Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Kreatywna księgowość

Kategoria: Ogólne Sunday, 27 March 2011, 21:22

Dziś będzie o kreatywnej księgowości.

Wszyscy wiemy z grubsza na czym owa sztuka polega. Zaczęło się to zjawisko w USA w czasie, kiedy pękała bańka nieruchomości, okazało się, że niektóre firmy księgowały w kreatywny sposób długi jako aktywa, czy konsolidowało w pakiety kilka "dobrych" długów z jednym "złym" dzięki czemu pakiet jako całośc wyglądał lepiej, niż był w rzeczywistości. Takie tam księgowo – prawnicze fiku-miku. na krótką metę to działa, zwłaszcza w społeczeństwie, które zamiast badać istotę sprawy, polega na rutynowych procedurach prawnych i ekonomicznych oraz mechanicznych wskaźnikach przy ocenie kondycji finansowej jakiejś spółki. Z lenistwa, niechęci do myślenia, głupoty… na każdy arbitralny system można znaleźć hackerski chwyt. W przypadku ekonomicznym jest to kreatywna księgowość. Rzeczywistości nie da się oszukać, więc sprawa się rypłą, kiedy doszło do konieczności wypłacenia prawdziwych pieniędzy wierzycielom. I co robi rząd? Dodrukowuje pieniądze, żeby ludzie nie potracili oszczędności, bo skończyłoby się to rewolucją i popłynęłaby krew. Ale dodruk pieniądza to lekarstwo gorsze od choroby i też opiera się o kreatywna księgowość. Można tak ciągnąć i ciągnąć dość długo ze świadomością, że im system później padnie, tym upadek będzie boleśniejszy. Dla wszystkich.

Niestety, taka kreatywna księgowość wchodzi do wszelkich dziedzin zycia – nawet do moralności. Ba zwłaszcza do moralności.Taki dowcip:

- Cześć, stary, marnie wyglądasz, masz problem?

- Mam, wiesz, wstydliwa sprawa…

- No, nie rób scen, możesz mi powiedzieć przecież!

- No dobra, ostatnio moczę się w nocy.

- No to się nie łam, masz tu adres mojego psychologa, zobaczysz, że będzie dobrze.

Po jakimś czasie znowu spotkanie, tylko, że człowiek z problemem uśmiechnięty i zadowolony.

- I jak, psycholog pomógł?

- No, i to jak!

- I co, nie moczysz już pościeli?

- Nie, no, leję w łóżko co noc ile wlezie, ale teraz jestem z tego dumny!

Taka manipulacja: jak jest problem, to zmienić jego postrzeganie zamiast walczyć z nim. To widać we wszystkich dziedzinach zycia – a najwięcej w seksualnej. Weżmy ruch ładnie zwany gejowskim. To jest włąśnie przykład takiej kreatywnej księgowości – zamiast walczyć z chorobą duszy, dekretuje się ją jako wariant normy i już tysiące (jak nie miliony) homoseksualistów w cudowny sposób zdrowieją. Mocą sprawczą woli jakiejś izby lekarskiej, czy innego WHO. Równie dobrze można by leczyć w ten sposób gruźlicę, czy choćby grypę.

I tak jesteśmy manipulowani na każdym kroku, każdego dnia. Zjawisko nie jest nowe, bowiem powiedzenie "skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?" funkcjonuje juz od czasów głębokiej komuny. na papierze i wg. prawa oraz ustaw wszystko w porządku, zgadza się i gra ale w rzeczywistości – dramat. Ludzie nie mający ducha zakotwiczonego w Bogu a rozum mają nieoświecony wiarą doznają dysonansu poznawczego, nie potrafią sobie z nim poradzić aż w końcu się poddają i zaczynają sami wierzyć, że wszystko jest w porządku. Napisane jest, że wiara jak ziarnko gorczycy góry przenosi, tacy zatruci duchowo ludzie, jak Sejm przegłosuje, że grawitacja nie obowiązuje, chyba oderwą się od Ziemi i polecą w kosmos, taką mają silną wiarę w system.

I z tego zamętu semantycznego i pojęciowego wynikają wszystkie nasze problemy. Właściwie wszystkie kłopoty nasze można sprowadzić wstecz właśnie do tego semantycznego pomieszania pojęć.

Tymczasem tylko Prawda – Jezus Chrystus nas może wyzwolić i zbawić. Jedyna prawda jest na kartach Ewangelii, w tym, co naucza Kościół. Bo on jest prowadzony przez Ducha Św. Módlmy się do naszego Boga – Ducha Św. o światło i jasne widzenie rzeczywistości, aby On oświecił nasze umysły i serca. Aby Ten Dawca Życia dał nam życie i abyśmy mieli je w obfitości. Bowiem tylko światło Ducha Św. sprawia, że wszystko możemy widzieć takim, jakie jest naprawdę i do końca.

Odsłon: 610 Komentarzy: 12


Ayn Rand i jej filozofia

Kategoria: Ogólne Sunday, 13 March 2011, 13:13

Dziś będzie o randyźmie.

Swego czasu czytałem książkę Ayn Rand pt. "Atlas zbuntowany". Od razu mówię: nie jest to książka dla każdego i nawet więcej, nie warto jej czytać. Bo może mocno zaszkodzić czytelnikowi. Zwłaszcza takiemu, co ma dość socjalizmu, komuny, redystrybucji i 80% podatków. Bo prezentuje lekarstwo na wymienione choroby gorsze niż sama choroba.

Kim jest Ayn Rand? Ano rosyjska Żydówka, której rodzice zostali "rozkułaczeni" w rewolucyjnej Rosji i uciekli przed czerwonką do USA. Sama Ayn Rand została pisarką i filozofką propagującą prąd filozoficzny, który nazwała obiektywizmem, a który teraz ma raczej nazwę "randyzm". Zasady owego prądu wyłożyła we wspomnianej książce właśnie. Książka opowiada o tym, jakby potoczyły się losy USA, gdyby zaczęto tam wprowadzać socjalizm taki, jak mamy obecnie w Unii Europejskiej. Rządziła "wrażliwość społeczna", część przemysłowców i kapitalistów zaczęła oczywiście współpracować z władzami w zamian za dotacje, zapomogi, pakiety stymulacyjne, wielu z tych, co faktycznie cos potrafili zrobić – zwinęli swoje biznesy i ukryli się w górach pod osłoną pola siłowego chroniącego ich przed odkryciem, gdzie zrobili sobie swego rodzaju raj podatkowy i żyli samowystarczalni podczas, kiedy powszechny socjalizm runął we krwi zamieszek, rewolucji, głodu, zimna i buntów. Bardzo dobra metoda rozwalenia sochjalizmu: zwinąć działalność, nie robić nic i go przeczekać, albo zwiać do raju podatkowego i niech sobie urzędnicy radzą z produkcją, biznesem, technologią…

Problem w tym, że Ayn Rand zdiagnozowała problem jako wrażliwośc społeczną każącą dawać pieniądze w postaci zasiłków i zapomóg wszystkim lumpom i pasożytom (bo przecież nie mogą umrzeć z głodu), urzędnikom naukowym (których działalność polega na wyciąganiu z budżetu pieniędzy pod pretekstem uprawiania nauki), czy przedsiębiorcom (dojącym budżet pod pretekstem dawania ludziom pracy). Wrażliwośc społeczna a jej wykrzywiony obraz, jaki odmalowała Ayn Rand to 2 różne rzeczy, to po pierwsze. Po drugie – na zasadzie wybijania klina klinem zaproponowała egoizm jako podstawę moralności. Egoizm, czyli dbanie wyłącznie o swój własny interes, choć bez oszukiwania nikogo (rozumie się, że na pieniądzach liczonych nominalnie, a raczej na złocie, ważonym w gramach, bo u niej walutą było wyłącznie czyste złoto). Każdy ma tyle, ile jest w stanie sobie wypracować, wykombinować, zyskać. I nic ponad to.

