
Monday,04 July 2011,10:56
Kategoria: Rodzina Monday, 04 July 2011, 10:56
Wczoraj mój synek dostał od dziadków prezent na piąte urodziny. Kolorowe klocki, które można na różne sposoby łączyć i w ten sposób budować rozmaite pojazdy. Jednak pierwszą rzeczą, którą skonstruował dziedzic mego nazwiska był… smok. Po rozciągnięciu potwór ów okazał się dłuższy niż babcia i prawie tak długi jak tata. Rzecz jasna wprawiło to mojego malucha w wielkie zadowolenie.
Po powrocie od dziadków przystąpiliśmy z synkiem do wspólnej zabawy. Otrzymałem polecenie zbudowania jednego z pojazdów, widniejących na obrazku w instrukcji. Jako że nie posiadam specjalnie rozwiniętej wyobraźni przestrzennej, tudzież co najwyżej przeciętne (kiedy mam dobry dzień) zdolności do geometrii rzecz zajęła mi nieco czasu, okresowo wprawiając w lekką irytację. Ale dałem radę.
Chwilę później przekonałem się, że moja pociecha najwyraźniej doceniła ojcowski wysiłek.
- Mam dla ciebie prezent – padło z ust synka.
- Jaki? – odpowiedziałem lekko zaskoczony.
- Krzyż – odparł poważnie mój mały urwis i wręczył mi niewielki „krucyfiks” zbudowany z klocków.
Zaniemówiłem. Gdy nieco ochłonąłem, doszedłem do wniosku, że kto wie, czy Pan Bóg nie chce mi czegoś przez to zdarzenie powiedzieć. Przypomniała mi się pewna łagodna reprymenda, którą usłyszałem dzień wcześniej z ust znajomego księdza i którą nieco zlekceważyłem. No i teraz chyba już wiem, o co chodzi.
Odsłon: 331 Komentarzy: 13
Friday,25 February 2011,12:23
Kategoria: Polityka Friday, 25 February 2011, 12:23
„Drożeje żywność, coraz więcej trzeba też płacić za prąd, czy wodę. Jednak władze twierdzą, że to nie jest wina rządu. Bo za podwyżki odpowiadają spekulanci” – przeczytałem dziś na stronie „Dziennik.pl”.
Wzruszyłem się, gdyż przed oczami stanęło mi sielskie-anielskie dzieciństwo pod rządami Edwarda Gierka, Stanisława Kani i Wojciecha Jaruzelskiego. Wtedy, brzdącem będąc, pomiędzy ganianiem za piłką, a nagrywaniem z radiowej Trójki kolejnych płyt „Bitelsów” i „Elektryków”, słyszałem czasem owo złowrogie słowo – „Spekulant”. Nie wiedziałem dokładnie, co oznacza, ale w mózg wbiło mi się jedno – to „on” sprawia, że w sklepach prawie nic nie ma, a po papier toaletowy (jeśli go już gdzieś „rzucą”) trzeba stać w kolejce dwie godziny i nie wiadomo, czy wystarczy dla wszystkich.
Według cytowanego przez „Dziennik.pl” wiceministra rolnictwa „znaczenie dla obecnych podwyżek cen jedzenia mają m.in. spekulacje na rynkach surowców metalurgicznych, energii, paliw. Jego zdaniem to nie jest polska specyfika, dotyczy to wszystkich krajów”. Moje wzruszenie pogłębiło się. Bo przecież nie tylko my cierpimy. Co mają powiedzieć borykający się z drożyzną Brytyjczycy, z trudem wiążący koniec z końcem Niemcy, szczuplejsi z roku na rok Amerykanie? Może jakoś im pomóc, np. wysłać koce i śpiwory dla bezdomnych z Nowego Jorku, jak to przed laty proponował wzruszony ludzką niedolą Jerzy Urban?
„Na te spekulacje nakłada się sytuacja z podażą surowców rolnych, czyli mniejsze zbiory w Rosji i zamknięcie granic dla eksportu ziarna, susza na zachodzie Europy, powodzie w Australii. Ponadto wzrasta też popyt na żywność w Chinach czy Indiach” – kontynuuje wiceminister. Po tych słowach musiałem mocno złapać się za serce. Czułem bowiem, że dla mojego wciąż rosnącego wzruszenia zaczyna brakować miejsca i zaraz moje przedsionki, tudzież komory po prostu eksplodują. Więc dotychczas mogłem się objadać za bezcen tylko dlatego, że Chińczycy i Hindusi żałowali sobie ryżu i cytrusów, Australijczyk tyrał w polu głównie dla mnie, ba, nawet Putin żywinę przysyłał, nie bacząc na mgłę nagminnie się snującą po rosyjskich lotniskach. A teraz tam wszędzie albo susze, albo powodzie. No i rzecz jasna, spekulanty żerują na klasie pracującej miast i wsi. Te koce i śpiwory to jednak za mało będzie, trzeba by jeszcze posłać co więcej!
„Wiceminister wskazywał, że wzrost cen ma charakter globalny i nie można wykazać nawet pośredniego związku "bez gwałtu na logice", że jakaś decyzja polskiego rządu miała na to wpływ” – czytam dalej w „Dzienniku.pl”. Ba, ja nawet myślę, że było dokładnie odwrotnie! Przecież sam minister finansów zapewniał niedawno, że po tym, jak podniósł podatek VAT, żywność stanieje. Przecież jak świat światem zawsze tak było! Podatki podnosi się po to, żeby było taniej! Tylko spekulanci wciąż judzą i sabotaż szerzą. Jednak – wiem to na pewno – jest jeszcze ktoś, kto za nimi stoi. Z pewnością społeczeństwo dowie się o tym już wkrótce. Może nawet na następnej konferencji prasowej przedstawiciela naszego rządu. Ja jednak powiem Wam już teraz – to „Imperialiści”. Gdzie ich szukać? Ano ani chybi w dobrze zakonspirowanych hodowlach stonki ziemniaczanej, którą już niedługo z pewnością na nas spuszczą. Czuj duch!
Odsłon: 220 Komentarzy: 6
Sunday,30 January 2011,22:22
Kategoria: Kultura Sunday, 30 January 2011, 22:22
Pozwólcie, że zacznę od dwóch cytatów. Pierwszy jest autorstwa Sørena Kierkegaarda – „Ludzie żądają wolności słowa, by wyrażać swą wolność myśli, której unikają jak ognia.” Drugi pochodzi ze współczesnego internetowego Miejskiego Słownika Slangu i Mowy Potocznej – „Leming – człowiek, który bezkrytycznie wierzy w to, co usłyszy w telewizji albo przeczyta w Internecie i przyjmuje to wszystko bez żadnego zastanowienia; uważa się przy tym za mądrego. Głupek. Jednym z podstawowych źródeł zdobywania wiedzy leminga jest portal Onet.pl”.
