
Saturday,02 October 2010,18:37
Kategoria: Kultura Saturday, 02 October 2010, 18:37
Wtorek. Nowy Dwór Mazowiecki. Godzina 16.39. Zmierzch.
Na dzisiaj szukanie pracy uważam za zakończone. Rozmowa kwalifikacyjna z przylepionym uśmiechem wywołała u mnie potrzebę sacrum, jakiejś tajemnicy, mroku, w którym nie wszystko jest wyłożone na ławę do oglądania. Piękny kościół z końca XVIII wieku jest niestety zamknięty z powodu prac konserwatorskich.
Palec na mapie rozpaczliwie szuka czegoś starego w okolicy. Hm. Cieksyn jest stąd około 10 kilometrów. Paliwa w zasadzie jeszcze trochę mam, więc czemu by nie? Na taki mały wydatek jeszcze mnie stać.
Odpalam swój dyliżans i kieruję się w stronę Pomiechówka. Tam też jest stary kościół z XVI w., chociaż to, co zrobiono z nim w XIX w., woła o pomstę do nieba.
Jest już zupełnie ciemno. Skręcam w lewo i wkraczam na stary trakt wiodący wzdłuż rdzennie mazowieckiej rzeki – Wkry. Każdemu, kto uważa Mazowsze za krainę płaską jak patelnia, polecam przejażdżkę właśnie tą drogą, wiodącą wzdłuż meandrującej, skutej lodem Wkry. Droga nie dość, że kręta, to jeszcze na przemian jedzie się nią w górę i w dół. Przez dłuższą chwilę jadę przez stary, wysoki las. Droga jest mocno oblodzona, więc zwalniam, chłonąc krajobraz i wyławiając światłami kolejne zakręty. W dole widać Wkrę, piękną rzekę. Setki, tysiące lat wystarczyły jej do wyżłobienia głębokiej doliny. Mijam wieś Kosewko. Domy w większości biedne, ledwo wystające ponad śniegowe zaspy. Za wsią udaje mi się dojrzeć piękną, chyba barokową kapliczkę z figurką Trójcy Świętej.
Jeszcze kawałek lasu i dojeżdżam do mostu przez rzekę. Za nim kieruję się w lewo na Cieksyn. Jest to duża wieś, ulicówka, z domami ustawionymi szerszymi frontami do drogi. Pośrodku miejscowości droga się rozszerza, i na niewielkim wzniesieniu można już dostrzec cieksyński kościół. Zatrzymuję się w zaspie.
Świątynia jest niewielka. Została wybudowana w XVI w. przez warsztat Jana Chrzciciela z Wenecji, tego samego, który wzniósł lub przebudował kościoły m.in. w Broku, Brochowie, Chruślinie, Pułtusku, Płocku i Warszawie (nieistniejący kościół św. Jerzego na Nowym Mieście), tworząc charakterystyczny dla Mazowsza melanż prowincjonalnego gotyku i północnowłoskiego renesansu. Kościół jest mocno osadzony w podłożu. Wrażenie to potęgują nieproporcjonalnie wielkie szkarpy, gęsto rozmieszczone i wspierające niezbyt stromy dach. Wzrok przykuwa dość potężna dzwonnica, swoimi korzeniami sięgająca również złotego wieku.
Z sercem na ramieniu kieruję się w stronę portalu. Wewnątrz nie widać żadnego światła. O dziwo jednak drzwi uchylają się i wchodzę do środka, zamykając je za sobą.
Wewnątrz kruchty spowija mnie gęsty, nieprzenikniony mrok. Nozdrza i płuca wypełnia niebiański zapach kadzidła i starego drewna. Przymykam oczy i na krótką chwilę poddaję się wspomnieniom.
Padam na kolana przy kracie zamykającej wnętrze nawy. Cisza pustego kościoła aż dudni w moich uszach. Jedynym źródłem światła jest lampka przy tabernakulum.
Czekałeś na mnie, Jezu.
Trwam, patrzę na Niego, a On na mnie.
Po dłuższej chwili zaczynam dostrzegać przepiękny, złocony, dwukondygnacjowy ołtarz z początku XVII w. Na Mazowszu tylko kilka takich nastaw przetrwało potop szwedzki i wojny XX w. W mroku udaje mi się też ujrzeć wspaniałe sklepienie kolebkowe wypełnione geometryczną dekoracją, będącą znakiem rozpoznawczym Jana Chrzciciela Wenecjanina.
Próbuję nasycić się tą chwilą obecności. Jadąc tu, chciałem z siebie wyrzucić wszystkie żale, pretensje i prośby, ale spotkanie z Bogiem w tabernakulum zupełnie mnie zaskoczyło i byłem w stanie tylko klęczeć w ciszy, ciemności, i adorować Go.
Do domu wracałem już inną drogą, jakby odmieniony.
Odsłon: 353 Komentarzy: 5
Sunday,24 January 2010,19:24
Kategoria: Kultura Sunday, 24 January 2010, 19:24
Niedzielny poranek. Mróz rumieni policzki. Zmarznięty śnieg trzaska pod stopami. Po kilku próbach udało mi się uruchomić moją Hondę. W niedzielę jazda po Warszawie to czysta przyjemność. Mijam Bielany. Błękitne niebo rozświetlone delikatnym różem przecinają hełmy wieńczące wieże dawnego kościoła oo. Kamedułów. Mały ruch. Po chwili, wciąż jadąc wzdłuż białej, toczącej krę Wisły, sięgam Żoliborza. Później znajome, czerwone mury Cytadeli. Jeszcze kaponiera, i już, wyłania się wieża kościoła mariackiego na Nowym Mieście, kopuła kościoła ss. Sakramentek, no i oczywiście, widoczna na pierwszym planie bryła świątyni pw. Św. Benona. Właśnie teraz warszawscy tradsi uczestniczą w cotygodniowej Tridentinie. Przeżegnałem się. Następnie minąłem dawne spichlerze położone poniżej Starego Miasta. Z Gnojnej Góry dzieciaki urządziły sobie tor saneczkowy. Piękna niedziela.
Bez problemu zaparkowałem samochód pod mostem Śląsko-Dąbrowskim. Zimno aż kłuje. Zawsze będąc w okolicach Trasy W-Z próbuję sobie wyobrazić, jak to miejsce wyglądało w czasach „Lalki”. Wiadukt Pancera dostojnie nachylał się ku Wiśle, przekupki na Mariensztackim Rynku, ubogo odziane, oferowały swoje świeże towary. Drobne domy przekryte nieproporcjonalnymi dachami i skromne kamienice. Krzyk dzieci bawiących się i biegających u podnóża Wiaduktu. W prześwicie widać Arkady Kubickiego, teraz zamienione na kozackie koszary i stajnie… Właśnie tu, w tym miejscu, młody Wokulski skakał z Wiaduktu na twardy bruk, po pamiętnej nocy w piwnicy pod Dziekanką.