Pytanie: czy taka postawa egoizmu jest uzasadniona w jakikolwiek sposób przez Ewangelię? Oczywiście, że nie. Bo sprowadzanie relacji międzyludzkich wyłącznie do poziomu interakcji ekonomicznych jest grubym błędem. Wykorzystywanie sytuacji, kiedy bliźni jest w sytuacji bez wyjścia jest głęboko nieludzkie. A randyzm właśnie to zakłada, choć nie wprost.

Owa książka pod przykrywką słusznych idei i zdroworozsądkowego myslenia w sporej części niestety, przemyca straszliwą duchową truciznę. Ludzie, zwłaszcza lubiący idee konserwatywno – liberalne a chcący zachować wierność Chrystusowi mogą mieć spore problemy moralne usiłując wprowadzić w zycie idee z tej książki.

Owszem, liczę się z odsądzeniem mnie od czci i wiary przez Czytelników, którym bliskie są idee libertariańskie, ale trudno, nie jestem w stanie przyjąć ich bezkrytycznie, jak Ewangelię. Po prostu jestem mocno wątpiącym konserwatywnym liberałem i starającym się mocno wierzyć Chrystusowi.

Taka moja postawa, oprócz wyżej "liźniętych" piórem klawiatury powodów ma jeszcze jedną przyczynę.

Otóż wielu ludzi zraziło się do Kościoła przez to, że obserwowali zakłamanie i miemoralne prowadzenie się księży. Ja się zraziłem do libertarianizmu w wydaniu randowskim podobnie przez obserwację człowieka, który jawnie i otwarcie deklaruje, że "Atlas zbuntowany" jest jego "Biblią". Owszem, uczciwy w tym sensie, że jak pozyczy 100 zł, to odda 100 zł, jak pożyczy 30 tys. na 10% to odda 33 tys. Do grosza. Jak umówi się o 500 zł, to zapłaci 500 zł. Dokładnie. W czym problem? Ano, problem w tym, że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze i sporo wartości w tym świecie ma wartośc umowną, wynikającą z umowy stron. Jak wycenić pracę, czas, zaangażowanie? I tu się pojawia właśnie egoizm oraz wykorzystanie tego, że jedna ze stron znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Na pieniądzach nominalnie – do grosza, ale od strony wyceny wartości umownych – niemal szantaż i łamanie słowa. No, ale czego się spodziewac po egoiście, i to jeszcze mającym ego dłuższe od czerwonego samochodu, którym jeździ? On jest "naj" i w ogóle a wszyscy inni albo są mu użyteczni (bo może ich pracę kupić, albo mu w jakikolwiek sposób podnieść komfort życia), albo się nie liczą. On nawet, jak komuś "bezinteresownie" pomaga, to zawsze musi sobie to uzasadnić, że mu się to opłaci, bo ktoś, komu pomógł być może kiedyś jemu pomoże… Juz pomijam to, jak traktuje swoją żonę i dzieci – formalnie poprawnie, ale emocjonalnie – jak nadsamiec uważający, że on ma zarobić na rodzinę, ale w zamian za to żona z dziećmi mają mu służyć i potulnie wykonywać każde jego polecenie. Bo on jest MEŻCZYZNA! Po prostu traktuje ludzi, włącznie z najbliższymi niemal instrumentalnie.

I jak ja mam przyjąc filozofię Ayn Rand i jej egoizmu, skoro jej wyznawcy tak się zachowują? Nie jestem klockiem drewna ani zwierzęciem. Moja wrażliwośc po prostu boli, kiedy widzi podobne… buractwo. Już wolę płacić 80% podatków. Byle tylko mieć chleb nasz powszedni. W końcu to zycie trwa tylko chwilkę, trzeba przez nie przejść tak, jak Pan Jezus przeszedł drogę na Golgotę. Bowiem potrzeba mało albo tylko jednego. A właściwie – tylko jednego – troszczmy się wpierw o Królestwo Niebieskie a wszystko inne będzie nam dodane, Pana Boga nie obowiązują progi podatkowe ani wysokośc VAT-u – On zawsze swoim dzieciom da to, co konieczne i zachowa od tego, co mogłoby zaszkodzić. Dlatego wybieram wiernośc Jezusowi. Owszem, jak już będę wybierał, to tak, żeby obnizyć podatki, nie podnieść, ale jak nie da się tego zrobić, to trudno. Bo cóż człowiekowi po tym, choćby cały świat zyskał a na duszy szkodę poniósł?

Odsłon: 905 Komentarzy: 37


Transhumanizm

Kategoria: Religia Tuesday, 03 May 2011, 22:44

Dziś będzie o transhumaniźmie.

Co to takiego? Ano nowy "trynd" intelektualny wśród postępowej części ludzkości. W skrócie, jest to pogląd uważający, że człowiek powinien uzyć swojej inteligencji osiągnięć naukowych, technologicznych i rozumu, żeby wydżwignąć się wyżej po drabinie ewolucji. I tak w skrócie transhumaniści postulują sprzęganie człowieka z komputerem, używanie nanorobotów wstrzykniętych w krwioobieg, które to roboty będą naprawiać uszkodzone komórki organizmu, usuwać stare i stymulować rozwój młodych na ich miejsce. I tak powoli człowiek najpierw "wymknie się" z objęć śmierci biologicznej, przekształci powoli w cyborga, potem coraz więcej funkcji jego organizmu będzie przejmowanych przez produkty technologii aż zostanie stworzony cyborg a na koniec robot mający cały móżg swojego "wzorca" zapisany w komputerku i funkcjonujący jako swój "poprzednik". Nastepnym etapem będzie "upload" takiej zawartości mózgu do jakiegos centralnego superkomputera i funkcjonowanie wewnątrz maszyny. Oczywiście taki "uploadowany" mózg nawet nie będzie sobie zdawał sprawy z tego, że jest tylko jednym z milionów, czy miliardów procesów  centralnego superprocesora, będzie odczuwał wszystko tak, jakby żył normalnie na ziemi. Jednym słowem matrix. A chętnych do dowiedzenia się, czym jest ów prąd myślowy odsyłam do… Wikipedii, hasło "transhumanizm". Nie martwcie się, tam jest to opisane dokładnie tak, jak ma być, akurat tego hasła nie trzeba "podrasowywać", bo ono bardzo pasuje ideologią ewentualnym "podrasowywaczom".

Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że czytanie Lema, czy Philipa K. Dicka to jedno, ale traktowanie tego jak… religię, to przesada. Znam kilku transhumanistów. Serio. jest ich trochę w społeczeństwie. Podnietę czerpią z faktów, że jajogłowym udało się wyhodować a to kawałek palca, a to z kawałka wątroby odtworzyli cały organ do przeszczepu, a to podając myszom jakis srodek zwiększyli ich średnią długość zycia o 30%… Oczywiście o żadnym z transhumanistów, jakich znam, nie mogę powiedzieć, że wierzą w Boga. O niektórych wiem, że nie, a inni nie zdradzają się ze swoją ewentualną religijnością. Jakoś mnie to nie dziwi, jedno z drugim pożenić się nie da. Bo Chrystus Pan pouczał nas o nieuchronności smierci. Ba, sam przez nią przeszedł a potem udowodnił nam prawdziwośc Swoich Słow zmartwychwstając.No, cóż, jasną sprawą jest, że jak ktos nie wierzy w Boga, to uwierzy w cokolwiek. I albo się ma za Księgę Życia Ewangelię, albo książki Lema. Albo się wierzy we wniebowzięcie, albo we wkomputerowzięcie.

