
Thursday,04 June 2009,22:49
Kategoria: Religia Thursday, 04 June 2009, 22:49
Wielokrotnie zdarzało mi się słyszeć wypowiedzi lub nawet uczestniczyć w rozmowach na temat nazwijmy to "jakości" spowiedzi czy też spowiedników, czyli na przykład zdania typu: "ksiądz nie wykazał zrozumienia", "szukam takiego księdza, który potrafi mi coś doradzić, pomóc", "ten ksiądz spowiada fajnie a tamten jest zbyt zasadniczy" itp. Chodzi mi tutaj głównie o dwa zjawiska: o jednym niedawno był artykuł na Frondzie pt. "Spowiedź: najlepsza forma psychoterapii?", a drugie to tzw. "churching" (tak jak mamy clubbing, czyli szukanie dogodnej dla siebie knajpy, tak może być i "churching").
Tymczasem nie tak dawno miałem okazję przeżyć pewne ciekawe doświadczenie i wyciągnąć z niego ważne (mam nadzieję) wnioski. Otóż kilka miesięcy temu przystępowałem pierwszy raz do spowiedzi w mojej "nowej" parafii po zmianie miejsca zamieszkania. I zaraz na samym początku przeżyłem szok. Przed konfesjonałem czekało jakieś 20 osób, a ksiądz spowiadał nazwijmy to jak "od pieczątki". Osoby podchodziły do konfesjonału i odchodziły w takim tempie, że ze spodziewanej przeze mnie dobrej godziny czekania w kolejce zrobiło się raptem z 15 minut. Moje zaskoczenie było tym większe, że w moim poprzednim miejscu zamieszkania posługę duszpasterską sprawowali księża z Polskiej Misji Katolickiej i wszystko odbywało się niezwykle starannie, ktoś by powiedział "z wielkim żarem i zaangażowaniem".
Gdy po odbytej spowiedzi uklęknąłem w kościele aby się skupić na modlitwie, w pewnym momencie oświeciła mnie pewna myśl: Ile czasu tak naprawdę Bogu jest potrzebne aby człowieka zbawić? W końcu czy nasz Pan potrzebuje jakiejś konkretnej ilości wypowiedzianych słów, przetrawionych myśli? Czyż nie jest przypadkiem tak, że Moc Boża jest tak wielka, że gdy Pan zechce, to przebaczenie i uzdrowienie uzyskujemy w ciągu ułamka sekundy bez tego całego naszego filozofowania, roztrząsania, tej całej psychoanalizy przy konfesjonale? Przecież modlimy się słowami: "... ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja".
Od tego czasu z wielką wiarą i można powiedzieć radością przystępuję do spowiedzi w mojej parafii. I to nie chodzi absolutnie o "odklepanie" sakramentu spowiedzi. Wręcz przeciwnie. Bo okazuje się, że aby podejść do konfesjonału i wypowiedzieć w kilku zdaniach swoje grzechy, trzeba wykonać naprawdę wielką pracę duchową. Trzeba jak brzytwą "ogolić" się z tych wszystkich wytłumaczeń, roztrząsań, usprawiedliwień i po prostu stanąć w prawdzie przed sobą, Bogiem i kapłanem w sakramencie spowiedzi. A przynajmniej tak można do tego podejść, gdy człowiek wyzwoli się z tego psychoanalitycznego nawyku w spowiedzi.