Otrząsnąwszy się, ruszyłem dziarsko w stronę Arkad. Jestem tu pierwszy raz, choć od otwarcia minęło już kilka miesięcy. Ten przeklęty brak czasu…
Po wejściu, najpierw uderza mnie duża przestrzeń i miła, delikatna czerwień XIX-wiecznych cegieł. Ładnie tu, nawet bardzo. Biorę bilet z automatu (no cóż, nowoczesność), i zaczynam zwiedzanie. W trakcie prac nad Arkadami odsłonięto miejscami dawny, XVII-wieczny mur wazowski. Obszerne nisze to pozostałość po stancjach dla dworzan, wybudowanych tu w czasach saskich. Zachowało się też nieco polichromii z doby stanisławowskiej. Najbardziej podoba mi się jednak naturalna, drewniana kostka, z której ułożono posadzkę. Proste i funkcjonalne. Arkady miały być przecież pierwotnie (czasy Kongresówki) niejako sklepioną ulicą, łączącą ruchliwe wówczas Rybaki (dzisiaj park pod Starówką) i równie żywotny Mariensztat (obecnie senna, socrealistyczna okolica). Drewniana kostka doskonale tłumiła stukot podkutych kół przejeżdżających wozów. Na specjalnej, niewielkiej wystawie, poświęconej Arkadom, wyeksponowano m.in. kamienny kartusz herbowy z wazowskim snopkiem, znaleziony w trakcie prac archeologicznych. Prawdopodobnie przeleżał sobie w ziemi od czasów Potopu… Duże wrażenie zrobił na mnie niewielki co prawda, ale dobrze zaprojektowany skansen archeologiczny, ukazujący odkryte fragmenty kurtyny obronnej z pierwszej połowy XVII w., do której w następnych wiekach dobudowano stancje, oficynę i wreszcie Arkady. Zwiedzanie ulicy Bocznej (jak w I poł. XIX w. nazywano Arkady) kończy się przejściem XVIII-wiecznym ceglanym, stromym tunelem, który dawnej stanowił kanał ściekowy dla zamkowych kuchni. Przede mną wdrapywała się para młodych Rosjan. Tak samo jak ja byli ukontentowani tą kanałową niespodzianką.
Skoro już byłem w Zamku Królewskim, nie omieszkałem po raz kolejny zwiedzić zamkowych wnętrz. I jak zwykle przeżyłem swoje małe katharsis w Sali Canaletta, przypatrując się szczegółom niemal etnograficznym, które Bellotto umieścił na swoich obrazach (swoją drogą, tak wychwalane serie drezdeńskie, monachijskie i wiedeńskie nie mają tego całego sztafarzu, który urozmaica warszawskie obrazy) i w Sali Marmurowej, jeszcze podskórnie tchnącej przedpotopową potęgą władysławowskiej Polski. Nabożnie kontemplowałem obrazy Rembrandta, w szczególności to płótno przedstawiające młodą niewiastę opierającą się iluzjonistycznie i niesfornie o ramę obrazu. Jak zwykle moją sarmacką wyobraźnię rozbudziły obrazy prezentujące kampament na Czerniakowie i elekcję Augusta II.
W kaplicy królewskiej krótką zadumą chciałem w swój skromny sposób oddać hołd Tadeuszowi Kościuszce, którego serce spoczywa w czarnej urnie, po lewej stronie ołtarza, jakoś tak niepozornie. A przecież tyle przejść musiało to biedne serce, nim spoczęło w tej kaplicy (historia tułaczki serca Kościuszki to temat na zupełnie osobną opowieść).
W Sali Senatorskiej próbowałem sobie wyobrazić barwne obrady Sejmu Czteroletniego. W tejże Sali zostałem zbudowany, widząc kilkoro młodzieńców z wypiekami na twarzach przypatrujących się zrekonstruowanej mapie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Kijów, mówią, nawet Kijów był nasz! Potęga dawnej Polski będzie nas chyba zawsze inspirować i podtrzymywać na duchu.
Zamek opuściłem w dobrym humorze. Kupiłem wcześniej cienką kawę w automacie, i udałem się, swoim obyczajem, na krótki spacer ulicami Starego Miasta. I dobrze, bo okazało się, że zakończono remont facyaty dawnego kościoła oo. Augustianów na ul. Piwnej. Ładna, stonowana barwa tynków, odświeżona kamieniarka i… rzeźby w niszach. Nigdy ich tutaj nie widziałem, choć na XIX-wiecznych rycinach jeszcze tam były. Jest to oczywiście rekonstrukcja dzieł XVIII-wiecznego mistrza J.J. Plerscha, chociaż, moim zdaniem, udało się chyba całkiem nieźle odtworzyć specyficzny styl rzeźbiarza. Z pewnością teraz fasada kościoła św. Marcina jest o wiele bardziej czytelna.
Wracając do swojego niezawodnego Civica, przypatrywałem się, jak zwykle, rozłożystej bryle kościoła św. Anny. Barokowa nawa, gotyckie, czerwone prezbiterium, wieżyczka zwieńczona blaszanym hełmem, sarmacka w wyrazie kaplica bł. Ładysława i klasycystyczna kaplica MB Loretańskiej, neorenesansowa dzwonnica i dawny klasztor oo. bernardynów. Istna pagoda.
Zimowe słońce oświetlało wschodnią fasadę kościoła. „Światło na murze, splendor nieba”.
Samochód odpalił bez problemu. Na tarczy godzina 16.00. Czas wracać do domu.
Odsłon: 549 Komentarzy: 3
Wednesday,01 December 2010,18:26
Kategoria: Kultura Wednesday, 01 December 2010, 18:26
„A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś spośród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności” (Mi 5,1)
Gdy przeszło dwa tysiące lat temu Józef wraz z niewiastą Maryją zjechał do Betlejem, była to osada podupadła, nie większa od stojącej obecnie w tym właśnie miejscu Bazyliki Narodzenia i Placu Żłóbka. Zwarta zabudowa, ciasnota, smród zwierząt. Liche domy dobudowane były do naturalnych grot skalnych. Owe groty stanowiły jakby zaplecze domostw, w nich zazwyczaj trzymano żywy inwenarz. W jednej z takich grot, nie uzyskawszy godnego miejsca w izbie, Józef i Maryja, będąca w stanie błogosławionym, byli zmuszeni przenocować. Na zapleczu, wśród zwierząt. Nikt nie chciał mieć w swojej izbie niewiasty czekającej narodzin. Miejsce w którym odbywał się poród, uznawano bowiem za nieczyste.
