Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Rozmowa niespodziewana

Kategoria: Aborcja Saturday, 12 November 2011, 17:14

„Jak sądzisz, czy rodzice mogą wpłynąć na płeć dziecka?”

Lekcja angielskiego z nativem w szkole językowej. Mam szczęście, 1 na 1. Przerabiamy sobie materiały dotyczące postępu technologicznego i futurystyki, a tam takie pytanie. Mam nieciekawe skojarzenia.

-Hm… niektórzy stosują dość straszną metodę. Robią aborcję. To się zdarza w Skandynawii…

-A w Stanach właśnie wprowadzają prawo zakazujące aborcji ze względu na płeć i kolor skóry.

-A ze względu na sześć palców? – wyrywa mi się. – W Anglii tak bywa.

-A właśnie. Co o tym myślisz? – pyta „mój” Anglik. Patrzę na niego nieco nieufnie.

-Ja uważam, że to jest sposób zabijania ludzi. – czekam, co będzie.

-Tak? A dlaczego tak myślisz?

-Bo człowiek żyje od poczęcia do śmierci. Możesz umrzeć w łonie matki, po dwudziestu latach albo po stu, ale ciągle to jest twoje życie. Twoja osobista biografia. – Idę na całość, póki pamiętam słówka.

-Dokładnie, ja też tak sądzę. – mówi Anglik. Zamurowuje mnie. – Właściwie nie rozumiem, jak można myśleć inaczej. Znasz kogoś, kto ma poglądy pro-choice? Rozmawiałaś z kimś takim?

-Zdarza mi się. Na przykład w mojej rodzinie…

-I co? Co ci mówią?

-Akurat w rodzinie to… (unikać, jak się mówi unikać…) ukrywamy się przed dyskusją. Chowamy się. Żeby się nie pokłócić.

- A inni? Bardzo bym chciał porozmawiać z taką osobą. Jakich argumentów używają?

Mój szok kulturowy narasta. Młody, inteligentny Anglik, który nie zna ludzi o proaborcyjnym światopoglądzie?

-Wiesz co… zazwyczaj mówią „bo to nie człowiek”, a dlaczego? „Bo nie, bo nie, bo nie, bo nie”. Kompletnie nieracjonalne podejście. „Tak uważam i nie muszę ci tłumaczyć, czemu tak uważam”. To po co w ogóle dyskutuje? Wiele osób z dyplomami ma poglądy pro-choice.

-Tak jest. Zastanawia mnie to.

-Po prostu chcą się czuć nowocześni, być cool. Nic nie wiedzą o ciąży, o rozwoju prenatalnym… Kompletnie irracjonalne.

Anglik ze zrozumieniem kiwa głową. Przypomina mi się dobre słowo – współczucie.

-A druga rzecz, to jest współczucie. Ludzie współczują kobiecie, która ma problemy i starają się zapomnieć, że tam jest jeszcze jedna istota ludzka.

-O, na przykład gwałt. – przerywa mi. Wstrzymuję oddech. – Straszna, ciężka sytuacja kobiety i myśli się o aborcji. Ale potem porównuję: gwałt a morderstwo.

- Musisz uważać, z kim rozmawiasz. Znam ludzi, poczętych w wyniku gwałtu. To samo z niepełnosprawnościami. Nigdy nie wiesz z kim rozmawiasz… (...)

I tak sobie pogadaliśmy. Dawno nie czułam się tak zbudowana. Spotkać człowieka, który to rozumie, w zupełnie niespodziewanym miejscu!

My istniejemy!

DZIĘKUJĘ!

 

 

Odsłon: 459 Komentarzy: 7


Panewolucjonizm Pana w Muszce

Kategoria: Filozofia Friday, 12 August 2011, 20:44

Doczekaliśmy się zwerbalizowania tego, co z przeróżnych tekstów Janusza Korwin-Mikkego przebijało od ho-ho kiedy… W tekście „Dlaczego jestem deistą” (swoją drogą znakomita pożywka dla tropiących masońskie uwikłania autora, jako że deizm tradycyjnie jest podejściem masońskim), Korwin przedstawił swoją wizję metafizycznej natury świata. Pan Bóg stworzył świat w konkretnym momencie, zaopatrzył go w mechanizmy ewolucyjne i więcej się do swego dzieła nie miesza, a kto sugeruje inaczej (próbując wymusić na Nim interwencję np. poprzez modlitwę), ten wykazuje się brakiem ufności w mądrość  i doskonałość Wielkiego Ewolucjonisty. Skoro jest On doskonały, przewidział wszelkie skutki, a skoro przewidział, to najwyraźniej zadbał, by wszystko było na swoim miejscu – i kropka.

Prymitywizm tego ujęcia śmieszy, tumani, przestrasza. W filozofii nazywa się to błędem naturalistycznym, który polega na wnioskowaniu o etycznej wartości czegoś z samego faktu, że to zaistniało. Czyli dla przykładu „Świat rządzi się prawem silniejszego, a skoro tak jest, to znaczy że to najlepsza możliwość i Bóg tego właśnie chciał”. Możemy stąd pójść dokądkolwiek. Np. „Skoro mamy wysokie podatki, to jest to najlepsze co może być, bo przecież Bóg stworzył świat” albo „Skoro Nowa Prawica przegrała wybory, co z pewnością jest dalekosiężnym skutkiem stworzenia świata przez Istotę Doskonałą, to jest to fakt tak doskonały, jak sam Stwórca”.

Jednak kiedy już wywalimy ze świata sensowność wolnej woli – bo skoro „jest jak jest” - jest najlepsze i jedyne słuszne (i Bóg tak chciał), sama działalność Korwina jest pozbawiona sensu. Ewolucja dała mu już nieźle w tyłek: tyle wyborów ze skutkiem znikomym. „Tak, poszczególne istoty powinny odchodzić z tego świata, by zrobić miejsce dla następnych. To jest korzystne dla gatunku” – pisze autor. Ups… Chyba siły natury wolą jednak „lylylyberalizm” Palikota i jego palikocięta…

Ujęcie Korwina jest nielogiczne i wikła się w liczne sprzeczności oraz błędne koła. Jeśli „Bóg stworzył ten świat w pewnym momencie. Moment ten fizycy nazywają Wielkim Wybuchem. Potem go kształtował (co nazywa się „sześcioma dniami” tworzenia). I od tego czasu rozwija się on tak, jak rozwijać się powinien – bo Ten, co był w stanie zaprojektować Big Bang, był na pewno w stanie przewidzieć, co się potem stanie – i nie musieć w to już się wtrącać” – to dlaczego potrzebne mu było kształtowanie? Nie wystarczył sam Big Bang? Czy to nie jest sprzeczne z wszechmocą i doskonałością? Po co zrobił taki Big Bang, że musiał jeszcze cokolwiek dorabiać?

