwa muzyka dopełnia reszty. Przypuszczać należy, że tak będzie też w niedzielę.
Feministki już dawno straciły kontakt z rzeczywistością. Publiczne wystąpienia pań Nowickiej, Szczuki, Środy i innych, oprócz generowania złych emocji i podsycania nienawiści do chrześcijaństwa, nie wnoszą nic nowego do debaty publicznej. Ponieważ brak jest w nich argumentów, trudno podjąć jakąkolwiek dyskusję. A jeżeli się pojawiają, są tak bardzo zmanipulowane, że nie wiadomo, czy w ogóle ma sens jej zaczynanie. I tak oto zdaniem feministek, Fundusz Kościelny rocznie przeznacza na składki na ubezpieczenia społeczne księży 224 mln złotych. W rzeczywistości cały Fundusz dysponował w ubiegłym roku sumą 89 mln złotych. Przekonują też, że państwo przeznacza aż 21 mld zł rocznie na wynagrodzenia dla kapelanów (!), podczas gdy kwota ta wynosi niecałe 30 mln złotych. Nie dziwi w tym kontekście podawana suma 240 mld zł, jakie rzekomo państwo przekazało Kościołowi za pośrednictwem Komisji Majątkowej jako rekompensaty za zagrabione mienie w czasach PRL. Feministki powołują się przy tym na serwis money.pl, gdzie jednak widnieje suma... 5 mld zł, także zresztą wzięta z sufitu. "Kwota 240 mld zł to pewna prowokacja, ale takie dane pojawiają się w Internecie, a skoro do tej pory nikt nie przedstawił wiarygodnych wyliczeń, to mamy prawo tak domniemywać" - przekonywała niedawno w rozmowie z "Rzeczpospolitą" Elżbieta Korolczuk z Porozumienia Kobiet 8 Marca. Logiczne, nieprawdaż? Jeśli fakty się nie zgadzają z głoszoną teorią, tym gorzej dla faktów. Znają to Państwo?
Tylko co dalej? Każdy normalnie myślący człowiek wyczuwa, że "przyjaźń" oferowana przez feministki kobietom jest fałszywa. Nie dziwi impet, z jakim atakuje się Kościół, ponieważ jest to jedyna dziś poza rodziną przestrzeń, gdzie człowiek może czuć się wolny i gdzie nie został jeszcze odarty ze swojej godności i piękna. Nie dlatego, że ukryta jest w nim jakaś nadzwyczajna recepta, przy pomocy której można je tam zbudować. Daje je Jezus Chrystus. On jest największym zagrożeniem ideologii, którą głoszą feministki.
Podczas gdy stacje telewizyjne poświęcą mnóstwo czasu na relację z "manify", a "eksperci" w studiach telewizyjnych z wypiekami na twarzy będą komentować hasła na transparentach i billboardach, ja się po prostu za te osoby cichutko pomodlę.
I proszę, aby Państwo zrobili to samo

Za www.naszdziennik.pl

Odsłon: 326 Komentarzy: 7


Mistrz drugiego planu

Kategoria: Wiadomości Tuesday, 03 April 2012, 14:31

 Pewnie macie Państwo w archiwach rodzinnych filmy, dokumentujące ważne wydarzenia, podniosłe nastroje, ale po latach włączacie je nie po to, aby odświeżyć w pamięci ówczesne klimaty, ale aby razem się pośmiać. Dlaczego? Ponieważ nadal w dobry nastrój wprowadza was zupełnie przypadkowo sfilmowany w tle wydarzenia malec (dziś już dorosły mężczyzna!), który (z nudów?) wyczynia niestworzone rzeczy, przypala sobie świeczką włosy, czegoś uporczywie szuka w nosie etc. W sztuce filmowej ma to swoją nazwę: „mistrz drugiego planu”! Słyną z tego szczególnie angielskie komedie.

 

Problem w tym, że życie to nie film. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Nie jest tajemnicą, że najważniejsze decyzje polityczne zapadają w kuluarach. Tak się dzieje zresztą nie tylko w polityce. Maluczcy słyszą i widzą to, czym wielcy tego świata zechcą się z nimi podzielić. Myślę, że ta zasada dobrze oddaje to, co się dzieje dziś w Polsce. Czym innym są publiczne deklaracje, a czym innym praktyka życia i podejmowane np. na poziomie ministerialnym decyzje. Dziś o jednej z nich.

 

Rząd Donalda Tuska od lat niezmiennie deklaruje wolę daleko posuniętej współpracy z Kościołem, wzajemnego poszanowania prawa i obowiązków, zapisanych np. w konkordacie. Nie ma mowy o wrogości czy próbach wyeliminowania z życia publicznego. Takie „drobiazgi” jak niedawne kłamstwa w sprawie rzekomej nadobecności kapelanów wojskowych (sprostowane przez biskupa Józefa Guzdka, iż redukcja już dawno się dokonała), można przypisać – jeśli się bardzo uprzeć - ignorancji premiera bądź jego doradców. Oficjalnie wszystko jest cacy. To pierwszy plan.