Tyle cytaty. Dlaczego je przytaczam? Otóż nasunęły mi się nieodparcie po przedpremierowym obejrzeniu spektaklu Teatru TV pt. „Napis” (premiera 31.01 wieczorem w Jedynce). Autorem sztuki jest francuski dramaturg Gerald Sibleyras. Nad Sekwaną pisze się o nim jako o "pełnym werwy, władającym ostrym piórem i poczuciem humoru żartownisiu, wpadającym w szał na widok głupoty ludzkiej, niosącej ze sobą stereotypy i tak zwane "prawdy niepodważalne", poznawane podczas lektury kolorowych pisemek". „Napis” w pełni tę opinię potwierdza. Sibleyras znany jest również bywalcom polskich teatrów. Kilka jego utworów gościło już na naszych scenach, zaś sam „Napis” grany był m.in. w Krakowie, Bielsku-Białej, Chorzowie i Szczecinie. Do dziś zresztą można tę sztukę obejrzeć w stołecznym Teatrze Współczesnym.
Recenzje, z którymi dane mi się było zapoznać, sytuują utwór Sibleyrasa w kontekście Tuwimowskich „Mieszkańców”, „Moralności pani Dulskiej”, Gombrowiczowskiej „Ferdydurke” (wątek rodziny Młodziaków), Mrożkowego „Tanga” (wątek Edka), a nawet Gogolowskiego „Rewizora” (poprzez ukazywanie pozornie drobnych ludzkich śmiesznostek stopniowo odsłania się pesymistyczny, czy wręcz złowrogi obraz portretowanej społeczności). I tu również jestem skłonny przyznać rację krytykom, choć od siebie dorzuciłbym jeszcze jedną książkę, która z nieco innej strony oświetla opisaną przez Sibleyrasa patologię. Chodzi mi o „Ucieczkę od wolności” Ericha Fromma, a zwłaszcza dwie niewesołe konkluzje, które z niej płyną. Pierwsza – człowiek zamiast wolności często wybiera oportunizm i poczucie bezpieczeństwa, płynące z „chodzenia w stadzie”. Druga – nasiąkając stylem myślenia obowiązującym w owym „stadzie” lub ulegając „anonimowym autorytetom” reklamy, propagandy czy „opinii publicznej” człowiek lubi zarazem mniemać, że poglądy, które zinternalizował są efektem jego własnej, oryginalnej i całkowicie niezależnej refleksji.
„Jak ciasto biorą gazety w palce/ I żują, żują na papkę pulchną/ Aż papierowym wzdęte zakalcem/ Wypchane głowy grubo im puchną” – pisał przed laty Tuwim. Owa papka przybierała w dziejach rozmaite postacie, bywała „kołtuństwem”, „dulszczyzną”, „kultem postępu i nowoczesności”. U Sibleyrasa natomiast ochoczo stroi się w szatki „politycznej poprawności”. I to gdzie! W „przyzwoitej” kamienicy położonej w atrakcyjnej dzielnicy współczesnego Paryża.
A rzecz ma się tak… Do jednego z mieszkań wprowadza się młode małżeństwo Lebrunów. Początkowo nic nie mąci im radości z większego lokum. Jednak pewnego dnia pan Lebrun odkrywa na ścianie windy obraźliwy napis zrównujący jego skromną osobę z męskim przyrodzeniem, w dodatku nazwanym niezbyt eleganckim słowem (choć w sumie nie jest najgorzej – w inscenizacji w Teatrze Współczesnym „słowo” jest jeszcze mniej wytworne :-)). Większość ludzi zapewne uznałaby obraźliwą inskrypcję za głupi żart i postarałaby się dyskretnie jej pozbyć, zanim stanie się własnością publiczną wszystkich sąsiadów. Jednak pan Lebrun traktuje sprawę ze śmiertelną powagą i rozpoczyna prywatne śledztwo, chodząc po mieszkaniach i „przesłuchując” lokatorów. Na tym etapie spektakl nie wykracza poza ramy błahej farsy, a humor przypomina ten z amerykańskiej komedii „500 dni miłości”, kiedy jedna z bohaterek biegała po parku, krzycząc „penis”.
Z biegiem czasu robi się jednak coraz ciekawiej. Poznajemy bowiem lepiej dwa reprezentatywne dla lokalnej społeczności małżeństwa: państwa Cholley i państwa Bouvier. Sprawiają oni wrażenie cyborgów, zaprogramowanych na powtarzanie frazesów i zachowań, lansowanych przez Internet, popularną prasę i amerykańskie poradniki. „Nowoczesność”, „Europa”, „tolerancja”, „otwartość”, „solidarność”, „walka z niesprawiedliwością”, „młodość to kwestia ducha, a nie ciała”, „dziś nie ma już różnic między kobietą i mężczyzną”, „wszyscy księża są pedofilami” – to stałe składniki mantry, wałkowanej przez nich bezrefleksyjnie każdego dnia. Pewien wyjątek stanowi pan Cholley (w tej roli ufryzowany na młodzieniaszka Krzysztof Globisz), nieformalny przywódca grupy, jedyny zdolny do namiastki samodzielnego myślenia, wszelako wciąż w ramach politpoprawnego dogmatu. Przykład? „Winda to wprawdzie miejsce wspólne dla wszystkich mieszkańców i nie należy go zanieczyszczać wulgarnymi napisami, ale z drugiej strony to także „przestrzeń wolności” i każdy może tam dać wyraz swej autoekspresji, zaś ten, kto robi z tego aferę, czyż nie skłania tym samym do podejrzeń, że zasługuje na zrównywanie go z męskim przyrodzeniem?” Urocze, prawda?
W miarę trwania spektaklu błaha farsa niepostrzeżenie przeobraża się w ostrą satyrę, zaś w finale, nawiązującym do bardzo głośnej sztuki Stanisława Wyspiańskiego to już niemal pełna gorzkiej ironii metafora „społeczeństwa zamkniętego”, przeżartego hipokryzją i graniczącą z fanatyzmem nietolerancją, zaludnionego przez przeraźliwie głupich i zakompleksionych obskurantów, skrytych za maskami „ludzi postępowych i uroczych”, obowiązkowo celebrujących nowomodne, pozbawione głębszego sensu „święta” i próbujących egzorcyzmować starość imperatywem jazdy na rolkach.