Betlejem było podupadłe, ale wszyscy Żydzi wiedzieli, że Betlejem to miasto, które zrodziło Dawida, i z którym wiąże się mesjańska przepowiednia. Czekano więc, kiedy to z betlejemskiego wzgórza przybędzie upragniony władca, który przejdzie przez Złotą Bramę nieodległej Jerozolimy i i zwycięży wrogów Narodu Wybranego.

Noc Bożego Narodzenia była momentem wypełnienia się pradawnej przepowiedni. Więcej, była to pełnia czasów.Jakież musiało być zdziwienie gospodarzy, gdy w drzwiach domu pojawili się pastuszkowie z pobliskich wzgórz, twierdzący jakoby anioł pański im się objawił i kazał przyjść właśnie do ich groty? Co sobie pomyśleli?
Jeszcze większym zdziwieniem musiało być przybycie trzech dziwnych mężczyzn we wschodnich, perskich strojach, z cennymi przedmiotami w dłoniach, mówiąch o narodzinach cudownego dziecięcia. Skąd w ogóle mogli oni wiedzieć o narodzinach w ich domu?Można dziś tylko snuć przypuszczenia, czy gospodarze domu, prawdopodobnie krewni Józefa i Maryi, oddali cześć dziecięciu, będąc pod wrażeniem tak niecodziennych wydarzeń? Czy przypomnieli sobie w tych dniach o dawnej przepowiedni dotyczącej ich miasta? A może, jak pisze Jan, „swoi go nie przyjęli”?
Dalsze losy Groty Narodzenia są tajemnicze, wielkie i tragiczne zarazem. Po kilku dniach od nocy Bożego Narodzenia, już po rycie nadania imienia dziecięciu, Józef i Maryja opuścili Judeę, uchodząc do Egiptu przed szaleństwem Heroda.Skąd dzisiaj wiemy, że właśnie w tym, a nie innym miejscu narodził się Chrystus? Warto w tym miejscu zacytować św. Hieronima: „od czasu Hadriana [135 r. po Chr.] aż do panowania Konstantyna, przez około 180 lat (…) Betlejem, teraz nasze i ziemskie najświętsze miejsce (…) było zaćmione lasem Tammuza, który jest Adonisem, a w grocie, gdzie kiedyś płakało dzieciątko Mesjasz, opłakiwany był kochanek Wenus” (List 58). Skąd las na miejscu Betlejem? Otóż cesarz Hadrian przepędził Żydów z Betlejem, dając w ten sposób wolną rękę rozwojowi kultów pogańskich. Było to celowe działanie mające na celu zagarnięcie najświętszych miejsc Chrześcijaństwa przez wyznawców fałszywych bogów. Dokładnie w miejscu Groty Narodzenia rzymianie urządzili świątynię pogańską, chcąc przeszkodzić Chrześcijanom w ich nabożeństwach. Dlatego też zachowan
o, niezgodnie z intencjami, wiedzę o miejscu Narodzin. Ponadto wiadomość o dokładnym miejscu narodzenia Chrystusa przekazywana była drogą ustną.Św. Helena, cesarska matka, przemierzająca w IV w. Ziemię Świętą w poszukiwaniu pamiątek po Mesjaszu, nie miała żadnych wątpliwości, w którym miejscu należy wznieść świątynię betlejemską.

Powstała wówczas znacznych rozmiarów świątynia (poświęcona 31 mają 339 r.), z oktogonalną absydą umieszczoną bezpośrednio nad miejscem narodzenia Pana.W 384 r. w Betlejem, być może w grotach znajdujących się pod świątynią, zamieszkał św. Hieronim, tworząc w tym miejscu wielki ośrodek monastyczny. Tutaj powstała Wulgata.Możemy jedynie wyobrażać sobie, jak wspaniała, przesycona mistycyzmem, musiała być ówczesna liturgia świątyni betlejemskiej.

W 529 r., po zbrojnym powstaniu Samarytan, cesarz Justynian nakazał rozebrać świątynię i wznieść nową, większą i piękniejszą. Powstała wówczas pięcionawowa bazylika z transeptem, narteksem i trzema absydami. Do dzisiaj możemy podziwiać właśnie tą świątynię. Nawy rozdzielone są czterema rzędami wspaniałych kolumn z czerwonego wapienia. Być może same kolumny pochodzą jeszcze ze świątyni wcześniejszej (podobnie jak odkryte poniżej poziomu posadzki barwne mozaiki).

W 614 r. niszczycielski najazd Persów cudem ominął świątynię betlejemską. Persowie dostrzegli bowiem w mozaice fasady postaci trzech króli, przedstawionych w strojach perskich. Tylko dlatego nie zniszczyli bazyliki. Co ciekawe, fakt ten był przytaczany później w czasie Synodu Jerozolimskiego w IX w., jako argument przeciwko ikonoklastom.

W pierwszych wiekach panowania muzułumańskiego w Palestynie chrześcijanie cieszyli się względną tolerancją. Sytuacja zmieniła się w roku 1009, kiedy kalifem został Hakim, szaleniec opętany nienawiścią do Chrześcijan. Za cel postawił on sobie zniszczenie wszystkich pamiątek po Mesjaszu. Z większych świątyń Palestyny ocalała jedynie bazylika w Betlejem. Powodem, dla którego poganie nie zniszczyli świątyni, były odprawiane regularnie przez muzułumanów obrzędy w jednym z transeptów bazyliki. Poniekąd uznawali ją oni więc za swoją własność.
Pamiątką po tamtych czasach jest główne wejście do bazyliki, celowo zmniejszone tak, by muzułumanie nie mogli do niej wjechać konno lub wozami.

W nocy 6 czerwca 1099 r. Tankred z Latrun wraz ze swoim oddziałem zajął bazylikę, która w państwie Krzyżowców była kościołem koronacyjnym Królów Jerozolimskich.Po upadku Królestwa w 1187 r. Ajjubidzi z szacunkiem odnosili się do świętego miejsca. Po dojściu do władzy mameluków w XIII w. bazylika była jednak systematycznie grabiona. Świątynia niszczała. W 1517 r. Palestynę zajęli Turcy ottomańscy, którzy kontynuowali rabowanie bazyliki. Mimo trzęsienia ziemi i groźnego pożaru w XIX w. zarówno bazylika, jak i Grota Narodzenia przetrwały do naszych czasów.