A jeśli już raz interweniował, po Big Bangu, to skąd wniosek, że dalej tego nie robi?

Dlaczego Istota Wszechmocna i Doskonała– „przecież Bóg jest w stanie stworzyć nieskończoną liczbę pięter układów” – musiała działać w czasie i jest ograniczona przez czas? I po co w ogóle w tym układzie nadal istniejący Bóg – może to był Wielki Poruszyciel, który potrzebny był hen, dawno temu, i dawno pewnie umarł… z nudów.

Już On na pewno zaplanował to tak, byśmy nie byli w stanie manipulować – i popsuć Jego dzieło”. Hulaj dusza! Niestety, Pan Janusz niejednokrotnie zachowuje się w sposób, którym potwierdza swoje poglądy. Mam tu na myśli ustawiczne niweczenie szans własnej partii w wyborach (słynne już ad Hitlerum, które jest kolejną pożywką dla poszukiwaczy agentów i układów). Co byśmy nie zrobili, jest super, i czego byśmy nie zrobili, jest super, bo przyjdzie wielkie Prawo Ewolucji z Boskiej nominacji i posprząta. A że za lat trzysta tysięcy, cóż poradzić.

Także ten niby wszechmocny i niby doskonały Bóg Korwina jest skrojony na potrzeby umysłu lubującego się w cybernetyce, szachach, brydżu, logice (podobno) i ewolucjonistycznej etyce - autora. Zamknięty w czasie, uwięziony w wyabstrahowanych prawach przyrody (o niepewnym statusie bytowym), których nie może przekraczać, nie mający nic wspólnego z dobrem stworek, który nikomu do niczego nie jest potrzebny.

Przypomnę tylko klasyczne ujęcie filozoficzne. Bóg jest Pierwszym Poruszycielem, ale znaczy to dużo więcej niż wywołanie Big Bangu. Bóg jest poza czasem i nie funkcjonuje w nim na naszych prawach. Bóg ciągle powoduje istnienie świata. Jest przyczyną zarówno „zaistnienia” (stworzenia) świata, jak i podtrzymuje świat w istnieniu. Dlatego, można powiedzieć, interweniuje non stop.

Teolog może powiedziałby to inaczej. Wierzyć można w co się chce, ale treść wiary sporo mówi o wyznawcy. Szkoda tylko, że takie poglądy – bliskie chyba randyzmowi – odstraszają wielu ludzi od wolności gospodarczej. W końcu Korwin wciska ten panewolucjonizm gdzie się da, budując tym samym mit wolnego rynku – dżungli, w której albo zjadasz, albo cię zjadają. I trzeba wykonać olbrzymią pracę, żeby przekonać, że nie, my, wolnorynkowcy nie chcemy, aby dzieci z ubogich rodzin umierały na ulicach obok narkomanów nałogowców, w szkołach mali chłopcy prześladowali się nawzajem, a niepełnosprawni nie mieli z czego żyć.

Podstawą porządnie przemyślanych (i opartych na studiowaniu czegoś poza treściami zawartymi we własnej głowie) poglądów wolnościowych jest uznanie istnienia wolnej woli i jej wpływu na rzeczywistość. Jest realizm, czyli perspektywa wychodząca nie od „dobra gatunku”, a od pojedynczych ludzi. Jest uznanie, że istnieje etyka i prawo naturalne, które obowiązują człowieka. Że człowiek jest odpowiedzialny za swoje czyny.

Z prymitywnego deistycznego panewolucjonizmu nijak to nie wynika. Panie Korwin, ewolucja przemówiła. A może to Duch Hegla – prawo dziejów - przemawia moimi ustami?

 

 

Odsłon: 502 Komentarzy: 14


Ja gram, ty grasz, on, ona, ono gra o tron

Kategoria: Kultura Sunday, 12 June 2011, 23:08

Zostało mi 300 stron. 300 stron czytelniczej uczty – intelektualnej, emocjonalnej i w każdym innym sensie. Potem zapadnie trudna do wypełnienia cisza – prawdopodobnie na kilka dobrych lat, jeśli autor nie dostanie skrzydeł. A przecież i tak jestem szczęściarą – miałam przyjemność przeczytać 4 pierwsze tomy „Pieśni lodu i ognia” w miesiąc, wcześniej żyjąc w błogiej nieświadomości. Przeczytać kilka tysięcy stron, pisząc pracę magisterską i opiekując się 3-miesięcznym dzieckiem.

Zaczęło się niewinnie. Plakat serialu HBO w ogóle mnie nie zachęcił, jako (onegdaj!) zwolenniczkę hasła „Po Tolkienie to tylko odgrzewanie kotletów aż do szczytów kiczu”. OK, Sean Bean z mieczem. Boromira kochamy, ale ktoś tu skopiował kliszę, nieładnie… Niedawno obejrzeliśmy z mężem – na podobnej zasadzie „błogiej nieświadomości” „Ojca chrzestnego”. Zachwyt.

Aż tu nagle czytam wielki, dwustronicowy artykuł w Rzepie – znakomicie sfilmowana „Gra o tron”, pierwszy tom sagi, która stanowi mistrzostwo gatunku, łącząc świat „Władcy Pierścieni” ze światem „Ojca chrzestnego”.  I to narobiło mi apetytu na te kotlety po Tolkienie… Które okazały się wspomnianą ucztą. Oczywiście okazało się, że moi Rodzice całą sagę mają, od lat bardzo lubią razem z moją siostrą, a mówić mi o niej nie widzieli sensu – bo przecież dla mnie „po Tolkienie to tylko…” i raczej nie czytam fantasy, a współczesne powieści często mnie irytują.

