Tuesday,02 October 2012,11:26
Kategoria: Teologia Tuesday, 02 October 2012, 11:26
Ten wpis jest kontynuacją tego sprzed kilku dni o zasadzie interpretacji Biblii stosowanej przez protestantów zwanej po łacinie „sola Scriptura”. Apostołowie rozstrzygając spór o konieczność obrzezania nie stosowali zasady „sola Scriptura”. Dzisiaj pragnę w pewnym sensie zaprzeczyć sobie, bo czytając Ewangelię znalazłem w niej słowa, która zdają się wskazywać na to, że zasada ta była stosowana przez …faryzeuszów. Mam na myśli to miejsce w Ewangelii według św. Jana:
A wśród słuchających Go tłumów odezwały się głosy: «Ten prawdziwie jest prorokiem». Inni mówili: «To jest Mesjasz». «Ale - mówili drudzy - czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei? Czyż Pismo nie mówi, że Mesjasz będzie pochodził z potomstwa Dawidowego i z miasteczka Betlejem?» I powstało w tłumie rozdwojenie z Jego powodu. Niektórzy chcieli Go nawet pojmać, lecz nikt nie odważył się podnieść na Niego ręki. Wrócili więc strażnicy do arcykapłanów i faryzeuszów, a ci rzekli do nich: «Czemuście Go nie pojmali?» Strażnicy odpowiedzieli: «Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia». Odpowiedzieli im faryzeusze: «Czyż i wy daliście się zwieść? Czy ktoś ze zwierzchników lub faryzeuszów uwierzył w Niego? A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty». Odezwał się do nich jeden spośród nich, Nikodem, ten, który przedtem przyszedł do Niego: «Czy Prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha, i zbada, co czyni?» Odpowiedzieli mu: «Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei». (J 7:40-52 BT).
“Idź i zbadaj”. Zbadaj co? Oczywiście Pisma. Ponieważ Pisma (tu tyle, co Stary Testament) nie zawierały świadectwa o żadnym proroku pochodzącym z Galilei, dlatego według faryzeuszów, nie było możliwe (w języku protestantów: było sprzecznym z Biblią), aby Mesjasz stamtąd pochodził. Tak więc, faryzeusze na podstawie Biblii czyli słowa Bożego zapisanego w Księdze, odrzucili Jezusa z Nazaretu – wcielone Słowo Boga. A przecież Pisma (ST) świadczyło o Nim. Potwierdza to sam Pan mówiąc do nich:
Gdybyście jednak uwierzyli Mojżeszowi, to byście i Mnie uwierzyli. O Mnie bowiem on pisał. Jeżeli jednak jego pismom nie wierzycie, jakżeż moim słowom będziecie wierzyli?» (J 5:46-47 BT).
Widzę tu pewną analogię pomiędzy faryzeuszami współczesnymi Panu Jezusowi, a protestantami. Ci pierwsi powołując się na Biblię odrzucili Chrystusa, ci drudzy, również powołując się na Biblię, odrzucają Kościół, w którym Chrystus żyje i działa przez wieki. A przecież jak Stary Testament świadczył o Chrystusie, tak Nowy świadczy o Kościele.
„Nie ma tu analogii” – powie protestant – „protestanci uznają Kościół” (choć często piszą „kościół”, co nie jest bez znaczenia ;-) ), „więc powyższa analogia nie ma miejsca”. Na takie dictum odpowiadam: Analogia nie tylko jest, ale jest głębsza, niż to wynika z pobieżnego odczytania tego, co napisałem powyżej. Faryzeusze, podobnie jak reszta Izraela, też czekali na Mesjasza; co więcej, ich oczekiwanie było bardzo intensywne. A jednak, chociaż z utęsknieniem wyglądali, to jednak nie przyjęli Go, gdy przyszedł; nie spełnił ich kryteriów. Dlatego przyjmowali innych, fałszywych, którzy przychodzili w swoje imię, ale nie przyjęli tego jednego - PRAWDZIWEGO. Podobnie dzieje się z protestantami i Kościołem: Nie spotkałem jeszcze takiego, który odrzucałby wiarę w Kościół, ale żaden z nich mówiąc o Kościele, nie miał na myśli tego, który ja miałem na myśli. I nawet nie chodzi o to, że ja myślę o Kościele katolickim czy też Rzymskokatolickim, a on go odrzuca. Tu chodzi o różnicę w cechach, którymi określamy czy opisujemy Kościół. Protestant mówiąc „Kościół (lub ‘kościół’) powszechny” myśli o takim, za którym nie stoją żadne struktury zewnętrzne (‘Kościół niewidzialny’). Ja mówiąc „Kościół katolicki” mam na myśli Kościół, który oprócz tego, że jest rzeczywistością duchową, ma także widzialne struktury. Przypisanie Kościołowi takich cech jak ‘niewidzialność’ oznacza w gruncie rzeczy nic innego, tylko jego odrzucenie. Jest to odrzucenie Kościoła, bo Kościół jest „ciałem Chrystusa” (1 Kor 12), a więc czymś widzialnym i uchwytnym; jest odrzuceniem także dlatego, że nie wiem, na czym mogłoby polegać posłuszeństwo Kościołowi (Mt 18:17), który jest niewidzialny? I jeszcze nie odpowiedział mi na to pytanie żaden z protestantów, któremu postawiłem to pytanie.
Odsłon: 257 Komentarzy: 23
Sunday,02 September 2012,14:27
Kategoria: Aborcja Sunday, 02 September 2012, 14:27
„Ale nie zatrzymując się dłużej w tych ciemnych zakamarkach, wspomnijmy jedynie, że w tradycji czarnej magii powracają stale pewne antyludzkie antagonizmy. Wydaje siły na przykład, że zawsze przenikają mistyczna nienawiść do idei dzieciństwa. Ludzie rozumieliby lepiej pospolitą nienawiść do czarownic, gdyby pamiętali, że zło najczęściej im przypisywane polegało na niedopuszczaniu do rodzenia się dzieci. Hebrajscy prorocy nieustannie sprzeciwiali się ludowi hebrajskiemu, który popadał w idolatrię związaną właśnie z toczeniem wojny przeciw własnym dzieciom. (…)
Na przeciwległym brzegu śródlądowego morza istniała metropolia pod nazwą Nowe Miasto. Było ona o wiele starsza, potężniejsza i bardziej zasobna niż metropolia Italii, ale panująca w niej atmosfera nadal usprawiedliwiała tę nazwę. Miasto nazwano nowym, ponieważ, tak jak Nowy Jork czy Nowa Zelandia, stanowiło kolonię. Była to osada czy też placówka stanowiąca dowód energii i ekspansji wielkich kupieckich miast: Tyru i Sydonu. Panował w niej nastrój właściwy dla nowych krajów i kolonii: nastrój pewności i biznesu. Jego mieszkańcy lubili wypowiadać kategoryczne zdania dźwięczące jak stal; mawiali na przykład, że nikt nie może umyć rak w morzu bez pozwolenia Nowego Miasta. Jego wielkość zależała niemal całkowicie od wspaniałości okrętów, tak samo jak w wypadku owych dwóch wielkich portów i ośrodków handlowych, z których pochodzili jego mieszkańcy. Ich geniusz handlowy i spore doświadczenie w podróżach wywodziły się z Tyru i Sydonu. Wywodziło się stamtąd również wiele innych rzeczy.
W poprzednim rozdziale wspomniałem o psychologii leżącej u podstaw pewnego rodzaju religii. U ludzi spragnionych nie tylko poetyckich, ale także praktycznych efektów istniała tendencja do wzywania duchów strachu i niewoli; skłonność do poruszania Acherontu w rozpaczliwej nadziei nagięcia woli bogów. Od zawsze panowało wśród nich mgliste przekonanie, że te mroczniejsze moce naprawdę robią, co do nich należy, i nie zajmują się niedorzecznościami. W psychologii ludów punickich ten dziwny rodzaj pesymistycznej pragmatyki osiągnął niespotykane proporcje. W Nowym Mieście, które Rzymianie nazywali Kartaginą, podobnie jak w macierzystych miastach fenickich, bóg, który robił, co do niego należało, nosił imię Molocha; niewykluczone, że był to ten sam bóg, którego znamy pod imieniem Baala, czyli Pana. Rzymianie z początku nie bardzo wiedzieli, jak mają go nazywać ani co maja o nim myśleć; musieli odwołać się do najbrutalniejszego greckiego czy też rzymskiego mitu o początkach i porównać go z Saturnem pożerającym własne dzieci. Jednakże czciciele Molocha nie byli wcale brutalni ani prymitywni. Należeli do dojrzałej, wyrafinowanej cywilizacji, obfitującej w subtelności i luksusy; byli prawdopodobnie o wiele bardziej cywilizowani od Rzymian. Moloch zaś nie był mitem, w każdym razie mitem nie byty jego uczty. Ci wysoce cywilizowani ludzie naprawdę spotykali się, by wypraszać błogosławieństwo niebios dla swego imperium przez wrzucanie setek własnych dzieci do wielkiego paleniska. Żeby zdać sobie sprawę z tego, jakie było to połączenie, wyobraźmy sobie grupę kupców z Manchesteru, w przypominających kominy cylindrach i z bujnymi bokobrodami, jak co niedziela udają się o jedenastej do kościoła, by oglądać pieczone żywcem niemowlę. (…)
Kartaginą, jak większością państw kupieckich, rządziła arystokracja. Nacisk, jaki bogaci wywierali na biednych, był bezosobowy i nie do przezwyciężenia. Arystokracja tego rodzaju nigdy bowiem nie dopuszcza do rządów konkretnych osób, i być może właśnie dlatego zdolności konkretnych osób budziły zazdrość kartagińskiej arystokracji. Geniusz może jednak pojawić się wszędzie, nawet w klasie rządzącej. W jednym z wielkich rodów Kartaginy, jakby tylko po to, by najtrudniejszy dla świata próbę uczynić jeszcze straszniejszą, przyszedł na świat człowiek, który opuścił złocone pałace z energią i oryginalnością zjawiającego się znikąd Napoleona. W kryzysowym momencie wojny dotarła do Rzymu wieść o militarnym cudzie: Italia została zaatakowana z północy. Hannibal, którego imię w jego języku znaczyło „Łaska Baala", zdołał przeprowadzić przez rozgwieżdżone odludzie Alp ciężki łańcuch zbrojnych i skierował się na południe, ku miastu, którego zniszczenie poprzysiągł wszystkim swoim przerażającym bogom.