Wnętrze bazyliki wita pielgrzymów intensywnym zapachem kadzidła i lamp oliwnych. Uwagę przykuwają drewniany dach, ciemne, prastare kolumny z resztkami polichromii, mozaiki ścienne z czasów Królestwa Jerozolimskiego, XVIII-wieczny ikonostas. Jedno z najświętszych miejsc świata jest stare, jakby przykurzone, nadgryzione zębem czasu. Nawy świątyni świecą pustkami. Jedynie transept i preziterium wypełnione są drewnianymi ołtarzami, przy których swoje nabożeństwa odprawiają chrześcijanie różnych konfesji. Można wyczuć atmosferę nieufności między prawosławnymi różnych denominacji, katolikami, ormianami, koptami, wreszcie protestantami, co nie sprzyja skupieniu i modlitwie. Fakt, że to właśnie tutaj, w tym miejscu, choć tak inaczej wyglądającym dwa tysiące lat temu, narodził się Chrystus z Maryi Dziewicy, jest po ludzku nie do pojęcia.

Monotonny śpiew etiopskich chrześcijan, lampy oliwne gęsto zwisające z dachu, zapach starości, powodują mętlik w głowie.
Zdrowaś Maryjo Łaskiś Pełna.
Z prawego ramienia transeptu wejście do Groty Narodzenia. To tutaj, w tym miejscu, trzej królowie oddawali pokłon Zbawicielowi. Tutaj, właśnie tutaj przyszła na świat Światłość. Tutaj wypełniły się czasy.Tłum popycha do drzwi. Jesteśmy już w środku.Prosta modlitwa, na nic więcej mnie nie stać. Uklęknięcie, pocałunek złożony na gwieździe umieszczonej w miejscu Narodzenia.
Hic De Virgine Maria Jesus Christus Natus Est.

Odsłon: 1621 Komentarzy: 0
Saturday,28 November 2009,22:36
Kategoria: Polityka Saturday, 28 November 2009, 22:36
W dawnej, republikańskiej Polszcze życie szlachty, jak i innych stanów na swój sposób naśladujących sarmacki styl życia, było w niewyobrażalnym dziś stopniu zrytualizowane. W państwie rządził obyczaj. Postępowano wg uświęconych tradycją reguł, których nigdy nie przekraczano. Rytuał dotyczył każdej sfery życia: politykowania, życia religijnego, gościnności, pożycia rodzinnego, małżeńskiego, pracy, sztuki, zabawy, ucztowania. Jeśli szlachcic zachowywał się nieobyczajnie, skazywał się na niewiarygodność i ostracyzm. Obyczaj był równie istotny co prawo. Obyczaj był prawem, obyczaj tworzył prawo. Prawo musiało być dostosowane do obyczaju. Nie inaczej. Jeśli prawo wykraczało przeciwko obyczajowi, było gwałtem. Obyczaj mógł ograniczać wolność jednostki. Prawo nigdy.
Jak jest dzisiaj? Prawo jest bogiem. Każda sfera życia ludzi musi być szczegółowo zdefiniowana i zaaprobowana przez kapłanów prawa. Nie ma obyczaju. A jeśli gdzieś pozostał, musi, pod sankcją, ugiąć się pod ruzgą prawa. Kapłani prawa definiują wszystko: płeć, małżeństwo, życie, Kościół, symbole komunizmu. Prawo w każdym miejscu i o każdej porze może zgwałcić wolność. Nic nie stoi prawu na przeszkodzie. Litera prawa jest ważniejsza od przykazania Boga samego.Dyktat prawa jest czystym totalitaryzmem.
Odsłon: 428 Komentarzy: 13
Sunday,15 November 2009,19:07
Kategoria: Rodzina Sunday, 15 November 2009, 19:07
Zapraszam drogich Czytelników na krótką wycieczkę samochodową do mojego rodzinnego Grodziska.
Eskapadę zaczynamy na Bródnie. Stąd najłatwiej. Udajemy się ulicą Malborską, później Głębocką na północ. Po lewej stronie mijamy kerfurowską halę, po prawej zaś Lasek Bródnowski, skrywający pozostałości po wczesnośredniowiecznym grodzie obronnym. Trasę Toruńską przekraczamy zatłoczonym wiaduktem. Pomyśleć, że kiedy budowano tą arterię na obrzeżach miasta, ludzie dziwili się, kto będzie nią jeździł. Początkowo zresztą mieli rację. Ale dzisiaj Toruńska jest chyba najruchliwszą warszawską trasą. Po drugiej stronie arterii jeszcze do niedawna jechało się ładną drogą wysadzaną starymi drzewami, pośród pół. Obecnie dawne użytki rolne zamieniono na nowoczesne rzekomo, zamknięte enklawy osiedli mieszkaniowych, o anglojęzycznych nazwach, a okolica nie przypomina ani miasta, ani wsi.
Jadąc prosto, mijamy dawny folwark Lewandów, wzbogacony przez komunistów dwoma pegeerowskimi blokami, w latach 90-tych XX w. będącymi istną wylęgarnią patologii. Po drodze widać jeszcze sporo nowych osiedli, rozsianych chaotycznie wśród wiejskiego pierwotnie krajobrazu. W ten sposób docieramy do Grodziska, dawnej osady sięgającej korzeniami XVI wieku (lub dawniejszej- o czym później). Ostoją tradycyjnego pejzażu, jakimś przetrwalnikiem tutejszej okolicy, jest mały drewniany kościółek pw. Św. Michała Archanioła. Z powstaniem świątyni wiąże się pewna legenda. Podobno w czasach, gdy jeszcze tereny te porastała dziewicza puszcza, odwiedziła je podczas polowania królowa Bona, dzierżąca te włości. W miejscu dzisiejszego kościółka spadła z konia, i, tu podania przeczą same sobie: złamała nogę, poroniła, lub po prostu zasłabła. W każdym razie w miejscu wypadku ufundowała kościół, który początkowo podlegał parafii w Kamionie, zaś od XVII w. przeszedł pod opiekę praskich Bernardynów. Mieli oni w Grodzisku folwark oraz duży dom, podobno z bogatą biblioteką. Niestety zabudowania poszły z dymem wraz z „potopem” szwedzkim, być może w czasie bitwy pod Białołęką (nieodległą wsią). Kościół odbudowano ponownie w drewnie. W roku 1809, kiedy to Napoleon, ów niespełniony mesjasz Polaków, kazał zburzyć przedpole Warszawy, czyli miasto Pragę, francuscy żołnierze dokonali barbarzyńskiego aktu rozebrania wspaniałego kościoła oo. Bernardynów praskich. Tylko dzięki oporowi Prażan udało się obronić przed wyburzeniem kaplicę loretańską, przetrwałą do dzisiaj, jako jedyny barokowy zabytek Pragi. Kościołowi grodziskiemu dostało się w schedzie po kościele Bernardynów ołtarz drewniany z obrazem MB Częstochowskiej, do dzisiaj zdobiący prezbiterium świątyni. Kościół w Grodzisku rzekomo zniszczono w czasie II wojny światowej, jak podają niektóre źródła. Nie jest to prawdą. Był on mocno nadwerężony, ale się ostał. W kościele tym zostałem ochrzczony. Poniżej zdjęcie współczesne i zdjęcie wykonane w roku 1939 (w ławce siedzi mój dziadek), dotychczas niepublikowane:


Niedaleko za kościołem zaczyna się właściwa osada, później wieś, a od lat 70-tych XX w. osiedle warszawskiej dzielnicy Białołęka: Grodzisk. Wieś założona jest na planie nieregularnego czworoboku. Być może, jak niektórzy badacze przypuszczają, jej metryka jest bardzo sędziwa. Istnieje prawdopodobieństwo, że Grodzisk to przeniesione o ok. 1 km dawne podgrodzie bródnowskiego grodu, choć pierwsze pewne wzmianki o osadzie pochodzą dopiero z XVI w.