Drugi wygląda znacznie mniej ciekawie. A co ważne, zadaje kłam oficjalnemu wizerunkowi rządu, jego deklaracjom i podjętym zobowiązaniom. Oto przykład.

 

W rozporządzeniu MEN z dnia 12.02. 2002 r. (obowiązującym od 1 września 2002 do 31

sierpnia 2012 r.) nauka religii/ etyki znajdowała się w ramowym planie nauczania.

Nowe rozporządzenie, podpisane niedawno przez minister Krystynę Szumilas, wchodzące w życie 1 września 2012 r., nie pozostawiło w RPN religii/etyki. Pojawił się natomiast inny zapis: „W szkolnym planie nauczania uwzględnia się również wymiar godzin zajęć religii lub etyki zgodnie z przepisami w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach” (§ 4 ust 2 pkt.1). Niby drobiazg. Ale tylko pozornie. Dla laika słowa „ramowy” bądź „szkolny” w odniesieniu do planu nauczania to niewiele znaczące szczegóły i nie warto się nimi zajmować. Tak nie jest, ponieważ drobne prawne przesunięcie niesie w sobie duże konsekwencje. Wprowadzona zmiana otwiera pole do działania tym wszystkim siłom politycznym, którym od lat religia w szkole przeszkadza. Wystarczy tylko, aby znalazła się odpowiednia liczba osób we władzach miasta czy gminy, aby „problem” łatwo rozwiązać. Jak? Zwyczajnie: zabrać pieniądze. Dlaczego? Tylko ramówka w publicznej szkole i podstawa programowa wychowania przedszkolnego jest bezpłatna. Szkolny plan nauczania (gdzie pani minister lokuje religię) może wykraczać poza nią, ale czy znajdą się na to pieniądze, to już zależy od dobrej woli i wysokości budżetu konkretnej jednostki samorządu terytorialnego. Może ona np. odmówić finansowania pracy katechetów i w świetle obowiązującego od 1 września 2012r. prawa wszystko będzie OK. Nie wiemy też, czy MEN będzie uwzględniało religię/etykę przy naliczaniu części oświatowej subwencji ogólnej, którą budżet państwa przekazuje samorządom. Wszystko będzie zależało od dobrej woli miłościwie panującego nam ministra. Drobiazg? Oczywiście.

Ale konsekwencje jego zbagatelizowania mogą, choć nie muszą, być bardzo doniosłe.

 

I kto tu jest mistrzem drugiego planu?

 

Odsłon: 393 Komentarzy: 8


Uratowany

Kategoria: Aborcja Wednesday, 02 May 2012, 08:45

"Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!" - pisze św. Paweł. Wykrzyknik, który kończy wyznanie, jest nie tylko znakiem samoświadomości apostoła, odpowiedzialności za zlecone zadanie. Ma moc obowiązującą dla każdego z nas. Tym większą, że kontekst, w jakim żyjemy, promuje obojętność i cedowanie trudnych zadań na jakichś bliżej nieokreślonych "ich".

 

Tak zwany przeciętny chrześcijanin zagadnięty o to, jak wypełnia swoje zadania apostolskie, zwykle tłumaczy się, że nie ma wystarczającej wiedzy, brakuje mu odwagi, aby (np. we wrogim chrześcijaństwu środowisku) podejmować określone tematy, że jest osamotniony ze swoimi opiniami itp. Ewangelię ma głosić ksiądz, osoby wyposażone w odpowiednie charyzmaty, mające do tego urzędową misję Kościoła. Takie ograniczenie jest błędne. Ma swoje poparcie w lansowanej uparcie od lat tezie, że "wiara jest sprawą prywatną", zaś pomiędzy tym, co "boskie" i "cesarskie", znajduje się nieprzekraczalna przepaść. Prawda jest taka, że każdy ochrzczony jest zobowiązany do bycia apostołem, każdy na swój sposób ma świadczyć o miłości Boga.