Sibleyrasowi udała się w „Napisie” rzadka sztuka – połączył lekkość w prowadzeniu fabuły z „polifonicznością” jej przesłania. Komediodramat Francuza równie dobrze można interpretować jako moralitet, satyrę z polityczno-ideologicznym „drugim dnem”, nie zawsze wesołą komedię, kpiącą z ludzkich przywar i słabości (każda z postaci je ma) oraz – last, but not least – tragikomiczne studium posiadacza „mózgowej papki”, obecnie zwanego lemingiem. Inscenizacji Wojciecha Nowaka w Teatrze TV najbliżej do satyry i moralitetu, co mnie akurat bynajmniej nie razi. Przeciwnie, oglądając ten spektakl doznawałem dziwnego uczucia świeżości i radosnego zdumienia, że absurdy politycznej poprawności i obłudną twarz dyktatury lemingów dostrzegają nie tylko „oszołomy” nad Wisłą, lecz także „mainstreamowi” pisarze z kraju Woltera, Rousseau i de Sade’a.
Zacząłem od cytatów, więc i na cytacie – choć sparafrazowanym – skończę. Spieszmy się demaskować lemingi, tak szybko się mnożą.
Odsłon: 1140 Komentarzy: 50
Thursday,16 December 2010,11:54
Kategoria: Rozrywka Thursday, 16 December 2010, 11:54
Na męża Parysa
Żonę z jutrzenką zrównywał przy gościach
A potem jakoś mu się z nią rozeszło… po kościach.
.
Na męża zdołowanego
Pieszcząc jej szyję nadobną, koił smutek wszelki
Lecz to nie żony była szyjka, a butelki.
.
Na męża pracoholika
W domu żona-marzenie,
Ład, czystość i obiad na tacy,
Lecz on kochał wyzwań ciśnienie,
Więc mężnie na zawał padł w pracy.
.
Na męża komplemenciarza
Choć wałkoń i brzydki na twarzy
U żony miał poważanie
Bo co dzień powtarzał sto razy:
„Aleś ty piękna kochanie!”
.
.
Na męża Romeusa
Zmęczonym wielce i dość mam wszystkiego
Ludzi, roboty, stadła domowego.
Jak tu odpocząć, gdy wokół się pali?
Może popłynąć na pochlebstwa fali?
Tak rzekł Romeus i słowy barwnemi,
Jął żonę sławić aż po krańce Ziemi
Zostawił w tyle Petrarkę sławnego
I Mickiewicza wielce wymownego
W tym słów potoku wywichnąłby szczękę
Gdyby nie żona, która mu uszczelkę
Mocno sparciałą trzeźwo przypomniała.
Zmieniłbyś wreszcie, zanim kuchnia cała
Do cna zatonie, lecz nie w słów powodzi.
Nuże cny mężu, trzeci miesiąc schodzi
Jak kran wciąż cieknie, do sklepu pomykaj
lubo wymową czaruj… hydraulika!
Odsłon: 397 Komentarzy: 14
Tuesday,30 November 2010,11:55
Kategoria: Modlitwa Tuesday, 30 November 2010, 11:55
Dziś początek Nowenny do Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Serdecznie zachęcam do jej odprawienia. Jak pisze Francisco Fernandez Carvajal w swoich znakomitych „Rozmowach z Bogiem”:
„Jak Maryja jest obecna u zarania Odkupienia i u samych początków Objawienia, tak samo stoi u początków naszego nawrócenia się do Chrystusa, naszej drogi do świętości i naszego zbawienia. Przez Nią przyszedł do nas Chrystus i przez Nią wylewają się na nas wszystkie niezbędne łaski. Najświętsza Maryja Panna tylekroć ułatwia nam rozpoczynanie na nowo i wyzwala nas od niezliczonych niebezpieczeństw, których sami niepotrafilibyśmy uniknąć. Ona ofiaruje nam wszystko, co zachowała w swoim sercu, co odnosi się bezpośrednio do Jezusa, „na spotkanie z którym prowadzi nas za rękę”. W Maryi ludzkość znalazła pierwszą oznakę nadziei, w Niej odzyskuje ją każdy mężczyzna i każda kobieta, gdyż jest Ona oświecającym i wskazującym kierunek światłem.”
Odsłon: 241 Komentarzy: 9
Monday,29 November 2010,10:46
Kategoria: Film Monday, 29 November 2010, 10:46
Jakiś czas temu obejrzałem ten film i poruszył mnie na tyle, że napisałem jego krótką recenzję na jeden z moich pozafrondowych blogów. Dziś wieczorem "Yodok Stories" Andrzeja Fidyka będzie emitowany w Programie 1 TVP. Polecam! Dla chętnych – poniżej wspomniana recenzja.
***
Najpierw była „Defilada” – wybitny, wielokrotnie nagradzany film dokumentalny, zrealizowany przez Andrzeja Fidyka podczas obchodów czterdziestej rocznicy istnienia Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Uroczystości zbiegły się w czasie z olimpiadą w Seulu w Korei Południowej. Władze komunistyczne postawiły więc sobie za cel, by ich święto przyćmiło rozmachem i siłą wyrazu igrzyska u kapitalistycznego sąsiada.
Zrealizowane przez Fidyka dwadzieścia lat później „Yodok Stories” rozpoczynają się od kilkuminutowej sekwencji, ukazującej fragmenty ówczesnego przedstawienia na stadionie w Phenianie. Wzięło w nim udział kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, którzy przygotowywali się do niego przez pół roku, ćwicząc codziennie od świtu do nocy. Nie chodzili nawet do szkoły. Efekt? Sam Fidyk, komentując z offu ten niesamowity show, mówi o fenomenalnie wyreżyserowanym spektaklu. Trudno się z nim nie zgodzić. Czy nagi przymus i terror wystarczy, by osiągnąć taki efekt? Wydaje się, że nie, że potrzeba czegoś więcej, na przykład poczucia spełniania zakodowanej w ludzkiej naturze potrzeby kultu, wiary, oddawania komuś lub czemuś religijnej czci. Taki m.in. wniosek płynie z „Defilady”. Społeczeństwo w 100% odcięte od świata i niczym gąbka nasiąknięte quasi-wyznaniową propagandą, mającą szerzyć kult wielkiego wodza Kim Ir Sena. I niemal wszyscy wierzą i czczą. Nie widzą własnej śmieszności, groteskowości, głupoty, fanatyzmu. Nie widzą nawet własnej biedy i upodlenia, bo myślą, że na całym świecie jest podobnie, a w Korei Południowej to nawet dużo gorzej.
Życie w takiej nieświadomości może być nawet subiektywnie „szczęśliwe”. Do czasu jednak, gdy dojdzie do „profanacji”, czyli np. gazeta z portretem „umiłowanego przywódcy” spadnie na podłogę albo gdy jego portret okaże się nie dość często polerowany. Wtedy „profanator” ląduje w obozie koncentracyjnym. I to z całą rodziną, gdyż – jak zalecał wielki Kim Ir Sen – „nasienie wroga klasowego należy zniszczyć do trzeciego pokolenia”.
