Poleć przyjaciołom Kontakt Reklama Główna Modlitewnik Fronda.tv Ciekawe Blogi Forum Klub Fronda.pl

Pierwsza Komunia Św. bł. ks. Jerzego Popiełuszki /1956r./

Kategoria: Kościół Wednesday, 22 February 2012, 20:51

Odsłon: 163 Komentarzy: 5


Dopuściłam się zbrodni najgorszej z możliwych – świadectwo Anny

Kategoria: Aborcja Monday, 20 February 2012, 20:43

Wyjechałam na studia. Poznałam chłopaka. On się do mnie wprowadził. Nie wiązałam z nim przyszłości. Naszą znajomość traktowałam jak przelotny romans. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, bez żadnych wyrzutów sumienia podjęła decyzję, że nigdy nie urodzę tego dziecka – jego dziecka. Uważałam, że jestem kobietą wyzwoloną, niezależną – nowoczesną.
On był przeciwny temu, żebym usunęła ciążę, ale ja oświadczyłam, że to moje ciało i tylko ja mogę decydować co się z nim dzieje. Po zażyciu tabletek poronnych, po wielu godzinach bólu, płaczu, krzyku – w końcu było po wszystkim, a nasze drogi się rozeszły.
Później miałam narzeczonego. Powiedziałam mu o wszystkim. Myślałam, że pochwali moją decyzję, ale było zupełnie na odwrót. Próbował uświadomić mi do jak wielkiej tragedii dopuściłam. Byłam na niego zła. Rozstałam się z nim. Co zrobiłam, dotarło do mnie dopiero po latach. Poczułam wtedy ogromną pustkę. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą, że jestem morderczynią, że zabiłam własne dziecko. Dopuściłam się zbrodni najgorszej z możliwych.
Zaczęłam interesować się tematem aborcji. Myślałam, że w ten sposób uspokoję swoje sumienie. Ale nie, było jeszcze gorzej. Wpadłam w depresję. Poznałam kolejnego mężczyznę, którego pokochałam. Powiedziałam mu o wszystkim. Namówił mnie na spowiedź. Miałam nadzieję, że to wszystko uleczy. Trafiłam na księdza, który wysłuchał mnie i nie potępił. Zaproponował, abym pojechała do Lichenia i wzięła udziału w rekolekcjach „Aborcja: kobieta, mężczyzna, dziecko”. Długo to rozważałam. Bałam się otworzyć przed innymi, ale przede wszystkim przed samą sobą.
Rekolekcje bardzo mi pomogły. Dzięki prowadzącym udało mi się otworzyć – szczerze spojrzałam w głąb siebie. Mówiłam o swoich uczuciach i nikt mnie nie oceniał. Spotkałam kobiety, które miały taki sam problem. Wcześniej dużo zastanawiałam się co się stało z moim dzieckiem i czy kiedykolwiek mi to wybaczy. Na rekolekcjach uzyskałam odpowiedź na wiele dręczących mnie pytań. Jeszcze daleka droga przede mną, ale wiem, że przyjazd na rekolekcje to była najlepsza decyzja w moim życiu.
Anna
Informator Sanktuarium Maryjnego w Licheniu „Pielgrzym Licheński” nr 14
http://www.lichen.pl

Odsłon: 437 Komentarzy: 5


Cud różańcowy w Austrii

Kategoria: Kościół Wednesday, 15 February 2012, 19:26

Gdy zły duch zaczyna ogarniać świat, gdy nawet modlitwa zdaje się już nieskuteczna, trzeba nam przypomnieć sobie słowa Jezusa: „Ten rodzaj duchów wypędza się tylko modlitwą i postem" (Mt 17,21). W takich chwilach nasze modły zanoszone do Boga muszą zostać oczyszczone przez wielką pokutę. A wówczas to, co niemożliwe u ludzi, okazuje się rzeczą łatwą u Boga.

Pokutna modlitwa sprawia cuda. Jeśli modlą się i pokutują poszczególni ludzie, cuda wkraczają w ich osobiste życie. Gdy modli się i pokutuje cały naród, cuda zaczynają się dziać w wymiarze społecznym, gospodarczym, a nawet politycznym! Wielka modlitwa połączona z wielką pokutą rodzi wielkie cuda. Dowodów na tę biblijną prawdę nie musimy szukać daleko. Wystarczy spojrzeć w stronę Austrii, gdzie w 1955 r. historia odnotowała wielki cud różańcowy.

Pierwsze spotkanie z Fatimą

Więźniowie czekają na rozwiązanie obozu, a Pavlicek ostatnie dni spędza na lekturze niewielkiej książeczki poświęconej objawieniom w Fatimie. Jak grom z jasnego nieba uderza go myśl: całe nieszczęście, którego był świadkiem, zostało zapowiedziane przez Matkę Najświętszą! Więcej, można było go uniknąć, gdyby ludzie posłuchali Maryjnych próśb! I jeszcze: fatimskie zapowiedzi nie dotyczą tylko tego, co się stało na oczach jego pokolenia. Nadchodzące lata powojenne będą nieuchronnie związane z orędziem fatimskim. Albo będziemy żyć w świetle Fatimy, albo w jej mrocznym cieniu. Albo spełnią się jej wielkie obietnice, takie jak nawrócenie Rosji i czas pokoju, albo ziszczą się jej złowróżbne zapowiedzi: głód, wojny, prześladowania, cierpienia dobrych ludzi.
Ostatnie zdania broszurki o Fatimie stają się dla ojca Pavlicka życiowym drogowskazem. Czyta on, że Maryja, kończąc objawienie 13 października 1917 r., prosiła:

„Niech ludzie już więcej nie obrażają Boga, który i tak jest już bardzo obrażony".

Czyż to nie ludzkie grzechy stały się przyczyną wszelkiego nieszczęścia, które dane było mu poznać w czasie długoletniej wojny? Czyż to nie grzech ściągnie na ludzkość kolejne tragedie?

Dziękczynienie w Mariazell

Ojciec Pavlicek wie do kogo ma skierować swe kroki z dziękczynną pielgrzymką za ocalenie podczas działań wojennych. Jeszcze w obozie jenieckim omal nie został zastrzelony! Udaje się do Matki Bożej. Staje przed Jej tronem w Mariazell - wielkim austriackim sanktuarium maryjnym. Dziękuje za darowane mu życie i zastanawia się, dlaczego przeżył wojnę.

To pytanie stawiało w tamtym czasie wielu ludzi. Jednak mało kto znalazł na nie odpowiedź. Petrus Pavlicek poznał ją właśnie w Mariazell. Przed cudownym obrazem Wielkiej Patronki Austrii usłyszał słowa:

„Czyńcie, co wam mówię, a będzie wam dany pokój".

Maryja wskazała mu na swe żądania wypowiedziane w Fatimie, gdzie powiedziała podobne słowa:

„Gdy uczyni się to, co wam powiem, wiele dusz zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie".

Ojciec Pavlicek wstał z klęczek i zaczął działać. Postanowił wybłagać dla swej ojczyzny cud wolności i pokoju. Jej przyszłość malowała się w ciemnych barwach. Nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Po wojnie Austria znalazła się w strefie wpływów radzieckich.

Powstaje krucjata

„Czyńcie, co wam mówię, a będzie wam dany pokój" - ojciec Petrus powtarza słowa Matki Bożej. To zdanie stanowi jego maryjny oddech, ożywiający go w dzień i w nocy. Franciszkanin nie przestaje modlić się i rozmyślać, w jaki sposób wypełnić prośby Pani Fatimskiej. Przecież nie chodzi tu tylko o niego. Patronka Austrii mówi: „Czyńcie", a więc kieruje swe wezwanie do całego narodu austriackiego. On, nic nie znaczący zakonnik ma porwać ludzkie rzesze? W jaki sposób?

Myśl ta nie daje mu spokoju. Aż wreszcie wszystko staje się dla niego jasne. Ma pomóc Matce Najświętszej w zorganizowaniu pokutnej wspólnoty różańcowej. Jego rola jest drugorzędna, bo sama Maryja obejmie kierownictwo nad nowym ruchem różańcowym. Nazwa jest już ustalona: „Pokutna krucjata różańcowa o pokój dla świata". Nie tylko różaniec, ale i pokuta, o którą Maryja prosiła w Fatimie.

Krucjata zaczyna swą działalność w Wiedniu w 1947 r., zaś w dwa lata później zostaje oficjalnie zatwierdzona przez Austriacką Konferencję Biskupów. Wspólnota stawia sobie trzy cele: będzie się modlić i pokutować w imieniu tych wszystkich, którzy zapomnieli o Bogu, będzie błagać niebo o pokój na świecie, będzie prosić o wolność dla Austrii.
Różaniec pokutny... Za kilka lat miało się okazać, iż nawet „ten rodzaj duchów", jaki związał się z „błędami Rosji", jest wobec takiej modlitwy bezradny.

Obecność łaski

Ojciec Pavlicek zaczyna pozyskiwać pierwszych członków krucjaty. Czyni to przez głoszone rekolekcje i kazania, przede wszystkim jednak dzięki swemu pielgrzymowaniu od miasta do miasta i powtarzaniu usłyszanego w sercu przesłania. Zawsze towarzyszy mu jego „Szefowa" - Matka Boża w znaku figury fatimskiej. Kto wie, czyje działanie było bardziej skuteczne: żarliwość ojca Pavlicka, czy łaskawość Matki Bożej promieniującej dobrocią z niesionej przez franciszkanina figury. Pytanie jest chyba źle postawione, bo przecież chrześcijaństwo to „religia współdziałania" - w skutecznym apostolstwie i w wypraszaniu cudów Bóg potrzebuje gorliwości człowieka. Przez niego Pan wylewa na świat łaskę. Wszędzie, gdzie znalazł się Petrus Pavlicek, z nieba wylewała się obficie łaska. Jakim cudem? Wystarczy z jednej strony połączyć się z niebem, a z drugiej zjednoczyć się z ludźmi, by ci ostatni mogli pić z Bożego źródła...

I zdarzył się cud...

Ojciec Pavlicek wyjaśniał członkom austriackiej krucjaty różańcowej:

„Każdy z was powinien wiedzieć, że nasze, dziś składane skrycie ofiary i modlitwy nie pójdą na marne. Kiedyś okaże się, jak bardzo były one bliskie Bogu i Maryi i jak prawdziwe strumienie łask i błogosławieństw zostały dane naszej ojczyźnie, światu, każdemu z was".

Jeszcze w dniu Bożego Narodzenia 1954 r. ziszczenie się tych słów wydawało się bardzo odległe. A na cud czekało ponad pół miliona członków Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Kilka dni wcześniej Mołotow, radziecki minister spraw zagranicznych, w rozmowie z ministrem Figlem stwierdził kategorycznie, że nie ma nadziei na zawarcie jakiejkolwiek umowy państwowej między Krajem Rad a Austrią.

Rząd katolickiej Austrii zrozumiał, że możliwości dyplomatyczne wyczerpały się już ostatecznie. Ponad trzysta prób doprowadzenia do porozumienia zakończyło się fiaskiem. Wtedy Figl zwrócił się do ojca Pavlicka:

„Pozostała już tylko modlitwa".

I Krucjata zrywa się do szaleńczego ataku.