Grodzisk jest dzisiaj miejscem, podobnie jak niemal cała tzw. „zielona Białołęka”, brzydkim, zabudowywanym w sposób chaotyczny i nonsensowny. Aż trudno sobie wyobrazić, że do niedawna była to prawdziwa wieś, co obrazuję przedwojennym zdjęciem mojej babci trzymającej braciszka (w tle drewniane zabudowania dzisiejszej ul. Berensona):
Mieszkańcy Grodziska tworzyli zwyczajną wiejską wspólnotę. Wszyscy się znali, żenili się między sobą, kopali pod sobą dołki, wspólnie świętowali, budowali i pracowali. Słowem, prowadzili normalny wiejski żywot. Grodzisk był wsią królewską, stąd dawni mieszkańcy czuli wyższość choćby nad sąsiednimi Markami, wsią podzieloną między kilku dziedziców. Niestety to nie Grodziskowi, ale Markom właśnie bracia Briggs z Albionu ufundowali w II poł XIX w. nowoczesną fabrykę włókienniczą, zespół osiedli dla robotników, szkołę i murowany kościół pw. Św. Izydora, i to do Marek właśnie poprowadzono, a nie do Grodziska, tory kolejki wąskotorowej. Tak więc Marki stały się ważnym ośrodkiem przemysłowym, a Grodzisk pozostał błotnistą wsią. Do dzisiaj wszak nie zanikło wśród rdzennych mieszkańców poczucie wyższości nad sąsiadami.
Ale i do Grodziska z czasem zawitała wielka historia. Wielu mieszkańców brało udział jako ochotnicy w wojnie polsko bolszewickiej 1920 r., zresztą był wśród nich i mój pradziad, Jan Broma, ranny w głowę w czasie bitwy warszawskiej. Niedaleko Grodziska, dzisiaj w obrębie Marek, pochowano kilkudziesięciu anonimowych żołnierzy. Wokół ich grobów, na piaszczystej glebie, pod lasem, wyrósł z czasem cmentarz, na którym chowają dzisiaj grodziszczanie swoich zmarłych, nie zapominając o zapaleniu znicza i modlitwie przy grobach żołnierzy ’20 roku.
W czasie II wojny światowej mieszkańcy Grodziska starali się przede wszystkim przetrwać. Żyli w biedzie i głodzie. Handlowali płodami rolnymi na targowiskach Targówka i Pragi. Ukrywali żywy inwentarz. W samym Grodzisku nie mieszkali ani Żydzi, ani Niemcy, więc do czasu obyło się bez większych tragedii. W sąsiednich Kątach Grodziskich było gorzej. Tam wsią trzęsło kilku folksdojczów. W 1944 r. błotnistymi drogami Grodziska wycofywali się z Marek Niemcy. Za nimi szli czerwoni. Zaczęła się grabież zegarków.
Niespodziewanie po kilku dniach czerwoni cofnęli się aż pod Wyszków. Przez trzy dni, jak wspomina mój dziadek, „nie było pana”. Ludzie nie dowierzali. Dopiero po owych trzech dniach w okolice Grodziska zapuściły się nieśmiałe patrole niemieckie. Później było ich więcej, aż w końcu Niemcy na dobre wrócili w te okolice. W tzw. międzyczasie w nieodległej Warszawie szalało Powstanie. Gdzieś pod koniec września dziadek wspomina, że od strony Stolicy zbliżała się do Grodziska jakaś olbrzymia, snująca się nisko, czarna chmura. Coś w niej fruwało. Gdy dotarła do wsi, okazało się, że była to kolosalnych rozmiarów chmura nadpalonych papierów, dokumentów, akt, książek z palonej przez Niemców Warszawy. Podobno było to bardzo ponure zjawisko.
I wtedy dla Grodziska stała się rzecz najstraszniejsza. Niemcy wysiedlili całą wieś. Moja babcia wylądowała u chłopów we wsi Wąsy, niedaleko Błonia. Dziadek wraz z rodziną został wysiedlony aż za Limanową w Małopolsce, gdzie pracował wraz z ojcem w zakładach dzisiejszego Tymbarka. Gdy można już było wrócić, mój pradziadek kupił od ruskiego sołdata, za flaszkę wódki, konia z wozem, dzięki czemu mógł przewieźć do Grodziska cały dobytek wraz z liczną rodziną. Mniej szczęścia miała rodzina mojej babci. Moja śp. Prababcia zginęła w czasie barbarzyńskiego, radzieckiego bombardowania targowiska miejskiego w Grodzisku Mazowieckim (ironia losu), ostatniego dnia wojny. Tam też została pochowana. W nie swoim Grodzisku. Babcia do dzisiaj wspomina, jak przekraczała na wysokości Łomianek zamarzniętą Wisłę. Dziadek wrócił później, dopiero na wiosnę, tak by można było dojechać wozem (podróż trwała dwa tygodnie). Przejazd przez zburzoną Warszawę był bardzo przygnębiający. Później jeszcze most pontonowy, na którym koń oczywiście panikował, i udało się. Powrót do zgliszczy domu, w nieprzyjaznym systemie. Nastała mozolna odbudowa.
Grodzisk trwał dalej, jako skromna wieś gdzieś pod Warszawą. Wielu mieszkańców dorabiało pracując w FSO, jednocześnie nadal uprawiając rolę, w drugim obiegu handlując płodami. W latach 70-tych wieś włączono w obręb Warszawy, ale nic się tak naprawdę nie zmieniło. Dopiero gdzieś po 2000 roku, kiedy zaczęto budować pierwsze zamknięte osiedla, moja okolica zupełnie straciła charakter. Nowi mieszkańcy myślą, że zasiedlają tereny zupełnie anonimowe, bez historii, bez nazwy. Kto dziś choćby pamięta, że tereny hipermarketów M1 i innych dawniej nazywano „Kobylą Grzędą”?
