
Thursday,09 September 2010,03:32
Kategoria: Polityka Thursday, 09 September 2010, 03:32
Głosowałem od 2005 na PiS i raczej będę głosował na razie tę partię. Obecnie jest to jednak bardziej oddanie głosu na zasadzie „contra” niż „pro”. Przeciw teatrzykowi POpr i PeSeL.
Jarosław Kaczyński odszedł od wizerunku z kampanii prezydenckiej. Moim zdaniem, to wielka szkoda, bowiem powoli odzyskiwano to, co m.in. jego wypowiedziach i decyzjach (cyrk z gabinetem Marcinkiewicza) utracono z pomocą nieprzychylnych mediów po wyborach w 2005. Na dokładkę do tej ciężkostrawnej dla mnie potrawy czystki w partii wymiatają ostatnich ludzi z kręgów PiS, których w pełni poważam i szanuję. Tych, dla których głosowałem wcześniej, dawno już w tej partii nie ma.
Nie chcę się bawić w tandetne psychoanalizy, które raz po raz serwują różni dziennikarze i samozwańcze autorytety. Jednak trudno nie zauważyć problemu Jarosława Kaczyńskiego. Problemu, który w równym stopniu dotyczy Tuska i innych postsolidarnościowych polityków.
Chodzi mi o mentalność walki. Owszem, w polityce trzeba nakreślić przeciwnika, zagrożenia, jest to pomocne przy identyfikacji popierającej grupy docelowej. Gorzej, jeśli jest to walka dla samej walki. Taka mentalność wojownika z czasów opozycyjnych. Jesteśmy my i „oni”. I koniec.
Co sprawdzało się za PRL, niekoniecznie dziś się sprawdza. Zarówno PiS, jak i PO dążą do zagarnięcia idei „S” w celu własnej identyfikacji, jak i pognębienia przeciwnika, jako zdrajcę tych ideałów. Tak naprawdę te partie nie różnią się niczym ideologicznie, jedynie stopniem serwilizmu wobec państw ościennych i granicą tolerancji dla spadków po PRL. No i przede wszystkim wzajemną niechęcią liderów. JarKacz atakuje przeciwników bezpośrednio i stąd łatwa pożywka dla mediów. Daje się robić jak dziecko nawet pośledniejszym dziennikarzynom.
Nikt z „karskich”, „zbonikowskich” i „błaszczaków” będących obecnie przy uchu Prezesa nie zauważył tego, że aż do początków ostatniej kampanii prezydenckiej spora część mediów celowo „przegrzała” temat. Nasilenie nuty sentymentalnej było tak silne, że zmęczył tematem naprawdę sporą grupą osób. Dlatego retoryka obecna, wyrzucająca skarb konstruktywnego obrazu z kampanii wyborczej, zakończy się porażką. Nawet, jeśli PiS, pomijając samorządowe, wygrałoby wybory parlamentarne, to skończy się to powtórką z 2005. IVRP nie nastanie. Upłynie zmarnowana dekada szansy na realizację zmiany państwa…
To nie jest tylko obsesja Jarosława.
Tusk ma wielu pomagierów w swojej partii i wsparcie sierot michnikopodobnych po UD/UW. Wygodniej mu podgryzać. Skoro Bronisław Komorowski został prezydentem, to nawet część środowisk „okołoWSIowych” w PO pokłada nadzieję, jako sile przewodniej. Cała energia środowiska Tuska i nieformalnego BBWRu idzie na walkę z „widmem kaczyzmu”, byleby nic nie zmieniać. Może boją się jeszcze bardziej Polskę ustrojowo zrypać? Donek zresztą postępuje podobnie, jak JarKacz, wywalając lub uciszając co bardziej konkretnych ludzi w Platformie. Obywatelskiej w takim samym stopniu, jak MO.
Jednakże przy obecnej dysproporcji sił medialnych, jako doświadczony polityk, JarKacz powinien zdawać sobie sprawę ze skutków swoich słów i posunięć. Chyba, że zbyt uwierzył we własną wyjątkowość i nieomylność. W tym, to chyba zapatrzył się w wizerunek Donaldu Tusku.