Hannibal wyruszył w drogę do Rzymu, a Rzymianie, którzy rzucili się do walki, mieli wrażenie, że walczą z czarnoksiężnikiem. Dwie wielkie armie zatonęły na prawo i lewo od niego w trzęsawiskach nad Trebią, jeszcze większą liczbę pochłonął przerażający wir bitwy pod Kannami, coraz więcej żołnierzy szło mu naprzeciw i padało zdruzgotanych jednym jego dotknięciem. Zdrada, nieomylny znak klęski, obracała plemię za plemieniem przeciwko upadającemu Rzymowi, a niezwyciężony wróg zbliżał się coraz bardziej do miasta. Olbrzymiejąca wielonarodowa armia Kartaginy posuwała się za wielkim wodzem jak światowa parada – słonie wstrząsające ziemią jak maszerujące góry, olbrzymi Galowie w pełnym barbarzyńskim uzbrojeniu, śniadzi Hiszpanie przepasani złotem, ciemnoskórzy Numidzi na nieosiodłanych pustynnych koniach, krążący i spadający na ofiarę niczym sokoły, całe tłumy dezerterów, najemników i najróżniejszych plemion - a łaska Baala szła na ich czele. (…)
Kartaginie zagrażała na świecie jeszcze tylko jedna rzecz: sama Kartagina. (…)
Skąd u ludzi to dziwne przeświadczenie, że to, co nikczemne, zawsze zwycięża nad tym, co szlachetne; ze istnieje jakieś mroczne powiązanie rozumu z rozbojem, albo że nikczemnikowi można wybaczyć nudziarstwo? Dlaczego uważa się wszelką rycerskość za przejaw sentymentalizmu, a sentymentalizm za przejaw słabości? Otóż dzieje się tak dlatego, że wyznawcy tych poglądów, podobnie jak wszyscy ludzie, kierują się religią. Dla nich, tak samo jak dla wszystkich, najważniejsze jest ich własne pojęcie natury rzeczy; ich wyobrażenie na temat świata, w którym przyszło im żyć. Ich wiara obejmuje tylko jedną rzecz ostateczną – strach, i dlatego są przekonani, że sercem świata jest zło. Wierzą, że śmierć jest silniejsza od życia, a zatem rzeczy martwe muszą być silniejsze od żywych; bez względu na to, czy za rzeczy martwe uważają złoto, żelazo i maszyny – czy też skały, rzeki i siły natury. Twierdzenie, że ludzie, których spotykamy na herbatce albo z którymi rozmawiamy podczas przyjęć w ogrodzie, są w głębi ducha czcicielami Baala albo Molocha, brzmi dość fantastycznie. Jednakże umysł handlowca ma własną wizję wszechświata: jest to wizja Kartaginy. Popełnia on ten sam grubiański błąd, który doprowadził do zburzenia Kartaginy. Punicka potęga legła w gruzach, ponieważ wyznawany przez nią rodzaj materializmu odznaczał się szalona obojętnością wobec prawdziwej myśli. Kto nie wierzy w duszę, przestaje wierzyć także i w rozum. Kto jest zbyt praktyczny, by brać pod uwagę moralność, odrzuca to, co każdy praktyczny żołnierz określa jako morale armii. Wydaje mu się, ze pieniądze będą walczyć, gdy ludzie zaniechają walki. Tak właśnie uważali puniccy książęta handlu. Oni sami wyznawali przecież religię rozpaczy nawet wtedy, gdy w praktyce ich perspektywy wyglądały różowo, jak zatem mogli pojąć, że Rzymianie zachowają nadzieję nawet wtedy, gdy ich perspektywy będą wyglądać beznadziejnie? Kartagińczycy wyznawali religię przemocy i strachu. Jak zatem mogli zrozumieć, że można pogardzać strachem nawet wtedy, gdy jest się ofiarą przemocy? U podstaw ich filozofii świata leżało znużenie – przede wszystkim znużenie walką. Jak zatem mogli zrozumieć kogoś, kto walczy mimo znużenia? Jednym słowem, jak mieli zrozumieć umysł Człowieka ci, którzy od tak dawna kłaniali się bezmyślnym przedmiotom, pieniądzowi, nieokiełznanej sile i bogom o sercach bestii? Nagle dobiegła ich wieść, ze węgle, które według nich nie zasługiwały na zdeptanie, znów wszędzie wybuchają płomieniem; że Hasdrubal został pokonany, ze Hannibal walczy z przeważającą siłą wroga, że Scypion zepchnął wojny do Hiszpanii, że zepchnął ją do samej Afryki. Przed bramami złotego miasta Hannibal stoczył w jego obronie ostatnią bitwę i przegrał, a upadku Kartaginy nie można porównać z niczym od czasu upadku Szatana. Z Nowego Miasta ocalało jedynie imię; nie pozostał po nim na piaskach ani jeden kamień. Jego ostateczne zniszczenie wymagało co prawda stoczenia jeszcze jednej wojny, ale zniszczenie to rzeczywiście było ostateczne. Dopiero ludzie rozkopujący wiele wieków potem głębokie fundamenty miasta znaleźli stos setek małych szkieletów: święte relikwie przerażającej religii. Kartagina upadła, bo pozostała wierna swojej filozofii i wyciągnęła ostateczne logiczne wnioski z własnej wizji wszechświata. Moloch pożarł własne dzieci”. (G. K. Chesterton, „Wiekuisty Człowiek”, str. 189, 225- 227, 228-229, 230, 232-234).
Odsłon: 697 Komentarzy: 30
Thursday,02 February 2012,11:09
Kategoria: Kościół Thursday, 02 February 2012, 11:09
Zwiedzałem kiedyś rzymskie fundamenty starożytnego brytyjskiego miasta, pod kierunkiem profesora, który powiedział coś, co wydaje mi się niezłą satyrą na wielu innych profesorów. Być może profesor sam znał się na żartach, chociaż zachował kamienną powagę, i być może zdawał sobie sprawę, że jego żart podważa dużą część tego, co nazywa się religioznawstwem porównawczym. Zwróciłem jego uwagę na rzeźbioną podobiznę słońca w tradycyjnej koronie promieni, wyróżniającą się tym, że twarz na tarczy nie była tak chłopięca jak twarz Apolla, lecz brodata niczym oblicze Neptuna czy Jupitera. „Tak” – powiedział profesor z dyskretną precyzją – „ta rzeźba uznawana jest za przedstawienie miejscowego boga Sula. Największe autorytety utożsamiają Sula z Minerwą, jednak to przedstawienie przytacza się na dowód, że identyfikacja nie jest całkowita”.
Oto potężne niedopowiedzenie, co się zwie. Współczesny świat jest bardziej szalony niż wszelkie satyry na jego temat; dawno temu pan Belloc kazał akademikowi w burlesce twierdzić, że zgodnie z najnowszymi badaniami popiersie Ariadny przedstawia Sylena, ale prawdziwe pojawienie się Minerwy w roli kobiety z brodą z pokazu pana Barnuma przebija nawet ten żart. Natomiast oba są bardzo podobne do utożsamień, jakie dokonują „największe autorytety” religioznawstwa porównawczego, dlatego gdy dogmaty katolickie identyfikowane są z najróżniejszymi szalonymi mitami, nie śmieję się, nie przeklinam i nie tracę manier; ograniczam się jedynie do uprzejmego stwierdzenia, że identyfikacja ta nie jest całkowita. (G. K. Chesterton, „Wiekuisty człowiek”, str. 123-124)
Odsłon: 370 Komentarzy: 16
Monday,02 January 2012,13:48
Kategoria: Teologia Monday, 02 January 2012, 13:48
Wpis dedykuję p. Grażynie Sudoł oraz OwenFanowi.
7 maja ubiegłego roku umieściłem na swoim blogu na Frondzie tekst św. Maksymiliana Marii Kolbego: "Kim jesteś o Niepokalane Poczęcie?" Pod tym wpisem p. Grażyna wkleiła link do artykułu o. Jacka Bolewskiego SJ na temat Niepokalanego Poczęcia NMP. Jest tam m.in. takie zdanie: "Teologowie uznawani za największych – jak Augustyn czy Tomasz – twierdzili, jakoby to było niezgodne z Objawieniem: uznanie Maryi za niepokalaną, wolną od samego poczęcia od grzechu pierworodnego". Była to informacja, która nie wzbudziła moich emocji, bowiem tak właśnie mnie uczono w seminarium. Jednakże kilka dni później czytając książkę o. Reginalda Garrigou-Lagrange "Mother of the Saviour and our Interior Life" zmieniłem swój pogląd. I nawet będąc bardzo ostrożny, mogę powiedzieć na podstawie tej lektury, że prawdopodobnie św. Tomasz z Akwinu pod koniec swego życia zmienił swój wcześniejszy pogląd, który został wyrażony w cytacie o. Jacka Bolewskiego. Oddajmy głos promotorowi ks. Karola Wojtyły:
"Zamiarem, który przyświecał mi przy pisaniu tej książki, było przedstawienie zasadniczych tez mariologii i ich znaczenie dla życia wewnętrznego. Podczas jej pisania zauważyłem więcej niż raz, jak często teolog uznawał jakiś przywilej Matki Pana w jego wczesnych latach pod wpływem podziwu dla Jej godności. Po tym pierwszym następował drugi okres, w którym po zmierzeniu się z trudnościami doktrynalnymi z większą rezerwą odnosił się do swojej pierwotnej opinii. Wreszcie następował trzeci okres, w którym studiując daną kwestię w jej pozytywnych i spekulatywnych aspektach, powrócił do swojej pierwotnej pozycji, już nie z powodu uczuć pobożności i admiracji obecnych w pierwszym okresie, ale ponieważ głębokie zrozumienie Tradycji i teologii objawiły mu, że miara rzeczy Bożych – a sposób szczególny rzeczy Bożych, który odnoszą się do Maryi – jest bardziej obfita, niż to się powszechnie przyjmuje. Jeśli ludzkie dzieła sztuki zawierają skarby przekraczające nasze wyobrażenie, to samo musi się powiedzieć, i to z większą racją, o Bożych arcydziełach w porządku natury i łaski, szczególnie jeśli noszą one w sobie bezpośrednią relację do Unii Hipostatycznej, która stanowi misterium Wcielenia Słowa. Podjąłem się zadania ukazania, jak te trzy okresy można odnaleźć w nauczaniu św. Tomasza na temat Niepokalanego Poczęcia.