Reżim północnokoreański dopracował się penitencjarnej skuteczności, której mogłyby pozazdrościć najlepiej strzeżone więzienia amerykańskie. W kraju Kim Dzong Ila jak ktoś idzie do obozu koncentracyjnego to już nie wraca. Jedynym wyjątkiem, który potwierdza regułę jest Yodok, obóz koncentracyjny nr 15. Nielicznym udało się uciec. Nielicznym z owych nielicznych po wielomiesięcznej gehennie, poprzez Chiny, udało się dotrzeć do Korei Południowej. Tu znalazł ich Andrzej Fidyk, któremu pewna norweska organizacja broniąca praw człowieka zleciła nakręcenie filmu o łamaniu tychże przez despotię Kim Dzong Ila.
Jak zrobić dokument o obozach koncentracyjnych, nie mogąc nawet odwiedzić z kamerą kraju, gdzie się znajdują? Po pierwsze trzeba dotrzeć do ludzi, którym udało się z nich uciec i namówić ich na zwierzenia. Tak zrobiłby solidny telewizyjny rzemieślnik, ale Fidyk – śmiem twierdzić – jest kimś więcej. Uparł się, że te obozy pokaże. Wpadł na pomysł niekonwencjonalny i ryzykowny. Dzięki pomocy południowokoreańskich organizacji pozarządowych znalazł emigranta z Północy, który jest zarazem reżyserem teatralnym. Trzy tygodnie namawiał go, by przy pomocy innych emigrantów wystawił sztukę, ukazującą życie w północnokoreańskim „łagrze”. W efekcie powstał widowiskowy musical, który wywołał sporo szumu w Seulu. Jednocześnie „dopięła się” ostatecznie Fidykowa koncepcja jego własnego filmu. „Yodok Stories” to bowiem jednocześnie zapis powstawania wspomnianego musicalu oraz zbiór wstrząsających relacji byłych więźniów z ich pobytu w obozach.
W tym miejscu nieuchronnie rodzi się pytanie – czy ukazywanie ludzkich tragedii w tak rozrywkowej konwencji jak musical nie jest niestosowne, a może wręcz obraźliwe? Fidyk podaje dwa kontrargumenty, które warto rozważyć. Po pierwsze koreańska specyfika kulturowa jest dużo bardziej od europejskiej „kolorowa i krzykliwa”, po drugie zaś w trakcie realizacji filmu polski reżyser przekonał się ze zdumieniem, że południowokoreańscy politycy, dziennikarze, naukowcy i inni przedstawiciele miejscowych elit w ogóle nie wiedzą, że niemal pod ich nosem istnieją obozy koncentracyjne, w których w potwornych warunkach umierają na raty tysiące ludzi. Gorzej – nie dość, że nie wiedzą, to jeszcze nie chcą uwierzyć. Zupełnie jak przed laty zachodnioeuropejscy luminarze zafascynowani Stalinem i Mao Tse Tungiem. W pewnym momencie Fidykowi wyrywa się nawet pełne goryczy stwierdzenie, że gdyby nie broń nuklearna Korea Północna prawdopodobnie nikogo na świecie by nie interesowała. Kameralny spektakl z pewnością nie miałby szans zmienić tego stanu rzeczy. Głośny musical – przeciwnie.
Zresztą w „Yodok Stories” Fidyk posłużył się scenami musicalowymi po mistrzowsku. Ich rola nie ogranicza się do przerywników, pozwalających widzowi na złapanie oddechu po kolejnej dawce porażających „łagrowych” wspomnień. Przypominają raczej chór ze starogreckiego spektaklu, komentujący newralgiczne punkty Fidykowego filmu. W żadnym razie nie ma tu obrazy uczuć ofiar komunistycznego terroru, wręcz przeciwnie – ich relacje jeszcze zyskują na sile wyrazu.
Musicalowe wstawki nie burzą też naturalności filmowej opowieści. Widz ma cały czas wrażenie, że obcuje z prawdziwym życiem. Poza wspaniałą, głęboko poruszającą sceną finałową Fidyk konsekwentnie ucieka od metafor. Tak jak w „Defiladzie” po prostu pozwala mówić ludziom. Tym razem jednak tym, którzy zarówno Kim Ir Sena, jak i Kim Dzong Ila przestali czcić już dawno. Czczą jedynie pamięć swoich zakatowanych i zagłodzonych bliskich. I płaczą. I wciąż się boją. Nie można wszak uciec od samego siebie, a nieodłączną częścią owego „siebie” stał się Yodok, wedle jednego z musicalowych songów, „dolina beznadziei i rozpaczy, otoczona górami, okrutna i przeklęta ziemia nawet w snach”.
Odsłon: 654 Komentarzy: 6
Friday,29 October 2010,17:09
Kategoria: Ogólne Friday, 29 October 2010, 17:09
Najwyraźniej Bóg tak chciał. Od kilkunastu lat bardzo blisko współpracuję z ateistą. Niemal każdego dnia po kilka godzin. Tylko we dwóch.
Pod wieloma względami jesteśmy podobni. On z natury przekorny – ja też. On rodzinny – ja również. On ma naturę outsidera – mam i ja. On dużo czyta – takoż i ja czynię (a przynajmniej się staram). Jednak w najważniejszej sprawie się różnimy. Dlatego mimo wieloletniej znajomości długo się wahałem, czy mogę nazywać go przyjacielem. Bo przecież przyjaźń to ten rodzaj międzyludzkiej więzi, której spoiwem jest wspólnota przekonań, dotycząca tego, co najważniejsze. Można kibicować różnym zespołom muzycznym i klubom piłkarskim, ale w łonie matki jest dziecko, a nie bezosobowe „ciało”, jak się swego czasu wyraził mój przyjaciel-ateista. Dlaczego jednak przyjaciel? Dlatego, że chciałbym, żeby nim był. Bo sporo już razem przeszliśmy i – pomijając wszelkie różnice – mam wrażenie, że się po prostu zwyczajnie lubimy.
Poza tym sporo mu zawdzięczam. Tak, to nie pomyłka. Kiedy go poznałem wydawał mi się typem oschłym i szorstkim, wręcz gburowatym. Ludzie się go trochę bali, zwłaszcza kobiety. Ja przeciwnie – często nieco przesubtelniony, nadwrażliwy, taki trochę „ciuciuciu Romeusek”. Przez pierwsze miesiące naszej znajomości niemal codziennie myślałem, że on ma do mnie jakieś ukryte pretensje. Taki miał jakiś niesympatyczny sposób mówienia. Jak mu o tym po latach powiedziałem, zrobił wielkie oczy. Ale też dał do zrozumienia, że nie pierwszy raz docierają do niego sygnały, że jest tak postrzegany. Od tamtego czasu wielokrotnie widziałem, jak dyskretnie nad sobą pracuje.