Kiedyś jednemu transhumaniście zadałem pytanie: jak ludzkośc ma żyć na świecie nieskończenie długo, skoro zasoby Ziemi się kończą i nawet, jak powstanie taki superkomputer napędzany bezpośrednio promieniami Słońca, niezależny od niczego, ani od roslin, od zwierząt, od surowców mineralnych, od niczego, taki, że mógłby nawet stać na środku pustyni, bez potrzeby obsługi, bez niczego i w środku byłby wirtualny świat dla wirtualnych miliardów istnień ludzkich, to i tak Słońce za max. 5 mld. lat wybuchnie i nic nie zostanie z jakiegokolwiek komputera. On mi na to pytaniem odpowiedzał: "czy Ty wiesz, co to jest miliard lat?" Dla niego miliard lat to nieskończoność. Takie wydawał się mieć szerokie horyzonty a głupi miliard utożsamia z nieskończonością…

Nie bardzo do niego dociera, co to jest wieczność. Wiecznośc to jest to, co go dopadnie właśnie za te 5 mld. lat. Nie ma żadnej jakościowej różnicy między zyciem przez 100 lat i 5 mld. lat. Moment, kiedy staniemy twarza w twarz przed Bogiem nadejdzie i będzie bardzo twardą i bolesną teraźniejszością. Nieważne, czy to będzie za 10, czy za 5 mld. lat. Wobec wieczności obie te wielkości są tak samo małe wszak. Pan Bóg ma nieskończenie wiele czasu. My Mu mówimy "miliard lat" a On się z tego śmieje.

Pomijając już kwestię, czy taki "uploadowany" do komputera umysł będzie nadal miał jaźń swojego oryginału, czy będzie to po prostu niezależna kopia? Moim zdaniem będzie to niezależna kopia. Dlaczego? Bardzo proste: mozna sobie wyobrazić skaner do mózgu, który będzie w stanie odczytać całą zawartość informacyjna i strukture mózgu i zrobić jego kopię w komputerze. I teraz będą 2 byty: oryginał i kopia. Czy oryginał dozna rozdwojenia jaźni? Mało prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne jest, że w trakcie tak dogłębnego skanowania mózgu oryginał po prostu umrze. I mózgu nie uda się "skopiować" bez usmiercania jego właściciela. Podobnie, jak nie da się zmierzyć stanu elektronu bez jego zaburzania. Takie skanowanie prawdopodobnie zacznie na tyle naruszać kwantową strukturę mózgu, że jego właściciel kopnie w kalendarz. Podobnie jak stopniowa cyborgizacja. Owszem, można człowiekowi "wymienić" bardzo wiele organów na sztuczne, być może będa one nawet lepsze od naturalnych, odporne na choroby, starzenie, nigdy się nie popsują, ale próba wymieniania mózgu na komputer może się skończyć źle. To jeden z cieńszych punktów transhumanizmu. Tak, jak mechanika kwantowa nakłada nam ograniczenie na mozliwośc jednoczesnego pomiaru pędu i położenia jakiejś cząstki, tak to ograniczenie może stanowić przeszkodę w skanowaniu mozgu. I tak, jak nie da się przekroczyć prędkości światła, czy osiągnąć temperatury 0 K, tak nie da się pewnie zeskanować mózgu bez zabijania jego posiadacza…

A jaka jest refleksja teologiczna, czy nawet duszpasterska na temat transhumanizmu? Ano, nihil novi sub sole, diabeł od początku sączy ludziom w ucho swój jad "eritis sicut dii", czyli "będziecie jako bogowie". Transhumanizm to nowoczesna wieża Babel. Postępowa ludzkośc sobie buduje ją tym razem w postaci nie ceglanej budowli ale wieży budowanej z cegiełek wypalanych w piecach nowoczesnych technologii. Uważa, że Bóg do niczego nie jest jej potrzebny, że sama osiągnie swoim rozumem zbawienie i sięgnie nieba bez potrzeby pracy nad sobą, codziennego zapierania się siebie i brania krzyża na ramiona. Ja wiem, jak to się skończy. Stawiam całego siebie ze wszystkim, co posiadam na to, że mam rację a w tym superkomputerze nie uda się zawrzeć niczyjej jaźni. Jaźń i samoświadomość to cecha duszy ludzkiej, nieśmiertelnej duszy, której ciało jest tylko "przypierdółkiem". Człowiek to przede wszystkim dusza, cenniejsza nawet od całego świata, jak nas raczył pouczyć Nasz Nauczyciel Swoim Słowem. I nie wiadomo, czy dusza się kryje w sieci połączeń neuronowych mózgu, czy nie. Nikt nie wie, gdzie tkwi w człowieku dusza. Wiemy tylko, że człowiek to jednośc duszy i ciała.

Zresztą, jak już wcześniej pisałem, transhumaniści, jako przede wszystkim racjonaliści, i tak nie mają wolnej woli, bo przecież wszystko jest zdeterminowane prawami fizyki i stan bieżacy Wszechświata wynika tylko i wyłącznie z jego historii, z niczego więcej. Gdzie tu miejsce na wolną wolę? Dla racjonalisty wszystko się dzieje, bo tak musi się dziać i nie może inaczej, wszak prawa fizyki się nie zmieniają, a nawet, jeśli się zmieniają, to tymi zmianami rządzi jakies inne prawo, również fizyczne. Racjonalista nie może sobie wsadzać przypadku w swój świat, bo fizyka nie zna czegos takiego, jak przypadkowość. Przypadkowość pojawia się tam, gdzie my nie potrafimy czegos policzyć ze względu na skomplikowaność układu albo jego kwantową "niemierzalność" – sam układ jednak jest bardzo deterministyczny – on sam w sobie jest bardzo dobrze zaprogramowany i dobrze "wie" jak ma dalej ewoluować…

Ja tam chrzanię. Nie dam sobie wetknąć w tyłek komputerka. Po prostu dożyję swojego końca i z radością duszę oddam Bogu, bo On jest moim Stwórcą i moją Nadzieją. I w Nim mam nadzieję na zmartwychwstanie w dniu ostatecznym. Kocham Mojego Boga, Pana i Zbawiciela i Jemu ufam. A po zmartwychwstaniu przejdę się do tego komputerka i będę sobie na nim grał w życie. A jak mi się znudzi, to poszukam guziczka "power" i… Nieważne, i tak z radością będę robił, co Pan Bóg zechce. Bo pełnić Jego wolę jest moim pożywieniem, moim zyciem, radością i sensem istnienia!

Odsłon: 401 Komentarzy: 11


Prawo do życia

Kategoria: Pro life Saturday, 26 February 2011, 21:59

Dziś będzie o prawie człowieka do życia.

Ludzie zabijali się wzajemnie od zawsze. No, może nie od zawsze, ale co namniej od drugiego pokolenia. Dlaczego brat na brata podnosi rękę? Z zazdrości, z chciwości? Może ze strachu o własne życie wg. logiki "albo on mnie, albo ja jego". Czasem w obronie własnej, rodziny, narodu, swojego dobytku. Są zabójstwa usprawiedliwione i bezprawne. Te pierwsze to wtedy, kiedy zabijany jest winien śmierci albo jako napastnik, albo skazany na smierć przez prawowitą (czyli pochodzącą od Boga) władzę po udowodnieniu mu ciężkiego przestępstwa przeciwko życiu, zdrowiu, bądź czci ludzkiej (gwałt), kiedy nie można wymierzyć innej kary.

Szczególną odrazę budzą przestępstwa skierowane przeciwko dzieciom, czy starcom, czyli ludziom, którzy nie są w stanie ani sami się obronić, ani też nie stwarzają zagrożenia dla nikogo. W ogóle pozbawienie kogokolwiek życia jest potwornością. Bo w takim przypadku odcinamy mordowanego człowieka od Łask Bożych, jakie byłyby na niego spadły, gdyby żył dalej, aż do chwili przewidzianej przez Boga, po drugie, morderca na siebie "bierze" to, czego mordowany nie odpokutował, nie odcierpiał, nie zasłużył, nawet, jeśli i tak nie miałby ochoty tego robić do końca życia. Morderca naprawdę zaciąga straszliwy dług.

Najstraszliwsza sytuacja jest, kiedy ginie dziecko przed swoim narodzeniem, czy nawet jako niemowlę. Traci całe życie, w czasie którego mogłoby tyle zasłużyć, tyle wycierpieć dla Boga, tylu ludzi pokochać, ale także tyle doznać dobroci i miłości od innych ludzi! To wszystko spada na sumienia ludzi przykładających rękę do zbrodni. Od zwyrodnialców – rodziców i mordercy z dyplomem lekarza po polityków głosujących za dopuszczeniem aborcji i za "kompromisami" i ludzi, zwyczajnych obywateli będących za dopuszczalnością aborcji.