Wówczas zdarzył się cud. Austriacka delegacja, która w kwietniu 1955 r. wyjechała do Moskwy, nieoczekiwanie wraca z dokumentem gwarantującym Austrii wolność!

Wzruszony kanclerz federalny Raab ogłasza narodowi:

„Chcę podziękować przede wszystkim Bogu".

Nawet najwyżsi dostojnicy państwowi przypisują zmianę w polityce Rosji nie swoim zasługom, lecz Bogu i Jego Matce. To piękne, pouczające świadectwo, lekcja, którą powinni usłyszeć także ci, którzy sprawują władzę w naszym kraju.

Oby kiedyś pojawił się rząd, który będzie świadom tego, że nad Wisłą rządzą nie oni, lecz Królowa Polski, a ich rola polega na przekazywaniu ludziom Jej poleceń...

W czasach Pokutnej Krucjaty Różańcowej austryjacki naród wzięła we władanie Wielka Patronka Austrii.
Spójrzmy, jak osobisty sekretarz kanclerza wspomina tamte chwile:

„Raab wyjął oprawiony w skórę kalendarz z 1955 r. i otworzył go na dniach, w których austriacka delegacja przebywała w Moskwie. Tam widniała notatka: «Dziś jest dzień fatimski (13 kwietnia). Rosjanie stwardnieli, są stanowczy, nie zmieniają zdania. I akt strzelisty do Matki Bożej, by upraszała łaski dla narodu austrackiego".

Raab potem zauważył:

"Widzisz. Prantner, to Matka Boża pomogła nam uzyskać umowę państwową".

Zdumiewające, ale Rosja nie wycofała się ze złożonych w kwietniu obietnic. W środku maryjnego miesiąca maja zostaje podpisany układ państwowy. Minister Figl przemawia: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu. podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!". W maryjnym październiku opuszcza Austrię ostatni żołnierz radziecki.

Unia Maryjna?

Problemy, które musi rozwiązać współczesny świat, są z ludzkiego punktu widzenia nie do rozwiązania. Jak doprowadzić do sprawiedliwego podziału dóbr? Jak zlikwidować bezrobocie? Jak zatrzymać proces degradacji środowiska? Jak postawić tamę fali aborcji, eutanazji? Co uczynić, by ludzkość powróciła do zdrowych zasad moralnych? Nikt nie zna odpowiedzi na te pytania. Ale problemy te mogą zostać rozwiązane, gdy damy jeszcze raz szansę Maryi, której wstawiennictwo u Boga wyjednuje cuda.

Czy Pokutna Krucjata Różańcowa, licząca dziś 700 tys. członków, wybłaga cud? Jej moderator duchowy, ojciec Benno Mikocki, pisze: „Wielkie wyzwania naszych czasów są też ogromnym apelem do wszystkich społeczności maryjnych o ścisłą współpracę. Powinna istnieć nie tylko Unia Europejska, lecz przede wszystkim Unia Maryjna!".
Nie ma wątpliwości. Taka Unia zapewniłaby nam „pokój i dobro". Za taką Unią opowiedziałby się każdy czciciel Matki Bożej.

Może Królowa świata natchnie kogoś, jak ojca Pavlicka, by dzięki współdziałaniu człowieka z Bogiem powstała duchowa unia maryjnych serc, która bez trudu zmieni oblicze udręczonej ziemi. Bo u Boga, do którego drzwi kołaczemy modlitwą i pokutą, nie ma nic niemożliwego.

Źródło: Podhalański Serwis Informacyjny „Watra” oraz www.pielgrzymka.konin.pl

Odsłon: 335 Komentarzy: 11


Św Faustyna Kowalska od Najświętszego Sakramentu

Kategoria: Kościół Wednesday, 05 January 2011, 12:04

Mistyczka z Głogowca przypomina współczesnemu światu wielką prawdę wiary, że Bóg jest Ojcem miłosierdzia; przekazane przez nią Orędzie jest nadzieją szczególnie dla "biednych grzeszników", którzy szukają ocalenia dla siebie w otwartym na Krzyżu Sercu Jezusowym.

 

Dom rodzinny

Kiedy mówimy o domu rodzinnym, przed oczyma naszej wyobraźni stają ukochani rodzice, radosne rodzeństwo i dziadek z babcią, którzy mają tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia… Dom rodzinny to także historia przodków zawarta w dziejach Ziemi Ojczystej, znaczona często starymi krzyżami czuwającymi nad mogiłami tych, którzy w obronie wiary i wolności złożyli swoje życie na Jej ołtarzu. Dom rodzinny, "… to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska", to wielkie dziedzictwo, które nas wszystkich określa i zobowiązuje (Jan Paweł II, Jasna Góra, 18 VI 1983). W tym domu rodzinnym, polskim, od zawsze obecna jest Bogurodzica, która z miłością wciąż wzywa i uczy, jak kiedyś w Kanie Galilejskiej: "Uczyńcie wszystko, co wam powie mój Syn" (J 2,5). Czyż w tym matczynym wołaniu nie kryje się istota modlitwy z Obrazu Miłosierdzia: "Jezu, ufam Tobie!".

 

Nie można zrozumieć historii życie, prawdopodobnie także posłannictwa św. Siostry Faustyny, Jej bezgranicznego posłuszeństwa i zaufania do Chrystusa, bez tego "dziedzictwa", które stało się z woli Bożej żyzną glebą pod zasiew orędzia Miłosierdzia Bożego przeznaczonego dla całego świata. Wydaje się, że do takich wniosków uprawnia nas skromna, choć dająca wiele do myślenia, notatka z "Dzienniczka" mistyczki z Głogowca:

 

Kiedy widziałam, jak ojciec się modlił, zawstydziłam się bardzo, że ja po tylu latach w Zakonie nie umiałabym się tak szczerze i gorąco modlić, toteż nieustannie składam Bogu dzięki za takich rodziców" (Dz. 398).

 

Helena – w zakonie S. Maria Faustyna – przyszła na świat jako trzecie, z dziesięciorga dzieci Stanisława Kowalskiego i Marianny z domu Babel. Ojciec Helenki pochodził ze Świnic Warckich, z tzw. Zagórza. Jako kawaler pracował w browarze, w pobliskim Dąbiu n/Nerem, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Rodzice Helenki pobrali się 28 października 1892 roku; wówczas Marianna miała szesnaście lat. Niebawem przenieśli się do Głogowca, gdzie nabyli siedem i pół morgi słabej ziemi i mały skrawek łąki, która miała zapewnić byt trzem krowom, jakże przydatnym w wielodzietnej rodzinie.

 

W roku 1900 małżonkowie Stanisław i Marianna wybudowali dom, z wapiennego kamienia o charakterystycznym dla tych stron żółtym odcieniu. Dach chaty zwieńczony był słomianą strzechą, a wnętrze składało się jednej izby, dużej sieni i jak w każdym domu, ciepłej kuchni, do której ojciec w porze zimowej przenosił swój warsztat ciesielski. Był stolarzem i cenionym w okolicy cieślą. Przy domu była studnia, a obok niej "chlebownik" – warsztat pracy Marianny; na dużych liściach łopianu wypiekała duże, pachnące na całą wieś bochny chleba. Nieopodal znajdowała się kapliczka zawieszona na gruszy.

 

Rodzina Kowalskich z Głogowca dzieliła te same bóle i cierpienia, marzenia i nadzieje, jakie nosiło wiele ówczesnych polskich rodzin, którym przyszło żyć w czasach niewoli i trudnej, dopiero co odzyskanej wolności. Bieda, która nie stała za progiem chaty, lecz zasiadała każdego dnia razem z domownikami za stołem, nie odbierała im wiary, lecz ją wzmacniała, czyniąc solidarnymi z Synem Bożym, który w ubóstwie przyszedł na świat, aby wypełnić wolę Miłosiernego Ojca. Z takiej rodziny, skromnej i poddanej Opatrzności Boga, powołał na służbę swego Miłosierdzia Chrystus Helenę. Nadziwić się nie możemy, że właśnie na to uniżenie wejrzał Pan… Z pewnością w wieczności, w nieustannym zdumieniu, za te wielkie rzeczy, które Jej uczynił Król Miłosierdzia – uwielbia Go Helenka, św. Siostra Faustyna Kowalska.

 

Dzieciństwo i młodość

Helenka urodziła się 25 sierpnia 1905 roku, w wigilię Uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej. Uznana za słabe dziecko, została ochrzczona już drugiego dnia po urodzeniu. Do wspólnoty Kościoła przez sakramentalne zaślubiny włączył dziecię ówczesny proboszcz, ksiądz Józef Chodyński. Chrzest święty odbył się w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza Królewicza w Świnicach Warckich. Dokument potwierdzający to doniosłe wydarzenie spisano w języku zaborcy – po rosyjsku i nawet sam proboszcz zobowiązany był do złożenie podpisu w języku wroga. Ojciec Helenki uczynił to w ojczystym języku, niemalże kaligrafując. W ten sposób zamanifestował, że nie tylko potrafi pisać, ale że jest dumny ze swojej Ojczyzny.

Przyszła święta, już jako małe dziecko, rozmiłowana była w modlitwie. Mając pięć lat stroiła ołtarzyki – wspominali najbliżsi. Zbieranie polnych kwiatków i zdobienie nimi przydrożnych kapliczek i obrazów – to ulubione zajęcie Helenki. W ten sposób dziecko chwaliło Zbawiciela świata i Jego Przeczystą Matkę. Wiedziona światłem łaski Bożej już wtedy wyczuwała, że potrzeba czegoś więcej: zwoływała więc dzieci do ukwieconych kapliczek na wspólną modlitwę.

 

"W siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy, czyli zaproszenie do życia doskonalszego, ale nie zawsze byłam posłuszna głosowi łaski. Nie spotkałam się z nikim, kto by mi te rzeczy wyjaśnił" (Dz. 7).

W szesnastym roku życia, opuszcza Głogowiec i w Aleksandrowie Łódzkim, w rodzinie państwa Leokadii i Kazimierza Bryszewskich, właścicieli piekarni i sklepu, rozpoczyna służbę. Przed rozstaniem, miała powiedzieć do ojca: "Tatusiu, już się na mnie więcej gniewać nie będziesz, ja przyniosę tatusiowi wielką pociechę" (relacja matki). W Aleksandrowie Helena po raz pierwszy ujrzała wielką jasność. Komentarze i reakcje otoczenia, wraz z podejrzeniem o jej kondycję umysłową, świadczyły tylko o braku zrozumienia. Po tym przeżyciu wiedziała jedno: nadszedł już czas, aby się spełniły najskrytsze marzenia duszy: niepodzielna służba, samemu Bogu. Z tą myślą wraca do rodzinnego domu i prosi kochanych rodziców o zgodę. Nie otrzymała jej jednak.