Ja w każdym razie dzięki niemu zmężniałem. Jak cię trą ostrą szczotką to albo się zahartujesz, albo uciekniesz pod spódnicę mamy. Tertium non datur. Poza tym wiele na nowo przemyślałem, nierzadko porzucając dotychczasowe zapatrywania. Bo mój przyjaciel-ateista jest człowiekiem bardzo inteligentnym. A w dodatku lubi prowokować i wpuszczać w maliny, żeby sprawdzić kogoś, jak się zachowa. No i jest starszy o szesnaście lat. Bardziej doświadczony. Więc trochę mnie przećwiczył, choć może on tak tego nie odbiera.
Dla niego Bóg to zjawisko pokrewne literaturze i filmom science fiction, których serdecznie nie znosi i nie rozumie. Tylko realizm i koniecznie z happy endem. Z drugiej strony to człowiek uczciwy i sumienny w robocie, o ile wiem wierny mąż, jedynemu dziecku tylko raz dał lanie i niechętnie to wspomina. Ma swoje zasady. Kiedyś go zapytałem, dlaczego właśnie takie, a nie inne uważa za słuszne, skoro każdemu – jak twierdzi – co innego wydaje się dobre i każdy ma do tego prawo. Nie odpowiedział.
Zapewne o tym nie wie, ale jest klasycznym dowodem na to, że ateista też coś czci: ojczyznę, jakąś ideologię, a najczęściej samego siebie. Mój przyjaciel również. Ileż to on potrafi deliberować nad tym, kto mu się na korytarzu ukłonił, a kto nie i dlaczego. A jak go skrytykować celnie a słusznie, potrafi wpaść w niezłą furię. Zwłaszcza jak zrobi to ktoś, kogo nie lubi. Oj, ciężkie wówczas padają słowa, aż słuchać hadko…
W ogóle niebywale honorny z niego zakapior. Nawet jak mu dwadzieścia groszy pożyczyć, zawsze odda. A jak mu kawę postawisz – siłą ci równowartość w gotówce wciśnie. I fantazję ma ułańską. Niedawno szukałem dla córki zbiorku ćwiczeń do fizyki. Ponoć przestali już drukować, ale nauczycielka uparła się, że musi być akurat ten. A mój przyjaciel-ateista – jak twierdzi z nudów – zaczął przy mnie obdzwaniać stołeczne księgarnie i znalazł. W jakiejś mikroksięgarence przy bibliotece publicznej. Poprosił sprzedawczynię, by odłożyła na moje nazwisko. I kupiłem. Znam wielu katolików, ale żaden nigdy się wobec mnie tak nie zachował.
Wiele razy modliłem się za mojego przyjaciela-ateistę. I za jego rodzinę. Bardzo źle się czuję z myślą, że mogliby trafić do piekła. Czasem nachodzą mnie wyrzuty sumienia. Przecież gdybym był świętym, życzliwym, serdecznym, uczynnym i naprawdę dobrym chrześcijaninem, on by się z pewnością nawrócił. Z drugiej wszak strony i sam Chrystus nie potrafił przemienić niektórych serc. Bo nie chciały.
Czasem zatli się iskierka nadziei. Kiedyś, bodaj podczas jednej z pracowniczych Wigilii, powiedziałem mu, że mimo wszystko wiele skorzystałem z naszych nieraz gorących rozmów. On jakby się zawahał, po czym odpowiedział: „Ja też”. Był gwar, myślał, że nie usłyszałem, więc powtórzył głośniej: „Ja też!”.
Ostatnio znów się trochę pocięliśmy. Po zamordowaniu działacza PiS-u w Łodzi on jakoś dziwnie to komentował. W pewnym momencie prawie krzyknął: „Toż oni tam zaraz krzyż postawią!” Sam nie lubię religijnej ostentacji, zwłaszcza motywowanej politycznie, ale tym razem nie zdzierżyłem. I równie gromko odparowałem: „No i bardzo dobrze!” No bo w jakim znaku ma się wyrazić ból i żałoba po zmarłym katoliku (a ten zmarły chyba nim był). W półksiężycu albo w fosforyzującej figurze Elvisa?
Znowu więc między mną a moim przyjacielem-ateistą powiało chłodem. Nie na długo. Przedwczoraj rano miałem prawdziwy „kociokwik” (u mężczyzn pojawia się wtedy, gdy żony nie ma w domu i trzeba załatwić więcej niż dwie „przyziemne” sprawy jednocześnie). Dość powiedzieć, że w pracy zorientowałem się, że zapomniałem portfela. A tam i pieniądze, i dokumenty, i prawo jazdy. A akurat tego dnia z konieczności przyjechałem samochodem. Najpierw chciałem na wariata wracać do domu autem. Jednak mój przyjaciel-ateista trzeźwo zauważył:
- Masz na zbyciu pięć stów na mandat?
Oprzytomniałem.
- Nie.
- To sprawdź, kiedy jest spod pracy najbliższy autobus i jedź. O tej porze nie powinno być korków. Szybko obrócisz.
Kilka minut szukania w Internecie i już wiedziałem. Pozostało załatwić tylko jedno…
- Stary, pożyczysz mi na bilet autobusowy?
- Jasne.
Odsłon: 1641 Komentarzy: 39
Tuesday,19 October 2010,12:40
Kategoria: Polityka Tuesday, 19 October 2010, 12:40
Przedwczoraj na Mszy. Sam początek. Mój cztero i pół letni synek cicho się śmieje i coś tam mruczy pod nosem.
- Co się stało? – pytam.
- Miotła – słyszę w odpowiedzi.