Poza tym zamordowanie dziecka to ofiara złożona Lucyferowi. Najgorsze paskudztwo, jakie może zrobić człowiek. Kto przy zdrowych zmysłach będzie oddawał cześć diabłu i przy tym potępiał własną duszę? Nie, nie ma co ściemniać, że jak ktoś nie ma świadomości tego, to nie składa ofiary nikomu. NIE. To jest automatyczne, tak, jak skutkiem upuszczenia kamienia jest jego upadek, niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w istnienie grawitacji, czy nie. Gdyby nieświadomość ratowała dusze morderców, Pan Bóg nie musiałby przychodzić do nas i nas pouczać, nasza nieświadomośc by nam wystarczyła.

Niektórzy próbują uzasadniać dopuszczalność mordowania dzieci albo staruszków, czy chorych poprzez kryterium ich świadomości, czy możliwości odczuwania bólu. Znaczy, że jak ofiara fizycznie nic nie czuje – to można zamordować. Albo jak najpierw ofiarę się farmakologicznie znieczuli, uśpi i pozbawi przytomności. No, tak, to jak by ktoś chciał wg. tego kryterium zamordować sąsiada za kosiarkowe poranne pobudki w sobotę, to mógłby postąpić tak: napaść sąsiada, obezwładnić, dać mu szprycę z benzodiazepin i pentotalu sodowego, jak już straci przytomnośc, to "złoty strzał" z kilku gramów heroiny i dla pewności pavulon (jakby się okazało, że dla sąsiada kilka gramów heroiny to normalna dawka dzienna). Wtedy sąd powinien takiego mordercę skazać tylko za napaść i bezprawne pozbawienie wolności oraz pozbawienie przytomności. Bo nie za morderstwo, przecież w chwili mordowania ofiara nic nie czuła ani nie miała świadomości…

Otóż takie "kryteriowanie" stanem fizycznym i świadomością ofiary jest GIGAPRZEKRĘTEM etycznym zrobionym przez samego Lucyfera. Bo prawo do życia nie wynika z tego, czy ktoś jest chory, czy zdrowy, chciany, czy niechciany, stary, czy młody. Prawo do zycia wynika TYLKO z faktu bycia człowiekiem. I to jest jedyne kryterium. Nawet, jeśli ktoś jest nieświadomy i pozbawiony mozliwości odczuwania bólu – nawet w postaci jednej komórki – zygoty – to jest CZŁOWIEKIEM. I co z tego, że chwilowo jednokomórkowym? Wszyscy kiedyś tacy byliśmy, większości z nas udało się przetrwać i wyrosnąć z tego stadium, wszyscy do własnej śmierci dożyjemy.

Co więcej, nie przestają mnie przerażać lekarze dokonujący aborcji. I proszę mi tu nie wywlekać przypadków mających nawet solidne uzasadnienie medyczne, mi chodzi o lekarzy dokonujących morderstw na ludziach w pełni zdrowych i prawidłowo się rozwijających, bo ich rodzice mają "widzimisię". Przerażają mnie prawodawcy, którzy odważają się dopuścić mordowanie pewnych kategorii ludzi w pewnych okolicznościach. Tacy lekarze to nie lekarze, to konowały. Nie mówiąc o prawodawcach, którzy uchwalają Ustawy Norymberskie w nowym kształcie – to już nie pochodzenie żydowskie decyduje o człowieczeństwie, ale stadium rozwoju, wiek, czy stan zdrowia… To jest paskudztwo gorsze od nazizmu z komuną razem wziętymi!

Dla mnie lekarz, to człowiek fanatycznie i bezwzględnie oddany ratowaniu zycia i zdrowia bliźnich. Bezwzględnie i do końca poświęcający się ratowaniu życia, nawet, jesli miałby je przedłużyć jeszcze o godzinę. Bo godzina życia wystarczy na zbawienie duszy. Nawet ta ostatnia godzina, nawet ostatnia minuta. Lekarz powinien stać poza jakimikolwiek podejrzeniami. Po to Bóg dał niektórym z nas talent i powołanie do pracy w białym kitlu, aby grzesznikom przedłużali czas do nawrócenia a ludziom będącym w łasce u Boga – sposobność do wynagradzania Bogu życiem. Bo dopóki zyjemy, mamy nieporównanie większe mozliwości zasługiwania przed Obliczem Pana niż jako umarli. Umarły może tylko cierpieć, to, za co na Ziemi odpokutowuje się ofiarowaniem nawet drobnej niedogodności Panu Jezusowi, czy krótką modlitwą, w czyśccu trzeba cierpieć przez lata…

Człowiek ma prawo do życia (i obowiązek życia aż do momentu wezwania przez Pana) tylko dlatego, że jest człowiekiem. I TYLKO DLATEGO. I dlatego nie wolno mordować nigdy żadnego człowieka, bo osoba nieprzytomna, czy nieodczuwająca bólu nadal jest człowiekiem.

Odsłon: 383 Komentarzy: 27


Demografia

Kategoria: Ogólne Tuesday, 22 February 2011, 22:14

Dziś będzie o demografii.

Wiem, tu, na Frondzie to będzie wetknięcie kija w mrowisko.

No, ale do roboty. Porzucamy swoje emocje i rozanielenie na widok rozkosznego różowego bobaska w wózku. Idziemy logiką i rozumem.

Dlaczego nasz naród (podobnie jak większość narodów Europy) się zwija? Wielu wini systemy podatkowe i haracze zdzierane z ludzi, żeby było na socjalizm i oczywiście ma to swoje przełożenie na niską rozrodczość, jak najbardziej, bo jak komuś mimo harówy po 8 godzin dziennie ledwo starcza na własne utrzymanie, to nie zdecyduje się na dzieci. Jasna sprawa. Ale kiedy człowiek już się jakimś Boskim cudem dorobi tego mieszkanka (cud musi być, bo pracą się nie da, policzmy średnią krajową i cenę metra mieszkania oraz koszty utrzymania się przy zyciu), to dochodzi do wniosku, że już ma, czego potrzebował, jego dzieci będą miały dach nad głową i właściwie mógłby sobie ze współmałżonkiem pozwolić na dziecko. Nie będzie bogato, ale jakos się uda.

Tyle zasuwania, wyrzeczeń, kombinowania i poświęceń tylko po to, żeby móc mieć dziecko. Czy to ma sens od strony logiki i rozumu?

Bo to dziecko, kiedy już dorośnie, też będzie musiało zasuwać jak dorożkarski koń, żeby zarobić na tyle, żeby samo móc mieć dzieci. I tak w kółko Macieju. Kto z nas chciałby, żeby jego dzieci musiały tak ciężko harować jak on sam? Jak nie po to, żeby zdobyć tak podstawową rzecz w życiu jak mieszkanie, to w pogoni za innymi dobrami…

Poza tym świat to już nie praca w pocie czoła na roli rodzącej cierń i oset, tylko wściekły wyścig szczurów. Ciągłe współzawodnictwo w wyścigu, w którym czoło stawki zgarnia wszystko, ci trochę słabsi po wypluciu płuc nie mają juz nic. Taki właściwie zwierzęcy, do szpiku kości naturalistyczny młyn, w którym tylko najlepsze jednostki mogą w nagrodę przekazać geny, te słabsze natomiast nie. I pół biedy, gdyby chodziło tylko o przekazanie genów. Ale ci słabsi również nie bardzo mają za co godnie żyć. Nie bogato, ale przynajmniej tak, żeby im bez trudu starczało na to, co konieczne za umiarkowanie ciężką pracę. Świat zamienił się w dżunglę rządzoną prawem pięści, bez litości, każdy ma świadomość, że nawet, jak mu chwilowo się powodzi, to zawsze może mu się noga powinąć. Świat w którym od tego, czy uda Ci się wygrać w wyścigu zależy Twoje życie.