Uważałem i nadal uważam, że Katastrofie 10 kwietnia współwinni są wszystkie opcje polityczne po 1989, niezależnie od innych faktycznych i domniemanych czynników. Radzę prześledzić historię bezmózgiego wojowania politycznego na polu planów zakupów maszyn dla rządu i prezydenta. Powiedzieć tu o głupocie i populiźmie, to mało. Beznadzieja logistyczna i operacyjna służb specjalnych (likwidacja patologicznego WSI nic tu nie zmieniło), miernoty z minionej epoki na stanowiskach dowódczych w Armii, brak planu reformy ustrojowej kraju, finansów, sądownictwa, ograniczenia wydatków publicznych, obniżania kosztów pracy, infrastruktura gorsza niż postsocjalistycznych krajach ościennych, etc… Wszystko się łączy, bo jak tworzy się „Szwecję” z pustą kasą, to wychodzi… PRL. Nawet, jeśliby Rosja „pomogła” w katastrofie, istotne jest jedno. Pod Smoleńskiem wyszła cała miernota i słabość naszego państwa. Mimo ogromnego wysiłku społeczeństwa, struktury państwowe wraz z elitami tkwią w beznadziei PRL. Patrząc na mój kraj, przypomina mi się godło wiszące w jednej z sal w pewnej szkole podstawowej. Na głowie orła z godła Polski Ludowej pojawiła się korona zrobiona z pozłacanej folii aluminiowej, w którą była owinięta wcześniej zapewne smaczna czekolada…
Marnuje się ogromny kapitał społecznego poruszenia po 10 kwietnia. Piszę to kolejny już raz, bo krew mnie zalewa, gdy słyszę martyrologiczną nutę kaczyzmu, czy pustosłowie połączone z bezczelem tuskizmu. Bo katastrofa smoleńska dla każdego polskiego patrioty powinna być swoistym katharsis. Nie jest już ważne, czy rządzi taka, czy inna partia nieczerwona. Wszystkie patologie IIIRP mają prlowski rodowód.
Istotne jest to, że organizm państwowy jest chory od głowy. Zawiodły elity, a dojrzał Naród, który w większym stopniu wyzwolił się z mentalnego wirusa komunizmu niż one. Prawda jest okrutna, ale ani PO, ani PiS nie ma pomysłu na IVRP. Tak IVRP, bowiem było to hasło, do którego jeszcze w 2005 nawiązywali ludzie związani z oboma dominantami polskiej sceny politycznej. Gdyby naprawdę obu partiom zależało na przebudowie państwa, posiadałyby program znacznie konkretny, niż partyjne wypociny, czy artystyczne, autorskie projekty konstytucji, co bardziej mających parcie na szkło polityków. Chodzi o konkrety. W dobie przekazu internetowego opublikowanie konkretnych projektów i dotarcie do mas jest znacznie ułatwione. Co z tego, że jakaś partia go „przywłaszczy”, jak i tak można iść z dumą na kolejne wybory, że owe „dzieło” z mojej partii pochodzi.
Większość ustaw i rozporządzeń ma „nieznanego” autora stąd, że ilość świadomych i nieświadomych bubli woła o pomstę do nieba. Popatrzmy na naszą konstytucję, która jest w wielu miejscach martwa. Inne fragmenty, to ewidentnie nadmierna ochrona interesów pewnych środowisk. A kształt władzy prezydenckiej i premiera z rządem był tworzony z myślą o jednej nadchodzącej kadencji: drużyna Wałęsy vs. koalicja postkomuny.
Brak w Polsce wielu konkurencyjnych, silnych kadrowo i intelektualnie tink tanków działających w różnych dziedzinach, to wina elit politycznych, które takie ośrodki mają głęboko w dupie. A środowisko akademickie tkwiące w maraźmie postkomuny? Układzik, my nie ruszamy ich, oni udają elitę intelektualną.
Polityka dla partii politycznych po ’89 ogranicza się do doraźności, wojenkach i pieniactwie sejmowym o sprawy nawet nie drugorzędne. Dochodzą pojedynki i kupczenie o obsadę co lepszych stołków. Całość przypomina stylem schyłkową I RP. Wielu ludzi pokolenia, dla których czasy komuny były najwyżej latami licealnymi nie ucieka za granicę, czy wstydzi się za kraj dlatego, że nienawidzi Polski jako takiej. Wkur…ee…rza ich to, że oglądając „Misia”, czy „Zmienników” nie widzą w nim obrazu surrealistycznego, czy też odległego od rzeczywistości, w której przyszło im żyć.
Może zabrzmię teraz niczym redaktor GazWybu, ale miałem sen. W zasadzie koszmar.
Czeka nas „Grecja” w wersji hardcore, która zdmuchnie zarówno Tuska, jak i Kaczyńskiego ze świecznika, może i obie partie. Reformy będą za późno, a społeczeństwo będzie zmęczone POPiSem starych partii.Wtedy nadejdzie „nowa lewica” nie obarczona bezpośrednio PRL.