Zysk wydał właśnie pierwszą połowę V tomu – „Taniec ze smokami”. Saga nazywa się przeciętnie, okładki miała jak dotąd fatalne, ginąc w powodzi stereotypowych powieści fantasy. Ale zawartość – miodzio. Wchodzę w tę wizję cała, a mąż śmieje się ze mnie, gdy przez dwa tygodnie chodzę potem, reagując dziwnie stoickim wyrazem twarzy na wszystkie doniesienia polityczne i społeczne, bo przecież „nic nowego pod słońcem” i „zawsze tak było, od początku istnienia człowieka”, „ludzie tak mają” a „władza jest okrutna”. I inne tego typu mądrości ;)

Martinowi udało się napisać książkę niesłychanie realistyczną. Elementów fantasy jest tak naprawdę niewiele (żadnych „ponętnych elfic” ani „wojowniczych krasnali”), cała saga stanowi paralelę świata średniowiecznego, z niewolniczymi narodami Bliskiego Wschodu, koczownikami ze stepów Azji, wolnymi miastami stylizowanymi na wzór Wenecji i innych miast basenu Morza Śródziemnego. Ta kreacja, szczegółowa i barwna, budzi uznanie i zachwyca – ale to kwestie estetyczne, mniej dla mnie istotne. Istotny jest tenże realizm: w poziomie skomplikowania przedstawianego świata, psychologii i zróżnicowaniu postaci, roli przypadku, opacznie rozumianych faktów, nieprzewidzianych skutków, intencji, odbioru czynów i decyzji przez innych ludzi, niewiedzy i szacowania, które towarzyszy naszemu rozumieniu rzeczywistości. Wielości bohaterów, za którą trudno nadążyć.

Skompromitowane przez relatywizm Adama Mich-ekhe!ekhe!ekhe! (kaszel na okoliczność pozwów) pojęcie „szarości zamiast czerni i bieli” zyskuje tutaj właściwe, budujące i mądre znaczenie. Bez taniej psychologii w stylu „bo go tata zbił, a mama nie kochała”.

Dla mnie jest to książka nad wyraz wolnościowa. Libertariańska, mówiąca o tym, że nie da się dobrze sprawować władzy w państwie, niezależnie od tego, co chce się osiągnąć i jakim się jest człowiekiem.

Przy okazji, być może niechcący, autor opowiedział się bardzo pro-life. Dzieci poczęte i nienarodzone to w „Pieśni Lodu i Ognia” dzieci, a nie „skutki zapłodnienia”, a zabijanie dzieci to morderstwo. Nota bene autorzy serialu jakoś bardzo starali się ten wymiar zmiękczyć i ukryć…

Nie ma tutaj za grosz dzisiejszej poprawności politycznej. Jest za to mnóstwo seksu – co niektórych może zrazić, jednak jakoś nie odbieram opisów tzw. scen jako formy pławienia się w erotycznych fantazjach przez autora. Po prostu to książka dla dorosłych, połączenie "Ojca chrzestnego" z "Władcą Pierścieni", o tak… I dla przedstawienia pewnych treści potrzebny był też seksualny wymiar rzeczywistości. Małżeński i pozamałżeński, rozpustny i czysty… (szkoda, że autorzy serialu postanowili wymienić elementy „czystości” na jeszcze więcej „rozpusty”, co sprawia, że chwilami bardzo dobry serial jest mało zjadliwy, a nawet budzi obrzydzenie). Kawałek realizmu.

A propos płciowości, to autor wykazał się dużą dozą zrozumienia i adekwatnej wyobraźni. Jedną z zalet sagi jest wielość perspektyw. Ta sama historia (historia… świata) widziana jest oczami różnych bohaterów. Zarówno męskich, jak i żeńskich. Kolejny raz uniknął przy tym stereotypów fantasy w stylu „tylko dzika, ponętna elfica z łukiem to superbabka” oraz „tylko neo-Conan z nutką melancholii to superfacet”. Różni mężczyźni, różne kobiety, różne perspektywy do potęgi.

Obok realizmu, obok wymiaru antywojennego, wolnościowego, przy całym obdzieraniu ze złudzeń, ciągle jest to dzieło epickie. Budzące gorące pragnienie dobra i sprawiedliwości. Chrześcijaninowi przypominające o epickim wymiarze dziejów zbawienia, w których uczestniczy i jego własnej wiary.

Ta saga ma miejsce w moim księgozbiorze - obok „Władcy Pierścieni”, antyutopii Orwella i Huxleya, „Narnii”, „Wodnikowego wzgórza”, „Szaty”… I czekam, trzymając kciuki za wenę autora. Pewnie na domknięcie przyjdzie poczekać dekadę. Oby nie trzeba było.

Odsłon: 580 Komentarzy: 12


Ałtorytety uczą jak żyć

Kategoria: Akcja Thursday, 24 November 2011, 16:41

W pisemku Zwierciadło, które zajmuje się wnętrzem i zewnętrzem czytelnika, gości niejaki Holocausto, pardon, Nergal – jako [- - - -] zna się na duchowej stronie życia. Właściwie nie wiadomo, czy jest prawdziwym [- - - -], bo może to zgrywa, niemniej bierzemy za dobrą monetę takie teksty, jak np. ten http://teksty.org/behemoth,chwala-mordercom-wojciecha-%28997-1997-dziesiec-wiekow-hanby%29,tekst-piosenki albo http://teksty.org/behemoth,sathanas,tekst-piosenki. Nic, tylko uczyć się głębi spojrzenia. Dziękujemy, Zwierciadło!

Ale to nie koniec! Pisemko Sztuka życia zaprosiło do uczenia sztuki życia Monikę Jaruzelską i Tadeusza Bartosia. Pani Monika, nie ujmując jej osiągom w strefie odzieżowej, o sztuce życia opowiadać będzie ze względu na swojego tatę, który był [- - - -]. A Tadeusz Bartoś, ksiądz niegdysiejszy, który [- - - -], wciąż na topie, będzie uczył życia, bo… właściwie nie wiadomo, dlaczego, ale loczki ma fajne.

Nergal nie ma loczków, wszystko przed nim.

Na tronie wice marszałkowskim zasiada nam ałtorytet od [- - - -] i innych form [- - - -], przyjaciółka firm [- - - -], ze wzajemnością. Idą Święta, więc nie sposób zapomnieć o pani Środzie, która to już, już miała zostać ministrem edukacji. Karpie pozdrawiają, jak co roku, embriony nie, bo przecież nie umieją i co-to-to-w-ogóle-jest.