Jest oczywiście jeszcze jeden aspekt. Czasem człowiek faktycznie sobie nie radzi ze sobą, albo nie może dociec czegoś, albo się nadmiernie obwinia, albo nie widzi wszystkiego co powinien, lub tak jak powinien. I tu oczywiście przydaje się kierownik duchowy albo stały spowiednik. A czasem po prostu potrzebny jest psychoterapeuta albo psychiatra. I tu niestety napotykamy na nieprzyjemny stereotyp zakorzeniony w Polsce (i chyba nie tylko w Polsce), że jak psycholog, psychoterapeuta lub co gorsza psychiatra to już czubek, nienormalny i kaftan bezpieczeństwa. A przecież wystarczy, że człowieka dotknęła zwykła depresja (zwykła, bo wiele bardzo ludzi na nią cierpi) i wtedy często potrzebna jest fachowa pomoc. Nic w tym wstydliwego! A ksiądz to nie ktoś, kto przez lata studiował medycynę. Oczywiście Bóg człowieka może uzdrowić w jednej chwili ze wszystkiego. Ale Bóg działa również w ramach tego świata i jego pomoc może wyglądać tak, że udamy się do specjalisty na leczenie. Natomiast nachalne oczekiwanie cudu, albo poszukiwanie "lepszego" spowiednika, czy to nie przypadkiem wystawianie Boga na próbę?
Odsłon: 606 Komentarzy: 2
Friday,20 March 2009,08:44
Kategoria: Ogólne Friday, 20 March 2009, 08:44
Wydawałoby się, że dyskusja to w dzisiejszym świecie główna droga rozwiązywania wszelkich problemów. Trzeba dyskutować, rozmawiać, prowadzić dialog, debatować. Bo debata to filar demokracji, a dialog międzyreligijny to wręcz przymus Kościoła. Ale czy faktycznie to zawsze ma sens? Bo na pewno nie zawsze jest łatwo prowadzić dyskusję. I o dziwo im więcej się teraz mówi o konieczności "rzetelnej debaty", to właśnie ta debata "schodzi na psy", czyli robi się kompletnie bezcelowa i niemerytoryczna. W tej kwestii podzielę się swoim bardzo osobistym doświadczeniem i obserwacją na ten temat.
W mojej poprzedniej pracy w pewnej dużej międzynarodowej organizacji w Szwajcarii miałem wiele do czynienia z ludźmi nazwijmy to "z Europy Zachodniej" i dziwnym trafem bardzo często rozmowa schodziła na tematy światopoglądowe a nawet religijne. Ja katolik, a oni oświeceni, postępowi, wykształceni, pewni siebie, ale bardzo rzadko wierzący. Padał temat, z tamtej strony logiczny wywód poparty bogatą wiedzą historyczną i naukową, a z mojej strony ... "uhmmm". I po każdej takiej rozmowie, czy to na temat samej wiary, czy stosunku do antykoncepcji, czy sensu cierpienia, czy czegokolwiek innego i ważnego, wychodziłem z bogatym uzasadnieniem, dlaczego moje poglądy są zacofane i prymitywne. Z mojej strony jakieś romantyczne, naiwne "że tak lepiej", "że dobro", "że łaska", a po drugiej stronie buldożer. Można wpaść w kompleksy. I nie mam wcale zamiaru podsycać jakieś narodowe stereotypy (że My i Oni), chodzi o przykład wyjęty z życia.
Reakcje na coś takiego mogą być różne. U mnie to było: "Trzeba się dokształcić, przygotować!" No więc szukanie informacji, przekopywanie przez gąszcz wiedzy (ha! wiedzy!? google i wikipedia, ale mi wiedza!), nadrabianie zaległości z "przedmiotów humanistycznych" itd. Może to i było mi potrzebne, ale w tej kwestii wciąż nieskuteczne. I dopiero po jakimś czasie przyszła refleksja - może to nie tędy droga. Przecież może tak być, że osoba z którą prowadzimy dyskusję będzie zawsze dużo lepiej przygotowana, żeby odrzucić nasze marne uzasadnienia swoim "logicznym" wywodem z tysiącem argumentów. Tylko na czym te wszystkie wywody polegają?
Człowiek wiary podporządkowuje swoje myślenie pewnym prawdom absolutnym i niepodważalnym, które daje mu właśnie jego wiara. Do wszystkiego innego stosuje sito (albo lepiej powiedzieć brzytwę - Ockhama), że jak coś nie pasuje, sprzeczność, prowadzi na manowce, to wyrzucamy i zapominamy. Albo wystarczy, że narasta nam jakiś niepotrzebny gąszcz myśli - brzytwa odcina i do kosza. I wcale nie oznacza to, że człowiek wiary to człowiek zniewolony jakimś zakazami i nakazami za którymi ślepo podąża. Bo wiara to przecież akt wolności, w którym decydujemy niejako arbitralnie na jakich wartościach oprzemy swoje życie.