 

Decyzja rodziców z pewnością napełniła bólem młode serce. Uszanowała jednak ich wolę doszukując się w niej głosu Bożego. Konsekwentnie do tego oddaliła od siebie myśl o wstąpieniu do klasztoru Pańskiego, zaczęła ubierać się modnie, z całą elegancją. W lutym 1923 roku rozpoczęła służbę u Marcjanny Sadowskiej, właścicielki sklepu spożywczego w Łodzi, przy ul. Abramowskiego. Prowadziła jej dom i opiekowała się dziećmi. W wolnych chwilach Helenka szukała sposobności do pełnienia uczynków miłosierdzia. W domu pani Marcjanny, pod schodami była komórka – stałe schronienie dla jakiegoś biedaka. Nasza późniejsza święta nosiła mu jedzenie, czasami obmyła rany i mówiła o Panu Bogu. Pewnego dnia przyprowadziła biedakowi księdza. Ten pojednał się z Bogiem i Komunię przyjął. Następnego dnia zakończył ziemski żywot. Szczęście Helenki było ogromne, bo "Ona zawsze chciała prowadzić ludzi do Boga" (świadectwo siostry Natalii).

Pomimo życzliwości wielu ludzi, u których pracowała, jej dusza była wciąż niepocieszona. Podsumowując tamten okras życia, napisała w "Dzienniczku":

 

"Nieustanne wołanie łaski było dla mnie udręką wielką, jednak starałam się ją zagłuszyć rozrywkami" (Dz. 8).

 

Pan Jezus czekał cierpliwie, lecz pewnego dnia, dokonał przełomu w Jej życiu. Helenka razem z siostrami i jeszcze jedną koleżanką poszła na zabawę taneczną do parku "Wenecja". Miała na sobie różową sukienkę z falbankami z boku; włosy zaczesane w gruby warkocz. Mogła się chłopcom podobać – wspominała kiedyś Natalia. W czasie zabawy ukazał się Jej Pan Jezus, cierpiący, cały poraniony, z szat obnażony. I przemówił do młodego serca dziewczęcego (Dz. 9):

 

"Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz? W tej chwili umilkła wdzięczna muzyka, znikło sprzed oczu moich towarzystwo, w którym się znajdowałam,  pozostał Jezus i ja".

 

Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: modlitwa w katedrze św. Stanisława Kostki oraz stanowcze polecenie Pana Jezusa:

 

"Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru" (Dz. 10).

 

Po załatwieniu rzeczy koniecznych i rozmowie z siostrą o tym co zaszło, bez zwłoki wsiadła do pociągu jadącego do Stolicy. Nie wstępowała już do rodzinnego domu, prosiła tylko Natalię, aby pożegnała rodziców. Chrystus czekał! Trzeba było się spieszyć.

 

"Jak mogłam, zwierzyłam się siostrze z tego, co zaszło w duszy,  i kazałam pożegnać rodziców, i tak w jednej sukni, bez niczego przyjechałam do Warszawy" (Dz. 10).

 

Przez rok pracowała w Warszawie u pani Aldony Lipszycowej, z rekomendacji ks. Jakuba Dąbrowskiego, aby zarobić na wiano zakonne. Pani Aldona wspominała Helenę jako radosną, pracowitą i rozśpiewaną dziewczynę, którą bardzo lubiły przede wszystkim dzieci. Pieśń: "Jezusa ukrytego, mam w Sakramencie czcić", w domu Lipszyców przylgnęła do Jej osoby.

Dnia 1 sierpnia 1925 roku przekroczyła furtę zakonnego domu Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie przy ulicy Żytniej, powierzając z ufnością dobroci Bożej rodziców, od których wciąż oczekiwała zgody na obraną przez nią, a raczej przez Chrystusa przeznaczoną dla niej , drogę. Potrzeba było czasu, aby Marianna i Stanisław przekonali się o szczęściu najlepszego, wybranego dziecka, które znalazła na służbie u Miłosiernego Jezusa.

 

Życie zakonne i posłannictwo

Droga św. Siostry Faustyny, poprzedzająca wstąpienie do klasztoru, była wielką próbą jej ufności i wierności wobec Pana Boga. Najpierw brak zgody ze strony rodziców, potem pozamykane przed nią furty klasztorne: nie było miejsca dla ubogich służących. Ponad najgorętszymi uczuciami wobec najbliższych, była miłość do Boga. Napisała w "Dzienniczku":

 

"Jako szczerze kochające dziecko swoją matkę, pragnęłam gorąco spełnić jej życzenie, ale pozostawiłam Bogu swobodę  i zdałam się w zupełności na wolę Jego; nie zważając na ból serca, szłam za wolą Bożą" (Dz. 395).

 

Wędrując od klasztoru do klasztoru, szukając zgromadzenia dla zrealizowania zamysłu Bożego wobec swojej osoby, modliła się usilnie:

 

"Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa:  Dopomóż mi, nie zostawiaj mnie samej" (Dz. 13).

 

Wysłuchał Pan Jezus modlitwę błagalną. Dnia 1 sierpnia 1925 roku Helena została przyjęta do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i rozpoczęła postulat, czyli próbę zakonną. Było to w wigilię Matki Bożej Anielskiej. W "Dzienniczku" opisała tę chwilę (Dz. 17):

 

"Czułam się niezmiernie szczęśliwa, zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie".

 

Po dziewięciu miesiącach postulatu, w Krakowie, dnia 30 kwietnia 1926 roku, otrzymuje habit i imię zakonne – siostra Maria Faustyna. O swoich obłóczynach tak napisała:

 

 "W chwili obłóczyn Bóg dał mi poznać, jak wiele cierpieć będę. Widziałam jasno, do czego się zobowiązuję. Była to jedna minuta tego cierpienia. Bóg znowu duszę moją zalał pociechami wielkimi" (Dz. 22).

 

Siostra Faustyna stała się ozdobą dla swej szaty duchownej. Oblekając się w habit, przyoblekła się w cząstkę Męki Pańskiej. Rozpoczął się nowicjat, w którym przeżywała ciemności duchowe trwające kilkanaście miesięcy. Przypominają się słowa Pana Jezusa: "Wchodźcie przez ciasną bramę! Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia…".

Św. Siostra Maria Faustyna do zakonnego imienia jakie otrzymała w dniu obłuczyn, chętnie dodawała jeszcze: "… od Najświętszego Sakramentu".

 

Miłosierdzie Boże utaiło się w Najświętszym Sakramencie. Pan Jezus posyła siostrę Marię Faustynę od Najświętszego Sakramentu do całej ludzkości. Orędzie Miłosierdzia przeznaczył dla wszystkich ludzi, ponieważ Syn Boży złożył swoje życie w Ofierze za każdego. Pod koniec nowicjatu Siostrę Faustynę ogarnia żar miłości Bożej. Było to w Wielki Piątek 1928 roku. W "Dzienniczku" można przeczytać:

 

"Wielki Piątek – Jezus porywa serce moje w sam żar miłości. Było to w czasie wieczornej adoracji. Nagle ogarnęła mnie obecność Boża. Zapomniałam o wszystkim. Jezus daje mi poznać, jak wiele cierpiał dla mnie.  Trwało to bardzo krótko. Tęsknota straszna. Pragnienie kochania Boga". (Dz. 26).

 

Przyszedł upragniony czas na złożenie pierwszych, czasowych ślubów zakonnych. Dnia 30 kwietnia 1928 roku, po ośmiodniowych rekolekcjach, w kaplicy zakonnej w Krakowie wobec Wspólnoty Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyrzekła Bogu ubóstwo, czystość i posłuszeństwo. Na zaślubinach obecni byli rodzice. Aby pocieszyć ojca, który wciąż nie mógł zaakceptować obranej przez córkę drogi, ta miała mu powiedzieć, że Pan Jezus, któremu ślubowała jest jej mężem i jego zięciem. Poruszyło to do łez Stanisława. Od tej pory szczęście córki stało się jego udziałem. O tamtej chwili napisała w "Dzienniczku":

 

"Śluby pierwsze. Gorące pragnienie wyniszczenia się dla Boga przez miłość czynną, a jednak niedostrzegalną nawet dla najbliższych sióstr" (Dz. 27).

 

Charakterystyczne dla całego życia zakonnego Siostry Faustyny było Jej posłuszeństwo. W junioracie, czyli formacji zakonnej przygotowującej do ślubów wieczystych, Pan Jezus polecił Faustynie, aby poprosiła matkę przełożoną o pozwolenie na noszenie włosiennicy – narzędzia pokutnego i modlitwę w środku nocy. Przełożona nie wyraziła na to zgody. Faustyna z pokorą przyjęła wolę matki i opowiedziała o wszystkim Panu Jezusowi.

 

"Wtedy ujrzałam Pana Jezusa, który stał w drzwiach kuchni, i powiedziałam Panu: Każesz mi iść prosić o te umartwienia a matka przełożona nie chce mi pozwolić. Wtedy Jezus rzekł do mnie: Byłem tutaj podczas tej rozmowy z przełożoną i wiem wszystko, i nie żądam twoich umartwień, ale posłuszeństwa. Przez to oddasz mi wielką chwałę, a sobie zaskarbisz zasługę" (Dz. 28).

 

Juniorat, przygotowujący do ślubów wieczystych, trwał dla Siostry Faustyny pięć lat. W tym okresie dane Jej było przebywać w następujących domach zakonnych: w Warszawie przy ul. Żytniej, w Wilnie, ponownie w Warszawie, tym razem na placówce przy ul. Hetmańskiej, w Kiekrzu koło Poznania, w Płocku, w Walendowie koło Warszawy i na zakończenie junioratu w Krakowie, gdzie po ośmiodniowych rekolekcjach złoży śluby wieczyste. Wykonywane posługi pełniła z wielkim oddaniem i poświęceniem. Łączyła z nimi cierpienie i modlitwę, ofiarując je Miłosierdziu Bożemu z miłością do Chrystusa, za zbawienie biednych grzeszników, szczególnie za tych, którym zagrażała utrata zbawienia. Była kolejno: kucharką i ogrodniczką, pracowała na furcie i w piekarni. Te najprostsze posługi wypełniała z ogromnym oddaniem i miłością do Boga.

 

Wieczyste śluby złożyła Siostra Faustyna 1 maja 1933 roku w Krakowie, na ręce biskupa Stanisława Rosponda. Był to Rok Święty Wielkiego Jubileuszu Męki Pańskiej. Wówczas definitywnie ofiarowała swoje życie Bogu. W "Dzienniczku" możemy wyczytać:

 

"Obcowanie moje z Bogiem jest tak ścisłe od tych ślubów wieczystych,  jakiego nigdy przedtem nie miałam.  Czuję, że kocham Boga, i czuję, że on mnie kocha. Dusza moja, skosztowawszy Boga, nie umiałaby żyć bez niego. Milsza mi jest jedna godzina u stóp ołtarza, spędzona w największych oschłościach ducha, aniżeli sto lat rozkoszy w świecie" (Dz. 254).

 

Kto w tym dniu przypuszczał, że Pan Jezus pozostawił Siostrze Faustynie jeszcze pięć lat życia na ziemi? 

 

"Ukrywać się będę przed wzrokiem ludzkim, cokolwiek czynić będę dobrego, aby przez to Bóg sam był zapłatą moją,  jako mały fiołek ukryty w trawie nie rani stopy ludzkiej, która go depcze, ale wydaje woń, zapominając zupełnie o sobie,  stara się uprzyjemnić osobie, przez którą jest zdeptany" (Dz. 255).