W tych wspomnianych wyżej trzech okresach zawarta jest uderzająca analogia do innych trzech w porządku afektywnym. Wiele razy zauważono, że pierwszy okres w rozwoju duchowym często charakteryzuje się pobożnością uczuciową, np. do Najświętszego Serca Pana Jezusa czy Niepokalanej Dziewicy. Następny okres charakteryzuje się oschłością. Potem przychodzi ostateczna faza doskonałej duchowej pobożności, przelewającej się na uczuciowość. Niech Pan Bóg wspomoże czytelników tej książki, którzy pragną poznawać wielkość Matki Boga i ludzi, aby rozumieli, na czym ten duchowy rozwój polega. (z Wstępu autora, str. IX-X)
Św. Tomasz i Niepokalane Poczęcie
Niektórzy komentatorzy sugerują wyróżnienie trzech okresów w nauczaniu św. Tomasza. W pierwszym – w latach 1253 – 1254, na początku jego teologicznej kariery – popiera on ten przywilej Maryi, prawdopodobnie z powodu tradycji liturgicznej wspierającej Niepokalane Poczęcie NMP, jak również z powodu jego pobożnej admiracji dla doskonałej świętości Matki Bożej. To w tym okresie napisał on w komentarzu do Sentencji: ‘Czystość wzrasta przez wycofywanie się z tego, co jest jej przeciwne: dlatego może być takie stworzenie, od którego nie może czystsze żadne inne stworzenie, jeśli będzie ono wolne od wszelkiej zmazy grzechy: i taka była czystość Błogosławionej Dziewicy, której nie dotknął grzech pierworodny ani żaden uczynkowy’. Ten tekst stwierdza, że Maryja była tak czysta, że została zachowana od grzechu pierworodnego i uczynkowego.
W czasie drugiego okresu św. Tomasz, zdając sobie lepiej sprawę z trudności w tej kwestii – ponieważ teolodzy w jego czasach utrzymywali, że Maryja była niepokalana niezależnie od zasług Chrystusa – wahał się i odmawiał osobistego zaangażowania się nauczanie tego przywileju. Oczywiście uważał, że wszyscy ludzie bez wyjątku zostali odkupieni przez zasługi Chrystusa (Rz 3:23; 5:12,19; Ga 3:22; 2 Kor 5:14; 1 Tm 2:6). Dlatego odnajdujemy go wyjaśniającego to zagadnienie w ten właśnie sposób w Sumie Teologicznej IIIa, q. 27, art. 2: Czy Błogosławiona Dziewica została uświęcona w poczęciu Jej ciała przed animacją? (Tu trzeba przypomnieć, że św. Tomasz i inni teologowie oddzielali poczęcie ciała od animacji czyli momentu stworzenia duszy. Animacja (…), jak nauczano, miała miejsce około miesiąca po poczęciu.
Święty Doktor na początku artykułu wspomina pewne argumenty na korzyść Niepokalanego Poczęcia – nawet przy założeniu, że poczęcie poprzedza animację. Następnie odpowiada na nie w sposób następujący:
‘Dwa są powody, dla których uświęcenie Najświętszej Panny przed połączeniem się duszy z ciałem nie da się pomyśleć. Po pierwsze, uświęcenie, o którym mowa, to nic innego, jak oczyszczenie z grzechu pierworodnego, bo jak mówi Dionizy, świętość to ‘doskonała czystość’. Skoro zaś wina nie może być oczyszczona inaczej jak przez łaskę, a łaska może istnieć tylko w stworzeniu rozumnym, to przed wlaniem duszy rozumnej Najświętsza Panna nie była uświęcona. Po drugie, podmiotem winy może być tylko stworzenie rozumne, toteż płód, zanim się nie połączy z duszą rozumną, nie jest obciążony winą. I dlatego gdyby Najświętsza Panna została uświęcona przed połączeniem się duszy rozumnej z ciałem, to nie mógłby w niej istnieć grzech pierworodny. A wówczas odkupienie i zbawienie dokonane przez Chrystusa, stosownie do słów: On sam zbawi lud swój od grzechów jego (Mt 1:21), byłoby Maryi niepotrzebne. Byłoby to wszakże czymś niewłaściwym, gdyby Chrystus, mówiąc słowami św. Pawła, nie był Zbawicielem wszystkich ludzi (1 Tm 2:6)’.
Nawet, gdyby napisał on te słowa po roku 1854, św. Tomasz mógłby powiedzieć, że Maryja nie została uświęcona przed animacją. Jednakże idzie on jeszcze dalej, i dodaje w końcówce artykułu: ‘Wobec tego pozostaje przyjąć pogląd, że uświęcenie Najświętszej Panny dokonało się po połączeniu duszy rozumnej z ciałem’. Nie dokonuje tu też rozróżnienia, które czyni w licznych innych kontekstach, pomiędzy następstwem w naturze i następstwem w czasie. W odpowiedzi do drugiej obiekcji stwierdza on nawet, że Błogosławioną Dziewicę ‘obciążał grzech pierworodny’ (na podstawie tych tekstów liczni komentatorzy stwierdzają, że św. Tomasz zaprzeczał Niepokalanemu Poczęciu. Taka jest opinia o. Le Bachelet, Dict. Théol., art. Immaculée Conception, cols. 1050-1054). Jednakże trzeba zaznaczyć, że sednem tego argumentu jest ukazanie, że Maryja zaciągnęła dług grzechu pierworodnego, ponieważ pochodziła od Adama przez zrodzenie. Niestety, nie odróżnił wystarczająco długu od aktualnego zaciągnięcia zmazy.
Rozważając pytanie o dokładny moment, w którym Maryja została uświęcona w łonie Jej matki, św. Tomasz nie daje żadnego definitywnego orzeczenia. Stwierdza on, że to było wkrótce po animacji – cito post to jego słowa w Quodl. VI, a. 7. Ale uważa, że nie można powiedzieć nic, co byłoby precyzyjniejszym określeniem: ‘nie wiemy, w jakiej chwili została uświęcona’ (IIIa, q. 27, a. 2, ad 3).
Św. Tomasz nie poświęca osobnego artykułu na rozważanie zagadnienia, czy Maryja został uświęcona w samym momencie animacji. Czyni to natomiast św. Bonawentura i odpowiada negatywnie. Jest możliwe, że milczenie św. Tomasza w tej kwestii spowodowane było rezerwą Kościoła katolickiego, który w odróżnieniu od innych Kościołów, nie obchodził Święta Poczęcia NMP (por. tamże, ad 3: ‘Chociaż Kościół rzymski nie obchodzi uroczystości Poczęcia Najświętszej Panny, toleruje jednak zwyczaj obchodzenia tego święta, zachowany w niektórych Kościołach. Toteż nie należy tego święta wręcz odrzucać.’). To jest wyjaśnienie proponowane przez o. N. del Prado OP w Santo Tomas y la Immaculada, Vergara, 1909, (…)
W ostatnim okresie swojej kariery pisząc Wyjaśnienie Pozdrowienia Anielskiego (Expositio super salutatione angelica) – które z pewnością jest autentyczne – w r. 1272 lub 1273, św. Tomasz wyraził się w ten sposób: ‘Bo Ona była najczystsza w materii winy (quantum ad culpam) i nie zaciągnęła ani grzechu pierworodnego, ani nie popełniła grzechu śmiertelnego, ani powszedniego’. Por. J. F. Rossi, CM, S. Thomae Aquinatis Expositio salutationis angelicae, Intoductio et textus, Divus Thomas (Pl), 1932, str. 445-479. W tym krytycznym wydaniu komentarza do Ave Maria, jest zawarte stwierdzenie na str. 11-15, że ten cytowany fragment został znaleziony w szesnastu z dziewiętnastu badanych przez autora, który na tej podstawie wyciąga wniosek o jego autentyczności". (O. R. Garrigou-Lagrange, OP, Mother of the Saviour and our Interior Life, str. 45-48)
Odsłon: 395 Komentarzy: 10
Tuesday,31 January 2012,09:01
Kategoria: Teologia Tuesday, 31 January 2012, 09:01
Wyobraźmy sobie Żyda, który uwierzył w Chrystusa jako obiecanego w Starym Testamencie Mesjasza, żyjącego pierwszych latach chrześcijaństwa zanim powstały Pisma, które później weszły w kanon Nowego Testamentu. Wyobraźmy go sobie czytającego taki fragment z Księgi Rodzaju:
„A gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się Pan i rzekł do niego: «Jam jest Bóg Wszechmogący. Służ Mi i bądź nieskazitelny, chcę bowiem zawrzeć moje przymierze pomiędzy Mną a tobą i dać ci niezmiernie liczne potomstwo». Abram padł na oblicze, a Bóg tak do niego mówił: «Oto moje przymierze z tobą: staniesz się ojcem mnóstwa narodów. Nie będziesz więc odtąd nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham, bo uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów. Sprawię, że będziesz niezmiernie płodny, tak że staniesz się ojcem narodów i pochodzić będą od ciebie królowie. Przymierze moje, które zawieram pomiędzy Mną a tobą oraz twoim potomstwem, będzie trwało z pokolenia w pokolenie jako przymierze wieczne, abym był Bogiem twoim, a potem twego potomstwa. I oddaję tobie i twym przyszłym potomkom kraj, w którym przebywasz, cały kraj Kanaan, jako własność na wieki, i będę ich Bogiem». Potem Bóg rzekł do Abrahama: «Ty zaś, a po tobie twoje potomstwo przez wszystkie pokolenia, zachowujcie przymierze ze Mną. Przymierze, które będziecie zachowywali między Mną a wami, czyli twoim przyszłym potomstwem, polega na tym: wszyscy wasi mężczyźni mają być obrzezani; będziecie obrzezywali ciało napletka na znak przymierza waszego ze Mną. Z pokolenia w pokolenie każde wasze dziecko płci męskiej, gdy będzie miało osiem dni, ma być obrzezane - sługa urodzony w waszym domu lub nabyty za pieniądze - każdy obcy, który nie jest potomkiem twoim - ma być obrzezany; obrzezany ma być sługa urodzony w domu twoim lub nabyty za pieniądze. Przymierze moje, przymierze obrzezania, będzie przymierzem na zawsze [w oryginale: “przymierzem wiecznym”]. Nieobrzezany, czyli mężczyzna, któremu nie obrzezano ciała jego napletka, taki człowiek niechaj będzie usunięty ze społeczności twojej; zerwał on bowiem przymierze ze Mną»” (Rdz 17:1-14).