Tymczasem co może robić człowiek, który nie ma takich punktów stałych wynikających z wiary (niekoniecznie katolickiej i niekoniecznie sformalizowanej jako religia)? Ma swoje POGLĄDY, które oczywiście są dobre, bo przecież każde poglądy są równie uprawnione w "tym pluralistycznym świecie". No i do tych poglądów dochodzi gąszcz myśli i wywodów, które mają te poglądy jakoś umocować i uprawomocnić. Z tego oczywiście wychodzi często dowód przez założenie tezy, ale jak gąszcz jest dość rozbudowany i gęsty to nikt nie zauważy. No i jak tu dyskutować? Szczególnie gdy nasze DOGMATY są inne niż czyjeś poglądy? I co wyżej stawiamy? Gąszcz pięknych wywodów i wyprowadzanych logicznie wniosków (tylko z czego?), czy proste prawdy wiary?
A rozmowa ma chyba tylko wtedy sens, gdy może przynieść jakiś pożytek przynajmniej jednej ze stron. Na przykład czegoś się dowiemy, albo druga strona od nas czegoś się dowie, albo ktoś się nawróci, czyli zmieni te swoje poglądy, albo chociaż jest to miła pogawędka, która po prostu daje trochę przyjemności. A gdy wiadomo, że już nikt się niczego więcej nie dowie i nikt nie zmieni w wyniku rozmowy myślenia?
Takie dyskusje jak tamte moje do pewnego stopnia są korzystne. Ja się trochę douczyłem, pogłębiłem swoją wiedzę na temat własnej wiary oraz jej historii. Ale przychodzi punkt, który trzeba umieć dostrzec, kiedy należy powiedzieć: dość! Bo z diabłem nie należy wchodzić w dyskusję. Albo jak to ładnie powiedział pan Wojciech Cejrowski w jednym z odcinków programu "Warto rozmawiać", że "z głupolami się nie dyskutuje". Może i szokująca wypowiedź, dla niektórych prymitywna i chamska, ale tak się teraz często mówi na nazywanie rzeczy po imieniu.
Wracając do mojej opowieści, w pewnym momencie postanowiłem dalej nie dyskutować. Od wszelkich rozmów światopoglądowych uciekałem jak od ognia, a kontakty ograniczyłem do spraw zawodowych i neutralnych (np. gdzie lepszy śnieg, żeby pojechać na narty). Tak minęły kolejne lata aż znalazłem się na wylocie z Organizacji z wielkimi planami powrotu do Ojczyzny. I tu niespodzianka. W ostatniej już chyba rozmowie akurat z moim byłym szefem okazało się, że jego uwagę przykuły jednak pewne rzeczy, które dostrzegł w moim postępowaniu, zupełnie niezwiązane z tamtymi dyskusjami, a które nazywamy chrześcijańskimi (szczegółów nie mogę podać). Krótko mówiąc, zupełnie nie wiedząc o tym potrafiłem tej akurat osobie dać jakieś małe chrześcijańskie ŚWIADECTWO swoim codziennym życiem w pracy, które on przyjął, nie wiedząc nawet że przyjmuje coś chrześcijańskiego (gdyby wiedział, to pewnie by nie przyjął).