 

Święty Paweł w dalszej części czytanego dziś listu precyzuje, na czym ma polegać owa misja. "Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych" (por. 1 Kor 9, 16nn). Apostolstwo ma potencjał zaczynu, który - choć na początku jest go tylko odrobina - wchodzi w reakcję i generuje nową jakość. Chrześcijaństwo w swojej istocie jest zejściem do ludzkich nizin, obwieszczeniem radosnej nowiny cierpiącym braciom i siostrom, że jest Ktoś, kto może ich uratować: Jezus Chrystus, Pan i Zbawiciel. Aby tak się stało, najpierw samemu trzeba się poczuć "uratowanym" - doświadczyć tego stanu, przeżyć go na nowo. Nie ma sensu apostolstwo, które jest przemawianiem z piedestału kogoś, kto jest "lepszy", "wie lepiej" - a co gorsza, ma w pogardzie "maluczkich". Traci rację bytu zawieszone w próżni moralizowanie, w którym nie ma odwołania do owego doświadczenia. Nie będzie wiarygodne dla świata chrześcijaństwo, które straci świadomość, że tylko nieustanne trwanie w nawróceniu może mu zapewnić wewnętrzną siłę.

www.naszdziennik.pl

Odsłon: 287 Komentarzy: 2


Klaskaniem mając obrzękłe prawice

Kategoria: Polska Monday, 23 January 2012, 21:22

Czy zdarzyło się Państwu wpaść we wściekłość z jednego banalnego powodu: był super film, a jako że nie mieliście szansy obejrzeć trzymający w napięciu od początku do końca thriller, nagraliście go sobie na video. I gdy już, zaopatrzeni w chipsy, żądni wrażeń, zasiedliście do seansu, ktoś rzucił mimochodem: - A wiesz, na końcu okaże się, że X. był mordercą! T. i B. się pobiorą.  A w ogóle film jest do kitu. Ot co!

 

Wszystko wzięło w łeb! Emocje uszły jak powietrze z przekłutego balonika. Tyle czekania, na nic. przecież  film, którego zakończenie się zna, zamienia się banał. Innymi słowy: kaszana…

Wyobraźcie sobie Szanowni Państwo, analogiczna sytuacja przytrafił mi się kilka dni temu. To czym napiszę, zdarzyło się, parę dni temu. Ale czas na wpis znalazł się dopiero dzisiaj. C’est la vie.

Najpierw padła szokująca zapowiedź, iż poseł Palikot będzie palił. Jointa! I to w sejmie! Do tego nie sam, ale razem z kumplami z Ruchu Poparcia Samego Siebie. Zapowiedź solidnie nagłośniono i medialnie umocowano. Szykowało się wielkie wydarzenie.

 

Aż nadszedł ten dzień. Pismacy i paparazzi koczowali od samego rana, marszałek Kopacz już od 3 rano nerwowo dreptała po pokoju, straż marszałkowska oliwiła kajdanki! Wydawało się, że dzień stanie się początkiem kolejnej ery postępu, że oto na naszych oczach rodzi się nowy męczennik za wolność (konopi, ale to szczegół przecież), rzecznik postępu i obrońca uciśnionej (przez katoland) młodzieży złoży siebie w ofierze.

 

Jest! Idzie, wszedł do pokoju klubowego! Zapali czy nie? Prokurator, posłowie, dziennikarze wstrzymali oddechy! Co to będzie, co to będzie?... oj, oj…

 

Wreszcie zapalił.

 

Kadzidełko.

 

 

Włączyłem serwis informacyjny po godzinie 23 kiedy było już wiadomo, że poseł Palikot zamiast zaciągnąć się gandzią, okadził siebie. Po raz kolejny zresztą. Tyle przygotowań, czatowania, emocji, przypuszczeń na nic. Balonik pękł i znów się okazało, że był pusty w środku. Byłem przygotowany na dramatyczne obrazy aresztowania, łez, rozdzierania szat. A tu skucha. Finał odebrał mi chęć obejrzenia reszty.

 

Mainstreamowi pismacy zostali załadowani w trąbę, choć żaden się do tego nie przyznał twierdząc, że happening był przedni. Najważniejsze, że było o czym przez kilka dni mówić. Trzeba czekać na następny. A może znów ktoś wyciągnie giwerę i strzeli do siebie podczas konferencji prasowej? Lepiej nie wyłączać kamer podczas przerwy. Nigdy nic nie widomo.

Czasem się zastanawiam, czy są jeszcze jakieś granice śmieszności, których pewne środowiska nie byłyby w stanie przekroczyć? Co najdziwniejsze, zdają się tego nie dostrzegać. Nie chodzi tu już tylko o posła z Biłgoraja. Przyzwyczaił nas do absurdu, którym sprytnie żongluje, grając na nosie Polakom. Co ciekawe, kadzidełko, które sobie zapalił, urasta do rangi symbolu zachowań, które dają się dostrzec w różnych obszarach życia publicznego. Im jest więcej spraw do ukrycia – albo przeciwnie: im większa pustka w środku - tym dym ściele się gęściejszy. Ma to podwójną zaletę: maskuje lenistwo, głupotę i jednocześnie sprawia przyjemność okadzanym. Wprowadza ich w stan pozytywnego zakręcenia, utwierdzając w nicnierobieniu i małostkowości. Walka o kadzielnicę jest ostra, kolejka długa – wiadomo, że kto nią będzie wywijał intensywniej, zasłuży na pochwałę, a ta z kolei przełoży się na profity, koncesje, sprawi, że władza (wtedy, gdy będzie taka potrzeba) przymknie oko na to i owo. System się domyka. Wszyscy są zadowoleni. Publika klaszcze z zachwytu, ponieważ igrzyska trwają najlepsze. Co tam dobro kraju! Co tam przyszłość! To wszystko jest wirtualne, odległe, liczy się tu i teraz. A co z tymi, którzy dusząc się dymem, domagają się przewietrzenia? Wiadomo, oszołomy. Nic nie rozumieją. Nie ma się co nimi przejmować.