Ani Ewangelie, ani żadne z Listów apostolskich nie zostały jeszcze napisane. Chrześcijanie mieli tylko Pisma żydowskie, czyli to, co obecnie nazywamy Starym Testamentem. Zresztą pierwsi chrześcijanie to przecież synowie Abrahama; to obrzezani, który w Jezusie rozpoznali zapowiedzianego w Pismach Mesjasza. Sytuacja skomplikowała się, gdy Apostołowie w swoim przepowiadaniu Ewangelii zwrócili najpierw do Samarytan, a później do pogan. Mając w pamięci cytowany powyżej fragment z Księgi Rodzaju mówiący o tym, że przymierze obrzezania miało być przymierzem wiecznym, wydaje się czymś nie tylko zrozumiałym, ale wręcz oczywistym, że Żyd przyjmujący wiarę w Chrystusa uważał za coś naturalnego i oczywistego, że poganie przed przyjęciem chrztu powinni najpierw przyjąć obrzezanie. Skoro sam Pan został obrzezany; skoro nigdy nie podważył konieczności obrzezania, co więcej, powiedział, że Pisma nie można odrzucić (J 10:35), jak można było twierdzić, że czas obrzezania minął? Przecież jest napisane, że przymierze obrzezania miało być przymierzem wiecznym! Zatem odrzucenie obrzezania byłoby odrzuceniem Pisma.
Pytanie, czy poganie przyjmujący wiarę w Chrystusa mieli się także poddać obrzezaniu czy też nie, stało się przyczyną być może pierwszego poważnego konfliktu w młodej wspólnocie uczniów Pana. Łukasz opisuje to w ten sposób:
„Niektórzy przybysze z Judei nauczali braci: ‘Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni’” (Dz 15:1).
W pierwotnej gminie chrześcijańskiej doszło z tego powodu do „niemałych sporów”, czytamy w następnym wersecie. Co robią w tej sytuacji uczniowie? Gdyby zasada „sola Scriptura” była zasadą stosowaną w młodej wspólnocie, oczekiwalibyśmy czegoś w rodzaju debaty dążącej do znalezienia odpowiedzi na podstawie Pisma św. Tymczasem jednak:
„Kiedy doszło do niemałych sporów i zatargów między nimi a Pawłem i Barnabą, postanowiono, że Paweł i Barnaba, i jeszcze kilku spośród nich uda się w sprawie tego sporu do Jerozolimy, do Apostołów i starszych” (Dz 15:2).
“Do Apostołów i starszych” – czyli do Kościoła. To od Apostołów i starszych – przewodniczących Kościołowi – oczekiwano podjęcia decyzji w tej sprawie. I decyzja zostaje podjęta:
„Zebrali się więc Apostołowie i starsi, aby rozpatrzyć tę sprawę. Po długiej wymianie zdań przemówił do nich Piotr: «Wiecie, bracia, że Bóg już dawno wybrał mnie spośród was, aby z moich ust poganie usłyszeli słowa Ewangelii i uwierzyli. Bóg, który zna serca, zaświadczył na ich korzyść, dając im Ducha Świętego tak samo jak nam. Nie zrobił żadnej różnicy między nami a nimi, oczyszczając przez wiarę ich serca. Dlaczego więc teraz Boga wystawiacie na próbę, wkładając na uczniów jarzmo, którego ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać. Wierzymy przecież, że będziemy zbawieni przez łaskę Pana Jezusa tak samo jak oni». Umilkli wszyscy (…)” (Dz 15:6-12).
Długa wymiana zdań zakończyła się wystąpieniem Piotra, po którym nie słyszymy już głosów przeciwnych. Wystąpienie końcowe Jakuba, biskupa Jerozolimy – miasta, gdzie spotkanie miało miejsce, możemy odczytać jako „Amen” do słów Piotra. Apostołowie podjęli decyzję, że poganie przyjmujący wiarę w Chrystusa nie muszą poddawać się obrzezaniu. Obrzezanie przestało być znakiem przymierza Boga z Jego Ludem.
Jednak tu może pojawić się pytanie: Czy odrzucenie konieczności obrzezania nie jest sprzeniewierzeniem się Pismu? Przecież według Pisma obrzezanie miało być znakiem WIECZNEGO przymierza pomiędzy Ludem Bożym, a Bogiem, a ten, kto nie poddał się obrzezaniu, miał być wykluczony z Ludu Bożego. Przecież sam Pan nie przyszedł, aby znieść Prawo, ale je wypełnić. Czy Jego uczniowie nie przypisują sobie większych prerogatyw podważając to, czego ich Nauczyciel nie podważył? Jak na to odpowiedzieć?
Wydaje się, że najlepiej będzie uczynić to tak, jak czynił to Pan. On nie przyszedł znieść Prawo, ale je wypełnić. Z Pism Nowego Testamentu wynika, że Apostołowie traktowali chrzest jako wypełnienie obrzezania.
Pisząc kilka lat po „Soborze Jerozolimskim” do Koryntian Apostoł Narodów stwierdza:
„Jeśli ktoś został powołany jako obrzezany, niech nie pozbywa się znaku obrzezania; jeśli zaś ktoś został powołany jako nieobrzezany, niech się nie poddaje obrzezaniu! Niczym jest zarówno obrzezanie, jak i nieobrzezanie, a ważne jest tylko zachowywanie przykazań Bożych” (1 Kor 7:18-19).
W Liście do Galatów, Apostoł Narodów pójdzie jeszcze:
„Bo ani obrzezanie nic nie znaczy ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie” (Ga 6:15).
Ani obrzezanie, ani jego brak nie ma znaczenia. Jedyną liczącą się rzeczą jest „nowe stworzenie”. Co to jest „nowe stworzenie”? Odczytując to w świetle Rz 6:3-23 wydaje się słusznym zobaczyć tu aluzję do chrztu. Potwierdzenie znajdziemy zaraz w następnym wersecie, gdzie czytamy:
„Na wszystkich tych, którzy się tej zasady trzymać będą, i na Izraela Bożego [niech zstąpi] pokój i miłosierdzie!” (Ga 6:16).
Ochrzczeni to nowy Izrael, Izrael Boży. Jak w Starym Przymierzu chłopcy przez obrzezanie wchodzili w przymierze z Bogiem i stawali się członkami Ludu Bożego, tak w Nowym Przymierzu, przyjmujący chrzest wchodzą w przymierze z Bogiem i stają się częścią Ludu Bożego, czyli Bożym Izraelem – Kościołem.
Podsumowując: Najpierw była decyzja Kościoła odnośnie obrzezania, a dopiero później jej pisemny zapis, który to zapis (Dzieje Apostolskie i Listy) został następnie uznany za natchniony i kanoniczny, czyli wchodzący w skład Pisma św. Spór o obrzezanie i jego rozwiązanie pokazuje, że zasada „sola Scriptura” nie była stosowana przez młody Kościół. Rozstrzygnięciem sporu o obrzezanie była decyzja Kościoła, to znaczy Apostołów i starszych – jego ówczesnych przywódców. Oczywistym tego potwierdzeniem jest zapis ich decyzji: „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my, (…)” (Dz 15:28).
Odsłon: 659 Komentarzy: 23
Sunday,29 January 2012,10:57
Kategoria: Kościół Sunday, 29 January 2012, 10:57
PRAWDZIWI KREWNI JEZUSA
31 Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. 32 Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie». 33 Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są braćmi?» 34 I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. 35 Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką». (Mk 3,31-35 Biblia Tysiąclecia)
SYNTEZA
Maryja była błogosławiona, bardziej dzięki wierze w Chrystusa, niż poprzez to, że zrodziła Jego ciało. Była błogosławiona, dlatego że zachowywała słowo Boże, a nie tylko dlatego, że Go urodziła. Bliskość Maryi wobec Jezusa jako naturalnej matki, na niewiele by się przydała do zbawienia, gdyby nie poczęła Chrystusa w swoim sercu. W tym fragmencie chodzi o to, by postrzegać pokrewieństwo ziemskie w relacji do pokrewieństwa niebieskiego (Augustyn). Do rodziny Pana należą wszyscy ci, którzy pełnią wolę Ojca (Klemens Rzymski).