Na szczęście honor ratuje Kazimiera Szczuka wraz z przyjaciółmi, o tu http://www.nieczytasz.pl/, którzy to postanowili nie sypiać z ludźmi, którzy mają za mało książek. Odetchnęłam z ulgą, może mam szanse, bo książek ci u nas dostatek.

Fajnie jest!

Na wszelki wypadek sama się ocenzurowałam, bo nie chcę płacić grzywny, jak niektórzy mówiący, że Adam Michnik może mówić co chce, bo siedział [- - - -]. Ałtorytety trzeba szanować. Ałałał…

Odsłon: 375 Komentarzy: 9


Marsz Krzywości

Kategoria: Akcja Saturday, 19 November 2011, 21:48

W sobotnie popołudnie ulicami Poznania przeszły trzy demonstracje. Pierwszą utworzyła młodzież, która zalicza się do Obozu Narodowo Radykalnego. Zorganizowała się w opozycji do drugiego marszu, nazwanego Marszem Równości – manifestacji osób LGBT, które szczególnie cenią sobie tę swoją cechę i ich przyjaciół, którzy są zdania, że osoby LGBT doświadczają szczególnie nierównego traktowania.

Jednak uwaga dziennikarzy skupiła się na trzeciej manifestacji o niespodziewanym i niespotykanym kształcie. Poznań wyznaczył tym samym nowy światowy standard i zadziwił zachodnią opinię publiczną. Marsz Krzywości, o którym mowa, zgromadził z pewnością dziesiątki tysięcy ludzi, przebijając kilka innych słynnych zgrupowań z ostatnich miesięcy – policja opracowuje dokładne dane.

Szli pod różnymi szyldami – media wciąż prześcigają się, by podać najbardziej pełne zestawienie. Byli tam ludzie na wózkach i o kulach, fizycznie niepełnosprawni od urodzenia i w wyniku nieszczęśliwych wypadków. Razem z nimi byli niewidomi, niektórzy z psami przewodnikami, a także głusi. Niektórzy gapie po raz pierwszy widzieli głuchoniewidomych, porozumiewających się ze swoimi opiekunami językiem dotyku. Szli chorzy psychicznie – schizofrenicy, ludzie cierpiący na depresję i inni, niektórzy specjalnie opuścili szpitale i kliniki psychiatryczne w ramach przepustek. Szły siostry zakonne, trzymając na rękach dzieci pozostawione w okienkach życia i rodzice zastępczy ze swoimi pociechami. Za nimi maszerowały dzieci z państwowych domów dziecka i ich dorośli wychowankowie ze swoimi rodzinami. Wśród przybyłych liczni byli ludzie z niepełnosprawnością intelektualną, z chorobami genetycznymi i osoby po urazach. Widziano też wiele rodzin z czwórką lub więcej dzieci. Pojedynczo szli naukowcy, zajmujący się problematyką leczenia homoseksualizmu, a także terapeuci, pracujący z parami cierpiącymi po przebytej aborcji i ich pacjenci. Młode pary i narzeczeni, którzy zdecydowali się zaczekać z seksem do ślubu, raźnym krokiem pospieszali za nimi.

Staruszki, słuchające Radia Maryja, maszerowały ramię w ramię z przedsiębiorcami, którzy borykali się z coraz nowymi ustawami i biurokracją, jednocześnie zbierając cięgi za "żądzę" zysku i spowodowanie kryzysu gospodarczego. Historycy, którzy zbytnio interesowali się współpracą grup interesów, by mogli być brani poważnie przez szersze gremium, człapali krok w krok za pogardliwie odnoszącymi się do uznanych autorytetów publicystami. Kogóż tam nie było! Podobno widziano nawet libertarian, przedstawicieli grupy niezwykle rzadkiej w naszym kraju, którzy ośmielają się zauważyć, że monopol na przemoc i produkcję praw – czyli państwo - jest niemoralny. Szli poczęci w wyniku gwałtu, co wprawiło w konsternację bardzo wiele osób, i ci, których rodzice nie życzyli sobie ich narodzin, a w jakiś sposób jednak przyszli oni na świat. Wielu działaczy grup pro-life również znalazło się wśród zebranych.

Szokujące, ale w tłumie były feministki, ateiści oraz homoseksualiści, którzy opowiadają się za prawem do życia u każdego człowieka od poczęcia, a także lekarze, którzy zrezygnowali z wykonywania in vitro i opowiadają o tym publicznie. Rodzice, którzy nie posyłają swoich dzieci do szkół, po raz pierwszy zgromadzili się w jednym miejscu. Wielu przeciwników państwowej opieki społecznej oraz wolnorynkowców zdecydowało się uczestniczyć w manifestacji. Marsz Krzywości zebrał też spory zastęp matek, które wybrały zajmowanie się domem zamiast pracy poza nim, ludzi świadomie nieuczestniczących w wyborach parlamentarnych, a nawet osób stosujących zamiast antykoncepcji metody naturalnego planowania rodziny.

Kobiety, które zdecydowały się rodzić w domu; osoby z pozwoleniem na broń bez związku z wykonywaną pracą; zwolennicy mniejszych podatków i katolicy, zgadzający się z moralnym nauczeniem Kościoła i praktykujący życie sakramentalne; ludzie brzydcy i niefotogeniczni; filozofowie ze szkół realistycznych i obiektywistycznych; pracownicy instytucji publicznych żądający ich prywatyzacji… Wciąż jeszcze dziennikarze zauważają na nagraniach przedstawicieli innych, niewymienionych tutaj grup.

Socjologowie są zapraszani do wszystkich wiodących stacji radiowych i telewizyjnych. Należy przyznać, że krzywość zebranych była porażająca i wprawiła w osłupienie uczestników dwóch pozostałych marszów, media, polityków i opinię publiczną.

Odsłon: 935 Komentarzy: 18


Drę gazety czyli co się działo w wakacje

Kategoria: Media Saturday, 24 September 2011, 22:55

Wracam po bólach (rodzenia) i trudach (właściwie w trakcie, chociaż pierwszy szok poporodowy już za mną), a nie byłabym sobą, gdybym nie nadrobiła przeglądu prasy.