Owszem, wyjściem jest zaufanie Bogu, że Jego Opatrznośc o wszystko, co konieczne się  zatroszczy – to w takim razie, czyżby On zapomniał o kilku milionach Polaków, którym nie starcza na podstawowe rzeczy pomimo ich ciężkiej pracy? Czyżby zapomniał o głodującej Afryce? Pan Bóg ma Swoje Księgi, nie mnie w nie zaglądać, może dopuszczenie do ubóstwa i niedostatku tak wielu ludzi jest dla ich dusz zbawienne? Nie wiem.Ja osobiście nie chcę, żeby w tym świecie, pozbawionym nadziei, rządzonym przez sługi diabła według lucyferycznego planu Novus Ordo Scelorum, musiały żyć moje dzieci.

Pół biedy, gdyby każdy mógł po prostu popełnić samobójstwo, jak dojdzie do wniosku, że on nie chce w tym więcej uczestniczyć. Ale to rozwiązanie nie wchodzi w grę w ogóle. Z wielu powodów, z "nie zabijaj" na czele.Wydaje mi się, że ludzie te sprawy podświadomie przynajmniej, dobrze wyczuwają. Następna sprawa, to prawo stanowione, pozwalające się każdemu urzędnikowi wtrącać w życie rodzin tylko dlatego, że ma takie widzimisię a umotywuje je tym, że mu się przyśniło, że ojciec krzyknął na dziecko. Posiadanie dzieci poza tym, że nakłada na rodziców obowiązki naturalne, to jeszcze nakłada mnóstwo obowiązków czysto wydumanych, arbitralnych, ustanowionych tylko dlatego, aby rzesza urzędników miała zajęcie przy ich egzekwowaniu. Na opiece społecznej zaczynając po nauczycieli szkół państwowych kończąc.

Zastanawiam się, dlaczego w czasach, kiedy na 5-ro przychodzących na świat dzieci wiek niemowlęcy przeżywało 3-je a do dorosłości dożywało 2-je, kiedy dzieci w zgrzebnych koszulach na bosaka świnie pasały ludzkośc się rozmnażała a rodzina z 6-rgiem dzieci była czymś powszechnym. Dziś, kiedy dzieci nie muszą pasać świń (za to muszą chodzić do szkoły) i raczej nie spotyka się bosych dzieci na ulicy, nawet na wsi, mamy regres demograficzny.

Wydaje mi się że za to winę ponosi system społeczno – polityczno – gospodarczy odbierający ludziom jakąkolwiek nadzieję, poczucie bezpieczeństwa i wiarę w siebie samych.

Ja nie mam odwagi myśleć o własnych dzieciach. Dlatego m. in. jestem kawalerem i unikam seksu jak grzechu.

Odsłon: 728 Komentarzy: 45


Ateizm i jego źródło w grzechu

Kategoria: Wiadomości Sunday, 20 February 2011, 12:30

Dziś będzie o ateiźmie.

Ateista, zgodnie z greckim rozumieniem przedrostka "a" oznacza człowieka sprzeciwiającego się Bogu, odrzucającego wiarę w jego istnienie a nie poganina, który o Bogu nie słyszał nigdy.

Poganin, który nie miał okazji usłyszec Dobrej Nowiny będzie sądzony przez Boga z uczynków i wierności kodeksowi moralnemu, jaki w każdego człowieka jest wpisany z racji stworzenia go przez Boga. Pan Bóg nie wymaga od człowieka rzeczy niemozliwych. Trudno się zgodzić z obrazkiem, w którym Bóg skazuje na piekło np. Japończyka, dla którego chrześcijaństwo jest tak samo egzotyczne, jak dla nas buddyzm, czy sintoizm. A i tak po smierci przedstawi mu piekło i niebo i da mu wybór. I człowiek wybierze – jesli żył przez całe zycie uczciwie i szlachetnie, wybierze uczciwośc i szlachetność, jak był przez całe zycie cwaniaczkiem, będzie chciał "wycwaniakować". Prawa rzeczywistości są nieubłagane.

Tu mi się rozchodzi o naszych, rodzimych ateistów. Oni świadomie i dobrowolnie odrzucają Boga. Wiedzą o nim, żyją wśród ludzi wierzących, ale nie mają ochoty Boga poznać. Podobnie, jak ktos nie ma ochoty np. na lody czekoladowe. Motywy są różne, czasem wychowanie, czasem zrażenie się do Kościoła bo ksiądz jest pedofil i jawnogrzesznik, a najczęściej po prostu wybór zycia w stanie grzechu. Nie zmienia to faktu, że jest to działanie dobrowolne, tak samo dobrowolne, jak to, że ja staram się trwać w Bogu a nie jestem buddystą na ten przykład. Motywy to jedno a dobrowolnośc to drugie. Bo co ateiście zabrania obiektywnie pójście za Chrystusem? No, cóż, z motywów będzie sądził Bóg. A raczej człowiek sam się osądzi i po smierci wybierze albo otchłań Miłosierdzia Bożego, albo otchłań piekielną.

Inaczej wybierze człowiek dobrej woli, inaczej człowiek woli złej.Jak odróżnić dobrą wolę od złej woli? To może zasadniczo w odniesieniu do konkretnego człowieka tylko Bóg.

Ale ogólnie mozna powiedzieć tak, że jeśli człowiek świadomie i uparcie trwa w stanie grzechu, to ma złą wolę.

A jak to się dzieje, że człowiek trwa w stanie grzechu? Proste: doraźna przyjemnośc z grzechu jest atrakcyjniejsza tu i teraz niż obiecane przez Boga "ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało". Poza tym nie danie się diabłu oplątać siecią grzechu jest bardzo trudno. Bo diabeł wykorzystuje ludzkie naturalne, zwierzęce instynkty. Najpowszechniejszym środkiem jest seks. Uwikłać człowieka w seks pozamałżeński, uzależnić go od niego a sam będzie się trzymał daleko od Boga i najprawdopodobniej, jak "dobrze" pójdzie, to nawet diabłu ofiarę złoży w postaci zabicia nienarodzonego dziecka. Człowiek pierwszy raz grzeszy dobrowolnie, dalej już są konsekwencje. I coraz trudniejszy powrót. Aż człowiek zaczadzony, ze zmasakrowaną duszą zamienioną w szambo, po wielu latach zycia na kocią łapę przestaje wierzyć w to, że te grzechy mogą mu zostac odpuszczone. Wątpi w Miłosierdzie Boże.

Oczywiście, jak kuszenie seksem nie "odpali", to diabeł próbuje wielu innych metod – kusi władzą, pieniędzmi, stara się jak może, aby duszę ludzką zgubić i oderwać od Boga. Ale kuszenie władzą i pieniędzmi jest o wiele trudniejsze: ową władzę i pieniądze trzeba człowiekowi zorganizować i podtrzymywać, dlatego zdecydowana większośc ludzi ma "na pieńku" z Kościołem właśnie przez pozamałżeński albo wręcz zboczony seks.

Z grzechem jest jak z narkotykami. Pierwszy raz bierze się dobrowolnie, bez przymusu, z ciekawości. Ci, którzy nigdy w zyciu nie spróbowali narkotyków mają po prostu silną wiarę w to, co mówi facet w białym kitlu, że narkotyki rujnują ciało i duszę. Ci, co ich próbują też to wiedzą, bo im powiedziano, ale jednak mimo wszystko są ciekawi i uważają, że ten jeden raz nie zaszkodzi. Często nie szkodzi – na razie. Ale po jakims czasie jest następna okazja, potem po roku, dwóch nastepna… I człowiek ani się obejrzy – siedzi w narkotykach po uszy. I nie może wyjść o własnych siłach. Musi poprosić o pomoc innych i się tej pomocy dobrowolnie poddać. Są też tacy, którzy nie chcą wychodzić z nałogu, bo to jest bolesne i BARDZO mozolne. A są i tacy, co po kilku nieudanych próbach wyjścia z nałogu po prostu zwątpili i się poddali. Dobrowolnie.

Grzech to taki narkotyk dla duszy. Raz, czy dwa – "nie zaszkodzi". Ale kto po razie, czy dwóch będzie chciał zrezygnować? I dalej jak w narkotykach. Aż kończy się zwątpieniem w Boże Miłosierdzie. I to jest właśnie koniec.