3,32 Przyszli Jego Matka i bracia
UPORZĄDKOWANIE RELACJI DO RODZINY. [Pan] powiedział, że do Jego rodziny należy tylko ten, kto czyni wolę Jego Ojca (por. Mt 12,47-50; Mk 3,32-35; Łk 8,20-21). Oczywiście w swej łasce zaliczył do nich samą Maryję, bowiem i ona czyniła wolę Ojca. W ten sposób najlepszy i Boski Nauczyciel w porównaniu z niebieskim pokrewieństwem odrzucił matczyne imię, które przywołano Mu jako osobiste i własne […]. Nie bądź więc niewdzięczny, odpłać twojej matce wdzięcznością, odpłać tym, co duchowe za to, co cielesne; tym, co wieczne za to, co doczesne. AUGUSTYN, LIST 243,9-10
3,34 Oto moja Matka i moi bracia
PRZYNALEŻNOŚĆ DO RODZINY. Oddajmy Mu więc chwałę nie tylko ustami, ale i sercem, aby nas przyjął jako synów. Powiedział Pan przecież: „Braćmi są ci, co czynią wolę Ojca mego” (Mt 12,50; Mk 3,35; Łk 8,21). Tak więc, bracia moi, czyńmy wolę Ojca, który nas powołał do życia i pójdźmy raczej za cnotą. KLEMENS RZYMSKI, 2 LIST DO KORYNTIAN 9-10
3,35 Kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką
CZY MARYJA BYŁA BLIŻEJ NIEGO JAKO MATKA CZY JAKO WIERZĄCA? Czego innego naucza nas, jeśli nie przedkładania naszych duchowych korzeni nad cielesne pokrewieństwo? Naucza też, że ludzie nie są szczęśliwi, jeśli ze świętymi i sprawiedliwymi łączy ich [tylko] pokrewieństwo ciała, lecz jeśli wiąże ich wierność i naśladowanie ich nauki i obyczajów. Maryja zatem była szczęśliwsza, przyjmując wiarę w Chrystusa, niż poczynając Chrystusa w ciele. A gdy pewna kobieta powiedziała: „Błogosławione łono, które Cię nosiło”, On odpowiedział: „Owszem, ale błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11,27-28). Wreszcie, cóż pomogło to pokrewieństwo braciom Chrystusa, to jest krewnym według ciała, którzy nie uwierzyli w Niego? (por. J 7,4). Również Maryi nie pomogłoby matczyne pokrewieństwo, jeśli nie nosiłaby Chrystusa bardziej w sercu niż w łonie (por. Mt 3,8-10; Łk 11,27-28; Rz 9,1-8). AUGUSTYN, O ŚWIĘTYM DZIWICTWIE 3 (*)
----------------
(*) OJCOWIE KOŚCIOŁA KOMENTUJĄ BIBLIĘ, EWANGELIA WEDŁUG ŚW. MARKA, str. 39-40, wydawnictwo APOSTOLICUM
Ten tom jest pierwszym z planowanej serii: http://www.apostolicum.pl/shop/okk/wykaz.html
Odsłon: 206 Komentarzy: 10
Wednesday,25 January 2012,16:04
Kategoria: Kościół Wednesday, 25 January 2012, 16:04
Było to prawie trzy lata temu. Na kalwinistycznym forum, jeden z moderatorów, sam kalwinista, zadał mi pytanie odnośnie stanowiska Kościoła wobec katolików przechodzących na protestantyzm. Czy opuszczający Kościół automatycznie podpadają pod jego klątwę? Co Kościół naucza, jeśli chodzi o możliwość ich zbawienia? Odpowiedziałem, że Kościół naucza o sumieniu. Ostateczną instancją jest sumienie zainteresowanego. Wszystko zależy od motywów danego człowieka, czyli czy w swoim sercu uważa on/ona, że to, co czyni jest dobre i słuszne.
kalwinista napisał: (...) to samo tyczy się np. również i mnie gdyż w duszy uważam, że to co piszę i rozgłaszam jest dobre i słuszne.
Na takie pytanie, trzeba odpowiedzieć twierdząco. Dobrze czynisz, jeśli działasz zgodnie z Twoim sumieniem. Jeśli w głębi serca spostrzegasz coś jako dobro – dobrze czynisz idąc za tym. To może dotyczyć wystąpienia z Kościoła katolickiego, wyznawania innej wiary, rozpowszechniania nauki przeciwnej do tego, co uczy Kościół, itd. W Ewangelii według św. Jana czytamy: J 9:22 Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Taki los spotykał każdego, kto idąc za głosem sumienia, uznał Jezusa za Mesjasza. Wielu stawało i staje przed dylematem. Albo iść za głosem sumienia tracąc przyjaciół, albo nic nie zmieniać i utracić spokój sumienia. Idący za głosem sumienia zyskuje spokój, ale często traci przyjaciół, rodzina się go wyrzeka, musi zrezygnować z kariery zawodowej. To właściwie nie zmieniło się w środowisku żydowskim przez całą historię aż do naszych czasów. Jeśli nawet nie chodzi o formalną klątwę synagogi, to często rodzina i przyjaciele nie akceptują nawrócenia na chrześcijaństwo. U muzułmanów jest jeszcze gorzej. Za nawrócenie na chrześcijaństwo grozi konwertycie śmierć z ręki najbliższych członków rodziny.
Nie można powiedzieć, że jest to całkiem łatwe w obrębie samego chrześcijaństwa, przy nawróceniach z protestantyzmu na katolicyzm i odwrotnie. W niektórych środowiskach jest to związanie z utratą dawnych przyjaciół.
kalwinista napisał: Niestety podstawy, które podałeś nie są wystarczające wg. mnie do wyciągnięcia wniosków, które wyciągnąłeś albo musisz przyznać, że dosłownie każdy Protestant odrzucając waszą "tradycję" jest de facto usprawiedliwiony z tych rzuconych anathem, gdyż na pewno każdy jest przekonany, że jest to dobre i słuszne.
Mam nadzieję, że nie sfałszuję nauki Kościoła katolickiego w tej sprawie, upraszczając ją w ten sposób: Człowiek ma obowiązek podążania za swoim sumieniem, nawet jeśli ono jest błędne. Z drugiej strony ma on obowiązek kształtowania swego sumienia, czyli dążenia do prawdy - badania, czy jego pragnienia są z Boga, czy podążanie za nimi jest dobre. Jeśli więc Ty jako protestant, w swoim sumieniu jesteś przekonany, że Kościół katolicki nie jest prawdziwym Kościołem Chrystusa i opuszczenie go jest dla Ciebie tym, czego oczekuje Pan Bóg, czynisz słusznie opuszczając Kościół, nawet jeśli obiektywnie jest to złe.
Powiesz, że Twoim motywem była miłość do Pana, naturalne dążenie do prawdy i że kiedy odkryłeś ją tam, gdzie jesteś, nie mogłeś postąpić inaczej. Tak pewnie powiedzą inni, albo przynajmniej mogą tak powiedzieć. Czy tak jednak jest istotnie? Powiesz, któż może wiedzieć lepiej o moich motywach niż ja sam? O, tak masz rację. Do pewnego stopnia. Bowiem człowiek to istota skomplikowana, a psychologia zna takie mechanizmy jak racjonalizowanie, wypieranie, unikanie informacji powodujących dysonans, itp. Tak naprawdę, myślę, człowiek nie jest najlepszym sędzią w swoich własnych sprawach, które dotyczą go bardzo osobiście, a przynajmniej nie zawsze jest takim sędzią.
Napisałeś: „na pewno każdy jest przekonany, że jest to dobre i słuszne”. Czy na pewno każdy? Skąd możesz to wiedzieć z taką pewnością? Myślę, że tak do końca nie możesz być tego pewny nawet w stosunku do siebie. Jak sądzisz, czy Szaweł prześladujący Kościół nie był przekonany, że czyni „słusznie i dobrze”? Gdybyś mu zadać takie pytanie, to jestem pewny, że odpowiedziałby, że czynił to z gorliwości o chwałę Bożą. On sam napisze o tym później: Ga 1:13-14 Słyszeliście przecież o moim postępowaniu ongiś, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków. Po swoim nawróceniu, jako Apostoł Paweł, głosił Ewangelię, którą wcześniej usiłował zniszczyć. Czy działał ze swoim sumieniem? Jestem pewny, jakiej odpowiedzi udzielisz na to pytanie.
Gdyby więc zapytać Szawła przed nawróceniem i Pawła po nawróceniu o to, czy działa z godnie ze swoim sumieniem; czy uważa, że to co czyni, jest słuszne i sprawiedliwe, myślę, że z całym przekonaniem powiedziałby, „tak oczywiście”. „Działam słusznie” – odpowiedziałby Szaweł mordujący chrześcijan; „działam słusznie” – odpowiedziałby Paweł głoszący Chrystusa. Taka sama odpowiedź w obu przypadkach, mimo iż skrajnie różne jego postępowanie. Dlatego myślę, że potrzeba innego kryterium, niż tylko opinii samego zainteresowanego, która zawsze jest subiektywna. Albo może inaczej, potrzebujemy czegoś zewnętrznego, co byłoby takim obiektywnym wyznacznikiem.