Historia magistra vitae est, więc co by nie utonąć w dziwnej zalewie ogórkowej w stylu Nergala i fascynacji Nergalem na lewicy (M. Środa „też mam nieraz ochotę podrzeć…” i J. Wijas - http://www.youtube.com/watch?v=AKPmkRU-Bzs), warto spojrzeć na to, co za nami – choćby i było nie mniej ogórczane…

M. Środzie, jako miłośniczce darcia, spodobałoby się na pewno, że drę Rzepki i Uważam Rze, aczkolwiek motywy mam mniej nienawistne. Wydzieram bowiem ciekawostki. Nikt tak jak polska prawica nie umie odbić na lewo, co z masochistyczną przyjemnością tropię.

I tak bohaterem absurdu tygodnia w URz 26, s.98 został Jerzy Borowczak z PO za przebłysk zdrowego rozsądku. Poseł przytomnie zauważył, że bandyci i tak broń zdobędą, jako i teraz są w jej posiadaniu, natomiast ludzie uczciwi nie mają się czym obronić, o czym owi bandyci dobrze wiedzą i zacierają kaprawe łapki. „Cóż, przecież wiadomo, że nic tak na obniżenie społecznej agresji nie działa jak broń w każdym domu” – ironizują autorzy.

A od kiedy to prawica zajmuje się inżynierią społeczną w celu „obniżenia agresji w każdym domu”? Jestem w stanie wyobrazić sobie, że Breivik po zabiciu pierwszej osoby dostaje od kogoś uczciwego strzała i rusza wąchać kwiatki od spodu, a nie zabijać następnych. No, ale skoro dla „prawicy” ważniejszy jest „poziom społecznej agresji”, niźli obrona ludzkiego życia…

Nie martwmy się, z rozumem zawsze może być gorzej, o czym wspomniano już powyżej, choć nieco między wierszami. W poprzednim numerze Rafał Ziemkiewicz donosi, że w Buenos Aires (zapewne prawica w imię „dobra wspólnego”) podjęła walkę z soleniem potraw! Sól dostać można w restauracji dopiero po prośbie, a na widok publiczny wystawiać jej nie trza, co by kusić żołądki prostaczków miała, wszak prostaczkowie ci w jakowymś brazylijskim NFZ leczeni majątek narodowy uszczuplić mogą ciśnieniem podwyższonem. Howgh!

Podobne intencje w (chyba arcyprawicowej) Szwecji mieli posłowie, którzy po badaniach, jak lampka wina wpływa na zdrowie pensjonariuszy domów spokojnej starości zarządzili, żeby każdy staruszek dostawał do obiadu winko. Bo to zdrowo, a zdrowie - co podkreślają niektóre partyje - jest wspólnym dobrem (w związku z czym w Polsce każdy może je odbierać każdemu w ramach systemu publicznej służby zdrowia).

Niemniej głupota potrafi osiągnąć szczyty, które przyprawiają o libertariański optymizm. Oto (ateistyczny) założyciel Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, obywatel Austrii, wywalczył sobie prawo do noszenia w dokumentach państwowych durszlaka, który to durszlak jest jego „religijnym nakryciem głowy”. Co by nie było, prawa nie pogwałcono.

Dla wszystkich, którzy cieszyli się częściowym uwolnieniem rynku opieki nad małymi dziećmi, które zaskutkowało nagłym rozwiązaniem problemu braku miejsc w niektórych dużych miastach i kilkoma tysiącami nowych miejsc pracy (skoro klubów jest 1952), przyszła pora na zimny prysznic. Parter, dwa oddzielne wejścia, w tym jedno na ogródek (w miarę możliwości) itp., itd., dość, że trzeba było, bo… „prywatne kluby (…) były poza wszelką kontrolą” (jakaś pani z jakiejś fundacji). Co nie jest prawdą, bo były pod kontrolą sanepidu. Ale – bierzemy za słowo - tak być nie może, żeby w Polsce coś nie było pod kontrolą, lepiej, aby nie było tego wcale.

A na koniec (chociaż ciągle drę gazety) smaczek: jeszcze w numerze 25 URz Napierniczak krytykował Tuska za pomysł z laptopami!!!

Odsłon: 522 Komentarzy: 7


Najlepsze Kołysanki

Kategoria: Akcja Saturday, 23 July 2011, 18:48

Rodzinny temat (zamiast politycznych, choćby i cisnęły się na usta) :) Zanim jeszcze dziecko nauczy się rozumieć tekst, radość ze śpiewania dobrych słów mają dorośli, ale muzyka liczy się dla obojga :)

Może coś sobie nawzajem polecimy? Co śpiewacie niemowlętom i większym dzieciakom?

Znam klasyki: "Na Wojtusia z popielnika", "Był sobie król...", "Aaa, kotki dwa".

("Ach śpij, kochanie" to wcale nie jest kołysanka, za żywa moim zdaniem)

Bardzo lubię jeszcze "Okruszka" Krajewskiego i "W muszelkach Twoich dłoni" Turnaua, a niedawno odkryłam "Kołysankę Puchatka" (wszystko na youtube, oczywiście).

Z Kubusia oglądanego w dzieciństwie pamiętam dwie kołysankowe melodie: "Lecę wysoko, jak jakiś ptak - wspaniały jest widok stąd... Ty jesteś jak miodu dzban i trzymam Cię tak, by cało powrócić na ląd..." oraz "Bujaj się, bujaj na gałęzi drzewa, niech ten wiatr co wieje piosenki Ci śpiewa" :)

Sprawdzają się też niektóre religijne ("Niechaj Cię, Panie, wielbią wszystkie Twoje dzieła" albo "Nic nie musisz mówić"...)

Co tu robić, nie ma na głównej blogowej kategorii Rodzina... To robię Akcję :)

Odsłon: 367 Komentarzy: 6

Rodzice wychowywani przez Agorę i Muratora

Kategoria: Rodzina Friday, 27 May 2011, 21:42

Przez czas dobiegającej końca ciąży nazbierałam gazetek z kategorii dzieci-rodzicielstwo-ciąża. W Polsce (co miłe) jest to dość rozwinięta branża: Mamo to ja, Twoje dziecko, Dziecko, M jak mama, Dobra mama, Mam dziecko i już sama nie wiem, co jeszcze… Przedwczoraj przystąpiłam do likwidacji (czyli wycinam przepisy kulinarne i „to, co się przyda”, wyrywam zszywki – i na makulaturę :)).