 

Życie Siostry Faustyny na pozór szare i monotonne kryło niezwykłą głębię mistycyzmu. Dla spełnienia wyznaczonej Jej misji, została obdarzona przez Boga nadzwyczajnymi darami. Między innymi: darem kontemplacji, ukrytych stygmatów, bilokacji, proroctwa, poznania tajemnic serc ludzkich, osiągając szczyty zjednoczenia z Bogiem na ziemi. Pomimo gruźlicy płuc i przewodu pokarmowego, wielkich cierpień duchowych i braku zrozumienia otoczenia, wszystkie te doświadczenia znosiła mężnie, z miłością ofiarując je Bogu za zbawienie dusz ludzkich.

 

Siostra Faustyna narodziła się dla Nieba 5 października 1938 roku. Klasztor Sióstr Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie, był dla Niej ostatnią przystanią ziemskiej wędrówki. Doczesne szczątki mistyczki z Głogowca spoczęły we wspólnym grobowcu zakonnym. W ostatnim liście do przełożonej generalnej przeprasza w swej pokorze za wszystkie uchybienia całego życia. W końcowym pozdrowieniu zwracając się do niej, zawarła swoją tęsknotę: "Do zobaczenia w niebie".

 

Siostra Faustyna odeszła z tego świata w wieku chrystusowym; miała zaledwie 33 lata.

 

"O Jezu miłosierny, rozciągnięty na krzyżu, wspomnij na naszą godzinę śmierci! O najmiłosierniejsze Serce Jezusa, otwarte włócznią, ukryj mnie w ostatnią śmieci godzinę" (Dz. 813).

 

Liczne łaski, jakie za pośrednictwem Siostry Faustyny otrzymywali proszący Miłosierdzie Boże, przyczyniły się do tego, że szybko rosła sława świętości Jej życia. Już w czasie II wojny światowej, Obraz Jezusa Miłosiernego z modlitwą oddania:

 

 "Jezu, ufam tobie", dla wielu stał się źródłem nadziei na przetrwanie w nieludzkim systemie sowieckiej i hitlerowskiej pogardy dla człowieka. "Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinie śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały"(Dz. 47).

 

Misja św. Siostry Faustyny, którą wyznaczył Jej Miłosierny Jezus, polega na trzech zadaniach:

- przybliżeniu i głoszeniu światu prawdy objawionej w Piśmie świętym o miłosiernej miłości Boga do każdego człowieka;

- wypraszaniu miłosierdzia Bożego dla całego świata między innymi przez praktykę podanych przez Pana Jezusa nowych form kultu Miłosierdzia Bożego, którymi są:

  • Obraz Miłosierdzia Bożego z podpisem: "Jezu, ufam Tobie",
  • Święto Miłosierdzia Bożego w pierwszą niedzielę po Wielkanocy,
  • Koronka do Miłosierdzia Bożego,
  • modlitwa w Godzinę Miłosierdzia,
  • czyli w godzinę konania Pana Jezusa na Krzyżu,
  • szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego.

 - zainspirowaniu Apostolskiego Ruchu Miłosierdzia Bożego, który podejmuje zadanie głoszenia i wypraszania Miłosierdzia.

 

Posłannictwo św. Siostry Faustyny zostało zapisane w "Dzienniczku", który prowadziła na wyraźne polecenie Pana Jezusa i Jej spowiedników. Zanotowała w nim wiernie życzenia Jezusa Miłosiernego, który powiedział do Niej (Dz. 1693):

 

"Sekretarko najgłębszej tajemnicy Mojej,  wiedz o tym, że jesteś w wyłącznej poufałości ze mną; twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżyć się do mnie. A więc życzę sobie, abyś wszystkie chwile wolne poświęciła pisaniu".

 

Pan Jezus obdarzył swoją służebnicę zaszczytnym imieniem, nazwał Ją: "sekretarką najgłębszej tajemnicy swojej".

Wszystkich, którzy rozpoczynają lekturę "Dzienniczka", powinni o tym pamiętać…

 

"Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O dusze wątpiące uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem najsłodszego Serca Jezusowego. Bóg jest Miłością i Miłosierdziem"(Dz. 281).

 

W latach 1965 – 1967 przeprowadzono w Krakowie proces informacyjny, dotyczący jej życia i cnót, a w 1968 roku rozpoczęto w Rzymie proces beatyfikacyjny, który zakończono w grudniu 1992 roku. 18 kwietnia 1993 roku, na Placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec święty Jan Paweł II dokonał aktu beatyfikacyjnego, a Roku Wielkiego Jubileuszu Narodzin Zbawiciela – dnia 30 kwietnia 2000 roku – aktu kanonizacji.

 

Podczas kanonizacji św. Siostry Faustyny, umiłowany Sługa Boży Jan Paweł II, powiedział "(…) Pragniemy oczyma duszy wpatrywać się w oczy  Miłosiernego Jezusa, aby w głębi Jego spojrzenia znaleźć odbicie własnego życia oraz światło łaski, którą już po wielokroć otrzymaliśmy i którą Bóg zachowuje dla nas na każdy dzień i na dzień ostateczny".

Relikwie św. Siostry Faustyny spoczywają w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie – Łagiewnikach.

Mistyczka z Głogowca przypomina współczesnemu światu wielką prawdę wiary, że Bóg jest Ojcem miłosierdzia; przekazane przez nią Orędzie jest nadzieją szczególnie dla "biednych grzeszników", którzy szukają ocalenia dla siebie w otwartym na Krzyżu Sercu Jezusowym.

Opracowano na podstawie http://www.swfaustyna.pl/

Odsłon: 660 Komentarzy: 3

Modlitwa zawierzenia Jezusowi Miłosiernemu

Kategoria: Modlitwa Wednesday, 05 January 2011, 10:18

Jezu Najmiłosierniejszy,

mój Panie i Zbawicielu.

Wobec nieba i ziemi, świadom(a) swojej

nędzy, grzeszności i niewystarczalności,

oddaję się dziś zupełnie i całkowicie,

świadomie i dobrowolnie

Twemu Nieskończonemu Miłosierdziu.

Ufając Twojej Miłosiernej Miłości wyrzekam się na zawsze i całkowicie:

-zła i tego co do zła prowadzi

-demonów i wszelkich ich spraw i pokus

-świata i wszystkiego czym usiłuje mnie pociągać i zniewalać

-siebie i wszystkiego co buduje i zaspokaja mój egoizm i pychę.

Oddaję się Tobie Jezu,

Najmiłosierniejszy Zbawicielu,

jako jedynemu mojemu Bogu i Panu,

jedynej miłości, pragnieniu

 i celowi mojego życia.

Z całą pokorą, ufnością i uległością

wobec Twojej Najmiłosierniejszej Woli

oddaję Ci siebie:

-moje ciało, duszę i ducha

-całą moją istotę-życie w czasie i w wieczności

-przeszłość, teraźniejszość i przyszłość

-rozum, uczucia i pragnienia

-wszelkie zmysły, władze i prawa

-wolę i wolność moją

-wszystko czym jestem, co posiadam i co mnie stanowi.

Nie zostawiam sobie nic,

wszystko oddaję Twojej Świętej Woli

przez ręce Niepokalanej Matki Miłosierdzia.

Rozporządzaj mną jak chcesz,

według Twojego Miłosierdzia.

Broń mnie i posługuj się mną

jako swoją wyłączną i całkowitą własnością,

Jezu, ufam Tobie!

Amen.

Modlitwa zawierzenia Jezusowi Miłosiernemu. Do prywatnego odmawiania. Imprimatur: ks. prał. Wiesław Wronka. Kuria Diecezjalna Łowicka – 9 października 2009 r.

Odsłon: 136 Komentarzy: 2


Medjugorie absolutnie diaboliczne?

Kategoria: Kościół Friday, 29 April 2011, 16:51

Biskup i egzorcysta Andrea Gemma o Medjugorje: "Absolutnie diaboliczne"

WATYKAN – Mieszanina interesów ekonomicznych i diabolicznych, oraz domniemani wizjonerzy i ich współpracownicy bezpośrednio zaangażowani w zarobki związane z najwyższym napływem pielgrzymów i gości w tym rejonie. I diabeł zadowolony z zasiania niezgody pomiędzy wiernymi najbardziej przkonanymi o autentyczności objawień w Medjugorje i Kościołem, który od początku był sceptyczny wobec tego, co kilkakrotnie nazwał [ustami] następujących po sobie biskupów Mostaru jako "wielkie oszustwo".

Monsignor Andrea Gemma, biskup – emeryt Isernia-Venafro, jeden z największych żyjących egzorcystów, nie przebiera w słowach:

w Medjugorje do tej pory pojawiły się raczej rzeki pieniędzy niż Najświętsza Dziewica.

Poważne oskarżenie, które ukazuje nie tylko odwagę, ale i moralną i duchową postawę duchownego, który zgodził się odpowiedzieć na pytania Petrusa związane z tak trudnym zagadnieniem.

Zatem, Ekscelencjo, jak zdefiniować Medjugorje?

Jest to fenomen całkowicie diabelski, wokół którego obraca się wiele podziemnych interesów. Święta Matka Kościół, która jako jedyna może się wypowiadać, ogłosiła już ustami biskupa Mostaru publicznie i oficjalnie, że Madonna nigdy nie objawiła się w Medjugorje i że ta cała blaga to dzieło demona.

Mówi Ekscelencja o ‘podziemnych interesach’… jakich?

Mowię tu o ‘oborniku diabła’, czyli o pieniądzach, bo o czym jeszcze? W Medjugorje wszystko obraca sie wokół pieniędzy: pielgrzymki, wynajmowanie domków, sprzedaż świecidełek. Wykorzystując dobrą wiarę tych biednych dusz, ktore udają sią tam myśląc że spotkają Madonnę, fałszywi wizjonerzy ustawili się finansowo, wzbogacili się i prowadzą wygodne życie. Wystarczy pomyśleć, jeden z nich organizuje [pielgrzymki] bezpośrednio z Ameryki, z bezpośrednim zyskiem ekonomicznym, dziesiątki pielgrzymek rocznie. Nie wydają mi się oni bezinteresownymi osobami. Zatem na spółkę z tymi, którzy wspierają to hałasliwe oszustwo, niewatpliwie mają oni wszelkie powody ku temu, aby przekonywać ludzi o tym, że widzą Dziewicę Maryję i rozmawiają z Nią.

Monsignor Gemma, czy jest to wasz ostateczny osąd?

Czy może być inaczej? Te osoby, które twierdzą że mają kontakt z Matką Bożą, ale w rzeczywistości sa inspirowani tylko i wyłacznie przez szatana, tworzą zgiełk i zamieszanie pomiędzy wiernymi z całkowicie godnych potępienia pobudek i zysków. Proszę pomyśleć również o nieposłuszeństwie, które podsycają w Kościele: ich duchowy przewodnik, brat franciszkański wydalony z zakonu i zawieszony a divinis, nadal sprawuje sakramenty bezprawnie. I wielu księży z całego świata, pomimo wyraźnego zakazu Stolicy Apostolskiej, nadal organizuje pielgrzymki do Medjugorje lub bierze w nich udział. To jest skandal! Proszę zobaczyć dlaczego mówię o mieszaninie interesów, osobistych i diabelskich; kieszonkowe fałszywych wizjonerów i ich pomocników, oraz [to, że] diabeł powoduje niezgodę pomiędzy wiernymi i Kościołem. Najbardziej uparci wierni nie sluchają Kościola, który, powtarzam, od początku ostrzegał przed groźbą objawień Medjugorje.