PS. Na deser dołączam zdjęcie stojącej jeszcze chaty mojego prapradziadka Józefa Bromy w sąsiednich Kątach Grodziskich (przez miejscowych zwanych Kubiakami), tudzież zdjęcie jego samego z małżonką i młodą szwagierką:


Odsłon: 475 Komentarzy: 7
Saturday,14 November 2009,19:29
Kategoria: Polityka Saturday, 14 November 2009, 19:29
Aby zrozumieć istotę Rzeczpospolitej Obojga Narodów, trzeba uzmysłowić sobie, na czem opierała ona swoją strukturę społeczną. Pozwolę sobie sięgnąć po przydługi nieco cytat z eseju śp. prof. Tadeusza Chrzanowskiego, w którym opisuje on koncepcję "struktury małych sąsiedztw", czy też bardziej górnolotnie: "Rzeczypospolitej Sąsiedztw":
Równocześnie z absolutyzacją wszystkich niemal większych państw Europy zachodniej, Polska – poczynając od XVI wieku – nie tyle się decentralizuje, co dezabsolutyzuje. Każda zasadnicza komórka owej struktury, którą tworzy własność jednego szlachcica, staje się mini-projekcją całego państwa: pan, czyli szlachcic (obojętnie czy na przysłowiowej zagrodzie, czy na iluś tam wioskach) wytwara własne "państwo", którego staje się ośrodkiem, suwerenem, czymś pośrednim między pomazańcem a patriarchą. To dlatego bardzo często o kluczach majątków mówiło się w dawnej Polsce właśnie tak: państwo zamoyskie, państwo lubomirskie, państwo muszyńskie (klucz dóbr biskupów krakowskich). Ale dotyczyło to nie tylko latyfundiów, lecz i mniejszych jednostek ziemskich. Proponowany przez staropolskich teoretyków i ideologów ideał to "państwo" jednowioskowego szlachcica, komórka samowystarczalna, zamknięta w swej zestarzałej formule gospodarczej, ale funkcjonująca nadal w zmieniających się czasach dzięki urodzajności ziemi, która cierpliwie karmiła i "pana" i jego "państwo", a nawet pozwalała nieraz na spore ekstrawagancje.
Taki właśnie model społeczny stanął u podstaw szlacheckiej republiki. Tworzyli ją ludzie wolni, właśnie owi "suwerenowie" na jednowioskowych fortunkach, którzy, dogadawszy się między sobą, wspólnie wzięli odpowiedzialność za dobro całego państwa. Szlachcic nie musiał parać się pracą fizyczną. Byt zapewniał mu jego większy bądź mniejszy majątek. Dzięki temu miał czas i środki, by móc sprawować publiczne urzędy, w razie potrzeby zaś zgromadzić oddziałek i udać się na wojenkę w obronie Najjaśniejszej. Oczywiście szlachcic brał udział w sejmikach, niektórzy również udawali się na pola Woli i Kamiona by obrać godnego kandydata na Króla RzPlitej (którego obierali panowie bracia pod natchnieniem Ducha Świętego – nie wolno o tym zapominać).
"Rzeczpospolita Sąsiedztw", złożona z niezliczonych państewek i magnackich państw, opierała się na konsensie między szlachtą, na głęboko wdrukowanej w podgolone czerepy idei dobra wspólnego. Dzięki temu mogła fukcjonować bez biurokratycznej czapy, i to funkcjonować zupełnie sprawnie.
Taki model mógł oczywiście zdawać egzamin jedynie dzięki temu, że Polska była owym mitycznym "spichlerzem Europy". Sarmackie złoto płynęło co roku Wisłą do Gdańska, skąd eksportowano je za żywą gotówkę za morza. To była podstawa egzystencji państewek sąsiedzkich.
Załamanie się handlu zbożem w połowie XVII w. nałożyło się na okres wielkich "calamitates". Wszystko zaczęło się walić w czasach "potopu" i wojen kozackich, by zupełnie runąć w czasie wojen północnych, kiedy to Rzeczpospolita stała się pokojem przechodnim, karczmą żydowską dla narodów Europy, w której każdy kto chce, może wywołać brutalną burdę. Ideał jednowioskowego państwa stracił legitymację ekonomiczną. Drobna szlachta albo skazana została na klientelizm u "starszych braci", albo na chwytanie się sochy własnymi rękami, co skutkowało brakiem czasu i środków zarówno na edukację, jak i na uprawianie polityki. Wolni panowie bracia stracili wolność, skoro oddali się w niewolę ekonomiczną u bogatszych. A to poniosło za sobą degrengoladę parlamentaryzmu.
Upadek Rzeczypospolitej Obojga Narodów był wynikiem upadku "Rzeczypospolitej Sąsiedztw".
Odsłon: 509 Komentarzy: 13
Monday,26 October 2009,22:27
Kategoria: Rodzina Monday, 26 October 2009, 22:27
Za kilka dni, jak Polska długa i szeroka, cmentarze i okolice tychże zaroją się od setek, tysięcy ludzi, odwiedzających groby swoich bliskich. Dojazd do wielu nekropolii będzie znacznie utrudniony, utworzą się korki, słychać będzie klaksony i nerwowe pomrukiwania pieszych i kierowców. Polacy zapalą świeczki, położą kwiatki, czy wieńce, niektórzy odwiedzą przy okazji rodzinę, część pójdzie też do kościoła. Będzie gwarno, tłoczno, pewnie też mokro i błotniście.
Dlatego, wyprzedzając rozwój wypadków, chciałbym podzielić się swoją refleksją dotyczącą umierania, jak i swoimi marzeniami dotyczącymi tegoż.
Kilka tygodni temu zmarł mój wujek, brat mojej babci (świeć Panie nad jego duszą) w wieku bardzo sędziwym. Wujek był zwykłym człowiekiem, rolnikiem. Lata ciężkiej pracy odcisnęły się na jego dłoniach i postawie. Ręce miał spracowane, kark ogorzały, postawę zgiętą ku ziemi. Wujek lubił wypić, choć gospodarzem był jednym z lepszych w okolicy. Wszyscy znali go jako człowieka pogodnego i ciepłego, obdarzonego specyficznym poczuciem humoru.
Od paru miesięcy wujek już nie chodził. Leżał w swoim domu, odwiedzany przez kochającą rodzinę. Niedługo przed śmiercią odwiedził go też mój dziadek, jego szwagier. Wujek chciał powiedzieć, żeby polał, ale jako że mówił już bardzo niewyraźnie, wszyscy udali, że nie rozumieją.
Przyjąwszy sakramenty, ze świecą w ręku, wujek umarł, pogodzony z życiem, bliskimi. W atmosferze modlitwy i nabożeństwa. Umarł zwykły człowiek. Umarł pięknie.