A ateista? To człowiek świadomie i dobrowolnie negujący Boga. Najczęściej z własnej pychy. On chce sam wszystko zrobić, wszystko zawdzięczać samemu sobie. A tymczasem człowiek bez Boga nie może zrobic nawet jednego oddechu… Pycha to najcieższy z grzechów. Widziałem kiedys na Youtube filmik z "procesji" ateistów. Nieśli różne transparenty, często wyśmiewające wiarę i religię i w przemówieniu na koniec usłyszałem, że oni chcą iśc wyprostowani pośród tych, co na kolanach. Pycha w 100%. I odmowa, jawna odmowa oddania Bogu należnej Mu czci. Porażające. Owszem, stać wśród tych, co na kolanach przed człowiekiem, czy innym bałwanem – to cnota, ale stać pośród tych, co na kolanach Bogu się kłaniają – to głupota.

Odsłon: 614 Komentarzy: 34


Luźne myśli (ale uczesane!)

Kategoria: Religia Friday, 18 February 2011, 22:34

Dziś będzie kilka historyjek do przemyśleń.

Ludzie sobie spokojnie bawią się na jakimś obszarze. Powiedzmy, na pikniku. Nagle jakiś facet w białym kitlu woła wszystkich, żeby się schowali za ołowianą ścianą. I rozpaczliwie woła, że jak się nie schowają, to poumierają. Oczywiście, znaleźli się tacy, co mu uwierzyli i się schowali, znaleźli się i tacy, co nie bardzo wierzyli, ale uznali, że to nie zaszkodzi. Była pewna grupa, która nie chciała przerywać zabawy i albo byli obojętni, albo po prostu kpili z faceta w białym kitlu. No bo przecież czego on chce, nic się nie dzieje, wprawdzie woła, że ludzie nieschowani poumierają w męczarniach, ale przecież nic na to nie wskazuje. Minęła godzina, dwie… I ludzie nie schowani za blokiem ołowiu zaczynają wymiotowac krwią. Dla nich jest już za późno. Zagrożenie mija i żywi wychodzą zza zasłony po to, żeby porzebać umarłych…

Czy z naszą wiarą nie jest podobnie? Pan Jezus wzywa nas do postępowania wg. jego Ewangelii. Wielu z radością Go słucha, znajdą się i tacy, co robią to "na wszelki wypadek" ale niestety są i tacy, którzy są obojętni na naukę Pana Jezusa, wielu wręcz kpi z Niego i z Jego wyznawców. I motywy tych kpiąco – obojętnych są podobne: przecież nie chodzę do kościoła, olewam 6-te przykazanie, parę innych też okazjonalnie i nic się nie dzieje. Żaden grom z jasnego nieba mnie nie razi… Problem w tym, że jak poczują, co jest nie tak, to będzie za późno. To, co widzimy i możemy poznać zmysłami to może nie wszystko? Tak, jak promieniowanie jonizujące dla ludzi sprzed 200 lat? Kto 200 lat temu uwierzyłby komuś mówiącemu, że noszenie przy sobie kawałka metalu może być smiertelnie niebezpieczne – przed nastaniem skutków? Ze sprawami duchowymi jest tak właśnie. Jedyne, co możemy zrobić, to nie zadawać pytań, tylko posłuchać Pana Jezusa i czynić tak, jak On każe.

Tak wiele osób żyje na kocią łapę. W tzw. związkach niesakramentalnych. I co? I chwalą to sobie. Przeciez się kochają, nierzadko bardziej, niż niejedno małżeństwo sakramentalne. Sielanka i idylla. Wręcz podbudowywana filozofią w stylu "Panu Bogu milsze jest nasze zgodne życie w miłości niż jakiegos małżeństwa sakramentalnego, co się kłóci non-stop". No, trudno nie przyznać racji takiemu podejściu. Na logikę i rozum – wszystko w porządku i czego się kto czepia? Czy ta przysięga przed ołtarzem jest aż taka ważna? Przecież to nie ma znaczenia.

Problem w tym, że jesteśmy ślepi na sprawy duchowe, bo nas grzech pierworodny oślepił. I sami nigdy byśmy ich nie odkryli, gdyby nie Pan Jezus, który przyszedł nam o nich powiedzieć. Pouczał nas, co należy robić, aby zachować swoje zdrowie nie tylko cielesne, ale i duchowe. Tylko Mu uwierzyć. A jednak tak wiele osób nie chce Mu uwierzyć. I niszczą swoją duszę, wręcz ją zabijają…

A jak dochodzi do potępienia duszy? Normalnie. Tak, zwyczajnie, dusza idzie dobrowolnie do piekła tak samo dobrowolnie, jak przez całe zycie wolała iść w niedzielę do marketu zamiast na Mszę Św. Bóg bardzo by pragnął, żeby owa dusza poszła do Niego, nawet taka zmasakrowana i nie przypominająca czegokolwiek innego poza szambem, ale też posostawił nam wolną wolę i Swoją Łaskę. On nie zmusza nikogo do tego, żeby poszedł w niedzielę do kościoła. Choć to byłoby na pewno dla każdego dobre. Ale Bóg chce nas mieć wolnymi dlatego, że tylko osoba wolna potrafi kochać. Bóg jest Miłością i pragnie byc kochany. Miłość nie niewoli, do niczego nie zmusza. Łagodnie namawia, proponuje dobro, troszczy się, ale nie zniewala, nawet dla dobra tego, kogo miałaby zniewolić. Jak ktos całe życie wolał uciechy świata zamiast Mszy Św. niedzielnej / świątecznej, wolał imprezę w knajpie zamiast Uczty Eucharystycznej, tak i po śmierci nie wybierze Nieba, bo tam same nudy, on woli imprezę, na ostro i z wykopem! Człowiek usposobienie kształtuje przez całe życie. I jak się ukształtuje, taki będzie, kiedy stanie przed Bogiem – Sędzią. I jego wybory będą takie same, jakich dokonywał na ziemi. Jak wybierał Mszę Św. z radości i miłości do Boga, to pobiegnie do Niego z radością, jak wybierał to samo z rozsądku, bo wprawdzie nie czuł jakichs specjalnych emocji w kościele, ale z posłuszeństwa Mistrzowi i następcom Apostołów praktykował, bo wierzył, że to da mu zbawienie – tak samo pójdzie do Nieba, zaciśnie zęby i przekroczy ten próg bram Nieba, bo tak trzeba. Bo to jest rozsądne. Bo tak chce Pan Jezus. A ci, którzy "olewali" Boga i Jego wezwanie… Cóż, módlmy się, żeby takich było jak najmniej.

Odsłon: 381 Komentarzy: 20


Fatima i inne cuda a racjonalizm

Kategoria: Ogólne Tuesday, 15 February 2011, 20:02

Dziś będzie o cudach.

Wczoraj popisałem się o wolnej woli, która z punktu widzenia ścisłego racjonalisty jest niefizycznym absurdem. Z drugiej strony mało który racjonalista występowałby przeciwko karaniu przestępców, no ale na jakiej podstawie, skoro wolnej woli nie ma i przestępca nie może ponosic jakiejkolwiek odpowiedzialności, tak, jak upuszczony na nogę kamień za to, że kończyna boli?

Kiedyś spotkałem pewnego racjonalistę, taki niemal modelowy okaz, faktycznie uważający, że rozum ludzki jest najpotężniejszy we Wszechświecie i wszystko można wyjaśnić w końcu naukowo. I powiedziałem mu o Fatimie. O tym, jak troje niepiśmiennych pastuszków przepowiedziało cud Słońca podając dokładna datę i godzinę i jak kilka tysięcy ludzi ów cud widziało. Pozbijałem bez trudu wszystkie jego argumenty przeciwko, bo wyjaśnienia typu "zbiorowa halucynacja kilku tysięcy ludzi różnych poglądów, przybyłych z różnych rejonów Portugalii" są niepoważne. Podobnie nie był w stanie stwierdzić, skąd tych troje dzieci wiedziało, kiedy nastąpi owo zjawisko, samo zresztą niefizyczne. Ale obserwowane przez kilka tysięcy świadków. Wierzących i niewierzących, od gorących katolików na kolanach po wojujących masonów, co to chodzą wyprostowani pośród tych, co na kolanach. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Zaciukał się.