Takie zewnętrze kryterium potrzebne jest, aby ustalić obiektywny wykład Pisma św., jak to starałem się uzasadnić w wątku o „sola Scriptura”. To zewnętrzny autorytet ustalił kanon Pisma św., a nie kryteria wewnętrzne. Analogicznie, również potrzebujemy takiego kryterium, aby ustalić szlachetność motywów nawrócenia od Kościoła katolickiego do jakiegoś innego wyznania protestanckiego (to obowiązuje również w odwrotną stronę). I myślę, że takim kryterium, z którym obaj możemy się zgodzić jest wspomniana wcześniej osoba św. Pawła Apostoła. Prześladowca Kościoła stał się później jego Apostołem. Czy to nienawiść była powodem jego nawrócenia? Nie, odwrotnie, miłość do Chrystusa i pragnienie głoszenia Dobrej o Nim Nowiny. Czuł wręcz przynaglanie: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.” Czy czuł nienawiść do swego narodu? Nie. Dokładnie odwrotnie: Rz 9:3 Wolałbym bowiem sam być pod klątwą odłączony od Chrystusa dla zbawienia braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami. Paweł mówi coś niesamowitego. Nie uważa judaizmu za religię słuszną. Opuścił judaizm. Ze strony Żydów doznał wielu prześladowań. A jednak pisze, że "wolałby być pod klątwą i odłączonym od Chrystusa, dla zbawienia swoich braci", którzy należeli do religii, którą opuścił.
Praktycznie nie zetknąłem się z protestantami w Polsce. Po raz pierwszy stało się to w czasie mojego pobytu w Niemczech. Mieszkałem tam przez 5 lat. W tym czasie poznałem małżeństwa mieszane, z których jeden z małżonków był katolikiem, drugi protestantem. W jedną niedzielę szli oboje razem z dziećmi na Mszę św. do kościoła katolickiego, a za tydzień do zboru na nabożeństwo protestanckie. Kiedy byli na Mszy św. oboje przyjmowali Komunię św., bo przecież „Bóg jest jeden czyli ten sam u katolików, co i u protestantów”; kiedy byli na nabożeństwie protestanckim, uczestniczyli tak samo przyjmując pamiątkę wieczerzy Pańskiej (nie wiem, czy dobrze się wyrażam, mam nadzieję, że mnie rozumiesz). Nie jestem wrogiem ekumenizmu. Sam uczestniczyłem kilka razy na nabożeństwach, gdzie modlili się razem protestanci i katolicy. Było to coś dobrego. Jednak jestem wrogiem „radosnego ekumenizmu”, kiedy obydwie strony nie dostrzegają różnic doktrynalnych. Kiedy nie dostrzega się różnic, to znak, że nie uważa się tych różnic za coś ważnego, a w konsekwencji jest to znakiem obojętności w wierze. Nie mogę na przykład zgodzić się na protestanckie rozumienie Eucharystii, czyli realność Ciała i Krwi Pańskiej, dlatego nie uznaję czegoś takiego, jak „ekumeniczne Msze św.” (gdzie wszyscy, katolicy i protestanci przyjmują Komunię św.) A niestety, o takich słyszałem. Protestanci niemieccy są w większości urodzeni jako tacy, protestanci z pokolenia na pokolenie, i to od czasów Lutra. O ile na początku, protestanci i katolicy niemieccy wyrzynali się nawzajem, to teraz przechodzą w inną skrajność, nie dostrzegając różnic czy nie uważając ich za istotne. Oczywiście nie wszyscy, ale spora część po jednej i po drugiej stronie, chyba jednak bardziej daje się to zauważyć po stronie katolickiej.
Kiedy kilka miesięcy temu zetknąłem się z forami polskich protestantów, było to dla mnie zjawisko nowe i zarazem szokujące. Po pierwsze, to byli pierwsi, z którymi miałem kontakt (nie mówiąc o zaprzyjaźnionym małżeństwie polskich baptystów, które poznałem rok temu). Po drugie, nowością była dla mnie Wasza antykatolickość. A przecież większość z Was to byli katolicy. A teraz myślę, że właśnie dlatego, że byliście katolikami, odchodząc od katolicyzmu, staliście się antykatolikami. Nie mówię tego o wszystkich, ale niestety, o większości, przynajmniej tej aktywnej większości. I nie jest to tylko moje subiektywne odczucie. Czytając świadectwo Scotta Hahna, który nawrócił się z kalwinizmu na katolicyzm, natknąłem się na coś podobne świadectwo. Pisze on, że największy antykatolicyzm spotkał u kalwinistów (czy protestantów w ogóle), którzy byli wcześniej katolikami.
Dla mnie osobiście, taka postawa jest zaprzeczeniem tego, że ktoś kierował się głosem sumienia. Sądzę bowiem, że jeżeli ktoś idzie za głosem sumienia to doświadcza głębokiego pokojem. Jeżeli zaś ktoś zieje nienawiścią, to tym samu zadaje kłam temu, co choćby z największym zapałem twierdził, że „kieruje się miłością do Chrystusa i idzie za wołaniem Ducha Świętego, który odczuwa w głębi swego serca”. Gdyby tak było, to powinien też cieszyć jego owocami: Ga 5:22-23 Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, 23 łagodność, opanowanie.
Pewnie wszyscy protestanci piszący na tym forum i odwiedzający je tylko, gdyby zostali zapytani: „Czy uważasz i jesteś dogłębnie przekonany, że Twój wybór jest dobry i słuszny?”, odpowiedzieliby: „Tak, oczywiście”. Ale jednak, niestety, kiedy czyta się wpisy na tym forum można dojść do wniosków przeciwnych. Powiedz, zresztą sam, czy wpis porównujący papieża do Hitlera świadczy o miłości do niego, albo czy świadczy o tym, że uważa katolików za swoich braci? Jest to jeden z wpisów, który ostatnio czytałem na ShoutBoxie. A niestety, nie jest to wyjątek, o czym nie muszę Cię przekonywać. Dlatego myślę, że każdy znajdzie odpowiedź, czy jego postępowanie jest zgodne z tym, co w sumieniu rozpoznaje jako „dobre, sprawiedliwe i słuszne”, zadając sobie pytanie o własne podobieństwo do Apostoła Narodów, który „wolałby być pod klątwą i odłączonym do Chrystusa dla zbawienia swoim braci”.
Podsumowując, odpowiedź na pytanie o jakość Twoich własnych motywów znajdziesz porównując się do św. Pawła: Jeśli masz takie pragnienia jak on (Rz 9, 3); jeśli cieszysz się owocami Ducha Świętego (Ga 5, 22-23), nie mam wątpliwości odnośnie motywów Twojego nawrócenia. Jeśli jednak jest inaczej, to znaczy, że Twoje motywy nie były takie, jak u św. Pawła. Ale odpowiedź na pytanie, jak to jest w Twoim przypadku, zostawiam Tobie.
Odsłon: 799 Komentarzy: 26
Saturday,21 January 2012,11:46
Kategoria: Kościół Saturday, 21 January 2012, 11:46
„Książka ta opiera się na twierdzeniu, że choć najlepszym sędzią chrześcijaństwa jest chrześcijanin, drugim sędzią może być ktoś w rodzaju konfucjanisty. Natomiast najgorszym sędzią jest człowiek, który dziś najchętniej zabiera się do sądzenia – niedouczony chrześcijanin zmieniający się stopniowo w gniewnego agnostyka; wplątany w koniec sporu, którego początku nie rozumiał; porażony czymś w rodzaju dziedzicznego znudzenia, choć sam nie wie, czym się znudził; zawczasu zmęczony słuchaniem czegoś, czego nigdy nie słyszał. Człowiek ten nie sądzi chrześcijaństwa ze spokojem, jak zrobiłby to konfucjanista; nie sądzi go również tak, jak sam osądziłby konfucjanizm. Nie umie wysiłkiem wyobraźni przenieść Kościoła katolickiego o tysiące mil, pod obce niebiosa poranka, i ocenić go równie bezstronnie, jak oceniłby chińską pagodę. Podobno św. Ksawery, któremu niemal udało się wznieść kościół jako wieżę górującą nad wszystkimi pagodami, odniósł porażkę po części dlatego, że jego następcy byli oskarżani przez braci misjonarzy o przedstawienie Dwunastu Apostołów w szatach i z atrybutami Chińczyków. Lepiej byłoby jednak widzieć w Apostołach Chińczyków i sądzić ich sprawiedliwie jako Chińczyków, niż widzieć w nich jedynie nieme idole zasługujące na rozbicie przez ikonoklastów, czy raczej odpustowe tarcze, do których cwaniacy celują z nienabitych wiatrówek. Lepiej byłoby zapatrywać się na całą rzecz jak na jakiś odległy azjatycki kult; widzieć w mitrach biskupów wysokie nakrycia głowy tajemniczych bonzów, w pastorałach – wężowe laski noszony w jakiejś azjatyckiej procesji, modlitewnik uznać za równie niezwykły jak młynek modlitewny, a Krzyż – za skrzywiony na równi ze swastyką (w 1925 r., kiedy Chesterton pisał te słowa, swastyka nie miała jeszcze tak jednoznacznej konotacji). Wtedy przynajmniej nie tracilibyśmy panowania nad sobą jak niektórzy sceptyczni krytycy, którzy nierzadko tracą swój rozum. Antyklerykalizm stał się dla nich atmosferą – atmosferą negacji wrogości, z której nie mogą się wyzwolić. W porównaniu z ich postawą lepsze byłoby potraktowanie całej rzeczy jako pochodzącej z innego kontynentu lub z innej planety. Bardziej godne filozofa byłoby obojętne przyglądanie się bonzom niż nieustanne i bezcelowe czepianie się biskupów. Lepiej byłoby przejść obok kościoła tak, jakby była to pagoda, niż nieporuszenie tkwić w kruchcie, nie mając sił ani na to, by wejść i pomóc, ani na to, by wyjść i zapomnieć”. (G. K. Chesterton, „Wiekuisty człowiek”, str. 10-12)
Odsłon: 509 Komentarzy: 6
Saturday,01 December 2012,10:28
Kategoria: Lektury duchowe Saturday, 01 December 2012, 10:28
Zasadniczym celem tego wpisu jest przedstawienie Augustynowego uzgodnienia darmowości łaski z jednej strony i odpowiedzi człowieka, z drugiej. Celem drugorzędnym jest podanie szerszego kontekstu do wypowiedzi św. Augustyna cytowanej przez Pawła Bartosika dwukrotnie na tym forum:
1. http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/kto_to_powiedzial_heretyk_czy_ortodoks
2. http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/konkurs:_kto_to_powiedzial__33049
Teraz oddajmy głos św. Augustynowi:
"Bezwzględna darmowość łaski
Pisałem już poprzednio o wierze, czyli o wierze wierzącego, wykazując jej zależność od łaski. Gdyby było inaczej, Apostoł powiedziałby: ‘Miłosierdzia dostąpiłem, bo byłem wierny’. Tymczasem powiedział przeciwnie: ‘Miłosierdzia dostąpiłem, abym był wierny’ (1 Kor 7:25). Są jeszcze i inne świadectwa, a wśród nich i następujące zdanie Apostoła: ‘Rozumcie z umiarkowaniem i wedle miary wiary, jakiej Bóg udzielił każdemu’ (Rz 12:3). Już wspomniałem te słowa Pawłowe: ‘Łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie przez was, bo ona darem Bożym jest’ (Ef 2:8). Dodaję obecnie i ten cytat z Listu do Efezjan: ‘Pokój niech będzie braciom i miłość z wiarą od Boga Ojca i Pana Jezusa Chrystusa’ (6:8). Przytoczymy jeszcze następujący urywek z Listu do Filipian: ‘Wam bowiem dane jest dla Chrystusa, abyście nie tylko weń wierzyli, ale byście także dla niego cierpieli’ (1:29). Zatem i wiara wierzących, i nadzieja cierpiących – obie należą do łaski Bożej, bo obie, według Pawła, są darem Bożym. Zwróćmy uwagę zwłaszcza na stwierdzenie Apostoła: ‘A że mamy tegoż ducha wiary’ (2 Kor 4:13). Paweł nie mówi: ‘mamy wiedzę wiary’, ale ‘ducha wiary’. Nauczyciel Narodów dlatego tak się wyraził, żeby pojęli, że wiara to dar Boży, udzielany nawet niezależnie od naszych próśb. Te słowa miały nas pouczyć, że Bóg udziela nam innych dobrodziejstw z okazji modłów o wiarę. ‘Bo jakże będą wzywać tego, w kogo nie uwierzyli’ (Rz 10:14). A więc duch łaski sprawia, że posiadamy wiarę, ażeby przez nią uprosić sobie na modlitwie możność wykonania nakazów Prawa. Apostoł dlatego ustawicznie przenosi wiarę ponad Prawo, że tylko wtedy możemy wykonać nakazy Prawa, o ile dzięki wierze wyprosimy sobie na modlitwie potrzebną pomoc.