 

Za granicą śmieszności czai się tragifarsa. A może i rozpacz. I to jest problem, którego wielu nie dostrzega, bądź nie chce dostrzec. „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”, póki co, dobrze się bawią.

 

Tylko co pozostanie z Polski, gdy dym kadzidełek rozwieje wiatr historii?

Odsłon: 724 Komentarzy: 4


Domykanie systemu

Kategoria: Polska Thursday, 01 November 2012, 08:00

 „Helsińska Fundacja Praw Człowieka prosi szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o wyjaśnienie zasad przyznawania koncesji na cyfrowym multipleksie” – relacjonuje dziennik „Rzeczpospolita” we wtorkowym wydaniu. Fundacja twierdzi, że jej wątpliwości budzi brak informacji o „jasnych oraz transparentnych kryteriach wyboru nadawców" przy rozstrzyganiu konkursu dotyczącego miejsc na platformie cyfrowej. I wskazuje na opisywany przez media przypadek Telewizji Trwam. To kolejna odsłona sporu, jaki toczy się na naszych oczach w ostatnich dniach. Tylko w niewielkim stopniu obecny w czołówkach serwisów informacyjnych w istocie jest kwintesencją gnilnych procesów, jakie toczą od wewnątrz nasze państwo. Rafał Ziemkiewicz użył bardzo klarownego – i bardzo trafnego według mnie sformułowania: domykanie systemu. Nie wystarczą już wiernopoddańcze media, gotowe na każde skinienie do czołobitności wobec władzy, głoszące jej chwałę i niekończące się sukcesy, opiewane w hymnach i laudacjach od Brukseli po Ural. Trzeba jeszcze uciszyć tych, którzy mają śmiałość burzyć sielankowy obraz mlekiem i miodem płynącego Lechistanu, gdzie wszyscy mieszkańcy są syci, perspektywy świetlane a naród kocha swojego wodza. Ponieważ najlepiej porządki się robi, gdy się rozdaje koncesje, okazja ku temu nadarzyła się znakomita. No i KRRiT pojechała po bancie.

 

Można lubić albo nie lubić mediów o. Tadeusza Rydzyka, aprobować bądź kwestionować jego wizję Kościoła, ale jednemu nie można zaprzeczyć: Radio Maryja, Telewizja Trwam. „Nasz Dziennik” zagospodarowały niszę, którą nikt inny nie był zainteresowany. Dlaczego? Bo to zły target. Zbyt ubodzy, aby być odbiorcami reklam luksusowych towarów. Nie dający się nabrać na obietnice ziemskiego raju, ponieważ już to przerabiali w komunie. Nie naiwni, bo zbyt długo byli mamieni kłamstwami i lukrowanymi obietnicami i są na nie odporni. A przed wszystkim świadomi fundamentalnej prawdy, że „bez Boga ani do proga”. A co gorsza dla zdeklarowanym zwolenników postępu nie tacy starzy i nie tacy moherowi jakimi się ich maluje. Ponieważ nie dało się inaczej, sięgnięto po stary komunistyczny sposób: nie dano przydziału. I basta! A demokracja do luksus dla poprawnie myślących i posłusznych. Reszta: won!

 

Wcale nie jest mi do śmiechu. Oto bowiem widać, na przykładzie przepychanek z koncesją dla Fundacji Lux Veritatis, jak bardzo władza boi się prawdy i do jakich desperackich kroków jest gotowa, aby ją uciszyć, zepchnąć do narożnika, ośmieszyć. Naiwnie brzmią deklaracje pana Lufta, że przecież nic się nie zmieni, bo kto chce oglądać wspomnianą telewizję, znajdzie ją na platformie cyfrowej. Że nie zostały spełnione warunki finansowe, konieczne do tego, aby nadawać na cyfrowym, naziemnym multipleksie. Rzepa cytuje we wspomnianym wyżej tekście wypowiedź Fundacji Helsińskiej, która zauważa, iż nie KRRiP nie raczyła nawet podać, z jakich względów oceniono negatywnie wiarygodność Trwam, skoro stacja funkcjonuje na rynku medialnym już od 2003 roku. Wśród nadawców, którym przyznano koncesję, znaleźli się tacy, którzy oferują nowe kanały telewizyjne, „więc ich sytuacja na rynku mediów wydaje się bardziej niepewna, skoro nie rozpoczęli jeszcze działalności”. Im wolno, ponieważ nie popsują roboty?