Nikomu nie zabraniam mieć swoich poglądów – niemniej dobrze jest nauczyć się (i swoje dzieci) widzieć to „posiadanie poglądów” przez wydawców. Zwłaszcza, że ich klasycznym zagraniem jest "podprogowe", ukryte między wierszami wychowywanie czytelnika – nawet czytelnika tak pozornie niewinnych gazetek. I to jest właśnie wpis o takich ukrytych w gazetkach „rodzicielskich" treściach, które nie zgadzają się z moimi przekonaniami.

Przodują w tym dwa pisma spośród wymienionych: wydawane przez Muratora M jak mama oraz wydawane przez Agorę Dziecko. Czytelnik dowie się, co jest normalne, co jest „ideolo”, a przy okazji nabierze „obiektywnej, naukowej” wiedzy… Poniżej subiektywny, przypadkowy, ale oparty na prawdziwych wycinkach zbiór przykładów na to, o co chodzi.

(Dziecko  lipiec i sierpień 2010):

artykuł „Chrzcić czy nie chrzcić” – komentuje ks. Boniecki :> proporcja: 5 głosów czytelników na tak, 5 na nie.

Opis świąt sierpniowych: „15 sierpnia – to kilka świąt w jednym: Święto Wojska Polskiego, rocznica Bitwy Warszawskiej oraz katolickie święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (…)”. [niesamowita kolejność wymienianych świąt plus charakterystyczne podkreślenie – to dotyczy tylko wybranej, zamkniętej wspólnoty].

Artykuł o ojcostwie w ciąży – „trzech przyszłych ojców, trzy trymestry, trzy różne historie”.  W tym 1 małżeństwo i 2 konkubinaty [żeby nikt nie miał wątpliwości, co jest normalne…].

Wywiad ze specjalistami w dziedzinie badań prenatalnych, w tym z lekarzem-genetykiem, dającym od czasu do czasu „niestety (…) skierowanie na przerwanie ciąży”. [gwoli sprawiedliwości jasne nazwanie tego co się dzieje na Zachodzie z późnymi aborcjami dzieci chorych złem… ale jednak].

(M jak mama – zima 2009? miałam kilka starych numerów…) O sukienkach do ślubu: „ślub w ciąży to nie żaden wstyd (…)” [nie…?]

Czytelniczki piszą: „Czy żłobek to tylko przechowalnia dzieci?” – dwugłos… tylko że obie mamy są za żłobkami i czują się usprawiedliwione. [ogólnie w prasie bardzo silna kampania: matki – wracajcie do pracy i niczym się nie przejmujcie. A gdzie druga strona? Co z tymi, które nie chcą wrócić do pracy, ale nie mogą sobie na to pozwolić??? gdzie umacnianie ich ducha??? tudzież zniżanie opodatkowania...].

[No comment] „In vitro po polsku” – metoda „coraz bardziej bezpieczna i skuteczna, uhonorowana w tym roku Nagrodą Nobla. Na świecie żyje dzięki niej ponad 4 miliony ludzi”. „Pozostajemy pod tym względem na szarym końcu cywilizowanego świata” „Niestety ustawodawcy brakuje odwagi, by wprowadzić regulacje prawne na miarę XXI wieku. Czy doczekamy się wreszcie ustawy, która będzie sprzyjać ludziom i rozwojowi medycyny, a nie podporządkowywać się jakiejkolwiek ideologii?”. Komentarz profesora Wołczyńskiego - wykonawcy in vitro: „Nie oznacza to jednak, że [medycyna rozrodu] ma stać się polem walki ideologicznej. Na nic zdadzą się próby podważania wiarygodności współczesnej medycyny i twierdzenia, że istnieje inna medycyna – lepsza od tej – i nazywa się naprotechnologia. Ta rzekomo nowa dziedzina nie jest przedmiotem publikacji naukowych i analiz w światowym obiegu informacji medycznej, a więc jest tylko wątpliwą ideą. Nikt na świecie ze znawców problemów rozrodu człowieka jej nie zna. Medycyna jest jedna”.

List od czytelniczki, która zdecydowała się na in vitro i miała różne dylematy: „Problem wbrew pozorom nie taki błahy. Co zrobić z pozostałymi zapłodnionymi jajkami, jeśli nie zdecyduję się na więcej niż jedno czy dwójkę dzieci? To problem nie bez znaczenia nie tylko dla osoby wierzącej. Kilka miesięcy odkładałam decyzję o in vitro, biłam się z myślami. I co? Efekt taki, że z dziewięciu wyprodukowanych jajek sześć udało się zapłodnić, ale tylko cztery dalej się rozwijały. Pierwsze in vitro (lekarz podał mi dwa) nie udało się. Więc już kompletnie nie miałam problemu, bo liczba jajeczek skurczyła się dramatycznie. Teraz mogłam już tylko trzymać kciuki, by dwa ostatnie uwiły sobie we mnie przytulne gniazdko. No i uwiły (…). Moje zmartwienia teraz dotyczą już tylko zdrowia dziecka (…) ono jest najważniejsze”.

„Najlepszy dzień na zajście w ciążę”. [Skomentujemy po Tischnerowsku…] Lid głosi: „Każda kobieta powinna znać swój miesięczny cykl i wiedzieć, kiedy zachodzi owulacja. Przy planowaniu ciąży ta wiedza jest niezbędna”. [świnto prawdo]. „Tak naprawdę wystarczy awantura w pracy, zmęczenie wysiadywaniem po godzinach czy drobna infekcja, a jajeczkowanie opóźni ci się albo przyspieszy, a jego objawy mogą być niezauważalne lub nie wystąpią wcale”. [gówno prawdo]. „Temperatura rośnie o kilka kresek” [?]. „Jeśli masz 28-dniowy cykl, sprawa jest ułatwiona, bo owulacja pojawia się dokładnie w jego połowie” [gówno prawdo]. I to jest tekst konsultowany z ginekologiem-położnikiem…!

>

Ostatnia strona: „Tu znajdziesz pomoc” – adresy. W tym do Federy „poradnictwo (…) dotyczące praw kobiet (…) w tym prawa do antykoncepcji, aborcji (…)”.

Bardziej mnie denerwowało M jak mama – hardcore.  Niemniej obie gazetki zostały odhaczone jako „nie kupuję”… Wiem, co chcę czytać, a czego nie życzę sobie, by mi wciskano.