No a jak to się ma na przykład do debaty publicznej? A tak się ma, że po co w ogóle urządzać jakąś publiczną dyskusję np. na temat aborcji, eutanazji, in vitro itp. i brać do tego dwie strony, żeby wymieniały poglądy? Jako katolik, wiem jakie jest moje zdanie, wiem z czego wynika i że jest nieodwołalne i nie podlega dyskusji ani kompromisom. I wiem również, że np. zagorzałego głosiciela legalności aborcji tak łatwo do niczego nie przekonam. Co najwyżej ryzykuję, że mój jasny osąd sprawy oparty o "skałę" nauki wypływającej z Ewangelii wepchnę w dziki gąszcz argumentacji i narażę postronnych słuchaczy na mętlik w głowie, z którego może wyniknąć wielka szkoda... Oczywiście należy jasno wypowiedzieć swoje zdanie, bez samo-obwiniania się, że takie nieprzystające do panującej poprawności politycznej. Taki przykład daje nam chociażby Papież. Ale bez wdawania się później w jałowe dyskusje, które bardziej przypominają pyskówki na niektórych forach internetowych niż wartościowy dialog. A przede wszystkim najlepiej jest chyba po prostu dawać świadectwo swoim codziennym życiem. Czego sobie i innym mogę tylko życzyć.
Odsłon: 452 Komentarzy: 2
Monday,03 August 2009,23:58
Kategoria: Polityka Monday, 03 August 2009, 23:58
Dlaczego wszystkie środowiska nazwijmy to prawicowe lub też liberalno-konserwatywne są tak bardzo podzielone i rozczłonkowane, zarówno u nas w Polsce, jak i w Europie, że nie potrafią stworzyć realnej siły politycznej, albo chociażby społecznej, która potrafiłaby skuteczni zatrzymać zalew tego co jedni nazywają "cywilizacją śmierci", a inni "lewactwem"? Pewnie nie ja jeden się nad tym zastanawiałem, ale mam kilka własnych refleksji na ten temat, którymi chętnie się podzielę jako moim pierwszym wpisem na blogu "Frondy".
Problem pierwszy to rzucająca się w oczy ortodoksyjność i bezkompromisowość większości prawicowców. A dlaczego to problem? W końcu zasada, że nie ma kompromisu między dobrem a złem, ani między prawdą a fałszem, to słuszna zasada. Zasada owszem słuszna, ale implementacja kiepska. Bo nagle okazuje się, że najdrobniejsza różnica zdań prowadzi nawet nie do konfliktu, tylko wzajemnego wykluczenia. No skoro JA mam rację, a ON twierdzi coś ciutkę innego, a jest tylko jedna prawda, no to ON nie ma racji, więc albo kłamie, albo głupol, no więc "do widzenia". I niby wszyscy wiedzą, bo nasza religia nas tego uczy, co to pokora, co pycha, ale niestety tak to właśnie działa i rzeczywistość jest tego dowodem niezbitym.
Drugim problemem albo trudnością jest dla mnie to, że człowiek prawicy, albo lepiej może powiedzieć PRAWY, jest bardzo łatwy do zniszczenia. Chodzi o spójność tego co robi z tym co mówi. Pomijając oczywiście znanych już obłudników co to innemu wytykają jak żonę traktuje, a na siebie nie patrzą (to nie są ludzie chyba zbyt prawi), to nawet bardzo porządnemu człowiekowi jest trudno. Bo mówi: sprawiedliwość, uczciwość, miłość bliźniego, a wystarczy na jednym tylko drobiazgu go przyłapać i jest kłopot, niespójność, od razu obłuda i to bezlitosne "innych poucza a sam co robi?". A lewaka to na niczym się nie przyłapie, bo skoro mówi: wolny seks, no to jak ma jakieś wyczyny łóżkowe na boku, to wszystko w normie i spójne, mówi: nie wolno dyskryminować, chyba że tych co dyskryminują, no i jak naśmiewa się publicznie z prawd wiary, to była właśnie ta "pozytywna" dyskryminacja i tak dalej.