Innym razem poczytał w jakiejś gazetce, co leżała u mnie na stole o cudzie eucharystycznym w Sokółce. Nie rozmawialiśmy na ten temat, ale widziałem po jego minie, że nietęga była. Bardzo chciał sobie wyrobić pogląd na sprawę, ale badań niezależnych patologów nie bardzo się daje podważyć. Ewidentnie nie mamy do czynienia z żadnym fałszerstwem. Nawet, gdyby ktos chciał go dokonać, to jak połączyć komórki mięśnia sercowego człowieka z substancją chleba w taki sposób, że jedno jest poprzerastane drugim a w mięśniu nie widać śladów działania wysokiej temperatury podczas wypiekania chleba…

Takich przypadków wraz ze Zmartwychwstaniem Pańskim są dziesiątki tysięcy. Niektóre tak dobrze udokumentowane, że nie da się im zaprzeczyć ani udowodnić oszustwa.

Po jakimś czasie przy dyskusji na tematy religii ów racjonalista używając naukowego pojęcia ortogonalności dla lepszego zobrazowania sprawy stwierdził, że on jest ortogonalny wobec tych tzw. cudów, ewentualnego Boga i takich tam. Te sprawy na nie go nie działają i on nie ma z nimi nic wspólnego.

On, taki racjonalista i naukowiec, starający się dokładnie i dogłębnie wszystko zbadać, nie przepuści żadnemu zjawisku, którego wyjaśnienia nie zna – tutaj dobrowolnie się poddał. Nie mógł zaprzeczyć prawdziwości (przynajmniej niektórych) cudów, nie mógł stwierdzić, że są one wynikiem fantazji opowiadających o nich, postanowił po prostu nie myśleć o nich. Udawać, że ich nie ma, a nawet, jak są, to nie w jego świecie. Schował swoją naukową i racjonalną głowę w piasek.

I tak wygląda sprawa z racjonalizmem i przynajmniej niektórymi racjonalistami. Nam zarzucają ciemnotę a sami grzeszą tym, co sami potępiają: odmową myślenia.

Większośc racjonalistów tak naprawdę, to łże-racjonaliści. Traktujący racjonalizm tak, jak ale-katolicy wiarę. Otóż ale-katolicy mówią "jestem katolikiem, ale…", tak i racjonaliści są racjonalistami i badaczami do momentu, kiedy wyniki ich rozumowania mogłyby ich doprowadzić do wniosku o istnieniu Istoty Wyższej i o tym, że prawa fizyki to nie jedyne reguły rządzące światem. Są racjonalistami, ale…

Tymczasem człowiek uczciwie i rzetelnie badający świat – cały, jaki może zbadać a nie tylko wybrane jego aspekty, nie może być niewierzącym. Nie może nie mieć wątpliwości w to, że fizyka to nie wszystko, skoro zachodzą czasem zjawiska sprzeczne w ogóle z zasadami fizyki. Więc co jeszcze, prócz praw przyrody, rządzi tym światem i jego ewolucją? Jakie prawo rządzi wirującym Słońcem z Fatimy? Według jakich reguł kawałek chleba przemienia się w kawałek mięśnia serca człowieka?

O takich jest napisane: "mają oczy a nie widzą, mają uszy a nie słyszą". I nie widzą ani nie słyszą nie z powodu błędów ich rodziców w wychowaniu, czy z powodu kultury, w jakiej się wychowali, ale dlatego, że NIE CHCĄ widziec ani słyszeć. Tak, z własnej woli, dobrowolnie odmawiają widzenia i słyszenia.

Módlmy się za tych głupców, może Bóg uczyni i nad nimi jakiś cud i uzdrowi ich dusze?

Odsłon: 773 Komentarzy: 16


Wolna wola racjonalisty

Kategoria: Wiadomości Monday, 14 February 2011, 19:37

Dziś będzie o wolnej woli racjonalisty.

Nie wiem, czy jest ktoś, kogo trzeba przekonywać o tym, że moralność ma sens tylko wtedy, kiedy istnieje wolna wola.Nie bardzo jest sens karać kogokolwiek, albo nagradzać za to, że np. urodził się rudym, czy z jakimkolwiek talentem. Co innego, jak wynajdzie rudą farbę do włosów albo rozwinie talent na tyle, żeby np. po mistrzowsku zagrać Poloneza as-dur.

Racjonaliści żyją w świecie, w którym rządzi fizyka. I tylko fizyka. ma ona swoje prawa i wszystko, cokolwiek istnieje jest rządzone owymi prawami. Od przydrożnego kamienia poprzez kota aż do człowieka. W takim świecie nie istnieje w ogóle wolna wola. Bo wszystko, cokolwiek się zdarzyło, jest skutkiem zjawisk, które wystąpiły wcześniej. szystko, co tylko istnieje, łącznie z ludzkim mózgiem ewoluuje wg. praw fizyki i nie może inaczej. I tak, wg. poglądu ściśle racjonalnego wszystko można "wyśledzić" w tył aż do Wielkiego Wybuchu.

Nie, kochani, mechanika kwantowa i jej probabilistyczna interpretacja nie są żadnymi wyjaśnieniami: konia z rzędem temu, kto wytłumaczy, o co biega w mechanice kwantowej. To, co mamy, to tylko aparat matematyczny pozwalający po zastosowaniu owej probabilistycznej interpretacji powiedzieć z jakim prawdopodobieństwem zajdzie jakieś zjawisko. Ale to, że my nie potrafimy powiedzieć na 100%, jak zachowa się dany układ, to nie znaczy, że natura tego też "nie wie". Natura w ogóle nic nie wie, ona po prostu jest i ewoluuje z czasem. Każdy stan natury w danej chwili czasu wynika TYLKO I WYŁĄCZNIE z jej dotychczasowej historii i nie może być inny. Tyle na temat Wszechświata mówi pogląd ściśle racjonalny. Poza tym podstawowe równanie mechaniki kwantowej, równanie Schroedingera, zostało zgadnięte. Tak, nie zostało ono wyprowadzone z żadnych "zasad pierwszych", po prostu dopasowano owo równanie do rozwiązań pewnych prostych układów i zauważono, że jego rozwiązania opisują również i inne układy. Nie mamy nawet gwarancji, że każdy układ będzie poprawnie opisywany przez rozwiązania owego równania. My w to tylko możemy… wierzyć.

Nawet fakt, że idziemy do kina zamiast np. na lody został wg. tego poglądu "zaprogramowany" dotychczasową historią Wszechświata i nie ma nic wspólnego z naszym wolnym wyborem. Wolna wola w tym ujęciu racjonalistycznym jest co najwyżej złudzeniem, też zresztą samym w sobie "przewidzianym" przez naturę od chwili Wielkiego Wybuchu.Idąc tym tropem nie wolno ludzi karać ani nagradzać za nic. Nie istnieje moralność, wina ani zasługa. Przecież trudno oceniać moralny wymiar zjawiska upadku kamienia. Fizyka i już. Podobnie święci katoliccy, czy choćby ateistyczni ludzie tzw. dobrej woli nie są ani dobrzy, ani źli, oni postępowali dobrze dla innych tylko dlatego, że "na nich trafiło" – po prostu świat i oni jako cząstki Wszechświata taką trajektorią podążyli. Podobnie najwięksi zbrodniarze wojenni i inni ludobójcy też nie są winni swoich zbrodni – bo jak i za co ich karać? Bo ich mózgi tak ewoluowały, jak ewoluowały?

Jesli założy się, że istnieje tylko to, co mierzalne, obserwowalne i weryfikowalne naukowo, to wolna wola nie istnieje.Ja wiem, dysonans poznawczy się pojawia, bo przeciez każdy z nas czuje, że ma jednak wolną wolę, czegoś może chcieć, czegoś nie chcieć a już na pewno wszyscy zgadzamy się co do faktu, że zbrodniarzy należy karać.