Nawrócenie serca wykazuje darmowość łaski
Jeżeli wiara należy tylko do dziedziny wolnej woli i nie jest darem Bożym, to dlaczego na modlitwie prosimy o wiarę dla tych, którzy nie chcą wierzyć? Nasze zabiegi byłyby bezskuteczne, gdybyśmy nie byli słusznie przekonani, że wszechmoc Boża może do wiary skłonić nawet przewrotną i przeciwną wierze wolę. Do drzwi wolnej woli Pan puka tymi słowy: ‘Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych’ (Ps 94, 8). Gdyby Bóg nie mógł usunąć zatwardziałości serca, nie powiedziałby za pośrednictwem proroka: ,,Odejmę od nich serce kamienne, a dam im serce z ciała" (Ez 11, 19). Apostoł jasno wykazał w tych słowach zapowiedz Nowego Testamentu: ‘Listem naszym jesteście wy, napisanym nie atramentem, lecz Duchem Boga żywego; nie na tablicach kamiennych, ale na żywych tablicach serca z ciała’ (2 Kor 3, 2—5). Nie sądźmy, jakoby słowa te miały do życia cielesnego zachęcać chrześcijan, którzy winni żyć w duchowy sposób. Tu zatwardziałe serca przyrównuje się do nie czującego kamienia; stąd można tez porównać serce rozumiejące do ciała, które czuje. Tak bowiem wyraża się Ezechiel prorok: ‘I dam im serce inne, i ducha nowego dam im, i wyrwę serce kamienne z ciała ich i dam im serce z ciała czułe, żeby chodzili według przykazań moich i zachowywali moje rozkazy, i pełnili je, aby byli mi ludem, a ja bym był Bogiem ich, mówi Pan’ (Ez 11, 19—20). Czyż zatem nie jest niedorzecznością twierdzić, ze usuniecie serca kamiennego nastąpiło wskutek zasługi dobre j woli ludzkiej? Przecież serce kamienne oznacza wlanie wolę zatwardziałą i nieugiętą wobec Boga. Gdzie istnieje uprzednio dobra wola, tam nie ma serca zatwardziałego.
W innym miejscu Bóg bardzo wyraźnie ukazuje przez tegoż proroka, ze dokonał wielkich czynów nie ze względu na jakieś zasługi Żydów, ale dla sławy swojego Imienia: ‘[Nie dla was] Ja czynię, domu Izraela, ale dla imienia mego świętego, któreście znieważyli wśród narodów, do których weszliście. I uświęcę imię, moje wielkie, które znieważyliście wśród narodów, które znieważyliście pośród nich, aby poznały narody, żem ja Pan, mówi Pan zastępów, gdy się uświęcę przez was przed oczyma ich. Bo wezmę was z narodów i zgromadzę was ze wszystkich ziem, i sprowadzę was do ziemi waszej. I pokropię was wodą czystą i będziecie oczyszczeni od wszystkich nieczystości waszych, i od wszystkich bałwanów waszych oczyszczę was. I dam wam serca nowe, i dam wam ducha nowego, i będzie wyjęte serce kamienne z ciała waszego, i dam wam serce z ciała. I ducha mego dam wam, i uczynię, ze według rozkazów moich chodzić, sądów moich strzec i czynić je będziecie’. Kto nie widzi, kto nie czuje, ze Bóg udziela tej łaski niezależnie od zasług dobrej woli, ten musi być ślepcem albo z kamienia, gdyż nie pojmuje słów i świadectwa Pańskiego: ‘Ja czynię, domu Izraela, ale dla imienia mego świętego’. Dlaczego Bóg powiedział: ‘Ja czynię, ale dla imienia mego świętego’? Tylko dlatego, by Żydzi nie przypisywali wielkich czynów Bożych swoim zasługom. Tego właśnie nie wstydzą się twierdzić pelagianie. Pan wskazuje, ze Żydzi nie tylko nie mieli wcale zasług poprzedzających udzielenie łaski, ale co więcej, dopuścili się złych czynów przed otrzymaniem łaski. Któż nie widzi, jak strasznym złem jest zniewaga imienia Pańskiego? A jednak ze względu na samo imię moje — mówi Pan — któreście znieważyli, a nie ze względu na was, uczynię was dobrymi. ‘I uświęcę imię moje wielkie, które znieważyliście wśród narodów, które znieważyliście pośród nich’. Imię Jego, które wyżej nazwał Bóg świętym, święci się. O to właśnie prosimy w Modlitwie Pańskiej: ‘Święć się imię Twoje’, to znaczy, aby święciło się imię Boże, wśród ludzi; to imię, które jest samo przez się bez wątpienia święte. Wreszcie Pan dodaje: ’I będą wiedziały narody, żem ja Pan, mówi Pan, gdy się uświęcę w was’. Aczkolwiek Bóg jest święty, uświęca się jednak w obdarowanych łaską, usuwając z nich serce zatwardziale, znieważające imię Pańskie.
Udział wolnej woli
W tym stanie rzeczy, ażeby zapobiec mniemaniu o nieużyteczności wolnej woli ludzkiej, powiedziane jest w psalmie: ‘Nie zatwardzajcie serc waszych’ (94, 8). A za pośrednictwem Ezechiela Pan napomina Żydów: ’Odrzućcie od siebie całą bezbożność waszą, której bezbożnie dopuściliście się, a uczyńcie sobie serce nowe i ducha nowego. Czemu macie umierać, domu Izraelów? mówi Pan. Bo nie chcę śmierci umierającego, mówi Pan, nawróćcie się, a będziecie żyli’ (18, 31—32). Pamiętajmy, że do Tego, który mówi: ’Nawróćcie się, a będziecie żyli’, mówimy: ’Nawróć nas, Boże’ (Ps 84, 5). Pamiętajmy, ze On mówi: ,’Odrzućcie od siebie całą bezbożność waszą’, choć sam ‘może usprawiedliwić grzesznika’ (Rz 4, 5). Pamiętajmy też, że Ten, który powiedział: ‘Uczyńcie sobie serce nowe i ducha nowego’, jest Tym, co powiedział: ’Dam wam serce nowe i ducha nowego’ (Ez 36, 26). Jak uzgodnić te dwa zdania: ‘Uczyńcie sobie’ i ,’dam wam’? Dlaczego Bóg rozkazuje, jeśli sam jest dawcą? Dlaczego daje, jeśli człowiek ma spełnić rozkaz? Dlaczego? Ponieważ daje to, co nakazuje, kiedy dopomaga człowiekowi, aby spełnił otrzymany rozkaz Boży. Zawsze posiadamy wolną wolę, ale nie zawsze dobrą. Wolna wola albo jest wolna od sprawiedliwości, służąc grzechowi, wówczas jest zła; albo jest wolna od grzechu, służąc sprawiedliwości, i wtedy jest dobra. Łaska zaś Boża zawsze jest dobra i dobrą wolą darzy człowieka, który poprzednio miał złą wolę. Dzięki łasce zaczątek dobrej woli dochodzi do takiej siły, że — mocno i doskonale chcąc — jest w stanie wypełnić Boże przykazania przyjęte przez wolę. Do tego odnoszą się słowa Pisma: ‘Jeśli będziesz chciał, będziesz chował przykazania’ (Ekl 15, 16—LXX). Zatem kto chce, a nie może wykonać przykazań, niech uzna słabość swej woli i niech prosi o wolę na tyle potężną, by wystarczyła do wykonania przykazań. Na tym polega pomoc Boża, ze uzdalnia człowieka do pełnienia rozkazów Bożych. Wtedy wola jest pożyteczna, gdy umożliwia wykonanie przykazań i wtedy pożyteczną jest możność wykonania, gdy łączy się z wolą. Do czego służy wola, jeśli nie możemy podołać obowiązkom, które pragniemy spełnić, albo kiedy nawet możliwych nie chcemy wykonać?" (Św. Augustyn, "Traktaty o łasce", str. 130-133)
Odsłon: 604 Komentarzy: 8
Monday,01 October 2012,10:06
Kategoria: Kościół Monday, 01 October 2012, 10:06
Rozpoczęliśmy Nowy Rok 2012. Co nam przyniesie? Wszyscy zadajemy sobie to pytanie. Nadzieje i oczekiwanie łączą się z obawami i strachem. Poruszani tymi sprzecznymi pytaniami i uczuciami patrzymy na rozpoczęty Nowy Rok. Kościół poświęcając pierwszy dzień Nowego Roku Maryi - świętej Bożej Rodzicielce, pragnie, abyśmy ten nowy czas zaczęli z Matką Pana i naszą.