Rzut oka na ołtarz. Ksiądz właśnie szykuje się do pokropienia wiernych wodą święconą. Kiedyś ów obrzęd nazywano z łacińska „aspersją”. Od pierwszych słów Psalmu 50 (wg numeracji Wulgaty): „Asperges me, Domine, hyssopo, et mundabor: lavabis me, et super nivem dealbabor…” („Pokrop mnie hizopem, a stanę się czysty, obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję…”). To przypomnienie obmycia wodą w sakramencie Chrztu, a zarazem prosty egzorcyzm. Więc z tą miotłą to nie takie głupie. Wygania się przecież diabła, wymiata pokusy z dusz wiernych zanim przystąpią do uczestnictwa w Ofierze Mszy, która – jak często i mocno podkreśla obecny papież – jest zarówno źródłem, jak i szczytem naszej wiary. I synek jakby jakimś szóstym zmysłem to rozumie. Kiedy mu krótko wyjaśniam, co to jest kropidło i że zaraz ksiądz pokropi nas wodą święconą, z cichym śmiechem odpowiada:
- A ja myślałem, że będzie zamiatał…
Kazanie jest odważne. Nie dlatego, że krytyczne wobec rządu, ani nie dlatego, że szczegółowo analizuje współczesne obyczaje seksualne. Kapłan mówi o diable. O jego subtelnym działaniu w duszy jednostek i życiu zbiorowości. I o egzorcystach. Że nie są li tylko popkulturowym folklorem z książkowych i filmowych horrorów. Jeszcze niedawno było ich kilkunastu w całej Polsce. Dziś jest po kilku w każdej diecezji i wciąż za mało. Diabeł niczym nowoczesny świat – „idzie z postępem”. Jest jak tandeta z supermarketu – coraz łatwiej dostępny i coraz tańszy. Dlatego wwozimy go do dusz wypchanymi po brzegi wózkami, na zapas. Tym bardziej, że opakowanie ładne i fajnie się reklamuje, dowcipnie i też odważnie, tyle że w cudzysłowie.
Jednak w moim życiu – jak się czasem naiwnie pocieszam – jest tego szatana mniej. Często staram się dystansować od świata, przebywać we własnym duchowym uniwersum i wychodzić na zewnątrz tylko wtedy, kiedy muszę. Nie dla mnie hałaśliwe autostrady, wolę pobocze. Do tego stopnia, że dopiero przed kilkoma tygodniami dowiedziałem się, że Grzegorz Schetyna jest Marszałkiem Sejmu. To już chyba skandal, takie niedoinformowanie. Ale czy na pewno?
Zaglądam wczoraj do Internetu. Czytam: „O 9 mln. złotych więcej wydadzą podatnicy na finansowanie partii politycznych. Platforma Obywatelska zyska ponad 3 mln., Prawo i Sprawiedliwość 2,9 mln., a ludowcy 1,2 mln. złotych.” Koalicja wyborcza „Lewica i Demokraci” też krzywdy mieć nie będzie. Dostanie do podziału 1,6 mln. Czy ktoś jest przeciw, z lewa albo z prawa? Czy ktoś się wstrzymał? Nie widzę… I to wszystko w kraju, gdzie bezrobocie rośnie, dług publiczny straszy, służba zdrowia gnije, system emerytalny zdycha, a komplet samych książek dla licealisty kosztuje ok. 500 zł. Jednak oni tam „w elitach” zdają się tego nie widzieć. Choroba jakaś, a może… diabli wiedzą. Tam miotła nie zamiata, ale wymiata. Na przykład ustami rzeczniczki Ministerstwa Finansów: „To standardowa procedura. Zgodnie z ustawą o partiach politycznych minister finansów podwyższa kwoty subwencji rocznej dla partii politycznych albo koalicji wyborczej partii, gdy wzrost inflacji przekracza 5%”.
Ech, pani rzecznik, a co mają powiedzieć ludzie, którzy od dziesięciu lat nie dostali podwyżki? Oni przecież relatywnie zarabiają coraz mniej. Dla nich takie projekty Ministerstwa Finansów to jak splunięcie w twarz. No cóż, przywykli… Mając pętlę kredytu na szyi nie wyjdą na ulicę, nie będą protestować. Mają rodziny i wiedzą, że są bezradni. Nauczyli się czuć niepotrzebni i nieważni we własnym kraju. Władza już po nich pozamiatała. Każda. Bo każde z liczących się ugrupowań tak naprawdę aprobuje i korzysta z systemu dotacji dla partii politycznych. I ze stosu innych przywilejów.
Honor, przyzwoitość, wstyd, uczciwość – to słowa jak stylowe, archaiczne bibeloty. Są nieodłączną częścią już jedynie niektórych prywatnych „duchowych salonów”. Ich właściciele zapraszają do siebie starannie wybrane osoby. I tylko do nich chadzają z rewizytą. W głowach im się nie mieści, że można iść do Ewy Drzyzgi i wymieniać ze śmiechem uwagi na temat – excuzes moi – „bzykania się w kiblu”. Może nawet nie wiedzą, że taka Drzyzga istnieje. Arystokraci.
W mediach czasem ubolewa się nad emigracją wielu Polaków. Że myjemy w Londynie garnki Pakistańczykom, że rozpadają się rodziny, że oddajemy obcym za bezcen najżywotniejsze siły narodu. Dużo rzadziej pojawia się refleksja nad emigracją wewnętrzną. A ta jest przecież permanentna i najliczniejsza. Ponad połowa Polaków regularnie nie chodzi na wybory, a jak podczas samorządowych jest ok. 20% frekwencja to już wielkie wydarzenie. Skądinąd w sumie to wystarczy, by wybrać „naszych okupantów”, którzy potem będą się radośnie i bez żenady autodotować z naszych kieszeni, a i prawem się podeprą jak zajdzie potrzeba. Sami sobie wszak takie uchwalili.
Kiedyś jeden z moich internetowych przyjaciół napisał mi, że na obecną sytuację w Polsce i Europie może pomóc już tylko jakaś – znowu excuzes moi, ale już ostatni raz – „generalna rozpierducha”. Kto wie, choć dla mnie to jak „wyganianie diabła szatanem”. Osobiście nie widzę wyjścia, chyba że cud. „Witajcie na pustyni rzeczywistości”, jak rzekły myszy pod miotłą. Asperges nos, Domine…
Odsłon: 383 Komentarzy: 13
Wednesday,29 September 2010,13:55
Kategoria: Film Wednesday, 29 September 2010, 13:55
Jak nakręcić film o dobrym człowieku i nie popaść w moralistyczny banał, naiwną idealizację i sentymentalny patos? No cóż, nie jest łatwo. Udaje się rzadko i tylko niektórym. Czasem takim, których byśmy raczej o to nie podejrzewali: Davidowi Lynchowi w „Prostej historii”, Robertowi Zemeckisowi w „Forreście Gumpie”, Clintowi Eastwoodowi w „Gran Torino”, a nawet (mimo wszystko) Ronowi Howardowi w „Człowieku ringu”. Udało się również Yojiemu Yamadzie w „Samuraju zmierzchu”, choć to zupełnie inny film od wymienionej czwórki.
Nie należy dać się zwieść tytułowi! Słowo „samuraj” sugeruje bowiem, że można się spodziewać kolejnej produkcji z gatunku „jidaigeki”, czyli – w pewnym uproszczeniu – japońskiego westernu, gdzie kowbojów zastępują legendarni mistrzowie katany, broń palną – miecze, a ethos rycerski „made in Wild West” – kodeks Bushido. Z kolei „zmierzch” zdaje się obiecywać, że tytułowemu bohaterowi nie grozi deficyt tajemniczości i romantyzmu (choćby nawet nie był wampirem :-)). Zdaje się, ale… nie tym razem.