Sprawa trzecia, a właściwie dla mnie taki grzech wielu ludzi prawicy (tych co nazywają siebie liberałami), to jakaś zabobonna wiara w samoorganizację, a co za tym idzie jeszcze gorszy zabobon wiary w postęp (polecam gorąco J.M.Bocheński "Sto zabobonów"). Jest to wiara w to, że jak ludziom da się spokój, to będą wiedzieli najlepiej co z tą swoją wolnością zrobić i samo wszystko będzie dążyło ku lepszemu. Postęp! A tymczasem prawa statystyki są nieubłagane, krzywa Gaussa jest nieubłagana i większość ludzi ma po prostu średnie pojęcie o tym co zrobić ze swoją wolnością i bardzo często wybiera źle. Taki ogół średnich (ale też i kilku wybitnych oraz kilku poniżej średniej) zostawiony sam sobie dryfuje ku rozkładowi, pop-kulturze, lewactwu właśnie. Owszem, ta samoorganizacja (siostra ewolucji) to bardzo pociągająca idea. W naukach ścisłych zrodziło się coś takiego bodajże w cybernetyce (ukłon w stronę pana Janusza Korwina-Mikke), jak cybernetyka padła to odżyło w informatyce (te wszystkie sieci neuronowe, algorytmy genetyczne) by w końcu co mądrzejsi zrozumieli, że to bzdura i utopia. Owszem ludzie to nie jakieś tępe neurony czy geny, mają rozum, ale prawa statystyki są nieubłagane... I rozkład następuje tak długo jak nie pojawi się ktoś mądry, charyzmatyczny i do tego silny - władca. A ten coś się u nas nie pojawia.
Rzecz czwarta (powiązana z pierwszą i trzecią) to komunikacja, albo raczej jej brak. Komunikacja się łatwo zrywa. Wystarczy, że ON myśli inaczej i już nie będziemy gadać, bo nie idzie. Może same się wytworzą jakieś struktury, kanały wymiany myśli (chociażby na portalu "Frondy")? Ale samo to się najwyżej rozłoży coś, co ktoś mądry kiedyś stworzył, nic więcej. A tymczasem zadziwiające jest to, że lewactwo nie potrzebuje żadnej komunikacji. Ono właśnie samo nieubłaganie dąży w jedną stronę, ku rozkładowi, bez umawiania się, spiskowania, bez komunikacji nawet jakiejkolwiek (choć czasem ona występuje, nawet często i wtedy jeszcze skuteczniej to działa). Idealna samoorganizacja w tym jednym właśnie przypadku. Dla tych co pamiętają co nieco z fizyki (mój dobry znajomy, fizyk z CERN'u mnie chyba wyklnie za takie porównanie), to chyba trochę jak z kondensatem Bosego-Einsteina - cząstki daleko od siebie, nie gadają ze sobą, a jakoś wszystkie ten sam pęd mają. Nieubłagane prawa fizyki działają tu niestety na naszą niekorzyść. Tak więc aby była komunikacja, ktoś musi zapewnić kanały, struktury i pilnować porządku. Ktoś mądry, charyzmatyczny i jeszcze silny - władca właśnie.
Ciągnąc dalej te myśli dochodzi się oczywiście do prostego wniosku, że demokracja jest do niczego, a my potrzebujemy władcy (jego cechy już dwa razy wymieniłem). Ale nie o to mi tutaj akurat chodziło. Choć jeszcze może i o tym przy okazji kiedyś napiszę. Dochodzi się również do wniosku, że ludzie prawicy są teraz z góry na przegranej pozycji, to znaczy takiej, gdzie trzeba włożyć naprawdę dużo wysiłku aby pokonać przeciwnika, który wkłada go niewiele i tępą masą dąży do celu (rozkładu). Wreszcie jest trzeci wniosek, trochę bardziej chyba budujący, że nie koniecznie trzeba doszukiwać się jakiegoś masońskiego spisku lewactwa (choć taki może i jest), żeby wytłumaczyć tę naszą przegraną pozycję. I nie ma co marnować energii na zgłębianie struktur zła, bo może nie ma tam żadnych struktur tylko tępy rozkład. Lepiej tę energię wykorzystać na pracę najpierw nad sobą samym, później nad twórczym przekształcaniem swojego otoczenia i tak dalej. I z Bożą wolą i pomocą może coś się uda zbudować.
Odsłon: 536 Komentarzy: 2
1