Nie obiecywałem, że będzie bezboleśnie.

Otóż jak ktoś, kto uważa siebie za racjonalistę usiłuje wartościować moralnie cokolwiek i kogokolwiek jest hipokrytą. Bo wg. poglądu racjonalnego nie ma zła ani dobra, jest tylko fizyka. Nie ma sensu zadawać sobie pytania o sens cierpienia, czy przyjemności – to TYLKO fizyka. Fakt, że nie potrafimy obliczyć, kto i kiedy puści parę milionów ludzi przez komin to tylko i wyłącznie kwestia ułomności naszych komputerów i/lub równań ewolucji, jakie znamy.

Tymczasem pojawia się już na początku rozważań pewien paradoks: dlaczego układ czysto fizyczny, jakim jest człowiek może w ogóle usiłować cokolwiek przewidywać? Jak naturze mogłoby "przyjśc do głowy" obliczać samą siebie, skoro ona potrafi znajdować rozwiązania nawet najbardziej skomplikowanych równań bez liczenia? Co też robi: ile atomów jest we Wszechświecie? My mamy olbrzymie problemy z dokładnym policzeniem choćby atomu helu, nie mówiąc juz o atomach wieloelektronowych. A jak dodać do tego jeszcze wzajemne oddziaływania wszystkiego na wszystko, to nie ma takiego komputera na świecie (i byc nie może – za mało jest atomów, żeby taki zbudować). Poza tym obrazek Wszechświata konstruującego maszynki do liczenia samego siebie jest absurdalny.

Absurdalny – tak jak absurdalny jest czysty racjonalizm naukowy. I tego absurdu można uniknąć przy założeniu, że człowiek oprócz samego ciała i mózgu złożonego z neuronów rządzonych prawami fizyki ma coś jeszcze. Coś, co nie należy do świata rządzonego prawami fizyki, jest niejako ponad nim.

No i po dodaniu do całości duszy ludzkiej, stworzonej przez Boga absurdy znikają. I nie chodzi o to, że nasza nauka jest zbyt "słaba" na razie, żeby wyjaśnić ten absurd i trzeba uciekać się do transcendencji tak, jak kiedys wyjaśniano pioruny, czy "morowe powietrze" zagniewaniem bóstw czy nawet Boga. Ja w moim wywodzie nie użyłem ani jednego argumentu opierającego się na nauce, założyłem tylko, że przyroda to ciąg deterministycznych procesów wynikających wzajemnie z siebie zgodnie z kierunkiem tzw. strzałki czasu, nie interesowało mnie, czy potrafi ten ciąg nauka przewidzieć, czy nie, odkrycie nowych praw i zjawisk nic tu nie zmieni – to jest rozwój nauki, nie przyrody. Bo nauka to filozoficzna refleksja nad przyrodą właśnie.

No, chyba, że racjonaliści podważą przyczynowość przyrody i stwierdzą, że nie wszystkie skutki mają swoje przyczyny i że jedna przyczyna może miec różne skutki, wtedy sami zapędą się w kozi róg: co to za racjonalizm, który uznaje, że świat jest niefizyczny? To, że nie znamy metod przewidywania skutków z wystarczającą dokładnością i na dowolnie długo naprzód nie jest żadnym wyjaśnieniem. Przyroda NA PEWNO sobie z tym zadaniem poradzi w swoim czasie. Jak to mawiał Dobry Wojak Szwejk: jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

Odsłon: 767 Komentarzy: 27


(Bez?)sens życia.

Kategoria: Ogólne Sunday, 13 February 2011, 18:11

Mówią, że życie to forma istnienia białka. Po prostu, życie jako zjawisko przyrodnicze jest procesem, który bardzo wydajnie zwiększa entropię Wszechświata a takie zjawiska są preferowane w przyrodzie, więc życie musiało powstać. No to powstało. Tylko teraz mamy pytanie: czym się różni takie zycie człowieka od istnienia kamienia (formy istnienia minerałów), czy gwiazd (form istnienia gazów, głównie wodoru i helu). Jeśli zycie to tylko forma istnienia białka, to po co tu inteligencja w tym zyciu, i to do tego tak skomplikowana, jak ludzka? Kamień nie ma inteligencji a przecież istnieje. Podobnie rosliny – zero inteligencji a niewątpliwie żyją.Pytanie: czy znamy proces jeszcze bardziej zwiększający entropię a jak nie, to czy zycie zwiększa ją w stopniu maksymalnym z mozliwych?Po co człowiekowi poczucie jaźni – odrębności od reszty całego świata? Czy człowiek nie mógłby żyć bez samoświadomości?Jeśli załozymy, że po śmierci nic nie ma, że traci się świadomość i człowiek znika, to dlaczego racjonaliści nie popełniają masowo samobójstw? Przecież jak znikną, to jedyni, którzy moga odczuwać żal będą ci, co żyją. Człowiek, który nie istnieje ani nie cierpi, ani też nie cierpi z powodu niemożności doznawania przyjemności. Jest trochę tak, jak podczas snu bez marzeń sennych. Czy kogoś taki sen męczy albo nudzi?Po co takim ludziom na ziemi są dzieci? Przecież to wszystko nie ma znaczenia, dla racjonalisty dzieci to efekt uboczny ich popędów, nieważne, czy bezpośrednio seksualnego, czy podbudowanego instynktem rodzicielskim. Tak, czy siak, gatunek się rozmnaża, ale co z tego przychodzi jednostce jako takiej? przecież to nie ma żadnego znaczenia.Na miejscu racjonalisty – ateisty bym się najchętniej po prostu zabił. Skoro moje zycie nie ma żadnego nieprzemijającego znaczenia, to po co zyć? Jakie znaczenie ma extra kilkadziesiąt lat życia wobec nieskończoności nieistnienia? Mówią, że zycie to najcenniejsza rzecz, jaką mamy. No dobrze, jak wycenić jej wartość? Czy można ją na coś zamienić? Co może taki racjonalista za nia kupić? Ile to jest warte?Czy osoby deklarujące się jako ateiści i racjonaliści są niespełni rozumu, że zyją? No, prawdę mówiąc, to tak, ale nie dlatego, że zyją, ale dlatego, że nie wierzą w transcendentny sens życia. Bo deklarują, że nie wierzą, ale postępują, jakby w niego wierzyli. Instynktownie. Nic dziwnego, w człowieku musi poza białkiem i jego strukturami, jak neurony, coś jeszcze być. Otóż jest dusza. Stworzona przez Boga. Nawet u racjonalistów. To ona "każe" im żyć.I to nie zbawienie duszy i zmartwychwstanie ciała jest sensem zycia. Bo żyjąc w ciele zmartwychwstałym jesteśmy de facto nadal jakąś formą istnienia czegoś.Sensem życia jest tylko i wyłącznie Bóg-Miłość. I nic innego. Tylko zakładając istnienie Boga-Miłości jako bytu niezależnego i samoistnego, istniejącego poza czasem i przestrzenią da się usunąć logiczne sprzeczności w pytaniu o sens życia.Trochę wracamy do początku naszych pytań, bo odpowiadamy na pytanie dogmatem nieweryfikowalnym naukowo.Ale przecież on jest zweryfikowany. Był na ziemi taki jeden Facet, co go zabili i on uciekł. Trzeciego dnia, prosto z grobu, jak w taniej gangsterskiej produkcji klasy "C". No, ale taki Ktoś był między nami. I co ciekawsze, nadal jest wśród nas. I On nam wtedy powiedział, co jest po drugiej stronie. Powiedział, jaka jest wartość życia i co można za nie "kupić" i na co wymienić. Teraz już rozumiem, przy tym założeniu zycie ma sens, bo po tamtej stronie "kupujemy" coś, co będzie trwało wiecznie, a coś, co jest wieczne ma wartość samą w sobie. Tak, jak życie dla ateisty-racjonalisty – ma wartość samą w sobie, pod warunkiem, że nie myśli się o śmierci.

Odsłon: 519 Komentarzy: 26


1

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.