Błędne koło zatacza coraz szersze kręgi.

 

Można się spierać wokół rożnych spraw, ale jedną z cech demokracji jest pluralizm mediów. Jeśli go zabraknie, zawsze jakaś część społeczeństwa zostanie wykluczona dyskursu publicznego. Czy o to chodzi plującemu jadem nienawiści posłowi Niesiołowskiemu? Czy Lech Wałęsa „podtrzymujący swoją tezę”, że Rydzyk i jego medialne imperium do dzieło diabła naprawdę wie co mówi? Uciszyć! Odebrać głos! Zamiast wymiany argumentów pogrozić piąchą! Stworzyć medialny matriks, gdzie wszyscy będą mówić jednym głosem! Oj, aby było normalnie, kawał drogi jeszcze przed nami...

Odsłon: 545 Komentarzy: 10


Pomiędzy słowami

Kategoria: Kościół Tuesday, 13 December 2011, 11:01

Pamiętam z dzieciństwa zabawę, polegająca na tym, że na gwoździach wbitych w deskę rozciągało się druty, odpowiednio je napinało i brzdąkając na tak zaaranżowanym „instrumencie” wydobywało się zeń dźwięki. Muzyka to raczej nie była, choć od biedy można było sklecić nawet jakiś akord. Brzmiał pusto i płasko. Po latach kupiłem pierwszą gitarę. Sześć strun, choć przeciętnej jakości, wydawało zupełnie inny dźwięk. Dlaczego? Było pudło rezonansowe. Pustka, zamknięta w określony kształt, ograniczona specjalnie przygotowanym do tego celu drewnianym pudłem wzmacniała drgania metalowych drucików. Nadawała im głębię, piękno, barwę, lokowała w strukturze harmonicznej dźwięków…

 

Żyjemy w takim świecie, gdzie ciągle coś obok dźwięczy, komunikuje, gdzie informacje tłoczą się, wchodzą jedna na drugą, walczą naszą uwagę. Słowo stało się towarem. Wzmocnione wykrzyknikiem, generującym emocje, coraz mniej dziś już znaczy. Nie ma w sobie mocy poruszania umysłów i sumień, ponieważ skutecznie udało się nam na nie uodpornić. Ogłuszeni nadmiarem słów pustych, nic nie znaczących, wypowiadanych bezładnie, nie potrafimy już słuchać. Nie tylko słowa ludzkiego – także tego, które wypowiada do nas Bóg.  Dlatego gubimy się w chaosie.

 

Adwentowe wezwanie do wyjścia na pustynię to egzystencjalna konieczność. Nie ma szans na odnalezienie Jezusa w wydarzeniu betlejemskiego cudu, jeśli człowiek najpierw nie odnajdzie siebie – nie usłyszy swoich tęsknot, pragnień, wewnętrznego wołania. Życie w ciągłym biegu to jak brzdąkanie na napiętych do granic możliwości drutach, rozciągniętych na płaskiej desce. Dźwięk umiera, zanim zdoła unieść się wyżej. Musi pojawić się pusta przestrzeń rezonująca akord, gdzie nabierze mocy, kształtu, pozwoli zdiagnozować fałsze i przywrócić utracone piękno.

 

Cisza. Coraz mniej jej wokół nas. Nie tylko dlatego, że pełno jest wokół wytwarzających dźwięki sprzętów. Grający od rana do nocy telewizor, radio, słuchawki na uszach idących czy jadących do szkoły autobusem młodych ludzi skutecznie wpisują człowieka w logikę bezładu, bezmyślenia i hałasu. Ale to nie wszystko. Coraz mniej jej w nas. I nawet nie w tym rzecz, że dźwięki bombardują nas od świtu do nocy, jesteśmy od nich uzależnieni, lecz także o to, że od ciszy – świadomie bądź podświadomie – uciekamy. Boimy się jej! Okazuje się bowiem, że kiedy przychodzi, nagle dają się słyszeć głosy, które budzą sumienie, generują wewnętrzny niepokój, nawet ból. Skuteczna na co dzień skorupka obojętności, chroniąca przed prawdą, zaczyna pękać odsłaniając wstydliwe dotąd skrywane rany, obnażając słabość. Pustynia ma swoje prawa. Na pustyni „słychać dzikie głosy”, jak pisze psalmista, wychodzi na jaw prawda o nas. Tutaj dojmująca staje się bezradność, bycie sam na sam ze sobą wzmacnia lęki i generuje pytania o sens. Każe wznieść głowę w górę i szukać go poza sobą. 