A jeśli domniemami wizjonerzy rzeczywiście widzieli Matkę Bożą?

W rzeczywistości widzieliby szatana w jednym z jego przebrań. Ponieważ w interesie szatana leży podział w Kościele, przeciwstawianie sobie obecnych ‘zwolenników; i ‘przeciwników’ Medjugorje. I to nie jest nic nowego: sam św. Paweł twierdzi, ze diabeł może się objawiać jako Anioł Swiatła i że może przybierać rożne wcielenia. Zrobił tak, na przyklad, ze św. Gemma Galgani. Ale poza swoimi parodiami Zły już zadziałał i mogę Pana zapewnić że to on inspiruje fałszywych wizjonerów od początku przez ułudę łatwych pieniędzy.

Wasza Ekscelencja naprawdę nie lubi tych wizjonerów…

Litości! Wystarczy popatrzeć na to jak oni się prowadzą: są nieposłuszni Kościołowi. Powinni byli przejść na emeryturę i zacząć prywatne życie, ale zamiast tego nadal propagują swoje kłamstwa z powodu zysku, zatem grają w szatańską grę! Moje myśli natychmiast kierują się do św. Bernadetty, wizjonerki z Lourdes: to łagodne stworzenie chciało zostawić swoje własne życie i wybrać habit zakonny aby służyć Panu. Zamiast tego oszuści z Medjugorje nadal prowadzą wygodne życie w świecie, nie okazując żadnego rodzaju miłości ani Bogu ani Kościołowi.

Zwolennicy Medjugorje naciskają, że Stolica Apostolska nigdy nie wyraziła się na ten temat.

To kolejne kłamstwo! Jak wskazałem wcześniej Watykan zabronił pielgrzymek księżom do tego miejsca i przemówił już ustami dwóch następujących po sobie biskupów Mostaru na przetrzeni tych lat, Monsignora Zanica i Monsignora Perica, z którymi rozmawiałem osobiście i którzy zawsze dzielili się ze mną swoimi wątpliwościami. Proszę zobaczyć, ani w przypadku Fatimy ani Lourdes Stolica Apostolska nie wyraziła się bezpośrednio na temat objawień maryjnych. Dlaczego zatem miałaby zrobić wyjątek w tym przypadku? Prawda jest taka, że kiedy przemawia biskup Mostaru to przemawia Kościół Chrystusa, i to jego, który przemawia mocą autorytetu powierzonego mu przez Watykan (Stolicę Apostolską), należy słuchać. A zatem Stolica Apostolska zawsze wyrażała swoją opinię słowami biskupa Mostaru pokazując, że Medjugorje to diabelskie oszustwo. Ale powiem coś Panu jeszcze. Zobaczy Pan, że wkrótce Watykan zainterweniuje z czymś wybuchowym żeby zdemaskować raz na zawsze kto stoi za tym oszustwem.

Ci sami zwolennicy wskazują, że w Medjugorje co roku odnotowuje się rekordową ilość nawróceń i cudów…

To wypaczenie. Poza tym, kto liczy te wszystkie nawrócenia? Proszę zrozumieć, jeśli ktoś się nawraca to dzieje się tak dlatego, że ma pewne predyspozycje ku temu, ponieważ potrafi patrzeć wgłąb, ponieważ wie jak przyjąć dar Ducha. Miejsce w którym ma miejsce nawrócenie to sprawa względna. Pomyślmy o św. Pawle: nawrócił się na drodze. Co zatem powinniśmy czynić? Czy mamy wsyscy wyjść na drogi I czekać na nawrócenie? Co do cudów to opowiem Panu osobistą anegdotę. Zawdzięczam wstawiennictwu Matki Bożej Różańcowej z Pompei cudowne uzdrowienie kogoś z mojej rodziny, a mimo to nie zdarzyło się, żeby Matka Boża objawiła mi się w Pompei. Aby uwierzyć, być uleczonym wewnętrznie lub zewnętrznie, wcale nie znaczy że Maryja musi się objawić.

Zna Wasza Ekscelencja opinię Ojca Świętego Benedykta XVI o Medjogorje?

Ograniczę się do podkreślenia faktu, iż to on, jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wydał dwie oficjalne noty nieprzychylne Medjugorje, jak ta zakazująca księżom i osobom duchownym udawania się tam na pielgrzymki. On to uczynił…

Z drugiej strony mówi się, że Jan Paweł II był przekonany o dobrym charakterze objawień.

Zupełnie nieudowodniona bajka. Podkreślam, że osobiste opinie są tylko nimi i w żaden sposób nie reprezentują aktu magisterium.

Źródło informacji: http://www.traditia.fora.pl

Odsłon: 916 Komentarzy: 8


Ukrzyżowana Miłość

Kategoria: Kościół Friday, 22 April 2011, 17:28

Nie ma nic większego od tej miłości! Ona jest źródłem i celem, Ona jest pierwszą i ostatnią stacją drogi krzyżowej, Ona jest w każdej stacji. Ona dzisiaj wola i zaprasza każdego z nas!

Ojciec święty Jan Paweł II w swojej homilii wygłoszonej w dniu 17 sierpnia 2002 roku w Krakowie, w sanktuarium Miłosierdzia Bożego na łagiewnickim wzgórzu, powiedział:

Nadchodzi (…) godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec (J 4,23). Kiedy odczytujemy te słowa Pana Jezusa , w szczególny sposób uświadamiamy sobie, że człowiek nie może stanąć inaczej, jak w Duchu i prawdzie. To Duch Święty, Pocieszyciel i Duch Prawdy, wprowadza nas na drogi Bożego miłosierdzia. Przekonując świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie (J 16,8), równocześnie odsłania pełnię zbawienia w Chrystusie. To przekonywanie o grzechu dokonuje się w dwojakim odniesieniu do Krzyża Chrystusa. Z jednej strony Duch Święty pozwala nam przez Krzyż Chrystusa poznać grzech, każdy grzech, w pełnej skali zła, jakie w sobie zawiera i kryje.

Te słowa papieskiego nauczania dobrze ilustruje następujący fragment z Dzienniczka Siostry Faustyny:

Dziś weszłam w gorzkość Męki Pana Jezusa; cierpiałam czysto duchowo, poznałam, jak straszny jest grzech. Dał mi poznać całą odrazę do grzechu. Wewnętrznie w głębi mej duszy poznałam, jak straszny jest grzech, chociażby najmniejszy, jak bardzo dręczył duszę Jezusa. Wolałabym tysiąc piekieł cierpieć, niż popełnić chociażby najmniejszy grzech powszedni (Dz 1016).

Ojciec święty mówi, że to przekonywanie o grzechu dokonuje się w odniesieniu do krzyża Chrystusa. Jakże wymownie mówi o tym następujące zdarzenie:

Do Krakowa przybył student spod Tarnowa. W swoim pokoiku w akademiku, zajmowanym wraz z kolegą, zawiesił po swojej stronie nad łóżkiem krzyż z bierzmowania. Modlił się. Pochodził z porządnej, katolickiej rodziny. Ale pewnego razu, po jakimś czasie pobytu w Krakowie, zdjął krzyż. Kolega zapytał go, dlaczego to uczynił? On odpowiedział: – Wiesz, dopóki życie moje było zgodne z Jego życiem, dopóty kochałem Jego i Jego krzyż, ale skoro teraz zacząłem inaczej żyć, nienawidzę Jego i Jego krzyża.

Tak więc, „z jednej strony Duch Święty pozwala nam przez Krzyż Chrystusa poznać grzech, każdy grzech, w pełnej skali zła, jakie w sobie zawiera i kryje”. Krzyż – znak największej miłości, staje się znakiem sprzeciwu, znakiem znienawidzonym przez tych, którzy żyją z dala od Boga, pogrążeni w mrokach grzechu i śmierci. Ks. Stanisław Grabowski, kapłan diecezji płockiej, wspomina:

Było to w maju 1940 roku, w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina. Z chwilą przejścia bram obozu, przybysz, tracił wszelkie prawa do wolności, do własności, do swojej wiary i przekonań, do swego człowieczeństwa. Wszystko nam odbierano. Trzeba było oddać dotychczasowe ubranie, pieniądze, walizkę. Nic nie mogło przypominać wolnej przeszłości. Odebrano księżom brewiarz, różaniec, zerwano z piersi krzyżyk. Zabronili rozgrzeszać, modlić się, myśleć o Bogu. Chcieli, byśmy zapomnieli o wierze w Boga, o swoim kapłaństwie.Jednego dnia do ćwiczących przed barakiem więźniów zbliżył się żołnierz niemiecki, tak zwany Blockfuehrer. Zarządził rewizję ubrań więźniów. W szmatach ks. Demskiego znajduje krzyżyk. – Przestępstwo! Nie wolno!Zapytuje się księdza: – Co to jest! – Jezus Chrystus – cicho odpowiada. Widok Ukrzyżowanego i Boże Imię wywołują szatańską reakcję. Z nienawiścią powtarza Niemiec Imię Jezus, wyszydza obelżywymi słowami polską głupotę, rzuca krzyżyk na ziemię, pluje i depcze. Księdza, który miał ten krzyżyk, bije po twarzy, a wreszcie każe mu przez padnij i powstań całować leżący na ziemi krzyżyk, znieważony znak polskiej wiary. Po półgodzinnym tego rodzaju ćwiczeniu, Niemiec zapytuje dyszącego ze zmęczenia księdza: Kto to jest? – Jezus Chrystus. Niemiec odpowiedział przekleństwem i szyderstwem z bezsilnego Boga klechów – Jeśli to twój Bóg, wzywaj Go a może cię wyratuje. I znowu zmusza księdza do ponownego całowania krzyżyka przez padnij i powstań.Dokąd siły starczały, wykonywał ksiądz tę męczeńską adorację krzyża. Słabnącemu, Niemiec dodawał sił kopaniem i kijem. A kiedy zupełnie wyczerpany upadł ksiądz, bezwładny, z rozkrwawionymi ustami na krzyżyku silne uderzenia butem i okładanie kijem dopełniły ofiary. Niemiec odszedł zadowolony. Księdza zaś zanieśliśmy do baraku. Już nie mógł chodzić. Pod wieczór stan zdrowia pogorszył się jeszcze więcej. Na wieczorną zbiórkę wszystkich zanieśliśmy go i położyliśmy na ziemi, na końcu szeregu. Ksiądz Demski umierał.Znęcali się Niemcy nad ciałem, na pośmiewisko nas wystawiali. Głodzeniem, biciem, uprzykrzaniem życia chcieli wyniszczyć w nas ducha nadprzyrodzoności. Ale zawiedli się. Duch kapłański podczas strasznych lat pobytu w mocy zhańbionego krzyża krzepił się i żył Chrystusowym Krzyżem.

Od tego kapłana-męczennika uczymy się nosić krzyż na piersiach. Pragniemy ten najdroższy znak ucałować dzisiaj z największe czcią i miłością. Czerpiąc siłę od Ukrzyżowanego Chrystusa pragniemy mężnie wyznawać i bronić naszej wiary.Wróćmy do papieskiej homilii wygłoszonej na łagiewnickim wzgórzu.