Na pogrzeb przybyło wiele osób z najbliższej okolicy, jak i z dalszych stron. Wujka pożegnaliśmy w tym samym drewnianym kościele, w którym został on niegdyś ochrzczony. Tego dnia padało i było bardzo pochmurnie. Jednak na cmentarzu, gdy spuszczano trumnę do ziemi, chmury rozstąpiły się i wyszło na chwilę słońce, jakby na znak pojednania.
Stypę zorganizowała córka wujka, będąca siostrą zakonną. Nie obyło się bez wysokoprocentowego alkoholu i porządnego posiłku. Ci, co znali wujka, wiedzieli, że byłby on z takiej uroczystości bardzo zadowolony.
Chciałbym, jest to wręcz moim marzeniem, bym potrafił umrzeć tak jak mój wujek. Umrzeć śmiercią prostą, tradycyjną, dzierżąc świecę, wyposażony w sakramenty, pogodzony ze wszystkimi, pokorny i prosty. By moja śmierć nie wywołała ciemnej rozpaczy wśród moich bliskich, ale by ich do siebie zbliżyła. Bym, umierając, nie krzyczał, nie złorzeczył, nie zachowywał urazy. Bym nie miał poczucia niespełnionego życia.
Dziękuję Ci wujku za wskazanie mi drogi.
Odsłon: 499 Komentarzy: 8
Thursday,24 September 2009,11:29
Kategoria: Polityka Thursday, 24 September 2009, 11:29
W 1992 r. sprzedano włoskiej familii Lucchinich Hutę Warszawa, największego w Polsce producenta stali szlachetnych. Transakcja opiewała na ok. 6 mln dolarów, choć Hutę specjaliści wyceniali na 27 mln baksów. "Inwestor" italijski systematycznie zmniejszał produkcję, redukował zatrudnienie. Prowadziło to do degradacji terenów huty (ok. 400 ha w obrębie warszawskich Bielan). Kilka lat temu Hutę od Włochów kupił międzynarodowy koncern Arcelor Mittal. Nie obyło się bez masowych zwolnień, wycofywania się z kolejnych budynków produkcyjnych. W dzisiejszym "Fakcie" czytamy o planach budowy na terenach dawnej już Huty Warszawa olbrzymiego osiedla mieszkaniowego na 8,5 tysiąca mieszkań. Osiedle na terenach Arcelora ma wybudować francuski "developer".
Tak więc proces prywatyzacyjny dobiega końca. Na terenach Huty powstanie kolejne miasto w mieście, zupełnie oderwane od otoczenia, oferujące swoim mieszkańcom niskiej jakości mieszkania w blokach, które za 20 lat będą gotowe do rozbiórki. Zarobią na tym biznesie oczywiście francuski developer i międzynarodowy Arcelor, i to zarobią słono. A ile ma z tego państwo polskie? Oczywiście równowartość 6 milionów dolarów. Jest to kwota śmieszna za 400 hektarową działkę przy stacji metra, pętli tramwajowej, w pobliżu Puszczy Kampinoskiej.
Pozostaje pytanie: czy mogło być inaczej? Moim zdaniem mogło. Huta mogłaby wciąż działać, w takiej czy innej formie, jako spółka skarbu państwa, bądź spółka akcyjna będąca własnością pracowniczą. Oczywiście nie obyłoby się bez redukcji zatrudnienia, totalnej modernizacji i tym podobnych, ale mogło się udać.
Innym wyjściem, gorszym od wyżej opisanego, ale lepszym od budowy slumsów, byłoby zlikwidowanie huty, i włączenie jej terenów do przestrzeni miejskiej. Tereny huty mogłyby pomieścić osiedla mieszkaniowe, tereny rekreacyjne, drogi (ten temat pominę milczeniem- obecnie tereny Huty to olbrzymia przeszkoda w komunikacji między Bielanami, a Wólką Węglową, Izabelinem i Łomiankami- budowa osiedli przez Francuzów nie zmieni sytuacji na lepsze), budyki użyteczności publicznej, tereny inwestycyjne. Wreszcie pod terenami Huty (bądź nad nimi) mogłoby zostać przedłużone warszawskie metro, obecnie kończące się ślepo i jakby nieco nonsensownie u bram dawnych zakładów. Słowem, tereny Huty mogły stać się normalnym, cywilizowanym miastem. A jak będzie w rzeczywistości? Nie dajmy się zwieść Żabojadom i miejskim urzędasom. Przykład Miasteczka Wilanów jest aż nadto jaskrawy: miało być pięknie, sklepy, przedszkola, szkoły, parki, aleje spacerowe. A co jest? bloki, bloki, bloki. Liczy się kasa, Winetou. Kasa, kasa, kasa. Niech Polaczki płacą i płaczą.
Odsłon: 248 Komentarzy: 2
Wednesday,16 September 2009,22:13
Kategoria: Polityka Wednesday, 16 September 2009, 22:13
5 sierpnia roku pańskiego 1826 pan Ludwik Hirschmann wydzierżawił od hrabiego Mostowskiego działkę w pobliżu podwarszawskiej wsi Tarchomin, na której to posesji założył niebawem wytwórnię octu winnego i estragonowego. To były piękne dla kapitalistów czasy Królestwa Polskiego i działalności hrabiego Druckiego-Lubeckiego. Zakład rozrastał się, interes szedł świetnie. W roku 1860 wytwórnię założoną przez Hirschmanna przejął stołeczny aptekarz Ludwik Spiess, i uruchomił w niej Zakłady Chemiczno-Techniczne Ludwik Spiess i Syn. W roku 1886 fabrykę przejął ów wymieniony w nazwie syn: Stefan Spies, po to tylko, by siedem lat później przekazać prosperującą fabrykę swojemu synowi, Ludwikowi Spiessowi. Fabryka Spiessów wytwarzała przetwory kostne, nawozy sztuczne, lakiery, politury, a także farby i ocet spirytusowy.
Prawdziwy boom nastąpił na początku XX stulecia. Spiess eksportował wówczas swoje wyroby do większości krajów europejskich. W 1907 r. w tarchomińskiej fabryce wyprodukowano pierwsze leki.
W 1922 r. przedsiębiorstwo wystartowało na giełdzie jako Przemysłowo-Handlowe Zakłady Chemiczne Ludwik Spiess i Syn S.A. W 1924 r. uzyskano u Spiessa pierwsze preparaty insuliny. Druga połowa lat 30-tych to już okres krzepnięcia spółki jako jednego z największych producentów farmaceutyków w naszej części Europy (w 1939 r. fabryka wytwarzała przeszło 200 różnych farmaceutyków). Fabryka dysponowała własnym laboratorium, wydawała nawet własne czasopismo branżowe.