 

Doświadczenie ciszy pustyni to wielka szansa na duchową odnowę. To także okazja do odkrycia wartości ciszy. Kiedy przygotowywałem się do kapłaństwa ktoś powiedział mi takie słowa: kiedy słuchasz kogoś, zwracaj uwagę nie tylko na o, co zostało przezeń zamknięte w słowa. One się niedoskonałe, ograniczone, zbyt mało pojemne, aby wyrazić ludzką myśl, radość, niepokój, wołanie. Czasem stokroć ważniejsze jest to, co zapisane pomiędzy nimi, niezwerbalizowane. Cisza, przestrzeń pomiędzy wersami także mówi, bywa, że krzyczy! Tam jest ukryta najważniejsza treść.  

 

Niewątpliwie żyjąc w ciągłym hałasie tracimy zdolność docierania do tego obszaru ludzkiego jestestwa. Dlatego ludzie się nie rozumieją, mijają obojętnie – na ulicy, w rodzinie, w małżeństwie. Nawet słowo „kocham cię” bez owego duchowego rezonansu – zdolności i woli słuchania - staje się płaskie, nic nie znaczące i fałszywe. I to jest największy dramat współczesności.

 

To nie jest do końca tak, że to my szukamy ciszy. Ona szuka nas. Pozwólmy się nią wypełnić, a powróci radość.

 

 

Odsłon: 1007 Komentarzy: 5


Strzał w stopę

Kategoria: Polska Wednesday, 16 November 2011, 10:25

No i stało się. Zaścianek zarechotał. w protokołach sejmowych zapisano: „wesołość na sali”. Ale nowo wybranemu posłowi Biedroniowi nie było do śmiechu. Najpierw nie załapał, w czym rzecz, dopiero po kilku sekundach zebrał myśli. Najbardziej mu był wstyd za premiera, który także rechotał. Bezwstydnie i okrutnie. A wszystko z powodu określenia „chwyt poniżej pasa”, które padło z sejmowej mównicy. Taka wtopa. I wstyd, ksenofobia, nietolerancja, wiocha do kwadratu. Tfu!...

 

Miałam o czym innym pisać, ale kupując poniedziałkową prasę napotoczył mi się tytuł tygodnika, który zwykle pozostaje daleko od kręgu moich zainteresowań: „Ten cholerny gej”. Wszystko okraszone potężnym zdjęciem pana Roberta, ukazanego z marsowym (nawet rzekłbym: groźnym!) obliczem i wyartykułowanym mniejszymi literami pytaniem: „Czy was też śmieszy poseł Biedroń?”. Ho,ho, pomyślałem sobie, wyskakuj facet z kasy, w końcu 5 zł to nie majątek.

 

Nie będę go Państwu streszczał okładkowego wywiadu, niemniej jednak zacytuję dwa krótkie zdania, które się w nim znalazły. Niezwykle trafnie oddają to, o czym chciałbym dziś napisać. „Stał się Pan europejska sensacją. Zachodnia prasa z polskiego Sejmu zauważa pana i Annę Grodzką” – stawia śmiałą tezę dziennikarz. „Gdybyśmy nie mieli tego rechotu – odpowiada poseł -  gdybyśmy nie byli symbolem zaścianka, ksenofobii, nietolerancji, to pewnie nie stałbym się żadnym symbolem. Byłbym zwykłym posłem i nie budził żadnego zdziwienia. To się wzięło z czegoś […]”.

 

Strzał w dziesiątkę! Nie było chyba programu telewizyjnego i dużej gazety, które za punkt honoru nie postawiłyby sobie zadania, aby zaprosić bądź zrobić wywiad z najsłynniejszymi Polakami: transseksualistką Anną Grodzką i gejem Robertem Biedroniem. Tymi, którzy wreszcie wprowadzą nasz zatęchły kraj na europejskie salony! Pokażą, że my – a jakże! – także nowocześni jesteśmy, że ciemnota, owszem, u nas jeszcze ogromna, ale widać światełko w tunelu! Najsłynniejsi! Nasza duma! Kochane (przerośnięte) urwisy, które wywinęły numer i dały się wybrać! Najbardziej znani parlamentarzyści! No właśnie.. Znani z czego?..

 