Z drugiej strony – mówił dalej Jan Paweł II – przez Krzyż Chrystusa Duch Święty pozwala nam zobaczyć grzech w świetle «mysterium pietatis», czyli miłosiernej, przebaczającej miłości Boga (por. Dominum et Vivificantem, 32).Tak oto przekonywanie o grzechu staje się równocześnie przekonywaniem o tym, że grzech moje być odpuszczony, a człowiek może odzyskać poczucie godności umiłowanego dziecka Bożego. Krzyż bowiem stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka (Dives in misericordia, 8). […]

Gorąco wierzę, Że ta świątynia – mówił Jan Paweł II – pozostanie na zawsze miejscem, w którym ludzie będą stawać przed Bogiem w Duchu i w prawdzie. Będą przychodzić tu z ufnością, jaka towarzyszy każdemu, kto z pokorą otwiera swe serce na działanie miłosiernej miłości Boga – tej miłości, której największy grzech nie zdoła przezwyciężyć. Tu w ogniu Bożej miłości ludzkie serca pałać będą pragnieniem nawrócenia, a każdy, kto szuka nadziei, znajdzie ukojenie.

Ilustracją do tych słów papieskiej homilii z Krakowa niech będzie następujące świadectwo:

W latach trzydziestych ubiegłego stulecia w jednym ze szpitali łódzkich kończył życie bogaty właściciel fabryki. Niewierzący. Pobożna żona z dziećmi modliła się gorąco o nawrócenie i szczęśliwą śmierć dla męża i ojca. Pracująca w szpitalu zakonnica, wiedząc zbliżający się koniec jego Życia, zachęcała go i prosiła, by się pojednał z Bogiem. Odpowiadał szyderstwem i bluźnierstwem. Pewnego dnia, gdy chory spał, powiesiła na ścianie naprzeciw jego łóżka krzyż z wizerunkiem Chrystusa. Rano przyniosła mu posiłek w płynie. Innego pokarmu nie mógł przyjmować, gdyż rak gardła nie pozwalał nic przełknąć. Gdy spojrzała na ścianę, krzyża nie było. Chory go zerwał, połamał i wrzucił do nocnika. Zapytany dlaczego to uczynił, odpowiedział przekleństwami i bluźnierstwami.Następnej nocy, gdy chory spał, powiesiła drugi krzyż, ale tak wysoko, aby bluźnierca go nie dosięgnął. Rano – a był to pierwszy piątek miesiąca – odprawiała się w kaplicy szpitalnej Msza święta. Żona z dziećmi ofiarowały za niego Komunię świętą i żarliwie wraz z zakonnicami modliły się o jego nawrócenie. Gdy przyszły go odwiedzić spostrzegły na jego twarzy dziwne wzruszenie połączone z przerażeniem. Powtarzał pytanie: Słyszałyście? Słyszałyście? Co On mówił? Zapytały: Kto? – Ten z krzyża. Nie słyszałyście? Przecież On głośno wołał: Dlaczego Mną gardzisz? Niezadługo przede Mną staniesz! Poproście księdza. Ja muszę się wyspowiadać; muszę Go przeprosić. Uradowana zakonnica pobiegła przywołać księdza. Zostawiono ich samych. Po spowiedzi chory poprosił, by przywołać żonę i córki. Dołączyły i siostry zakonne. Chory, pojednany z Bogiem, zalewał się łzami i przepraszał wszystkich za swoje bluźnierstwa. Następnie poprosił, by podano mu do rąk krzyż ze ściany. Ujął go w dłonie i począł okrywać pocałunkami, obmywać łzami i tulić do piersi. Komunii świętej nie mógł przyjąć, nie mógł przełknąć. Niedługo żył, ale umierał jak święty.

Może konający usłyszał słowa Jezusa z Golgoty skierowane do skruszonego łotra: Zaprawdę mówię ci, dziś ze Mną będziesz w raju!? Miłosierdzie Jezusa nie ma granic…

Święty Bonawentura mówi:

Oto Ten, który został wywyższony, zniżył się ku tobie. Został wywyższony na krzyżu, ale nie utrudnił dostępu do siebie, przeciwnie, tym łatwiej można Go tam odnaleźć. Zbliż się z ufnością, w rozwartych ramionach rozpoznaj wołającą cię miłość Ukrzyżowanego. Mówi On do ciebie: Powróć, porzuć złe czyny i złe dążenia, otrząśnij się z rozpaczy, przełam złą wolę. Nawróć się do Mnie, bo odwróciłeś się ode Mnie, a w mej łaskawości wejrzę na ciebie, jak wejrzałem na grzesznicę i na łotra ze Mną ukrzyżowanego.

Przystąpić nam więc trzeba do tego pokornego serca Jezusa podniesionego na krzyżu, zbliżyć się ku Niemu przez bok otwarty włócznią. Tam są ukryte niewysłowione skarby miłości, której pragniemy, tam zrozumiemy Jego poświęcenie, tam zostanie nam dana łaska serdecznych łez, tam się nauczymy cierpliwie i z poddaniem znosić przeciwności, tam będziemy podźwignięci z upadku i dane nam będzie serce skruszone i pokorne. Tego On wyczekuje od ciebie, na takiego czeka, aby go przygarnąć. Pochyla ku tobie głowę uwieńczoną cierniami i mówi:

Oto, co ze Mną uczynili, oto jak Mnie sponiewierano i umęczono, abym cię mógł wziąć na swoje ramiona, moja zagubiona owco, i przyprowadzić do niebiańskich zagród raju. Niech cię wzruszą moje rany, na które spoglądaszBądź Mi nagrodą za moje wcielenie i moją mękę, bo dla ciebie przyjąłem ludzkie ciało i zostałem umęczony. Oddałem się tobie, ty oddaj się Mnie.

Co chce nam dzisiaj powiedzieć Ukrzyżowany Chrystus, do czego nas wzywa? Pewnego dnia powiedział Jezus do siostry Faustyny:

Patrz w Moje pełne miłości i miłosierdzia Serce, jakie mam dla ludzi, a szczególnie dla grzeszników. Patrz i wnikaj w mękę Moją (Dz 1663).

Rozważałam, jak wiele Bóg wycierpiał i jak wielką nam okazał miłość, a my nie wierzymy, że Bóg nas tak miłuje. Co to za boleść dla naszego Zbawcy i czym nas przekona o swej miłości, jeżeli śmierć sama nas przekonać nie może.

Wspomnijcie na mękę Moją – mówi Jezus – i jeżeli nie wierzycie słowom Moim, wierzcie przynajmniej ranom Moim.

Gdy 3 czerwca 1938 r. s. Faustyna leżała chora w szpitalu na Prądniku w Krakowie rzekł do niej Jezus:

Córko Moja, dziś rozważ Moją bolesną mękę, cały jej ogrom; rozważaj w ten sposób, jakoby ona była wyłącznie dla ciebie podjęta (Dzienniczek, 1761).

Trzeba nam wszystkim tak właśnie patrzeć na Krzyż Chrystusa, by zrozumieć wielkość udzielonego nam daru.

Syn Boży umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie – mówi św. Paweł.

Tak! Jezus jest moim osobistym Zbawicielem przez ofiarę na ołtarzu krzyża. Jego śmierć przyniosła mi życie. Jego Krew zmyła moje winy. Pan mnie ocalił, gdyż mnie miłuje. Jestem dla niego ważny, jestem drogocenny w Jego oczach. Podnoszę oczy na krzyż i wiem, że mój Bóg mnie kocha, że wszystko to uczynił dla mnie. Podnoszę oczy na krzyż, to znaczy ogarniam Sercem Jezusa każdego człowieka, jako umiłowane dziecko Boże, odkupione Jego Najdroższą Krwią.

Miłość Chrystusowa przynagla nas do wejścia na drogę pokuty, do oczyszczenia serca z grzechów i nieuporządkowanych przywiązań. Ukrzyżowana Miłość woła nas po imieniu, upomina się o nas! Wystarczy otworzyć serce, by usłyszeć Jej wołanie.

Ukrzyżowana Miłość! Nie ma nic większego od tej miłości! Ona jest źródłem i celem, Ona jest pierwszą i ostatnią stacją drogi krzyżowej, Ona jest w każdej stacji. Ona dzisiaj wola i zaprasza każdego z nas!

Jakże wymowne stają się w tym miejscu słowa Papieża wypowiedziane do nas w sierpniu 2002 roku:

Podczas mojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w 1979 roku, prosiłem was, abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez krzyż, a bez której Życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu.

Dziś powtórzmy to wezwanie:

otwórzcie się na największy dar Boga, na Jego miłość, która przez Krzyż Chrystusa objawiła się światu jako miłość miłosierna.

Amen.

Opracowano na podstawie rozważań o. Piotra Męczyńskiego O. Carm

Odsłon: 129 Komentarzy: 2


„Najdroższa Krew Chrystusa”

Kategoria: Kościół Tuesday, 04 January 2011, 13:06

W filmie Mela Gibsona „Pasja” jest wymowna scena, gdy Maryja, Matka Jezusa po Jego biczowaniu, ściera z posadzki białymi chustami Krew Chrystusową. Miejsce biczowania jest pełne krwi. W głębokim milczeniu, na kolanach Maryja starannie obmywa ziemię, aby żadna kropla Krwi Chrystusa nie spłynęła nadaremnie. Jej twarz i ręce są także zakrwawione. Oddaje hołd swemu i naszemu Zbawicielowi i jako pierwsza czci Przenajświętszą Krew. Ta symboliczna scena rodzi w sercu pytanie: Czym dla mnie jest Krew Odkupiciela?

Św. Klemens Rzymski, żyjący w I wieku, wzywa:

„Zwróćmy nasze oczy na krew Chrystusa i rozważmy, jak bardzo jest ona droga Jego Ojcu: wylana za nasze zbawienie, przyniosła całemu światu łaskę nawrócenia”. Zaś św. Jan Chryzostom, żyjący w IV wieku, poucza: „Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił… Dokąd że tedy będziemy do rzeczy doczesnych przywiązani? Kiedyż się obudzimy? Jak długo troskę o nasze zbawienie zaniedbywać będziemy?” (Homilia do św. Jana XLVI). Także św. Augustyn podkreślał, że Krew Chrystusa jest wyrazem miłości Chrystusa do ludzi.

Ja jestem Miłością – zdaje się mówić Jezus do każdej duszy. Każda kropla Mojej Krwi uczyniła cię Moją. Odkupiłem twą duszę przelewając Moją Drogocenną Krew. Każda męka, którą cierpiałem, była przepełniona miłością, bo wiedziałem, że Moja Ofiara cię ocali. Wszystko, co uczyniłem, było dla twojego zbawienia.

Baranek Boży został zabity na zgładzenie naszych grzechów, a Krew wypływająca z Jego Serca oczyszcza nas z wszelkiej nieprawości.

Ze względu na Krew Chrystusa czczone były narzędzia męki Pańskiej i relikwie drzewa krzyża świętego. Św. Hieronim mówi o kolumnie biczowania:

„Pokazywano podtrzymujący portyk kościoła filar, zbroczony krwią Pana, do którego, jak mówią, przywiązano Pana i biczowano”, aby pielgrzymi oddawali jej cześć.