Ja tam polecam Twoje dziecko i Mamo to ja, bo tam piszą moje wykładowczynie z psychologii, przynajmniej wiem, że nie odwalą chały;) i nie zauważyłam takich jak w powyższych pismach „zjazdów”.

Odsłon: 1039 Komentarzy: 8


Uwarzam rze to głópie

Kategoria: Polityka Wednesday, 25 May 2011, 09:23

Jak napisał kiedyś na swoim blogu Robert Gwiazdowski, to, że nie płacimy za edukację i służbę zdrowia jest u nas takim przekonaniem, jak w średniowieczu powszechna opinia, że Ziemia jest płaska.

Paweł Burdzy w „Uważam, rze” nr 14/2011 s.21-22 pisze o podwyżkach cen w artykule „Portfela cięcie, gięcie” i dodaje do tego następującą tezę: „Musimy oszczędzać także dlatego, że państwo stara się jak może przerzucać dodatkowe koszty na nasze barki. Właściwie na każdym kroku wycofuje się z rzekomo gwarantowanych, bezpłatnych usług. Dwa drobne przykłady. Opieka zdrowotna (…), oświata”.

Chwila zastanowienia: rozumiem, że zdaniem pana Burdzego, gdyby państwo miało z czego sfinansować te „bezpłatne usługi” – to bynajmniej nie stanowiłoby to „przerzucania kosztów na nasze barki”?

Zapłaciłby za to św. Mikołaj. No i Kulczyk z Solorzem, jako najbogatsi Polacy, dla których uszyto najwyższą stawkę podatkową (która zdaje się i tak ich nie obejmuje ze względu na prowadzenie rozliczeń poza Polską).

Chociaż chyba – logicznie rzecz biorąc – nikt nie musiałby płacić. Jak powszechnie wiadomo, w „bezpłatnych usługach” edukacyjnych i medycznych pracuje w naszym kraju po kilkaset tysięcy wolontariuszy…

Odsłon: 480 Komentarzy: 6


Skąd się biorą mole k.?

Kategoria: Rozrywka Sunday, 22 May 2011, 19:02

Jestem kilkulatką i spędzam dużo czasu u babci, która pracuje w bibliotece pedagogicznej w małym mieście gminnym. Biblioteka mieści się w starym, pięknym domu z okiennicami. W piwnicy jest węgiel i jest przerażająco, strych skrzypi i trzymają tam płyty, które babcia czasem nam wypożycza (O królu Bólu, Szklana góra, Guliwer i inne…). A na parterze jest sekretariat – piszę sobie na maszynie i mażę czterema kolorowymi markerami (to była atrakcja!), obok niego to miejsce z karteczkami od książek, w którym siedzi bibliotekarka, a dalej – labirynt. Lubię gubić się między półkami i wąchać ten wspaniały zapach kurzu bibliotecznego, patrzeć, jak promyki słońca tańczą z kurzowymi kropkami.

Mam cztery lata. Razem ze starszą o 3,5 roku siostrą maszeruję do biblioteki w Pyrzycach (wtedy tam mieszkaliśmy), mieszczącej się w starej gotyckiej (?) kaplicy. Drewniane podłogi skrzypią, pachnie kurz. Siostra wypożycza Astrid Lindgren „Ronję, córkę zbójnika”, a dla mnie Rumcajsy. To, co Ania czyta, jest dla mnie w tym wieku Ideałem i Wzorem. Ronję kocham do dziś.

Mam pięć lat. Już znam litery, bo babcia i dziadek uczą mnie, kiedy u nich przebywam. Ale nie zawsze mi się chce używać tej umiejętności. Siedzę sobie w pewnym miejscu, w którym absolutnie nie wolno czytać;) i „czytam” Thorgala - „Wilczycę”, wymyślając, co mówią bohaterowie. Dokładam dużo brzydkich wyrazów, bo po Vorze od razu widać, że nie jest dobrym bohaterem…

Mam sześć lat. Czytam moją pierwszą książkę „Dzieci z Bullerbyn”, a kiedy kończę, tańczę triumfalny taniec.

Co jakiś czas mama, na pytanie „co mam czytać”, bierze mnie do regału z naszymi dziecięcymi książkami i pokazuje różne swoje przeboje z dzieciństwa. Krótko opowiada, o czym jest która książka, potem daje mi ją do ręki. Zawsze dołącza do tego historię o tym, jak zbierała makulaturę za PRLu i za uzyskane pieniądze kupowała książki… kilka serii się z tego zbierania uzbierało (np. Biblioteka młodych). Na koniec seansu recenzji stoję z górką książek w dłoniach i mogę już coś dla siebie wybrać.

Jestem w drugiej klasie podstawówki, właśnie zmieniłam szkołę (na „lepszą”). Dojeżdżam tramwajem 5 przystanków z centrum Szczecina. Po drodze jest filia Miejskiej Biblioteki Publicznej – dziś już nieistniejąca, chociaż ciągle mi się śni. Pewnego dnia mama zapisuje mnie do biblioteki. Po kilku razach sama zaczynam tam zachodzić po drodze ze szkoły. Mała, ciemna pani bibliotekarka lubi moją obecność – a ja, mały przemądrzaluch, siadam na schodkach i z nią dyskutuję. Wynoszę coraz więcej i więcej książek. Czytam wszystko, co według mojego gustu da się przeczytać. Pani mnie lubi, wie, że wszystko oddaję i nie muszę przestrzegać terminów. Mój rekord to wypożyczenie naraz 32 książek (spokojnie, to były książki dla dzieci) i przydźwiganie ich w plecaku do domu. Niestety, gdzieś w klasie piątej pani bibliotekarka idzie na macierzyński, a jej zastępczyni mnie nie zna, każe płacić kary za przetrzymanie książek – a ja czuję, że z tej biblioteki już wyrosłam. Chociaż moje korzenie są właśnie tam – w Narnii, w Lindgren, w Terakowskiej, w dziesiątkach innych książek.

Trzecia, czwarta, piąta klasa. Będę pisarką – to jasne. Może będę jeszcze rysować komiksy. Piszę własne książki, odkrywam Trylogię i podkochuję się w Bohunie. Kiedy umiera pan Podbipięta, leżę w łóżku dwie godziny i płaczę. Mama nie wie, co mi jest.