Szukam w pamięci i staram się łączyć fakty. Sejm – gospodarka – ustawy – prawo - pomysły na Polskę… Mówili kiedykolwiek o tym? Nie słyszałem. A może są ekspertami w innej dziedzinie (bezpieczeństwo narodowe, finanse, prawo etc.)? Raczej nie. No, ale skoro nie są „zwykłymi posłami” to co sprawia, że są tak niezwykli? Może właśnie fakt, że w swojej bezładnej paplaninie ciągle oscylują wokół spraw, które zasadniczo przynależą do sfery głęboko prywatnej. Mnie osobiście zupełnie nie obchodzi, co pan Biedroń będzie robił i z kim się będzie spotykał po godzinach pracy parlamentarnej. Oczekuję, że będzie sprawnie współtworzył prawo, czyli wypełniał misję poselską najlepiej jak potrafi. Jeśli słyszę, że największym problemem „pani” Grodzkiej jest to, czy Jarosław Kaczyński pocałuje „ją” w rękę a pan Biedroń wyznaje, w którym z posłów poprzedniej kadencji się podkochiwał i twierdzi, że parę ciekawych „towarów” w nowym Sejmie też jest, to niech się nie dziwią, że sala reaguje potem tak, a nie inaczej. Są oryginalni na tle gadających głów i starych zgredów, ale z czasem znudzą się. Kilka dni temu byłem świadkiem rozmowy osób, które w swoich poglądach są liberalnie, ale mają już serdecznie dość wałkowania Biedronia i Grodzkiej. Kociarnię trzeba przytrzeć– jak w wojsku, ale żeby tak bez przerwy? To zbyt okrutne. Obawiam się, że nowi posłowie niewiele zdziałają w parlamencie. Łasi na sławę i pochwały dali się zamknąć w getcie głoszonych przez siebie tez. Godząc się na peregrynację studiów i redakcji, zaszufladkowanie do jednego tematu, strzelili sobie w stopę. Nigdy nie będą traktowani z należytą powagą – nie dlatego, że nie zasługują, jak każdy człowiek, na szacunek, lecz że taki obraz siebie nieopatrznie wykreowali. Owszem, można wytaczać procesy sądowe, groźnie spoglądać z okładki wysokonakładowego pisma, ale to niewiele zmieni. Żaden rechot nie jest miły, panie Robercie. Ale też nie wziął się on znikąd. Warto o tym pamiętać.

Odsłon: 172 Komentarzy: 3


Kto sieje wiatr...

Kategoria: Polska Sunday, 13 November 2011, 22:03

...zbiera burzę. Aktualność tego, skądinąd dobrze znanego powiedzenia, w ostatnich dniach poraża.

W parafii, w której pomagam duszpastersko w niedzielę, ktoś zniszczył dwie leśne kapliczki. Może nie miały szczególnej wartości artystycznej – ot, proste, gipsowe figurki, niewyszukana stylistyka, zbity z deseczek niewyszukany daszek. Ale też ich wartość nie leżała w wirtuozerii stylu, w jakim zostały wykonane. Od dziesiątek lat ludzie, idąc do oddalonego kilka kilometrów od wioski kościoła, zatrzymywali się przy nich na krótką modlitwę. Inni żegnali się, mężczyźni zdejmowali czapki. Po prostu były. Dla młodszych mieszkańców – od zawsze. Choć niepozorne, wrosły w krajobraz i historię miejscowości. Komuś przeszkadzały.
Najsmutniejsze jest to, że najprawdopodobniej nie był to poryw chwili, głupi wybryk nastolatków czy kaprys pijaka, który wracając z suto zakrapianej imprezy w przypływie złości wyładował ból życia na Bogu ducha winnych figurkach świętych. Wandal dobrze się przygotował. W ruch poszła siekiera, szpadel. Ślady dowodzą, że złość, z jaką działał, była ogromna. Resztki porozrzucał w promieniu kilku metrów.
Dlaczego?... Nikt z osób, które pytałem w niedzielę, nie potrafił na pytanie odpowiedzieć. Po każdej mszy były suplikacje, pewnie sporo komentarzy pojawiło się w domach. Nie wiadomo dlaczego ktoś to zrobił? Jaki cel chciał osiągnąć?
A mnie się wydaje, że to dopiero początek. Agresja, z którą mamy do czynienia na co dzień, zaczyna niczym wirus infekować nie tylko wielkomiejskie środowiska, ale jak się okazuje już także małe, podlaskie wioski. Od miesięcy jesteśmy bombardowani newsami, jakoby krzyż był zagrożeniem wolności, Kościół zaś przyczyną wszelkich rzeczywistych i urojonych klęsk. Plucie na Biblię i krzyż stało się wyrazem ekspresji twórczej. „Artyści” chodzą w glorii sławy. Ten, kto dosadniej potrafi określić rzekome polskie kołtuństwo i głośniej wykpić patriotyzm, znaleźć nowe ogniska „faszyzmu”, ośmieszyć wartości narodowe staje się bohaterem. A publika klaszcze.
Do tego doszliśmy.
Ten sam mechanizm, choć na innym poziomie, zadziałał 11 listopada. Jawnie reklamowano „poradniki blokersa”, propagowano akcje fejsbukowe i plakaty. Piórami usłużnych dziennikarzy szczuły zaprzyjaźnione gazety. Od dawna było wiadomo, że przyjadą niemieccy anarchiści, aby wesprzeć polskich „antyfaszystów”. A kiedy zadyma wymknęła się spod kontroli lewacy z miną cherubinków zaczęli kajać się, że oni przecież nic… że niewinni… że to nieporozumienie… że radośni chłopcy z Berlina, wspierający „kolorową” nieśli w rękach nie baseballe lecz… kwiaty i wielobarwne chorągiewki. A że każda akcja generuje interakcję? To już szczegół. Dalej wydarzenia potoczyły się same. Efekt, choć w każdej stacji telewizyjnej pokazywany inaczej, mogliśmy oglądać przez kilka dni.
Hipokryzja niektórych środowisk, sympatyzujących z lewactwem dziennikarzy i polityków czy też osób zwyczajnie zainteresowanych jedynie tym, „aby się działo” (wszystko jedno co – ważne, aby czołówki gazet, serwisów informacyjnych i portali internetowych rozgrzewały się do czerwoności emocjami!) polega na tym, że zdają się nie dostrzegać prostego mechanizmu, o którym pisałem na początku. A kiedy już pójdzie w ruch, zapierają się do żywego, twierdząc, że są przecież bez skazy. To samo tak… Stało się i już...
Winny jest zawsze ktoś inny.
Zabawa ludzkimi emocjami, niezależnie w jakiej skali się dokonuje (szczególnie w sytuacji, gdy frustracja lawinowo narastającą biedą, bezruchem rządzących, zapowiedziami jeszcze większego kryzysu jest coraz większa) zawsze kończy się nieszczęściem – tak, jak zabawa zapałkami na wierzchołku stogu siana. Wystarczy mała iskra, aby zamienił się w popiół. Albo rozniósł płomień dokoła obracając w puch wszystko, co dotąd miało jakikolwiek sens.
Przypuszczać należy, że ostatnie wydarzenia niewiele nas nauczą. Upór, z jakim powiela się kłamstwo i hipokryzję, twierdząc, że nic się przecież nie stało, zadziwia i rodzi pytania: co takiego musi się stać, aby Polacy przejrzeli? Mają zapłonąć kościoły? Ludzi - skoczyć sobie do gardeł? O to chodzi?
Jednego można być pewnym: gdy dojdzie do nieszczęścia, szczuje wszystkiego się wyprą.
Jak zwykle.