Legenda mówi, że pod skałą Kalwarii znajdował się grób pierwszego człowieka – Adama. Przy trzęsieniu ziemi, które nastąpiło  w czasie Jezusowej śmierci, pękła skała i Krew Najświętsza poprzez powstałą szczelinę spłynęła na czaszkę naszego praojca, obmyła go z wszelkiej winy i uświęciła całą grzeszną ludzką historię. Ceną Jezusowej męki i Jego Najświętszej Krwi został świat odkupiony. Błogosławiony ten, kto wierzy w Jezusową odkupieńczą miłość i przyjmuje wdzięcznie ten bezcenny dar.

W jednym z kościołów w Częstochowie z wielką czcią przechowywana jest relikwia otrzymana w darze od Sióstr z Schellenbergu w Lichtensteinie. Jest to drobina ziemi z Golgoty nasiąknięta Krwią Chrystusa. Stanowi ona część relikwii pochodzących z Mantui. Ich tradycja sięga Golgoty i historii nawrócenia setnika Longinusa. Był to rzymski żołnierz, który na Golgocie własną włócznią przebił bok Chrystusa, powodując wypłynięcie wody i krwi. Po swoim nawróceniu zawiózł on do Mantui ziemię z Kalwarii nasączoną Krwią Chrystusa. Z obawy przed profanacją, święty ukrył relikwie Męki Pańskiej w ołowianej kasetce i sam zakopał je w miejscu, gdzie dzisiaj mieści się bazylika. Wkrótce potem św. Longin poniósł śmierć męczeńską i został pochowany w pobliżu relikwii. Freski ścienne w tamtejszej kaplicy przedstawiają scenę "Ukrzyżowania" z Longinem na klęczkach, zbierającego Krew Chrystusa do kielicha.

O czym ma nam przypominać ta Relikwia? Do czego nas wzywa?

Sługa Boży Jan Paweł II w encyklice „Evengalium Vitae” mówi:

„Krew płynąca z przebitego boku Chrystusa na krzyżu (por. J 19,34) (…) błaga o miłosierdzie, oręduje przed obliczem Ojca za braćmi (por. Hbr 7,25), jest źródłem doskonałego odkupienia i darem nowego życia. Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jaki cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia. Przypomina nam o tym apostoł Piotr: „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach, złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy” (1P 1,18-19). Właśnie kontemplując drogocenną krew Chrystusa, znak Jego ofiarowania się z miłości (por. J 13,1), człowiek wierzący uczy się dostrzegać i cenić niemalże Boską godność każdej osoby i może wołać pełen wdzięczności i radosnego zdumienia: „Jakąż wartość musi mieć w oczach Stwórcy człowiek, skoro „zasłużył na takiego i tak potężnego Odkupiciela” (por. Exsultet z Wigilii Paschalnej), skoro „Bóg Syna swego Jednorodzonego dał”, ażeby on, człowiek, „nie zginął, ale miał życie wieczne” (por. J 3,16)!”

Jan Paweł II przemawiając do więźniów podkreślał, że „odkupienie przez Krew Chrystusa stanowi najgłębszą przyczynę naszego szacunku wobec każdego człowieka – nawet jeżeli w czymś zawinił”.

Z bólem i niepokojem patrzymy na rozliczne rany, jakie duszy polskiej i naszemu narodowi zadają: brak zgody narodowej, korupcja, nienawiść, pijaństwo, rozwody, narkomania i tyle innych grzechów oraz wad. Gdzie możemy znaleźć lekarstwo na te bolesne rany?

Nie pomogą nam poradnie psychologiczne, szpitale, apteki i wszelkiego rodzaju lecznice, jeśli nie zaczniemy szukać duchowego uzdrowienia w ranach Boga Wcielonego, który stał się naszym Odkupicielem. „Krwią Jego ran zostaliśmy uzdrowieni” (1P 2,24).

Dlatego śpiewając wyrosłe z polskiej tradycji Gorzkie Żale, prosimy:

„Jezu mój, we krwi ran swoich,

obmyj duszę z grzechów moich!”

A w jednej z wielkopostnych pieśni:

„O Krwi najdroższa, o Krwi odkupienia,

Napoju życia, z nieba dla nas dany!

O zdroju łaski, o ceno zbawienia,

Ty grzechowe leczysz rany!”

Drodzy Czciciele Męki Pańskiej, zbliżmy się wszyscy z ufnością do stóp Ukrzyżowanej Miłości i wołajmy:

„Ty, co jak Pelikan, Krwią swą karmisz lud, Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud. Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz”.

Niektóre obrazy Ukrzyżowanego przedstawiają nie tylko Maryję i Jana pod krzyżem, ale też aniołów zbierających spływającą Krew Chrystusa do złotych naczyń. Ewangelia nie mówi nic o widzialnej obecności aniołów podczas ukrzyżowania. Mam wrażenie, że artyści malując aniołów ze złotymi naczyniami chcieli wyrazić i podkreślić, jak boska i drogocenna jest ta płynąca Krew; stąd posłańcy Boży i złote czary albo kielichy.

Sam Bóg jednakże w inny, piękniejszy sposób, podkreślił godność i cenę Krwi Chrystusa – prawdziwym kielichem na ołtarzu Golgoty jest Maryja pod krzyżem. Nieskalana czystość Jej duszy przewyższa wartością i blaskiem każde naczynie ze szlachetnego kruszcu. Jej pełna wiary pokora przewyższa nawet służbę aniołów. Maryja pod krzyżem w duchowy sposób zbiera Krew swego Syna. Jako Przedstawicielka i nowa Matka ludzkości ofiarowuje Ją w pełnym zawierzeniu Ojcu Niebieskiemu.

Krew Chrystusa Pana, która nie tylko została przelana, ale została przelana z miłości, stanowi jakby streszczenie tego przewspaniałego daru, że jesteśmy odkupieni.

Chrystus ”nabył swoją krwią ludzi z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu” (Ap 5,9). Dlatego święty Kasper del Bufalo, pełen płomiennej miłości, wyznaje:

”Chciałbym mówić tysiącami języków, aby orędzie Krwi Chrystusa dotarło do wszystkich narodów”.

Jak naucza Sługa Boży Jan Paweł II:

 ”Moc oczyszczająca Krwi Chrystusa wyjednuje odpuszczenie grzechów ludziom żyjącym we wszystkich epokach i wszędzie na ziemi. Zaprawdę, Krew Jezusa, Syna Bożego „oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (por. 1J 1,7) i daje „życie w obfitości” (por. J 10,10)”.

Niestety jakże wielu nie chce go przyjąć, gardzi tak wielką miłością!

Wszyscy zostaliśmy powołani do tego, by wraz z Maryją stać pod krzyżem i jak Ona zbierać Krew Chrystusa.

„Nie chcę utracić tej drogocennej krwi – napisze święta Teresa z Lisieux. Poświęcę życie, aby ją zbierać dla dusz!”

„Jezus uczynił ze mnie rybaka dusz; poczułam wielkie pragnienie, by pracować nad nawróceniem grzeszników, pragnienie tak żywe jak nigdy dotąd… Pewnej niedzieli, gdy oglądałam fotografię przedstawiającą naszego Pana na Krzyżu, uderzył mnie widok krwi, która spływała z jednej z Jego boskich rąk. Ogarnął mnie smutek na myśl, że ta krew spada na ziemię, a nikt nie kwapi się, by ją przyjąć. Postanowiłam więc trwać w duchu u stóp Krzyża i przyjmować tę Boską rosę, która z niego spływa, z tym przeświadczeniem, że mam ją potem wylewać na dusze… Jak słodko pomagać Jezusowi, naszymi drobnymi ofiarami, pomagać Mu w zbawianiu dusz, które odkupił za cenę Swojej Krwi i które oczekują na naszą pomoc, ażeby nie pogrążyć się w otchłani”.

W podobnym tonie wypowiada się inna święta Karmelu, Teresa Benedykta od Krzyża – męczenniczka z Oświęcimia:

 „Trwaj przed Panem, który wisi na krzyżu z przebitym Sercem; wylał krew ze swego Serca, aby zdobyć twoje serce. (…) Mocą Krzyża możesz być obecna we wszystkich miejscach bólu – wszędzie tam zaprowadzi cię twoja współczująca miłość, ta miłość, którą czerpiesz z Boskiego Serca i która czyni cię zdolną wszędzie rozprzestrzeniać Jego Najdroższą Krew, aby nieść ulgę, ratować i zbawiać. Oczy Ukrzyżowanego zwrócone są na ciebie pytającym spojrzeniem. Jaką dasz odpowiedź?”

Sługa Boży Jan Paweł II odpowiadając na to pragnienie Ukrzyżowanego wołał:

„O Chryste Zbawicielu, wlej w serca ochrzczonych pragnienie ofiarowania się wraz z Tobą, wlej pragnienie przyczyniania się do zbawienia ich braci!”.

Do Kunegundy Siwiec, tercjarki karmelitańskiej, Pan Jezus powiedział:

”Ja tak bardzo pragnę zbawienia wszystkich, ty zadośćuczynisz Memu pragnieniu, gdy stać będziesz pod krzyżem, zbierać będziesz Krew Moją wylaną, a ponawianą w każdej chwili, w każdej sekundzie we Mszy św. Wylewać ją możesz na dusze Moje przez ofiarowanie jej Ojcu Przedwiecznemu. (…) Swoje cierpienia łącz z Moją Ofiarą, w ten sposób możesz zadość czynić pragnieniom Moim i radość Mi sprawiać będziesz”. 

Każdy człowiek jest powołany, tzn. zaproszony przez Boga do tego, by w swojej rzeczywistości życia stanął w sposób duchowy pod krzyżem Jezusa i zbierał Krew Chrystusa, wypływającą obecnie z ran Zbawiciela. Ofiarowanie Krwi Chrystusa przez nas Bogu Ojcu dokonuje się przede wszystkim w ofierze Mszy świętej, a następnie może zaistnieć w modlitwie i w życiu. Podstawą ofiarowania w modlitewnych wezwaniach Krwi Chrystusa jest fakt przekazania nam przez Chrystusa Jego Krwi w Wieczerniku i na Krzyżu. Ta Krew należy zatem, aż do skończenia świata, do wszystkich ludzi i możemy Ją nieustannie wraz z Jezusem ofiarowywać Ojcu na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego i zanurzać w Niej wszelkie potrzeby i intencje. Pamiętajmy przy tym, że każde ofiarowanie Krwi Chrystusa przez nas samych jest jednocześnie wezwaniem Odwiecznej Miłości do ofiarowaniem Bogu Ojcu samego siebie w aktualnie przeżywanej sytuacji życiowej.

Przypomina nam o tym Sługa Boży kardynał Stefan Wyszyński mówiąc:

„Jesteśmy oswojeni z kielichem Chrystusa i dziwnie łatwo podnosimy ten kielich ku Ojcu, bo to jest Krew Chrystusa – nie nasza… Lecz Kościół pragnie, aby to był kielich i naszej krwi”.

Jan Paweł II w cytowanej już wcześniej encyklice „Evangelium Vitae”, wyjaśnia:

„Krew Chrystusa objawia człowiekowi, że jego wielkość, a zatem jego powołanie, polega na bezinteresownym darze z siebie. Właśnie dlatego, że krew Jezusa została wylana jako dar życia, nie jest już znakiem śmierci i ostatecznej rozłąki z braćmi, ale narzędziem komunii udzielającym wszystkim życia w obfitości. Kto pije tę krew w sakramencie Eucharystii i trwa w Jezusie (por. J 6,56), zostaje włączony w dynamikę Jego miłości i ofiary z własnego życia, aby mógł wypełnić pierwotne powołanie do miłości, właściwe każdemu człowiekowi (por. Rdz 1,27;2,18-24)”.