Boże macierzyństwo jest wielkim darem, największym z wszystkich, jakie otrzymała Maryja. Większy od Jej Niepokalanego Poczęcia. Maryja w cudowny sposób została zachowana od grzechu pierworodnego, aby stać się godnym mieszkaniem dla Boga. Bóg uczynił Maryję Niepokalaną, i w ten sposób uświęcił Ją i przygotował do Bożego macierzyństwa. Boże macierzyństwo jest to dar większy od wszystkich darów i łask, jakie jakiekolwiek stworzenie otrzymało od Boga.
A jednak, pomimo takiego wyróżnienia, życie zewnętrzne Maryi wydaje się bardzo zwykłe, może nawet szare, podobnie jak życie milionów innych ludzi wypełnione radościami i cierpieniem. Przejdźmy teraz pokrótce Jej życie kierując się światłem rzucanym przez Ewangelię.
Natchniona przez Ducha Świętego Maryja złożyła Bogu ślub dziewictwa. Nie znajdziemy tego wyrażone w sposób wyraźny w biblijnym tekście, jednak taki jednak wniosek możemy wyciągnąć analizując scenę Zwiastowania, a zwłaszcza Jej pytanie: "Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" A przecież Maryja była już zaręczona z Józefem. Wkrótce mieli zamieszkać razem. Maryja wiedziała, że w małżeństwie przychodzą na świat dzieci. Jej pytanie nie ma sensu, jeśli wykluczymy ślub dziewictwa.
Nie była to praktyka powszechna w Izraelu. Raczej odwrotnie. Dziewictwo nie było wartością pozytywną w świadomości Izraelitów. Bezdzietność była uważana przez nich za znak Bożego przekleństwa i hańbę w oczach ludzi. Trzeba dodać, że w tym czasie w narodzie izraelskim obecne było bardzo żywe oczekiwanie Mesjasza. Każde dziecko płci męskiej było potencjalnym Mesjaszem, a jego matka matką Mesjasza.
Maryja o tym wiedziała. Wiedziała też, że sama z siebie nie miała nic, co mogłaby ofiarować Bogu, którego kochała ponad wszystko. Ślub dziewictwa, który Maryja złożyła Bogu, był ofiarowaniem Mu jedynej szansy, która miała. Była to szansa zostania matką. Jej ślub dziewictwa jest pochwałą małżeństwa i macierzyństwa. Bo Panu Bogu możemy składać ofiarę tylko z tego, co jest dobre. Dziewictwo nie jest wielkie samo z siebie. Ma znaczenie tylko wtedy, gdy podejmowane jest dla królestwa niebieskiego. Wielkie jest małżeństwo, ojcostwo i macierzyństwo. Maryja czując, że sama z siebie nie ma nic, co mogłaby złożyć Panu Bogu, ofiaruje Mu swoje pragnienie macierzyństwa i szansę zostania matką, w tym także matką Mesjasza.
Bogu podoba się ta ofiara i przyjmuje ją. Zwiastowanie jest potwierdzeniem Jej ślubu dziewictwa i odpowiedzią na Jej pragnienie macierzyństwa. Bóg zachowując dziewictwo Maryi czyni Ją matką. Dla Boga nie ma bowiem nic niemożliwego. Połączenie dziewictwa i macierzyństwa dla ludzi jest niemożliwe, ale nie dla Boga! Jakże wiele kobiet w przeszłości i dzisiaj pragnie również połączyć dziewictwo i macierzyństwo, ale w sposób dokładnie odwrotny, niż miało to miejsce u Matki Pana.
Ale wróćmy do Niepokalanej i do Zwiastowania. Jej dziecko będzie Mesjaszem, królem, który zasiądzie na tronie Dawida. Więcej, będzie prawdziwym Synem Bożym. Na hojność Maryi Bóg odpowiada jeszcze większą hojnością. Zwiastowanie jest dla Maryi wielką radością.
Podobnie narodzenie Jezusa. Ale wtedy też pojawiło się pierwsze cierpienie. Maryja przekonuje się, że naród izraelski, chociaż można by sądzić, że jest w nim obecne żywe pragnienie i oczekiwanie przyjścia Mesjasza, to tak naprawdę, kiedy przychodzi spotyka zamknięte drzwi i serca tych, do których przyszedł. Dla Jej Dziecka nie było miejsca w żadnej gospodzie betlejemskiej.
Czterdziestego dnia Maryja w świątyni przedstawia Bogu swego Syna. Wtedy Symeon przepowiada Jej, ze Jej Syn będzie znakiem, któremu sprzeciwiać się będą, a Jej duszę przeniknie miecz boleści. Ta przepowiednia zacznie się bardzo szybko wypełniać, bo już wkrótce Herod godzi na życie Dziecięcia. Ginie około dwudziestu dzieci betlejemskich. Święta Rodzina musi uciekać do Egiptu. Maryja dzieli los tułaczy i ludzi bez Ojczyzny. Ale przepowiednia Symeona znajdzie swoje pełne wypełnienie wiele lat później, na Golgocie.
Kolejna boleść to poszukiwanie dwunastoletniego Jezusa. Jego znalezienie na trzeci dzień było wielką radością dla Maryi. Nie rozumie odpowiedzi Jezusa: ,,Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” Te słowa i wydarzenia są dla Bogurodzicy przedmiotem rozważań. Maryja powoli zaczyna rozumieć, że Jej Syn jest nie tylko dla Niej, ale także dla innych. Maryja jest Matką Pana, ale przede wszystkim jest Jego uczennicą Uczy się oddawać swego Syna Bogu i ludziom.
Tak dzieje się, kiedy Jezus dorośnie i zacznie działalność publiczną. Jest dla wszystkich: dla dzieci, dla grzeszników, dla celników, nierządnic; wydaje się, ze dla Niej jakby nie miał czasu. Ewangelista Marek opisuje sytuację, kiedy Pan Jezus nauczał w domu, a Maryja chciała się z Nim zobaczyć. Na Jej prośbę odpowiedział wskazując na słuchające Go tłumy: ,,Oto moja matka i moi bracia". To oddawanie Syna ma swój punkt kulminacyjny na Golgocie. Z wysokości krzyża Jezus wskazując na Jana, zwraca się do Niej: ,,Niewiasto, oto syn Twój". Wtedy tez Maryja staje się naszą Matką. I dzisiaj, u początku nowego roku kalendarzowego Maryja jest Tą, która daje nam swojego Syna. Daje nam Jezusa, abyśmy stali się Jego braćmi i dziećmi Bożymi. Maryja daje nam Jezusa, abyśmy z Nim i w Jego imię rozpoczęli ten Nowy Rok.
W tym dniach składamy sobie życzenia. Ponieważ życie Jezusa i Maryi nie było wolne od cierpień, dodajmy niezasłużonych, dlatego jest czymś złudnym oczekiwanie, że nasze życie będzie go pozbawione. Dobrze to zrozumiał anonimowy autor życzeń bożonarodzeniowych i noworocznych pochodzący z Irlandii. Niech jego słowa wyrażą moje życzenie dla Czytelników tego bloga:
Nie życzę Ci, aby nad Tobą nie przeszła żadna chmura cierpienia; nie tego, aby Twoje życie było usłane różami; nie tego, byś nigdy nie wylał łez żalu; nie tego, byś nigdy nie odczuł bólu… Nie, nie tego Ci życzę.
Ponieważ łzy oczyszczają serce, cierpienie uszlachetnia duszę, ból i bieda przybliżają nas do ukochanej Matki Dziecięcia z Betlejem i zapewniają pociechę Jej uśmiechu.
Moim życzeniem dla Ciebie jest to: abyś w swoim sercu zachował jaśniejące wspomnienie każdego dobrego dnia Twojego życia; abyś był dzielny w godzinie próby, gdy będzie położony krzyż na Twoje ramiona; kiedy góra, na którą musisz wejść, wyda Ci się przeogromna, a światło nadziei bardzo dalekie.
Aby każdy dar Ducha, którym Cię Bóg obdarzył, rósł wraz z latami i niech Ci służy do tego, abyś serca tych, których kochasz, napełniał radością.
Abyś w każdej chwili swojego życia miał przyjaciela, który będzie wart Twojej przyjaźni i któremu z zaufaniem będziesz mógł podać rękę.
Życzę Ci, aby w każdej godzinie radości i cierpienia był z Tobą przynoszący radość uśmiech Bożej Dzieciny.
Do tych życzeń chcę dodać życzenie, aby Dzieciątko Jezus uczyło Cię z ufnością wołać do Boga „Abba, Ojcze”.
Odsłon: 422 Komentarzy: 26
1
2
3
4
5
6
7
8
dalej »