Odsłon: 537 Komentarzy: 15


Na czarną godzinę?

Kategoria: Kościół Sunday, 11 December 2011, 14:23

Na proste pytanie: "Jakie masz wady?", bez trudu większość z nas znajdzie odpowiedź. "A wymienisz swoje talenty, zalety?" - z tym będzie znacznie trudniej. Jest tajemnicą ludzkiej natury, że tak łatwo uderzamy w tony narzekania, negacji, skupiamy się na ciemnej stronie rzeczywistości, a tak mało zauważamy wokół siebie dobra, działania Bożej Opatrzności, swojego potencjału. Znajduje to odzwierciedlenie w naszych codziennych rozmowach, wyborach, w ogólnym nastawieniu do problemów życiowych. Dlaczego? Czyżby Pan Bóg poskąpił swoich darów? Jednym dał wszystko, innym nic? Nie. Każdy je otrzymał, więcej bądź mniej. Ktoś jeden talent, inny dziesięć. Problem leży w czym innym. Jego sedno wyrażają słowa sługi z przypowieści Chrystusa, który zakopał pieniądze: "Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent". To lęk zamyka nas na dar. Boimy się, bo czujemy podświadomie, że przyjęcie go zrodzi zobowiązania. Zabraknie uzasadnienia dla własnej bierności, obojętności i postawy roszczeniowej, która w gruncie rzeczy jest bardzo wygodnym sposobem na życie.



Chrześcijaństwo polega m.in. na tym, że pokonuje się w sobie pewien mechanizm obronny, każący schronić się w swojej "jaskini" i patrzeć z bezpiecznej perspektywy na świat, w stosownym momencie, określonym przez domniemaną bądź rzeczywistą korzyść, sięgnąć po profity owej bierności. Współczesna antyewangeliczna obojętność jest zgodą na narzucenie narracji, która zakłada zepchnięcie całej rzeczywistości wiary na margines codziennej aktywności, podporządkowanie wizji świata odartego z Absolutu. Właśnie ten cel: przeformatowanie naszego myślenia, postawiło dziś sobie wielu ludzi. A my dajemy się - zbyt często! - jak po sznurku do niego prowadzić. To bardzo smutne.

 


Chrześcijaństwo nie stanie się solą ziemi i światłem świata, jeśli nie dokona się zmiana mentalności wyznawców Chrystusa. Z biorców i obserwatorów, wstydliwie ukrywających swoje talenty "na czarną godzinę", chowających się za plecami bliżej nieokreślonych "innych", zastraszonych pohukiwaniami tzw. autorytetów staną się kreatorami rzeczywistości - na miarę Chrystusa i Jego krzyża

 

źródło: naszdziennik.pl 

Odsłon: 106 Komentarzy: 0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 13 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.