Pięknie pisze o tym błogosławiona Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej:

„Kochajmy Jezusa tą miłością głęboką, spokojną i wspaniałomyślną, która nie cofa się przed żadnym cierpieniem. Trwajmy u stóp krzyża gdzie nasz Umiłowany wzywa nas, a gdy nie możemy się już dłużej modlić, patrzmy na Niego!…”. „Kto wie, może Bóg zażąda przelania krwi?… Jakież by to było szczęście pójść na męczeństwo!… Nawet nie mogę o tym marzyć… Byłoby to zbyt piękne! Tymczasem oddawajmy Mu krew naszego serca… kropla po kropli!… Moją miłością, czcią, ofiarą i modlitwą chcę Jezusowi pomóc zapomnieć o cierpieniach. Chcę Go miłować za tych, którzy Go nie miłują i chcę przyprowadzić do Niego dusze, które On tak bardzo umiłował”.

Święta Teresa z Lisieux uczy nas odwzajemniać tę miłość Chrystusa, zaspokajać Jego palące pragnienie powszechnego odkupienia. Przypomina, że „najmniejszy akt czystej miłości jest dlań bardziej użyteczny niż wszystkie inne dzieła razem wzięte”. Albowiem nie chodzi o to, co się robi, ale jak i dlaczego. Nie wielkość czynów stanowi o ich wartości, ale miłość, która pobudza nas do ich pełnienia. Teresa przejawiała swoją miłość do Chrystusa poprzez małe czyny codziennego życia… kropla po kropli. Tej drodze pozostała wierna aż do końca, aż do męczeństwa z miłości.

Krew Chrystusa woła nas, wzywa nas! Jaką damy odpowiedź? Podczas tej Mszy świętej stańmy duchem na Golgocie pod krzyżem Chrystusa, z wiarą zbliżmy się do ołtarza Jego zbawczej Ofiary. Adorujmy i uwielbiajmy Najdroższą Krew niepokalanego Baranka, bo jak uczy błogosławiony papież Jan XXIII:

„Jest rzeczą nie tylko słuszną, ale wielce sprawiedliwą, aby wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach składali tej Krwi hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością… zwłaszcza w chwili podniesienia kielicha Krwi Nowego Przymierza podczas Ofiary Mszy świętej”.

Dodajmy krople naszych codziennych aktów ofiarnej miłości do kielicha Jezusowej Męki i śpiewajmy naszemu Odkupicielowi:

„Twoja Krew, Miłości źródło

niesie pokój moim łzom.

Twojej Krwi, Bezcenne krople

obmywają duszę mą.

Twoja Krew, Największej chwały

i największej godna czci,

Za nią dziś wielbimy Ciebie

I składamy dzięki Ci”. Amen.

Konferencja opracowana na podstawie rozważań o.Piotr Męczyński O.Carm. (Źródło: www.obory.pl )

Odsłon: 392 Komentarzy: 8


Modlitwa o ochronę przed złem przez drogocenną Krew Jezusa Chrystusa

Kategoria: Modlitwa Tuesday, 04 January 2011, 11:54

Panie Jezu, wyznaję Cię jako swojego Mistrza i Pana,

Wierzę, że każdą kroplę swojej drogocennej Krwi przelałeś po to,

Aby odkupić mnie i moją rodzinę,

Aby uwolnić nas od szatana, grzechu i wszelkich zniewoleń.

Panie Jezu z głęboką wiarą w Ciebie proszę,

Aby Twoja Krew okryła to miejsce,

Każdy kąt mojego domu, wszystkie pojazdy, którymi się poruszam ja i moi bliscy,

I wszelaką własność, którą Ty nam dałeś.

Panie Jezu, obmyj swoją drogocenna Krwią mnie samego i moją rodzinę

Niech okryje nas od stóp do głów.

Proszę o całkowitą ochronę życia mojego i mojej rodziny.

Panie Jezu, zachowaj nas dziś od złego,

Od grzechu pokus, ataków i utrapień ze strony szatana,

Od lęku przed ciemnościami i przed ludźmi,

Od chorób, zwątpienia, złości, nieszczęść

I wszystkiego, co nie należy do Twojego Królestwa.

Napełnij nas, Panie Jezu swoim Duchem św. i obdarz darami:

Mądrości, poznania, wiary, rozumu i rozeznania,

Tak abyśmy żyli dziś w Twojej chwale.

Wypełniając wszystko to, co dobre.

Chwała Ci Jezu!

Dziękuję Ci Jezu!

Kocham Cię Jezu!

Uwielbiam Cię Jezu!

Modlitwa odmówiono podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu i odnowienia sakramentu bierzmowania w Klasztorze Franciszkańskim w Koninie, 14.03.2011 r.

Odsłon: 505 Komentarzy: 6


Miłość jest mostem

Kategoria: Pro life Sunday, 30 January 2011, 11:12

W życiowej podróży niektórzy z nas zatrzymują się na przystanku hospicjum. Tu często dobiega końca wędrówka nieuleczalnie chorych osób. – Pracując tutaj człowiek uczy się życia i tego, co tak naprawdę jest ważne. Więcej w nim siły, spełnienia, energii i pogody ducha. Ma świadomość, że robi coś naprawdę ważnego. Praca tutaj uszlachetnia – mówi personel licheńskiego hospicjum.

25-letnia Ania nieuleczalnie chora na raka. Do hospicjum trafia ze szpitala w bardzo ciężkim stanie. Najmniejszy ruch sprawia jej ogromny ból. Jest skrajnie wycieńczona, mimo to wciąż nie odchodzi, nie ma w niej przyzwolenia na śmierć. Przy jej łóżku często można spotkać męża. Pracownicy hospicjum wiedzą, że młoda kobieta ma także maleńką córeczkę. Dlatego proponują mężowi, żeby na kolejne spotkanie zabrał małą ze sobą. Może to z jej powodu Ania nie chce odejść, może to właśnie z nią tak bardzo chce się jeszcze zobaczyć. Podczas tej niezwykłej wizyty chora wykrzesała z siebie resztki sił, nawet usiadła na łóżku i cały czas głaskała córkę. Gdy najbliżsi odjechali sprzed hospicjum Ania odeszła.

Przemek miał zdawać w maju maturę. Miesiąc wcześniej lekarze wykryli u niego nowotwór mózgu.

– Chłopak bardzo młody, a już tak mądry i nie mówię tutaj o wiedzy nabytej z książek, ale o mądrości życiowej. Choroba nowotworowa kształtuje naszą osobowość. Dorastamy bardzo szybko – opowiada Iwona Grzelak, pielęgniarka naczelna hospicjum w Licheniu.

Przemek zmarł w sierpniu, w wieku 20 lat. Dla Iwony Grzelak najtrudniejszym momentem było odejście dziecka w wieku jej syna.

– Trzymałam to umierające dziecko na ręku i widziałam rozpacz jego rodziców. Powiem szczerze, że w takich chwilach człowiek czuje się bardzo bezradny. Nie wie, jak zareagować. Wydaje nam się, że jesteśmy na to przygotowani, a jednak nie. Po odejściu tego dziecka przez tydzień nie mogłam się pozbierać – wspomina pani Iwona.

Bardzo młodzi ludzie dopiero wkraczający w życie, przed którymi świat stoi otworem, mający plany i marzenia. Osoby, które się powinny realizować, cieszyć życiem, a jednak tak szybko odchodzą. Czy jesteśmy w stanie to zrozumieć i odnaleźć sens? Pracownicy hospicjum mówią, że każda śmierć, szczególnie ludzi młodych to bolesny moment.

Jednak dla nich – jak mówią – pomoc odchodzącym pacjentom to zaszczyt. – Otrzymuje się stokrotnie więcej niż samemu daje – podkreślają. 

Opiekun Mariusz Świderski w hospicjum w Licheniu pracuje od dwóch lat, wcześniej zajmował się osobami w domach pomocy społecznej oraz na oddziale opieki paliatywnej Szpitala Bonifratrów w Łodzi.

– Pacjenci mają w sobie pozytywną energię. Dzięki nim postrzegam życie z innej perspektywy. Bardziej doceniam mój każdy dzień. Gdy rozmawiam z nimi, mówią: wszystko mi się w życiu udało, miałam pieniądze, dobrego męża, dzieci. Nagle przyszła choroba i wszystko w kilka chwil się zawaliło. Człowiek wtedy rozumie, co tak naprawdę jest ważne – mówi Mariusz Świderski. Szkoda czasu na kłótnie, zamartwianie się, co przyniesie los, pogoń za pieniądzem. Wspaniałą nagrodą staje się słowo dziękuję, uśmiech, wdzięczność malująca się w oczach pacjenta lub propozycja przekazania tajników robienia na drutach, gdy tylko siły powrócą.

Praca w hospicjum uszlachetnia. Nasze życie nabiera innego sensu, jest przewartościowane. Dochodzimy do takiego momentu, że wiemy: przecież jestem szczęśliwy, mam tak wiele, jestem zdrowy, mam zdrowe dzieci. A te wszystkie moje problemy są banalne – ocenia pielęgniarka Iwona Grzelak. Bardzo ważna jest obecność drugiego człowieka, pochylenie się nad łóżkiem śmiertelnie chorego. – Komuś z zewnątrz wydawałoby się, że przy pacjencie nie można nic zrobić, bo zapach jest tak przykry, że człowiek nie jest w stanie wytrzymać. My to robimy i uważamy, że to jest zaszczyt – mówi pielęgniarka. Ważne jest dbanie o jakość życia pacjentów, nie tylko likwidowanie objawów towarzyszących chorobie, uśmierzanie bólu, a także troska o aspekt psychiczny i duchowy. – Najpiękniejszym momentem i ogromną satysfakcją jest dobre przygotowanie pacjenta do odejścia. Gdy jest spokojny, pogodzony, gdy towarzyszy mu rodzina. To coś ulotnego, chwila, ale w pamięci pozostaje na długo – mówi.  

Słowo hospicjum wywodzi się od łacińskiego hospes oznaczającego gościa.

– Jesteśmy takim gościńcem. Myślę, że nasza praca natchniona jest ogromną miłością – mówi Iwona Grzelak i cytuje słowa pisarza Thorntona Wildera: „Istnieje świat żyjących i świat zmarłych, a mostem jest miłość. Jedyna co może przeżyć i ma znaczenie”. I tego się trzyma.

Alka       

Źródło: „Przegląd Koniński”, 29-31 stycznia 2011 r.

Pomóż naszym pacjentom przekazując na rzecz naszego Hospicjum swój
1% podatku, wpisując w formularzu PIT:
- nazwę: Fundacja SPEM DONARE
- oraz numer KRS: 0000300810
 
Za każdy gest dobrej woli z serca dziękujemy!
Zdjęcia z hospicjum

Odsłon: 262 Komentarzy: 4


1 2 3 4 dalej »

 

Copyright 1994-2011 Fronda.pl Portal Poświęcony. Wszelkie prawa zastrzeżone.