Yoji Yamada podczas kręcenia swego filmu miał siedemdziesiąt jeden lat. To raczej wiek, kiedy człowiek zyskuje świadomość, że na tym padole łez pozostało mu już niewiele czasu. Dlatego wypada skupić się na rzeczach najważniejszych, a dopieszczanie chłopca w mężczyźnie zostawić młodszym, np. Tomowi Cruise’owi i Edwardowi Zwickowi. Dlatego w „Samuraju zmierzchu” zobaczymy tylko dwa pojedynki i to daleko odbiegające od stereotypu; akcja nie będzie toczyć się wartko (choć emocji zdecydowanie nie zabraknie); a wątek miłosny nie dowartościuje współczesnych pop-gustów („momentów” brak).
Skąd zatem taki tytuł? Powodów jest – jak sądzę – kilka. Po pierwsze takie pogardliwe przezwisko nosi główny bohater Seibei Iguchi, samuraj niskiej rangi (czytaj – „o skromnych dochodach”). Wszystko dlatego, że ma on w zwyczaju po zakończeniu pracy dla swego pana wracać szybko do domu. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy, dla których zmierzch jest idealną porą na biesiady w towarzystwie urodziwych gejsz. Iguchi niedawno został wdowcem. Ma dwie córki w wieku dziesięciu i pięciu lat. Młodsza, Ito, jest zarazem narratorką filmu. Do tego dochodzi stara niedołężna matka, która coraz częściej nie poznaje syna. No i jeszcze spory dług, zaciągnięty w celu kupna leków dla żony. No i jeszcze brak przedmiotu wyjątkowej samurajskiej dumy, czyli długiego miecza (tzw. katany), który Seibei musiał sprzedać, by mieć za co pochować małżonkę. No i jeszcze fakt, że chcąc spłacić pożyczkę musi sam prać, sprzątać, gotować, uprawiać ogródek, a nocami dorabiać wyrobem drewnianych klatek. W rezultacie coraz bardziej się zaniedbuje, chodzi jak obdartus i „śmierdzi gorzej niż suszony dorsz”.
Po drugie fabułę osadzono w latach sześćdziesiątych XIX wieku. To czas schyłku dynastii Edo i zarazem feudalnych porządków w Japonii, kres ery shogunatu i instytucji samuraja.
Po trzecie zaś w postępowaniu filmowych samurajów coraz bardziej widać odstępstwa od wielowiekowej tradycji. Seibei, skompromitowawszy się w oczach swego pana, zostaje tylko upomniany (kilkanaście lat wcześniej musiałby popełnić seppuku). Sam również nie sprzeciwia się, kiedy jego starsza córka studiuje pisma Konfucjusza, a wręcz przeciwnie – zachęca ją, by nie lekceważyła tego zajęcia. W przeciwieństwie do swego wuja uważa też, że wybór żony to „nie to samo, co kupić krowę lub konia”.
Już z tych pobieżnych uwag widać, że Yoji Yamada postawił na realizm. W naznaczonym często umownością, a czasem i komiksową sztucznością nurcie „jidaigeki” to pewien wyłom. Z drugiej wszakże strony film japońskiego weterana z czystym sumieniem można zakwalifikować jako „samurajski”. Jak nie wierzycie, obejrzyjcie.
Aktorstwo jest tu bez zarzutu. Zwłaszcza Hiroyuki Sanada w roli Seibeia na długo zostaje w pamięci. W pracy autora zdjęć widać pokorę wobec rzeczywistości. Wiejskie życie zubożałych samurajów sfotografowano bez taryfy ulgowej, ale i bez „odbrązawiającej” przesady. Raz widzimy spływające rzeką trupy zmarłych z głodu dzieci, a raz piękny krzew azalii wyrosły nie wiadomo skąd pośród szarych, podobnych do siebie domostw. Muzyka sławnego Isao Tomity świetnie podkreśla węzłowe momenty fabuły, zarówno te liryczne, jak i dramatyczne. Niczym wprawdzie nie zaskakuje, ale w ramach konwencji sprawdza się wybornie.
Obserwując wytrwałość, skromność, pokorę i cichą odwagę, z jakimi Seibei stawia czoła kolejnym, nieraz bardzo poważnym, życiowym wyzwaniom trudno nie zadać sobie pytania – „Skąd on ma tę wyjątkową siłę, która na zewnątrz wydaje się słabością?” Zapewne w jej ukształtowaniu pomogły mu pisma Konfucjusza, które lubił studiować, kiedy jeszcze miał na to czas. A może… Może posiada jakiś specjalny dar, pozwalający mu wyjątkowo wiernie „odczytywać” niepisane reguły prawa naturalnego, tej Boskiej pieczęci wyciśniętej niczym w wosku w sercu i umyśle każdego człowieka. Dzięki temu wie niejako instynktownie, co jest dobre, a co złe i ma wystarczająco dużo siły, by wybrać dobro.
W sercach i umysłach wielu znajomych Seibeia owa moralna „przedwiedza” uległa przynajmniej częściowemu zatarciu. U niego jakby nie. Dlatego ma opinię „odmieńca”. Jak mówi jego wuj, samurajski macho – „Od dziecka taki byłeś, mówiłeś od rzeczy, co bardzo martwiło twego ojca”. Niewiele brakuje, by bezwiednie powtórzył słowa biblijnych szyderców o apostołach napełnionych Duchem Świętym – „Upili się młodym winem”. Naprawdę niewiele brakuje.
PS
Zbierając informacje na temat filmu „Samuraj zmierzchu” dowiedziałem się, że będzie on emitowany w TVP 10 października w Programie 1 o godz. 2.10 w nocy (czyli właściwie 11 października nad ranem :-)). Pora wprawdzie barbarzyńska, ale mimo wszystko polecam.
Odsłon: 618 Komentarzy: 13
Tuesday,31 August 2010,13:24
Kategoria: Ogólne Tuesday, 31 August 2010, 13:24
Jako motto do swojego „Zniewolonego umysłu” Czesław Miłosz zacytował słowa starego Żyda z Podkarpacia. Brzmią one tak: „Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”.