II wojna światowa to oczywiście czas barbarzyńskich grabieży cennego parku maszynowego, jak również pilnie strzeżonego „know-how” Spiessów. Po wojnie rozpoczęto mozolną odbudowę. W 1948 r. uzyskano pierwsze gramy penicyliny, w pięć lat później insuliny.
Oczywiście spółka pana Spiessa nie uniknęła nacjonalizacji. Połączono ją z dwunastoma innymi zakładami, zakładając w ten sposób Polfę, olbrzymie przedsiębiorstwo farmaceutyczne. Fabryka tarchomińska uległa daleko posuniętej rozbudowie. W latach 60-tych, wraz z budową Kanału Żerańskiego, Polfa Tarchomin uzyskała własny basen przemysłowy, dzięki czemu w razie potrzeby fabryka mogła dystrybuować swoje produkty drogą wodną, poprzez Kanał Żerański do Wisły, a potem hen hen, za horyzont.
W 1994 r. Polfa została przekształcona w jednoosobową spółkę skarbu państwa, który to stan trwa do dzisiaj. Do niedawna Polfa Tarchomin zatrudniała ponad 2000 pracowników i posiadała znaną markę na rynku farmaceutycznym, swoje produkty eksportując do około 40 krajów całego świata. Większość produkcji Polfy to antybiotyki, ale też leki psychotropowe, insuliny wieprzowe, leki weterynaryjne, łącznie ponad 60 różnych farmaceutyków. Polfa nigdy nie śpi. Produkcja w fabryce nie stanęła nawet na sekundę od roku 1945. Fabryka dysponuje własną strażą pożarną, służbami technicznymi, trzema niezależnymi obiegami wody, bocznicą kolejową, awaryjnym zasilaniem. Jest najnowocześniejszym i najcenniejszym zakładem produkcyjnym nie tylko warszawskiej dzielnicy Białołęka, ale i bodaj całej wschodniej części aglomeracji warszawskiej. Pod względem technologicznym nie ustępuje podobnym zakładom Europy Zachodniej. Słowem: perełka, istna oaza nowoczesnych technologii i rentownej produkcji na naszej szerokości geograficznej.
Pytanie tylko: jak długo jeszcze? Rzondy Miłości bowiem wyznaczyły tarchomińskiej Polfie szlachetne zadanie ratowania dziurawego budżetu Priwislinskiego Kraju. Pod koniec 2009 r. Polfa ulegnie prywatyzacji, bo i po cóż naszemu bogatemu kraju jakieś nowoczesne zakłady farmaceutyczne?
A więc pożegnajmy się z Polfą. Polfą, która mimo powojennej nacjonalizacji przetrwała i kontynuowała XIX-wieczne tradycje fabryki Spiessów.
Moja pesymistyczna predykcja dla Polfy wygląda następująco: wejdzie „inwestor”, taki czy inny, ale podobno hinduski. Z początku będzie mamił wielką modernizacją zakładu, nie wstrzyma produkcji. Po paru miesiącach zaczną się jednak zmiany. Cały „know-how” wywędruje nad Ganges, technologie staną się rzewnym wspomnieniem, a na Tarchominie pracownicy będą wykonywać proste, niewymagające, ale, a jakże, popłatne prace, typu pakowanie leków, bądź produkcja szminek. Mimochodem zniknie zaplecze laboratoryjne, a pracownicy dysponujący największą wiedzą i doświadczeniem będą zmuszeni wyemigrować do Szkocji czy innej Walii. Tak oto Rzondy Miłości dokonują tego, czego nie zrobili komuniści ani postkomuniści. Brawo. Oto kolejny, niezaprzeczalny sukces ekipy Ryżego Donka.
Odsłon: 582 Komentarzy: 9
Wednesday,26 August 2009,17:40
Kategoria: Polityka Wednesday, 26 August 2009, 17:40
Pan Radziejewski, w swoim frondowym artykule o Sarmacji upatruje porażki XVII-wiecznej RzPlitej w niepełnym przeprowadzeniu idei republikańskiej. Pisze, w swoim skądinąd ciekawym tekście o Zygmuncie III-im jako szkodniku, którego sarmaci winni się byli pozbyć zawczasu dla dobra republiki. Nie lubi pan Radziejewski monarchii.
Na blogu Kolegi Dantego przeczytać zaś można o sakralnej stronie ustroju monarchicznego. Ba, bez sakralności, nie ma, pisze Dante, monarchii i godności królewskiej w ogóle! Władza królewska od Boga bowiem pochodzi. Patrząc na nasze podwórko, a raczej pole elekcyjne, każdy polski Sejm Elekcyjny pozpoczynał się modlitwą o łaskę Ducha Świętego, tak by wybór króla był wyborem Bożym, za pośrednictwem jeno mas szlacheckich przeprowadzonym. Elekcja kończyła się zaś uroczystym Te Deum w kolegiacie warszawskiej. Król jako namiestnik Boży. Każdy inny władca, choćby i absolutny, królem nie będzie, jeśli zabraknie mu namaszczenia Bożego (vel sytuacja w Prusiech).
Dochodzimy do konstatacji, że ustrój Najjaśniejszej był monarchią. I to najprawdziwszą, bo władza pochodziła od Boga. Majestat królewski był emanacją majestatu Boskiego na Ziemi. Polska monarchia była jednak o tyle dziwna, że Boskie pochodzenie władzy królewskiej nie przeszkadzało ślacheckim think-tankom wyprowadzać władzy królewskiej, niejako równolegle, od ludu (co czyni np. Imć pan Jakub Przyłuski w XVI w.). To taka nasza polska, sarmacka specyfika, może trochę niespójna, ale prawdziwa i szczera.
Na tę specyfikę składał się też brak faktycznego rozdziału między Kościołem a państwem. W Senacie zasiadali biskupi, prymas był Interrexem. Jednocześnie stworzyliśmy „państwo bez stosów”, w którym władza nie wtrącała się do sumień obywateli.
Wracając do tematu, chciałbym zadać pytanie: czy Sarmacja była zatem Republiką? Odpowiedź twierdząca jest, wydaje się, uprawniona: Polska była samorządna, rządzona przez wolnych obywateli, którzy w razie niebezpieczeństwa chwytali za szablę, dominowało myślenie kategoriami dobra wspólnego. Z drugiej strony zaś nasza Republika była Republiką wyjątkową, niespotykaną gdzie indziej. Była bowiem równocześnie monarchią, w której władza królewska pochodziła od Boga. Król nie był, jakby chcieli niektórzy, prezydentem jeno. On wyrażał sobą Republikę, a zarazem reprezentował Boga samego. Postać Króla była przez to poniekąd czynnikiem sakralizującym cały ustrój, a więc Rzeczpospolitą i wolne stany sejmujące. Istne Państwo Boże.
Odsłon: 741 Komentarzy: 4
