
Saturday,25 April 2009,11:24
Kategoria: Polityka Saturday, 25 April 2009, 11:24
Dziennikarskie śledztwo zakończone. Ustaliłem, że najwybitniejszy żyjący obecnie Polak miał przodka, o którym dotąd milczały oficjalne źródła. Po pamiętnym dziadku z Wehrmachtu mamy kolejnego brunatnego praszczura. Jak widać, podobieństwo jest uderzające. To samo zasępienie, ta sama opadająca po bokach linia brwi. Różnią się podbródki, ale każdy zna słabość NOŻP do jadła. Nie zdoła wyprzeć sie pokrewieństwa. Czyżby już nie śledztwo w sprawie lewego finansowania kampanii było dziś największym problemem honorowego obywatela Biłgoraju? Czy tam Biłgoraja. 

Odsłon: 502 Komentarzy: 1
Thursday,02 July 2009,13:22
Kategoria: Kultura Thursday, 02 July 2009, 13:22
Nie mamy swojego święta jakie ma wiele krajów postkomunistycznych, święta upamiętniającego upadek komunizmu. Taką tezę postawili twórcy cyklu publicystycznego "System 09", który niedawno miał swoją premierę w telewizyjnej Dwójce oraz na łamach "Rzeczpospolitej".
A po co nam takie święto? No, choćby po to, żeby poczuć się wspólnotą. A po co nam poczucie wspólnoty? Ano, po to, żeby nie zapomnieć kim, a raczej czym jesteśmy.
Zastanawiam się więc, co mogłoby być dla nas takim świętem, dniem łączącym wszystkich w radości z upadku komuny. Nie znajduję takiego święta. Rocznicę obrad okrągłego stołu obchodzi się (właśnie, tak bezosobowo napiszę, obchodzi się) u nas bardziej pro memoria niż po to, żeby cokolwiek świętować. To naturalne, bo okrągły stół nie był żadnym upadkiem komuny, żadną rewolucją, ale umową elit czerwonej i solidarnościowej, w której "my, naród" występowaliśmy jako dalekie tło. Wybory 4 czerwca mają już w sobie więcej z symbolu, tak samo powołanie rządu Mazowieckiego - sam pamiętam, że wtedy, jako 15-latek dość mocno te zdarzenia przeżywałem (taki obrazek: gramy z kumplami w nogę i ja do nich: a wiecie, że mamy już niekomunistyczny rząd?, a oni na to: no..., ale grajmy dalej). Te wydarzenia miały ładunek emocji, radości i nadziei, nadziei tak wielkiej, że kiedy się nie spełniła, znienawidziliśmy ją, tę naszą głupią nadzieję, i odesłaliśmy do lamusa. Zaczęliśmy być cyniczni i przekorni - stąd Tymiński, Lepper i inne dziwy. Więc jeśli święto 4 czerwca to tylko jako święto straconych złudzeń. Mało na wspólnotową balangę.
Byłoby jeszcze parę kandydatur na takie rocznice, ale wszystkie one mają w sobie zbyt mało "czegoś", aby stać się dla nas, Polaków, źródłem obyczaju, obyczaju świętowania.
Skoro zatem nie zdobyliśmy się na wieszanie, choćby w wymiarze symbolicznego potępienia komunistycznych zbrodniarzy i ich kolaboracjonistów, to co nam pozostaje? Odrzucić precz mrzonki o Złotym Cielcu Wolności, którego moglibyśmy sławić i skupić się na nieco pragmatycznym, ale za to bardzo efektywnym budowaniu sieci relacji miedzy podobnie myślącymi.
To wszystko, co stało się u nas przez 20 ostatnich lat możemy nazwać III RP, ale musimy też pamiętać o jej antytezie, o projekcie państwa alternatywnym dla tego, co nam zafundowały postkomunistyczne i postsolidarnościowe elity. W ostatnich kilku latach projekt ten nabrał wyrazistych kształtów, pojawiły się nowe środowiska, lewicowe i konserwatywne, które są już gotowe do przejęcia odpowiedzialności za Polskę.
Powstanie alternatywnej przestrzeni dyskusji, działań, analiz to chyba największy sukces polskiej transformacji. Wytworzyła się warstwa młodej inteligencji, która "nie kupuje" wizji historii najnowszej i wizji przyszłości Polski serwowanej przez ośrodek "Gazety Wyborczej" i przybudówki. Obecnie trwa walka o to, kto będzie miał większy wpływ na społeczeństwo, stara czy nowa elita. Przeważające siły (głównie w postaci mediów elektronicznych) są po stronie linii Kiszczaka-Michnika, ale linia Frondy, Czterdzieści i Cztery, Teologii Politycznej (Krytyki Politycznej też) nie zamierza oddawać pola. Wydaje się jednak, że mimo materialnej przewagi, front kiszczakomichnikowy zaczyna powoli przegrywać bitwę o pamięć, ziarna wątpliwości rzucone na starannie uprawiane poletko "pokojowej transformacji" kiełkują, rodzą owoce. Oficjalna do niedawna historiozofia III RP staje się jedną z historiozofii opisujących powstawanie naszego państwa, wcale nie dominującą.
Świętujmy zatem każde maleńkie zwycięstwo nad kłamstwem, każdy przejaw wskazujący na to, że alternatywa dla III RP jest już nie tylko projektem, ale systematyczną realizacją.