A ja, choć czuję należny respekt wobec szacownego noblisty (o mądrości żydowskiej nie wspominając), ośmielam się niniejszym twierdzić coś wręcz przeciwnego. Posiadanie 100% racji jest najlepszym fundamentem prawdziwego szczęścia! Nie wierzycie? No to posłuchajcie…
Jest rzeczą oczywistą, że żaden normalny człowiek nie chciałby być paskudnym gwałtownikiem, strasznym rabuśnikiem ani – co już chyba szczególnie niesympatyczne – największym łajdakiem. Wszystkie te barwne określenia definiują tu w istocie jedną przypadłość – fanatyzm. Fanatyzm jest „szczególnym przypadkiem” zniewolenia. Człowiek „zwyczajnie” zniewolony może jeszcze budzić współczucie, chęć zrozumienia i pomocy. Fanatyka przede wszystkim się boimy. Dlaczego? Inny polski pisarz, Tadeusz Konwicki, z genialną lapidarnością ujął kiedyś istotę fanatyzmu, nazywając go „pychą ograniczonej świadomości”. Człowiek „zwyczajnie” zniewolony nie musi tego faktu uznawać z tytuł do chwały. Fanatyk czuje się wybrańcem, a co gorsza apostołem. Fragment niedoskonałej rzeczywistości bierze za Całość. Ma również Niezawodne Sposoby na jej uzdrowienie. Jeśli ludzie z jego otoczenia kładą mu przed oczy fakty, kwestionujące jego wizje to tym gorzej dla tych faktów… i tych ludzi.
Bez wątpienia fanatyk posiada w swoim mniemaniu 100% racji. Czy jednak jest szczęśliwy? Otóż nie! Właśnie z powodu swoich „apostolskich” zapędów. Fanatyk bowiem chciałby bardzo, żeby wszyscy myśleli tak jak on. Kiedy tak się nie dzieje (a nie dzieje się nigdy) bywa sfrustrowany, niespokojny, zdenerwowany i agresywny. Zatem fanatyka zostawiamy na boku. Nie o takie 100% racji chodzi.
Jak zapewne wiecie uważam się za wyznawcę Jezusa Chrystusa, a tenże Chrystus powiedział – „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Jednocześnie twierdzę, że najlepszym fundamentem szczęścia jest posiadanie 100% racji. Czyżbym więc uwikłał się w sprzeczność? Przecież tylko ktoś, kto co najmniej podejrzewa, że ma 100% racji, może wyrokować o czynach, słowach i myślach innych ludzi. Czy zatem zachodzi podejrzenie, że jestem hipokrytą? Chciałbym podejrzewać, że nie. :-)
Mania osądzania innych to w istocie łagodniejsza postać fanatyzmu. Co jest jej źródłem? Ano znów – „pycha ograniczonej świadomości”. Jak słusznie zauważył inny noblista Gabriel Garcia Marquez – „Każdy człowiek ma trzy życia: publiczne, prywatne i sekretne”. Nawet najbliższa osoba o żadnym z nich nie wie absolutnie wszystkiego, a o sekretnym zgoła nic. Niewątpliwie jednak ci, co lubią przybierać prokuratorskie pozy, we własnym mniemaniu mają 100% racji. Czy są szczęśliwi? Nie powiedziałbym. W przeciwieństwie do „betonowych” fanatyków dostrzegają bowiem (choć z reguły nie od razu) fakty, podważające ich osądy lub wręcz zadające im kłam. Wówczas zaczynają się odzywać wyrzuty sumienia („A może jednak skrzywdziłem tego człowieka, obmówiłem, oplotkowałem, zniesławiłem?”). Dochodzi też do głosu mglisty, podskórny lęk przed – jak mawiał Dostojewski – „żywym życiem” z notoryczną złośliwością nie dającym się wtłoczyć w „oswojone” przegródki ludzkiego mózgu. Dlatego domorosłych prokuratorów również zostawiamy na boku. Nie o takie 100% racji chodzi.
„No dobrze, a o jakie?” – zapyta nieco zniecierpliwiony Czytelnik. Już wyjaśniam. Otóż zarówno fanatycy, jak i „prokuratorzy” mają jedną podstawową wadę – za mało w nich zdrowego egoizmu. Jakżeż oni dużo myślą o innych! A o sobie prawie wcale. „To gorzej niż zbrodnia – to błąd!” – jak trafnie powiedział z kolei Talleyrand, który o sobie myślał bardzo często. I wszyscy mu słono płacili – zarówno monarchiści, jak i republikanie. Verba docent, exempla trahunt… Ergo – ad meritum:
Najmocniejszym fundamentem ludzkiego szczęścia jest posiadanie 100% racji odnośnie własnego życia. Trzeba mieć całkowitą pewność, że idzie się w dobrym kierunku. Wówczas nie ma wątpliwości, że miłość, którą przeżywam jest właśnie Tą miłością; przyjaźnie, które podtrzymuję mają sens; praca, którą wykonuję nie jest pomyłką; problemy i cierpienia, które napotykam nie są przejawem ślepego okrucieństwa bezdusznego fatum; a moje decyzje w tzw. trudnych sytuacjach były najlepszymi z możliwych etc.
Wyznawca Chrystusa taką pewność posiada. Czerpie ją od najwyższego z możliwych autorytetów, czyli od Boga, mówiącego poprzez Pismo Święte, nauczanie Kościoła, a zwłaszcza kapłana w czasie sakramentu pokuty i podczas kierownictwa duchowego. Dlatego chrześcijanin po prostu wie, jak ma żyć, choćby nawet nie zawsze to życie w pełni rozumiał. A jak sam wie, to paradoksalnie i innym jest z nim dobrze. Bo ludzie z reguły lepiej się czują w towarzystwie osób spokojnych i pogodnych.
Ktoś może teraz postawić zarzut, że to wszystko jest zbyt proste. Tak proste, że aż… głupie. Owszem, wszak Duch Święty ustami św. Pawła mówi wyraźnie – „Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą".
Jeśli zatem ktoś zasypie Was zarzutami, wątpliwościami i „dowodami”, mającymi na celu zburzenie Waszej radości, prostoty i naturalności dzieci Bożych, jeśli lekceważąc Wasze argumenty uporczywie będzie Wam wmawiał głupstwo i ciemnotę odpowiedzcie mu jak Tommy Lee Jones Harrisonowi Fordowi w filmie „Ścigany”. Pamiętacie? W czasie pościgu w kanałach Jones przewraca się i wypuszcza z ręki pistolet. Broń znajduje uciekinier Ford i celując w Tommy’ego z rozpaczliwą desperacją rzuca mu w twarz – „Nie zabiłem swojej żony!” Na co Jones (którego na moment jakby opuściła pewność siebie) stawia wszystko na jedną kartę i odparowuje – „Nic mnie to nie obchodzi!”
*
PS
Tekst niniejszy przesłałem również tym razem nie zaprzyjaźnionemu portalowi Wandea (wybaczcie!), lecz Gazecie Świeckiej, gdyż w tym konkretnym wypadku to jej Naczelny okazał się "biczem Bożym", który pogonił ospałego Romeusa do klawiatury. :-)
Odsłon: 449 Komentarzy: 12