Przewodzić jej będzie Józef Obamowicz, ale o tym później…
Odsłon: 224 Komentarzy: 0
Friday,08 October 2010,02:27
Kategoria: Polityka Friday, 08 October 2010, 02:27
Uważam konflikt o krzyż po pałacem prezydenckim za szkodliwy. Kolejna ucieczka od prawdziwych problemów Kraju. W dodatku tworzy się atmosferę sprzyjającą ośmieszaniu katolicyzmu.
Pod to całe zamieszanie podczepiają się obecnie liderzy różnych grup, normalnie pozostających raczej na marginesie społecznego zainteresowania, a chcących ugrać coś dla siebie. A media tylko podsycają ogień w całym piekiełku. Pierwsze skrzypce w tej orkiestrze grają cwaniaki dziennikarskie i politykierskie. Wtórują im dyżurne autorytety i macherzy socjotechniki kreujące zantagonizowane dwie grupy tożsamościowe „zwolenników” i „przeciwników”. Polska „A” i „Beeeeeee!”. UEuropejska kontra polskokatolicka. Najlepiej, to już przestać myśleć. Tylko 0101010101… Konflikt, wróg, wojna.
Co do całego bajzlu. Najprostszym rozwiązaniem byłoby stworzenie przez Prezydenta Komitetu budowy pomnika upamiętniającego ofiary Katastrofy 10 kwietnia. Powołanie doń szefów klubów parlamentarnych, przedstawicieli duchowieństwa i rodzin poszkodowanych pozwoliłoby na uniknięcie całego cyrku. Nie jestem fanem obecnej formy budowy Świątyni Opatrzności, ale wydaje mi się ona być najodpowiedniejszym miejscem dla krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Pod decyzją o przeniesieniu tegoż krzyża podpisaliby się członkowie Komitetu. Miejsce przed Pałacem zabezpieczyłoby się płotem i zamieściło tablicę z napisem: „W tym miejscu stanie pomnik upamiętniający Katastrofę smoleńską”. Potem tylko pozostałoby rozpisać konkurs na projekt i po sprawie. Proste to wszystko, pewnie dla wielu wydaje się oczywistością.
Ale jeśli Prezydentem Rzeczypospolitej nie jest Mąż Stanu, czy choćby człowiek obdarzony zdrowym rozsądkiem, to o takim rozwiązaniu nie ma co nawet marzyć. Jeśli Rząd (i Bufetowa), to część rozgrywających w całym zamieszaniu cwaniaczków, a opozycja to równie mącąca ekipa na którą składają się traumatycy, podstarzali wojownicy, bezmózgowcy i miłośnicy kanap, to można spodziewać się tylko tego, że najprostsze sprawy przeobrażają się w wielkie problemy.
Marnuje się kapitał pozytywnego przebudzenia sporej części społeczeństwa po 10 kwietnia na spór zupełnie niepotrzebny. Na pieniactwo oblepione wzniosłymi hasłami, przypominającemi styl waśni upadającej, gnijącej Rzeczypospolitej szlacheckiej.
Krzyż zostanie w tym miejscu. Krzyż zostanie przeniesiony. Co to zmieni?
Dlaczego uważam obecną „walkę o krzyż” za cyrk? Bo z całego zamieszania o upamiętnienie ofiar Katastrofy smoleńskiej robi się walkę o krzyż w życiu publicznym. Na dodatek podświadomie przyjmuje się zasady gry zwolenników wojującego laicyzmu, czyli antychrześcijaństwa. Walka jest guzik warta, jeśli krzyż traktuje się tylko jak dwie symboliczne belki o szamańskiej mocy albo symbol wartości, a nie znak Krzyża Pańskiego będący fundamentem Rzeczypospolitej.
Dyskusji o obecność krzyża w życiu publicznym w Polsce w ogóle po prostu być nie powinno. Uważam, że bez tonów mesjanistycznych i martyrologicznych można dojść do stwierdzenia, że bez niego nie byłoby nigdy Rzeczypospolitej. I koniec gadki.
Walka na hasła, znaki, symbole. A co z codziennością? Polska tylko po części jest chorym państwem z powodu zaszłości pokomunistycznych „zewnętrznych”. O wiele większe spustoszenie wirus komuny wywołał w pojedynczym Polaku. Mentalność oparta na walce, a nie budowie. Hasła, zamiast programu. Symbole zamiast życia. Spędy zamiast pracy. Słówka zamiast Słowa. Czekanie na mannę z nieba, a nie współpraca z Łaską.Takie też mamy elity, jacy sami jesteśmy.
Chcę nowej Polski. Chcę zmienić mój kraj na lepsze. Ciągle zaczynam pracę od najmniejszego obszaru. Od siebie. Tak mi dopomóż, mój Boże, bym na Końcu Czasów nie musiał się wstydzić za moją najmniejszą Ojczyznę.
Odsłon: 294 Komentarzy: 3
1