Odsłon: 553 Komentarzy: 0
Tuesday,13 January 2009,21:16
Kategoria: Ogólne Tuesday, 13 January 2009, 21:16
Wpadł mi w ręce dodatek Herbertowski wydany przez bydgoski "Kwartalnik Artystyczny". Wiele tekstów współczesnych pisarzy o Herbercie, wśród nich głos Stefana Chwina. Ciekawy, mocny, z którym się całkowicie nie zgadzam. Herbert, twierdzi Chwin, kochał Naród, ale nie kochał, nie potrafił kochać ludzi. Dlatego jego wiersze są zimne i pełne pogardy dla współziomków. Nie mogło zabraknąć ustępu o chorobie poety, z powodu której "wyprawiał bardzo dziwne rzeczy". Nie podobała mu się polska demokracja, a przecież taka ładna, michniczo-kiszczaczna. No i fragment, który mną wstrząsnął. Przeczytajcie uważnie: "Na świecie nie ma żadnej walki dobra ze złem. Ścierają się ze sobą tylko różne rodzaje zła. Zwykle obie walczące strony sa mniej lub bardziej okropne. Niestety, na Ziemi trzeba wybierać nie między dobrem i złem, jak chciał Herbert, tylko między Putinem a Basajewem. Herbert zbudował cały gmach swojej poezji po to, by tej prawdzie zaprzeczyć. Bardzo wielu ludzi było mu wdzięcznych za wzniesienie tego gmachu. Oni też chcieli wierzyć tak jak on, że świat składa się z dwóch tylko słów: "tak" i "nie".
Ktoś, kogo zszokowały niedawne prasowe jeremiady Chwina w obronie Jaruzelskiego i Kiszczaka, po przeczytaniu tej wypowiedzi będzie już mniej zszokowany. Oto polski pisarz, wybitny jak chcą opracowania, profesor literatury na uniwersytecie porzuca na stare lata dystyngowaną togę mędrca i postanawia zostać Stańczykiem (Palikotem literatury polskiej?). Jego naczelną zasadą staje się stawianie tak zwanych kontrowersyjnych tez, które wprawdzie z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego, ale dobrze brzmią i dobrze się niosą przez salony i saloniki Rzeczpospolitej Ziemniaczanej (środkowoeuropejski odpowiednik republiki bananowej). Kierując się tą zasadą można ex catedra stwierdzić, że na miejscu Jaruzelskiego każdy (albo prawie każdy) z nas wprowadziłby stan wojenny w Polsce. Równie atrakcyjnie brzmi też teza, że nie ma walki dobra ze złem, tylko walka zła mniejszego ze złem większym. Zatem można spokojnie przyjąć, że w istocie dobro nie istnieje i jest wymysłem poetów takich jak Herbert, którzy wymyślają je tylko po to, żeby uzasadnić swoją pogardę dla unurzanego w szarości świata.
Ale, ale... czegoś jednak nie rozumiem w tym samouzasadniającym się mechanizmie Chwina. Skoro nie ma "tat-tak, nie-nie", to skąd u Chwina taka pewność, że ma rację? Czyżby w imię własnych Stańczykowo-Palikotowych ambicji postanowił zrobić wyłom w swej kontrowersjolubnej teorii? A może przeczyć samemu sobie to tylko jeden z elementów sugerowanego przez niego świata bez podziałów na dobro i zło, na prawdę i kłamstwo, na śmieszność i powagę?
Zadaję sobie te wszystkie pytania, rwę sobie nad tym Chwinem włosy z głowy, bo facet jest w wieku moich Rodziców. Mało tego, on nawet mógłby być moim rodzicem, gdyby nie pewien zbiór okoliczności, które on zapewne zwie przypadkiem, a ja zrządzeniem Opatrzności.
Broń Boże nie stroję się w piórka jakiegoś Herbertowskiego rycerza. Nie uważam tylko, że jego poezja bierze się z chęci wzniesienia gmachu prostej, jasnej wiary dla ludzi, którzy "chcieli" weń wierzyć. To zbyt proste, zbyt cyniczne wyjaśnienie."Ja nie lublu chałodnowo cynizma" - śpiewał Wołodia Wysocki. Nawet jeśli ten cynizm szminkuje się i fryzuje na jakiegoś nowego Oscara Wilde'a.
Strategia (a może tylko taktyka) Chwina nie bierze pod uwagę jednej z podstawowych, konstytutywnych potrzeb człowieka - potrzeby prawdy i sprawiedliwości. Po prostu odrzuca ją, jako zawadę na drodze do zrozumienia, że nie ma żadnej prawdy ani sprawiedliwości. Stąd nie jest on w stanie zrozumieć prostego faktu, że ludzi niezbyt albo w ogóle nie obchodzi, co Czeczeni, co Palestyńczycy i co wszyscy inni ciemiężeni zrobią ze swoją wolnością (kiedy i jeśli ją zdobędą). Ale być może są prawdy zbyt proste, aby pojął je polski pisarz współczesny.
Na szczęście w literaturze można wybierać do woli, do śmierci. Na przykład między Herbertem a Chwinem. Ja wybieram Herberta.
Odsłon: 693 Komentarzy: 0
1