Jestem w pierwszej gimnazjum. Robię wstępną listę rzeczy, których nie wiem, np. dlaczego wybuchła I wojna światowa. Kolejna lista to książki, których nie znam, a które warto przeczytać. Od szóstej klasy już rozumiem, że to, co czytają dorośli nie jest nudne z definicji. Coś się zmienia w mojej głowie (Piaget by powiedział – faza operacji formalnych;). Zaczynam zachodzić na nasz strych i grzebać w książkach „dla dorosłych”, patrzę, co czyta siostra. Zaczyna się – „Grek Zorba”, „Władca pierścieni”, „Imię róży”, „Rok 1984”, „Nowy wspaniały świat”, Kapuścińskiego… A potem odhaczam na liście „klasykę XX wieku”. Czytam też, chociaż (dziś to już wiem) nic nie rozumiem – „Lolitę”, „Blaszany bębenek” – ale są na liście, co robić.

Moja rodzina czasem w ramach odpoczynku – idzie do księgarni. Babcia – bibliotekarka nas nie rozumie:) i uważa, że to marnotrawstwo.

W drugiej-trzeciej gimnazjum zaczynam wreszcie dostawać takie kieszonkowe, które raz na jakiś czas pozwala mi kupować książkę. Zaczyna się, jeszcze wtedy Empik to była Księgarnia (dziś raczej księgarnia). Jadę na dwa fronty bibliotekowe – Książnica Pomorska i Miejska Biblioteka Publiczna, dział i dla dzieci – i dla dorosłych. Książki dziecięce kocham – i tak mi zostanie ;), ale w tej konkretnej filii coraz mniej mam do wypożyczania… Mój zeszyt do odhaczania się wypełnia.

Potem jest liceum – i chyba przechodzę dzięki mojemu profesorowi filozofii na kolejny etap Piagetowski, o którym ani dudu w wikipedii – paradygmatyczny. Przerwa – nie chcę fabuł. Chcę poznać strukturę rzeczywistości i dowiedzieć się, jak żyć :) Czytam Fromma i Jana Pawła II, Tischnera i… Hołówkę. I wiele innych. Wchodzę w świat gazet i czasopism, robię katalogi, wycinam artykuły. Każę sobie nawet kupić „Drugą płeć” na Mikołajki (do dziś leży nieprzeczytana – bo dziś już wiem, co tam jest;)… Równolegle od ostatniej klasy LO – duszpasterstwo (akademickie). Ojciec W. otwiera oczy na kolejne i kolejne tematy. Jest co czytać.

Studia – Poznań. Wywożę kolejne partie książek z domu. Polityka, historia, to co wydaje mi się ważne, a obok tego Muminki i Silmarillion (po kilku latach uroczyście oddam rodzicom „ich książki” – zdaje się, że nie zauważyli tego wywożenia, więc na mnie fukają). Wreszcie dysponuję taką ilością gotówki, żeby móc kupować to, co uważam za potrzebne i przyoszczędzić tam, gdzie chcę. Poznaję mojego przyszłego męża. Zawirowania światopoglądowe, dziesiątki dyskusji, wzrost liczby książek do przeczytania, nowe obszary. Tischner przestaje być synonimem filozofii; zaczyna się psychologia na serio; zupełnie inna historia i zupełnie inna polityka dostaje prawo głosu. W nagrodę – kupuję sobie książki. I kiedy chcę poprawić humor albo odpocząć – idę do księgarni. Chociaż popatrzeć, pogłaskać okładki. Fabuły nadal mają ze mną trudne życie. Wolę – obok fachowych, związanych ze studiami – historie prawdziwe, reportaże, wywiady-rzeki, biografie…

Jestem właściwie bałaganiarą (taką mam zinternalizowaną etykietę wskutek procesu wychowawczego – powiedziałby psycholog). Ale książki układam, segreguję, dopieszczam. W wakacje zrobiłam spis naszych książek (już połączonych biblioteczek). Dla znajomych jesteśmy trochę biblioteką (ze 20 książek zawsze jest „w terenie”). Dziś mamy 780 książek – już po przeczyszczeniu półek z pozycji „pożyczonych” od innych. Czasem dla rozrywki chodzimy do księgarni – nawet w niedziele, chociaż w niedziele nie kupujemy. Patrzymy na półki, co nowego wydano, oglądamy książki. W nagrodę po sesji i po licencjacie, i po różnych innych etapach – kupujemy książki. Niektórzy odpoczywają, kupując buty albo sukienki. Inni przy filmach albo na koncertach. Jeszcze inni (o, znam takich nawet z filozofii!) na imprezach na mieście, jedna to podobno wydatek 250 złotych. A my odpoczywamy między innymi tak.

A już zwłaszcza ja.

Jestem książkowym zboczeńcem-nałogowcem. Przeżywam ekstazę przy wybieraniu książek, przeglądaniu książek i przynoszeniu książek z biblioteki (to zresztą najbezpieczniejszy sposób ochrony przed wydatkami – jak wypożyczę, weryfikuję, czy coś warto kupić, a satysfakcja ta sama). Spisałam też książki siostry Ani (ponad 450…) i szukam kolejnych ofiar, dzięki którym mogę spełnić swoją żądzę książkową. Szykuję napad na książki rodziców, żeby je spisać, ale to później. Bardzo lubię brać kogoś do półki i opowiadać, o czym są poszczególne książki, które może przeczytać…

Pewien Znajomy za każdym razem, gdy wchodzimy na ten temat, opowiada o swoim z kolei znajomym, który doszedł do etapu prawdziwego nałogu – nie odpakowuje paczek z książkami, które zamawia. Nie, to nie dla mnie, to nie to. Książki są do kochania – i do poznawania. I do polecania i do opowiadania sobie nawzajem o nich… I do pożyczania i do rekomendowania. I do oglądania i do korzystania.

Czasem ktoś fuka ironicznie „i co, ty to wszystko przeczytałaś?” – pewnie, że nie. Ale mogę w każdej chwili :) Książki są do życia z nimi, nie tylko do prze-czytania.

Dziś wzięłam z półki „Rozmowy o Biblii” Świderkówny. Jak dotąd nie noszę okularów :)

Odsłon: 641 Komentarzy: 14


1 2 3 4 5 6 7 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.